Moja Lady Jane - Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows

-
Proszę czekać

Prolog

Tylko wydaje ci się, że wiesz, jak było. Ofi­cjalna wer­sja jest taka: dawno temu żyła sobie szes­na­sto­latka imie­niem Jane Grey, którą zmu­szono do mał­żeń­stwa z kom­plet­nie obcą osobą (lor­dem Głup­for­dem, Gów­for­dem czy jak mu tam), a wkrótce potem sta­nęła na czele pań­stwa. Kró­lo­wała przez całe dzie­więć dni. A potem stra­ciła głowę. Dosłow­nie.

Tak, to bar­dzo przy­gnę­bia­jące, jeśli kogoś przy­gnę­bia pospieszne odłą­cze­nie głowy od ciała (jeste­śmy tylko nar­ra­tor­kami i nie chcemy wci­skać ludziom, co ma ich przy­gnę­biać czy mar­twić).

I mamy do opo­wie­dze­nia zupeł­nie inną histo­rię.

Ale uwaga, tro­chę zmie­ni­ły­śmy kilka pomniej­szych szcze­gó­łów, a kilka więk­szych zmie­ni­ły­śmy zupeł­nie. Nie­które imiona zostały zmo­dy­fi­ko­wane, aby chro­nić nie­win­nych (czy niezupeł­nie nie­win­nych) albo tych, któ­rzy mieli głu­pie imię, które nam się nie podo­bało. No i doda­ły­śmy szczyptę magii, żeby było cie­ka­wiej. Żeby zro­bić tak, by wszystko było moż­liwe.

Chcemy wam poka­zać, jak naszym zda­niem powinna się poto­czyć histo­ria Jane.

Opo­wieść zaczyna się w Anglii (czy raczej w jakiejś alter­na­tyw­nej Anglii, skoro mani­pu­lu­jemy histo­rią) w poło­wie szes­na­stego wieku. Były to nie­spo­kojne czasy, zwłasz­cza jeśli było się E?ianinem (jeśli ktoś nie zna tego słowa, wyma­wiać: e-wia-nin). E?ianie cie­szyli się bło­go­sła­wień­stwem (lub smu­cili prze­kleń­stwem, zależy od punktu widze­nia), jakim była zmien­no­kształt­ność, to jest umie­jęt­ność prze­mie­nia­nia się z czło­wieka w zwie­rzę i odwrot­nie. Na przy­kład nie­któ­rzy ludzie mogli zmie­niać się w koty, co przy­czy­niło się do dra­stycz­nego zwięk­sze­nia kon­sump­cji tuń­czyka oraz zmniej­sze­nia popu­la­cji angiel­skich szczu­rów (ale ponie­waż inni zmie­niali się w szczury, wła­ści­wie nikt nie zauwa­żył).

Nie­któ­rzy sądzili, że ta zwie­rzęca magia to coś wspa­nia­łego, ale oczy­wi­ście zna­leźli się i tacy, któ­rzy byli prze­ko­nani, że to abo­mi­na­cja, którą należy natych­miast zmieść z powierzchni ziemi. Ci dru­dzy (zwani Nie­ska­la­nymi) wie­rzyli, że ludzie nie powinni być niczym innym jak ludź­mii wła­śnie. A ponie­waż Nie­ska­la­nych było wię­cej i spra­wo­wali wła­dzę, prze­śla­do­wali E?ianów i na nich polo­wali, aż więk­szość wybili lub zmu­sili do ukry­wa­nia się.

Prze­nie­śmy się teraz na angiel­ski dwór. Jest piękne popo­łu­dnie, a dopro­wa­dzony do szału król Hen­ryk VIII zmie­nia się w wiel­kiego lwa i pożera nadwor­nego bła­zna ku ucie­sze zgro­ma­dzo­nej publicz­no­ści. Dwo­rza­nie klasz­czą z entu­zja­zmem, bo nikt za bła­znem nie prze­pa­dał. (Po chwili, gdy oka­zało się, że to nie była żadna ukar­to­wana zawczasu sztuczka i że lew naprawdę pożarł nadwor­nego tref­ni­sia, publicz­ność prze­stała kla­skać, ale i tak dało się sły­szeć: "Dobrze mu tak" i "Sam się pro­sił, sku­bany").

Tej samej nocy król Hen­ryk, powró­ciw­szy do ludz­kiej postaci, orzekł, że E?ianie nie są w sumie tacy źli i że odtąd cie­szyć się będą tymi samymi pra­wami i przy­wi­le­jami co Nie­ska­lani. Decy­zja o usank­cjo­no­wa­niu sta­ro­żyt­nej magii roze­szła się po Euro­pie, jak kręgi wodne roz­cho­dzą się po tafli jeziora, do któ­rego wrzu­cono kamień. Zwierzch­nik Kościoła Nie­ska­la­nych nie był ura­do­wany decy­zją króla, ale za każ­dym razem, gdy Rzym wysy­łał edykt potę­pia­jący dekret kró­lew­ski, Król Lew zja­dał posłańca.

Stąd powie­dze­nie: nie zja­daj posłańca.

Kiedy król Hen­ryk zmarł, tron odzie­dzi­czył jego jedyny syn Edward. Nasza histo­ria roz­po­czyna się więc w cza­sach cokol­wiek burz­li­wych, gdy nara­stają ani­mo­zje pomię­dzy E?ianami i Nie­ska­la­nymi i gdy nasto­letni król sie­dzi na angiel­skim tro­nie jak na szpil­kach, a pewien młody lord i lady nie mają bla­dego poję­cia, jak spek­ta­ku­lar­nie połą­czą się ich losy.

Total­nie wbrew ich woli.

Rozdział 1

Edward

Król, jak się oka­zało, umie­rał.

-?Ile mi zostało? -?spy­tał mistrza Boubou, kró­lew­skiego leka­rza. -?Kiedy umrę?

Boubou otarł spo­cone czoło. Nie lubił przy­no­sić wład­com złych wie­ści. W jego fachu cza­sem koń­czyło się to na sza­fo­cie. Albo gorzej.

-?Pół roku, może rok -?skrzek­nął. -?Naj­wy­żej.

A niech to wszy­scy dia­bli -?pomy­ślał Edward (ale nie powie­dział na głos; był w końcu kró­lem, a kró­lowi to nie przy­stoi). Prawda, cho­ro­wał od kilku mie­sięcy, ale prze­cież miał tylko szes­na­ście lat. Nie mógł być umie­ra­jący. Prze­zię­bił się i tyle. Może i wyjąt­kowo długo zma­gał się z kasz­lem, może zbyt czę­sto ści­skało go w piersi i męczyła go gorączka, może cier­piał migreny i nieco za czę­sto dozna­wał zawro­tów głowy, może i dopa­dał go jakiś dziwny absmak, ale żeby zaraz umie­rać?

-?Pewien jesteś? -?spy­tał. Boubou kiw­nął głową.

-?Przy­kro mi, Wasza Wyso­kość. To krztu­sica. Krztu­sica? Oj, nie­do­brze.

Edward zdu­sił napad kaszlu. Od razu poczuł się gorzej, zupeł­nie jakby jego płuca usły­szały dia­gnozę dok­tora i posta­no­wiły skró­cić wła­sne męki. Widy­wał cho­rych na krztu­sicę, któ­rzy nie­ustan­nie kasłali w obstru­piałe, popla­mione krwią chustki, chwiali się na nogach i drżeli. Zwy­kle szybko umy­kali z salo­nów po z tru­dem wydy­sza­nych prze­pro­si­nach, by nie gor­szyć dam swą powolną i bole­sną śmier­cią.

-?Jesteś... pewny? -?powtó­rzył pyta­nie. Boubou pogme­rał pal­cami przy koł­nie­rzu.

-?Mogę zaapli­ko­wać Waszej Wyso­ko­ści mik­stury uśmie­rza­jące ból i upew­nić się, że będzie Waszej Wyso­ko­ści wygod­nie aż do ostat­niego dnia, ale... tak, jestem pewien.

Koniec. Cześć pie­śni. Finito. To straszne.

-?Ale... -?Ale prze­cież tyle jesz­cze chciał w życiu zro­bić. Po pierw­sze: poca­ło­wać dziew­czynę, naj­le­piej jakąś ładną, a jesz­cze lepiej "tę jedyną". I kto wie, może nawet z języcz­kiem (to ta nowo­modna tech­nika cało­wa­nia, którą dopiero co wymy­ślono we Fran­cji). Chciał wypra­wiać wiel­kie, pełne prze­py­chu bale, w cza­sie któ­rych mógłby się popi­sać swo­imi umie­jęt­no­ściami tanecz­nymi. Chciał w końcu poko­nać mistrza broni na mie­cze, bo tylko nauczy­ciel szer­mierki Łomot zapo­mi­nał mu się pod­kła­dać pod­czas spa­rin­gów. Chciał zwie­dzić swoje kró­le­stwo i w ogóle podró­żo­wać po świe­cie. Chciał upo­lo­wać jakąś wielką bestię i powie­sić jej łeb nad komin­kiem. Chciał się wspiąć na Scaf­fel Pike, wejść tak wysoko, jak to tylko moż­liwe w Anglii, i spoj­rzeć z góry na roz­cią­ga­jący się u jego stóp kra­jo­braz, a następ­nie powie­dzieć sam do sie­bie: wła­dasz wszyst­kim, co opro­mie­nia słońce.

Ale naj­wi­docz­niej nie dokona żad­nej z tych rze­czy.

Przed­wcze­sna -?tak opi­szą jego śmierć. Król Edward zmarł w kwie­cie wieku. Król Edward zmarł tra­gicz­nie. Już sły­szał wyśpie­wy­wane przez min­streli bal­lady o wiel­kim królu, który odszedł zbyt szybko.

Legł w gro­bie król Edward, co wykasz­lał płuca,

Przy­naj­mniej char­ka­niem ciszy nie zakłóca.

-?Chcę opi­nii dru­giego leka­rza. Lep­szej od two­jej. -?Spo­czy­wa­jąca na opar­ciu tronu ręka Edwarda zaci­snęła się w pięść. Zadrżał, gdy nagle owio­nął go chłód, i szczel­niej otu­lił się obszytą futrem szatą.

-?Ma się rozu­mieć, Wasza Wyso­kość -?zgo­dził się Boubou, wyco­fu­jąc się do wyj­ścia.

Edward spo­strzegł strach w oczach dok­tora i przez chwilę nosił się z myślą wtrą­ce­nia go do lochu. Był w końcu kró­lem, a król zawsze dosta­wał, czego chciał, a nie przyj­mo­wał tego, czego nie chciał. W tej chwili bar­dzo nie chciał umie­rać. Prze­su­nął pal­cami po zło­tym szty­le­cie u pasa, a Boubou cof­nął się o krok na ten widok.

-?Wasza Wyso­kość, jest mi nie­wy­mow­nie przy­kro -?wybeł­ko­tał w pod­łogę sta­rzec. -?Bła­gam, niech Wasza Wyso­kość nie zjada posłańca.

Edward wydał z sie­bie cięż­kie wes­tchnie­nie. Nie był swoim ojcem, który rze­czy­wi­ście mógłby w takiej sytu­acji zmie­nić się w lwa i pożreć nie­szczę­śnika za dostar­cze­nie złych wia­do­mo­ści. Edward nie odzie­dzi­czył zdol­no­ści ojca. Czym od zawsze czuł się roz­cza­ro­wany.

-?Możesz odejść, Boubou -?powie­dział po pro­stu.

Lekarz ode­tchnął z ulgą i ruszył do drzwi jak wystrze­lony z kata­pulty, zosta­wia­jąc Edwarda samego w obli­czu nad­cho­dzą­cej śmierci.

-?A niech to wszy­scy dia­bli... -?mruk­nął pod nosem ekwi­wa­lent dzi­siej­szego "cho­lera". Krztu­sica to wyjąt­kowo nie­kró­lew­ski spo­sób na roz­sta­nie się z życiem.

*

Jakiś czas potem, gdy wie­ści o rychłej śmierci monar­chy roze­szły się po pałacu, zło­żyły mu wizytę jego sio­stry. Król sie­dział na para­pe­cie wycho­dzą­cego na dzie­dzi­niec okna w rogu jed­nej z połu­dnio­wych wież Gre­en­wich Palace, swoim ulu­bio­nym miej­scu w całym pałacu. Maj­tał nogami, obser­wu­jąc krzą­ta­ją­cych się w dole ludzi, wsłu­chany w jed­no­stajny szum Tamizy. Wresz­cie pojął, jaki jest Sens Życia, i że ową Wielką Tajem­nicę można stre­ścić w jed­nym zda­niu.

Życie jest krót­kie, a potem umie­rasz.

-?Edwar­dzie -?wymru­czała Bess, obda­rza­jąc go współ­czu­ją­cym uśmie­chem i usa­da­wia­jąc się obok. -?Tak mi przy­kro, bra­ciszku.

Pró­bo­wał odpo­wie­dzieć uśmiesz­kiem. Edward był praw­dzi­wym mistrzem uśmiesz­ków, była to jego naj­skru­pu­lat­niej dopra­co­wana kró­lew­ska umie­jęt­ność. Zdo­łał jed­nak tylko skrzy­wić się tak, że jego twarz przy­brała żało­sny, nie­okre­ślony gry­mas.

-?A więc już wie­cie -?powie­dział, siląc się na obo­jętny ton. - Oczy­wi­ście, mam zamiar skon­sul­to­wać dia­gnozę Boubou z innym leka­rzem. Czuję się zupeł­nie dobrze.

-?Och, kochany Eddie -?wydu­siła Maria, muska­jąc hafto­waną chustką kącik oka. -?Mój kochany chłop­cze. Moja biedna pta­szyno...

Przy­mknął oczy. Nie lubił, gdy zwra­cano się do niego per Eddie, nie zno­sił, gdy mówiono do niego, jakby wciąż był pacho­lę­ciem w krót­kich poń­czo­chach, ale tole­ro­wał, gdy robiła to Maria. Od zawsze współ­czuł swoim sio­strom, które ojciec ogło­sił cór­kam z nie­pra­wego łoża. W tam­tym roku, gdy tata, król Hen­ryk VIII, po raz pierw­szy przy­brał zwie­rzęcą formę -?ludzie nazwali go Rokiem Lwa -?zaraz potem wydał edykt, że odtąd to król będzie podej­mo­wał wszyst­kie decy­zje, anu­lo­wał więc swoje mał­żeń­stwo z matką Marii i umie­ścił ją w klasz­to­rze, gdzie miała spę­dzić resztę swo­ich dni, a wszystko po to, by mógł poślu­bić matkę Bess, jedną z naj­ład­niej­szych panien na wyda­niu. Lecz gdy Żona Numer Dwa nie obda­rzyła go męskim potom­kiem, a po dwo­rze zaczęły krą­żyć plotki, że kró­lowa Anna jest E?ianką i co jakiś czas zmie­nia się w czar­nego kota, by mogła prze­my­kać nie­po­strze­że­nie pała­co­wymi kory­ta­rzami do kom­nat pew­nego min­strela, król kazał obciąć jej głowę. Żona Numer Trzy (czyli matka Edwarda) zro­biła wszystko jak należy: uro­dziła dziecko o wła­ści­wych geni­ta­liach, które miało w przy­szło­ści zasiąść na tro­nie Anglii, a póź­niej, ponie­waż nie była z tych, co lubią się cheł­pić dobrze odwa­loną robotą, nie­zwłocz­nie wzięła i zmarła. Król Hen­ryk miał jesz­cze trzy żony (kolejno: anu­lo­waną, pozba­wioną głowy i tę szczę­ściarę, co go prze­żyła), ale ani jed­nego potomka.

Było ich więc tylko troje: Maria, Bess i Edward. Sta­no­wili osobny gatu­nek nie­do­pa­so­wa­nej rodziny, bo ich ojciec naj­praw­do­po­dob­niej był sza­lony i defi­ni­tyw­nie nie­bez­pieczny, nawet w ludz­kiej for­mie, zaś ich matki zmarły bądź prze­by­wały na wygna­niu. Dzieci zawsze dobrze się ze sobą doga­dy­wały, ponie­waż żadne nie miało wąt­pli­wo­ści, kto zasią­dzie na tro­nie. Oczy­wi­ście, że Edward. Bo miał mię­dzy nogami to, co wszy­scy inni chłopcy.

Był kró­lem, odkąd skoń­czył dzie­więć lat. Wła­ści­wie to jak przez mgłę pamię­tał czasy, gdy jesz­cze kró­lem nie był, a do dziś uwa­żał, że monar­szy stan bar­dzo mu służy. Na wiele mi się zdała korona -?pomy­ślał z gory­czą. Wolałby być czło­wie­kiem z gminu, synem kowala, dajmy na to. Wtedy może zdą­żyłby nieco sko­rzy­stać z życia, zanim śmierć zabra­łaby go z tego łez padołu. Przy­naj­mniej miałby już za sobą pierw­szy poca­łu­nek.

-?A tak naprawdę, jak się czu­jesz? -?spy­tała Maria z powagą. Maria wszystko mówiła z powagą.

-?Jak­bym zapadł na krztu­sicę -?odparł. -?Cie­kawe czemu.

To przy­wo­łało na usta Bess cień uśmie­chu, ale Maria tylko potrzą­snęła głową. Ni­gdy nie śmiała się z jego żar­tów. On i Bess od lat nazy­wali ją za jej ple­cami Marią Starą Maleńką, bo pomimo słusz­nego wieku bywała zdzie­cin­niała. Nie bawiło jej nic poza egze­ku­cjami zdraj­ców i pale­niem na sto­sie bied­nych E?ianów. Była zaska­ku­jąco żądna krwi, jeśli cho­dziło o E?ianów. Miała ich za plu­ga­wych here­ty­ków.

-?Wie­cie, krztu­sica zabrała mi matkę. -?Maria nie­spo­koj­nie wykrę­ciła chustkę w pal­cach.

-?Wiemy. -?Choć tak naprawdę Edwar­dowi zawsze wyda­wało się, że przy­czyną zgonu kró­lo­wej Kata­rzyny było raczej zła­mane serce niż cho­roba. Z dru­giej strony powszech­nie wia­domo, że w zdro­wym ciele zdrowy duch, a gdy duch cho­ruje, ciało prędko idzie w jego ślady.

A zaraz potem naszła go myśl, że on ni­gdy nie będzie miał zła­ma­nego serca. Naparła na niego nowa fala żało­ści. Ni­gdy się nie zako­cha.

-?To straszna śmierć -?cią­gnęła Maria. -?Kasz­lesz i kasz­lesz, aż wyka­słu­jesz płuca.

-?Dzięki -?odpo­wie­dział. -?Od razu mi lepiej.

Zawsze mil­cząca w pobliżu sio­stry Bess posłała Marii wście­kłe spoj­rze­nie i nakryła dłoń Edwarda wła­sną, urę­ka­wi­czoną.

-?Czy możemy coś dla cie­bie zro­bić?

Wzru­szył ramio­nami. Oczy go pie­kły. Przy­rzekł sobie, że nie będzie pła­kał, bo płacz jest dla dziew­czyn i małych dzieci, nie dla kró­lów, a poza tym łzy niczego nie zmie­nią.

Bess ści­snęła jego dłoń.

Odpo­wie­dział tym samym, wcale nie pła­cząc, po czym powró­cił do gapie­nia się przez okno i roz­my­ślań o sen­sie życia.

Życie jest krót­kie. A potem umie­rasz.

Cza­sem szyb­ciej, niż myślisz. Za pół roku, może rok. Ten rok wydał mu się teraz strasz­nie krót­kim okre­sem. Zeszłej wio­sny słynny wło­ski astro­log posta­wił Edwar­dowi horo­skop, a potem orzekł, że król prze­żyje jesz­cze czter­dzie­ści lat.

Wycho­dziło na to, że wło­scy astro­lo­go­wie to zgraja zatra­co­nych kłam­ców.

-?Ale przy­naj­mniej możesz być spo­kojny, że wszystko będzie w naj­lep­szym porządku, jak już odej­dziesz -?wyrze­kła Maria z powagą.

-?Co pro­szę? -?spy­tał, prze­szy­wa­jąc ją wzro­kiem.

-?Cho­dzi mi o kró­le­stwo -?dodała z jesz­cze więk­szą powagą. -?Kró­le­stwo trafi w dobre ręce.

Wła­ści­wie to od czasu pozna­nia dia­gnozy w ogóle nie zaprząt­nął sobie głowy kró­le­stwem. Był zbyt zajęty kon­tem­pla­cją wyka­sły­wa­nia wła­snych płuc. Doszedł do wnio­sku, że jak już umrze, będzie mu wszystko jedno, gdzie są jego płuca.

-?Mario! -?zła­jała ją Bess. -?To nie czas na poli­tykę.

Zanim Maria zdą­żyła wdać się w kłót­nię (a sądząc po wyra­zie jej twa­rzy, miała wielką ochotę powie­dzieć, że zawsze jest czas na poli­tykę), roz­le­gło się puka­nie do drzwi.

-?Wejść -?zawo­łał Edward, a w szpa­rze mię­dzy drzwiami a futryną uka­zał się wielki orli nos Johna Dudleya, księ­cia Nor­thum­ber­land i Lorda Prze­wod­ni­czą­cego kró­lew­skiej Taj­nej Rady.

-?Ach, Wasza Wyso­kość, takem myślał, że cię tu znajdę -?powie­dział, dostrze­gł­szy Edwarda. Prze­mknął wzro­kiem po Marii i Bess, jakby nie zamie­rzał poświę­cić im wię­cej czasu niż to konieczne, by je roz­po­znać. - Księż­niczko Mario, księż­niczko Elż­bieto, wyglą­dają panienki kwit­nąco - rzu­cił, po czym całą uwagę poświę­cił Edwar­dowi. -?Wasza Wyso­kość, czy mógł­bym na słówko?

-?Nawet na kilka -?odparł Edward.

-?W cztery oczy -?wykla­ro­wał lord Dudley. -?W kom­na­cie narad. Edward wstał i otrze­pał spodnie. Ski­nął sio­strom na poże­gna­nie, a one dygnęły dwor­nie. Potem dał się popro­wa­dzić lor­dowi Dudley­owi w dół scho­dów i przez dłu­gie pała­cowe kory­ta­rze do kom­nat, gdzie kró­lew­scy doradcy nie­stru­dze­nie odda­wali się papier­ko­wej robo­cie, nie­odzow­nej przy zarzą­dza­niu pań­stwem oraz podej­mo­wa­niu wszyst­kich moż­li­wych decy­zji. Sam król ni­gdy tu nie zaglą­dał, chyba że jakiś ważny doku­ment wyma­gał jego pod­pisu lub jakaś inna ważna sprawa wyma­gała jego oso­bi­stej uwagi. Co pra­wie się nie zda­rzało.

Dudley zamknął drzwi za kró­lem.

Zdy­szany od mar­szu Edward uto­nął w mięk­kim aksa­mi­cie, któ­rym obity był tron, potężne sie­dzi­sko z wyso­kim opar­ciem usta­wione u szczytu pół­kola krze­seł (na któ­rych zwy­kle zasia­dało trzy­dzie­stu człon­ków Taj­nej Rady Anglii). Dudley podał kró­lowi chustkę, którą ten przy­ło­żył do ust, gdy tar­gnął nim atak kaszlu.

Kiedy odjął ją od warg, ujrzał różową plamkę. A niech to wszy­scy dia­bli.

Nie mogąc ode­rwać wzroku od plamki, podał chustkę Dudley­owi.

-?Zatrzy­maj ją, Wasza Wyso­kość -?powstrzy­mał go książę i prze­ciął pomiesz­cze­nie, po czym sta­nął pod prze­ciw­le­głą ścianą i zaczął gła­dzić brodę, jak zawsze, gdy pogrą­żał się w myślach.

-?Wydaje mi się -?powie­dział po chwili -?że powin­ni­śmy usta­lić, co zro­bimy.

-?Zro­bimy? To krztu­sica. Nie­ule­czalna cho­roba. Nic nie mogę z tym zro­bić, chyba tylko umrzeć.

Dudley zmu­sił usta do życz­li­wego uśmie­chu, który wyjąt­kowo nie­na­tu­ral­nie wyglą­dał na jego nie­na­wy­kłej do uśmie­cha­nia się twa­rzy.

-?Tak, sire, to prawda, lecz śmierć przy­cho­dzi po wszyst­kich. - Prze­cze­sał brodę pal­cami. -?Cho­roba Waszej Wyso­ko­ści to wielka tra­ge­dia, ale przy­naj­mniej dowie­dzie­li­śmy się o niej zawczasu. Możemy dzięki temu wziąć się do pracy. Jest mnó­stwo rze­czy, które Wasza Wyso­kość musi zro­bić przed śmier­cią dla swo­jego kró­le­stwa.

Ach, to o kró­le­stwo cho­dzi. Zawsze o kró­le­stwo. Edward ski­nął głową.

-?Dobra -?powie­dział nieco odważ­niej, niż się czuł. -?Powiedz, co mam do zro­bie­nia.

-?W pierw­szej kolej­no­ści należy zająć się kwe­stią suk­ce­sji. Potrzebny nam dzie­dzic.

Edward uniósł brwi.

-?Chcesz, żebym oże­nił się i spło­dził dzie­dzica tronu w mniej niż rok?

To może być cie­kawe. I z całą pew­no­ścią będzie się wią­zało z cało­wa­niem z języcz­kiem.

