2 - Leif
Dziś moja córka zostanie ministrem sprawiedliwości Norwegii - myślę sobie zaraz po przebudzeniu.
Opuszczam nogi na podłogę, przesuwam się na skraj łóżka, próbuję przezwyciężyć poranną sztywność kostek i kolan. Gdy już je rozruszam, od razu robi mi się lepiej.
W końcu wstaję, odwracam się, poprawiam prześcieradło i ścielę łóżko najdokładniej, jak potrafię. Wieczorami zawsze cieszę się na myśl, że wejdę do chłodnej sypialni i położę się na dobrze naciągniętym prześcieradle pod kołdrą - tak samo jak cieszę się na poranne wstawanie, parzenie kawy, nalewanie jej sobie do kubka.
Idę do kuchni i robię dwie kanapki, jedną z goudą, a drugą z dżemem, przygotowuję kawę i napełniam kubek, resztę przelewam do termicznego dzbanka, który stoi tu jeszcze od czasów mojej matki.
Najpierw idę do kur. Gdaczą jak szalone i trzepoczą skrzydłami, czekając, aż nasypię im karmy. Pochylam się. Jest - jedno jajko. Dwa. I trzy. Są jeszcze ciepłe, grzeją mi dłonie, gdy wymykam się z kurnika i wracam do domu. Kładę jajka na kuchennej ławie, po czym ruszam do owczarni. Pachnie tu wełną, owczymi szczynami i ciepłym zwierzęcym ciałem. Owce beczą. Wszystko jest takie jak zawsze, a jednak w pewnym sensie inne.
Oporządzam zwierzęta i idę się zająć najnowszym przedsięwzięciem. Chcę postawić ogrodzenie na szczycie wzgórza, od strony lasu. Żebym mógł tam wypuszczać wiosną owce, jak się już okocą.
Długo obmyślałem metodę odpowiedniego rozciągnięcia ogrodzenia, dlatego powinienem sobie z tym poradzić. W końcu udało mi się opracować nowe rozwiązanie, wymagające użycia drągów, pasów transportowych i traktora.
Działa jak złoto i teraz tylko zachodzę w głowę, czemu nie wpadłem na to wcześniej.
Przystaję, opieram stopę na kamieniu i pochylam się do przodu, wodząc wzrokiem po okolicy. Najpierw lustruję pola, potem lasy liściaste skąpane w płomiennych oranżach. Za nimi rozciąga się zielony pas lasu świerkowego, nie widzę go stąd - po prostu wiem, że tam jest. Świerki porastają strome zbocze urywające się przy szosie, której też stąd nie widać.
Widać za to fiord. W bezwietrzne, słoneczne jesienne dni - takie jak ten - jego powierzchnia zdaje się lśnić. Woda płynie daleko w dole i migocze, odbijając światło z bezkresnego nieba, i posyła je aż tu, na górę, do mnie.
Spędziłem tu całe życie, a ten widok nadal zapiera mi dech w piersi.
To tu mieszkam, tu będę mieszkał do końca swoich dni - piękniejsze miejsce po prostu nie istnieje.
Wracam do domu i dolewam sobie kawy do kubka. Na stoliku koło mojego fotela pod oknem leży książka, którą teraz czytam. Ma prawie tysiąc stron, opowiada o drugiej wojnie światowej, jak zresztą wiele moich lektur. Zazwyczaj spędzam o tej porze jakieś pół godzinki na czytaniu, ale dziś zamiast tego usiądę przed telewizorem.
Potem powinienem wrócić do pracy przy ogrodzeniu i innych obowiązków, ale dziś wieczorem, po obiedzie, wyjmę butelkę z narożnej szafki, naleję sobie kieliszek, usiądę w fotelu przy oknie, włączę lampkę, będę słuchał trzaskania ognia w piecu i zatopię się w lekturze, aż powieki zaczną mi tak ciążyć, że będę musiał iść na górę.
Lubię tak spędzać czas. Lubię swoje życie. Przez te wszystkie lata było w nim tyle niepokoju. Okres po powrocie z Libanu okazał się trudny, zwłaszcza po śmierci Larsa. Kolejne lata przepełnione różnymi lękami nakładały się na siebie, niczym warstwy gleby różnej gęstości.
Ale ostatnio wszystko wydaje się w porządku. Może po prostu jestem już za stary, może nie mam siły na kolejne niepokoje.
To niewiarygodne. Moja Clara, córka ubogiego rolnika. Pomimo tego wszystkiego, co nam się przytrafiło, pomimo swojej bezużytecznej matki i śmieci Larsa, ona sobie poradziła. A teraz zasiądzie przy królewskim stole.
Ledwie ją poznaję na ekranie telewizora. Jest umalowana i wystrojona, ma na sobie kostium, bluzkę i buty na wysokim obcasie. Wygląda jak ktoś obcy, jak miastowa dama. Po raz pierwszy w życiu myślę sobie też, że przypomina swoją matkę, Agnes, taką, jaką była kiedyś. Wysoka. Szykowna. Pełna godności.
Głos telewizyjnego komentatora informuje, że wybór Lofthus był odważny i nieco zaskakujący, zwłaszcza że jej jedyne doświadczenie w polityce stanowi kilka miesięcy na stanowisku sekretarza stanu. Lofthus od wielu lat mieszka w Oslo, ale pochodzi z niewielkiej wioski na zachodnim wybrzeżu kraju. Niedawno owdowiała w tragicznych okolicznościach - jej mąż utopił się w górskim jeziorze, a ona została sama z dwoma synami. Te fakty sprawiają, że decyzja o nominowaniu jej na tak wysokie stanowisko wydaje się jeszcze bardziej kontrowersyjna.
Zaczyna padać. Pani premier i nowy minister zdrowia przestępują z nogi na nogę, mimo że nadal się uśmiechają. Clara stoi obok nich dumna i niewzruszona. Widzę, że przyszli jej pogratulować rodzice Haavarda i Axel. Przez chwilę czuję, jak wzbiera we mnie zazdrość, też bardzo chciałbym tam być.
Nagle do Clary podchodzi jakaś kobieta - krzyczy i czymś wymachuje. Co się dzieje? Obraz na chwilę zamiera. A potem moja córka wraca do pani premier, uśmiech na jej twarzy jest teraz nieco wymuszony. Clara jest wyższa od swojej szefowej o głowę, od ministra stojącego po drugiej stronie zresztą też.
Powiedziała mi przez telefon, że wreszcie będzie mogła wiele zrobić, by pomóc dzieciom. Co się pewnie zgadza. Powątpiewam jednak, czy to nowe stanowisko wyjdzie na zdrowie jej własnym synom, Andreasowi i Nikolaiowi. Gdyby mnie spytała, tobym jej o tym powiedział, ale ona nie chciała znać mojego zdania. Przez wiele lat prosiła mnie o radę niemal w każdej sprawie, teraz już tego nie robi. To w pewnym sensie i dobrze, i źle. Ale błysk, który widzę teraz w jej oku, rzadko zwiastuje coś dobrego. Wyciągam rękę po pilota, wyłączam telewizor i wstaję.
W markecie podchodzi do mnie parę osób i składa gratulacje.
- Musisz być bardzo dumny - mówi kasjerka.
Kiwam tylko głową, po czym wychodzę i idę do samochodu.
To dziwne, ale lubię odcinek trasy między wsią a moim domem przebiegający nad fiordem. Tę wąską, krętą szosę ze stromą skalną ścianą po jednej stronie. Latem i jesienią czasami osuwają się z niej kamienie, zimą zaś - ciężkie bloki lodu. Po drugiej stronie, u stóp stromej skarpy, rozciąga się fiord. Krajobraz wręcz się przed człowiekiem otwiera, widok jest zachwycający. Góry, woda, niebo. Ogniście pomarańczowe drzewa sprawiają, że o tej porze roku zbocza mienią się jak w ogniu. Nocne przymrozki przyszły w tym sezonie rekordowo wcześnie, stąd jesienne barwy już we wrześniu.
Kilka kilometrów dalej wrzucam kierunkowskaz i skręcam w lewo, wjeżdżając na szosę prowadzącą do płaskowyżu, na którym mieszkam. Po drodze mijam jeszcze Storagjelet, miejsce, w którym przed laty doszło do wypadku z udziałem Clary i Magnego. Nie robi to już na mnie wrażenia. Za każdym razem, gdy wyprawiam się do wsi, by zrobić zakupy albo pozałatwiać jakieś inne sprawy, muszę tędy przejechać. Po trzydziestu latach człowiek się przyzwyczaja, więc nie czuję nawet smutku.
Magne zginął, i dobrze mu tak. Clara ocalała, wydostała się z samochodu i dopłynęła do brzegu, wbrew wszelkiej logice.
Właściwie to za każdym razem, gdy mijam Storagjelet, ogarnia mnie rodzaj wdzięczności. Gdyby coś się wtedy stało mojej córce, pewnie bym tego nie przeżył. Bo tylko ją miałem.
Pod koniec lata gazety podały, że nurkowie odnaleźli auto Magnego na głębokości stu osiemdziesięciu metrów. Nie byłem przygotowany na tę wiadomość ani na dyskomfort, który we mnie wywołała. Chyba wyobrażałem sobie, że samochód się rozpuścił i zniknął, choć przecież wiem, że to niemożliwe.
Zbliżając się do Storagjelet, widzę tłumek ludzi zebranych na miejscu postojowym, które tam niedawno zrobiono. Po tamtym wypadku skały po drugiej stronie szosy zostały wysadzone, a zakręt - przeniesiony dalej od niebezpiecznej skarpy. Nic nie wygląda tak jak wcześniej, poza tym, że z jednej strony ma się górę, a z drugiej fiord. I że lustro wody migocze daleko w dole.
Zatrzymuję samochód i podchodzę z wahaniem do zebranych w tym miejscu ludzi.
Frank Birger, na którego wołają Befsztyk, pozdrawia mnie, unosząc rękę. Rusza w moim kierunku. Mam ochotę wrócić do auta i pojechać do domu.
- Dzieńdoberek - mówi mężczyzna, kładąc łapę na moim ramieniu. - Byłem pewien, że pojechałeś do stolicy świętować wielki dzień córki.
Befsztyk waży pewnie ze sto trzydzieści kilo, a mimo to spodnie wiszą mu na tyłku. Jest zarośnięty i wygląda jak wielki plastikowy troll z gatunku tych, jakie sprzedają w sklepach z pamiątkami. Brudne włosy sterczą mu na wszystkie strony. Większość czasu spędza w budzie z fast foodem, gdzie pożera megaburgery z frytkami. Dzięki wielu spędzonym tam godzinom i pracy kierowcy szkolnego autobusu, który zbiera dzieciaki z okolicznych gospodarstw, Befsztyk wie o wszystkim, co dzieje się we wsi. A rozpuszczanie plotek na prawo i lewo uznaje za swoją misję niezależnie od tego, czy ludzie chcą go słuchać, czy nie.
Wskazuje mi teraz stojącą nieopodal lawetę. Dostrzegam na niej zardzewiały szkielet samochodu należącego kiedyś do człowieka, który zniszczył moją rodzinę. Wrak ujrzał dziś znów światło dnia, jest pokryty mułem i zarośnięty wodorostami.
Na jego widok wszystko się we mnie wywraca, ciemnieje mi przed oczami.
Byli moim stadkiem - Agnes, Clara i Lars. Moim stadkiem, którym miałem się opiekować. Ale nie dałem rady, zawiodłem.
Maleńki Lars i wszystkie te sińce na jego skórze, zimne ciałko w szpitalnym łóżku, Clara siedząca w radiowozie po wypadku, Agnes stojąca w drzwiach i lejący z nieba deszcz.
Wszystko, co nigdy nie przeminie, czego nie uda się już naprawić.
Ale najbardziej wrył mi się w pamięć widok mojej wysokiej, chudej córeczki obejmującej nagrobek ramieniem, siedzącej na mogile swojego brata - zupełnie jakby Lars został zaklęty w ten kamień. Jej oczy, pełne żalu, ale jednocześnie dumy, bo wyrównała rachunki. Wszystkiego się domyśliłem i złożyłem sobie przysięgę, że nikt się o niczym nie dowie. To było trzydzieści lat temu. I faktycznie, nikt się nie dowiedział. Nie mogę pozwolić, by to się teraz zmieniło.
Befsztyk ciągle gada, ale ja muszę się odwrócić.
- Niewiarygodne, że wyłowili samochód po tych wszystkich latach, co? Biedny Magne, pewnie już dawno zeżarły go ryby. Dzięki Bogu, że Clara się uratowała. Ta twoja córeczka już wtedy była twardą sztuką. A teraz, patrzcie państwo - pani minister sprawiedliwości.
Zaczyna rżeć, pochyla się nade mną, jest na tyle blisko, że czuję zapach frytury, potu, niemytych włosów i tytoniu.
- Widzisz tego gościa z aparatem? - pyta. - Wiesz, co to za jeden?
Zaprzeczam. Ale faktycznie, facet, którego wskazuje Befsztyk skinieniem głowy, ma w sobie coś znajomego - to wysoki, barczysty mężczyzna o przeszywającym spojrzeniu i idiotycznej koziej bródce. Nie mogę skojarzyć, gdzie go wcześniej widziałem.
- To syn Kjellaug Haugo - oświadcza Befsztyk pełnym dramatyzmu tonem.
Kjellaug była femme fatale naszej wioski - smukła, długowłosa, pozbawiona zahamowań. Piękna jak Agnes, ale bez tego stylu i elegancji, które miała moja żona. Przez kilka lat sypiała z kim popadnie, aż w końcu urodziła syna, któremu dała na imię Halvor. Nikt nie wiedział, kto jest jego ojcem. Wtedy Kjellaug zupełnie odmieniła swój los, dostała pracę w domu opieki, kupiła dom, nigdy już nie pokazała się na żadnej imprezie.
Inni mieszkający w okolicy chłopcy jeździli rowerami na boisko pokopać piłkę albo chodzili na treningi, podczas gdy rosły syn Kjellaug przesiadywał w swoim pokoju w suterenie i grał na komputerze dzień i noc, na długo zanim takie życie zaczęły wieść wszystkie dzieciaki.
Nie widziałem go, odkąd był nastolatkiem, otyłym, pryszczatym chłopakiem z cyckami, ale słyszałem, że w ostatnim czasie zaczął pisywać do gazety. Więc jednak nie zszedł na psy. Wręcz przeciwnie, chyba wziął się za siebie. Potężny z niego teraz chłop, robi wrażenie wysportowanego i silnego.
- Lezie tu do nas. - Befsztyk zionie mi w twarz nieświeżym oddechem.
Faktycznie, ktoś musiał mnie wskazać Halvorowi Haugo, bo facet przedziera się przez tłum, idąc w moją stronę.
O nie. Clara jako minister sprawiedliwości. Wrak auta Magnego wyłowiony z dna fiordu. To już za dużo jak na jeden dzień, a teraz mam jeszcze rozmawiać z reporterem?
Odwracam się, ruszam do samochodu i wskakuję do środka. Przekręcam kluczyk w stacyjce, po czym skręcam na szosę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki