Moja przyjaciółka Anne Frank - Hannah Pick-Goslar

Kup ebooka

44.99 zł
40.49 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
PROLOG

Jerozolima, wiosna 2022

 

Jak to dobrze, że wciąż jeszcze widzę prowadzącą do moich drzwi ścieżkę, wzdłuż której rosną palmy, fioletowe bugenwille oraz różowe i białe niecierpki w doniczkach. Uspokaja mnie to, że wiem, kto zmierza w stronę moich drzwi, a kto tylko przechodzi ulicą. Ostatnio większość czasu spędzam w swoim domu z ogródkiem, usadowiona w fotelu w salonie, wyglądając przez duże okno, dzięki czemu mogę od razu zobaczyć idących ścieżką krewnych albo przyjaciół.

Największą wdzięczność czuję na widok Tali, która codziennie przychodzi punktualnie o szesnastej piętnaście. Tali, moja najmłodsza wnuczka, teraz sama jest młodą matką. Nigdy nie mieszkała dalej niż pięć minut spacerem od mojego domu i nawet po ślubie nalegała, by zostać w tej samej okolicy. Mówi, że chce być blisko mnie. Odpowiadam jej, że nie jest to konieczne, chociaż sama nie do końca wierzę w to, co mówię. Na szczęście ona wie lepiej.

Rozumiemy się bez słów. Trudno mi opisać, dlaczego tak jest, jednak rozumiem ją i czuję, że ona rozumie mnie. Tego deszczowego popołudnia Tali miała zaledwie kilka lat, gdy jej ojciec zginął w wypadku samochodowym. Wzięłam na siebie rolę drugiego rodzica, by pomóc Ruthie, mojej córce, a jej matce, która tamtego nieszczęśliwego dnia stała się wdową i samotną matką ośmiorga dzieci.

- Zaczekaj! - woła Tali do swojej najstarszej córki Nety, której włosy mają barwę ciemnego miodu, tak samo jak jej mamy. Ta śliczna, żywiołowa dziewczynka wkrótce skończy cztery lata, a teraz pędzi ścieżką, zostawiwszy daleko za sobą Tali powoli pchającą wózek z maleńkim Shakedem, który urodził się w szczycie pandemii Covid-19. Nawet podczas lockdownu Tali codziennie przychodziła mnie odwiedzić, ale rozmawiałyśmy na odległość - ja stałam na balkonie, a ona w ogrodzie, jednym ramieniem obejmując Netę, a drugim przytrzymując Shakeda w nosidełku.

Rozlega się brzęczenie dzwonka i do domu wpada Neta w całej swojej przedszkolnej okazałości, wszem wobec obwieszczając swoje przybycie.

- Savta! - woła. To po hebrajsku: "babciu".

Cokolwiek się dzieje danego dnia - czy to kolejne złe wiadomości ze świata, czy nowy ból lub dolegliwość - gdy tylko widzę wnuczkę, czuję ciepło w sercu i nie mogę powstrzymać uśmiechu. Neta daje mi rysunek z mnóstwem serc i balonów, dodatkowo ozdobiony naklejkami z Myszką Miki. Dziewczynka otwiera szeroko oczy ze zdumienia, gdy mówię jej, że Myszka Miki jest moją rówieśniczką, bo obie urodziłyśmy się dziewięćdziesiąt trzy lata temu, w roku 1928. Po chwili siada u moich stóp i gdy rozkłada na podłodze grę w dopasowywanie kształtów, ja wracam pamięcią prawie dziewięćdziesiąt lat wstecz.

Byłam tylko trochę starsza od Nety, gdy musieliśmy uciekać z rodzicami z Berlina do Amsterdamu po tym, jak Hitler przejął władzę i zdymisjonował mojego ojca, który był parlamentarzystą w czasie Republiki Weimarskiej. Przeprowadziliśmy się do dwupokojowego mieszkania w spokojnej dzielnicy, pełnej zieleni i dobrze utrzymanych skwerów.

Pewnego dnia wkrótce po naszym przyjeździe mama wzięła mnie ze sobą na zakupy do osiedlowego sklepiku. Na miejscu zauważyła kobietę, która rozmawiała po niemiecku ze swoją ciemnooką córeczką, moją rówieśnicą. Dwie matki zamieniły ze sobą parę słów uśmiechnięte i wyraźnie uspokojone, że znalazły coś znajomego w tym obcym miejscu. Byłam nieśmiałym dzieckiem i kurczowo trzymałam się nogi mamy, nieprzyzwyczajona do obecności rówieśników, ale też zaciekawiona widokiem przyglądającej mi się dziewczynki.

Wkrótce została ona moją pierwszą przyjaciółką. Towarzyszką zabaw, sąsiadką, koleżanką z klasy. Nasze rodziny zbliżyły się do siebie, dzieląc nie tylko życie uchodźców w nowym mieście, ale też obawy związane z nieubłaganie zbliżającą się wojną i okupacją oraz tym wszystkim, co mogłyby one dla nas oznaczać. Ta pełna życia dziewczynka miała się później stać najsłynniejszą z ofiar Holokaustu. Wieloznacznym symbolem nadziei i obietnic odebranych nam przez nienawiść i śmierć. Opowiadanie jej historii - naszej historii - jest dla mnie nicią łączącą mnie z Anne i podtrzymującą naszą przyjaźń mimo upływu lat. Jednak od chwili, gdy się poznałyśmy, do dnia, gdy nagle zniknęła z mojego życia tuż przed moimi czternastymi urodzinami, by powrócić jedynie na krótko i w okolicznościach tyleż absurdalnych, co tragicznych, była po prostu moją przyjaciółką Anne Frank.

 
 
Rozdział pierwszy
BERLIN

Oto jedno z moich najwcześniejszych wspomnień: siedzę na drewnianej podłodze i przyglądam się, jak jacyś panowie zawijają naszą niebieską aksamitną kanapę najpierw w koce, a potem w brązowy papier. Obwiązują ją sznurem, upodabniając do wielkiego, brzydkiego prezentu urodzinowego. Następnie, ku mojemu zdziwieniu, podnoszą ją i z trudem wynoszą przez frontowe drzwi naszego domu. Zostaje po niej tylko duży, zakurzony prostokąt. Zastanawiam się, na czym teraz będziemy siedzieli.

Ze ścian zdjęto wszystkie obrazy, zapakowano meble z jadalni, wszędzie pozostawiając kolejne ostentacyjnie puste miejsca po naszych rzeczach. Nawet popiersie Ottona Brauna - premiera Prus, przewodniczącego Socjaldemokratycznej Partii Niemiec, o którym miałam wtedy mgliste pojęcie, że był ważną osobistością, a poza tym przyjacielem i przełożonym mojego ojca - teraz leżało w drewnianej skrzyni.

Matka, będąca tym praktyczniejszym rodzicem, krzątała się po domu, usiłując zebrać rodzinne srebra. Tymczasem ojciec wpatrywał się szklistym wzrokiem w swoje ukochane książki na regałach stojących wzdłuż wyłożonej drewnem ściany salonu. Część egzemplarzy starannie poukładał w pudłach, jednak i na półkach, i na podłodze w stosach wznoszących się wokół jego stóp zostało ich dużo, dużo więcej.

- Wiesz, że nie możesz wszystkich zabrać - odezwała się mama cichym, łagodnym głosem.

Przygotowywaliśmy się do opuszczenia naszego berlińskiego domu przy ulicy Den Zelten 21A, naprzeciwko wielkiego Parku Tiergarten, którego żelazną bramę otaczały okazałe różane krzewy i do którego chodziłam się bawić albo oglądać słonie w zoo. Wyjeżdżaliśmy nie tylko z naszego miasta, ale też z kraju - jednak wtedy, mając zaledwie cztery lata, byłam za mała, by to zrozumieć. Nie mogłam natomiast nie zauważyć maszerujących ciężkich butów, hałasu i wszechobecnych czerwono-czarnych flag. Nie umknęło mi też, że ojciec, który do tej pory zawsze był bardzo zajęty i wcześnie rano wychodził do pracy, teraz całymi dniami przesiadywał w domu. Z Berlina zachowałam jedynie urywki wspomnień: chrzęst żwiru pod stopami na alejkach Tiergarten, drżenie, jakie ogarniało naszą kamienicę, gdy biły dzwony w stojącym po drugiej stronie ulicy Kościele Pamięci Cesarza Wilhelma, oraz delikatne dźwięki fortepianu, na którym grała moja matka.

Tamto mieszkanie, mój pierwszy dom, już nie istnieje. Zostało kilka lat później zbombardowane przez aliantów. Pamiętam jednak, że było przestronne, wysokie i eleganckie, wyłożone grubymi perskimi dywanami i urządzone meblami w stylu art déco. Moja matka, Ruth (dla rodziny Rutchen), miała oko do pięknych przedmiotów, więc nasz dom był pełen porcelany i dzieł sztuki. Miała do pomocy kucharkę i pokojówkę, a my cieszyliśmy się wygodnym, względnie uprzywilejowanym życiem.

Była nauczycielką w szkole podstawowej, ale jako żona rządowego oficjela niestety zrezygnowała z posady zgodnie z panującym wówczas obyczajem. Uwielbiała pracować i przebywać z dziećmi, jednak wtedy uważano, że kobiecie utrzymywanej przez męża nie wypada podejmować pracy wykonywanej na ogół przez kobiety niezamężne. Siadała obok mnie na podłodze, bawiła się ze mną i z radością wysłuchiwała moich opowieści i najróżniejszych pytań, na które odpowiadała szczegółowo i cierpliwie. Lubiłam patrzeć, jak ubierała się w szyte na miarę jedwabne i aksamitne suknie, przygotowując się do wyjścia na koncerty, występy kabaretowe, przyjęcia, a nawet uroczyste bale, na które zapraszano mojego ojca, wysoko postawionego urzędnika państwowego.

Będąc przez wiele lat jedynaczką, cieszyłam się uwagą obojga rodziców. Sądzę, że ich małżeństwo było szczęśliwe, chociaż różnili się charakterami. Moja matka, młodsza od ojca o dwanaście lat, bystra obserwatorka, była wesoła, towarzyska i błyskotliwa, a ojciec był poważny, często zamyślony, wręcz posępny, ale odznaczał się też charyzmą, dzięki której wszyscy do niego lgnęli. Był urodzonym przywódcą, potrafił inspirować ludzi i nawiązywać z nimi porozumienie. Mimo pesymizmu, który oczywiście wolał nazywać realizmem, kontrastującego z radosnym pragmatyzmem żony był człowiekiem serdecznym, znanym w naszej społeczności z tego, że lubił pomagać innym. Jego umiejętności komunikacyjne, zarówno w piśmie, jak w mowie, zaprowadziły go daleko w dziedzinie, którą sobie wybrał - w polityce. Nigdy nie brakowało mu cierpliwości, by odpowiadać na moje pytania, i potrafił sprawić, że czułam się jak najważniejsza osoba w domu.

W chwili wybuchu pierwszej wojny światowej mój ojciec, Hans, był świeżo po studiach ekonomicznych i rozpoczął pracę jako dziennikarz specjalizujący się w tematyce biznesu i gospodarki. W 1915, gdy miał dwadzieścia pięć lat, został wcielony do wojska niemieckiego jako piechur i wysłany na front wschodni. Na szczęście po roku przeniesiono go do pruskiego sztabu generalnego w Kownie. Później mówił, jak bardzo był wdzięczny za to, że udało mu się wyjść cało i bez szwanku z walki z Rosjanami w lodowatych, zabłoconych, śmiercionośnych okopach, gdzie tylu ludzi straciło życie.

Na Litwie miały miejsce dwa wydarzenia, które zmieniły jego życie. Po pierwsze, ku swojej wielkiej uldze został zwolniony ze służby na froncie, a jego umiejętności dziennikarskie zostały zauważone i wykorzystane przez samego generała Ericha Ludendorffa, słynnego bohatera wojennego, okrzykniętego "mózgiem" pruskiej armii. Ojciec otrzymał od niego rozkaz przejęcia redakcji jednej z litewskich gazet, mimo że nie znał ani języka, ani kultury tego kraju. Wiele lat później żartował, że był prawdopodobnie jedynym dziennikarzem na świecie, który nie był w stanie czytać gazety, którą sam redagował. To litewskojęzyczni żołnierze armii pruskiej tłumaczyli wszystkie napisane przez niego artykuły.

W miarę trwania wojny geniusz militarny Ludendorffa okazał się przekleństwem, generał najpierw utrudniał, a potem jawnie sprzeciwiał się wszelkim działaniom mającym na celu zawarcie pokoju. Jego ambitne wizje zwycięstwa, których nie porzucił nawet w końcowej fazie walk, obróciły się przeciwko krajowi. Gdy powojenne Prusy chwiały się pod ciężarem wstydu i rozgoryczenia po traktacie wersalskim, który zakończył wojnę, stawiając je w najgorszej możliwej pozycji (ze względu na utratę terytoriów, niemożliwe do spłacenia reparacje, hiperinflację i w konsekwencji głód), Ludendorff nie wziął na siebie żadnej odpowiedzialności za błędy. Zamiast tego zaczął propagować teorię "noża w plecy", obwiniając Żydów o klęskę Niemiec i o działanie na szkodę kraju w trakcie wojny. Był zwolennikiem teorii spiskowych i jednym z pierwszych przedstawicieli elit, którzy poparli Adolfa Hitlera. Przekonywał, że aby Niemcy mogły stanąć na nogi, potrzebna będzie kolejna wojna światowa, która stworzy nowe cesarstwo niemieckie, potężniejsze niż kiedykolwiek. Zabiegi Ludendorffa pomogły Hitlerowi w dojściu do władzy, co okazało się tragiczne w skutkach dla mojej rodziny i dla wszystkich europejskich Żydów. Jednak z drugiej strony, gdy generał usunął mojego ojca z pola walki podczas pierwszej wojny światowej, prawdopodobnie uratował mu życie.

Druga poważna zmiana, która wywarła głęboki wpływ na ojca, a tym samym na całą naszą rodzinę, polegała na tym, że podczas służby w Europie Wschodniej miał styczność ze światem judaizmu i zachwycił się nim. Jako syn zasymilowanego bankiera miał ograniczony kontakt z żydowską tradycją. Na Boże Narodzenie w jego rodzinnym domu nawet stawała choinka ozdobiona świeczkami. W Niemczech widywał religijnych Żydów, z których część na pewno pochodziła zza wschodniej granicy, wydaje mi się jednak, że - podobnie jak większość świeckich Żydów w Niemczech - postrzegał ich negatywnie, zgodnie z panującymi wtedy uprzedzeniami: jako zacofanych, hałaśliwych i nieobytych. W tamtych czasach wielu Żydów zachodnioeuropejskich porzucało ograniczenia judaistycznych rytuałów, masowo żeniło się z nie-Żydówkami, a niektórzy nawet decydowali się na chrzest, by ułatwić sobie życie zawodowe oraz uniknąć antysemickich prześladowań i aktów przemocy. Dlatego decyzja mojego dotąd niereligijnego ojca, by przejść na ortodoksyjny judaizm, była bardzo nietypowa. Niemniej jednak, gdy stacjonował w Białymstoku, urzekła go nie tylko kultura chasydzkich społeczności żydowskich, ale też panujące tam czułość i bliskość. Spotykał się z rabinami, uczył się języka hebrajskiego i poznawał duże, ciepłe, pobożne rodziny - wszystko to sprawiło, że jego podejście do religii zmieniło się na zawsze. Po raz pierwszy w życiu uczył się modlitw, śpiewał pieśni religijne, uczestniczył w modlitwach szabatowych, po których zapraszano go na poczęstunek do skromnych, ale serdecznych domów; zachwycał się melodiami i zaklętą w nich duchowością. Wreszcie postanowił sam prowadzić życie pobożnego Żyda.

W roku 1919, po powrocie do ojczyzny, ojciec wstąpił do Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (która odegrała kluczową rolę w założeniu Republiki Weimarskiej w nadziei stworzenia nowej, demokratycznej kultury), by wziąć udział w negocjacjach na rzecz nowego pruskiego rządu. Został przewodniczącym biura prasowego rządu i wiceministrem. Był ceniony przez kolegów, którzy opisywali go jako człowieka niezwykle energicznego, mającego ogromną wiedzę i świetną pamięć ułatwiającą polityczne dyskusje. Był dumnym Niemcem, a zarazem jednym z najwyżej postawionych urzędników państwowych pochodzenia żydowskiego i prawdopodobnie jedynym praktykującym judaizm. Jeśli wzywano go do biura, które znajdowało się w pobliżu Reichstagu (gmachu parlamentu), na spotkanie w sobotę, szedł tam piechotą, by nie złamać prawa szabatu. W swoim bogato zdobionym gabinecie z wysokim sufitem codziennie czytał jedną stronę Talmudu - zbioru rabinicznych komentarzy do Tory spisywanych w ciągu stuleci. W niedziele chodził do gabinetu, by czytać listy i z wyprzedzeniem rozpocząć prowadzenie zaplanowanej na kolejny tydzień korespondencji. Czasem zabierał mnie ze sobą - w jednym z moich wspomnień idziemy tam razem, trzymając się za ręce.