Dudley odkaszl­nął.

-?Zna­czy... Nie­zu­peł­nie, Wasza Wyso­kość. Jesteś, panie, zbyt chory.

Edward już pode­rwał się do kłótni, ale zaraz przy­po­mniał sobie o różo­wej plamce na chu­s­teczce i o tym, że prze­mie­rzyw­szy pałac, nie­omal wyzio­nął ducha. Książę miał rację, Edward nie nada­wał się do amo­rów.

-?No cóż... -?zasę­pił się. -?A więc chyba korona przy­pad­nie Marii.

-?Nie, sire -?zaprze­czył gor­li­wie Dudley. -?Nie wolno nam dopu­ścić, by tron Anglii wpadł w nie­po­wo­łane ręce.

Edward zmarsz­czył się.

-?Ale to moja sio­stra. I w dodatku naj­star­sza. To prze­cież ona...

-?Ona należy do Kościoła Nie­ska­la­nych -?nie ustę­po­wał Dudley. -?Marię wycho­wano w prze­ko­na­niu, że magia zwie­rzęca jest złem, czymś, czego należy się bać i co trzeba znisz­czyć. Gdyby została kró­lową, zro­bi­łaby z Anglii ciem­no­gród, gdzie żaden E?ianin nie mógłby spać spo­koj­nie.

Edward roz­parł się na tro­nie. Książę miał oczy­wi­ście rację. Maria za nic nie będzie tole­ro­wać E?ianów (bo wolała ich przy­rzą­dzo­nych na chru­piąco, o czym już wspo­mnia­ły­śmy), a w dodatku była kom­plet­nie pozba­wiona poczu­cia humoru, jej myśle­nie było tak wsteczne, jak to tylko moż­liwe. Edwarda ogar­nęła trwoga, gdy wyobra­ził ją sobie na tro­nie.

-?Zgoda, to nie może być Maria -?przy­stał król. -?Ani Bess. -?Okrę­cił na palcu pier­ścień z kró­lew­ską pie­czę­cią. -?Rzecz jasna spraw­dzi­łaby się lepiej od Marii, poza tym oboje jej rodzi­ców było E?ianami, jeśli wie­rzyć pogło­skom o kotce, ale nie wiem, jaki jest jej sto­su­nek do Nie­ska­la­nych. Ma dość chwiejne poglądy na tę sprawę. A tak w ogóle to prze­cież kobieta nie może zasiąść na tro­nie.

Zauwa­ży­li­ście już pew­nie, że Edward miał skłon­ność do sek­si­zmu - przy­naj­mniej jesz­cze na tym eta­pie opo­wie­ści. Ale wła­ści­wie nie można go za to winić, skoro przez całe życie noszono go na rękach tylko dla­tego, że był chłop­cem.

On sam miał się za postę­po­wego władcę. Nie odzie­dzi­czył po ojcu e?iańskiej krwi (a przy­naj­mniej tak sądził), ale miał E?ianów w rodzi­nie i nauczono go sym­pa­ty­zo­wać z ich sprawą. Ostat­nimi czasy napię­cie pomię­dzy dwoma stro­nami kon­fliktu nie­bez­piecz­nie zbli­żało się do apo­geum. Edward sły­szał pogło­ski o tajem­ni­czej gru­pie E?ianów nazy­wa­ją­cych się Watahą, która najeż­dżała i plą­dro­wała kościoły i klasz­tory Nie­ska­la­nych w całym kraju. Póź­niej dowie­dział się o coraz więk­szej licz­bie skarg, które wno­sili dys­kry­mi­no­wani i prze­śla­do­wani E?ianie. A potem zaczęły się poja­wiać donie­sie­nia o akcjach odwe­to­wych wymie­rzo­nych w Nie­ska­la­nych. I tak w kółko.

Dudley znów miał rację. Potrze­bo­wali proe?iańskiego władcy. Kogoś, kto uchro­niłby kraj przed nie­po­ko­jami i wojną domową.

-?Masz na myśli kogoś kon­kret­nego, książę? -?Edward się­gnął do niskiego sto­lika, gdzie zawsze, na mocy kró­lew­skiego dekretu, stała miska świe­żych, schło­dzo­nych jeżyn, które uwiel­biał. Mówiło się, że mają nad­zwy­czajne wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze, więc ostat­nio opy­chał się nimi na potęgę. Wło­żył jedną do ust.

Grdyka księ­cia Dudleya pod­sko­czyła i opa­dła na miej­sce, a Edward po raz pierw­szy wyczy­tał z jego twa­rzy zde­ner­wo­wa­nie.

-?Pier­wo­rod­nego syna lady Jane Grey, Wasza Wyso­kość. Edward nie­mal zadła­wił się jeżyną.

-?Jane ma syna? -?wykrztu­sił. -?Ależ skryta ta moja kuzynka.

-?Jesz­cze nie ma -?wyja­śnił cier­pli­wie Dudley. -?Ale będzie miała. A jeśli pomi­nąć Marię i Elż­bietę, następni w linii suk­ce­sji są wła­śnie Grey­owie.

A więc Dudley chciał wydać Jane za mąż i osa­dzić na tro­nie jej dziecko.

Edward nie umiał wyobra­zić sobie swo­jej kuzynki Jane z mężem u boku i z dziec­kiem na ręku, nawet pomimo tego, że miała już szes­na­ście lat, a nie­za­mężne szes­na­sto­latki nie­wiele w tam­tych cza­sach dzie­liło od sta­rych panien. Naj­więk­szą miło­ścią Jane były książki, prze­waż­nie histo­ryczne, filo­zo­ficzne i reli­gijne, choć tak naprawdę wszyst­kie, jakie wpa­dły jej w ręce. Była tym typem osoby, która uwiel­bia czy­tać Pla­tona w ory­gi­nale. Kochała to tak bar­dzo, że czy­tała go dla przy­jem­no­ści, nie tylko w ramach zada­nia domo­wego. Znała na pamięć całe poematy epic­kie i mogła recy­to­wać je na wyrywki. Naj­bar­dziej lubiła się­gać wła­śnie po książki sta­ro­żytne lub o sta­ro­żyt­no­ści, a także te trak­tu­jące o E?ianach i ich przy­go­dach.

Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jeśli Jane zosta­nie kró­lową, opo­wie się za zmien­no­kształt­nymi.

Tajem­nicą poli­szy­nela był e?iański rodo­wód matki Jane, ale nikt nie wie­dział, w jakie zwie­rzę się zmie­niała. Za dzie­cin­nych lat ulu­bioną zabawą Edwarda i Jane było wyobra­ża­nie sobie, w jakie zwie­rzęta będą mogli się zmie­nić, kiedy doro­sną i odkryją swoje dary. Edward zawsze uwa­żał, że będzie czymś potęż­nym i groź­nym. Wil­kiem, dajmy na to. Albo niedź­wie­dziem. Albo tygry­sem.

Jane ni­gdy nie mogła się zde­cy­do­wać, którą e?iańską postać lubi bar­dziej: rysia czy sokoła. Tak, chyba roz­wa­żała te dwie.

-?Pomyśl tylko, Edwar­dzie -?przy­po­mniał sobie szep­czący mu do ucha głos dzie­się­cio­let­niej Jane, gdy leżeli na tra­wia­stym pagórku w Brad­gate, dopa­tru­jąc się w chmu­rach kształ­tów zwie­rząt. -?Mogła­bym być tam w górze, ujeż­dża­jąc wiatr, i nikt nie mówiłby mi, że mam sie­dzieć pro­sto, i nikt nie kry­ty­ko­wałby mojego wyszy­wa­nia. Była­bym wolna.

-?Wolna jak ptak -?dodał wów­czas.

-?Wolna jak ptak! -?Roze­śmiała się, wstała i zbie­gła po zbo­czu, a jej dłu­gie rude włosy roz­wiały się na wie­trze. Roz­ło­żyła ramiona, jakby naprawdę chciała wzbić się w prze­stwo­rza.

Kilka lat póź­niej spę­dzili całe popo­łu­dnie, prze­rzu­ca­jąc się wyzwi­skami, bo Jane wyczy­tała w jakiejś książce, że E?ianie czę­sto zmie­niali się w zwie­rzęta, kiedy tar­gały nimi emo­cje. Klęli więc na sie­bie, policz­ko­wali się, a Jane ośmie­liła się cisnąć w Edwarda kamie­niem, czym zdo­łała go nawet wku­rzyć, ale nie­stety, przez cały ten czas upar­cie zacho­wy­wali ludz­kie posta­cie.

Było im z tego powodu strasz­nie przy­kro.

-?Sire? -?pona­glił go książę Dudley. Edward otrzą­snął się ze wspo­mnień.

-?Chcesz wydać Jane za mąż -?zdra­dził się z podej­rze­niami. -?A czy wiesz już za kogo?

Na myśl o zamąż­pój­ściu kuzynki odczuł ukłu­cie smutku. Jane była jego naj­lep­szą przy­ja­ciółką, bez­kon­ku­ren­cyj­nie naj­ulu­bień­szą osobą na świe­cie. Gdy jako dziecko wysłano ją do Kata­rzyny Parr (szó­stej żony Hen­ryka VIII), Jane pra­wie cały czas spę­dzała z Edwar­dem, czę­sto­kroć pobie­rali nawet nauki u tych samych nauczy­cieli. To wtedy się ze sobą zaprzy­jaź­nili. Tylko Jane naprawdę go rozu­miała, tylko ona nie trak­to­wała go ina­czej ze względu na koronę. Gdzieś z tyłu jego głowy od lat tliła się myśl, że to on poślubi kie­dyś Jane Grey. (Były to czasy, gdy spo­łe­czeń­stwo dopusz­czało mał­żeń­stwo mię­dzy kuzy­nami).

-?Tak, sire. Mam ide­al­nego kan­dy­data. -?Dudley zaczął krą­żyć po pomiesz­cze­niu, nie prze­sta­jąc gła­dzić brody. -?Kogoś z dobrej rodziny i o nie­na­gan­nych manie­rach.

-?Nie wąt­pię. Kogo? -?spy­tał Edward.

-?Kogoś o nie­wąt­pli­wie e?iańskim rodo­wo­dzie.

-?Dobrze, ale kogo?

-?Kogoś, komu nie prze­szka­dzają czer­wone włosy lady Jane.

-?A co jest złego w jej wło­sach? -?zapro­te­sto­wał król. -?W dobrym świe­tle są raczej czer­wo­no­rude i wcale ładne...

-?Kogoś, kto zdoła ją utem­pe­ro­wać -?cią­gnął Dudley.

No cóż, to miało sens. Jane była znana z trud­nego cha­rak­teru. Nie dawała się opro­wa­dzać po dwo­rze jak inne szla­chet­nie uro­dzone panny, jakby była koniem wysta­wio­nym na sprze­daż, otwar­cie sprze­ci­wiała się matce, przy­cho­dząc na bale z książką i czy­ta­jąc w kącie, zamiast tań­czyć i zakle­py­wać przy­szłego męża.

-?Kogo? -?spy­tał król po raz setny.

-?Kogoś, komu można ufać.

Słowo daję, naj­praw­dziw­szy książę z bajki -?wes­tchnął w duchu Edward.

-?Ale k o g o?! -?krzyk­nął. Nie lubił się powta­rzać. A poza tym to drep­ta­nie Dudleya przy­pra­wiało go o mdło­ści. Edward ude­rzył pię­ścią w sto­lik, jeżyny pole­ciały na wszyst­kie strony. -?Kogo? Niech to dia­bli, Nor­thum­ber­land, wykrztuśże wresz­cie!

Książe sta­nął jak wryty. Oczy­ścił gar­dło.

-?Gif­forda Dudleya -?wymam­ro­tał. Edwar mru­gnął.

-?Że niby kogo?

-?Mojego naj­młod­szego syna.

Edward potrze­bo­wał chwili, żeby przy­swoić tę rewe­la­cję, sumu­jąc w myślach wszyst­kie przy­mioty kan­dy­data na męża dla Jane, które Dudley przed chwilą wymie­nił. Dobra rodzina -?tak, ktoś godny zaufa­nia -?tak, ktoś o e?iańskim rodo­wo­dzie...

-?John -?wypa­lił król -?czy ty masz E?ianów w rodzi­nie?

Książę Dudley spu­ścił wzrok. Przy­zna­nie się do e?iańskiej krwi mogło być bar­dzo nie­bez­pieczne, nawet w cywi­li­zo­wa­nych cza­sach, gdy nie gro­ził za to stos. Bycie E?ianinem nie było już nie­le­galne, ale wciąż nie bra­ko­wało w Anglii takich, któ­rzy uwa­żali, że dobry zmie­niak to mar­twy zmie­niak.

-?Ja sam, oczy­wi­ście, nie jestem E?ianinem -?wyznał Dudley po pau­zie. - Ale mój syn tak.

A więc naj­młod­szy Dudley był E?ianinem! Zna­ko­mi­cie! Edward zapo­mniał na moment, że umiera i że aran­żuje swo­jej uko­cha­nej kuzynce poli­tyczne mał­żeń­stwo.

-?A w co się zmie­nia?

Dudley pokra­śniał.

-?Spę­dza całe dnie zmie­niony w... -?Poru­szył ustami, jakby chciał ufor­mo­wać słowo, ale zapo­mniał użyć głosu.

Edward pochy­lił się na tro­nie.

-?Co pro­szę?

-?On... -?Dudley zma­gał się ze sło­wami. -?On jest... No...

-?Dalejże, czło­wieku! -?roz­sier­dził się król. -?Wykrztuś to z sie­bie! Dudley zwil­żył wargi.

-?On jest... należy do konio­wa­tych...

-?Do kogo?

-?Jest koniem, Wasza Wyso­kość.

-?Koniem. -?Edward opadł na tron, zapo­mi­na­jąc domknąć ust. -?Twój syn spę­dza całe dnie pod posta­cią konia -?powtó­rzył, żeby się upew­nić, że się nie prze­sły­szał.

Doradca żało­śnie poki­wał głową.

-?Nic dziw­nego, że tak rzadko widuję go na dwo­rze. Nie­mal już zapo­mnia­łem, że masz jakie­goś syna poza Sta­nem! I czy nie powie­dzia­łeś nam kie­dyś, że twój młod­szy syn uro­dził się przy­głu­pem i że nie ma dla niego miej­sca na salo­nach?

-?Doszli­śmy do wnio­sku, że wszystko jest lep­sze od prawdy -?przy­znał Dudley.

Edward się­gnął po kolejną jeżynę.

-?Kiedy to się stało? I jak?

-?Sześć lat temu -?padła odpo­wiedź. -?Nie wiem jak. Nie­spo­dzie­wa­nie dostał jakie­goś ataku, a w następ­nej chwili był już... -?Uni­kał tego słowa jak zarazy. -?Ale mimo wszystko jestem prze­ko­nany, Wasza Wyso­kość, że to ide­alna par­tia dla Jane. I to nie tylko dla­tego, że jest moim synem. To chłop na schwał, świetny kościec, zna­ko­mita budowa ciała, jest dosta­tecz­nie inte­li­gentny (na pewno nie jest przy­głupi, za to ręczę, jakem Dudley), ale i dosta­tecz­nie ule­gły, by nie spra­wić nam kło­potu.

Edward roz­my­ślał nad tym przez kilka chwil. Jane uwiel­biała wszystko, co miało jakiś zwią­zek ze zmien­no­kształt­nymi. Z pew­no­ścią nie wzdry­gnie się na wieść o tym, że ma jed­nego poślu­bić. A jed­nak...

-?Całe dnie? Spę­dza całe dnie jako koń? -?zacie­ka­wił się Edward.

-?Całe dnie, panie. Od świtu do zmierz­chu.

-?Nie potrafi kon­tro­lo­wać swo­ich prze­mian?

Dudley wbił wzrok w ścianę, która dźwi­gała olbrzymi por­tret Hen­ryka VIII, a Edward zaraz pojął, jak głu­pio brzmią jego słowa. Jego ojciec też nie był w sta­nie zmie­niać się i odmie­niać na zawo­ła­nie. Gdy wpa­dał w gniew, obna­żał kły -?i to dosłow­nie -?po czym trwał pod posta­cią lwa, dopóki się nie uspo­koił. Co cza­sem nastę­po­wało kilka ład­nych godzin póź­niej. Albo, zda­rzało się, dni. Nie był to przy­jemny widok. Zwłasz­cza gdy król uży­wał swo­ich dwo­rzan jako gry­zaka.

-?No dobrze, nie kon­tro­luje swo­jego daru. To się... zda­rza. -?Król uniósł ręce w geście "mówi się trudno, żyje się dalej". -?Ale to ozna­cza, że Jane będzie miała męża tylko nocami. Co to będzie za mał­żeń­stwo?

-?Nie­któ­rzy wolą taki wła­śnie układ. Ośmie­lam się sądzić, że moje mał­żeń­stwo byłoby o wiele prost­sze, gdy­bym spo­ty­kał się z żoną tylko po zacho­dzie słońca.

To będzie tylko poło­wiczne mał­żeń­stwo, a więc żadne -?pomy­ślał Edward. Ale może dla kogoś takiego jak Jane podobny układ nie okaże się zły. Zamąż­pój­ście nie ograbi jej z pry­wat­no­ści i nie­za­leż­no­ści, które tak ceniła.

Nie­wy­klu­czone, że będzie jej to odpo­wia­dać.

-?A przy­stojny jest cho­ciaż? -?spy­tał król. Pier­wo­rodny syn Dudleya, Stan, miał tego pecha, że odzie­dzi­czył po ojcu masywny nochal. Edward nie chciał wyda­wać przy­ja­ciółki za takiego kul­fona.

-?Oba­wiam się, że Gif­ford jest wręcz zbyt przy­stojny. -?Dudley zaci­snął usta. -?Zwraca uwagę... dam.

Edward poczuł, jak kieł­kuje w nim zazdrość. Powiódł wzro­kiem do por­tretu ojca. Wie­dział dosko­nale, że przy­po­mina Hen­ryka. Miał te same rudo­złote włosy i pro­sty, maje­sta­tyczny nos, te same szare oczy i drobne uszy. Edwarda uwa­żano kie­dyś za przy­stoj­niaka, lecz teraz był chudy i blady. Cho­roba ode­brała mu cały chło­pięcy czar.

-?Lecz ręczę za jego wier­ność -?roz­pa­plał się Dudley. -?A gdy spło­dzi z Jane potomka, będziesz, panie, miał swo­jego e?iańskiego dzie­dzica. I pro­blem z głowy!

Z głowy, ot tak. Edward prze­tarł oczy.

-?I kiedy mia­łaby się odbyć cere­mo­nia zaślu­bin?

-?Może w sobotę? -?zapro­po­no­wał Dudley. -?Zakła­da­jąc, że apro­buje Wasza Wyso­kość kan­dy­data.

Edward zaniósł się kasz­lem. Był ponie­dzia­łek!

-?Tak szybko? -?wyrzę­ził po dłuż­szej chwili.

-?Im szyb­ciej, tym lepiej -?odparł Dudley. -?Potrzebny nam dzie­dzic.

No tak, racja. Wszystko kręci się wokół dzie­dzica. Edward odchrząk­nął.

-?Dosko­nale. Apro­buję kan­dy­data, książę. Ale sobota... -?To strasz­nie szybko. -?Nie wiem nawet, co mam zapla­no­wane na sobotę. Musiał­bym się skon­sul­to­wać z moim...

-?Już to zro­bi­łem, Wasza Wyso­kość. Sobotę masz wolną. A poza tym cere­mo­nia musi się odbyć po zmroku -?dodał po chwili.

-?A, prawda. Bo za dnia Gif­ford jest... -?Edward wydał z sie­bie nosowy wizg.

-?Tak. -?Dudley nie wie­dzieć skąd wyjął zwój i roz­wi­nął go na stole, na któ­rym pod­pi­sy­wano i pie­czę­to­wano wszyst­kie ofi­cjalne doku­menty.

-?Pew­nie wyda­jesz for­tunę na siano -?powie­dział Edward, odnaj­du­jąc wresz­cie swój uśmie­szek.

Przyj­rzał się zwo­jowi. Był to kró­lew­ski dekret -?jego zezwo­le­nie, tech­nicz­nie rzecz bio­rąc -?orze­ka­jący, iż lady Jane Grey z Suf­folk wstąpi w naj­bliż­szą sobotę w święty zwią­zek mał­żeń­ski z lor­dem Gif­for­dem Dudleyem z Nor­thum­ber­land.

Uśmie­szek spełzł z jego ust. Jane.

Myśl o poślu­bie­niu Jane była oczy­wi­ście mrzonką. Jane nie była par­tią dla króla. Edward nie zbiłby tym mał­żeń­stwem poli­tycz­nego kapi­tału, nawet jeśli rodzina Greyów była zamożna i nawet jeśli zdo­byłby w ten spo­sób kolejny tytuł. Taki mariaż nie wzmoc­niłby zna­cząco pozy­cji kró­le­stwa. Edward od zawsze wie­dział, że jeśli się kie­dyś ożeni, zrobi to dla Anglii, nie dla sie­bie samego. Przez całe życie nawie­dzały go tabuny zagra­nicz­nych amba­sa­do­rów, macha­ją­cych mu przed oczami por­tre­tami córek roz­licz­nych euro­pej­skich wład­ców. Miał poślu­bić kró­lewnę, nie małą Jane z jej księ­gami i głową pełną wznio­słych idei.

Dudley wsu­nął mu pióro w dłoń.

-?Musimy się kie­ro­wać dobrem pań­stwa, Wasza Wyso­kość. Jesz­cze dziś pojadę po syna do Dudley Castle.

Edward zanu­rzył pióro w kała­ma­rzu, a potem zamarł.

-?Masz przy­rzec, że będzie dla niej dobry -?powie­dział.

-?Przy­rze­kam, Wasza Wyso­kość. Będzie przy­kład­nym mężem. Edward roz­kasz­lał się w podaną przez Dudleya chustkę. Czuł jakiś dziwny smak w ustach, mdlącą słod­kość, która gry­zła się z cierp­ko­ścią jeżyny.

-?Wydaję kuzynkę za konia -?burk­nął pod nosem.

A potem przy­ło­żył pióro do doku­mentu i wes­tchnąw­szy, zło­żył pod­pis.

Rozdział 2

Jane

-?...a owa rado­sna cere­mo­nia odbę­dzie się w sobotę wie­czo­rem. Lady Jane Grey zamru­gała znad książki. Jej matka, lady Fran­ces Bran­don Grey, coś do niej powie­działa.

-?Co się odbę­dzie w sobotę wie­czo­rem?

-?Stój spo­koj­nie, kocha­nie. -?Lady Fran­ces uszczyp­nęła córkę w ramię. - Musimy się upew­nić, że ide­al­nie zdję­ły­śmy miarę. Nie będzie czasu na poprawki.

Jane już trzy­mała książkę w wycią­gnię­tych rękach tak nie­ru­chomo, jak potra­fiła. Był to praw­dziwy wyczyn dla kogoś, kogo palce sty­kają się, gdy obej­muje wła­sne ramię.

-?Zwróć uwagę, że wymiar w biu­ście nie zmie­nił się ani na jotę - pouczyła kraw­cowa uczen­nicę. -?Jak tak dalej pój­dzie, to pew­nie ni­gdy się nie zmieni.

Innym, nie mniej wido­wi­sko­wym wyczy­nem było zacho­wa­nie cier­pli­wo­ści i nie­przy­ło­że­nie kraw­co­wej w łeb książką. Uła­twiał to fakt, że książka była stara i cenna -?Kom­pletna histo­ria buraka na angiel­skiej ziemi, tom piąty -?a Jane nie chciała jej znisz­czyć.

-?No dobrze, ale co się odbę­dzie w sobotę wie­czo­rem?

-?Opuść ramiona, słonko -?pole­ciła kraw­cowa.

Jane opu­ściła, zazna­cza­jąc miej­sce w książce pal­cem wska­zu­ją­cym. Matka ode­brała jej wolu­min o bura­kach i rzu­ciła go bez krztyny sza­cunku na łóżko, a następ­nie sko­ry­go­wała uło­że­nie ramion.

-?Nie garb się. Ta suk­nia musi się ukła­dać jak należy. Nie będziesz prze­cież brała ślubu z nosem w książce.

-?Ślubu? -?Jej ton zabar­wiła cie­ka­wość. Wychy­liła się zza bio­rą­cej miarę z jej ramion kraw­co­wej, by pochwy­cić wzrok matki. -?Kto bie­rze ślub?

-?Jane Grey!

Dziew­czyna wypro­sto­wała się jak struna.

Kraw­cowa obwio­dła miarką jej bio­dra (za wąskie do rodze­nia dzieci - kolejny nie­do­sta­tek Jane wedle nie­zbęd­nika mło­dej damy), a potem zebrała swoje uten­sy­lia.

-?Na ten moment skoń­czy­ły­śmy, moje panie. Miłego popo­łu­dnia! - zaćwier­kała, po czym umknęła z salonu w tuma­nie tka­nin i igieł.

Lady Fran­ces ponow­nie uszczyp­nęła Jane w ramię.

-?Ty bie­rzesz ślub, moja droga. Skup się, bła­gam.

Serce Jane zaczęło bić szyb­ciej, ale natych­miast kazała mu się uspo­koić. To prze­cież tylko zarę­czyny. Była już wcze­śniej zarę­czona. Dokład­nie cztery razy.

-?Z kim zarę­czy­łam się tym razem? -?spy­tała.

Lady Fran­ces posłała jej olśnie­wa­jący uśmiech, bio­rąc jej reak­cję za akcep­ta­cję.

-?Z Gif­for­dem Dudleyem?

-?Z kim?

Uśmiech prze­szedł w gry­mas.

-?Z synem lorda Johna Dudleya, księ­cia Nor­thum­ber­land. Z mło­dzień­cem imie­niem Gif­ford.

Gif­ford? Jane koja­rzyła Dudleyów, choć była to raczej pomniej­sza rodzina, znana przede wszyst­kim z hodowli koni. Przy­po­mniała sobie pewien istotny szcze­gół: John Dudley był prze­wod­ni­czą­cym Rady, prawą ręką króla, zaufa­nym doradcą i zapewne naj­po­tęż­niej­szym czło­wie­kiem w Anglii, jeśli nie liczyć samego Edwarda. A z pew­no­ścią zna­leź­liby się i tacy, któ­rzy posta­wi­liby go ponad Edwar­dem.

-?Rozu­miem -?wyrze­kła w końcu, choć ni­gdy wła­ści­wie nie widziała tego całego Gif­forda na oczy. Ani na dwo­rze, ani ni­gdzie. Co, orze­kła po chwili, wyda­wało się podej­rzane. -?No cóż, mam nadzieję, że będzie nie mniej wspa­nia­łym narze­czo­nym niż wszy­scy pozo­stali.

-?Czy jest coś, o co chcia­ła­byś zapy­tać?

Jane pokrę­ciła głową.

-?Wiem już wszystko, co muszę wie­dzieć. To w końcu tylko zarę­czyny.

-?Ślub jest w sobotę, kocha­nie -?przy­po­mniała jej matka. -?W lon­dyń­skiej posia­dło­ści Dudleyów. Wyru­szamy do Lon­dynu jutro rano.

Oczy­wi­ście usły­szała, kiedy matka wspo­mi­nała wcze­śniej o "sobo­cie", ale dopiero teraz dotarło do niej, że to już, zaraz. Dopiero teraz pojęła, co to dla niej ozna­cza.

Ten ślub może dojść do skutku. Jej serce znowu zabiło jak osza­lałe.

-?Jest moim naj­więk­szym życze­niem, byś wyszła szczę­śli­wie za mąż, zanim się zanadto zesta­rze­jesz. -?Lady Fran­ces nie wykla­ro­wała, czy Jane miała się zanadto zesta­rzeć na szczę­śliwe zamąż­pój­ście czy na zamąż­pój­ście w ogóle. -?Tak czy ina­czej, sądzę, że ten kan­dy­dat ci się spodoba. Sły­sza­łam, że to przy­stojna bestia.

A więc ona sama też nie widziała go na oczy. Jane oble­ciał zimny dreszcz. A jeśli ten Gif­ford odzie­dzi­czył mon­stru­alny kinol Dudleyów? Bo Stan odzie­dzi­czył...

-?Dzię­kuję za ostrze­że­nie, matko -?zawo­łała, gdy rodzi­cielka wdzięcz­nym kro­kiem opu­ściła kom­natę.

Jej matka, ma się rozu­mieć, nie odpo­wie­działa. Miała zbyt wiele na gło­wie przed sobotą.

Sobota. To już za cztery dni.

Jane ubrała się szybko, a potem zgar­nęła z łóżka książkę o bura­kach, wybrała z półki dwie kolejne lek­tury (E?ianie. Posta­cie histo­ryczne i ich upa­dek oraz Sztuka prze­trwa­nia w dzi­czy dla ary­sto­kra­tów) na wypa­dek, gdyby skoń­czyła pierw­szą szyb­ciej, niż myślała, po czym ruszyła do stajni. Jeśli ten cały Gif­ford ma być jej mężem (choć pomy­ślała, że do soboty jesz­cze szmat czasu i mnó­stwo rze­czy może się wyda­rzyć po dro­dze), to miała prawo wie­dzieć, w co się dokład­nie pakuje.

*

Jane prze­stu­dio­wała każdą mapę Anglii, jaką zna­la­zła w domu, zarówno histo­ryczną, jak i współ­cze­sną, z uwzględ­nie­niem map lokal­nych. Oka­zało się, że Dudley Castle, gdzie rezy­do­wali Dudley­owie, gdy nie prze­by­wali w Lon­dy­nie, znaj­do­wał się nieco dalej niż pół dnia drogi od domu Jane w Brad­gate. Mogła doje­chać tam konno, ale ponie­waż cho­dziły słu­chy o coraz częst­szych aktach prze­mocy wobec E?ianów, angiel­skie wsie zro­biły się zbyt nie­bez­pieczne dla panien podró­żu­ją­cych bez eskorty. Słu­żący, z któ­rymi roz­ma­wiała, twier­dzili, że to E?ianie odpo­wia­dają za nie­po­koje, jakaś szajka, która okrzyk­nęła się mia­nem Watahy, ale Jane nie wie­rzyła tym pod­łym plot­kom. Ostat­nią rze­czą, jakiej potrze­bo­wała w obli­czu swo­jego nie­spo­dzie­wa­nego zamąż­pój­ścia, było uwi­kła­nie w jakąś kabałę z E?ianami i Nie­ska­la­nymi w rolach głów­nych. Żeby więc zadbać o wła­sne bez­pie­czeń­stwo (i nie anga­żo­wać w całe przed­się­wzię­cie matki), kazała się zawieźć do Dudley Castle karetą.

Przede wszyst­kim musiała się upew­nić co do nosa.

Był piękny dzień. Łagodne wzgó­rza ota­cza­jące Brad­gate zachwy­cały soczy­stą zie­le­nią. Drzewa kwi­tły. Słońce prze­glą­dało się w bystrym stru­mie­niu, pły­ną­cym wzdłuż traktu, któ­rym toczyła się kareta. Na nie­wiel­kim wznie­sie­niu Jane zła­pała wzro­kiem zapra­sza­jący poblask czer­wo­nej cegły, z któ­rej wznie­siono jakąś posia­dłość. W pew­nym momen­cie przed karetą prze­biegł jeleń. Wszę­dzie wokoło roz­brzmie­wały pta­sie trele.

Jane lubiła Lon­dyn mię­dzy innymi za to, że pobyt w sto­licy wią­zał się z moż­li­wo­ścią spo­tka­nia z jej ulu­bio­nym kuzy­nem, ale to Brad­gate Park był jej domem. Kochała tutej­sze świeże powie­trze, błę­kitne niebo, pora­sta­jące wzgó­rza stare dęby.

Jej dzia­dek chciał uczy­nić z parku naj­lep­sze łowi­sko jeleni w Anglii - co mu się zresztą udało, bo wielu zna­mie­ni­tych gości odwie­dzało te tereny -?ale inten­cje dziadka nie miały dla Jane więk­szego zna­cze­nia, gdyż sama nie polo­wała (choć sły­szała, że Edward był świet­nym myśli­wym). Dla Jane spa­cer przez Brad­gate Park był dru­gim naj­lep­szym spo­so­bem na ucieczkę od pro­ble­mów Praw­dzi­wego Życia.

Pierw­szym spo­so­bem była oczy­wi­ście dobra książka. Gdy więc opu­ściła Brad­gate Park, zanu­rzyła się w pasjo­nu­jący świat bura­ków (wie­dzie­li­ście, że sta­ro­żytni Rzy­mia­nie pierwsi zaczęli upra­wiać buraki nie dla liści, a dla korzeni?).

Jak wspo­mnia­ły­śmy i jak zapewne zdą­ży­li­ście się już sami zorien­to­wać, Jane kochała czy­tać. Nic nie spra­wiało jej tak wiel­kiej przy­jem­no­ści, jak cię­żar opa­słego tomu w rękach, im bar­dziej opa­słego i im rza­dziej spo­ty­ka­nego, tym lepiej. Roz­ko­szo­wała się zapa­chem tuszu, szorst­ko­ścią papieru pod pal­cami, słod­kim sze­le­stem prze­wra­ca­nych stro­nic, kształ­tem liter uło­żo­nych w rów­niut­kie rzędy, które mogła pie­ścić oczami z wypie­kami na twa­rzy. A najbar­dziej na świe­cie kochała to, w jaki spo­sób książki prze­no­siły ją gdzieś daleko, poza obręb przy­ziem­nego, dusz­nego życia, i pozwa­lały jej doświad­czać setek innych żyć. Książki były jej bramą do innych świa­tów.

Matka ni­gdy tego nie poj­mie -?pomy­ślała, gdy skoń­czyła ostat­nią stronę i z wes­tchnie­niem zamknęła księgę. Lord Grey, gdy jesz­cze żył, zachę­cał ją do stu­diów, ale lady Fran­ces ni­gdy nie zaak­cep­to­wała jej uwiel­bie­nia dla ksiąg. Co niby musi wie­dzieć młoda dama, któ­rej naj­waż­niej­szym zada­niem jest prze­cież zakle­pać sobie męża? Jej matki nie obcho­dziło nic poza wpły­wami i płyn­no­ścią finan­sową. W niczym nie lubo­wała się bar­dziej niż w przy­po­mi­na­niu ludziom, że w jej żyłach pły­nie błę­kitna krew. "Moja babka była kró­lową" -?powta­rzała to aż do znu­dze­nia. Tym gorzej dla matki, że król Hen­ryk skre­ślił ją z linii suk­ce­sji. Może dla­tego, że nie podo­bało mu się, że Fran­ces zadziera nosa? Tak przy­naj­mniej podej­rze­wała Jane.

Wpływy i płyn­ność. Wła­dza i pie­nią­dze. Tylko to było ważne dla lady Fran­ces. A teraz sprze­da­wała wła­sną córkę, tak jak sprze­daje się klacz na targu. Nawet nie zawra­cała sobie głowy, by spy­tać samej Jane o zda­nie. Jakie to typowe.

Jane otrzą­snęła się ze zna­jo­mego uczu­cia gniewu, które ogar­niało ją zwy­kle, gdy myślała o matce. Odło­żyła na bok wolu­min o bura­kach, krzy­wiąc się na widok zagię­cia rogu jed­nej ze stro­nic. Bogu ducha winna księga naba­wiła się go zapewne wtedy, gdy lady Fran­ces bez­ce­re­mo­nial­nie rzu­ciła ją na łoże. Biedna. Co ona winna, że Jane wycho­dzi za mąż?

Za mąż... Fuj!

Jak­żeby chciała, żeby ludzie prze­stali ją co rusz wyda­wać za mąż. Zawra­ca­nie głowy i tyle.

Jej pierw­szym narze­czo­nym był syn kupca jedwab­nego. Nazy­wał się Hum­ph­rey Han­grot, a jego ojciec miał mono­pol na jedwab w całej Anglii. Rodzice Hum­ph­reya nie omiesz­ki­wali co rusz przy­po­mi­nać Greyom o swo­jej świeżo zbi­tej for­tu­nie. Naj­chęt­niej robili to obwie­sza­jąc chu­dego jak wie­szak synalka licz­nymi war­stwami naj­droż­szego bro­ka­to­wego mate­riału. Jane nie potra­fiła zli­czyć bali w posia­dło­ści Han­grotów, do uczest­nic­twa w któ­rych ją zmu­szono. Zanu­dzi­łaby się na śmierć, gdyby nie to, że zawsze miała przy sobie książkę.

Co się zaś tyczy samego Hum­ph­reya, przed­sta­wił się jej jako "przy­szły król... jedwa­biu", a następ­nie poin­stru­ował ją, by dotknęła rękawa jego szaty. No śmiało, dotknij. Poooczuj to. Czy mia­łaś kie­dyś w pal­cach tak pyszny mate­riał? Spy­tała go, czy zdaje sobie sprawę, że robaki gotuje się w koko­nach, by odgu­mo­wać jedwab. To była ich ostat­nia roz­mowa. Zarę­czyny zerwano dzięki nagłemu poja­wie­niu się na rynku dru­giego kupca jedwab­nego, który był gotów pod­ko­pać wygó­ro­wane ceny Han­gro­tów w celu wygry­zie­nia ich z rynku. Wkrótce puścił ich z tor­bami, a rodzina popa­dła w nędzę i nie­ła­skę Greyów, po czym na powrót zamiesz­kała w małym domku na wsi, a wspo­mnie­nia o nich zatarły się w pamięci moż­nych tego świata.

