Moja mroczna strona - Gabrielle Zevin

-
Proszę czekać

Roz­dział IBro­nię swo­je­go ho­no­ru

W noc po­prze­dzającą mój pierw­szy rok w no­wej szko­le - miałam za­le­d­wie szes­naście lat - Ga­ble Ar­sley oświad­czył, że chce pójść ze mną do łóżka. Nie w od­ległej ani na­wet bli­skiej przyszłości. Na­tych­miast.

Prawdę mówiąc, mój gust, jeśli cho­dzi o mężczyzn, po­zo­sta­wiał wie­le do życze­nia. Pociągali mnie chłopcy, którzy nie mie­li w zwy­cza­ju o co­kol­wiek pro­sić. Tacy jak mój oj­ciec.

Wróciliśmy właśnie z ka­fej­ki, która znaj­do­wała się w pod­zie­miach kościoła przy Uni­ver­si­ty Pla­ce. W tam­tych cza­sach ko­fe­ina była za­ka­za­na, po­dob­nie jak mi­lion in­nych sub­stan­cji. Li­sta nie­le­gal­nych pro­duktów ciągnęła się bez końca (były na niej między in­ny­mi pa­pier, na który trze­ba było mieć spe­cjal­ne po­zwo­le­nie, te­le­fon z ka­merą, cze­ko­la­da i tak da­lej). Pra­wo zmie­niało się tak szyb­ko, że łatwo było popełnić przestępstwo zupełnie nieświa­do­mie. Ale to nie miało wiel­kie­go zna­cze­nia. Chłopcy w nie­bie­skich mun­du­rach nie da­wa­li już rady. Mia­sto było na skra­ju ban­kruc­twa. Według mnie zwol­nio­no około sie­dem­dzie­sięciu pięciu pro­cent za­trud­nio­nych w służbach porządko­wych. Po­li­cjan­ci, którzy nadal byli na służbie, nie mie­li cza­su przej­mo­wać się na­sto­lat­ka­mi na ko­fe­ino­wym haju.

Po­win­nam się była domyślić, co się święci, kie­dy Ga­ble za­pro­po­no­wał, że od­pro­wa­dzi mnie do domu. Tra­sa z ka­wiar­ni na Za­chod­nią Ulicę Dzie­więćdzie­siątą była dość nie­bez­piecz­na, szczególnie w nocy, ale Ga­ble nig­dy dotąd mnie nie od­pro­wa­dzał. Miesz­kał bliżej cen­trum. W każdym ra­zie uzna­wał, że jakoś so­bie radzę, sko­ro jesz­cze mnie nie za­bi­to.

We­szliśmy do miesz­ka­nia, które należało do mo­jej ro­dzi­ny prak­tycz­nie od za­wsze, to zna­czy od 1995 roku, kie­dy uro­dziła się moja bab­cia Ga­li­na. Ga­linę, którą na­zy­wa­liśmy "Naną", ko­chałam jak ni­ko­go na świe­cie. Te­raz moja bab­cia zajęta była umie­ra­niem w swo­im po­ko­ju. Była naj­starszą i naj­bar­dziej scho­ro­waną osobą, jaką kie­dykolwiek znałam. Kie­dy otwo­rzyłam drzwi miesz­ka­nia, od razu usłyszałam dźwięk apa­ra­tu­ry, która pod­trzy­my­wała pracę jej ser­ca i resz­ty or­ga­ni­zmu. Je­dy­nym po­wo­dem, dla którego nie wyłączy­li jesz­cze ma­szyn, jak w przy­pad­ku in­nych moc­no scho­ro­wanych osób, było to, że bab­cia od­po­wia­dała za mo­je­go star­sze­go bra­ta, moją młodszą siostrę i mnie. Jej umysł nadal świet­nie funk­cjo­no­wał. Cho­ciaż Nana była przy­ku­ta do łóżka, nic nie mogło umknąć jej uwa­dze.

Tam­te­go wie­czo­ru Ga­ble wypił chy­ba sześć espres­so, w tym dwa zmie­sza­ne z pro­za­kiem (który też był nie­le­gal­ny!) - i dosłownie go roz­no­siło. Nie mam za­mia­ru go uspra­wie­dli­wiać, próbuję tyl­ko wyjaśnić kil­ka spraw.

- Aniu - po­wie­dział, roz­luźniając kra­wat i sia­dając na ka­na­pie. - Wiem, że ma­cie w domu cze­ko­ladę. Oddałbym za nią wszyst­ko. No da­lej, kot­ku, po­ra­tuj ta­tu­sia.

Prze­ma­wiała przez nie­go ko­fe­ina. Po niej Ga­ble sta­wał się inną osobą. Nie zno­siłam, kie­dy mówił o so­bie "tatuś". To był pew­nie cy­tat z ja­kie­goś sta­re­go fil­mu. Miałam ochotę po­wie­dzieć mu: "Nie je­steś moim ta­tu­siem. Masz sie­dem­naście lat, na Boga".

Cza­sem to mówiłam, ale najczęściej ma­chałam ręką. Mój praw­dzi­wy tatuś ma­wiał, że jeśli nie na­uczysz się ma­chać ręką na pew­ne spra­wy, spędzisz całe życie, walcząc. Ga­ble chciał wejść do mo­je­go miesz­ka­nia głównie dla­te­go, że miał ochotę na cze­ko­ladę. Po­wie­działam mu, że do­sta­nie je­den kawałek, ale po­tem ma się zmyć. Następne­go dnia był początek roku szkol­ne­go (ja byłam w gim­na­zjum, a on w li­ceum) i chciałam złapać trochę snu.

Cze­ko­ladę trzy­ma­liśmy w po­ko­ju Nany. Sejf, o którym nie wie­dział nikt oprócz nas, znaj­do­wał się w gar­de­ro­bie. Prze­chodząc obok łóżka bab­ci, usiłowałam być ci­cho. Ale nie było ta­kiej po­trze­by. Ma­szy­ny, do których podłączo­no Nanę, szu­miały głośno jak me­tro.

Za­pach w po­ko­ju bab­ci ko­ja­rzył mi się ze śmier­cią. Była to kom­bi­na­cja sałatki ja­jecz­nej, która stała tam cały dzień (mięso z kur­cza­ka było wy­dzie­la­ne), woni zbyt doj­rzałych me­lonów (owo­ce były rzad­kością), za­pa­chu sta­rych butów i środków do czysz­cze­nia (można je było kupić po oka­za­niu spe­cjal­ne­go ku­po­nu). Weszłam do wnęki, która była gar­de­robą bab­ci, od­garnęłam na bok jej płasz­cze i wstu­kałam szyfr. Za pi­sto­le­ta­mi leżała cze­ko­la­da - in­ten­syw­nie czar­na, z orze­cha­mi la­sko­wy­mi, pro­duk­cji ro­syj­skiej. Scho­wałam do kie­sze­ni cze­ko­la­do­wy ba­to­nik i za­mknęłam sejf. Za­nim wyszłam z po­ko­ju, za­trzy­małam się, żeby pocałować bab­cię w po­li­czek. To ją obu­dziło.

- Aniu - za­skrze­czała. - O której wróciłaś?

Od­po­wie­działam, że je­stem w domu już od ja­kie­goś cza­su. Nana nie miała po­czu­cia cza­su. Tyl­ko by się zmar­twiła, gdy­by wie­działa, gdzie byłam. Po­pro­siłam, żeby wróciła do snu, i prze­pro­siłam, że ją obu­dziłam.

- Mu­sisz od­po­czy­wać, Nano.

- Po co? I tak wkrótce cze­ka mnie wiecz­ny od­po­czy­nek.

- Nie mów tak. Będziesz jesz­cze długo żyła - skłamałam.

- Jest różnica między "by­ciem żywym" a "życiem" - po­wie­działa Nana, a po­tem zmie­niła te­mat. - Ju­tro pierw­szy dzień szkoły.

Byłam zdzi­wio­na, że o tym pamiętała.

- Weź so­bie duży kawałek cze­ko­la­dy z sza­fy. Do­brze, Anusz­ko?

Zro­biłam to, o co pro­siła. Odłożyłam na miej­sce cze­ko­la­do­wy ba­to­nik, który miałam w kie­sze­ni, i wzięłam inny, ale iden­tycz­ny jak tam­ten.

- Ni­ko­mu nie po­ka­zuj cze­ko­la­dy - po­wie­działa Nana. - I nie dziel się z ni­kim, chy­ba że to ktoś, kogo na­prawdę ko­chasz.

"Łatwiej po­wie­dzieć, niż zro­bić" - pomyślałam, ale obie­całam, że będę o tym pamiętać.

Pocałowałam bab­cię jesz­cze raz w bla­dy po­li­czek i ci­cho za­mknęłam za sobą drzwi. Ko­chałam Nanę, ale nie mogłam długo wy­trzy­mać w tym okrop­nym po­ko­ju.

Kie­dy wróciłam do sa­lo­nu, Ga­ble'a tam nie było. Wie­działam, gdzie go znajdę.

Leżał roz­ciągnięty na moim łóżku. Stra­cił przy­tom­ność. Na tym właśnie po­le­gał pro­blem z ko­fe­iną. Wy­star­czyło tyl­ko trochę i po­ja­wiał się przy­jem­ny szum w głowie. Ale jeśli wzięło się za dużo, było po wszyst­kim. Przy­najm­niej tak to wyglądało w przy­pad­ku Ga­ble'a. Kopnęłam go w nogę, ale nie­zbyt moc­no. Nie ocknął się. Kopnęłam jesz­cze raz, moc­niej. Jęknął i przewrócił się na ple­cy. Zde­cy­do­wałam, że po­zwolę mu się chwilę prze­spać. W ra­zie cze­go mogłam się położyć na ka­na­pie. Ga­ble wyglądał bar­dzo kusząco, kie­dy spał. Wy­da­wał się bez­bron­ny jak mały chłopiec albo szcze­nia­czek. W ta­kim sta­nie lubiłam go naj­bar­dziej.

Wyjęłam z sza­fy szkol­ny mun­du­rek i położyłam na krześle przy biur­ku, żeby był go­to­wy na następny dzień. Spa­ko­wałam ple­cak i nałado­wałam swoją elek­tro­niczną ta­bliczkę. Po­tem zjadłam kawałek ciem­nej cze­ko­la­dy. Smak był in­ten­syw­ny, ale sko­ja­rzył mi się z drew­nem. Resztę ba­to­ni­ka owinęłam w sre­ber­ko i scho­wałam do szu­fla­dy na później. Byłam za­do­wo­lo­na, że nie muszę się dzie­lić z Ga­ble'em.

Pew­nie się za­sta­na­wia­cie, dla­cze­go Ga­ble był moim chłopa­kiem, sko­ro nie miałam ocho­ty dzie­lić się z nim cze­ko­ladą. Otóż z Ga­ble'em się nie nu­dziłam. Był trochę groźny i z tego po­wo­du wy­da­wał się atrak­cyj­ny dla ta­kiej głupiej dziew­czy­ny jak ja. Poza tym nie miałam po­zy­tyw­nych męskich wzorców - dzięki mo­je­mu ta­tu­sio­wi, niech go Bóg ma w swo­jej opie­ce. Dzie­le­nie się cze­ko­ladą to nie taka so­bie zwy­czaj­na spra­wa, na­prawdę trud­no ją było zdo­być.

Po­sta­no­wiłam wziąć prysz­nic, żeby nie robić tego rano. Kie­dy półto­rej mi­nu­ty później wyszłam z łazien­ki (wszyst­kie prysz­nice miały spe­cjal­ne licz­ni­ki, po­nie­waż woda nie­ustan­nie drożała), Ga­ble sie­dział na moim łóżku ze skrzyżowa­ny­mi no­ga­mi i połykał ostat­ni kawałek mo­je­go ba­to­ni­ka.

- Hej! - zawołałam, otu­lając się moc­niej ręczni­kiem. - Zaj­rzałeś do mo­jej szu­fla­dy!

Ga­ble miał ślady po cze­ko­la­dzie na kciu­ku, pal­cu wska­zującym i w kąci­kach ust.

- Nie szpe­rałem w two­ich rze­czach. Po pro­stu wy­czułem za­pach cze­ko­la­dy - wyjaśnił, przeżuwając.

W końcu prze­stał ru­szać szczęką i przyglądał mi się przez chwilę.

- Ślicz­nie wyglądasz, Aniu. Schlud­nie.

Owinęłam się moc­niej ręczni­kiem.

- Sko­ro już się obu­dziłeś i zjadłeś cze­ko­ladę, po­wi­nie­neś iść.

Ga­ble ani drgnął.

- No, da­lej, rusz się! - po­wie­działam ostrym to­nem, ale nie pod­niosłam głosu.

Nie chciałam obu­dzić ro­dzeństwa ani Nany.

I wte­dy Ga­ble za­pro­po­no­wał seks.

- Nie - od­po­wie­działam i zaczęłam żałować, że wzięłam prysz­nic, gdy na moim łóżku leżał groźny, na­fa­sze­ro­wa­ny ko­fe­iną chłopak. - Ab­so­lut­nie nie.

- Dla­cze­go? - spy­tał.

A po­tem wy­znał, że jest we mnie za­ko­cha­ny. Był pierw­szym chłopa­kiem, który mi to po­wie­dział. Nie miałam w tych spra­wach doświad­cze­nia, ale wy­czułam, że Ga­ble nie mówi praw­dy.

- Chcę, żebyś so­bie po­szedł - po­wie­działam. - Za­czy­na­my ju­tro szkołę i obo­je po­win­niśmy się wy­spać.

- Nie mogę te­raz iść. Jest po północy.

Mimo zwol­nień w służbach porządko­wych w mieście wy­zna­czo­no go­dzinę po­li­cyjną dla miesz­kańców, którzy nie skończy­li osiem­na­stu lat. Była za kwa­drans dwu­na­sta. Skłamałam i po­wie­działam Ga­ble'owi, że zdąży, jeśli się po­spie­szy.

- Nie zdążę, Aniu. Mo­ich ro­dziców nie ma w domu. A two­ja bab­cia się nie do­wie, że tu prze­no­co­wałem. Zgódź się i bądź dla mnie miła.

Pokręciłam głową i spróbowałam wyglądać jak ktoś nie­ugięty. To ra­czej trud­ne, kie­dy ma się na so­bie żółty ręcznik w kwiat­ki.

- Właśnie po­wie­działem, że cię ko­cham. Czy to nie ma dla cie­bie zna­cze­nia? - spy­tał Ga­ble.

Za­sta­no­wiłam się chwilę i doszłam do wnio­sku, że nie.

- Nie­spe­cjal­nie. Wiem, że tak na­prawdę nie miałeś tego na myśli.

Ga­ble spoj­rzał na mnie swo­imi dużymi, ale tępymi oczka­mi. Miał taką minę, jak­bym zra­niła jego uczu­cia albo coś w tym sty­lu. Po­tem chrząknął i spróbował in­nej me­to­dy.

- Słuchaj, Aniu, je­steśmy ze sobą pra­wie dzie­więć mie­sięcy. Nig­dy z ni­kim tyle nie byłem. No więc... cze­mu nie?

Wy­mie­niłam ar­gu­men­ty. Po pierw­sze, byliśmy za młodzi. Po dru­gie, nie ko­chałam go. I po trze­cie, i naj­ważniej­sze, nie chciałam sek­su przed ślu­bem. Byłam porządną ka­to­licką dziew­czyną i wie­działam, dokąd pro­wa­dzi tego typu za­cho­wa­nie: pro­sto do piekła. Dla wyjaśnie­nia: wie­rzyłam szcze­rze (i nadal wierzę) w ist­nie­nie nie­ba i piekła, i to nie w sen­sie abs­trak­cyj­nym. Ale o tym później.

W oczach Ga­ble'a było trochę sza­leństwa - może przez to, co zjadł. Pod­niósł się z łóżka i pod­szedł do mnie. Zaczął mnie łasko­tać pod pa­cha­mi.

- Prze­stań - po­pro­siłam. - Poważnie, Ga­ble, to nie jest za­baw­ne. Chcesz, żebym upuściła ręcznik.

- Dla­cze­go wzięłaś prysz­nic, sko­ro nie chciałaś...

Za­po­wie­działam mu, że za­cznę krzy­czeć.

- I co wte­dy? - spy­tał. - Two­ja bab­cia prze­cież nie wsta­nie z łóżka. Twój brat to nie­do­rozwój. A sio­stra jest dziec­kiem. Tyl­ko ich prze­stra­szysz.

Część mnie nie wie­rzyła, że to się dzie­je w moim domu. Że po­ka­załam Ga­ble'owi, jaka je­stem bez­myślna i bez­rad­na. Za­cisnęłam ręcznik pod pa­cha­mi i z całej siły po­pchnęłam Ga­ble'a.

- Leo nie jest nie­do­ro­zwo­jem! - krzyknęłam.

Usłyszałam, że na końcu ko­ry­ta­rza otwie­rają się drzwi, a po­tem roz­legły się kro­ki. Leo, który był tak wy­so­ki jak kie­dyś tata (miał sześć stóp i pięć cali wzro­stu), stanął w pro­gu mo­je­go po­ko­ju, ubra­ny w piżamę ze wzor­kiem w pie­ski i kości.

Cho­ciaż czułam, że dam so­bie radę, ucie­szyłam się na wi­dok bra­ta jak nig­dy dotąd.

- Hej, Aniu! - Leo uścisnął mnie i zwrócił się do mo­je­go pra­wie już byłego chłopa­ka: - Cześć, Ga­ble. Słyszałem hałas. Chy­ba po­wi­nie­neś już iść. Obu­dziłeś mnie, ale nic nie szko­dzi. Będzie go­rzej, jeśli obu­dzisz Nat­ty, bo ona ma ju­tro szkołę.

Leo od­pro­wa­dził Ga­ble'a do drzwi wyjścio­wych. Uspo­koiłam się do­pie­ro wte­dy, gdy usłyszałam, jak Leo za­trza­sku­je drzwi i blo­ku­je je łańcu­chem.

- Twój chłopak nie jest zbyt miły - po­wie­dział Leo, kie­dy wrócił.

- Wiesz co? Też tak myślę - od­parłam.

Pod­niosłam pa­pier­ki po cze­ko­la­dzie, które zo­sta­wił Ga­ble, i zgniotłam je w kulkę. Nana uważała, że je­dy­nym chłopcem w moim życiu, który zasługi­wał na cze­ko­ladę, był mój brat.

Pierw­szy dzień szkoły był ka­ta­strofą. Wszy­scy już wie­dzie­li, że Ga­ble Ar­sley i Ania Ba­lan­chi­ne ze­rwa­li ze sobą. To było iry­tujące. Nie miałam za­mia­ru być jego dziew­czyną po tym, jak się bez­na­dziej­nie za­cho­wał po­przed­nie­go wie­czo­ru, ale chciałam, żeby wszy­scy wie­dzie­li, że to ja ze­rwałam z Ga­ble'em. Chciałabym zo­ba­czyć, jak Ga­ble płacze, krzy­czy albo prze­pra­sza. Odeszłabym od nie­go i nie odwróciłabym się, a on by wołał mnie po imie­niu. Coś w tym sty­lu, ro­zu­mie­cie?

Muszę przy­znać, że plot­ki roz­chodzą się z oszałamiającą prędkością. Młod­sze na­sto­lat­ki nie mogły mieć własnych te­le­fonów, lu­dzie w moim wie­ku nie mie­li pra­wa do pu­bli­ko­wa­nia tekstów w in­ter­ne­cie ani nig­dzie in­dziej bez spe­cjal­ne­go po­zwo­le­nia, a także nie mo­gli wysłać e-ma­ili bez spe­cjal­nej opłaty. A mimo to wszyst­ko wie­dzie­li. Cie­ka­we kłam­stwo roz­chodzi się znacz­nie szyb­ciej niż smut­na, nud­na praw­da. Za­nim zaczęła się trze­cia lek­cja, hi­sto­ria roz­pa­du mo­je­go związku była już jak wy­ry­ta na ka­mien­nej płycie, choć nie ja to zro­biłam.

Opuściłam czwartą lekcję, żeby pójść do spo­wie­dzi.

Kie­dy weszłam do kon­fe­sjo­nału, zo­ba­czyłam nie­wy­raźną syl­wetkę mat­ki Pio­usi­ny. Możecie wie­rzyć lub nie, ale była ona pierwszą ko­bietą księdzem w Szko­le Świętej Trójcy. Cho­ciaż żyliśmy w no­wo­cze­snych cza­sach i lu­dzie byli oświe­ce­ni, wie­lu ro­dziców pro­te­sto­wało, kie­dy w zeszłym roku Rada Krajów Za­mor­skich zgłosiła kan­dy­da­turę mat­ki Pio­usi­ny. Lu­dziom nie od­po­wia­dała kon­cep­cja ko­biety księdza. Święta Trójca była szkołą ka­to­licką i należała do naj­lep­szych szkół na Man­hat­ta­nie. Ro­dzi­ce, którzy płaci­li gi­gan­tycz­ne cze­sne, chcie­li gwa­ran­cji, że at­mos­fe­ra szkoły się nie zmie­ni, nie­za­leżnie od tego, ja­kie na­stro­je za­pa­nują na zewnątrz.

Uklękłam i się przeżegnałam.

- Pobłogosław mnie, mat­ko, al­bo­wiem zgrze­szyłam. Minęły trzy mie­siące od mo­jej ostat­niej spo­wie­dzi...

- Co cię tra­pi, córko?

Po­wie­działam jej, że przez cały ra­nek miałam nie­czy­ste myśli do­tyczące Ga­ble'a Ar­sleya. Nie wy­mie­niłam jego imie­nia i na­zwi­ska, ale przy­pusz­czałam, że mat­ka Pio­usi­na wie, o kogo cho­dzi. Wszy­scy w szko­le wie­dzie­li.

- Czy za­mie­rzasz mieć z nim sto­su­nek? - spy­tała. - Czy­ny są większym grze­chem niż myśli.

- Wiem, mat­ko - po­wie­działam. - To się nie wy­da­rzy. Cho­dzi o to, że ten chłopak roz­pusz­czał plot­ki na mój te­mat. Nie­na­widzę go i chciałabym go zabić albo przy­najm­niej zra­nić.

Mat­ka Pio­usi­na roześmiała się w taki sposób, że po­czułam się urażona.

- Czy to wszyst­ko? - spy­tała.

Po­wie­działam jej, że kil­ka­krot­nie pod­czas tego lata wzy­wałam imię Pana nada­rem­no. Działo się to głównie w cza­sie usta­no­wio­nych przez bur­mi­strza ogra­ni­czeń związa­nych z używa­niem kli­ma­ty­za­cji. Aku­rat w dniu, kie­dy nie mie­liśmy pra­wa do ko­rzy­sta­nia z kli­ma­ty­za­cji, pa­no­wał naj­większy w sierp­niu upał. Były czter­dzieści trzy stop­nie Cel­sju­sza, a licz­ne ma­szy­ny, do których podłączo­no Nanę, pod­wyższały jesz­cze tem­pe­ra­turę w miesz­ka­niu, za­mie­niając je w ist­ne piekło.

- Coś jesz­cze?

- Jesz­cze jed­na rzecz. Moja bab­cia jest bar­dzo cho­ra i cho­ciaż ją ko­cham... - po­wie­działam z trud­nością - cza­sa­mi chciałabym, żeby umarła.

- Nie chcesz pa­trzeć, jak ona cier­pi. Bóg wie, że nie życzysz jej źle, moje dziec­ko.

- Cza­sem zda­rza mi się źle myśleć o zmarłych.

- O kimś kon­kret­nie?

- Głównie o moim ojcu. Cza­sem też o mat­ce. Cza­sa­mi też...

Mat­ka Pio­usi­na prze­rwała mi.

- Być może trzy mie­siące to zbyt długa prze­rwa między jedną spo­wie­dzią a drugą, moja córko - stwier­dziła i roześmiała się zno­wu.

Zde­ner­wo­wało mnie to, ale mówiłam da­lej. Zbliżałam się do naj­trud­niej­szej części.

- Cza­sem wstydzę się mo­je­go bra­ta Leo, po­nie­waż on jest... To nie jego wina. Leo jest naj­wspa­nial­szym, naj­bar­dziej ko­chającym bra­tem, ale... Sio­stra pew­nie wie, że on jest trochę opóźnio­ny w roz­wo­ju. Dzi­siaj chciał od­pro­wa­dzić mnie i Nat­ty do szkoły, ale po­wie­działam mu, że bab­cia po­trze­bu­je go w domu i że spóźni się do pra­cy. To oczy­wiście kłam­stwa.

- Czy to wszyst­ko?

- Tak - od­po­wie­działam, po­chy­lając głowę. - Z całego ser­ca żałuję za moje grze­chy zarówno obec­ne, jak i przeszłe.

Po­tem zmówiłam akt żalu.

- Roz­grze­szam cię w imię Ojca, Syna i Du­cha Świętego - po­wie­działa mat­ka Pio­usi­na.

Po­pro­siła, abym zmówiła Zdro­waś Ma­rio i Oj­cze nasz. Była to nie­zwy­kle łagod­na po­ku­ta.

Po­przed­nik mat­ki Pio­usi­ny, oj­ciec Xa­vier, sto­so­wał znacz­nie su­row­sze kary.

Wstałam. Miałam za­miar od­sunąć czer­woną ko­tarę, kie­dy mat­ka Pio­usi­na zawołała:

- Aniu, za­pal świeczkę za du­sze swo­jej mat­ki i swo­je­go ojca, którzy są w nie­bie.

Odsłoniła ko­tarę i dała mi dwa ku­po­ny na świe­ce.

- Prze­cież mamy je oszczędzać - mruknęłam z nie­za­do­wo­le­niem.

Nawał bez­sen­sow­nych kar­tek i znaczków (czyż nie ka­za­no nam oszczędzać na pa­pie­rze?), ar­bi­tral­ny sys­tem punk­to­wy i wciąż zmie­niające się za­sa­dy spra­wiły, że usta­wy o ra­cjo­no­wa­niu stały się nie do wy­trzy­ma­nia i nie sposób było za nimi nadążyć. Nic dziw­ne­go, że wie­lu lu­dzi za­opa­try­wało się na czar­nym ryn­ku.

- To ma swo­je do­bre stro­ny. Możesz do­stać tyle ho­stii, ile tyl­ko chcesz - po­wie­działa mat­ka Pio­usi­na.

Wzięłam kar­tecz­ki i po­dziękowałam jej.

"Świe­ce nic tu nie po­mogą" - pomyślałam gorz­ko.

Byłam pew­na, że oj­ciec jest w pie­kle.

Dałam ku­po­ny za­kon­ni­cy trzy­mającej wi­kli­no­wy ko­szyk i pudełko z bo­na­mi, a po­tem weszłam do ka­pli­cy i za­pa­liłam świeczkę za duszę mat­ki.

Po­mo­dliłam się o to, żeby mama nie tra­fiła do piekła, cho­ciaż wyszła za mąż za głowę przestępczej ro­dzi­ny Ba­lan­chi­ne'ów.

Za­pa­liłam świeczkę za duszę ojca.

Po­mo­dliłam się, żeby w pie­kle nie było bar­dzo źle, na­wet mor­der­com.

Tak bar­dzo za nimi tęskniłam.

Scar­lett, moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, cze­kała na mnie w holu przed ka­plicą.

- Pan­na Ba­lan­chi­ne opuściła zajęcia z szer­mier­ki pierw­sze­go dnia szkoły - po­wie­działa, biorąc mnie pod ramię. - Nie martw się. Kryłam cię. Wytłuma­czyłam, że we­zwa­no cię w kwe­stiach or­ga­ni­za­cyj­nych.

- Dzięki, Scar­lett.

- Nie ma pro­ble­mu. Już wiem, jak będzie wyglądał ten rok. Idzie­my do stołówki?

- A co in­ne­go mamy do ro­bo­ty?

- Możesz spędzić resztę roku szkol­ne­go, ukry­wając się w koście­le.

- Może zo­stanę za­kon­nicą. Złożę przy­sięgę i wy­ka­suję mężczyzn z mo­je­go życia.

Scar­lett odwróciła się i zmie­rzyła mnie spoj­rze­niem.

- Nie, two­ja twarz nie pa­su­je do ha­bi­tu.

W dro­dze do stołówki Scar­lett opo­wie­działa mi, co Ga­ble mówił lu­dziom na mój te­mat. Domyśliłam się wszyst­kie­go wcześniej. Twier­dził, że ze­rwał ze mną, po­nie­waż myślał, że je­stem uza­leżnio­na od ko­fe­iny. Poza tym uważał, że byłam "kimś w ro­dza­ju dziw­ki", i uznał, że początek roku szkol­ne­go to do­bry czas na "wy­wa­le­nie śmie­ci". Po­cie­szyłam się myślą, że gdy­by tata żył, praw­do­po­dob­nie kazałby zabić Ga­ble'a.

- No więc wiesz - dodała Scar­lett. - Bro­niłam two­je­go ho­no­ru.

Byłam pew­na, że Scar­lett właśnie tak się za­cho­wa. Nie­ste­ty, nikt jej nig­dy nie słuchał. Lu­dzie uważali, że moja przy­ja­ciółka jest zwa­rio­waną dziew­czyną z kółka dra­ma­tycz­ne­go. Miała opi­nię ślicz­nej i nie­obli­czal­nej.

- W każdym ra­zie - po­wie­działa - wszy­scy wiedzą, że Ga­ble Ar­sley to przygłup. Ju­tro nikt nie będzie o tym pamiętał. Lu­dzie plot­kują, bo nie mają praw­dzi­we­go życia. Poza tym jest początek roku i nic cie­ka­we­go jesz­cze się nie wy­da­rzyło.

- Ga­ble stwier­dził, że Leo to nie­do­rozwój. Mówiłam ci o tym?

- Nie! - od­po­wie­działa Scar­lett. - To okrop­ne.

Stałyśmy przed podwójny­mi drzwia­mi, które pro­wa­dziły do stołówki.

- Nie­na­widzę go - po­wie­działam. - Nie­na­widzę go całym ser­cem.

- Wiem - zgo­dziła się Scar­lett, po­py­chając drzwi. - Tak na­prawdę nig­dy nie ro­zu­miałam, co w nim wi­dzisz.

Była dobrą przy­ja­ciółką.

Stołówka miała ścia­ny po­kry­te drew­nia­ny­mi pa­ne­la­mi i li­no­leum tworzącym biało-czarną sza­chow­nicę. Czułam się tam jak sza­cho­wy pio­nek. Zo­ba­czyłam, że Ga­ble sie­dzi przy oknie u szczy­tu jed­ne­go z długich stołów. Był odwrócony ple­ca­mi do drzwi, więc mnie nie zo­ba­czył.

Tego dnia w menu były la­sa­gne, których nie cier­piałam. Czer­wo­ny sos przy­po­mi­nał mi krew i fla­ki, a ser ri­cot­ta - sub­stancję białą mózgu. Trochę się na tym znam, bo wi­działam fla­ki i mózg. W każdym ra­zie stra­ciłam ape­tyt.

Kie­dy usiadłyśmy, po­pchnęłam tacę w stronę Scar­lett.

- Chcesz?

- Jed­na por­cja w zupełności mi wy­star­czy, dzięki.

- No do­brze, może po­roz­ma­wiaj­my o czymś in­nym - za­pro­po­no­wałam.

- Nie chcesz roz­ma­wiać o...

- Nie wy­ma­wiaj jego imie­nia, Scar­lett Bar­ber!

- ...o tym przygłupie - do­po­wie­działa Scar­lett i obie się roześmiałyśmy. - W mo­jej gru­pie z fran­cu­skie­go po­ja­wił się nowy, bar­dzo atrak­cyj­ny chłopak. Wygląda jak praw­dzi­wy mężczy­zna. Jest wy­so­ki, nie wiem, jak to określić... O, męski. Ma na imię Go­odwin, ale mówią na nie­go Win. OMB, no nie?

- Co to zna­czy?

- To taki skrót. Tata mówił mi, że to chy­ba zna­czy "nie­sa­mo­wi­te". Albo coś w tym sty­lu. Nie był pe­wien. Spy­taj swoją bab­cię, do­brze?

Skinęłam głową. Tata Scar­lett był ar­che­olo­giem i za­wsze pach­niał jak śmiet­nik, po­nie­waż spędzał całe dnie, kopiąc na te­re­nach z od­pa­da­mi. Scar­lett da­lej mówiła o no­wym chłopa­ku, ale tak na­prawdę jej nie słuchałam. Nie ob­cho­dziło mnie to. Od cza­su do cza­su kiwałam głową i ob­ra­całam na ta­le­rzu wstrętne la­sa­gne.

Ro­zej­rzałam się po stołówce. Ga­ble po­chwy­cił moje spoj­rze­nie. To, co się wy­da­rzyło w następnej chwi­li, pamiętam jak przez mgłę. Choć Ga­ble później temu za­prze­czał, wydało mi się, że ob­da­rzył mnie szy­der­czym uśmie­chem i szepnął coś do ucha dziew­czy­nie, która sie­działa po jego le­wej stro­nie - była to pierw­szo- lub dru­go­kla­sist­ka, więc jej nie znałam - a po­tem obo­je zaczęli się śmiać. Chwy­ciłam ta­lerz z nie­tkniętą, ale wciąż gorące la­sa­gne (zgod­nie z no­wy­mi prze­pi­sa­mi je­dze­nie pod­grze­wa­no do tem­pe­ra­tu­ry osiem­dzie­sięciu stop­ni Cel­sju­sza, żeby uniknąć groźnych epi­de­mii bak­te­ryj­nych). W następnej chwi­li biegłam po biało-czar­nym li­no­leum jak osza­lały bi­skup. Sos po­mi­do­ro­wy i ri­cot­ta wylądowały na głowie Ga­ble'a.

Ga­ble wstał, prze­wra­cając krzesło. Sta­liśmy twarzą w twarz. Czułam, jak­by wszy­scy lu­dzie zni­kli ze stołówki. Ga­ble zaczął krzy­czeć, wy­po­wia­dając pod moim ad­re­sem słowa, których tu nie powtórzę. Nie mam ocho­ty cy­to­wać długiej li­sty jego wy­zwisk.

- Ska­zuję cię na wiecz­ne potępie­nie - po­wie­działam.

Ga­ble wy­ko­nał taki ruch, jak­by chciał mnie ude­rzyć, ale się po­wstrzy­mał.

- Nie je­steś tego war­ta, Ba­lan­chi­ne. Je­steś szu­mo­winą po­dob­nie jak twoi zmar­li ro­dzi­ce. Wolę pa­trzeć, jak cię za­wieszą w pra­wach ucznia.

Opusz­czając stołówkę, Ga­ble bez­sku­tecz­nie próbował ze­trzeć z włosów sos po­mi­do­ro­wy. Był na nim całym. Uśmiechnęłam się.

Pod ko­niec ósmej lek­cji do­stałam wia­do­mość, że po zajęciach mam się sta­wić w ga­bi­ne­cie dy­rek­tor­ki. Większości uczniów udało się uniknąć kłopotów pierw­sze­go dnia szkoły, więc przed ga­bi­ne­tem cze­kało dosłownie parę osób. Drzwi były za­mknięte, co ozna­czało, że w środ­ku już ktoś był. Na ka­na­pie w holu sie­dział długo­no­gi chłopak, którego nie znałam. Se­kre­tar­ka po­wie­działa mi, żebym zajęła miej­sce. Chłopak miał na głowie sza­ry wełnia­ny ka­pe­lusz, który zdjął, kie­dy prze­cho­dziłam. Spoj­rzał na mnie kątem oka.

- Bójka, tak?

- Tak, można to tak na­zwać.

Nie byłam w na­stro­ju do no­wych zna­jo­mości.

Chłopak skrzyżował ręce na ko­la­nach. Miał na pal­cach zgru­bie­nia. To mnie na­gle za­cie­ka­wiło. Wi­docz­nie za­uważył, że mu się przyglądam, bo spy­tał, na co patrzę.

- Na two­je ręce - od­po­wie­działam. - Są znisz­czo­ne jak na chłopa­ka z mia­sta.

Roześmiał się i wyjaśnił:

- Po­chodzę z północy sta­nu. Mie­liśmy farmę. Stąd pęche­rze. A zgru­bie­nia od gry na gi­ta­rze. Nie je­stem do­bry, ale lubię grać. Resz­ty nie umiem wytłuma­czyć.

- Cie­ka­we - po­wie­działam.

- Cie­ka­we - powtórzył. - Je­stem Win, tak przy oka­zji.

Odwróciłam się, żeby na nie­go spoj­rzeć. Więc to był ten nowy, o którym mówiła Scar­lett. Miała rację. Pa­trze­nie na nie­go ra­czej nie było męką. Wy­so­ki i szczupły. Opa­lo­na skóra i bar­czy­ste ra­mio­na. Co miało pew­nie związek z życiem na far­mie, o której wspo­mniał. Łagod­ne, błękit­ne oczy i usta stwo­rzo­ne ra­czej do uśmie­chu niż gry­ma­su. To nie był mój typ.

Chłopak wyciągnął rękę, a ja wyciągnęłam swoją.

- An... - zaczęłam.

- Ania Ba­lan­chi­ne, wiem. Wszy­scy dziś o to­bie mówią.

- Hm - mruknęłam. Po­czułam, że się czer­wie­nię. - Więc pew­nie myślisz, że je­stem wa­riatką, szmatą, nar­ko­manką i ma­fijną księżniczką. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go ze mną roz­ma­wiasz!

- Nie wiem, jak tu, ale tam, skąd po­chodzę, je­steśmy ostrożni w oce­nia­niu lu­dzi.

- Dla­cze­go tu je­steś? - Zmie­niłam te­mat.

- To bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne py­ta­nie, Aniu.

- Cho­dzi mi o to, dla­cze­go sie­dzisz przed tymi drzwia­mi. Zro­biłeś coś złego?

- Wy­bierz właściwą od­po­wiedź. A: rzu­ciłem kil­ka ostrych uwag na teo­lo­gii. B: dy­rek­tor­ka chce po­gawędzić z no­wym dzie­cia­kiem na te­mat no­sze­nia ka­pe­lu­sza w szko­le. C: z po­wo­du pla­nu lek­cji. Po pro­stu je­stem zbyt in­te­li­gent­ny na uczest­ni­cze­nie w niektórych zajęciach. D: byłem na­ocz­nym świad­kiem sce­ny, w której pew­na dziew­czy­na wyrzu­ciła la­sa­gne na głowę swo­je­go chłopa­ka. E: dy­rek­tor­ka zo­sta­wiła swo­je­go męża i chce uciec ze mną. F: żadna z powyższych od­po­wiedzi. G: każda z powyższych od­po­wiedzi.

- Byłego chłopa­ka - bąknęłam.

- Do­brze wie­dzieć - po­wie­dział.

W tym mo­men­cie drzwi ga­bi­ne­tu dy­rek­tor­ki otwo­rzyły się i na ko­ry­tarz wy­szedł Ga­ble.

Jego twarz była jesz­cze za­czer­wie­nio­na w miej­scach, gdzie wylądował sos. Na białej ko­szu­li miał pla­my. Wie­działam, że jest wściekły.

Rzu­cił mi nie­przy­jem­ne spoj­rze­nie i szepnął:

- Nie było war­to.

Dy­rek­tor­ka wy­sunęła głowę zza drzwi.

- Pa­nie De­la­cro­ix - zwróciła się do Wina. - Czy miałby pan coś prze­ciw­ko temu, żebym naj­pierw po­roz­ma­wiała z panną Ba­lan­chi­ne?

Win wy­ra­ził zgodę i weszłam do ga­bi­ne­tu. Dy­rek­tor­ka za­mknęła drzwi.

Wie­działam, co się wy­da­rzy. Miałam przez resztę ty­go­dnia pełnić dyżur w stołówce. Mimo wszyst­ko nadal uważałam, że war­to było wy­rzu­cić la­sa­gne na głowę Ga­ble'a.

- Pro­ble­my na­tu­ry oso­bi­stej należy roz­wiązywać poza Szkołą Świętej Trójcy, pan­no Ba­lan­chi­ne - po­wie­działa dy­rek­tor­ka.

- Tak, pani dy­rek­tor.

Oczy­wiście mogłabym wspo­mnieć, że Ga­ble próbował mnie zgwałcić na rand­ce po­przed­nie­go wie­czo­ru, ale wy­da­wało się to bez­ce­lo­we.

- Chciałam za­wia­do­mić twoją bab­cię Ga­linę, ale wiem, że nie cie­szy się do­brym zdro­wiem. Nie ma po­trze­by jej nie­po­koić.

- Dziękuję, pani dy­rek­tor. Je­stem bar­dzo wdzięczna.

- Mar­twię się o cie­bie, Aniu. Na­prawdę. Jeśli tego ro­dza­ju za­cho­wa­nie sta­nie się regułą, znisz­czysz swoją re­pu­tację.

Tak jak­by nie wie­działa, że miałam złą re­pu­tację od uro­dze­nia.

Kie­dy wyszłam z ga­bi­ne­tu, moja dwu­na­sto­let­nia sio­stra Nat­ty sie­działa obok Wina. Wi­docz­nie Scar­lett po­wie­działa jej, gdzie mnie szu­kać. A może Nat­ty sama na to wpadła - nie po raz pierw­szy za­pro­szo­no mnie do ga­bi­ne­tu dy­rek­tor­ki. Nat­ty miała na głowie ka­pe­lusz Wina. Naj­wy­raźniej zo­sta­li so­bie przed­sta­wie­ni. Z mo­jej sio­stry była niezła flir­cia­ra! Nie bra­ko­wało jej uro­ku oso­bi­ste­go. Miała długie, lśniące czar­ne włosy. Ta­kie jak moje, tyle że całkiem pro­ste. Ja miałam nie­sfor­ne loki.

- Prze­pra­szam, że za­brałam two­je miej­sce w ko­lej­ce - po­wie­działam do Wina.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Od­daj Wi­no­wi ka­pe­lusz - zwróciłam się do Nat­ty.

- Do­brze w nim wyglądam - od­parła, trze­począc rzęsami.

Zdjęłam ka­pe­lusz z jej głowy i wręczyłam go Wi­no­wi.

- Dziękuję za ba­by­sit­ting - po­wie­działam.

- Prze­stań mnie in­fan­ty­li­zo­wać - za­pro­te­sto­wała Nat­ty.

- In­te­re­sujące słowo - sko­men­to­wał Win.

- Dziękuję - od­parła Nat­ty. - Tak się składa, że znam ich mnóstwo.

Żeby zro­bić na złość sio­strze, wzięłam ją za rękę. Za­nim weszłyśmy do holu, odwróciłam się i po­wie­działam:

- Wy­bie­ram C. Je­steś zbyt mądry, żeby uczest­ni­czyć w zajęciach.

Win mrugnął, a może mi się tyl­ko wy­da­wało.

- Nie po­wiem ci.

Nat­ty wes­tchnęła.

- Och. To mi się po­do­ba.

Przewróciłam ocza­mi i wyszłyśmy na dwór.

- Na­wet o tym nie myśl. On jest dla cie­bie za sta­ry.

- Tyl­ko czte­ry lata różnicy - po­wie­działa Nat­ty. - Spy­tałam go.

- To duża różnica wie­ku. Masz dwa­naście lat.

Spóźniłyśmy się na au­to­bus, którym zwy­kle wra­całyśmy do domu. Następny był do­pie­ro za go­dzinę, zgod­nie z no­wym roz­porządze­niem władz mia­sta. Chciałam być w domu, za­nim Leo wróci z pra­cy. Zde­cy­do­wałam, że będzie szyb­ciej, jeśli pójdzie­my przez park. Tata opo­wie­dział mi kie­dyś, że w cza­sach jego dzie­ciństwa w par­ku były drze­wa, kwia­ty, wie­wiórki i je­zio­ra, po których lu­dzie pływa­li w łódkach ka­noe, sprze­daw­cy ofe­ro­wa­li wszel­kie wy­obrażalne rze­czy do je­dze­nia, działało zoo, w le­cie od­by­wały się loty ba­lo­na­mi, kon­cer­ty i przed­sta­wie­nia, a w zi­mie jaz­da na łyżwach i san­kach. Te­raz było tu in­a­czej. Je­zio­ra wyschły albo zo­stały osu­szo­ne i pra­wie cała roślin­ność wy­marła. W par­ku nadal stało kil­ka posągów po­kry­tych graf­fi­ti, połama­nych ławek i opusz­czo­nych bu­dynków, ale trud­no było so­bie wy­obrazić, że kto­kol­wiek chciałby tam spędzać czas dla przy­jem­ności. Dla Nat­ty i dla mnie park był półmi­lo­wym od­cin­kiem, który chciałyśmy po­ko­nać tak szyb­ko, jak to możliwe. Po za­pad­nięciu zmro­ku gro­ma­dziły się w nim męty z całego mia­sta. Nie mam pojęcia, dla­cze­go park zmie­nił się na gor­sze, ale w mieście roiło się od ta­kich miejsc. Przy­czyn było kil­ka: brak fun­du­szy, wody i or­ga­ni­za­cji.

Nat­ty była na mnie wściekła za to, że użyłam w obec­ności Wina słowa "ba­by­sit­ting", i nie chciała ze mną roz­ma­wiać. Szłyśmy przez Wiel­ki Traw­nik (kie­dyś pew­nie rosła tam tra­wa). Na­gle Nat­ty puściła się pędem przed sie­bie i prze­biegła z dwa­dzieścia pięć stóp.

Po­tem pięćdzie­siąt.

Po­tem sto.

- Prze­stań, Nat­ty! - krzyknęłam. - To nie­bez­piecz­ne! Masz się trzy­mać bli­sko mnie!

- Prze­stań mówić na mnie Nat­ty. Przy­po­mi­nam, że mam na imię Na­ta­lia, Anno Le­oni­dow­no Ba­lan­chi­ne. I po­tra­fię się sobą zająć!

Zaczęłam biec i próbowałam ją do­go­nić, ale Nat­ty szyb­ko się od­da­liła. Po chwi­li le­d­wo ją wi­działam, była małym punk­ci­kiem w szkol­nym stro­ju. Biegłam co­raz szyb­ciej.

Nat­ty zbliżała się do oszklo­nej części wiel­kie­go bu­dyn­ku, w którym kie­dyś było mu­zeum sztu­ki (obec­nie działał tam klub), i zna­lazła się w nie­cie­ka­wym to­wa­rzy­stwie.

Zo­ba­czyłam chu­de­go jak szcza­pa dzie­cia­ka w łach­ma­nach. Iro­nia losu spra­wiła, że miał na so­bie sta­ry jak świat pod­ko­szu­lek z na­pi­sem "Fa­bry­ka Cze­ko­la­dy Ba­lan­chi­ne". Przyłożył pi­sto­let do głowy mo­jej sio­stry.

- A te­raz buty - po­wie­dział pi­skli­wym głosem.

Nat­ty chlipnęła i schy­liła się, żeby roz­wiązać buty.

Spoj­rzałam na chłopa­ka. Był wy­chu­dzo­ny, ale bar­czy­sty. Uznałam, że dam so­bie z nim radę. Ro­zej­rzałam się i spraw­dziłam, czy nie ma wspólników. Byliśmy sami. Pro­blem sta­no­wił pi­sto­let i dla­te­go na nim się sku­piłam. To, co zro­biłam w następnej chwi­li, może się wydać sza­lo­ne, ale stanęłam między chłopa­kiem a Nat­ty, zasłaniając ją swo­im ciałem.

- Aniu! Nie! - krzyknęła moja sio­strzycz­ka.

Tata na­uczył mnie paru rze­czy o pi­sto­le­tach, więc wie­działam, że broń tego dzie­cia­ka nie miała ma­ga­zyn­ka. In­ny­mi słowy - żad­nych na­boi, chy­ba że je­den tkwił w ko­mo­rze. Założyłam jed­nak, że nie było go tam.

- Dla­cze­go nie za­cze­pisz kogoś równe­go so­bie? - spy­tałam chłopa­ka.

Był trzy cale niższy od Nat­ty. Te­raz wi­działam go z bli­ska i wydał się jesz­cze młod­szy, niż myślałam - mógł mieć osiem albo dzie­więć lat.

- Za­strzelę cię - za­gro­ził chłopak. - Zro­bię to.

- Tak? - spy­tałam. - Chciałabym to zo­ba­czyć.

Chwy­ciłam pi­sto­let za lufę. Chciałam wy­rzu­cić go w krza­ki, ale nie mogłam po­zwo­lić, żeby chłopak go od­szu­kał i ter­ro­ry­zo­wał ko­lej­ne oso­by. Scho­wałam pi­sto­let do to­reb­ki. Był całkiem ładny. Gdy­by działał, pew­nie obie z Nat­ty już byśmy nie żyły.

- Rusz się, Nat­ty. Od­bierz mu swo­je rze­czy.

- Jesz­cze nic nie wziął - po­wie­działa moja sio­stra.

Była roz­dy­go­ta­na.

Skinęłam głową. Podałam Nat­ty chu­s­teczkę, którą trzy­małam w kie­sze­ni, i po­le­ciłam, żeby wy­tarła nos.

W tym mo­men­cie nie­doszły przestępca wy­buchnął płaczem.

- Od­daj mój pi­sto­let!

Chłopiec rzu­cił się na mnie, ale był słaby, pew­nie z głodu. Po­czułam, że to sama skóra i kości.

- Posłuchaj, przy­kro mi, ale zgi­niesz, jeśli będziesz wy­ma­chi­wać lu­dziom przed no­sem tym ze­psu­tym pi­sto­le­tem.

To była praw­da. Nie byłam je­dyną osobą, która mogła za­uważyć brak ma­ga­zyn­ka w pi­sto­le­cie. Ktoś inny pew­nie zdzie­liłby dzie­cia­ka między oczy bez za­sta­no­wie­nia. Czułam się źle, od­bie­rając tę broń, więc dałam mu wszyst­kie pie­niądze, które miałam przy so­bie. Nie było tego zbyt wie­le, ale pomyślałam, że przy­najm­niej chłopak kupi so­bie pizzę na wieczór. Dzie­ciak przyjął pie­niądze bez na­mysłu. Po­tem wy­krzy­czał obelgę pod moim ad­re­sem i zniknął w głębi par­ku.

Nat­ty podała mi rękę. Szłyśmy w mil­cze­niu, aż zna­lazłyśmy się w bez­piecz­nej od­ległości od Piątej Alei.

- Dla­cze­go to zro­biłaś, Aniu? - szepnęła Nat­ty, kie­dy cze­kałyśmy na światłach. Jej głos z tru­dem prze­bi­jał się przez hałas mia­sta. - Dla­cze­go dałaś mu to wszyst­ko po tym, jak próbował mnie okraść?

- Bo on miał mniej szczęścia niż my, Nat­ty. A tata za­wsze mówił, żeby oka­zy­wać współczu­cie tym, którzy mają mniej szczęścia.

- Ale tata za­bi­jał lu­dzi, praw­da?

- Tak - przy­znałam. - Tata był skom­pli­ko­waną osobą.

- Cza­sem nie mogę so­bie przy­po­mnieć, jak wyglądał - wy­znała Nat­ty.

- Wyglądał jak Leo - po­wie­działam. - Też był wy­so­ki. Miał ta­kie same czar­ne włosy. Ta­kie same nie­bie­skie oczy. Tata miał su­ro­we spoj­rze­nie, a Leo ma w oczach łagod­ność.

Kie­dy do­tarłyśmy do miesz­ka­nia, Nat­ty poszła do swo­je­go po­ko­ju, a ja zaczęłam się rozglądać za czymś na ko­lację. Nie byłam uta­len­to­waną ku­charką, ale gdy­bym nie go­to­wała, wszy­scy umar­li­byśmy z głodu. Może oprócz Nany, która do­sta­wała je­dze­nie przez rurkę. Kar­miła ją pra­cow­ni­ca opie­ki społecz­nej o imie­niu Imo­gen.

Za­go­to­wałam sześć kubków wody, zgod­nie z in­strukcją na opa­ko­wa­niu, i wrzu­ciłam do niej ma­ka­ron. Przy­najm­niej Leo będzie za­do­wo­lo­ny. Ma­ka­ron z se­rem był jego ulu­bioną po­trawą. Za­pu­kałam do jego po­ko­ju, żeby prze­ka­zać dobrą wia­do­mość. Nie było od­po­wie­dzi, więc otwo­rzyłam drzwi. Leo pra­co­wał w kli­ni­ce we­te­ry­na­ryj­nej na nie­pełnym eta­cie. Po­wi­nien był wrócić do domu przed dwie­ma go­dzi­na­mi, ale pokój świe­cił pust­ka­mi. Za­stałam w nim tyl­ko ko­lekcję plu­szo­wych lwów. Pa­trzyły na mnie py­tająco swo­imi mar­twy­mi, pla­sti­ko­wy­mi ocza­mi.