Ojciec widział z bliska, jak wygląda wewnętrzne funkcjonowanie rządu i kraju, więc był wściekły, gdy w styczniu 1933 roku prezydent Paul von Hindenburg, były generał i bohater wojenny, uległ namowom doradców, którzy twierdzili, że wybranie Hitlera na stanowisko kanclerza zaspokoi jego ego, podczas gdy politycy o chłodniejszych umysłach będą mogli rządzić zakulisowo. Ojciec rozpaczał nad ich krótkowzrocznością. Po przejęciu władzy przez nazistów został "zawieszony do odwołania" i choć jego przewiny nigdy nie zostały oficjalnie określone, to był dobrze znany z wypowiedzi w radiu i prasie na temat konieczności ochrony demokracji. Ze względu na żydowskie pochodzenie stał się oczywistym kandydatem do szybkiego usunięcia ze stanowiska jeszcze na wczesnym etapie przejmowania przez Hitlera kontroli nad niemieckim rządem. Także wielu innych żydowskich urzędników państwowych straciło pracę w tamtym czasie. Aresztowano licznych kolegów ojca z Socjaldemokratycznej Partii Niemiec, zdelegalizowanej przez nazistów wraz z innymi ugrupowaniami opozycyjnymi. Niektórych działaczy wysłano do oddalonego o prawie pięćset kilometrów Dachau koło Monachium.

W kwietniu 1933 wprowadzono prawo uniemożliwiające Żydom i przeciwnikom NSDAP pracę w rządzie i służbach publicznych. Część z nich próbowała dochodzić sprawiedliwości na drodze sądowej, w pozwach dumnie podkreślając swoją niemieckość, miłość i najwyższe oddanie ojczyźnie. Wielu przypominało o swojej wiernej służbie wojskowej, niektórzy - o Krzyżach Żelaznych nadanych im za walkę podczas pierwszej wojny światowej. Spośród stu tysięcy Żydów, którzy służyli w armii, większość zaciągnęła się dobrowolnie, sądząc, że taka deklaracja gotowości oddania życia za ojczyznę zostanie nagrodzona pełną akceptacją i integracją. Ich słowa trafiały jednak w próżnię, były skazanymi na porażkę protestami w świecie, w którym agonia rozumu już się rozpoczęła.

Byłam wtedy oczywiście za mała, by rozumieć potworne zmiany przetaczające się przez nasz kraj w najwcześniejszych latach mojego życia. Wiem, że moi rodzice robili wszystko, by uchronić mnie przed strachem, ja jednak wyczuwałam ich niepokój - zaczęłam domagać się więcej uwagi i nie chciałam spać sama. Wiadomości o kolejnych zmianach najczęściej można było usłyszeć w radiu, przy akompaniamencie szeptu mojej matki napominającej ojca, żeby ściszył, bo usłyszę. Jednak w ostatnim roku naszego pobytu w Berlinie, 1933, odgłosy świadczące o politycznych niepokojach docierały do mnie nawet przez okno sypialni, a rodzicom coraz trudniej było udawać, że nic się nie dzieje.

Najpierw - kakofonia puzonów, klarnetów i esesmańskich buciorów, gdy przez Berlin przechodziła parada z pochodniami na cześć Hitlera, który właśnie został mianowany kanclerzem. Śpiewano pieśni o żołnierzach "nowej ery" gotowych do rozlewu krwi w "walce ras". Pochodnie rozświetlały naszą ulicę niczym rzeka ognia iluminująca powiewające flagi z czarno-białymi swastykami na czerwonym tle.

Kilka tygodni później, w lutym 1933 roku, obudziło nas wycie syren i wozów strażackich. Na niebie widać było łunę i mnóstwo dymu. To płonął Reichstag znajdujący się o pięć minut spacerem od naszego mieszkania. Pobiegłam do rodziców, ale mama od razu uciszyła mnie i moje pytania i wysłała z powrotem do łóżka. Mogę sobie tylko wyobrazić wyraz twarzy ojca i jego emocje, gdy powoli docierało do niego znaczenie płomieni trawiących symbol demokracji.

Maj przyniósł kolejne pożary. W imię "oczyszczenia Niemiec" studenci spotykali się z profesorami, by zdecydować, które książki są "antyniemieckie" i powinny zostać skonfiskowane z bibliotek w całym kraju, a następnie spalone. Książki pakowano do samochodów i ciężarówek, a młodzi ludzie nosili całe ich naręcza na plac między operą a uniwersytetem i rzucali w ogień. Dym z tysięcy palących się tomów docierał aż do naszego mieszkania.

* * *

Żydowskie rodziny w całych Niemczech zadawały sobie te same bolesne pytania, które dręczyły moich rodziców: Co robić? Z czego będziemy żyli? Może to tylko kwestia czasu i władzę wkrótce przejmą rozsądniejsi ludzie? A może trzeba będzie uciekać? Tylko dokąd? W kraju, gdzie protestujący byli wysyłani za karę do obozów koncentracyjnych, nieżydowscy dysydenci, w tym pisarze i artyści, stawali przed podobnymi dylematami i jako jedni z pierwszych decydowali się na wyjazd.

Konfrontacja z coraz wyraźniejszą prawdą - że trzeba uciekać - była niezwykle bolesna dla moich rodziców, a zwłaszcza dla matki, która rozpaczała już na samą myśl o opuszczeniu kraju, który tak kochała. Uwielbiała bogate życie kulturalne i intelektualne Berlina, sale koncertowe, muzea sztuki, dyskusje o książkach i filozofii. Na drugie imię dała mi Elisabeth, w hołdzie dla Goethego, który był dla niej, i zresztą dla całych Niemiec, jak bóg. Oboje moi rodzice byli zwolennikami międzywojennego intelektualizmu i liberalizmu niemieckiego ukształtowanego przez rosnącą podczas poprzednich stu pięćdziesięciu lat akceptację społeczną Żydów. Pod naszym dachem niemiecka filozofia i literatura łączyła się z tradycją żydowską, a wśród książek, które ojciec tak niechętnie pakował do skrzyń, znajdowały się tomy traktujące o literaturze, niemieckiej polityce i myśli judaistycznej. Niektóre z nich napisał zresztą sam.

Obawiał się jednak, że dawne stanowisko rządowe w połączeniu z krytycznymi, ostrzegawczymi opiniami na temat nazizmu, którym wielokrotnie dawał wyraz w radiu i w prasie, uczyni z niego wroga Rzeszy, za co mógłby zostać aresztowany. Umiejętność trzeźwej, realistycznej oceny sytuacji była dla niego powodem do dumy - i teraz, biorąc pod uwagę narastającą wrogość i przemoc, nie wyobrażał sobie naszej przyszłości w Niemczech. Moja rodzina od tysiąca lat nazywała ten kraj domem. Wśród moich przodków byli rabini, filozofowie, dziennikarze, ekonomiści, profesorowie, prawnicy, bankierzy i nauczyciele. Ja przyszłam na świat w roku 1928 i jestem ostatnią osobą w naszej rodzinie urodzoną tam. Nie byliśmy już bezpieczni.

Moi dalsi krewni, podobnie jak wiele innych żydowskich rodzin w Niemczech, rozproszyli się po całym świecie. Mama była środkową z trójki rodzeństwa, z którym pozostawała w bardzo serdecznych stosunkach, tak samo jak z rodzicami - państwem Klee. Cała jej rodzina była bardzo zżyta, co dodatkowo utrudniało decyzję o emigracji. Rodzice mamy, podobnie jak matka mojego taty, chcieli pozostać w kraju, ponieważ nie wyobrażali sobie rozpoczynania życia od nowa w obcym miejscu. Jednak brat mojej mamy, wuj Hans, który był prawnikiem tak jak jego ojciec, już się zastanawiał, gdzie wyjechać. Ostatecznie wybrał Szwajcarię, bo tam mógł praktykować prawo w języku niemieckim. Ich siostra, moja ciotka Eugenie, została wyrzucona z pracy w berlińskim Instytucie Badań nad Rakiem, mimo że była główną ekspertką w dziedzinie inżynierii tkankowej. Razem z mężem, Simonem Rawidowiczem, zaczęli natychmiast szukać pracy w zagranicznych placówkach naukowych i najpierw wyjechali do Leeds, potem popłynęli do Chicago, by wreszcie osiąść w Bostonie.

Ostatecznie zapadła decyzja: mieliśmy we trójkę wyjechać do Anglii. Ojcu udało się załatwić pracę w Londynie w firmie Unilever. Nasze berlińskie mieszkanie zostało więc opróżnione, aż nasze głosy niosły się echem w jego pustych pokojach. Tego ranka, gdy wyjechaliśmy, w myślach moich rodziców wciąż świeże były przede wszystkim wspomnienia bojkotów, nazistowskich pieśni i marszów albo funkcjonariuszy SA bijących ludzi na ulicy. Ja natomiast myślałam przede wszystkim o moim ukochanym Tiergarten. Teraz, gdy zostawiałam park za sobą już po raz ostatni, słyszałam jeszcze głosy dzieci grających w berka. Tymczasem my, mocując się z walizkami i kuframi, skierowaliśmy się w stronę stacji, żeby wsiąść do pociągu do Hamburga - był to pierwszy etap naszej podróży do Anglii.

* * *

Gdy dotarliśmy już bezpiecznie do Londynu, niebo było szare, wręcz ołowiane. Ta ośmiomilionowa metropolia, dwukrotnie większa od Berlina, zbudowana z kamienia i cegieł wydawała się przytłaczająca, zwłaszcza że nie mieliśmy tu żadnych krewnych, a i kontaktów niewiele. Na szczęście rodzice mówili po angielsku - z nich dwojga szczególnie dobrze radziła sobie moja matka, która miała wielki talent do języków i oprócz angielskiego znała francuski, łacinę i grekę. Londyn był stolicą Imperium Brytyjskiego, więc na jego ulicach pierwszy raz w życiu oglądałam twarze z całego świata i w zachwycie patrzyłam na statki z Azji, Karaibów i Afryki sunące po wodach potężnej Tamizy.

Tata - ekonomista z wykształcenia - dostał dobre stanowisko w firmie Unilever. Nasz pobyt w Anglii miał jednak wkrótce się zakończyć. Dopiero po przyjeździe do Londynu, by objąć nowe stanowisko, ojciec został poinformowany, że musiałby pracować także w soboty, czyli w szabat.

- Kiedy pracowałem w niemieckim rządzie, jakoś mogli uszanować, że obchodzę szabat, a tu, w Anglii, już nie? - narzekał wciąż zdziwiony, przekazując wieści mamie.

Gdy powiedział swoim pracodawcom, że nie był przygotowany na konieczność łamania zakazu pracy w szabat, jego kontrakt został anulowany.

Dla mojego ojca bycie pobożnym Żydem wykraczało poza kwestie głębokiej duchowości - oznaczało pełne podporządkowanie micwot, czyli przykazaniom judaizmu, wśród których przestrzeganie szabatu jest jednym z najważniejszych. Te zasady i rytuały dawały mu poczucie celu i wskazywały, jak prowadzić dobre, wartościowe życie. Nie miał zamiaru sprzeniewierzać się wartościom, które odnalazł w judaizmie, nawet jeśli bywały one boleśnie niedogodne.

Była to decyzja brzemienna w skutki, których żadne z nas nie było w stanie sobie wyobrazić. Anglia była i miała pozostać bezpiecznym miejscem. W Europie tymczasem robiło się coraz groźniej, w miarę jak naziści rośli w siłę. Nawet mój ojciec, mimo całej swojej mądrości i dogłębnego zrozumienia ówczesnej sytuacji politycznej, nie mógłby przewidzieć tego, co miało nastąpić. Nikt się nie spodziewał, jakie piekło rozpęta się już za parę lat. Dlatego po raz drugi wyjechaliśmy w poszukiwaniu azylu, tym razem do Amsterdamu.

 
 
Rozdział drugi
AMSTERDAM

"Neutralny" raczej nie jest słowem, które znają pięcioletnie dzieci. Ja znałam.

Już w roku 1934 mówiło się o możliwości wybuchu kolejnej wojny, a Holandia, podobnie jak Szwajcaria, podczas pierwszej wojny światowej zachowała neutralność. Wszyscy się pocieszali tym, że bez względu na rozwój wydarzeń kraje neutralne nie biorą udziału w wojnach i zdecydowanie nie można dokonać na nie inwazji. Holendrzy mieli opinię wyważonych i liberalnych, a w ich kraju antysemityzm nie był tak silnie zakorzeniony jak w wielu innych miejscach w Europie. Co ważne, Niemcy były tuż obok, więc mogłabym z matką odwiedzać dziadków, krewnych i przyjaciół, którzy postanowili zostać (ojciec uważał, że dla niego taka wizyta byłaby zbyt ryzykowna). Dlatego właśnie moi rodzice wybrali Holandię na nowy dom dla naszej trzyosobowej rodziny. W Amsterdamie moglibyśmy przeczekać, aż to szaleństwo samo się wypali. Zwłaszcza mama miała nadzieję, że nasza emigracja będzie jedynie tymczasowa i że wkrótce wrócimy do domu.

Tak więc 20 grudnia 1933 w Amsterdamie zarejestrowano przyjazd mojego ojca: nasze nazwisko (Goslar) zostało zapisane szeroką, elegancką kursywą w urzędowym formularzu. W rubryce poniżej widniały jego imiona, data przyjazdu i adres hotelu, w którym miał się zatrzymać przez pierwsze tygodnie, by zrobić rekonesans i zacząć się urządzać w kolejnym nowym kraju, podczas gdy my zatrzymałyśmy się u dziadków w Berlinie. Trzy miesiące później urzędnik zapisał w rejestrze pełne nazwisko mojej matki, Ruth Judith Klee, moje nazwisko i datę naszego przyjazdu: 19 marca 1934. Zwykły kawałek papieru, biurokratyczny obowiązek. Jednak to z jego powodu miało się zmienić nasze życie.

Gdy wysiadałyśmy z mamą z pociągu, w Amsterdamie zaczynały kwitnąć tulipany. Nasze obcasy stukały o bruk i starałyśmy się nie wchodzić w drogę pędzącym rowerzystom. Po kilku tygodniach rozłąki z ojcem byłam teraz przeszczęśliwa, że nasza rodzina znów jest w komplecie. Czułam się bezpieczna, gdy oboje rodzice wzięli mnie za ręce. Mimo to po chwili puściłam ich, poszłam przodem i zapatrzyłam się na złote refleksy na lustrze wody w kanale odbijającym kadłuby przepływających barek. Za chwilę jednak poczułam szarpnięcie, gdy mama odciągnęła mnie od krawędzi nabrzeża. Na chwilę ogarnęło mnie przerażenie, zupełnie burząc moje poczucie bezpieczeństwa.

- Jesteśmy teraz w Jerozolimie Zachodu - ogłosił mój ojciec, starając się, by jego słowa zabrzmiały entuzjastycznie. Były to nasze pierwsze kroki w tym mieście.

Ojciec miał nadzieję, że ta Jerozolima będzie dla nas jedynie przystankiem, zanim dostaniemy się do tej prawdziwej, położonej prawie pięć tysięcy kilometrów dalej, na Bliskim Wschodzie. Syjonizm był w tamtych czasach ruchem dążącym do stworzenia żydowskiej siedziby narodowej na terenach biblijnego Izraela, gdzie państwo żydowskie istniało dwa tysiące lat wcześniej. Dla zwolenników tego ruchu byłoby to odpowiedzią na stulecia wygnania oraz trudności diaspory; bezpieczną przystanią i miejscem odrodzenia narodu żydowskiego. Jednak Brytyjczycy, którzy zarządzali terytorium zwanym Mandatem Palestyny, mając na względzie nasilające się napięcia arabsko-żydowskie, coraz bardziej utrudniali Żydom imigrację. By otrzymać wizę, trzeba było mieć czas, szczęście i pieniądze. Ojcu powiedziano, że aby ubiegać się o taką wizę, musiałby zadeklarować posiadanie dużego majątku, większego niż ten, który miał.

Mój dziadek ze strony mamy, Alfred Klee, był wprawdzie jednym z liderów ruchu syjonistycznego w Niemczech (tak jak mój ojciec), jednak mama nie podzielała jego marzeń o emigracji na Bliski Wschód. Gdy miała około dwudziestu lat, pojechała z rodzicami i rodzeństwem do Mandatu Palestyny, gdzie na własne oczy widziała trudy życia żydowskich pionierów w nowych kibucach i osadach. Mama natychmiast uznała, że to nie dla niej.

- Nie mogłabym tak ciężko pracować - mówiła półżartem, półserio.

Po kilku miesiącach niepewności teraz mogła przynajmniej znaleźć pocieszenie pośród kamiennych i ceglanych budynków Amsterdamu, pośród mostów łączących krzyżujące się ulice i kanały. Szczególnie bezpiecznie i przytulnie można było się poczuć w Rivierenbuurt (dosłownie: rzecznej dzielnicy) znajdującej się w południowej części miasta i wciśniętej między rzekę Amstel i dwa główne kanały. Większość tamtejszych ulic - w tym nasza - nosiła nazwy holenderskich rzek.

Do naszego mieszkania przy Merwedeplein 31 musieliśmy wspiąć się po schodach aż na samą górę. Ojciec otworzył w salonie wielkie wykuszowe okno wychodzące na plac i oznajmił: "Witajcie w domu!". Ten dom był znacznie mniejszy od berlińskiego, nie było tam ani wysokich sufitów, ani szerokiego tarasu, ani pokoi gościnnych. Nie było też pokojówki ani kucharki, które pomogłyby mamie w prowadzeniu domu. Jako żona wysoko postawionego pruskiego oficjela zawsze miała pomoc domową, teraz musiała stawić czoło zupełnie nowej sytuacji.

Wyglądając przez okno, widziałam trójkątny obszar wysypany piaskiem, ograniczony niskim żywopłotem i kwietnikami. Dzieci w różnym wieku bawiły się tam i jeździły na rowerach. Sąsiednie kamienice miały ściany z takich samych jasnych cegieł jak nasza kamienica, a gdy się tu wprowadziliśmy, część z nich była jeszcze w budowie. Na rogach ulic stały ciężarówki pełne cementu, gipsu i kafelków, a ja ze zdziwieniem oglądałam robotników chodzących po rusztowaniach wysoko nad ziemią. Nad całą okolicą górował dwunastopiętrowy budynek. Sąsiedzi powtarzali: "Najwyższy budynek w całej Holandii - właśnie tutaj!". Wkrótce zaczęliśmy nazywać go tak samo jak oni - drapaczem chmur.

Gdy wprowadziliśmy się tu na początku roku 1934, byliśmy dziesiątą żydowską rodziną z Niemiec, która zamieszkała przy naszej ulicy. Był to jednak dopiero początek napływu coraz bardziej zdesperowanych Żydów szukających schronienia. Ostatecznie tramwaj numer 8, łączący naszą okolicę z dzielnicą żydowską w centrum Amsterdamu, został przezwany "tramwajem do Jerozolimy", a na tramwaj numer 24, łączący dzielnicę Beethovenbuurt (w której również osiedlało się wielu uchodźców z Niemiec) z centrum miasta, mówiono "Berlin express". Żydowscy imigranci przyjeżdżali też z Rosji, Belgii i Czech. Wielki kryzys gospodarczy nie oszczędził Holandii i wiele mieszkań wykończonych dwa lata wcześniej stało pustych. Nasz gospodarz cieszył się więc z przybycia niemiecko-żydowskich uchodźców, takich jak my, którzy chcieli jak najszybciej znaleźć mieszkanie i mogli sobie pozwolić na opłacanie dość wysokiego czynszu w budynkach określanych jako "luksusowe" ze względu na nowoczesne udogodnienia w postaci centralnego ogrzewania i bieżącej wody.

Pierwsze dni mama poświęciła na rozpakowywanie bagaży i próby urządzenia mieszkania tak, byśmy czuli się jak w domu. Wyciągnęła ciemnozieloną narzutę, która w Berlinie leżała na łóżku rodziców, i fotel obity tą samą tkaniną. Na ścianie w salonie powiesiła reprodukcję obrazu van Gogha, przedstawiającego czerwono-czarne łodzie na piaszczystej plaży obmywanej przez fale Morza Śródziemnego. Powiedziała, że dzięki niemu pokój wydaje się większy. Patrząc wstecz, zastanawiam się, czy mama utożsamiała się z taką łodzią - wyrzuconą na brzeg nie tam, gdzie chciała się znaleźć, gdzieś pomiędzy, w zawieszeniu, na niejasnej granicy między morzem a wybrzeżem.

Z jadalni do salonu przechodziło się przez przeszklone drzwi. Nasz stół jadalny z orzechowego drewna wraz z kompletem krzeseł nie dotarł z Niemiec, w przeciwieństwie do zestawu mebli na taras - tutaj tarasu nie było, więc jedliśmy posiłki przy wiklinowym stole, siedząc na wiklinowych krzesłach z białymi poduszkami w czerwone kwiatki. Mama na wiele sposobów starała się wprowadzić w nasze życie trochę piękna - na przykład co tydzień kupowała kwiaty i wstawiała je do białego porcelanowego wazonu. Ja od razu polubiłam swój nowy pokój i byłam zafascynowana półkotapczanem, który składałam każdego ranka po przebudzeniu, tak by łóżko wpasowało się pionowo pomiędzy dwa regały z książkami.

Ojciec chciał, byśmy jak najszybciej zadomowili się w nowym miejscu, więc z entuzjazmem opowiadał nam a to o księgarni tuż za rogiem, a to o nielicznych kawiarniach i sklepach znajdujących się kilka kroków od naszego budynku. Mieszkaliśmy jednak w spokojnej, zielonej okolicy na obrzeżach miasta, więc nie było tam ani eleganckich sklepów i domów handlowych przy schludnych ulicach obsadzonych drzewami, ani zatłoczonych placów obramowanych kawiarniami - jak tuż za progiem naszego berlińskiego domu. Mama nigdy nie otrząsnęła się z tęsknoty za rodzinnym miastem i mimo że bardzo starała się nie pokazywać tego po sobie, to uczucie towarzyszyło jej nawet pierwszego dnia nowego życia w Amsterdamie, gdy nasza trójka spotkała się po kilku miesiącach rozłąki. Mama miała wtedy trzydzieści dwa lata, a ojciec czterdzieści cztery. Kochała swoje berlińskie życie i nie była zachwycona myślą o zaczynaniu wszystkiego od nowa. Ojciec zresztą też nie, jednak sytuacja w Niemczech tak go przerażała, że chyba łatwiej było mu po prostu nie zwracać uwagi na nostalgię mamy za krajem, który jeszcze niedawno oboje kochali jako swoją ojczyznę. Zastanawiam się, ile emigracyjnych lęków rodziców mogło wtedy przejść na mnie.

Pierwszą przeszkodą, która się pojawiła, było nauczenie się holenderskiego. Mama, która tak kochała języki obce, narzekała na jego gardłowe brzmienie i mówiła, że to "choroba krtani, nie język". Z jednej strony był podobny do niemieckiego, a z drugiej wystarczyło nieznacznie zmienić jakieś słowo, by nabrało zupełnie innego, często komicznego znaczenia. Rodzice byli z początku zdezorientowani, gdy czytali napisy, które po holendersku znaczyły coś zupełnie innego niż po niemiecku. Na przykład tabliczki przy drzwiach wejściowych instruujące gości, jak się zaanonsować. Po holendersku słowo bellen oznacza "dzwonić dzwonkiem", natomiast po niemiecku - "szczekać". W pierwszej chwili byliśmy oburzeni: jak to, czy im się wydaje, że my szczekamy jak psy?!

Większość Holendrów ma przy drzwiach tabliczkę z komunikatem dla domokrążców: Aan de deur wordt niet gekocht, czyli: "Zakaz sprzedaży przy drzwiach". Dla Niemca to oznacza: "Prosimy gotować przy drzwiach". W pierwszych dniach naszego pobytu w Amsterdamie zdarzało się wiele takich zabawnych nieporozumień. Niestety, dopóki nie poszłam do szkoły, nie nauczyłam się więcej po holendersku.

Mama coraz lepiej zapoznawała się z okolicą, dowiadywała się, w których sklepach kupować jedzenie, a w których artykuły do sprzątania i urządzania domu. Dla osoby takiej jak ona, przyzwyczajonej do pomocy pokojówek, już samo to stanowiło wyzwanie, a dodatkowo była tu nowo przybyła i dopiero zaczynała się uczyć języka. Stopniowo poszerzała swój repertuar kulinarny, aż stała się kompetentną (choć nie wybitną) kucharką.

Któregoś ranka wybrałyśmy się razem po zakupy. Uwielbiałam chodzić z nią za rękę i oglądać nasze nowe miasto. W jednej z alejek osiedlowego sklepu nagle usłyszałyśmy, że ktoś mówi po niemiecku. Obróciłyśmy się w tamtą stronę, by zobaczyć, kto to - jakaś pani rozmawiała ze swoją córeczką. Dwie matki zaczęły gawędzić ze sobą, a w ich głosach brzmiała wyraźna ulga, że odnalazły coś znajomego w tym obcym miejscu.

Ostrzyżona na pazia dziewczynka i ja tylko przyglądałyśmy się sobie nieśmiało i bez słowa. Przy innych dzieciach bywałam raczej zawstydzona, więc cofnęłam się o krok, by trochę się schować za mamą i przytrzymać się jej spódnicy. Nie przestawałam jednak wpatrywać się w tamtą dziewczynkę, a ona we mnie, milcząco i z kiełkującym poczuciem komfortu.

 
 
Rozdział trzeci
NOWE PRZYJAŹNIE

Na co dzień byłam nieśmiała, a wychodząc na pierwszy dzień zajęć w przedszkolu Montessori nr 6 przy ulicy Niersstraat, byłam absolutnie przerażona. Płakałam, gdy wychodziłyśmy z mieszkania, i choć zwykle byłam posłusznym dzieckiem, to teraz usiłowałam chwycić się klamki, błagając, bym mogła zostać w domu. Od wielu miesięcy za jedyne towarzystwo miałam mamę albo innych dorosłych. Poza tym prawie w ogóle nie mówiłam po holendersku.

- Dość tego, Hanneli - powiedziała surowo moja mama, zwracając się do mnie rodzinnym zdrobnieniem i odginając moje palce na klamce. - Zawsze trudno jest zacząć coś nowego. A teraz chodźmy. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.

Kontynuowała tę pogadankę, gdy szłyśmy naszą ulicą w stronę trzypiętrowego ceglanego budynku z wąskimi oknami od podłogi do sufitu każdej kondygnacji. Zorientowałam się, że to tam zamierza mnie zostawić, i poczułam ucisk w żołądku. Pisnęłam, ale mama uciszyła mnie jednym spojrzeniem, dając do zrozumienia, że nie będzie dalej tolerowała mojego marudzenia. Otworzyła ogromne, drewniane drzwi szkoły i gdy znalazłyśmy się w środku, ścisnęłam jej rękę jeszcze mocniej i powłóczyłam nogami po kafelkach korytarza, mimo że oznaczało to przetarcie nowych skórzanych bucików.

Weszłyśmy do sali, w której było dużo dzieci sprawiających wrażenie bardzo zajętych. Jedne bawiły się drewnianymi klockami przy niskich stolikach, inne rysowały szlaczki albo siedziały na matach, ćwicząc pisanie. Moją uwagę przykuła uczennica o lśniących włosach, tak ciemnych, że prawie czarnych. Nie widziałam jej twarzy, bo siedziała tyłem. Grała na srebrnych cymbałkach. Po chwili obróciła się w moją stronę i spojrzała na mnie. Rozpoznałyśmy się w okamgnieniu - to była tamta dziewczynka ze sklepiku na rogu! Natychmiast rzuciłyśmy się sobie w ramiona niczym siostry, które spotkały się po długiej rozłące. Niemieckie zdania popłynęły z naszych ust niczym lawa z wulkanów. Mój ściśnięty żołądek szybko się rozluźnił, a wszystkie obawy rozpuściły się w uśmiechu.

- Mam na imię Annelies. Możesz mówić do mnie Anne - powiedziała.

Jako dwie dziewczynki nieznające holenderskiego byłyśmy zachwycone tym spotkaniem, więc nawet nie zauważyłam, kiedy moja mama, uspokojona, cichutko wyszła z klasy. Anne też była nowa w szkole. Jej rodzina niedawno przyjechała z innego dużego niemieckiego miasta - Frankfurtu. Obie miałyśmy postępowych rodziców, którzy uznali, że nowoczesne podejście szkół Montessori, zachęcających dzieci do podążania za własną ciekawością, będzie dla nas najlepsze. Zamiast dawać oceny, nauczyciele stawiali dzieci w centrum, pozwalając im wybierać to, co je najbardziej interesuje.

Byłam absolutnie zauroczona Anne, moją pierwszą przyjaciółką, jednak błyskawicznie zrozumiałam, że bardzo się od siebie różnimy. Ja często zamykałam się w sobie i z przekrzywioną głową zastanawiałam się, co powiedzieć. Nie byłam przyzwyczajona do obecności innych dzieci i łatwo było mnie onieśmielić. Byłam niezdarna i nad wiek wysoka. Anne z kolei miała jasną, oliwkową skórę i była ode mnie prawie o głowę niższa. Filigranowa, wręcz krucha, o ogromnych, błyszczących, roześmianych oczach. Jej drobna figura skrywała jednak wielką osobowość. Świetnie sobie radziła z wymyślaniem nowych zabaw i przewodzeniem innym dzieciom. Była pewna siebie nawet wobec dorosłych. Potrafiła spytać dorosłego o wszystko, w zasadzie bez przerwy zadawała pytania. Podziwiałam ją za to, ile potrafiła ich wymyślić. Gdy się poznałyśmy, jej ciemnobrązowe włosy były obcięte na pazia z przedziałkiem z boku. Ja też miałam krótką fryzurę, jak większość dziewczynek w naszym wieku w tamtych czasach, ale moje włosy były kasztanowe i falujące. Mama czasem ozdabiała je dużą kokardą przypiętą z boku, a ja zawsze musiałam się upewnić, czy mam zasłonięte uszy, których nie cierpiałam, bo uważałam, że były za duże.

Bardzo się ucieszyłyśmy z Anne, gdy okazało się, że jesteśmy sąsiadkami. Do frontowych wejść naszych kamienic prowadziły identyczne betonowe schody, a zbiegnięcie z mojego mieszkania i wbiegnięcie do niej zajmowało mi mniej niż minutę. Jej rodzina mieszkała piętro wyżej niż moja. Dzwoniłam mosiężnym dzwonkiem, Anne mi otwierała, a potem puszczałyśmy się pędem po stromych, pokrytych dywanem schodach, trzymając się pomalowanej na kremowo poręczy, i dalej korytarzem wyklejonym jasnoniebieską tapetą.

Wkrótce dziesięciominutową trasę do szkoły pokonywałyśmy codziennie razem, czasem w towarzystwie siostry Anne, Margot, starszej od nas o trzy lata. Była wyjątkowo bystra i miła, z natury bardziej poważna niż Anne. Mimo że byłam młodsza, nigdy nie zwracała się do mnie lekceważąco. Uznałam, że wspaniale byłoby mieć siostrę. Margot chodziła do bardziej tradycyjnej Jekerschool przy Jekerstraat, oddalonej parę ulic od naszej szkoły.

Każdego dnia przy pomocy naszych cierpliwych nauczycieli Anne i ja - dzieci rozpaczliwie pragnące akceptacji - opanowywałyśmy coraz więcej holenderskich słów i wyrażeń. Niebawem mówiłyśmy już płynnie i nawet wytykałyśmy rodzicom błędy w wymowie. Ja jednak, w odróżnieniu od Anne, zachowałam nieznaczny niemiecki akcent. Po pewnym czasie czułyśmy się już jak małe Holenderki. Nasi znajomi mieli różne pochodzenie, jedni holenderskie, inni żydowskie. Jeszcze inni byli uchodźcami jak my. Nie myślałyśmy jednak o tym, co nas od nich odróżniało, ani tego nie odczuwałyśmy. Nasze wspomnienia z Niemiec bladły i szybko zaakceptowałyśmy nasz nowy kraj, gorąco przekonane, że chcemy być takie jak wszyscy.

Wkrótce odkryłyśmy sposób na to, jak porozumiewać się między naszymi domami, kiedy tylko miałyśmy ochotę. Wystarczyło wystawić głowę przez okno i zawołać: ja z drugiego piętra, ona z trzeciego.

- An-naa! - wołałam przez okno śpiewnym głosem rankami, gdy był już czas wychodzić do szkoły (Anne wymawiało się "Anna"). Miałyśmy też nasz gwizdany sygnał (wybrałyśmy holenderski hymn), żeby wiedzieć, że to któraś z nas dwóch chce się spotkać, by się pobawić na podwórku albo odwiedzić tę drugą w domu. Anne słabo sobie radziła z gwizdaniem, więc czasem po prostu nuciła. Po wymianie gwizdów spotykałyśmy się na chodniku pod domem, by wyruszyć w drogę do szkoły, którą w całości wypełniał strumień nieustannego szczebiotu.

Anne pytała na przykład, czy słyszałam o nowym filmie z Popeye'em, i od razu streszczała mi jego fabułę, bo już go widziała z rodziną w weekend. Opowiadała, że matka martwi się jej ostatnią przypadłością (Anne często chorowała i musiała zostawać w domu) albo że cieszy się na wizytę babci. Ona dużo mówiła, a ja dużo słuchałam, ale często też zdarzały się wymiany zdań.

Lubiłyśmy wizyty z nocowaniem i Anne zawsze wtedy przychodziła do mnie z rzeczami spakowanymi do małej walizeczki. Pamiętam, jak któregoś razu siedziała na moim łóżku, szczotkując włosy i opowiadając, że chciałaby zjeździć cały świat - a byłyśmy wtedy przecież tak młode i nasze podróże ograniczały się do tych kilku metrów dzielących nasze domy i do spacerów do szkoły.

Jako jedynaczka marząca o rodzeństwie byłam zapatrzona w Margot i zachwycałam się jej urodą. Miała wielkie, jasne oczy, a gdy w pewnym momencie zaczęła nosić okulary, uznałam, że to dodało jej wyrafinowanego wdzięku. Roztaczała wokół siebie aurę spokojnej, cichej dobroci i lubiła pomagać potrzebującym. Marzyłam wtedy o takiej starszej siostrze jak ona. Margot świetnie się uczyła, była zdyscyplinowana, cicha i introwertyczna w przeciwieństwie do ekstrawertycznej, wygadanej Anne. Była też wysportowana i odnosiła sukcesy jako wioślarka i pływaczka. Z żywym zainteresowaniem jedynaczki obserwowałam, jak Margot pełniła w swojej rodzinie funkcję mediatorki. Była niezwykle posłuszna i nigdy nie pyskowała rodzicom, a gdy Anne dawała się ponieść emocjom, namawiała ją, by się uspokoiła i niczym nie przejmowała. Margot była ulubienicą matki (a Anne - ojca) i zależało jej na utrzymaniu w domu spokojnej atmosfery, którą matka tak bardzo ceniła.

Gdy poznałam Anne, od razu zauważyłam, że uwielbia być w centrum uwagi. Była pełna życia i wnosiła światło, gdziekolwiek się pojawiła. Sama byłam wycofanym dzieckiem, więc podziwiałam opanowanie i spokojny wdzięk Margot. Chciałam być taka jak ona: mądra, piękna i dobra. Cieszyłam się też, widząc, jaka była opiekuńcza wobec Anne. Wyobrażałam sobie, że jeśli kiedykolwiek będę czyjąś starszą siostrą, chcę być taka jak Margot.

Anne była bardzo pewna siebie, ja znacznie mniej. Spierałyśmy się czasem - o nic poważnego, były to typowe dziecięce nieporozumienia szybko puszczane w niepamięć - jednak jej kategoryczność i silny charakter bywały dla mnie bardzo męczące, zwłaszcza że wychowywałam się w spokojnym domu, w otoczeniu dorosłych. Zdarzało się, że podczas zabawy, zwłaszcza gdy przegrywała, Anne robiła się nerwowa. Była niesamowicie bystra i zdecydowanie mniej posłuszna niż ja. Moja mama żartowała, że "Bóg wie wszystko, ale Anne wie lepiej", gdy po powrocie do domu opowiadałam o kolejnej sytuacji, w której Anne się wymądrzała.

Pewnego dnia w drodze do szkoły, gdy skręciłyśmy z Anne za róg, zobaczyłyśmy unoszące się w powietrzu krzesła i stoły. Z rozdziawionymi buziami przyglądałyśmy się, jak meble zjeżdżały z okien mieszkania dziewczynki o imieniu Juliane, która też pochodziła z niemiecko-żydowskiej rodziny i też mieszkała przy Placu Merwedeplein. Rodzice wyjaśnili nam później, że w Holandii w czasie przeprowadzki używa się systemów lin, dzięki którym ciężkie meble można wydostać z mieszkania przez okna, ponieważ domy są wąskie i zbudowane na palach, by uniknąć zalania, gdyby dom stał na poziomie morza. Dla nas sam ten widok był fascynujący. Rodzina Juliane przeprowadzała się do Nowego Jorku. Matka Juliane przekonywała matkę Anne, Edith, że oni też powinni wyjechać do Ameryki.

* * *

W miarę jak pogłębiała się moja przyjaźń z Anne, tak samo zacieśniała się więź między naszymi rodzinami. Frankowie często przychodzili do nas w szabat na kolację, a my spędzaliśmy u nich sylwestra i ważne żydowskie święta, takie jak Pesach. Dorośli rozmawiali do późna w nocy, a dzieci starały się jak najdłużej dotrzymać im towarzystwa. Sylwester u Franków wkrótce stał się tradycją i zawsze obejmował też nocowanie. Uwielbiałam przebywać u nich w domu przy Merwedeplein 37 mieszkania 2 - wydawał mi się odrobinę bardziej elegancki niż nasz, z zielonymi, aksamitnymi kotarami i perskimi dywanami w odcieniach czerwieni i brązu, zawsze pachnący słodyczami, bo mama Anne piekła wspaniałe ciasta. Dla mnie jej dom pachniał wanilią i książkami.

Upinała swoje ciemne włosy w nieco postarzający kok i była miła, choć wobec nas, dzieci, zachowywała pewien dystans. Bardzo polubiła się z moją mamą i tak samo jak ona była zachwycona naszą przyjaźnią z Anne. Mówiły nawet, że jesteśmy jak siostry. Obie nasze mamy były młodsze od naszych ojców o dwanaście lat i obie tak samo mocno tęskniły za Niemcami oraz za bliskimi, którzy tam zostali. Wiem też, że boleśnie odczuwały utratę dawnego, względnie wygodnego życia, tym bardziej że ich mężowie wiele godzin spędzali w pracy.

Życie na emigracji nigdy nie jest łatwe, zwłaszcza dla matek, które biorą na siebie prowadzenie domu i opiekę nad dziećmi. Moja mama i pani Frank mogły na siebie liczyć, gdy potrzebowały pomocy lub wsparcia. Miały komu się poskarżyć na to, jakim obciążeniem była dla nich konieczność robienia wszystkich zakupów, sprzątania i gotowania bez pomocy, do jakiej były przyzwyczajone w Niemczech. Wszystko było tu nowe i zaskakujące. Nie rozumiały zadań domowych, które dostawały ich dzieci, różnice kulturowe sprawiały im trudności, a po holendersku mówiły z silnym niemieckim akcentem. Miały typowo niemieckie upodobanie do porządku i dobrych manier oraz pragnęły, żebyśmy tak samo jak one kochały Beethovena i Bacha. Widziałam, że naszych matek nigdy nie opuszczał smutek: mojej mamy, pani Frank i pani Ledermann, mamy naszej dobrej koleżanki Sanne. Ich tęsknota była tak silna, że prawie można było poczuć jej zapach.

Ledermannowie uciekli z Berlina razem z dwiema córkami mniej więcej w tym samym czasie co my. Pan Ledermann początkowo nie chciał nawet o tym słyszeć. Prowadził w Berlinie doskonale prosperującą kancelarię prawniczą i reprezentował duże firmy, a trudno pracować w tym zawodzie, gdy nie zna się języka i nie studiowało się prawa danego kraju. Ani on, ani jego żona nie byli zachwyceni myślą o rezygnacji z weekendowych wyjść do muzeów, restauracji i sal koncertowych, jednak Ilse Ledermann, która urodziła się w Holandii i miała tam rodzinę, nalegała, by mąż zgodził się na wyjazd. Jej szwagier pracował jako dziennikarz w jednej z holenderskich gazet i w 1923 roku wysłano go do Monachium, skąd relacjonował proces, podczas którego Hitler został oskarżony o zdradę stanu, a następnie skazany. Pamiętał zachowanie Hitlera na sali sądowej i jego wściekłe diatryby, jednak tym, co wstrząsnęło nim jeszcze bardziej, był brak reakcji sędziów, którzy nawet nie próbowali tego uciszać. Dlatego był przekonany, że skoro Hitler doszedł do władzy, na pewno spełni swoje groźby w stosunku do Żydów. Twierdził, że Hitler stanowi zagrożenie, którego nie da się już powstrzymać, i tak samo jak inni holenderscy krewni pani Ledermann nalegał na wyjazd z ojczyzny. Pan Ledermann, dumny Niemiec, odmawiał aż do momentu, gdy nazistowskie prawo uniemożliwiło żydowskim prawnikom dalsze uprawianie zawodu.

Cała rodzina wprowadziła się do mieszkania niedaleko Merwedeplein, przy równoległej ulicy Noorder Amstellaan. Pani Ledermann musiała się przyzwyczaić do życia bez pomocy dwóch niań dla córek, bez kucharek i pokojówek. Była pianistką i w przestronnym berlińskim mieszkaniu miała dwa fortepiany, które jednak trzeba było sprzedać przed wyprowadzką do Amsterdamu. Jej mąż też grywał, więc w każdą niedzielę urządzali u siebie w salonie koncerty muzyki klasycznej.

Mój ojciec i pan Ledermann założyli dwuosobową agencję pomocową dla uchodźców. Spotykali się u nas w domu, a mama pomagała im jako sekretarka. Mężczyźni siadywali po dwóch stronach jednego biurka i podawali sobie dokumenty, a mama przepisywała dla nich korespondencję na czarnej maszynie do pisania, która stała u nas w salonie i była odstawiana tylko na czas szabatu. Najczęściej pomagali innym Żydom niemieckiego pochodzenia osiedlić się w Amsterdamie, załatwiali w ich imieniu sprawy prawne i handlowe, na przykład pośrednicząc w sprzedaży nieruchomości, które ich klienci mieli w jednym kraju, i zakupie nowych domów. Mój ojciec wnosił swoją wiedzę ekonomiczną, a pan Ledermann znajomość prawa. W trzy lata ukończył holenderskie studia prawnicze - zrobiło to na nas wielkie wrażenie i byliśmy z niego bardzo dumni, a jego rodzina zorganizowała z tej okazji wspaniałe przyjęcie.

Mój ojciec nie miał serca pobierać wysokich opłat za swoje usługi, zwłaszcza że te niespokojne czasy były dla wszystkich trudne także pod względem finansowym, dlatego nie zarabiali z Ledermannem zbyt dużo - a było to wtedy nasze jedyne źródło utrzymania. Marzyłam o rowerze albo o łyżwach, ale moi rodzice nie mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by pozwolić sobie na rzeczy, które w naszej nowej sytuacji uchodziły za luksusowe. Zdobywanie środków do życia w nowym kraju było trudne dla wszystkich naszych rodzin, jednak to, co mogło nas odróżniać od holenderskich znajomych, nie było aż tak widoczne dzięki tutejszemu upodobaniu do oszczędności. Holendrzy unikali ostentacji i woleli nie rozmawiać o pieniądzach.

Holenderscy Żydzi, których poznawaliśmy, uważali się przede wszystkim za Holendrów i nie bardzo wiedzieli, co z "nami" zrobić. O ile więc przerażały ich usankcjonowane politycznie prześladowania i przemoc, przed którymi żydowskie rodziny takie jak nasza uciekały do Holandii, o tyle obawiali się też naruszenia delikatnej równowagi i utraty akceptacji. Cieszyli się nią przede wszystkim Żydzi zamożni i wykształceni, głównie sefardyjczycy. Holenderscy Żydzi z niższych warstw społecznych, zwłaszcza ci pochodzący z Europy Wschodniej, odnosili się do swoich niemieckich pobratymców z niechęcią, przekonani, że tamci uważają ich za niekulturalnych i źle wykształconych. Gdy do kraju zaczęły napływać coraz liczniejsze fale uchodźców, pojawiła się kolejna obawa, że zuchwały, głośny sposób bycia nowo przybyłych zakłóci porządek w powściągliwym, skromnym społeczeństwie, w którym Żydom udało się znaleźć dla siebie miejsce. Wprawdzie w Holandii antysemityzm nigdy nie był zjawiskiem tak powszechnym jak w innych krajach europejskich, ale nie był też zupełnie nieobecny. Holenderska społeczność żydowska nie zamierzała więc przyjmować niemieckich uchodźców z otwartymi ramionami. Dlatego usługi oferowane przez mojego ojca i pana Ledermanna były tak cenne. Pomogły wielu ludziom z naszego kręgu i pomoc ta nie została potem zapomniana.

O ile mój ojciec i pan Ledermann byli poważni i zaabsorbowani pracą oraz rozwojem wydarzeń w Niemczech, o tyle pan Frank był zupełnie inny. Dystyngowany, wysoki, miał szpakowate wąsy i bystre spojrzenie - takie samo jak Anne. Był typem ojca, który opowiada dzieciom bajki na dobranoc. Wszyscy go uwielbialiśmy, zwłaszcza że nigdy przedtem nie mieliśmy do czynienia z kimś takim - z ojcem, który nie jest niedostępny dla dzieci i nie przegania ich, bo chce poczytać gazetę albo ma inne ważne sprawy na głowie. Pani Frank traciła czasem cierpliwość przy Anne, pan Frank natomiast zachwycał się jej niewyczerpaną ciekawością i chyba naprawdę lubił słuchać tego, co jego dzieci miały do powiedzenia. I umiał się wygłupiać. Nauczył Anne i mnie absurdalnej piosenki, jak twierdził, po chińsku, w co my przez wiele lat wierzyłyśmy.

 

Jo di wi di wo di wi di waja kacz kaja,

Kaczo, di wi di wo di,

Wi di wicz wicz wicz bum!

 

W kółko błagałyśmy, żeby ją śpiewał. Ta piosenka była jednym z naszych osobistych żartów i rozśmieszała nas, nawet gdy byłyśmy już dużo starsze. Uwielbiałyśmy też się przyglądać, jak tata Anne nalewał sobie piwo do wysokiego kufla. Patrzyłyśmy, jak piana unosiła się aż ponad krawędź szklanki, jednak nigdy się nie przelewała.

Gdy byłyśmy małe, firmy, w których pracował pan Frank, Opekta i Pectacon (jedna produkowała konfitury, a druga sprowadzała przyprawy), mieściły się przy kanale Singel, a potem przeniosły się do większych siedzib przy kanale Prinsengracht. Czasem tata Anne zabierał nas tam w niedzielę tramwajem: my bawiłyśmy się w labiryncie biur i innych pomieszczeń w czteropiętrowym siedemnastowiecznym budynku, a on mógł popracować przez kilka dodatkowych godzin. Dla nas była to wielka przygoda. W pracy u taty Anne znajdowały się młyny do przypraw i magazyny pełne pachnących skrzyń. Na górze siadałyśmy przy pustych biurkach i bawiłyśmy się telefonami i interkomami, a jeśli w pobliżu nie było dorosłych, wylewałyśmy przez okno na chodnik wodę, zaskakując przechodniów. Uważałyśmy, że te żarty były przezabawne i pękałyśmy ze śmiechu.

Pan Frank miał też dużo cierpliwości do mnie. Pewnego razu, gdy już trochę podrosłam, szlachetnie postanowił, że nauczy mnie jeździć na rowerze - mnie, dziewczynkę strachliwą i nieporadną, która nie potrafiła zapamiętać kroków żadnego tańca i była sportowym beztalenciem. W Amsterdamie wszyscy jeździli rowerami i chociaż nie miałam własnego, bardzo chciałam się nauczyć. Dlatego postanowiłam zmierzyć się ze swoim strachem i pożyczyłam rower od Anne, a jej tata zaofiarował się, że mi pomoże.

- Trzymaj się, zaraz ci się uda! - zachęcał mnie, przytrzymując tylną część roweru i biegnąc obok mnie chodnikiem przy Placu Merwedeplein. Dzieci z sąsiedztwa zebrały się, żeby patrzeć i mi kibicować.

- Dasz radę, Hanneli! - krzyczała Anne, gdy próbowałam zrobić kolejne okrążenie. Na próżno. Bałam się, że zrobię sobie krzywdę, i nie byłam w stanie pozwolić panu Frankowi, żeby puścił rower. W końcu musiałam się poddać. Pan Frank robił, co mógł, by mnie pocieszyć i zatrzymać łzy bezsilności, ja jednak wciąż czułam się okropnie, jakbym zawiodła i pana Franka, i samą siebie.

* * *

W sierpniu 1935 roku w Berlinie zmarła moja babcia ze strony ojca, Ida Goslar. Tata nie miał rodzeństwa. Był zrozpaczony, jednak obawiał się, że gdyby zdecydował się wrócić, jako dysydent zostałby od razu aresztowany przez nazistów, więc mama i ja pojechałyśmy same. Cieszyłam się, znowu widząc wiele moich dawnych ulubionych miejsc, takich jak Tiergarten, zwłaszcza że już zaczynały się zacierać w mojej pamięci, bo tak bardzo byłam zaabsorbowana nowym życiem i przyjaźniami w Amsterdamie.

Gdy któregoś dnia przechodziłyśmy obok odkrytego basenu w naszej dawnej dzielnicy, zaskoczył mnie napis na bramie wejściowej. Dopiero od niedawna uczyłam się czytać, ale udało mi się powoli odcyfrować "Juden Zutritt Verboten". Żydom wstęp wzbroniony. Jak to? Na basen? Nie rozumiałam dlaczego, mimo że mama próbowała mi wyjaśnić, o co chodzi. To po prostu nie miało sensu.

Miesiąc później naziści uchwalili ustawy norymberskie pozbawiające Żydów praw obywatelskich i obywatelstwa w ogóle w imię zachowania "czystości niemieckiej krwi". Oznaczało to, że niemieccy Żydzi byli teraz oficjalnie bezpaństwowi (dopiero później zrozumiałam, z jakimi miało się to wiązać konsekwencjami) oraz że gdyby babcia zmarła miesiąc później, nie mogłybyśmy przyjechać na jej pogrzeb. Ustawy określały, kto był Żydem, a kto Aryjczykiem. Teraz można było już otwarcie, legalnie dyskryminować Żydów. Profesorowie nie mogli wykładać na uniwersytetach, aktorzy występować na scenie, żydowscy dziennikarze i pisarze publikować swoich prac. Nie można było zawierać mieszanych małżeństw, a żydowscy handlowcy bankrutowali. Nasi krewni i znajomi z wielkim trudem zdobywali środki do życia.

Moja mama z ogromnym smutkiem i gasnącą nostalgią obserwowała pogarszanie się sytuacji w Niemczech, która nawet przed wprowadzeniem antysemickiego prawa była ciężka, a teraz przekroczyła nasze najgorsze wyobrażenia.

Z przyjemnością wróciłyśmy do Amsterdamu, do naszej dzielnicy.

Rivierenbuurt była dla nas przytulną bańką przyjaźni, wspólnoty i nauki. W samym centrum tego kokonu mieścił się Plac Merwedeplein - miejsce, które stworzyliśmy sobie sami, gdzie głośno odliczaliśmy podczas wspaniałych zabaw w chowanego i piszczeliśmy radośnie, gdy kogoś udawało się znaleźć. Razem z Anne i innymi dziećmi z sąsiedztwa jeździliśmy na hulajnogach, graliśmy w klasy i w serso, popychając wirujące koła kijkiem, chichocząc i starając się dotrzymać im tempa. Koncentrowaliśmy się na tu i teraz, jak tylko dzieci potrafią - kółko musi się kręcić. Czuliśmy się niezwyciężeni. Czuliśmy się wolni. Byliśmy przekonani, że nasz wygodny, bezpieczny, nienaruszalny świat będzie się dalej kręcił. Wydawało nam się, że to będzie trwało wiecznie.

Tytuł oryginału: My Friend, Anne Frank

 

Redakcja: Elżbieta Kot

Redaktorka inicjująca: Dagmara Zandman

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt okładki: James Jones

Zdjęcia na okładce: ? Getty Images, zdjęcie autora: ? Eric Sultan / The Lonka Project, 2022

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktorka prowadząca: Magdalena Kosińska

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

wydawnictwo@agora.pl

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? Hannah Pick-Goslar, 2023

First published as MY FRIEND, ANNE FRANK in 2023 by Rider, an imprint of Ebury Publishers.

Ebury Publishers is part of the Penguin Random House group of companies.

? Copyright for the Polish translation by Olga Mysłowska 2025

Copyright ? for this edition by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-491-0

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej