Kolejny dzień za biurkiem, kolejne obliczenia i do tego ten pieprzony klimatyzator, który jest w dupę zepsuty, bo albo zieje mi ogniem w twarz, albo zimową zawieruchą po plecach. Zgłaszałam już Englerowi e-mailowo, że nawiew mi przeszkadza, lecz on uparcie twierdzi, że przekazał problem technikom, którzy z kolei twierdzą, że klimatyzacja działa poprawnie. Sra, a nie działa. Nienawidzę swojej pracy! Staram się sumiennie wykonywać swoje zadania, na czas, żeby szef nie miał żadnych zastrzeżeń. I faktycznie ich nie ma, ale też ani razu nie usłyszałam od niego słowa pochwały.
Po wykonaniu kolejnego raportu i wysłaniu go na skrzynkę szefa postanawiam złapać oddech. Tym razem jednak nie wychodzę na fajkę, bo Jan już chyba zaczyna coś podejrzewać - łypie na mnie złowrogo za każdym razem, kiedy wstaję od biurka. Zostaję więc na swoim miejscu i odwiedzam stronę internetową z ogłoszeniami "oddam za darmo". Przeglądam zniszczone fotele, krzesła i stoliki, które aż proszą się o to, by dać im nowe życie. Nagle mój wzrok przykuwa beżowy uszak. Cudo! Ludwikowski, dostojny, piękny! Powiększam zdjęcie. Zdarta tapicerka, wytarte podłokietniki. Będzie wymagał sporo pracy, ale ten kształt, te nogi. Boże drogi, zaraz dostanę orgazmu. Muszę go mieć, muszę go ocalić! Toż to okazja na wagę złota. Sięgam po telefon i wybieram numer podany w ogłoszeniu.
- Słucham. - Odzywa się kobiecy głos.
- Dzień dobry. Ja w sprawie fotela. Aktualne?
- Aktualne.
- Świetnie, kiedy mogę odebrać?
- Najlepiej od razu. Dzwoniło już kilka zainteresowanych osób...
O Boże.
- Jaki adres?
- Piłsudskiego 23, mieszkania 35.
Przelatuję w myślach po mapie miasta, a moje serce bije tak szybko, jakbym już tam biegła. Dzisiaj znów jestem bez mojego Pandziaka, bo po raz kolejny padł w nim akumulator.
Piłsudskiego... To niedaleko, na nogach jednak kawałek drogi. Ale mam bezpośredni autobus spod firmy.
- Będę za trzydzieści minut.
- Dobrze, tylko to czwarte piętro w bloku, bez windy...
- Dam radę. Proszę nikomu go nie oddawać. Moje nazwisko Maria Gabara. Już do pani jadę.
Rozłączam się, zatrzaskuję klapę laptopa, wrzucam telefon do torebki, zrywam się z krzesła, odwracam i zderzam z czymś, co pachnie niepokojąco znajomo.
- Gdzieś się pani wybiera? - Dobiega mnie szorstki głos.
Podnoszę wzrok i napotykam surowy wyraz twarzy szefa. Momentalnie spadam z obłoków na ziemię.
Do diabła! Zupełnie straciłam kontakt z rzeczywistością. Przecież jestem w cholernej pracy, jest południe i nie ma żadnych szans, żeby udało mi się wyskoczyć z roboty nawet na godzinę.
Chyba że...
- Moja matka źle się poczuła. Muszę natychmiast do niej jechać. - Poprawiam nerwowo torbę na ramieniu.
- Matka? - Jan unosi brew.
- Tak, jest już wiekowa i...
- Ma cztery nogi oraz beżową tapicerkę? - Jan splata ręce na piersi, wbijając we mnie oskarżycielskie spojrzenie.
Yyy... Przełykam ślinę.
- Chyba nie rozumiem.
- Myślę, że doskonale pani rozumie. A ja nie toleruję kłamstwa. Jeśli chce pani załatwiać prywatne sprawy, to proszę to robić po pracy. Poza tym Piłsudskiego jest rozkopana. Nie dotrze tam pani w trzydzieści minut.
Zatyka mnie. Engler musiał stać za mną na tyle długo, by zorientować się w sytuacji. Robi mi się głupio, ale jakiś wewnętrzny sprzeciw nie pozwala mi dać po sobie poznać, że jestem na przegranej pozycji. Przyjmuję obronę przez atak.
- Podsłuchiwał pan moją rozmowę?
- Nie musiałem. Mówiła pani tak głośno, że cała sala panią słyszała.
Odruchowo odrywam od niego spojrzenie i przebiegam wzorkiem po biurze. W odpowiedzi pracownicy momentalnie spuszczają oczy na swoje laptopy, udają, że patrzą w okno, podziwiają oświetlenie, białe ściany.
Pocieram dłonią czoło. Jestem w ciemnej dupie. Nie dosyć, że stracę fotel moich marzeń, to dodatkowo naraziłam się szefowi, kłamiąc jak z nut. I to na oczach połowy działu. Niewesoło. Jedyne sensowne wyjście to przeprosić, usiąść na tyłku i wrócić pokornie do pracy przy biurku. Ale na samą myśl o tym, że przepuszczę szansę na zyskanie pięknego uszaka, chce mi się wyć. A że wyjąca przed Janem Maria oznacza to samo, co spakowanie manatków i pożegnanie się z dobrze płatną robotą, to obieram inną taktykę.
Uśmiecham się najmilej, jak potrafię, i odzywam się słodziutkim głosem:
- Szefie, tylko na godzinkę. - Robię przymilne oczka. - To naprawdę ważne.
- To? - Lustruje mnie chłodnym wzrokiem.
- Ten fotel. Zajmuję się hobbystycznie renowacją mebli, a to cudo aż się prosi, żeby je odnowić. Czy mogę wyjść? Wrócę, nim się pan obejrzy.
Jan patrzy na mnie twardo. Milczy. Próbuję z jego twarzy wyczytać jakiekolwiek oznaki zrozumienia... I gdy już wydaje mi się, że dostrzegam w jego stalowych oczach błysk przychylności, rozdzwania się jego komórka. Jan ściąga brwi i kręci głową.
- Proszę wracać do pracy. - Pada beznamiętna odpowiedź.
Odwraca się, wyjmuje telefon z kieszeni i odbiera, odchodząc w stronę swojego biura.
Fantakurwastycznie! O nie. Tak łatwo nie odpuszczę.
- Ale panie Engler... - Idę za nim, a w zasadzie biegnę, bo kutafon ma nogi długie jak szczudła. Wiem, że to niegrzecznie przeszkadzać w rozmowie telefonicznej, ale mam cichą nadzieję, że szef zgodzi się na moją prośbę, tylko po to, żebym dała mu święty spokój. - Proszę poczekać... - Wyprzedzam go i zagradzam mu drogę.
Jan się zatrzymuje. Marszczy czoło, po czym przesuwa po mnie takim wzrokiem, jakbym wytarzała właśnie bilans naszego najważniejszego klienta w krowim łajnie.
- Zaraz oddzwonię - mówi do słuchawki, rozłącza się i wkłada telefon do kieszeni spodni.
- Naprawdę nie może mnie pan zwolnić nawet na chwilę? Przecież i tak siedzę codziennie po godzinach...
Odpowiada mi cisza. Cholernie głucha cisza. Jest tak przenikliwa, dudniąca, że zaraz rozsadzi mi bębenki. Tylko milczenie kogoś takiego jak Jan może zagłuszać. Nie muszę mieć trzeciego oka z tyłu głowy, by się domyślić, że wzrok wszystkich jest teraz skierowany na nas. Odnoszę wrażenie, jakby czasoprzestrzeń zastygła w nieruchomej próżni.
Jan patrzy mi prosto w oczy. Świdrująco, paraliżująco, przenikliwie. Nie potrafię wyczytać z wyrazu jego twarzy żadnych emocji, choć pulsująca żyłka na szyi tuż nad kołnierzykiem śnieżnobiałej koszuli raczej nie wróży niczego dobrego. Czuję, jak kropla potu spływa mi po plecach. Kurna, chyba jednak ten pomysł z przerwaniem mu rozmowy nie był tak genialny, jak mi się wydawało. Poprawiam nerwowo pasek od torby na ramieniu. Jest mi coraz goręcej. Muszę się wreszcie odezwać, bo to milczenie połączone z lodowatym wzrokiem Nocnego Króla z Gry o tron zaraz mnie zabije.
- Dlaczego nic pan nie mówi?
Jan mruży oczy i nie spuszczając ze mnie wzroku, poprawia krawat (to chyba jakiś tik, bo robi to średnio dwieście razy dziennie).
- Myślę.
O! Czyli są jednak jakieś szanse. Brawo, Mario. Widzisz, kto nie ryzykuje, ten nie pije...
- Proszę odszukać dokumenty sprawozdawcze Spendimexu z ostatniej fuzji. Nie zgłosili zamiaru koncentracji i czeka ich kontrola z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Muszę je mieć za godzinę - dodaje chłodno, po czym najzwyczajniej w świecie mnie omija.
Co?! Ale z niego parszywiec!
Aż się cała gotuję. Zaraz mu nawrzucam. Serio. Tutaj. Teraz. Przy wszystkich. Nie zważając na konsekwencje.
- Nie ma pan ani krzty uczuć - wyrzucam z siebie ze złością, widząc, jak się oddala. - I proszę zrobić coś z tym klimatyzatorem, bo jest ewidentnie zepsuty. Wysuszę się przez niego jak kabanos albo dostanę zapalenia płuc! - wołam za nim.
Ale ten drań nawet się nie zatrzyma, nie odwróci, by spojrzeć w moją stronę. Odpowiada tylko beznamiętnym głosem:
- Proszę wracać do pracy, pani Mario.
Wrrr...
To już pewne: Jan Engler otrzymał w genach od samego diabła wygląd kusiciela, podczas gdy pod skórą czai się obślizgły, wredny, nieczuły gad. Zaskroniec. Boa dusiciel. Grzechotnik jeden. A kysz!
Odwracam się na pięcie. Mój wzrok mimowolnie wędruje po pracownikach działu. Jedni uśmiechają się pod nosem, inni patrzą na mnie z politowaniem, niektórzy ze współczuciem...
I co się, kurna felek, gapicie? Ja przynajmniej miałam odwagę skonfrontować się z szefem twarzą w twarz, tymczasem każdy z was trzęsie przed nim tyłkiem, nawet kiedy chce złożyć podanie o urlop.
Rzucam torbę na biurko, wyciągam komórkę, po czym jak w amoku idę do łazienki, obmyślając plan awaryjny. Oszukam system!
Zamykam się w kabinie i wybieram numer Tośki.
- Cześć, słońce! - Przyjaciółka wita mnie pogodnym głosem, który powinien nastroić mnie pozytywnie, jednak tylko dodatkowo mnie nakręca. Uświadamia mi bowiem, że inni ludzie mają na tyle fajną pracę, że w ciągu dnia mogą mieć dobry humor.
- Pieprzony szefobot nie chce mnie wypuścić z roboty. Potrzebuję twojej pomocy.
- Szefobot?
- Szef i robot w jednym. Człowiek-maszyna bez serca!
- Maryś, co się stało?
- Znalazłam piękny fotel do renowacji. Za darmo, do odbioru na już. A ten... Ten... - Głos więźnie mi w gardle od emocji. - Ten egoista, nadęty bufon, narcyz zafajdany nie pozwala mi wyjść z biura. Błagam cię, Tosia, powiedz, że dasz radę podjechać teraz na Piłsudskiego i odebrać ten fotel.
- Nie ma sprawy. Właśnie skończyłam pracę i wychodzę ze szkoły. Jaki dokładnie adres?
O Boże, toż to wspaniale!
Podaję przyjaciółce numer ulicy i mieszkania. Jestem wniebowzięta... Mam ochotę piszczeć i skakać z radości. I nagle przypominam sobie, że odbiór jest na czwartym piętrze. Mój optymizm gaśnie jak zdmuchnięta zapałka. Kuźwa, przecież Tośka jest w ciąży! Powinnam się wreszcie zaktualizować, ale jakoś mi z tym nie po drodze. Mimo upływu lat Tosia nadal pozostaje w mojej świadomości zwariowaną nastolatką z czerwonymi włosami i kolczykiem w nosie. Tymczasem Antonia Tkaczyk od czterech lat jest panią psycholog w jednym z lepszych ogólniaków w mieście, ma męża dewelopera, mieszka w pięknym domu pod miastem i spodziewa się dziecka.
- Tosia, zapomnij. Uszaka trzeba znieść samemu z czwartego piętra. Zadzwonię do Niny - dodaję zrezygnowanym głosem.
- A Nina nie wyjechała do Barcelony na jakieś sympozjum dla anestezjologów?
KURNA!!! Oczywiście, że wyjechała.
- To może Artur? - sugeruję.
- Ma dyżur w klinice od czternastej. Wspominał, że dzisiaj kastruje jakiegoś labradora.
Z mojego gardła wydobywa się zbolały jęk zawodu.
- Powinien raczej wykastrować mojego szefa, a nie biednego psa. - Opieram czoło o ściankę kabiny i robię w myślach przegląd osób, które mogłyby mnie poratować. Prawda jest jednak taka, że w swoim prawie trzydziestoletnim życiu dorobiłam się tylko trójki prawdziwych przyjaciół, na których mogę liczyć: Tośki, Niny i Artiego. Niby mam ojca, matkę, brata i bratową, ale taki z nich pożytek jak z szalupy ratunkowej na pustyni...
Ale zaraz, zaraz, przecież mam jeszcze chłopaka! Dlaczego od razu o nim nie pomyślałam?!
- Tosia, dzwonię do Karola, on ma mniej pojebanego szefa ode mnie. Na razie. - Rozłączam się i chwilę później słyszę w słuchawce zasapany głos.
- Maryśka? Coś się stało? - pyta zaskoczony i w zasadzie wcale nie dziwne, że się dziwi. Nigdy do niego nie dzwonię o tej porze.
- Muszę odebrać fotel, a Jan sztywniak nie chce mnie wypuścić z pracy. Dasz radę wyskoczyć na godzinkę? Piłsudskiego 23, mieszkania 35.
- Kurczę, nie za bardzo. Jestem zarobiony - odpowiada i w tej samej chwili w słuchawce rozlega się stłumiony dziewczęcy chichot, któremu wtóruje dźwięk przypominający skrzypienie łóżka.
Momentalnie się napinam. Nie należę do podejrzliwych osób, ale akurat te odgłosy nie wydają mi się czymś normalnym, kiedy dzwonisz w środku dnia do swojego chłopaka.
- Gdzie jesteś? - pytam wprost.
- Jak to gdzie? W pracy.
- To znaczy gdzie konkretnie? - dopytuję, bo Karol pracuje w dziale marketingu i handlu, w którym oprócz niego zatrudnionych jest dwunastu innych mężczyzn i ani jednej kobiety.
- Za biurkiem. Dlaczego pytasz?
- Bez powodu. Po prostu odniosłam wrażenie, że jesteś poza firmą. Słyszałam kobiecy śmiech...
Cisza.
- Karol?
- To żona Andrzeja wpadła z ciastem. Ma dzisiaj imieniny.
- Kto, żona?
- Nie, Andrzej.
- Jest luty. Andrzeja nie jest przypadkiem w listopadzie?
- Tak? - Śmieje się nerwowo. - To może jednak obchodzi urodziny... - Zawiesza głos. - Słuchaj, postaram się wyrwać do ciebie za pół godziny. Skoczę na pięć minut na górę i zrobię ci jakiś masaż relaksacyjny?
Pocieram czoło dłonią. Jestem cała spięta. I najwyraźniej dostaję paranoi, skoro podejrzewam biednego Karola o Bóg wie co, kiedy ten pracuje sobie grzecznie dwa piętra niżej. Wszystko przez pieprzonego Jana.
- Nie. Nie przychodź. W porządku. Po prostu cholerny Engler wyprowadził mnie z równowagi. Muszę ochłonąć.
- Rozumiem. Trzymaj się. Widzimy się wieczorem?
- Nie wiem. - Wzdycham. - Mogę mieć dużo roboty. U klienta szykuje się kontrola ze skarbówki.
- Jak coś, to dzwoń. Pójdziemy gdzieś na miasto, a później skoczymy do mnie.
- Jasne. Trzymaj się. Pa.
Rozłączam się, chowam telefon do kieszeni garsonki, podnoszę deskę sedesową i robię siku. Chce mi się płakać z niemocy. Że też nie trafiłam na to ogłoszenie trzy godziny wcześniej. Mogłabym wykorzystać przerwę na lunch, którą zmarnowałam na opychaniu się ciastkami i gadaniu o dupie Maryny z Agatą i Olgą w pokoju socjalnym.
Jezu, jaka szkoda. Ten uszak jest taki piękny...
- Pieprzony Jan, sztywny drań. Jezu, jak ja go nienawidzę - warczę pod nosem, podcieram się, spuszczam wodę, otwieram drzwi kabiny i...
O kurwa.
Cztery metry przede mną, tuż przy umywalkach, stoi Engler, który jak gdyby nigdy nic myje ręce. Dostrzegam w odbiciu lustra jego pochyloną twarz i momentalnie cofam się do kabiny. Może mnie nie widział i lada moment sobie pójdzie?
Ale zaraz! Co on, u diabła, robi w damskim kiblu? Mam nadzieję, że nie słyszał, jak go wyzwałam od sztywnego drania. Jezu...
- Czy znalazła już pani dokumenty, o które prosiłem? - Stanowczy głos niesie się po łazience.
A jednak mnie widział. Kurna, co za pojebany dzień. Przymykam powieki, biorę głęboki wdech, po nim kolejny.
Dobra, idę.
Podchodzę do umywalki pewnym krokiem i naciskam na dozownik z mydłem.
- Proszę się nie obrazić, ale korzystanie z toalety przeznaczonej dla przeciwnej płci jest co najmniej niestosowne. Nie uważa pan? - Obrzucam go w lustrze karcącym spojrzeniem.
- Jestem podobnego zdania. - Jan sięga po papierowy ręcznik i wyciera starannie dłonie. Są silne, męskie, z wyraźnie zaznaczonymi liniami żył i czarnymi włoskami wystającymi spod białego mankietu koszuli.
Niby banalna czynność - wycieranie rąk. Tymczasem, nie wiedzieć czemu, przyglądam jej się z wyraźnym zainteresowaniem. Drań ma cholernie zgrabne palce. Takie, których dotyk może przyprawić o dreszcz. Zwłaszcza kiedy suną po nagiej skórze ud, odchylają bieliznę, zanurzają się pomiędzy gorącymi fałdami, pocierają o wilgotne miejsce...
Tętno mi przyspiesza, czuję mrowienie w dole brzucha.
Jezu, co ja wyrabiam?! Roztaczam jakieś popieprzone wizje. Przecież to Jan sztywniak! Mój gburowaty szef!
- Co pan tu właściwie robi?
- Powinienem zadać pani to samo pytanie. - Wyrzuca ręcznik do kosza i wskazuje głową na ścianę po prawej stronie.
Podążam wzrokiem w tamtym kierunku i zamieram. Na wielkich, brązowych, lśniących kaflach dostrzegam trzy wiszące pisuary.
W ułamku sekundy zapala mi się czerwona lampka. Niech to szlag! Pomyliłam kible!
Odwracam się zażenowana, miga mi moje odbicie w lustrze - oczy mam wielkie niczym odpływy we wspomnianych pisuarach, usta rozdziawione, a poliki różowe jak Marysieńka ze wsi. Brawo, Mario, ty debilko!
No nie, to się nie dzieje naprawdę. Zaraz spalę się żywcem ze wstydu.
- Za pięćdziesiąt minut jest spotkanie ze Spendimexem. - Jan poprawia krawat przed lustrem. - Proszę się zabrać do pracy i naszykować dokumenty, o które prosiłem. Ma pani pół godziny. - Przenosi na mnie wzrok i mierzy mnie nim od stóp do głów. Jego twarz nieco łagodnieje, w oczach pojawia się dziwny błysk, lecz tylko na chwilę. Zanim zdążę zamrugać, rysy znów stają się ostre i niedostępne. - Powinna się pani poprawić.
- Słucham?
- Podwinęła się pani spódnica. - Odwraca się i wychodzi z łazienki.
Co?! Zerkam w dół, ale wszystko jest z nią w porządku. Spoglądam na swoje odbicie w lustrze od tyłu i... Jasna cholera, mam odsłonięte pół dupy!
Naciągam szybko materiał, palą mnie policzki. Nie no, ze wstydu zaraz utopię się w kiblu, z którego wyszłam z podwiniętą kiecką.
Boże... Czy ten dzień może być jeszcze gorszy?
Ano może.
Zaraz po wyjściu z toalety dzwonię do kobiety z ogłoszenia. I co? Dowiaduję się, że dosłownie przed chwilą oddała mój ukochany uszak jakiemuś fagasowi. Na nic się zdają moje tłumaczenia, że miałyśmy umowę, że miała na mnie czekać. Babsko oświadcza, że była przekonana, iż wysłałam kogoś po fotel, a poza tym nie chce już sobie zaprzątać tym głowy, bo ma ważniejsze sprawy, po czym chamsko się rozłącza.
Co za ludzie?!!!
Siadam przy biurku rozjuszona jak byk i zerkam na zegarek. Zostało mi niespełna piętnaście minut, by naszykować dokumenty dla Englera. Przeszukuję foldery, kopiuję wszystkie pliki na pendrive'a, najważniejsze z nich zaś puszczam do druku, żeby dać Janowi do wglądu. Jak na złość, pieprzona drukarka się na mnie wypina, kwicząc jak głodna świnia, że chce żreć. Zabrakło czarnego tuszu, a ja nie mam już czasu, aby zgłosić do działu zaopatrzenia zapotrzebowanie na nowy toner.
Zmieniam pospiesznie kolor czcionki w dokumentach na granatowy z nadzieją, że ta małpa wydrukuje sprawozdania w kolorze. Drukuje, ale, kurna, na różowo!
Zaraz się zabiję.
- Co pani robi? - Słyszę za sobą głos Jana.
- Drukuję dokumenty, o które pan prosił. - Układam kartki równo w stosik.
- A to? Co to jest? - Engler bierze do ręki jedną z kartek, którą właśnie wypluła drukarka, i się krzywi.
- Dokumenty, o które pan prosił - powtarzam, starając się trzymać nerwy na wodzy.
Jan podchwytuje moje spojrzenie, patrzy mi prosto w oczy. Nie jest ani zły, ani zdezorientowany, ani rozbawiony (chociaż to akurat nie powinno mnie dziwić, przecież on się nigdy nie uśmiecha, ponurak jeden). Nie potrafię odczytać z wyrazu jego twarzy żadnych emocji, do których mogłabym się ustosunkować. Czuję się niepewnie, a zarazem pozostaję w gotowości do odparcia ewentualnego ataku. Totalne rozchwianie. Jak ja nie znoszę tego typa, wykończę się w tej robocie. Nie nadaję się do takiej pracy - w stresie, pośpiechu, na już, teraz, jak maszyna. Bez żadnego: dziękuję, dobra robota, tak trzymaj...
- Pani Mario. Co to jest? - ponawia pytanie stonowanym głosem.
Zaciskam zęby. Mam ochotę zwinąć kartkę w rulon i odpowiedzieć tym samym opanowanym tonem, co on: "To jest kalejdoskop. Pomalowałam twój czarno-biały świat na różowo, podziękuj ładnie albo daj mi święty spokój i pocałuj mnie w dupę. Do widzenia".
Ale zdrowy rozsądek zwycięża.
- Tusz się skończył - oznajmiam.
- Co?
Chujów sto!
- Skończył się tusz w drukarce i musiałam zmienić kolor czcionki.
- Mogła pani przesłać plik na drukarkę działową.
W sumie... Ma rację. Dlaczego o tym nie pomyślałam?
- Dobrze. Zaraz to zrobię.
Jan odsłania mankiet koszuli i zerka na swój szykowny (i na oko cholernie drogi) zegarek. Jeszcze go u niego nie widziałam. Ile on ich ma?
- Nie mamy już na to czasu. Proszę zabrać to, co jest. Przeczyta mi pani wszystko w aucie.
Yyy... Co zrobię? Gdzie?
- Mam jechać z panem?
Jan nie odpowiada, tylko spogląda na mnie tymi swoimi szarymi mrożonkami, które zdają się mówić: "A której części w zdaniu: Przeczyta mi pani wszystko w aucie, pani nie zrozumiała?", po czym odchodzi bez słowa.
Pacan.
- Włożę tylko wydruki do teczki. Dołączę do pana na parkingu na dole... - dodaję, a w odpowiedzi słyszę wyłącznie mruknięcie.
Engler podchodzi do wieszaków na końcu korytarza, zakłada płaszcz i rusza do windy.
Chryste, co z niego jest za dziwne stworzenie. Mógłby chociaż odpowiedzieć jak normalny człowiek: "jasne, do zobaczenia". Ale on nie... Gbur jeden. Mruk.
Mój pochrzaniony szef jest namacalnym dowodem na to, że nie należy oceniać książki po okładce. To, że wygląda w tym cholernym garniaku i rozpiętym płaszczu jak pieprzony James Bond, nie zmienia faktu, że nadal pozostaje Janem ponurakiem, draniem i sztywniakiem.
Gdy tylko wychodzę na podziemny parking, dobiega mnie dźwięk uruchamianego silnika. Rozglądam się po rzędach aut i dostrzegam włączone reflektory jednego z nich.
Wielkie bydlę, z przyciemnianymi bocznymi szybami, drogie pewnie jak diabli, ze znaczkiem na kuprze BMW X4. No tak, jakie ego, takie auto. Podchodzę do SUV-a, otwieram drzwi i pakuję się do środka. Momentalnie zostaję osaczona przez eleganckie wnętrze, męski zapach i bliskość mojego szefa, którego postawna, emanująca pewnością siebie sylwetka zdaje się zagarniać całą przestrzeń.
- Jestem - odzywam się jak głupia, bo przecież widać, że jestem.
- Ma pani wszystko, o co prosiłem?
- Tak.
- Proszę zacząć od bilansów z ostatnich pięciu lat w kolejności achronologicznej. - Jan rusza z parkingu.
- Myślę, że nie ma takiej potrzeby. Wystarczy rok poprzedzający fuzję.
- Widocznie pani nie zrozumiała, więc powtórzę. Klient ma kontrolę z powodu niezgłoszenia...
- Zrozumiałam doskonale - przerywam mu w połowie zdania. - A kontrola jest bezpodstawna. Spendimex nie miał obowiązku zgłaszania fuzji. Ich obrót w roku poprzedzającym połączenie z Viramo i Kodo wyniósł czterdzieści dziewięć milionów siedemset dwadzieścia osiem tysięcy euro. Obowiązek zgłoszenia w przypadku polskich firm następuje zaś wówczas, gdy obrót wynosi powyżej pięćdziesięciu milionów euro.
Engler zerka na mnie z ukosa. Chyba go zaskoczyłam.
- Proszę wyjąć wydruk z sumą obrotów.
- Nie mamy zbiorczego dokumentu. Każdy miesiąc jest osobno.
Ściąga brwi.
- To skąd pani wie, jaki był obrót za cały rok, skoro dopiero wydrukowała pani pliki?
- Policzyłam w windzie.
Samochód zwalnia, rozlega się dźwięk włączanego kierunkowskazu, zjeżdżamy na pobocze. Engler zaciąga ręczny, włącza awaryjne światła, odwraca się w moją stronę...
- Pani Mario, być może nie wyraziłem się wystarczająco jasno - zaczyna poważnym tonem. - Nasz klient dopuścił się poważnego uchybienia, oczekuje od nas fachowej pomocy i rzetelnego podejścia, a nie zliczania na kolanie kwot wynoszących miliony euro.
- Nie na kolanie, tylko na stojąco, w windzie. - Otwieram teczkę, wyciągam wydruki z ostatnich dwunastu miesięcy poprzedzających fuzję i podaję je Janowi. - Jak pan nie wierzy, proszę samemu sprawdzić.
Jego nozdrza się rozszerzają, ale wyraz twarzy nadal pozostaje niezachwiany. Stoik jak się patrzy.
- Pani Mario. To nie są warunki i nie czas na takie wyliczenia. Analiza takich danych to godziny pracy w Excelu, a nie cztery minuty wklepywania kwot w kalkulator na telefonie, czego najwyraźniej dokonała pani podczas przejazdu windą z trzydziestego trzeciego piętra na minus pierwsze.
- Nie liczyłam tego na kalkulatorze, tylko w pamięci.
Jego brwi podjeżdżają wysoko do góry. Na bank myśli, że jestem niespełna rozumu. A że zdecydowanie wolę być postrzegana jako dziwoląg (do czego przyzwyczaiłam się już w szkole), niż jako osoba, której brakuje kilku zwojów pod czaszką, dodaję z uśmiechem:
- Proszę podać dwie dowolne, skomplikowane liczby powyżej stu tysięcy.
- Słucham?
- Nie wierzy mi pan, że obliczyłam prawidłowo obrót roczny w cztery minuty, bez użycia Excela. Proszę więc zaproponować dwie dowolne liczby, a ja podam panu wynik ich dodawania. Jeśli się pomylę, ma pan prawo mnie zwolnić. Jeśli natomiast wynik będzie poprawny, przeprosi mnie pan, da mi premię uznaniową za ten miesiąc i zrobi coś z tym zepsutym klimatyzatorem nad moim biurkiem, który podobno jest sprawny.
Widok miny Jana - bezcenny. Wygląda, jakby właśnie zdał sobie sprawę z tego, że zatrudnił wariatkę. Patrzy na mnie. Myśli. Albo mnie zaraz wypieprzy z auta na zbity pysk, albo...
Sięga do kieszeni spodni po telefon, wpisuje coś na ekranie, a ja, choć nie jestem w stanie wyczytać żadnych emocji z jego twarzy, jestem pewna, że właśnie wysyła SMS-a do szefowej działu HR z poleceniem przygotowania wypowiedzenia dla Marii Gabary.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki