Moja droga B - Krystyna Janda

-
Proszę czekać

Moja dro­ga B.! Ostat­nio z po­wo­du zu­peł­nie za­pcha­nej dro­gi do­ni­kąd, bo mój dom stoi przy dro­dze, któ­rej kre­sem są Skier­nie­wi­ce, czy­li "ni­kąd", zna­la­złam so­bie cał­ko­wi­cie bez­sen­sow­ny skrót, to zna­czy ob­jazd, ale za to kom­plet­nie bez­lud­ny. Jadę go­dzi­na­mi do War­sza­wy i z War­sza­wy, bez­kre­sny­mi po­la­mi za­wia­ny­mi śnie­giem, ma­ły­mi śli­ski­mi dro­ga­mi, bło­ta­mi, zma­gam się z desz­cza­mi, wia­tra­mi i sa­mot­no­ścią, a w na­gro­dę nie uczest­ni­czę w cham­skim, bru­tal­nym wy­ści­gu, kto kogo, obo­wią­zu­ją­cym na zwy­kłej dro­dze, pro­wa­dzą­cej do "mat­ki kar­mi­ciel­ki", czy­li War­sza­wy. Po­wiesz mi, że mogę jeź­dzić po­cią­giem albo ko­lej­ką, tak jak Ty. Owszem, moja dro­ga, tyl­ko że kie­dy ja wsia­dam do ko­lej­ki albo po­cią­gu, lu­dzie mnie za­cze­pia­ją, nie mó­wiąc już o tym, że chcą, że­bym im coś za­ła­twi­ła, bo prze­cież znam wszyst­kich. Cie­ka­we, jak so­bie z tym ra­dzi pan Zbi­gniew Bu­jak albo pan Alek­san­der Hall, któ­rych wie­lo­krot­nie wi­dzia­łam wsia­da­ją­cych do po­cią­gu w Mi­la­nów­ku; oni to do­pie­ro mu­szą się na­słu­chać. A Ty, moja ko­cha­na, mo­żesz so­bie jeź­dzić, czym chcesz, od rzeź­bia­rek, na­wet bar­dzo zdol­nych, nikt ni­cze­go nie chce, chy­ba że po­ka­żesz się kil­ka razy w te­le­wi­zji, ale wiem, że czu­jesz do tego wstręt, i do­sko­na­le Cię ro­zu­miem.

Wra­ca­jąc do mo­ich ba­ra­nów: wczo­raj je­cha­łam moim wietrz­nym, za­śnie­żo­nym skró­tem, czy­li ob­jaz­dem, i zo­ba­czy­łam po­chy­lo­ne­go nad ro­we­rem, dy­szą­ce­go, sa­mot­ne­go sta­re­go męż­czy­znę. Nie za­trzy­my­wał mnie, stał i cięż­ko od­dy­chał, ni­cze­go ode mnie nie chciał, mi­nę­łam go i po­je­cha­łam da­lej. By­łam spóź­nio­na, śpie­szy­łam się, cze­ka­ją na mnie, te­le­wi­zja, ra­dio, pu­blicz­ność, po­my­śla­łam. Nie mogę się za­trzy­my­wać przy każ­dym sta­rym czło­wie­ku i py­tać, co mu jest, tłu­ma­czy­łam so­bie z eg­zal­ta­cją. Po chwi­li do­pa­dły mnie na­tręt­ne my­śli. Ten czło­wiek umie­rał! To był po­czą­tek za­wa­łu! Po­win­nam była się za­trzy­mać. To bez­rad­ny sta­ru­szek, jest tu sam, w po­bli­żu nie ma żad­nych za­bu­do­wań. Nikt mu nie po­mo­że. Na tle nie­ba, dy­szą­cy cięż­ko, wy­glą­dał nie­sa­mo­wi­cie. W domu cze­ka na nie­go sta­ra żona. Są bied­ni. Stał nad czar­nym za­rdze­wia­łym ro­we­rem. Cie­ka­we, czy ma dzie­ci? Może jest sa­mot­ny, umrze i nikt go na­wet nie bę­dzie ża­ło­wał. Po­win­nam wró­cić. Nie chcę, boję się. Prze­cież­mam te­le­fon. Mogę za­dzwo­nić. Ja­kie są te alar­mo­we nu­me­ry? Po­go­to­wie! Ale co im po­wiem? Że w polu, w za­mie­ci śnież­nej, gdzieś pod War­sza­wą, chy­ba umie­ra czło­wiek? Do kogo za­dzwo­nić? Męża nie ma w Pol­sce. Boże! Prze­cież kie­dy do­cho­dzi do ja­kiej­kol­wiek kon­fron­ta­cji z ży­ciem, ja też je­stem zu­peł­nie sa­mot­na! Za­czę­łam za­wra­cać. Może leży i jest już nie­przy­tom­ny? Moim obo­wiąz­kiem jest go ra­to­wać, za­nim przy­je­dzie po­go­to­wie. Uci­skać ser­ce, ryt­micz­nie, moc­no, i wtła­czać po­wie­trze w jego sta­re usta. Brzy­dzę się, nie zro­bię tego. Nie po­tra­fię. Boję się. Boże, gdzie ja wła­ści­wie je­stem? Jak się na­zy­wa ta miej­sco­wość, to miej­sce, w któ­rym ży­cie ka­za­ło mi zda­wać eg­za­min? Po­go­to­wie nie przy­je­dzie od razu. Co z nim zro­bię sama? Je­cha­łam co­raz szyb­ciej. Nie wi­dzę go. Leży, pew­nie leży. Mu­szę wy­pa­try­wać prze­wró­co­ne­go czar­ne­go ro­we­ru. Przy­śpie­sza­łam. Nie wi­dzia­łam go. By­łam pew­na, że to tu­taj. Za­trzy­ma­łam sa­mo­chód i wy­sia­dłam. Ci­sza. Bia­ło. Pu­sto. Wietrz­no. Ni­ko­go. Pa­nie Boże, dzię­ku­ję Ci, że go nie ma. Że nie umarł. Od­je­chał. Zo­ba­czy­łam śla­dy kół ro­we­ro­wych. Po­fa­lo­wa­na, cha­rak­te­ry­stycz­na li­nia. Był pi­ja­ny. Jak do­brze.

Moja B., może moja opo­wieść śmie­szy Cię i nu­dzi, wy­da­je Ci się nie­waż­na i prze­sa­dzo­na, ale czy ro­zu­miesz, jak waż­ny był ten eg­za­min? Jak dzię­ko­wa­łam Bogu, że wró­ci­łam? Czy ro­zu­miesz, że dzię­ki temu mogę da­lej spo­koj­nie żyć i być sobą? Z dru­giej stro­ny, ła­ska­wy los nie eg­za­mi­no­wał mnie da­lej, nie ka­zał mi ob­my­wać jego stóp, ale to tyl­ko dla­te­go, że je­stem szczę­ścia­rą i że za­wsze mi się ja­koś uda­je, tak już w ży­ciu mam. A wte­dy, dzię­ki temu, że wró­ci­łam, mo­głam spo­koj­nie, de­ner­wu­jąc się już tyl­ko spóź­nie­niem, nie­zmie­nio­na, po­je­chać do War­sza­wy, spo­tkać się z ka­me­ra­mi, ludź­mi, pu­blicz­no­ścią! Dro­ga B., opi­sa­łam to zda­rze­nie, bo wy­da­je mi się waż­ne, a Cie­bie prze­pra­szam za pew­nie nud­ny list, ale mnie on był po­trzeb­ny. Ca­łu­ję. Dziś syl­we­ster, trzy dni temu pa­pież otwo­rzył drzwi do no­we­go ty­siąc­le­cia i nie mu­si­my już cho­dzić do­oko­ła, jak po­wie­dział je­den z mo­ich zna­jo­mych. Ju­tro, pierw­sze­go dnia 2000 roku, o szó­stej rano, cały świat za­cznie się mo­dlić o po­kój na świe­cie. Boże, co bę­dzie da­lej?

Two­ja K.

Moja dro­ga B.! Ży­czę Ci wszyst­kie­go do­bre­go w no­wym, dwu­ty­sięcz­nym roku. Dużo szczę­ścia!

Leżę w łóż­ku w Szwar­cwal­dzie, czy­li Czar­nym Le­sie, w Niem­czech. Jest dzie­wią­ta rano, so­bo­ta, pierw­szy stycz­nia dwu­ty­sięcz­ne­go roku, pierw­szy dzień no­we­go, ostat­nie­go roku w tym ty­siąc­le­ciu. Koło mnie leży mój mąż, w dru­gim po­ko­ju moje dzie­ci. Od szó­stej rano lu­dzie wszyst­kich wy­znań na ca­łym świe­cie mo­dlą się o po­kój na zie­mi. Koń­czy się naj­bar­dziej dra­ma­tycz­ne, jak mó­wią, naj­okrut­niej­sze stu­le­cie w dzie­jach ludz­ko­ści. Uro­dzi­łam się w szczę­śli­wym mo­men­cie, w kra­ju, któ­ry już nie pa­mię­ta dru­giej woj­ny świa­to­wej, i na mo­ich oczach to­ta­li­tar­ny sys­tem, dła­wią­cy ten kraj, się skoń­czył. Żyję w wol­nym pań­stwie, któ­re, jak się wy­da­je, zmie­rza w do­brą, opty­mi­stycz­ną stro­nę. Zdo­by­łam po­wo­dze­nie, sła­wę i ta­kie pie­nią­dze, że star­cza mi spo­koj­nie do pierw­sze­go, a wię­cej wła­ści­wie nie chcia­ła­bym mieć, bo to kło­pot i nie­wo­la, no, może tyl­ko tro­chę wię­cej. Moje na­zwi­sko wid­nie­je w en­cy­klo­pe­diach fil­mo­wych ca­łe­go świa­ta, ale nie to jest waż­ne, tyl­ko ra­dość z pra­cy. Leżę, ci­sza, wszy­scy śpią po syl­we­stro­wej nocy. Pa­trzę na mój te­le­fon ko­mór­ko­wy, któ­ry mam pod ręką. Nikt nie za­dzwo­nił z ży­cze­nia­mi no­wo­rocz­ny­mi. W pa­mię­ci te­le­fo­nu znaj­du­je się czte­ry­sta na­zwisk lu­dzi, z któ­ry­mi je­stem w sta­łym kon­tak­cie. Przed pół­no­cą do­sta­łam dwa tek­sto­we po­zdro­wie­nia od pra­wie zu­peł­nie nie­zna­jo­mych osób, sze­fa No­kii, uro­cze­go pana Grze­go­rza Moż­dżyń­skie­go, i od pań­stwa Bo­chen­ków z Ka­to­wic. On jest wy­bit­nym kar­dio­chi­rur­giem, któ­ry nie­daw­no ura­to­wał ży­cie dwóm bar­dzo zna­czą­cym lu­dziom w moim ży­ciu, An­drze­jo­wi Waj­dzie i Er­ne­sto­wi Bryl­lo­wi, ona wspa­nia­łą dzien­ni­kar­ką, ko­bie­tą, czło­wie­kiem. Nie za­dzwo­nił, nie ode­zwał się nikt wię­cej. Wcze­śniej, wie­czo­rem, cór­ka i jed­na z przy­ja­ció­łek. Jesz­cze dwa dni temu gra­łam w War­sza­wie Mar­le­nę, okla­ski­wa­ło mnie wie­lu lu­dzi. Przy­cho­dzi­li do gar­de­ro­by, wzru­sze­ni. Pła­ka­łam.

Wsta­łam. Cho­dzę po uśpio­nym domu na­szych przy­ja­ciół. Za okna­mi bia­ły, nie­praw­do­po­dob­nie pięk­ny pej­zaż. Pa­trzę na sy­pią­cy śnieg. Niem­cy, pół go­dzi­ny od gra­ni­cy Szwaj­ca­rii, krok od gra­ni­cy Fran­cji. Pierw­szy dzień roku koń­czą­ce­go dwu­dzie­sty wiek. Cze­go mogę so­bie ży­czyć? - przy­cho­dzi mi do gło­wy py­ta­nie z pio­sen­ki Mar­le­ny Die­trich, śpie­wa­nej prze­ze mnie w spek­ta­klu, któ­ry gra­łam nie­daw­no... Za­znać paru chwil sło­dy­czy, z tor­tu szczę­ścia choć­by okruch zjeść, za­znać paru chwil sło­dy­czy i nie przy­zwy­cza­jać się... Tak, moja dro­ga B., nie przy­zwy­cza­jać się. Je­stem szczę­śli­wa, je­stem dziec­kiem szczę­ścia, ale nie wol­no my­śleć, że tak bę­dzie za­wsze, trze­ba się sta­rać, po­ma­gać szczę­ściu. Nie wie­rzyć w los, szczę­ście trze­ba so­bie wy­pra­co­wać, za­słu­żyć na nie, stwo­rzyć je. Cze­go mogę so­bie ży­czyć? Ni­cze­go. Żeby nie bo­la­ło, jak będę umie­rać, my­ślę z go­ry­czą, a poza tym waż­ni są w tej chwi­li tyl­ko inni, mam ży­cze­nia do­ty­czą­ce wy­łącz­nie in­nych, dzie­ci, świa­ta, ro­dzi­ny. Ja szczę­śli­wa już by­łam. O cho­le­ra! Co za na­strój! Co za dzień! Poza tym co dla mnie dziś zna­czy szczę­ście? Szczę­ście kie­dyś zna­czy­ło suk­ces, eks­pan­sję, dy­na­mi­kę, ruch, no­wo­ści, zmia­ny, na­wet dra­ma­tycz­ne, i wte­dy te­le­fon dzwo­nił bez prze­rwy. Te­raz szczę­ście to spo­kój, po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, brak wąt­pli­wo­ści, har­mo­nia, po­wta­rzal­ność, mą­drość i sta­bi­li­za­cja. Te­le­fon mil­czy. Po co to wszyst­ko pi­szę? Dla­cze­go się nad tym za­sta­na­wiam? Bo nie za­dzwo­ni­łaś. Wiem, skła­da­łaś mi ży­cze­nia przed wy­jaz­dem do Nie­miec, ale to nie to samo. Nikt nie za­dzwo­nił. A może to moja wina? Moja. Tak, moja. Za­sta­na­wiam się nad tym i uświa­da­miam so­bie, że nie moż­na być z każ­dym, nie moż­na być wszę­dzie, nie moż­na ro­bić wszyst­kie­go, ro­zu­mieć wszyst­kie­go. Co­raz czę­ściej ży­cie to świa­do­ma eli­mi­na­cja i tak jest do­brze! Za chwi­lę obu­dzą się moi bli­scy. Mąż i dwóch sy­nów, dzie­się­cio- i ośmio­let­ni, Boże! Ile jesz­cze ko­szul do upra­so­wa­nia, ja­jecz­nic do usma­że­nia, hi­sto­rii do opo­wie­dze­nia, roz­mów do od­by­cia, cho­inek do ozdo­bie­nia. Je­śli zro­bię choć­by tyl­ko tyle, nie zmar­nu­ję ży­cia. To wy­star­czy.

Moja dro­ga B., za­dzwo­nię do Cie­bie, do­pie­ro jak wró­cę, chcę być z nimi sama.

Two­ja K.

PS Przed chwi­lą za­uwa­ży­łam, że mój te­le­fon jest wy­łą­czo­ny. Nie pa­mię­tam, czy wy­łą­czy­łam i kie­dy.

Dro­ga B.!... Każ­dy ma pro­ble­my! Czy wiesz, ile cier­pień, nie­szczęść, roz­pa­czy jest wszę­dzie do­oko­ła Cie­bie? Za­sta­nów się, czy Two­je zwy­kłe pro­ble­my, bo nie są one, prze­pra­szam Cię, spe­cjal­nie ory­gi­nal­ne, to kło­po­ty, któ­re ma każ­dy, a więc czy to wszyst­ko jest war­te aż ta­kiej de­pre­sji i po­czu­cia wy­jąt­ko­wej nie­spra­wie­dli­wo­ści losu? Czy nie prze­sa­dzasz? Spójrz na sie­bie i na ten świat z lotu pta­ka! Do cho­le­ry! Po­myśl, przy­najm­niej trzy czwar­te lu­dzi na tym świe­cie ma go­rzej niż Ty!

Spo­tka­łam dziś ko­bie­tę z za­puch­nię­ty­mi, za­czer­wie­nio­ny­mi od pła­czu oczy­ma, sprze­da­wa­ła mi owo­ce. Za­py­ta­łam, co się sta­ło i czy moż­na jej po­móc, tak to już jest, do­pie­ro bez­po­śred­ni kon­takt z czy­imś nie­szczę­ściem czło­wie­ka mo­bi­li­zu­je, wiesz, co mi od­po­wie­dzia­ła? Że dzię­ku­je, ale ona po pro­stu pła­ka­ła... tak so­bie, że lubi pła­kać i aku­rat jej się przed chwi­lą zda­rzy­ło, że nie mia­ła klien­tów, no to sia­dła i pła­ka­ła. Masz po­ję­cie! My­śla­łam, że śnię, kie­dy mi to wy­ja­śnia­ła z uśmie­chem. Może po­wie­dzia­ła mi o tym, bo je­stem oso­bą zna­ną, nie­mniej tak to wy­tłu­ma­czy­ła. Pła­ka­ła z za­chwy­tu nad świa­tem, oczy­wi­ście uję­ła to tro­chę pro­ściej. Sta­łam zdu­mio­na i za­chwy­co­na. Że też ja wcze­śniej na to nie wpa­dłam! Na­tych­miast przy­szło mi na myśl, że wła­ści­wie, jak się nad tym za­sta­no­wię, to ja też lu­bię pła­kać. Płacz jest roz­ła­do­wa­niem, oczysz­cze­niem, uspo­ko­je­niem. Oczy­wi­ście, są pła­cze z nie­szczę­ścia i roz­pa­czy, są z sa­mot­no­ści i smut­ku, są ta­kie, któ­re sta­no­wią re­ak­cję na upo­ko­rze­nie i krzyw­dę, są pła­cze z bez­sil­no­ści i lęku, wia­do­mo, to ba­nał, ale za każ­dym ra­zem płacz przy­no­si ulgę. Słu­chaj B., to re­we­la­cja. Płacz­my, B., po­zwól­my so­bie na płacz! Wiesz, mnie też kil­ka razy zda­rzy­ło się pła­kać z za­chwy­tu. Nie dla­te­go, że ktoś mi opo­wie­dział wzru­sza­ją­cą hi­sto­rię, nie dla­te­go, że spo­tka­łam się z czymś przej­mu­ją­co smut­nym; wte­dy zresz­tą naj­czę­ściej chce­my ru­szyć do dzia­ła­nia, po­mo­cy, re­ago­wać. Wie­lo­krot­nie pła­ka­łam w ki­nie czy czy­ta­jąc książ­kę, wszy­scy pła­ka­li­śmy, i chwa­ła tym, któ­rzy te książ­ki czy fil­my zro­bi­li, ale mnie zda­rzy­ło się za­pła­kać abs­trak­cyj­nie, fi­lo­zo­ficz­nie, eg­zy­sten­cjal­nie. B., płacz! Ale naj­pierw za­chwyć się świa­tem! Po­myśl, ilu lu­dzi nie jest zdol­nych do łez. Zro­zum, jacy są przez to nie­szczę­śli­wi i ubo­dzy, czę­sto o tym nie wie­dząc. B., po­myśl i płacz! Wy­obraź so­bie, sia­dasz w fo­te­lu, za­my­kasz drzwi od po­ko­ju, żeby Cię, broń Boże, nikt nie wi­dział, bo Ci za­cznie prze­szka­dzać, za­my­kasz oczy i MY­ŚLISZ, ZDA­JESZ SO­BIE SPRA­WĘ, UŚWIA­DA­MIASZ SO­BIE I... ZA­CHWY­CASZ SIĘ. Uświa­da­miasz so­bie, ja­kim je­steś okrusz­kiem, pył­kiem, chwi­lą, i za­chwy­casz się, że je­steś, że jest świat i cud ist­nie­nia, i pła­czesz, ko­cha­na, po pro­stu pła­czesz. Bę­dzie Ci bar­dzo przy­jem­nie, za­rę­czam. Płacz so­bie, daję Ci taką szan­sę w pre­zen­cie.

B., to jest moja od­po­wiedź na Two­je wiel­kie, nie­waż­ne we wszech­świe­cie pro­ble­my. Ca­łu­ję Cię i idę so­bie po­pła­kać, bo moje dzie­ci zno­wu nie po­ście­li­ły łó­żek i wy­da­je mi się, że ich nie wy­cho­wam tak, jak bym tego chcia­ła. Pa. Do na­stęp­ne­go li­stu.

Two­ja K.

Dro­ga B.! Pi­szę do Cie­bie, po­nie­waż znów mó­wisz, że nie chce Ci się już żyć, a ja prze­czy­ta­łam ostat­nio, gdzieś w ja­kiejś po­cze­kal­ni, ar­ty­kuł o tym, że pra­wie nikt nie po­tra­fi żyć chwi­lą te­raź­niej­szą. Że tyl­ko prze­szłość i przy­szłość się dla nas li­czy. Że nikt nie umie się cie­szyć chwi­lą, kon­tem­plo­wać czy za­sta­no­wić się nad mo­men­tem, któ­ry wła­śnie prze­mi­ja.

Ła­two po­wie­dzieć, jesz­cze ła­twiej na­pi­sać. Ale jak to zro­bić?! Wszy­scy ży­je­my w ta­kim tem­pie, tak do­kądś pę­dzi­my, coś do­ga­nia­my, z czymś się ści­ga­my, że za­uwa­że­nie chwi­li jest wła­ści­wie nie­moż­li­we, a co do­pie­ro ży­cie nią. Na do­da­tek ści­ga­my się z sza­ro­ścią, do­ga­nia­my w koń­cu i tak co­dzien­ność, pę­dzi­my do mi­ni­mum. To nic wiel­kie­go wy­ma­ga tyle wy­sił­ku! Wszy­scy mó­wią: "czas trans­for­ma­cji". Bę­dzie le­piej. Kie­dyś we Fran­cji, cze­ka­jąc w gi­gan­tycz­nym kor­ku, po­wsta­łym z po­wo­du prze­bu­do­wy skrzy­żo­wa­nia dwóch au­to­strad, prze­czy­ta­łam wiel­ki na­pis ad­re­so­wa­ny do kie­row­ców: NIE DE­NER­WUJ SIĘ, TWO­JE DZIE­CI BĘDĄ MIA­ŁY DZIĘ­KI NA­SZEJ IN­WE­STY­CJI LEP­SZE ŻY­CIE. I rze­czy­wi­ście prze­sta­łam się zło­ścić. Na ra­zie co­dzien­ność i po­śpiech nas wy­sza­rza, utru­dza, odej­mu­je nam wraż­li­wość. B., a może, sko­ro na­rze­kasz, że już nic nie czu­jesz, że ży­jesz z naj­wyż­szym tru­dem, za­trzy­maj się, po­patrz na za­chód słoń­ca, trud­no, niech Two­je dzie­ci póź­niej mają go­rzej, ale wy­pij spo­koj­nie po­ran­ną kawę, a do­pie­ro po­tem pędź na za­tra­ce­nie. Ja śpie­szy­łam się za­wsze i za­wsze lu­bi­łam skrót, żeby po­tem móc po­le­żeć, po­czy­tać, po­za­sta­na­wiać się, czy­li żyć chwi­lą, któ­ra trwa. W sto­so­wa­niu skró­tów do­szłam do nie­by­wa­łych wy­ni­ków, zda­rzy­ło mi się, że w cza­sach, kie­dy były kart­ki na mię­so, omi­nę­łam wy­ku­pie­nie mię­sa i wło­ży­łam do lo­dów­ki kart­kę; za­wsze uwiel­bia­łam lu­dzi, któ­rzy dużo wie­dzą i są mą­drzy, bo to skra­ca czas. Ale też za­wsze mia­łam świa­do­mość, że mimo iż sła­nie łóż­ka co rano wy­da­je się czyn­no­ścią nie­po­trzeb­ną, tak samo jak ład­ne na­kry­wa­nie do sto­łu, na­le­ży to ro­bić, żeby żyć chwi­lą. Słu­chaj, B., wczo­raj moja fry­zjer­ka po­wie­dzia­ła mi tak:

- Wie pani, dziś rano szłam do pra­cy. Spoj­rza­łam na tra­wę, była taka zie­lo­na. Po­my­śla­łam: Boże, to już je­sień, zno­wu rok, któ­re­go nie za­uwa­ży­łam, Da­ria ma już trzy lat­ka, za­raz bę­dzie mia­ła czte­ry, a ja na­wet tego nie spo­strze­głam. Roz­pła­ka­łam się. Chcia­łam wró­cić do przed­szko­la, gdzie ją zo­sta­wi­łam, przyj­rzeć jej się. Czy ja je­stem głu­pia?

B., pi­szę do Cie­bie z po­wo­du jej wy­zna­nia i Two­ich na­rze­kań, że już nie masz siły. Ca­łu­ję Cię. Za­uważ, ktoś o To­bie my­śli, ktoś do Cie­bie na­pi­sał, czy­taj, to jest ta chwi­la, de­lek­tuj się nią. Żyj.

PS Moja mło­da zna­jo­ma opo­wia­da mi, że jej mąż, gra­fik kom­pu­te­ro­wy, pra­cu­ją­cy w biu­rze re­kla­my, kie­dy robi się dużą kam­pa­nię ja­kie­goś pro­duk­tu, w ogó­le nie wra­ca do domu. Wca­le się nie wi­du­ją. Nie żyją. On prze­sy­pia się chwi­lę na ka­na­pie w pra­cy albo - je­śli ka­na­pa jest za­ję­ta przez in­nych mło­dych na do­rob­ku - pod kom­pu­te­rem, na wy­kła­dzi­nie, jak to okre­śla, prysz­nic mają na miej­scu, śnia­da­nia im do­no­szą. Mło­dzi to te­raz do­pie­ro mają trud­no. Bra­ku­je im cza­su, żeby się ko­chać, nie mó­wiąc o prze­czy­ta­niu wier­sza. Ca­łu­ję Cię -

Two­ja K.

Moja dro­ga B.! Dziś tak mi źle, że mu­szę do Cie­bie na­pi­sać. Co to była za noc! Wiatr wiał jak osza­la­ły, wście­kał się, sza­lał, ry­czał, gwiz­dał, darł się roz­dzie­ra­ją­co. Był tak wście­kły, jak­by chciał roz­wa­lić, roz­trza­skać ten świat. I miał ra­cję.

Je­stem we Wło­szech, na lo­dow­cu znaj­du­ją­cym się na wy­so­ko­ści 3300 me­trów. Już świt. Całą noc, za­dzi­wio­na tym tak gwał­tow­nym wia­trem i śnie­ży­cą, nie zmru­ży­łam oka. Przed chwi­lą mój te­le­fon wy­świe­tlił mi tek­sto­wą wia­do­mość z Pol­ski. Dziś w nocy zmarł Ja­cek Jan­czar­ski... Pa­trzę na ekran te­le­fo­nu, na to ab­sur­dal­ne zda­nie, cią­gle, jak za­cza­ro­wa­na, i wciąż nie mogę uwie­rzyć, że to praw­da. Za co? Po co? Dla­cze­go? Ja­kim pra­wem! Z ja­kiej winy? Z ja­kie­go pie­przo­ne­go po­wo­du, do cho­le­ry? Pa­trzę w okna, przed chwi­lą jesz­cze roz­sa­dza­ne bu­rzą śnież­ną, sie­dzą ci­chut­kie, na­gle po­tul­nie cze­ka­ją, na­wet nie dy­szą, nie oka­zu­ją, że są umę­czo­ne tą nocą, a tak się skar­ży­ły, tak ję­cza­ły, tak na­rze­ka­ły i pła­ka­ły całą noc. Aaaa! Gów­no mnie ob­cho­dzą cho­ler­ne wło­skie ja­kieś okna, co one wie­dzą o moim pol­skim ży­ciu? O Jac­ku? Nie żyje! Dla­cze­go? Pro­te­stu­ję! Nie zga­dzam się! Ogo­lę się na łyso! Zja­dę na oślep przez bu­rzę i wiatr z lo­dow­ca, gło­wą w dół, po stro­mych ścia­nach, po lo­dzie. Nie, po­ło­żę się i nie wsta­nę, aż mnie do tego nie zmu­szą, albo wsko­czę za­raz do pu­ste­go o tej po­rze ba­se­nu i będę pły­wać tak dłu­go, do­pó­ki nie za­słab­nę i nie ze­mdle­ję. Ta śmierć bu­dzi we mnie ab­sur­dal­ną chęć sa­mo­oka­le­cze­nia, de­struk­cji, złość, a za­miast żalu czu­ję tyl­ko wście­kłość i sprze­ciw.

Czy go zna­łam? Nie, wła­ści­wie tak na­praw­dę to go nie zna­łam. Przy­bie­głam kie­dyś do nie­go, bo miesz­kał bli­sko wy­twór­ni fil­mo­wej, i krzyk­nę­łam:

- Pisz szyb­ko ja­kieś naj­głup­sze sło­wa do pio­sen­ki, któ­re ci przy­cho­dzą do gło­wy, są po­trzeb­ne za dzie­sięć mi­nut w fil­mie, Ju­rek Sa­ta­now­ski cze­ka przy kla­wia­tu­rze, żeby do nich coś rów­nie bez­na­dziej­ne­go skom­po­no­wać!

- Jak się na­zy­wa film? - za­py­tał tyl­ko.

- Prze­słu­cha­nie - od­po­wie­dzia­łam.

- O co tam cho­dzi? - rzu­cił, sia­da­jąc do ma­szy­ny.

- No, prze­słu­chu­ją mnie - od­po­wie­dzia­łam.

I już pi­sał....

Zgad­nij, kot­ku, co mam w środ­ku,

co się dzie­je w du­szy mej.

Przy­tul głów­kę swej ma­lut­kiej,

tro­chę do­brej, tro­chę złej...

Wiem, że kie­dyś bar­dzo lu­bił słu­chać, jak opo­wia­dam, mó­wił, że cała je­stem jed­ną za­baw­ną aneg­do­tą, i to on przed laty na­mó­wił mnie na pi­sa­nie fe­lie­to­nów do "Szpi­lek", któ­rych był przez chwi­lę re­dak­to­rem na­czel­nym. Jemu, czer­wo­na jak bu­rak, ze zwi­nię­tej, zmię­to­szo­nej kart­ki, po ci­chu, do ucha, czy­ta­łam pierw­sze swo­je wy­po­ci­ny. Ale tak na­praw­dę nie zna­łam go. Ale był mi po­trzeb­ny, świa­do­mość, że gdzieś tam jest, że moż­na być ta­kim czło­wie­kiem jak on, sta­ła się nie­zbęd­na do ży­cia.

Za­py­tał kie­dyś, jaki jest mój ulu­bio­ny wiersz. Bez wa­ha­nia po­wie­dzia­łam, że Pieśń mi­ło­sna J. Al­fre­da Pru­froc­ka Elio­ta, a szcze­gól­nie frag­ment:

Nie! Nie je­stem Księ­ciem Ham­le­tem, nikt mnie nie brał za nie­go;

Je­stem człon­kiem or­sza­ku, tym, któ­ry

Uro­czy­sto­ści do­da­je po­wa­gi,

Za­gra w dwóch lub trzech sce­nach.

Do­ra­dzi księ­ciu, jest do usług,

Skwa­pli­wie speł­nia po­le­ce­nia,

Jest po­li­tycz­ny, prze­zor­ny, dba­ły o każ­dy szcze­gół,

Pe­łen wznio­słych mak­sym, ale tro­chę tępy,

Cza­sem, za­iste, pra­wie śmiesz­ny.

Pra­wie, cza­sem, Bła­zen.

Sta­rze­ję się... sta­rze­ję...

Nie­dłu­go man­kie­ty u spodni pod­wi­nę.

Może so­bie roz­dział zro­bię z tyłu gło­wy?

Czy ośmie­lę się zjeść brzo­skwi­nię?

Będę prze­cha­dzał się wzdłuż mo­rza w spodniach

z bia­łej fla­ne­li.

Sły­sza­łem śpie­wy to­pie­lic.

Nie są­dzę, aby kie­dyś mia­ły śpie­wać do mnie.

przeł. Wła­dy­sław Du­lę­ba

Ja­cek słu­chał, po­tem, po chwi­li ci­szy, w któ­rej ja wsty­dzi­łam się, że na­gle re­cy­tu­ję ja­kiś wiersz, a nig­dy tego nie ro­bię, to mnie że­nu­je, wier­sze są jak wy­zna­nia mi­ło­sne, czy­ta się je i słu­cha ich w sa­mot­no­ści, bo tak jest le­piej, po­wie­dział: "To jest o mnie".

Nie zna­łaś go, moja B., ża­łuj, kie­dy zna się lu­dzi ta­kich jak on, to wciąż ma się na­dzie­ję i wia­rę. A tak jej mało.

Do­brze, że na­pi­sa­łam ten list. Te­raz mi le­piej. Idę wziąć bu­rzę za mor­dę, a swo­ją dro­gą nie dzi­wię jej się, każ­dy cza­sem chciał­by roz­trza­skać ten świat i po­rzą­dek rze­czy, na jaki je­ste­śmy ska­za­ni. Ale co może taka wło­ska, na­wet lo­dow­co­wa, bu­rza?

Two­ja K.

PS A Ty, Jac­ku, pisz tam so­bie da­lej, tak jak chcesz, o ma­łym czło­wiecz­ku, któ­re­go za­wsze lu­bi­łeś naj­bar­dziej, za to, że ma wady i śmiesz­no­ści, lu­bi­łeś czło­wie­ka zwy­kłe­go, co­dzien­ne­go, z błę­da­mi. Mam na­dzie­ję, że anio­ły też nie są do­sko­na­łe i do­star­czą Ci, tak jak my, ma­te­ria­łu do aneg­dot. Ca­łu­ję Cię.

Moja dro­ga B.! Czy wiesz, że ta mała, miła pani, przy­szła ce­sa­rzo­wa Ja­po­nii, po­ro­ni­ła? Bie­dac­two! A już ostat­nio uśmie­cha­ła się sze­rzej, cho­dzi­ła pew­niej i pa­trzy­ła lu­dziom w oczy, wy­da­wa­ła się wresz­cie nie tak za­lęk­nio­na. Od ja­kie­goś cza­su wszyst­kie kre­tyń­skie ga­ze­ty i te­le­wi­zje krzy­cza­ły, że jest w cią­ży, sta­ło się, uda­ło się, a ona i mąż uśmie­cha­li się, skrom­nie spusz­cza­li gło­wy. Se­kun­do­wa­łam im w tej cią­ży jak nikt i na­gle, wczo­raj, klę­ska, tra­ge­dia, ko­niec. Co ona te­raz musi bied­na prze­ży­wać, jak jej musi być źle! Chcia­ła­bym móc do niej za­dzwo­nić. Bie­dac­two!

Naj­pierw po­ka­zy­wa­li jego w sztucz­ko­wych spodniach i ża­kie­cie, na­stęp­cę tro­nu, któ­ry nie może zna­leźć żony. Po­tem ją, miłą, w dżin­sach, uśmiech­nię­tą, ab­sol­went­kę dwóch uni­wer­sy­te­tów an­giel­skich, wy­bran­kę, na­dzie­ję na po­tom­ka i szczę­ście ro­dzi­ny ce­sar­skiej. Póź­niej świat dłu­go wi­dy­wał ich ra­zem, uśmiech­nię­tych, jego w sztucz­ko­wych spodniach, ją w ki­mo­nie, i wszy­scy za­sta­na­wia­li się, czy jest do­brą żoną, czy nie za­nad­to zeu­ro­pe­izo­wa­ną i wy­kształ­co­ną, oraz nad tym, jak ona się wła­ści­wie czu­je w tym ki­mo­nie. Od kil­ku lat oboj­gu sztucz­nie uśmiech­nię­tym, jemu w sztucz­ko­wych spodniach, a jej za­lęk­nio­nej, to­wa­rzy­szył wiecz­nie ko­men­tarz: "Cią­gle nie!... Jesz­cze nie!... Oto ta, co nie może!... Ko­bie­ta, któ­ra nie może mieć dzie­ci!!!". Czy­tał to i oglą­dał ją cały świat, a ona była co­raz smut­niej­sza, z co­raz bar­dziej wy­krzy­wio­ny­mi na siłę w uśmie­chu usta­mi. Nie­daw­no ra­dość, na­głe szczę­ście, wczo­raj po­ro­nie­nie.

Wzię­łam do ręki książ­kę Me­dy­cy­na chiń­ska, za­czę­łam szu­kać: po­ro­nie­nie, dla­cze­go? Jak mu za­po­biec? O co tu cho­dzi? Gdzie le­kar­stwo? Oka­za­ło się, że to du­sza, że to z jej czi nie jest do­brze. Od po­cząt­ku to wie­dzia­łam. Chiń­ska me­dy­cy­na, czy­ta­łam, nie od­dzie­la cia­ła od du­szy. Jed­no jest od dru­gie­go za­leż­ne. Cała me­dy­cy­na za­chod­nia, któ­ra jest ofia­rą Kar­te­zju­sza, lub je­śli kto woli, wszyst­ko mu za­wdzię­cza, od­dzie­la ab­so­lut­nie cia­ło od du­szy i le­czy tyl­ko cia­ło albo tyl­ko du­szę, a tę w zni­ko­mym stop­niu, bo nie umie (ko­men­tarz mój)... W me­dy­cy­nie chiń­skiej funk­cje cia­ła i umy­słu są nie­ro­ze­rwal­ne i sta­no­wią wy­raz chi. Chi to ją­dro, mo­tor ży­cia. To ży­cie. Wszyst­ko - dzia­ła­nie zmy­słów, my­śle­nie, od­czu­wa­nie, tra­wie­nie, zdol­ność do ru­chu i roz­mna­ża­nie - to chi. Jest pod­sta­wą, ta­jem­ni­cą i cu­dem. Py­tam więc, co się dzie­je z czi przy­szłej ce­sa­rzo­wej? Coś jest nie tak, od po­cząt­ku to czu­łam, wi­dzia­łam to na zdję­ciach.

Jed­na z mo­ich przy­ja­ció­łek, le­kar­ka, po­wta­rza­ła mi za­wsze: gło­wa, naj­waż­niej­sza jest gło­wa, i opo­wia­da­ła hi­sto­rię o trzech bra­ciach cho­rych na gruź­li­cę, z któ­rych dwóch prze­ży­ło, a je­den zmarł. "A dla­cze­go zmarł?" - py­ta­ła za­wsze moja zna­jo­ma. A dla­te­go, że jed­no­cze­śnie prze­ży­wał za­wód mi­ło­sny! Pro­ste. Du­szy od cia­ła nie da się od­dzie­lić! Bied­na, smut­na, nie­szczę­śli­wa ce­sa­rzo­wa.

Moja B., dla­cze­go do Cie­bie o tym pi­szę? Bo po pierw­sze, od razu Ty mi przy­szłaś do gło­wy, po dru­gie, kie­dyś Two­je wy­zna­nia do­ty­czą­ce ma­cie­rzyń­stwa wpra­wi­ły mnie w osłu­pie­nie, po trze­cie, nie masz dzie­ci i pew­nie już mieć nie bę­dziesz, a to wszyst­ko ra­zem to Two­ja oso­bi­sta spra­wa i Twój wła­sny wy­bór, w od­róż­nie­niu od ma­łej nie­szczę­snej ce­sa­rzo­wej. I na tym po­le­ga nie­spra­wie­dli­wość, że jej po­tom­stwo zu­peł­nie nie jest jej oso­bi­stą spra­wą. To wła­śnie wpę­dza mnie w taką de­pre­sję. Roz­krzy­żo­wu­ją ją cią­gle nagą przed świa­tem i krzy­czą: "Nie może! To ta, co nie może... Wy mo­że­cie, je­ste­ście lep­si albo, je­śli też nie mo­że­cie, nie je­ste­ście gor­si...". Ohy­da. Pew­nie zo­ba­czę ją znów, gdzieś, nie­dłu­go, obok swo­je­go męża, nie­zdra­dza­ją­ce­go żad­nych uczuć, jak na Ja­poń­czy­ka i przy­szłe­go ce­sa­rza przy­sta­ło. Zo­ba­czę, jak ki­wa­ją śmiesz­nie i nie­śmia­ło ma­ły­mi rącz­ka­mi, po­zdra­wia­jąc i prze­pra­sza­jąc lud Ja­po­nii. Nie wiem, cze­go pani ży­czyć, pani ce­sa­rzo­wo. Ży­czę wszyst­kie­go, wszyst­kie­go do­bre­go albo tego, żeby pani może le­piej już nie była tą ce­sa­rzo­wą? Mam ko­le­żan­kę, ko­cha­ną B., ona nie chce mieć dziec­ka, nig­dy nie chcia­ła, i wie pani... ona może so­bie na to po­zwo­lić, a gdy­by pani wie­dzia­ła w do­dat­ku, ja­kie są jej ar­gu­men­ty w tej spra­wie!? Twier­dzi, że nie jest przy­go­to­wa­na, że nig­dy do tego nie do­ro­sła, że ma ta­kie pro­ble­my ze sobą samą, iż nie może wziąć od­po­wie­dzial­no­ści tak­że i za dziec­ko. Czy pani so­bie wy­obra­ża coś ta­kie­go? To wszyst­ko gło­wa! Ona też ma coś z gło­wą, tyl­ko w cał­kiem od­wrot­ną stro­nę niż pani! To tyle. Po­zdra­wiam.

A te­raz po­zdra­wiam i Cie­bie, moja B., mam na­dzie­ję, że mimo wszyst­ko je­steś szczę­śli­wa. A zresz­tą radź­cie so­bie same, moje dzie­ci kasz­lą i mam na­dzie­ję, że to zwy­kłe kar­te­zju­szow­skie prze­zię­bie­nie, a nie re­zul­tat ja­kichś kło­po­tów du­cho­wych.

Ca­łu­ję, Two­ja K.,

mat­ka troj­ga dzie­ci, bę­dą­cych re­zul­ta­tem świa­do­me­go wy­bo­ru i - jak u ce­sa­rzo­wej - ogrom­nych sta­rań, tyle tyl­ko, że za­koń­czo­nych po­wo­dze­niem. Ale świat o tych zma­ga­niach nie wie­dział.

Dro­ga B., to nie jest list dla męż­czyzn i mam na­dzie­ję, że ża­den go nie prze­czy­ta. Je­stem ak­tor­ką, w grud­niu koń­czę czter­dzie­ści sie­dem lat, moja twarz i cia­ło to mój warsz­tat pra­cy, po­win­nam o sie­bie dbać, żeby do­brze wy­glą­dać. I po­win­nam mieć świa­do­mość, że jak się sta­rze­ję, to ro­bię pu­blicz­no­ści przy­krość, bo to lu­dziom uświa­da­mia, że i oni się sta­rze­ją, i nie będą chcie­li mnie oglą­dać, żeby so­bie nie przy­po­mi­nać nie­po­trzeb­nych rze­czy.

Wszyst­ko to wiem. Ale cóż, mogę tyl­ko po­wie­dzieć, że się sta­ram. Od cza­su do cza­su, jak mi się przy­po­mni. Ale żyję za szyb­ko, śpię za mało, pra­cu­ję za dużo, nie mogę zre­zy­gno­wać z wie­lu "po­sta­rza­ją­cych" przy­jem­no­ści, bo nie mam sil­ne­go cha­rak­te­ru i wła­ści­wie ro­bię wszyst­ko, żeby wy­glą­dać jak naj­go­rzej. Z dru­giej stro­ny, moja dro­ga B., nie mogę się oprzeć my­śli, że jaki się kto uro­dził, to taki jest i nic na to nie po­ra­dzi, choć­by nie wiem jak się sta­rał. Je­den ma krót­kie nogi i nie da się ich prze­dłu­żyć, dru­ga ma brzyd­ką cerę i rzad­kie wło­sy już od dzie­ciń­stwa, a trze­cia jest fan­ta­stycz­na od stóp do głów, mimo że w tym kie­run­ku nic nie robi.

B., w Mi­la­nów­ku miesz­ka naj­pięk­niej­szy al­ko­ho­lik świa­ta. Kie­dyś sta­łam za nim w ko­lej­ce w skle­pie. Nig­dy nie wi­dzia­łam pięk­niej­sze­go kształ­tu dło­ni, ład­niej skle­pio­ne­go czo­ła, bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nej li­nii nosa. Oczu. Nie­praw­do­po­dob­na har­mo­nia, kla­sa, sub­li­ma­cja. Je­stem pew­na, że zro­bił i robi wszyst­ko, co moż­na, żeby znisz­czyć swo­ją uro­dę, i rów­nie pew­na, że nig­dy mu się to nie uda. Bo tak ma. A inni tak nie mają. Ja na przy­kład tak nie mam, a za to nie piję pra­wie w ogó­le, ale na uro­dę nie ma to, nie­ste­ty, wiel­kie­go wpły­wu. B., wiem, że moim oby­wa­tel­skim obo­wiąz­kiem jest o sie­bie dbać, że kino mo­ral­ne­go nie­po­ko­ju, któ­re­go by­łam gwiaz­dą, się skoń­czy­ło, a ra­zem z nim za­po­trze­bo­wa­nie na ak­tor­ki brzyd­kie, nie­efek­tow­ne i za­nie­dba­ne, że we­szli­śmy w cza­sy ka­pi­ta­li­zmu i ko­mer­cji, a tym sa­mym tyl­ko pięk­ne i wy­po­czę­te mają ra­cję bytu. Wiem, ale... brak mi cza­su! B., po­słu­chaj, wy­my­śli­łam cały sys­tem, "jak dbać o sie­bie, nie tra­cąc cza­su", przy­zna­ję jed­nak, że wy­ni­ki są mi­zer­ne.

A za­tem:

1) Od­po­czy­wam w wan­nie z ma­secz­ką na twa­rzy. Ja­ką­kol­wiek. Wcho­dzę do wan­ny i buch! Ma­secz­ka. Któ­re­goś dnia prze­czy­ta­łam na pu­deł­ku, że moż­na ją sto­so­wać co dwa ty­go­dnie. Nie­waż­ne!

2) Idę do ko­sme­tycz­ki je­dy­nie wte­dy, gdy mu­szę coś prze­my­śleć, nad czymś się za­sta­no­wić. Nie za­uwa­żam, co ona ze mną robi, ale wy­cho­dzę od niej z roz­wią­za­nym pro­ble­mem, kon­cep­cją roli, stra­te­gią dzia­ła­nia.

3) Ku­pu­ję so­bie coś no­we­go tyl­ko wów­czas, je­śli moja dro­ga wie­dzie obok skle­pu. Bio­rę od razu dwie sztu­ki, żeby za­osz­czę­dzić tro­chę cza­su w przy­szło­ści, a po­nie­waż od lat po­do­ba­ją mi się ta­kie same rze­czy, nie są­dzę, by za ro­giem cze­ka­ła na mnie su­kien­ka mo­je­go ży­cia.

4) Ubie­ram się w dwa ko­lo­ry, w związ­ku z tym wszyst­ko do wszyst­kie­go pa­su­je i nie tra­cę cza­su na za­sta­na­wia­nie się, w co się ubrać.

5) Ku­pu­ję wszyst­ko za małe, w roz­mia­rze 36, jak przed dwu­dzie­stu laty. Dzię­ki temu mu­szę być taka sama "na gru­bość", jak to okre­śla­ją moje dzie­ci.

6) Myję twarz szczot­ką, żeby było szyb­ko i do­kład­nie.

7) Far­bu­ję wło­sy tyl­ko wte­dy, kie­dy mu­szę zro­bić po­rzą­dek w sza­fie lub prze­czy­tać sce­na­riusz lub sztu­kę.

8) Kie­dy ro­bię mi­ze­rię, sma­ru­ję twarz skór­ka­mi z ogór­ka, tak jak to ro­bi­ła moja bab­cia.

9) Kie­dy mu­szę się uczyć cze­goś na pa­mięć czy po­wtó­rzyć rolę, idę na ma­ni­kiur albo pe­di­kiur. Zda­rzy­ło mi się też "za­grać" moje mo­no­dra­my w so­la­rium.

10) Kie­dy ro­dzę dzie­ci w póź­nym wie­ku, po­dob­no od­na­wiam się bio­lo­gicz­nie.

Jak wi­dać, ro­bię, co mogę. Ale przede wszyst­kim, i Ty, B., wiesz o tym naj­le­piej, ko­cham się śmiać. Ca­łu­ję Cię, moja dro­ga, sta­ra B.

Two­ja K.

Dro­ga moja B.! Coś Ci opo­wiem. Jak wiesz, czę­sto cho­dzę do fry­zje­ra. To je­den z mo­ich obo­wiąz­ków za­wo­do­wych. Nie­na­wi­dzę tego, tak jak nie­na­wi­dzę cza­su spę­dza­ne­go u ma­ni­kiu­rzyst­ki i ko­sme­tycz­ki. Trud­no, sta­ram się ogra­ni­czać do mi­ni­mum czas temu po­świę­ca­ny, za­wsze się wte­dy cze­goś uczę albo czy­tam. Nie­ste­ty czę­sto zda­rza mi się ja­kieś nie­spo­dzie­wa­ne wyj­ście, nie­prze­wi­dzia­ny wcze­śniej wy­wiad przed ka­me­rą czy szyb­ka se­sja zdję­cio­wa do cze­goś tam i mu­szę od­wie­dzić fry­zje­ra na­tych­miast. Do­jazd do War­sza­wy zaj­mu­je mi go­dzi­nę, ko­rzy­stam więc czę­sto z licz­nych za­kła­dów fry­zjer­skich w moim ulu­bio­nym mia­stecz­ku, w któ­rym miesz­kam. Otóż kie­dy przy­jeż­dżam do sa­lo­nu fry­zjer­skie­go w War­sza­wie, na­wet nie umó­wiw­szy się wcze­śniej, wi­ta­ją mnie tam za­wsze z uśmie­chem, prze­pra­sza­ją, że mu­szę tro­chę po­cze­kać, pro­po­nu­ją kawę, ga­ze­tę, mó­wią, że ład­nie wy­glą­dam, choć­bym wy­glą­da­ła okrop­nie, że schu­dłam, że do­brze mi z tym ite­de. Fry­zjer­ka myje mi de­li­kat­nie gło­wę, wma­so­wu­je od­żyw­kę, in­for­mu­jąc, ja­kich pro­duk­tów uży­wa, do­ra­dza, ja­kie brać wi­ta­mi­ny dla po­pra­wie­nia kon­dy­cji wło­sów, kom­ple­men­tu­jąc mnie jed­no­cze­śnie, że mam je w świet­nym sta­nie, pyta, gdzie by­łam na wa­ka­cjach, jak zdro­wie moje, męża, dzie­ci, jest uśmiech­nię­ta, miła itd., itd.

Kie­dy wcho­dzę do fry­zje­ra w moim uko­cha­nym mia­stecz­ku, w któ­rym za­kła­dów jest chy­ba z osiem, po pro­stu za­głę­bie za­kła­dów fry­zjer­skich, nie wia­do­mo dla­cze­go zresz­tą, bo nikt do nich nie cho­dzi, fry­zjer­ka czy­ta ga­ze­tę i na­wet nie drgnie, kie­dy sta­ję w drzwiach. W sa­lo­nie zwy­kle nie ma ni­ko­go. Py­tam, spe­szo­na nie­chęt­nym przy­ję­ciem, czy mo­gła­bym się ucze­sać, a wte­dy ona, od­gry­za­jąc kęs buł­ki i nadal nie ru­sza­jąc się z miej­sca, z peł­ny­mi usta­mi, pyta:

- A jak?

- Zwy­czaj­nie - od­po­wia­dam. - Chcia­ła­bym umyć gło­wę i uło­żyć wło­sy przy uży­ciu szczot­ki.

Wte­dy ona wska­zu­je ru­chem gło­wy, że­bym po­szła do umy­wal­ki, po­wo­li koń­czy jeść, w dro­dze do mnie wy­glą­da przez okno, by zo­ba­czyć, co się dzie­je na uli­cy, na któ­rej, jak to w ma­łym mia­stecz­ku, nie dzie­je się nic, i za­czy­na mnie dra­pać i ury­wać mi gło­wę, czy­li myć wło­sy. Po czym mnie pro­wa­dzi do lu­stra, naj­czę­ściej źle oświe­tlo­ne­go, w któ­rym wy­glą­dam jak masz­ka­ra; na do­da­tek od­bi­ja się w nim szy­ba, a za nią cała uli­ca, i oczy­wi­ście każ­dy prze­cho­dzą­cy może mnie so­bie, taką wstręt­ną, obej­rzeć. Fry­zjer­ka mówi:

- Boże, jak pani źle wy­glą­da, cho­ra pani czy co? - I za­czy­na roz­cze­sy­wać moje bied­ne wło­sy, szar­piąc je i wy­ry­wa­jąc bez li­to­ści. Na­stęp­nie sły­szę uwa­gi w ro­dza­ju: - Oj, li­chut­kie te wło­ski, li­chut­kie, byle ja­kie, i po co toto trzy­mać? Ob­cię­ła­by je pani w pio­ru­ny.

Nie­śmia­ło mó­wię, że są mi po­trzeb­ne do roli. Na co ona po­chy­la się i mówi:

- Niech pani zła­pie moje wło­sy, wi­dzi pani, to są wło­sy! Od uro­dze­nia ta­kie mam. Mnie ucze­sać to sztu­ka, na­wet ko­le­żan­ki nie chcą. - I ze zdwo­jo­ną pa­sją za­czy­na się znę­cać nad mo­imi, gło­wa od­ska­ku­je mi jak pił­ka, a ona mówi, mówi i mówi bez chwi­li wy­tchnie­nia. Że ją gło­wa boli, że ma nie­do­bre wy­ni­ki ba­dań krwi, że jej zmien­nicz­ka to bru­das i obi­bok, że lu­dzie to te­raz zwie­rzę­ta, mówi, co my­śli o ak­tu­al­nym rzą­dzie, te­le­wi­zji i le­ka­rzach. Po­tem pyta, kto jest mę­żem X, Y, Z i czy to praw­da, że dziec­ko Z jest z tym i z tym, a R., T. i J. ona po pro­stu nie cier­pi, jak są w te­le­wi­zji, to zmie­nia pro­gram, M. to się tak utu­czy­ła, że po­win­na się wsty­dzić, bo taka z niej była faj­na bab­ka. La­kie­ru­je moją fry­zu­rę tak, że mnie ośle­pia na do­bre dzie­sięć mi­nut, nie za­uwa­ża, że nie ode­zwa­łam się przez cały czas ani sło­wem, i bie­rze za te wszyst­kie usłu­gi - co praw­da, to praw­da - po­ło­wę ceny war­szaw­skiej. Ale cóż z tego, sko­ro po wi­zy­cie u niej mu­szę brać leki uspo­ka­ja­ją­ce i nie mam od­wa­gi sta­nąć przed ka­me­rą.

Two­ja K.

Dro­ga B.! Mó­wisz co­raz czę­ściej, że je­steś sama. Co to zna­czy sama? Tro­chę mnie to wku­rza, po pierw­sze, za czę­sto to mó­wisz, po dru­gie, co przez to ro­zu­miesz, co chcesz po­wie­dzieć, tak na­praw­dę? Słu­chaj, B., masz tro­chę skom­pli­ko­wa­ny cha­rak­ter, je­steś nie­wąt­pli­wie in­te­re­su­ją­cym czło­wie­kiem, nie­spo­koj­nym, ko­bie­tą, któ­ra ma wy­ma­ga­nia w sto­sun­ku do ży­cia i chce ro­bić rze­czy in­te­re­su­ją­ce, da się z Tobą po­ga­dać, masz wie­lu przy­ja­ciół. Nie je­steś sama. To praw­da, nie spo­tka­łaś męż­czy­zny, któ­ry by z Tobą na dłuż­szą metę wy­trzy­mał, to zna­czy, nie spo­tka­łaś na­praw­dę mi­ło­ści ży­cia lub ocze­ki­wa­łaś za każ­dym ra­zem (a były dwa) za dużo. Ale nie o tym chcę mó­wić, bo pro­blem jest skom­pli­ko­wa­ny i na ko­lej­ną dłu­gą noc­ną roz­mo­wę.

Wczo­raj, przy­pad­ko­wo, ja­dąc sa­mo­cho­dem, wy­słu­cha­łam dłu­gie­go wy­wia­du z od­wie­dza­ją­cym wła­śnie Pol­skę Jac­kiem Kacz­mar­skim. Po­etą, bar­dem So­li­dar­no­ści, tej So­li­dar­no­ści sprzed lat, i wte­dy moim do­brym zna­jo­mym. Od ja­kie­goś cza­su miesz­ka w Au­stra­lii. Po­mi­ja­jąc to, że z przy­jem­no­ścią słu­cha­łam znów, jak ktoś mówi ład­nie i spo­koj­nie po pol­sku, to zo­rien­to­wa­łam się, że Ja­cek, nie bę­dąc tu­taj, nie uczest­ni­cząc w ogól­nym sty­lu by­cia, wy­po­wia­da­nia się i na­szych pro­ble­mach, nie wie, że to jed­na z roz­gło­śni ra­dio­wych, w któ­rych po wy­wia­dzie ze zna­nym czło­wie­kiem, na przy­kład na te­mat tego, co lubi jeść, za­da­je się słu­cha­czom głu­pie py­ta­nia kon­kur­so­we w ro­dza­ju: jaka po­tra­wa nie uda­je się żo­nie pana X, cze­ka­my na te­le­fo­ny, na­gro­dą bę­dzie książ­ka ku­char­ska i po­dróż do­oko­ła świa­ta... Mie­lo­ne!!! Oczy­wi­ście, że mie­lo­ne!!! Gra­tu­lu­ję. Otóż, nic nie wie­dząc o tych ra­diach, na an­te­nach któ­rych wciąż kłó­cą się albo udzie­la­ją wy­mi­ja­ją­cych od­po­wie­dzi ko­lej­ni po­li­ty­cy, jak sła­bi ucznio­wie w kla­sie, o ra­diach, gdzie otwar­te mi­kro­fo­ny dla wszyst­kich spo­wo­do­wa­ły, że wy­po­wia­da­ją się w każ­dej spra­wie ja­cyś pry­mi­tyw­ni mę­dr­ko­wie, oszo­ło­my, pro­win­cju­sze o fa­szy­stow­skich po­glą­dach, Ja­cek mó­wił po pro­stu jak czło­wiek. Jak ktoś, kto nie jest pe­wien, ale my­śli, nie ma re­cep­ty, ale się nad nią za­sta­na­wia, a przede wszyst­kim nie boi się uży­wać wiel­kich słów, wy­po­wia­da­jąc się na te­mat obo­wiąz­ków, wy­bo­rów mo­ral­nych, ce­lów ży­cio­wych; po pro­stu wspa­nia­łych, jed­no­znacz­nych, wiel­kich słów, któ­rych się od ja­kie­goś cza­su wsty­dzi­my. Ja też, ja­koś w tych cza­sach wy­da­ją mi się pre­ten­sjo­nal­ne. Ale to nie­waż­ne. Moja miła, za­sta­no­wi­ła mnie w jego wy­po­wie­dzi jed­na rzecz, wią­żą­ca się z Two­imi pro­ble­ma­mi; Ja­cek od­róż­nił w tej roz­mo­wie sa­mot­ność od osa­mot­nie­nia, któ­re jest nie­wąt­pli­wie strasz­ne, jest tra­ge­dią. Po­wie­dział: je­stem sam w domu, na brze­gu oce­anu, tyl­ko cza­sa­mi by­wam tam z kimś, tak się uło­ży­ło, ale nie czu­ję się osa­mot­nio­ny. Czę­sto je­stem sam i lu­bię to. "Co pan wte­dy robi?" "My­ślę - od­po­wie­dział - po pro­stu my­ślę". B., jak ja lu­bię my­śleć! Ty też, nie kłam, a poza tym nie je­steś osa­mot­nio­na, masz wie­lu przy­ja­ciół, zna­jo­mych, je­steś im po­trzeb­na, sta­no­wisz miłe to­wa­rzy­stwo, a je­śli chcesz tego wię­cej, to się o to po­sta­raj, to nie­trud­ne, inni też tego pra­gną. Kon­klu­du­jąc: obie lu­bi­my sa­mot­ność, chwi­lę wy­ci­sze­nia, czas dla sie­bie - to naj­bar­dziej twór­cze mo­men­ty w ży­ciu. Pa­mię­tasz ten wiersz Po­świa­tow­skiej:

nie je­stem sama

ze mną jest woda

któ­ra pa­trzy mo­imi oczy­ma

uśmie­cha się mo­imi usta­mi

i na­słu­chu­je

ty­sią­ca słów zło­tych sło­necz­nych

uskrzy­dlo­ne sło­wa

ptac­two pie­rza­ste

chmu­ry was nade mną

jak po­ca­łun­ki

gar­nie­cie się do rąk do ust.

I wszyst­ko pło­nie

roz­sy­pa­ne w słoń­cu

nie je­stem sama

ze mną jest tra­wa

któ­rej każ­de źdźbło

po­wta­rza kształt mo­ich pal­ców

Two­ja K.

Dro­ga B.! Wiem, że masz du­szę ar­ty­sty, każ­dy ma, i wiem, że czu­jesz się wy­jąt­ko­wa, ory­gi­nal­na, pra­wie każ­dy tak się czu­je. Wiem też, że nie czu­jesz się sta­ra, co lu­bisz pod­kre­ślić stro­jem, ale to nie ma nic wspól­ne­go z za­rzą­dze­niem wa­sze­go sze­fa i Two­ją re­ak­cją na nie. Za­cho­wu­jesz się tak, jak­by to za­rzą­dze­nie, nie, za­le­ce­nie, było skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko To­bie oso­bi­ście. Ma­cie obo­wią­zek wy­glą­dać w miej­scu pra­cy "god­nie", jak to, może nie naj­szczę­śli­wiej, okre­ślo­no.

Po­pie­ram. W koń­cu prze­stań ma­ru­dzić, nikt nie każe Ci no­sić nud­nych, jak to na­zwa­łaś, sza­rych mun­dur­ków, ale przy­znasz, że Two­ja ko­le­żan­ka, pa­ra­du­ją­ca po biu­rze w ob­ci­słym swe­ter­ku i leg­gin­sach (o cho­le­ra, obce sło­wo), czy­li ela­stycz­nych raj­sto­pach, to był szok - dla mnie też. Wie­my, że ona czu­je się fan­ta­stycz­nie i uwa­ża, że ma pięk­ne nogi, a nikt tego nie za­uwa­ża, więc ła­pie czas już za ko­niu­szek ogo­na, ale to na­praw­dę prze­sa­da. Zresz­tą z nią to zu­peł­nie inna spra­wa, moim zda­niem, jej się któ­ryś z wa­szych ko­le­gów po pro­stu po­do­ba albo się za­ko­cha­ła, ma­lu­je się ostat­nio też tro­chę prze­sad­nie, za­uwa­ży­łaś? Po­świa­tow­ska na­pi­sa­ła w jed­nym z wier­szy: "od­kąd cie­bie po­zna­łam, no­szę szmin­kę w kie­sze­ni"... Wra­ca­jąc do wa­sze­go sze­fa, ma ra­cję, ja też nie zło­ży­ła­bym żad­ne­go po­waż­ne­go za­mó­wie­nia w wa­szym biu­rze, gdy­by to ona mnie ob­słu­gi­wa­ła w tych raj­sto­pach. A te­raz Twoi ko­le­dzy: są nad­zwy­czaj­ni, zdol­ni, to praw­da, ale to prze­sa­da, żeby cho­dzi­li w pra­cy w T-shir­tach, cho­le­ra, zno­wu obce sło­wo, w pod­ko­szul­kach, zgo­da, nikt nie żąda kra­wa­tów w biu­rze ar­chi­tek­to­nicz­nym, ale nie­chby przy­najm­niej ko­szu­le...

Ma­cie sza­no­wać klien­tów, miej­sce i sa­mych sie­bie. Mó­wisz, że z ko­lei se­le­dy­no­wy gar­ni­tur ar­chi­tek­ta Wald­ka i kra­wat w ne­nu­fa­ry od­stra­szył­by każ­de­go klien­ta, ale, ko­cha­na, to już jest zu­peł­nie inna kwe­stia, kwe­stia gu­stu pana Wald­ka, i masz ra­cję, że w ja­kim­kol­wiek in­nym biu­rze, urzę­dzie, miej­scu pra­cy ten gust był­by tyl­ko jego pro­ble­mem, na­to­miast w biu­rze zaj­mu­ją­cym się uro­dą rze­czy, tak to na­zwij­my, gust pana Wald­ka nie zga­dza się z ogól­nie ak­cep­to­wa­nym sty­lem, jaki lan­su­je­cie (czy to obce sło­wo, czy nie? Jak my­ślisz?). Wal­dek jest za ten gar­ni­tur do zwol­nie­nia, zga­dzam się z tobą ab­so­lut­nie. Ale B., ko­cha­na, zde­ner­wo­wa­na tym, że szef ogra­ni­cza Two­ją wol­ność oso­bi­stą, B., moim zda­niem, Ty ubie­rasz się do pra­cy świet­nie, no, może cza­sem zda­rzy Ci się ubrać tro­chę za bar­dzo wie­czo­ro­wo, ar­ty­sta wszak­że ma po­dob­no pra­wo do wszyst­kie­go, do naj­dziw­niej­szych za­cho­wań i dzi­kich eks­tra­wa­gan­cji, od tego jest ar­ty­stą, tyl­ko że ar­ty­ści rzad­ko pra­cu­ją w biu­rze, któ­re ma jed­nak cha­rak­ter usłu­go­wy. Ale wszę­dzie zda­rza­ją się ko­lo­ro­we pta­ki - i ta­kie oso­by są naj­czę­ściej to­le­ro­wa­ne, lu­bia­ne i ak­cep­to­wa­ne przez oto­cze­nie, na­wet naj­bar­dziej kon­wen­cjo­nal­ne, ale tu cho­dzi o coś zu­peł­nie in­ne­go, nie o brak sza­cun­ku dla miej­sca pra­cy, co za­rzu­ca wam wasz szef, i ma ra­cję. Prze­stań! Ludz­ką sła­bo­ścią jest chęć po­do­ba­nia się za wszel­ką cenę i każ­dy re­ali­zu­je to, jak umie i jak ro­zu­mie, inni są po pro­stu nie­wy­cho­wa­ni i nie ro­zu­mie­ją ta­kich rze­czy, dla jesz­cze in­nych tyl­ko wy­go­da się li­czy. A je­śli cho­dzi o Two­ją ko­le­żan­kę w leg­gin­sach, to ta pew­nie my­śli, że szef za­zdro­ści jej po pro­stu zgrab­nych nóg i ma­ki­ja­żu, co jest o tyle uza­sad­nio­ne, że wasz szef jest ko­bie­tą. Ca­łu­ję Cię, ko­cha­na. Nie de­ner­wuj się, je­stem z Two­im sze­fem my­śla­mi.

Two­ja K.

Dro­ga B.! Trzy dni ob­ser­wo­wa­łam na­praw­dę nie­zwy­kłą ko­bie­tę, fi­lo­zof­kę. Le­ża­łam uwię­zio­na z po­wo­du cho­ro­by w pew­nym po­ko­ju ho­te­lo­wym we Wro­cła­wiu. Z okna mo­głam do­kład­nie ob­ser­wo­wać miesz­ka­nie w domu po prze­ciw­nej stro­nie bar­dzo ru­chli­wej uli­cy, a w tym miesz­ka­niu spo­koj­ne ży­cie pew­nej pani. Z mo­je­go łóż­ka by­łam w sta­nie szcze­gó­ło­wo śle­dzić wszyst­kie dzia­ła­nia tej zdu­mie­wa­ją­cej ko­bie­ty i jej męża, a czy­ni­łam to co­raz bar­dziej za­fa­scy­no­wa­na. Cóż za zdu­mie­wa­ją­ce ży­cie!

Rano, kie­dy się bu­dzi­łam, jego już nie było, a ona sie­dzia­ła w oknie. Ubra­na, z wło­sa­mi za­krę­co­ny­mi co dzień w świe­że loki, sie­dzia­ła w oknie i w sku­pie­niu, nie­po­ru­szo­na, ob­ser­wo­wa­ła świat, nie uczest­ni­cząc w jego bie­gu, jak bo­gi­ni.

Koło dzie­sią­tej zni­ka­ła i po­ja­wia­ła się w ko­lej­nym oknie, prze­bra­na w far­tuch do sprzą­ta­nia, z chust­ką na lo­kach. Otwie­ra­ła okno i so­lid­nie, sta­ran­nie, po­wta­rza­jąc te same ru­chy, trze­pa­ła wszyst­ko, co było w po­ko­ju do wy­trze­pa­nia. Ob­rus, jaś­ki, na­rzu­tę, dwa koce, ser­wet­ki itd. Po­tem trze­pa­ła swój far­tuch i chust­kę, a na­stęp­nie do­kład­nie za­my­ka­ła okno po­ko­ju. Po chwi­li po­ja­wia­ła się w oknie kuch­ni w celu po­now­nej kon­tem­pla­cji świa­ta. Oko­ło dwu­na­stej spo­koj­nie wkła­da­ła far­tuch ku­chen­ny i za­czy­na­ła go­to­wać obiad. Zaj­mo­wa­ło jej to czas do po­wro­tu męż­czy­zny, przy czym w prze­rwach mię­dzy mie­sza­niem w garn­kach sia­dy­wa­ła w oknie. Punk­tu­al­nie o szes­na­stej trzy­dzie­ści wcho­dził do kuch­ni męż­czy­zna w płasz­czu, kładł za­ku­py na sto­le i za chwi­lę mo­głam oglą­dać przez okno po­ko­ju, jak sia­da przy sto­le, a ona po­da­je mu obiad. Nie roz­ma­wia­li ze sobą, ona nie sia­da­ła, mó­wi­ła do­pie­ro w kuch­ni, sama do sie­bie, kie­dy od­pa­ko­wy­wa­ła za­ku­py. Nie była z nich za­do­wo­lo­na, ale tego jemu, po­da­jąc dru­gie da­nie, nie oka­zy­wa­ła. Po obie­dzie on roz­kła­dał ga­ze­tę, a ona sprzą­ta­ła i zmy­wa­ła. Jej je­dzą­cej nie wi­dzia­łam nig­dy. Po prze­czy­ta­niu ga­ze­ty on włą­czał te­le­wi­zor, a ona sia­da­ła ma­je­sta­tycz­nie, roz­luź­nio­na, w oknie i obej­mo­wa­ła świat w po­sia­da­nie aż do póź­nej nocy.

 

Nig­dy nie za­uwa­ży­łam, żeby przy­śpie­szy­ła tem­po swo­ich dzia­łań albo czymś się zde­ner­wo­wa­ła, oprócz nie­za­do­wo­le­nia z za­ku­pów oczy­wi­ście. Co dzień ry­tu­ał się po­wta­rzał i co dzień te same spo­koj­ne, pew­ne ręce tak samo, w ta­kim sa­mym ryt­mie ro­bi­ły wszyst­ko. Fi­lo­zof­ka. Przez cały ten czas nie sku­si­ło jej nic! Te­le­wi­zja, spa­cer, książ­ka, roz­mo­wa, nic. Nie­by­wa­łe. Cie­ka­we, o czym cały czas my­śla­ła, a może po pro­stu znaj­do­wa­ła się cały czas w sta­nie nir­wa­ny. Fi­lo­zof­ka. Było nam ra­zem do­brze przez te trzy dni, trze­cie­go za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co z pra­niem, to mo­gło­by za­kłó­cić nasz wspól­ny rytm. Ale nie, co dzień było: okno, trze­pa­nie, okno, obiad, sprzą­ta­nie i okno do opo­ru. Od tam­tej pory czę­sto o niej my­ślę, uspo­ka­jam się przy tym.

Jadę znów do Wro­cła­wia, po­pro­szę o ten sam ho­tel i ten sam po­kój. Je­stem pew­na, że ona jed­na na tym zwa­rio­wa­nym świe­cie nie zro­bi mi nie­spo­dzian­ki i bę­dzie sie­dzia­ła w swo­im oknie, kie­dy przy­ja­dę. Czu­ję się z nią zwią­za­na. Sta­ła się jed­nym z nie­wie­lu punk­tów sta­łych w moim ży­ciu.

Ca­łu­ję Cię, ko­cha­na B., wy­trzep so­bie coś, na Cie­bie też wła­ści­wie za­wsze moż­na li­czyć, cho­ciaż na­wet po­mi­do­ro­wą ro­bisz za każ­dym ra­zem in­a­czej.

Two­ja K.

Dro­ga B., je­stem w po­dró­ży od sze­ściu dni, a wiesz, jak to lu­bię. Wy­jazd z War­sza­wy au­to­ma­tycz­nie od­ci­na mnie od wie­lu obo­wiąz­ków i daje ali­bi do nic­nie­ro­bie­nia. To jak cią­ża albo po­byt w szpi­ta­lu, je­steś uspra­wie­dli­wio­na. Nie ma mnie, wy­je­cha­łam, na­gry­wasz na se­kre­tar­kę, wró­cę tego i tego i wte­dy zno­wu sobą słu­żę... a na ra­zie zima, jak mówi Piotr Ma­cha­li­ca.

Wczo­raj w Wa­do­wi­cach zja­dłam kre­mów­kę pa­pie­ską, jak te ciast­ka te­raz na­zy­wa­ją, te, o któ­rych pa­pież mó­wił pod­czas ostat­nie­go po­by­tu w Pol­sce, te, któ­re za­pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa jako nad­zwy­czaj­ne. Otóż są zu­peł­nie zwy­czaj­ne. Ale ani tam­tej cu­kier­ni z jego wspo­mnień już nie ma, ani tam­tych kre­mó­wek. Po­szu­ku­ją gwał­tow­nie w Wa­do­wi­cach daw­nej re­cep­tu­ry, bo przy­jezd­ni z ca­łej Pol­ski chcą tych kre­mó­wek skosz­to­wać, ale na ra­zie są zwy­czaj­ne, o czym z wdzię­kiem za­wia­da­mia sprze­daw­czy­ni, za co je­ste­śmy jej wdzięcz­ni, bo kto spraw­dzi, że to nie ten smak wy­da­wał się ma­łe­mu Ka­ro­lo­wi cu­dow­ny. Smak z dzie­ciń­stwa, mag­da­len­ki u Pro­usta, trzy­dzie­ści dwie stro­ny opi­su ich sma­ku, uwiel­biam to czy­tać. Jadę przez Pol­skę, kru­szę kre­mów­ką w sa­mo­cho­dzie, czy­tam Por­tre­ty imion Ił­ła­ko­wi­czów­ny... Sześć­dzie­sią­ta dru­ga stro­na... Ka­rol...

Spoj­rzał po so­bie smut­nie i rzekł z praw­dzi­wym bó­lem:

"I po co się tak na­zy­wać, sko­ro się nie jest kró­lem?!

Imię - wiel­ko­ści, wiel­kość żąda nie­wy­go­dy.

Po­ko­ny­wać mo­ca­rze, ujarz­miać na­ro­dy,

uga­niać się za sła­wą, w za­wo­dy iść o wła­dzę

- nie moja to rzecz zgo­ła, onej nie po­ra­dzę!

Nie tędy moja dro­ga, nie ta­kiej chcę za­pła­ty...

Gdy moż­na wdziać ubra­nie, po co "ob­łó­czyć sza­ty"?

Gdy w ży­ciu me­lon no­szę i buty za­ku­rzo­ne,

po co mam dźwi­gać w go­dle miecz, ber­ło i ko­ro­nę?..."

No, ale ona nie wie­dzia­ła, kie­dy to pi­sa­ła, że, jak ja to mó­wię, pa­pież zo­sta­nie Po­la­kiem.

W Le­gni­cy nie­spo­dzian­ka, pięk­ny te­atr, na­wet za­pach pięk­ny, te­atral­ny, ku­rzo­wy. Ko­cham ta­kie te­atry.

Dziś nie­spo­dzie­wa­nie na sta­cji ben­zy­no­wej pod Ostro­wem Wiel­ko­pol­skim, na pół­ce, za 3,50 per­fu­my "Być może"... Roz­czu­li­łam się. Za­pach "Być może", któ­ry czu­łam w dzie­ciń­stwie od mo­jej bab­ci i mamy, za­nim go zmie­ni­ły na pre­fe­ro­wa­ny przez ciot­kę "Soir de Pa­ris". Dzia­dek też uży­wał ko­bie­cych per­fum "Car­men", nie wiem, gdzie je ku­po­wał, ale mdla­ły od tego za­pa­chu bab­cia, mama, cio­cia i wszy­scy lu­dzie w ko­ście­le, a po­mie­sza­ny z sil­nym za­pa­chem naf­ta­li­ny spra­wiał, że na­wet na pa­ster­ce ro­bi­ło się luź­no koło nas.

"Być może". Drżą­cy­mi rę­ko­ma, w po­śpie­chu, od­krę­ci­łam małą bu­te­lecz­kę i na­tych­miast fala zna­jo­me­go cie­pła, czu­ło­ści i wzru­sze­nia ści­snę­ła mi gar­dło. Jak do­brze, jak bez­piecz­nie, a przy tym ta na­zwa...

"Być może"... Ileż to obie­cy­wa­ło w dzie­ciń­stwie, jak uru­cha­mia­ło wy­obraź­nię, tyle mia­ło w so­bie na­dziei, opty­mi­zmu, tyle me­ta­fi­zy­ki i nie­do­słow­no­ści.

Jadę so­bie przez je­sien­ną Pol­skę, czy­tam wiersz Gał­czyń­skie­go:

Tyle zgieł­ku. Tyle miast i bram.

Far­by moje czas jak li­ście prze­mie­ni.

Oł­tarz mój - sa­mot­ny jak ja sam

- o je­sie­ni moja, je­sie­ni!

Pie­nią­dze? Jak ćmy się roz­le­cą.

Sła­wa! Nie­raz pła­kał, kto ją miał.

Przy­jaźń? Szu­kaj jej ze świe­cą

nocą, na wie­trze, wśród skał.

Jadę, wą­cham za­pach z otwar­tej ma­łej bu­te­lecz­ki, zwy­kły, nie­skom­pli­ko­wa­ny, pa­trzę so­bie na tę Pol­skę nie­dziel­ną, je­sien­ną, desz­czo­wą, na lu­dzi pod pa­ra­so­la­mi idą­cych do ko­ścio­ła, na drze­wa, dro­gi wio­dą­ce do la­sów, i zmie­niam sło­wa "być może" na "wszyst­ko być może". Za dwa dni wra­cam do War­sza­wy, moja B., i wte­dy do Cie­bie wpad­nę. Wiesz, prze­sta­nę zmie­niać per­fu­my, zo­sta­nę na za­wsze przy jed­nych, tych mo­ich uko­cha­nych, a nie­mod­nych - żeby uła­twić dzie­ciom wspo­mnie­nia.

Ca­łu­ję Cię no­stal­gicz­nie

Two­ja K.

Dro­ga B.! Je­cha­łam wczo­raj z moim mę­żem sa­mo­cho­dem. On pro­wa­dził. Śpie­szy­li­śmy się bar­dzo. Wiózł mnie na po­ciąg do Kra­ko­wa. By­li­śmy tro­chę spóź­nie­ni, zde­ner­wo­wa­ni. Przed nami je­chał od ja­kie­goś cza­su sa­mo­chód za­ka­ła, jego ma­new­ry były zdu­mie­wa­ją­ce, de­cy­zje nie­prze­wi­dy­wal­ne. Po ja­kimś cza­sie oka­za­ło się, że ten sa­mo­chód pro­wa­dzi ko­bie­ta, i wte­dy się za­czę­ło:

- No, baba! Oczy­wi­ście, że to baba, wie­dzia­łem! Zo­bacz, zo­bacz tyl­ko, jak ona je­dzie. No nie, to jest nie do wy­trzy­ma­nia. Cie­ka­we, o czym ona my­śli? A zjedź­że, babo, na pra­wy pas, po co je­dziesz le­wym, aha, pew­nie za sie­dem skrzy­żo­wań bę­dzie skrę­ca­ła w lewo i już te­raz się przy­go­to­wu­je! Co to za bab­sko bez­myśl­ne, po­win­ni jej ode­brać pra­wo jaz­dy!

Rze­czy­wi­ście, miał ra­cję, ona, ta pani, na­gle też za­czę­ła się śpie­szyć i po­sta­no­wi­ła wy­prze­dzić wszyst­kich na dro­dze, ale za­bie­ra­ła się do tego co naj­mniej dziw­nie; kie­dy już była pierw­sza, a przed nią prze­strzeń, zre­zy­gno­wa­ła i za­czę­ła zdu­mie­wa­ją­co po­wo­li je­chać le­wym pa­sem. Na do­da­tek po ja­kimś cza­sie za­pra­gnę­ła na­gle skrę­cić w pra­wo, aż cał­ko­wi­cie za­blo­ko­wa­ła wszyst­kich, sta­jąc w po­przek w kor­ku. Wszy­scy w nim utknę­li­śmy. Wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du. Po­de­szłam do niej, za­pu­ka­łam w szy­bę.

- Słu­cham, o co cho­dzi? - za­py­ta­ła uśmiech­nię­ta.

- Moja dro­ga, nie może pani tak jeź­dzić. Musi się pani sku­pić. Męż­czyź­ni pa­trzą. Oni mogą so­bie po­zwo­lić na sła­bość, my nie. Niech się pani zmo­bi­li­zu­je i po­sta­ra. Trzy­mam za pa­nią kciu­ki. Po­zdra­wiam.

Nic nie ro­zu­mia­ła. Ode­szłam, zo­sta­wia­jąc ją w osłu­pie­niu. Ko­rek za­czął się roz­ła­do­wy­wać, zdą­ży­łam w ostat­nim mo­men­cie. Mąż pa­trzył na mnie usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny.

- Po­wie­dzia­łaś jej?!

- Tak.

Kie­dy ru­sza­li­śmy z mę­żem le­wym pa­sem, ona spo­koj­nie, kon­se­kwent­nie cze­ka­ła na moż­li­wość skrę­tu w pra­wo. Bra­wo, po­my­śla­łam, co za kon­se­kwen­cja. I wte­dy za­uwa­ży­łam, że ko­bie­ta uśmie­cha się do mnie i ma­cha mi zza szy­by.

No i jak Ci się to po­do­ba, moja B.? Mu­si­my so­bie po­ma­gać, mo­bi­li­zo­wać się na­wza­jem. Po­da­wać so­bie rękę. Ta­kie cza­sy.

Na dwor­cu mąż wsa­dził mnie do po­cią­gu. W prze­dzia­le kil­ku pa­nów ze­rwa­ło się, by mi po­móc z wa­liz­ką.

- Nie! Nie! - krzyk­nę­łam. - Ona jest cięż­ka!

A po­tem za­sta­no­wi­łam się, czy przy­pad­kiem nie zwa­rio­wa­łam. Prze­cież oni są sil­niej­si. Już mi się cał­kiem wszyst­ko po­krę­ci­ło.

Ca­łu­ję Cię. Two­ja K., cza­sem ko­bie­ta

PS Wiesz, trud­no mi to do­pi­sać do tego li­stu, ale dziś rano wpa­ko­wa­ło się w tył mo­je­go sa­mo­cho­du swo­im wo­zem ja­kieś obrzy­dli­we, bez­myśl­ne bab­sko. Kie­dy ją za­py­ta­łam, jak to się sta­ło, czy mnie nie wi­dzia­ła, uśmiech­nę­ła się prze­pra­sza­ją­co i po­wie­dzia­ła:

- Nie wiem.

Moja dro­ga B.! Zda­rzy­ło się to w po­cią­gu po­śpiesz­nym re­la­cji Po­znań-Ka­to­wi­ce, w nie­dzie­lę, czte­ry dni temu. Sie­dzia­łam w pra­wie cał­ko­wi­cie wy­peł­nio­nym prze­dzia­le, czy­ta­jąc ga­ze­tę. Do prze­dzia­łu tuż przed od­jaz­dem po­cią­gu wszedł nie­wi­do­my z ple­ca­kiem i za­py­tał mnie, czy może usiąść na­prze­ciw­ko mnie. Zdzi­wio­na od­po­wie­dzia­łam, że tak, że oczy­wi­ście, pod­no­sząc się, żeby mu po­móc. Wte­dy on pre­cy­zyj­nie odło­żył bia­łą la­skę na wą­ziut­ki ka­lo­ry­fer, znaj­du­ją­cy się obok nie­go, po­ło­żył ple­cak na pół­ce, zdjął oku­la­ry i wy­szedł, mó­wiąc, że prze­pra­sza, ale idzie na chwi­lę do re­stau­ra­cyj­ne­go. Wró­cił z tek­tur­ką wiel­ko­ści pu­deł­ka po bu­tach, usiadł wy­god­nie, wy­jął dłu­go­pis i za­czął po­wo­li pi­sać: SZA­NOW­NI PAŃ­STWO - tu po­sta­wił wy­krzyk­nik - JE­STEM BEZ­DOM­NYM IN­WA­LI­DĄ... Pod­niósł gło­wę.

- To pierw­sza kla­sa, pani Kry­sty­no? - za­py­tał. -Ooo, to za wy­so­kie pro­gi na moje nogi - skon­sta­to­wał - ale trud­no, idę na bez­czel­ne­go, naj­wy­żej za­li­czę Tar­now­skie Góry, też mia­sto - i pi­sał da­lej: ...KA­LE­KĄ Z 75% UTRA­TĄ WZRO­KU...

Za­dzwo­nił mój te­le­fon. Bez­dom­ny in­wa­li­da ze­rwał się na rów­ne nogi. Kie­dy zo­rien­to­wał się, że to tyl­ko te­le­fon, wy­znał wszyst­kim w prze­dzia­le:

- Wi­dzie­li­ście!? Nie­dłu­go będę się bał wła­sne­go cie­nia. Wód­ka! Trud­no, co po­ra­dzę? Lu­bię ten płyn!... - po czym za­in­te­re­so­wał się moim te­le­fo­nem, za­py­tał, czy może go obej­rzeć, bo zna­jo­ma stu­dent­ka ra­dzi mu, żeby so­bie ku­pił taki na kar­tę, ale on nie jest do tego prze­ko­na­ny. Wpraw­nie po­na­ci­skał, po­oglą­dał, do­pa­so­wał do dło­ni apa­rat i za­py­tał, ile pła­cę za abo­na­ment mie­sięcz­ny, a usły­szaw­szy sumę, wes­tchnął i po­wie­dział: - Zo­ba­czy się.

Mia­łam nie­od­par­tą ocho­tę za­py­tać, co stu­diu­je owa zna­jo­ma, ale po­wstrzy­ma­łam się, za­miast tego wy­ję­łam czar­ny fla­ma­ster i po­da­łam mu. Był za­chwy­co­ny.

- O, te­raz to bę­dzie su­per wi­dać - cie­szył się i za­czął po­pra­wiać już na­pi­sa­ne sło­wa: SZA­NOW­NI PAŃ­STWO! JE­STEM BEZ­DOM­NYM IN­WA­LI­DĄ Z 75% UTRA­TĄ WZRO­KU... a po­tem do­pi­sał: PRO­SZĘ ŁA­SKA­WIE O WSPO­MO­ŻE­NIE i DZIĘ­KU­JĘ SER­DECZ­NIE PAŃ­STWU. - Pój­dzie­my, pół go­dzi­ny pra­cy - (uśmiech­nął się i zro­bił do mnie oko) - i zo­ba­czy­my, co z tego wy­nik­nie. Na obiad z zim­nym pi­wem chy­ba wy­star­czy, dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści zło­tych po­win­no być, no, może nie dziś, bo dziś nie­dzie­la, a nie po­wsze­dni dzień, zo­ba­czy się, lu­bię piwo z lo­dem. - DZIĘ­KU­JĘ PAŃ­STWU SER­DECZ­NIE pod­kre­ślił, na­stęp­nie, po za­sta­no­wie­niu, pod­kre­ślił tak­że SZA­NOW­NI PAŃ­STWO. Wstał, ucze­sał się, pa­trząc w lu­ster­ko, po­pro­sił mnie, że­bym mu po­pil­no­wa­ła ple­ca­ka, i się­gnął po la­skę.

- Na­grza­łaś mi się, ma­lut­ka - po­wie­dział do niej i wy­szedł.

Wró­cił po dzie­się­ciu mi­nu­tach z kon­duk­to­rem, któ­ry chciał do­pil­no­wać, żeby nie­wi­do­my wy­siadł na na­stęp­nej sta­cji.

- Wy­sią­dę, wy­sią­dę - uspo­ka­jał zde­ner­wo­wa­ne­go mło­de­go czło­wie­ka. - Niech pan idzie, niech pan się nie boi, wszę­dzie są lu­dzie.

Kon­duk­tor wy­szedł.

- On to jest w po­rząd­ku gość - sko­men­to­wał bez­dom­ny - tam jest taka dru­ga, taka mał­pa, baba, ale i tak już ją Bóg po­ka­rał, bo ze­zo­wa­ta i ma krzy­we nogi.

- Wszyst­ko to mó­wił, ubie­ra­jąc się, po­pro­sił jesz­cze, że­bym zmię­ła róg jego kurt­ki i spraw­dzi­ła, z jak do­bre­go jest ma­te­ria­łu. Za­pi­na­jąc ją, stwier­dził, że ma ze­psu­ty za­mek bły­ska­wicz­ny przy roz­por­ku. Zmar­twił się, a po­tem ro­ze­śmiał i oświad­czył nam: - A co tam, pój­dę do Prak­tycz­nej Pani, dam dwa­dzie­ścia zło­tych i po­pro­szę, żeby mi któ­raś przy­szy­ła, tyl­ko żeby uwa­ża­ła i nie ukłu­ła mnie w strza­łecz­kę - śmiał się już na ca­łe­go.

Wziął ple­cak, la­skę, wło­żył oku­la­ry, po­ciąg za­trzy­mał się wła­śnie na ja­kiejś sta­cji i bez­dom­ny, nie śpie­sząc się, wy­szedł z prze­dzia­łu. Kie­dy po­ciąg ru­szał, cią­gle sły­sza­łam ra­do­sny śmiech do­bie­ga­ją­cy z pe­ro­nu. In­wa­li­da miał ra­cję, wszę­dzie są lu­dzie.

Moja B., ca­łu­ję Cię moc­no, i nie mów mi wię­cej, że nie chce Ci się żyć, bo bluź­nisz.

Two­ja K., prze­by­wa­ją­ca obec­nie na Ślą­sku