Moja Eliza - Maria Jentys-Borelowska

Kup ebooka

37.50 zł
30.00 zł (37,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Angina pectoris

[czwartek, 10 lutego 1910]

O godzinie ósmej rano na progu szarego domku wita mnie nikłym uśmiechem Zosia Gorzkowska. Bladość jej cery i sine podkowy pod oczami świadczą o nieprzespanej nocy. Obejmujemy się i przez chwilę czuję, jak jej wątłe ciało drży, wstrząsane tłumionym łkaniem, po czym zrzucam chustę, którą otuliłam się, by przejść kilkanaście kroków dzielących nasz dom od szarego domku, zmieniam buty na domowe pantofle i ruszam za Zosią. O dziwo, nie kieruje się ona do sypialni Elizy, ale do salonu.

- Dwa tygodnie temu przenieśliśmy Paniutkę razem z łóżkiem do największego pokoju w domu - wyjaśnia, uprzedzając moje pytanie. - Bo doktorzy orzekli, że w ciasnej sypialni jest jej zbyt duszno, a tutaj będzie miała więcej powietrza. No i rzeczywiście, łatwiej się tu oddycha. Co więcej, chora leży tam, gdzie dotąd stał fortepian, a wszyscy odczytują to jako przemyślną sugestię, że i ona, teraz bezsilna, była przez długie lata niczym ów szlachetny instrument, krzepiący nas swą piękną muzyką.

- Była i jest, wciąż jest - dodałam z naciskiem. - Bo Eliza wyzdrowieje, Zosiu?! Prawda, że wyzdrowieje?

Zosia w odpowiedzi rozłożyła bezradnie ręce i rzekła:

- Jeśli pamiętasz, Maryniu, wystrój salonu, to wiesz, że nasza chora ma teraz przed oczyma Siewcę, obraz Antoniny Duninówny, który również można pojmować jako aluzję do roli, jaką odegrała w życiu naszego narodu. Przedstawiony na obrazie starzec, który w różowym świetle poranka idzie przez rozorane cmentarzysko i sypie ziarna między sterczące z ziemi resztki kamiennych nagrobków, to i symbolicznie, i najdosłowniej ona, autorka Gloria victis.

Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Zosia otworzyła drzwi do salonu i usunęła się na bok. W jasnym świetle dnia zobaczyłam najpierw dwóch lekarzy pochylonych nad chorą, a potem ją samą. Spoczywała na łóżku w pozycji półsiedzącej, zmieniona nie do poznania, tylko jej wielkie, ciemne oczy, zogromniałe w wynędzniałej twarzy, były piękne jak zawsze. Przestąpiłam próg i zatrzymałam się, niepewna, czy wolno mi niepokoić chorą. Wtedy doktor Nusbaum zwrócił się ku mnie i rzekł:

- Śmiało, Mario, proszę podejść bez obaw. Pani obecność podniesie ją na duchu. Pięć dni temu miała bardzo ciężki atak dusznicy bolesnej. Z największym trudem przywróciliśmy chorą życiu, ale organizm jej jest skrajnie wyczerpany. Nie wiadomo, kiedy dojdzie do siebie i czy w ogóle dojdzie... O, dostrzegła panią i przyzywa.

Skłoniwszy się obu lekarzom, Nusbaumowi i Józefowi Pawińskiemu, podeszłam szybko do łoża Elizy, przyklękłam, ujęłam jej rękę, ucałowałam i rzekłam:

- Jestem, najdroższa, i już cię nie opuszczę.

A ona odpowiedziała głosem chrapliwym, niewyraźnym, rwącym się co sekundę:

- Jesteś, Maryniu, znowu jesteś przy mnie, Manitko moja, siostrzyczko! Pocieszko! Tak długo cię nie było... całe dziesięć miesięcy... Dzień waszego odjazdu był dla mnie dniem żałoby... Trzydziesty kwietnia ubiegłego roku... Czarny piątek... Opuściliście mój dom o świcie, a ja do wieczora po was płakałam... Wyczekiwałam waszych listów, modliłam się o wasz powrót... Gdy przyszły te straszne ataki, wezwano cię... Uradowałam się, że cię zobaczę... Mijały dni, czekałam i bardzo się bałam, że umrę, nim dojedziesz... Perm przecież tak daleko... A ja chcę... muszę... powiedzieć ci o czymś, co od dawna leży mi na sercu kamieniem. Tylko tobie mogę tę moją udrękę powierzyć. - Umilkła, zamknęła powieki.

Spojrzałam pytająco na lekarzy: zasnęła? Doktor Nusbaum skinął potakująco głową:

- Bardzo się zmęczyła tą długą przemową. Niech więc śpi, i to jak najdłużej. A my przejdźmy do jadalni na śniadanie. Zaraz nas tu zmieni doktor Stefan Szumkowski, on ma dzisiaj dyżur przy chorej. Filiżanka mocnej gorącej kawy i godzina drzemki bardzo nam się przyda, prawda, kolego? - zwrócił się do kardiologa. - Ostatnie trzy doby trzymały nas w stanie najwyższego napięcia.

- To prawda - mruknął doktor Pawiński. - W każdej chwili mógł nastąpić kolejny, jeszcze cięższy atak i zgon - urwał, spojrzał na mnie, zamilkł. Musiał zauważyć, jak przeraziły mnie te słowa.

- Proszę się nie obawiać, panie doktorze - zwróciłam się do kardiologa. - Nie rozbeczę się, nie wpadnę w histerię, nie zemdleję. Ja chcę wiedzieć, jak się rzeczy mają: czy jest nadzieja, że moja... nasza przyjaciółka przetrwa ten kryzys, czy przeciwnie - rzekłam, patrząc to na Henryka Nusbauma, to na Józefa Pawińskiego. - Jak już rzekliście, panowie, niełatwa jest walka z tą chorobą. Czy zatem jest... nadzieja?!

Spodziewałam się rzeczowej odpowiedzi od każdego z nich, gdyż obaj zajmowali się zdrowiem Orzeszkowej od dawna, przy czym pierwszy był nieomal jej lekarzem nadwornym, dość regularnie wizytującym swą pacjentkę w Grodnie, drugi natomiast bywał wzywany w sytuacjach nadzwyczajnych.

- Pani najlepiej wie, Mario, jakie życie wiodła Eliza Orzeszkowa - zaczął doktor Nusbaum. - Czy zaprzeczy pani, jeżeli powiem, że pracowała za cztery silne i zdrowe niewiasty, choć nie była ani silna, ani zdrowa? Że nie szczędziła czasu, trudu, pieniędzy, gdy wymagał tego interes narodowy? Że zapominała o lekarskich przestrogach, gdy trzeba było zrobić coś pro publico bono?

- Nie zaprzeczę, doktorze - odrzekłam. - Brała na siebie tyle zadań i obowiązków, że nieraz myślałam o niej: szalona! święta!

- Szaleństwo i świętość zwykle chodzą w parze - mruknął doktor Nusbaum. - Ale bez szaleństwa i świętości nie mogłoby powstać nic prawdziwie wielkiego - dodał po chwili. - Jak pani myśli, Mario, czy nasza przyjaciółka wykreowałaby postacie tak pełne wewnętrznego żaru, jak Meir Ezofowicz, rabin Todros, Mirtala, Paweł Kobycki, Maria Iwicka, Seweryna Zdrojowska i wiele innych, gdyby nie miała w sobie owych budzących podziw, ale i trwogę pierwiastków? Czy zdobyłaby się na wzięcie pod swój dach gromady kobiet i dzieci żydowskich podczas spodziewanego pogromu, do którego na szczęście nie doszło, w osiemdziesiątym pierwszym? Czy udzieliłaby pomocy tak wielu pogorzelcom po katastrofalnym pożarze Grodna w osiemdziesiątym piątym?

Nie zdążyłam doktorowi odpowiedzieć, gdyż do jadalni weszła jego starsza córka, Jadwiga Holenderska, wychowanka Orzeszkowej, i ujrzawszy mnie, podeszła, by się przywitać. Znałyśmy się od lat kilkunastu, bo w roku dziewięćdziesiątym ósmym Jadwisia, jako panna dwudziestoletnia, przyjechała do Grodna i zamieszkała w domu pisarki, aby pod jej kierunkiem odbyć kilkumiesięczne studia z zakresu historii i literatury polskiej. Takie bowiem było życzenie doktora Nusbauma, który uznał, że nikt nie zajmie się jego latoroślą lepiej niż ta, która podarowała swojemu miastu najprawdziwszy, jak zwykł mawiać, uniwersytet grodzieński. Dwa lata później powierzył Elizie Orzeszkowej także młodszą córkę, Wandzię, malarkę. Teraz obie były przy ukochanej Paniutce. Holenderska przyjechała kilka dni temu, Wanda była tu od miesiąca, wspierała w trosce o Paniutkę Zosię Gorzkowską. To one, Wanda i Zosia, przygotowały dla nas wszystkich śniadanie i kawę.

Gdyśmy spożyli to, co nam podały, i przystąpiliśmy do picia kawy, doktor Nusbaum podjął przerwaną rozmowę.

- Wróćmy do pani pytania, droga Mario, bo chyba bardzo czeka pani na naszą odpowiedź. A zatem czy jest nadzieja na pokonanie choroby? I czy umiemy ją leczyć? Odpowiem możliwie najprościej i najdokładniej. Otóż anewryzmatyczne poszerzenie się aorty, rozszerzenie się jam sercowych oraz niedomoga mięśnia sercowego u Orzeszkowej to wynik procesu, który zaczął się dawno temu, a obecnie osiągnął poziom krytyczny. Świadczą o tym ciężkie i, niestety, częste, coraz częstsze napady dusznicy bolesnej. Na bóle piersiowe i duszności skarżyła się pacjentka od dziesięciu lat, ale ataki zagrażające życiu zaczęły się ósmego grudnia ubiegłego roku. Orzeszkowa bardzo po nich osłabła i musiała położyć się do łóżka. Doktor Dąbrowski zaaplikował jej lekarstwo, lecz bóle serca nie ustępowały. Mimo to napisała jakiś króciutki tekst, zdaje się, dla noworocznego "Tygodnika Mód i Powieści", bo redaktorka nie dawała jej spokoju. Doprawdy zabroniłbym Lucynie Kotarbińskiej dostępu do pani Elizy, gdyż ta namolna kobieta nie zna umiaru!

- To przepiękna proza, ojcze! - wtrąciła Wanda Nusbaumówna. - Nosi tytuł Przypomnij!, a jest poświęcona, cytuję za autorką, "związkom niedostrzeżonym, sekundom niezapamiętanym, wzruszeniom zaznanym", które łagodzą okrucieństwo egzystencji. Gdyby nie owa "namolna kobieta", pewnie by nigdy to cudo nie powstało!

- Jest w tym, co mówisz, córko, spora doza racji. Ale nie zapominajmy, że Eliza Orzeszkowa, mimo swej prawie nadludzkiej mocy twórczej, to nie olimpijska nieśmiertelna bogini, lecz ciężko chory człowiek. Człowiek, trzeba to jasno wyrazić, który umiera, bo zużył cały zasób sił żywotnych na tworzenie "przepięknych próz" oraz innych pożytecznych dzieł. - Po tych nacechowanych sarkazmem słowach doktor wrócił do swej spokojnej, rzeczowej relacji: - A więc, droga Mario, po połowie grudnia chora poczuła się lepiej i doktor Dąbrowski pozwolił jej wstać z łóżka na dwie godziny. Mimo słabości napisała kilka listów do przyjaciół, podpisała odezwę w sprawie sprowadzenia prochów Juliusza Słowackiego na Wawel (czemu, jak wiadomo, sprzeciwił się kardynał Jan Puzyna), coś przeczytała. Niestety, dwudziestego dziewiątego grudnia powróciły bóle serca znacznie silniejsze niż poprzednie, w dodatku połączone z dolegliwościami żołądkowymi i wysoką gorączką. Czas między trzydziestym pierwszym grudnia a piątym stycznia był dla chorej czasem radosnego ożywienia: otrzymała od wydawcy pierwsze egzemplarze tomu nowel powstańczych Gloria victis oraz odwiedził ją jej umiłowany... - to ostatnie słowo doktor wymówił ze szczególnym akcentem - ...pan Tadeusz Bochwic z Florianowa. Niestety, już szóstego stycznia wieczorem wróciły ostre bóle serca i gorączka. Wówczas i ja przyjechałem do Grodna. Po zbadaniu pacjentki, w porozumieniu, rzecz jasna, z doktorem Dąbrowskim, zaleciłem codzienne wstawanie na godzinę przez dziesięć dni, a potem powrót do normalnego życia. Nic z tego nie wyszło! Osiemnastego stycznia nocą pojawiła się wysoka gorączka, a rano Orzeszkowa była tak słaba, że lekarz domowy zabronił jej wstawać. Przeniesienie pani Elizy z łóżkiem, dla lepszego powietrza, do salonu też na nic się zdało: gorączka nie spadła, a słabość pogłębiła się tak bardzo, że chora przestała pisać listy nawet do Tadeusza Bochwica. Od dwudziestego ósmego stycznia nie napisała do swego przyjaciela z Florianowa nawet kartki, co dla nas, lekarzy, było bardzo złym znakiem. Wszak więź z tym człowiekiem zdawała się stanowić w owym czasie sens jej życia. Nie przyjmowała też żadnych wizyt. Atak dusznicy, który nastąpił piątego lutego przed północą, był morderczy, jednak lekarze zdołali utrzymać konającą przy życiu. Była na granicy, może nawet mały krok poza granicą, a oni ją zawrócili. I oto jest z nami! Umęczona, bezsilna, lecz żywa. Pytanie, co będzie dalej? Czy wytrzyma kolejny, jeszcze groźniejszy atak? Sama pani widziała, Maryniu, w jakim jest stanie. Angina pectoris to śmiertelna choroba, nie darmo nazywano ją niegdyś mediatio mori. Leczenie jest bardzo trudne, zwłaszcza gdy pacjent pomaga raczej chorobie niż sobie. A nasza przyjaciółka to właśnie czyniła: za wiele pracowała, za mało odpoczywała i notorycznie zarywała noce, przy tym paliła papierosy, ogromne ilości papierosów, a wiadomo, co robi nikotyna w organizmie człowieka...

Doktor Nusbaum umilkł, a ja pomyślałam, że nie wymienił jeszcze jednego, może najważniejszego, czynnika chorobotwórczego: niezaspokojonej potrzeby miłości, boleśnie, zgoła dramatycznie odczuwanej samotności. Ktoś nieznający życia Orzeszkowej mógłby się zdziwić: jakże to, roje przyjaciół, rzesze czytelników i - samotność? Lecz byłby w grubym błędzie! Prawda jest taka, że ani przyjaciele, którzy otaczali ją troskliwą opieką, ani czytelnicy, którzy nie szczędzili jej dowodów pamięci, wdzięczności i czci, nie mogli jej tego najistotniej kobiecego cierpienia odjąć. Jej własna wielkość stawiała zaporę szczęściu. Nie tylko nie chroniła przed samotnością, lecz wręcz na samotność skazywała. Żaden z trzech mężczyzn, z którymi w różnych okresach swego życia była związana, nie dał jej tego, czego pragnęła. A pragnęła związku pokrewnych dusz, głębokiego i trwałego. Zawiedli ją wszyscy trzej: Piotr Orzeszko, Zygmunt Święcicki i nawet ten poczciwy Stanisław Nahorski. Jestem pewna, że owe trzy zawody to były trzy ciosy, które śmiertelnie zraniły jej serce. Nusbaum, jako wieloletni lekarz i przyjaciel Elizy, jest tego bez wątpienia świadom, ale czyż mógłby o tym mówić, zwłaszcza przy takim audytorium jak dzisiejsze? Przecież nie!

Swoją drogą muszę porozmawiać na ten temat z doktorem. Czy przy leczeniu Orzeszkowej bierze pod uwagę czynniki natury moralnej, emocjonalnej, duchowej? A jeżeli tak, to jakie przypisuje im znaczenie? Leczy wszak Elizę od lat bez mała trzydziestu, zna więc jej ciało i duszę lepiej niż ktokolwiek. Ba, ale czy na pewno zna jej duszę? Przyjaźnią się bardzo, to fakt, powiedziałabym nawet, że darzą się szczególną siostrzano-braterską miłością, okazują sobie wzajemny szacunek i zaufanie, ale czy ona mu się zwierza ze swoich sercowych udręk, nie wiem i raczej wątpię. Ona wciąż, mimo wieku, jest nieśmiała, skryta, wstydliwa. Zdaje się, że mnie jedną zaszczyca, i to z rzadka, zaufaniem.

Doktor Nusbaum rokrocznie bywał u Orzeszkowej w Grodnie, w Miniewiczach, we Florianowie, ona zaś przy każdej bytności w Warszawie odwiedzała go w jego domu. Wtedy wiele ze sobą rozmawiali, ale przeważnie o ważnych kwestiach społecznych, moralnych, filozoficznych. Przysyłał jej swoje prace, a ona organizowała mu odczyty dla grodzieńskiej społeczności. Pamiętam niektóre: Fizjologia cierpienia, O pamięci, Serce, O nienawiści. Były ważne, pięknie napisane i znakomicie odczytywane.

Eliza, wielka zwolenniczka komunikacji epistolograficznej, pisywała do doktora Nusbauma listy, mimo iż on, niechętny tej formie wymiany myśli, z zasady jej nie odpisywał. Co wcale nie znaczy, że zbywał swoją przyjaciółkę milczeniem: zawsze odpowiadał za pośrednictwem którejś z córek, a bywało, że wsiadał do pociągu i po ośmiu godzinach jazdy zjawiał się osobiście w domu korespondentki. Być może w tych listach odsłaniała przed nim swoje serce. Skąd to przypuszczenie? Ano stąd, że raz i drugi, najzupełniej nieoczekiwanie, ujął oburącz moje dłonie i powiedział: "Jest pani, Maryniu, darem niebios dla tej wyjątkowej, a jakże samotnej kobiety. Bez pani nie zniosłaby pustki, w której przyszło jej żyć".

Dodam jeszcze, że początki znajomości z doktorem niczego nadzwyczajnego nie zapowiadały. Pamiętam dobrze pierwszą wizytę Nusbauma u Orzeszkowej w Grodnie, bo i mi przedstawiono wtedy owego słynnego (choć stosunkowo młodego, zaledwie trzydziestoczteroletniego) warszawskiego lekarza, którego polecił jej ktoś ze znajomych. Wezwała go ze względu na dotkliwe bóle głowy, które zaczęły ją nękać w trakcie pracy nad Mirtalą. Przyjechał w kwietniu osiemdziesiątego trzeciego roku, zresztą nie sam, lecz z kolegą lekarzem Antonim Elzenbergiem, i zalecił jakieś mikstury i kąpiele, których skuteczność okazała się zerowa. Eliza pokpiwała sobie trochę z tej "kuracji", ale niebawem znów zaprosiła Nusbauma do Grodna, a następnie na letni odpoczynek do Miniewicz. Rozpoznała w nim "pokrewną duszę". Jego odezwa zaczynająca się od słów Jestem Żydem, ogłoszona w programowym numerze "Głosu", z września osiemdziesiątego szóstego roku, wywarła na niej tak silne wrażenie, że przeczytała ją dwukrotnie wszystkim domownikom. Była zachwycona i nad wyraz szczęśliwa, że może się mienić przyjaciółką tak szlachetnego człowieka. Po latach zaś stwierdziła, że nie ma na ziemi nikogo bliższego duchem i sercem niż on.

Całe popołudnie spędziłam przy łożu chorej razem z doktorem Dąbrowskim, który zastąpił doktora Szumkowskiego. Stan Elizy był wciąż na tyle ciężki, że miejscowi lekarze postanowili dyżurować przy niej dniem i nocą. Zmieniali się co kilka godzin: Stefan Szumkowski, Kazimierz Dąbrowski, Aleksander von Talheim, Henoch Zamkowski, Jan Rydzewski i Jan Jakimowicz. Nie muszę dodawać, że i my: Zosia Gorzkowska, Wandzia Nusbaumówna, Jadwisia Holenderska, a od dziś i ja czuwałyśmy nad naszą ukochaną Paniutką przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, oczywiście na zmianę.

Kiedy weszłam do salonu, pełniącego teraz funkcję sali szpitalnej, obaj doktorzy, Szumkowski i Dąbrowski, pochylali się nad pacjentką i cicho coś do niej mówili. Patrzyła na nich ogromnymi, ciemnymi oczami i uśmiechała się słabo. W końcu Szumkowski nieco głośniej powiedział:

- Do widzenia drogiej pani, do jutra. - Uścisnął dłoń koledze, skłonił się przede mną i wyszedł. Dopiero wtedy zbliżyłam się do łoża chorej.

- Och, Manitko, Pocieszko moja - szepnęła. - Jesteś, już jesteś... siostrzyczko najdroższa... Usiądź przy mnie, tutaj, tak... - westchnęła jakby z ulgą, umilkła i zamknęła oczy.

Strwożona, spojrzałam na doktora Dąbrowskiego, ale on rzekł uspokajająco:

- Nic złego się nie dzieje, pani Maryniu. Proszę się nie trwożyć. Pani Eliza po prostu usnęła. Nie pierwszy to raz w taki nagły sposób. Jest tak wyczerpana przebytym atakiem, zresztą wieloma atakami, że mogłaby spać dwadzieścia cztery godziny na dobę z krótkimi przerwami na picie i jedzenie. Niestety, za mało je, pije też nie tyle, ile trzeba. Ale nadrabia to snem. Sen to najlepsze lekarstwo. Gdyby nie napady dusznicy, słabsze wprawdzie i rzadsze, ale wciąż groźne, nasza droga przyjaciółka mogłaby zacząć wstawać z łóżka. Ośmielę się wszakże zawyrokować, że za pięć, sześć dni będzie.

Doktor umilkł tak nagle, że spojrzałam nań zaniepokojona. I rzeczywiście, blady jak kreda opadł na fotel, przymknął oczy i zaczął głęboko oddychać. Pośpiesznie napełniłam wodą ze szklanego dzbanka czystą szklankę i podałam mu ją, a kiedy wypił całą zawartość, zapytałam, czy chce, abym wezwała któregoś z kolegów lekarzy. Powiedział, że nie ma takiej potrzeby, już mu lepiej. Wiedziałam, że ten młody, zaledwie czterdzieści lat liczący człowiek choruje od dawna przewlekle i tylko dzięki lekom żyje i pracuje. Kiedy wyjeżdżałam do Permu, był w niezłej kondycji, ale przez dziewięć miesięcy mogło mu się pogorszyć. Nie zapytałam go jednak o to, nie lubił pytań dotyczących jego choroby, pytany, odpowiadał wymijająco, a nawet opryskliwie. Eliza była chyba jedyną, której zawierzał swoje bolesne tajemnice. Nie licząc, oczywiście, kolegów lekarzy. Ale my, domownicy, i tak wiedzieliśmy, jak się rzeczy z naszym doktorem mają, miał to wypisane na twarzy. Przychodził często do szarego domku, nie tylko jako zaufany lekarz Orzeszkowej i nas, jej fraucymeru, lecz także jako gorliwy grodzieński społecznik oraz miłośnik literatury, muzyki i teatru, grał na skrzypcach, prowadził teatr amatorski w Grodnie. Przyjrzałam mu się uważnie: był rzeczywiście zmieniony, bardzo zmieniony. Zadrżałam. Doktor Dąbrowski był cieniem dawnego siebie.

- Patrzy pani na mnie z niepokojem, pani Maryniu - rzekł. - Niepotrzebnie, doprawdy. Zdarzają mi się takie incydenty, odkąd nie przyjmuję lekarstw. Odstawiłem je ze względu na przykre skutki uboczne. Ale wrócę do nich, wrócę, bo sam widzę, że bez nich jest trudniej...

- Jest jeszcze w Grodnie doktor Nusbaum - wtrąciłam pospiesznie. - Może jego warto poprosić o konsultację.

- Może rzeczywiście warto - odrzekł Kazimierz Dąbrowski bez przekonania. Był znużony i przygnębiony.

Wejście Zosi Gorzkowskiej przerwało naszą rozmowę. Smakowita woń kawy oraz świeżo upieczonych rogalików rozeszła się po pokoju i na chwilę zneutralizowała ostrą woń medykamentów, którymi zastawiona była nocna szafka chorej. Poczciwa dziewczyna przyniosła nam podwieczorek. Rozstawiwszy na stole filiżanki, talerzyki i dzbanki z kawą i śmietanką, powiedziała szeptem:

- To przesyłka od mojej siostry. Jadwisia uznała, że i o twoją kondycję, Maryniu, należy zadbać, i o dobre samopoczucie naszego kochanego pana doktora, w przeciwnym razie szybko powiększy nam się liczba chorych. - Obrzuciła mnie wymownym spojrzeniem. - A to... paczuszka dla ciebie, Maryniu - dodała, podchodząc do mnie i wręczając mi grubą białą kopertę.

- A cóż to takiego? - Spojrzałam na Zosię pytająco.

- Sama zobacz - odrzekła, musnęła mnie ustami w policzek i już jej nie było.

Przyjrzałam się kopercie: widniały na niej nasze imiona: Maria i Maksymilian, skreślone ręką Elizy. Drżąc z emocji wyjęłam z koperty książkę pod znanym mi już tytułem Gloria victis! Tę książkę, na którą wszyscy czekaliśmy, a której ideę nosiła pod sercem przez pół bez mała wieku, nie tracąc nadziei, że przyjdzie czas, kiedy będzie ją mogła przyoblec w słowa i ogłosić. A gdy czas ten nadszedł - po roku dziewięćset piątym bardzo zliberalizowano cenzurę - zamknęła się w swojej pracowni i w iście pustelniczej samotności zaczęła pisać "o dziejach dawnych, widzianych, słyszanych, odczutych, przeżytych, na dnie pamięci i na dnie serca wiecznie żyjących", że przytoczę jej własne słowa. Piórem, w którym prawda historyczna przenikała się z prawdą serca, wskrzesiła ludzi, których znała ongiś osobiście, którym pomagała, z którymi współdziałała, a którzy zginęli na "ofiarnym stosie".

Pomysł napisania cyklu nowel pod tytułem - tu zacytuję autorkę - "skromnym i razem krwawym: 1863" wszedł w fazę realizacji już na początku stycznia roku dziewięćset siódmego. Pamiętam dobrze ten moment, gdyż Eliza, pisząc pierwszy utwór z tego cyklu, właśnie tytułowy, przeniosła się duchem - i nieomal ciałem! - w strony poleskie, te, które w młodości były jej stronami, w czas powstańczy i miała przed oczami tylko tamtych ludzi, tamte krajobrazy, tamte zdarzenia. Teraźniejszość przestała dla niej istnieć, my, mieszkańcy szarego domku, staliśmy się niewidzialni. "Wróciła" do nas dopiero po ukończeniu noweli. Przeczytała ją nam któregoś styczniowego wieczoru, a potem poprosiła mnie o skopiowanie tekstu i wysłanie go do "Tygodnika Ilustrowanego" (druk nastąpił w maju-czerwcu). Mimo nękających ją chorób nie ustawała w pracy nad cyklem powstańczym, tak że w lutym była gotowa druga część - Oficer (druk w "Kurierze Litewskim" już w marcu), a w kwietniu trzecia - Oni (druk w "Kurierze Warszawskim" między czerwcem tego roku a marcem następnego z przerwami).

A teraz te dobrze znane mi utwory, z dodatkiem dwóch nowszych, odnajduję w książce, której nie zawaham się nazwać koroną wielkiego dzieła Elizy Orzeszkowej - Nauczycielki i Przewodniczki narodu.

- Płacze pani, Maryniu? - Dotarł do mnie łagodny głos doktora Dąbrowskiego. - Rozumiem. Nad tą książką nie sposób nie zapłakać. Ale pani pewnie już zna na pamięć wszystkie te opowiadania?

- Znam trzy najwcześniejsze: Gloria victis, Oni, Oficer. Byłam przy ich narodzinach. HekubaBóg wie kto powstały nieco później. Nad Hekubą pracowała autorka przez pięć miesięcy, od końca roku dziewięćset siódmego do czerwca dziewięćset ósmego, z długimi przestojami, gdyż, niestety, całą jej uwagę i energię pochłaniała wtedy moja choroba. Do Maksymiliana pisała: "Pegaz stanął" - a ja, bliska śmierci, nie miałam o niczym pojęcia. Tak więc nie znam ani Hekuby, ani późniejszego Bóg wie kto.

- Pamiętam tamte dramatyczne chwile: Maksymilian odchodził od zmysłów, pani Eliza także, a my, lekarze, nie wiedzieliśmy już, jak panią zatrzymać na tej równi pochyłej... Och, chyba nasza chora się budzi. Bardzo ciężko oddycha. Proszę podnieść jej głowę, podam łyżeczką lekarstwo.

- Maryniu... - wychrypiała Eliza - Jesteś przy mnie... To dobrze, dobrze... I mój kochany doktor, mój anioł stróż jest... A taki straszny miałam sen... Szła na mnie fala oceaniczna, wielka jak góra i czarna... zalewała mnie, zatapiała... Nie mogłam nic zrobić, nic... I nikogo przy mnie nie było.

Przysunęłam się do łoża chorej jak najbliżej, ujęłam oburącz jej dłoń, wychudłą tak, że aż przezroczystą, przyłożyłam ją sobie do serca, a potem obsypałam pocałunkami. Doktor tymczasem badał jej puls, osłuchiwał serce, podawał lekarstwo i tlen. Uspokajała się powoli, tylko jej wielkie oczy wciąż były pełne trwogi. Dopiero wejście Jadwisi Holenderskiej odegnało koszmarną wizję. Eliza pozwoliła się napoić i nawet nakarmić, pośmiała się z żarcików doktora Dąbrowskiego i zasnęła, tak nagle, jakby zapadła się pod ziemię.

- Nie będę przed panią ukrywał, Maryniu, że życie naszej drogiej przyjaciółki wciąż jest w niebezpieczeństwie, dlatego my, lekarze, nie składamy broni i trwamy przy niej przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wkrótce przyjdzie tu doktor Henoch Zamkowski na swój nocny dyżur. Będzie miał do pomocy wykwalifikowaną pielęgniarkę, szarytkę z Wilna. A pani, to moje kategoryczne lekarskie zalecenie, uda się zaraz na spoczynek. Potrzebujemy pani zdrowej, nie chorej, a wiadomo, jak kruche jest pani zdrowie. Da mi pani słowo, że zaraz po kolacji położy się do łóżka?

- Dam - rzekłam. - O ile pan mi przyrzeknie, że zrobi to samo. Dzisiejsze zasłabnięcie...

- Jakie tam zasłabnięcie! Zakręciło mi się w głowie z niewyspania... O, jest kolega Zamkowski!