Moja historia. Autobiografia - Dennnis Bergkamp

-
Proszę czekać

Za­miast wstępu

Nigdy nie oglądałem ko­me­dii Bliźnia­cy z 1980 roku, ale pla­kat do fil­mu był fan­ta­stycz­ny. Był na nim ni­ziut­ki, ga­la­re­to­wa­to wyglądający Dan­ny De­Vi­to, opie­rający się o wiel­kie­go, umięśnio­ne­go Ar­nol­da Schwa­rze­neg­ge­ra, a nad nimi wid­niał na­pis: "Tyl­ko mat­ka jest w sta­nie ich odróżnić".

Przed­miot, który trzy­ma­cie Państwo w rękach, to prak­tycz­nie Dan­ny De­Vi­to. Jego ol­brzy­mi brat bliźniak - za­ska­kująco po­dob­ny, a jed­nak zupełnie inny - to ho­len­der­skie wy­da­nie tej książki, na­pi­sa­ne przez mo­je­go sza­now­ne­go ko­legę, Ja­apa Vis­se­ra. Stwo­rzył wspa­niałe, le­d­wo mieszczące się na półce dzieło, które chro­no­lo­gicz­nie opi­su­je każdy aspekt życia i ka­rie­ry Den­ni­sa Berg­kam­pa. Jest ilu­stro­wa­ne set­ka­mi ko­lo­ro­wych zdjęć i pew­ne­go dnia z pew­nością zo­sta­nie gu­ber­na­to­rem Ka­li­for­nii.

Den­nis, na­tu­ral­nie, jest bio­lo­gicz­nym oj­cem obu wydań.

Mamy wrażenie, że for­ma jest właściwa dla opi­sy­wa­nej po­sta­ci. Piłkarz jak żaden inny po­wi­nien mieć książkę (czy książki) nie mniej wyjątko­we, jak on sam. W fil­mie bra­cia dzielą ma­te­riał ge­ne­tycz­ny. My zro­bi­liśmy coś po­dob­ne­go. Ogólnie rzecz biorąc, ba­da­nia i wy­wia­dy Ja­apa z Den­ni­sem opi­sują jego ho­len­der­skie lata, a ja zająłem się cza­sem, który spędził we Włoszech i An­glii. Po­tem ze­bra­liśmy wszyst­ko ra­zem.

Ho­len­der­skie wy­da­nie wpi­su­je się w tra­dycję bio­gra­fii piłkar­skich. Wy­da­nie an­giel­skie jest bar­dziej eks­pe­ry­men­tal­ne. Wpłynęła na nie, między in­ny­mi, książka Puskás o Puskászu Ro­ga­na Tay­lo­ra i Kla­ry Jam­rich, wspa­niały zbiór wy­wiadów z Fe­ren­cem Puskászem oraz z in­ny­mi oso­ba­mi o nim, a także wy­wiady z Al­fre­dem Hitch­coc­kiem au­tor­stwa François Truf­fau­ta. W żad­nym stop­niu nie równam się z Truf­fau­tem, a Den­nis jest zde­cy­do­wa­nie o wie­le bar­dziej sym­pa­tycz­ny niż Mistrz Su­spen­su. Jed­nak, po­dob­nie jak Hit­chock, to wyjątko­wy i wpływo­wy ge­niusz w swo­jej, wy­bra­nej for­mie sztu­ki. Duża część książki poświęcona jest tech­ni­ce i kre­atyw­ności Den­nisa.

Na bo­isku Den­nis za­zwy­czaj był wpraw­nym i ory­gi­nal­nym "na­past­ni­kiem-cie­niem", grającym między for­ma­cja­mi, wy­ko­rzy­stującym swo­je umiejętności i zmysł prze­strze­ni, aby pomóc ko­le­gom i two­rzyć piękne sy­tu­acje, dzięki którym wy­gry­wa­li me­cze. W dru­ku robi w dużej mie­rze to samo, roz­gry­wając roz­mo­wy z ko­le­ga­mi, tre­ne­ra­mi i zna­jo­my­mi zna­ko­mi­tościa­mi fut­bo­lu, ta­ki­mi jak Jo­han Cruyff, Ars?ne We­nger, Thier­ry Hen­ry czy Tony Adams. Mamy na­dzieję, że efekt tej pra­cy jest zarówno wyjątko­wy, jak też od­kryw­czy.

Kie­dy Den­nis zakończył w 2006 roku grę w Ar­se­na­lu, nie miał w pla­nach na­pi­sa­nia książki. Jed­nak im bar­dziej angażował się w pracę tre­ne­ra w swo­im klu­bie z chłopięcych lat, Ajak­sie, tym bar­dziej zda­wał so­bie sprawę, że ma coś war­tościo­we­go do po­wie­dze­nia. A to oka­zało się nie­do­po­wie­dze­niem...

Da­vid Win­ner

Lon­dyn, 2013

1. Ścia­na

Człowiek przy­zwy­cza­ja się do hałasu - Den­nis mówi z uśmie­chem. - Pra­wie nie zwra­ca na nie­go uwa­gi.

Sto­imy kil­ka metrów od ro­dzin­ne­go domu Den­ni­sa, nie­opo­dal ob­wod­ni­cy Am­ster­da­mu, au­to­stra­dy A10. Do lat pięćdzie­siątych XX wie­ku w tym miej­scu było błotni­ste pole, na za­chod­nim skra­ju mia­sta pasły się kro­wy. Kie­dy ro­dzi­na Berg­kampów wpro­wa­dziła się tu w 1970 roku, bu­do­wa już trwała. Jako małe dziec­ko Den­nis wyglądał przez okno, siedząc w wy­so­kim krze­sełku do kar­mie­nia, ocza­ro­wa­ny wi­do­kiem pra­cujących tam wy­wro­tek, bul­dożerów i dźwigów. Dziś odgłosy sa­mo­chodów tłumią wiel­kie drze­wa i szkla­ne ekra­ny, lecz w la­tach siedemdzie­siątych nic nie chro­niło miesz­ka­nia przed ry­kiem sa­mo­chodów oso­bo­wych i ciężarówek. Mimo to wspo­mnie­nia są dla nie­go urze­kające. Den­nis pamięta mo­ment, kie­dy au­to­stra­da stała się przy­dat­na.

- Gdy ją ukończo­no, biegła wokół całego mia­sta. Do­jazd na tre­ning zaj­mo­wał mi sześć mi­nut. Gdy­bym miał je­chać przez cen­trum, zajęłoby mi to czter­dzieści pięć mi­nut.

Spa­ce­ru­je­my po jego sta­rej oko­li­cy, która przy­wo­dzi wyłącznie miłe wspo­mnie­nia...

Den­nis był najmłod­szy z czte­rech synów w ciężko pra­cującej, bar­dzo re­li­gij­nej, ka­to­lic­kiej ro­dzi­nie. Jego oj­ciec, Wim, był skrom­nym, po­god­nym rze­mieślni­kiem, per­fek­cjo­nistą. Pra­co­wał jako elek­tryk i grał w piłkę nożną w klu­bie Wil­skracht (co po ho­len­der­sku zna­czy "siła woli"). Uwiel­biał two­rzyć i na­pra­wiać różne rze­czy: me­ble, za­baw­ki, układan­ki, po pro­stu wszyst­ko. Mama Den­nisa, Ton­ny, w młodości była świetną gim­na­styczką. Pro­wa­dziła dom ro­dzin­ny przy uli­cy Ja­me­sa Ros­ska­de ("Kade") i uwiel­biała wszyst­kich swo­ich chłopców; była ko­bietą bar­dzo ciepłą, silną i życz­liwą lu­dziom.

Den­nis pod­cho­dzi sze­ro­kim chod­ni­kiem do wejścia na klatkę pod nu­me­rem 22:

- Patrz, o tam, na pierw­szym piętrze był mój pokój. A tu­taj gra­liśmy w piłkę, tak, tu, na chod­ni­ku.

Dom jego dzie­ciństwa wygląda na za­nie­dba­ny, ale Den­ni­so­wi to nie prze­szka­dza. Z roz­rzew­nie­niem pa­trzy na ścianę z cegły i bal­ko­ny pełne ru­pie­ci. Twarz mu się roz­pro­mie­nia:

- Mogę śmiało po­wie­dzieć, że spędziłem tu cu­dow­ne dzie­ciństwo.

Piłka nożna była ważną częścią tego dzie­ciństwa. Bra­cia Berg­kam­po­wie - Wim Ju­nior, Ro­nald, Mar­cel i Den­nis - gra­li nie tyl­ko na uli­cy, lecz także na oko­licz­nych traw­ni­kach i w przed­po­ko­ju miesz­ka­nia. Kie­dy nie było strażnika z wiel­kim psem, chłopcy gra­li na praw­dzi­wym bo­isku po dru­giej stro­nie au­to­stra­dy, do którego szło się przez tu­nel i drew­nianą kładkę prze­rzu­coną nad ro­wem. Wte­dy te­le­wi­zja rzad­ko trans­mi­to­wała me­cze piłkar­skie. W so­bot­nie wie­czo­ry ro­dzi­na cho­dziła na mszę do po­bli­skie­go kościoła pod we­zwa­niem św. Józefa, ale za­wsze robiła to do­pie­ro po obej­rze­niu w te­le­wi­zji me­czu ligi nie­miec­kiej. Finał Pu­cha­ru An­glii, je­den z nie­wie­lu an­giel­skich meczów re­la­cjo­no­wa­nych wówczas na żywo, był szczególnym wi­do­wi­skiem. Ro­dzin­na le­gen­da głosi, że Den­nis do­stał imię na cześć De­ni­sa Lawa, ulu­bio­ne­go gra­cza swe­go ojca. To praw­da, tak było. Za zmianę pi­sow­ni trze­ba jed­nakże po­dziękować Wi­mo­wi Ju­niorowi, wówczas dzie­sięcio­let­nie­mu chłopcu, oraz Ro­naldowi, który miał wte­dy sie­dem lat. Chłopcy stwier­dzi­li, że "Den­nis" wygląda jakoś "mniej bab­sko" niż De­nis. Ich młod­szy brat, kie­dy dorósł, bar­dziej jed­nak po­lu­bił Glen­na Hod­dle'a, a nie swe­go imien­ni­ka:

- Nie wiem cze­mu, ale za­wsze naj­bar­dziej in­te­re­so­wała mnie kon­tro­la nad piłką, szczególnie gdy była w po­wie­trzu. Nie cie­ka­wił mnie dry­bling, sztucz­ki z piłką czy strze­la­nie goli. Kon­tro­la. To mnie kręciło. Kie­dy oglądaliśmy w te­le­wi­zji an­giel­skie me­cze, gra­czem, który w mo­ich oczach za­wsze się wyróżniał, był Glenn Hod­dle. Za­wsze za­cho­wy­wał równo­wagę. Po­do­bało mi się, jak wy­ry­wał piłkę w po­wie­trzu i kon­tro­lo­wał ją. Na­tych­mia­sto­wa kon­tro­la. Za­wsze per­fek­cyj­ny kon­takt.

Na­uczy­ciel Den­ni­sa, pan De Boer, po­zwa­lał dzie­cia­kom grać pięciu na pięciu w sali gim­na­stycz­nej.

- Lek­cje kończyły się o dwu­na­stej. Bie­gliśmy do domu co sił w no­gach, zja­da­liśmy jakąś ka­napkę i wra­ca­liśmy do szkoły. Wpół do pierw­szej byliśmy z po­wro­tem w sali gim­na­stycz­nej i gra­liśmy w pa­al­tje­svo­et­bal (dosłownie: fut­bol ze słupka­mi). Każdy z nas miał swój słupek, który trze­ba było bro­nić przed przewróce­niem go piłką. Mój słupek był Ma­ra­doną. Zro­biłem go na zajęciach tech­nicz­nych. Wypiłowałem go z drew­na tak, że miał szyję, tułów i głowę, na­ma­lo­wałem na nim biało-nie­bie­skie pasy i nu­mer 10 na ple­cach.

Cały czas gra­liśmy w piłkę, szczególnie tu­taj. Na­sza "Kade" była wówczas szer­sza i nie było na niej tylu sa­mo­chodów. Gra­liśmy w praw­dzi­wy ulicz­ny fut­bol: czte­rech na pięciu, pięciu na pięciu lub czte­rech na czte­rech. Trze­ba było nie lada umiejętności i nie wol­no było stra­cić równo­wa­gi, po­nie­waż upa­dek na twar­dy be­ton gro­ził kon­tuzją. Jedną bramką było tam­to drze­wo. Strze­le­nie tam gola było nie­sa­mo­wi­tym uczu­ciem. Był to nie­wiel­ki cel i wy­ma­gał spo­rej pre­cy­zji. Drugą bramką były te drzwi. Trze­ba było się wy­ka­zać spry­tem i wy­ko­rzy­sty­wać ele­men­ty oto­cze­nia. Można było grać w trójkącie od­bi­jając piłkę od ścia­ny albo sa­mo­chodu, ale nie wol­no było ude­rzyć w drzwi po­jaz­du, więc ce­lo­wa­liśmy w koła. Pre­cy­zja, in­wen­cja... o to cho­dziło. Ciągle szu­ka­liśmy no­wych roz­wiązań.

Nie było oczy­wiście ni­cze­go złego w rzu­ce­niu swe­tra na zie­mię jako słupek bram­ki albo spędza­niu większości cza­su na bie­ga­nie za piłką, która gdzieś uciekła po strze­le­niu gola.

- Tak też ro­bi­liśmy. A wie­czo­ra­mi gra­liśmy na traw­ni­ku za do­mem. Miesz­ka­li tu nie tyl­ko Ho­len­drzy, było spo­ro dzie­ciaków z Tur­cji i Ma­ro­ka. Roz­gry­wa­liśmy więc me­cze Ho­lan­dia - Ma­ro­ko, Ho­lan­dia - Tur­cja i we wszel­kich in­nych kon­fi­gu­ra­cjach. Było na­prawdę cie­ka­wie. Wszędzie wokół stały blo­ki, a lu­dzie oglądali z bal­konów na­sze po­obied­nie me­cze. Czu­liśmy się jak na sta­dio­nie.

Później, idąc w ślady bra­ci, Den­nis wstąpił do klu­bu Wil­skracht. Jego wszech­stron­ny ta­lent spor­to­wy był wi­docz­ny od najmłod­szych lat.

- Lubiłem bie­gi przełajo­we w par­ku pod­czas lek­cji wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go. Szcze­rze mówiąc, na wu­efie po­do­bało mi się wszyst­ko oprócz gim­na­sty­ki, co roz­cza­ro­wało moją mamę. Ale wspi­na­nie się po li­nie, ba­se­ball, ko­szykówka... byłem do­bry we wszyst­kim.

Dzie­więcio­let­ni Den­nis za­pi­sał się też do miej­sco­we­go klu­bu lek­ko­atle­tycz­ne­go AAC i zdo­by­wał me­da­le w sprin­cie, bie­gu na 1500 metrów, sko­ku w dal - we wszyst­kim. Jedną z jego ulu­bio­nych kon­ku­ren­cji było pchnięcie kulą.

- Bra­liśmy ze sobą na wa­ka­cje kulę i miarkę. Kie­dy po obie­dzie mu­sie­liśmy po­zmy­wać, mówiłem do bra­ci: "Prze­pra­szam, chłopa­ki, ale muszę wyjść na dwór, poćwi­czyć z tatą pchnięcie kulą". Mama stała i pa­trzyła, a po każdym rzu­cie krzy­czała: "Ładny rzut, Den!".

Wie­le osób mówi, że Jo­han Cruyff, Lo­uis van Gaal lub je­den z tre­nerów ju­niorów w Ajak­sie mu­siał na­uczyć Den­ni­sa - albo pomóc mu roz­winąć - to jego rzad­ko spo­ty­ka­ne czu­cie piłki. Oka­zu­je się jed­nak, że Den­nis sam się tego na­uczył:

- Nie je­stem "pro­duk­tem" żad­ne­go tre­ne­ra. Mo­imi naj­lep­szy­mi tre­ne­rami byli ci, którzy po­zwo­li­li mi robić swo­je: Cruyff, We­nger i Guus Hid­dink w na­ro­do­wej re­pre­zen­ta­cji. Oni mnie ro­zu­mie­li.

Większe zasługi Berg­kamp przy­pi­su­je swo­im bra­ciom:

- Za­wsze mnie słucha­li i służyli radą. Po­trze­bo­wałem tego bar­dziej niż tre­ne­ra. Będąc dzie­cia­kiem nie miałem zbyt wie­lu przy­ja­ciół. Inni nie byli mi po­trzeb­ni, kie­dy trzech naj­lep­szych miałem w domu.

Oni sami - Wim, obec­nie księgowy, Ro­nald, bio­log mo­le­ku­lar­ny, i Mar­cel, eks­pert od in­for­ma­ty­ki, milkną z za­sko­cze­nia, kie­dy do­wia­dują się, że Den­nis uważa ich za ważniej­szych dla swe­go roz­wo­ju niż ta­kie sławy jak Cruyff i van Gaal. W końcu Ro­nald od­po­wia­da:

- Den­nis czy­ni nam wiel­ki ho­nor. Nig­dy nie byliśmy tre­ne­ra­mi. Po pro­stu za­wsze byliśmy, kie­dy nas po­trze­bo­wał i dzięki temu czuł się kom­for­to­wo, to wszyst­ko.

Wim do­da­je:

- Wiesz, Den­nis też za­wsze służył nam po­mocą.

A Mar­cel kończy jego myśl:

- Za­wsze wszy­scy po­ma­ga­liśmy so­bie na­wza­jem.

Bra­cia upie­rają się, że Den­nis był sa­mo­ukiem. Zda­niem Mar­ce­la, klu­czo­wa była jego zdol­ność ob­ser­wa­cji:

- Kie­dy przy­cho­dził oglądać jak gram, wi­dział wszyst­ko, do naj­mniej­szych szczegółów. Po­tem za­wsze po­tra­fił opo­wie­dzieć, jak sy­tu­acja się roz­wi­jała i gdzie stał każdy z gra­czy. Den­nis za­wsze był świet­nym ob­ser­wa­to­rem. Gra w gol­fa, ale nig­dy nie brał żad­nych lek­cji. Na­uczył się, ob­ser­wując. Tak samo było z te­ni­sem i bi­lar­dem.

Wim po­twier­dza:

- Den­nis pa­trzył i pa­trzył, a po­tem za­czy­nał to robić. Chciał osiągnąć per­fekcję. Ma to po ojcu, który nig­dy nie był za­do­wo­lo­ny z wy­ko­na­nej pra­cy czy zro­bio­nych przez sie­bie przed­miotów. Jego mot­to brzmiało "Wszyst­ko możesz zro­bić le­piej". Stało się to też mot­tem Den­nisa.

Nikt w hi­sto­rii piłki nożnej nie miał tak de­li­kat­ne­go, pre­cy­zyj­ne­go, mi­strzow­skie­go i ele­ganc­kie­go kon­tak­tu z piłką jak Den­nis. Kie­dy w 2006 roku zakończył ka­rierę, Si­mon Ku­per, dzien­ni­karz "Fi­nan­cial Ti­mes" przy­po­mniał obiad w to­wa­rzy­stwie "kil­ku le­gend ho­len­der­skie­go fut­bo­lu". Około północy roz­mo­wa zeszła na sta­re py­ta­nie: kto był naj­lep­szym piłka­rzem w hi­sto­rii? Według Ku­pera:

- Ho­len­drzy wy­gry­wa­li w kon­kur­sie na Eu­ro­pej­skie­go Piłka­rza Roku sied­mio­krot­nie, więcej niż ja­ka­kol­wiek na­cja poza Niem­ca­mi. Mimo to Jan Mul­der, wspa­niały środ­ko­wy na­past­nik, który po zakończe­niu ka­rie­ry zo­stał pi­sa­rzem, wy­brał gra­cza nig­dy nie­pre­ten­dującego do tego tytułu, a wówczas również do zwy­cięstwa w Li­dze Mistrzów: "Berg­kamp. Miał naj­lepszą tech­nikę". Guus Hid­dink, wiel­ki ho­len­der­ski tre­ner, po­ki­wał głową i kwe­stia zo­stała roz­strzy­gnięta.

Kil­ka lat później, w wy­wia­dzie dla ho­len­der­skiej te­le­wi­zji, Ro­bin van Per­sie wyjaśnił, co zna­czy dla nie­go przykład Berg­kam­pa. Pod­czas roz­mo­wy z pi­sa­rzem Hen­kiem Spa­anem przy­po­mniał pew­ne popołudnie na sta­dio­nie tre­nin­go­wym Ar­se­na­lu, kie­dy był ju­nio­rem, a Den­nis - we­te­ra­nem. Van Per­sie skończył tre­ning wcześniej i re­lak­so­wał się w ja­cuz­zi, które było przy oknie. Zo­ba­czył, jak Den­nis wy­ko­nu­je na bo­isku trud­ne ćwi­cze­nie składające się ze strzałów, od­biorów i szyb­kich podań. Ro­bin po­sta­no­wił wyjść z ja­cuz­zi, kie­dy tyl­ko Den­nis popełni jakiś błąd.

- Ten człowiek jest po pro­stu nie­sa­mo­wi­ty! - mówi van Per­sie. - Wra­cał wte­dy do for­my po kon­tu­zji. Tre­no­wał z dwo­ma chłopa­ka­mi, piętna­sto­lat­kiem i szes­na­sto-, może sie­dem­na­sto­lat­kiem, oraz z tre­ne­rem przy­go­to­wa­nia fi­zycz­ne­go. Ćwi­czy­li po­da­nia i strzały z ma­ne­ki­na­mi. Była to 45-mi­nu­to­wa se­sja, a Den­nis nie wy­ko­nał ani jed­ne­go po­da­nia, które nie byłoby per­fek­cyj­ne. On nie popełnił ani jed­ne­go błędu! Wszyst­ko robił na sto pro­cent, na mak­sa. Strze­lał tak moc­no jak się dało, kon­tro­lo­wał piłkę, grę, bez­pośred­nie po­da­nia... To było piękne! Dla mnie to była po pro­stu sztu­ka. Skóra na dłoniach po­marsz­czyła mi się od wody, ale zo­stałem w wan­nie. Sie­działem, pa­trzyłem i cze­kałem na cho­ciaż je­den błąd. Ale nie było żad­ne­go. I to była dla mnie od­po­wiedź.

Ogląda­nie se­sji tre­nin­go­wych od­po­wia­dało na bar­dzo wie­le pytań, które miałem. Ja też umiem do­brze po­da­wać piłkę. Ja też je­stem do­brym piłka­rzem. Ale ten człowiek robił to tak do­brze i z ta­kim zapałem! Był niesłycha­nie, całko­wi­cie sku­pio­ny. Pomyślałem wte­dy: "Okej, chwi­la, całkiem do­brze po­tra­fię grać w piłkę, ale przede mną jesz­cze długa dro­ga, jeśli chcę osiągnąć taki po­ziom". I wte­dy zdałem so­bie sprawę, że jeśli ze­chcę stać się na­prawdę do­bry, będę mu­siał na­uczyć się tego, co robi Berg­kamp. Od tam­tej pory zacząłem wy­ko­ny­wać każde ćwi­cze­nie z pełnym poświęce­niem. Na­wet przy naj­prost­szych tre­nin­gach strzałów i podań robiłem wszyst­ko na sto pro­cent, tak, aby nie popełniać błędów. A kie­dy zda­rzyło mi się jakiś popełnić, byłem zły na sie­bie. Po­nie­waż chciałem być jak Berg­kamp.

Dążenie Den­ni­sa do per­fek­cji zaczęło się na uli­cy Ja­me­sa Ros­ska­de, pod okna­mi jego po­ko­ju, gdzie kopał i od­bi­jał piłkę od ścia­ny. Go­dzi­na po go­dzi­nie. Dzień po dniu. Rok po roku.

* * *

Próbuję wy­obra­zić so­bie cie­bie, w wie­ku około ośmiu lat, od­bi­jającego piłkę od tej ścia­ny. O czym wte­dy myślałeś?

Den­nis: - Nie cho­dzi o myśle­nie. Cho­dzi o ro­bie­nie. Robiąc coś, znaj­do­wałem swój sposób. Wy­ko­rzy­sty­wałem rząd ce­gieł wokół wejścia do bu­dyn­ku. Wi­dzisz tamtą linię pio­no­wo ułożonych ce­gieł, jak po­przecz­ka? Przez większość cza­su byłem sam, od­bi­jałem piłkę od ścia­ny i pa­trzyłem jak się od­bi­ja, jak wra­ca, po pro­stu ją kon­tro­lo­wałem. Było to dla mnie bar­dzo in­te­re­sujące! Próbowałem różnych spo­sobów, naj­pierw jedną nogą, po­tem drugą, szu­kając no­wych możliwości - wewnętrzną stroną sto­py, zewnętrzną, wierz­chem, po sznu­ro­wadłach... usta­lałem rytm, przy­spie­szałem, zwal­niałem. Cza­sem ce­lo­wałem w kon­kretną cegłę, cza­sem w po­przeczkę. Lewa noga, pra­wa noga, podkręcałem piłkę. Raz za ra­zem. To była świet­na za­ba­wa. Po­do­bało mi się. In­te­re­so­wało mnie to. In­nych lu­dzi może to nie ob­cho­dziło, może ich nie in­te­re­so­wało, ale mnie fa­scy­no­wało. Dużo później zda­rzało mi się wy­ko­nać po­da­nie pod­czas me­czu i pomyśleć: "Hej, chwi­la, wiem skąd to się wzięło". Ale będąc dziec­kiem po pro­stu ko­piesz piłką w ścianę. Nie myślisz o po­da­niu. Po pro­stu cie­szy cię me­cha­ni­ka, przy­jem­ność tego wszyst­kie­go.

Później zwykłem mówić: "Za każdym po­da­niem musi kryć się in­for­ma­cja albo myśl". Ale to miałem w so­bie od wcze­snych lat, w cie­le i w umyśle. Kie­dy kopałem piłką w ścianę, próbowałem tra­fić kon­kretną cegłę lub kon­tro­lo­wać piłkę w określony sposób. Człowiek bawi się możliwościa­mi, na przykład odbicia­mi piłki od zie­mi. Ude­rzasz w ścianę, a piłka wra­ca, od­bi­jając się raz. Mówisz so­bie: "Spróbuj­my zro­bić to z dwo­ma odbicia­mi" i ude­rzasz w ścianę odro­binę de­li­kat­niej i odro­binę wyżej. W wy­pad­ku dwóch odbić oba są nie­co wyżej, więc znów mu­sisz je kon­tro­lo­wać, w inny sposób. I znów za­czy­nasz się tym bawić. Nie miałem ob­se­sji na punk­cie piłki. Byłem za­in­try­go­wa­ny spo­so­bem, w jaki się po­ru­sza, jak działa podkręca­nie, i co można zro­bić z podkręconą piłką.

W każdym spo­rcie z piłką cho­dzi o to samo. Kie­dy ogląda się Ro­ge­ra Fe­de­re­ra grającego mecz te­ni­so­wy z do­brym ry­wa­lem hołdującym sty­lo­wi se­rve and vol­ley, widać, że bar­dzo się różnią. Co za­tem in­te­re­su­je nas naj­bar­dziej? Wy­nik? Czy cho­dzi o wy­graną? Fe­de­rer mógłby grać jesz­cze trzy­dzieści lat, po­nie­waż po pro­stu uwiel­bia tę grę. Uwiel­bia od­bi­ja­nie się piłki. Uwiel­bia swo­je małe sztucz­ki. I to działa. Ja to widzę.

Ty sam nie je­steś fa­ce­tem se­rve and vol­ley, praw­da?

- Na­prawdę po­do­ba mi się sposób gry Fe­de­re­ra. Kon­tro­la, dzięki której można prze­chy­trzyć bram­ka­rza, prze­chy­trzyć prze­ciw­ni­ka. Jego drop-wo­le­je, ni­ziut­kie, ukry­te loby. Być zdol­nym robić coś ta­kie­go, tak... robić coś, cze­go inni nie robią albo nie ro­zu­mieją, albo nie są w sta­nie zro­bić. To mnie in­te­re­su­je, nie naśla­do­wa­nie, ale two­rze­nie cze­goś własne­go.

Więc to wszyst­ko, to two­je własne dzieło? Nie ro­bisz rze­czy, które zo­ba­czyłeś w te­le­wi­zji?

- Och, to też robię. W te­le­wi­zji można zo­ba­czyć wie­le rze­czy. Na przykład po­pa­trzeć na Hod­dle'a. Po jed­nych mi­strzo­stwach świa­ta, przy­najm­niej wy­da­je mi się, że to były mi­strzo­stwa świa­ta, ga­nia­liśmy się z Mar­ce­lem po ko­ry­ta­rzu kopiąc miękką, pian­kową piłkę. Odbiłem ją głową, strze­liłem gola i świętowałem z wznie­sio­ny­mi w górę rękami krzycząc "Gra­aa-zi-aaaaaaniiii!". Tak! (śmiech) Uwiel­białem to. [Oka­zu­je się, że cho­dziło o Mi­strzo­stwa Świa­ta z 1982 roku, kie­dy Den­nis i Mar­cel, który był o czte­ry lata star­szy, za­in­te­re­so­wa­li się Fran­ce­sco Gra­zia­nim, głównie ze względu na jego fa­scy­nująco włoskie na­zwi­sko oraz żywiołowy sposób święto­wa­nia gola strze­lo­ne­go Ka­me­ru­no­wi. Gra­zia­ni po­biegł przed sie­bie unosząc zaciśnięte pięści, skacząc i krzycząc z radości. Den­nis i Mar­cel naśla­do­wa­li go przy każdej oka­zji, wy­krzy­kując na­zwi­sko Gra­zia­niego tak, jak zro­bił to ko­men­ta­tor te­le­wi­zyj­ny.]

No i Ma­ra­do­na. Uwiel­białem go oglądać. Później, kie­dy grałem w Ajak­sie, wi­dy­wałem Cruyf­fa i van Ba­ste­na wy­ko­nujących przeróżne sztucz­ki. Może nie tyle ko­pio­wałem je, co za­pa­miętywałem, ka­ta­lo­go­wałem w głowie, myśląc so­bie: "To cie­ka­we".

Czy wyróżniałeś się w ulicz­nych me­czach? Czy grałeś wte­dy w ory­gi­nal­ny sposób?

- Nie, nie. Robiłem całkiem nor­mal­ne rze­czy. Praw­do­po­dob­nie byłem lep­szy od in­nych dzie­ciaków, ale w tym wie­ku to jesz­cze nie było to. Byłem trochę szyb­szy od resz­ty, umiałem kon­tro­lo­wać piłkę, mogłem kogoś minąć - lek­kie sto­py, szyb­kie sto­py, te spra­wy...

Na ja­kiej po­zy­cji grałeś?

- Na­past­ni­ka. I zdo­by­wałem wie­le bra­mek, bo miałem do­bre ude­rze­nie. Często tra­fiałem z wol­nych nad głowa­mi niższych bram­ka­rzy. Byli za mali, żeby dosięgnąć piłki! Kie­dy miałem dzie­więć czy dzie­sięć lat lubiłem strze­lać bram­ki bez­pośred­nio z rożnych. Nie było to pełno­wy­mia­ro­we bo­isko, ale później, na dużej mu­ra­wie, też to lubiłem. Pamiętaj, że trzy­dzieści lat temu dużo gra­liśmy je­de­na­stu na je­de­na­stu na pełno­wy­mia­ro­wych bo­iskach. Nie to co te­raz, kie­dy dzie­cia­ki grają na mniej­szych. Za­sa­da była taka: "Jeśli po­tra­fisz porządnie grać w piłkę, po­tra­fisz grać na porządnym bo­isku".

Za­tem, tak, byłem wte­dy dość kon­wen­cjo­nal­nym gra­czem. Naj­ważniej­sza była moja szyb­kość. Mogłem minąć obrońcę, albo wy­ko­nać po­da­nie za jego ple­ca­mi i w ten sposób go po­ko­nać. To na­prawdę całkiem kon­wen­cjo­nal­ne umiejętności. Byłem jed­nak po­mysłowy strze­lając bram­ki, na przykład lo­bem nad bram­ka­rzem. Za­wsze to lubiłem. Nig­dy po pro­stu nie strze­lałem, za­wsze myślałem: "Co mogę zro­bić?". Ale na­wet te loby nie były moim wy­na­laz­kiem. Wi­działem to w te­le­wi­zji. Wy­da­je mi się, że Cruyff strze­lił w ten sposób słynną bramkę Ha­ar­le­mo­wi w pierw­szym me­czu po po­wro­cie do Ajak­su, nie­praw­daż? Glenn Hod­dle też strze­lił słyn­ne­go gola w ten sposób. W języku ho­len­der­skim mamy na­wet na to określe­nie: sti­ftje. To jak ude­rze­nie otwartą główką kija typu we­dge w gol­fie... i piłka prze­la­tu­je nad bram­ka­rzem. Ta­kie strzały dają mi wie­le przy­jem­ności. To świet­na za­ba­wa, ale są też sku­tecz­ne. De­ner­wo­wałem się, kie­dy lu­dzie na­rze­ka­li, że strze­lam tyl­ko "w ładny sposób". Mówiłem: "Nie, to jest naj­lep­szy sposób. Nad bram­ka­rzem jest wie­le miej­sca".

Miałem szczęście, po­nie­waż w moim po­ko­le­niu, tam gdzie miesz­kałem, było wie­lu chłopców w moim wie­ku. Kie­dy wy­cho­dzi­liśmy ze szkoły po lek­cjach, ktoś za­wsze mówił: "Idzie­my za­grać w piłkę". Za­wsze gra­liśmy w pięciu czy sześciu. To kla­sycz­ny sposób na uliczną piłkę nożną, nie­praw­daż? Mój brat Mar­cel nie miał tak do­brze, bo w jego wie­ku były tyl­ko dziew­czy­ny. Nie miał żad­ne­go rówieśnika, z którym mógłby za­grać. Mu­siał za­tem grać ze mną i mo­imi zna­jo­my­mi, albo z Ro­nal­dem, który jest star­szy. Cza­sem lu­dzie py­tają mnie: "W jaki sposób zo­stałeś za­wo­do­wym piłka­rzem?". Myślę, że to je­den z po­wodów. Ro­nald był w szko­le po­dob­ny do mnie. Nig­dy nie był za­do­wo­lo­ny, jeśli zdo­był dzie­więć punktów na dzie­sięć. Mówił: "Co zro­biłem źle? Dla­cze­go nie do­stałem dzie­sięciu?". Ja też taki byłem. Dla­te­go po­do­ba mi się to, co We­nger po­wie­dział o by­ciu per­fek­cjo­nistą: "On dąży do per­fek­cji". Na­wet jeśli jej nie osiągnę, je­stem za­do­wo­lo­ny tak długo, jak do niej dążę. Człowiek robi małe krocz­ki, sta­je się lep­szy, idzie do przo­du.

Miałeś za­tem dość sta­roświec­kie dzie­ciństwo, praw­da? Żad­nych gier wi­deo, nie­wie­le sa­mo­chodów. Byłeś jak po­ko­le­nie '74, które do­ra­stało grając w piłkę na pu­stych uli­cach po woj­nie.

- Tak, w tam­tych cza­sach w wa­ka­cje nie wyjeżdżało się za gra­nicę. Zo­sta­wało się [w domu] i grało. Wy­da­je mi się, że moje po­ko­le­nie było ostat­nim, które tak miało. Później po­ja­wił się inny ro­dzaj ulicz­ne­go fut­bo­lu, w który grało się na bo­iskach do ko­szykówki ogro­dzo­nych wy­soką siatką. Su­ri­nam­czy­cy ta­kie mie­li. Or­ga­ni­zo­wa­li me­cze między drużyna­mi z różnych dziel­nic Am­ster­da­mu i w ten sposób się uczy­li.

A jak to było, kie­dy do­stałeś się do Ajak­su?

- Dużo in­a­czej niż te­raz. To jed­na z rze­czy, o której roz­ma­wia­my z in­ny­mi tre­ne­ra­mi. W tam­tych cza­sach mie­liśmy su­ro­wych, roz­krzy­cza­nych szko­le­niowców, po­ka­zujących nam ćwi­cze­nia, które my mu­sie­liśmy próbować naśla­do­wać. Pra­wie jak w woj­sku. Je­den z mo­ich tre­nerów na­zy­wał się Bor­mann. Był sym­pa­tycz­nym fa­ce­tem, ale miał woj­sko­wy sposób by­cia. Tak było przez czte­ry lata. Po­tem tre­no­wał nas Dirk de Gro­ot, który był bar­dzo su­ro­wy. Było spo­ro krzy­ku i trochę się baliśmy, w sty­lu "O nie, za­raz mnie do­pad­nie". (śmiech) Ale był też miłym fa­ce­tem. W Ju­nio­rach A na­szym tre­nerem był Cor van der Hart, ob­da­rzo­ny za­chryp­niętym głosem. Też faj­ny fa­cet, ale bar­dzo su­ro­wy. Cza­sem mie­liśmy tre­nin­gi z Ton­nym Bru­ins Slo­tem [asy­sten­tem Cruyf­fa]. Gdy za­tem za­sta­na­wia­my się te­raz nad kwe­stią: "Więc w jaki sposób zo­stałeś do­brym gra­czem?", to jeśli spoj­rzy­my na obec­nych tre­nerów, widać, jak bar­dzo są inni od tam­tych. Wszy­scy mają ukończo­ne kur­sy, są pełni zro­zu­mie­nia, wiedzą dokład­nie jak grać w piłkę, ja­kie ćwi­cze­nia po­win­no się robić, dokład­nie ile mi­nut po­win­ny trwać, znają od­ległości między bram­ka­mi i miej­sca, gdzie po­win­no sta­wiać się pa­chołki przy ćwi­cze­niach po­zy­cyj­nych. Wiedzą też, że nie należy ćwi­czyć za długo, mak­sy­mal­nie półto­rej go­dzi­ny. Wszy­scy wiedzą dokład­nie, jak wszyst­ko po­win­no być zro­bio­ne. I może w tym jest sed­no. Nam nikt nig­dy nie poświęcał tyle uwa­gi i o wie­le więcej mu­sie­liśmy na­uczyć się sami. Na­wet wśród tych wszyst­kich krzyków, po pro­stu two­rzy­liśmy swoją grę.

Cza­sem na­wet roz­gry­wa­liśmy krótkie, nie­za­pla­no­wa­ne me­cze, jak na uli­cy. Wiesz, szes­na­stu chłopaków, dwóch ka­pi­tanów grało w po­ting, coś w sty­lu "pa­pier, ka­mień, nożyce", ale tu używa się stóp. Ten, który wy­grał to roz­mie­rza­nie, mógł pierw­szy wy­brać za­wod­ni­ka. Je­den z ka­pi­tanów wy­bie­rał naj­lep­sze­go gra­cza, po­tem dru­gi i tak da­lej. Na­prawdę! Tak wy­bie­raliśmy drużyny! A po­tem gra­liśmy mecz. Tak było trzy­dzieści lat temu. Byliśmy ju­nio­ra­mi w Ajak­sie, a gra­liśmy jak na uli­cy. Nad­zo­ro­wał nas je­den tre­ner, ale był ra­czej sędzią: "Gol, faul...". Te­raz jest zupełnie in­a­czej. Te­raz tre­ner wstrzy­mu­je grę i mówi: "Hej, chłopcze, jeżeli masz piłkę tu­taj, to gdzie po­wi­nie­neś te­raz być?", i po­ka­zu­je wszyst­ko piłka­rzo­wi. Nas trak­to­wa­no ra­czej tak, jak za czasów Cruyf­fa. Mie­liśmy spo­ro swo­bo­dy, aby uczyć się sa­me­mu. Te­raz nie ma już wrzasków i woj­sko­wej dys­cy­pli­ny, ale jest bar­dziej su­ro­wo pod względem piłkar­skim. Wszy­scy są główny­mi tre­nera­mi, wszy­scy są me­nedżera­mi, wszy­scy mają ukończo­ne kur­sy i wszyst­ko robi się zgod­nie z podręczni­kiem. Czy to prze­sa­da? Pew­nie tak. Te­raz wszyst­ko robi się dla dzie­ciaków. Z domu za­bie­rają je mi­ni­va­ny. Je­dze­nie na nich cze­ka, na­uka też. Wszyst­ko pod nos. "Do­bra, chłopa­ki, zro­bi­my roz­grzewkę. Zróbcie te­raz dwa okrążenia. Do­bra, te­raz zro­bi­cie to, a te­raz zro­bi­cie tam­to...". Jak oni mają się roz­wi­jać, sko­ro wszyst­ko jest ro­bio­ne za nich? W pierw­szym składzie mamy te­raz gra­czy, którzy prze­szli szkółkę ju­niorów i są przy­zwy­cza­je­ni do gry w określo­nym sty­lu, do ro­bie­nia określo­nych rze­czy. Jak tyl­ko coś wy­da­rzy się in­a­czej, od razu mówią: "O nie! Nie wiem co zro­bić!". Widać, jak patrzą na ławkę, żeby się do­wie­dzieć, jak mają da­lej grać.

To jest praw­dzi­wy pro­blem. Różnicę widać, kie­dy wspo­mni się cza­sy, gdy był tu [w Ajak­sie] Luis Su­arez. Oczy­wiście można się nie zga­dzać z tym co robił, ale za­wsze próbował coś stwo­rzyć, ciągle myślał: "Jak mogę naj­więcej zy­skać w tej sy­tu­acji? Czy muszę ściągnąć ko­szulkę z obrońcy, żeby przejść za nie­go? Czy mam wyjść ze swo­jej po­zy­cji, żeby kon­tro­lo­wać piłkę?". Jego umysł jest nie­ustan­nie wytężony. I cza­sem na­dep­nie na czyjąś stopę albo za­gra ręką. Głupie rze­czy, ale po­mysły w jego głowie nie są złe. Przy tym jest bar­dzo kre­atyw­ny. To jed­na z rze­czy, które próbu­je­my robić pod­czas tre­ningów ju­niorów - dać gra­czom możliwość roz­wo­ju, aby mo­gli stać się po­mysłowy­mi, wyjątko­wy­mi jed­nost­ka­mi. Nie możemy po­wie­lać tego, co ro­bi­liśmy w przeszłości. W jakiś sposób mu­si­my zna­leźć inną me­todę, aby gra­cze z pierw­sze­go składu znów byli po­mysłowi, twórczy, umie­li sami myśleć i coś zmie­nić. Bądź szczególny. Bądź wyjątko­wy. Tego chce­my. Nie można być wyjątko­wym, kie­dy robi się to samo, co dzie­sięciu in­nych gra­czy. Tę wyjątko­wość mu­sisz zna­leźć sam w so­bie.

2. Jo­han

Sam nig­dy by tego o so­bie nie po­wie­dział, ale ho­len­der­ski fut­bol to on - mówi Den­nis. Ma na myśli klu­czo­we­go men­to­ra swej ka­rie­ry. Jo­han Cruyff do­strzegł ta­lent Den­nisa w drużynie ju­nior­skiej Ajak­su, po czym stał się dla nie­go tym, kim Yoda był dla Luke'a Sky­wal­ke­ra. Wywiódł go na szczyt, często sto­sując za­ska­kujące i ta­jem­ni­cze me­to­dy. Na­tu­ral­nie, Cruyff zro­bił to samo też dla in­nych. Wpłynął na większość ta­lentów współcze­sne­go ho­len­der­skie­go fut­bo­lu (a także na wie­lu gra­czy hisz­pańskich i duńskich). Co ważne, jak mówi Den­nis, ukształtował na­sta­wie­nie Ho­lendrów do piłki nożnej.

- Wszy­scy ho­len­der­scy gra­cze, którzy są po­szu­ki­wa­cza­mi przygód, a większość z nas taka jest, ma to po tro­sze od Jo­ha­na. To zasługa jego oso­bo­wości i fi­lo­zo­fii, które stały się ho­len­der­skim spo­so­bem gry. Na­tu­ral­nie, do­sto­so­wu­je­my się do państwa czy klu­bu, w którym gra­my, ale wciąż mamy ho­len­derską men­tal­ność. Chce­my być kimś, zro­bić coś we własny sposób. Je­steśmy ludźmi, którzy mówią: "Wiem, o czym mówię, wiem, cze­go chcę i widzę, co mogę zro­bić". Może się to wy­da­wać aro­ganc­kie, ale na­prawdę ta­kie nie jest. Szczególnie Cruyff, on nie jest aro­ganc­ki. Po pro­stu wie, o czym mówi. Może jest to kwe­stia by­cia Ho­len­drem, może kwe­stia by­cia am­ster­dam­czy­kiem, ale Jo­han wpłynął na mnie naj­bar­dziej. Dla­te­go, że jego ka­rie­ra była eks­tre­mal­na, był pio­nie­rem. On tam był - na­prawdę tam był - i tego wszyst­kie­go do­ko­nał. I ni­ko­mu wcześniej to się nie udało. Był fan­ta­stycz­nym gra­czem i fan­ta­stycz­nym tre­ne­rem, więc wszy­scy go słucha­my.

Przez wie­le lat Cruyff i Berg­kamp two­rzy­li re­lację mi­strza i ucznia. Obec­nie są na równej sto­pie. W 2010 roku Jo­han prze­ko­nał Den­ni­sa, by ten dołączył do nie­go w nie­zwykłym i kon­tro­wer­syj­nym "za­ma­chu sta­nu", zor­ga­ni­zo­wa­nym przez byłych gra­czy, którzy przejęli kon­trolę nad Ajak­sem. Nig­dy wcześniej nic ta­kie­go się w piłkar­skim świe­cie nie zda­rzyło. W roz­dzia­le 21 do­wie­my się, że plan się powiódł, a pa­no­wie obec­nie ściśle współpra­cują nad re­struk­tu­ry­zacją klu­bu i sys­te­mu szko­le­nia ju­niorów, tak aby Ajax znów stał się obiek­tem za­zdrości całego świa­ta.

- Przez długi czas pra­wie się nie wi­dy­wa­liśmy, po czym na­gle zaczęliśmy spo­ty­kać się bar­dzo często - mówi Den­nis. - To wie­le zmie­niło. Kie­dy był moim tre­ne­rem, zwra­całem się do nie­go, sto­sując for­mal­ne u [jak vous w języku fran­cu­skim]. Dla mnie za­wsze był "pa­nem Cruyf­fem". Ale kie­dy pra­cu­je się ra­zem i wal­czy ramię w ramię o wspólną sprawę, a wszy­scy wokół zwra­cają się do nie­go "Jo­han", nie­uchron­nie próbuje się robić tak samo. Było to dla mnie dziw­ne, po­nie­waż na­wet do mamy wciąż zwra­cam się for­mal­nym u. Na­gle usłyszałem swój głos, kie­dy na­zwałem go "Jo­ha­nem". Byłem za­sko­czo­ny, ale stop­nio­wo stało się to nor­mal­ne. Nie mogę po­wie­dzieć, że je­steśmy z Cruyf­fem przy­ja­ciółmi, ale z pew­nością stał się dla mnie Jo­ha­nem.

Zwykło się ma­wiać, że Mar­co van Ba­sten był naj­bliższy mia­na na­masz­czo­ne­go następcy Cruyf­fa. Obec­nie naj­bar­dziej pa­su­je ono do Berg­kam­pa i do Pepa Gu­ar­dio­li, pro­te­go­wa­ne­go Cruyf­fa z Bar­ce­lo­ny.

Berg­kamp i Cruyff spo­tka­li się po raz pierw­szy pew­ne­go popołudnia, kie­dy Jo­han wrócił do Ajak­su po ośmiu la­tach gry w Hisz­pa­nii i USA. Den­nis grał w drużynie do lat 14 na sta­rym bo­isku aka­de­mii ju­niorów, kie­dy na­gle po­ja­wił się Jo­han i przejął obo­wiązki tre­ne­ra pod­czas ćwi­czeń strzałów. Den­nis był onie­miały z wrażenia:

- Coś ta­kie­go na­prawdę wpływa na człowie­ka. Po­czułem jesz­cze większą po­trzebę spraw­dze­nia się. Miałem sil­ne uczu­cie, że w tym mo­men­cie muszę dać z sie­bie wszyst­ko.

* * *

Czy Cruyff był two­im ido­lem?

Den­nis: - Nie sfor­mułowałbym tego w taki sposób. Nie miałem ido­li. Cruyff po pro­stu był jed­nym z naj­lep­szych piłka­rzy na świe­cie, od­da­lo­nym od nas o lata świetl­ne. Wy­da­je się, że to wciąż tak działa. Kie­dy wiel­cy eks-gra­cze, tacy jak Frank de Boer pro­wadzą se­sje tre­nin­go­we, człon­ko­wie obec­ne­go Ajak­su na początku wy­dają się sta­rać się nie­co bar­dziej, chcąc za­im­po­no­wać swo­im po­przed­ni­kom.

Później, kie­dy był two­im tre­ne­rem, Jo­han z pew­nością wie­le cię na­uczył. Co ci wte­dy mówił?

- Tak na­prawdę nie roz­ma­wia­liśmy zbyt wie­le. Kil­ka słów tu i tam, mi­jając się, w dro­dze na bo­isko. To wy­star­czyło. Wciąż po­trze­buję od Jo­ha­na tyl­ko kil­ku słów. Z in­ny­mi mu­siał więcej roz­ma­wiać, udzie­lać im in­struk­cji. Na­to­miast wie­dział, cze­go może ocze­ki­wać ode mnie; wie­dział, że je­stem ci­chym, skrom­nym, ale wa­lecz­nym na bo­isku chłopa­kiem. Dawał mi wie­le pew­ności sie­bie, mówiąc po pro­stu: "Rób to, w czym je­steś do­bry". Po­dob­nie jak Wen­ger, który nig­dy nie powie­dział: "Zrób to, zrób tam­to". Jo­han częściej mówił coś w sty­lu: "Zrób tu to samo, co robiłeś w ju­nio­rach, a gra­cze za tobą po­mogą ci. Jan Wo­uters i Frank Rij­ka­ard po­mogą ci". Kie­dy wy­ko­ny­wa­liśmy ćwi­cze­nia w kółku mówił po­zo­stałym gra­czom, żeby zro­bi­li więcej miej­sca albo żeby prze­sunęli się w lewo lub w pra­wo, ale do mnie nig­dy nie miał uwag. To dawało mi po­czu­cie, że robię do­brze. Tak było przez całą moją ka­rierę. Żaden z mo­ich tre­nerów nie mu­siał po­wie­dzieć mi, żebym zmie­nił sposób, w jaki gram.

* * *

Trud­no wy­obra­zić so­bie powściągli­we­go Cruyf­fa. Będąc dzie­cia­kiem w Ajak­sie, w połowie lat sześćdzie­siątych, roz­pra­szał ko­legów z drużyny nie­pożąda­ny­mi uwa­ga­mi na te­mat tego, co ro­bi­li źle. Naj­bar­dziej drażnił ich fakt, że Cruyff za­zwy­czaj miał rację. Później zy­skał prze­zwi­sko "Jo­pie" i zo­stał naj­bar­dziej ga­da­tli­wym i apo­dyk­tycz­nym ka­pi­ta­nem Ajak­su, Bar­ce­lo­ny i re­pre­zen­ta­cji Ho­lan­dii, nie­ustan­nie ge­sty­ku­lując, krzycząc, przy­po­chle­biając się i udzie­lając szczegółowych wskazówek wszyst­kim, łącznie z sędzia­mi. Dzięki częstym wi­zy­tom w ra­diu i te­le­wi­zji Cruyff stał się praw­do­po­dob­nie najczęściej cy­to­wa­nym Ho­len­drem w hi­sto­rii. Kie­dyś wyjaśnił, cze­mu nie wie­rzy w re­li­gię: "W Hisz­pa­nii wszy­scy dwa­dzieścia dwaj piłka­rze żegnają się przed wejściem na mu­rawę - jeśli to by działało, wszyst­kie me­cze kończyłyby się re­mi­sem". Cruyff nie tyl­ko uwiel­bia roz­ma­wiać, stwo­rzył też własny język. W Ho­lan­dii jest nie­mal równie zna­ny ze swo­ich po­wie­dzo­nek w sty­lu Mi­sia Yogie­go i spo­strzeżeń o za­ska­kującej lo­gi­ce, ta­kich jak "Przy­pad­ki są lo­gicz­ne" czy "Każda wada ma swo­je za­le­ty", co ze swo­jej gry w piłkę. Naj­bar­dziej od­kryw­czym prze­ja­wem tego języka było zda­nie rzu­co­ne przez Cruyf­fa na ko­niec bo­jo­wo pro­wa­dzo­ne­go wy­wia­du te­le­wi­zyj­ne­go: "Gdy­bym chciał, żeby pan zro­zu­miał, wytłuma­czyłbym to le­piej".

Den­nis i Jo­han za­wsze nada­wa­li na tych sa­mych fa­lach. Po­dob­nie jak Dick Hal­lo­ran i jego bab­cia w Lśnie­niu wy­da­wa­li się zdol­ni prze­pro­wa­dzać całe roz­mo­wy bez otwie­ra­nia ust.

Me­to­dy szko­le­nio­we Cruyf­fa były nie­zwykłe. Jego pro­wo­kujący, napięty styl był częścio­wo opar­ty na "mo­de­lu kon­flik­to­wym", którego na­uczył się od własne­go guru, Ri­nu­sa Mi­chel­sa. Mi­chels pro­wo­ko­wał kłótnie, by pod­nieść po­ziom ener­gii i ad­re­na­li­ny wśród swych gra­czy. Ze skom­pli­ko­wa­nych przy­czyn, praw­do­po­dob­nie związa­nych z przed­wczesną śmier­cią ojca, Cruyff uważał, że prze­ciw­ności sty­mu­lują ucze­nie się. Jako tre­ner często do­ku­czał naj­lep­szym gra­czom i kry­ty­ko­wał ich tech­nikę lub na­sta­wie­nie, ocze­kując twórczych, po­zy­tyw­nych re­ak­cji. By­cie zwy­czaj­nym nig­dy nie było przez nie­go ak­cep­to­wa­ne. Cruyff był nie­ustępli­wy w ocze­ki­wa­niu postępów i per­fek­cji. Den­nis za­uważa, że:

- Kie­ru­je się in­stynk­tem. Rze­czy­wiście wi­dzi wie­le rze­czy i fak­tycz­nie ma do­mi­nującą oso­bo­wość oraz po­trzebę kon­tro­lo­wa­nia wszyst­kie­go. Ale to właśnie jest fut­bol to­tal­ny. Chce się wi­dzieć wszyst­ko, a Jo­han rze­czywiście wszyst­ko wi­dzi. Jeśli jest się piłka­rzem to­tal­nym, nie można się sku­piać wyłącznie na swo­im za­da­niu. Trze­ba wi­dzieć wszyst­ko na bo­isku i poza nim.

Cruyff z ko­lei po­dzi­wiał umiejętności i in­te­li­gencję Den­ni­sa:

- Berg­kamp jest jedną z tych osób, z którymi mam wyjątkową, piłkarską re­lację. Należy do gru­py wyjątko­wych fa­cetów, wraz z van Ba­ste­nem, van't Schi­pem i Rij­ka­ar­dem. Są in­te­li­gent­ni i o to właśnie cho­dzi, po­nie­waż w fut­bol gra się głową, a nogi mają w tym tyl­ko po­ma­gać. Jeżeli nie używa się głowy, same nogi nie wy­starczą. Dla­cze­go gracz musi gonić piłkę? Bo zbyt późno zaczął biec. Trze­ba być uważnym, używać głowy i zna­leźć właściwą po­zycję. Jeśli za późno do­bie­gnie się do piłki, to zna­czy, że wy­brało się niewłaściwą. Berg­kamp nig­dy się nie spóźniał.

Powyższe uzna­nie dla umiejętności Berg­kam­pa ozna­czało, że mistrz czuł, iż może ma­ni­pu­lo­wać nim dla swych celów. Cruyff wyjaśnia:

- Chcie­liśmy awan­so­wać Den­ni­sa, ale naj­pierw mu­siał stać się trochę tward­szy.

Jako na­sto­la­tek Den­nis był tech­nicz­nie i tak­tycz­nie wy­star­czająco do­bry, by tra­fić do naj­wyższej gru­py ju­niorów, A1. Tre­ner uważał jed­nak, że Den­nis jest zbyt nieśmiały, by grać w pierw­szym składzie. Pew­ne­go popołudnia Ton­ny Bru­ins Slot, asy­stent Cruyf­fa, prze­ka­zał Den­nisowi nie­po­myślne wia­do­mości: miał zo­stać prze­nie­sio­ny na mie­siąc do niższej gru­py A2 z po­wo­du "bra­ku mo­ty­wa­cji". Co więcej, miał nie grać na swo­jej po­zy­cji pra­we­go skrzydłowe­go, lecz jako cof­nięty na­past­nik. Den­nis był za­sko­czo­ny:

- Nie ro­zu­miałem tego. Brak mo­ty­wa­cji? Być może w mo­jej grze nie było widać, że daję z sie­bie wszyst­ko, ale tak było.

Był to bo­le­sny cios. Berg­kamp nig­dy nie za­po­mniał o tym upo­ko­rze­niu:

- To miało na mnie na­prawdę duży wpływ. Później często się za­sta­na­wiałem: czy Cruyff zro­bił to ce­lo­wo? Czy chciał mnie spro­wo­ko­wać?

Cruyff się śmie­je. Rze­czy­wiście była to jego stra­te­gia:

- Tak, zro­bi­liśmy to, żeby spro­wo­ko­wać Den­ni­sa. Nie prze­nieśliśmy go z po­wo­du ja­kich­kol­wiek braków i nie miało to nic wspólne­go z jego na­sta­wie­niem. Chcie­liśmy wzmoc­nić jego od­por­ność. Kie­dy umiesz­cza się do­bre­go gra­cza w gor­szej drużynie, jest zmu­szo­ny grać nie tyl­ko prze­ciw­ko mniej uta­len­to­wa­nym piłka­rzom, ale także ra­zem z nimi. Gra jest bar­dziej kon­tak­to­wa i przez to była dla nie­go trud­niej­sza. Spra­wi­liśmy, że było mu do­dat­ko­wo trud­niej przez usta­wie­nie go na in­nej po­zy­cji. Kie­dy kogoś ta­kie­go jak Berg­kamp usta­wi się jako pra­we­go obrońcę za pra­wym skrzydłowym, który nie robi nic, aby pomóc obro­nie, może się prze­ko­nać na własnej skórze, jak czu­je się gracz znaj­dujący się za nim, kie­dy on sam gra jako skrzydłowy. Wie­le można się w ten sposób na­uczyć. Jeśli usta­wi się go jako środ­ko­we­go na­past­ni­ka i spra­wi, aby do­sta­wał wy­so­kie dośrod­ko­wa­nia ze skrzy­deł, będzie mu­siał wty­kać swoją małą głowę tam, gdzie może za­bo­leć. To spra­wia, że sta­je się tward­szy.

Cruyff chciał również zo­ba­czyć, jak Berg­kamp będzie się za­cho­wy­wał, będąc naj­lep­szym gra­czem w zwy­czaj­nej drużynie:

- Kie­dy jest się naj­lep­szym gra­czem, ma się więcej cza­su, a kie­dy ma się więcej cza­su, trze­ba go mądrze wy­ko­rzy­stać - po­ma­gając in­nym gra­czom, roz­ma­wiając z nimi, in­stru­ując ich i kie­rując nimi.

Den­nis odsłużył swo­je w A2, po czym wrócił do A1. Niedługo później miał miej­sce ko­lej­ny wstrząs. 13 grud­nia 1986 roku, w prze­rwie me­czu prze­ciw­ko DWS Am­ster­dam, tre­ner szorst­kim głosem po­in­for­mo­wał Den­nisa, że zdej­mu­je go z bo­iska. Den­nis był zmar­twio­ny, po­nie­waż wie­dział, że grał do­brze. Wte­dy tre­ner dodał, uśmie­chając się:

- Zdej­muję cię, po­nie­waż ju­tro grasz w pierw­szej drużynie.

W 1981 roku, kie­dy Den­nis miał 12 lat, Cruyff wrócił do gry w Ajak­sie, prze­ry­wając częściową eme­ry­turę. Naj­lep­szy w hi­sto­rii ho­len­der­ski piłkarz wzbo­ga­cił się, grając w Bar­ce­lo­nie, lecz stra­cił wszyst­kie pie­niądze w przekręcie związa­nym z ho­dowlą świń. Wpra­wiając w zakłopo­ta­nie tych, którzy wątpi­li w jego szan­se na powrót do fut­bo­lu, w swym pierw­szym me­czu zdo­był piękne­go gola lo­bem. Wte­dy roz­począł re­wo­lucję, której kon­se­kwen­cje są od­czu­wal­ne do dzi­siaj. Ho­len­der­ski fut­bol był wówczas w opłaka­nym sta­nie. Po­ko­le­nie fut­bo­lu to­tal­ne­go prze­minęło po Mi­strzo­stwach Świa­ta w 1978 roku. Ho­len­drzy zo­sta­li kom­plet­nie znisz­cze­ni przez Niemców w Euro 1980, po czym nie za­kwa­li­fi­ko­wa­li się do trzech ko­lej­nych ważnych tur­niejów. Po­nu­ry, nowy "re­alizm" (zwa­ny fut­bolem de­fen­syw­nym) za­do­mo­wił się w Ho­lan­dii, a w Ajak­sie za­po­mnia­no o lek­cjach i dok­try­nach wy­ra­fi­no­wa­ne­go, prze­strzen­ne­go fut­bo­lu. Wielką na­dzieją na zmianę był Ge­rald Va­nen­burg, kla­sycz­ny dry­bler ze sta­rej, do­brej szkoły, in­dy­wi­du­ali­sta grający w sty­lu Bra­zy­lij­czyków.

Będąc zarówno przy­ja­cie­lem i na­uczy­cie­lem, Cruyff po­bu­dził do działania całe po­ko­le­nie młodych piłka­rzy i wskrze­sił to, co obec­nie na­zy­wa­my "ho­len­der­skim sty­lem". Cruyff miał wiel­ki wpływ na młodych ho­len­der­skich gra­czy, ta­kich jak Frank Rij­ka­ard, Mar­co van Ba­sten, Son­ny Si­lo­oy, John van't Schip i John Bos­man. Od­cisnął też piętno na grających w Ajak­sie Duńczy­kach - Ja­nie M?lbym, So­re­nie Ler­bym i Je­spe­rze Ol­se­nie, którzy dali początek wspa­niałej drużynie zwa­nej "Duńskim Dy­na­mi­tem", która grała to­tal­ny fut­bol na Mi­strzo­stwach Świa­ta w 1986 roku.

Pod ko­niec se­zo­nu 1982-1983 pre­zes klu­bu, Ton Harm­sen, odmówił przedłużenia piłkar­skie­go kon­trak­tu Cruyf­fa, po­nie­waż uznał, że ma­estro jest "zbyt sta­ry", aby grać wy­star­czająco do­brze i przy­ciągać tłumy, które uza­sad­niłyby jego pensję. Wściekły Cruyff pod­pi­sał kon­trakt z ry­wa­la­mi - Fey­eno­or­dem Rot­ter­dam - i pod­czas je­dy­ne­go se­zo­nu w bar­wach tej drużyny pomógł jej zdo­być trze­ci w hi­sto­rii du­blet, jed­no­cześnie prze­ka­zując swą wiedzę i po­stawę młode­mu ko­le­dze z ze­społu, Ru­udo­wi Gul­li­to­wi. Harm­sen po­przy­siągł, że "noga Cruyf­fa już tu nig­dy nie po­sta­nie".

Udo­wod­niw­szy swo­je możliwości i umiejętności, po zakończe­niu se­zo­nu 1983-1984 Cruyff osta­tecz­nie za­wie­sił buty na kołku i prze­szedł na eme­ry­turę. Za­miesz­kał w Vin­ke­ve­en, na południe od Am­ster­da­mu. Nie po­tra­fił jed­nak od­począć i wkrótce zaczął sta­rać się o funkcję kie­row­niczą, najchętniej w Ajak­sie - je­dy­nym ho­len­der­skim klu­bie, na którym mu zależało. To, że Ajax miał całkiem do­bre­go tre­ne­ra, Aada de Mosa, a pre­zes klu­bu nie­na­wi­dził Cruyf­fa, oraz to, że Ho­len­der­ski Związek Piłki Nożnej wy­ma­gał upraw­nień tre­ner­skich, oka­zało się nie być wiel­kim pro­ble­mem. Naj­lep­si przy­ja­cie­le z drużyny, van't Schip i van Ba­sten, agi­to­wa­li za Cruyf­fem i osłabi­li au­to­ry­tet de Mosa, który zo­stał w końcu usu­nięty. Me­dia również wzięły stronę Cruyf­fa, a Harm­sen był zmu­szo­ny mia­no­wać go tre­ne­rem w 1985 roku. Aby obejść prze­pi­sy związko­we, Cruyff zo­stał "dy­rek­to­rem tech­nicz­nym". Tym sa­mym po­wstał sposób na przejęcie Ajak­su, który miał być po­now­nie wy­ko­rzy­sta­ny nie­mal 30 lat później.

Kie­dy Den­nis cier­pli­wie piął się po szcze­blach ju­nior­skiej ka­rie­ry, Jo­han szyb­ko wpro­wa­dził re­wo­lu­cyj­ne zmia­ny, które obec­nie określa jako "pracę zgod­nie z moją fi­lo­zo­fią". Na czym po­le­gały zmia­ny?

- Wtrące­nie prze­ciw­ników w cha­os. To właśnie jest fut­bol. Jeśli mi­nie się za­wod­ni­ka prze­ciw­nej drużyny, pogrąża się ją w cha­osie. Stwo­rze­nie jed­no­oso­bo­wej prze­wa­gi sto­sując atak po­zy­cyj­ny daje ten sam efekt. Jeśli się go nie mi­nie, nie ma się tej prze­wa­gi, prze­ciw­nik po­zo­sta­je zor­ga­ni­zo­wa­ny i nic się nie dzie­je. Prze­wa­ga jed­ne­go gra­cza to właśnie fut­bol Ajak­su.

Naj­ważniej­sze mo­men­ty meczów Ajak­su z tam­te­go okre­su można obej­rzeć na YouTu­be. Zróbcie so­bie frajdę i po­szu­kaj­cie ich. Mówie­nie wyłącznie o usta­wie­niu 4-3-3 jest nie­do­po­wie­dze­niem. Nie li­czyło się ustawie­nie, lecz stan umysłu. Odważni, młodzi gra­cze na­ci­ska­li, po­da­wa­li i ru­sza­li naprzód w nie­sa­mo­wi­ty sposób. Rij­ka­ard, Ro­nald Ko­eman, van't Schip i van Ba­sten byli wład­ca­mi bo­iska. Spo­koj­ny i płyn­nie grający Ar­nold Muh­ren, zwa­bio­ny z Man­che­ste­ru Uni­ted, rzad­ko chy­biał z po­da­niem, a bram­karz Stan­ley Men­zo wy­cho­dził tak da­le­ko, że cza­sem wy­da­wał się być do­dat­ko­wym po­moc­ni­kiem. W pierw­szym se­zo­nie Cruyf­fa Ajax zdo­był 120 bra­mek, z cze­go aż 37 przy­padło van Ba­stenowi, w za­le­d­wie 26 me­czach. Na­tu­ral­nie, zda­rzały się gor­sze dni, ale kie­dy do­brze im szło, byli nie­zwy­kle wi­do­wi­sko­wi. Kil­ka lat wcześniej van Ba­sten po­pro­wa­dził drużynę do dru­zgoczącego zwy­cięstwa 8:2 nad Fey­eno­or­dem. Pod wodzą Cruyf­fa wy­ni­ki ro­dem z rug­by - 9:0, 8:1, 6:0 - stały się stan­dar­dem w me­czach ze słab­szy­mi drużyna­mi.

Po pierw­szym se­zo­nie, kie­dy po­moc­ni­cy Ko­eman i Ge­rald Va­nen­burg sku­sze­ni większy­mi pie­niędzmi prze­szli do PSV, Cruyff wbrew lo­gi­ce zastąpił ich obrońcami - Dan­nym Blin­dem i Ja­nem Wo­uter­sem. Re­or­ga­ni­zując sys­tem ju­nior­ski Ajak­su, Jo­han pro­mo­wał gra­czy ta­kich jak Aron Win­ter oraz bra­ci Wit­sch­ge - Rob­bie­go i Ri­char­da. W ten sposób usta­bi­li­zo­wa­na drużyna grała jesz­cze le­piej.

To właśnie był Ajax, do którego wrzu­co­no Den­ni­sa, kie­dy ten cho­dził jesz­cze do szkoły. Opi­su­je sie­bie jako "przy­jem­nie zde­ner­wo­wa­ne­go", kie­dy ro­dzi­ce od­wo­zi­li go na sta­dion małym Dat­su­nem Cher­ry na jego pierw­szy mecz prze­ciw­ko Ro­dzie. Mama Den­ni­sa po­wie­działa ochro­nia­rzo­wi, że siedzący z tyłu dzie­ciak będzie grał w pierw­szym składzie. Ochro­niarz nig­dy wcześniej nie słyszał o ta­kim gra­czu i do­pie­ro po roz­mo­wie przez krótko­falówkę zgo­dził się go wpuścić. Kie­dy Den­nis do­tarł na miej­sce uspo­koiła go at­mos­fe­ra pa­nująca wśród gra­czy. Frank Rij­ka­ard po­wi­tał go i rzu­cił kil­ka żartów. Den­nis pa­trzył i chłonął wszyst­ko. Wte­dy przy­szedł Cruyff.

- Jest nie­wiel­kim fa­ce­tem, ale jego obec­ność jest moc­no wy­czu­wal­na - wspo­mi­na Den­nis. - Czuło się, że do po­miesz­cze­nia wcho­dzi oso­ba z cha­rak­te­rem. Nie roz­ma­wiał ze mną. Na to przy­szedł czas później. Wszy­scy życzy­li mi po­wo­dze­nia, na­wet bu­fe­to­wa "Cio­tecz­ka Sien".

Mecz miał się za­raz roz­począć, a Den­nis usiadł obok Jo­ha­na na ławce re­zer­wo­wych.

- Miło cię tu wi­dzieć - po­wie­dział wiel­ki Cruyff. - Ro­zej­rzyj się do­okoła, za­sma­kuj tej at­mos­fe­ry.

- I oto byłem tam, na sta­dio­nie, sie­działem obok Cruyf­fa. Ale wca­le się nie bałem. Je­dy­ne, cze­go pragnąłem, to zna­leźć się na mu­ra­wie. Byłem pew­ny, że Cruyff nie ściągnął mnie tam bez po­wo­du. "Po prze­rwie weźmie mnie do gry" pomyślałem.

W 66. mi­nu­cie tak właśnie się stało. Den­nis, mając 17 lat i 7 mie­sięcy (w tym sa­mym wie­ku, co de­biu­tujący 22 lata wcześniej Cruyff), wbiegł na bo­isko w ko­szul­ce z nu­me­rem 16 i zajął miej­sce na pra­wym skrzy­dle.

- Nie byłem kłębkiem nerwów, byłem po pro­stu pod­eks­cy­to­wa­ny.

Na sta­dio­nie było za­le­d­wie je­de­naście tysięcy widzów, zaj­mo­wa­li nie­całą połowę miejsc. Ro­dzi­ce Den­ni­sa ku­pi­li dosyć dro­gie bi­le­ty, by usiąść na Try­bu­nie Rey­nold­sa, po stro­nie bo­iska, na której grał ich syn. Zde­ner­wo­wa­ny Mar­cel, stojący obok F-Side1, po­wie­dział jed­ne­mu z ki­biców:

- To chy­ba mój młod­szy brat, właśnie się roz­grze­wa.

Den­nis pamięta każdy szczegół:

- Wszedłem na bo­isko i wszyst­ko nie­zwy­kle mi się po­do­bało: mu­ra­wa, at­mos­fe­ra, możliwość dołącze­nia do tak wspa­niałej eki­py, inni gra­cze do­dający mi otu­chy, szczególnie Rij­ka­ard. A za mną stał Wo­uters, co mnie uspo­ka­jało. Od razu za­uważyłem, że je­stem szyb­szy niż mój prze­ciw­nik, pomyślałem więc: "Okej, mam tu możliwości: moim atu­tem jest szyb­kość i mam za­miar ją wy­ko­rzy­stać". Na­prawdę nie myślałem: "Je­zus Ma­ria, gram dla Ajak­su!". Po pro­stu czułem się do­brze, zupełnie na­tu­ral­nie.

Ajax wy­grał 2:0. Po me­czu, w szat­ni pod­szedł do Den­ni­sa Rij­ka­ard i za­py­tał go o wiek.

- Sie­dem­naście? No to masz przed sobą świe­tlaną przyszłość.

Kil­ka ty­go­dni później, po zi­mo­wej prze­rwie wa­ka­cyj­nej, Den­nis po raz pierw­szy grał w me­czu od początku i zro­bił jesz­cze lep­sze wrażenie, niszcząc sto­pe­ra Ha­ar­le­mu, Luka Nij­hol­ta, a na­wet zdo­by­wając jedną z bra­mek w me­czu zakończo­nym wy­ni­kiem 6:0. Mając do czy­nie­nia z bar­dziej doświadczo­nym prze­ciw­ni­kiem, którego główną tak­tyką były wśli­zgi, Den­nis wymyślił pro­sty sposób, jak so­bie z tym po­ra­dzić:

- Pomyślałem: "Mały lob, to jest roz­wiąza­nie". Kie­dy Nij­holt ru­szył na mnie, prze­rzu­ciłem nad nim piłkę i tak go ograłem. Mogłem dośrod­ko­wać. Skrzydłowi gra­li wte­dy w prost­szy sposób. Nikt się nie spo­dzie­wał, że wejdą w pole kar­ne i będą próbować strze­lić. Trze­ba było trzy­mać się sze­ro­ko, czuć kredę li­nii bocz­nej pod bu­ta­mi. Na­szym za­da­niem było roz­ciągnięcie obro­ny prze­ciw­ni­ka, przejście za nie­go z dużą szyb­kością i dośrod­ko­wanie.

Berg­kamp wkrótce zaczął grać re­gu­lar­nie, ale jego har­to­wa­nie trwało nadal.

- Używa­liśmy różnych, spryt­nych me­tod - przy­zna­je Cruyff. - Na przykład ka­za­liśmy Den­ni­so­wi (pod­czas rzutów wol­nych rywa­li) stanąć w mu­rze jako ostat­ni w sze­re­gu, aby mu­siał ko­or­dy­no­wać swoją po­zycję z bram­ka­rzem. Chcie­liśmy zo­ba­czyć, jak so­bie z tym po­ra­dzi, i jak za­re­agu­je na strzał z wol­ne­go. Czy obróci się i sta­nie bo­kiem, czy zasłoni ręką twarz? Den­nis szyb­ko się uczył. Nie trze­ba było się na­pra­co­wać, aby spra­wić, by stał się tward­szy i bar­dziej prze­biegły. Miał też po­czu­cie od­po­wie­dzial­ności. Wie­dział, że gra za pie­niądze in­nych lu­dzi. W tam­tym cza­sie za­rob­ki opie­rały się na pre­miach za me­cze i Den­nis czuł, że jest współod­po­wie­dzial­ny za pen­sje po­zo­stałych gra­czy - fa­cetów, którzy mu­sie­li utrzy­mać ro­dzi­ny. Był do­brze wy­cho­wa­nym dzie­cia­kiem, ale wie­dział dokład­nie, cze­go ocze­ki­wa­no od nie­go na bo­isku. Zro­zu­mie­nie tego zaj­mo­wało in­nym gra­czom wie­le dłużej. Na przykład Rij­ka­ard orien­to­wał się trochę wol­niej. Ale Berg­kamp był by­stry.

Den­nis uczył się także od ko­legów z drużyny, szczególnie od van Ba­ste­na.

- Zwra­całem uwagę na wszyst­ko. Ob­ser­wo­wałem, jak pra­cują Mar­co i Frank, ale także jak wyglądały ich re­la­cje z resztą gra­czy i tre­ne­ra­mi, co działo się w prze­bie­ral­ni, po­dejście gra­czy do mnie oraz moje re­la­cje z tre­ne­ra­mi. Zwra­całem uwagę na wszyst­ko. W taki sam sposób jak oglądałem Hod­dle'a w te­le­wi­zji, te­raz ob­ser­wo­wałem van Ba­ste­na na tre­nin­gach i za­sta­na­wiałem się, co mógłbym od nie­go pożyczyć. Po­do­bało mi się, jak przy­spie­szał. Prze­ciągał piłkę za prze­ciw­ni­ka zewnętrzną częścią sto­py, a po­tem przy­spie­szał, zo­sta­wiając go da­le­ko w tyle. Był w tym bar­dzo do­bry. Mar­co był zabójczy, praw­dzi­wy zdo­byw­ca bra­mek, za­wsze na cze­le ata­ku. Ja z ko­lei byłem ra­czej do­bie­gającym na­past­ni­kiem. Gdy­by pro­wa­dzo­no sta­ty­sty­ki, można by zo­ba­czyć jak często Mar­co strze­lał gole z od­ległości mniej­szej niż dzie­sięć metrów. Dla mnie było to za­zwy­czaj około piętna­stu. Mar­co był bar­dziej bez­względny niż ja. W Ar­se­na­lu po­dob­ny był Ian Wri­ght, ale Mar­co robił wszyst­ko z większą ele­gancją. Mógł tra­fić w do­wol­ny cal bram­ki, a jego strzały były wyjątko­wo ostre. Szyb­kie, krótkie przyłożenie sto­py - bang! Też tak miałem. Bie­gał też w cha­rak­te­ry­stycz­ny sposób, z lek­ko roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi, tak jak ja. Później, kie­dy miał pro­ble­my z kostką, jego po­stu­ra nie­co się za­padła, a ja nadal byłem pro­sty jak stru­na. Ale sposób, w jaki bie­ga­liśmy, i jak po­chy­la­liśmy się, ucie­kając, był u nas po­dob­ny. To właśnie nasz sposób bie­ga­nia po­zwa­lał nam na szybką ucieczkę, szybszą niż prze­ciw­ników. Było to coś, co przyszło samo. Nie uczyłem się bie­ga­nia w taki sposób w klu­bie lek­koatletycznym. Po­wie­dzie­li mi: "Bie­gasz pięknie, bar­dzo na­tu­ral­nie".

Po­nie­waż Den­nis wciąż uczęszczał do Li­ceum św. Mikołaja (do tej sa­mej szkoły cho­dził kie­dyś Lo­uis van Gaal, dzięki jed­ne­mu z "lo­gicz­nych zbiegów oko­licz­ności" Cruyf­fa), mógł tre­no­wać z pierwszą drużyną wyłącznie w so­bo­ty. W ty­go­dniu pra­co­wał z drużyną re­zer­wową, a se­sje tre­nin­go­we zo­stały usta­wio­ne tak, by nie ko­li­do­wały z nauką Den­nisa.

- Nie za bar­dzo tre­no­wa­liśmy re­zer­wo­wych, ra­czej wy­ko­rzy­sty­wa­liśmy ich do tre­no­wa­nia Den­ni­sa - tłuma­czy Cruyff. - Tre­ne­rzy wie­dzie­li, że mają pra­co­wać nad jego słabościa­mi.

Łącze­nie na­uki w szko­le i fut­bo­lu na naj­wyższym po­zio­mie sta­wało się co­raz trud­niej­sze. Przez klasówkę z bio­lo­gii nie mógł po­je­chać z drużyną do Malmö na ćwierćfinał Pu­cha­ru Zdo­bywców Pu­charów. Den­nis do­tarł na miej­sce sam, ale mu­siał prze­sie­dzieć mecz na ławce re­zer­wo­wych. Dwa ty­go­dnie później odbył się re­wanż, który był dla Den­nisa przełomo­wym występem. W pierw­szym me­czu Szwe­dzi, pro­wa­dze­ni przez Roya Hodg­so­na, przyszłego se­lek­cjo­ne­ra re­pre­zen­ta­cji An­glii, wytrącili gra­czy Ajak­su z równo­wa­gi swą zaciętością i wy­gra­li 1:0. Pod­czas re­wanżu Den­nis miał zmie­rzyć się z Torbjörnem Per­s­so­nem, doświad­czo­nym szwedz­kim obrońcą. Przed me­czem Bru­ins Slot przed­sta­wił do­ssier Per­s­so­na. Den­nis był za­sko­czo­ny:

- On wie­dział wszyst­ko o drużynie prze­ciw­ników. Mówił rze­czy w sty­lu: "Ten obrońca nie jest za­wo­do­wym piłka­rzem, na co dzień pra­cu­je jako li­sto­nosz, ma dwo­je dzie­ci, które na­zy­wają się tak i tak, gra lewą nogą i lubi wy­ry­wać się do przo­du...". Szcze­rze mówiąc, nie słuchałem tego zbyt uważnie. Nie były to dla mnie po­trzeb­ne in­for­ma­cje. Moje po­dejście wyglądało ra­czej tak: "Zo­ba­czy­my jak pójdzie, po pro­stu będę robił swo­je i za­ufam swo­jej szyb­kości".

Po­dejście Cruyf­fa było jesz­cze prost­sze. Po­wie­dział Den­ni­so­wi:

- Ten obrońca to sta­ry pryk. Jest wol­ny i bezużytecz­ny, ty je­steś lep­szy od nie­go.

Była to ko­lej­na sztucz­ka psy­cho­lo­gicz­na.

- Za­wsze mówiłem swo­im na­past­ni­kom, że są lep­si niż ich prze­ciw­ni­cy w obro­nie. Chciałem, żeby Berg­kamp za­po­mniał o sta­dio­nie, ka­me­rach te­le­wi­zyj­nych i eu­ro­pej­skich tro­fe­ach, za to sku­pił się na po­ko­na­niu tego, kon­kret­ne­go człowie­ka. Mogą się zda­rzyć dwie rze­czy, mówiłem mu: albo mi­niesz go, a on nie pójdzie już ani razu do przo­du, albo nie mi­niesz go, a on za­po­mni o to­bie i po­bie­gnie, gdzie mu się spodo­ba. Ale wte­dy ja po­wiem po­zo­stałym: "Po­da­waj­cie wszyst­ko do Berg­kampa, po­nie­waż jego obrońca go po­rzu­cił. Także każde wyjście jest do­bre". Tak to przed­sta­wiałem, ale oczy­wiście za­wsze było to ry­zy­kow­ne. Ry­zy­kow­ne, lecz za­zwy­czaj opłacal­ne.

Den­nis postąpił zgod­nie z in­struk­cja­mi i za­pew­nił Per­s­so­no­wi upior­ny wieczór, pod­ry­wając ki­biców na nogi i tworząc ko­lej­ne sy­tu­acje pod­bram­ko­we. Burz­li­wy mecz zakończył się wy­graną Ajak­su 3:1. Nie było jed­nak cza­su na święto­wa­nie zwy­cięstwa, następne­go dnia Den­nis mu­siał wstać wcześnie i na­pi­sać klasówkę z ma­te­ma­ty­ki.

* * *

To mu­siało być dla cie­bie dziw­ne. Je­steś gwiazdą, grasz przed tysiącami krzyczących ki­biców, a po chwi­li sie­dzisz w szkol­nej ławce. Jak so­bie z tym ra­dziłeś?

Den­nis: - To było bar­dzo dziw­ne. Na­tu­ral­nie, nie można być za­ro­zu­miałym. W Ho­lan­dii jest to za­bro­nio­ne! Grasz w roz­gryw­kach eu­ro­pej­skich? Tak? No i co z tego? Oczy­wiście, po­ja­wia­li się za­zdrośnicy, ale większość lu­dzi była do mnie na­sta­wio­na po­zy­tyw­nie. Po me­czu do mo­jej kla­sy wpusz­czo­no z ka­merą ekipę te­le­wi­zyjną, żeby na­grać moją re­akcję na wy­ni­ki lo­so­wa­nia półfinałowe­go, które było trans­mi­to­wa­ne. Po lo­so­wa­niu za­py­ta­li mnie za­tem: "Okej, Den­nis, co sądzisz o wy­ni­kach lo­so­wa­nia?", a ja od­po­wie­działem: "Cóż, jest w porządku, nie mam nic prze­ciw­ko".

Wpraw­ka do ob­szer­nych wy­wiadów w two­jej później­szej ka­rie­rze?

- Właśnie tak! Ale to wszyst­ko było przy­jem­ne. Dla lu­dzi w szko­le nie było to za­sko­cze­niem. Cho­dziłem do swo­jej kla­sy przez pięć lat będąc jed­no­cześnie ju­nio­rem w Ajak­sie, więc ro­zu­mie­li sy­tu­ację. Sama gra w Ajak­sie to już wiel­ka spra­wa, więc wie­dzie­li, cze­go się spo­dzie­wać. Pro­fe­sjo­nal­ny piłkarz w szko­le był fajną sprawą również dla nich, mie­li o czym roz­ma­wiać.

Den­nis był za­sko­czo­ny długo­tr­wałymi efek­ta­mi swo­je­go występu w me­czu prze­ciw­ko Szwe­dom:

- Przez ko­lej­ne lata lu­dzie mówili mi "O rany, Den­nis, pamiętam jak do­pro­wa­dziłeś tego le­we­go obrońcę do szału". Dla mnie było to równie eks­cy­tujące: gra w pierw­szym składzie, na tym sta­dio­nie, wy­cho­dze­nie z szat­ni, przejście ko­ry­ta­rzem wyłożonym płyt­ka­mi, wi­dok prze­ciw­ników wy­chodzących z szat­ni na­prze­ciw­ko, kor­ki stu­kające w ka­fel­ki, pod­no­sze­nie kwiatów z mu­ra­wy i rzu­ca­nie ich z po­wro­tem w tłum, biało-czer­wo­ne siat­ki w bram­kach, piękna, biała piłka Der­by Star. Wiel­kie bo­isko, za­zwy­czaj nie­ska­zi­tel­ne, z równo sko­szoną trawą, po­mruk tłumu, cza­sem gwiz­dy i rosnąca wrza­wa, kie­dy do­sta­wałem piłkę...

Oka­zało się, że lo­so­wa­nie półfinałowe było rze­czy­wiście do­bre. Ajax z łatwością po­ko­nał Real Sa­ra­gos­sa. Następnym przy­stan­kiem były Ate­ny, pierw­szy eu­ro­pej­ski finał Ajak­su od pełnych chwały wcze­snych lat sie­dem­dzie­siątych. Prze­ciw­ni­kiem była wschod­nio­nie­miec­ka drużyna Lo­ko­mo­ti­ve Lipsk, których naj­bar­dziej barw­nym wkładem w finał oka­zały się być ja­snożółte ko­szul­ki. Den­nis do­stał spe­cjal­ne zwol­nie­nie ze szkoły, by móc po­le­cieć z drużyną do Aten.

- Ta podróż wy­warła na mnie wiel­kie wrażenie. Kie­dy do­tar­liśmy do Gre­cji van Ba­sten usiadł obok mnie w au­to­ka­rze i zaczął roz­ma­wiać o pre­mii za mecz. Wy­da­je mi się, że było to 17 500 gul­denów. A może na­wet 25 000, nie miało to jed­nak dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia. W ogóle nie myślałem o pie­niądzach. Po­wie­działem, że okej, ale myślałem so­bie: "Kto się tym przej­mu­je?".

Wy­jazd sta­no­wił też okazję, by ob­ser­wo­wać w działaniu fa­scy­nujący umysł Cruyf­fa. W Ate­nach Dan­ny Blind do­znał kon­tu­zji, bie­gając po plaży, a drużyna zo­stała bez doświad­czo­ne­go na­past­ni­ka. Cruyff spo­koj­nie wy­brał jed­ne­go z najmłod­szych za­wod­ników w ze­spo­le, Fran­ka Ver­la­ata, i kazał grającym w jego po­bliżu kryć go w ra­zie kłopotów.

- Wszy­scy pa­ni­ko­wa­li po stra­cie Dan­ny'ego, ale Cruyff na­wet nie mrugnął okiem. Za­wsze gdy coś szło źle, wy­da­wało się go to in­te­re­so­wać. Myślę, że do­da­wało mu to we­rwy. Też taki byłem. Nig­dy nie pa­ni­ko­wałem, kie­dy sy­tu­acja na­gle się zmie­niała. Myślałem tyl­ko, jak roz­wiązać pro­blem. Lubiłem wy­zwa­nia i ad­ap­to­wa­nie się do no­wych sy­tu­acji.

Ver­la­at po­ra­dził so­bie całkiem do­brze, a Ajax zwy­ciężył w tym dość nud­nym me­czu 1:0, dzięki strzałowi głową van Ba­ste­na. Był to jego ostat­ni gol przed trans­fe­rem do AC Mi­lan, gdzie dołączył do Ru­uda Gul­li­ta. Den­nis wszedł na bo­isko w dru­giej połowie, ale nie­wie­le so­bie przy­po­mi­na:

- Pamiętam świet­ne­go gola Mar­co i nie­wie­le więcej. Wy­da­je mi się, że usta­wiłem je­den atak, ale za­raz było po wszyst­kim i zdo­by­liśmy pu­char. Po me­czu była im­pre­za w ho­te­lu, ale za­cho­wy­wałem się dość spo­koj­nie. Chy­ba nie do końca zda­wałem so­bie sprawę, jak wyjątko­we to było. Te­raz myślę so­bie: "Prze­cież do­pie­ro co zdo­byłem eu­ro­pej­skie tro­feum".

Przed roz­poczęciem se­zo­nu 1987-1988 Den­nis pod­pi­sał z Ajak­sem pro­fe­sjo­nal­ny kon­trakt. Stu­dia na wy­dzia­le fi­zjo­te­ra­pii miały trwać jesz­cze rok, ale piłka nożna stała się dla nie­go prio­ry­te­tem. W między­cza­sie Cruyff zaczął tra­cić grunt pod no­ga­mi. Aby za­pew­nić lukę po van Ba­ste­nie zakon­traktował Fran­ka Sta­ple­to­na, byłego ko­legę Ar­nol­da Muh­re­na z Man­che­ste­ru Uni­ted, co oka­zało się być wiel­kim błędem. Sta­ple­ton, nie­gdyś sil­ny i by­stry środ­ko­wy na­past­nik, był chro­nicz­nie kon­tu­zjo­wa­ny. Ajax wal­czył o po­zycję w li­dze, a Cruyff kłócił się z gra­cza­mi i z klu­bem. Do­ma­gał się, by drużyna szyb­ko się roz­ra­stała i chciał, by klub był zarządza­ny bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie, w bar­dziej ame­ry­kańskim sty­lu. Harm­sen go­to­wał się ze złości:

- Cruyff nie po­tra­fi słuchać!

Cruyff oskarżył klub o ama­torsz­czyznę. Jed­ność drużyny zaczęła się psuć. Do połowy września Ajax prze­grał trzy me­cze. Po­tem stra­ci­li no­we­go ka­pi­ta­na, kie­dy Frank Rij­ka­ard wy­biegł, krzycząc na Cruyf­fa:

- Prze­stań ciągle na­rze­kać!

W prze­ci­wieństwie do van Ba­ste­na i van't Schi­pa, którym nie prze­szka­dzała kry­ty­ka, Rij­ka­ard miał dosyć. Zniknął, by w później­szej części se­zo­nu po­ja­wić się w Re­alu Sa­ra­gos­sa. Po­tem za­grał w Euro 1988, a następnie pod­pi­sał kon­trakt z AC Mi­lan. W oko­li­cy świąt Bożego Na­ro­dze­nia Harm­sen pu­blicz­nie za­prze­czył pogłoskom, że zgo­dził się przedłużyć kon­trakt Cruyf­fa. Cruyff był wściekły. Kil­ka dni później, na początku stycz­nia 1988 roku, po­wie­dział Harm­senowi, że chce odejść. Był to blef, ale obrócił się prze­ciw­ko nie­mu. Zarząd za­ak­cep­to­wał jego re­zy­gnację. Na­gle skończyły się rządy Cruyf­fa.

Jako tre­ner Cruyff odniósł jesz­cze wie­le suk­cesów. Prze­niósł się do Bar­ce­lo­ny i stwo­rzył ich Drużynę Ma­rzeń, z którą zdo­był Pu­char Eu­ro­py. W finałowym me­czu zwy­cięską bramkę zdo­był Ko­eman. Cruyff wy­cho­wał też Jo­se­pa Gu­ar­diolę i stwo­rzył aka­de­mię ju­niorów Bar­cy, La Masię, ko­rzy­stając z doświad­cze­nia z młodzieżową drużyną Ajak­su. Głupo­ta Tona Harm­se­na w efek­cie kosz­to­wała Ho­lan­dię finał Mi­strzostw Świa­ta w 2010 roku, kie­dy drużyna Hisz­pa­nii pełna gra­czy wy­tre­no­wa­nych przez Cruyf­fa, grając w sposób wyraźnie na­uczo­ny przez Cruyf­fa, po­ko­nała drużynę Ho­lan­dii zdo­mi­no­waną przez gra­czy z Ajak­su, którzy nie spro­sta­li jego wy­ma­ga­niom. Ale, jak się okaże, Den­nis i Jo­han byli da­le­cy od zakończe­nia swej zna­jo­mości i współpra­cy.

Po­dziw Jo­ha­na dla Den­ni­sa nig­dy nie zma­lał, jest równie sil­ny te­raz, kie­dy współpra­cują pro­wadząc Ajax.

- Den­nis jest fa­ce­tem, który ma wzrok jak ob­ser­wa­tor z he­li­kop­te­ra. Wi­dzi wszyst­ko i utrzy­mu­je wszyst­ko w równo­wa­dze, po­nie­waż sam jest zrówno­ważony. Den­nisa Berg­kam­pa nie da się zmu­sić do ni­cze­go. Nie­za­leżnie od tego, jak głośno wszy­scy wokół nie­go krzyczą, on za­wsze za­cho­wu­je spokój i myśli. Po­tra­fi myśleć sze­ro­ko, wi­dzi powiąza­nia. Jest na­prawdę przy­zwo­itym i życz­li­wym człowie­kiem - dopóki się nie zezłości. Widać wte­dy praw­dziwą złość, ale też in­te­li­gencję. Wte­dy jego ko­men­ta­rze są niesłycha­nie cięte, na­wet bo­le­sne, ale za­wsze do­brze prze­myślane. Kie­dy ktoś taki sta­je się w or­ga­ni­za­cji ważną osobą, może na­wet naj­ważniejszą, ma to sens. To dzie­je się au­to­ma­tycz­nie.

Tym­cza­sem im Den­nis sta­je się star­szy, tym bar­dziej przy­po­mi­na Cruyf­fa.

- Bar­dzo lubię Jo­ha­na, mimo że nie za­wsze się z nim zga­dzam. Na­sze dys­ku­sje są za­wsze o szczegółach, nig­dy o za­sa­dach. Nig­dy nie sprze­cza­my się co do za­sad.

Ich re­la­cje są bar­dziej życz­li­we niż bli­skie, a Den­ni­so­wi nie prze­szka­dzają su­ge­stie, że stał się po­dob­ny do swe­go men­to­ra.

- Nie mam pro­blemów z ta­kim spo­strzeżeniem - mówi z uśmie­chem. - Nie­kie­dy za­uważam, że myślimy o tym sa­mym. Nie wiem czy to dla­te­go, że Jo­han wpłynął na mnie, kie­dy byłem młody, czy po pro­stu mamy po­dobną na­turę.

Czy kie­dy­kol­wiek próbowałeś ce­lo­wo imi­to­wać Cruyf­fa?

- Proszę! Naśla­do­wa­nie kogoś nie jest w moim sty­lu. Poza tym, Jo­han na­tych­miast by się w tym połapał.

Ale nie lu­bisz wal­czyć z in­ny­mi, tak jak on?

- Cóż, ro­zu­miem, kie­dy lu­dzie mówią, że on za­wsze szu­ka kon­flik­tu. To praw­do­po­dob­nie jest cechą jego cha­rak­te­ru. On chce kon­fliktów, po­trze­bu­je ich. A kie­dy wszyst­ko idzie do­brze, za­wsze szu­ka dziu­ry w całym. Tak, lubi to. Ale ro­zu­miem go, wiem skąd to się bie­rze. W tym pew­nie się różnimy. Ja wolę, kie­dy wszyst­ko idzie gładko.