Moja historia. Autobiografia - Dennnis Bergkamp

Reflow text when sidebars are open.
Nigdy nie oglądałem komedii Bliźniacy z 1980 roku, ale plakat do filmu był fantastyczny. Był na nim niziutki, galaretowato wyglądający Danny DeVito, opierający się o wielkiego, umięśnionego Arnolda Schwarzeneggera, a nad nimi widniał napis: "Tylko matka jest w stanie ich odróżnić".
Przedmiot, który trzymacie Państwo w rękach, to praktycznie Danny DeVito. Jego olbrzymi brat bliźniak - zaskakująco podobny, a jednak zupełnie inny - to holenderskie wydanie tej książki, napisane przez mojego szanownego kolegę, Jaapa Vissera. Stworzył wspaniałe, ledwo mieszczące się na półce dzieło, które chronologicznie opisuje każdy aspekt życia i kariery Dennisa Bergkampa. Jest ilustrowane setkami kolorowych zdjęć i pewnego dnia z pewnością zostanie gubernatorem Kalifornii.
Dennis, naturalnie, jest biologicznym ojcem obu wydań.
Mamy wrażenie, że forma jest właściwa dla opisywanej postaci. Piłkarz jak żaden inny powinien mieć książkę (czy książki) nie mniej wyjątkowe, jak on sam. W filmie bracia dzielą materiał genetyczny. My zrobiliśmy coś podobnego. Ogólnie rzecz biorąc, badania i wywiady Jaapa z Dennisem opisują jego holenderskie lata, a ja zająłem się czasem, który spędził we Włoszech i Anglii. Potem zebraliśmy wszystko razem.
Holenderskie wydanie wpisuje się w tradycję biografii piłkarskich. Wydanie angielskie jest bardziej eksperymentalne. Wpłynęła na nie, między innymi, książka Puskás o Puskászu Rogana Taylora i Klary Jamrich, wspaniały zbiór wywiadów z Ferencem Puskászem oraz z innymi osobami o nim, a także wywiady z Alfredem Hitchcockiem autorstwa François Truffauta. W żadnym stopniu nie równam się z Truffautem, a Dennis jest zdecydowanie o wiele bardziej sympatyczny niż Mistrz Suspensu. Jednak, podobnie jak Hitchock, to wyjątkowy i wpływowy geniusz w swojej, wybranej formie sztuki. Duża część książki poświęcona jest technice i kreatywności Dennisa.
Na boisku Dennis zazwyczaj był wprawnym i oryginalnym "napastnikiem-cieniem", grającym między formacjami, wykorzystującym swoje umiejętności i zmysł przestrzeni, aby pomóc kolegom i tworzyć piękne sytuacje, dzięki którym wygrywali mecze. W druku robi w dużej mierze to samo, rozgrywając rozmowy z kolegami, trenerami i znajomymi znakomitościami futbolu, takimi jak Johan Cruyff, Ars?ne Wenger, Thierry Henry czy Tony Adams. Mamy nadzieję, że efekt tej pracy jest zarówno wyjątkowy, jak też odkrywczy.
Kiedy Dennis zakończył w 2006 roku grę w Arsenalu, nie miał w planach napisania książki. Jednak im bardziej angażował się w pracę trenera w swoim klubie z chłopięcych lat, Ajaksie, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że ma coś wartościowego do powiedzenia. A to okazało się niedopowiedzeniem...
David Winner
Londyn, 2013
Człowiek przyzwyczaja się do hałasu - Dennis mówi z uśmiechem. - Prawie nie zwraca na niego uwagi.
Stoimy kilka metrów od rodzinnego domu Dennisa, nieopodal obwodnicy Amsterdamu, autostrady A10. Do lat pięćdziesiątych XX wieku w tym miejscu było błotniste pole, na zachodnim skraju miasta pasły się krowy. Kiedy rodzina Bergkampów wprowadziła się tu w 1970 roku, budowa już trwała. Jako małe dziecko Dennis wyglądał przez okno, siedząc w wysokim krzesełku do karmienia, oczarowany widokiem pracujących tam wywrotek, buldożerów i dźwigów. Dziś odgłosy samochodów tłumią wielkie drzewa i szklane ekrany, lecz w latach siedemdziesiątych nic nie chroniło mieszkania przed rykiem samochodów osobowych i ciężarówek. Mimo to wspomnienia są dla niego urzekające. Dennis pamięta moment, kiedy autostrada stała się przydatna.
- Gdy ją ukończono, biegła wokół całego miasta. Dojazd na trening zajmował mi sześć minut. Gdybym miał jechać przez centrum, zajęłoby mi to czterdzieści pięć minut.
Spacerujemy po jego starej okolicy, która przywodzi wyłącznie miłe wspomnienia...
Dennis był najmłodszy z czterech synów w ciężko pracującej, bardzo religijnej, katolickiej rodzinie. Jego ojciec, Wim, był skromnym, pogodnym rzemieślnikiem, perfekcjonistą. Pracował jako elektryk i grał w piłkę nożną w klubie Wilskracht (co po holendersku znaczy "siła woli"). Uwielbiał tworzyć i naprawiać różne rzeczy: meble, zabawki, układanki, po prostu wszystko. Mama Dennisa, Tonny, w młodości była świetną gimnastyczką. Prowadziła dom rodzinny przy ulicy Jamesa Rosskade ("Kade") i uwielbiała wszystkich swoich chłopców; była kobietą bardzo ciepłą, silną i życzliwą ludziom.
Dennis podchodzi szerokim chodnikiem do wejścia na klatkę pod numerem 22:
- Patrz, o tam, na pierwszym piętrze był mój pokój. A tutaj graliśmy w piłkę, tak, tu, na chodniku.
Dom jego dzieciństwa wygląda na zaniedbany, ale Dennisowi to nie przeszkadza. Z rozrzewnieniem patrzy na ścianę z cegły i balkony pełne rupieci. Twarz mu się rozpromienia:
- Mogę śmiało powiedzieć, że spędziłem tu cudowne dzieciństwo.
Piłka nożna była ważną częścią tego dzieciństwa. Bracia Bergkampowie - Wim Junior, Ronald, Marcel i Dennis - grali nie tylko na ulicy, lecz także na okolicznych trawnikach i w przedpokoju mieszkania. Kiedy nie było strażnika z wielkim psem, chłopcy grali na prawdziwym boisku po drugiej stronie autostrady, do którego szło się przez tunel i drewnianą kładkę przerzuconą nad rowem. Wtedy telewizja rzadko transmitowała mecze piłkarskie. W sobotnie wieczory rodzina chodziła na mszę do pobliskiego kościoła pod wezwaniem św. Józefa, ale zawsze robiła to dopiero po obejrzeniu w telewizji meczu ligi niemieckiej. Finał Pucharu Anglii, jeden z niewielu angielskich meczów relacjonowanych wówczas na żywo, był szczególnym widowiskiem. Rodzinna legenda głosi, że Dennis dostał imię na cześć Denisa Lawa, ulubionego gracza swego ojca. To prawda, tak było. Za zmianę pisowni trzeba jednakże podziękować Wimowi Juniorowi, wówczas dziesięcioletniemu chłopcu, oraz Ronaldowi, który miał wtedy siedem lat. Chłopcy stwierdzili, że "Dennis" wygląda jakoś "mniej babsko" niż Denis. Ich młodszy brat, kiedy dorósł, bardziej jednak polubił Glenna Hoddle'a, a nie swego imiennika:
- Nie wiem czemu, ale zawsze najbardziej interesowała mnie kontrola nad piłką, szczególnie gdy była w powietrzu. Nie ciekawił mnie drybling, sztuczki z piłką czy strzelanie goli. Kontrola. To mnie kręciło. Kiedy oglądaliśmy w telewizji angielskie mecze, graczem, który w moich oczach zawsze się wyróżniał, był Glenn Hoddle. Zawsze zachowywał równowagę. Podobało mi się, jak wyrywał piłkę w powietrzu i kontrolował ją. Natychmiastowa kontrola. Zawsze perfekcyjny kontakt.
Nauczyciel Dennisa, pan De Boer, pozwalał dzieciakom grać pięciu na pięciu w sali gimnastycznej.
- Lekcje kończyły się o dwunastej. Biegliśmy do domu co sił w nogach, zjadaliśmy jakąś kanapkę i wracaliśmy do szkoły. Wpół do pierwszej byliśmy z powrotem w sali gimnastycznej i graliśmy w paaltjesvoetbal (dosłownie: futbol ze słupkami). Każdy z nas miał swój słupek, który trzeba było bronić przed przewróceniem go piłką. Mój słupek był Maradoną. Zrobiłem go na zajęciach technicznych. Wypiłowałem go z drewna tak, że miał szyję, tułów i głowę, namalowałem na nim biało-niebieskie pasy i numer 10 na plecach.
Cały czas graliśmy w piłkę, szczególnie tutaj. Nasza "Kade" była wówczas szersza i nie było na niej tylu samochodów. Graliśmy w prawdziwy uliczny futbol: czterech na pięciu, pięciu na pięciu lub czterech na czterech. Trzeba było nie lada umiejętności i nie wolno było stracić równowagi, ponieważ upadek na twardy beton groził kontuzją. Jedną bramką było tamto drzewo. Strzelenie tam gola było niesamowitym uczuciem. Był to niewielki cel i wymagał sporej precyzji. Drugą bramką były te drzwi. Trzeba było się wykazać sprytem i wykorzystywać elementy otoczenia. Można było grać w trójkącie odbijając piłkę od ściany albo samochodu, ale nie wolno było uderzyć w drzwi pojazdu, więc celowaliśmy w koła. Precyzja, inwencja... o to chodziło. Ciągle szukaliśmy nowych rozwiązań.
Nie było oczywiście niczego złego w rzuceniu swetra na ziemię jako słupek bramki albo spędzaniu większości czasu na bieganie za piłką, która gdzieś uciekła po strzeleniu gola.
- Tak też robiliśmy. A wieczorami graliśmy na trawniku za domem. Mieszkali tu nie tylko Holendrzy, było sporo dzieciaków z Turcji i Maroka. Rozgrywaliśmy więc mecze Holandia - Maroko, Holandia - Turcja i we wszelkich innych konfiguracjach. Było naprawdę ciekawie. Wszędzie wokół stały bloki, a ludzie oglądali z balkonów nasze poobiednie mecze. Czuliśmy się jak na stadionie.
Później, idąc w ślady braci, Dennis wstąpił do klubu Wilskracht. Jego wszechstronny talent sportowy był widoczny od najmłodszych lat.
- Lubiłem biegi przełajowe w parku podczas lekcji wychowania fizycznego. Szczerze mówiąc, na wuefie podobało mi się wszystko oprócz gimnastyki, co rozczarowało moją mamę. Ale wspinanie się po linie, baseball, koszykówka... byłem dobry we wszystkim.
Dziewięcioletni Dennis zapisał się też do miejscowego klubu lekkoatletycznego AAC i zdobywał medale w sprincie, biegu na 1500 metrów, skoku w dal - we wszystkim. Jedną z jego ulubionych konkurencji było pchnięcie kulą.
- Braliśmy ze sobą na wakacje kulę i miarkę. Kiedy po obiedzie musieliśmy pozmywać, mówiłem do braci: "Przepraszam, chłopaki, ale muszę wyjść na dwór, poćwiczyć z tatą pchnięcie kulą". Mama stała i patrzyła, a po każdym rzucie krzyczała: "Ładny rzut, Den!".
Wiele osób mówi, że Johan Cruyff, Louis van Gaal lub jeden z trenerów juniorów w Ajaksie musiał nauczyć Dennisa - albo pomóc mu rozwinąć - to jego rzadko spotykane czucie piłki. Okazuje się jednak, że Dennis sam się tego nauczył:
- Nie jestem "produktem" żadnego trenera. Moimi najlepszymi trenerami byli ci, którzy pozwolili mi robić swoje: Cruyff, Wenger i Guus Hiddink w narodowej reprezentacji. Oni mnie rozumieli.
Większe zasługi Bergkamp przypisuje swoim braciom:
- Zawsze mnie słuchali i służyli radą. Potrzebowałem tego bardziej niż trenera. Będąc dzieciakiem nie miałem zbyt wielu przyjaciół. Inni nie byli mi potrzebni, kiedy trzech najlepszych miałem w domu.
Oni sami - Wim, obecnie księgowy, Ronald, biolog molekularny, i Marcel, ekspert od informatyki, milkną z zaskoczenia, kiedy dowiadują się, że Dennis uważa ich za ważniejszych dla swego rozwoju niż takie sławy jak Cruyff i van Gaal. W końcu Ronald odpowiada:
- Dennis czyni nam wielki honor. Nigdy nie byliśmy trenerami. Po prostu zawsze byliśmy, kiedy nas potrzebował i dzięki temu czuł się komfortowo, to wszystko.
Wim dodaje:
- Wiesz, Dennis też zawsze służył nam pomocą.
A Marcel kończy jego myśl:
- Zawsze wszyscy pomagaliśmy sobie nawzajem.
Bracia upierają się, że Dennis był samoukiem. Zdaniem Marcela, kluczowa była jego zdolność obserwacji:
- Kiedy przychodził oglądać jak gram, widział wszystko, do najmniejszych szczegółów. Potem zawsze potrafił opowiedzieć, jak sytuacja się rozwijała i gdzie stał każdy z graczy. Dennis zawsze był świetnym obserwatorem. Gra w golfa, ale nigdy nie brał żadnych lekcji. Nauczył się, obserwując. Tak samo było z tenisem i bilardem.
Wim potwierdza:
- Dennis patrzył i patrzył, a potem zaczynał to robić. Chciał osiągnąć perfekcję. Ma to po ojcu, który nigdy nie był zadowolony z wykonanej pracy czy zrobionych przez siebie przedmiotów. Jego motto brzmiało "Wszystko możesz zrobić lepiej". Stało się to też mottem Dennisa.
Nikt w historii piłki nożnej nie miał tak delikatnego, precyzyjnego, mistrzowskiego i eleganckiego kontaktu z piłką jak Dennis. Kiedy w 2006 roku zakończył karierę, Simon Kuper, dziennikarz "Financial Times" przypomniał obiad w towarzystwie "kilku legend holenderskiego futbolu". Około północy rozmowa zeszła na stare pytanie: kto był najlepszym piłkarzem w historii? Według Kupera:
- Holendrzy wygrywali w konkursie na Europejskiego Piłkarza Roku siedmiokrotnie, więcej niż jakakolwiek nacja poza Niemcami. Mimo to Jan Mulder, wspaniały środkowy napastnik, który po zakończeniu kariery został pisarzem, wybrał gracza nigdy niepretendującego do tego tytułu, a wówczas również do zwycięstwa w Lidze Mistrzów: "Bergkamp. Miał najlepszą technikę". Guus Hiddink, wielki holenderski trener, pokiwał głową i kwestia została rozstrzygnięta.
Kilka lat później, w wywiadzie dla holenderskiej telewizji, Robin van Persie wyjaśnił, co znaczy dla niego przykład Bergkampa. Podczas rozmowy z pisarzem Henkiem Spaanem przypomniał pewne popołudnie na stadionie treningowym Arsenalu, kiedy był juniorem, a Dennis - weteranem. Van Persie skończył trening wcześniej i relaksował się w jacuzzi, które było przy oknie. Zobaczył, jak Dennis wykonuje na boisku trudne ćwiczenie składające się ze strzałów, odbiorów i szybkich podań. Robin postanowił wyjść z jacuzzi, kiedy tylko Dennis popełni jakiś błąd.
- Ten człowiek jest po prostu niesamowity! - mówi van Persie. - Wracał wtedy do formy po kontuzji. Trenował z dwoma chłopakami, piętnastolatkiem i szesnasto-, może siedemnastolatkiem, oraz z trenerem przygotowania fizycznego. Ćwiczyli podania i strzały z manekinami. Była to 45-minutowa sesja, a Dennis nie wykonał ani jednego podania, które nie byłoby perfekcyjne. On nie popełnił ani jednego błędu! Wszystko robił na sto procent, na maksa. Strzelał tak mocno jak się dało, kontrolował piłkę, grę, bezpośrednie podania... To było piękne! Dla mnie to była po prostu sztuka. Skóra na dłoniach pomarszczyła mi się od wody, ale zostałem w wannie. Siedziałem, patrzyłem i czekałem na chociaż jeden błąd. Ale nie było żadnego. I to była dla mnie odpowiedź.
Oglądanie sesji treningowych odpowiadało na bardzo wiele pytań, które miałem. Ja też umiem dobrze podawać piłkę. Ja też jestem dobrym piłkarzem. Ale ten człowiek robił to tak dobrze i z takim zapałem! Był niesłychanie, całkowicie skupiony. Pomyślałem wtedy: "Okej, chwila, całkiem dobrze potrafię grać w piłkę, ale przede mną jeszcze długa droga, jeśli chcę osiągnąć taki poziom". I wtedy zdałem sobie sprawę, że jeśli zechcę stać się naprawdę dobry, będę musiał nauczyć się tego, co robi Bergkamp. Od tamtej pory zacząłem wykonywać każde ćwiczenie z pełnym poświęceniem. Nawet przy najprostszych treningach strzałów i podań robiłem wszystko na sto procent, tak, aby nie popełniać błędów. A kiedy zdarzyło mi się jakiś popełnić, byłem zły na siebie. Ponieważ chciałem być jak Bergkamp.
Dążenie Dennisa do perfekcji zaczęło się na ulicy Jamesa Rosskade, pod oknami jego pokoju, gdzie kopał i odbijał piłkę od ściany. Godzina po godzinie. Dzień po dniu. Rok po roku.
* * *
Próbuję wyobrazić sobie ciebie, w wieku około ośmiu lat, odbijającego piłkę od tej ściany. O czym wtedy myślałeś?
