Moja Jane Eyre - Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows

-
Proszę czekać

Prolog

PRO­LOG

Wydaje ci się, że wiesz, jak było.

Sły­szysz to nie po raz pierw­szy, co? No to usły­szysz znowu: tylko ci się wydaje, że znasz tę opo­wieść. Żeby nie było, jest cał­kiem cie­kawa, oto bowiem osie­ro­cona młoda kobieta bez gro­sza przy duszy podej­muje pracę guwer­nantki w boga­tym domo­stwie, gdzie wpada w oko obrzy­dli­wie boga­temu i suro­wemu jak pla­ster boczku moż­no­władcy, po czym (och i ach!) zako­chuje się w nim do sza­leń­stwa. Sporo w tym wszyst­kim pasji, aż czło­wieka bie­rze zachwyt, lecz zanim owa nie­co­dzienna para staje na ślub­nym kobiercu - trzy­maj­cie się, bo będzie się działo! - wycho­dzi na jaw ohydna, okropna, zatrwa­ża­jąca zdrada! No a potem wybu­cha pożar i głów­nej boha­terce jest bar­dzo przy­kro, włó­czy się bez celu, cier­piąc głód i nie­wy­gody, gdy tym­cza­sem jej facet przy­ga­sza ją jak lampę, każąc jej wąt­pić we wła­sne zdro­wie psy­chiczne, ale koniec koń­ców wszystko koń­czy się szczę­śli­wie, a miłość i spra­wie­dli­wość trium­fują. Dziew­czyna (panna Eyre) oraz jej umi­ło­wany (pan Roche­ster) żyją długo i szczę­śli­wie, no a potem to już chyba (wes­tchnie­nie i tęskne spoj­rze­nie za okno) wszy­scy są szczę­śliwi, no nie?

Otóż by­naj­mniej. My mamy inną histo­rię do opo­wie­dze­nia (nie przy­zwy­cza­ili­ście się jesz­cze?), a histo­ria, którą zaraz zapre­zen­tu­jemy, to coś wię­cej niż tylko inne uję­cie zna­nej i kocha­nej przez wszyst­kich powie­ści.

Ta wer­sja, dro­dzy czy­tel­nicy, jest tą praw­dziwą.

Kobieta, o któ­rej wam opo­wiemy (a wła­ści­wie dwie kobiety), ist­niała naprawdę. Mro­żąca krew w żyłach zdrada i pożar rów­nież miały miej­sce. Ale całą resztę zna­nej wam opo­wie­ści może­cie wyrzu­cić do kosza. Wkrótce się prze­ko­na­cie, że książka, którą wła­śnie trzy­ma­cie w rękach, bar­dzo się różni od wszyst­kich kla­sycz­nych roman­sów, które kie­dy­kol­wiek czy­ta­li­ście.

Wszystko zaczęło się bar­dzo dawno temu. Tak dawno, że aż musimy się cof­nąć do roku 1788, gdy Anglią wła­dał król Jerzy III Hano­wer­ski, który widział mar­twych ludzi. A kon­kret­nie duchy. Cza­sem nawet uci­nał sobie poga­wędki z nie­ży­ją­cymi od dawna dwo­rza­nami oraz nie­spra­wie­dli­wie deka­pi­to­wa­nymi kró­lo­wymi, które fru­wały po pałacu.

A potem wyda­rzyła się tra­ge­dia. Pew­nego szcze­gól­nie pecho­wego dnia król zapo­mniał z kom­naty oku­la­rów. Gdy szedł ogro­dem, pewien psotny ogro­dowy duch zatrząsł gałę­zią nad jego głową, woła­jąc dono­śnym gło­sem:

- Ty, patrz na mnie! Jestem kró­lem Prus!

Jerzy, który aku­rat spo­dzie­wał się wizyty pru­skiego władcy, natych­miast ukło­nił się i wykrzyk­nął:

- Miło mi poznać Waszą Wyso­kość!

Po czym uści­snął drzewu gałąź.

Od tej chwili nazy­wano Jerzego "Sza­lo­nym Kró­lem", czego szcze­rze nie zno­sił. Z tego powodu przy­wo­łał do sie­bie ludzi, któ­rzy, jak sądził, naj­le­piej się nada­dzą do tego, by prze­pę­dzić pano­szące się po wło­ściach duchy: kapła­nów spe­cja­li­zu­ją­cych się w egzor­cy­zmach, leka­rzy obla­ta­nych w wie­dzy tajem­nej, filo­zo­fów, naukow­ców, jasno­wi­dzów i wszyst­kich, któ­rzy mieli jakieś poję­cie o zja­wi­skach para­nor­mal­nych.

Tak oto powstało Kró­lew­skie Towa­rzy­stwo do spraw Relo­ka­cji Dusz Zbłą­ka­nych.

W kolej­nych latach Towa­rzy­stwo, jak skra­cano dla wygody przy­długą nazwę sza­cow­nego komi­tetu, funk­cjo­no­wało pręż­nie i spraw­nie jako pro­mi­nentna i oto­czona sza­cun­kiem komórka angiel­skiej admi­ni­stra­cji. Jeśli w twoim sąsiedz­twie działo się coś dziw­nego, to do kogo... pisa­łeś list? Otóż wła­śnie do Towa­rzy­stwa, a Towa­rzy­stwo rychło wysy­łało agenta, by upo­rał się z drę­czą­cym cię upio­rem.

Teraz prze­wi­niemy taśmę, pomi­niemy rządy Jerzego IV i prze­sko­czymy pro­sto do chwili, w któ­rej na tron Anglii wstę­puje król Wil­helm IV. Z Wil­helma był prak­tyczny facet. Nie wie­rzył w duchy, a Towa­rzy­stwo uwa­żał za zbie­ra­ninę szar­la­ta­nów, któ­rzy latami nawi­jali jego łatwo­wier­nym poprzed­ni­kom maka­ron na uszy i nabi­jali ich w butelkę. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że kaso­wali za to ładny grosz (zna­czy się: szy­ling). Tak więc nie­mal w tym samym momen­cie, gdy kró­lew­skie sie­dze­nie po raz pierw­szy zetknęło się z tro­nem, Wil­helm wstrzy­mał finan­so­wa­nie Towa­rzy­stwa z budżetu pań­stwa. To dopro­wa­dziło do nie­sław­nego sporu monar­chy z sir Arthu­rem Wel­le­sleyem (zna­nym też jako książę Wel­ling­ton i Lord Prze­wod­ni­czący KTRDZ), który z cza­sem zaognił się do żywio­ło­wego i zupeł­nie nie­dżen­tel­meń­skiego kon­fliktu. Wsku­tek tegoż kon­fliktu Towa­rzy­stwo popa­dło w nie­ła­skę, a wkrótce póź­niej w nędzę.

Ten krótki wstęp przy­wiódł nas do początku naszej opo­wie­ści. Pół­nocna Anglia, rok 1834, wspo­mniane wcze­śniej osie­ro­cone dziew­czę bez gro­sza przy duszy. Oraz pewien pała­jący chę­cią zemsty młody męż­czy­zna.

Ale zacznijmy od dziew­czyny.

Otóż miała na imię Jane.

Rozdział 1. Charlotte

1

CHAR­LOTTE

Nie spo­sób było zja­wić się tego dnia na tere­nie szkoły w Lowood i nie usły­szeć okrop­nych, ale nie­sa­mo­wi­cie eks­cy­tu­ją­cych wie­ści: dyrek­tor Broc­kle­hurst został - och i ach! - zamor­do­wany! Fakty przed­sta­wiały się nastę­pu­jąco: zamiesz­kały dwie mile od Lowood pan Broc­kle­hurst przy­był do szkoły z zamia­rem prze­pro­wa­dze­nia kolej­nej comie­sięcz­nej "inspek­cji". Od razu wziął się do pracy, narze­ka­jąc, jak ciężko jest pro­wa­dzić szkołę dla bied­nych dziew­cząt, i zży­ma­jąc się, że owe biedne dziew­częta z jakie­goś powodu zawsze są głodne i pro­szą o dokładki. "Pro­szę pana, czy mogła­bym dostać jesz­cze?" Potem usa­do­wił się w fotelu przy kominku w salo­nie, pochło­nął górę cia­stek z tacy, którą uprzej­mie pod­su­nęła mu panna Tem­ple, a następ­nie odwa­lił kitę mię­dzy dwoma łykami popo­łu­dnio­wej her­batki. Tru­ci­zna. Nie w ciast­kach, ale w her­ba­cie ewi­dent­nie była tru­ci­zna. Lecz nawet jeśli pan Broc­kle­hurst doko­nałby żywota, zjadł­szy zatrute ciastko upie­czone przez uczen­nicę z Lowood, dziew­czyny były zgodne co do tego, że mu się nale­żało. Żadna nie uro­ni­łaby łzy nad jego losem, bo za jego kaden­cji wiecz­nie było im chłodno i głodno, a wiele ich kole­ża­nek zmarło na prze­strzeni lat na cho­robę cmen­tarną. (Histo­ria zna tę cho­robę pod wie­loma nazwami: krztu­sica, suchoty, gruź­lica i tak dalej, ale w tym okre­sie histo­rycz­nym zwy­kle nazy­wano to scho­rze­nie cho­robą cmen­tarną, bo jeśli mia­łeś nie­szczę­ście na nie zapaść, to wła­śnie tam lądo­wa­łeś - na cmen­ta­rzu. Ale zostawmy tę dygre­sję, wróćmy do pana Broc­kle­hursta. Otóż pan Broc­kle­hurst głę­boko wie­rzył, że jedze­nie przez całe życie wyłącz­nie przy­pa­lo­nej owsianki jest zba­wienne dla duszy ludz­kiej. (Miał oczy­wi­ście na myśli dusze ludzi bied­nych, bo jego wła­sna, jak odkrył, czuła się świet­nie, gdy ciało, które zamiesz­ki­wała, spo­ży­wało pie­czoną woło­winę i śliw­kowy pud­ding. I ciastka). Od przed­wcze­snej śmierci pana Broc­kle­hursta warunki w szkole już zdą­żyły się popra­wić. Dziew­częta były zgodne: kto­kol­wiek zabił dyrek­tora, wyświad­czył im wielką przy­sługę.

Tylko kto wła­ści­wie go zabił?

Na ten temat uczen­nice Lowood mogły jedy­nie spe­ku­lo­wać. Bo jak dotąd ani lokalne wła­dze ani Sco­tland Yard nie ujęły zbrod­nia­rza.

- To na pewno panna Tem­ple - usły­szała Char­lotte, prze­cha­dza­jąc się ścieżką wio­dącą przez szkolny ogród. Głos nale­żał do Kate­lyn. - Prze­cież to ona podała mu her­batę, nie?

- Głu­piaś! To na pewno panna Scat­cherd - zaopo­no­wała jej kole­żanka Vic­to­ria. - Sły­sza­łam, że miała kie­dyś męża, który też zmarł w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach.

- To tylko plotka - skwi­to­wała Kate­lyn. - Kto by chciał żonę z taką twa­rzą? Mogę się zało­żyć, że to panna Tem­ple.

Vic­to­ria pokrę­ciła głową.

- Ale panna Tem­ple muchy by nie skrzyw­dziła. Jest taka kochana i spo­kojna.

- O, naiw­no­ści! - prych­nęła Kate­lyn. - Każdy prze­cież wie, że to na te ciche trzeba uwa­żać.

Char­lotte uśmiech­nęła się pod nosem. Zbie­rała plotki, tak jak nie­które dziew­czynki lubiły zbie­rać lalki, i te co bar­dziej soczy­ste zapi­sy­wała w małym note­sie, z któ­rym ni­gdy się nie roz­sta­wała. (Lowood było pod­upa­dłą pro­win­cjo­nalną szkółką, ale aku­rat plo­tek tu nie bra­ko­wało). Jeśli jakaś pogło­ska oka­zy­wała się szcze­gól­nie cie­kawa, Char­lotte wymy­ślała na jej pod­sta­wie jakąś histo­rię, którą opo­wia­dała sio­strze na dobra­noc. Ale śmierć pana Broc­kle­hur­sta to było coś wię­cej niż tylko plotka roz­dmu­chana przez gro­madkę nasto­let­nich dziew­cząt. To była praw­dziwa, naj­praw­dziw­sza tajem­nica. Zagadka, która doma­gała się roz­wią­za­nia.

A nie ma na świe­cie cie­kaw­szych histo­rii niż te tajem­ni­cze i zagad­kowe.

Gdy opu­ściła oto­czone murami ogrody Lowood, wyło­wiła notes z kie­szeni i ruszyła żwawo w kie­runku lasu oka­la­ją­cego gmach szkoły. Jed­no­cze­sne cho­dze­nie i pisa­nie nastrę­czało pew­nych trud­no­ści, ale opa­no­wała tę trudną sztukę już dawno temu. Tak try­wialna rzecz jak prze­miesz­cze­nie się z punktu A do punktu B nie mogło prze­szko­dzić jej w pisa­niu, a poza tym znała drogę na pamięć.

"To na te ciche trzeba uwa­żać". Dobry tekst. Potem wykuje z niego jakąś histo­ryjkę.

Podej­rze­nie w oczy­wi­sty spo­sób padało na pannę Tem­ple i pannę Scat­cherd, ale Char­lotte była prze­ko­nana, że mor­dercą jest ktoś inny. Kon­kret­nie: inna nauczy­cielka. Ta, która jesz­cze nie­dawno sama była uczen­nicą w Lowood. Naj­lep­sza przy­ja­ciółka Char­lotte.

Jane Eyre.

Dziew­czynka zeszła skarpą do nie­wiel­kiej kotliny i odna­la­zła wzro­kiem Jane sto­jącą przy stru­mie­niu. Malo­wała, jak zwy­kle.

I gadała do sie­bie, też jak zwy­kle.

- To nie tak, że ja nie lubię Lowood. Po pro­stu spę­dziw­szy tu więk­szość życia, chcia­ła­bym zoba­czyć tro­chę świata - zwie­rzała się powie­trzu, nano­sząc farbę na płótno szyb­kimi, krót­kimi pocią­gnię­ciami pędzla. - To szkoła. To nie jest praw­dziwe życie, prawda? Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że nie ma tu... chłop­ców.

Jane była bar­dzo oso­bliwą dziew­czyną. To dla­tego Char­lotte tak dobrze się z nią doga­dy­wała.

- To prawda - wes­tchnęła malarka, nabie­ra­jąc farby z palety - że od śmierci pana Broc­kle­hur­sta jest tu o wiele lepiej...

Dreszcz prze­biegł Char­lotte po krę­go­słu­pie. Choć (jak już wspo­mnia­ły­śmy) każda dziew­czyna z Lowood wypo­wia­dała się o nagłym zgo­nie dyrek­tora w podob­nym tonie, to w gło­sie Jane dało się wyła­pać nutę szcze­gól­nej satys­fak­cji, która czy­niła z jej słów nie­malże wyzna­nie. Jakby zrzu­cała z bar­ków wielki cię­żar.

Nie było tajem­nicą, że nie cier­piała Broc­kle­hur­sta. Zale­d­wie parę dni po poja­wie­niu się Jane w szkole dyrek­tor kazał jej sta­nąć na tabo­re­cie przed całą klasą i publicz­nie nazwał ją kłam­czu­chą. "A trzeba wam wie­dzieć, że już lepiej być poganką niż kłam­czu­chą!", powie­dział, po czym roz­ka­zał pozo­sta­łym uczen­ni­com wystrze­gać się jej towa­rzy­stwa. (Z pana Broc­kle­hur­sta naprawdę był kawał dra­nia). Char­lotte pamię­tała jesz­cze jeden podobny incy­dent. Gdy dyrek­tor odmó­wił wyda­nia dziew­czę­tom dodat­ko­wych koców po tym, jak wszyst­kie obu­dziły się z odmro­zi­nami (spraw­dzi­ły­śmy w słow­niku i wycho­dzi na to, że odmro­ziny to czer­wona, swę­dząca, bole­sna opu­chli­zna pal­ców rąk i nóg, któ­rej przy­czyną jest nad­mierne zimno... Rze­czy­wi­ście kawał dra­nia, co?), sły­szała wyraź­nie, jak Jane wybą­kała pod nosem: "Z nim trzeba coś zro­bić".

I ktoś coś zro­bił. Przy­pa­dek? Nie sądzę.

Jane ode­rwała wzrok od płótna i uśmiech­nęła się do przy­ja­ciółki.

- Cześć, Char­lotte! Piękny dzień, co?

- Piękny. - Char­lotte odwza­jem­niła uśmiech.

Tak, to prawda, podej­rze­wała, że to Jane ukró­ciła ziem­ską egzy­sten­cję pana Broc­kle­hur­sta, ale wciąż była jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Wię­cej, były przy­ja­ciół­kami od serca, towa­rzysz­kami na dobre i na złe, brat­nimi duszami. Oby­dwie biedne jak myszy kościelne: Jane jako sie­rota bez gro­sza przy duszy, a Char­lotte - córka pastora; oby­dwie nie­zbyt ładne, chude jak szczapy (i to w cza­sach, gdy obo­wią­zu­jące stan­dardy piękna zmu­szały kobiety do pie­lę­gno­wa­nia krą­gło­ści), cho­ro­bli­wie blade, brą­zo­wo­włose i brą­zo­wo­okie jak więk­szość dziew­czyn. Oby­dwie do bólu zwy­czajne. Wręcz nija­kie. Pra­wie prze­zro­czy­ste. Wzrok prze­śli­zgi­wał się po nich, a mózg w ogóle nie zapa­mię­ty­wał. W dużej mie­rze przez to, że były rów­nież niskie - to zna­czy, jak wolała mówić o nich Char­lotte, fili­gra­nowe.

A jed­nak było w nich piękno, które z łatwo­ścią dostrzegłby ten, komu chcia­łoby się szu­kać. Jane dała się poznać Char­lotte jako tro­skliwa, życz­liwa i na wskroś dobra osoba. Nawet jak mor­do­wała, to dla dobra ogółu.

- Co mordu... malu­jesz dzi­siaj? - Char­lotte sta­nęła za szta­lugą i pod­nio­sła do oczu lor­nion, czyli oku­lary na dłu­gim uchwy­cie, by lepiej przyj­rzeć się nie­do­koń­czo­nemu obra­zowi. Było to dosko­nałe odzwier­cie­dle­nie roz­cią­ga­ją­cego się przed nimi widoku: doliny ską­pa­nej w słońcu, szu­mią­cych koron zie­lo­nych drzew i traw przy­gi­na­nych do ziemi podmu­chami wia­tru - tylko że na pierw­szym pla­nie, zaraz za błę­kitną nitką stru­mie­nia, stała zło­to­włosa dziew­czyna w bia­łej sukience. Postać, która poja­wiała się na wielu obra­zach Jane.

- Cał­kiem nie­zły - oce­niła Char­lotte. - Udało ci się nadać jej twa­rzy inte­li­gentny wyraz.

- Cóż, ona tak wła­śnie myśli. Że jest inte­li­gentna. - Jane skrzy­wiła usta w uśmieszku.

Char­lotte łyp­nęła na nią znad oku­la­rów.

- Nie powie­dzia­łaś mi cza­sem nie­dawno, że to wymy­ślona postać?

- Bo jest wymy­ślona, oczy­wi­ście - zapew­niła ją pospiesz­nie Jane. - Wiesz, jak to jest. Malarz z cza­sem zaczyna myśleć o wymy­ślo­nych przez sie­bie posta­ciach jak o żywych ludziach.

Char­lotte poki­wała głową i zro­biła mądrą minę.

- Czło­wiek obda­rzony darem kre­atyw­no­ści nie zawsze nad nim panuje. Z cza­sem oka­zuje się, że nie­które z jego pomy­słów żyją wła­snym życiem i podej­mują nie­za­leżne decy­zje.

Jane nie odpo­wie­działa. Char­lotte prze­nio­sła wzrok z obrazu na nią. Przy­ja­ciółka zawie­siła wzrok w prze­strzeni. Czę­sto jej się to zda­rzało.

- Ptaszki ćwier­kają, że chcesz zostać guwer­nantką - pod­jęła dys­kret­nie Char­lotte. - Ale chyba nie nosisz się z zamia­rem opusz­cze­nia Lowood?

(To była wła­ści­wie jedyna ścieżka kariery dostępna dla dziew­cząt ze szkół takich jak Lowood. Absol­wentka mogła zostać nauczy­cielką w pro­win­cjo­nal­nej szkółce - tak jak Jane - lub guwer­nantką u jakiejś mniej lub bar­dziej boga­tej rodziny - był to pod­ów­czas naj­wyż­szy szcze­bel kariery, który mogła zdo­być wykształ­cona kobieta).

- Nie, nie, nic podob­nego. - Jane spu­ściła wzrok. - Po pro­stu... wyobra­ża­łam sobie, jak by to było wieść inne życie.

- Ja cały czas wyobra­żam sobie, że wyjeż­dżam z Lowood - zwie­rzyła się Char­lotte. - Gdyby nada­rzyła się oka­zja, wyje­cha­ła­bym choćby jutro.

Jane potrzą­snęła głową.

- Ale ja wcale nie chcę opusz­czać Lowood. To dla­tego pod­ję­łam tu pracę zaraz po ukoń­cze­niu szkoły. Nie mogę stąd wyje­chać.

- A to niby czemu?

- To miej­sce jest moim domem, no i... mam tu przy­ja­ciółki.

Na te słowa cie­pło roz­lało się Char­lotte po sercu. Nie przy­pusz­czała, że Jane tkwi w Lowood dla­tego, że nie znio­słaby roz­łąki z ser­deczną przy­ja­ciółką. Z tego co wie­działa, Jane nie miała przy­ja­ció­łek poza nią, bowiem dyrek­tor sku­tecz­nie odgro­dził ją murem od pozo­sta­łych kobiet. (Opi­nia Broc­kle­hur­sta o Jane inte­re­so­wała Char­lotte tyle co zeszło­roczny śnieg). Przy­jaźń rze­czy­wi­ście była naj­cen­niej­szą rze­czą na świe­cie, zwłasz­cza dla dziew­czyny takiej jak Jane, która nie miała żad­nej rodziny i była na tym świe­cie sama jak palec. (Z kolei Char­lotte była środ­ko­wym dziec­kiem i miała piątkę rodzeń­stwa - co było zarówno bło­go­sła­wień­stwem, jak i prze­kleń­stwem).

- A ja uwa­żam, że jeśli będziesz miała taką moż­li­wość, powin­naś stąd wyje­chać - powie­działa wspa­nia­ło­myśl­nie Char­lotte. - Tęsk­ni­ła­bym za tobą, ma się rozu­mieć, ale jesteś w końcu malarką. Kto wie, jakie piękno czeka na cie­bie poza sza­rymi murami tej szkoły. Pomyśl o tych wszyst­kich zapie­ra­ją­cych dech w piersi kra­jo­bra­zach, które tylko cze­kają, byś prze­lała je na płótno. O cie­ka­wych i życz­li­wych ludziach, któ­rych mogła­byś poznać. - Jej wargi skrzy­wił cwany uśmie­szek. - O chłop­cach nie wspo­mi­na­jąc...

Jane oblała się rumień­cem.

- Chłop­cach? - mruk­nęła po nosem. - No tak...

Obie dziew­czyny zamil­kły, wyobra­ża­jąc sobie wszyst­kich chłop­ców tego świata, a potem wydały z sie­bie prze­cią­głe wes­tchnie­nie zapra­wione tęsk­notą.

To zaafe­ro­wa­nie chłop­cami może wam się wydać nieco dzie­cinne, ale pamię­taj­cie, że mówimy o Anglii w roku 1834 (to jest przed Char­le­sem Dic­ken­sem i po Jane Austen), kiedy to od dziecka wtła­czano kobie­tom do głowy, że naj­lep­sze, co może je spo­tkać, to mał­żeń­stwo. Naj­le­piej z jakimś bajecz­nie boga­tym męż­czy­zną. Ówcze­sne dziew­częta mogły mówić o wiel­kim szczę­ściu, jeśli udało im się pode­rwać kogoś przy­stoj­nego, obda­rzo­nego jakimś cie­ka­wym talen­tem lub przy­naj­mniej będą­cego wła­ści­cie­lem faj­nego psa. Ale wszyst­kim, co tak naprawdę miało zna­cze­nie, było skło­nie­nie jakie­goś przed­sta­wi­ciela płci brzyd­szej, by wsu­nął ci pier­ścio­nek na palec. Nie­ważne kogo, byle był męż­czy­zną. Char­lotte i Jane miały nie­wiel­kie pole manewru w tym wzglę­dzie (jak już wspo­mnia­ły­śmy, były biedne, nija­kie i na domiar złego chude i niskie), ale chyba wciąż wolno im było marzyć o przy­stoj­nym nie­zna­jo­mym, który zwali je z nóg, nie przej­mu­jąc się biedą i nie­za­pa­da­jącą w pamięć urodą i dostrzeże w nich coś, za co poko­cha je całym ser­cem?

Pierw­sza prze­rwała ciszę Jane. Wró­ciła wzro­kiem do swo­jego obrazu.

- No to... jakąż cie­kawą histo­rię piszesz?

Char­lotte otrzą­snęła się i swoim zwy­cza­jem przy­cup­nęła na zwa­lo­nym pniu drzewa.

- Teraz piszę... kry­mi­nał.

Jane zmarsz­czyła brwi.

- A nie mia­łaś pisać cze­goś o szkole?

Prawda, miała. Przed całym tym zamie­sza­niem z panem Broc­kle­hur­stem Char­lotte zaczęła pisać (wer­bel tre­molo, popro­szę!) Coś-Co-Będzie-Jej-Pierw­szą-Wielką-Powie­ścią. Char­lotte mówiono, że naj­le­piej pisać o czymś, co czło­wiek zna... a w tym momen­cie Lowood było wszyst­kim, o czym miała jakieś poję­cie, tak więc siłą rze­czy jej pierw­sza powieść musiała opo­wia­dać o szkol­nym życiu ubo­gich dziew­cząt. Gdy­by­ście prze­wer­to­wali jej notes, zna­leź­li­by­ście mnó­stwo infor­ma­cji o szkol­nych budyn­kach, o dzie­dziń­cach i ich histo­rii, mogli­by­ście prze­czytać szcze­gó­łowe cha­rak­te­ry­styki nauczy­cieli, dowie­dzieć się o ich manie­ry­zmach i powie­dzon­kach, jak rów­nież zma­ga­niach dziew­cząt z chło­dem, cho­robą cmen­tarną, a przede wszyst­kim z tą obrzy­dliwą owsianką.

Spójrzmy cho­ciażby na poniż­szy ustęp ze strony dwu­dzie­stej siód­mej:

"Zgłod­niała już i w tej chwili bar­dzo osła­biona, pochło­nę­łam łyżkę czy dwie swej por­cji, nie zasta­na­wia­jąc się nad sma­kiem; po zaspo­ko­je­niu jed­nak pierw­szego głodu spo­strze­głam, że dosta­łam jakąś wstrętną potrawę; przy­pa­lona kasza owsiana nie lep­sza jest pra­wie od zgni­łych kar­to­fli, nawet głód się przed nią cofa. Łyżki poru­szały się powoli: widzia­łam, że każda dziew­czynka pró­buje poży­wie­nia i stara się je prze­łknąć, ale więk­szość dawała za wygraną. Skoń­czyło się śnia­da­nie, a nikt nic nie jadł"1.

Wszystko to cał­kiem nie­źle się czy­tało, myślała Char­lotte, zwłasz­cza ten kawa­łek o owsiance. Ale to prze­cież miała być POWIEŚĆ. A powieść musi zawie­rać coś wię­cej niż tylko obser­wa­cje. Potrzebna jej jakaś histo­ria. Intryga. Fabuła.

Mimo to była cał­kiem pewna, że obrała wła­ściwy kurs. Naj­waż­niej­sza w jej powie­ści była boha­terka, oso­bliwa dziew­czyna imie­niem Jane... Frere. Nie­ładna, uboga sie­rota, która wal­czy o prze­trwa­nie w nie­przy­ja­znej, suro­wej szkole. Jej boha­terka była mądra i zaradna. I szcze­rze mówiąc, nieco dziwna, ale za to budziła sym­pa­tię. Dawała się lubić. Char­lotte zawsze czuła, że Jane świet­nie nada się na główną boha­terkę powie­ści (choć zata­iła przed nią fakt, że czyni jej zaszczyt, uwiecz­nia­jąc ją na kar­tach swo­jej wła­snej. Chyba cze­kała z tą rewe­la­cją na wła­ściwy moment). Tak więc miała cie­kawą boha­terkę i inte­re­su­jące miej­sce akcji, ale sama histo­ria jakoś... nie budziła emo­cji.

To zna­czy, nie budziła do śmierci pana Broc­kle­hur­sta, która tchnęła w dzieło nowe życie. Jego przed­wcze­sny zgon był naj­lep­szym, co się Char­lotte przy­tra­fiło.

- Dziew­czyny podej­rze­wają pannę Scat­cherd. Co o tym myślisz? - Znowu pod­nio­sła oku­lary do oczu, by doj­rzeć reak­cję Jane, ale twarz przy­ja­ciółki ani drgnęła.

- To nie panna Scat­cherd - odparła bez­na­mięt­nym tonem.

- Doprawdy? - inda­go­wała Char­lotte. - A można wie­dzieć, skąd ta pew­ność?

- A może poroz­ma­wiamy o czymś innym? - Jane odchrząk­nęła. - Męczy mnie gada­nie o Broc­kle­hur­ście.

Czy to nie podej­rzane, że Jane tak nagle chce zmie­nić temat? - rzu­ciło się Char­lotte na myśl, ale posta­no­wiła nie drą­żyć tematu.

- Jak chcesz... Ach, zapo­mnia­ła­bym! Przy­no­szę dobre wie­ści. Podobno jedzie do nas ktoś z Towa­rzy­stwa.

- Z Towa­rzy­stwa? - spy­tała Jane, marsz­cząc brwi.

- Tak, no wiesz, z Towa­rzy­stwa do spraw Relo­ka­cji Dusz Zbłą­ka­nych. Kie­dyś było tam gdzieś "Kró­lew­skie" w nazwie, ale ktoś pokłó­cił się z kró­lem i już nie ma. Nawia­sem mówiąc, to pew­nie strasz­nie cie­kawa histo­ria...

Jane wciąż wpa­try­wała się pyta­jąco w przy­ja­ciółkę.

- No tak, sły­sza­łam o nich, ale ni­gdy...

- Wie­rzysz w duchy? - traj­ko­tała nie­zra­żona Char­lotte. - Bo ja wie­rzę. Kie­dyś nawet jed­nego widzia­łam. Na cmen­ta­rzu w Haworth kilka lat temu. A przy­naj­mniej tak mi się wydaje.

- Chcia­ła­bym wie­dzieć jedno: co oni z nimi robią? - powie­działa Jane gro­bo­wym tonem.

- Co masz na myśli?

- Towa­rzy­stwo. Co robią ze zła­pa­nymi duchami?

Char­lotte prze­krzy­wiła głowę i zamy­śliła się.

- A wiesz, że nie wiem? Sły­sza­łam tylko, że jeśli ktoś ma pro­blem z duchami, powi­nien zawo­łać Towa­rzy­stwo. I że jego człon­ko­wie noszą nie­sa­mo­wite czarne maski. I że jak zwie­trzą gdzieś ducha, to poja­wiają się zni­kąd i... - Mach­nęła ręką. - Puf! Ducha nie ma. I pro­blemu też nie ma.

- Puf, powia­dasz? - powtó­rzyła cicho Jane.

- Puf! - Char­lotte kla­snęła w ręce. - Czy to nie eks­cy­tu­jące, że ktoś taki do nas jedzie?

- Jadą tu do nas. - Jane przy­ło­żyła dłoń do czoła, jakby nagle zro­biło jej się słabo. Co nie zdzi­wiło Char­lotte, bo w tam­tych cza­sach kobiety mdlały cały czas. Przez gor­sety.

- No, wła­ści­wie to nie do samego Lowood - sko­ry­go­wała Char­lotte. - Podobno zostali wyna­jęci, by odpra­wić jakiś egzor­cyzm w nocy z wtorku na środę w Tully Pub w Oxen­hope... No wiesz, tam, gdzie poja­wia się cza­sem Wrzesz­cząca Dama. Tak mi powie­działa rano panna Smith. Ale kto wie, może zaha­czą też o Lowood. Pomyśl tylko, ile dziew­czyn zmarło na cho­robę cmen­tarną. - Do pecho­wych nie­bosz­czek nale­żały rów­nież jej star­sze sio­stry: Maria i Eli­za­beth. Char­lotte odkaszl­nęła w pięść. - W szkole pew­nie roi się od duchów.

Jane zaczęła prze­cha­dzać się nie­spo­koj­nie.

- Powin­ny­śmy popro­sić, by odwie­dzili Lowood - zde­cy­do­wała Char­lotte. A potem wpa­dła na naprawdę świetny pomysł. - Mam! Popro­śmy ich, by roz­wi­kłali zagadkę mor­der­stwa pana Broc­kle­hur­sta! - Zro­biła pauzę i spoj­rzała na towa­rzyszkę przez lor­nion. - Chyba że jest jakiś powód, dla któ­rego nie życzysz sobie, by ktoś węszył przy tej spra­wie?

Jane przy­ło­żyła dłoń do piersi, jakby miała trud­no­ści z oddy­cha­niem.

- A niby jak mie­liby roz­wi­kłać tę zagadkę?

- Wieść nie­sie, że umieją roz­ma­wiać ze zmar­łymi. Mogliby po pro­stu spy­tać ducha Broc­kle­hur­sta.

- Ja... muszę lecieć. - Jane zebrała przy­bory w takim pośpie­chu, że upa­prała sukienkę farbą. Nie­mal sfru­nęła ze wzgó­rza, po czym pomknęła w kie­runku szkoły. Char­lotte odpro­wa­dziła ją wzro­kiem. Wyjęła notes.

"To na te ciche należy uwa­żać" - prze­czy­tała.

Jane Eyre miała zarówno motyw, jak i wyśmie­nitą oka­zję, by zabić dyrek­tora, ale czy naprawdę by się na to powa­żyła? Czy była zdolna do mor­der­stwa z zimną krwią? Nawet dla dobra szkoły? A jeśli nie, to dla­czego tak ją poru­szyły wie­ści o Towa­rzy­stwie? Jaką tajem­nicę skrywa Jane, jeśli nie mor­der­stwo?

Zagadka.

Zagadka, którą Char­lotte Brontë ma zamiar roz­wią­zać.

Rozdział 2. Jane

2

JANE

Jane stała po dru­giej stro­nie ulicy, wwier­ca­jąc się wzro­kiem we fron­towe drzwi Tully Pub. Docho­dzący z lokalu zapach pie­czo­nej wie­przo­winy i jaj sadzo­nych spra­wił, że ślina napły­nęła jej do ust. Śnia­da­nie zło­żone z łyżki owsianki i pół szklanki wody to zde­cy­do­wa­nie zbyt mało dla osiem­na­sto­let­niej dziew­czyny. (Nawet jeśli ta jedna łyżka sma­kuje o niebo lepiej teraz, gdy Broc­kle­hurst wącha kwiatki od spodu - pomy­ślała. Marne to pocie­sze­nie, ale zawsze).

Drogą nad­szedł męż­czy­zna. Jane spraw­dziła, czy cza­sem nie ma maski na twa­rzy, ale nie - był to zwy­kły człek o zwy­kłej twa­rzy i w zwy­kłym ubra­niu. Łyp­nął na nią, lecz jej nie zauwa­żył, a potem pchnął drzwi do pubu - Jane dostrze­gła wewnątrz roz­pa­lony komi­nek i tłum roze­śmia­nych, rumia­nych bywal­ców, usły­szała muzykę i śpiew - wszedł do środka i zatrza­snął je za sobą.

Wes­tchnęła. Zanim tu przy­szła, spo­dzie­wała się, że na drzwiach zoba­czy wielki napis: "Nie wcho­dzić! Trwa egzor­cyzm Wrzesz­czą­cej Damy oraz okre­sowe prace kon­ser­wu­jące". Ta cała "relo­ka­cja", czy jak się to nazy­wało, to prze­cież musiała być skom­pli­ko­wana ope­ra­cja, z pew­no­ścią zbyt nie­bez­pieczna, by egzor­cy­stom pałę­tali się pod nogami ubz­dryn­go­leni faceci z pijacką pie­śnią na ustach. Jed­nak stała tu już pra­wie pół godziny, a męż­czyźni wcho­dzili i wycho­dzili z pubu, jakby to była pierw­sza lep­sza noc. Obe­rża to nie miej­sce dla dziew­czyny takiej jak Jane, lecz prze­cież musiała się dowie­dzieć, czy ten przy­by­tek nawie­dza praw­dziwy duch. A także co Towa­rzy­stwo zrobi z rze­czo­nym duchem.

Bo widzi­cie, Jane od dziecka wie­rzyła w duchy. Gdy była małą dziew­czynką i jesz­cze miesz­kała ze swoją okropną ciotką Reed oraz nie mniej okrop­nymi kuzy­nami, jed­nej nocy ciotka zmu­siła ją, by spała w "czer­wo­nym pokoju". (Wyło­żo­nym czer­woną tapetą, z zawie­szo­nymi w oknach czer­wo­nymi zasło­nami i wyście­lo­nym czer­wo­nym dywa­nem). Jane przez całą noc nie zmru­żyła oka i była prze­ko­nana, że to miej­sce nawie­dza jakiś zły duch. Bła­gała ciotkę, zano­sząc się pła­czem, by ją wypu­ściła, aż zdarła sobie gar­dło i wresz­cie zemdlała. Wtedy, choć nie miała o tym poję­cia, jej serce prze­stało bić.

Dosłow­nie umarła ze stra­chu, nawet jeśli tylko na chwilę. Gdy otwo­rzyła oczy, jej zmarły wuj klę­czał nad nią, uśmie­cha­jąc się do niej życz­li­wie.

- O, obu­dzi­łaś się - powie­dział. - Ale się mar­twi­łem.

- Wujku? Jak... jak się mie­wasz? - Nie miała poję­cia, co innego mia­łaby powie­dzieć. Wie­działa, że popeł­nia gafę, pyta­jąc o stan jego zdro­wia, skoro wuj nie żył od ład­nych kilku lat.

- Bywało lepiej - odparł duch. - Mam prośbę: czy wyświad­czysz mi szybką przy­sługę?

Gdy rano pozwo­lono jej w końcu opu­ścić czer­wony pokój, poma­sze­ro­wała pro­sto do ciotki i poin­for­mo­wała ją, że wuj jest z niej, deli­kat­nie mówiąc, nie­za­do­wo­lony. Oto bowiem, gdy leżał na łożu śmierci, ciotka przy­rze­kła mu, że oto­czy Jane opieką, "jakby była jej rodzoną córką". Wycho­dzi na to, pero­ro­wała Jane, że ciotka rodzoną córkę trak­to­wa­łaby jak nędz­nego sługę i gło­dzi­łaby ją dla przy­jem­no­ści, ponie­waż, tak wła­śnie, Jane przy­mie­rała gło­dem i ogól­nie spo­ty­kały ją w domu ciotki same nieprzy­jem­no­ści. To z kolei roz­wście­czyło mar­twego wuja, który doma­gał się teraz, by żona zadość­uczy­niła cie­mię­żo­nej Jane.

- Chce, byś pamię­tała o swoim przy­rze­cze­niu - oświad­czyła zdu­mio­nej ciotce. - Chce, byś po pro­stu spró­bo­wała być nieco mil­sza.

W odpo­wie­dzi ciotka nazwała Jane "kłam­czu­chą" i "dia­bel­skim nasie­niem", po czym raz-dwa ode­słała ją do Lowood, gdzie pan Broc­kle­hurst dorzu­cił do listy obelg "nie­po­słuszną pogankę, która spło­nie w pie­kle". Ale Jane wie­działa, co widziała, i nic nie zdo­ła­łoby spra­wić, by w to zwąt­piła. Serce pod­po­wia­dało jej, że naprawdę roz­ma­wiała ze swoim mar­twym wujem, ponie­waż był to jedyny moment w jej dość smut­nym życiu, gdy czuła, że ma praw­dziwą rodzinę.

Póź­niej nie mówiła o swoim wujku już nikomu. Nie pisnęła o nim ani słó­weczka. Bo z jej doświad­cze­nia wyni­kało, że kto miele ozo­rem, tego spo­tyka kara.

Stała i gapiła się na karczmę, a jej kiszki grały mar­sza.

- Ty też jesteś głodna?

Cichy głos spra­wił, że nie­omal pod­sko­czyła. Obró­ciła się i zoba­czyła sto­jącą obok obszar­paną dziew­czynkę. Małą uliczną łobu­ziarę.

- Bo ja jestem - poin­for­mo­wała dziew­czynka. - Ja cią­gle jestem głodna.

Jane rozej­rzała się dookoła. Nie licząc jej i tej małej, ulica była pusta.

- Wybacz, nie mam przy sobie nic do zje­dze­nia - odszep­nęła Jane.

Ku jej zdzi­wie­niu dziew­czynka uśmiech­nęła się do niej.

- Jak uro­snę, chcę być taka ładna jak ty.

Jane pokrę­ciła głową w reak­cji na ten nie­sto­sowny i cał­kiem chy­biony kom­ple­ment, po czym na powrót wbiła wzrok w drzwi.

- Pój­dziesz tam? - spy­tało umo­ru­sane dziecko. - Tam stra­szy.

Tak. Tam miesz­kał duch, a ponie­waż na zewnątrz nic się nie działo, Jane musiała wejść do środka.

- Zostań tutaj - pole­ciła dziew­czynce, a potem prze­szła na drugą stronę ulicy. Wzięła głę­boki wdech, pchnęła drzwi i nie­siona nagłym przy­pły­wem śmia­ło­ści prze­kro­czyła próg.

Zro­biła to. Weszła do środka.

Pub był nabity ludźmi. Woń alko­holu mie­szała się z feto­rem spo­co­nych ciał i ta mie­szanka zapa­chowa pora­ziła jej zmy­sły. Przez chwilę Jane stała jak spa­ra­li­żo­wana, nie­pewna, co ma wła­ści­wie robić. Nie widziała w izbie żad­nego ducha. Czyżby Char­lotte się myliła?

Mogłaby po pro­stu zapy­tać bywal­ców. Oczy­wi­ście to by zna­czyło, że musi poroz­ma­wiać z jakimś męż­czy­zną. Jane miała głowę wypchaną tęsk­nymi myślami o chłop­cach, ale bywal­cami pubu byli doro­śli męż­czyźni. Kudłaci, śmier­dzący i zwa­li­ści. Myśl o nawią­za­niu roz­mowy z któ­rymś z pija­nych dra­bów w cuch­ną­cej piwem karcz­mie wyda­wała jej się kom­plet­nie nie z tej ziemi.

To nie było miej­sce dla niej. Spu­ściła głowę, ści­snęła lekko nos, by zata­mo­wać dopływ kar­czem­nego smrodu, po czym zaczęła się prze­ci­skać przez tłum w dro­dze do kon­tu­aru. (A przy­naj­mniej ona myślała, że się prze­ci­ska - ktoś inny mógłby powie­dzieć, że prze­mknęła zwin­nie, lawi­ru­jąc mię­dzy krą­żą­cymi po izbie opo­jami). Karcz­marz zło­wił ją wzro­kiem i pod­niósł głowę znad pole­ro­wa­nego kufla.

- W czym pomóc, panienko? - spy­tał. - Zabłą­dzi­łaś?

- Nie - zaprze­czyła chra­pli­wie. - Nie, nie wydaje mi się. Czy to jest ów... przy­by­tek... gdzie...

- Gdzie co? - pona­glił karcz­marz. - Gło­śniej, panienko, nie sły­szę cię.

Nagle gor­set zaczął ją strasz­nie gnieść. (Bo i gniótł. Po to jest gor­set).

- Paniu­sia se gol­nie. Na koszt firmy. - Karcz­marz nalał jej brandy i pod­su­nął szkla­neczkę.

Przez moment na twa­rzy Jane malo­wał się wyraz skraj­nego obu­rze­nia, ale po chwili pod­nio­sła naczy­nie i upiła łyczek. Płynny ogień spa­lił jej prze­łyk. Zachły­snęła się powie­trzem i odsta­wiła szklankę.

- Czy to tutaj...? - Jej usta już zło­żyły się do słowa "duch", gdy nagle pomiesz­cze­nie wypeł­nił nie­ludzki wrzask. Jane pod­nio­sła wzrok i zoba­czyła wiszącą nad barem kobietę w bia­łej koszuli noc­nej. Jej głowę ota­czała aure­ola kru­czo­czar­nych wło­sów, jakby uno­siły się na nie­spiesz­nie pły­ną­cej wodzie. Jej skóra była nie­mal cał­ko­wi­cie prze­zro­czy­sta, ale oczy żarzyły się jak węgle.

Była chyba naj­pięk­niej­szym duchem, jakiego Jane kie­dy­kol­wiek widziała.

- No, wykrztuś to z sie­bie, dziew­czyno - popę­dził ją karcz­marz, wwier­ca­jąc się wzro­kiem w Jane. - Robotę mam.

On naj­wy­raź­niej nie widział ducha.

- Nie­ważne. - Jane dopiła brandy i cof­nęła się od kon­tu­aru, by lepiej się przyj­rzeć zroz­pa­czo­nej zja­wie.

- Dokąd go zabrali? - zawo­dziła jęczy­du­sza. - Dokąd zabrali mojego męża? - W Jane wez­brało współ­czu­cie. - Gdzież, ach, gdzież on jest?

Jakie to straszne - przy­szło Jane na myśl. - Jakie to straszne, cier­pieć katu­sze samot­no­ści, bo jakiś okrut­nik bru­tal­nie wyrwał cię z ramion uko­cha­nego. To jakby stra­cić część wła­snej duszy. To straszne... ale i strasz­nie roman­tyczne.

- Wiem, że gdzieś tu jest! - krzy­czał duch. - Wiem, że gdzieś tu się ukrywa! Już ja mu wygarnę, jak go znajdę. Ten nie­użyty ochlej­morda chyba uro­dził się na bani!

Aha. Ojej.

Duch uniósł blade ramiona i mach­nął prawą ręką w kie­runku szkla­neczki Jane. Naczy­nie unio­sło się w powie­trze, prze­mknęło obok jej lewego ucha i roz­trza­skało się o ceglaną ścianę.

- Niech mnie kule...! - wykrzyk­nął obe­rży­sta, który fru­wa­jącą szklankę już naj­wi­docz­niej zoba­czył. - Wró­ciła Wrzesz­cząca Dama! - Spoj­rzał na wiszący na ścia­nie zegar. - Punk­tu­al­nie jak zawsze.

- Szkoda strzę­pić ryja na tego obszczy­mura! - ryk­nęła zjawa. - Pija­czyna! - Zakrę­ciła się wkoło, wzbu­dza­jąc powiew lodo­wa­tego wia­tru i zrzu­ca­jąc zegar ze ściany. - Menel i dege­ne­rat!

- No i gdzie to Towa­rzy­stwo? - jęk­nął karcz­marz, wyglą­da­jąc trwoż­li­wie zza lady. - Powinni już tu być.

- Wiem, że kry­jesz tego zatra­co­nego bir­banta, tego rynsz­to­ko­wego utra­cju­sza, taka jego mać! - Wrzesz­cząca Dama porwała z kon­tu­aru butel­czynę brandy i cisnęła ją łukiem pro­sto w jego nalaną twarz. Pocisk tra­fił pro­ściutko mię­dzy oczy i męż­czy­zna zło­żył się bez słowa jak dobrze naoli­wiony scy­zo­ryk.

Coś podob­nego! - pomy­ślała Jane, pada­jąc na zie­mię w oba­wie, że teraz upiór weź­mie na cel ją. Poczoł­gała się i prze­tur­lała, aż skryła się bez­piecz­nie za barem, gdzie mogła wyko­rzy­stać obe­rży­stę w cha­rak­te­rze ludz­kiej tar­czy. (Ach, ta Jane. Zawsze myśli o innych). Sukienka kle­iła jej się do prze­siąk­nię­tej alko­ho­lem pod­łogi, co było w rów­nej mie­rze obrzy­dliwe co nie­unik­nione.

Jane wychy­nęła nie­śmiało zza obez­wład­nio­nego karcz­ma­rza, by podzi­wiać roz­gry­wa­jącą się w pubie scenę. Wrzesz­cząca kobieta nie­ustan­nie doma­gała się spo­tka­nia ze swoim zde­ge­ne­ro­wa­nym mężem, mio­ta­jąc, czym popa­dło w kogo popa­dło. Bywalcy klęli w żywy kamień i wpa­dali na sie­bie w pośpie­chu, byle dalej od roz­sier­dzo­nego ducha, choć żaden nie kwa­pił się do opusz­cze­nia lokalu. Pew­nie byli przy­zwy­cza­jeni do scy­sji z udzia­łem umar­łej kobiety.

Ale bała­gan - pomy­ślała Jane ponuro, gdy Wrzesz­cząca Dama rzu­ciła o pod­łogę wiel­kim sło­jem z jaj­kami w occie. Z każdą chwilą coraz mniej współ­czuła kobie­cie. Skon­klu­do­wała, że takie zacho­wa­nie nie przy­stoi damie, nawet jeśli leży sześć stóp pod zie­mią i zanie­dbuje ją mąż. - No więc gdzie się podziewa to - wybacz­cie, że tak prze­kli­nam - cho­lerne Towa­rzy­stwo?

Dokład­nie w tym momen­cie, zupeł­nie jakby przy­wo­łała go myślami, na stół pośrodku izby wsko­czył męż­czy­zna w czar­nej masce. A następ­nie wyjął z kie­szeni jakiś mały przed­miot i trza­snął nim o ścianę.

Ów przed­miot wybuchł z hukiem, na moment zale­wa­jąc pomiesz­cze­nie rażą­cym bla­skiem.

Tłum umilkł. A potem wszyst­kie twa­rze zwró­ciły się w stronę zama­sko­wa­nego przy­by­sza.

Jane zorien­to­wała się, że sama też się na niego gapi. Oddech uwiązł jej w gar­dle - choć to też mogła być wina gor­setu. Wyj­rzała śmie­lej zza karcz­ma­rza, by lepiej przyj­rzeć się agen­towi.

Był to młody męż­czy­zna - maska nie zdo­łała tego ukryć - ale nie na tyle młody, by Jane nazwała go chłop­cem. Więk­szość męż­czyzn w tam­tej epoce nosiła wąsy lub przy­naj­mniej boko­brody, ale nie on. Nie nazwa­łaby go też przy­stoj­nym. (W epoce geo­r­giań­skiej za przy­stoj­nych uwa­żano męż­czyzn o bla­dej kar­na­cji - bo na słońcu prze­by­wali tylko wie­śniacy - podłuż­nej twa­rzy, wąskiej żuchwie, małych ustach i ostrym pod­bródku. Tak, wiemy. Też nie mogły­śmy w to uwie­rzyć). Ten kon­kretny mło­dzie­niec miał kwa­dra­tową szczękę i zde­cy­do­wa­nie zbyt dłu­gie włosy. A mimo to widać było, że należy do klasy wyż­szej - świad­czył o tym piękny weł­niany płaszcz i dro­gie skó­rzane ręka­wice.

- Wszy­scy wyjść - roz­ka­zał, a Jane scho­wała się za kon­tuar.

Tłum natych­miast opu­ścił pub, ale bez prze­py­cha­nek. Izba była teraz pusta, jeśli nie liczyć zama­sko­wa­nego przy­by­sza na stole oraz jego młod­szego - o wiele bar­dziej chło­pię­cego - kom­pana w gor­szej jako­ści płasz­czu. Agenci Towa­rzy­stwa naj­wy­raź­niej dzia­łali w zespo­łach dwu­oso­bo­wych.

Ten pierw­szy zesko­czył z blatu.

- Niech pan się skupi - pole­cił dru­giemu. - Naj­pierw oczysz­czamy pokój. Póź­niej potwier­dzamy toż­sa­mość zjawy.

Zjawa. Jane pra­wie o niej zapo­mniała. Spoj­rzała na ducha. Wrzesz­cząca Dama prze­stała wrzesz­czeć. Była zbyt zaafe­ro­wana agen­tami.

Ten star­szy wyło­wił z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza mały oprawny w czarną skórę notes i ołó­wek. Otwo­rzył go z pewną deli­kat­no­ścią, która przy­wio­dła Jane na myśl Char­lotte, i zna­lazł szu­kaną stronę zazna­czoną zakładką.

- Wyjaw mi swoje imię, duchu - rzu­cił do Damy znu­dzo­nym tonem.

Wrzesz­cząca Dama przy­warła ple­cami do sufitu, zwle­ka­jąc z odpo­wie­dzią. Drugi agent - Jane dostrze­gła teraz, że był niż­szy, miał na nosie oku­lary, a na gło­wie strze­chę rudych wło­sów - zro­bił krok naprzód.

- Lepiej mu odpo­wiedz - powie­dział, wpa­tru­jąc się w ducha. - Pro­szę.

Pierw­szy zgro­mił rudzielca spoj­rze­niem i ponow­nie zwró­cił się do ducha:

- Jesteś Cla­ire Doolit­tle, mam rację?

- Zgu­bi­łam go - wyszep­tała zjawa. Nagle do jej tonu wkradł się smu­tek i żal porzu­co­nej kobiety. - Zabrali mi go.

- Kogo zabrali? - Agent zer­k­nął do notesu. - Two­jego męża? Jeśli się nie mylę, tra­fił do wię­zie­nia za nie­spła­cone długi. Miał, zdaje się, skłon­no­ści do hazardu.

Duch kiwał się w prawo i lewo, mil­cząc. Agent znowu zaj­rzał do ksią­żeczki.

- Nazy­wał się Fran­ces Doolit­tle.

- Fra­nuś... - Zjawa skrzy­wiła prze­zro­czy­ste usta w szy­der­czym uśmieszku. - Kan­ciarz pierw­szej wody.

- Fra­nuś - powtó­rzył agent, notu­jąc. - Kan­ciarz. - Z innej kie­szeni wydo­był srebrny zega­rek. - No dobra - rzu­cił do towa­rzy­sza - niech pan patrzy uważ­nie. Chcąc zła­pać ducha, należy w pierw­szej kolej­no­ści...

Zjawą wstrzą­snął jęk tak gło­śny i żało­sny, że żołą­dek pod­szedł Jane do gar­dła. Omyła ją nowa fala współ­czu­cia dla udrę­czo­nej zjawy... która nagle wyrwała zega­rek z ręki agenta. A przy­naj­mniej taki miała zamiar, bo przed­miot prze­nik­nął przez jej ete­ryczną dłoń i upadł z kle­ko­tem na pod­łogę.

Następ­nie wyda­rzyło się kilka rze­czy naraz: star­szy agent się­gnął po leżący na pod­ło­dze przed­miot, duch posta­no­wił wyko­rzy­stać nada­rza­jącą się oka­zję do ucieczki i odkleił się od sufitu, a młod­szy agent zawo­łał:

- Chce wiać!

Męż­czy­zna wybił się w powie­trze i z gra­cją wylą­do­wał obok zjawy.

- Pod­nieś zega­rek! To...

Ale nie skoń­czył zda­nia, bo w tym samym momen­cie rudzie­lec ruszył nie­zgrab­nie naprzód, chcąc ude­rzyć ducha z byka. Nie­stety zamiast tra­fić zjawę, prze­le­ciał przez nią i zwa­lił się na zie­mię obok skry­tej za barem Jane.

Dziew­czyna natych­miast zerwała się na nogi, ścią­ga­jąc na sie­bie spoj­rze­nia agen­tów oraz zjawy.

- Eee, dobry wie­czór. - Poma­chała na przy­wi­ta­nie. - Ja... zna­czy... zasnę­łam... Zamia­ta­łam, a potem zasnę­łam.

Zale­gła cisza jak makiem zasiał. Wszy­scy stali jak wryci, jeśli nie liczyć jęczą­cego rudzielca na pod­ło­dze, który roz­ma­so­wy­wał skro­nie. Duch pod­pły­nął w powie­trzu do onie­mia­łej Jane.

- Zasnę­łaś, powia­dasz? - wyrzekł z powąt­pie­wa­niem pierw­szy agent.

- Ja... w sen­sie... - wyją­kała Jane. - Upi­łam się. Upi­łam się... brandy.

- No jasne.

Tym­cza­sem Wrzesz­cząca Dama naru­szyła pry­watną prze­strzeń wystra­szo­nej dziew­czyny, która ze wszyst­kich sił pró­bo­wała uda­wać, że wcale nie widzi świ­dru­ją­cej ją spoj­rze­niem zbłą­ka­nej duszy.

- Czo­łem - przy­wi­tał się duch.

Jane czuła na sobie spoj­rze­nie zama­sko­wa­nego agenta. Pospiesz­nie utkwiła wzrok w sufi­cie. W stole. W obra­zie na ścia­nie. Byle nie w duchu.

- Aleś ty śliczna - wydy­szała Dama.

Jane oblała się rumień­cem. Ni­gdy nie miała poję­cia, co odpo­wie­dzieć na takie słowa, głów­nie dla­tego, że żywi ludzie zwy­kle utrzy­my­wali ją w prze­ko­na­niu, że by­naj­mniej śliczna nie jest.

"Fe, co za brzy­dac­two".

Albo...

"Ojej... ale może ma cie­kawą oso­bo­wość?"

Lub też...

"Nie jest jakaś szka­radna, ale po pro­stu... nijaka". (Zawsze ją zasta­na­wiało, czemu, skoro jest "nijaka", ludzie nie mogą się powstrzy­mać od komen­to­wa­nia jej wyglądu).

Mimo to z jakie­goś powodu dla duchów była ucie­le­śnie­niem piękna.

To zro­dziło w niej prze­ko­na­nie, że jest coś bar­dzo nie tak ze stan­dar­dami piękna w zaświa­tach.

- Taka jesteś podobna do mojego Jamiego... - zagru­chała Dama. - Gdy za jego ple­cami zacho­dziło słońce, a wiatr mierz­wił mu włosy...

Jane nie wie­działa, kim jest ten Jamie, ale naj­wy­raź­niej był bliż­szy sercu zjawy niż mąż. Bez­wied­nie unio­sła rękę i odgar­nęła z nija­kich oczu kosmyk nija­kich wło­sów. Roz­pacz­li­wie i upar­cie pró­bo­wała igno­ro­wać ducha.

Agent wodził wzro­kiem od żywej kobiety do mar­twej i z powro­tem. Prze­krzy­wił głowę w zamy­śle­niu.

- O rety, która to godzina?! - Jane wska­zała miej­sce na ścia­nie, gdzie jesz­cze przed chwilą wisiał zegar. - Miło się roz­ma­wia, ale muszę już iść...

Ale ten prze­klęty duch ani myślał jej puścić. Przy­su­nął się jesz­cze bli­żej, falu­jąc czar­nymi jak noc wło­sami. Jane znała już ten typ. Nie mogła dopu­ścić, by zjawa przy­szpi­liła ją w miej­scu jak mar­twego owada do kar­tonu.

Zro­biła dwa kroki w tył. A Dama pod­fru­nęła dwa do przodu.

- Ni­gdy nie widzia­łam kogoś tak uro­dzi­wego - wes­tchnęła. - Pło­niesz pięk­nem, dziew­czyno.

Z tymi sło­wami oto­czyła Jane prze­świ­tu­ją­cymi ramio­nami. Dziew­czyna posłała męż­czy­znom ner­wowy uśmie­szek.

- Aj, strasz­nie zdrę­twiała mi noga, więc postoję tu sobie chwilę nie­ru­chomo, dobrze?

Zwierzch­nik rudzielca obrzu­cił ją zdzi­wio­nym spoj­rze­niem i schy­lił się po zega­rek. Pod­szedł ostroż­nie do Jane i zauro­czo­nej zjawy, a gdy sta­nął obok, wyszep­tał:

- Duchu, niniej­szym relo­kuję cię.

- Co ty robisz? - spy­tała Jane.

Nie odpo­wie­dział. Zamiast tego uniósł zega­rek i stuk­nął nim ducha w skroń.

(Zda­jemy sobie sprawę, sza­nowni czy­tel­nicy, że to "stuk­nię­cie" to dość pro­stac­kie okre­śle­nie mro­żą­cego krew w żyłach egzor­cy­zmu rodem z hor­roru, ale po wielu sczy­ta­niach i prze­cią­ga­ją­cych się kon­sul­ta­cjach z tezau­ru­sem stwier­dzi­ły­śmy, że to naj­traf­niej­sze okre­śle­nie. Stuk­nął ją w skroń i tyle). Nagły poryw wia­tru roz­wiał włosy Jane. Srebrny zega­rek zalśnił jasnym świa­tłem, a potem, ku jej prze­ra­że­niu, duch został wessany mię­dzy tar­czę a klapkę. Puf! Cla­ire Doolit­tle znik­nęła. Prze­pa­dła w oka­mgnie­niu.

Jane wpiła się wzro­kiem w mały, okrą­gły przed­miot, żywiąc nadzieję, że duchowi nic się nie stało, ale zega­rek wibro­wał i szar­pał się w dłoni agenta, jakby uwię­ziony upiór pró­bo­wał wyrwać się na wol­ność. Męż­czy­zna wypu­ścił zega­rek z pal­ców, a ten zawisł na cien­kim łań­cuszku. Koły­sał nim, aż wibro­wa­nie ustało. Potem zło­żył się, by rzu­cić cza­so­mierz rudziel­cowi, ale w ostat­niej chwili się roz­my­ślił i owi­nął go mate­ria­łem, a następ­nie scho­wał z powro­tem do kie­szeni.

Wszystko to strasz­nie zło­wiesz­cze - rzu­ciło się Jane na myśl.

- Ona jest w środku? - spy­tała na głos. Zapo­mniała się na moment. Nie uszło to uwa­dze agenta, który spio­ru­no­wał ją wzro­kiem.

- A więc ją widzia­łaś.

A niech to! Po nocy spę­dzo­nej w czer­wo­nym pokoju Jane posta­no­wiła prze­strze­gać nastę­pu­ją­cych reguł:

1. Ni­gdy nie zdra­dzić nikomu, że widzę duchy. Ni­gdy, prze­nigdy.

2. Ni­gdy nie wcho­dzić w inte­rak­cję z żad­nym duchem w obec­no­ści żywych.

3. Choćby nie wiem jak cie­kawy był to duch, choćby nie wiem jak paląca była potrzeba - zawsze, ale to zawsze prze­strze­gać reguł numer 1 i 2.

- Nie, wcale nie... - wybą­kała. - Zna­czy, nic nie widzia­łam. Że niby kogo widzia­łam?

Agent zmru­żył oczy.

- Kim pani w ogóle jest?

- Nikim, pro­szę pana.

- Kimś jest pani na pewno - zaopo­no­wał. - Wygląda na to, że widzącą. A skoro już usta­li­li­śmy, że jest pani kimś, zapewne skądś rów­nież pani pocho­dzi. Skąd? - Notes zma­te­ria­li­zo­wał się w jego pal­cach. Jane ogar­nęła panika. Pomimo ści­słego prze­strze­ga­nia reguł (które bar­dziej przy­po­mi­nały wska­zówki niż twardy kodeks), kła­mać nie umiała za grosz.

- Zapew­niam pana, że nie jestem nikim szcze­gól­nym - wyrze­kła, patrząc z rosną­cym zde­ner­wo­wa­niem, jak agent skrzęt­nie coś notuje. - A teraz prze­pra­szam, ale już jestem spóź­niona, a z moją nogą o wiele lepiej. - Dygnęła krótko i ruszyła do drzwi, ale agent odciął jej drogę.

- Spóź­niona? A któż spo­dziewa się pani o tak póź­nej porze?

- Moje uczen­nice - wypa­liła. - Jestem nauczy­cielką. Uczę mate­ma­tyki.

- W środku nocy?

- Tak, wła­śnie - przy­tak­nęła Jane. - Wyobraź­cie sobie, pano­wie, jak muszą mar­twić się o mnie moje uczen­nice.

Agent zmarsz­czył brwi i ewi­dent­nie chciał jesz­cze o coś spy­tać, ale w tym momen­cie zza kon­tu­aru dźwi­gnął się karcz­marz, który dopiero co odzy­skał przy­tom­ność.

- Co tu się od... - spy­tał, ochryp­nięty.

Agent zgro­mił go wzro­kiem.

- A pan to kto?

- Jestem Pete, kim innym miał­bym być? - Męż­czy­zna wyma­cał na poty­licy guza wiel­kiego jak gęsie jajo. - To mój pub. Zaraz, wy nosi­cie maski. Jeste­ście z Towa­rzy­stwa! Czy prze­pę­dzi­li­ście ducha?

- Tak - potwier­dził agent.

- Szkoda, żem tego nie widział. - Pete poto­czył wzro­kiem po zde­mo­lo­wa­nej karcz­mie. - Krzy­żyk na drogę tej prze­klę­tej zmo­rze!

Agent na powrót sku­pił uwagę na Jane, która okrą­żała go wła­śnie na palusz­kach w dro­dze do drzwi.

- W któ­rej szkole pani uczy, jeśli wolno spy­tać? - zwró­cił się do niej, a ona sta­nęła jak wryta.

- Och, na pewno pan nie sły­szał.

- Tu nie­da­leko jest jedna szkoła - pisnął zza jej ple­ców rudy chło­pak. - Uczy pani w Lowood? Więc może zna pani...

- Pew­nie chce­cie zapłaty, hę? - prze­rwał gospo­darz. Wyraź­nie zale­żało mu, by mieć to wszystko za sobą i sprze­dać tej nocy jesz­cze tro­chę brandy. Podra­pał się w pod­bró­dek. - Dzie­sięć fun­tów, dobrze pamię­tam?

- Pięt­na­ście - wykla­ro­wał agent, nie­chęt­nie odry­wa­jąc wzrok od dziew­czyny.

Karcz­marz Pete poszedł po sakiewkę i zaczął skru­pu­lat­nie odli­czać należ­ność, gde­ra­jąc pod nosem. Powoli wypeł­niał pod­sta­wioną dłoń agenta nie fun­tami, ale szy­lin­gami, więc tro­chę to trwało.

Na taką oka­zję cze­kała Jane. Rzu­ciła się bie­giem do drzwi i - ponie­waż była roz­gar­niętą dziew­czyną, która ni­gdy nie opusz­czała z pustymi rękami pomiesz­cze­nia wypeł­nio­nego dar­mo­wym jedze­niem - zatrzy­mała się tylko na chwilę, by pod­nieść z pod­łogi dwa jajka w occie.

- Chwi­leczkę, chcę z panią poroz­ma­wiać - zawo­łał za nią agent, pod­czas gdy Pete nie­chęt­nie odli­czał ostat­nie szy­lingi. - Sły­szy mnie pani?!

Ale Jane już była na zewnątrz. Mała dziew­czynka stała dokład­nie tam, gdzie kazała jej cze­kać.

- I co? - spy­tała. - Widzia­łaś ducha?

- Bie­gnij, mała! Ucie­kaj! - krzyk­nęła Jane.

Dziecko natych­miast puściło się bie­giem. Teraz obie gnały przed sie­bie na zła­ma­nie karku.

*

Gdy tylko Jane prze­stą­piła próg szkoły, wyrósł przed nią pan Broc­kle­hurst.

- Panno Eyre! Co to ma zna­czyć? Co to za prze­my­ka­nie chył­kiem o tej porze? Teraz mi się pani nie wywi­nie! - Wska­zał pal­cem pod­łogę. - Będzie pani klę­czeć na gro­chu do połu­dnia!

Bli­zny na kola­nach zaświerz­biły ją na samo wspo­mnie­nie. Całe szczę­ście, że Broc­kle­hurst nie żył. Choć nie­stety nie ujęło mu to ani krztyny zwy­cza­jo­wej upier­dli­wo­ści.

- Mia­łem żonę, wiesz? - powie­dział, ocie­ra­jąc nie­ist­nie­jącą łzę z nie­ma­te­rial­nej twa­rzy. - I dziatki. Co z nimi będzie?

Jane zaczęła roz­wa­żać, czy takiej gni­dzie należy się współ­czu­cie, ale wtedy prze­fru­nęło obok kilka ofiar cho­roby cmen­tar­nej, więc uznała, że nie.

- Muszę przy­znać, że wygląda pani nad­zwy­czaj dobrze, panno Eyre - zauwa­żył Broc­kle­hurst, mru­żąc swe ete­ryczne oczy. - Niech mi pani nie mówi, że zwięk­szyli racje żyw­no­ściowe w szkole! Złoję za to skórę pan­nie Tem­ple!

Jane zabur­czało w brzu­chu. Jajka w occie nie stłu­miły głodu. Prze­szła przez ducha i skie­ro­wała się ku scho­dom na dru­gie pię­tro.

- Pro­szę natych­miast tu wró­cić! - zawo­łał Broc­kle­hurst. - Panno Eyre, ostrze­gam panią!

- Czep się dorożki - mruk­nęła Jane. - I daruj sobie, bo nie możesz już nikogo skrzyw­dzić.

Pan Broc­kle­hurst zapo­wie­trzył się na te słowa, ale na szczę­ście nie pofru­nął za nią.

Na klatce scho­do­wej natknęła się na Char­lotte. Przy­ja­ciółka sie­działa sku­lona przy świecy i pisała w note­sie. Ta dziew­czyna wiecz­nie coś pisała. Zapo­mi­nała o bożym świe­cie, pokry­wa­jąc rów­nymi cią­gami liter drob­nych jak mak stro­nice małej ksią­żeczki, z którą ni­gdy się nie roz­sta­wała. Jane darzyła Char­lotte szcze­gólną sym­pa­tią. Była odro­binę dziwna, ale Jane uwa­żała to za zaletę. Char­lotte była jej ulu­bioną nie-zmarłą osobą w Lowood, ale nauczy­cielka nie miała teraz nastroju do roz­mowy.

Nie­mal udało jej się minąć ją nie­po­strze­że­nie, gdy rap­tem przy­ja­ciółka pod­nio­sła wzrok.

- Zda­wało mi się, czy powie­dzia­łaś coś przed chwilą o krzyw­dze­niu innych? - spy­tała. - Chcesz się może z cze­goś zwie­rzyć, kochana?

- O, dobry wie­czór, Char­lotte. Nie zauwa­ży­łam cię. - Musiała jakoś zbyć jej pyta­nie. - Widzia­łaś, jaki piękny dzi­siaj księ­życ?

- Tak. Okrą­glutki. Jak to księ­życ. To jak było z tym krzyw­dze­niem? - Char­lotte zła­pała za ołó­wek, cze­ka­jąc na odpo­wiedź.

- Czy twoim boha­te­rom dzieje się jakaś krzywda? - odpa­ro­wała Jane.

Zna­la­zły się w impa­sie i żadna nie miała pomy­słu, jak z niego wybrnąć.

- Wybacz mi, Char­lotte, ale padam z nóg. Pójdę już spać.

- Czy to panna Char­lotte Brontë? - dobiegł z dołu przy­tłu­miony głos pana Broc­kle­hur­sta. - Już dawno powin­naś być w łóżku, młoda damo! Co za haniebne zacho­wa­nie. Kara cię nie minie!

Jane była rada, że Char­lotte nie może go usły­szeć.

- Poszłaś do tego pubu? - inda­go­wała przy­ja­ciółka. - Tak myśla­łam, że pój­dziesz. Gdy­bym mogła wycho­dzić za mury, zro­bi­ła­bym to samo.

Naj­wi­docz­niej nic jej nie umy­kało. Jane posta­no­wiła udać obu­rze­nie.

- Ja? Do pubu? Ależ Char­lotte, po co mia­ła­bym cho­dzić do takiego miej­sca? Młoda kobieta o mojej pozy­cji nie włó­czy się nocą po karcz­mach. Tak więc... nie, nie byłam w żad­nym pubie. Po pro­stu poszłam na spa­cer w świe­tle księ­życa. Bo piękny mamy dzi­siaj.

Char­lotte poki­wała głową, ale nie dała się zbyć.

- Czy spo­tka­łaś ducha? Albo kogoś z Towa­rzy­stwa? Kogoś, kto zła­pał ducha? Och, musisz mi wszystko opo­wie­dzieć!

Przez chwilę Jane kusiło, by podzie­lić się z przy­ja­ciółką sekre­tem, ale to prze­cież rów­na­łoby się zła­ma­niu reguły numer 1, więc odpo­wie­działa po pro­stu:

- Zapew­niam cię, że to była tylko zwy­kła prze­chadzka. Wiesz, że lubię się cza­sem prze­spa­ce­ro­wać. No, to dobra­noc!

Ruszyła po scho­dach do swo­jego małego poko­iku.

Tam cze­kała na nią Helena Burns. Jej naj­uko­chań­sza przy­ja­ciółka i naj­ulu­bień­szy duch na świe­cie.

- Jesteś już! O, jak dobrze! Co się stało? - spy­tała pod­nie­cona Helena. Jej prze­zro­czy­ste policzki wciąż nosiły ślady cho­roby, która zabiła ją tak wiele lat temu.

Jane zato­piła twarz w dło­niach.

- To po pro­stu okropne. On... stuk­nął tę biedną zjawę w głowę zegar­kiem... - A potem cała histo­ria wypły­nęła jej z ust, jakby pękła wstrzy­mu­jąca ją tama.

- Czyli agenci Towa­rzy­stwa rze­czy­wi­ście potra­fią te wszyst­kie rze­czy, o któ­rych piszą w gaze­tach - powie­działa Helena, gdy opo­wieść Jane dobie­gła końca.

- Naj­wy­raź­niej. - Jane kop­nię­ciem zdjęła but, potem drugi, i zaczęła się roz­dzie­wać, war­stwa po war­stwie, z krę­pu­ją­cych jej ruchy i oddech ubrań. - To okrutni ludzie. Zamie­nili z nią led­wie dwa zda­nia. Przy­szli tam tylko po to, żeby ją zła­pać. A prze­cież nie była taka znowu uciąż­liwa... - Jane przy­po­mniała sobie szkla­neczkę brandy roz­pry­sku­jącą się w kon­tak­cie ze ścianą. I zegar. I słój jajek w occie. - Ona po pro­stu potrze­bo­wała pomocy. Z pew­no­ścią nie zasłu­żyła na to, by ją wię­zić w zegarku kie­szon­ko­wym!

- W zegarku kie... Okro­pień­stwo. - Helena zadrżała, na moment roz­my­wa­jąc się w powie­trzu. - Jak tam musi być cia­sno. I to tyka­nie...

Jane prze­brała się i zdmuch­nęła świecę. Dwie dziew­czyny sku­liły się na małym, dziu­ra­wym łóżku, jak robiły to zawsze, nawet jeśli jedna z nich ni­gdy nie potrze­bo­wała snu. Jane długo wpa­try­wała się w ciemny sufit nad głową. Powie­działa znie­nacka:

- Oni mogą się tu jutro poja­wić.

Helena zerwała się z łóżka.

- Tutaj?

Jane rów­nież wstała.

- Tak. Ci agenci chyba cze­goś ode mnie chcą. Domy­ślili się, że uczę w Lowood. Heleno, jeśli tu przyjdą, musisz pozo­stać w ukry­ciu.

- Tak zro­bię - przy­rze­kła przy­ja­ciółka.

Jane zro­biła pauzę.

- Czas stąd odejść. Tym razem mówię poważ­nie.

Dolna warga Heleny zadrżała deli­kat­nie.

- Zosta­wisz mnie tu?

- W życiu bym cię nie zosta­wiła! Mia­łam na myśli to, że obie musimy stąd odejść. Razem. Jak zawsze.

Helena była pierw­szą praw­dziwą przy­ja­ciółką Jane, jedyną przy­ja­zną duszą w Lowood w cza­sach, zanim poja­wiła się w jej życiu Char­lotte. Stała u boku Jane, gdy cały świat pró­bo­wał ją upo­ko­rzyć i uka­rać Bóg wie za co. I pomimo swej nija­ko­ści oraz licz­nych nie­do­stat­ków Jane czuła, że Helena kocha ją jak rodzoną sio­strę.

Ale Helena zmarła, gdy miała czter­na­ście lat. Tej wio­sny przez Lowood prze­to­czyła się szcze­gól­nie wredna odmiana cho­roby cmen­tar­nej. Do końca maja czter­dzie­ści pięć z osiem­dzie­się­ciu uczen­nic tra­fiło do izo­latki, a wśród nich Helena. Pew­nej nocy panna Tem­ple pomo­gła Jane prze­mknąć za ple­cami pie­lę­gnia­rek do pokoju, gdzie przy­ja­ciółka doko­ny­wała żywota. Mała Jane wspięła się na łóżko i wyszep­tała jej do ucha:

- Helenko, nie zosta­wiaj mnie.

- Ni­gdy tego nie zro­bię - przy­rze­kła. - Złap mnie za rękę.

Jane ści­snęła jej palce, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na to, jakie są zimne. Dziew­czynki zasnęły, a gdy wstało słońce, ciało Heleny było blade i nie­ru­chome.

A nad Jane stał jej duch.

- Cześć - powie­działa zjawa, uśmie­cha­jąc się szel­mow­sko. - Mówi­łam, że ni­gdy cię nie zosta­wię.

Nie spo­sób było prze­wi­dzieć, który oddzie­lony od ziem­skiej powłoki duch zosta­nie na tym świe­cie, a który uda się w podróż w zaświaty. Ale Helena na szczę­ście została. W końcu zło­żyła przy­sięgę. W zamian Jane obie­cała jej, że i ona ni­gdy jej nie porzuci. Była dla niej całym świa­tem, rodziną, któ­rej ni­gdy nie miała, i sama myśl o roz­sta­niu przej­mo­wała ją drże­niem. A teraz umie­rała z nie­po­koju na myśl, że jutro zja­wią się w Lowood ludzie z Towa­rzy­stwa. A jeśli nie jutro, to na pewno w naj­bliż­szej przy­szło­ści - wie­działa, że to tylko kwe­stia czasu. Szkołę nawie­dzało tyle duchów, że któ­ryś prę­dzej czy póź­niej da się żywym we znaki. Założę się - pomy­ślała - że to będzie Broc­kle­hurst.

- Tylko dokąd pój­dziemy? - zatro­skała się Helena. - Nie mamy gdzie się udać.

- Znajdę pracę.

- Jaką pracę?

- Mogę szyć.

- Bez urazy, słonko, ale nie jesteś zbyt dobrą kraw­cową - przy­po­mniała Helena. - Kocham cię, ale sama wiesz, że to prawda.

- No to będę prać i maglo­wać.

- Pomyśl tylko, jak ci to znisz­czy dło­nie! Są takie drobne i deli­katne...

- Zawsze mogę zostać guwer­nantką.

Helena poki­wała z namy­słem swą prze­zro­czy­stą głową.

- To ma sens. Jesteś świetną nauczy­cielką. No i lubisz dzieci. Ale jesteś za ładna, żeby być guwer­nantką.

Helena nie róż­niła się w tym wzglę­dzie od pozo­sta­łych duchów: uwa­żała Jane za wcie­le­nie piękna, nawet jeśli sama, ze swą por­ce­la­nową cerą, błę­kit­nymi oczami i dłu­gimi zło­tymi wło­sami, wciąż obra­ca­łaby głowy na ulicy, gdyby tylko żyła.

- A co ma do tego mój wygląd? - zdzi­wiła się Jane.

- No jak to? Jesteś tak piękna, że gospo­darz nie będzie miał innego wyj­ścia, jak tylko się w tobie zako­chać - wyja­śniła rze­czowo Helena. - I wybuch­nie skan­dal!

Zda­niem Jane nie była to aż taka straszna per­spek­tywa.

- Jakoś to zniosę.

- Wierz mi, że to się źle skoń­czy - upie­rała się zjawa.

- Heleno, pro­szę cię, prze­cież wiesz, że nie mamy wyj­ścia. Powiedz, że ze mną pój­dziesz. Że przy­naj­mniej spró­bu­jesz.

- No dobra. Pójdę z tobą - przy­stała. - Spró­buję. Mil­czały jakiś czas. Z dworu dobie­gło Jane huka­nie syno­gar­licy. Niebo na wscho­dzie zaczy­nało powoli sinieć. Za kilka godzin miała lek­cję fran­cu­skiego. Była nawet nie­zła z franca. Z wło­skim też sobie radziła. Potra­fiła odmie­niać łaciń­skie cza­sow­niki. Matmę miała w małym palcu. Choć dzie­ciń­stwo w Lowood nie nale­żało do lek­kich, ode­brała tu dobre wykształ­ce­nie. Stu­dio­wała lite­ra­turę kla­syczną, histo­rię i reli­gię. Miała nie­na­ganne maniery i znała ety­kietę. Potra­fiła wyszy­wać poszwy na poduszki i dzier­gać skar­petki (no, wła­ści­wie to wydzier­gała w życiu tylko jedną - na drugą nie miała siły). Nie­źle grała na for­te­pia­nie, a malo­wała i ryso­wała jak zawo­dowa artystka. Twier­dziła bez fał­szy­wej skrom­no­ści, że jest dobrą nauczy­cielką. Wyma­rzony mate­riał na guwer­nantkę.

- Mówi­łaś kie­dyś, że marzysz o karie­rze malarki - powie­działa Helena, jakby czy­tała jej w myślach. - Temu wła­śnie powin­naś się poświę­cić. Powin­naś być sławną malarką.

Jane żach­nęła się na myśl, że mogłaby zyskać sławę za sprawą któ­rejś ze swo­ich nie­licz­nych umie­jęt­no­ści.

- No cóż, jak tylko ktoś da ogło­sze­nie do gazety, że poszu­kuje sław­nej malarki na pół etatu, zgło­szę się na pewno.

- Guwer­nantki też raczej nikt nie szuka.

To była prawda. Jane tydzień w tydzień prze­glą­dała oferty pracy we wszyst­kich dostęp­nych gaze­tach, wypa­tru­jąc cze­goś, co pozwo­li­łoby jej wyje­chać z Lowood, i rze­czy­wi­ście - ofert dla guwer­nan­tek było jak na lekar­stwo. Zupeł­nie jakby wszyst­kie bogate dzieci w całym Lon­dy­nie uczyły się same.

- Czyli na razie ni­gdzie się stąd nie ruszamy - stwier­dziła fakt Helena.

- Na to wygląda - przy­znała ponuro Jane.

Rozdział 3. Alexander

3

ALE­XAN­DER

Gdy tylko Ale­xan­der Blac­kwood prze­kro­czył próg szkoły, zorien­to­wał się, że jest oto­czony przez duchy.

Dokład­nie dwa­dzie­ścia sie­dem duchów. Takie zagęsz­cze­nie aktyw­no­ści para­nor­mal­nej budzi­łoby zasta­no­wie­nie nawet na cmen­ta­rzu.

Ma się rozu­mieć, Ale­xan­der miał już do czy­nie­nia z duchami. To była jego praca. (To zna­czy, jego główna praca. Ta, która pozwa­lała opła­cić rachunki. A to jego dru­gie zaję­cie... Nie, o nim póź­niej). Ale nie przy­szedł tutaj, by relo­ko­wać zjawy. Przy­szedł po tę dziew­czynę. Tę, na którą natknął się zeszłej nocy w Tully Pub, a która mogła być widzącą, lecz zamiast niej zna­lazł dwa­dzie­ścia sie­dem duchów, z któ­rych dwa­dzie­ścia sześć było mło­dymi dziew­czę­tami, a jeden - star­szy męż­czy­zna - doma­gał się roz­wi­kła­nia zagadki swo­jej śmierci.

- Słu­chasz mnie pan w ogóle? - glę­dził mu do ucha. - Zosta­łem zamor­do­wany w biały dzień!

Ale­xan­der zapi­sał w note­sie: dwa­dzie­ścia sie­dem zjaw. Jedna utrzy­muje, że została zamor­do­wana.

Dziew­częta były w róż­nym wieku, miały włosy i oczy wszyst­kich moż­li­wych kolo­rów, skórę wszyst­kich moż­li­wych odcieni i zapewne różne, hmm, imiona. (Tak przy­pusz­czał, choć nie miał zamiaru przed­sta­wiać się każ­dej z osobna). Lecz pomimo tej róż­no­rod­no­ści wszyst­kie łączyło jedno: to samo smutne spoj­rze­nie, które zdra­dzało, że mają za sobą krót­kie i trudne życie pozba­wione miło­ści. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że wszyst­kie były mar­twe.

- Pan Broc­kle­hurst mnie zabił - powie­działa prze­zro­czy­sta dziew­czyna w sukience z bez­barw­nej juty. Miała błę­kit­no­sine usta, jakby umarła z zimna. - Zamknął mnie w komórce na pięć godzin. Gdy ktoś wresz­cie mnie zna­lazł, już dawno nie żyłam.

Brwi Ale­xan­dra powę­dro­wały w górę.

- Musia­łaś prze­my­śleć swoje zacho­wa­nie - zari­po­sto­wał duch pana Broc­kle­hur­sta.

- Mnie też zabił - ode­zwała się kolejna zjawa. Jej ramiona i szyja były pokryte czer­wo­nym obrzę­kiem i dłu­gimi kre­chami zadra­pań, jakby pró­bo­wała je zetrzeć paznok­ciami. - Jestem uczu­lona na jutę.

(Czo­łem, czy­tel­nicy - to znowu my! Otóż zba­da­ły­śmy sprawę i oka­zuje się, że juty nie pro­du­ko­wano przed rokiem 1855. A przy­naj­mniej tak twier­dzi histo­ria. Dal­sze bada­nia pozwo­liły nam odkryć, że nie kto inny, a wła­śnie pan Broc­kle­hurst wymy­ślił jutę, by uprzy­krzyć życie swoim uczen­ni­com, ale na szer­szą skalę zaczęto ją pro­du­ko­wać dopiero o wiele póź­niej. No, to teraz wie­cie).

Ale­xan­der spoj­rzał na ducha pana Broc­kle­hur­sta, który tylko wzru­szył ramio­nami.

- Cier­pie­nie uszla­chet­nia duszę grzesz­nika - wyja­śnił. - Inspi­ruje do modli­twy.

Gdy Ale­xan­der wspi­nał się po scho­dach na pię­tro roz­kle­ko­ta­nego budynku, kolejne duchy zasy­py­wały go skar­gami na świę­tej pamięci dyrek­tora, który odpie­rał każdy zarzut jakąś idio­tyczną wymówką.

Kiedy przy­bysz sta­nął przed drzwiami, te otwo­rzyły się, nim zdą­żył zapu­kać, a przez szcze­linę spoj­rzała na niego jesz­cze jedna dziew­czyna. Tym razem, co istotne, żywa.

Unio­sła oku­lary na rączce i przyj­rzała mu się uważ­nie.

- Ach, pan zapewne z Towa­rzy­stwa! Pozna­łam po masce. Ludzie mówią, że agenci noszą maski, żeby duchy ich nie roz­po­znały. To prawda?

- Nazy­wam się Ale­xan­der Blac­kwood. Chcę zamie­nić dwa słowa z jedną z tutej­szych nauczy­cie­lek.

- Pan w spra­wie mor­der­stwa? - zapy­tała, zdra­dza­jąc się z eks­cy­ta­cją.

- Ja mogę opo­wie­dzieć o mor­der­stwie - zaofe­ro­wał się duch pana Broc­kle­hur­sta. - Byłem tam.

- Chcę tylko poroz­ma­wiać z jedną z nauczy­cie­lek - powtó­rzył cier­pli­wie Ale­xan­der.

- Z którą?

No wła­śnie, z którą? Nie dosły­szał wczo­raj jej imie­nia.

- Naj­le­piej będzie, jak spo­tkam się ze wszyst­kimi.

Był cał­kiem pewien, że roz­po­zna dziew­czynę z pubu, choć gdyby ktoś popro­sił, by ją opi­sał, miałby nie lada pro­blem. Nie pamię­tał, jaki miała kolor wło­sów ani oczu. Przy­po­mniał sobie, że była dość drobna. I że miała szary płaszcz.

- Sam pan jest? A gdzie ten drugi agent? - spy­tała dziew­czyna i wyj­rzała zza drzwi, jakby spo­dzie­wała się, że ktoś chowa się w kory­ta­rzu. - Sły­sza­łam, że pra­cu­je­cie w parach.

- Dziś nie­po­trzebny mi asy­stent. - Skrzy­wił się na wspo­mnie­nie minio­nej nocy. Kto pró­buje ude­rzyć ducha z byka? Przez tego osła pra­wie skre­wili robotę.

- Cie­kawe. - Dziew­czyna scho­wała gdzieś oku­lary i otwo­rzyła mały notes, w któ­rym coś pospiesz­nie zapi­sała.

- To jest Char­lotte - powia­do­mił agenta nie­stru­dzony Broc­kle­hurst. - Bóg mi świad­kiem, gdy­bym nie był tru­pem, tobym...

- Dość - prze­rwał Ale­xan­der. Nie miał zamiaru słu­chać, jaką tym razem karę wymie­rzyłby ten nie­wy­da­rzony peda­gog nie­win­nej dziew­czy­nie. Wła­ści­wie to zaczy­nał rozu­mieć, dla­czego Broc­kle­hurst nie umarł śmier­cią natu­ralną.

Dziew­czyna imie­niem Char­lotte pod­nio­sła wzrok znad notesu.

- Że co, pro­szę?

- Dość tego wypy­ty­wa­nia. Mam napięty har­mo­no­gram. - Ale­xan­der rozej­rzał się zna­cząco i rzu­cił okiem do foyer. - Jak się nazy­wasz, panienko? - Znał już jej imię, ale to nie przy­stoi, zwra­cać się do mło­dej damy po imie­niu.

- Och, gdzież moje maniery. - Scho­wała notes i ołó­wek, po czym sta­nęła z boku, by wpu­ścić Ale­xan­dra do środka. - Widzi pan, jestem pisarką, a nazy­wam się Char­lotte Brontë, do usług.

- Miło panią poznać, panno Brontë. - Ale­xan­der wszedł do środka oto­czony wia­nusz­kiem zjaw dry­fu­ją­cych w powie­trzu. - O czym pani pisze?

- O wszyst­kim. Ostat­nio o pew­nym mor­der­stwie.

- To dość popu­larny motyw lite­racki. - Przyj­rzał się jej uważ­niej. Mor­der­stwo, a dokład­nie zemsta za czy­jąś śmierć, to coś, o czym sam chęt­nie czy­tał. - Pisze pani o tym kon­kret­nym mor­der­stwie?

- Chyba można tak to ująć - powie­działa, jakby uszło z niej powie­trze. Zauwa­żył, że pobla­dła.

- Doszła pani w tej spra­wie do jakie­goś cie­ka­wego wnio­sku?

- Ow­szem. Oka­zuje się, że jest nam bez Broc­kle­hur­sta o wiele lepiej, więc w sumie co za róż­nica, kto go zabił?

- Hej, sły­sza­łem to! - wrza­snął dyrek­tor.

- Kto­kol­wiek go zabił, wyświad­czył nam wielką przy­sługę - kon­ty­nu­owała panna Brontë, która oczy­wi­ście nie sły­szała ducha.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki