Moja Portugalia - Franciszek Ziejka

Kup ebooka

12.00 zł
9.84 zł (8,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

W dniu 20. lutego 1970 roku po raz pierwszy w życiu wyjechałem za granicę. Po złożeniu maszynopisu doktoratu promotorowi, prof. Henrykowi Markiewiczowi (wydałem go po kilku latach pt. W kręgu mitów polskich), podjąłem starania o wyjazd na lektorat zagraniczny. Były dwa główne powody tej mojej decyzji. W pierwszej kolejności chodziło mi o pozyskanie środków finansowych, które pozwoliłyby mi "zdobyć" mieszkanie spółdzielcze w Krakowie, od kilku bowiem lat trwała w moim życiu prowizorka: ja - wspólnie z kolegą, asystentem z katedry etnografii UJ - mieszkałem w dwuosobowym pokoju, w tzw. Domu Młodego Naukowca UJ w Krakowie przy ul. Kanoniczej 14 (o warunkach, w jakich tam mieszkaliśmy, raczej nie należy tu wspominać!), żona zaś Maria z córką Dagmarą mieszkała "kątem" u teściów, w dwupokojowym mieszkaniu w Suchej Beskidzkiej. Od dawna marzyliśmy z żoną o własnym mieszkaniu, ale na to potrzebne były pieniądze, które trudno było zaoszczędzić z niewielkiej asystenckiej pensji. Był także drugi powód mojej decyzji o wyjeździe na zagraniczny lektorat: to nieustanne, obecne w moim życiu od najwcześniejszych lat pragnienie poznania świata. Zawsze "ciągnęło" mnie gdzieś w świat, nieustająco zadawałem sobie znane i bliskie wielu pytanie: co jest za tym lasem? jak żyją inni?

Ostatecznie spędziłem w Aix-en-Provence we Francji siedem semestrów, który to okres zaliczam do najpiękniejszych w moim życiu. Pierwsze trzy semestry przebywałem w Aix sam, na kolejne cztery sprowadziłem rodzinę. Na dobrą sprawę był to prawdziwie pierwszy - po pięciu latach od zawarcia związku małżeńskiego - okres wspólnego zamieszkiwania z żoną i córką. Jednym z owoców tego mojego wyjazdu do Francji był tom studiów, który wydawnictwo "Ossolineum" ogłosiło w 1977 roku pt. Studia polsko-prowansalskie.

W połowie 1973 roku powróciłem z rodziną do Krakowa. Na nowo podjąłem zajęcia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ponieważ w czasie pobytu we Francji utrzymywałem bliski kontakt z macierzystą uczelnią i krakowskimi przyjaciółmi, nie miałem kłopotów z wejściem na nowo w krwiobieg życia środowiska akademickiego Krakowa. Niewątpliwie, zdobyte we Francji doświadczenia naukowe i dydaktyczne znacząco pomogły mi w prowadzeniu badań, a także w uprawianiu dydaktyki. Ale nie tylko. "Zaprawiony" w samodzielnych działaniach, nie obawiałem się odtąd podejmować coraz trudniejsze wyzwania. Jednym z nich była moja zgoda na poprowadzenie redakcji wydawanego przez Polską Akademię Nauk dwumiesięcznika "Ruch Literacki" (formalnie - jako sekretarz redakcji). Po pewnym czasie przyszło jednak wyzwanie znacznie większe.

Stało się to pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy kończyłem prace redakcyjne przy mojej rozprawie habilitacyjnej. To wówczas z Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego i Techniki otrzymałem propozycję wyjazdu do Lizbony w celu założenia na tamtejszym uniwersytecie pierwszego w dziejach Portugalii lektoratu języka i kultury polskiej. Głównym powodem przedstawienia mi tej propozycji - jak mnie przekonywano w Ministerstwie - były dobre rezultaty mojej pracy na Uniwersytecie Prowansalskim (muszę tu wyjaśnić, że dzięki pomocy ówczesnego dyrektora Instytutu Językoznawstwa Ogólnego i Slawistycznego, prof. Paula Garde'a, udało mi się powołać do życia w Aix-en-Provence poszerzoną wersję studium polonistycznego, do dziś istniejący tzw. Diplôme polonais). W sytuacji, gdy właściwie rozprawa habilitacyjna była gotowa, a od wydawcy (PIW) uzyskałem pisemne zaświadczenie, że moją książkę pt. Złota legenda chłopów polskich przyjmą do druku, uznałem, że warto podjąć wyzwanie i spróbować sił w Portugalii. W ten sposób w połowie października 1979 roku dotarłem do Lizbony. Od samego początku przewidywałem, że będzie to jednoroczny pobyt i tak się stało.

Mając świadomość, że podejmuję się zadania dość niezwykłego (w Portugalii wszak nigdy wcześniej nie uczono języka polskiego na uczelni, nie prowadzono także wykładów o historii Polski i jej kulturze), postawiłem przed sobą ambitne zadanie: poznania języka portugalskiego, dokładnego w miarę zwiedzenia kraju, a także podjęcia badań nad stosunkami kulturalnymi i literackimi polsko-portugalskimi.

Pamiętając o zaleceniach mojego opiekuna ze studiów, prof. Wacława Kubackiego, od pierwszych dni pobytu w Lizbonie postanowiłem prowadzić dziennik, który mógłby być dla mnie, a przede wszystkim - dla moich najbliższych świadectwem zajęć i działań w Lizbonie. Tak powstał też Mój dzienniczek portugalski, który stanowi część pierwszą niniejszej książki. Po kilku miesiącach, gdy posiadłem już znajomość języka portugalskiego, przedsięwziąłem cykl wypraw wzdłuż i wszerz Portugalii - dla poznania tego pięknego kraju. Ponieważ w Krakowie już wcześniej nawiązałem kontakt z kilkoma redakcjami czasopism ("Życie Literackie", "Wieści"), wrażenia z tych moich wypraw zacząłem spisywać i drukować we wzmiankowanych pismach. Dzięki temu powstały Moje spotkania z Portugalią, które wydałem w wydawnictwie KAW w 1984 roku i które w nieco tylko zmienionej postaci drukuję w niniejszym tomie jako jej część drugą. W tym samym czasie zainteresowałem się bliżej głośną w literaturze pięknej portugalskiej i europejskiej historią wielkiej miłości królewicza portugalskiego Pedra i sławnej z urody In?s de Castro. Uznałem, że możliwość dotarcia do bogatej literatury przedmiotu w Bibliotece Narodowej w Lizbonie daje mi jedyną w swoim rodzaju szansę przedstawienia tej historii polskiemu czytelnikowi. Tak zrodziła się opowieść, którą tu po raz pierwszy podaję do druku (to część trzecia książki).

Pobyt w Portugalii przyniósł także skromne, ale przecież wymierne żniwo historycznoliterackie. Już w czasie pobytu w Lizbonie zaplanowałem przygotowanie tomu studiów polsko-portugalskich, na wzór wydanych wcześniej studiów polsko-prowansalskich. Ostatecznie ogłosiłem z tego zakresu trzy rozprawy, które przedrukowuję w części czwartej niniejszej książki.

Proponując czytelnikowi Moją Portugalię pragnę nade wszystko pokazać, jak bardzo interesujący jest to kraj, jak bogatą posiada on historię, jak trwałe nici wiążą jego kulturę z naszą. Pragnę zarazem pokazać, że mój dziewięciomiesięczny pobyt w Lizbonie nie poszedł na marne. Jak miałem okazję stwierdzić to wiosną 2007 roku, dziś nadal na Uniwersytecie Lizbońskim działa założony przeze mnie lektorat języka i kultury polskiej, nadal corocznie przyciąga on grupę kilkudziesięciu słuchaczy pragnących poznać nasz język i naszą kulturę. Pobyt ten pozwolił mi poznać tak dla nas egzotyczny a jakże piękny język portugalski. Co więcej - udało mi się w czasie tego pobytu nawiązać bliższy, bezpośredni kontakt z przeszłością tego kraju, z jego bogatą kulturą. Po latach, gdy powoli nadciąga czas oglądania się w przeszłość i zadawania sobie pytań, czy nie zmarnowało się swojego życia, postanowiłem zebrać teksty, jakie powstały w czasie mojego pobytu w Lizbonie, a także po powrocie do kraju i ogłosić je drukiem wspólnie - jako swoisty, prywatny pamiętnik. Bo przecież bez względu na formę podawczą (dziennik, reportaż podróżniczy, esej historyczny) jest to w rzeczywistości pamiętnik, który powstał (z wyjątkiem trzech studiów o charakterze naukowym) w czasie mojego pobytu w Portugalii. Pamiętnik ten obrazuje wiernie bieg mojego życia w roku akademickim 1979/1980. Sądzę jednak zarazem, że jest on swoistym przyczynkiem do dziejów "odkrywania" Europy. Dla młodszych czytelników będzie on może wskazówką, w jaki sposób warto niekiedy przeżyć europejską "przygodę", jak można nawiązać bliższą znajomość z mieszkańcami innego kraju.

Kraków, 21 stycznia 2008

15.10.1979 (poniedziałek)

Rankiem odlatuję z Warszawy samolotem PLL "LOT" "Kościuszko" (Ił 62). Poprosiłem o miejsce przy oknie, aby można było więcej widzieć. Przede mną - na ściance - dwie płaskorzeźby. Z jednej strony - bitwa racławicka, na drugiej - Bartosz Głowacki wsparty na armacie. Jak widać, moje zainteresowania naukowe "podążają" za mną nawet do samolotu!1 Około godz. 11.00 lądujemy w Genewie (ponieważ należało uzupełnić paliwo, wszyscy pasażerowie musieli opuścić samolot na ok. 30 minut). Z Genewy do Madrytu lot bez historii, lecieliśmy bowiem nad grubą powłoką chmur. Dopiero na krótko przed lądowaniem w Madrycie zobaczyłem ziemię: brunatno-czerwoną. Bez lasów, bez zarośli - jedna wielka, czerwona pustynia. Po godzinie 13.00 lądowanie w stolicy Hiszpanii. Zimno (11?C), leje rzęsisty deszcz. Spośród ponad stu sześćdziesięciu pasażerów tylko jedna rodzina i ja udajemy się do pomieszczenia, gdzie gromadzili się pasażerowie oczekujący na lot do Lizbony. Podjąłem próbę nawiązania rozmowy z tą rodziną, skończyło się jednak na wymianie kilku zdawkowych słów2.

Na lotnisku w Madrycie ruch ogromny. W pewnej chwili usłyszałem zewsząd głosy Polaków. Okazało się, że byli to członkowie licznej delegacji polskich katolików wracających do kraju z Kongresu Mariologicznego! Wśród delegatów spotkałem p. Alicję K., osobę dobrze mi znaną z codziennych spotkań w Bibliotece Jagiellońskiej. Pod wieczór, ok. 18, na pokładzie Boeinga 727 wylądowałem w Lizbonie. Niestety, mimo zapewnień z Ministerstwa, że ktoś z ambasady lub z uniwersytetu będzie mnie oczekiwał na lotnisku, nie było nikogo. Co gorsze, dowiedziałem się, że nie ma połączeń autobusowych z lotniska do centrum miasta. Jedynym środkiem komunikacji jest taxi. W biurze agencji turystycznej otrzymałem wiadomość, że doba w najtańszym hotelu ("Excelsior") kosztuje 600 escudów za dobę (czyli tyle, ile otrzymałem w Ministerstwie "na pierwsze tygodnie pobytu"!). Uprzejmy taksówkarz (otrzymał ode mnie "na wstępie" dodatkowo dwie paczki "Marlboro") zawiózł mnie na ulicę "5 Outobro", do pensjonatu "Residence", gdzie otrzymałem nocleg za 350 escudów. Po załatwieniu formalności powróciłem na lotnisko - po walizkę, którą zostawiłem w przechowalni. "Przy okazji" wymieniłem na escudy część mojej dolarowej "fortuny", jaką zaszyła mi w płaszczu przezorna żona. Zmęczony, zmoczony (prawdziwie tropikalny deszcz nie ustał ani na chwilę!), padłem do łóżka...

16.10.79 (wtorek)

Ranek rozpoczął się od poszukiwania siedziby uniwersytetu. Okazało się, że adres, jaki otrzymałem w Ministerstwie, jest nieaktualny. Wreszcie udało mi się dotrzeć metrem do siedziby uczelni, w której mam podjąć pracę. Jest to nowy kampus uniwersytecki, trochę przypominający ten z Aix-en-Provence. Już na początku pojawiają się spore trudności, nikt bowiem z napotkanych "tubylców" nie zna języka francuskiego. Wreszcie znajduję dziekanat Wydziału Humanistycznego, w którym wypełniam liczne formularze. Dowiaduję się nadto, że będę jedynym zagranicznym słowiańskim lektorem w Instytucie Językoznawstwa Ogólnego (lektoraty języków rosyjskiego i czeskiego "obsługiwane" są bowiem przez miejscowych lektorów). Nade wszystko jednak otrzymuję przykrą informację, że uczelnia nie przewidziała dla mnie mieszkania. Nie mam szansy nawet na pokój w Domu Studenckim. W tej sytuacji decyduję się na odwiedziny ambasady polskiej (na krańcach Lizbony, w Alg?s). W Ministerstwie wszak poinformowano mnie, że ambasada wszystko dla mnie przygotowała! Tu spotykam kolejne przeszkody. Przede wszystkim spotykam w holu pana, z którym zamieniłem kilka zdań na lotnisku w Madrycie, a który okazuje się... ambasadorem! Pan ambasador kieruje mnie do biura I sekretarza ambasady, p. Eugeniusza Spyry. Niestety, także ten pan informuje mnie, że ambasada nie przewidziała możliwości zakwaterowania mnie w jednym z licznych mieszkań pozostających w jej dyspozycji. Odsyła mnie do pani Celii Barroes w portugalskim Ministerstwie Kultury, która podobno ma możliwości znalezienia mi mieszkania. Wracam więc do centrum miasta, do gmachu Ministerstwa Kultury przy Avenida da Liberdade. W biurze p. Barroes spotykam dwoje innych lektorów języków obcych na miejscowym uniwersytecie, równie jak ja zagubionych: Austriaczkę polskiego pochodzenia (nie zna polskiego) oraz Duńczyka. Mnie "ratuje" z opresji zastępczyni p. Barroes, p. Louisa Fonseca, biegle władająca językiem francuskim. Proponuje mi mieszkanie u swojej matki, p. Ireny Pereira Gonçalves, przy ul. Heliodoro Salgado nr 55 (czynsz: 4 tysiące escudów miesięcznie!).

17.10.79 (środa)

Rankiem wychodzę "na miasto" w celu "rozpoznania" terenu. Jest to wyprawa długa, męcząca, ale zarazem bardzo pouczająca. Uderza mnie wielkość miasta, różnice poziomów, na których jest zbudowane, ale i swoisty jego folklor: gromady psów włóczących się po ulicach. Centrum Lizbony zbudowane zostało przez markiza Pombala w drugiej połowie XVIII wieku (po tragicznym trzęsieniu ziemi w dniu 1 listopada 1755 r.). Wyznaczają je szerokie arterie-ulice oraz pomniki: Pedra IV, Jo?o II oraz markiza Pombala. Myślę, że każdemu musi zaimponować rozmach Nowego Miasta. Znakomicie zostały rozwiązane problemy komunikacji. Mimo to nadal tworzą się na ulicach wielkie korki. Kilka godzin spędzam w Parku Henryka VII. Usiłuję uczyć się języka. W bistro zamawiam jedną kawę, jedną wodę mineralną, jeden sok i jedną kanapkę. Robię także pierwsze zakupy (dżem, kawa-nesca, bułki, jabłka, szynka). Około godziny 17:00 wracam do domu. Pokój wysprzątany. Wieczorem odwiedza mnie wnuk gospodyni (8 lat). Pomaga mi trochę w nauce języka (w zamian za pomoc w matematyce). Powoli coś zaczynam chwytać - bardzo, bardzo mało! Nie tracę jednak nadziei; może będzie lepiej. W księgarni widziałem album o Janie Pawle II (za 250 escudów) - tłumaczenie z belgijskiego wydania. Także książkę Janusza Korczaka (Jak kochać dziecko?), wydaną z okazji czczonego tu powszechnie "Roku dziecka".

18.10.79 (czwartek)

Trzeci dzień pobytu w Lizbonie (poniedziałku nie liczę). Jestem w znacznie lepszym nastroju. Rankiem z desperacją wybieram się na zakupy: po bułki, cukier, wędlinę. Przynoszę 6 bułeczek, 1 kg cukru. Gospodyni - wzorem dnia wczorajszego - podaje mi wrzącą wodę w filiżance (duża!). Pierwsze "normalne" śniadanie: kawa, trzy bułki z masłem i dżemem. Jadę na uczelnię - metrem. Za radą gospodyni kupuję 10 biletów - za 62,50 escudy (jeden "normalny" bilet kosztuje 7,50 esc.). Na uczelni dowiaduję się, że mogę wykupić bony na obiady w stołówce pracowniczej Biblioteki Narodowej (tuż obok Fakultetu Humanistycznego!). Pojawiają się pewne kłopoty z kierowniczką stołówki. Pokonuję je jednak. Otrzymuję szansę na wyżywienie w stołówce pracowniczej, z wyjątkiem sobót i niedziel (po 42,50 escudy za obiad). Bardzo tanio. W kolejce do stołówki poznaję zwyczaje (tylko śmiałość pomaga mi w odnalezieniu się w tym prawdziwym lesie: zaczepiam niemal wszystkich z prośbą o pomoc!). Do wyboru są: mięso z frytkami, ryby albo dieta. Decyduję się na "carne", czyli mięso wołowe. Obiad obfity, nie pamiętam kiedy taki jadłem. W Polsce byłaby to porcja befsztyku na 4 osoby! Do tego zupa (chyba grochowa?), bułka, deser (jabłko) i woda. Za dopłatą można wziąć wino lub sok... Jestem w dużo lepszym nastroju.

Po obiedzie siadam na ławce, pod drzewem. Przez dwie godziny usiłuję głośno czytać Historię Portugalii, opracowanie popularne. Coś niecoś zaczynam rozumieć. Zgodnie z zapowiedzią idę do prof. Cintry - dziekana Wydziału Humanistycznego. Nie ma go o 3-ej, pojawia się o 4-tej. Ponieważ w harmonogramie dnia ma konferencję - rozmawiamy krótko. Jest miły i uprzejmy. Informuje mnie o statusie lektoratu języka i kultury polskiej: "libre" - dla wszystkich chętnych. Zebranie pracowników ma się odbyć w dniu 31 października, o godzinie 15-tej, w sali "arabskiej". Wracam do domu, w poprzek miasta. Powoli zaczynam się z nim oswajać. Ogromne odległości! Jest rozłożone na wzgórzach. W domu zasiadam do lekcji języka portugalskiego, do listów, do lektury, do dziennika...

19.10.79 (piątek)

Dzisiaj ogromna wyprawa - piesza - do polskiej ambasady! Około 15 km. Wstałem o siódmej; w piekarni kupiłem sześć bułek. Śniadanie. Około ósmej wychodzę. Idę na drugi koniec miasta, które zaczyna dopiero się budzić (Lizbona podobno idzie spać o pierwszej po północy).

Z wyprawy tej oprócz obolałych nóg wyniosłem dwa mocne wrażenia. Pierwsze - z hali targowej w porcie. To żywioł! Szczególnie porywający jest "oddział" rybny. Ryby niezwykłe, tropikalne, zupełnie mi nieznane, o przedziwnych kształtach. Wrzask przekupniów tak okropny, że właściwie nic nie słychać. Po wtóre - parada wojskowa - na koniach. W śródmieściu miasta, koło "Parku Odkrywców", kompania kolorowych jeźdźców na białych rumakach. Uderza strój i uzbrojenie kawalerzystów (hełmy pamiętają chyba czasy kolonizacji, lśniące w słońcu szable, dziwne pióropusze na czapach...).

Duże wrażenie zrobił na mnie monumentalny pomnik wystawiony w 1860 roku Henrykowi Żeglarzowi. Swoistym arcydziełem jest jednak bez wątpienia Wieża Belém. Co za misterna robota kamieniarska! Trzeba tu wrócić. Podobnie wielkie wrażenie wywiera na mnie opactwo Jerónimos (Hieronimitów). W ambasadzie nie zastałem nikogo, kto chciałby ze mną rozmawiać. Wracam więc na Uniwersytet. W południe - w stołówce i na Fakultecie. Czytam ogłoszenia, próbuję rozeznać się w tym świecie.

20.10.79 (sobota)

Biblioteka i Uniwersytet - zamknięte. Rankiem siedzę przy biurku (od dziewiątej). Usiłuję nauczyć się czegoś z tego języka. Idzie opornie, ale powoli posuwa się. Szczególnie w lekturze: już jestem na 106-ej stronie História de Portugal. I najważniejsze, zaczynam coraz więcej rozumieć. Oby starczyło tylko sił, a może będzie dobrze. W południe wychodzę, bo Gospodynię ciekawi, co będę jadł na obiad. Robię zakupy: 20 dkg szynki, 25 dkg sera, tyleż masła, 2 kg jabłek, 1 kg gruszek (owoce najtańsze w porcie!) - wszystko za około 250 escudów. Przy okazji usiłuję naprawić torbę (odpadł zamek: proszę przypadkowego rzemieślnika o pomoc - pomógł). Od trzeciej do piątej w domu. Pracuję z podręcznikiem języka portugalskiego. O piątej wychodzę, bo Gospodyni sprząta w mieszkaniu. W centrum miasta - koło portu - pożar. Oglądam akcję (właściwie jej koniec). Jak przystało na południowców prowadzona jest w tempie Eskimosów! Bez pośpiechu. Za to gapiów - kilkaset. Wszyscy dyskutują. W porcie chwila zadumy. Ruch statków ogromny. Myśli lecą gdzieś daleko, do swoich... W drodze powrotnej wstępuję do kościoła. Ksiądz odprawia mszę świętą. Z kazania nic nie rozumiem. Ksiądz bardzo mocno gestykuluje. Sama msza - jakże różna od naszych. W kościele sami starsi. Dużo mężczyzn. Credo odmówiono tak, że mury się zatrzęsły. Na słowa "przekażcie sobie znak pokoju" ludzie wzajemnie ściskają sobie ręce - w całym kościele. Mnie uścisnęło kilkoro. Wzruszyłem się. Komunię rozdaje obok kapłana - świecki wierny. On też oraz jedna niewiasta spożywają hostię z księdzem i piją wino.

W drodze do domu przekonuję się, że mieszkam niedaleko "dzielnicy miłości". Przechodzę obok - ale żadnego wrażenia: to daleko odbiega od Francji. Dziewczęta brzydkie, źle ubrane, biedne... Dużo starszych, "krakowskich" pań. Wreszcie kolacja i pisanie listów. Przedtem jeszcze - taśma z nagraniem rozmów rodzinnych! Oj, życie, życie ...

21.10.79 (niedziela)

Dziś święto. Pierwsza niedziela na obczyźnie. Samotnie. Ponieważ wczoraj położyłem się spać po jedenastej, trochę dłużej zostaję w łóżku - do w pół do dziewiątej. W ogóle - śpię teraz dłużej, niż w kraju. Chyba daje o sobie znać już pewne zmęczenie nieustanną uwagą: co to jest, co to znaczy, jak się to nazywa? Noc ostatnia była nadzwyczaj miła: po raz pierwszy śniła się mi Mama. Może dlatego, że wczoraj dużo o Niej myślałem (przed tygodniem odbył się Jej pogrzeb). Śniło mi się, że Mama nie zmarła, a tylko spała. Rozmawiałem z Nią, była - jak dawniej - pełna troski o innych. Uśmiechała się, była zadowolona. Mój Boże, już Jej więcej nie zobaczę.

O jedenastej, po lekcji portugalskiego, ruszam "w miasto". Najpierw - do kościoła. Nabożeństwo w kościele "na skale". Sympatyczny ksiądz. Mówił sporo o jubileuszu miejscowego księdza (25 lat kapłaństwa). Coś niecoś zrozumiałem. Niewiele, niestety, z modlitw. To inny język. Po mszy świętej - ponieważ nie mam obiadu - wybieram się do Fundacji Gulbenkiana, na drugi koniec miasta. Ale warto było. To duże muzeum. Ale także - centrum kultury (biblioteka, kino). Ponieważ wstęp do muzeum w niedzielę wolny - zwiedzam. Zbiory niezbyt bogate, ale jakże cenne. Największe wrażenie zrobił na mnie bez wątpienia Rembrandt (Portret starca). Obok inny obraz - Atena. Są obrazy Rubensa, Corota, Moneta, Renoira... Dla mnie ważne były jednak obok Rembrandta: Maneta Chłopiec z wiśniami i Burne-Jonesa Wenus (grupa dziewcząt nad sadzawką!).

W salach wystaw czasowych - wielka ekspozycja sztuki Macau. Sama sztuka nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Ale wrażenie zrobiły tłumy Portugalczyków. To bez przesady - kilka tysięcy ludzi. Wszyscy chodzą po wystawie - najczęściej z rodzinami. Nie tylko po tej z Macau, także i po głównych zbiorach (z antyku - Fidiasz, nadto kapitalna porcelana chińska...). Co za wspaniały obraz obcowania ze sztuką. Wrócę tu za tydzień, sprawdzę. Może to tylko owo Macau? (Obiad zjadam w barze - u Gulbenkiana). W sumie niedziela bardzo udana. Choć na koniec pobłądziłem. Na szczęście miałem mapę. Ale wszystko to zmęczyło mnie.

22.10.79 (poniedziałek)

Rankiem - przygotowałem projekt zajęć. Jadę z tym do ambasady. Przedstawiam p. Spyrze. Obiecuje na jutro przygotować tłumaczenie i powielić w 30 egzemplarzach.

W południe obiad w stołówce pracowniczej. Po obiedzie przychodzi mi do głowy pomysł przygotowania w przyszłości książki o literaturze polskiej dla cudzoziemców. W części pierwszej tej książki należałoby nakreślić obraz naszej literatury (ale nie poprzez prądy, lecz ludzi). Zatem: 1. Klasycy literatury polskiej; 2. Pisarze symbolizmu; 3. Twórcy współcześni. Część druga obejmowałaby bibliografię wskazującą antologie, podręczniki, teksty, opracowania (w obcych językach). Może kiedyś zrobię to. Na razie warto pamiętać. To wszystko.

Po południu i wieczorem - intensywnie uczę się języka portugalskiego. Przez dwie - trzy godziny pomaga mi mały Tiago.

23.10.79 (wtorek)

Znowu dzień wypełniony pracą. Chociaż właściwie zajęć jeszcze nie rozpocząłem. Rankiem chwilę rozmawiałem z Gosposią. Idzie "jak po grudzie". Ale trzeba próbować. Potem jadę do Biblioteki Narodowej. Chcę się rozeznać w jej działaniu. Udaje się. Było trochę - jak zazwyczaj - kłopotów z odźwiernym. W katalogu i w czytelni podglądam innych. Panują tu zupełnie inne zwyczaje, niż w Krakowie. W katalogu wypełnia się własny rewers - zbiorczy. Urzędniczka rozpisuje go na pojedyncze - magazynowe. Z tym wszystkim idzie się do czytelni. Tu urzędniczka daje numer (oznaczenia kombinowane - miałem 01, są B3, G10...) i wrzuca rewersy do otworu. Pocztą pneumatyczną trafiają do odpowiednich magazynów. Za ok. 15 min. - książki mam na stole (przynosi je bibliotekarka). Ruch w bibliotece znikomy. Księgozbiór wydaje się ubogi. Podstawowy jeszcze gorszy. Czytam i robię notatki z Limy (Stosunki polsko-portugalskie). Poloników prawie nie ma żadnych!

Po obiedzie - o trzeciej - jadę do ambasady po odbiór powielonych ogłoszeń o zajęciach (zamiast trzydziestu dostaję pięć). Przy okazji rozmawiam z I sekretarzem ambasady, p. Spyrą. Proponuję mu, aby wykorzystać w działalności kulturalnej ambasady zbiory Raczyńskiego z Poznania. "Odbija piłeczkę" proponując mi, aby zainteresować tymi zbiorami Fundację Gulbenkiana. Muszę wykorzystać Janka M[ichalika] do sprawdzenia, co tam jest.

Wieczorem znowu nauka. Ciężko. Ale co zrobić. Zachciało mi się. Co tam robią moi najdrożsi? Dzieci pewno już śpią. Maja chyba czyta. Musi im być ciężko. Oby tylko nie chorowali. Boję się tego. Może dziś dostali mój pierwszy list?

24.10. 79 (środa)

Wreszcie dzień normalnej pracy. Rankiem - po śniadaniu i godzinnej porcji nauki języka - jadę do Instytutu, aby wywiesić ogłoszenia o lektoracie. Bez większych kłopotów dogaduję się z sekretarką. Ona wywiesi ogłoszenie koło Instytutu, ja zaś przy wejściu na Fakultet, a także - w gmachu głównym (na tablicy rektorskiej, obok której przechodzą studenci dla dokonania wpisu). Trochę to przykre uczucie, ale co zrobić. Mam mieć dwie grupy: z jedną zajęcia w poniedziałek i czwartek (od dziewiętnastej do dwudziestej pierwszej), z drugą we wtorek i czwartek (od trzynastej do piętnastej). Zobaczymy ilu się wpisze. Oby choć kilku!

Po tym "urzędowaniu" idę do Biblioteki Narodowej. Siedzę tu aż do dziewiętnastej - czytam historię literatury portugalskiej. Rozumiem coraz więcej. Robię notatki. Może przydadzą się w Krakowie? Przygotowałem przy okazji bibliografię podstawowych opracowań. Staram się podchodzić do sprawy metodycznie. Oby choć jedną rzecz zrobić według planu.

W Bibliotece przychodzą mi do głowy coraz nowe pomysły: opracować skrypt-podręcznik z literatury portugalskiej dla polskich studentów (stąd szczegółowe notatki). W ten sam sposób zebrać notatki do zarysu literatury polskiej dla cudzoziemców. Przygotować materiały do biografii Cam?esa (w serii: "Ludzie żywi"?). Niechby był jakiś pożytek z tego wyjazdu. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Na razie mam wielką ochotę do pracy.

25.10.79 (czwartek)

Już dziesięć dni poza domem. Wieści żadnych - bo i skąd? Może w przyszłym tygodniu? Smutno. Tym bardziej że wiem dawno, iż pobyt tu mój potrwa jeszcze długo: ok. 230 dni (do połowy czerwca). Dopiero stąd widzę, jak bardzo związany jestem z rodziną. Brak mi Maji, brak dzieci...

Dziś prawie cały dzień w Bibliotece. Łącznie - 9 godzin. Tylko praca pomaga w przetrwaniu. Pracuję od rana do późnej nocy. Ale w nocy - wracam w snach do kraju. To spotkanie z Mamą, to z Dominikiem i Dagą dokuczamy Maji... Przykre są przebudzenia. Ale wracam do Biblioteki. Zabrałem się do literatury portugalskiej. Dziś "przekopałem się" przez wiek XVI. Sporo. Przeglądnąłem starannie jeden podręcznik (dla szkół średnich - bardzo dobry). Sporo notuję. Wiele rozumiem. Pracuję ze słownikiem (przemycam go do czytelni w kieszeni - nie wolno bowiem przynosić ze sobą książek do Biblioteki, a tutaj brak słownika portugalsko-polskiego).

W katalogu ogarnia mnie prawdziwe przygnębienie. Prócz Sienkiewicza (Trylogia z 1900 i Quo vadis - jeden egzemplarz!) - nic. Zupełna próżnia. Mickiewicz - 2 wyd. pol. (wojenne) Pana Tadeusza i francuski przekład Odprawy posłów greckich. Ani jednego studium o Mickiewiczu, o Sienkiewiczu, o literaturze polskiej. Czemu nasze biblioteki nie dbają o wymianę, czemu wydawcy nie proponują swoich książek bibliotece "narodowej"? Wydawnictwo Literackie z Krakowa wydaje tzw. serię "iberyjską", ale jego dyrektor w liście do ambasady ani słowem nie wspomina o propozycjach dla Portugalii. Ile tu do zrobienia! Zaczynać trzeba właściwie od zera. Boję się w tej sytuacji o zgłoszenia na lektorat. Tym bardziej, że sekretarka skrzętnie ukryła ogłoszenie (na samym dole tablicy ogłoszeń, tuż nad ziemią). Trzeba przepisać na maszynie i rozlepić gdzie popadnie. Inaczej nic z tego nie wyjdzie.

W Bibliotece powoli krystalizują się kolejne pomysły. A zatem: trzeba przygotować dla serii Biblioteki Narodowej Luzjady Cam?esa. To nie będzie wymagać głębokich studiów. Wystarczy dobre krytyczne wydanie portugalskie i książka o Cam?esu. Luzjady nie były wydawane od czasów Trzeszczkowskiej. Poza tym - przydałby się skrypt o literaturze portugalskiej. No, i oczywiście - o literaturze polskiej. W poniedziałek muszę pójść do "Ministerstwa Kultury". Mają tygodniowe programy życia kulturalnego w Portugalii. Świetna rzecz. Znajduję ogłoszenie, że w dniach od 9 do 11 listopada będzie w Lizbonie Ionesco. Może uda mi się odnaleźć miejsce jego spotkań?

26.10.79 (piątek)

Prawdę powiedział kiedyś Einstein, że czas jest względny. O jakże względny! Przecież upłynęło ledwie jedenaście dni od czasu mojego wyjazdu z Krakowa, a wydaje mi się, że to już kilka miesięcy! Ile w ciągu tych dni wydarzyło się spraw. Takiego okresu w życiu jeszcze nie przechodziłem. Bo to przecież - cały wrzesień siedziałem przy biurku nad pracą [habilitacyjną] (ponad 500 stron!). Równocześnie przygotowywałem się do wyjazdu. Odbyło się zebranie "Ruchu Literackiego" połączone z przekazaniem redakcji. Później - śmierć Mamy i pogrzeb. Zaraz potem wyjazd. A tu: codziennie tyle nowych spraw, że dziw bierze, iż temu można podołać. Ale zostawmy to...

Dziś normalny dzień pracy. W Bibliotece rankiem małe nieporozumienie (urzędniczka źle wypełniła rewersy, dali mi inne książki. Zdenerwowałem się. Już miałem wyjść, ale w końcu pomogła jakaś pani znająca francuski). Boże, kiedy będę wreszcie ich rozumiał? Czy nastąpi to kiedyś? Nie wiem. Czytać chyba się nauczę. Ale mówić chyba nigdy?

W budynku Fakultetu Humanistycznego (także u prawników) zawiesiłem ogłoszenia o lektoracie (rankiem napisałem je na maszynie). Przykre to uczucie. Trochę przypomina pracę agitatora politycznego (są tacy przy stacji metra). Ale muszę walczyć. Oby było choć czterech studentów! Zrobiłem wszystko co można. Teraz zobaczę - za około dwa tygodnie. W Bibliotece przerobiłem dwa wieki literatury portugalskiej: XVII i XVIII. Twórczość Portugalczyków z tego okresu zdaje się przypominać literaturę polską. Można tu wskazać i naszego Sępa Szarzyńskiego, i Twardowskiego...

W przerwie przeglądnąłem potężne (bodaj 15 tomów) wydawnictwo francuskie pt. "Humanité": o dorobku kulturalnym, artystycznym i naukowym ludzkości. Smutno mi się zrobiło. Nazwiska polskiego tu nie uświadczysz. Gorzej: popatrzyłem na dział astronomii: Kopernik. Króciutka wzmianka! Charakterystyczne, że została przygotowana na "nie". A zatem - nie było rewolucji kopernikańskiej, Kopernik nie dowiódł, Kopernik nie wywarł wpływu... Nie ma reprodukcji wizerunku Kopernika. Ale za to jest cała masa portretów trzecio- i czwartorzędnych uczonych niemieckich czy francuskich.

Wieczorem kolacja. Gosposia to bardzo przyzwoita niewiasta. Kolejny raz podaje mi miskę gorącej zupy. Sympatyczna. Wczoraj rozmawiałem z jej synem - dobrze mówi po francusku (urzędnik). Uczciwi ludzie. Cieszę się, że tu trafiłem. Mogło być przecież gorzej.

27.10.79 (sobota)

Nie zawsze pięciodniowy tydzień pracy jest dobry. Dla mnie na przykład jest to marnowanie czasu. Biblioteki zamknięte, uczelnia też. Trzeba siedzieć w domu. Ale dziś nie siedziałem. Wczoraj zadzwoniła do mnie Polka, która mieszka w Agl?s pod Lizboną. Jest stypendystką z Wrocławia. Chciała się spotkać (mieszka u córki mojej Gosposi). O jedenastej spotkaliśmy się na pl. Pombala. Przegadaliśmy prawie cztery godziny. Dziewczyna nieco zagubiona. Dostała stypendium, ale żadnego programu - prócz nakazu uczęszczania na kurs języka portugalskiego (uczelnia opłaca ten kurs!). Podsunąłem jej pomysł, aby zajęła się recepcją Sienkiewicza, a potem Edwardem Porębowiczem. Ja i tak chyba nie będę miał czasu na Porębowicza. A człowiek ten zasługuje na monografię. Przyjechała w tydzień po mnie. Na lotnisku czekał na nią samochód z ambasady. Zawieźli ją wprost do mieszkania. Widać, że moja rozmowa z p. Spyrą - iż nikt z ambasady nie czekał na mnie na lotnisku - nie poszła na marne...

Dziś sporo godzin nauki języka. Idzie coraz lepiej. W mieście czuć coraz bardziej wybory. To odrębna sprawa. Życie polityczne bardzo tu ożywione. Ludzie nagminnie czytają gazety. Dziś na pl. Pombala odbył się wielki wiec Aliance de Direita - ugrupowania prawicy i centrum. Podobno mogą przejąć władzę. Dość cicho w radio o socjalistach i komunistach. Podobnie w prasie. Walka trwa. Żywe są tu nadal sympatie Salazarowskie i kolonialne (w ubiegłą niedzielę - wielka wystawa z Macau, teraz odbyła się wizyta prezydenta Wysp św. Tomasza i Gwinei-Bissau, o której szeroko piszą w dziennikach!).

28.10.79 (niedziela)

Dziś najgorszy dzień tygodnia. No bo co można robić w niedzielę? Jest to wszak dzień rodzinny. A tu samotność wyłazi z każdego kąta. Na ulicach pełno rodzin. Jak widzę uśmiechnięte dzieci i rodziców mam ochotę rzucić to wszystko i jechać do swoich. Boże, jakże ja się przywiązałem do rodziny! Nie widzę życia poza nią. Dopiero teraz sobie to uświadamiam. Tam nie było czasu. Tam nigdy nie ma czasu. A przecież trzeba znaleźć czas. Trzeba go dać więcej i żonie, i dzieciom. Jednak nie można być takim egoistą. Po powrocie niedziele i święta muszę koniecznie wyłączyć z pracy i w całości poświęcić je dla rodziny. Teraz to widzę jasno. Nie pomogą tu wyrzuty sumienia. Trzeba po prostu zmienić styl życia po powrocie. To będzie przynajmniej jeden pożytek z tego wyjazdu.

Przez pięć godzin włóczyłem się po mieście. Zrobiłem trochę zdjęć ("doszedłem" do pomnika ofiar I wojny!). Zwiedziłem kilka kościołów. Smutne i swoiste zarazem to pomniki niegdysiejszej potęgi. Na zewnątrz - niczym nie różnią się od klasycznych domów. Wewnątrz - wręcz kapią od złota. Barok tutejszy robi przygnębiające wrażenie. Wyraźnie odbiega od naszego, nasz dużo lżejszy. Byłem w kościele-muzeum Trynidade. To pierwszy kościół jezuicki w Portugalii (wybudowany w 1596). Zdaje się być kwintesencją jezuityzmu: marmury, alabastry, złoto, srebro... Relikwie świętych, święci jezuiccy w ołtarzu głównym. A przy tym jakaś oschłość, ziąb. To nie jest kościół do modlitwy. To jest miejsce wystawy potęgi i mocy zakonu.

Wielkie wrażenie zrobiły na mnie ruiny Car?me - gotyckiej świątyni. To piękno może urzec. Gotyk południowy. Jasny, kamienny. Tę świątynię ludzie budowali nie dla siebie, ale dla Boga.

W cichych zakątkach miasta kina z filmami porno. Pełno ludzi. Teatry nieczynne. Przynajmniej nie znalazłem jeszcze takiego. W budynkach teatralnych - kina z repertuarem pornograficznym. Na pierwszy rzut oka dość powierzchowna to kultura. Ale to może tylko pierwsze wrażenie?

29.10.79 (poniedziałek)

Wreszcie normalny dzień pracy. Rankiem wysłałem list do Maji (znalazłem dziś urząd pocztowy niedaleko domu, nie będę musiał chodzić aż na Praça do Comerçio). Później jadę do Biblioteki. Tu uśmiechnęło się do mnie szczęście. Wreszcie coś! Okazuje się, że w Bibliotece są trzy tłumaczenia Luzjad Cam?esa: z 1790, 1880 i 1890. Nadto - jest rękopis tłumaczenia niewydanego (z 1880 roku). Rzeczy te są w czytelni rękopisów. Na razie cieszę się z faktu znalezienia informacji. Zrobię sobie ksero z Trzeszczkowskiej (1890) i będę mógł tutaj pisać nie tylko wstęp, ale i komentarz do wydania dla BN! Ponieważ żelazo trzeba kuć póki gorące, natychmiast napisałem listy: pierwszy - do prof. Stanisława Grzeszczuka, dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej, z prośbą o ksero artykułu Strzałkowej o recepcji Cam?esa w Polsce, a także o ksero fragmentów rozprawy Gumowskiego o zbiorach Raczyńskiego (to dla Fundacji Gulbenkiana). Nadto o rozważenie możliwości nawiązania współpracy Biblioteki Jagiellońskiej z tutejszą Biblioteką Narodową. Drugi list wysłałem do dyrektora krakowskiego oddziału Ossolineum, Augustyna Bialica - z propozycją przygotowania Luzjad dla serii wydawniczej "Biblioteka Narodowa". Bardzo bym chciał, żeby się udało. Mógłbym w ten sposób do wakacji wygotować całą rzecz! Radość była tak duża, że ostatecznie niewiele zrobiłem. Zresztą trzeba było wyjść z Biblioteki o wpół do szóstej, bo zrobiło się zimno, a sweter zostawiłem w domu. Poza tym trzeba było zrobić zakupy. Kupiłem - serek, masło, mleko, 25 dkg kiełbasy i proszek OMO (wydałem 180 escudów). W domu Gosposia pyta, co z praniem. Odpowiadam, że będę prał w niedzielę. Nie mam pieniędzy, żeby jej płacić dodatkowo!

30.10.79 (wtorek)

Dzień bez historii. Rankiem wysłałem trzy listy: do prof. Grzeszczuka, do dyrektora Bialica i do Polonicum w Warszawie (prośba o podręczniki). Następnie pojechałem do Biblioteki. Tutaj - do dwudziestej. Czytałem Historię literatury portugalskiej - epoka romantyzmu: dość uboga! Dopiero w tzw. II okresie romantyzmu (1875-1900) pojawiają się ciekawi twórcy. W pierwszym rzędzie Quental! Innymi zajmę się jutro.

Trochę otuchy: z dnia na dzień widzę, że coraz lepiej idzie mi lektura. Są fragmenty do pół strony, kiedy nie muszę sięgać po słownik! Jeszcze tak kilka tygodni i powinno być dobrze?! Gdyby tak szło, to może z wiosną podjąłbym się wykładów po portugalsku? Zobaczymy. Jutro zebranie instytutu. Boję się trochę. Ciągle nie mam wieści z domu. A już list powinien nadejść. Może jutro?

31.10.79 (środa)

Cały dzień upływa mi na sprawach związanych z organizacją lektoratu. Rankiem jadę na Uniwersytet, żeby się dowiedzieć, czy zgłosili się już jacyś studenci na lektorat. Ogłoszeń nikt nie zerwał! Sekretarka uspokaja mnie, że wpisy na zajęcia rozpoczną się dopiero drugiego listopada, a właściwie - piątego. Do końca października były wpisy ogólne - w rektoracie (to dwa stopnie wpisu!).

Po trzech godzinach pracy w Bibliotece, w południe przyszła Barbara z Wrocławia. Załatwiłem jej na ten tydzień możliwość stołowania się w Bibliotece Narodowej (kosztowało ją to paczkę "Marlboro" - dla wpuszczającego). Po obiedzie ucięliśmy sobie pogawędkę. Ma 10-miesięczną córkę, męża lekarza. Ale zdecydowała się jechać do Lizbony, mając przed sobą perspektywę objęcia funkcji lektorki języka portugalskiego na Uniwersytecie Wrocławskim. Sytuacja tam podobna do tej na UJ. Chcą otworzyć lektorat portugalski.

O trzeciej po południu (a właściwie o 14:30) - na Fakultecie zostało zwołane zebranie Instytutu! Boję się. Zebranie zaczyna się z 40-minutowym opóźnieniem. Pomaga mi trochę sekretarka. Poznaję jedną z pracownic. Ta przyprowadza koleżankę. Chwila rozmowy (po francusku) - sympatycznie. Przedstawiam się dwóm młodym panom. Jeden, owszem, sympatyczny (brodacz). Drugi mniej. Przed rozpoczęciem zebrania podchodzę do pani profesor Mateus. Przedstawiam się. I to wszystko. Ni słowa więcej. Siadam i siedzę trzy i pół godziny. Dopiero po pół godzinie przyszedł prof. Cintra - podszedł do mnie, powiedział, że nie muszę siedzieć, ale ja postanowiłem zostać. Dyskusje pachną średniowieczem! Dysputy to, a nie dyskusje. Ustalają harmonogram zajęć naukowych, trochę mówią o harmonogramie dydaktycznym. Najwięcej o sposobach postępowania ze studentami (dyscyplina zajęć, formy egzekwowania wiadomości, testy...). Około dziewiętnastej wychodzę. Żegnam się z kilkoma osobami (zamieniam kilka słów z prof. Cintrą).

W domu - kolacja. Nie ma listu! Jutro Święto Zmarłych. Myślę o Mamie, o domu. Smutno.

1.11.79 (czwartek)

Dzień Wszystkich Świętych. Szczególny to dzień. Wracamy pamięcią do tych, którzy byli z nami: dawniej, niedawno, wczoraj jeszcze... Byli. Dziś odwiedzamy ich groby, czcimy ich pamięć. I w geście tym jest z pewnością trochę zadośćuczynienia tym, którzy żyli, którzy dali nam życie, którzy nas wychowali, dali nam wiedzę... Ale jest też i swoista próba zmierzenia się z tym, co stanowi odwieczną i główną tajemnicę istnienia: ze śmiercią. Pragniemy podtrzymać życie tamtych, którzy odeszli. Jest w tym wszystkim zapewne i łut nadziei - na to, że kiedyś na nasz grób przyjdzie ktoś nam bliski i wspomni nas...

Piszę te słowa ze szczególnym spokojem, choć dzień nie był wcale spokojny. Powracała wciąż myśl o Mamie; o tej kobiecie, która w życiu swym nade wszystko ukochała pracę i troskę o innych. Pracowała zawsze. Nie tylko wtedy, gdy była zdrowa. Także i wtedy, gdy chorowała. Jak długo pamiętam Jej postać, zawsze widzę Ją przy pracy. Przy kuchni, w ogrodzie, przy kopaniu ziemniaków, przy noszeniu w płachcie karmy dla krów... W późniejszym wieku zawsze była obarczona gromadą wnuków. Ale ta pracowita - w tym najlepszym znaczeniu tego słowa! - kobieta miała czas na zajęcie się innymi. Troszczyła się o dzieci, o wnuki. Powtarzała nam: pieniędzy wam nie dam, weźcie na drogę życia szacunek do pracy i mądrość życia. O, bo to była mądra Matka. Wiedziała, jak wychowywać. Wiedziała też, że dzieci potrzebują ciepła. Toteż można Jej było powiedzieć wszystko. Na wszystko znalazła radę.

Ostatnia moja szczera i długa rozmowa z Mamą odbyła się w czerwcu. Powiedziała mi wtedy: dziecko, bądź wiernym sobie i swoim. Masz dobrą żonę, udane dzieci. Bądź dla nich dobry.

Ostatnie spotkanie odbyło się na dziesięć dni przed Jej śmiercią. Żegnaliśmy się długo. Ja wierzyłem, że jeszcze Ją zobaczę. Ale Ona wiedziała, że było to nasze ostatnie spotkanie. Uścisnęła mnie mocniej jak kiedy indziej ...

Chciałem dziś uczcić Jej pamięć na cmentarzu tutejszym. Poszedłem na cmentarz św. Jana. Długo nie mogłem ochłonąć z przerażenia. Boże, to jest cmentarz?! Uliczki białych kapliczek. Zza bramy każdej z nich widnieje stos przykrytych kapami trumien. Przychodzą krewni - robią porządki! Czyszczą owe kapy, zamiatają, dają kwiaty... W dalszych partiach cmentarza - groby z lat ostatnich - ziemne. Numery, numery, numery ... Tu i ówdzie kwiaty. Wszędzie zapadające się dziury - to ziemia zabiera swoją daninę. Wreszcie trzecie miejsce: ogromne aleje murów. Wielopiętrowych. W murach tych maleńkie dziury, zamykane na klucz. A w tych wnękach - prochy zmarłych w urnach. Tysiące tych ściennych grobów. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie nawet nie owe uliczne kaplice i ścienne groby, ile... ludzie. Zachowują się na cmentarzu jak na placu targowym. Głośno rozmawiają, śmieją się, palą papierosy. Przekupnie chodzą po alejach i sprzedają świece. Ludzie zajęci są przede wszystkim porządkami. Na dobrą sprawę nie widać nigdzie smutku (tylko jedna starsza kobieta głośno opłakiwała syna). Wszędzie na pomnikach widnieją napisy: Niech odpoczywa w pokoju. Ale ci, co tu przyszli, nie dają tym zmarłym spokoju w dniu ich święta. Wygląda na to, że wizytę na cmentarzu traktują jak obowiązek. Dużo ludzi nie wie, gdzie są groby ich bliskich. Z karteczkami w ręku (z administracji!) szukają numeru grobu...

Po czarnych, dla nas - żałobnych strojach, których pełno na ulicy, sądziłem, że ci ludzie głęboko przeżywają tajemnicę śmierci. Ale nie. W centrum cmentarza wznieśli potężne krematorium. Jest nieczynne. W przebudowie. Ponieważ szły tam tłumy, poszedłem i ja. Straszne. Rodzice prowadzą tu swoje dzieci i pokazują to straszne miejsce jako ciekawostkę... Czyżby nie myśleli? Może nie chcą. Spieszą się. Żyją dniem dzisiejszym. I tylko dniem dzisiejszym. A może myślą, ale inaczej. Na swój sposób. Bardziej prosty, naturalny. Kiedy widziałem kobiety z przejęciem zabierające się do sprzątania kapliczek czy obcinania kap, miałem wrażenie, że trumny, o które się ocierają, są dla nich sprzętem podobnym do łoża, stołu... Może w tym tkwi tajemnica ich rozumienia śmierci?

Rozgwar, pełne życie weszło dziś na portugalskie cmentarze. Nie znalazłem tu miejsca dla siebie. Nie mogłem się skupić. Poszedłem przed siebie. Trafiłem do głośnej dzielnicy Alfama. Wszedłem tu na chwilę - życie toczyło się normalnie. Na wąziutkich uliczkach przewieszone sznury, a na nich pranie (wszędzie kapie). Dookoła bary, restauracyjki, kawiarnie. Nagle zobaczyłem potężny barokowy kościół. To - jak się z mapy okazało - kościół św. Ignacego. Zamknięty. Ale widać, że jeden z wielu świadków niegdysiejszej chwały - stoi dziś jeśli nie w ruinie, to w cichym zapomnieniu. Na mapie odnajduję kościół Matki Bożej. Podchodzę. Okazuje się, że jest to muzeum. Kościół i konwent na zewnątrz bardzo ubogie, wewnątrz kapią od złota. Nie mogłem. Wyszedłem. Może wrócę. Wreszcie widzę jakiś otwarty kościół. Nie - to nie kościół. To monumentalny Panteon Narodowy. Wchodzę. Pierwszy grobowiec - Vasco da Gamy. Dalej - Henryka Żeglarza, Cam?esa. A zatem znalazłem! W bocznej sali - poetów - grobowiec Almeidy Garretta, największego bez wątpienia dramaturga i poety portugalskiego epoki romantyzmu. Pojawia się nagle przewodnik, który wiezie mnie na szczyt mauzoleum. Widok niezbyt ciekawy. W jednej z dolnych sal przewodnik pokazuje mi kryptę, w której wieczny spoczynek znaleźli prezydenci Portugalii. Odnajduję tu nagrobek Teofila Bragi, prezydenta Portugalii, a zarazem - wybitnego historyka literatury portugalskiej! Jak powiada przewodnik, Salazar pochowany został w Coimbrze. Daję mu 10 escudów i wracam do krypty odkrywców. Dziwne. Dziś święto zmarłych. A tu, w Panteonie, na grobach największych Portugalczyków, ani jednego kwiatka, ani jednej świeczki. Tylko chłód muzeum. I cisza przerywana ściszonymi rozmowami nielicznych turystów.

Po wyjściu z Panteonu błądzę po nadbrzeżnej dzielnicy. Docieram do katedry. Wreszcie świątynia przypominająca Europę. Wchodzę. Jakiś gotyk południowy, z elementami stylu orientalnego. Cisza, mrok. Mury. Krzyżowe sklepienia. Jest i jeden witraż (bodaj pierwszy, jaki zauważyłem w kościołach Lizbony!). Odpoczywam. Nabieram sił. A jednak ludzie ci zbudowali kiedyś coś pięknego! Powoli wracam do śródmieścia. Na Praça do Comerçio - jak zawsze tłumy przekupniów i żebraków (choć dziś przede wszystkim poszli oni w okolice cmentarzy), spotkania zakochanych, tłumy spacerowiczów... Po prostu normalny dzień. Dla nich tak. Ale dla mnie? To dzień święty! Dzień pamięci ... Jak wiele nas różni. Historio - Matko coś uczyniła z nami, Europejczykami?!!

2.11.79 (piątek)

Ciągle nie mam listu z domu. A byłem prawie pewien, że dziś będzie już na pewno. Przecież to już blisko trzy tygodnie od mojego tu przyjazdu. I do tego - poczta lotnicza! Nie wiem, co się dzieje. Dziś nie spałem od czwartej nad ranem (to już druga noc taka - z rzędu). Przychodzą najgorsze myśli - że się coś stało, że chorują dzieci... O, jak ciężkie są te godziny! Dziś wstałem o siódmej (co tu jest bardzo wcześnie!). Wziąłem z kuchni dwie stare bułki (Gospodyni wyszła do sklepu po świeże pieczywo), zostawiłem 5 escudów, zjadłem śniadanie i wyniosłem się. Nie mogę siedzieć w domu. W tłumie łatwiej zapomnieć. Tu wszystko mi przypomina dom, Maję, dzieci. I ta skarbonka - globusik (Boże, jaki to świetny był pomysł moich dzieci: Dagmary i Dominika!), a także zdjęcia (dwa, rodzinne, stoją na szafie).

Od dziewiątej w Bibliotece. Zgodnie z planem zabrałem się do pisania "Wstępu" [do Złotej legendy chłopów polskich]. Z Biblioteki wyszedłem o dwudziestej trzydzieści. Napisałem dziewięć stron. Wydaje mi się, że dobrze. Ale jestem bardzo zmęczony. Zjadłem dwie bułki z serem, popiłem herbatą i siadłem do biurka, żeby popracować nad językiem. Ale na dobrą sprawę nie mam ani siły, ani ochoty. Puściłem sobie taśmę z "Czerwonymi Gitarami" (pierwszy raz od przyjazdu). Zapachniało mi domem. I jak tu myśleć o portugalskim!

Gosposia oświadczyła mi, że dzwoniła na uniwersytet w sprawie moich poborów (ta dba o swoje!). Mam dostać w poniedziałek. A we środę mówili, że dopiero dwudziestego czwartego listopada. Pojadę w poniedziałek. Zobaczymy.

3.11.79 (sobota)

Dziś od rana zabrałem się za siebie. Najpierw w czasie nieobecności Gosposi: kąpiel. Po jej przyjściu - "wielkie" pranie. To sprawa tylko na pozór prosta. Szczególnie, gdy się robi to po raz pierwszy u kogoś, nie u siebie w domu. Ale trzeba było zabrać się do roboty. Prałem blisko godzinę: cztery koszule i bieliznę osobistą. Jakoś poszło. Nawet niezgorzej. Gosposia kilkakrotnie "podpowiadała" mi: a to przewrócić skarpety, a to przewrócić koszulę... Ale w końcu udało się.

Po praniu i jednej godzinie pracy własnej idę na zakupy: kilogram jabłek, kilogram pomarańczy, trzy piwa. Zjadam obiad (dwie bułki z szynką i piwo) i wybieram się na miasto. Robię zdjęcia pomników. Ale przede wszystkim patrzę na ludzi. Ile tu jeszcze nędzy. Na każdej ulicy, przy każdym rogu - żebracy. Jedni po prostu wyciągają rękę, inni mają coś w rodzaju skarbonek. Dużo ludzi nieszczęśliwych. Kaleki: bez nóg, po chorobie Heine Medina, nieszczęśnicy z jakimiś guzami... Wszyscy starają się pokazać jak najbardziej swoje nieszczęście, odkryć je. Najwięcej jednak niewidomych, z białymi laskami. Są starzy, w wieku dojrzałym, ale i dzieci. To już nie folklor wielkomiejski, to poważny problem społeczny.

Niedaleko od żebraków stoją czyściciele butów (całe gromady, głównie w centrum, w tym dzieci!), sprzedawcy pieczonych kasztanów, handlarze starzyzną. Handluje się tu wszystkim! Kilka starych książek, parę rupieci... Byle przeżyć. Przechodnie dają niewiele. Najwięcej ci, co sami doświadczyli nieszczęścia.

4.11.79 (niedziela)

Dziś urodziny Dagusi. Ma dwanaście lat! Już dwanaście! Prawie cały dzień upływa mi wokół spraw rodziny. Wszak to trzecia niedziela w Lizbonie. Po kawie (zapomniałem kupić bułek, prosiłem Gosposię, dałem jej nawet pieniądze, ale ona też tego nie zrobiła!) idę do kościoła. Dziś modlę się u "Aniołów". Kościółek XVIII-wieczny. Mały. Ale za to bogato zdobiony wewnątrz. Ludzi dużo. Ksiądz mówi przede wszystkim o narkotykach i wyborach (przeciw partiom ateistycznym!). Bardzo ładnie śpiewa pieśni młoda dziewczyna (chłopak przygrywał jej na gitarze). Później spieszę do Alfamy i na górujący nad całą Lizboną Zamek św. Jerzego. To dzielnica niezwykła: wąziutkie uliczki, wszędzie bary i restauracyjki. Życie toczy się na ulicy. Chyba nie wybrałbym się tu wieczorem. Zamek - to ruiny. A w nich - minizwierzyniec (ptaki w klatkach).

W małej restauracyjce w Alfamie zjadłem obiad - przecież na dobrą sprawę bez obiadu jestem od środy (w piątek byłem w stołówce - ale była obrzydliwa peixe'a). Zamówiłem sobie zupę (caldo verde) i cosindo portuquese. Do tego lampka wina. Porcja jedzenia ogromna: było tu wszystko: ziemniaki, ryż, gotowana kapusta, kawałki wieprzowiny (golonko), kawałki kiełbasy, jakaś czarna kiszka... Za te smakołyki zapłaciłem prawie 150 escudów. Niby dużo, ale właściwie to nie (w Polsce byłoby to - proporcjonalnie do moich zarobków - 50 zł!!). W czasie tej wyprawy podjąłem decyzję, że jadę do domu na święta Bożego Narodzenia. Na całe trzy tygodnie. Inaczej nie można. Na Wielkanoc przyjechałaby Maja. Tylko tak można sprawę załatwić. Piszę zaraz do Maji. Może jutro będzie wreszcie jakiś list?!

5.11.79 (poniedziałek)

Dziś od rana spodziewałem się listu. Właściwie to zaczęło się wcześniej. Przebudziłem się nocą, o wpół do drugiej i nie zasnąłem aż dopiero gdzieś koło wpół do siódmej (spałem do ósmej). Zbyt wielkie wrażenie wywarła na mnie decyzja wyjazdu na święta (list do Maji!). Niestety, listu się nie doczekałem. Nie pomógł nawet pająk, którego odkryłem w Bibliotece (pierwszy raz myślałem o tym, że sprawdzi się powiedzenie Maji o pająku!). Z rana poszedłem do Instytutu i do p. Fatimy - po pieniądze. Nici z tego. Dostanę dopiero dwudziestego czwartego listopada. Wcześniej, dziewiętnastego, mam jeszcze coś podpisać. Ale wizyta była bardzo owocna. Okazuje się, że mam dostać podwójną pensję za grudzień! To opłata mojego przejazdu do domu! Jestem szczęśliwy. Nadto - pieniądze te mam dostać przed dwudziestym grudnia. Czyli będę mógł je wziąć ze sobą.

W Instytucie nic nowego. Wpisy dopiero we czwartek. Zajęcia mam rozpocząć dopiero piętnastego. Prosiłem sekretarkę o wywieszenie ogłoszenia. Zobaczę jutro. Podobno kilka osób pytało o lektorat.

W Bibliotece niedługo. Strasznie opornie idzie mi ten "Wstęp" do Legendy. Ale może jutro skończę pierwszą wersję?

Wysłałem list do domu - znaczki wybierałem dla Dominika. Może się mu spodobają. Wracając z poczty odkryłem uliczkę [ze sklepami] upominków i zabawek dla dzieci. Pójdę tam, gdy będę miał forsę. Po dwudziestym czwartym.

Wieczorem - przygotowałem dwie lekcje języka polskiego (do powielenia), napisałem podanie do ambasadora o 7 tys. esc. pożyczki i przepisałem podanie o dofinansowanie. Zobaczymy, jaki będzie skutek. Może chwyci?!

6.11.79 (wtorek)

Rano w ambasadzie. Złożyłem pismo w sprawie dofinansowania. Także podanie do ambasadora o 7 tys. pożyczki (komorne). Wreszcie - dwie pierwsze lekcje do powielenia. Rozmawiałem z p. Spyrą w sprawie książek dla prof. Widłaka [dyrektora Instytutu Filologii Romańskiej na UJ]: rzecz można załatwić poprzez Instytut Kultury Portugalskiej (prześlą ok. 400-500 książek - potrzebne pismo!).

W ambasadzie zostaje mi podrzucony młody człowiek. Przedstawia się jako Jerzy P. - ksiądz zakonny - werbista. Przyjechał do Portugalii uczyć się języka. Następnie ma udać się do Angoli. Postawił kawę i lampkę brandy. Dziwny trochę ksiądz. Zobaczymy. Po popołudniu w Bibliotece. Do wpół do dziewiątej. Zbliżam się do końca "Wstępu". Zdaje się, że coś z tego będzie.

W nocy koszmar - nie śpię od wpół do drugiej do wpół do siódmej. Bezustannie myślę o domu i dzieciach. Listu nie ma. Chodzę cały dzień rozdrażniony.

7.11.79 (środa)

Dzień niezwykły. Chyba więcej się nie powtórzy. Bogaty. A jakże. Najpierw noc: znowu nie spałem co najmniej dwie godziny. Później śniły mi się jakieś koszmary, trupy (to obsesja od czasu Święta Zmarłych!)... Ale wszystko się sprawdza.

Jadę do ambasady - po obiecane pieniądze (pożyczkę!). I co? Zostaje mi odmówiona! Tak. Pan ambasador nie zgadza się! Owszem, gotowi są interweniować poprzez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, ale pożyczki nie dają. Pan Spyra uprzejmy, ale stanowczy. Trudno. Szok to dla mnie tak duży, że jadę do stołówki prawie nieprzytomny. Spotkana u p. Spyry Basia Hlibowicka próbuje mi wytłumaczyć sprawę w różny sposób. Nie idzie. Są na świecie rzeczy niewytłumaczalne. A jednak...

Po południu, i kilkugodzinnym pobycie w Bibliotece, o siedemnastej spotkanie z księdzem Jerzym! Zaprasza nas [tzn. mnie i Basię] na kolację. Długo błądzimy, wreszcie siadamy w restauracyjce przy pl. Rossio. Tematy bardzo różne - od teologii po politykę. Nie żałuję jednak tych trzech godzin. Była to bowiem kolacja nadzwyczaj udana. Okazuje się, że nie ma rzeczy niewytłumaczalnych. Wszystko wskazuje na to, że nasz ksiądz - werbista odrobił zadaną mu lekcję na dostateczny (może z plusem, bo jednak jest sympatyczny). Nie mam najmniejszych wątpliwości, że należy do zakonu świętych werbowników. No cóż, każdy musi z czegoś żyć. Chłopak przygotował się, jak mógł. Ale mimo wszystko nie najlepiej. Poczuł wolność. Ma szeroki gest ("dopiszę do rachunku!"), chce imponować. Biedny. Inteligencja, owszem, średnia. Ale za granicę można byłoby wysyłać lepszych ludzi.

No cóż, pieniędzy nie dostałem i nie dostanę. Przeżyję. Z księdzem mogę rozmawiać, choć to niezbyt pouczająca lekcja. Ale dlaczego wstrzymują wszystkie listy do mnie ? Czy Maji także nie przesyłają? To byłoby zbyt wielkie świństwo. Z dofinansowaniem muszę się pożegnać. Mimo wszystko przeżyję te parę miesięcy. Ale to przecież wszystko nie ma najmniejszego sensu!! Po co to robią? To chwyt zbyt prostacki.

Listu oczywiście nie ma. "Wstęp" - skończony (na brudno). A jednak będę robił swoje. I tylko swoje! Koniec.

8.11.79 (czwartek)

Dziś "odpoczynek" po wczorajszych mocnych przeżyciach. W nocy wszystko przemyślałem. I właściwie uspokoiłem się. W końcu sprawy wyglądają dosyć prosto: wszystko wskazuje na to, że listy Maji "odpoczywają" po drodze. Ja mam popaść w taki stan ducha, że będę skłonny słuchać każdego z osobna i wszystkich razem: no bo - bez wieści z domu, bez pieniędzy... Jedyne, co mnie podtrzymuje na duchu, to wiara, że listy doszły do Maji i dzieci. Inaczej - nie przebaczyłbym im nigdy!

Znalazłem lekarstwo na dolegliwości: stosuję go zresztą od dawna, od mniej więcej dwudziestu pięciu dni: praca w Bibliotece. Dziś byłem w Bibliotece już o dziewiątej dwadzieścia (na dziesięć minut przed otwarciem). Siedziałem - z przerwą obiadową - do dwudziestej. I właściwie nie jestem zmęczony. Czytałem tom studiów brazylijskich o Cam?esie!!

Byłem na Fakultecie. Zajęć ciągle nie ma. Może dopiero po piętnastym. A właściwie - podobno od dziewiętnastego. Sekretarka powiedziała mi, że dziewiętnastego listopada jest zebranie studentów i pracowników Instytutu Lingwistycznego. To taka "oficjalna" inauguracja pracy. Boże, przecież za trzy-cztery tygodnie będzie Boże Narodzenie! Kiedy oni mają się uczyć?

Pytałem o studentów. Nie ma jeszcze ani jednego wpisu. Ale na lektorat arabskiego też nie ma. Jeden student wpisał się na lektorat języka chińskiego.

Wymyśliłem jeszcze jedną formę aktywizacji propagandy: wezmę z ambasady stare numery "Polski", do środka włożę informację o lektoracie i rozrzucę po Fakultecie. Może się uda?

9.11.79 (piątek)

Listu nadal nie mam - dwudziesty szósty dzień pobytu! Wprawdzie wiem, co się dzieje (doświadczenia ostatnich dni przekonały mnie o tym), ale mimo wszystko... Już coraz gorzej znoszę samotność. Co się dzieje z dziećmi, z Mają? Boże, pocieszam się, jak mogę, ale co z tego. List powinien być już co najmniej od tygodnia! Smutne to wszystko. Za pięć tygodni będę w domu. Ale teraz, liczy się teraz... Jutro nie, w niedzielę nie, może w poniedziałek? Musi być w poniedziałek, bo inaczej będzie źle ze mną.

Dziś rano byłem w ambasadzie. Wczoraj o jedenastej wieczorem otrzymałem telefon od p. Spyry - właściwie to rozmowę tę zrozumiałem jako wezwanie. Stawiłem się też o dziesiątej. Byłem u Spyry ok. półtorej godziny. Odbyłem szczerą rozmowę, bardzo szczerą. Mam nadzieje, że nie powtórzy się sprawa z pseudo-księdzem P. (umówił się na niedzielę z Barbarą). Nie mam nic do stracenia, ale nie znoszę amatorszczyzny. A to straszna amatorszczyzna. Boże, jak nisko mnie wyceniono?! Czego oni się obawiają? Przyjechałem tu zakładać lektorat, to założę. I to wszystko. Nic nadto. Po dzisiejszej rozmowie mam nadzieję, że przynajmniej z jednej strony, tzn. od Spyry, będę miał pomoc. Choć kto wie? Życie niesie tyle niespodzianek. Niekiedy nie należy być zbyt spostrzegawczym. Tylko że ten młodzieniec mnie zdenerwował - zachowałby choć trochę umiaru. Niechby już przedstawił się, że jest inżynierem, ba - dentystą, grabarzem, bądź po prostu górnikiem. Ale po co ta maskarada z księdzem? On ostatni raz w kościele był chyba na chrzcie...

Dziś urodziny Gospodyni. Dałem jej małą butelkę "jarzębiaka" - bardzo zadowolona. W końcu nie jest złą kobietą.

10.11.79 (sobota)

Dziś wielki dzień: pierwsza poczta! Rankiem dostałem dwa listy: od Janka Michalika i od siostry Heli z Radłowa. W obu sporo wiadomości o Maji i dzieciach. Podobno Dominik miał grypę, teraz Daga choruje (drugiego listopada). W Krakowie była Babcia ze Suchej. Miejmy nadzieję, że już po kłopotach. Ale współczuję Maji - musi się męczyć. Bo to i zajęcia, i dom, i dzieci... Nie, nie ma sensu taka rozłąka. Co innego być tu z całą rodziną, co innego samotnie. Dzieci winny mieć ojca, żona męża - takie są prawa i trudno je zmieniać.

Wczoraj wieczorem zaprosiła mnie Gospodyni na małą uroczystość urodzinową - były kasztany, figi... Była córka jej z dwoma synami - w wieku moich (dwanaście oraz pięć i pół roku). Wziąłem starszego na chwilę do siebie - pod pozorem nauki francuskiego. Ale to sensowny chłopak. Ojca nie ma - zmarł im przed rokiem. Widziałem, że chciał pogadać, cieszył się, że rozmawia z kimś, kto mógłby być jego ojcem. Są to sprawy niełatwe.

Widzę, że dziś rodzinnie. Ale to dlatego, że te listy... W Krakowie - po staremu: gonitwa, sesje, odczyty, spotkania... Nie zaskoczył mnie wcale Staszek J., który miał powiedzieć Jankowi, że... moja praca [habilitacyjna] winna być formalnie przyjęta do druku (choć tak nie jest!). Ale znam jego poglądy. Zresztą nie wobec wszystkich jednakowo stosowane. No cóż - jak powiadają - przyjaźń zobowiązuje! Nie, nie spodziewam się cudów, chodzę po ziemi. Ale ludzie zazdroszczą nawet tego... mojego łażenia po ziemi. Nie pierwszyzna to. Przejdzie.

Zimno w domu. Po południu musiałem się przejść. Zjadłem w barze dobradę, czyli miksturę flakowo-fasolową (z jedną bułką i jedną lampką "domowego" wina) - za 52 escudy! Znakomite.

11.11.79 (niedziela)

Dziś dzień uroczysty. Wszak mija pierwszy miesiąc od śmierci Mamy. Rano byłem w kościele. Później w domu. Usiłowałem pracować, ale było tak strasznie zimno! Na "obiad" zjadłem dwie bułki, które popiłem herbatą. Ale nie minęło. Otworzyłem butelkę "Soplicy" - leżała w walizce od przyjazdu. Strzeliłem sobie jednego. Trochę pomogło - przynajmniej przestałem się trząść z zimna. Ale o pracy ani mowy. Wychodzę na miasto.

Około piętnastej jestem w centrum: na Praça do Comerçio. Czytam "Tygodnik Powszechny" z 4 listopada (zabrałem z ambasady). I nagle olśnienie: przecież mam cel - robotę na kilka najbliższych lat. Powolutku rozpatruję ten plan - wygląda nieźle. Tym bardziej, że od dawna wokół niego krążyłem, nie umiejąc go tylko ująć w całość. No i teraz, w Lizbonie! A zatem: będzie to "Komedia polska" (na wzór - boskiej, nie-boskiej czy wreszcie ludzkiej). "Dramat polskiej historii - dramat narodu polskiego". Składać się winna z trzech części: Inferno, Purgatorium, Paradiso. Każda po ok. 30 arkuszy. Obejmie sprawy związane ze świadomością historyczną Polaków w ostatnich dwóch stuleciach (od schyłku XVIII w.). O Infernie już dawno mówiłem. Do tego dojdzie - Czyściec (chyba głównie o tzw. letnich Sarmatach, ludziach z pogranicza). Nadto Raj (o narodowych bohaterach). Każda z części musi być poprzedzona esejem ogólnym, dopełniona zaś Zamknięciem. W środku sylwetki ludzi. Dużo ilustracji. Całość poprzedzić rozprawą o świadomości historycznej (trzeba zwrócić uwagę na trzy jej odmiany: historyczną, legendową i mityczną). "Złota legenda chłopów polskich" byłaby zatem wprawką przed tym zamierzeniem. Część materiałów (np. o Szeli, Bartoszu) - weszłaby do nowej całości3.

Ważna sprawa: podstawą musi być materiał. Ale decyzja ostateczna własna. Nie może to być dzieło obiektywne. To musi być rozprawa kontrowersyjna. Ale temat wspaniały, na parę dobrych lat! Muszę go wykonać. Inne sprawy - na marginesach (Cam?es, Gaszyński..). Oby tylko nie dać się zniszczyć przyczynkom. Trzeba mieć konkretny cel, reszta się nie liczy. Od wakacji zaczynam. Tylko metodycznie (konieczna kartoteka!). Pośpiech niezbyt wskazany, ale odciągać nie należy: póki są siły i ochota do roboty. Cóż - życzyć by sobie należało tylko - Szczęść Boże! (może ten pomysł wiąże się z dniem dzisiejszym, z "miesięcznicą" śmierci Mamy, z dniem św. Marcina?!)

Napisałem list do moich Najbliższych. Jutro wysyłam. Zachwycony pomysłem zapomniałem o tym, że obiecałem sobie opisać jedną sprawę z zakresu obyczajowości portugalskiej. Przez ok. trzy godziny włóczyłem się dziś po mieście: ot, tak sobie, trochę dla zabicia czasu, trochę dla "myślenia", trochę dla obserwacji. W czasie tej włóczęgi doszedłem do wniosku, że Portugalia (przynajmniej - Lizbona!) przeżywa znamienną eskalację pornografii. Kraj tradycyjnie katolicki okazuje się krajem dosyć płytkim. Wraz ze zmianami politycznymi nadeszły zmiany obyczajowe. Na każdej niemal uliczce znajdują się stoiska z kolorowymi czasopismami porno. Wszędzie książki w krzyczącej porno oprawie. Byłem dziś w wielu bocznych uliczkach Avenidy da Liberdade. Okazuje się, że w kilkunastu kinach grają wyłącznie porno filmy. Fotosy a la Pigalle. Pomijam już sprawę obecności na tych uliczkach przedstawicielek najstarszego zawodu świata. Te kobiety wystają wszędzie, na większości ulic. Z zasady są brzydkie, źle ubrane, chyba brudne. Ale na szczęście nie atakują przechodniów. Natomiast porno atakuje. To przejaw zachłyśnięcia się wolnością, odkrycia nowych możliwości. Dziwne to, ale nie przystaje mi do naszej kultury. Nawet we Francji, przewodniczce w tej dziedzinie, jest inaczej (przynajmniej było inaczej sześć lat temu). Tu porno przemawia z każdego niemal kąta. Znamienne, że mimo poszukiwań nie znalazłem natomiast żadnego czasopisma literackiego (widziałem je tylko na wystawie w zamkniętych dzisiaj księgarniach!). Przykre to, ale świadczy chyba o niezbyt głęboko zapuszczonych korzeniach tej kultury. Potwierdza to zresztą sposób spożywania posiłków w barach (jakże drażnią mnie owe resztki zrzucane pod nogi!). To tyle na dziś.

12.11.79 (poniedziałek)

Zaczęły się dobre dni. Dziś ogromna niespodzianka - list od dzieci. I to jaki list! Kochana Dagusia wymyśliła "dziennik". Wiadomości z szesnastu dni. Kapitalny pomysł i niezłe wykonanie. Wprawdzie tu i ówdzie błąd, ale całość zapowiada niezłe pióro. W wielu wypadkach widać zmęczenie dziecka. Ale to ogromna dla mnie niespodzianka! A przy tym kochany list od Dominiczka - nieporadny, ale jakże kochany!

W południe zaniosłem na Fakultet ok. dwudziestu egzemplarzy "Polski" (wersje: hiszpańska, francuska i polska) z informacją o lektoracie. Może chwyci. W bufecie bibliotecznym odbyłem pierwszą rozmowę po portugalsku - z lektorem języka niemieckiego (nazywam go "panem Zygmuntem", choć nazywa się Siegfried Freytag). Rozmawialiśmy prawie dwie godziny! Szczęśliwie nie zna francuskiego, toteż musimy mówić "po portugalsku". Mnie tylko ręce bolą! Ale on niezły, bo pracuje tu od dwóch lat. Wynika z tego jedno: że mimo wszystko można jednak się nauczyć tego języka!

Wieczorem wreszcie ostatnia niespodzianka: w niedzielę dodzwoniłem się do pana Manuela (telefon miałem od prof. Honowskiej). Przyjechał po mnie do Biblioteki o wpół do ósmej wieczorem. Sympatyczny chłopak. Zaprosił mnie do swego domu. Kolacja bardzo uroczysta, z rodzicami Manuela - lekarzami. Rozmawialiśmy długo, po francusku. Wieczór niezwykle udany. Do domu wróciłem po północy (przywiózł mnie Manuel).

13.11.79 (wtorek)

Od kilkudziesięciu lat wierzę w trzynastki. Dziś po raz kolejny miałem się przekonać, że to wiara zasadna. Od rana wprawdzie lał deszcz, było zimno. Siedziałem więc w Bibliotece (czytałem książkę T. Bragi o Cam?esie). Do domu przyszedłem ok. dziewiątej. Ale tu czekała mnie prawdziwa niespodzianka - pierwszy list od Maji! Nareszcie. Ileż tu wiadomości - poczułem się jak w domu. Wprawdzie nie wszystkie informacje są pomyślne (bo dzieci chorowały!), ale poza tym widać, że jakoś sobie radzą beze mnie. Samochód mają przewieźć do Radłowa. W domu łapią myszy (!), przygotowują się także do kupna psa... Najważniejsze, że powoli przyzwyczajają się do nowej sytuacji. Jestem tak zadowolony, że nie chce mi się pracować. Ponieważ nie ma Gospodyni, Zozima [jeszcze jedna lokatorka, rodem z Wysp św. Tomasza, Murzynka] puściła telewizor, oglądam więc film. Staram się coś zrozumieć. Sens rozumiem, o wiele gorzej z językiem. Zozima wiele mówi, ale też rozumiem może jedną dziesiątą część jej wypowiedzi. Nie tracę jednak nadziei. Na pewno nadejdzie wreszcie dzień, gdy ich zrozumiem.

14.11.79 (środa)

Dzień bez historii - do dziewiątej wieczorem. Cały dzień, od rana właśnie do dziewiątej byłem w Bibliotece. Na dworze zimno: deszcz, wiatr, pogoda listopadowa. Jedyna różnica - że w Bibliotece ciepło. Po dziewiątej w domu. I kolejna niespodzianka: listy! Jeden od Maji, jeden od Ojca, a nadto trzy książki do lektoratu od Maji. Książki zupełnie niepotrzebne. Listy - bardzo! Ojciec pisze o swoim smutku po śmierci Mamy. Będę musiał mu wkrótce napisać szerzej o Portugalii. Natomiast od Maji informacje mieszane: dzieci już po chorobie, choć z Dominikiem ciągle niezbyt dobrze. W Krakowie zimno: -150C! A ja tu narzekam na zimno, gdy na zewnątrz 18oC! Dzieci i Maja liczą tygodnie do Bożego Narodzenia. Ja też. Co robić, może uda się jakoś skrócić. Nie wiem, ale wydaje mi się, że ten mój lektorat będzie dużym niewypałem. Jutro idę na Fakultet - może się czegoś dowiem?

Do Lizbony ma przyjechać Marek B. z UJ. Chyba dobrze, bo będzie raźniej. Marka przynajmniej znam. Zobaczymy, czy się zgłosi.

15.11.79 (czwartek)

To już równy miesiąc mojego pobytu w Lizbonie. Najgorsze jest już pewno za mną. Rankiem jadę na Fakultet, aby się dowiedzieć, czy są jakieś wpisy? Są! Trzy. Sekretarka oświadczyła, że to bardzo dużo. Przecież to początek. Chińczyk ma tylko dwóch słuchaczy! Kamień spada mi z serca. A jednak udało się. To już coś jest. Zapewne pomogły w końcu te numery "Polski". Znikły prawie wszystkie (dwa znalazłem w sekretariacie!). Wywiesiłem jeszcze kolejne dwa ogłoszenia o zajęciach - jedno przy Instytucie Literatury, drugie w Bibliotece Narodowej. Podałem także informację o pierwszych zajęciach w dniu dwudziestego listopada!

Później siedziałem w Bibliotece do wpół do dziewiątej. Wieczorem, ok. wpół do siódmej, przyszedł Manuel z dziewczyną, by zaproponować mi wyjazd poza Lizbonę - na obiad w najbliższą sobotę. Ma być jeszcze jakaś starsza pani, która była swego czasu lektorką języka portugalskiego w Warszawie.

W drodze powrotnej z Biblioteki wstępuję do baru. Są flaki z fasolką (dobrada), nie mogę więc przejść obok. Tym bardziej gdy pomyślę, że w domu znowu czekają mnie dwie bułki z herbatą. A przecież już za tydzień będę miał pieniądze! Do flaków biorę lampkę wina, miejscowego, "domowego". Za wszystko zapłaciłem 50 escudów. To wcale niedrogo. A w ten sposób uczciłem przynajmniej rocznicę (miesięcznicę) mojego pobytu w Lizbonie!

16.11.79 (piątek)

Dziś cały dzień także w Bibliotece. Siedzę nad żywotem Vasco da Gamy. Idzie powoli, ale coraz lepiej. Są chwile w czasie lektury, że jestem nadzwyczaj dumny z siebie - rozumiem bowiem bardzo dużo. Ale są i chwile gorsze. Wynotowuję sobie do zeszytu złote myśli o wytrwałości, sile woli ...

O trzeciej przyszedł z Barbarą ksiądz Jerzy. Rozmowa się niezbyt kleiła. Chłopak starał się wprawdzie dalej "grać", ale z większym respektem, przynajmniej nie byłem obrażany. Szybko zresztą zniknął (zapowiada skrócenie pobytu w Lizbonie - nie mam nic przeciw temu!).

Wieczorem o wpół do dziesiątej telefon od nowego przybysza - Marka B. Jak tak dalej pójdzie, założymy w Lizbonie polską kolonię. Ma bowiem - powiada Marek - przyjechać jeszcze jeden człowiek z UJ. "Ksiądz" wspominał o dwóch "pastorach"...

W Lizbonie zimno, często pada. W domu jeszcze gorzej. Siedzę w łóżku w dwóch piżamach i piszę. Przez blisko godzinę oglądałem telewizję, trochę rozmawiając z Gosposią. Jakoś sobie radzę. Musi być lepiej. To dopiero miesiąc - a przecież jeszcze ok. siedem-osiem! Oby tylko wytrzymać tempo - bo narzuciłem bardzo duże. Ale tylko tak można coś zrobić.

17.11.79 (sobota)

Dziś dzień "wolny". Rankiem zabrałem się do prania, ale Gospodyni przepędziła mnie. Zrobiła to sama! Chwali się jej. Kupię jej kwiatki - po wypłacie. W południe nastąpił zapowiedziany wyjazd do Sesimbry (40 km od Lizbony). Poznałem Marię-Luizę Sobral - lektorkę języka portugalskiego w Warszawie. Stara panna (ok. 45 lat), nudna. Uczy w liceum języka portugalskiego i francuskiego (tacy ludzie jeżdżą na lektoraty do Polski!!). Po francusku mówi podobnie jak ja - bardzo szorstko i twardo, z "przerywnikami". Tylko że ja nie uczę nikogo tego języka! Wyjazd do Sesimbry bardzo udany. To śliczne miasteczko. Przypomina mocno (w miniaturze) francuskie Sete! Leży na brzegu Atlantyku. Po bokach wysokie wzniesienia. Jedno - z zamkiem na zboczu, znakomicie wkomponowanym w przestrzeń - przypomina do złudzenia krymski Ajudah. Drugie wzniesienie (urocze skały!) zostało w straszny sposób zdewastowane przez nowe budownictwo. To woła o pomstę do nieba!

Przeszedłem dziś mały chrzest oceaniczny. W chwili, gdy chciałem zrobić zdjęcie Sesimbry od morza, "ogarnęła" mnie fala. Obiad kapitalny, trwał trzy godziny! Jedliśmy sapeteira, dużego kraba. Bardzo smaczny. Tłucze się go młotkiem! Poza tym było danie a la Alantejo, z mariscos (muszelki)! Świetne wino. Manuel zapłacił za wszystko ok. 900 escudów! To fortuna! Ale chciał się pokazać gościnnym i "odpłacić" za gościnność, jakiej swego czasu zaznał w Polsce. Zapowiedział, że będzie chodził na zajęcia. Także Maria-Luiza (co do niej, to nie wierzę, by się zdecydowała na mój lektorat!).

18.11.79 (niedziela)

Blisko cztery godziny ze sztuką! Najpierw byłem w klasztorze hieronimitów (Jerónimos). To prawdziwe cudo z przełomu XV-XVI w. Tzw. gotyk flamboyant, styl manueliński. Rzeczywiście, jest to arcydzieło. Portal! Boże, to się w głowie nie mieści. Co za precyzja w obróbce kamienia, jakie klejnoty! Wewnątrz kapitalne krużganki - patio. W kościele dwa sarkofagi - grobowce - Cam?esa i Vasco da Gamy. A jednak leżą tutaj, nie w Panteonie! W ogóle trzeba będzie wreszcie zabrać się za porządne studia nad epoką Manuela! Ten styl urzeka. Po wizycie u hieronimitów odwiedziłem Muzeum Sztuki Dawnej. A właściwie tylko jeden jego oddział: "sztuki cudzoziemskiej". Jakie dzieła tu zgromadzono! Pomijam mniejszych, ale wreszcie zobaczyłem Kuszenie św. Antoniego Hieronima Boscha! Obok zaś Albrecht Dürer! Dalej - cała sala z obrazami Quentina Metsysa. Dużo dzieł malarskich z Hiszpanii, sporo z Włoch. Dominują jednak Holendrzy. Wrócę tu z pewnością - może za tydzień. Trzeba bowiem rzeczy poznać bliżej.

19.11.79 (poniedziałek)

Każdy dzień niesie z sobą coś nowego. Nie ma chyba dni nieciekawych. Trzeba tylko patrzeć uważnie, trzeba po prostu widzieć. Wczoraj np. mogłem oglądać Hieronima Boscha i do tego Kuszenie św. Antoniego. To rzadka okazja. Myślałem sporo o wyobraźni tego człowieka - musiał mieć niezwykłą. Stworzyć tyle najdziwniejszych potworów, tak znakomicie oddać półsen, półjawę ogarniętego najdziwniejszymi obsesjami mistyka, tak znakomicie utrzymać się na granicy groteski, kpiny, ludowego humoru i mistycyzmu. To rzeczywiście trzeba być prawdziwym artystą.

Rankiem wybrałem się na Fakultet. Miałem podpisać jakieś deklaracje, ale nic z tego nie wyszło, zabrakło bowiem urzędnika! W piątek mam otrzymać pensję! W południe odnalazł mnie w Bibliotece Narodowej Marek B. (hasło - C-13!, siedzę bowiem zawsze na tym samym miejscu). Sympatyczny. Wziąłem go na obiad do stołówki pracowniczej. Później zaprosił mnie na kawę do baru. Pokazał mi tomiki poezji i prozy - rzeczy przetłumaczone przez niego z portugalskiego! W barze odnalazł mnie z kolei Manuel. Porozmawialiśmy (szkoda, że po francusku). O czternastej Manuel wziął Marka do Sekretariatu Kultury, ja zaś popracowałem przez godzinę. Po piętnastej przyszedł "pan Zygmunt" - lektor języka niemieckiego. Usiedliśmy na prawie godzinną pogawędkę. Byłem szczęśliwy - rozmawialiśmy bowiem po portugalsku! Nawet mi szło. Nie mam przed nim strachu, mówię stosunkowo dużo. Jak czegoś nie wiemy, patrzymy do słownika! Zygmunt jutro ma przyjść na lektorat - sam przerobił ok. dwudziestu lekcji polskiego!? Był w Gdańsku na wakacjach, ciągle mówi o jakiejś śpiewaczce z Teatru Muzycznego w Gdańsku. Czyżby miłość była pośredniczką językową?

Jutro mam odbyć pierwsze zajęcia. Denerwuję się trochę. Ilu przyjdzie słuchaczy? Lekcję już przygotowałem. Ale trzeba będzie pomyśleć o przyszłym tygodniu, trzeba zrobić kolejne lekcje, a przede wszystkim przygotować wykłady. Oby tylko ten Spyra oddał mi Historię Polski. Jeśli nie, biorę jutro Historię Polski w języku portugalskim Noronhii!

20.11.79 (wtorek)

Nareszcie. Nareszcie zacząłem pracę. Dziś, o trzynastej, w Sali Instytutu Rumuńskiego odbyłem dwugodzinne zajęcia: jedna (60-minutowa) godzina lektoratu i jedna godzina wykładu w języku francuskim (Polska - kraj, ludzie). Przyszły cztery osoby. Na Fakultecie strajk profesorów (chodzi o podwyżkę!), ale ja zajęcia odbyłem. To duża ulga. W drugiej grupie będę miał też chyba cztery osoby. Nieźle. Po południu, o wpół do szóstej, niespodziewana wizyta (z Manuelem) u śpiewaka Luisa Celii. Człowiek w moim wieku. Nagrał w Paryżu, Madrycie i Lizbonie wiele płyt. Przyjaciel Brassensa, Theodorakisa i Ibaneza. Śpiewa, a także komponuje muzykę do wierszy poetów portugalskich. Bardzo sympatyczny. Rozmawialiśmy przeszło godzinę. Podarował mi dwie swoje płyty. Obiecałem mu, że spróbuję zaproponować krakowskiej "Estradzie" jego występy. Sądzę, że chciałby wystąpić przede wszystkim w środowisku studenckim. Zobaczymy w Święta. Może wspólnie z Leszkiem Długoszem?

O wpół do dziesiątej - spotkanie w mieszkaniu Manuela. Przyszło troje Polaków i pięciu Portugalczyków! Wieczór bardzo udany. Dyskusje, głównie po francusku, choć próbowałem także sił po portugalsku! W końcu ci Portugalczycy nie są tacy źli.

22.11. 79 (czwartek)

Znowu dzień niezwykle bogaty w wydarzenia. Rankiem myślałem, że nadszedł list od moich ukochanych, ale było to złudzenie. Listonosz przyniósł coś dla Gospodyni. Po prawdzie to Maja nie bardzo ma kiedy pisać! Od dziesiątej siedziałem w Bibliotece. Czytałem piękne wydanie Luzjad z 1880 roku - z bogatym komentarzem oraz przepięknymi ilustracjami. W południe obiad w stołówce bibliotecznej (ryż z kawałkami mięsa i mariscos, czyli z owocami morza). O godzinie pierwszej - lektorat. Przyszły dwie osoby. Pracowałem normalnie, do trzeciej. O godzinie czwartej - wraz z Markiem B. - idę na uroczystość - konferencję poświęconą A. Redolowi, autorowi Gaibensa. Sporo pisarzy, profesorów (tylko w prezydium zasiadło osiemnaście osób!). W amfiteatrze dużo młodzieży. Siedzę tu do 18:45. Coraz więcej rozumiem! Jestem z tego powodu bardzo dumny i szczęśliwy. Choć wciąż jestem wściekły, że jeszcze nie potrafię mówić. O godzinie siódmej - lektorat. Przyszło dwóch studentów. Bardzo sympatyczni i pełni zapału do pracy. Pracujemy do dziewiątej! Zapowiedzieli przeprowadzenie akcji "werbunkowej". O godzinie dziesiątej w domu. Kolacja i przeszło godzinna rozmowa z Gospodynią. Staram się mówić - na siłę! Idzie coraz lepiej. Opowiadam jej o Polsce, o historii, o Napoleonie, a także o Gaibensie... To chyba jedyna metoda (Marek B. niewiele rozumiał na wykładzie, strasznie się nudził, wcześniej też wyszedł. A jest przecież tłumaczem literatury portugalskiej na język polski!).

Po jedenastej piszę tę kartkę i idę spać. Na swój sposób jestem szczęśliwy, bo sporo dziś zrobiłem. Żeby tylko tak dalej. Ale trzeba w siebie wierzyć. Nie ma innego wyjścia (może Gospodyni przestanie mi wtedy świecić w oczy tym nieszczęsnym a bardzo zdolnym Jugosłowianinem, który w ubiegłym roku mieszkał u niej!?). To wszystko. Dobranoc!

23.11.79 (piątek)

Dzień "bez historii". Rankiem w Bibliotece, po południu - także. Siedzę nad Cam?esem. Czytałem książkę pt. Cam?es na India. Niezbyt udana to praca, raczej krytycznoliteracka niż naukowa. Powoli jednak "wchodzę" w problematykę. Mimo wszystko czeka mnie bardzo dużo roboty. Oby tylko nic nagłego nie wyskoczyło. Trzeba będzie przygotować do druku Luzjady porządnie, pokazując opanowanie warsztatu. Dochodzi wprawdzie niemały kłopot z językiem; ale przede mną jeszcze siedem miesięcy. Powinno się powieść.

W czasie pracy w Bibliotece podjąłem decyzję, że w żadnym wypadku nie wracam tutaj w przyszłym roku. To byłoby marnowanie czasu. Pobyt obecny traktuję jako higieniczny zabieg po Legendzie, jako okazję do poznania innego narodu, a także - do rozwoju własnego (poznanie języka!). Ale nie ma sensu przeciągać tego dalej.

Wieczorem w domu Gosposia powiada, że babcia (90 lat!) choruje. Przed północą przyjechał lekarz. Babcia zostaje w domu. Od czasu do czasu tylko jęczy. Leży jednak w odległym pokoju, nie przeszkadza mi.

Dziś często wracałem myślą do Krakowa. Myślałem o domu, o Maji, o dzieciach. Pocieszam się, że ich zobaczę za trzy-cztery tygodnie, że posiedzę z nimi dwa a może trzy tygodnie. Dziwne, ale poprzednio, we Francji, nie przechodziłem takiego trudnego okresu. Myślałem, że tęsknota za domem ustąpi po pierwszych dwóch-trzech tygodniach. Tymczasem nic podobnego. To chyba i dobrze.

24.11.79 (sobota)

Miałem dzisiaj dostać pieniądze, ale nic z tego. Dostanę podobno w poniedziałek. Mam jeszcze resztki - wystarczy do poniedziałku. Dziś po śniadaniu zabrałem się do przepisywania na maszynie Wstępu [do Złotej legendy chłopów polskich]. Przepisałem kilka stron, ale "mózg mi zamarza". Ubrałem dwa swetry, ciepłą bieliznę, buty... Niewiele pomogło. Ręce grabieją. Na dworze dużo cieplej niż w domu (na zewnątrz 11o C).

Około drugiej po południu wychodzę z domu. W barze zjadam obiad (dobrada - za 53 escudy) i idę na Praça do Comerçio. Potem na Rossio. Tu trwają przygotowania do mającego rozpocząć się wiecu Partii Socjalistycznej. To wielki karnawał, ogromnie dużo ulotek. Kapelusze, portrety Soaresa... Około piątej idzie pochód! Co za pochód! Około sto pięćdziesiąt - dwieście tys. ludzi! Wszyscy wrzeszczą slogany, śpiewają hymn partii (ładna melodia!) oraz Międzynarodówkę. Pochodowi towarzyszą orkiestry młodzieżowe. Soares - wspólnie z żoną i kierownictwem partii - przechodzi obok mnie. Z goździkami w ręce. Wygląda na dużo młodszego niż na zdjęciach. Śpiewa i woła slogany razem z innymi. Na wiecu najpierw przemawia (długo!) chyba ktoś z kierownictwa PS w Lizbonie, później Sonha, wreszcie - Soares. Pochód i wiec pomyślane zostały jako próba zamknięcia drogi do władzy prawicy (AD - Aliance de Direita). Podoba mi się koncepcja polityczna PS - chcą zapobiec podziałowi społeczeństwa na dwa obozy, to znaczy na prawicę i komunistów, chcą utrzymać różnorodność jego oblicza politycznego. Ale to dziś bardzo trudne i chyba bez większych szans na powodzenie. Wystarczy spojrzeć na inne kraje Zachodu - prawie wszędzie doszło do polaryzacji sił, do wyłonienia się dwu obozów. Czy PS uda się pokazać inne oblicze?

W czasie wiecu chodziłem po Rossio. Manifestanci bardzo szybko zaczęli znikać (wieczór!). Pozostali najwierniejsi - z flagami i transparentami.

25.11.79 (niedziela)

Znowu dzień "bez historii". Rankiem spałem dosyć długo (okiennice zamknięte, ciemno, w domu zimno). O jedenastej wyszedłem - wróciłem o wpół do szóstej. Wziąłem na dzisiejszy spacer aparat fotograficzny, zrobiłem parę chyba ciekawych zdjęć.

Odwiedziłem raz jeszcze Muzeum Sztuki Dawnej. Powoli, z sali do sali, z ołówkiem i notesem w ręku. Zbiory portugalskie bardzo ubogie: właściwie obejmują tylko w. XV-XVI i to sztukę oraz malarstwo religijne. Uwagę zwraca pochodzące z I połowy XVI wieku Inferno - nieznanego malarza - w stylu Boscha i sztuki średniowiecznej. Powymyślane tortury i pośrodku olbrzymi kocioł ze smołą. Zaledwie kilka nazwisk malarzy (wszyscy z XVI w.): Paraiso, m.in. autor ciekawego zespołu ośmiu obrazów przedstawiających żywot Matki Boskiej (od zaślubin z Józefem - bardzo starym i trochę śmiesznym, z czerwonym nosem! - po obraz zaśnięcia NMP), dalej - Christóv?o Lopes, autor portretu Jo?o II, Alexander Farnesio, autor portretu D. Marii - żony Jo?o III (w niej ponoć miał kochać się Cam?es) i Frey Carlos z szeregiem dzieł: Zwiastowanie, Wniebowstąpienie, Ukazanie się Chrystusa Matce Boskiej (scena apokryficzna?). Uderza u tego twórcy znamienne potraktowanie postaci: sylwetki kreślone są bardzo wyraźną linią, twarze natomiast - jakby za mgłą (i to bez względu na to czy chodzi o świętych, czy o ludzi zwykłych).

Raz jeszcze zwiedziłem dział malarstwa europejskiego. I bardzo się cieszę, bowiem dopiero za drugim-trzecim razem można dostrzec rzeczy ciekawe. I tak - muszę zacząć chyba jednak od Hieronima van Akena Boscha (1450-1516) i jego Kuszenia św. Antoniego. To dzieło (tryptyk) rzeczywiście urzeka swym niekłamanym rozmachem wyobraźni. Nasunęła mi się nazwa dla tego obrazu: Apokalipsa grzechu! Natura zbuntowała się u Boscha, postanowiła zaprzeczyć swym prawom i formom. Toteż świat Boscha nawet nie przeraża, ale pociąga swym niekłamanym urokiem. Pokusy św. Antoniego straciły swą wartość metafizyczną, wcieliły się w świat realny. Ale ich moc sprawiła, że natura, zaprzeczając swym formom, wydała monstra. A jednak jakże niesamowitą miał ten twórca wyobraźnię! Kto mu może dorównać? Chyba tylko jeden człowiek: św. Jan, autor Apokalipsy!

W Muzeum Sztuki Dawnej obok dzieła Boscha znaleźć można sporo innych arcydzieł. Jest tu zatem Albrechta Dürera (1471-1528) Św. Hieronim (1521), portret niezbyt duży, ale ujmujący swym niekłamanym realizmem. Przemawia przede wszystkim doskonały rysunek, linia ręki. Obok Dürera - Łukasz Cranach Starszy ze Św. Katarzyną i Nieznajomą dziewczyną (dzieło niepewnego autorstwa). Jest Hans Holbein Starszy z dużym dziełem religijnym: Matka Boża, Jezus i święci. Ale jest przede wszystkim - Pieter Brueghel Młodszy (XVI-XVII) z Misericordią. Obraz niezbyt duży, ale jakiej urody! Znakomicie podpatrzone sceny z życia Niderlandów, a przy tym owa niezwykła brzydota postaci, jakże pociągająca! Obok wisi obraz nieznanego mi bliżej Davida (3o) Ryckaerta (z I połowy XVII w.): Kuszenie św. Antoniego! Szkoda, że w muzeum nie pokazano tego dzieła w Sali Boscha. Dopiero wówczas dostrzec można byłoby różnicę klasy. Ale i tak - radość wielka. Bosch traktował swe potwory jako trochę jarmarczne zabawki. W gruncie rzeczy one nie przerażają. U Ryckaerta brak owej bujności wyobraźni, więcej tu "człowieczeństwa". Zatem: św. Antoni nie jest już tylko dodatkiem, pretekstem do pokazania apokalipsy grzechu, ale bohaterem dzieła. Oczywiście, malarz nie potrafił uwolnić się od narzuconej przez tradycję konwencji (sporo tu okropności!), ale rzucił je w tło, oddalił od widza. Dzięki temu przedstawił dramat człowieka (Antoniego), a nie jego wizje. Podobne uwagi nasuwają się przy porównaniu dwu dzieł o Salome: oto przed nami Salome Łukasza Cranacha Starszego (1472-1553): ona sama, Salome, nie ma w sobie nic z grzechu. To piękna, flamandzka dziewczyna. Jej występku dowodzi tylko... misa z głową św. Jana. I gdyby nie ów rekwizyt, można byłoby przyjąć, że mamy przed sobą portret jakiejś urodziwej i dobrej księżniczki. W innej sali znajdujemy jednak Ścięcie św. Jana pędzla Paulusa Morelse (I połowa XVII - Niderlandy). Tutaj Salome została wyraźnie naznaczona piętnem występku. Odziana w piękną szatę koloru czerwonego, bardzo zgrabna, pięknych kształtów, zdaje się być uosobieniem grzechu, jego uroków.

W jednej z sal wiszą dwa obrazy van Dycka (XVII): Portret Łukasza Vostermanna oraz drugi - nieznajomego mężczyzny. Oba namalowane żywo, przemawiają przede wszystkim swym wewnętrznym życiem (błysk oczu, gra rysów twarzy). Wiszący obok Diego Velázqueza (XVII) Portret Marianny Austriackiej wiele traci w bezpośredniej konfrontacji z van Dyckiem. Zaskakuje natomiast świetne dzieło Joseppe Carducciego (XVI) Portret Aleksandra Medyceusza. To istotnie może się podobać. Postać Medyceusza jakby wyłaniała się z mroku - utrzymana jest w ciemnych kolorach. Jaśnieje tylko piękna głowa i... ręka, którą władca Florencji kreśli szkic portretu!

Nie przekonuje mnie, niestety, głośny Hiszpan: Francisco Zurbarán (XVII wiek) eksponowany tutaj bogato (10 olbrzymich obrazów przedstawiających postaci świętych i apostołów). Jedynie dwa z nich zatrzymują moją uwagę: Piotr - prosty wieśniak i Paweł z mieczem w dłoni, zamyślony, jakby zmęczony swymi podróżami. Podobnie nie wywarli na mnie większego wrażenia José de Ribera (XVII wiek) - Hiszpan, twórca obrazu Św. Franciszek, a także Nicolas Poussin (Dżuma). Zadziwił mnie natomiast nieznany mi Luis de Morales, Hiszpan (XVII wiek), twórca dwóch pięknych obrazów Matka Boska z dzieciątkiem. Oddał tu i urodę kobiecą, i nade wszystko jakąś wewnętrzną radość NMP z macierzyństwa, radość młodej matki. Zupełnie inną Matkę Bożą przedstawia obraz nieznanego autora katalońskiego z XIV w. - to Matka Boża bardzo katalońska! Odziana w czarną szatę (podbicie czerwone!), zwraca uwagę swymi rysami twarzy, trochę jakby wschodnimi.

Na koniec zostawiłem sobie Metsysa Quentina (1466-1530). Jest tu sześć jego dzieł - wszystkie z kościoła Madre de Deus! Zatem - Ofiarowanie Chrystusa w świątyni, Chrystus wśród uczonych, W drodze na Kalwarię, Matka Boska Bolesna, Kalwaria i Opłakiwanie Chrystusa. Twórca ten niechętnie wprowadza tło, interesują go ludzie. I to nie wszyscy. Przeprowadza wśród nich podział: statyści przypominają jako żywo bohaterów Brueghla. Natomiast głównym bohaterom malarz poświęcił wielką uwagę! Szczególnie pasjonowało go cierpienie, jego fizyczny obraz! Urokliwy jest obraz Matka Boska Bolesna - owszem, sporo w nim rekwizytów cierpienia (miecze, kolce), ale zwraca uwagę przede wszystkim wyraz cierpienia na twarzy Matki Bożej, który wyraźnie kontrastuje z urodą Jej twarzy. Ale bo też uroda, piękno i... cierpienie często idą jedną drogą.

26.11.79 (poniedziałek)

Dzień bardzo męczący. Rankiem - na Uniwersytet. Mają mi dać pierwszą pensję. Nic z tego. Jutro! A w kieszeni pięćdziesiąt escudów! Na Fakultecie spotykam prof. Cintrę - zapraszam go na uroczystość inauguracji kursu czwartego grudnia! Przyjmuje bardzo gorąco. Proponuje powiadomić o tym Agencję Kultury - p. Vaz de Silva (w jego imieniu!) - wówczas informacja ukaże się w różnych dziennikach! Jadę do ambasady po odbiór powielonych 4 lekcji. Zapraszam I Sekretarza Ambasady - p. Spyrę. Przyjmuje mój projekt również gorąco (chciałbym, żeby w uroczystości zabrali głos: Cintra, Spyra i Ziejka!). Obiecuje załatwić mi dziennikarza z "Diario de Noticias" - dla zorganizowania wywiadu. Biorę trochę materiałów z ambasady (bardzo słabe). Wracam na Fakultet - za ostatnie grosze - dosłownie! W Bibliotece spotykam Basię Hlibowicką - pożycza mi dwieście escudów. Z tym można jakoś przeżyć. W Bibliotece rozmawiam dosyć długo z "Zygmuntem" - idzie mi ten portugalski! Po południu czytam i przeglądam trzy książki o Polsce wydane tutaj w czasie II wojny światowej (1940-44). Dosyć interesujące. Robię trochę odpisów - do wykładu (na uroczystości inauguracji lektoratu chcę zrobić wykład pt. Stosunki polsko-portugalskie na przestrzeni dziejów). Około piątej głowa mi po prostu pęka. Kawa nie pomaga. Katar. O wpół do siódmej - idę na Fakultet. W drodze zjadam kanapkę, popijając jedną lampką wina. Trochę pomaga - ale niewiele. Zajęcia - do dwudziestej pierwszej piętnaście. Oprócz dwóch "stałych" przyszła trzecia studentka! Polka - Justyna H. Zajęcia udane (mam więc już siedmiu studentów!). Ale po powrocie do domu głowa nadal boli, katar... Czyżby grypa? Biorę porcję wódki (kończy się, niestety!) i do łóżka (oczy pieką).

27.11. 79 (wtorek)

Nareszcie pierwsza wypłata. Dziś rankiem dostałem czek - za październik i listopad. Mogę zrealizować w Caixa Géral. Najpierw idę na pl. Alvalade - tu jednak odsyłają mnie (realizują czeki tylko do 20 contos). Jadę na Praça do Comerçio. Bez kłopotu. Dochodzi dwunasta. Zaczyna mi się dawać we znaki gorączka (chodzę z gorączką trzeci dzień). Decyduję się na krok stanowczy - wstępuję do baru-kawiarni i proszę o whisky z lodem (88 escudów!). Orzeźwia. Jadę na Fakultet (o trzynastej mam mieć zajęcia). Sprzątam "swoją" salę (Instytut Rumuński od trzech lat jest nieczynny z powodu braku lektora!). Ale studentów nie ma: dwóch pojechało do Anglii na jeden tydzień, Siegfried strajkuje (no bo pracownicy ciągle strajkują), a Maria-Luiza więcej się chyba nie pokaże. O drugiej idę na obiad. Okropna peixa (ryba). Oczywiście, spotykam Siegfrieda! Zjadamy obiad i idziemy do baru bibliotecznego - na kawę i koniak (to bardzo tanie - po 25 escudów "na łebka"). Przez godzinę tłumaczę Zygmuntowi (oczywiście po portugalsku!) tajniki mojej metody badania świadomości zbiorowej społeczeństwa polskiego w XIX-XX wieku! Usiłuję trochę pracować. Ale zjawia się Marek B. i idziemy do kawiarni. Potem wyciąga mnie do kina. Wieczorem wracam do domu - płacę Gosposi (6300 escudów). Jest szczęśliwa! Biorę jeszcze polopirynę i do łóżka. Rano muszę być zdrów!

28.11.79 (środa)

Nie omyliłem się: końska kuracja pomogła. Wstałem dziś zupełnie inny. Cały dzień bez gorączki (tylko mały katar). Dziś porządna robota w Bibliotece: od wpół do dziesiątej do ósmej wieczór. Zrobiłem bardzo dużo - oczywiście z myślą o wykładzie w dniu czwartego grudnia! Najpierw studiuję Katalog Ferreiry Limy. Potem gazety (m.in. "Novidades" z 1906-07). Sporo artykułów o literaturze polskiej. Ale większość z drugiej ręki. Po wyjściu z Biblioteki idę na kolację - jak wszyscy Portugalczycy: gorącą (jakaś mieszanka - ziemniaki, mięso wieprzowe, jarzyny). Do tego lampka wina. Czuję się zupełnie zdrów. W domu Gosposia "wjeżdża" z zupą! Co za zmiana! Ale nie mogę jeść. Robi mi wodę z cytryną na noc - przeciw kaszlowi.

Dostaję dziś list od Maji. W domu cieszą się z mojego przyjazdu na Święta. Tylko, że napisałem o piętnastym grudnia, a pojadę - dwudziestego pierwszego! Trudno. Wytrzymają. Dominik w Suchej. Mówi już lepiej. Sonia [pies] w Krakowie. Są także inne nowiny. Bialic odmówił wydania Luzjad w "Bibliotece Narodowej". Na dobrą sprawę mogłem się spodziewać tego. Ale nie odpuszczam. Może uda mi się załatwić to w czasie Świąt. Jeśli Ossolineum nie będzie chciało, zaproponuję Wydawnictwu Literackiemu. Kurz weźmie z pewnością. Przecież to Luzjady. A jeśli nie teraz - to wezmą za parę lat. Nie ma kłopotu. Najważniejsze, że w domu wszystko dobrze. A i u mnie coraz lepiej. Jakoś chyba będzie. Do Świąt niezbyt daleko. Jeszcze tylko cztery tygodnie (niecałe).

29.11.79 (czwartek)

Dziś od rana w Bibliotece - w dziale rękopisów. Usiłuję się dowiedzieć, co to za tłumaczenie Cam?esa na język polski znajduje się w Lizbonie. Spotyka mnie spory zawód. Najpierw przeszło godzinę tracę na to, żeby dostać prawo do skorzystania z czytelni rękopisów (specjalne podanie w sekretariacie, zgoda szefa...). Później okazuje się, że skórka nie warta wyprawy. Zamówiłem ów rzekomy rękopis oraz tłumaczenie Luzjad pióra Piotrowskiego. Okazuje się, że trafiam w dziesiątkę. Tomik rękopiśmienny pochodzi bowiem oczywiście - od tegoż Piotrowskiego, który wcześniej przetłumaczył Luzjady i przesłał "powielony" egzemplarz (z ok. 1875 roku) w 1880 roku do Lizbony. Tłumaczenie Luzjad 13-zgłoskowcem, oktawami, a właściwie strofami 8 zgłoskowymi (aa, bb, cc). Całość poprzedza straszny (sic!) wstęp o Cam?esie, prawdziwe curiosum.

W domu spora niespodzianka: dwa listy! Jeden od Maji (z 14 XI), drugi od Bronka Górza (17 XI) Ciekawe, że wczoraj dostałem list od Maji z 19 XI! Sporo o Dominiku - nie najlepsze wieści. Zobaczymy. Przypomina mi, że powinienem skończyć Zakończenie [Złotej legendy chłopów polskich].

W Bibliotece dowiaduję się od Barbary, że wyszło nowe zarządzenie w Polsce w sprawie zakupu biletów lotniczych na linie zagraniczne - tylko za dolary. Kombinuję: wrócę LOT-em do Madrytu, a z Madrytu do Lizbony - pociągiem. W czerwcu, z Mają (?), koleją! Tydzień podróży!

30.11.79 (piątek)

Wczoraj wróciłem z pracy dosyć późno - wieczorem miałem zajęcia, które skończyłem po dziewiątej (w Polsce jest to godzina dziesiąta). "Zdobyłem" wczoraj jeszcze jedną studentkę. Łącznie mam osiem osób wpisanych. Sporo.

Dziś w Bibliotece nadal przygotowywałem się do wykładu: o stosunkach polsko-portugalskich. Znalazłem kilka ciekawych rzeczy: m.in. w "Universo Pittoresco" z 1842 roku ogłoszono bardzo interesującą biografię Kościuszki. Ale przede wszystkim wreszcie dotarłem do materiałów dotyczących Władysława Warneńczyka na Maderze. Przeczytałem w tej sprawie trzy artykuły, znalazłem także broszurę wydaną w 1941 roku! Nie wiem, czy Polacy ją znają. Raczej nie. Ciekawie się zapowiada. W poniedziałek siadam solidnie do tej sprawy. A od wtorku - po południu - zabieram się do Legendy! Muszę wreszcie to zakończyć.

Wieczorem siedzę przeszło godzinę przed telewizorem: słucham, oglądam... Coraz więcej rozumiem. Nie jest całkiem źle, choć dobrze też nie.

1.12.79 (sobota)

Już grudzień. A tu wcale tego nie widać. Kwiaty na skwerach, na drzewach (śliczne przy Bibliotece - nie wiem, jak się nazywają - kwiaty duże, czerwone). Tu i ówdzie opadają pierwsze liście. Co za kraj! Ludzie winni czuć się tutaj szczęśliwi. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Rzadko widzi się radość, uśmiech... Częściej - wyciągniętą rękę, wołanie o pomoc, o jednego escuda... A przecież to nie kto inny, a oni sami taki a nie inny model życia wybierają sobie...

W nocy nie mogłem spać. Trochę gorączki, kaszlu. Boję się, żeby tylko nie wyskoczyła z tego wszystkiego grypa. Przynajmniej do wtorku muszę wytrwać. Rano rozmowa z p. Spyrą - powiadamia mnie, iż p. Helena Vaz de Silva z ANOP chce się ze mną spotkać (wywiad). Spotkanie odbędzie się we wtorek o dziesiątej. Ze swej strony dzwonię do pani prof. Mateus, by zaprosić ją na uroczystość we wtorek. Przyjmuje zaproszenie. Nawet obiecała powiedzieć kilka zdań na początek. Wpadam na pomysł, by zaprosić szefa Gabinetu Stosunków Międzynarodowych w Ministerstwie Kultury (mam "dojście" do niego przez córkę Gospodyni). Dzwonię do Spyry. Ten jednak protestuje (wygląda na to, że nie lubią się z tym szefem gabinetu). No trudno, nie będę wchodził mu na jego ścieżki. Niech chodzi nimi sam.

Wieczorem nawiązuję znajomość z "moim" barmanem z "Xiluby". Sympatyczny chłopak. Z góry powiada, że dobrady dziś nie ma. Mam więc już tu swojego gazeciarza, a także swojego barmana (knajpa podła, ale "swoja"!).

3.12. (poniedziałek)

I tak oto upłynęło trzynaście lat mojego pożycia małżeńskiego! Bo to dzisiaj właśnie nasza rocznica. Kiedy to upłynęło? Jak to się stało? Aż trzynaście? Gdy jednak oglądać się wstecz na owe trzynaście lat, to przecież można tylko westchnąć głęboko i radośnie zawołać: a jednak szczęście nie opuszcza mnie! Mam żonę, jakiej można byłoby sobie tylko życzyć dla najbliższych osób. Jest dobra, wyrozumiała, ładna, mądra ... Czy to ważne, że nie zawsze było wspaniale? A kto powiedział, że życie składa się tylko z radości?! Gdyby nie było choć trochę kwasu, nie byłoby i chleba. Byłby mdły i niedobry tort. A życie wymaga od nas, byśmy byli prawdziwymi. Jak ów dobry, razowy chleb. Tak. Mogę tylko dziękować Niebiosom, że to właśnie Maja została moją żoną. I matką moich dzieci. Bo o dzieciach trzeba dziś wspomnieć. Mam udane dzieci. Mądre, dobre, ładne... Oj, Boże! Czego od życia więcej wymagać?! Nie dziw zatem, że nam nieźle. Że i ja zmieniłem się. Że właśnie z Mają udało mi się nie zaprzepaścić szansy, jaką dał nam Los. Przecież dziś inny jestem od tego sprzed trzynastu lat. A mimo wszystko chyba jednak taki sam: dla Maji. To, że rozwinąłem w sobie pewne uzdolnienia, to w dużej mierze także i Jej zasługa. Toteż dziś mogę tylko Jej podziękować. Za to, co było. I wyrazić nadzieję, że tak będzie nadal! Chyba jest to życzenie obopólne. A zatem - dla nas obojga na dalsze trzynaście, trzynaście, trzynaście... lat. Szczęść Boże!

4.12.79 (wtorek)

Dziś wielki dzień. Po wielu dniach cichych, przeżywanych nierzadko w upokorzeniu, w cieniu - zabłysło wreszcie i dla mnie słońce. Dziś inauguracja zajęć. Wymyśliłem to święto. Ale udało się! To naprawdę mój wielki dzień. Muszę jednak zacząć od początku.

Najpierw rankiem - pojechałem do Agencji ANOP (nasz PAP). Umówiony byłem z p. dr Heleną Vaz de Silva - z oddziału kultury. Jest to rezultat pośrednictwa prof. Cintry i p. Spyry. Przez blisko dwie godziny rozmawiałem z p. Heleną de Silva (po francusku) o stosunkach literackich i kulturalnych polsko-portugalskich. Obiecała, że prześle mi wycinki z gazety z komunikatem o lektoracie. Może uda się jej wysłać go także do radia ...

O pierwszej jestem na Fakultecie. Zaczynają się schodzić goście. Pierwszym jest prof. Cintra! Ja jestem po dwóch kawach. Mam sporo strachu: czy przyjdą? Przychodzą. Przychodzi Spyra, przychodzi prof. Mateus, przychodzą lektorzy: języka rosyjskiego i języka niemieckiego, a przede wszystkim ok. piętnastu studentów! Części nie znam. Są nawet dwaj Murzyni (pochodzą podobno z Wysp św. Tomasza!). Wszystko idzie znakomicie. Otwieram uroczystość (mówię po francusku). Witam wszystkich. Prof. Mateus mówi ogólnie - o aspekcie językowym lektoratu polskiego. Później Spyra - rozwodzi się o konieczności rozwoju stosunków polsko-portugalskich. Wreszcie ja - przez blisko godzinę - wygłaszam wykład pt. Zarys historii stosunków literackich i kulturalnych polsko-portugalskich. Wygląda na to, że wszyscy są bardzo zadowoleni. Gratulują mi. Nikt nie chce iść - wszyscy rozmawiają. Bardzo sympatycznie. Prof. Mateus bierze mój adres i telefon i zaprasza "w ciemno" na przyszły tydzień - na kolację do siebie!! Z grupką znajomych słuchaczy (Manuel, Maria-Luisa, Nilsa, Zygmunt) idziemy "oblewać" uroczystość na dół - do baru. Barbara (dziś imieniny!) stawia brandy! Później wszyscy się rozchodzą. Ja idę... do Biblioteki. Muszę napisać "memoriał" w sprawie przyszłości lektoratu (dla Ministerstwa Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki). Siedzę nad nim dwie godziny. Wreszcie ruszam do domu. Po drodze - dobrada! W domu - wita mnie Gospodyni informacją, że radio po południu podało wiadomość o mnie i o święcie na Fakultecie.

5.12.79 (środa)

Jestem trochę zmęczony wczorajszym dniem, przeżyciami. Rano pojechałem do ambasady, by zwieźć rękopis "memoriału" w sprawie przyszłości lektoratu polskiego w Lizbonie. Przygotowałem prawie pięć stron. Dałem to Spyrze. Ma dopełnić i wysłać kurierem do Warszawy jeszcze w sobotę. Ciekaw jestem rezultatów. Ale wszystko będzie chyba "po polsku", czyli - nijako.

Po południu w Bibliotece. Miałem zabrać się do Zakończenia [do "Złotej legendy chłopów polskich"], ale wciągnęła mnie legenda Warneńczyka. Grzebałem po starych czasopismach. "Przy okazji" znalazłem sporo informacji o obchodach organizowanych w Coimbrze w 1863, kiedy to tamtejsi studenci upomnieli się o naszą sprawę. Ale przecież nie to miałem robić.

W domu sądziłem, że będą jakieś listy. Nic. Cisza. Idę spać trochę wcześniej. Jednak nie można żyć nieustannie w dużym napięciu. Później przychodzą chwile odprężenia. Zaczynam się zastanawiać, czy warto? A może nie warto? A jednak - chyba warto!

6.12.79 (czwartek)

Ależ św. Mikołaj! Nie pamiętam takiego od lat! Rankiem w kiosku kupuję "Diario de Noticias"! I co? - artykuł: o otwarciu lektoratu polskiego! Rzucam się nań. Biorę do ręki "Portugal Hoje" - jeszcze obszerniejszy. Bardzo rzetelny, solidny! Na Fakultecie dowiaduję się, że wczoraj podobne artykuły ukazały się w "Capital", "Diario Popular" i w "Correira da Manha". A jednak... Dr Helena Vaz de Silva nie zawiodła! Zgrabnie rzecz ujęła. Mocno. Mam sporo satysfakcji. Wreszcie mogę wchodzić na Uniwersytet drzwiami frontowymi, nie kuchennymi schodami... Cieszę się. To dodaje sił. Rano idę na policję - po przedłużenie wizy (będzie za dziesięć dni, kosztuje 150 escudów). Potwierdzam bilet do Warszawy: na dziewiętnastego grudnia! Rano - o siódmej muszę być na lotnisku!

Przed południem siedzę w Bibliotece - różne książki. Ale nie mam dużo czasu. O dwunastej obiad, a o pierwszej - zajęcia. Przychodzi pięć osób, w tym jeden z Mozambiku (co za zdolności, Boże!), a jeden z Wysp św. Tomasza (słaby). Po południu - prawie przez godzinę rozmawiam z Zygmuntem (w sobotę chce urządzić spotkanie u siebie!). Potem - do wpół do siódmej - piszę... cztery strony Zakończenia. O siódmej zajęcia. W domu zastaję list od Maji i od Janka! Wiele świetnych informacji - o życiu tam, w Krakowie! Dzieci zdrowe. W Instytucie myślą o mnie i przepisują na maszynie moją rozprawę habilitacyjną (kochane dziewczyny - oby zdążyły!). Henryczek M., jak zawsze, niedowiarek (w moje siły!). A ja i tak będę robił swoje. Na wakacje zabiorę ze sobą chyba materiały do książeczki o stosunkach polsko-portugalskich.

7.12.79 (piątek)

Cały dzień w Bibliotece. Od wpół do dziesiątej do ósmej. Później kolacja w zaprzyjaźnionym barze (dobrada) i dom. Jestem strasznie zmęczony. Dziesięć godzin pisania! Napisałem Zakończenie. Jest tego trzynaście stron. Wydaje się mieć sens. W poniedziałek trzeba będzie zabrać się raz jeszcze do tego, poprawić... Najważniejsze jednak, że już jest zarys całości. Czyli nie jest źle. Tylko jeden tydzień spóźnienia do przewidzianego terminu! Co z tego wszystkiego będzie? Zobaczymy.

W stołówce stawił się nagle i nieoczekiwanie Marek B. Wczoraj wrócił z Porto i z Coimbry. Zjadł obiad, poszliśmy na kawę do baru. Sporo rozmawialiśmy. Jedzie do Polski dwunastego grudnia. Będzie telefonował do Maji. Opowiedziałem mu m.in. legendę o Warneńczyku. Zapalił się do pomysłu napisania o tym królu powieści historycznej! Mnie to nie martwi. Niech robi swoje, ja robię swoje.

W drodze powrotnej do domu wymyśliłem sobie tom esejów pt. Nad brzegami Tagu i Wisły. Weszłyby tu teksty:

- Kawaler Świętej Katarzyny (Władysław Warneńczyk)

- Polski generał w wieży Belem (o Legionie gen. Józefa Bema)

- Tenor Di Pietro (o Coimbrze w 1863)

- Jeszcze jedna wyprawa Vasco da Gamy (o recepcji literatury portugalskiej w Polsce)

- "Quo Vadis?" i... (o recepcji literatury polskiej w Portugalii)

- Polski hrabia i portugalska sztuka (o Atanazym Raczyńskim)

- Tłumacz Sienkiewicza (Edouardo de Noronha)

- Pułkownik Ferreira Lima de Campos (badacz stosunków polsko-portugalskich)

8.12.79 (sobota)

Gdybym był dzisiaj w Krakowie, miałbym radosny dzień. Rano - jak w inne lata - wraz z dziećmi składałbym życzenia imieninowe Maji. Byłoby przy tym trochę uśmiechów i radości. Później byłaby poranna kawa - też trochę uroczysta. Później - Maja poszłaby na zajęcia, a ja pewnie do Jagiellonki. Wieczorem - to pewne - byłoby małe przyjęcie. Trochę roboty, ale i przyjemności. Zastanawiam się, co kupiłbym Maji (z moich tzw. zaskórniaków). Pewnie jakieś perfumy. A tak - cóż? Pozostaje sobie wyobrazić, jak to tam "leci". A tu "leci" po swojemu. Trochę usiłowałem pisać w domu, ale zimno. Poszedłem na targ. Kupiłem zabawkę (pistolet) dla Dominika. O szóstej jadę do Entre-Grande - na spotkanie z Zygmuntem. Mamy dziś u niego "polski" wieczór. Barbara nie przyjeżdża (ma podobno grypę). Jest kapitalnie. Zygmunt mieszka w dzielnicy pod Lizboną, w mieszkaniu z jednym Portugalczykiem (nauczyciel szkoły średniej) oraz jednym przybyszem z Cabo Verde. Prócz tych jest jeszcze dwoje młodych Portugalczyków - przyjaciele tego z Zielonego Przylądka. Bardzo sympatyczni. Rozmawiamy po portugalsku, trochę po francusku. "Chefe", czyli gospodarz główny José, przygotował befsztyk, Gabriela (żona lotnika) - zupę... Trochę alkoholu. Przed północą wyszedłem z lotnikiem (on idzie na nocną zmianę). Rozstaliśmy się przy metrze. Przypadliśmy sobie do gustu. Obiecaliśmy sobie spotkanie po świętach.

9.12.79 (niedziela)

Niedziela. Zazwyczaj w niedzielę pisałem listy. Dziś nie - bo taką mam umowę z Mają. Za dziesięć dni będę w domu! Radośnie robi się na sercu, gdy sobie uprzytamniam ten fakt! Rano, o dziewiątej, dzwoni Marek B. Prosi o pomoc: musi przepisać na maszynie "Sprawozdanie" z pobytu [wziąłem ze sobą małą maszynę do pisania marki "Consul"]. Umawiamy się w południe. Na jedenastą idę do kościoła na mszę św. Znowu polityka! Zdaje się, że nie podołam!! Dziwny, bardzo dziwny ten portugalski katolicyzm. Marek rozgadał się. Widać, że mu dokucza samotność. Przypadkowo wyznaje, że jest po rozwodzie, ale mieszka z byłą żoną. Bardzo tęskni za domem (szczególnie za pięciomiesięczną córką, owocem "pozamałżeńskiej" zgody!). Przygotował "Sprawozdanie" na półtorej strony! Daje mi przeczytać. No, nie powiem źle, ale dobrze też, niestety, nie! To jego sprawa. Potem idziemy na obiad - do Alfamy (za 150 escudów). Trudno, raz na dwa dni trzeba zjeść obiad (wczoraj była bifana).

Po powrocie siadam do maszyny. Przepisuję Wstęp [do Złotej legendy chłopów polskich]. Utknąłem na siedemnastej stronie - zabrakło papieru! O dziesiątej telefon: dzwoni prof. Mateus! Zaprasza mnie na jutro na dziewiątą - na obiad! Święto. Trzeba kupić kwiaty i po zajęciach jechać na przyjęcie... Trudno, trzeba przeżyć to także. Nawet nie mam wielkiego strachu! Przywykłem trochę do trudnych sytuacji (to przecież Pani Wicedyrektor mojego instytutu!). Zobaczymy jutro.

Najbliższy tydzień w ogóle zanosi się ciekawie. W poniedziałek u p. Mateus, we wtorek - u Manuela (żegna wyjeżdżających do Polski Marka i Basię). W środę mam telefonować do p. Heleny B., która przyjechała z Krakowa. Jakoś to przeżyję. A teraz (jest jedenasta), ponieważ nie ma Gosposi - do łazienki: mycie głowy na jutro! Avó [babcia] nie powie, bo już śpi. Nic z tego. Gospodyni jednak przyszła!

10.12.79 (poniedziałek)

Można by dzień ten uznać za "dzień bez historii". Od ranka do wpół do siódmej w Bibliotece. Po południu musiałem jednak wyjść, aby kupić kwiaty: przecież jestem zaproszony na kolację do pani prof. Mateus! A zatem powtarza się historia z Aix-en-Provence. Jak to wyjdzie? Kwiaty w rękę i o dziewiątej, po zajęciach, jadę na ul. Stanów Zjednoczonych! Wita mnie Pani Profesor - z uśmiechem. Zaprosiła już na ten wieczór znajomego profesora matematyki z żoną. Są także dwie córki Pani Profesor (spośród pięciorga dorosłych dzieci!). Po pierwszych prezentacjach siadamy do stołu. Jedzenie bardzo przeciętne, profesorskie (zupa, na drugie coś w rodzaju spaghetti, ale inaczej zrobione, jest jeszcze deser). Pani chyba już nie ma męża. Ale sama jest bardzo żywotna. Znakomicie orientuje się... przede wszystkim w piosenkarskich sławach (w telewizji trwa transmisja festiwalu z Caracas!). Ale dwa tematy powracają wciąż na nowo: życie naukowe i polityka. W rozmowie błyszczy prof. Gomes - matematyk (ok. 55 lat). Ma bogatą przeszłość (wiele lat przebywał na emigracji politycznej w Paryżu i w Brazylii!). Jest zaciętym komunistą. Żona jego zajmuje się literaturą portugalską na Nouvelle Universidade de Lisboa (osobowość niezbyt ciekawa). Sporo dyskutuję. Rychło dyskusja schodzi na tory polityki. Okazuje się, że pani prof. Mateus jest socjalistką, przyjaciółką pani premier - Lourdes Pintasilgo. Pan Gomes jest członkiem APU (Partii Komunistycznej). Wiele dyskusji na temat przyszłości. W końcu decyduję się na wyjście - jest już po pierwszej! Wracam na piechotę, bo metro nieczynne. A p. Gomes nie przejawił ochoty podwiezienia mnie do domu swoim samochodem. To chyba jedyny zgrzyt. Ale ogólnie - bardzo sympatycznie. Pani Mateus koniecznie chce przyjechać do Polski. Może uda się to zorganizować.

11.12.79 (wtorek)

Dzień, którego "historia" zaczęła się późno, bo znowu wieczorem. Najpierw byłem w Bibliotece, o pierwszej - na Fakultecie (na lektorat przyszło pięć osób), później znowu w Bibliotece... Dopiero o dziewiątej spotkanie u Manuela. Wyglądało na to, że będzie to zwykła pogawędka. Tymczasem nie. Wszyscy w odświętnych strojach, stół zastawiony ciastkami, alkoholem... To Manuel wspólnie z Nilzą (chyba nic z tego związku nie będzie!?) i Maria-Luiza (starsza stara panna!) urządzili przyjęcie - pożegnanie Polaków przed Bożym Narodzeniem. Basia nie przyszła, bo została zaproszona do Spyrów. Za to Marek - jak zawsze - niezastąpiony: przyszedł beztrosko o wpół do jedenastej. Znowu nie popisał się. Nawet nie pożegnał się przyzwoicie z rodzicami Manuela. A przecież był tu przyjmowany kilka razy... Przyszedł jeszcze Zygmunt i Paula (nie wiem, jak się nazywa). Rozmawialiśmy na zmianę po francusku i po portugalsku. W telewizji pokazywano Barierę Skolimowskiego, ale zrezygnowaliśmy z oglądania. Dużo rozmawialiśmy. M.in. o potrzebie założenia w Lizbonie Towarzystwa Przyjaźni Portugalsko-Polskiej (zapowiedziałem, że w rewanżu założę Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Portugalskiej w Krakowie). Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie. Trochę rozmawialiśmy o polskich filmach (Wajda, Zanussi). Około północy dostaliśmy podarki - od Manuela po butelce "Porto", od Marii-Luizy dostałem czasopismo "Collóquio" (nr 57) - ciekawe. Później poszedłem z Markiem na spacer. Doszliśmy do placu Saldanha (metro). On jutro wyjeżdża do kraju. Ma dzwonić do Maji... Dobrze mu. Ja zostaję. Przyjechałem pierwszy i nadal siedzę...

12.12.79 (środa)

Dziś rano pojechał Marek. Wieczorem wyjeżdża Basia (via Madryt). Ja zostaję - trochę smutno - szczególnie, gdy uświadomię sobie, że oni jadą do swych rodzin, że już tylko godziny dzielą ich od domów, od ich dzieci... Na szczęście wieczorem spotykam się z Manuelem. Idziemy na małą kolację do "Portugalii" (płacimy "każdy za siebie"). Manuel chce mnie zaprosić do siebie jeszcze raz przed świętami, ale nie daję się naciągnąć. Przede mną tyle jeszcze roboty! Dziś sporo zrobiłem w Bibliotece. Przy okazji decyduję: od jutra zajmuję się już tylko poprawianiem Zakończenia. Czuję się zmęczony. Idę wcześniej spać. Przedtem, o dziesiątej, dzwonię do Heleny B. Umawiamy się na jutro - w Bibliotece!

13.12.79 (czwartek)

Straszny dzień. Myślałem najpierw, że 13-go uda mi się załatwić pensję grudniową. Nic z tego - prawdopodobnie nie dostanę w ogóle. Pani Fatima z kwestury poleciła mi przyjść jeszcze w poniedziałek, ale nie dawała większych nadziei. Rano w radio komunikat: dnia dziewiętnastego grudnia będzie strajk w TAP-ie [portugalskie linie lotnicze]! Czyli mój wyjazd wisi na włosku! Muszę w poniedziałek iść do TAP-u i rozważyć, czy jest szansa wyjazdu do Madrytu we wtorek wieczorem? Albo nocą?

Dwanaście godzin w Bibliotece i na Fakultecie. Do domu wracam o dziesiątej. Strasznie zmęczony. Cztery godziny lektoratu, reszta przy biurku w Bibliotece: można się wściec! W ciągu czterech godzin przeczytałem 46 stron powieści Rodrigueza wydanej w 1858 pt. A Virgem da Polonia!

Helena B. oczywiście nie przyszła. Po wczorajszym telefonie trochę tego się spodziewałem. Jest zagubiona... A ja do Alg?s nie pojadę. Za daleko. Poza tym nie sądzę, żeby było o czym rozmawiać. Za parę dni będę w domu. Jutro jeszcze przedzwonię...

Ale rankiem muszę iść na policję - po paszport! Wypadałoby zadzwonić do ambasady. W południe mam spotkać się z Heleną B. - na Praça do Comerçio. O Boże, nie mam ochoty (zadzwoniła przed chwilą!).

14.12.79 (piątek)

Dziś od ranka doby humor i dobry dzień. Najpierw o ósmej telefon od Spyry: prosi, żebym przyjechał do ambasady. W kiosku kupuję "Dario de Noticias": w TAP-ie trwa już strajk techników lotu, a na dziewiętnastego grudnia przewidziano strajk wszystkich służb naziemnych! Na usta ciśnie się słowo o łacińskim rodowodzie: też zdecydowali się strajkować właśnie w dniu mojego wyjazdu! Jadę najpierw na policję - po paszport! Może już gotowy? Rzeczywiście, mam przedłużoną wizę do końca grudnia. I nic nie płacę! To dobry znak. Idę zaraz do TAP-u. Wyjaśniam, o co mi chodzi. Zrozumienie u panienki i współczucie. Ustalamy, że trzeba będzie lecieć we wtorek po południu do Madrytu "Iberią". Odlot ok. siedemnastej. Robię rezerwację - może się do wtorku wyjaśni sprawa strajku, może polecę w środę rano? Jeśli nie, polecę we wtorek. Będę spał na lotnisku! Wezmę książkę, słownik...

W drodze na spotkanie z Heleną B. kupuję parę drobiazgów do domu. Dziewczyna sympatyczna. Przywozi pozdrowienia od Maji i... ponaglenie wyjazdu. Dobrze się to mówi!

W ambasadzie Spyra wręcza mi osiem wycinków z prasy o otwarciu lektoratu! Proponuje mi wieczór o literaturze polskiej we współpracy z Heleną Vaz de Silva. Jest zachwycony. Wracam do domu, do maszyny. Piszę dalszą partię "zaległości". Późno, trzeba spać. Niedługo będę w domu!

15.12.79 (sobota)

Mijają właśnie dwa miesiące od przyjazdu do Portugalii. Niby niewiele, a przecież jest to czas ogromnie długi. Wspomniałem kiedyś o względności czasu w życiu człowieka. Istotnie. Nie opuszcza mnie uczucie tego niezwykłego bogactwa czasu. Czas biegnie tak szybko, że człowiek ani się oglądnie a już ma za sobą kolejny miesiąc czy rok życia. Kiedy indziej okres dwu miesięcy potrafi rozciągnąć się w szalenie długi i - co ważniejsze! - bogaty okres. Ileż ludzi poznałem w tym czasie! Ile spraw załatwiłem! Ile świata zobaczyłem... Zacząłem mówić po portugalsku. Coraz lepiej czytam... No i niech ktoś powie, że nie można zrobić wielu rzeczy szybko. Tylko po prostu trzeba chcieć. I najważniejsze - nie zrażać się. To prawda, że nieraz było przykro, że łzy cisnęły się do oczu, ale powiedziałem sobie: muszę dopiąć swego! I powoli, tak, powoli, ale systematycznie robię swoje. Mam trochę satysfakcji. Nie, nie tej - przed ludźmi. Myślę o satysfakcji wobec siebie: sprawdzam się, jestem jednak coś wart. Rachunek wypada nie najgorzej. A to cieszy.

Właśnie dziś ukończyłem przepisywanie na maszynie dopełnień Złotej legendy. Wstępu mam 21 stron, Zakończenia - 9 (bez przypisów). Ogromna ulga. Nie wiem w końcu, ile to wszystko warte. Ale wydaje mi się i tym razem, że zrobiłem sporo. I chyba nie najgorzej. Jestem szczęśliwy, że mam to "za sobą". Wprawdzie przyrzekłem sobie, że w dniu, w którym skończę pisać, upiję się. Nic z tego - wypiłem kieliszeczek wódki (50 g). I to wszystko. Po prostu - nie mam czasu na rozpamiętywanie tego, co było. Złota legenda była. Teraz jest już nowa sprawa: Nad brzegami Tagu i Wisły. I to mnie w tej chwili pasjonuje. Więc po co rozmyślać o tym, co było!

16.12.70 (niedziela)

Ileż to tych niedziel siedzę już tutaj? - Osiem, jeśli mnie pamięć nie myli. Dziś niedziela relaksowa. Spałem dłużej, bo w nocy znowu była przeszło dwugodzinna przerwa. Rano piszę parę kartek na święta (do Santamarii, do Testów i Bujnickiego). Potem ruszam w miasto. Z aparatem (szkoda, ale okazuje się, że miałem film bez kasety - chyba cały prześwietliłem przy wyciąganiu!). Dziś "zaliczyłem" Torre Belém i Museu de Arte Popular. To drugie niezbyt pasjonujące. Raczej ubogie. Nie można go w ogóle porównywać z naszym krakowskim Muzeum Etnograficznym. Trudno wydawać sądy, ale wydaje mi się, że kultura tego ludu jest bardzo prymitywna. W ogóle prawie nie ma przedmiotów związanych z życiem morskim. Bardzo niewiele - z życiem rodzinnym (niezły zbiór koszyków!). Nadto - interesujące eksponaty wozów i powozów chłopskich: dwukonne, bardzo prymitywne (pełne koła!). Reszta to wyroby z gliny: dzbany, figurki... Trochę to pachnie produkcją seryjną!

Zupełnie inaczej wygląda sprawa z Wieżą Belém. Ani się spodziewałem! Z zewnątrz wygląda niezbyt duża. Tymczasem ma pięć poziomów! W podziemiach chyba były zbiory broni, może więzienie? Na głównym naziemnym poziomie kazamaty. Znakomicie rozwiązane stanowiska dla kilkunastu armat. Dalej w górę - kolejne sale, stanowiska... Ale nade wszystko - urok kamienia obrobionego przez człowieka. Nie wiadomo, co bardziej podziwiać: czy zmysł projektodawcy - mistrza Francisco de Arruda (1515-1620), który otrzymał rozkaz zbudowania twierdzy na prawym brzegu Tagu, twierdzy, która broniłaby dostępu do portu w Lizbonie, czy wykonanie! Bo przecież jest Torre Belém nade wszystko niezwykłym dziełem sztuki! Każdy fragment - od podziemi po szczyt - pomyślany został i wykonany z wielkim wyczuciem piękna, które tkwi w kamieniu, a które trzeba odkryć! Kapitalna obróbka - jakże misterna! - każdego dosłownie elementu budowy. Liczne wieżyczki. Pośrodku - kapliczka Matki Bożej i atrium! Wydaje się, że w owej obróbce kamienia bodaj najwyraźniej można dostrzec spadek po Maurach. Bo przecież to właśnie oni, Maurowie, celowali w misternej pracy w kamieniu. "Koronkowa" obróbka kamienia w Belém i w stojącym obok Mosteiro Jerónimos to prawdziwe cudo sztuki w stylu manuelińskim. W stylu, który wcale nie imponuje ogromem, ale który przyciąga swym wewnętrznym urokiem, ludzkim obliczem. W końcu ów zimny kamień w budowlach manuelińskich przestaje być zimnym. Staje się bliskim, ładnym, ciepłym. Czy tak czuł to także gen. Bem, gdy w 1833 roku został tutaj uwięziony przez swoją protektorkę D. Marię II?

15.01. 80 (wtorek)

Po miesięcznej przerwie czas podjąć na nowo pracę przy moim notatniku. Ileż to spraw wydarzyło się w czasie tego miesiąca? Podróż do domu, spotkanie z najbliższymi, zasmakowanie w normalnym życiu rodzinnym: z Mają (jakże zmieniła się - właściwie ani razu nie zdenerwowała się!), z dziećmi (śpiewałem kolędy dla Dominika - na dobranoc!)... Oczywiście, były liczne spotkania. Z tymi, których spodziewałem się spotkać, a także - nieoczekiwane (jak choćby - z Helmutem T. na lotnisku w Lizbonie!). Przy tym wszystkim był debiut w telewizji (Studio 2 - dwudziestego dziewiątego grudnia, piętnaście minut: od godziny 18:10 do 18:25). Podobno udany. No i wreszcie powrót. Wczoraj. Powrót udany: ciągle w towarzystwie. Najpierw (z Warszawy do Genewy) towarzyszył mi Antonio - pół-Libańczyk, pół-Włoch ze swą niezwykłą historią życia i miłości (do niejakiej Barbary M. w Zakopanem!), z planami zawarcia małżeństwa (w Libanie nie ma rozwodów!) poprzez przejście na mahometanizm! Później (z Genewy do Madrytu) była Joanna - warszawianka z urodzenia, obecnie Meksykanka, ale - mieszkająca w Madrycie. Nawiązała w Genewie rozmowę ze mną (skojarzyła mnie z audycją w telewizji!): uczy języka polskiego w Szkole Języków Obcych w Madrycie. Wreszcie była szczecinianka (z Madrytu do Lizbony) - żona marynarza. Jechała na pięć dni do Lizbony! Sporo nasłuchałem się o budowie domku (właśnie ukończyła budowę!). Po tym wszystkim - powrót do rzeczywistości. Po umyciu się (i rozdaniu kilku prezentów!) jadę na Uniwersytet. O 19:00 - mam zajęcia! Wprawdzie woźna odmawia mi otwarcia sali (nie ma "dziennika"), ale pomaga ktoś inny. Dwie godziny zajęć! Po tym wszystkim - kolacja i łóżko. I nieoczekiwanie - niezbyt dobry sen! To chyba przemęczenie.

Dziś rano jadę po pieniądze. Wypłacili mi pensję za grudzień i niewielki dodatek świąteczny. Zajęło mi to pół dnia. Po południu - o 13:00 - zajęcia. Przyszło siedem osób! Praca normalna. Potem - do Biblioteki, gdzie siedzę do ósmej! Czyli normalny tryb życia. Wieczorem płacę Gosposi 4 tys. escudos - za grudzień.

I tak oto niepostrzeżenie wpadłem w zwykły rytm. A jednak dziś jestem już inny niż przed miesiącem. Jakże potrzebny był ten wyjazd do domu, ile pomógł!

16.01.80. (środa)

Rankiem do ambasady. Zgłaszam swój powrót. Wracam na Uniwersytet - do Biblioteki Narodowej. Jedyna korzyść - to lektura w autobusie od deski do deski "Diaro de Noticias". Ileż tu wieści, komentarzy dotyczących ostatnich wydarzeń - w Azji Środkowej!

Po obiedzie zabieram się do roboty. Mam dzisiaj szczęście: w Nobiliario Noronhii z 1700 roku znajduję genealogię Kawalera św. Katarzyny (czyli rzekomego naszego Warneńczyka)! Robię ksero. Później odnajduję w Monumenta Henriciana, w t. XIII, listy Henryka Żeglarza do "mojego" bohatera! Jutro trzeba będzie zrobić ksero!

17-18.01.80 (czwartek i piątek)

Piszę za dwa dni łącznie, bowiem łączy je sporo. Przede wszystkim sporo radości w Bibliotece: w czwartek i piątek udało mi się dotrzeć do bardzo interesujących materiałów o Henrique Alem?o! Zdobyłem zatem jego genealogię, a także listy do niego pisane przez Navegadora i Alfonsa V. Potwierdzają się moje domysły o związku legendy o Warneńczyku z rozwojem sebastianizmu (1578-1640). Nadto trafiłem na ślad średniowiecznych legend o Antilii, Wyspie Siedmiu Miast, na których gruncie wyrosła prawdopodobnie legenda o Warneńczyku! Coraz wyraźniej zarysowuje się całość eseju.

Wieczorem - u Manuela. Wieczór niezwykle udany. Była tylko rodzina, Barbara i ja. Żadnych innych gości. Ja oczywiście cały czas politykowałem z Manuelem i z jego Ojcem (doprawdy ciekawy człowiek), a Basia rozmawiała z Matką. Sporo było rozmów o istocie katolicyzmu portugalskiego (Ojciec Manuela przyznaje się do chrześcijaństwa!). Ok. wpół do drugiej Manuel przywiózł mnie do domu. Nie mogłem spać. Spotkanie bardzo udane.

19.01.80 (sobota)

Wstałem dosyć późno. Zdecydowałem się przekroczyć Rubikon! Wybrałem się na drugi brzeg Tagu. Za jedyne dziesięć escudów! Tam niezbyt wiele jest rzeczy ciekawych (coś w rodzaju małego miasteczka). Ale za to rysuje się stamtąd przepiękna panorama Lizbony. Zrobiłem kilka zdjęć. Później zaczęło lać. Była to długa ulewa, prawie tropikalna. W butach pełno wody. Powracam na prawy brzeg Tagu. Po wysuszeniu się - mała włóczęga po mieście. I wreszcie w domu. Jest list od Maji. Piszę tę kartkę i kładę się spać. Wszak jutro jadę do Évory, a pociąg odjeżdża bardzo wcześnie!

1 Od wielu lat problematyka kościuszkowska była mi bliska. Pojawiła się m.in. w pracy doktorskiej o "mitach polskich". Natomiast przed wyjazdem do Portugalii zakończyłem pracę nad pierwszą redakcją książki Złota legenda chłopów polskich, w której znalazły się teksty poświęcone literackiej legendzie Tadeusza Kościuszki i Bartosza Głowackiego.

2 Dziś, tzn. w dwa dni po przylocie, kiedy rozpocząłem pisanie tego "dzienniczka", wiem już, że w Madrycie na lotnisku spotkałem nowego ambasadora Polski w Portugalii, lecącego do Lizbony wraz z małżonką i synem w celu objęcia placówki. Pan ambasador, mimo że powiedziałem mu, iż udaję się na Uniwersytet Lizboński w celu założenia tam lektoratu języka i kultury polskiej, niestety, nie przyznał się, że jest nowym ambasadorem i że oczekiwać go będzie na lotnisku liczne grono Polaków pracujących w ambasadzie, a także w Biurze Radcy Handlowego!

3 Dziś mogę tylko dodać, że na swój sposób zrealizowali ten mój zamysł prof. prof. Janusz Tazbir i Zofia Stefanowska - jako redaktorzy trzech tomów studiów pod tytułem: Życiorysy historyczne, literackie i legendarne (Warszawa 1984-1992).

W słonecznej Évorze

O Évorze czytałem wielokrotnie: że to miasto ciekawe, piękne, że jest stolicą Górnego Alentejo. Ale jak wygląda? - tego nie mogłem sobie wyobrazić. Toteż kiedy padła propozycja, by tam jechać, nie zawahałem się. I tak pewnego styczniowego dnia, bardzo wczesnym rankiem, rozpoczęła się moja przygoda z Évorą.

Miasto leży na południowym wschodzie od Lizbony, w odległości ok. 140 kilometrów. Aby się tam dostać, trzeba wykupić bilet kolejowy w przystani portowej przy Praça do Comerçio. Najpierw czeka nas - bo towarzyszką podróży jest Barbara - przeprawa statkiem: do Barreiro. Już owa podróż posiada w sobie coś niezwykłego. Na statku niewielu zaspanych pasażerów, kilkoro dzieci. Za oknami jeszcze zmrok. Ale po kilku minutach zaczyna się przejaśniać. Zmrok ustępuje. Wkrótce na czerwono-fioletowe niebo z wód Słomianego Morza wstaje słońce. Nasz statek pędzi na jego spotkanie. Ale, niestety, nie zdąży. W chwili, gdy przybijamy do pomostu przystani w Barreiro, słońce świeci już dosyć wysoko ponad horyzontem. Nie zdążyliśmy na spotkanie ze słońcem. Trzeba się z tym pogodzić. Tym bardziej, że kolejarze coraz donośniej nawołują, by wsiadać do pomalowanych na biało wagonów pociągu, który wśród miejscowej ludności nosi podobno nazwę pociągu-zjawy! Po kilku minutach opuszczamy brzydkie Barreiro. W wagonie sporo podróżnych. Prawie sami mężczyźni. Siedzą w swych naciągniętych na głowy kaszkietach. Także jadą do Alentejo.

Dziwna, niezwykła to podróż. Z okien wagonu tu i ówdzie widać domy z ogrodami. W ogrodach zaś... obwieszone pomarańczami i cytrynami drzewa. Dla nas, ludzi z Północy, widok to niezwykły. Wszak to druga połowa stycznia! Chciałoby się zatrzymać na którejś stacyjce, wejść do takiego ogrodu... Ale pociąg nie zatrzymuje się. Spalinowa lokomotywa ciągnie kilka wagonów, a nas w nich, dalej i dalej. Rychło zapominamy o ogródkach z drzewami cytrusowymi. Bo oto otwiera się przed nami Alentejo. Alentejo! Czytałem o tej krainie jeszcze w Polsce. Piszą o niej w gazetach, że uboga, że stwarza wiele problemów ekonomicznych, że posiada najbardziej rewolucyjnie nastawioną grupę robotników rolnych. Alentejo, jakie oglądam z okien pociągu, niewiele jednak przypomina to, o którym czytałem. Bo Alentejo, które widzę, to kraina na poły pustynna. To kraj olbrzymich pustkowi, na których tu i ówdzie rosną drzewa oliwkowe lub korkowe dęby. Mijamy dziesiątki kilometrów, zanim pojawi się jakaś osada, a obok niej pasterz ze stadem owiec. Smutny kraj. Kraj, który wciąż jeszcze przypomina wczoraj Portugalii. Smutek ogarnia człowieka, gdy widzi, jak wiele ziemi marnuje się jeszcze w tym małym kraju. Jak wiele tu jeszcze do zrobienia! Czy w ogóle znajdą się ludzie, którzy tę ziemię uprawią, ożywią?

Ale oto upływa już druga godzina naszej podróży. Pociąg zatrzymuje się na małej stacyjce. Słyszymy głos konduktora: Évora! Wysiadamy. Chociaż nie ukrywamy, że z pewnym niepokojem. Bo stacyjka przypomina bardzo mocno tę z Kłaja pod Krakowem. A my przecież chcemy do Évory. Do stolicy Górnego Alentejo. Do ośrodka uniwersyteckiego. Trudno, to jednak Évora! Upewniwszy się, ruszamy przed siebie. Idziemy za trójką innych podróżnych, którzy również przyjechali naszym pociągiem. Uliczka nagle jednak urywa się. Zamyka ją dziwna nieco w swym kształcie budowla. Z przewodnika dowiadujemy się, że to pochodząca z XV wieku forteca S?o Bras, którą kazał wybudować król Jan I. Budowla, mocno przypominająca mauretańskie warownie, nie zachęca. Brama zamknięta (później dowiadujemy się, że w jej wnętrzu mieści się kościół). Zostawiamy zatem zwiedzanie fortecy na popołudnie. Czas biegnie. Trzeba zacząć zwiedzanie miasta. Ale tu kłopot nie lada. Gdzie jest owo miasto? Gęsta mgła, jaka ciągle nad nami wisi, nie pozwala widzieć dalej jak na 30-50 metrów. A miasta nie widać. Dookoła pustkowie, kilka drzew. Z niemałego kłopotu wybawia nas przypadkowy przechodzień. Każe nam udać się na przełaj, poprzez owo pustkowie. Jest to bowiem - tłumaczy - nie pustkowie, ale ogromny plac zwany Rossio de S?o Bras, miejsce zgromadzeń i świątecznych zabaw mieszkańców Évory. Po kilku minutach rzeczywiście docieramy do miasta. Świadczą o tym wysokie mury obronne. Na szczęście przy bramie, którą wchodzimy do miasta, nie ma już ani rycerzy, ani celników. Wąską, otuloną w mgłę uliczką, idziemy przed siebie. Nagle stajemy przed wyniosłymi murami kościoła. To kościół św. Franciszka. Wchodzimy. Właśnie kończy się msza święta. Wszak dziś niedziela. W kościele jednak tylko może 20-30 osób. Puste są kościoły Évory. I nie tylko Évory. Puste są kościoły całej południowej Portugalii! Ale nas mniej interesują ludzie, bardziej sama budowla. Sławna budowla. Wzniesiona w stylu gotyckim, posiada w sobie niemało elementów sztuki arabskiej, mauretańskiej. Zdaje się być potężną obronną fortecą. A jest przede wszystkim dziełem sztuki najwyższego lotu. Przepych i bogactwo wystroju poszczególnych kaplic idzie w parze z potęgą krzyżowych sklepień nad główną nawą. Tu i ówdzie płyta nagrobna. Niestety, na próżno szukamy tej, która nas najbardziej interesuje, która tu winna być, a której nie ma. Przecież to w tym kościele pochowano w XVI wieku największego dramaturga portugalskiego renesansu, Gila Vicente. Niestety, nie udało się mieszkańcom Évory ustalić dokładnego miejsca jego pochówku. Zapewne spoczywa w którejś z podziemnych krypt.

Kościół św. Franciszka zaskakuje przybysza swym niewątpliwym urokiem. Ale nie tylko. Także i swymi osobliwościami. A taką jest rzadko na szlakach turystycznych oglądana Capela dos Ossos: kaplica kości. Wybudowana w XVII wieku przeraża i dziś jeszcze: całe wnętrze obszernej kaplicy wyłożone zostało od wewnątrz kośćmi i czaszkami zmarłych. Na ścianach wiszą zeschnięte od stuleci zwłoki dorosłych i dzieci. Szybko wychodzimy z tego przybytku makabry. Tym bardziej, że nad drzwiami tej kaplicy znajdujemy napis-przestrogę:

Nos, ossos, qui aqui estamos

Pelos vossos esperamos

(My, kości, które tu jesteśmy / Na wasze oczekujemy)

Nie, to nie przemawia do nas. To tylko przypomina okrucieństwa dawnych wieków. Capela dos Ossos nie wstrząsa nami. Ale sprawia, że szybko opuszczamy kościół św. Franciszka. I nie żałujemy. Bo czeka nas wspaniała niespodzianka. Sprawiło to największe bogactwo Portugalii: słońce. W czasie gdy byliśmy zajęci zwiedzaniem kościoła, przedarło się ono poprzez gęstą mgłę i... odsłoniło przed nami wspaniałą w swej urodzie Évorę. Ze wzgórza, na którym wzniesiony został kościół św. Franciszka, oglądamy urocze, wąskie uliczki starej Évory, ciemne dachy, niezliczoną ilość krużganków. Tu i ówdzie od bieli domów odbijają złotymi kolorami drzewa pomarańczowe. W tym niewielkim, liczącym ok. 20 tysięcy mieszkańców miasteczku, tkwi jakiś niezwykły urok: urok budowli, które przetrwały w tym samym kształcie od kilku stuleci. Urzeczeni pięknem panoramy Évory nie zapominamy jednak o ludziach. A tych spotykamy tuż obok kościoła św. Franciszka: przy rozłożonych na uliczkach kramach! Jedni gorączkowo robią zakupy, targując się ze sprzedawcami, inni spacerują, rozmawiają. Uwagę zwraca przede wszystkim swoisty strój większości mężczyzn z Évory: płaszcze ich krojem i wyglądem nawiązują bardzo wyraźnie do stroju pasterzy owiec. A przy tym zdają się być także jakąś odmianą modernistycznej peleryny! Malowniczo wyglądają grupy takich ludowych "cyganów". Swoisty to także awans kultury ludowej. Właśnie - folkloru!

Folklor Alentejo jest nadzwyczaj bogaty. Bez trudu pośród rozlicznych sklepów z ludowymi wyrobami odkrywamy wejście do Muzeum Sztuki Ludowej. Bogate i piękne mieści ono zbiory. Oczywiście, przeważają wyroby z korka. Niemało jest także ceramiki. Baśniowy świat wyobraźni tego ludu zaklęty został w tworzywie niezbyt trwałym. Trzeba jednak pamiętać, że twórca ludowy nie tworzy dla potomnych. Bez wzglądu na to, czy mieszka w Alentejo, czy w zagubionej wiosce beskidzkiej, tworzy przede wszystkim dla siebie. Toteż nieważny jest materiał, tworzywo, w jakim pracuje. Ważna jest możliwość zatrzymania choćby w korku w czy glinie "swego" świata, swojego o świecie wyobrażenia. W Alentejo ów świat ludowych twórców jest światem wielkiej urody. Bogata kolorystyka niezliczonych figurek glinianych, przedstawiających typy ludzkie z okolic Évory, idzie w parze z mistrzostwem ręki rzeźbiarza, który z korka potrafi wydobyć prawdziwe cacka, przypominające kunszt żywieckich koronek i zwiewność arabskiego muślinu...

Nie możemy jednak pozwolić sobie na rozsmakowanie się w wyrobach sztuki ludowej Alentejo. Przed nami prawie jeszcze cała Évora. Spieszymy zatem do centrum. Świadomie rezygnujemy z trasy, jaką wyznaczył autor przewodnika. Przewodnik taki, podsuwający turyście określoną trasę, zabija najczęściej całą radość odkrywania miasta, niespodzianych, nierzadko zaskakujących spotkań. A Évora ofiarowuje przybyszowi niemało. Wędrujemy zatem ślicznymi, czystymi uliczkami. Idziemy obok schludnych, na biało pomalowanych kamieniczek. Chcemy dotrzeć do panującej nad miastem potężnej katedry. Nagle stajemy na Praça da Porta de Moura. Stajemy olśnieni niezwykłym widokiem. Oto pośrodku nieregularnego placyku błyszczy w słońcu fontanna z olbrzymim globusem: rzecz pamiętająca złotą epokę portugalskiego renesansu i pobytu w tym mieście dworu króla Jana III. W perspektywie długiej uliczki zjawia się przed nami barokowy kościółek pod wezwaniem Nossa Senhora de Pobreza. Ale nasz zachwyt wzbudza przede wszystkim mauretański dom z przepiękną kolumnadą rodem gdzieś z północnej Afryki. Wysokie, ozdobione maleńkimi okrągłymi okienkami mury domu wspaniale harmonizują z bogactwem kolorystycznym okolicznych niskich domów i obfitych w tym roku sadów. Z Praça da Porta de Moura zdążamy do stojącego nieopodal kościoła Santa Graça. Barok europejski, wzbogacony tu misterną ręką artystów, którzy uczyli się sztuki obróbki kamienia u mistrzów arabskich, całkowicie przekonuje do siebie. Przy okazji wizyty w tym kościele dowiadujemy się, że stojący obok poklasztorny budynek, opuszczony w I połowie XIX wieku przez mnichów, nie popadł - jak wiele innych - w ruinę. Służy dziś, po odrestaurowaniu, jako hotel.

W Évorze każda uliczka zdaje się kryć w sobie jakąś tajemnicę. Pełno tu sklepików z wyrobami regionalnymi, sporo - jak wszędzie w Portugalii - przytulnych kawiarni, barów, restauracji. Z wnętrza ich dochodzą rozmowy tych, którzy właśnie obiadują. Przypominamy sobie i my o tym, że już trwa pora obiadowa. Decydujemy się na posiłek, gdy nieoczekiwanie otwiera się przed nami kolejny plac Évory: na nim spostrzegamy niepodzielnie królującą... rzymską świątynię! Posiłek trzeba odłożyć na później. To "odkrycie" jest znacznie silniejsze od zapachów kuchni Alentejo. Oto bowiem stoimy przed pochodzącą prawdopodobnie z przełomu II i III wieku n.e. świątynią, którą nie wiadomo czy słusznie nazwano imieniem Diany. Masywne kolumny z trzech stron zamykają horyzont, pośrodku olbrzymi kamień ofiarny oraz liczne fragmenty kolumn, które nie zdołały przetrwać na swym miejscu siedemnastu wieków. Oglądamy te szczątki niegdysiejszej potęgi Rzymu, robimy zdjęcia, odpoczywamy. Zastanawiamy się nad swoistymi losami tej ziemi. Byli tu Rzymianie, ale byli i Goci, panowali Arabowie i Hiszpanie. Wszyscy pozostawili po sobie ślady. Co ważne, naród portugalski nie zniszczył ich. Potrafił docenić dzieła przodków. W zgodnej też harmonii stoją dziś w Évorze obok siebie ruiny świątyni Diany i kościół NMP, pamiętające czasy mauretańskiej dominacji domy i wyniosłe mury jezuickiego uniwersytetu. Przybysz w Évorze nie może jednak pozwolić sobie na luksus historiozoficznych rozważań. Miasto jest wszak tak bogate, że szkoda każdej chwili. Nadto do rzeczywistości przywołuje go i... żołądek. Zjadamy obiad w jednej z rozlicznych restauracji. Oczywiście, a la alentejano! Zupa wprawdzie mocno przypomina nasz narodowy przysmak, czyli kapuśniak, ale drugie danie tchnie już pełną egzotyką: są tu i południowe jarzyny, i owoce morza, i kawałki baraniego mięsa. Oczywiście, nie może zabraknąć wina - także z Alentejo.

Wzmocnieni znacznie na ciele ruszamy znowu w świat przygody z Évorą. Oglądamy Plac de Geraldo, na którym niegdyś, do 1570 roku, stał wspaniały tryumfalny łuk rzymski. Zburzono go, aby zrobić miejsce dla niezbyt interesującego architektonicznie kościoła pod wezwaniem św. Antoniego. Docieramy wreszcie do katedry. To bez wątpienia jedna ze wspanialszych katedr Portugalii. Masywne romańskie wieże, olbrzymi portal wejściowy z podtrzymującymi go apostołami, obok zaś - gotyckie, o surowych wnętrzach krużganki. Wszystko to posiada niewątpliwie sporo uroku. Moją uwagę zwraca jednak przede wszystkim wznosząca się nad prezbiterium olbrzymia, pokryta lśniącymi w słońcu łuskami z miedzianej blachy, otoczona maleńkimi wieżyczkami kopuła. Nie spotkałem jeszcze podobnej budowli. Jako żywo zdaje się przypominać świat z baśni. Z zewnątrz podobna jest do potężnego szyszaka wojownika arabskiego, wewnątrz, rozświetlona promieniami słonecznymi, głosi radość istnienia, wartość dzieła ręki mistrza, który nie mógł być ani mistykiem, ani samotnikiem, który żył całą pełnią życia. Zauroczony "zimborium" nie jestem już w stanie docenić skarbów ukrytych w katedralnym muzeum. Nawet sławna Virgem de Marfim (Matka Boska z kości słoniowej) nie robi na mnie większego wrażenia. A przecież powinna: wszak to rzeźba bardzo nietypowa; po otwarciu jej wnętrza tworzy tryptyk z dziewięcioma scenami z życia NMP...

Z żalem opuszczamy katedrę. Ale słońce chyli się coraz niżej. A chcieliśmy jeszcze zobaczyć miejscowe muzeum regionalne. Niestety, nie wzbudza w nas zachwytu. Może to sprawa naszego zmęczenia. Ale chyba nie tylko. Zbiory archeologiczne i rzeźby sakralnej bez wątpienia posiadają sporą wartość. Ale w rozległych salach, w których eksponowane jest malarstwo, wieje nudą. Kilka obrazów ze szkoły niderlandzkiej, przede wszystkim osiem dzieł z głośnego poliptyku Virgem de Gloria (cztery inne obrazy tego poliptyku znajdują się w Muzeum Sztuki Dawnej w Lizbonie) stanowią bez wątpienia największą atrakcję tej ekspozycji. Liczne natomiast obrazy mistrzów portugalskich nie zachwycają. Wręcz rażą swą nieporadnością kompozycyjną i kolorystyczną, nieumiejętnością rysunku.

Czas pomyśleć już jednak o powrocie. Pociąg powrotny odchodzi wprawdzie późno, wokół nas ciemno. Na uliczkach nieliczni przechodnie. Wypijamy w schludnej kawiarence "pożegnalną" kawę i dalej... do domu. Zanim jednak ostatecznie opuścimy Évorę, przychodzi nam jeszcze odbyć dosyć długi spacer wzdłuż wysokich, świetnie zachowanych murów obronnych miasta. Nad nami wygwieżdżone niebo, ciepło. Obok miasto zapadające we wczesny sen. A my w drodze do położonej blisko półtora km od miasta stacji kolejowej rozmawiamy o swoistym uroku stolicy Górnego Alentejo. Niegdyś Rzymianie nazwali ją Liberalitas Julia. W ósmym wieku przeszła w ręce Arabów. W 1166 roku odbił ją z rąk Maurów Geraldo sem Pavor (Nieustraszony Geraldo). Legenda powiada, że późną nocą, kiedy miasta strzegli nieliczni strażnicy mauretańscy, Geraldo wdrapał się na mury posługując się pikami, które wbijał między kamienie: za sobą pociągnął innych i... wyzwolił miasto. Czy wchodził na te same mury, obok których idziemy teraz prawie w zupełnych ciemnościach? Nie wiem. Zresztą to nieważne. Ważne jest jedno: oto kończy się nasze spotkanie z niezwykłym miastem. Kończy się spotkanie z Évorą, która bez przesady ma prawo do przydomków w rodzaju: "raju archeologów", "raju malarzy"... Opuszczamy Évorę, która pogrąża się w ciemnościach nocy. Czy ją jeszcze zobaczę?

W królestwie Algarve

T ak się jakoś złożyło, że w czasie pięciogodzinnej podróży pociągiem z Lizbony do Faro zacząłem w pewnym momencie rozmyślać o zmarłym niedawno profesorze Uniwersytetu Warszawskiego, Julianie Krzyżanowskim. Przypomniałem sobie przeglądane prace tego znakomitego uczonego, przede wszystkim jednak bezcenną Systematykę bajki polskiej. Przywołał tam Krzyżanowski m.in. rozliczne odmiany jednej z piękniejszych bajek: o wyprawie do zaczarowanej krainy. Raz tą krainą jest szklana góra, to znów złoty zamek czy królestwo śpiącej królewny. Znamienne, że w każdej z licznych wersji bajki występuje ten sam schemat: śmiałek, który zdecydował się na wyprawę do zaczarowanej krainy, musi odbywać ją samotnie, musi przy tym pokonać rozliczne przeszkody, wykazać się hartem ducha. Dopiero wówczas może osiągnąć upragniony cel.

Przypomniała mi się ta bajka właśnie teraz nie bez przyczyny. Wszak jadę do sławnego Algarve. Do Algarve osnutego legendą. Do krainy "niepowtarzalnej", "jedynej". Do Mekki turystów z całej bodaj Europy. Do Algarve obsypanego kwieciem migdałowców. Do Algarve - królestwa słońca. Do Algarve... Jadę samotnie. Oczywiście, jak chce ludowa bajka, pokonuję przeszkody. Nie, nie na miarę tych z baśni. Na szczęście mamy wiek dwudziesty. Przeszkody, które wzniosła Matka-Natura na drodze do Algarve pokonuję stosunkowo łatwo. Najpierw jest więc Morze Słomiane. Tę przeszkodę pokonuję dość szybko (ok. 40 min.) i wygodnie: statkiem. W Barreiro wsiadam do podstawionego pociągu i już jadę do Algarve. Najpierw przejeżdżam przez kraj nizinny. Dookoła ciągną się kilometrami podtopione pola ryżowe. Oglądam takie pola po raz pierwszy w życiu. Oczywiście, natychmiast stają mi przed oczyma nasze małopolskie szachownice: tu także pełno miedz. Tyle tylko, że te miedze tutaj, w Portugalii, wyznaczają nie granice posiadłości, ale granice poletek. Są wysokie. Mają oddzielać od siebie pola, na których woda stoi, od tych, z których już ją spuszczono do biegnących obok kanałów. Jest wczesna wiosna. Na polach ryżowych jeszcze spokój. Tu i ówdzie tylko z motyką w ręku pilny gospodarz poprawia przekopy, umacnia miedze-brzegi. Po pokonaniu ryżowych mokradeł wjeżdżam w półpustynne, piaskowe tereny, zarośnięte z rzadka posadzonymi sosnami. Sosny są w większości małe, karłowate, niewydarzone. Widocznie ziemia tu uboga, grunt kamienisty. Ale chyba nie tylko to zaważyło na ubóstwie krainy sosny. Okazuje się, że bodaj każde z tych drzew zostało przez człowieka okaleczone. Bez względu na to, czy jest to drzewo wysokie na kilkanaście metrów, czy też tylko wątła, pokręcona ofiara wiatrów i kamienistego podłoża, na każdej porobiono nacięcia, do każdej przyczepiono małą puszkę, z każdej cieknie żywica. Smutny to widok. Po pewnym czasie jednak ustępuje. Już bowiem wjeżdżam w kraj zupełnie inny. W kraj ponury: do królestwa korkowego dębu! Przypominają mi się niegdysiejsze lekcje szkolne z geografii, na których profesor dowodził, że dąb korkowy jest jednym z głównych bogactw naturalnych Portugalii. Nigdy jednak nie wyobrażałem sobie, jak wygląda owo bogactwo. A widok to przygnębiający. Dziesiątki i dziesiątki kilometrów drogi pośród drzew, którym odarto korę. Ciemnobrunatne pnie na prawo i lewo, z przodu i z tyłu. Straszą! Zdają się wołać: barbarzyństwem było pozbawienie nas osłony! Tutaj tego "barbarzyństwa" dokonano z prawdziwym mistrzostwem. Wszak od wieków Portugalczycy specjalizują się w uprawie tego drzewa. Równo, jakby od linijki poodcinano korę od pni i grubszych gałęzi. Każdy z dębów stojących przy torach kolejowych otrzymał nadto jakiś symbol: CP-9. Nie wiem co on oznacza. Prawdopodobnie jest to znak własności: iż drzewo należy do tej a nie innej spółki. Oczywiście, dobrze rozumiem, że tak trzeba, że po to sadzi się dąb korkowy, aby ściągnąć z niego korę. Ale mimo wszystko nie mogę się z tym pogodzić. Toteż z utęsknieniem oczekuję na moment, kiedy wreszcie znikną za oknami owe koszmarne gołe pnie. Chwila ta odciąga się jednak. Minęliśmy już dawno równiny Niskiego Alentejo, od dłuższego czasu pociąg przedziera się przez kraj pagórkowaty, jako żywo przywołujący w pamięci nasze piękne Beskidy, a dookoła ciągle korkowe dęby, ciągle skaliste, pokryte czerwonobrunatną ziemią wzniesienia. Dopiero koło miasteczka Tunes krajobraz zmienia się radykalnie. Pociąg zmienia teraz kierunek: nie jedziemy już na południe, jedziemy na wschód. Do Faro. Do stolicy Algarve. Jest południe. Na niebie świeci piękne, wiosenne słońce. Wszak to początek marca! W licznych osadach i miasteczkach, przez które przejeżdża teraz mój pociąg, widzę opalonych, spacerujących, w samych koszulach przechodniów. Uwagę moją przyciągają jednak przede wszystkim sady. Bo Algarve to kraina sadów! Żałuję trochę, że nie wybrałem się na tę wyprawę kilka tygodni wcześniej, w lutym. Wówczas mógłbym zobaczyć Algarve w blaskach różowofioletowego kwiecia migdałowców. Dziś sady migdałowców pokryte są już zielonymi liśćmi. Tylko od czasu do czasu można jeszcze zobaczyć drzewko migdałowca okryte niezwykle delikatnym kwiatem. Stratę tę z nawiązką wynagradzają mi jednak plantacje drzew pomarańczowych. Podobno pomarańcze z Algarve należą do najlepszych na świecie. Nie wiem, nie jestem bowiem w tej dziedzinie fachowcem. Jedno muszę jednak przyznać: położone na łagodnych wzgórzach bądź na nadmorskich nizinach Algarve sady pomarańczowe wyglądają przepięknie. Obwieszone złotymi owocami gałęzie zwisają do samej ziemi. Nadeszła właśnie pora zbiorów: cytrusowe żniwa! Widziałem już kiedyś, w drodze do Évory, plantacje drzew pomarańczowych. Ale tak pięknych, tak obfitych, tak grających w słońcu sadów jeszcze nie widziałem. Toteż wracam teraz do mojego wspomnienia o Julianie Krzyżanowskim i Systematyce bajki polskiej: a jednak - myślę - sprawdziły się oczekiwania! Pokonałem "przeszkody": morze, bagna, półpustynną krainę niemiłosiernie okaleczonej sosny i ciemne królestwo korkowego dębu. Dotarłem wreszcie do zaczarowanej krainy: do Algarve!

Algarve to najmniejsza dzielnica Portugalii. Rozciąga się wzdłuż południowego wybrzeża. W przeszłości mieszkali tu podobno Fenicjanie i Ligurowie, Grecy, Celtowie, Kartagińczycy i Rzymianie. Przez kilka stuleci panowali tu Wizygoci. Po nich - Arabowie. Dopiero od XIII w. Algarve stało się integralną częścią Portugalii. Tak bujna przeszłość, a przede wszystkim - pięć wieków panowania tutaj Maurów, pozostawiła oczywiście widoczne ślady. Przede wszystkim wytworzył się pewien typ psychiki mieszkańców tej krainy. Są bardzo otwarci, komunikatywni. Chętnie nawiązują rozmowę. Przypominają też bardzo mocno Prowansalczyków. Zarówno właścicielka pensjonatu w Faro, u której się zatrzymałem, jak spotkani w porcie rybacy, uroczy staruszek z Silves czy też młody człowiek z Lagos, który wystąpił w roli mojego przewodnika po mieście, wszyscy okazali się ludźmi pogodnymi, o dużym poczuciu humoru, a przy tym - znakomitymi gawędziarzami.

Jedni mieszkańcy Algarve pracują na plantacjach drzew pomarańczowych i migdałowych. Inni jednak (i to chyba w większości) żyją z morza: są rybakami. Uchodzą za specjalistów w dziedzinie połowów sardynki i tuńczyka. Niestety, nie widziałem połowów tuńczyka. A widowisko to podobno imponujące. Opowiadali mi rybacy z Faro, że łowi się tę rybę dwa razy w roku. Ławice tuńczyka pojawiają się tuż przy brzegach Algarve w kwietniu. Podążają wówczas z zachodu na wschód - na tarło. Atum - tak nazywa się po portugalsku tuńczyk - jest wówczas gruby i tłusty. Rybacy wyjeżdżają na połów na kilku łodziach. Zarzucają sieci, po czym "zamykają" koło i rozpoczynają tzw. copejo, czyli nabijanie ryb na osadzone na mocnych drągach haki i wciąganie ich do łodzi. Ponieważ okazy są ogromne (sięgają do dwu metrów długości, ważą zaś ok. 100-150 kg), niemożliwe jest wyciąganie sieci z tuńczykami. Każdą rybę trzeba wyciągać z osobna. Moi rozmówcy są widać niezłymi fachowcami w tej dziedzinie. Korzystam więc z okazji i notuję, że pierwsza tura połowów: od kwietnia do czerwca zwie się połowem de direito ("z prawej"); druga - w lipcu i sierpniu - kiedy ławice tuńczyka wracają z tarłowisk i płyną ze wschodu na zachód, zwie się połowem de revés ("z ukosa").

Sadownictwo i połowy rybne od wieków były specjalnością mieszkańców Algarve. W ostatnim czasie doszła do tego zestawu jeszcze jedna specjalność: hotelarstwo. Można się o tym przekonać już w Faro. Miasto to niezbyt duże. Liczy dziś ok. 30 tysięcy mieszkańców. Myślę, oczywiście, o stałych mieszkańcach. Bo przecież liczba ich znacznie wzrasta w czasie sezonu turystycznego. Choć na dobrą sprawę sezon turystyczny trwa tu przez cały rok. Teraz, w marcu, na głównym deptaku miasta częściej słychać język angielski niż portugalski. Także w restauracjach karty z "menu" wypisywane są w dwu językach: portugalskim i angielskim. Jeśli tak jest teraz, w marcu, to co dzieje się tutaj w czerwcu bądź lipcu, kiedy z całego świata, przede wszystkim jednak ze Stanów Zjednoczonych, zjeżdżają tu turyści?! Przyjeżdżają, bo Portugalia jest dla nich krajem niezwykle tanim (co najmniej trzykrotnie tańszym niż Francja!). A można tu, w Algarve, zażyć kąpieli w krystalicznie czystej wodzie Atlantyku, znacznie przy tym nagrzanej.

Pojawienie się nowej kategorii ludzi wśród mieszkańców Algarve widać przede wszystkim w krajobrazie Faro. W samym centrum, przy głównym basenie, wznosi się potężny, nowoczesny hotel "Eva". Tuż obok, następny. Miasto jest w stadium gruntownej przebudowy. Znikają, niestety (a może na szczęście?), niskie, parterowe, małomiasteczkowe domki. Na ich miejscu strzelają w górę wysokie, kilkunastopiętrowe budynki. Często są to hotele. Jak choćby ów, wznoszony tuż przy kościele karmelitów, o wymiarach wręcz monstrualnych (oczywiście, w skali tego miasta). Faro oferuje przybyszowi ciepłe plaże, możliwości uprawiania jachtingu, świetną kuchnię. Nie zachęca turysty do oglądania zabytków. Przede wszystkim chyba dlatego, że ich ma bardzo niewiele. Resztki murów obronnych starego miasta powoli rozsypują się. Muzea zamknięte o tej porze roku na cztery spusty. W dosyć ładnej, na poły arabskiej, na poły gotyckiej katedrze (była dawniej meczetem), cicho i ciemno. Za to na okolicznym placu głośno: to ćwiczą dziecięce zespoły. Chłopcy przy wtórze werbli wygrywają na trąbkach takt marsza, dziewczynki zaś doskonalą technikę obracania pałeczkami. To tak popularne na południu Francji "mażoretki". Widocznie z nastaniem sezonu turystycznego rozpoczną wędrówki po mieście w swych bajecznie kolorowych strojach!

Faro mnie nie zachwyciło. Wyjechałbym też z niego zapewne zawiedziony, gdyby nie... Właśnie, gdyby nie wydarzenie, jakie dane mi było przeżyć rankiem nazajutrz po moim tu przyjeździe. Była niedziela. Spałem w wygodnym, schludnym pokoju w pensjonacie przy ulicy Alfonsa Henriquesa. Około godziny siódmej rano obudziły mnie nagle... dzwony. Wstałem, otwarłem okno. Do pokoju wdarło się świeże słońce. A z nim niezwykła melodia kurantów. Nie wiedziałem, skąd płynie. A była tak dźwięczna, tak miła uchu, że słuchałem jej z prawdziwą radością. Ponieważ powtarzała się odtąd co kilka minut, zdecydowałem się odszukać miejsce, z którego płynie. Udałem się na poszukiwanie kurantów. Miasto jeszcze spało. Tylko tu i ówdzie spotkałem jakiegoś wczesnego przechodnia. Wreszcie odkryłem: to grały dzwony na wieży kościoła Nossa Senhora do Monte de Carmo! Najpiękniejszego bez wątpienia kościoła w Faro. W odpowiedzi na dźwięk kurantów z różnych stron miasta przez duży plac spieszyli do kościoła wierni. Nie było ich wielu, w większości starsi. Wszedłem. Zaczęło się nabożeństwo. Ksiądz, kilkanaście sióstr zakonnych, grupa kilkudziesięciu wiernych. Umilkły kuranty. Zaczęły się piękne, na nieznaną mi nutę śpiewy. Nie zdołałem już oglądnąć kościoła z bliska. Tylko w obszernym przedsionku wyczytałem na tablicy, że to tutaj, w tym kościele, w 1808 r. proklamowano niepodległość... Królestwa Algarve! Uradowałem się. A jednak "królestwo Algarve" istniało rzeczywiście, nie tylko w mojej wyobraźni! Czas jednak pożegnać Faro. O dziewiątej odjeżdża jeden z nielicznych pociągów do Silves. A ja właśnie chcę dostać się tam, do Silves!

Już przed kilkoma miesiącami miasto to wzbudziło moją ciekawość. Oto w jednej z mych pierwszych lektur portugalskich, w Historii Portugalii powszechnie tu cenionego autora, Oliveiry Martinsa, znalazłem wręcz frapujący opis Silves - stolicy mauretańskiego państwa położonego na południu Półwyspu Iberyjskiego, które zwało się bodaj Chenchir (Szenszir). Pisał Martins, że w wiekach X-XII Silves było potężnym miastem, dziesięciokrotnie (sic!) liczniejszym od ówczesnej Lizbony. Zafascynowała mnie przede wszystkim informacja o tym, iż owo Silves było miastem poetów i filozofów. Do tutejszych pałaców, zbudowanych z największym przepychem, zjeżdżali na wypoczynek Arabowie z dalekiej Afryki, z Mauretanii. Rządzili tu królowie-poeci (w notatkach znalazłem dwa nazwiska: Al-Mohtamide i Ibn Ammar). Martins pisał także, że z rąk Maurów wydarli to miasto krzyżowcy wraz z wojskami króla Portugalii, Sancho I. Do Silves trzeba zatem jechać.

Po godzinnej podróży wysiadam na małej stacyjce. Z pociągu (dziwny to pociąg: spalinowa maszyna ciągnie za sobą dwa wagony!) wysiada jeszcze trzech innych podróżnych. Przed stacją stoi autokar. Kierowca, którego pytam o drogę do miasta, powiada, iż miasto leży w odległości trzech kilometrów. Zaprasza mnie przy tym, abym wsiadł, on bowiem tam właśnie jedzie. Po kilku minutach jestem już w Silves. Miasto zobaczyłem wcześniej. Kiedy bowiem autobus zaczął zjeżdżać z wysokiego wzniesienia, ukazało się przede mną Silves w całej okazałości, na zboczu drugiego wzniesienia. Położone amfiteatralnie, ciągnie się od dołu ku górze. Na szczycie czerwieni się jego korona: potężne mury dawnej twierdzy.

Dzisiejsze Silves właściwie w niczym nie przypomina tego miasta, o którym czytałem w książce Martinsa. Mieszka tu chyba nie więcej niż dziesięć tysięcy ludzi. Życie toczy się sennie, powoli. Ot, jeszcze jedno zagubione prowincjonalne miasteczko - myślę - gdy wspinam się ku górze, ku castelo (zamkowi). Ale nagle zatrzymuję się. Stoję bowiem przed piękną gotycką świątynią. To Sé, czyli katedra. Wybudowana w wieku XIV przez króla kastylijskiego przyciąga wzrok swym gotyckim urokiem, swymi strzelistymi łukami, swą smukłością, swym nastrojem. Katedra piękna. Sporo w niej jakichś grobów. Ale mnie spieszno wyżej, do twierdzy. Wreszcie przekraczam bramę. Staję w obrębie zamku. Staję i oczom nie wierzę: w miejscu, gdzie winien być plac broni, gdzie należałoby się spodziewać budowli dla wojska jeśli już nie dla króla, rosną drzewa i kwiaty. W warowni po prostu założono park. Jedynie spiżowy pomnik króla Sancho I postawiony na jego skraju przypomina, że kiedyś, przed wiekami, toczyły się tu krwawe boje. Wchodzę na wyniosłe mury twierdzy. Udaję się na ich obchód. Zajmuje mi to ok. pół godziny. Z wysokiej baszty spoglądam na okolicę. Widać daleko. Powietrze przeźroczyste, wiosenne. Staram sobie zdać sprawę z tego, jak wyglądała ta twierdza w czasach, gdy panowali w Algarve Arabowie. Przecież oni ją tutaj wznieśli. Oni też bronili jej przez długie wieki. Kiedy wreszcie w 1189 roku zjawili się w Silves na swych siedemdziesięciu trzech okrętach nieproszeni goście z dalekiej Flandrii i Fryzji - prowadzeni przez groźnego Walardingena krzyżowcy - kiedy z drugiej strony nadeszły wojska króla portugalskiego, Sancho I, przez sześć i pół tygodnia bronili się Maurowie w tych właśnie murach. Wreszcie wycieńczeni głodem i pragnieniem musieli się poddać. Wyprowadził ich nieszczęśliwy król, Ibn Uazir. Którędy poszli? Chyba tędy, na wschód, w stronę Sewilli. Bo przecie tam wciąż jeszcze istniało silne państwo arabskie.

Kiedy tak spaceruję teraz po murach twierdzy w Silves, kiedy oglądam cztery młode dziewczyny, które robią sobie pamiątkowe zdjęcia przy pomniku Sancho I, przypomina mi się nagle wyczytana kiedyś w jakimś zbiorze legend portugalskich piękna opowieść o królowej Gildzie. Wszak to w Silves miała mieszkać ta królowa. Pochodziła z dalekiego kraju na północy Europy. Może z Polski? Obdarzona niezwykłą urodą oczarowała króla Al-Gharbu, czyli dzisiejszego Algarve. Pojął ją za żonę, umieścił w przepięknym pałacu w Silves. Wszystko miała Gilda do swojej dyspozycji. A przecież smutek okrywał jej czoło. Na usilne błagania czułego małżonka wyznała przyczynę owego smutku: oto w tej szczęśliwej krainie brakuje jej bardzo... śniegu! Ona, mieszkanka Północy, tęskni za śniegiem! Zmartwił się bardzo król Al-Gharbu. Po kilku dniach zwołuje nagle wszystkich swych emirów i kaidów, swych wojskowych i naczelników cywilnych. Nakazuje im, by ze wszystkich stron rozległego królestwa Arabów sprowadzili do Silves, do Algarve... drzewa migdałowca. I tak uczyniono. Upłynęło dwanaście pełni księżyca. I jeszcze raz dwanaście. Nadszedł miesiąc luty. Wszedł król Al-Gharbu do sypialni swej małżonki, uroczej Gildy. Ujął ją za rękę i poprowadził długimi korytarzami na mury twierdzy, na najwyższą basztę. Spojrzała wokoło królowa i wydała okrzyk radości: wokół, jak okiem sięgnąć, leżał... śnieg. Jej śnieg! Śnieg Północy! To kwitły właśnie... migdałowce!

Dziś z baszt twierdzy w Silves nie widzę śniegu, choć też tęsknię za nim. Niestety, przekwitły już migdałowce! Dziś z baszt twierdzy Silves widzę brunatno-czerwone mury rozciągającego się u stóp miasteczka. Nie, nic nie jest w stanie przywrócić dni świetności Silves. Toteż smutny schodzę na dół, drogą prowadzącą ku rzece, w kierunku stacji kolejowej. Przed odjazdem wstępuję jeszcze do pierwszej z brzegu restauracji - na obiad. Przy jednym stoliku widzę pięciu dyskutujących zawzięcie mężczyzn. Wita mnie mocno w wieku podeszły staruszek. Rychło zjawia się także jego żona, równie wiekowa. Obiecuje przygotować obiad. Zapewnia, że oczywiście będzie typowy. Taki, jaki ona przygotowuje dla siebie i męża! Staruszka odchodzi do kuchni. Właściciel korzysta natomiast z okazji, bo ma "gościa", kogoś "obcego". Trzeba z nim porozmawiać. I płyną nam minuty na serdecznej rozmowie. Gospodarz opowiada o kaprysach płynącej obok rzeczki Arade i o historii tego oto starego mostu, który służy dziś tylko dla pieszych. Wspomina, że dawno, bardzo dawno temu na rzece tej toczyły się podobno wielkie bitwy. Dziś, w tej właśnie chwili (jest godzina trzynasta) wody tu zaledwie po kolana. Ale za 4-5 godzin, kiedy nastąpi przypływ morza, poziom wody podniesie się o 2,5 metra! Opowiada staruszek także i o dniu codziennym. Skarży się, że z rzadka zaglądają do Silves turyści. A cudzoziemcy jeśli się już zjawią, to tak, jak ów Szwed, co to mieszka tam na szczycie, w tej willi koło wiatraka! Tylko po to, by kupić tanią tu ziemię i budować swoje pałace. Pocieszam się w tej chwili, że choć jeden raz jestem w lepszej od turystów "dolarowych" pozycji: ziemi w Silves nie kupię, mam zatem zapewnioną sympatię lokalnego patrioty! Szybko muszę uporać się z obiadem. I choć nie bardzo przemawia do mnie kuchnia z Silves, godzę się z faktami. Trzeba się spieszyć, wszak niedługo odjeżdża pociąg do Lagos.

Lagos to ostatni etap mojej wyprawy do Algarve. Zaplanowałem sobie wcześniej trasę tej wyprawy i staram się ściśle trzymać planu. Jak dotychczas, udaje się. Jestem zatem w Lagos. W owym Lagos, które słynie z przepięknych plaż (rzeczywiście piękne: na nich już pierwsi zwolennicy słonecznych kąpieli!). Jestem w Lagos, z którego w 1578 roku wyruszył na sławną, a tak nieszczęśliwie zakończoną wyprawę wojenną król-fanatyk, Sebastian. W tym Lagos, w którym przybyszowi w oczy rzuca się przede wszystkim olbrzymi port rybacki. W długiej, do dwu kilometrów ciągnącej się zatoce (będącej zarazem ujściem rzeki Bensafrim) stoją rozliczne łodzie i statki rybackie. Odpoczywają. Jedne kolorowe, inne szare, wypłowiałe, jedne nowoczesne, inne stare. Wszystkie kołyszą się na łagodnej fali. Tylko na nabrzeżu panuje ruch. Szeroką, dwukierunkową szosą-autostradą suną samochody: jedne w kierunku Sagres, inne - do Faro. Wyżej zaś błyszczy bielą domów miasto. Wędruję po nim wzdłuż i wszerz. Wszędzie cicho, spokój. Na uliczkach wygrzewające się w słońcu psy. Głośniej tylko wewnątrz kafejek i barów. Przypadkowy przewodnik pokazuje mi kilka kościołów. Pokazuje także drogę do muzeum. Mieści się ono w klasztorze św. Antoniego. Zebrano w nim pamiątki po dawnej świetności Lagos, świetności sprzed trzęsienia ziemi w 1755 roku, które w gruzach położyło całe miasto. Są tu wykopaliska archeologiczne, ale także i przedmioty sztuki ludowej, interesujące eksponaty sztuki sakralnej, a także bardzo liczne i ciekawe zbiory numizmatyczne. W kilku salach wiszą obrazy miejscowych malarzy. W większości niezbyt ciekawe. Zapisuję sobie jednak kilka nazwisk tych, którzy wyróżniają się bądź to lepszym warsztatem, bądź też szczególnym przywiązaniem do regionu. To Ventura Montinho i Gabriel Constante, Lazaro Veloso i Carlos Ramos, Francisco Branco, Manuel Tavares. Główną atrakcją muzeum w Lagos jest jednak sama kaplica św. Antoniego. Kaplica ta (a właściwie mały kościół) może przyprawić o zawrót głowy. W całości pokryta została pozłacanymi barokowymi rzeźbami: od wejścia do ołtarza, od posadzki po sklepienie. Nie spotkałem jeszcze w swych wędrówkach po Portugalii takiego kościoła. Przyciąga, ale i odpycha, przeraża. Nie, nie potrafię tu zatrzymać się dłużej. Błądzę po ulicach, oglądam walące się mury miejskie. W tyle za nimi wyrastają nowe osiedla. Schodzę na dół. Staję na placu Infanta Henryka. Pośrodku pomnik wielkiego poprzednika Vasco da Gamy i Cabrala. Nagle z boku spostrzegam to, czego szukałem: wsparty na kolumnach dom. To ten dom! To tutaj właśnie - jak kiedyś wyczytałem - znajdował się pierwszy na kontynencie europejskim targ niewolników. W 1441 roku niejaki Antăo Gonçalves przywiózł z Afryki grupę czarnych niewolników właśnie do Lagos. Tu, pod tymi kolumnami, miano - jak głosi legenda - dobić pierwszej transakcji. Nie wiem, czy to legenda historyczna. W każdym bądź razie postanawiam to smutne miejsce uwiecznić na zdjęciu. Ale oto nagle zaczepia mnie dwu panów w starszym wieku: obaj w bardzo wesołych humorach. Proszą o pamiątkowe zdjęcie. Oczywiście, korzystam z nadarzającej się okazji. Ustawiam obu amatorów mocniejszych napojów pod "historycznymi" kolumnami i robię im zdjęcie. I tak oto potomkowie dawnych zdobywców zajęli miejsce swych niegdysiejszych ofiar: zajęli je dobrowolnie, wręcz z radością. Niestety, niewolnictwo nie znikło, trwa nadal. Zmieniło tylko swe formy...

Kiedy pod wieczór udaję się na stacją kolejową, by powrócić do Lizbony, w basenie portowym Lagos trwa już ożywiony ruch. Jest pora przypływu. Mimo iż to dzień świąteczny, ze wszystkich stron miasta spieszą tu rybacy. Z wypełnionymi prowiantem koszykami w ręku kierują się do swych łodzi. Ryba nie rozróżnia dni tygodnia. Trzeba ją łowić. Trzeba zarabiać na życie.

Moja wizyta w Algarve dobiega końca. Usiłuję teraz, w przedziale wagonu, ogarnąć ją w całości. Raz jeszcze przemyśleć. Przygotowywałem się do tej wyprawy dosyć długo. Czy spełniły się moje nadzieje? Chciałem zobaczyć Algarve. Zobaczyłem je. To prawda, że nie całe, że tylko w zarysach. Myślę jednak, że warto było wybrać się na tę wyprawę. Nagle jednak przerywam wątek myśli. Oto bowiem do przedziału wchodzi młody człowiek. Wręcza mi trzy ulotki. Rzucam okiem: "Bezwstyd rządu!", "Hipokryzja", "To nie może trwać!" Zaczynam czytać. Dowiaduję się, że w czasie dwu miesięcy sprawowania rządów w Portugalii przez prawicowy rząd Aliance De Direita (AD) cena chleba wzrosła o 19,8%, cukru - o 25%, ryżu - o 20%, margaryny - o 17%, oleju - o 21,3%... Czytam, że rząd prowadzi "antyludową" politykę. Pociąg zatrzymuje się na kolejnej stacji. Nad peronem wisi olbrzymimi literami wypisane hasło-zawiadomienie, iż pracownicy portugalskich kolei państwowych w dniu 12 marca na znak protestu przeciw polityce rządu AD przystępują do strajku. Pociąg podąża dalej i dalej. Przede mną w przedziale siedzą dwie młode dziewczyny. Jedna ma może piętnaście lat, druga - trzynaście. Przysłuchuję się trochę ich rozmowie: jadą do Lizbony. Do pracy. Nagle, na jednej z kolejnych stacji, starsza prosi młodszą, by ta odczytała nazwę miasta, w którym jesteśmy. Młodsza usiłuje poskładać litery (jest ich pięć), ale jej się nie udaje. Pomagam. Nawiązuję rozmowę. Okazuje się, że obie dziewczyny są analfabetkami. Nie umieją czytać ani pisać! Trudno mi w to uwierzyć. Wprawdzie parę dni temu wyczytałem w jednej z gazet, że 37% kobiet portugalskich nie umie pisać ani czytać, ale przeszedłem nad tym faktem do porządku dziennego. A tu nagle los zetknął mnie z dwiema młodymi, bardzo młodymi analfabetkami. Jaka przyszłość czeka te dziewczyny?

Nie, nie jest dziś Algarve królestwem z bajki! Nie jest dziś Portugalia zaczarowaną krainą. To kraj pełen konfliktów, kraj bogactwa, ale i nędzy. Kraj jednak pełen nadziei. Czy stanie się kiedyś wymarzoną oazą szczęścia? Daleka, bardzo daleka jeszcze przed nią droga.

Spis treści

Przedmowa

Część I

Mój dzienniczek portugalski (15 października 1979 - 19 stycznia 1980)

Część II

Z moich podróży po Portugalii

W słonecznej Évorze

W królestwie Algarve

Niepokój w Albernoa

Perła w koronie

Kochanka Mondego

Metropolia znad Douro

Wyprawa w przeszłość

W cieniu legend

Trzy opowieści ze szlaku kamiennej kroniki

Opowieść cystersa

Opowieść markietanki

Opowieść templariusza

Miasto na wzgórzach

W muzeach Lizbony

Część III

Tragiczne dzieje miłości Pedra i In?s

Wstęp

Przodkowie

Pedro

Konstancja

In?s

Szczęśliwe dni

Wielka polityka

Tragedia w klasztorze św. Klary

Bunt

Zemsta

Pogrzeb

Grobowce

Até a fim do mundo

Bibliografia

Część IV

Moje naukowe przygody z Portugalią

"Wieczna pamiątka między krześcijany..." Z dziejów legendy Władysława Warneńczyka, ostatniego krzyżowca Europy

Portugalski humanista w Krakowie

Portugalskie echa powstania styczniowego

Nota edytorska

Indeks NAZWISK