Moja Polska 2 - Henryk Zydek

Kup ebooka

50.48 zł
41.90 zł (42,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W 2005 roku Wydawnictwo Kobieta z Warszawy wydało książkę Moja Polska, w której napisałem o tym, co myślę o działaniach partii rządzących krajem po roku 1989, a także przedstawiłem swoją wizję Polski na przyszłość. Publikację można jeszcze czasami kupić na Allegro lub w jakiejś księgarni internetowej. W Warszawie powinna być do wypożyczenia m.in. w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego i Bibliotece Narodowej. Wiele jej egzemplarzy znajduje się w bibliotekach wojewódzkich i uczelnianych. Co ciekawe, można je spotkać nawet w bibliotekach w Chicago, Bostonie, Toronto, Londynie, Düsseldorfie czy Berlinie. Są nawet w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie.

Aby rozreklamować swe poglądy - niemal zaraz po ukazaniu się publikacji drukiem - rozesłałem jej egzemplarze do wielu znanych osób, także do polityków, zarówno z partii lewicowych, jak i centrowych czy prawicowych, np. do Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Wałęsy, Lecha Kaczyńskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Donalda Tuska, Waldemara Pawlaka, Janusza Korwin-Mikkego, Antoniego Macierewicza, Andrzeja Leppera, Romana Giertycha czy Grzegorza Schetyny. Od tego czasu dziwnym zbiegiem okoliczności wiele z moich pomysłów i postulatów wprowadzono w życie. Odnoszę wrażenie, że politycy polscy wręcz ściągają pomysły z mojej książki. Ciekawe, że żaden z obdarowanych nie wysłał do mnie nawet krótkiego podziękowania za otrzymany prezent.

Podaję kilka przykładów moich projektów, które zostały zrealizowane już po wydaniu książki w 2005 roku:

- Wprowadzenie kas fiskalnych dla adwokatów, lekarzy, artystów (s. 28) - organy państwowe zrealizowały to: np. lekarze są zobligowani do posiadania kas fiskalnych od 1 stycznia 2017 roku, a prawnicy mają taki obowiązek już od 1 stycznia 2015 roku.

- Wprowadzenie w szkołach mundurków dla uczniów jako elementu dyscyplinującego (s. 79) - w 2007 roku ówczesny minister edukacji Roman Giertych ustanowił obowiązek noszenia mundurków, rok później wprowadzono poprawkę polegającą na dobrowolności tego elementu ubioru.

- Wprowadzenie do codziennej praktyki systemu identyfikacji osób poprzez skanowanie oka lub dłoni, co zwalniałoby np. od noszenia przy sobie dowodu osobistego lub prawa jazdy (s. 117-118) - w latach 2018-2020 zostało to zrealizowane w przypadku dowodu osobistego, dowodu rejestracyjnego pojazdu, polisy OC i prawa jazdy. Nie ma jeszcze co prawda skanowania narządów, jednak kierowcy nie muszą już posiadać przy sobie niektórych dokumentów.

- Powołanie Instytutu Promocji Kultury Polskiej, który promowałby polską sztukę i kulturę na całym świecie (s. 140) - w październiku 2016 roku powstał w Krakowie... Instytut Promocji Kultury Polskiej, który w swych założeniach ma promować polską kulturę i sztukę na całym świecie, na razie w postaci koncertów oratoryjnych.

- Wszczęcie procedury dochodzenia odszkodowań od Niemiec za szkody wyrządzone Polsce w czasach II wojny światowej (s. 28) - 1 września 2022 roku, po siedmiu latach obliczania, prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński na Zamku Królewskim w Warszawie przedstawił kwotę strat. Wycenił je na 6,2 bln zł, czyli ok. 1,3 bln dolarów.

- Opodatkowanie od sprzedaży detalicznej wszystkich działających w Polsce megasamów, czyli sklepów wielkopowierzchniowych typu Auchan, Real, Ikea, Tesco (s. 29) - w roku 2016 taki podatek został wprowadzony.

- Rekwirowanie majątku nie tylko przestępcom, ale także ich rodzinom, znajomym, na których dobra pochodzące z przestępstwa zostały przepisane (s. 34) - przepisy o tzw. konfiskacie rozszerzonej weszły w życie w kwietniu 2017 roku.

- Rozpoczęcie nauki w szkole podstawowej już w wieku 6 lat (s. 71) - od 2009 roku wprowadzono taki obowiązek, który następnie w 2013 roku zmieniono z powrotem na 7 lat, jednak z możliwością kontynuowania nauki dla 6-latków, jeśli tak zażyczą sobie rodzice.

- Przywrócenie 8-klasowej szkoły podstawowej (s. 71) - od 2017 roku została ona przywrócona.

- Likwidacja gimnazjów (s. 71-72) - od roku 2017 zaczęto je wygaszać, a teraz już ich nie ma.

- Wprowadzenie egzaminu po ukończeniu VIII klasy szkoły podstawowej (s. 77) - od roku szkolnego 2018/2019 obowiązuje taki egzamin.

- Podjęcie działań zmierzających do wyjaśnienia zagadki śmierci generała Władysława Sikorskiego (s. 148-149) - 3 września 2008 roku Instytut Pamięci Narodowej, dokładniej Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach, wszczęła śledztwo w tej sprawie.

