Rozdział 1. Drago
1
Drago
Naval
Czeka mnie dziś poranny lot o numerze AF 12 47 do Paryża, a następnie
DL229 - dużo dalej i o wiele dłuższy, bo do Cincinnati w USA. Lecę za
wielką wodę do starego przyjaciela. Zadaję sobie trochę filozoficzne
pytanie, czy odnajdę tam bardziej młodego chłopaka z Polski, który
kolportował solidarnościową bibułę w okresie narzuconych nam rządów
znienawidzonej komuny, czy raczej doświadczonego bosmana US Navy SEALs,
który wojskową karierę zakończył jako piekielnie twardy żołnierz i wymagający instruktor. Człowieka, który teraz, po latach życiowej
gonitwy, odnalazł spokój u boku wspaniałej kobiety i ma z nią dwójkę
nastoletnich dzieci.
Moja dzisiejsza podróż służy rozpoczęciu pracy nad kolejną książką. Tę
książkę chcę napisać nieco inaczej niż poprzednie. Zamierzam
skonstruować ją tak, by składała się z pytań. Obszerną odpowiedzią na te
pytania będą zaś wspomnienia z przeszłości drążące miniony czas, który
tak sprytnie zagmatwał życie i zesłał bohatera z piętnem przestępcy na
emigrację. Przewrotny los dał mu jednak drugie, a teraz trzecie albo
nawet i czwarte życie. Ja, gdy czytam książki, zwykle wybieram
literaturę faktu, opowiadającą o losach konkretnych osób. Nasze ludzkie
historie są tak zaskakujące, że naprawdę ciężko wymyślić scenariusze
ciekawsze niż te, które nam napisało samo życie. Zazwyczaj przy okazji
czytania patrzę na swoją życiową drogę: chłopak z rolniczych przedmieść
niewielkiego miasta, urodzony tak jak Tomek (choć kilkanaście lat
później) w komunistycznej rzeczywistości, w kraju, który nie dawał
perspektyw, a raczej systemowo wytyczał chłoporobotniczą ścieżkę kariery
w fabryce i nakazywał pracować ku chwale socjalistycznych wartości
Polski Ludowej, komunistycznej partii i zaprzyjaźnionych ze Związkiem
Radzieckim krajów bloku wschodniego. Czy w latach siedemdziesiątych,
osiemdziesiątych w Polsce, którą pamiętam, było miejsce na marzenia
takie jak to, które miał mały Tomek? Czy coś z dziecięcych marzeń
spełniło się w jego dorosłym życiu, a może to dorosłe życie spłatało
figla i przerosło jego oczekiwania?
Pisząc te słowa, siedzę w strefie VIP na warszawskim Lotnisku Chopina:
wygodny fotel, smaczne darmowe śniadanie, obsługa miła i uśmiechnięta,
można powiedzieć, że korzystam z luksusu. Większość dorosłego życia
spędziłem, służąc, a raczej pracując - czy jeszcze inaczej: mając
szczęście zarabiać na życie wykonywaniem roboty, której jako dziecko
nawet nie mogłem sobie wymarzyć czy pomyśleć, że będzie tak do mnie
pasować. W moim dzieciństwie marzenia były tylko fikcją, a nie celem do
zrealizowania. Bycie profesjonalnym żołnierzem, podróżnikiem, pisarzem
prowadzącym swój program telewizyjny, w którym wystąpią mistrzowie
sportu - nigdy bym się nie odważył stawiać sobie takich celów. A jednak
jestem tu i teraz, choć na pierwszy i jedyny harcerski obóz, w wieku
dziesięciu lat, musiałem sam sobie zapracować, zbierając truskawki i zrywając czereśnie: miesiąc pracy, tydzień wypoczynku. W dorosłym życiu,
po zmianie mentalnej - którą przeszedłem w mojej Jednostce Wojskowej
GROM i teraz, będąc weteranem - wymarzyłem sobie, że najbliższe dwa
tygodnie będą tygodniami pisarza, temu się oddam i w tej dziedzinie będę
się spełniać. Czy więc obecnie jestem pisarzem? Nie potrafię sobie
odpowiedzieć na to pytanie. Raczej myślę o sobie jako o autorze książek.
Pisarze to Mickiewicz, Sienkiewicz czy mój ulubieniec Sergiusz Piasecki,
a moje pisanie to przelewanie na papier wspomnień o życiu własnym i moich przyjaciół. Niczego nie wymyślam, spisuję nasze losy, układając je
w ciągi liter, słów i zdań, które czytane przynoszą uśmiech, skłaniają
do refleksji, motywują, tak że słyszę od czytelników o chęci sięgnięcia
po kolejną moją książkę i zrobienia czegoś z własnym życiem. Teraz
pragnę zawrzeć pomiędzy okładkami książki to, co pozostało z marzeń
Tomka. Kim chciał być chłopak z Zielonej Góry, a kim został? Wiem, że i on, lecąc za ocean, marzył o życiu wolnego człowieka, bez strachu przed
komunistycznym reżimem. Marzył również o kupieniu magnetofonu
kasetowego, tak zwanego jamnika. Udało mu się go kupić w obozie
przejściowo-przygotowawczym dla emigrantów politycznych w Niemczech,
kiedy czekał na przelot do USA. Za drobne, które miał przy sobie, nabył
taki właśnie magnetofon i po tym zakupie, tuż przed wyjazdem do Stanów,
zostało mu w kieszeni tylko dziesięć niemieckich fenigów. Jednak już
wtedy nie bał się i spełnił to swoje materialne marzenie.
Drago i Naval w 2004 roku podczas barbecue - nieważne, czy wojna, czy pokój, dla Amerykanów naturalne jest, że ludzie niezależnie od sytuacji muszą mieć czas, by odsapnąć
Zastanawia mnie, kogo ja znam dziś i kogo odnajdę tam, w Ameryce - gdzie
żyje już od ponad czterdziestu lat. Jaki obraz człowieka, dla mnie
bohatera, będziemy mieć w pamięci po przeczytaniu tej książki?
Drago. Mój przyjaciel Drago. Przyjaciela z definicji powinno się dobrze
znać i móc na niego bezgranicznie liczyć. Czy ja go znam? Czy to, co o nim wiem, wystarczy, by mianować go przyjacielem? Myślę, że sporo o nim
wiem, ale też wiem, że mniej wiem, niż nie wiem. Za to, gdy zadaję sobie
pytanie, czy mogę na niego liczyć, mam ciarki na plecach - bo wracają
wspomnienia, w których nie odpuszczał i szedł w ogień razem z nami, nie
zważając na zagrożenia i okoliczności. Jest i inny aspekt tego, że można
na kogoś liczyć. Podczas wojny w Iraku miałem wrażenie, że Drago objął
nas braterską opieką - taki starszy brat, który pomaga na każdym kroku i dzieli się nie tylko tym, czego ma ponad stan, ale i ostatnim gryzem
kanapki. Piszę to całkiem serio, bo w Iraku nie była nam potrzebna pomoc
ani tym bardziej opieka. Myślę, że ta opiekuńczość bierze się ze
wspólnych doświadczeń, pamiętania o tej naszej biednej polskiej
rzeczywistości za czasów komuny, ale i zapewne z charakteru. Tak
troskliwie zachowywał się wobec nas wiele razy, dzieląc się z nami tym,
co miał. Będąc w strukturach US SOF, zazwyczaj niczego nie
potrzebowaliśmy, a Drago i tak miał zawsze dla nas od siebie coś ekstra
i dopytywał, czy czegoś jeszcze nie chcemy.
Śmieszne. Wysiadam z samolotu - lot miły, krótki, dwugodzinny. Polska
żegnała mnie pierwszym śniegiem: Warszawa budziła się tego dnia
przykryta warstwą białego puchu i pewnie romantycznie patrzyło się na tę
biel przez okno. Za to teraz, tam w korku niejeden kierowca pewnie
soczyście klnie na taki klimat. Paryż - wiadomo, Francja elegancja, wita
mnie słońcem i lotniskową zaczepką.
- O, pan Naval, jak miło spotkać i uścisnąć dłoń. Gdzie pan leci, pewnie
na wakacje?
- Tak, do przyjaciela.
- My dużą firmową ekipą lecimy na Kubę. Wie pan, po przeczytaniu pana
książki wyszukałem w internecie, czego im tam najbardziej dziś potrzeba,
i wiozę ze sobą świece do malucha i gwoździe.
A to mnie brodaty gość zaskoczył. Dzielę się z nim moimi spostrzeżeniami
sprzed dwóch lat, że bieda była tam większa niż w 2011 roku i że ja
miałem do rozdania słodycze, notesy, długopisy i zabawki. Zazwyczaj
obdarowywane były dzieci, ale żeby świece do malucha i gwoździe wieźć -
prawdziwy mistrz.
Spotkałem swojego czytelnika. Sporo młodszy chłopak, taki
trzydziestolatek, nie miał szans pamiętać komuny, ale rodzice i rozwijająca się dopiero co nad Wisłą gospodarka rynkowa zapewne
wykształcili charakter nakazujący myśleć o innych, tych biedniejszych.
Bo jak my nie mamy, to raczej i gdzieś tam może czegoś brakować. Tak to
pięćdziesięciometrowy spacer i trzy zdania obcego człowieka skłaniają
mnie do dygresji nie tylko o Drago, ale i o nas, Polakach. Ukraina
walczy obecnie z pazerną Rosją, a my, nie patrząc na niezabliźnione rany
z drugiej wojny światowej, dla wielu Ukraińców stworzyliśmy drugi dom.
Drago z kolei wręcz został z Polski wyrzucony. A i tak przez cały okres
naszej wspólnej służby wspierał nas, na równi z nami walczył - i choć
często podkreślał, że jest teraz Amerykaninem, to ja czuję, że tam w środku, w tym wielkim i silnym gościu biło i nadal bije serce tego
samego chłopaka, który biegał, bił się, łobuzował i pracował w konspiracji na ulicach Zielonej Góry i Łodzi, myśląc o Polsce.
Drago często podkreśla, że wszystko, co ma, zawdzięcza swojemu nowemu
krajowi, którym są Stany Zjednoczone. Wiele czasu spędziłem wśród
Amerykanów i uważam, że podstawową różnicą między nami a nimi jest to,
że oni nie narzekają na swój kraj. Jak już, to republikanie na
demokratów, a demokraci na republikanów, ale sama Ameryka jest święta.
Gdy ląduję w Cincinnati, cierpnie mi skóra na samą myśl o spotkaniu z przeszywającym wzrokiem oficera do spraw emigracyjnych. Ten kraj, który
został stworzony przez migrantów, obecnie mocno pilnuje swoich granic
przed nieproszonymi gośćmi, i to bez wyjątku - z całego świata. Na
przejściu granicznym pierwszeństwo mają obywatele USA, dla nich
otwartych jest pięć punktów kontrolnych, więc praktycznie nie czekają w kolejce. Niebieski kolor paszportu z rozłożystym orłem i napisem "United
States of America" jest przepustką do domu. Dla pozostałych - czyli dla
nas, Europejczyków, bo nie widzę nikogo, że tak powiem, egzotycznego -
jest otwarte jedno przejście graniczne, kolejka na dobre czterdzieści
minut stania. Praktycznie każdy przybywający obcokrajowiec odbywa
kilkuminutową rozmowę z oficerem straży granicznej, który następnie
zanosi jego paszport do biura emigracyjnego umieszczonego w sąsiedztwie.
Takiego odprowadzonego pasażera lotu z Paryża czeka rozmowa typu: po co,
na co, do kogo, na jak długo... Z tej wątpliwej przyjemności wypytania
zostały zwolnione stojące przede mną dwie starsze Francuzki, kolej na
mnie. Byłem szkolony do takich rozmów, ale nic ode mnie nie zależy w tej
rozgrywce: czy ją odbędę, czy zostanę wpuszczony bez tłumaczenia się.
Ubrany jestem w czerwoną bluzę z napisem "Wounded Warrior Project", na
głowie mam czapeczkę Navy SEALs, którą ściągam i kładę obok paszportu,
nie da się ukryć... military.
- Do kogo pan przyjechał?
- Do przyjaciela.
- Co robi przyjaciel?
- Jest emerytowanym żołnierzem.
- Pan jest żołnierzem?
- Byłym, jestem weteranem, teraz już też na emeryturze.
- Gdzie się poznaliście?
- Na wojnie w Iraku.
- Co pan myśli o wojnie na Ukrainie? - pada pytanie, które pewnie nie
jest standardowe.
- By Ukraina zwyciężyła, musimy im pomagać, oni tam walczą i dla nas.
Pomoc, jaką dajemy, jaką daje USA i NATO, to bardzo dużo, ale wojna trwa
i musimy o tym pamiętać każdego dnia.
- Na ile pan przyjechał?
- Na dwa tygodnie.
- Dziękuję za służbę i witam w moim kraju...
Ominęła i mnie rozmowa w biurze do spraw emigrantów, choć przechodząc
przez kolejne bramki, w których bagaż podręczny trzepano mi jak
przemytnikowi, nadal miałem obawy, czy zostanę wpuszczony. Zakazane jest
dosłownie wszystko, co spożywcze: kiełbasy, słodycze czy słoiczki z gęsim pasztetem to zło w czystej postaci. Zerkam na scenę z boku. Jest
tak mocna, że aż można poczuć się współwinnym: celnik ostrym głosem daje
reprymendę młodej niemieckiej parze po znalezieniu, z tego co widzę,
słoika szparagów. Nein, nein, nein! - powtarza, kręcąc głową. Ja tym
razem jadę czysty jak łza dziewicy, nie przemycam nawet plasterka
polskiej "sosidż". Ale też nie jadę z gołymi rękoma: litrowa żubrówka,
czyli Polish Tatanka, będzie jak znalazł do wieczornego indyka.
Na lotnisku czeka Drago. Wita mnie jak zawsze serdecznie, ściskając,
chce wziąć walizkę, z czymś pomóc... jedziemy do jego domu gdzieś w Ohio.
Duże lotnisko, szerokie autostrady, spory dom na obszernych
przedmieściach. Ale rodzina już taka normalna, tylko pies duży: rasy
berneńczyk. Sam Drago to kawał chłopa z wielkimi silnymi przedramionami,
pasuje tu, do tej amerykańskiej wielkości. Myślę, że pewnie dlatego tak
idealnie wpasował się do Navy SEALs i doszedł tu, gdzie jest teraz -
poza inteligencją i sprytem, był - i nadal jest - bardzo silnym i stanowczym facetem. Zresztą wiem, że będę często pisać o jego sile i wykorzystywaniu jej za pomocą pięści.
Rozdział 2. Trójząb sealsów
2
Trójząb sealsów
The only easy day was yesterday.
Jedyny łatwy dzień był wczoraj.
Drago
By zostać instruktorem na kursie Navy SEALs, trzeba nie tylko mieć
zaliczone wiele lat służby w TEAM-ie, ale przede wszystkim doświadczenie
związane z wyjazdami na misje; najlepiej, jeśli instruktor ma jeszcze to
bojowe, zdobyte na wojnie. Dowództwo kieruje się swoimi kryteriami: nie
wszyscy nadają się na instruktorów, więc przez lata służby trzeba zdobyć
jego zaufanie. Te nasze kursy są bardzo wymagające nie tylko fizycznie,
ale i psychicznie. Wielu chłopaków chce zostać sealsami, ale my,
odrzucając ich, często ratujemy im życie, bo wiemy, że się nie nadają i zwyczajnie by sobie nie poradzili, nie tylko w boju, także podczas
wymagających treningów. Poza tym musimy pamiętać, że studenci, którzy
podołają takiej sześciomiesięcznej selekcji, mogą być przydzieleni do
tej samej jednostki, w której my sami będziemy służyć, więc wybieramy
tylko najlepszych. Będąc instruktorem, nabrałem jeszcze większego
szacunku do marynarki i całego procesu selekcji do Sił Specjalnych.
Wiecie, jak człowiek samemu przeszedł coś ciężkiego, to czasami mu lżej,
jak patrzy, gdy inni się męczą - ja właśnie tak miałem. Patrzyłem na
tych młodych chłopaków i zastanawiałem się, gdzie są granice
wytrzymałości. My, instruktorzy, musimy bardzo uważnie się im
przyglądać, bo są tacy, którzy wolą umrzeć, niż odpuścić, i niestety
podczas tych sześciu miesięcy zdarzają się przypadki, że w trakcie
szkolenia ktoś umiera z wysiłku. Ale reszty to nie odstrasza, chcą dalej
ciężko ćwiczyć, by zasłużyć na SEAL Trident. Co więcej, kiedyś usunięto
ze szkolenia dwudziestotrzyletniego chłopaka. Po tym, jak został o tym
powiadomiony, popełnił samobójstwo, skacząc z dwudziestego drugiego
piętra. Po śmierci każdego rekruta zawsze jest mnóstwo pytań o bezpieczeństwo w trakcie naszych szkoleń, a także o opiekę
psychologiczną dla żołnierzy, którzy zostali odrzuceni. Ale cóż, oni
często od dziecka myślą o byciu operatorem Navy SEALs, decyzja o usunięciu jest dla nich bardzo brutalna. Więc podczas kursu patrzyłem na
nich wszystkich z podziwem. Tak, byłem twardym instruktorem, wymagałem
bardzo dużo, ale strasznie ich szanowałem za to, kim chcą się stać,
ćwicząc ponad siły. Spoczywa na nas duża odpowiedzialność, bo ci, którzy
przejdą, będą kiedyś w naszych plutonach razem z nami walczyć ramię w ramię, nie można sobie pozwolić, by przepuścić kogoś, kto się do Navy
SEALs nie nadaje. Decyzja o przepuszczeniu kandydata do oddziałów
bojowych Navy SEALs może również zadecydować o naszym życiu lub śmierci.
Drago na plaży w Coronado, w tle tor taktyczny, 2023 rok
Pierwszą propozycję, by być instruktorem, dostałem nieco wcześniej.
Chciano mnie wysłać na prowadzenie kursu breacherów, związanego z materiałami wybuchowymi, miałem uczyć przyszłych pirotechników
"breacherów". Ale ja już nie mogłem tego robić, zdrowie mi nie
pozwalało, zresztą pamiętasz, z jak bliska wysadzaliśmy ładunki
umieszczane na drzwiach w Iraku. Tam często nie było się za czym
schować, a robotę trzeba było zrobić, naciskało się zbijak, otwierając
zarazem usta, by fala wybuchowa nie przytkała za mocno płuc, trochę to
pomagało. Poprosiłem wtedy, by mnie przeniesiono do Coronado w Kalifornii jako instruktora BUD/S (Basic Underwater Demolition/SEAL). To
właśnie tam odbywa się dwudziestopięciotygodniowa selekcja do Sił
Specjalnych Marynarki Wojennej. To szkolenie to taka wydłużona selekcja
BUD/S, następnie rekruci muszą odbyć szkolenie w ramach
szesnastotygodniowego kursu SQT (SEAL Qualification Training) i dopiero
po nim kwalifikują się do plutonu Navy SEALs. Na szkolenie zapisują się
młodzi, silni, sprawni chłopcy, a i tak zazwyczaj przechodzi ich nie
więcej niż dwadzieścia procent. Poza sprawnością i siłą teraz
wprowadzono jeszcze testy psychologiczne i na inteligencję. No i, jak
dla mnie, bzdurą jest, że przeszła kurs jakaś kobieta - to twardy męski
świat, choć one są często mądrzejsze od nas, to jednak podczas walki nie
możesz się zastanawiać, czy jeśli zostaniesz ranny, to kobieta będzie w stanie cię wynieść, ja ważyłem razem ze sprzętem dwieście
dziewięćdziesiąt funtów (sto trzydzieści kilogramów), a byli więksi i ciężsi ode mnie. Wiem, że u was w GROM-ie nabór i selekcja wyglądają
inaczej, ale też są brutalne, każda jednostka ma własne standardy
dopasowane do swojego kraju i to jest dobre.
Ocean jest słony od potu rekrutów, a plaża usłana stalą oręża...
Te sześć miesięcy podzielone jest na trzy etapy, ja byłem instruktorem
BUD/S na drugim etapie (second phase), gdzie uczyliśmy działania pod
wodą, często również pomagaliśmy w pozostałych fazach treningu BUD/S. W mojej części kursu mieściło się zapoznanie rekrutów ze środowiskiem
wodnym i działaniami pod wodą. Nauczaliśmy ich podstaw nurkowania, ABC z wykorzystaniem maski, fajki i płetw, następnie nurkowania na obiegu
otwartym. Jako instruktor mogę potwierdzić, że właśnie na tym etapie
szkolenia odpada najwięcej ludzi. Czy woda jest zimna, czy ciepła, to
nie ma znaczenia, zabierz komuś pod wodą maskę, zakłóć rytm jego pracy,
spowoduj uszkodzenie jego aparatu do nurkowania... Jak spanikuje i ucieknie, to się nie nadaje, a przecież dalej ma automat w ustach i może
oddychać po naprawieniu dysfunkcji. Zabierz mu automat oddechowy lub
zakręć butlę na trzydzieści sekund bez powietrza (po trzydziestu
sekundach się nie umiera): jak spanikuje i wypłynie na powierzchnię, to
też się nie nadaje. Pod wodą trzeba być bardzo opanowanym. My musimy ich
przygotować do nurkowania, a podczas niego w każdej chwili można stracić
możliwość oddychania i widzenia; nawet ból nie powinien pozbawiać
umiejętności prawidłowego działania. Jedyną szansą na przeżycie w trudnych okolicznościach jest działanie zgodnie z wypracowanymi przez
Marynarkę Wojenną metodami. To są schematy, których trzeba się trzymać,
one pozwalają przeżyć.
Tor taktyczny, na którym niejeden rekrut zdał sobie sprawę ze swej słabości
I tak najbardziej brutalny jest egzamin kończący mój etap szkolenia.
Każdy instruktor pod wodą ma za zadanie aranżować trudne, czasami
niebezpieczne sytuacje: pozbawić kursanta sprzętu, rolować, przyduszać,
a on musi zachować spokój i działać zgodnie z procedurami, które student
ma znać i wykonywać w efektywny sposób. Trzeba działać spokojnie,
odnaleźć automat oddechowy, przedmuchać zerwaną maskę, być opanowanym,
przestrzegać tabeli dekompresyjnej. Podczas tych sześciu miesięcy nie ma
zbyt wiele nauki, tylko podstawy, a student musi udowodnić, że ma to coś
i się do nas nadaje. Podczas kursu pracuje wielu instruktorów, zazwyczaj
jesteśmy kolegami, ale już na początku musiałem pobić jednego z nich.
Przyszedł do BUD/S z SEAL Team 6, miał wyższą rangę i nosił się z tym
bardzo, inni mi mówili, bym go zostawił. Jednak ja nie dałem rady i go
pobiłem, tak długo go biłem, aż się zaczął ze mną zgadzać. Oczywiście
wezwano mnie do dowództwa, ale co im miałem powiedzieć? Powiedziałem
prawdę: biłem go tak długo, aż się ze mną zgodził, i teraz jesteśmy
przyjaciółmi. Życie w marynarce, w plutonie to twarda rzeczywistość i jak nie wyrobisz sobie szacunku, to ciebie będą bić, a ja nikomu nigdy
na to nie pozwalałem. Ja nigdy nikogo nie straszyłem, że uderzę, po
prostu jak się komuś należało, to biłem. To bicie nieraz uratowało mi
życie i pomogło, ale jak to z biciem, niekiedy musiałem za nie
odpokutować. A od tamtego czasu to tak ten człowiek się ze mną zaczął
zgadzać, że nawet wysyłał po mnie rekrutów na lotnisko, by mnie
przywozili do bazy, jak wracałem z wakacji. Okazał się bardzo fajnym
kolegą. W moim życiu przemoc zawsze działała i pomagała, a jak nie, to
znaczyło, że zastosowałem jej za mało i następnym razem musiałem się
bardziej przyłożyć.
Rozdział 3. Smak dzieciństwa
3
Smak dzieciństwa
Naval
Nazajutrz zostaję zaproszony na ponoć najlepszego amerykańskiego steka
ever, i to nie tylko w okolicy, ale jak dla Tomka na całym świecie. Ta
restauracja mieści się w Cincinnati i nazywa się "Tony's". No dobra,
zobaczymy, czy nie przechwala kucharza. Na kolację jedziemy średniej
klasy białym porsche macanem. Tutejsze ulice to jezdnie po trzy pasy w każdą stronę, takie porsche nic a nic nie rzuca się w oczy, a nawet
powiem, że po zaparkowaniu wygląda tu jak jeden z mniejszych samochodów.
Mniejszy, ale te amerykańskie auta nawet średniej klasy są takie, że nie
tylko można w nich wygodnie jeździć, ale i mieszkać. Restauracja z zewnątrz nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia, jest to trochę
wyższy niż parterowy budynek, w nim ładne przeszklone drzwi, a za nimi
witający w progu elegancki menedżer i trzy zgrabne blondynki w minispódniczkach. Obsługa sprawnie kontroluje, czy mamy rezerwację -
mamy - i prowadzą nas do loży. W środku, nie da się ukryć, standard jest
dużo wyższy niż w nawet dobrej restauracji. Wielki, bardzo wielki bar z przeszklonymi półkami na alkohol, na przestronnej sali rozstawione
okrągłe stoły przykryte białymi obrusami. Zazwyczaj w restauracjach
należę do tych niecierpliwych klientów, którzy wypatrują wzroku kelnera,
a nuż zerknie i zlituje się w końcu, by podejść.
W restauracjach tak to jest, najpierw czeka się na menu, żeby móc potem
znowu czekać na kelnera i łaskawie pozwala on złożyć zamówienie. Potem
czekanie na posiłek, okej, no i chcesz już z pełnym brzuchem wyjść, ale
trzeba się jeszcze prosić, by zapłacić, bo nie ma chętnego na napiwek. W tym miejscu - nic z tych rzeczy. Na stole poza zastawą czeka menu,
momentalnie pojawia się kelner i bez pytania nalewa do kieliszków wodę z lodem, za jego plecami stoi kolejny i pyta, czy coś doradzić. Zamawiamy
od ręki drinki jako aperitif, przystawkę w postaci tatara, sałatkę ze
świeżego szpinaku z serem, no i steki. Dla mnie i dla Drago średnio
wysmażony w komplecie z pieczonym w mundurku kartoflem. Różowe drinki i przekąski trafiły na stół, zanim zdążyłem się rozejrzeć po sali.
Obsługuje nas nie jeden, a trzech kelnerów, którzy wręcz wyprzedzają
każde nasze skinienie, by podać świeżo mielony pieprz i doprawić tatara.
- Tomku, jakie smaki pamiętasz z dzieciństwa, co lubiłeś jeść? - pytam.
Drago
Nie mogę powiedzieć, że coś w dzieciństwie mi smakowało mniej lub
bardziej, zazwyczaj chodziłem głodny i jadło się, by się najeść,
napełnić żołądek, a nie delektować smakiem. Urodziłem się w tysiąc
dziewięćset sześćdziesiątym roku i uważam, że miałem wspaniałe
dzieciństwo, choć nawet nie mieliśmy w domu lodówki ani pralki. Mama
prała wszystko ręcznie, a wyprane rzeczy wieszała na sznurkach do
bielizny. Bardzo lubiłem chleb z masłem posypany solą lub cukrem, ale
cukier nie zawsze był. Często nawet brakowało go, by posłodzić herbatę.
Ja mogłem biegać, gdzie chciałem, mama mnie za bardzo nie pilnowała,
zawsze czułem się wolny. Najpierw mieszkałem w małym mieszkanku koło
szkoły. Dostaliśmy je, bo mój ojciec był komunistą, i nawet nam się
dobrze żyło. Ale ojciec nas zostawił, nas, znaczy się mamę, mnie,
młodszego brata i siostrę. Musieliśmy się przeprowadzić na ulicę Ptasią
w Zielonej Górze. To były nowe bloki i bardzo się cieszyliśmy z mieszkania. W mieszkaniu były dwa pokoje: jeden duży, jeden mały,
kuchnia i łazienka. Od tego czasu, od tej przeprowadzki pamiętam, że
często chodziłem głodny. Mamie nikt nie pomagał w wychowaniu nas. By nas
wykarmić i ubrać, musiała pracować - była nauczycielką języka polskiego
w szkole podstawowej, dużo nie zarabiała. Często dopiero po pracy lub
wcześnie rano, około czwartej nad ranem, robiła zakupy, musiała stać z wszystkimi ludźmi w długiej kolejce, często dwie godziny. W tamtych
czasach nie dla wszystkich starczało chleba, więc zdarzało się, że w domu go nie było, zasypiałem głodny, a na kolację bywało, że nic nie
jedliśmy. Zacząłem wtedy chodzić do szkoły podstawowej, w szkole jak to
w szkole, dzieci patrzą na siebie i się oceniają. Byli tacy jak ja bez
kanapek, a jak miałem, to posmarowaną tylko margaryną, czasami nawet
bardzo cieniutko pokrojoną kiełbasą. To był rarytas. Byli tacy, co się
wstydzili, że mają kanapkę tylko z masłem, i chowali się, jedząc po
kątach, ale byli i tacy, co mieli kanapki z kiełbasą, szynką, pomidorem
i serem, to wyglądało tak dobrze i pachniało wyśmienicie. Ci z tymi
bogatymi kanapkami zazwyczaj byli dziećmi partyjnych, ich było stać na
lepsze jedzenie.
Jednego dnia byłem tak głodny, że nie wytrzymałem, podszedłem do jednego
z nich i po prostu ugryzłem mu tę kanapkę, patrzył się na mnie taki
zdziwiony, a ja mówię, że ma bardzo dobrą kanapkę i ja mu ją dzisiaj
zjem. On nic nie powiedział i było fajnie. Na drugi dzień już go wziąłem
na oko i pilnowałem, kiedy zacznie jeść swoją kanapkę. Jak tylko zaczął
jeść, szybko byłem koło niego i mu mówię, że dzisiaj to mu zjem tylko
pół kanapki, ale jutro to ma przynieść dwie i się podzielimy kanapkami,
on będzie miał jedną i ja jedną. A jak przyniesie tylko jedną, to ja ją
będę jadł. Długo mi się nie sprzeciwiał, bo był mniejszy, ale też
nakarmiony, od tej pory dobrze mi się powodziło. Mamie powiedziałem, że
nie musi mi robić kanapek do szkoły, bo mi się w szkole nie chce jeść.
Oczywiście nie mogłem jej powiedzieć, że terroryzuję synów partyjniaków,
zabierając im kanapki, boby pewnie pasem mi to z głowy wybiła. Był taki
jeden chłopak, któremu zawsze dokuczałem, ale raz go przyuważyłem, jak w rogu je w pośpiechu kawałek suchego chleba, zrobiło mi się go wtedy
bardzo żal. Zabrałem go ze sobą do innego partyjnego dzieciaka,
powiedziałem mu, że ma temu przynieść jutro kanapkę, ale tamten zaczął
się wymigiwać i opierać, że nie, no to strzeliłem go w łeb. Skończyło
się tak, że kazałem mu przynosić dodatkowe kanapki codziennie. On się
rozpłakał, że mama mu nie da dwóch, to mu wytłumaczyłem, że moja mama
każe mi jeść, by rosnąć, niech tak swojej mamie powie, że rośnie i potrzebuje dwóch kanapek, a nie jednej, bo czuje, że chce jeść więcej.
Potem się okazało, że jego rodzice cieszyli się, że syn tak dużo je i rośnie. Z tym biednym dzieciakiem od tamtego czasu zacząłem się
kolegować. Ja do szkoły jeździłem autobusem, bo na chodzenie na piechotę
było za daleko. Pewnego dnia autobus mi uciekł i szliśmy razem spacerem,
przechodząc koło jego domu. To było w drugiej klasie szkoły podstawowej.
Chciałem zobaczyć, jak on mieszka, i pamiętam to do dzisiaj, bo nawet
teraz łzy kręcą mi się w oczach. To mieszkanie było w takiej starej
kamienicy, ubikację umieszczono na dworze. W pokoju, który tam
wynajmowali, były: stół, łóżko, szafa, krzesło, a na ścianie wisiał
kapiący kran z głębokim metalowym zlewozmywakiem, takim trochę
niedoczyszczonym, czarnym w środku. Na stole stała popielniczka pełna
petów, to mi akurat nie przeszkadzało, bo już wtedy popalałem. Zapytałem
się go, gdzie on śpi, wskazał na łóżko i odparł, że śpi razem z mamą, a mama jest teraz w pracy i wraca o ósmej wieczorem. Tam nie było żadnego
jedzenia, tam nie było kuchni ani nawet półki na jedzenie. Do dzisiaj
mnie to gryzie, ale mam chociaż dobre samopoczucie, że załatwiłem mu te
kanapki i jadł je do końca szkoły. U mnie w domu było przynajmniej
czysto, a tu... to była stara, waląca się kamienica.
Nigdy nie pamiętam, by nas ktoś przyłapał, ale gdy jeszcze innemu
chłopakowi chciałem załatwić kanapki, to partyjne dziecko poskarżyło się
swoim rodzicom, że go terroryzujemy, zabierając jedzenie. Zanim przyszli
jego rodzice, to się w szkole rozniosło, że się poskarżył. Na przerwie
go znalazłem i zaciągnąłem do łazienki. Tam wytłumaczyłem mu "od ręki",
że jak nas wyda, to mu urwę głowę, bardzo się wtedy przestraszył. Na
okazaniu w klasie nikogo nie rozpoznał. Rodzice z dyrektorem doszli do
wniosku, że to ktoś ze starszych klas zabiera kanapki młodszym, i dali
nam spokój. Niestety przestał przynosić po dwie, więc jego kanapkę
jedliśmy na pół. Wtedy też jako dziecko zacząłem sobie zdawać z tego
sprawę, że racja jest po stronie silniejszego. Przynajmniej tak mi się
wtedy wydawało. W szkole już tak bardzo nie chodziłem głodny, ale zawsze
marzyłem, by choć raz w życiu się najeść, i to tak do syta, i z nikim
nie musieć się dzielić owocami, ale tymi zagranicznymi, nie jabłkami.
Móc tak zjeść całą pomarańczę, dwie lub trzy albo kiść winogron, arbuza,
banany. Choćby tak raz najeść się tym do syta!
Najwięcej owoców, ile zjadłem w dzieciństwie, to był mały kawałek
arbuza, mała kiść winogron albo cały banan. Mama odstała swoje w sklepowej kolejce i przyniosła taki kawałek, dzisiaj on by był dla
jednej osoby, a i tak marzyło się o dokładce. Tamten kawałek mama
pokroiła na cztery części, a ja na to patrzyłem i myślałem sobie, że
mógłbym zjeść całość i jeszcze na dodatek całego takiego arbuza. Albo
gdybym mógł tak zjeść sobie całego banana, jaki ja bym był wtedy
szczęśliwy. Marzyłem o tym, by się móc najeść egzotycznych owoców. Inne
dzieci wolały czekoladę, moja siostra mi często mówiła, że ona to by
chciała tak sobie zjeść całą czekoladę, więc ja oddawałem jej swoją
kostkę. Każdy owoc, czy to banan, czy pomarańcza, dzielony był w domu na
cztery równe części, mama oddawała nam swoją część, niby chcieliśmy, by
mama jadła razem z nami, ale ona zazwyczaj się upierała i dawała nam
swój kawałek.
O jedzeniu myślałem cały rok, ale gdy nadeszła jesień i zima, to na
równi z jedzeniem marzyłem o ciepłym ubraniu. Tu już niczego nie mogłem
sobie jako dziecko załatwić. Do noszenia na zimę mieliśmy takie
cieniutkie kurteczki. Nie tylko ja mam takie dziecięce wspomnienia z tamtego czasu, niemal całe nasze pokolenie, podobnie jak ja, żyło w biedzie. Póki był ojciec, to jeszcze było nas stać na zimowe ciepłe
ubranie, ale odkąd on uciekł, to już nie, wtedy nastała prawdziwa bieda.
Nawet mama wysłała siostrę do ojca, by poprosiła o większe alimenty na
ubrania, ale on odpowiedział, że to nie jego sprawa i to rola matki, by
zadbać o to, co nosimy. Dzieci rosną, więc moje młodsze rodzeństwo miało
ubranie po mnie. Ja nie wiem, skąd miałem, nie pamiętam. Do sklepów się
nie chodziło, zresztą tam i tak nic nie było. Nie było nawet
odpowiedniego materiału, by coś uszyć.
Mieliśmy za to takie plastikowe jesionki, zawsze była awantura, bo mama
kazała nam pod te jesionki zakładać grube swetry i wsadzała gazety w ubranie, żeby izolowały od zimna. Nie mogłem w tym biegać po dworze, bo
jak się spociłem, to te gazety mokły i było jeszcze zimniej. Pamiętam,
jak kiedyś w kościele mama stała obok mnie i trzęsła się z zimna.
Pomyślałem, że wyciągnę trochę tych moich gazet i jej dam, bo są ciepłe
i się ogrzeje, ale ona na mnie po kościele nakrzyczała, bym nigdy już
tego nie robił, bo to wstyd. Mama była bardzo dumną kobietą. Nikt nie
chciał być postrzegany jako ten biedny, ale wtedy, poza partyjnymi,
wszyscy byli tak samo ubodzy.
Pierwsza szkoła Drago w Zielonej Górze
W pierwszych klasach szkoły uczyłem się bardzo dobrze, ale nikt nas nie
pilnował, nie kazał się uczyć. Kiedy ojciec uciekł, od drugiej klasy z większości przedmiotów miałem już tylko tróje, czwórki, no i oczywiście
dwóje, ale jak chciałem, to były i piątki. Zacząłem bardzo dużo czytać,
lubiłem przede wszystkim książki podróżnicze. W szkole była biblioteka,
tam wypożyczałem książki, atlasy i albumy. Wyobrażałem sobie, że mam
własną łódź i że będę nią kiedyś żeglował po całym świecie, tak bez
ograniczeń. Bardzo ładnie rysowałem, zacząłem malować łódki i statki,
rysowałem, jak będzie wyglądała moja wymarzona łajba w środku.
Wyszukiwałem książki ze zdjęciami żaglowców, bardzo się tym
fascynowałem, jednak niestety nie było mnie stać na kupienie tych
książek. Wypożyczałem je więc z albumami z biblioteki, a potem nabrałem
takiego złego zwyczaju, że wycinałem z tych książek zdjęcia. Książki
oddawałem z powycinanymi stronami, uzbierałem spory album, dopóki mama
mnie nie złapała - wtedy musiałem za te wszystkie uszkodzone książki
zapłacić. Mama kazała mi zbierać makulaturę i butelki. Ale z tego mi nie
starczyło na spłatę. Wpadłem więc na pomysł, by wstawać wcześnie rano i kraść gazety, które były zostawiane pod kioskami Ruchu. I tak robiłem,
żerowałem już tam bardzo wcześnie rano. Te gazety były związane
sznurkiem w wielkich plikach. Wrzucałem je do piwnicy i później po dwóch
czy trzech dniach niosłem taką całą stertę gazet do punktu skupu
makulatury. Grasowałem po mieście tak długo, aż spłaciłem wszystkie
uszkodzone książki.
W tamtym czasie spodobał mi się boks, co chwilę się gdzieś biłem i chciałem zacząć trenować. W Zielonej Górze mieliśmy milicyjny klub
Gwardia. Jednym z trenerów boksu był tam pan Duda, bardzo o nas dbał,
wspaniały człowiek. Moje postępy na treningach były bardzo imponujące.
Kiedyś się strasznie rozchorowałem i musiałem zostać w domu. Ze szkoły
wrócił jednak strasznie pobity mój brat, bardzo się zdenerwowałem, miał
głowę kwadratową jak kostka do gry od ponabijanych guzów, ale mama
zabroniła mi iść na drugi dzień go pomścić, nie pozwalała mi się bić.
Rano zostałem więc w łóżku, obiecując mamie, że nigdzie nie pójdę, ale
jak tylko wyszła do pracy, poszedłem do szkoły szukać tego chłopaka.
Pamiętam, że miał ksywę Byku, bo był wielki i lubił dokuczać innym
uczniom. Spotkałem go na przerwie, na drugim piętrze, niedaleko schodów.
Był ode mnie większy i wyższy. Ja już byłem dosyć zaawansowany w boksie,
więc go strzeliłem i dobrze trafiłem, tak że spadł ze schodów na
półpiętro, potłukł się do nieprzytomności. Widziałem, jak nauczyciele go
zabierają i niosą do pielęgniarki. Uciekłem do domu pod pierzynę, gdzie
miałem się przecież wygrzać. Mama wróciła z pracy i była zadowolona, że
się nigdzie z domu nie ruszałem, ale wieczorem dzwonek zadzwonił i z rodzicami w progu stał ten "Byku". Jego rodzice zrobili mamie awanturę,
że o mało co nie zabiłem im syna. "Byku" był wyższy o dwie głowy od
mojego brata, a głowę ode mnie. I tak stoimy w trzech: on wielki i płacze bardzo głośno, my mniejsi, mój brat pobity, "Byku" podniósł
zawiązaną opaskę z oka, ale oka to tam nie było widać - dziwna sytuacja.
Po cichu w duchu ucieszyłem się, że mój cios był... wspaniały! Za to moja
mama tak się zdenerwowała, że kazała się im wynosić, bo to przecież ich
syn pobił pierwszy jej syna, więc nie dostał za darmo. Nawet mi się
wtedy za to pobicie nie oberwało. Wróciłem do łóżka na kilka dni, bo
byłem naprawdę bardzo chory.
Jakoś dotrwałem do ukończenia siódmej klasy szkoły podstawowej. Wiosna,
lato, jesień, zima, mijał dzień za dniem, a treningi boksu stały się
moją codziennością.
W tamtym czasie musiało być już naprawdę źle. Trzeba było karmić dwóch
dorastających chłopców i córkę. Zgodziłem się zatem wyjechać do ojca, by
ulżyć mamie, zabrał mnie z wielką łaską do siebie na wychowanie. Nigdy
sobie dobrze nie radziłem z jego żoną ani z jej dzieciakiem. O tym, że
mnie przywiezie, nic jej nie powiedział. Dowiedziała się, gdy pojawiłem
się w drzwiach na klatce schodowej w jego mieszkaniu przy ulicy
Jaszowieckiej w Warszawie. Zapukał do drzwi, żona otworzyła i ojciec
powiedział jej, że od teraz będę z nimi mieszkał. Bardzo się
przestraszyła, zaczęła na niego krzyczeć - to się nie mogło dobrze
skończyć.
W Warszawie zacząłem chodzić do ósmej klasy jako nowy chłopak, nikomu
nieznany, szybko zaczęli zaczepiać mnie miejscowi gitowcy. Pamiętam to
jak dziś. Siedzę sobie podczas przerwy na boisku - ładnie wtedy świeciło
słońce, była taka prawdziwa polska jesień, jakieś chłopaki grały mecz.
Podchodzi do mnie jakiś kurdupel, popycha mnie i mówi: "Co się gapisz?".
Wiele nie myśląc, prawidłowo wyprowadziłem lewy prosty cios i uderzyłem
go centralnie w twarz, łamiąc mu nos. Usłyszałem, jak chrupnęła jego
przegroda w nosie. Zbiegli się i stanęli wokół nas pozostali gitowcy;
zaczęła się przepychanka i pretensje do mnie, że pobiłem jednego z nich,
a ten kurdupel płacze i zalewa się krwią. Chcieli dać mi srogą nauczkę,
ale najpierw zażądali, bym im kupił wino. Odparłem, że nie mam
pieniędzy, na to oni, bym poszedł załatwić pieniądze i kupił, bo inaczej
mi nie dadzą spokoju. Powiedziałem im, że tego nie zrobię. W jednej
chwili ten, który stał za mną, uderzył mnie mocno od tyłu w głowę, więc
znokautowałem go szybkim sierpem z półobrotu, upadł i się rozpłakał.
Odsunęli się ode mnie, nie byli gotowi na to, że się ich nie
przestraszę. Zwyzywali mnie, ale sobie poszli. Od tamtej chwili nie
miałem już w szkole problemów z gitowcami, a wino sam im przyniosłem.
Zrozumiałem, że oni działali tak jak ja. Uważali, że siłą da się
wszystko załatwić, a ja pomyślałem, że do nich dołączę, bo razem więcej
wskóramy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki