Moja dieta cud. W dżungli zdrowia. Tom 3 - Beata Pawlikowska


Reflow text when sidebars are open.
Wiesz dlaczego czasem wybucha rewolucja?
Rewolucja wybucha wtedy, kiedy ludzie odkrywają, że to, co dotychczas robili, w co wierzyli i co działo się wokół nich, było kłamstwem. Trwało tak długo nie dlatego, że było pożądane, słuszne i dobre, ale dlatego, że wcześniej nikt głośno nie powiedział, że jest fałszywe i złe.
Kiedy znajdzie się pierwszy śmiałek, który zawoła, że to jest złe, że on się na to nie zgadza i chce to zmienić, nagle pozostali też sobie uświadamiają, że w gruncie rzeczy oni od dawna się z tym nie zgadzają i też chcą to zmienić.
I wtedy zaczyna się rewolucja.
Znam to z własnego życia.
Czy wiesz jak to jest kiedy robisz coś, zajmujesz się czymś, jesteś z kimś, wykonujesz jakieś powtarzające się czynności, ale bez specjalnego przekonania? Tak niby to robisz, ale w gruncie rzeczy myślami jesteś gdzieś indziej. Jesteś z kimś, ale rozglądasz się za innymi. Stosujesz jakieś wytyczne, ale tak naprawdę wcale nie czujesz, że one są najlepsze.
Znasz to?
A potem przychodzi taki moment, kiedy zdarzy się o jedna rzecz za dużo i nagle otrząsasz się i masz wrażenie, że budzisz się ze snu. I wtedy krzyczysz:
- Ja tak dłużej nie chcę!!! Muszę to zmienić!!! To jest złe!!!!
To jest właśnie rewolucja.
Najpierw trwasz w stanie pewnego bezwładnego uśpienia i jak robot stosujesz się do pewnych wskazówek.
Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, że rośnie w tobie wewnętrzny sprzeciw. Kropla po kropli, niezauważalnie.
Dopóki jest ich tyle, że mieszczą się w ramach twojego przyzwolenia i życiowej inercji, nic się nie zmienia.
Ale przychodzi taki dzień kiedy tych drobnych, maleńkich, pozornie nic nie znaczących myśli sprzeciwu jest tak dużo, że nie mieszczą się już w spolegliwej pojemności twojej duszy. Potrzebna jest ta jedna kropla, która przepełni czarę.
Wtedy nagle wstajesz i mówisz:
- Ja się na to nie zgadzam! Tak naprawdę nigdy się na to nie zgadzałem, ale pozwalałem, żeby to trwało. Teraz się nie zgadzam!!!
To jest rewolucja.
Miałam tak w miłości, w pracy i w kuchni.
I oczywiście na moim własnym talerzu.
Odkąd pamiętam, zawsze byłam na diecie.
A raczej: pewna część mojego umysłu była na diecie. Bo druga część mojego mózgu miała gdzieś wszystkie diety, zalecenia i rygory.
W praktyce to oznaczało, że w moim życiu trwała wieczna walka pomiędzy odmawianiem sobie tego, czego mi nie wolno jeść, a obżeraniem się tym, na co miałam ochotę.
Znasz to?
Myślę, że też to znasz.
A wiesz dlaczego?
Dlatego że wszystkie diety, jakie znam, są skonstruowane w idiotycznie bezsensowny sposób. I dlatego nie działają.
Więcej powiem. Wszystkie diety, jakie znam, są szkodliwe, bo koncentrują się na tym jak odjąć ci kilogramów, ale kompletnie pomijają fakt twojego zdrowia i równowagi twojego organizmu.
Dziwisz się?
To była największa rewolucja mojego życia.
Zaczęła się wtedy, kiedy odrzuciłam schematy i zaczęłam myśleć. Po prostu zaczęłam używać mojego rozumu.
Odkryłam wtedy kilka zdumiewających rzeczy.
Na przykład kalorie.
Kiedyś nabożnie czytałam etykiety w poszukiwaniu informacji o kaloriach. Brałam dwa opakowania czekolady i sprawdzałam która ma mniej kalorii. Bo ta, która ma mniej, jest zdrowsza. Tak mi się wydawało. Bo tak zawsze wszyscy mówili.
Kiedy byłam na diecie, było dla mnie oczywiste, że nie mogę jeść tego, na co mam ochotę, ponieważ muszę jeść tylko to, co ma najmniej kalorii. Bo myślałam, że jeśli będę jadła to, co ma mało kalorii, na pewno schudnę.
Czy ty też tak myślisz?
Czy wiesz, że to jest największe kłamstwo odchudzania?
Czy wiesz, że to prowadzi do utuczenia zamiast schudnięcia?
Pewnie nie wiesz.
Ja też nie wiedziałam.
Najważniejszym przykazaniem większości diet zawsze było to, żeby jeść mniej kalorii niż spalasz. Wynikało to z prostego matematycznego podejścia do sprawy. Jeśli zjesz tysiąc kalorii dziennie, a spalisz tylko siedemset, to pozostałe trzysta zostają ci na biodrach.
Wszyscy tak mówili. Nie było powodu, żeby im nie wierzyć.
Do dzisiaj większość diet jest oparta na liczeniu kalorii.
Powiem krótko:
To jest straszne kłamstwo!
Organizm ludzki nie jest matematycznym równaniem. Tak oczy wiście byłoby łatwiej dla naukowców, którzy przyniosą linijkę, kalkulator, zmierzą, zważą i wydadzą zalecenie, które będzie prawdopodobnie brzmiało jak coś w tym rodzaju:
Pij chude mleko, jedz chudy twaróg, unikaj produktów zawierających cukier. Zamiast nich sięgaj po dietetyczne. Nie przekraczaj tysiąca kalorii dziennie.
Czy wiesz co się stanie jeśli będziesz się stosować do tej diety? Zepsujesz sobie kości, będziesz miała kłopoty z koncentracją i zaczniesz tyć. Wiesz dlaczego? Pewnie nie wiesz. Obiecuję, że w tej książce dokładnie to wyjaśnię.
Ale po kolei.
Dawno, dawno temu, kiedy mój umysł był pogrążony w bezwolnym letargu, postanowiłam schudnąć.
Nie znosiłam mojego ciała. Zawsze byłam w stanie wskazać to, co mi się w nim najbardziej nie podoba. I oczywiście ten tłuszcz, który siedzi pod moją skórą i którego nie mogę się pozbyć.
Nienawidziłam go. Patrzyłam na siebie w lustrze i aż mnie bolało serce z obrzydzenia.
- Muszę przejść na dietę! - mówiłam sobie, a mój posłuszny zniewolony umysł odpowiadał:
- Tak! Musisz przejść na dietę! Musisz w końcu zmusić swoje ciało do tego, żeby było takie jak chcesz!
Zebrałam się w końcu w sobie i przeszłam na dietę. Jezu! Czego ja nie próbowałam!
Głodówki, dieta owocowa, dieta na sokach, dieta białkowa, dieta bezbiałkowa, dieta bezglutenowa, dieta bez węglowodanów, dieta glikemiczna, dieta niskokaloryczna i kilkanaście innych. Wszystkich nawet nie pamiętam.
Ale było w tym wszystkim coś dziwnego.
Coś takiego samego dziwnego jak wtedy, kiedy zaczynałam się uczyć obcych języków. Kupowałam kurs z książką i płytą, zaczynałam posłusznie od pierwszej lekcji, miałam dobre chęci, robiłam wszystko tak jak kazali, ale po piątej lekcji odpadałam.
Ten obcy język zamiast być coraz bardziej oswojony, wydawał mi się coraz bardziej dziki i obcy.
Nie miałam siły klepać na pamięć kolejnej odmiany nieregularnej, a jeszcze jedna strona opisów zawiłości gramatyki była tak nudna i niepotrzebna, że po prostu zasypiałam.
Coś w tym było nie tak.
Z dietami było identycznie.
Dieta niskokaloryczna. Musisz wiedzieć co ma ile kalorii i tak komponować jedzenie, żeby nie przekroczyć zaleconej liczby. Są nawet przykładowe jadłospisy. Kompletnie od czapki.
Na śniadanie - jeden tost pełnoziarnisty, jeden jogurt dietetyczny i 100 gramów melona.
Zimno mi. Nieszczęśliwa chrupię tosta, zjadam łyżeczką jogurt i czuję jak w środku rośnie mi zimna gula. Ile to jest sto gramów melona? Plaster? Plasterek? Pół plasterka? Nie mam wagi. Ten melon też zresztą jakiś niezbyt świeży. Kupiłam go w piątek, żeby zacząć dietę w poniedziałek.
Jezu. Normalnie nie dam rady na tym jogurcie. Jem i ciągle czuję się głodna.
No, ale teraz jestem na diecie. Nie wolno zjeść nic więcej. Tęsknie patrzę na moje ukochane jabłka. Daję radę. Odmawiam pokusie. Oblizuję łyżeczkę po jogurcie. Zimno mi. Jestem pełna, ale wcale nie jestem najedzona.
Jakoś doczekam lunchu.
Doczekałam.
150 gramów grillowanego łososia.
Jezu!!!
Jak ktoś każe mi zjeść na lunch 150 gramów lekko grillowanego łososia, to ja nie wiem ile to jest 150 gramów, nie mam grilla i nie mam kurczę czasu, żeby tego łososia lekko zgrillować! Poza tym skąd ja mam go wytrzasnąć? Mam pojechać rano do sklepu po świeżego łososia? Przecież nie będę jadła ryby z mrożonki!
Na kolację mogę zjeść pół szklanki humusu. Panika. Humus? To jest pasta z ciecierzycy z oliwą. Skąd ja mam wytrzasnąć humus? Supermarket. Jest. Humus. Małe opakowanie. Czy jest pół szklanki? Może kupię dwa? Przekładam humus do szklanki, żeby zmierzyć dokładnie. Jak dieta, to dieta. Pół szklanki to jest półtora opakowania. Co z pozostałą połówką? Wyrzucam, oczywiście, bo przecież nie wolno zjeść więcej niż pół szklanki.
Ciamkam ohydny w smaku humus. Ziemista papka z plastikowego kubka. Mogłabym oczywiście sama zrobić humus, ale błagam! Musiałabym namoczyć ciecierzycę na dziesięć godzin, a potem ją ugotować i zmiksować z oliwą, sezamem i przyprawami. Nie mam na to czasu!
Czytam napisy na plastikowym opakowaniu humusu z supermarketu. Mam wrażenie, że pasta rośnie mi w ustach. Emulgator, stabilizator, E-coś tam, regulator kwasowości, maltodekstryna.
- Czy to jest zdrowe? - błyska mi w myślach pytanie.
- No, na pewno jest zdrowe - odpowiadam sobie. - przecież gdyby nie było zdrowe, nie można by tego legalnie kupić w sklepie!
Przełykam pastę do końca.
Zimno mi. W środku znów ta dziwna chłodna gula. I ciągle mam to dziwne poczucie, że zjadłam, ale jestem głodna!!!!
Głodna!!!
Głodna!!
Wkurzona!
I nieszczęśliwa!!!
Czuję się jak więzień.
Skazana na wieczną walkę z własnym ciałem.
Chcę schudnąć!
Chcę być piękna i szczupła!
Chcę, żeby ludzie patrzyli na mnie z podziwem!
I ten ohydny smak tłustego humusu w ustach. Ile to było kalorii? Ze trzysta! Nie, zaraz. Trzysta to jest jedna porcja. Ile to jest jedna porcja? Sto gram. Ale sto gram to jest mniej niż pół szklanki?
Panika. Ile waży humus??!!!!!
Zaraz, spokojnie. Przecież zjadłam tyle, ile kazała Mgr Inż. Ekspert do Spraw Żywienia Człowieka i Dietetyki. Ufff. A więc nie zjadłam za dużo. Nie utyję. Zjadłam tylko tyle, ile wolno. Schudnę.
Jakoś mi w ustach dziwnie tłusto i nieprzyjemnie.
- Ale to nic - pocieszam się. - Przecież stosuję się do zdrowej diety!
Drugi dzień.
Dwie kromki chleba graham z margaryną. Dwie łyżki sałatki jarzynowej z sosem jogurtowo-majonezowym.
Herbata bez cukru.
Dobra. Super. Mam dobre chęci. Skąd mam w takim razie rano wytrzasnąć dwie łyżki sałatki jarzynowej?
Mam ją zrobić??? Z dwóch groszków i ćwierci marchewki?
Supermarket. Sałatka. Ohyda. Warzywa są rozgotowane, trochę sine, a w składzie znowu te dziwnie brzmiące emulgatory, stabilizatory, glutaminian, kolor E-coś, aromaty. No, ale zgodnie z dietą.
Niedobrze mi.
Na drugie śniadanie kromka chleba z płaską łyżeczką dżemu niskosłodzonego.
Jest. Niskosłodzony. Zamiast cukru ma dietetyczny syrop glukozowo-fruktozowy.
Jestem głodna!!!!
Głodna!!!!
I mam poczucie, że zasługuję na coś lepszego.
Nie muszę się karać i torturować.
Nigdy więcej tego ohydnego humusu!
Chcę słodkiego!
Liczę kalorie.
Czekolada z orzechami ma więcej kalorii niż czekolada bez orzechów. O! Jest nawet czekolada bez tłuszczu! To coś dla mnie!
Jem!
Bosko!
Słodki smak spływa we mnie jak fala łagodnej rozkoszy! Jak ciepły wodospad uśmiechów! Jak to wszystko, czego tak mi brakowało!!!
Czekolada.
Koniec diety.
Odpadłam po czwartym dniu.
Tak było za każdym razem.
Do każdej diety podchodziłam poważnie, z przekonaniem i jak na zbawienie czekałam na pierwsze efekty.
Najpierw ignorowałam to, co mi się wydawało bez sensu.
Nie miałam po prostu innego wyjścia.
Jeśli dieta mówi, że trzeba liczyć kalorie, to kurczę trzeba liczyć kalorie i koniec.
Ale uparty głos w mojej głowie mówił:
- Odchudzanie się na bazie matematycznego sumowania kalorii? To jest bez sensu.
Miałam dziwne i nieodparte wrażenie, że to powinno być proste i nieskomplikowane. Że dieta powinna być czymś naturalnym, oczywistym, instynktownym. Że niepotrzebne jest liczenie kalorii albo zmuszanie się do zjedzenia pół szklanki ohydnego humusu.
Ale to było tylko moje wrażenie. Wszyscy dookoła mówili inaczej.
Następna dieta. Tylko surowe warzywa. Mało owoców. Żadnych potraw na ciepło. Tak, to bardzo pasowało mojej udręczonej anorektycznej duszy. Jeszcze bardziej się pognębić, wymierzyć sobie jeszcze bardziej dotkliwą karę, cierpieć tak mocno, żeby wreszcie wycisnąć z siebie ostatnią łzę i nienawistną myśl.
Surowa sałata. Wizja cudownej szczupłości mojego ciała i coraz większa niechęć, żeby włożyć do ust twarde, surowe, zimne rzodkiewki, pomidora, ogórka. Żołądek skręcał mi się odmownie na samą myśl. Szukam czegoś, co mi tę surowiznę upiększy. Sos sałatkowy. Oczywiście dietetyczny. W składzie: emulgatory, skrobia modyfikowana, regulator kwasowości, syrop glukozowo-fruktozowy, E-coś. No, ale jest dietetyczny! Czyli na pewno zdrowszy od zwykłego?...
Jezu.
Wtedy o tym nie wiedziałam.
Dopiero później odkryłam, że syrop glukozowo-fruktozowy to sztuczny słodzik dodawany zamiast cukru. Ma tę ciekawą właściwość, że tuczy. Bo wszystko co zjesz, zamienia na tłuszcz. No, ale jest dietetyczny! Bo ma mniej kalorii niż cukier!!!
Drugi dzień na surowym. Myślałam, że będzie łatwiej. Zimno mi. Nie mam siły. Jestem smutna, zniechęcona. Muszę się czymś pocieszyć. Lody karmelowo-toffi zjedzone w tajemnicy przed samą sobą.
Dziękuję bardzo.
Koniec diety.
Wyrzuty sumienia.
Nie znoszę siebie za to, że ciągle nie daję rady.
Tyle razy podejmowałam decyzję o przejściu na dietę! Dlaczego jestem taka słaba, że nigdy mi się nie udaje dotrwać w tym postanowieniu do końca? Dlaczego zaliczam wpadkę za wpadką? Dlaczego kupuję lody skoro wiem, że nie wolno mi ich jeść? Dlaczego jestem niewolnikiem mojego żołądka? Nienawidzę tego!
No to jeszcze raz.
Następna dieta. Bezbiałkowa. Walczymy z białkiem! Odzyskujemy wymarzoną sylwetkę! Walczymy ze zbędnymi kilogramami!
Potem następna. Białkowa.
Tylko mięso! Tylko białko pochodzenia zwierzęcego! Ser, jajka i mięso, jeszcze więcej mięsa!!!
Aaaaaa!!!!!!
Help!!!!!!!
Źle się czuję! Ciężko mi! I nawet jak zjem to, co mi wolno zjeść, wcale nie czuję się najedzona. Chcę coś innego!!!!
Chleb. Ooooo!!!!! Chleb!!!!
Wgryzam się w grubą, cudownie pachnącą pajdę razowego chleba. O Boże, jak cudownie!!! Pełnoziarnisty, czarny, ciężki razowiec. Jak mi dobrze!!!!!!
A potem kawałek jeszcze ciepłej szarlotki. O Boże!!!!
Koniec diety!!!
Ale ja tego chleba tak bardzo potrzebowałam! Tak bardzo, że nawet nie mam wyrzutów sumienia. Do kosza z dietą!!!!
Ja chcę jeść to, co lubię!
Chcę mieć poczucie, że jestem wolnym człowiekiem!
Chcę być wolna!
Nie chcę czuć dookoła siebie murów ograniczeń i słyszeć tego brzęczącego głosu w myślach:
- To jest zabronione. Nie wolno. Musisz walczyć. Jesteś na diecie! Chcesz schudnąć. Jeśli złamiesz zakaz, utyjesz!
Koniec!!!
Koniec z tym!
Życie musi być czymś więcej niż tylko przestrzeganiem zakazów, liczeniem kalorii albo indeksów glikemicznych!
W życiu na pewno chodzi o coś więcej niż dopasowanie się do systemu kolejnej ograniczającej diety.
Miałam też dziwne przeczucie, że Mgr Inż. Dietetyki i Technologii Żywienia tak do końca nie wie o co w tym wszystkim chodzi i chyba nigdy osobiście nie zanurzył się w poszukiwania wiedzy i ogarnięcie tego tematu własnym rozumem, ale powtarza to, czego został nauczony podczas wykładów na wydziale żywienia.
To były tylko myśli.
Nie umiałam ich nazwać i wytłumaczyć nawet dla samej siebie.
Doprowadziły mnie jednak do pewnego bardzo ważnego miejsca w życiu.
Postanowiłam wtedy zrobić dwie rzeczy.
Po pierwsze odzyskać wolność.
Po drugie zdobyć radość.
Jedno i drugie mi się udało. I wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to pierwsze jest konieczne dla uzyskania tego drugiego, a to drugie jest pierwszym krokiem do najlepszej diety, jaką znam.