- Obniżenie wieku karania więzieniem z lat 17 do lat 15 - najpierw obniżono wiek do lat 15, a teraz w parlamencie jest już projekt ustawy, gdzie proponuje się wiek nawet 14 lat.

- Objęcie prawami patentowymi lub innego rodzaju zastrzeżeniem oryginalnych produktów spożywczych typowych tylko dla Polski, np. oscypków, nalewek alkoholowych, miodów pitnych (s. 98) - 13 lutego 2008 roku weszła w życie decyzja Komisji Europejskiej o wpisaniu oscypka na europejską listę produktów regionalnych. Do takiego katalogu trafiły później też miody pitne.

- Połączenie wszystkich gospodarstw w Polsce siecią światłowodową, przez którą można byłoby bez zakłóceń i szkodliwego promieniowania emitowanego przez nadajniki naziemne przesyłać internet, telewizję czy połączenia telefoniczne (s. 132) - w roku 2019 Prawo i Sprawiedliwość wraz z rządem ogłosili bardzo ambitny plan związany z zapewnieniem dostępu do światłowodu dla każdego obywatela w Polsce: wszystkie budynki mieszkalne do 2023 roku powinny mieć dostęp do sieci światłowodowej (taką deklarację złożył minister cyfryzacji Marek Zagórski, a w trakcie kampanii wyborczej na prezydenta Polski w czerwcu 2020 roku prezydent Andrzej Duda deklarował, że po wygraniu wyborów doprowadzi do powstania takiej sieci). Ma ona na początek służyć na potrzeby internetu szerokopasmowego, ale w przyszłości może także być wykorzystana do przesyłania pozostałych mediów lub oddawania głosów w wyborach.

- Co najmniej dwukrotne podniesienie płacy minimalnej (s. 121) - od 2015 do 2023 roku została ona podniesiona ponad dwukrotnie.

- Prowadzenie przez państwo polityki prorodzinnej, polegającej m.in. na wypłacaniu odpowiednio wysokich dodatków rodzinnych (s. 138) - 1 kwietnia 2016 roku wprowadzono program 500+, który jest takim rodzajem dodatku rodzinnego.

Wniosek, jaki się tu nasuwa: albo polscy politycy ściągają moje pomysły zawarte w książce Moja Polska, albo ja mam dar przewidywania przyszłości polskiej polityki i gospodarki na 15 lat do przodu.

Czy to wszystko nie zastanawia?

Autor

Wszelkie prawa zastrzeżone, włącznie z prawem do reprodukcji i do rozpowszechniania tekstów w całości lub części, w jakiejkolwiek formie. Wszelkie idee, pomysły, koncepcje, rozwiązania i znaki występujące w tekście książki są zastrzeżonymi dla jej Autora.

Książka dostępna fizycznie w wydruku i jako e-book, w Ridero oraz w księgarniach internetowych.

1. Czy demokracja to rzeczywiście najlepszy ustrój polityczny?

W świecie zachodnim powszechnie uważa się, że najlepszym ustrojem politycznym, jaki do tej pory stworzył człowiek, jest demokracja. Każdy inny system jest niesprawiedliwy, a wręcz zbrodniczy. W związku z tym Zachód próbuje na siłę wprowadzać ten ustrój w innych częściach świata. Jeśli w jakimś państwie nie ma demokracji według wzorców zachodnich, to kraj ten potępia się, szkaluje, stosuje naciski ekonomiczno-gospodarcze lub wprost interweniuje zbrojnie, niby w imię pomocy "gnębionym" obywatelom.

Uważam, że nie ma nic bardziej błędnego od takiego rozumowania tematu. Demokracja powstała w starożytnej Grecji, w kulturze europejskiej i jako taka może ona być dobra dla niektórych narodów zamieszkujących Europę, ale niekoniecznie jest ona właściwa dla krajów Afryki, Azji, Bliskiego Wschodu czy nawet dla Polski czy Rosji.

Obecnie Amerykanie wprowadzają na siłę demokrację w Syrii, Iraku i w Afganistanie. Twierdzę, że nie można było zrobić nic bardziej niemądrego. Tamtejsze ludy, wychowywane od pokoleń na zasadach islamu, nigdy nie zaakceptują tak obcego sobie ustroju. Arabowie zawsze będą dążyć do zachowania tradycyjnego, zakorzenionego od wieków systemu społecznego opartego na Koranie. I nie zmienią tego żadne pieniądze ani żadne siłowe ich nakłanianie. Demokracja po prostu nie pasuje do tej religii. Wymieniony wyżej Afganistan kosztem setek tysięcy ofiar na powrót stał się niepodległy i wolny od amerykańskiej doktryny demokratycznej.

A spójrzmy na to z innej strony, odwróćmy sytuację. Załóżmy, że Afganistan stał się potęgą militarną i to on podbija Amerykę, i na siłę stara się wprowadzić w USA zasady społeczeństwa klanowego i prawo szariatu. Jak by to wyglądało? Nawet nie potrafimy sobie tego wyobrazić. Przecież to byłby kompletny absurd! Powstaje pytanie: dlaczego więc czymś normalnym wydaje się nam wprowadzanie przez USA demokracji w Afganistanie? Podobnie sprawy mają się w odniesieniu do krajów Ameryki Południowej. Tam jest inna kultura, inna mentalność - tam nigdy nie będzie prawdziwej demokracji, tam ten ustrój po prostu nie może się w żaden sposób przyjąć. Dlatego ciągle są pucze wojskowe, władzę przejmują dyktatorzy.

Uważam, że przez wieki swego istnienia poszczególne społeczeństwa i narody wypracowały własne, dopasowane do swej mentalności, religii i tradycji systemy społeczne i w żaden sposób nie powinno się w nie ingerować ani zmuszać na siłę do ich zmiany. Te systemy tam się sprawdzają i efektywnie dyscyplinują obywateli.

Często słychać w mediach głosy oburzenia dotyczące masowych egzekucji w Chinach czy okaleczania niewiernych żon w Afganistanie. Jednak ci przepełnieni humanitaryzmem dziennikarze nie zdają sobie sprawy z tego, że te egzekucje są konieczne po to, aby utrzymać tak olbrzymi naród w ryzach systemu prawa. Gdyby nie one, to w tym kraju rozpełzłaby się anarchia, korupcja i złodziejstwo, a z czasem wszystko to wyszłoby poza granice państwa, na cały świat, z wielką dla niego krzywdą. Okaleczanie niewiernych żon budzi w nas grozę i sprzeciw, ale w Afganistanie takie praktyki są przyjęte od wieków. Są one zgodne z prawem szariatu i islamu - czy nam się to podoba, czy też nie.

Innym przykładem na to, że najbardziej efektywnym systemem społecznym są rządy silnej ręki, jest starożytny Rzym za czasów Cesarstwa. To właśnie wtedy Rzym stał się największą i najbardziej rozległą terytorialnie potęgą ówczesnego świata - za czasów Cesarstwa, a nie Republiki. Tak było też z Francją za Napoleona Bonapartego. W Jugosławii, gdy żył Josip Broz Tito i trzymał władzę twardą ręką, wszystkie narody bałkańskie żyły w zgodzie i pokoju. Nie było waśni narodowych ani terytorialnych. Gdy zabrakło Tity, bardzo szybko doszło do totalnej wojny, rzezi i rozpadu kraju na drobne państewka.

Spójrzmy na Rosję - od prapoczątków istnienia tego państwa przyjęte było, że władzę sprawuje tylko jeden silny przywódca, o nieograniczonej władzy. Kiedyś nazywano go carem, później pierwszym sekretarzem partii, a obecnie prezydentem. W mentalności Rosjan jest to schemat zakodowany niemal w genach. Uważam, że właśnie dlatego Rosja od zawsze była potęgą polityczną i wojskową, i dlatego jest też największym terytorialnie krajem na ziemskim globie. Dzięki temu, że poszczególni władcy konsekwentnie realizowali wytyczone przez siebie cele, Rosja zawsze parła do przodu i rosła w siłę. Car, pierwszy sekretarz partii czy prezydent, będąc jedynowładcą, traktował państwo jak swój folwark. Od zawsze car to była Rosja, a Rosja to był car. Mając niepodważalną pozycję, możnowładcy Rosji nie musieli kupować sobie życzliwości stronnictw politycznych lub bogatej czy biednej szlachty ani iść na ustępstwa, rezygnując ze swych dalekosiężnych planów - tak jak to miało miejsce w Polsce. Dlatego bezwzględnie, bezzwłocznie i konsekwentnie mogli wprowadzać w życie swe decyzje i sprawnie, bez sprzeciwów, zarządzać krajem. To stało się podstawą mocarstwowości Rosji.

Polska, w przeciwieństwie do kraju carów, wprowadziła u siebie tzw. demokrację szlachecką, która doprowadziła do anarchii, upadku państwa i 123-letniej niewoli. Uważam, że - podobnie jak w naszym bratnim, słowiańskim kraju - najlepszym ustrojem dla Polski jest dyktatura jednostki. Analizując historię, łatwo dojść do wniosku, że Polska była naprawdę silna tylko wtedy, gdy rządził nią niepodzielnie jeden władca. Było tak w okresie dynastii królewskich, było tak też za czasów Józefa Piłsudskiego. Gdy Polską rządzili królowie dziedziczni, rosła ona w siłę, a gdy wprowadzono wybory władcy przez Sejm i Senat, znaczenie Polski w świecie zaczęło maleć, a ona sama pogrążyła się w anarchii. Jeszcze gorzej zaczęło się dziać, gdy po śmierci Zygmunta Augusta rozpoczęto wybierać królów przez elekcje, w których mogła brać udział cała polska szlachta. Każdy kandydat do tronu musiał szlachcie zaprzysiąc pacta conventa, które skutecznie ograniczały jego późniejsze możliwości rządzenia. Poza tym wielu z elekcyjnych władców było cudzoziemcami, co już samo w sobie było niekorzystne dla Polski.

W 1918 roku, po odzyskaniu niepodległości przez nasz kraj, aż po 123 latach zaborów, Polacy - zamiast wspólnie, solidarnie zabrać się do odbudowywana własnej państwowości - wzięli się nawzajem za łby. Jak za czasów Polski szlacheckiej, tak i wówczas, powstała ogromna liczba różnych partii politycznych i stronnictw, które miast współdziałać dla dobra kraju, zaczęły z ogromną zaciekłością walczyć ze sobą. Pierwszy prezydent wolnej Polski, Gabriel Narutowicz, pełnił władzę tylko przez 5 dni, gdyż został zamordowany z powodów politycznych. Myślę, że to jest bardzo, bardzo znaczący symbol. Po 123 latach niewoli Polacy odzyskali wolność i pierwsze, co zrobili, to sami zabili swego pierwszego prezydenta zaraz po jego wyborze! To dużo mówi o naszym narodzie, o jego kłótliwości, zacietrzewieniu, braku chęci do zgody i kompromisów.

Aby rozdzielić zwaśnione stronnictwa i zaprowadzić w kraju ład, Józef Piłsudski zmuszony był do dokonania przewrotu majowego. Okres od 1926 do 1935 roku (data śmierci Piłsudskiego) był najbardziej owocny w dziejach II Rzeczpospolitej w dokonania gospodarcze. Powiedzmy sobie szczerze - Polacy muszą być trzymani na krótkiej wodzy. W przeciwnym razie z miejsca wkrada się anarchia, zdrada, samowola, sobiepaństwo, egoizm, prywata i korupcja. Jednym słowem kraj upada i zawsze - w stosunku do innych państw - będzie pozostawał w tyle.

Demokracja - w tradycyjnym znaczeniu - nie jest ustrojem dla Polski! Tu oznacza ona dorwanie się do koryta władzy, ustawienie swej rodziny i znajomych, działanie mające na celu przyniesienie korzyści swojej partii, bez patrzenia na dobro państwa. To chamstwo, sprzedajność, opluwanie się nawzajem, judzenie przeciw sobie społeczeństwa i antypolskość. Gdy zechcesz to zwalczyć, to te same łobuzy od razu przypną ci łatkę nacjonalisty, faszysty, antysemity. Jesteś dobry tylko wtedy, gdy popierasz taką demokrację, jaką oni tworzą. Jeśli myślisz inaczej, to jesteś zły. Zwolennicy tzw. demokracji zachowują się dokładnie tak samo jak kiedyś wyznawcy komunizmu. Demokracja jest uważana za jedynie słuszny ustrój, wszelkie inne poglądy i idee są zwalczane z całą bezwzględnością. Pytam: gdzie jest wolność myśli i przekonań, wyrażania własnych sądów? Gdzie akceptacja innych poglądów?

.

*

Mówi się, że demokracja jest najbardziej sprawiedliwym systemem społecznym, że jest najlepsza, bo każdy obywatel (teoretycznie) ma możliwość wpływu na rządzenie państwem. Twierdzi się, że demokracja oznacza rządy większości nad mniejszością i to ma być bardzo słuszne. Ja uważam, że jest to oczywista nieprawda. Więcej - jest to potworne kłamstwo.

Spróbujmy przyjrzeć się zasadom tego ustroju na przykładzie wyborów do Sejmu w roku 2007. Senat pomijam w tej analizie, gdyż to izba niższa ma decydujący głos w rządzeniu państwem. Liczba Polaków wynosiła wtedy ok. 38 milionów, co prawda za pracą wyjechało z niej ok. 2,5 miliona ludzi, ale przecież mieli oni możliwość głosowania poza granicami kraju. Z tej wartości do udziału w wyborach uprawnionych było ok. 30 milionów obywateli. Z kolei z tej liczby głosowało tylko 53,88% wyborców, czyli dokładnie 16 142 202. Do Sejmu weszli przedstawiciele czterech partii, którzy reprezentowali 95,68% głosujących, czyli 15 477 568 osób. Izba niższa parlamentu podejmuje uchwały większością głosów. Aby mieć w niej większość, a więc mieć możliwość przeforsowywania własnych projektów ustaw, a przez to i móc realnie rządzić, partia, która osiągnęła najlepsze wyniki w wyborach, czyli Platforma Obywatelska, zmuszona była wejść w układ z Polskim Stronnictwem Ludowym. Te dwie partie razem uzyskały w Sejmie 240 mandatów, co stanowiło 52% głosów. Tych 240 posłów de facto rządziło 38 milionami Polaków, przy czym reprezentowali oni tylko 8 138 648 obywateli, czyli tylko ? uprawnionych do głosowania i ? całości narodu.

A teraz analiza ostatnich wyborów do Sejmu i Senatu z roku 2019. Liczba Polaków nadal wynosiła ok. 38 milionów. Do wzięcia udziału w głosowaniu uprawnionych było 30 253 556 osób. Z tej liczby głosowało tylko 61,74% wyborców, czyli 18 678 457. W porównaniu z innymi, poprzednimi wyborami jest to wyjątkowo dużo. Do Sejmu weszli przedstawiciele sześciu partii, którzy reprezentowali 99,08% głosujących, czyli 18 299 806 osób. Sejm podejmuje uchwały większością głosów. W wyniku wyborów Prawo i Sprawiedliwość uzyskało 235 mandatów, a więc osiągnęło większość i mogło samodzielnie rządzić, zwłaszcza że z tego ugrupowania pochodził też prezydent Andrzej Duda. Partia ta ma możliwość przeforsowywania własnych ustaw, a przez to może realnie rządzić państwem. Te 235 mandatów stanowi 51% głosów. Tych 235 posłów de facto rządzi 38 milionami Polaków, przy czym reprezentują oni tylko 8 051 935 obywateli, czyli ? uprawnionych do głosowania i ? całości narodu.

Reasumując, demokracja w Polsce polega na tym, że 235 ludzi wybranych przez 8 milionów osób decyduje o losach 38 milionów Polaków. Jedynie ? obywateli - pośrednio - decyduje o losie całego narodu. Podstawowa zasada demokracji mówi, że są to rządy większości nad mniejszością. Pytam się: w którym momencie jest tu ona spełniona? W żadnym!

Podobne proporcje (a najczęściej dużo gorsze) występowały podczas innych wyborów. Nie inaczej jest w pozostałych krajach demokratycznych, bo już z rachunku matematycznego wynika, że w takich wyborach nie ma możliwości osiągnięcia większości.

Jedną z zasadniczych wątpliwości negujących wartość demokracji jako systemu społeczno-gospodarczego jest wartość oddawanych głosów. No bo jak można równać ze sobą wartość głosu wyborcy z tytułem profesora z wartością głosu wyborcy-menela czy półanalfabety?

Obecne głosowania polegają na pokazówkach przed całym światem: "patrzcie, ilu naszych obywateli bierze udział w wyborach, jak bardzo jesteśmy demokratycznym państwem", co, jak wyżej wykazałem - jest oczywistą bzdurą. Meritum wyborów nie powinno być spełnienie wymogów obecnej fałszywej demokracji, należy skupić się bowiem na dobru ojczystego kraju. Na stanowiska kierownicze w państwie powinni być wybierani ludzie światli, uczciwi i odpowiedzialni. I tacy sami ludzie światli, uczciwi i odpowiedzialni powinni ich wybierać.

Uważam, że demokracja jako ustrój państwa, powoli i systematycznie zmierza ku schyłkowi. Zapewne w niedalekim czasie zacznie być modny inny system społeczny i jestem niemal przekonany, że wielkiego powrotu doczeka się monarchia. Najpewniej najczęstszym i powszechnym będzie mieszanie kilku systemów, tak jak od lat - z sukcesem - dzieje się to w Chinach, gdzie dwa - tak bardzo przeciwstawne sobie ustroje, jak komunizm i kapitalizm - w niezwykły sposób połączono w jeden. Przyniosło to niewyobrażalny rozwój ekonomiczny Chin i ich ekspansję gospodarczą na cały świat.

.

*

Chciałem jeszcze wskazać na jeden z bardzo wielu przykładów marnowania pieniędzy polskich podatników. Przecież wybory do Sejmu, Senatu, organów Unii Europejskiej, samorządowe i na prezydenta można połączyć w jedno. Wszystkie można robić co 5 lat. Na wybory parlamentarne w 2019 roku wydano blisko 225 mln zł. Na organizację wyborów do Parlamentu Europejskiego w tym samym roku prawie 215 mln zł. Koszt wyborów samorządowych rok wcześniej wyniósł 332,6 mln zł. Na wybory prezydenckie w roku 2020 wydano 319,7 mln zł. W sumie daje to astronomiczną kwotę blisko 1,1 mld zł, które są tracone co kilka lat. Przy połączeniu ich zaoszczędzono by ok. 800 mln zł co 4 lata, przy niewiele większym nakładzie pracy i środków. Pewnie wiele osób powie, że przy tak dużej liczbie kandydatów na różne stanowiska, wyborcy myliliby się, kogo i na jakie stanowisko mają wybierać. Nieprawda! Wyborcy i tak z reguły w ogóle nie znają osoby i zwykle wybierają tę, która robi wokół siebie największy szum, mówi krańcowe głupstwa i obiecuje gruszki na wierzbie. Liczba kandydatów nie ma żadnego znaczenia.

I jeszcze jedno teoretyczne rozważanie na temat demokracji. Otóż uważam, że przy obecnej formie tego systemu, gdyby ktoś chciał, to może sobie kupić np. urząd prezydenta. Podam przykład Czech jako małego kraju mającego kilku bardzo bogatych ludzi. Uprawnionych do głosowania jest tam nieco ponad 8 mln osób. Do wyboru na prezydenta wystarczy 50% głosów +1. Gdyby każdemu wyborcy obiecać za oddanie głosu np. 1000 dolarów, to uzyskanie urzędu prezydenta kosztowałoby ok. 4 mld dolarów. Najbogatszy Czech Petr Kellner miał majątek wart 17,5 mld dolarów. Więc nie byłoby dla niego problemu po prostu kupić sobie urząd prezydenta. Ale gdyby przyszła mu ochota, to - przestrzegając zasad tzw. demokracji - tak jak niedawny premier Andrej Babiš mógłby swe pieniądze zainwestować w wybory i wygrać je za dużo mniejszą kwotę. Wniosek - każde stanowisko uzyskiwane w wyborach w tzw. demokracji można sobie kupić. Trzeba tylko być odpowiednio bogatym lub znaleźć sponsora, który sfinansuje kampanię wyborczą, a któremu później - będąc już na stołku prezydenta, posła czy senatora - trzeba będzie się w jakiś ustalony wcześniej sposób zrewanżować. Dlatego demokracja nierozerwalnie wiąże się z korupcją.

Inny przykład - teraz polski. Szacuje się, że w naszym kraju na zaburzenia psychiczne cierpi ok. 8 mln osób dorosłych. Prawie co czwarty Polak (23,4%) zmaga się z przynajmniej jednym zaburzeniem psychicznym. Najpowszechniejsza jest depresja, określana mianem epidemii XXI wieku, na którą cierpi ok. 10% rodaków, ale do najczęstszych zaburzeń psychicznych zaliczają się też nerwice i zaburzenia lękowe, napady paniki, fobie społeczne i choroby, takie jak schizofrenia (choruje na nią 385 tys. osób - 1% społeczeństwa). Osoby te nadal posiadają prawo wyborcze. Jeżeli do wyborów jest uprawnionych ok. 30 mln obywateli, to jest niemal pewne, że głosy tych 8 mln osób chorych psychicznie (w tym 385 tys. chorych na najcięższą z nich, czyli schizofrenię) mogą zadecydować o tym, kto zostanie w Polsce posłem, senatorem czy prezydentem.

A teraz inny rodzaj wyborców - więźniowie, którzy mimo swojego pozbawienia wolności, także posiadają prawo do głosowania. We wrześniu 2021 roku w aresztach śledczych i zakładach karnych przebywało 71 216 więźniów. W Systemie Dozoru Elektronicznego natomiast karę odbywało ponad 7 tys. osób. W kolejce na osadzenie oczekiwało aż 30 tys. osób. Czyli ok. 110 tys. aktualnych więźniów i skazanych ma prawo wybierania posłów, senatorów czy prezydenta.

2. Zlikwidować partie polityczne

Powinno się jak najszybciej zakazać finansowania partii politycznych. Uważam za skandal, żeby darmozjadów szkodzących państwu polskiemu utrzymywać za pieniądze obywateli. Jeżeli rzeczywiście PiS, PO i inne ugrupowania są aż tak dobre i patriotyczne, to niech się utrzymują z wkładu członków swojej partii. Niech zdobędą tak wielu działaczy, aby z ich składek było ich stać na wszystko to, co teraz robią za pieniądze polskich podatników.

Za nasze pieniądze PiS, PO, SLD i inne partie wykłócają się w Sejmie, nawzajem szkalują, obrzucają błotem, ochraniają swych szefów, utrzymują luksusowe siedziby, a niektórzy wypłacają sobie pensje. My tych próżniaków finansujemy. Przy czym zwolennik PiS płaci także na utrzymanie PO i innych partii, a zwolennik PO na PiS i pozostałych. Będąc u władzy, partie te - mimo tego, że niby cały czas wobec siebie antagonistyczne - zgodnie same sobie wyznaczyły ogromne kwoty, które corocznie wyciągają z kasy państwa.

Począwszy od wyborów w roku 2019 łączna kwota subwencji, która każdego roku zasila konta ugrupowań partyjnych, wynosi niemal 70,5 mln zł. W tym:

- Prawo i Sprawiedliwość - 23,5 mln zł,

- Koalicja Obywatelska - 19,8 mln zł,

- Sojusz Lewicy Demokratycznej - 11,5 mln zł,

- Polskie Stronnictwo ludowe - 8,4 mln zł,

- Konfederacja - 6,9 mln zł,

- Partia Zieloni - 303,1 tys. zł,

- Inicjatywa Polska - 101 tys. zł.

Ponadto partie mają możliwość otrzymania zwrotu wydatków z kampanii wyborczej w formie tzw. dotacji podmiotowej, na której wysokość wpływa liczba uzyskanych mandatów poselskich i senatorskich przez dany komitet wyborczy. Jej wypłacenie odbywa się do sześciu miesięcy po uznaniu wyborów za wiążące przez PKW. Są to kolejne miliony wyciągnięte z naszych kieszeni.

Gdy wybory wygrywa inna partia, to po objęciu władzy wyrzuca z lukratywnych stanowisk te osoby, które tam ulokowała partia poprzednia i obsadza swoimi. Zwolnienie poprzednich urzędników wiąże się z wypłatą dla nich bardzo wysokich odpraw, idących czasami w miliony złotych dla jednego. Po następnych wyborach znowu przychodzi poprzednia partia lub inna, wyrzuca z kolei urzędników partii ustępującej i znowu wprowadza swoich ludzi. Ci co muszą odejść znowu otrzymują bardzo wysokie odprawy. I tak w koło Macieju. Obojętnie, czy dana partia wygra, czy przegra wybory - zawsze dla jej ludzi oznacza to zarobek dużych pieniędzy. I o to w tym wszystkim chodzi. Partie tak sobie ustawiły politykę państwa, że po każdych wyborach zarabia i partia wygrana (bo obsadza swoimi ludźmi wysokopłatne etaty) i partia przegrana (bo jej ludzie otrzymują olbrzymie odprawy). Okradanie Polski trwa w najlepsze. Dlatego także powinno się zlikwidować obowiązek wypłaty wysokich odpraw dla ustępujących urzędników i kierowników przedsiębiorstw państwowych. Wymienione wyżej czynniki są tylko kilkoma z wielu, które przemawiają za koniecznością likwidacji wszelkich partii politycznych jako instytucji żerujących na finansach obywateli i szkodzących Polsce i Polakom.

4. Kopalnie i związki zawodowe

W górnictwie, a szczególnie w kopalniach węgla kamiennego dochodzi do nieprawdopodobnego rozkradania ich majątku. Poszczególne zakłady zostały podzielone na spółki, które stały się pośrednikami w sprzedaży węgla, a przez to okradają kopalnie z należnych im pieniędzy. Inne spółki, wykonując prace na zlecenie kopalni, liczą sobie za nie horrendalne kwoty. Do tego dochodzi zwykła kradzież węgla czy złomu masowo wywożonych z ich terenu. Polskie górnictwo ginie!

W roku 1989 działało w Polsce 70 kopalni węgla kamiennego, które wydobyły 177,4 mln ton węgla i zatrudniały 415 740 osób. Po zmianach ustrojowych, a szczególnie po wstąpieniu Polski w struktury UE, zaczęło gwałtownie spadać wydobycie tego surowca. W roku 2021 było już tylko 20 kopalń węgla kamiennego, które wydobyły ok. 54,4 mln ton węgla i zatrudniały 82 000 osób. Zgodnie z ustaleniami polskiego rządu z Unią Europejską i związkami zawodowymi do roku 2049 mają zostać zlikwidowane wszystkie kopalnie. Możliwa przez to jest degradacja województwa śląskiego - postępująca przede wszystkim przez utratę miejsc pracy: 82 tys. etatów w samych kopalniach i 410 tys. w sektorze okołogórniczym, w firmach działających na terenie 73 gmin.

Piszę o tym dlatego, że uważam za niezgodną z polską racją stanu politykę wszystkich obecnych rządów, polegającą na ograniczaniu wydobycia i likwidacji kopalń. Polska jest bogata w węgiel i jest on naszym głównym surowcem energetycznym, dlatego powinniśmy z niego maksymalnie korzystać. Oblicza się, że na Śląsku zostało dopiero wydobyte około połowy znajdujących się tam pokładów węgla, oprócz tego wielkie zasoby mamy w Zagłębiu Lubelskim i w Zagłębiu Dolnośląskim. Z węgla, oprócz opału, możemy mieć inne źródła energii, jak np. paliwo do samochodów, gaz, wodór i karbid. Głównym powodem, który przemawia obecnie za likwidacją kopalń - poza unijnymi dyrektywami - są ogromne koszty wydobycia tego surowca, a przez to konieczności ciągłego dopłacania do ich działalności. W latach 1990-2020 dotacje państwa do górnictwa pochłonęły w sumie 135 mld zł. Jednakże są sposoby, aby kopalnie przynosiły dochody. Przede wszystkim powinno się zwiększyć popyt na węgiel, odchodząc od zabójczych i nielogicznych ograniczeń narzuconych przez Unię Europejską i organizacje niby-ekologiczne. Powinno się zlikwidować absurdalnie wygórowane przywileje górnicze, które pochłaniają rok rocznie miliardy złotych. Przywileje te to np.: gwarancja pełnej emerytury już po 25 latach pracy pod ziemią; średnia płaca ok. 7180 zł brutto; dodatek stażowy na poziomie 20% pensji zasadniczej już po przepracowaniu miesiąca w trudnych warunkach, natomiast po 15 latach pracy może on wynieść nawet 60%; tzw. ołówkowe, czyli fundusze na wyprawkę dla dzieci; bony świąteczne; czasami nawet bilety kolejowe; wynagrodzenia barbórkowe równe samej pensji i wszelkie inne dodatki, m.in. deputat węglowy równoważny 8 tonom węgla; w styczniu i lutym dochodzi "czternasta pensja" - pomyślana jeszcze w PRL jako nagroda z zysku, chociaż od dziesiątków lat zysku nikt nie widział. Na przykład zadłużona na miliardy złotych Polska Grupa Górnicza musiała wydać na nagrody z zysku za 2021 rok grubo ponad 200 mln zł. W 2018 roku tylko na roczne pensje sześciu członków zarządu Jastrzębskiej Spółki Węglowej poszło prawie 4 mln zł, czyli ok. 55 tys. zł na miesiąc, bez względu na wyniki spółki.

Poza tym powinno się wyprowadzić z zakładów siedziby związków zawodowych i przestać opłacać próżniaków tam działających. W każdej kopalni potworzyło się po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt górniczych organizacji zawodowych. Każdy związek ma swoją siedzibę utrzymywaną przez kopalnię, ma przewodniczącego zarządu, zastępcę, członków zarządu, członków komisji rewizyjnej. Ich pensje są nawet wyższe od wynagrodzenia górników pracujących na dole. Dla szefów firm górniczych związkowcy to osoby, które zrobiły ze swoich posad świetne miejsca do zarabiania dużych pieniędzy przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek odpowiedzialności. A ich działalność szkodzi górnictwu.

Jeden przykład - Grupa Jastrzębska Spółka Węglowa. Według stanu na 31 grudnia 2020 roku w całej Grupie funkcjonowało aż 135 organizacji związków zawodowych (rok wcześniej było 132). W samej tylko JSW - 65 organizacji związków zawodowych (rok wcześniej - 64). Z roku na rok ich liczba wzrasta. Rośnie również liczba ich działaczy, których - w myśl polskiego prawa - utrzymywać musi spółka, w której działają. W sumie w górnictwie działa obecnie niemal 300 związków zawodowych, na które idzie z kasy kopalń ok. 100 mln zł rocznie.

Uważam, że wszystkie związki zawodowe w Polsce powinno się wyprowadzić z zakładów pracy - także ze wszystkich kopalń. Swoje siedziby powinny one mieć poza ich terenem i powinny być utrzymywane w całości ze składek ich członków. Jeżeli któryś ze związków jest bardzo dobry i bardzo skuteczny dla pracowników w nim zapisanych, to będzie miał tylu członków i takie wpływy ze składek, że będzie go stać na wynajęcie siedziby i opłacenie całego zarządu. Jeśli nie będzie skuteczny, to nie będzie miał finansów i upadnie.

5. Fundacje

Na dzień 28 września 2021 roku było w Polsce aż 28 188 aktywnych różnego rodzaju fundacji. Na dzień 21 listopada 2022 roku było ich już 30 424. W ciągu roku ich liczba wzrosła o ponad 2 tysiące. W samej Warszawie było ich aż 6310! Są to swego rodzaju światowe rekordy Guinnessa. Liczby są zastraszające. Myślę, że trzeba się zastanowić, dlaczego jest ich aż tyle. Otóż to wcale nie wynika z tego, że nagle w Polakach wybuchła epidemia empatii, chęci pomocy dla innych, współczucia i miłosierdzia Bożego. Nie! Stoją za tym bardziej przyziemne czynniki.

A oto, jak przebiega proces tworzenia takiej organizacji. Do jej założenia konieczny jest fundator, który ustanawia ją aktem notarialnym, z własnych środków tworzy fundusz założycielski (np. w przypadku Fundacji Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy wynosi on 2000 zł), ustanawia statut i rejestruje w Krajowym Rejestrze Sądowym. W statucie sam fundator wpisuje, że jako założyciel może, a nawet powinien, wejść w skład zarządu fundacji. Określa też sposób wyboru członków zarządu. Pierwszy skład zarządu, w tym prezesa, powołuje fundator - a więc może powołać siebie. Obecnie są też rejestrowane fundacje, które mają tylko jednego członka zarządu. Kolejny zarząd wybiera organ kontroli wewnętrznej, nazywany radą fundacji. Może być również tak, że zarząd sam wyłania prezesa (także pierwszego) spośród swoich członków albo powoływanie zarządu należy do stałych kompetencji fundatora.

Tak czy owak założyciel fundacji, czyli fundator, może zostać dożywotnio prezesem zarządu i kierować jej działalnością. I o to w tym wszystkim chodzi - bo z funkcją wiąże się odpowiednio wysoka pensja. Założyciel i prezes w jednej osobie może do organizacji wciągnąć też swoich bliskich i znajomych. Zadaniem każdej fundacji jest pozyskiwanie sponsorów i darczyńców, którzy przekazują pieniądze na konto bankowe, a potem rozdzielanie ich wśród osób, którym pomaga. I co się teraz dzieje? Otóż założyciel fundacji, jego rodzina i znajomi utrzymują się z pieniędzy, które dostają darmo od darczyńców, a tylko część z tych środków przekazują dla potrzebujących.

Jeszcze prościej - za cudze pieniądze fundator i jego najbliżsi mają stałą pracę i dobre pensje, a rozdając resztę środków, otrzymują wdzięczność osób, którym pomogli. Wystarczy mieć np. 2000 zł, a można ustawić siebie, całą swoją rodzinę i znajomych do końca życia i jeszcze mieć powszechną wdzięczność ludzi i ich uznanie. I to wszystko za nie swoje pieniądze. Wszystkie media chwalą cię, sypią się na ciebie dyplomy, medale, zaszczyty, zwykli ludzie piszą na twą cześć peany, a w przyszłości - kto wie, czy nie zrobią z ciebie świętego. I to wszystko za cudze pieniądze. Jest to superidealne rozwiązanie. GENIALNE!

.

*

Fundacja byłaby wtedy całkowicie uczciwa, gdyby jej pracownicy pracowali społecznie, bez pobierania pensji a całość uzyskanych środków (po odliczeniu kosztów utrzymania samej organizacji) byłaby przeznaczana na działania pomocowe. Czyli prezes i pozostali pracownicy aby mieć za co żyć powinni gdzieś normalnie pracować na etacie, na stałe a w fundacji działać zupełnie charytatywnie. To byłby prawdziwy dowód pokazujący, że oni wszyscy mają takie dobre serca. Wymiar sprawiedliwości lub urzędy skarbowe powinny raz do roku badać, jakie są podstawy istnienia wszystkich fundacji istniejących w Polsce. Jaki mają dochód rocznie i ile z niego jest wydatkowane na pensje dla pracowników a ile na samą pomoc? Można przyjąć taki przelicznik: najwyżej 20% na działanie fundacji a 80% na samą pomoc. Jestem pewien, że przy takich kryteriach większość z tych udawanych fundacji musiałaby zniknąć. Większość z nich jest po to, aby czerpać pieniądze z odpisów podatkowych na rzecz organizacji pożytku publicznego. Wcześniej to był 1% a od 2023 roku jest to aż 1,5%. Corocznie w miesiącach poprzedzających składanie zeznać podatkowych oburza mnie pojawiająca się nagle w Internecie ogromna ilość gotowych do wypełniania druków PIT. Gdy dasz się nabrać na którykolwiek z nich, to przy końcu jego wypełniania okazuje się, że musisz przekazać 1,5% odpisu na już wpisaną tam jakąś anonimową organizację. I tego nie da zmienić. Ty chcesz okazać serce i dać swe pieniądze ale innej fundacji a tu nie da się zmienić. Oburza mnie takie podstępne zmuszanie ludzi do przelewania swych środków na nieznanie sobie organizacje co jeszcze bardziej budzi podejrzenia co do ich uczciwości.