Dru­gim narze­czo­nym był Teo­dor Tagler, wir­tuoz skrzy­piec z Fran­cji. Był w trak­cie tournée po Euro­pie z Orkie­strą Oce­aniczną, gdy jego rodzina przy­je­chała do Lon­dynu, gdzie przy­jęło ją kilka ary­sto­kra­tycz­nych rodzin. Tagle­ro­wie szu­kali żony dla swo­jego syna, mło­dej damy z dobrego domu i o wysu­bli­mo­wa­nych gustach, któ­rej nie będzie prze­szka­dzała nie­obec­ność męża, gdy ten uda się na trasę. Lord i lady Grey natych­miast pod­su­nęli mło­demu muzy­kowi Jane -?wciąż pró­bo­wali się pozbie­rać po skan­dalu z Han­gro­tami -?a Tagle­ro­wie zaak­cep­to­wali kan­dy­datkę.

Jane miała ucho do muzyki i z przy­jem­no­ścią słu­chała sonat, menu­etów i sym­fo­nii -?od czasu do czasu uczęsz­czała nawet do opery, szcze­gól­nie lubu­jąc się w tra­ge­diach, gdzie oby­dwaj kochan­ko­wie umie­rali na końcu w ramach kary za drobny akt miło­sier­dzia -?ale nie prze­pa­dała za sty­lem gry narze­czo­nego, który był nieco zbyt gwał­towny jak na jej gust. Sam Teo­dor rów­nież. Natych­miast przy­szło jej na myśl okre­śle­nie "słoń w skła­dzie por­ce­lany". Zacho­dziła w głowę, jak ktoś, kto do tego stop­nia opa­no­wał grę na tak deli­kat­nym instru­men­cie jak skrzypce, może być tak gwał­towny i narwany. Co śmiesz­niej­sze, to wła­śnie ów instru­ment przy­czy­nił się do jesz­cze rychlej­szego niż ostat­nim razem, iście kon­cer­to­wego zerwa­nia zarę­czyn.

Skrzypce bowiem, jedyny w swoim rodzaju Bel­mo­orus, dzieło rąk zmar­łego lut­nika Beau­forta Bel­mo­ora, zostały skra­dzione. Zwę­dzone. Buch­nięte. Zabrane z przy­na­leż­nego im miej­sca w domu potom­ków Beau­forta Bel­mo­ora. Śled­czy jak po sznurku podą­żyli ich tro­pem, prze­mie­rza­jąc Fran­cję i Hisz­pa­nię, aż dotarli do Anglii. "Wła­ści­ciel", który wypo­ży­czył instru­ment Teo­do­rowi Tagle­rowi -?co robią wszy­scy wła­ści­ciele dro­gich instru­mentów, by się upew­nić, że ktoś będzie grał na ich pre­cjo­zach - został aresz­to­wany, a choć Teo­dor był kom­plet­nie nie­winny, rów­nież jego rodzina szybko popa­dła w nędzę.

Trze­cim narze­czo­nym był Wal­ter Wil­liam­son, wnuk słyn­nego wyna­lazcy odludka, któ­rego wyna­lazki, jak wieść nio­sła, objęte były tajem­nicą pań­stwową. Gdyby nie to całe zamie­sza­nie z mał­żeń­stwem, Wal­ter nie byłby wcale taki zły. Wydał się Jane inte­li­gentny i oczy­tany, czę­sto opo­wia­dał o porzu­co­nej spu­ściź­nie swego dziadka. Sam rów­nież aspi­ro­wał do miana wyna­lazcy. Mówił, że ma to we krwi, choć zda­niem Jane sam nie prze­ja­wiał żad­nych wyna­laz­czych zdol­no­ści.

Po mie­siącu narze­czeń­stwa upu­blicz­niono doku­menty, z któ­rych wyni­kało, że dzia­dek Wal­tera był zło­dzie­jem, który ostat­nie pięt­na­ście lat prze­sie­dział w wię­zie­niu. Podziw, jakim darzono Wil­liam­so­nów, roz­wiał się jak dym na wie­trze, a rodzina, jak nie­trudno się domy­ślić, popa­dła w nie­ła­skę.

Czwarte zarę­czyny... No cóż, oka­zało się, że narze­czony nie ist­nieje. Matka Jane (ojciec dziew­czyny zmarł pomię­dzy trze­cim a czwar­tymi zarę­czy­nami) otrzy­mała minia­tu­rowy obra­zek przy­stoj­nego mło­dzieńca i nie zorien­to­wała się, że nie przed­sta­wiał on kan­dy­data, a był jedy­nie próbką malar­skich zdol­no­ści autora. Matka Jane była cał­kiem inte­li­gentną kobietą, ale despe­rac­kie pra­gnie­nie wyda­nia córki za mąż popchnęło ją do wysnu­cia pochop­nych wnio­sków i opacz­nie zro­zu­miała dołą­czony do obrazka liścik: "Ośmie­lam się zło­żyć pro­po­zy­cję godną szla­chet­nej lady Jane". Młody męż­czy­zna z minia­tury był dia­blo przy­stojny, lecz nie­stety, cał­ko­wi­cie nie­rze­czy­wi­sty. Lady Fran­ces wyra­ziła zgodę, nim malarz zdą­żył wysłać list z zapy­ta­niem o por­tret Jane i zada­tek na podróż, przy­po­mniaw­szy, że po odej­ściu od kasy rekla­ma­cji nie uwzględ­nia się.

W napa­dzie zło­ści zawsty­dzona lady Fran­ces przed­sta­wiła wła­sną wer­sję histo­rii, w któ­rej padła ofiarą bez­czel­nego oszu­stwa, i to nie otrzą­snąw­szy się jesz­cze z tra­ge­dii, jaką była przed­wcze­sna śmierć męża. Tym razem to pechowy arty­sta popadł w nie­ła­skę i zapo­mnie­nie.

Wyglą­dało na to, że mał­żeń­stwo z tą całą lady Jane to bar­dzo ryzy­kowna sprawa. Uśmiech­nęła się po nosem. Jeśli ta ten­den­cja się utrzyma, dni Gif­forda Dudleya są poli­czone, a po dobro­by­cie, w który opływa jego rodzina, wkrótce nie będzie śladu.

Pra­wie było jej go żal.

Musiała tylko posta­no­wić, w jaki dokład­nie spo­sób zruj­nuje swo­jego naj­now­szego absz­ty­fi­kanta.

Wzięła do ręki książkę o E?ianach. Był to jej ulu­biony temat. Prze­su­nęła pal­cem po wytra­wio­nym w skó­rza­nej opra­wie sło­wie. Ileż by oddała, żeby móc zmie­niać się w zwie­rzę. W takie, które odstrę­cza­łoby wszyst­kich natręt­nych narze­czo­nych. W niedź­wie­dzicę, dajmy na to. Ale jeśli zmien­no­kształt­ność była dzie­dziczna, jak wielu utrzy­my­wało, to mogła o tym tylko poma­rzyć. (Była to pil­nie strze­żona tajem­nica, ale Jane pod­słu­chała kie­dyś, jak jej rodzice kłó­cili się o e?iański dar jej matki). Jeśli zaś było przy­wi­le­jem zare­zer­wo­wa­nym dla god­nych tego zaszczytu (rów­nież popu­larna hipo­teza, choć mniej naukowa), to jak dotąd wszyst­kie jej wysiłki, by oka­zać się godną, speł­zły na niczym.

W oddali wyła­niał się wła­śnie zza bał­wa­nów wzgórz piękny zamek z bia­łej cegły. Zbu­do­wano go na szczy­cie wznie­sie­nia, do któ­rego stóp tuliła się gwarna wio­ska. Miesz­kańcy gapili się na mija­jącą wrota karetę, która zaczęła mozo­lić się pod górę po bru­ko­wa­nej ulicy. Jane podzi­wiała wspa­niałe, zbu­do­wane z bia­łego kamie­nia mury for­tecy o nie­du­żych, wąskich okien­kach (wznie­sione w jede­na­stym wieku, jeśli się nie myliła - a nie mogła się mylić, ponie­waż histo­rię archi­tek­tury miała w małym palcu). Z bli­ska twier­dza wydała się jesz­cze więk­sza i wyż­sza. I jesz­cze bar­dziej zło­wroga. Przy­szło jej na myśl, że taka for­teca z pew­no­ścią jest w sta­nie ode­przeć każde oblę­że­nie. Czyżby wła­ści­ciele oba­wiali się napa­ści?

Kareta musiała prze­być troje wrót i fosę, zanim dotarła do dzie­dzińca, gdzie woź­nica ją zatrzy­mał. Część obronna warowni zna­la­zła się teraz za ple­cami Jane, a przed nią pysz­niły się ele­ganc­kie i nowo­cze­sne budynki miesz­kalne o szpi­cza­stych dachach i wiel­kich oknach, z całą pew­no­ścią dobu­do­wane póź­niej. Drzewa rzu­cały cień na ławki i zam­kową stud­nię, a całe to miej­sce wyglą­dało, jakby zbu­do­wano je do podzi­wia­nia, a nie do użyt­ko­wa­nia. Jane naszła absur­dalna myśl, jakoby gmach miał zro­biony mani­kiur, a jego palce ni­gdy nie spla­miły się pracą.

Jane ogar­nęła wzro­kiem kil­ka­dzie­siąt wyglą­da­ją­cych na dzie­dzi­niec okien, szu­ka­jąc jakie­goś ruchu, ale jeśli nie liczyć koni barasz­ku­ją­cych w zagro­dach pośród łąk po dru­giej stro­nie zamku, wewnątrz murów pano­wała cisza.

Powró­ciła wzro­kiem do zagrody. A więc to były te słynne konie Dudleyów. Jane wysko­czyła z karety i pode­szła do zamknię­tej na głu­cho bramy, by im się przyj­rzeć.

Wszyst­kie zwie­rzęta były zdrowe i piękne, miały smu­kłe syl­wetki i nogi cien­kie jak wrze­ciona. Ale naj­pięk­niej­szy spo­śród nich był oka­zały ogier po dru­giej stro­nie pastwi­ska. Jego potężne, pod­kre­ślone cie­niem mię­śnie grały pod napiętą skórą, gdy sunął grzmią­cym galo­pem przez tra­wia­sty prze­stwór. Wiatr igrał w jego dłu­giej grzy­wie, gdy zarzu­cał unie­sio­nym dum­nie łbem, a pyszna kasz­ta­nowa sierść lśniła w pro­mie­niach słońca. Cóż za wspa­niałe stwo­rze­nie. Choć jej doświad­cze­nie z końmi ogra­ni­czało się do deli­kat­nych, dobrze uło­żo­nych wała­chów, na któ­rych wypa­dało jeź­dzić damie, wie­działa o tych zwie­rzętach dosyć, by roz­po­znać praw­dzi­wie pięk­nego wierz­chowca. Nie lubiła pyszał­ków, ale takie zwie­rzę uspra­wie­dli­wiało wszel­kie prze­chwałki Dudleyów.

Jakże wspa­niale byłoby być kla­czą -?pomy­ślała. Móc tak galo­po­wać, pędzić na sil­nych nogach, czuć grę mię­śni pod opiętą skórą. Nikt nie zawra­całby jej głowy, nie szczy­pał w ramię, nie stro­fo­wał i nie utwier­dzał w prze­ko­na­niu, że jest mała i nic nie zna­cząca.

Odda­łaby wszystko, byle móc zmie­nić się w konia i uciec nie tylko od tego narze­czeń­stwa, ale i od wszyst­kiego, co było nie tak z jej życiem.

-?Pani -?dobiegł ją z tyłu męski głos. -?Czy mogę w czymś pomóc? Jane odwró­ciła się. Naj­pierw zwró­ciła uwagę na nie­na­ganny ubiór męż­czy­zny, a potem, gdy dotarła wzro­kiem do jego twa­rzy, wes­tchnęła w duchu. Oto on - kinol jak klamka od zakry­stii.

Głowę daję, pomy­ślała. Gdy prze­cho­dzi przez drzwi, jego nos wcho­dzi do pokoju pięć sekund przed nim. (Czy­tel­ni­kowi łatwiej będzie wyobra­zić sobie ten mon­stru­alny ptasi nochal, jeśli przy­po­mni sobie maski o dłu­gich dzio­bach, które leka­rze zaczną nosić w cza­sie zarazy za kil­ka­dzie­siąt lat. Podobno ich twórca zain­spi­ro­wał się wła­śnie nosem Dudleya, acz­kol­wiek pil­no­wał się, by nie zdra­dzić się z tym w obec­no­ści któ­re­goś z jego potom­ków).

Dobry Boże! A co, jeśli to wła­śnie jest Gif­ford?

-?Przy­je­cha­łam w odwie­dziny do lorda Gif­forda Dudleya -?powie­działa z waha­niem, łapiąc się na tym, że kie­ruje wypo­wiedź nie tyle do męż­czy­zny, co do jego nosa. Ale ten nos wisiał nad nią niczym miecz Damo­klesa, a ona czuła się w jego cie­niu mała, maleńka. Trudno było ode­rwać od niego wzrok. Cof­nęła się o krok, żeby móc spoj­rzeć roz­mówcy w oczy.

-?A więc przy­by­łaś, pani, by odwie­dzić mego brata -?odparł z uśmie­chem.

Co za ulga. Ten nos -?to zna­czy, ten męż­czy­zna -?nie był Gif­for­dem, lecz Sta­nem Dudleyem, star­szym bra­tem, który cza­sem towa­rzy­szył ojcu na dwo­rze. (Nie żeby Jane inte­re­so­wała się tym, co się działo na dwo­rze - miała o wiele za dużo ksiąg do prze­czy­ta­nia). Ale co, jeśli nos Gif­forda jest jesz­cze więk­szy?

Przy­ci­snęła książki do brzu­cha. Rap­tem naszła ją wielka chęć, by się pomo­dlić. Czy modli­twa o nor­malny nos to bluź­nier­stwo?

-?Tak. Czy mogła­bym się z nim zoba­czyć?

-?Oba­wiam się, że Gif­ford jest w tej chwili zajęty. On... dogląda koni. - Stan rzu­cił okiem na pastwi­sko, ale jeśli Gif­ford tam był, Jane go nie dostrze­gła. Widziała tylko sku­biące trawę zwie­rzęta.

-?A zatem nie zoba­czy się ze mną?

-?Nie w tej chwili, nie­stety.

Szału można dostać. Chciała przy­naj­mniej rzu­cić okiem na oblu­bieńca, nim odda mu się na resztę życia. Czy prosi o zbyt wiele?

Stan odwró­cił głowę, przy­sła­nia­jąc słońce nosem niczym strzały per­skiej armii pod Ter­mo­pi­lami.

-?Jesteś zawie­dziona. Jest mi nie­wy­mow­nie przy­kro, ale prze­cież wie­cie, że mój brat nie ma czasu dla panien, dopóki nie zapad­nie zmrok.

Panien... Skąd ta liczba mnoga?

-?Ty musisz być... -?cią­gnął sir Kul­fon -?Anna? Fry­de­ryka? Janette?

-?Słu­cham? -?Zamru­gała.

Stan skrzy­żo­wał ramiona na piersi i przyj­rzał jej się uważ­niej.

-?Rude włosy. Nie­spo­ty­kane. Nie pamię­tam, by mój brat wspo­mi­nał, że jedna z jego kobiet to rudzie­lec.

-?Jedna z jego kobiet? -?zdo­łała pisnąć.

-?Nie myśla­łaś chyba, że jesteś jedyną? Zda­wało mi się, że pre­fe­ruje bru­netki. I nieco wyż­sze. I lepiej... ukształ­to­wane.

Jane zachły­snęła się powie­trzem. Jak on śmie! Za kogo on się ma, ten cały Stan? W żyłach Jane pły­nęła prze­cież błę­kitna krew (jej pra­bab­cia była w końcu kró­lową), była kuzynką samego króla Edwarda VI, jego naj­bliż­szą przy­ja­ciółką. Już ona zadba, żeby król się dowie­dział, jak ją potrak­to­wał ten bez­czelny, cham­ski, zaro­zu­miały, zepsuty...

Zorien­to­wała się, że nie mówi na głos. Zamiast tego stała jak słup soli, z roz­dzia­wio­nymi ustami, pod­czas gdy usta umiej­sco­wione pod wiel­gach­nym nocha­lem Dudleya kon­ty­nu­owały lita­nię imion. Tak, aż tyle ich było. Na każdą literę alfa­betu przy­pa­dało przy­naj­mniej jedno. Czy Gif­ford utrzy­my­wał sto­sunki z tymi wszyst­kimi kobie­tami? Czy może Stan był po pro­stu wredny?

-?No dobra -?rzekł w końcu. -?Pod­daję się. Powiem mu, że przy­je­cha­łaś, jeśli powiesz mi, kim jesteś.

Zebrała się, by prze­mó­wić swoim naj­bar­dziej wynio­słym tonem, a potem wypa­liła:

-?Jestem lady Jane Grey. Jego narze­czona.

Stan znie­ru­cho­miał na moment, a potem skło­nił się prędko.

-?Ach, teraz rozu­miem. Wybacz, pani. Tak mi przy­kro. Nie mia­łem poję­cia. Nie powi­nie­nem był mówić tych wszyst­kich rze­czy. Po pro­stu jesteś, pani, bar­dzo ruda jak na szla­chet­nie uro­dzoną... Zna­czy... W życiu bym nie wspo­mniał o tych innych kobie­tach. Bo nie ma żad­nych innych kobiet. Ni­gdzie. Na całym świe­cie. Poza moją żoną. I tobą, rzecz jasna. Gif­ford będzie lojal­nym i wier­nym mężem. Wier­nym jak pies! No, może nie­zu­peł­nie jak pies... -?Wes­tchnął.

Jane tylko gro­miła go wzro­kiem.

-?Racz, pani, przy­jąć moje naj­szczer­sze prze­pro­siny... -?Stan Dudley kajał się i lepił do kupy nie­składną wypo­wiedź, pró­bu­jąc rato­wać resztki honoru, a na koniec wybą­kał coś o tym, że pozo­stawi ją teraz wła­snym myślom, które są z pew­no­ścią tak czy­ste jak naj­biel­sze z płat­ków na dzie­wi­czym drze­wie wiśni. A potem znik­nął.

No pro­szę. A więc jej przy­szły mąż to kobie­ciarz. Bawi­da­mek. Bała­mut. Cela­don (cho­dziło jej o lowe­lasa, a nie o chiń­ską por­ce­lanę). Flir­ciarz i babiarz (Jane w chwi­lach wzbu­rze­nia prze­mie­niała się w cho­dzący tezau­rus. Był to efekt uboczny nad­mier­nego oczy­ta­nia). Nic dziw­nego, że nikt nie widuje go za dnia, skoro ten liber­tyn spę­dza je całe z końmi, a nocami szlaja się z jaki­miś lafi­ryn­dami.

Tak być nie może.

Jane ruszyła z powro­tem do karety, nabur­mu­szona jak burzowa chmura, ukła­da­jąc w myślach prze­mowę, którą z przy­jem­no­ścią ura­czy Gif­forda, Edwarda, matkę i każ­dego, kto maczał palce w tych zarę­czy­nach. Prze­mowę bar­dzo długą i pełną bar­dzo brzyd­kich, nie­god­nych damy słów.

Wcze­śniej sądziła, że mał­żeń­stwo z nią może znisz­czyć Gif­for­dowi życie, ale teraz zro­zu­miała, że mał­żeń­stwo z lor­dem Gif­for­dem Dudleyem przede wszyst­kim znisz­czy życie jej.

Chyba że znaj­dzie spo­sób, by mu zapo­biec.

Jane wypro­sto­wała się jak struna. O nie, za żadne skarby nie wyj­dzie za Gif­forda Dudleya (co to w ogóle za imię?). Ani w sobotę, ani ni­gdy.

Rozdział 3

Gif­ford (ale mów­cie mu G!)

Naj­gor­szy w prze­bu­dze­niu był tra­wia­sty posmak siana w ustach. Wyni­ka­jący stąd, że naprawdę miał siano w ustach. Ale zja­wi­ska sia­no­ustozy (czy "sia­no­buzi", jak nazy­wała przy­pa­dłość jego matka -?jakby cho­dziło o zwy­czajny o poranku nie­świeży oddech) nie dało się unik­nąć, gdy koń­czyło się dzień pod posta­cią nie­udo­mo­wio­nego konia i zaczy­nało noc jako nie­udo­mo­wiony męż­czy­zna.

Pra­wie męż­czy­zna, jak twier­dziła matka. W wieku dzie­więt­na­stu lat nie był jesz­cze w pełni męż­czy­zną. A co do tego, że był nie­udo­mo­wiony, nikt nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

Dźwi­gnął się do kucek, a potem wstał. G (pro­szę, nazy­waj­cie go "G", a nie Gif­for­dem -?co to za imię, na litość boską? -?Dudleyem, dru­gim -?a więc nie­waż­nym -?synem lorda Johna Dudleya, księ­cia Nor­thum­ber­land) poru­szył zadem, który był teraz jego zupeł­nie ludz­kim sie­dze­niem.

Zasta­no­wił się, gdzie by jutro poga­lo­po­wać. Tym razem chyba skie­ruje się na pół­nocny zachód i prze­cwa­łuje zie­lone wzgó­rza i bujne lasy. A kiedy już się nabiega, poszuka wody. Nic nie może się rów­nać z życiem pozba­wio­nym ogra­ni­czeń, z galo­pem, z wia­trem we wło­sach. W grzy­wie.

Zmien­no­kształt­ność była darem, który przy­jął, bo nie miał wyj­ścia. (Bo gdyby miał, to z pew­no­ścią nie omiesz­kałby też popro­sić o kon­trolę nad nim, choć włącz­nik i wyłącz­nik ode­brałby cały sens klą­twie, któ­rej nad­rzęd­nym celem była wła­śnie uciąż­li­wość). No cóż, ten stan rze­czy miał jed­nak jakieś zalety. Przede wszyst­kim sam był sobie panem. (Kto by chciał się zwią­zać z pół koniem, pół czło­wie­kiem?) Mógł wybrać miej­sce na mapie, a potem pognać tam, gdy tylko wstało słońce. (Przy zało­że­niu, że jego koń­ski mózg zapa­mięta drogę. G był zda­nia, że konie mają słabo roz­wi­nięty zmysł orien­tacj w tere­nie. Raczej nie zamie­rzał przy­zna­wać się przed nikim, że nawet jako czło­wiek gubił się we wła­snej gar­de­ro­bie). Naj­lep­sze ze wszyst­kiego było to, że nie miał żad­nych "ludz­kich" obo­wiąz­ków.

Po całej tej wol­no­ści, którą upa­jał się za dnia, z nasta­niem zmroku zawsze dopa­dała go chan­dra. G odszu­kał kubeł wody, który sta­jenny zawsze sta­wiał dla niego w kącie, pod­biegł do niego (po ludzku, ale pew­nie bar­dziej po koń­sku niż jaki­kol­wiek inny czło­wiek) i upił z cho­chli potężny łyk.

Zawsze odwad­niał się pod­czas trans­for­ma­cji, a dzi­siej­szej nocy musiał zacho­wać trzeź­wość myśle­nia. Ponie­waż zmie­niał się w czło­wieka o zmroku, było tylko kilka rze­czy, które mógł robić, pro­wa­dząc nocny tryb życia. Rodzice wywnio­sko­wali z nad­mier­nie swo­bod­nego słow­nic­twa i szorst­kich manier potomka, że swoje ludz­kie godziny spę­dza w budu­arach dam o wąt­pli­wej repu­ta­cji oraz pod­chmie­lony w oko­licz­nych lupa­na­rach. Po kory­ta­rzach posia­dło­ści Dudleyów niósł się czę­sto­kroć lament lady Dudley: "Ach, tylko by się łaj­da­czył ten nasz chło­pak... Ach, co z niego wyro­śnie...".

G pozwo­lił im w to wie­rzyć. Wła­ści­wie to pod­sy­cał przy­pusz­cze­nia rodzi­cieli, prze­chwa­la­jąc się kolej­nymi pod­bo­jami. Dopóki mieli go za Casa­novę (choć oczy­wi­ście nie mogli porów­nać go do praw­dzi­wego Casa­novy, który uro­dzi się dopiero za dwie­ście lat), dopóty G mógł robić, czego tylko dusza zapra­gnie. A poza tym czułby się o wiele bar­dziej poni­żony, gdyby rodzice dowie­dzieli się prawdy o tym, jak spę­dza noce. Wolał już, żeby mieli go za bir­banta i hulakę, niż...

Wtem ktoś zapu­kał ostro do bram stajni.

-?Pani­czu? -?zawo­łał z dru­giej strony Bil­ling­sly.

-?Tak? -?odparł G, odkaszl­nąw­szy, by pozbyć się z głosu koń­skiego rże­nia.

-?Pań­skie spodnie.

Brama sta­jenna roz­warła się na tyle, by wsu­nęła się do środka ręka w nie­bie­skim uni­for­mie słu­żą­cego, trzy­ma­jąca parę spodni.

-?Dzię­kuję, Bil­ling­sly. -?G wło­żył spodnie, a Bil­ling­sly uło­żył resztę ubra­nia na drew­nia­nym stole, by nie ubru­dzić go sia­nem.

-?Pań­ski ojciec chce zamie­nić z pani­czem słowo, gdy tylko się panicz przy­odzieje.

-?Mój ojciec? -?powtó­rzył G zanie­po­ko­jony. -?Czyżby już wró­cił do zamku?

-?Tak, pani­czu -?odpo­wie­dział Bil­ling­sly.

G dopiął guziki kurtki i wsu­nął wyso­kie skó­rzane buty.

-?Powiedz, pro­szę, ojcu, że jestem zajęty. Że mam... plany. Bil­ling­sly oczy­ścił gar­dło.

-?Oba­wiam się, pani­czu, że ojciec nalega. Będziesz musiał prze­ło­żyć swój... Hm... Wie...

-?Bil­ling­sly! -?uciął G, czu­jąc ogar­nia­jący go rumie­niec. -?Myśla­łem, że uzgod­ni­li­śmy, że ni­gdy nie będziemy mówić o... tym... poza... miej­scem, gdzie się odbywa.

-?Wybacz, pani­czu. Ale nie mogłem przy­po­mnieć sobie hasła na tę rzecz wła­śnie.

G zamknął oczy i wes­tchnął. Bil­ling­sly dopiero nie­dawno odkrył, co tak naprawdę G robi pod osłoną nocy, i dał się prze­ko­nać (dobre sobie - "prze­ku­pić" traf­niej oddaje cha­rak­ter trans­ak­cji słu­żą­cego z mło­dym Dudleyem), by nie wspo­mi­nać o tym rodzi­com G. -?Łaj­dac­twa, Bil­ling­sly. Łaj­dac­twa.

-?Tak, pani­czu. Otóż łaj­dac­twa będą musiały zacze­kać, ponie­waż rów­nież matka domaga się pań­skiego towa­rzy­stwa. Jest z pań­skim ojcem w bawialni.

Ojciec sie­dzi z matką w jed­nej kom­na­cie i posyła po niego? To brzmi dość poważ­nie. Ow­szem, ojciec wołał go cza­sem, gdy chciał omó­wić jego przy­szłość, koń­ską klą­twę lub spa­dek (a raczej brak tako­wego -?był w końcu dru­gim synem). Ale jego matka uczest­ni­czyła w tych dys­ku­sjach nie­zmier­nie rzadko. Lepiej czuła się w roli osoby pie­lę­gnu­ją­cej niż dora­dza­jąco-wycho­wu­ją­cej. Wolała udzie­lać mu rad doty­czą­cych ubioru, popra­wiać zmierz­wione włosy (lub grzywę w zależ­no­ści od pozy­cji słońca na nie­bie).

G obrzu­cił Bil­ling­sly'ego wzro­kiem.

-?Święta idą, czy jak?

-?Jest maj, pani­czu.

-?Czy­jeś uro­dziny?

-?Nie, pani­czu.

-?Ktoś umarł? -?Na chwilę pozwo­lił sobie wie­rzyć, że oto zmarł jego dosko­nały star­szy brat Stan, zosta­wia­jąc w nie­utu­lo­nym żalu swoją dosko­nałą żonę i nie mniej dosko­na­łego synka, ale zaraz przy­po­mniał sobie, że prze­cież Stan ni­gdy się nie myli, a porzu­ce­nie rodziny w wyniku przed­wcze­snej śmierci byłoby w bar­dzo złym stylu. A ponadto G musiałby w takim wypadku oże­nić się z wdową po bra­cie. Zadrżał na tę myśl.

-?Wszy­scy żyją i cie­szą się dobrym zdro­wiem, pani­czu -?odparł z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem Bil­ling­sly.

G zaci­snął swoje szla­chetne wargi i opróż­nił płuca z powie­trza. Dźwięk bar­dzo koja­rzył się z koń­skim prych­nię­ciem.

-?Czy wypo­wiedź pani­cza ozna­cza, że zga­dza się panicz przyjść? G zamknął oczy.

-?Tak.

-?Dosko­nale, pani­czu.

G oddałby w tym momen­cie, co miał naj­cen­niej­szego, żeby zawład­nąć swoim e?iańskim darem. Wtedy mógłby po pro­stu zmie­nić się z powro­tem w konia i w try­miga uciec ojcu sprzed nosa (przy czym, oczy­wi­ście, minę­łoby sporo czasu, nim uda­łoby mu się opu­ścić strefę cie­nia rzu­caną przez sam nos).

Zmierzch zmie­nił się w noc, gdy G dotarł ze stajni do bocz­nej bramy zamku Dudleyów. Jego umysł galo­po­wał na zła­ma­nie karku: czego mogli chcieć od niego rodzice?

Odkąd tylko stał się dość duży, by siąść z rodzi­cami przy stole obia­do­wym, miał świa­do­mość swo­jej pośled­niej pozy­cji w rodzi­nie. Sta­nowi zawsze ser­wo­wano posi­łek przed G -?zarówno pierw­sze, jak i dru­gie danie oraz desery. Kiedy ojciec przed­sta­wiał ich dwóch komuś waż­nemu, zawsze mówił: "To jest Stan, następny książę Nor­thum­ber­land, dzie­dzic for­tuny rodo­wej Dudleyów". Następ­nie nastę­po­wała pauza, a potem ojciec się mity­go­wał: "Aha, to mój drugi syn, brat Stana".

W tym miej­scu nar­ra­torki pozwolą sobie zwró­cić uwagę czy­tel­nika na dwa fakty, które mogły się przy­czy­nić do zaże­no­wa­nia, które czuł książę Nor­thum­ber­land przy swoim młod­szym synu. Po pierw­sze: każdy wie­dział, że e?iaństwo jest dzie­dziczne, a ani książę, ani jego, jak sądził, wierna żona nie posia­dali daru. Po dru­gie: książę miał epicki nos, o któ­rym krą­żyły legendy, a nos Gif­forda miał zupeł­nie nor­malne roz­miary i kształt, który mógłby się stać inspi­ra­cją dla nie­jed­nego sonetu.

Kom­bi­na­cja tych dwóch rze­czy spra­wiała, że książę czę­sto spo­glą­dał z ukosa na swą mał­żonkę, a samego Gif­forda trak­to­wał jak powie­trze.

Dla­tego też od swo­ich dwu­na­stych uro­dzin Gif­ford pro­sił, by skra­cano jego imię do samego "G". I tak nikogo nie obcho­dziło, jak ma naprawdę na imię.

Bil­ling­sly pro­wa­dził G przez któ­rąś z kolei kom­natę, gdzie chło­pak zła­pał wzro­kiem swoje odbi­cie w wiszą­cym na ścia­nie zwier­cia­dle i przy­sta­nął, by wyło­wić z kasz­ta­no­wych wło­sów źdźbło siana. Jego matka usta­no­wiła jasne zasady dobrego wycho­wa­nia, regu­lu­jące zacho­wa­nie Gif­forda w zam­ko­wych murach, z któ­rych naj­waż­niej­sza brzmiała: wszel­kie ślady koń­skich eska­pad należy zosta­wić w stajni, gdzie ich miej­sce.

Matka zawsze trak­to­wała jego prze­kleń­stwo tak, jakby naj­więk­szym pra­gnie­niem G było spę­dzić resztę życia na pastwi­sku. Jakby klą­twa była tylko kolej­nym spo­so­bem uprzy­wi­le­jo­wa­nego nasto­latka na zro­bie­nie na złość rodzi­com. Czę­sto zapo­mi­nała, że on sam ni­gdy się o tę klą­twę nie pro­sił, że oddałby prawą rękę Bil­ling­sly'ego, żeby móc nad nią zapa­no­wać.

W tym momen­cie słu­żący wycią­gnął przed sie­bie prawą rękę, zupeł­nie jakby czy­tał G w myślach, i wska­zał znaj­du­jące się przed nimi drzwi do bawialni.

-?Pro­szę, pani­czu -?powie­dział, otwie­ra­jąc je drugą ręką.

Wewnątrz przy kapią­cym od ozdób biurku sie­dział ojciec, a za jego ple­cami matka, Ger­truda, z dło­nią na ramie­niu lorda Dudleya, jakby pozo­wali do por­tretu. Jego młod­sza sio­stra Tem­pe­rance przy­cup­nęła na kana­pie, bawiąc się swo­imi zabaw­ko­wymi ryce­rzam i damami.

-?Gif­fuś! -?wykrzyk­nęła, gdy wszedł do pomiesz­cze­nia. Tem­pe­rance była jedyną osobą na świe­cie, któ­rej ucho­dziło na sucho nazy­wa­nie go "Gif­fu­siem".

-?Cześć, Loczek -?przy­wi­tał się G, bo sio­strzyczka miała naj­bar­dziej krę­cone włosy w całej Anglii.

-?Witaj, synu -?wyrzekł lord Dudley. Ski­nął na sto­jącą w rogu kobietę, mamkę Tem­pie, która natych­miast zła­pała dziew­czynkę za rękę i wypro­wa­dziła ją z kom­naty. Tem­pie poma­chała nie­zgrab­nie, sta­ra­jąc się nie upu­ścić lalek i jed­no­cze­śnie trzy­mać kobietę za rękę. -?Dzię­kuję, żeś tak szybko do nas dołą­czył.

G od razu się zorien­to­wał, że coś jest nie tak. Ojciec od lat nie obda­rzył go dobrym sło­wem. Ostatni taki przy­pa­dek miał miej­sce pod­czas wizyty Rafa­ela Ama­dora, emi­sa­riu­sza z Hisz­pa­nii. Lord Dudley podzię­ko­wał mu wtedy za to, że "trzy­mał się w cie­niu".

-?Ojcze -?G skło­nił się nie­znacz­nie.

-?Mamy dla cie­bie dobrą wia­do­mość -?pod­jął ojciec. Ger­truda wypro­sto­wała się nieco na dźwięk jego słów. -?Przed tobą szczę­śliwa przy­szłość.

O nie, pomy­ślał G. Gadka o przy­szło­ści nie­od­łącz­nie wią­zała się z...

-?Wyro­słeś na wspa­nia­łego mło­dzieńca. I na, hm, pięk­nego konia - powie­dział ojciec. -?Może i nie potra­fimy zapa­no­wać nad twoją przy­pa­dło­ścią, ale prze­cież nie możemy pozwo­lić, by twoja dzienna nie­dy­spo­zy­cja unie­moż­li­wiła ci pro­wa­dze­nie względ­nie nor­mal­nego życia czy też odarła z praw i przy­wi­le­jów należ­nych ary­sto­kra­cie.

G cokol­wiek iry­to­wało to, że żadne z rodzi­ców nie potra­fiło nazwać koń­skiej klą­twy po imie­niu, a zamiast tego ucie­kali się do fra­ze­sów w stylu "przy­pa­dłość" i "dzienna nie­dy­spo­zy­cja". Ale dopiero ostat­nie zda­nie ojca wytrą­ciło go z rów­no­wagi, ponie­waż gadka o "pra­wach i przy­wi­le­jach" mogła ozna­czać tylko jedno.

-?Mówię o mał­żeń­stwie, synu -?oznaj­mił lord Dudley. -?Mał­żeń­stwie z damą o nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii, solid­nych konek­sjach rodzin­nych, przej­rzy­stym rodo­wo­dzie, oraz -?o ile można przy­pusz­czać bez spraw­dza­nia u samego źró­dła -?płodną.

Spraw­dziły się naj­gor­sze obawy G.

-?Rety, ojcze. Płodna? Z rodo­wo­dem? Nie wie­dzia­łem, że taki z cie­bie roman­tyk. -?Czy to nie ojciec mawiał, że mał­żeń­stwo zawarte w pośpie­chu rzadko dobrze się koń­czy?

Lady Ger­truda zde­cy­do­wała się prze­nieść upier­ście­nioną dłoń z ramie­nia męża na jego kark, chcąc spra­wiać pozory, że żar­liwy afekt może się zro­dzić nawet w mał­żeń­stwie z przy­musu.

-?Kochany chłop­cze, gdy­by­śmy pozo­sta­wili cię twym wła­snym upodo­ba­niom, wąt­pię, byś kie­dy­kol­wiek wstą­pił w zwią­zek mał­żeń­ski.

-?Myśla­łem, że to już usta­lone i uzgod­nione -?powie­dział G. Mie­siąc po tym, jak pierw­szy raz zmie­nił się w konia, pod­słu­chał przy­pad­kiem, jak matka żali się ojcu, że żadna sza­nu­jąca się lady nie będzie chciała wyjść za zwie­rzę, na co ojciec powie­dział, że miałby więk­szą szansę na oże­nek, gdyby był koniem nie tylko w dzień, ale i w nocy, zupeł­nie pozba­wiony ludz­kiej postaci. Być może wtedy jego rodzice mie­liby z niego jakiś poży­tek. Mogliby na przy­kład sprze­dać go chłopu do wozu.

G poszedł tam­tej nocy spać w stajni.

Lord Dudley strą­cił z karku dłoń żony, jakby była natręt­nym pają­kiem.

-?Gorąco pra­gnę, by wszyst­kie moje dzieci wstą­piły w zwią­zek mał­żeń­ski.

-?Czemu? Nie potrze­bu­jesz ode mnie potom­ków -?powie­dział G. -?Jestem dru­gim synem.

-?Dla­tego też ostat­nie dwa tygo­dnie spę­dzi­li­śmy z twoją matką, pra­cu­jąc na twoje szczę­ście...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki