Angina pectoris
[czwartek,
10 lutego 1910]
O godzinie ósmej rano na progu szarego domku wita mnie nikłym
uśmiechem Zosia Gorzkowska. Bladość jej cery i sine podkowy pod
oczami świadczą o nieprzespanej nocy. Obejmujemy się i przez
chwilę czuję, jak jej wątłe ciało drży, wstrząsane tłumionym
łkaniem, po czym zrzucam chustę, którą otuliłam się, by przejść
kilkanaście kroków dzielących nasz dom od szarego domku, zmieniam
buty na domowe pantofle i ruszam za Zosią. O dziwo, nie kieruje się
ona do sypialni Elizy, ale do salonu.
- Dwa
tygodnie temu przenieśliśmy Paniutkę razem z łóżkiem do
największego pokoju w domu - wyjaśnia, uprzedzając moje pytanie.
- Bo doktorzy orzekli, że w ciasnej sypialni jest jej zbyt duszno,
a tutaj będzie miała więcej powietrza. No i rzeczywiście, łatwiej
się tu oddycha. Co więcej, chora leży tam, gdzie dotąd stał
fortepian, a wszyscy odczytują to jako przemyślną sugestię, że i ona, teraz bezsilna, była przez długie lata niczym ów szlachetny
instrument, krzepiący nas swą piękną muzyką.
- Była
i jest, wciąż jest
- dodałam z naciskiem. - Bo Eliza wyzdrowieje, Zosiu?! Prawda,
że wyzdrowieje?
Zosia
w odpowiedzi rozłożyła bezradnie ręce i rzekła:
- Jeśli
pamiętasz, Maryniu, wystrój salonu, to wiesz, że nasza chora ma
teraz przed oczyma Siewcę,
obraz Antoniny Duninówny, który również można pojmować jako
aluzję do roli, jaką odegrała w życiu naszego narodu.
Przedstawiony na obrazie starzec, który w różowym świetle poranka
idzie przez rozorane cmentarzysko i sypie ziarna między sterczące z ziemi resztki kamiennych nagrobków, to i symbolicznie, i najdosłowniej ona, autorka Gloria
victis.
Nim
zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Zosia otworzyła drzwi do salonu i usunęła się na bok. W jasnym świetle dnia zobaczyłam najpierw
dwóch lekarzy pochylonych nad chorą, a potem ją samą. Spoczywała
na łóżku w pozycji półsiedzącej, zmieniona nie do poznania,
tylko jej wielkie, ciemne oczy, zogromniałe w wynędzniałej twarzy,
były piękne jak zawsze. Przestąpiłam próg i zatrzymałam się,
niepewna, czy wolno mi niepokoić chorą. Wtedy doktor Nusbaum
zwrócił się ku mnie i rzekł:
- Śmiało,
Mario, proszę podejść bez obaw. Pani obecność podniesie ją na
duchu. Pięć dni temu miała bardzo ciężki atak dusznicy bolesnej.
Z największym trudem przywróciliśmy chorą życiu, ale organizm
jej jest skrajnie wyczerpany. Nie wiadomo, kiedy dojdzie do siebie i czy w ogóle dojdzie... O, dostrzegła panią i przyzywa.
Skłoniwszy
się obu lekarzom, Nusbaumowi i Józefowi Pawińskiemu, podeszłam
szybko do łoża Elizy, przyklękłam, ujęłam jej rękę,
ucałowałam i rzekłam:
- Jestem,
najdroższa, i już cię nie opuszczę.
A ona odpowiedziała głosem chrapliwym, niewyraźnym, rwącym się co
sekundę:
- Jesteś,
Maryniu, znowu jesteś przy mnie, Manitko moja, siostrzyczko!
Pocieszko! Tak długo cię nie było... całe dziesięć miesięcy...
Dzień waszego odjazdu był dla mnie dniem żałoby... Trzydziesty
kwietnia ubiegłego roku... Czarny piątek... Opuściliście mój dom
o świcie, a ja do wieczora po was płakałam... Wyczekiwałam
waszych listów, modliłam się o wasz powrót... Gdy przyszły te
straszne ataki, wezwano cię... Uradowałam się, że cię zobaczę...
Mijały dni, czekałam i bardzo się bałam, że umrę, nim
dojedziesz... Perm przecież tak daleko... A ja chcę... muszę...
powiedzieć ci o czymś, co od dawna leży mi na sercu kamieniem.
Tylko tobie mogę tę moją udrękę powierzyć. - Umilkła,
zamknęła powieki.
Spojrzałam
pytająco na lekarzy: zasnęła? Doktor Nusbaum skinął potakująco
głową:
- Bardzo
się zmęczyła tą długą przemową. Niech więc śpi, i to jak
najdłużej. A my przejdźmy do jadalni na śniadanie. Zaraz nas tu
zmieni doktor Stefan Szumkowski, on ma dzisiaj dyżur przy chorej.
Filiżanka mocnej gorącej kawy i godzina drzemki bardzo nam się
przyda, prawda, kolego? - zwrócił się do kardiologa. -
Ostatnie trzy doby trzymały nas w stanie najwyższego napięcia.
- To
prawda - mruknął doktor Pawiński. - W każdej chwili mógł
nastąpić kolejny, jeszcze cięższy atak i zgon - urwał,
spojrzał na mnie, zamilkł. Musiał zauważyć, jak przeraziły mnie
te słowa.
- Proszę
się nie obawiać, panie doktorze - zwróciłam się do kardiologa.
- Nie rozbeczę się, nie wpadnę w histerię, nie zemdleję. Ja
chcę wiedzieć, jak się rzeczy mają: czy jest nadzieja, że
moja... nasza przyjaciółka przetrwa ten kryzys, czy przeciwnie -
rzekłam, patrząc to na Henryka Nusbauma, to na Józefa Pawińskiego.
- Jak już rzekliście, panowie, niełatwa jest walka z tą
chorobą. Czy zatem jest... nadzieja?!
Spodziewałam
się rzeczowej odpowiedzi od każdego z nich, gdyż obaj zajmowali
się zdrowiem Orzeszkowej od dawna, przy czym pierwszy był nieomal
jej lekarzem nadwornym, dość regularnie wizytującym swą pacjentkę
w Grodnie, drugi natomiast bywał wzywany w sytuacjach
nadzwyczajnych.
- Pani
najlepiej wie, Mario, jakie życie wiodła Eliza Orzeszkowa -
zaczął doktor Nusbaum. - Czy zaprzeczy pani, jeżeli powiem, że
pracowała za cztery silne i zdrowe niewiasty, choć nie była ani
silna, ani zdrowa? Że nie szczędziła czasu, trudu, pieniędzy, gdy
wymagał tego interes narodowy? Że zapominała o lekarskich
przestrogach, gdy trzeba było zrobić coś pro
publico bono?
- Nie
zaprzeczę, doktorze - odrzekłam. - Brała na siebie tyle zadań
i obowiązków, że nieraz myślałam o niej: szalona! święta!
- Szaleństwo
i świętość zwykle chodzą w parze - mruknął doktor Nusbaum. -
Ale bez szaleństwa i świętości nie mogłoby powstać nic
prawdziwie wielkiego - dodał po chwili. - Jak pani myśli,
Mario, czy nasza przyjaciółka wykreowałaby postacie tak pełne
wewnętrznego żaru, jak Meir Ezofowicz, rabin Todros, Mirtala, Paweł
Kobycki, Maria Iwicka, Seweryna Zdrojowska i wiele innych, gdyby nie
miała w sobie owych budzących podziw, ale i trwogę pierwiastków?
Czy zdobyłaby się na wzięcie pod swój dach gromady kobiet i dzieci żydowskich podczas spodziewanego pogromu, do którego na
szczęście nie doszło, w osiemdziesiątym pierwszym? Czy
udzieliłaby pomocy tak wielu pogorzelcom po katastrofalnym pożarze
Grodna w osiemdziesiątym piątym?
Nie
zdążyłam doktorowi odpowiedzieć, gdyż do jadalni weszła jego
starsza córka, Jadwiga Holenderska, wychowanka Orzeszkowej, i ujrzawszy mnie, podeszła, by się przywitać. Znałyśmy się od lat
kilkunastu, bo w roku dziewięćdziesiątym ósmym Jadwisia, jako
panna dwudziestoletnia, przyjechała do Grodna i zamieszkała w domu
pisarki, aby pod jej kierunkiem odbyć kilkumiesięczne studia z zakresu historii i literatury polskiej. Takie bowiem było życzenie
doktora Nusbauma, który uznał, że nikt nie zajmie się jego
latoroślą lepiej niż ta, która podarowała swojemu miastu
najprawdziwszy, jak zwykł mawiać, uniwersytet grodzieński. Dwa
lata później powierzył Elizie Orzeszkowej także młodszą córkę,
Wandzię, malarkę. Teraz obie były przy ukochanej Paniutce.
Holenderska przyjechała kilka dni temu, Wanda była tu od miesiąca,
wspierała w trosce o Paniutkę Zosię Gorzkowską. To one, Wanda i Zosia, przygotowały dla nas wszystkich śniadanie i kawę.
Gdyśmy
spożyli to, co nam podały, i przystąpiliśmy do picia kawy, doktor
Nusbaum podjął przerwaną rozmowę.
- Wróćmy
do pani pytania, droga Mario, bo chyba bardzo czeka pani na naszą
odpowiedź. A zatem czy jest nadzieja na pokonanie choroby? I czy
umiemy ją leczyć? Odpowiem możliwie najprościej i najdokładniej.
Otóż anewryzmatyczne poszerzenie się aorty, rozszerzenie się jam
sercowych oraz niedomoga mięśnia sercowego u Orzeszkowej to wynik
procesu, który zaczął się dawno temu, a obecnie osiągnął
poziom krytyczny. Świadczą o tym ciężkie i, niestety, częste,
coraz częstsze napady dusznicy bolesnej. Na bóle piersiowe i duszności skarżyła się pacjentka od dziesięciu lat, ale ataki
zagrażające życiu zaczęły się ósmego grudnia ubiegłego roku.
Orzeszkowa bardzo po nich osłabła i musiała położyć się do
łóżka. Doktor Dąbrowski zaaplikował jej lekarstwo, lecz bóle
serca nie ustępowały. Mimo to napisała jakiś króciutki tekst,
zdaje się, dla noworocznego "Tygodnika Mód i Powieści", bo
redaktorka nie dawała jej spokoju. Doprawdy zabroniłbym Lucynie
Kotarbińskiej dostępu do pani Elizy, gdyż ta namolna kobieta nie
zna umiaru!
- To
przepiękna proza, ojcze! - wtrąciła Wanda Nusbaumówna. - Nosi
tytuł Przypomnij!,
a jest poświęcona, cytuję za autorką, "związkom
niedostrzeżonym, sekundom niezapamiętanym, wzruszeniom zaznanym",
które łagodzą okrucieństwo egzystencji. Gdyby nie owa "namolna
kobieta", pewnie by nigdy to cudo nie powstało!
- Jest
w tym, co mówisz, córko, spora doza racji. Ale nie zapominajmy, że
Eliza Orzeszkowa, mimo swej prawie nadludzkiej mocy twórczej, to nie
olimpijska nieśmiertelna bogini, lecz ciężko chory człowiek.
Człowiek, trzeba to jasno wyrazić, który umiera, bo zużył cały
zasób sił żywotnych na tworzenie "przepięknych próz" oraz
innych pożytecznych dzieł. - Po tych nacechowanych sarkazmem
słowach doktor wrócił do swej spokojnej, rzeczowej relacji: - A więc, droga Mario, po połowie grudnia chora poczuła się lepiej i doktor Dąbrowski pozwolił jej wstać z łóżka na dwie godziny.
Mimo słabości napisała kilka listów do przyjaciół, podpisała
odezwę w sprawie sprowadzenia prochów Juliusza Słowackiego na
Wawel (czemu, jak wiadomo, sprzeciwił się kardynał Jan Puzyna),
coś przeczytała. Niestety, dwudziestego dziewiątego grudnia
powróciły bóle serca znacznie silniejsze niż poprzednie, w dodatku połączone z dolegliwościami żołądkowymi i wysoką
gorączką. Czas między trzydziestym pierwszym grudnia a piątym
stycznia był dla chorej czasem radosnego ożywienia: otrzymała od
wydawcy pierwsze egzemplarze tomu nowel powstańczych Gloria
victis
oraz odwiedził ją jej umiłowany... - to ostatnie słowo doktor
wymówił ze szczególnym akcentem - ...pan Tadeusz Bochwic z Florianowa. Niestety, już szóstego stycznia wieczorem wróciły
ostre bóle serca i gorączka. Wówczas i ja przyjechałem do Grodna.
Po zbadaniu pacjentki, w porozumieniu, rzecz jasna, z doktorem
Dąbrowskim, zaleciłem codzienne wstawanie na godzinę przez
dziesięć dni, a potem powrót do normalnego życia. Nic z tego nie
wyszło! Osiemnastego stycznia nocą pojawiła się wysoka gorączka,
a rano Orzeszkowa była tak słaba, że lekarz domowy zabronił jej
wstawać. Przeniesienie pani Elizy z łóżkiem, dla lepszego
powietrza, do salonu też na nic się zdało: gorączka nie spadła,
a słabość pogłębiła się tak bardzo, że chora przestała pisać
listy nawet do Tadeusza Bochwica. Od dwudziestego ósmego stycznia
nie napisała do swego przyjaciela z Florianowa nawet kartki, co dla
nas, lekarzy, było bardzo złym znakiem. Wszak więź z tym
człowiekiem zdawała się stanowić w owym czasie sens jej życia.
Nie przyjmowała też żadnych wizyt. Atak dusznicy, który nastąpił
piątego lutego przed północą, był morderczy, jednak lekarze
zdołali utrzymać konającą przy życiu. Była na granicy, może
nawet mały krok poza granicą, a oni ją zawrócili. I oto jest z nami! Umęczona, bezsilna, lecz żywa. Pytanie, co będzie dalej? Czy
wytrzyma kolejny, jeszcze groźniejszy atak? Sama pani widziała,
Maryniu, w jakim jest stanie. Angina
pectoris
to śmiertelna choroba, nie darmo nazywano ją niegdyś mediatio
mori.
Leczenie jest bardzo trudne, zwłaszcza gdy pacjent pomaga raczej
chorobie niż sobie. A nasza przyjaciółka to właśnie czyniła: za
wiele pracowała, za mało odpoczywała i notorycznie zarywała noce,
przy tym paliła papierosy, ogromne ilości papierosów, a wiadomo,
co robi nikotyna w organizmie człowieka...
Doktor
Nusbaum umilkł, a ja pomyślałam, że nie wymienił jeszcze
jednego, może najważniejszego, czynnika chorobotwórczego:
niezaspokojonej potrzeby miłości, boleśnie, zgoła dramatycznie
odczuwanej samotności. Ktoś nieznający życia Orzeszkowej mógłby
się zdziwić: jakże to, roje przyjaciół, rzesze czytelników i -
samotność? Lecz byłby w grubym błędzie! Prawda jest taka, że
ani przyjaciele, którzy otaczali ją troskliwą opieką, ani
czytelnicy, którzy nie szczędzili jej dowodów pamięci,
wdzięczności i czci, nie mogli jej tego najistotniej kobiecego
cierpienia odjąć. Jej własna wielkość stawiała zaporę
szczęściu. Nie tylko nie chroniła przed samotnością, lecz wręcz
na samotność skazywała. Żaden z trzech mężczyzn, z którymi w różnych okresach swego życia była związana, nie dał jej tego,
czego pragnęła. A pragnęła związku pokrewnych dusz, głębokiego
i trwałego. Zawiedli ją wszyscy trzej: Piotr Orzeszko, Zygmunt
Święcicki i nawet ten poczciwy Stanisław Nahorski. Jestem pewna,
że owe trzy zawody to były trzy ciosy, które śmiertelnie zraniły
jej serce. Nusbaum, jako wieloletni lekarz i przyjaciel Elizy, jest
tego bez wątpienia świadom, ale czyż mógłby o tym mówić,
zwłaszcza przy takim audytorium jak dzisiejsze? Przecież nie!
Swoją
drogą muszę porozmawiać na ten temat z doktorem. Czy przy leczeniu
Orzeszkowej bierze pod uwagę czynniki natury moralnej, emocjonalnej,
duchowej? A jeżeli tak, to jakie przypisuje im znaczenie? Leczy
wszak Elizę od lat bez mała trzydziestu, zna więc jej ciało i duszę lepiej niż ktokolwiek. Ba, ale czy na pewno zna jej duszę?
Przyjaźnią się bardzo, to fakt, powiedziałabym nawet, że darzą
się szczególną siostrzano-braterską miłością, okazują sobie
wzajemny szacunek i zaufanie, ale czy ona mu się zwierza ze swoich
sercowych udręk, nie wiem i raczej wątpię. Ona wciąż, mimo
wieku, jest nieśmiała, skryta, wstydliwa. Zdaje się, że mnie
jedną zaszczyca, i to z rzadka, zaufaniem.
Doktor
Nusbaum rokrocznie bywał u Orzeszkowej w Grodnie, w Miniewiczach, we
Florianowie, ona zaś przy każdej bytności w Warszawie odwiedzała
go w jego domu. Wtedy wiele ze sobą rozmawiali, ale przeważnie o ważnych kwestiach społecznych, moralnych, filozoficznych. Przysyłał
jej swoje prace, a ona organizowała mu odczyty dla grodzieńskiej
społeczności. Pamiętam niektóre: Fizjologia
cierpienia,
O
pamięci,
Serce,
O
nienawiści.
Były ważne, pięknie napisane i znakomicie odczytywane.
Eliza,
wielka zwolenniczka komunikacji epistolograficznej, pisywała do
doktora Nusbauma listy, mimo iż on, niechętny tej formie wymiany
myśli, z zasady jej nie odpisywał. Co wcale nie znaczy, że zbywał
swoją przyjaciółkę milczeniem: zawsze odpowiadał za
pośrednictwem którejś z córek, a bywało, że wsiadał do pociągu
i po ośmiu godzinach jazdy zjawiał się osobiście w domu
korespondentki. Być może w tych listach odsłaniała przed nim
swoje serce. Skąd to przypuszczenie? Ano stąd, że raz i drugi,
najzupełniej nieoczekiwanie, ujął oburącz moje dłonie i powiedział: "Jest pani, Maryniu, darem niebios dla tej wyjątkowej,
a jakże samotnej kobiety. Bez pani nie zniosłaby pustki, w której
przyszło jej żyć".
Dodam
jeszcze, że początki znajomości z doktorem niczego nadzwyczajnego
nie zapowiadały. Pamiętam dobrze pierwszą wizytę Nusbauma u Orzeszkowej w Grodnie, bo i mi przedstawiono wtedy owego słynnego
(choć stosunkowo młodego, zaledwie trzydziestoczteroletniego)
warszawskiego lekarza, którego polecił jej ktoś ze znajomych.
Wezwała go ze względu na dotkliwe bóle głowy, które zaczęły ją
nękać w trakcie pracy nad Mirtalą.
Przyjechał w kwietniu osiemdziesiątego trzeciego roku, zresztą nie
sam, lecz z kolegą lekarzem Antonim Elzenbergiem, i zalecił jakieś
mikstury i kąpiele, których skuteczność okazała się zerowa.
Eliza pokpiwała sobie trochę z tej "kuracji", ale niebawem znów
zaprosiła Nusbauma do Grodna, a następnie na letni odpoczynek do
Miniewicz. Rozpoznała w nim "pokrewną duszę". Jego odezwa
zaczynająca się od słów Jestem
Żydem,
ogłoszona w programowym numerze "Głosu", z września
osiemdziesiątego szóstego roku, wywarła na niej tak silne
wrażenie, że przeczytała ją dwukrotnie wszystkim domownikom. Była
zachwycona i nad wyraz szczęśliwa, że może się mienić
przyjaciółką tak szlachetnego człowieka. Po latach zaś
stwierdziła, że nie ma na ziemi nikogo bliższego duchem i sercem
niż on.
Całe
popołudnie spędziłam przy łożu chorej razem z doktorem
Dąbrowskim, który zastąpił doktora Szumkowskiego. Stan Elizy był
wciąż na tyle ciężki, że miejscowi lekarze postanowili dyżurować
przy niej dniem i nocą. Zmieniali się co kilka godzin: Stefan
Szumkowski, Kazimierz Dąbrowski, Aleksander von Talheim, Henoch
Zamkowski, Jan Rydzewski i Jan Jakimowicz. Nie muszę dodawać, że i my: Zosia Gorzkowska, Wandzia Nusbaumówna, Jadwisia Holenderska, a od dziś i ja czuwałyśmy nad naszą ukochaną Paniutką przez
dwadzieścia cztery godziny na dobę, oczywiście na zmianę.
Kiedy
weszłam do salonu, pełniącego teraz funkcję sali szpitalnej, obaj
doktorzy, Szumkowski i Dąbrowski, pochylali się nad pacjentką i cicho coś do niej mówili. Patrzyła na nich ogromnymi, ciemnymi
oczami i uśmiechała się słabo. W końcu Szumkowski nieco głośniej
powiedział:
- Do
widzenia drogiej pani, do jutra. - Uścisnął dłoń koledze,
skłonił się przede mną i wyszedł. Dopiero wtedy zbliżyłam się
do łoża chorej.
- Och,
Manitko, Pocieszko moja - szepnęła. - Jesteś, już jesteś...
siostrzyczko najdroższa... Usiądź przy mnie, tutaj, tak... -
westchnęła jakby z ulgą, umilkła i zamknęła oczy.
Strwożona,
spojrzałam na doktora Dąbrowskiego, ale on rzekł uspokajająco:
- Nic
złego się nie dzieje, pani Maryniu. Proszę się nie trwożyć.
Pani Eliza po prostu usnęła. Nie pierwszy to raz w taki nagły
sposób. Jest tak wyczerpana przebytym atakiem, zresztą wieloma
atakami, że mogłaby spać dwadzieścia cztery godziny na dobę z krótkimi przerwami na picie i jedzenie. Niestety, za mało je, pije
też nie tyle, ile trzeba. Ale nadrabia to snem. Sen to najlepsze
lekarstwo. Gdyby nie napady dusznicy, słabsze wprawdzie i rzadsze,
ale wciąż groźne, nasza droga przyjaciółka mogłaby zacząć
wstawać
z łóżka. Ośmielę się wszakże zawyrokować, że za pięć,
sześć dni będzie.
Doktor
umilkł tak nagle, że spojrzałam nań zaniepokojona. I rzeczywiście, blady jak kreda opadł na fotel, przymknął oczy i zaczął głęboko oddychać. Pośpiesznie napełniłam wodą ze
szklanego dzbanka czystą szklankę i podałam mu ją, a kiedy wypił
całą zawartość, zapytałam, czy chce, abym wezwała któregoś z kolegów lekarzy. Powiedział, że nie ma takiej potrzeby, już mu
lepiej. Wiedziałam, że ten młody, zaledwie czterdzieści lat
liczący człowiek choruje od dawna przewlekle i tylko dzięki lekom
żyje i pracuje. Kiedy wyjeżdżałam do Permu, był w niezłej
kondycji, ale przez dziewięć miesięcy mogło mu się pogorszyć.
Nie zapytałam go jednak o to, nie lubił pytań dotyczących jego
choroby, pytany, odpowiadał wymijająco, a nawet opryskliwie. Eliza
była chyba jedyną, której zawierzał swoje bolesne tajemnice. Nie
licząc, oczywiście, kolegów lekarzy. Ale my, domownicy, i tak
wiedzieliśmy, jak się rzeczy z naszym doktorem mają, miał to
wypisane na twarzy. Przychodził często do szarego domku, nie tylko
jako zaufany lekarz Orzeszkowej i nas, jej fraucymeru, lecz także
jako gorliwy grodzieński społecznik oraz miłośnik literatury,
muzyki i teatru, grał na skrzypcach, prowadził teatr amatorski w Grodnie. Przyjrzałam mu się uważnie: był rzeczywiście zmieniony,
bardzo zmieniony. Zadrżałam. Doktor Dąbrowski był cieniem dawnego
siebie.
- Patrzy
pani na mnie z niepokojem, pani Maryniu - rzekł. -
Niepotrzebnie, doprawdy. Zdarzają mi się takie incydenty, odkąd
nie przyjmuję lekarstw. Odstawiłem je ze względu na przykre skutki
uboczne. Ale wrócę do nich, wrócę, bo sam widzę, że bez nich
jest trudniej...
- Jest
jeszcze w Grodnie doktor Nusbaum - wtrąciłam pospiesznie. -
Może jego warto poprosić o konsultację.
- Może
rzeczywiście warto - odrzekł Kazimierz Dąbrowski bez
przekonania. Był znużony i przygnębiony.
Wejście
Zosi Gorzkowskiej przerwało naszą rozmowę. Smakowita woń kawy
oraz świeżo upieczonych rogalików rozeszła się po pokoju i na
chwilę zneutralizowała ostrą woń medykamentów, którymi
zastawiona była nocna szafka chorej. Poczciwa dziewczyna przyniosła
nam podwieczorek. Rozstawiwszy na stole filiżanki, talerzyki i dzbanki z kawą i śmietanką, powiedziała szeptem:
- To
przesyłka od mojej siostry. Jadwisia uznała, że i o twoją
kondycję, Maryniu, należy zadbać, i o dobre samopoczucie naszego
kochanego pana doktora, w przeciwnym razie szybko powiększy nam się
liczba chorych. - Obrzuciła mnie wymownym spojrzeniem. - A to...
paczuszka dla ciebie, Maryniu - dodała, podchodząc do mnie i wręczając mi grubą białą kopertę.
- A
cóż to takiego? - Spojrzałam na Zosię pytająco.
- Sama
zobacz - odrzekła, musnęła mnie ustami w policzek i już jej nie
było.
Przyjrzałam
się kopercie: widniały na niej nasze imiona: Maria i Maksymilian,
skreślone ręką Elizy. Drżąc z emocji wyjęłam z koperty książkę
pod znanym mi już tytułem Gloria
victis!
Tę książkę, na którą wszyscy czekaliśmy, a której ideę
nosiła pod sercem przez pół bez mała wieku, nie tracąc nadziei,
że przyjdzie czas, kiedy będzie ją mogła przyoblec w słowa i ogłosić. A gdy czas ten nadszedł - po roku dziewięćset piątym
bardzo zliberalizowano cenzurę - zamknęła się w swojej pracowni
i w iście pustelniczej samotności zaczęła pisać "o dziejach
dawnych, widzianych, słyszanych, odczutych, przeżytych, na dnie
pamięci i na dnie serca wiecznie żyjących", że przytoczę jej
własne słowa. Piórem, w którym prawda historyczna przenikała się
z prawdą serca, wskrzesiła ludzi, których znała ongiś osobiście,
którym pomagała, z którymi współdziałała, a którzy zginęli
na "ofiarnym stosie".
Pomysł
napisania cyklu nowel pod tytułem - tu zacytuję autorkę -
"skromnym i razem krwawym: 1863" wszedł w fazę realizacji już
na początku stycznia roku dziewięćset siódmego. Pamiętam dobrze
ten moment, gdyż Eliza, pisząc pierwszy utwór z tego cyklu,
właśnie tytułowy, przeniosła się duchem - i nieomal ciałem! -
w strony poleskie, te, które w młodości były jej stronami, w czas
powstańczy i miała przed oczami tylko tamtych ludzi, tamte
krajobrazy, tamte zdarzenia. Teraźniejszość przestała dla niej
istnieć, my, mieszkańcy szarego domku, staliśmy się niewidzialni.
"Wróciła" do nas dopiero po ukończeniu noweli. Przeczytała ją
nam któregoś styczniowego wieczoru, a potem poprosiła mnie o skopiowanie tekstu i wysłanie go do "Tygodnika Ilustrowanego"
(druk nastąpił w maju-czerwcu). Mimo nękających ją chorób nie
ustawała w pracy nad cyklem powstańczym, tak że w lutym była
gotowa druga część - Oficer
(druk w "Kurierze Litewskim" już w marcu), a w kwietniu trzecia
- Oni
(druk w "Kurierze Warszawskim" między czerwcem tego roku a marcem następnego z przerwami).
A teraz te dobrze znane mi utwory, z dodatkiem dwóch nowszych,
odnajduję w książce, której nie zawaham się nazwać koroną
wielkiego dzieła Elizy Orzeszkowej - Nauczycielki i Przewodniczki
narodu.
- Płacze
pani, Maryniu? - Dotarł do mnie łagodny głos doktora
Dąbrowskiego. - Rozumiem. Nad tą książką nie sposób nie
zapłakać. Ale pani pewnie już zna na pamięć wszystkie te
opowiadania?
- Znam
trzy najwcześniejsze: Gloria
victis,
Oni,
Oficer.
Byłam przy ich narodzinach. Hekuba
i Bóg
wie kto
powstały nieco później. Nad Hekubą
pracowała autorka przez pięć miesięcy, od końca roku dziewięćset
siódmego do czerwca dziewięćset ósmego, z długimi przestojami,
gdyż, niestety, całą jej uwagę i energię pochłaniała wtedy
moja choroba. Do Maksymiliana pisała: "Pegaz stanął" - a ja,
bliska śmierci, nie miałam o niczym pojęcia. Tak więc nie znam
ani Hekuby,
ani późniejszego Bóg
wie kto.
- Pamiętam
tamte dramatyczne chwile: Maksymilian odchodził od zmysłów, pani
Eliza także, a my, lekarze, nie wiedzieliśmy już, jak panią
zatrzymać na tej równi pochyłej... Och, chyba nasza chora się
budzi. Bardzo ciężko oddycha. Proszę podnieść jej głowę, podam
łyżeczką lekarstwo.
- Maryniu...
- wychrypiała Eliza - Jesteś przy mnie... To dobrze, dobrze...
I mój kochany doktor, mój anioł stróż jest... A taki straszny
miałam sen... Szła na mnie fala oceaniczna, wielka jak góra i czarna... zalewała mnie, zatapiała... Nie mogłam nic zrobić,
nic... I nikogo przy mnie nie było.
Przysunęłam
się do łoża chorej jak najbliżej, ujęłam oburącz jej dłoń,
wychudłą tak, że aż przezroczystą, przyłożyłam ją sobie do
serca, a potem obsypałam pocałunkami. Doktor tymczasem badał jej
puls, osłuchiwał serce, podawał lekarstwo i tlen. Uspokajała się
powoli, tylko jej wielkie oczy wciąż były pełne trwogi. Dopiero
wejście Jadwisi Holenderskiej odegnało koszmarną wizję. Eliza
pozwoliła się napoić i nawet nakarmić, pośmiała się z żarcików
doktora Dąbrowskiego i zasnęła, tak nagle, jakby zapadła się pod
ziemię.
- Nie
będę przed panią ukrywał, Maryniu, że życie naszej drogiej
przyjaciółki wciąż jest w niebezpieczeństwie, dlatego my,
lekarze, nie składamy broni i trwamy przy niej przez dwadzieścia
cztery godziny na dobę. Wkrótce przyjdzie tu doktor Henoch
Zamkowski na swój nocny dyżur. Będzie miał do pomocy
wykwalifikowaną pielęgniarkę, szarytkę z Wilna. A pani, to moje
kategoryczne lekarskie zalecenie, uda się zaraz na spoczynek.
Potrzebujemy pani zdrowej, nie chorej, a wiadomo, jak kruche jest
pani zdrowie. Da mi pani słowo, że zaraz po kolacji położy się
do łóżka?
- Dam
- rzekłam. - O ile pan mi przyrzeknie, że zrobi to samo.
Dzisiejsze zasłabnięcie...
- Jakie
tam zasłabnięcie! Zakręciło mi się w głowie z niewyspania... O,
jest kolega Zamkowski!