Dennis: - Nie chodzi o myślenie. Chodzi o robienie. Robiąc coś, znajdowałem swój sposób. Wykorzystywałem rząd cegieł wokół wejścia do budynku. Widzisz tamtą linię pionowo ułożonych cegieł, jak poprzeczka? Przez większość czasu byłem sam, odbijałem piłkę od ściany i patrzyłem jak się odbija, jak wraca, po prostu ją kontrolowałem. Było to dla mnie bardzo interesujące! Próbowałem różnych sposobów, najpierw jedną nogą, potem drugą, szukając nowych możliwości - wewnętrzną stroną stopy, zewnętrzną, wierzchem, po sznurowadłach... ustalałem rytm, przyspieszałem, zwalniałem. Czasem celowałem w konkretną cegłę, czasem w poprzeczkę. Lewa noga, prawa noga, podkręcałem piłkę. Raz za razem. To była świetna zabawa. Podobało mi się. Interesowało mnie to. Innych ludzi może to nie obchodziło, może ich nie interesowało, ale mnie fascynowało. Dużo później zdarzało mi się wykonać podanie podczas meczu i pomyśleć: "Hej, chwila, wiem skąd to się wzięło". Ale będąc dzieckiem po prostu kopiesz piłką w ścianę. Nie myślisz o podaniu. Po prostu cieszy cię mechanika, przyjemność tego wszystkiego.
Później zwykłem mówić: "Za każdym podaniem musi kryć się informacja albo myśl". Ale to miałem w sobie od wczesnych lat, w ciele i w umyśle. Kiedy kopałem piłką w ścianę, próbowałem trafić konkretną cegłę lub kontrolować piłkę w określony sposób. Człowiek bawi się możliwościami, na przykład odbiciami piłki od ziemi. Uderzasz w ścianę, a piłka wraca, odbijając się raz. Mówisz sobie: "Spróbujmy zrobić to z dwoma odbiciami" i uderzasz w ścianę odrobinę delikatniej i odrobinę wyżej. W wypadku dwóch odbić oba są nieco wyżej, więc znów musisz je kontrolować, w inny sposób. I znów zaczynasz się tym bawić. Nie miałem obsesji na punkcie piłki. Byłem zaintrygowany sposobem, w jaki się porusza, jak działa podkręcanie, i co można zrobić z podkręconą piłką.
W każdym sporcie z piłką chodzi o to samo. Kiedy ogląda się Rogera Federera grającego mecz tenisowy z dobrym rywalem hołdującym stylowi serve and volley, widać, że bardzo się różnią. Co zatem interesuje nas najbardziej? Wynik? Czy chodzi o wygraną? Federer mógłby grać jeszcze trzydzieści lat, ponieważ po prostu uwielbia tę grę. Uwielbia odbijanie się piłki. Uwielbia swoje małe sztuczki. I to działa. Ja to widzę.
Ty sam nie jesteś facetem serve and volley, prawda?
- Naprawdę podoba mi się sposób gry Federera. Kontrola, dzięki której można przechytrzyć bramkarza, przechytrzyć przeciwnika. Jego drop-woleje, niziutkie, ukryte loby. Być zdolnym robić coś takiego, tak... robić coś, czego inni nie robią albo nie rozumieją, albo nie są w stanie zrobić. To mnie interesuje, nie naśladowanie, ale tworzenie czegoś własnego.
Więc to wszystko, to twoje własne dzieło? Nie robisz rzeczy, które zobaczyłeś w telewizji?
- Och, to też robię. W telewizji można zobaczyć wiele rzeczy. Na przykład popatrzeć na Hoddle'a. Po jednych mistrzostwach świata, przynajmniej wydaje mi się, że to były mistrzostwa świata, ganialiśmy się z Marcelem po korytarzu kopiąc miękką, piankową piłkę. Odbiłem ją głową, strzeliłem gola i świętowałem z wzniesionymi w górę rękami krzycząc "Graaa-zi-aaaaaaniiii!". Tak! (śmiech) Uwielbiałem to. [Okazuje się, że chodziło o Mistrzostwa Świata z 1982 roku, kiedy Dennis i Marcel, który był o cztery lata starszy, zainteresowali się Francesco Grazianim, głównie ze względu na jego fascynująco włoskie nazwisko oraz żywiołowy sposób świętowania gola strzelonego Kamerunowi. Graziani pobiegł przed siebie unosząc zaciśnięte pięści, skacząc i krzycząc z radości. Dennis i Marcel naśladowali go przy każdej okazji, wykrzykując nazwisko Grazianiego tak, jak zrobił to komentator telewizyjny.]
No i Maradona. Uwielbiałem go oglądać. Później, kiedy grałem w Ajaksie, widywałem Cruyffa i van Bastena wykonujących przeróżne sztuczki. Może nie tyle kopiowałem je, co zapamiętywałem, katalogowałem w głowie, myśląc sobie: "To ciekawe".
Czy wyróżniałeś się w ulicznych meczach? Czy grałeś wtedy w oryginalny sposób?
- Nie, nie. Robiłem całkiem normalne rzeczy. Prawdopodobnie byłem lepszy od innych dzieciaków, ale w tym wieku to jeszcze nie było to. Byłem trochę szybszy od reszty, umiałem kontrolować piłkę, mogłem kogoś minąć - lekkie stopy, szybkie stopy, te sprawy...
Na jakiej pozycji grałeś?
- Napastnika. I zdobywałem wiele bramek, bo miałem dobre uderzenie. Często trafiałem z wolnych nad głowami niższych bramkarzy. Byli za mali, żeby dosięgnąć piłki! Kiedy miałem dziewięć czy dziesięć lat lubiłem strzelać bramki bezpośrednio z rożnych. Nie było to pełnowymiarowe boisko, ale później, na dużej murawie, też to lubiłem. Pamiętaj, że trzydzieści lat temu dużo graliśmy jedenastu na jedenastu na pełnowymiarowych boiskach. Nie to co teraz, kiedy dzieciaki grają na mniejszych. Zasada była taka: "Jeśli potrafisz porządnie grać w piłkę, potrafisz grać na porządnym boisku".
Zatem, tak, byłem wtedy dość konwencjonalnym graczem. Najważniejsza była moja szybkość. Mogłem minąć obrońcę, albo wykonać podanie za jego plecami i w ten sposób go pokonać. To naprawdę całkiem konwencjonalne umiejętności. Byłem jednak pomysłowy strzelając bramki, na przykład lobem nad bramkarzem. Zawsze to lubiłem. Nigdy po prostu nie strzelałem, zawsze myślałem: "Co mogę zrobić?". Ale nawet te loby nie były moim wynalazkiem. Widziałem to w telewizji. Wydaje mi się, że Cruyff strzelił w ten sposób słynną bramkę Haarlemowi w pierwszym meczu po powrocie do Ajaksu, nieprawdaż? Glenn Hoddle też strzelił słynnego gola w ten sposób. W języku holenderskim mamy nawet na to określenie: stiftje. To jak uderzenie otwartą główką kija typu wedge w golfie... i piłka przelatuje nad bramkarzem. Takie strzały dają mi wiele przyjemności. To świetna zabawa, ale są też skuteczne. Denerwowałem się, kiedy ludzie narzekali, że strzelam tylko "w ładny sposób". Mówiłem: "Nie, to jest najlepszy sposób. Nad bramkarzem jest wiele miejsca".
Miałem szczęście, ponieważ w moim pokoleniu, tam gdzie mieszkałem, było wielu chłopców w moim wieku. Kiedy wychodziliśmy ze szkoły po lekcjach, ktoś zawsze mówił: "Idziemy zagrać w piłkę". Zawsze graliśmy w pięciu czy sześciu. To klasyczny sposób na uliczną piłkę nożną, nieprawdaż? Mój brat Marcel nie miał tak dobrze, bo w jego wieku były tylko dziewczyny. Nie miał żadnego rówieśnika, z którym mógłby zagrać. Musiał zatem grać ze mną i moimi znajomymi, albo z Ronaldem, który jest starszy. Czasem ludzie pytają mnie: "W jaki sposób zostałeś zawodowym piłkarzem?". Myślę, że to jeden z powodów. Ronald był w szkole podobny do mnie. Nigdy nie był zadowolony, jeśli zdobył dziewięć punktów na dziesięć. Mówił: "Co zrobiłem źle? Dlaczego nie dostałem dziesięciu?". Ja też taki byłem. Dlatego podoba mi się to, co Wenger powiedział o byciu perfekcjonistą: "On dąży do perfekcji". Nawet jeśli jej nie osiągnę, jestem zadowolony tak długo, jak do niej dążę. Człowiek robi małe kroczki, staje się lepszy, idzie do przodu.
Miałeś zatem dość staroświeckie dzieciństwo, prawda? Żadnych gier wideo, niewiele samochodów. Byłeś jak pokolenie '74, które dorastało grając w piłkę na pustych ulicach po wojnie.
- Tak, w tamtych czasach w wakacje nie wyjeżdżało się za granicę. Zostawało się [w domu] i grało. Wydaje mi się, że moje pokolenie było ostatnim, które tak miało. Później pojawił się inny rodzaj ulicznego futbolu, w który grało się na boiskach do koszykówki ogrodzonych wysoką siatką. Surinamczycy takie mieli. Organizowali mecze między drużynami z różnych dzielnic Amsterdamu i w ten sposób się uczyli.
A jak to było, kiedy dostałeś się do Ajaksu?
- Dużo inaczej niż teraz. To jedna z rzeczy, o której rozmawiamy z innymi trenerami. W tamtych czasach mieliśmy surowych, rozkrzyczanych szkoleniowców, pokazujących nam ćwiczenia, które my musieliśmy próbować naśladować. Prawie jak w wojsku. Jeden z moich trenerów nazywał się Bormann. Był sympatycznym facetem, ale miał wojskowy sposób bycia. Tak było przez cztery lata. Potem trenował nas Dirk de Groot, który był bardzo surowy. Było sporo krzyku i trochę się baliśmy, w stylu "O nie, zaraz mnie dopadnie". (śmiech) Ale był też miłym facetem. W Juniorach A naszym trenerem był Cor van der Hart, obdarzony zachrypniętym głosem. Też fajny facet, ale bardzo surowy. Czasem mieliśmy treningi z Tonnym Bruins Slotem [asystentem Cruyffa]. Gdy zatem zastanawiamy się teraz nad kwestią: "Więc w jaki sposób zostałeś dobrym graczem?", to jeśli spojrzymy na obecnych trenerów, widać, jak bardzo są inni od tamtych. Wszyscy mają ukończone kursy, są pełni zrozumienia, wiedzą dokładnie jak grać w piłkę, jakie ćwiczenia powinno się robić, dokładnie ile minut powinny trwać, znają odległości między bramkami i miejsca, gdzie powinno stawiać się pachołki przy ćwiczeniach pozycyjnych. Wiedzą też, że nie należy ćwiczyć za długo, maksymalnie półtorej godziny. Wszyscy wiedzą dokładnie, jak wszystko powinno być zrobione. I może w tym jest sedno. Nam nikt nigdy nie poświęcał tyle uwagi i o wiele więcej musieliśmy nauczyć się sami. Nawet wśród tych wszystkich krzyków, po prostu tworzyliśmy swoją grę.
Czasem nawet rozgrywaliśmy krótkie, niezaplanowane mecze, jak na ulicy. Wiesz, szesnastu chłopaków, dwóch kapitanów grało w poting, coś w stylu "papier, kamień, nożyce", ale tu używa się stóp. Ten, który wygrał to rozmierzanie, mógł pierwszy wybrać zawodnika. Jeden z kapitanów wybierał najlepszego gracza, potem drugi i tak dalej. Naprawdę! Tak wybieraliśmy drużyny! A potem graliśmy mecz. Tak było trzydzieści lat temu. Byliśmy juniorami w Ajaksie, a graliśmy jak na ulicy. Nadzorował nas jeden trener, ale był raczej sędzią: "Gol, faul...". Teraz jest zupełnie inaczej. Teraz trener wstrzymuje grę i mówi: "Hej, chłopcze, jeżeli masz piłkę tutaj, to gdzie powinieneś teraz być?", i pokazuje wszystko piłkarzowi. Nas traktowano raczej tak, jak za czasów Cruyffa. Mieliśmy sporo swobody, aby uczyć się samemu. Teraz nie ma już wrzasków i wojskowej dyscypliny, ale jest bardziej surowo pod względem piłkarskim. Wszyscy są głównymi trenerami, wszyscy są menedżerami, wszyscy mają ukończone kursy i wszystko robi się zgodnie z podręcznikiem. Czy to przesada? Pewnie tak. Teraz wszystko robi się dla dzieciaków. Z domu zabierają je minivany. Jedzenie na nich czeka, nauka też. Wszystko pod nos. "Dobra, chłopaki, zrobimy rozgrzewkę. Zróbcie teraz dwa okrążenia. Dobra, teraz zrobicie to, a teraz zrobicie tamto...". Jak oni mają się rozwijać, skoro wszystko jest robione za nich? W pierwszym składzie mamy teraz graczy, którzy przeszli szkółkę juniorów i są przyzwyczajeni do gry w określonym stylu, do robienia określonych rzeczy. Jak tylko coś wydarzy się inaczej, od razu mówią: "O nie! Nie wiem co zrobić!". Widać, jak patrzą na ławkę, żeby się dowiedzieć, jak mają dalej grać.
To jest prawdziwy problem. Różnicę widać, kiedy wspomni się czasy, gdy był tu [w Ajaksie] Luis Suarez. Oczywiście można się nie zgadzać z tym co robił, ale zawsze próbował coś stworzyć, ciągle myślał: "Jak mogę najwięcej zyskać w tej sytuacji? Czy muszę ściągnąć koszulkę z obrońcy, żeby przejść za niego? Czy mam wyjść ze swojej pozycji, żeby kontrolować piłkę?". Jego umysł jest nieustannie wytężony. I czasem nadepnie na czyjąś stopę albo zagra ręką. Głupie rzeczy, ale pomysły w jego głowie nie są złe. Przy tym jest bardzo kreatywny. To jedna z rzeczy, które próbujemy robić podczas treningów juniorów - dać graczom możliwość rozwoju, aby mogli stać się pomysłowymi, wyjątkowymi jednostkami. Nie możemy powielać tego, co robiliśmy w przeszłości. W jakiś sposób musimy znaleźć inną metodę, aby gracze z pierwszego składu znów byli pomysłowi, twórczy, umieli sami myśleć i coś zmienić. Bądź szczególny. Bądź wyjątkowy. Tego chcemy. Nie można być wyjątkowym, kiedy robi się to samo, co dziesięciu innych graczy. Tę wyjątkowość musisz znaleźć sam w sobie.
Sam nigdy by tego o sobie nie powiedział, ale holenderski futbol to on - mówi Dennis. Ma na myśli kluczowego mentora swej kariery. Johan Cruyff dostrzegł talent Dennisa w drużynie juniorskiej Ajaksu, po czym stał się dla niego tym, kim Yoda był dla Luke'a Skywalkera. Wywiódł go na szczyt, często stosując zaskakujące i tajemnicze metody. Naturalnie, Cruyff zrobił to samo też dla innych. Wpłynął na większość talentów współczesnego holenderskiego futbolu (a także na wielu graczy hiszpańskich i duńskich). Co ważne, jak mówi Dennis, ukształtował nastawienie Holendrów do piłki nożnej.
- Wszyscy holenderscy gracze, którzy są poszukiwaczami przygód, a większość z nas taka jest, ma to po trosze od Johana. To zasługa jego osobowości i filozofii, które stały się holenderskim sposobem gry. Naturalnie, dostosowujemy się do państwa czy klubu, w którym gramy, ale wciąż mamy holenderską mentalność. Chcemy być kimś, zrobić coś we własny sposób. Jesteśmy ludźmi, którzy mówią: "Wiem, o czym mówię, wiem, czego chcę i widzę, co mogę zrobić". Może się to wydawać aroganckie, ale naprawdę takie nie jest. Szczególnie Cruyff, on nie jest arogancki. Po prostu wie, o czym mówi. Może jest to kwestia bycia Holendrem, może kwestia bycia amsterdamczykiem, ale Johan wpłynął na mnie najbardziej. Dlatego, że jego kariera była ekstremalna, był pionierem. On tam był - naprawdę tam był - i tego wszystkiego dokonał. I nikomu wcześniej to się nie udało. Był fantastycznym graczem i fantastycznym trenerem, więc wszyscy go słuchamy.
Przez wiele lat Cruyff i Bergkamp tworzyli relację mistrza i ucznia. Obecnie są na równej stopie. W 2010 roku Johan przekonał Dennisa, by ten dołączył do niego w niezwykłym i kontrowersyjnym "zamachu stanu", zorganizowanym przez byłych graczy, którzy przejęli kontrolę nad Ajaksem. Nigdy wcześniej nic takiego się w piłkarskim świecie nie zdarzyło. W rozdziale 21 dowiemy się, że plan się powiódł, a panowie obecnie ściśle współpracują nad restrukturyzacją klubu i systemu szkolenia juniorów, tak aby Ajax znów stał się obiektem zazdrości całego świata.
- Przez długi czas prawie się nie widywaliśmy, po czym nagle zaczęliśmy spotykać się bardzo często - mówi Dennis. - To wiele zmieniło. Kiedy był moim trenerem, zwracałem się do niego, stosując formalne u [jak vous w języku francuskim]. Dla mnie zawsze był "panem Cruyffem". Ale kiedy pracuje się razem i walczy ramię w ramię o wspólną sprawę, a wszyscy wokół zwracają się do niego "Johan", nieuchronnie próbuje się robić tak samo. Było to dla mnie dziwne, ponieważ nawet do mamy wciąż zwracam się formalnym u. Nagle usłyszałem swój głos, kiedy nazwałem go "Johanem". Byłem zaskoczony, ale stopniowo stało się to normalne. Nie mogę powiedzieć, że jesteśmy z Cruyffem przyjaciółmi, ale z pewnością stał się dla mnie Johanem.
Zwykło się mawiać, że Marco van Basten był najbliższy miana namaszczonego następcy Cruyffa. Obecnie najbardziej pasuje ono do Bergkampa i do Pepa Guardioli, protegowanego Cruyffa z Barcelony.
Bergkamp i Cruyff spotkali się po raz pierwszy pewnego popołudnia, kiedy Johan wrócił do Ajaksu po ośmiu latach gry w Hiszpanii i USA. Dennis grał w drużynie do lat 14 na starym boisku akademii juniorów, kiedy nagle pojawił się Johan i przejął obowiązki trenera podczas ćwiczeń strzałów. Dennis był oniemiały z wrażenia:
- Coś takiego naprawdę wpływa na człowieka. Poczułem jeszcze większą potrzebę sprawdzenia się. Miałem silne uczucie, że w tym momencie muszę dać z siebie wszystko.
* * *
Czy Cruyff był twoim idolem?
Dennis: - Nie sformułowałbym tego w taki sposób. Nie miałem idoli. Cruyff po prostu był jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, oddalonym od nas o lata świetlne. Wydaje się, że to wciąż tak działa. Kiedy wielcy eks-gracze, tacy jak Frank de Boer prowadzą sesje treningowe, członkowie obecnego Ajaksu na początku wydają się starać się nieco bardziej, chcąc zaimponować swoim poprzednikom.
Później, kiedy był twoim trenerem, Johan z pewnością wiele cię nauczył. Co ci wtedy mówił?
- Tak naprawdę nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Kilka słów tu i tam, mijając się, w drodze na boisko. To wystarczyło. Wciąż potrzebuję od Johana tylko kilku słów. Z innymi musiał więcej rozmawiać, udzielać im instrukcji. Natomiast wiedział, czego może oczekiwać ode mnie; wiedział, że jestem cichym, skromnym, ale walecznym na boisku chłopakiem. Dawał mi wiele pewności siebie, mówiąc po prostu: "Rób to, w czym jesteś dobry". Podobnie jak Wenger, który nigdy nie powiedział: "Zrób to, zrób tamto". Johan częściej mówił coś w stylu: "Zrób tu to samo, co robiłeś w juniorach, a gracze za tobą pomogą ci. Jan Wouters i Frank Rijkaard pomogą ci". Kiedy wykonywaliśmy ćwiczenia w kółku mówił pozostałym graczom, żeby zrobili więcej miejsca albo żeby przesunęli się w lewo lub w prawo, ale do mnie nigdy nie miał uwag. To dawało mi poczucie, że robię dobrze. Tak było przez całą moją karierę. Żaden z moich trenerów nie musiał powiedzieć mi, żebym zmienił sposób, w jaki gram.
* * *
Trudno wyobrazić sobie powściągliwego Cruyffa. Będąc dzieciakiem w Ajaksie, w połowie lat sześćdziesiątych, rozpraszał kolegów z drużyny niepożądanymi uwagami na temat tego, co robili źle. Najbardziej drażnił ich fakt, że Cruyff zazwyczaj miał rację. Później zyskał przezwisko "Jopie" i został najbardziej gadatliwym i apodyktycznym kapitanem Ajaksu, Barcelony i reprezentacji Holandii, nieustannie gestykulując, krzycząc, przypochlebiając się i udzielając szczegółowych wskazówek wszystkim, łącznie z sędziami. Dzięki częstym wizytom w radiu i telewizji Cruyff stał się prawdopodobnie najczęściej cytowanym Holendrem w historii. Kiedyś wyjaśnił, czemu nie wierzy w religię: "W Hiszpanii wszyscy dwadzieścia dwaj piłkarze żegnają się przed wejściem na murawę - jeśli to by działało, wszystkie mecze kończyłyby się remisem". Cruyff nie tylko uwielbia rozmawiać, stworzył też własny język. W Holandii jest niemal równie znany ze swoich powiedzonek w stylu Misia Yogiego i spostrzeżeń o zaskakującej logice, takich jak "Przypadki są logiczne" czy "Każda wada ma swoje zalety", co ze swojej gry w piłkę. Najbardziej odkrywczym przejawem tego języka było zdanie rzucone przez Cruyffa na koniec bojowo prowadzonego wywiadu telewizyjnego: "Gdybym chciał, żeby pan zrozumiał, wytłumaczyłbym to lepiej".
Dennis i Johan zawsze nadawali na tych samych falach. Podobnie jak Dick Halloran i jego babcia w Lśnieniu wydawali się zdolni przeprowadzać całe rozmowy bez otwierania ust.
Metody szkoleniowe Cruyffa były niezwykłe. Jego prowokujący, napięty styl był częściowo oparty na "modelu konfliktowym", którego nauczył się od własnego guru, Rinusa Michelsa. Michels prowokował kłótnie, by podnieść poziom energii i adrenaliny wśród swych graczy. Ze skomplikowanych przyczyn, prawdopodobnie związanych z przedwczesną śmiercią ojca, Cruyff uważał, że przeciwności stymulują uczenie się. Jako trener często dokuczał najlepszym graczom i krytykował ich technikę lub nastawienie, oczekując twórczych, pozytywnych reakcji. Bycie zwyczajnym nigdy nie było przez niego akceptowane. Cruyff był nieustępliwy w oczekiwaniu postępów i perfekcji. Dennis zauważa, że:
- Kieruje się instynktem. Rzeczywiście widzi wiele rzeczy i faktycznie ma dominującą osobowość oraz potrzebę kontrolowania wszystkiego. Ale to właśnie jest futbol totalny. Chce się widzieć wszystko, a Johan rzeczywiście wszystko widzi. Jeśli jest się piłkarzem totalnym, nie można się skupiać wyłącznie na swoim zadaniu. Trzeba widzieć wszystko na boisku i poza nim.
Cruyff z kolei podziwiał umiejętności i inteligencję Dennisa:
- Bergkamp jest jedną z tych osób, z którymi mam wyjątkową, piłkarską relację. Należy do grupy wyjątkowych facetów, wraz z van Bastenem, van't Schipem i Rijkaardem. Są inteligentni i o to właśnie chodzi, ponieważ w futbol gra się głową, a nogi mają w tym tylko pomagać. Jeżeli nie używa się głowy, same nogi nie wystarczą. Dlaczego gracz musi gonić piłkę? Bo zbyt późno zaczął biec. Trzeba być uważnym, używać głowy i znaleźć właściwą pozycję. Jeśli za późno dobiegnie się do piłki, to znaczy, że wybrało się niewłaściwą. Bergkamp nigdy się nie spóźniał.
Powyższe uznanie dla umiejętności Bergkampa oznaczało, że mistrz czuł, iż może manipulować nim dla swych celów. Cruyff wyjaśnia:
- Chcieliśmy awansować Dennisa, ale najpierw musiał stać się trochę twardszy.
Jako nastolatek Dennis był technicznie i taktycznie wystarczająco dobry, by trafić do najwyższej grupy juniorów, A1. Trener uważał jednak, że Dennis jest zbyt nieśmiały, by grać w pierwszym składzie. Pewnego popołudnia Tonny Bruins Slot, asystent Cruyffa, przekazał Dennisowi niepomyślne wiadomości: miał zostać przeniesiony na miesiąc do niższej grupy A2 z powodu "braku motywacji". Co więcej, miał nie grać na swojej pozycji prawego skrzydłowego, lecz jako cofnięty napastnik. Dennis był zaskoczony:
- Nie rozumiałem tego. Brak motywacji? Być może w mojej grze nie było widać, że daję z siebie wszystko, ale tak było.
Był to bolesny cios. Bergkamp nigdy nie zapomniał o tym upokorzeniu:
- To miało na mnie naprawdę duży wpływ. Później często się zastanawiałem: czy Cruyff zrobił to celowo? Czy chciał mnie sprowokować?
Cruyff się śmieje. Rzeczywiście była to jego strategia:
- Tak, zrobiliśmy to, żeby sprowokować Dennisa. Nie przenieśliśmy go z powodu jakichkolwiek braków i nie miało to nic wspólnego z jego nastawieniem. Chcieliśmy wzmocnić jego odporność. Kiedy umieszcza się dobrego gracza w gorszej drużynie, jest zmuszony grać nie tylko przeciwko mniej utalentowanym piłkarzom, ale także razem z nimi. Gra jest bardziej kontaktowa i przez to była dla niego trudniejsza. Sprawiliśmy, że było mu dodatkowo trudniej przez ustawienie go na innej pozycji. Kiedy kogoś takiego jak Bergkamp ustawi się jako prawego obrońcę za prawym skrzydłowym, który nie robi nic, aby pomóc obronie, może się przekonać na własnej skórze, jak czuje się gracz znajdujący się za nim, kiedy on sam gra jako skrzydłowy. Wiele można się w ten sposób nauczyć. Jeśli ustawi się go jako środkowego napastnika i sprawi, aby dostawał wysokie dośrodkowania ze skrzydeł, będzie musiał wtykać swoją małą głowę tam, gdzie może zaboleć. To sprawia, że staje się twardszy.
Cruyff chciał również zobaczyć, jak Bergkamp będzie się zachowywał, będąc najlepszym graczem w zwyczajnej drużynie:
- Kiedy jest się najlepszym graczem, ma się więcej czasu, a kiedy ma się więcej czasu, trzeba go mądrze wykorzystać - pomagając innym graczom, rozmawiając z nimi, instruując ich i kierując nimi.
Dennis odsłużył swoje w A2, po czym wrócił do A1. Niedługo później miał miejsce kolejny wstrząs. 13 grudnia 1986 roku, w przerwie meczu przeciwko DWS Amsterdam, trener szorstkim głosem poinformował Dennisa, że zdejmuje go z boiska. Dennis był zmartwiony, ponieważ wiedział, że grał dobrze. Wtedy trener dodał, uśmiechając się:
- Zdejmuję cię, ponieważ jutro grasz w pierwszej drużynie.
W 1981 roku, kiedy Dennis miał 12 lat, Cruyff wrócił do gry w Ajaksie, przerywając częściową emeryturę. Najlepszy w historii holenderski piłkarz wzbogacił się, grając w Barcelonie, lecz stracił wszystkie pieniądze w przekręcie związanym z hodowlą świń. Wprawiając w zakłopotanie tych, którzy wątpili w jego szanse na powrót do futbolu, w swym pierwszym meczu zdobył pięknego gola lobem. Wtedy rozpoczął rewolucję, której konsekwencje są odczuwalne do dzisiaj. Holenderski futbol był wówczas w opłakanym stanie. Pokolenie futbolu totalnego przeminęło po Mistrzostwach Świata w 1978 roku. Holendrzy zostali kompletnie zniszczeni przez Niemców w Euro 1980, po czym nie zakwalifikowali się do trzech kolejnych ważnych turniejów. Ponury, nowy "realizm" (zwany futbolem defensywnym) zadomowił się w Holandii, a w Ajaksie zapomniano o lekcjach i doktrynach wyrafinowanego, przestrzennego futbolu. Wielką nadzieją na zmianę był Gerald Vanenburg, klasyczny drybler ze starej, dobrej szkoły, indywidualista grający w stylu Brazylijczyków.
Będąc zarówno przyjacielem i nauczycielem, Cruyff pobudził do działania całe pokolenie młodych piłkarzy i wskrzesił to, co obecnie nazywamy "holenderskim stylem". Cruyff miał wielki wpływ na młodych holenderskich graczy, takich jak Frank Rijkaard, Marco van Basten, Sonny Silooy, John van't Schip i John Bosman. Odcisnął też piętno na grających w Ajaksie Duńczykach - Janie M?lbym, Sorenie Lerbym i Jesperze Olsenie, którzy dali początek wspaniałej drużynie zwanej "Duńskim Dynamitem", która grała totalny futbol na Mistrzostwach Świata w 1986 roku.
Pod koniec sezonu 1982-1983 prezes klubu, Ton Harmsen, odmówił przedłużenia piłkarskiego kontraktu Cruyffa, ponieważ uznał, że maestro jest "zbyt stary", aby grać wystarczająco dobrze i przyciągać tłumy, które uzasadniłyby jego pensję. Wściekły Cruyff podpisał kontrakt z rywalami - Feyenoordem Rotterdam - i podczas jedynego sezonu w barwach tej drużyny pomógł jej zdobyć trzeci w historii dublet, jednocześnie przekazując swą wiedzę i postawę młodemu koledze z zespołu, Ruudowi Gullitowi. Harmsen poprzysiągł, że "noga Cruyffa już tu nigdy nie postanie".
Udowodniwszy swoje możliwości i umiejętności, po zakończeniu sezonu 1983-1984 Cruyff ostatecznie zawiesił buty na kołku i przeszedł na emeryturę. Zamieszkał w Vinkeveen, na południe od Amsterdamu. Nie potrafił jednak odpocząć i wkrótce zaczął starać się o funkcję kierowniczą, najchętniej w Ajaksie - jedynym holenderskim klubie, na którym mu zależało. To, że Ajax miał całkiem dobrego trenera, Aada de Mosa, a prezes klubu nienawidził Cruyffa, oraz to, że Holenderski Związek Piłki Nożnej wymagał uprawnień trenerskich, okazało się nie być wielkim problemem. Najlepsi przyjaciele z drużyny, van't Schip i van Basten, agitowali za Cruyffem i osłabili autorytet de Mosa, który został w końcu usunięty. Media również wzięły stronę Cruyffa, a Harmsen był zmuszony mianować go trenerem w 1985 roku. Aby obejść przepisy związkowe, Cruyff został "dyrektorem technicznym". Tym samym powstał sposób na przejęcie Ajaksu, który miał być ponownie wykorzystany niemal 30 lat później.
Kiedy Dennis cierpliwie piął się po szczeblach juniorskiej kariery, Johan szybko wprowadził rewolucyjne zmiany, które obecnie określa jako "pracę zgodnie z moją filozofią". Na czym polegały zmiany?
- Wtrącenie przeciwników w chaos. To właśnie jest futbol. Jeśli minie się zawodnika przeciwnej drużyny, pogrąża się ją w chaosie. Stworzenie jednoosobowej przewagi stosując atak pozycyjny daje ten sam efekt. Jeśli się go nie minie, nie ma się tej przewagi, przeciwnik pozostaje zorganizowany i nic się nie dzieje. Przewaga jednego gracza to właśnie futbol Ajaksu.
Najważniejsze momenty meczów Ajaksu z tamtego okresu można obejrzeć na YouTube. Zróbcie sobie frajdę i poszukajcie ich. Mówienie wyłącznie o ustawieniu 4-3-3 jest niedopowiedzeniem. Nie liczyło się ustawienie, lecz stan umysłu. Odważni, młodzi gracze naciskali, podawali i ruszali naprzód w niesamowity sposób. Rijkaard, Ronald Koeman, van't Schip i van Basten byli władcami boiska. Spokojny i płynnie grający Arnold Muhren, zwabiony z Manchesteru United, rzadko chybiał z podaniem, a bramkarz Stanley Menzo wychodził tak daleko, że czasem wydawał się być dodatkowym pomocnikiem. W pierwszym sezonie Cruyffa Ajax zdobył 120 bramek, z czego aż 37 przypadło van Bastenowi, w zaledwie 26 meczach. Naturalnie, zdarzały się gorsze dni, ale kiedy dobrze im szło, byli niezwykle widowiskowi. Kilka lat wcześniej van Basten poprowadził drużynę do druzgoczącego zwycięstwa 8:2 nad Feyenoordem. Pod wodzą Cruyffa wyniki rodem z rugby - 9:0, 8:1, 6:0 - stały się standardem w meczach ze słabszymi drużynami.
Po pierwszym sezonie, kiedy pomocnicy Koeman i Gerald Vanenburg skuszeni większymi pieniędzmi przeszli do PSV, Cruyff wbrew logice zastąpił ich obrońcami - Dannym Blindem i Janem Woutersem. Reorganizując system juniorski Ajaksu, Johan promował graczy takich jak Aron Winter oraz braci Witschge - Robbiego i Richarda. W ten sposób ustabilizowana drużyna grała jeszcze lepiej.
To właśnie był Ajax, do którego wrzucono Dennisa, kiedy ten chodził jeszcze do szkoły. Opisuje siebie jako "przyjemnie zdenerwowanego", kiedy rodzice odwozili go na stadion małym Datsunem Cherry na jego pierwszy mecz przeciwko Rodzie. Mama Dennisa powiedziała ochroniarzowi, że siedzący z tyłu dzieciak będzie grał w pierwszym składzie. Ochroniarz nigdy wcześniej nie słyszał o takim graczu i dopiero po rozmowie przez krótkofalówkę zgodził się go wpuścić. Kiedy Dennis dotarł na miejsce uspokoiła go atmosfera panująca wśród graczy. Frank Rijkaard powitał go i rzucił kilka żartów. Dennis patrzył i chłonął wszystko. Wtedy przyszedł Cruyff.
- Jest niewielkim facetem, ale jego obecność jest mocno wyczuwalna - wspomina Dennis. - Czuło się, że do pomieszczenia wchodzi osoba z charakterem. Nie rozmawiał ze mną. Na to przyszedł czas później. Wszyscy życzyli mi powodzenia, nawet bufetowa "Cioteczka Sien".
Mecz miał się zaraz rozpocząć, a Dennis usiadł obok Johana na ławce rezerwowych.
- Miło cię tu widzieć - powiedział wielki Cruyff. - Rozejrzyj się dookoła, zasmakuj tej atmosfery.
- I oto byłem tam, na stadionie, siedziałem obok Cruyffa. Ale wcale się nie bałem. Jedyne, czego pragnąłem, to znaleźć się na murawie. Byłem pewny, że Cruyff nie ściągnął mnie tam bez powodu. "Po przerwie weźmie mnie do gry" pomyślałem.
W 66. minucie tak właśnie się stało. Dennis, mając 17 lat i 7 miesięcy (w tym samym wieku, co debiutujący 22 lata wcześniej Cruyff), wbiegł na boisko w koszulce z numerem 16 i zajął miejsce na prawym skrzydle.
- Nie byłem kłębkiem nerwów, byłem po prostu podekscytowany.
Na stadionie było zaledwie jedenaście tysięcy widzów, zajmowali niecałą połowę miejsc. Rodzice Dennisa kupili dosyć drogie bilety, by usiąść na Trybunie Reynoldsa, po stronie boiska, na której grał ich syn. Zdenerwowany Marcel, stojący obok F-Side1, powiedział jednemu z kibiców:
- To chyba mój młodszy brat, właśnie się rozgrzewa.
Dennis pamięta każdy szczegół:
- Wszedłem na boisko i wszystko niezwykle mi się podobało: murawa, atmosfera, możliwość dołączenia do tak wspaniałej ekipy, inni gracze dodający mi otuchy, szczególnie Rijkaard. A za mną stał Wouters, co mnie uspokajało. Od razu zauważyłem, że jestem szybszy niż mój przeciwnik, pomyślałem więc: "Okej, mam tu możliwości: moim atutem jest szybkość i mam zamiar ją wykorzystać". Naprawdę nie myślałem: "Jezus Maria, gram dla Ajaksu!". Po prostu czułem się dobrze, zupełnie naturalnie.
Ajax wygrał 2:0. Po meczu, w szatni podszedł do Dennisa Rijkaard i zapytał go o wiek.
- Siedemnaście? No to masz przed sobą świetlaną przyszłość.
Kilka tygodni później, po zimowej przerwie wakacyjnej, Dennis po raz pierwszy grał w meczu od początku i zrobił jeszcze lepsze wrażenie, niszcząc stopera Haarlemu, Luka Nijholta, a nawet zdobywając jedną z bramek w meczu zakończonym wynikiem 6:0. Mając do czynienia z bardziej doświadczonym przeciwnikiem, którego główną taktyką były wślizgi, Dennis wymyślił prosty sposób, jak sobie z tym poradzić:
- Pomyślałem: "Mały lob, to jest rozwiązanie". Kiedy Nijholt ruszył na mnie, przerzuciłem nad nim piłkę i tak go ograłem. Mogłem dośrodkować. Skrzydłowi grali wtedy w prostszy sposób. Nikt się nie spodziewał, że wejdą w pole karne i będą próbować strzelić. Trzeba było trzymać się szeroko, czuć kredę linii bocznej pod butami. Naszym zadaniem było rozciągnięcie obrony przeciwnika, przejście za niego z dużą szybkością i dośrodkowanie.
Bergkamp wkrótce zaczął grać regularnie, ale jego hartowanie trwało nadal.
- Używaliśmy różnych, sprytnych metod - przyznaje Cruyff. - Na przykład kazaliśmy Dennisowi (podczas rzutów wolnych rywali) stanąć w murze jako ostatni w szeregu, aby musiał koordynować swoją pozycję z bramkarzem. Chcieliśmy zobaczyć, jak sobie z tym poradzi, i jak zareaguje na strzał z wolnego. Czy obróci się i stanie bokiem, czy zasłoni ręką twarz? Dennis szybko się uczył. Nie trzeba było się napracować, aby sprawić, by stał się twardszy i bardziej przebiegły. Miał też poczucie odpowiedzialności. Wiedział, że gra za pieniądze innych ludzi. W tamtym czasie zarobki opierały się na premiach za mecze i Dennis czuł, że jest współodpowiedzialny za pensje pozostałych graczy - facetów, którzy musieli utrzymać rodziny. Był dobrze wychowanym dzieciakiem, ale wiedział dokładnie, czego oczekiwano od niego na boisku. Zrozumienie tego zajmowało innym graczom wiele dłużej. Na przykład Rijkaard orientował się trochę wolniej. Ale Bergkamp był bystry.
Dennis uczył się także od kolegów z drużyny, szczególnie od van Bastena.
- Zwracałem uwagę na wszystko. Obserwowałem, jak pracują Marco i Frank, ale także jak wyglądały ich relacje z resztą graczy i trenerami, co działo się w przebieralni, podejście graczy do mnie oraz moje relacje z trenerami. Zwracałem uwagę na wszystko. W taki sam sposób jak oglądałem Hoddle'a w telewizji, teraz obserwowałem van Bastena na treningach i zastanawiałem się, co mógłbym od niego pożyczyć. Podobało mi się, jak przyspieszał. Przeciągał piłkę za przeciwnika zewnętrzną częścią stopy, a potem przyspieszał, zostawiając go daleko w tyle. Był w tym bardzo dobry. Marco był zabójczy, prawdziwy zdobywca bramek, zawsze na czele ataku. Ja z kolei byłem raczej dobiegającym napastnikiem. Gdyby prowadzono statystyki, można by zobaczyć jak często Marco strzelał gole z odległości mniejszej niż dziesięć metrów. Dla mnie było to zazwyczaj około piętnastu. Marco był bardziej bezwzględny niż ja. W Arsenalu podobny był Ian Wright, ale Marco robił wszystko z większą elegancją. Mógł trafić w dowolny cal bramki, a jego strzały były wyjątkowo ostre. Szybkie, krótkie przyłożenie stopy - bang! Też tak miałem. Biegał też w charakterystyczny sposób, z lekko rozstawionymi nogami, tak jak ja. Później, kiedy miał problemy z kostką, jego postura nieco się zapadła, a ja nadal byłem prosty jak struna. Ale sposób, w jaki biegaliśmy, i jak pochylaliśmy się, uciekając, był u nas podobny. To właśnie nasz sposób biegania pozwalał nam na szybką ucieczkę, szybszą niż przeciwników. Było to coś, co przyszło samo. Nie uczyłem się biegania w taki sposób w klubie lekkoatletycznym. Powiedzieli mi: "Biegasz pięknie, bardzo naturalnie".
Ponieważ Dennis wciąż uczęszczał do Liceum św. Mikołaja (do tej samej szkoły chodził kiedyś Louis van Gaal, dzięki jednemu z "logicznych zbiegów okoliczności" Cruyffa), mógł trenować z pierwszą drużyną wyłącznie w soboty. W tygodniu pracował z drużyną rezerwową, a sesje treningowe zostały ustawione tak, by nie kolidowały z nauką Dennisa.
- Nie za bardzo trenowaliśmy rezerwowych, raczej wykorzystywaliśmy ich do trenowania Dennisa - tłumaczy Cruyff. - Trenerzy wiedzieli, że mają pracować nad jego słabościami.
Łączenie nauki w szkole i futbolu na najwyższym poziomie stawało się coraz trudniejsze. Przez klasówkę z biologii nie mógł pojechać z drużyną do Malmö na ćwierćfinał Pucharu Zdobywców Pucharów. Dennis dotarł na miejsce sam, ale musiał przesiedzieć mecz na ławce rezerwowych. Dwa tygodnie później odbył się rewanż, który był dla Dennisa przełomowym występem. W pierwszym meczu Szwedzi, prowadzeni przez Roya Hodgsona, przyszłego selekcjonera reprezentacji Anglii, wytrącili graczy Ajaksu z równowagi swą zaciętością i wygrali 1:0. Podczas rewanżu Dennis miał zmierzyć się z Torbjörnem Perssonem, doświadczonym szwedzkim obrońcą. Przed meczem Bruins Slot przedstawił dossier Perssona. Dennis był zaskoczony:
- On wiedział wszystko o drużynie przeciwników. Mówił rzeczy w stylu: "Ten obrońca nie jest zawodowym piłkarzem, na co dzień pracuje jako listonosz, ma dwoje dzieci, które nazywają się tak i tak, gra lewą nogą i lubi wyrywać się do przodu...". Szczerze mówiąc, nie słuchałem tego zbyt uważnie. Nie były to dla mnie potrzebne informacje. Moje podejście wyglądało raczej tak: "Zobaczymy jak pójdzie, po prostu będę robił swoje i zaufam swojej szybkości".
Podejście Cruyffa było jeszcze prostsze. Powiedział Dennisowi:
- Ten obrońca to stary pryk. Jest wolny i bezużyteczny, ty jesteś lepszy od niego.
Była to kolejna sztuczka psychologiczna.
- Zawsze mówiłem swoim napastnikom, że są lepsi niż ich przeciwnicy w obronie. Chciałem, żeby Bergkamp zapomniał o stadionie, kamerach telewizyjnych i europejskich trofeach, za to skupił się na pokonaniu tego, konkretnego człowieka. Mogą się zdarzyć dwie rzeczy, mówiłem mu: albo miniesz go, a on nie pójdzie już ani razu do przodu, albo nie miniesz go, a on zapomni o tobie i pobiegnie, gdzie mu się spodoba. Ale wtedy ja powiem pozostałym: "Podawajcie wszystko do Bergkampa, ponieważ jego obrońca go porzucił. Także każde wyjście jest dobre". Tak to przedstawiałem, ale oczywiście zawsze było to ryzykowne. Ryzykowne, lecz zazwyczaj opłacalne.
Dennis postąpił zgodnie z instrukcjami i zapewnił Perssonowi upiorny wieczór, podrywając kibiców na nogi i tworząc kolejne sytuacje podbramkowe. Burzliwy mecz zakończył się wygraną Ajaksu 3:1. Nie było jednak czasu na świętowanie zwycięstwa, następnego dnia Dennis musiał wstać wcześnie i napisać klasówkę z matematyki.
* * *
To musiało być dla ciebie dziwne. Jesteś gwiazdą, grasz przed tysiącami krzyczących kibiców, a po chwili siedzisz w szkolnej ławce. Jak sobie z tym radziłeś?
Dennis: - To było bardzo dziwne. Naturalnie, nie można być zarozumiałym. W Holandii jest to zabronione! Grasz w rozgrywkach europejskich? Tak? No i co z tego? Oczywiście, pojawiali się zazdrośnicy, ale większość ludzi była do mnie nastawiona pozytywnie. Po meczu do mojej klasy wpuszczono z kamerą ekipę telewizyjną, żeby nagrać moją reakcję na wyniki losowania półfinałowego, które było transmitowane. Po losowaniu zapytali mnie zatem: "Okej, Dennis, co sądzisz o wynikach losowania?", a ja odpowiedziałem: "Cóż, jest w porządku, nie mam nic przeciwko".
Wprawka do obszernych wywiadów w twojej późniejszej karierze?
- Właśnie tak! Ale to wszystko było przyjemne. Dla ludzi w szkole nie było to zaskoczeniem. Chodziłem do swojej klasy przez pięć lat będąc jednocześnie juniorem w Ajaksie, więc rozumieli sytuację. Sama gra w Ajaksie to już wielka sprawa, więc wiedzieli, czego się spodziewać. Profesjonalny piłkarz w szkole był fajną sprawą również dla nich, mieli o czym rozmawiać.
Dennis był zaskoczony długotrwałymi efektami swojego występu w meczu przeciwko Szwedom:
- Przez kolejne lata ludzie mówili mi "O rany, Dennis, pamiętam jak doprowadziłeś tego lewego obrońcę do szału". Dla mnie było to równie ekscytujące: gra w pierwszym składzie, na tym stadionie, wychodzenie z szatni, przejście korytarzem wyłożonym płytkami, widok przeciwników wychodzących z szatni naprzeciwko, korki stukające w kafelki, podnoszenie kwiatów z murawy i rzucanie ich z powrotem w tłum, biało-czerwone siatki w bramkach, piękna, biała piłka Derby Star. Wielkie boisko, zazwyczaj nieskazitelne, z równo skoszoną trawą, pomruk tłumu, czasem gwizdy i rosnąca wrzawa, kiedy dostawałem piłkę...
Okazało się, że losowanie półfinałowe było rzeczywiście dobre. Ajax z łatwością pokonał Real Saragossa. Następnym przystankiem były Ateny, pierwszy europejski finał Ajaksu od pełnych chwały wczesnych lat siedemdziesiątych. Przeciwnikiem była wschodnioniemiecka drużyna Lokomotive Lipsk, których najbardziej barwnym wkładem w finał okazały się być jasnożółte koszulki. Dennis dostał specjalne zwolnienie ze szkoły, by móc polecieć z drużyną do Aten.
- Ta podróż wywarła na mnie wielkie wrażenie. Kiedy dotarliśmy do Grecji van Basten usiadł obok mnie w autokarze i zaczął rozmawiać o premii za mecz. Wydaje mi się, że było to 17 500 guldenów. A może nawet 25 000, nie miało to jednak dla mnie żadnego znaczenia. W ogóle nie myślałem o pieniądzach. Powiedziałem, że okej, ale myślałem sobie: "Kto się tym przejmuje?".
Wyjazd stanowił też okazję, by obserwować w działaniu fascynujący umysł Cruyffa. W Atenach Danny Blind doznał kontuzji, biegając po plaży, a drużyna została bez doświadczonego napastnika. Cruyff spokojnie wybrał jednego z najmłodszych zawodników w zespole, Franka Verlaata, i kazał grającym w jego pobliżu kryć go w razie kłopotów.
- Wszyscy panikowali po stracie Danny'ego, ale Cruyff nawet nie mrugnął okiem. Zawsze gdy coś szło źle, wydawało się go to interesować. Myślę, że dodawało mu to werwy. Też taki byłem. Nigdy nie panikowałem, kiedy sytuacja nagle się zmieniała. Myślałem tylko, jak rozwiązać problem. Lubiłem wyzwania i adaptowanie się do nowych sytuacji.
Verlaat poradził sobie całkiem dobrze, a Ajax zwyciężył w tym dość nudnym meczu 1:0, dzięki strzałowi głową van Bastena. Był to jego ostatni gol przed transferem do AC Milan, gdzie dołączył do Ruuda Gullita. Dennis wszedł na boisko w drugiej połowie, ale niewiele sobie przypomina:
- Pamiętam świetnego gola Marco i niewiele więcej. Wydaje mi się, że ustawiłem jeden atak, ale zaraz było po wszystkim i zdobyliśmy puchar. Po meczu była impreza w hotelu, ale zachowywałem się dość spokojnie. Chyba nie do końca zdawałem sobie sprawę, jak wyjątkowe to było. Teraz myślę sobie: "Przecież dopiero co zdobyłem europejskie trofeum".
Przed rozpoczęciem sezonu 1987-1988 Dennis podpisał z Ajaksem profesjonalny kontrakt. Studia na wydziale fizjoterapii miały trwać jeszcze rok, ale piłka nożna stała się dla niego priorytetem. W międzyczasie Cruyff zaczął tracić grunt pod nogami. Aby zapewnić lukę po van Bastenie zakontraktował Franka Stapletona, byłego kolegę Arnolda Muhrena z Manchesteru United, co okazało się być wielkim błędem. Stapleton, niegdyś silny i bystry środkowy napastnik, był chronicznie kontuzjowany. Ajax walczył o pozycję w lidze, a Cruyff kłócił się z graczami i z klubem. Domagał się, by drużyna szybko się rozrastała i chciał, by klub był zarządzany bardziej profesjonalnie, w bardziej amerykańskim stylu. Harmsen gotował się ze złości:
- Cruyff nie potrafi słuchać!
Cruyff oskarżył klub o amatorszczyznę. Jedność drużyny zaczęła się psuć. Do połowy września Ajax przegrał trzy mecze. Potem stracili nowego kapitana, kiedy Frank Rijkaard wybiegł, krzycząc na Cruyffa:
- Przestań ciągle narzekać!
W przeciwieństwie do van Bastena i van't Schipa, którym nie przeszkadzała krytyka, Rijkaard miał dosyć. Zniknął, by w późniejszej części sezonu pojawić się w Realu Saragossa. Potem zagrał w Euro 1988, a następnie podpisał kontrakt z AC Milan. W okolicy świąt Bożego Narodzenia Harmsen publicznie zaprzeczył pogłoskom, że zgodził się przedłużyć kontrakt Cruyffa. Cruyff był wściekły. Kilka dni później, na początku stycznia 1988 roku, powiedział Harmsenowi, że chce odejść. Był to blef, ale obrócił się przeciwko niemu. Zarząd zaakceptował jego rezygnację. Nagle skończyły się rządy Cruyffa.
Jako trener Cruyff odniósł jeszcze wiele sukcesów. Przeniósł się do Barcelony i stworzył ich Drużynę Marzeń, z którą zdobył Puchar Europy. W finałowym meczu zwycięską bramkę zdobył Koeman. Cruyff wychował też Josepa Guardiolę i stworzył akademię juniorów Barcy, La Masię, korzystając z doświadczenia z młodzieżową drużyną Ajaksu. Głupota Tona Harmsena w efekcie kosztowała Holandię finał Mistrzostw Świata w 2010 roku, kiedy drużyna Hiszpanii pełna graczy wytrenowanych przez Cruyffa, grając w sposób wyraźnie nauczony przez Cruyffa, pokonała drużynę Holandii zdominowaną przez graczy z Ajaksu, którzy nie sprostali jego wymaganiom. Ale, jak się okaże, Dennis i Johan byli dalecy od zakończenia swej znajomości i współpracy.
Podziw Johana dla Dennisa nigdy nie zmalał, jest równie silny teraz, kiedy współpracują prowadząc Ajax.
- Dennis jest facetem, który ma wzrok jak obserwator z helikoptera. Widzi wszystko i utrzymuje wszystko w równowadze, ponieważ sam jest zrównoważony. Dennisa Bergkampa nie da się zmusić do niczego. Niezależnie od tego, jak głośno wszyscy wokół niego krzyczą, on zawsze zachowuje spokój i myśli. Potrafi myśleć szeroko, widzi powiązania. Jest naprawdę przyzwoitym i życzliwym człowiekiem - dopóki się nie zezłości. Widać wtedy prawdziwą złość, ale też inteligencję. Wtedy jego komentarze są niesłychanie cięte, nawet bolesne, ale zawsze dobrze przemyślane. Kiedy ktoś taki staje się w organizacji ważną osobą, może nawet najważniejszą, ma to sens. To dzieje się automatycznie.
Tymczasem im Dennis staje się starszy, tym bardziej przypomina Cruyffa.
- Bardzo lubię Johana, mimo że nie zawsze się z nim zgadzam. Nasze dyskusje są zawsze o szczegółach, nigdy o zasadach. Nigdy nie sprzeczamy się co do zasad.
Ich relacje są bardziej życzliwe niż bliskie, a Dennisowi nie przeszkadzają sugestie, że stał się podobny do swego mentora.
- Nie mam problemów z takim spostrzeżeniem - mówi z uśmiechem. - Niekiedy zauważam, że myślimy o tym samym. Nie wiem czy to dlatego, że Johan wpłynął na mnie, kiedy byłem młody, czy po prostu mamy podobną naturę.
Czy kiedykolwiek próbowałeś celowo imitować Cruyffa?
- Proszę! Naśladowanie kogoś nie jest w moim stylu. Poza tym, Johan natychmiast by się w tym połapał.
Ale nie lubisz walczyć z innymi, tak jak on?
- Cóż, rozumiem, kiedy ludzie mówią, że on zawsze szuka konfliktu. To prawdopodobnie jest cechą jego charakteru. On chce konfliktów, potrzebuje ich. A kiedy wszystko idzie dobrze, zawsze szuka dziury w całym. Tak, lubi to. Ale rozumiem go, wiem skąd to się bierze. W tym pewnie się różnimy. Ja wolę, kiedy wszystko idzie gładko.