ROZDZIAŁ 3
Czesław Jaszczun, zwany przez przyjaciół i dobrze zorientowanych wrogów Cackiem, przyszedł na zebranie zwołane przez prezesa Banku Epoka Jakuba Goldberga jako pierwszy. Usiadł na sofie, bo w fotelach, z racji "gabarytów", jak zwykł mawiać o swoim wzroście i tuszy, mieścił się z trudem.
Nie wiadomo skąd konkretnie wzięło się to przezwisko, które nosił z godnością. Nie wykluczone, że zawdzięczał je starannie pielęgnowanemu uwłosieniu. Jego bródka tak była wymyślnie przystrzyżona, że były minister zdrowia ze swoją mógłby w tym porównaniu uchodzić prawie za abnegata. Strzyżeniem i goleniem Czesława zajmowała się od lat ta sama fryzjerka. Był jej wierniejszy niż kolejnym żonom.
Do hotelowego saloniku, w którym siedział, weszli kolejno: prezes, czyli gospodarz spotkania, sędzia Konstanty Kielecki i Jerzy Nabrud, znany publicysta, potentat prasowy. Wszyscy trzej byli od Cacka znacznie starsi, zwłaszcza Nabrud, ale stanowili dobraną grupę.
Cacek ciekaw był co za rewelacje prezes banku ma tym razem. Od pewnego czasu coraz częściej zdarzało im się robić wspólnie interesy, chociaż głowę do tego miał tylko on, Cacek, czego tamci trzej zdawali się nie doceniać. Ich problem. Nie miał, co prawda, takiego jak oni wykształcenia, może i obycia, ale w interesach liczy się smykałka, której zdaniem Cacka, tamtym brakowało.
Oficjalnie dorobili się z ojcem majątku na przemycie alkoholu i papierosów. Niech tak myślą. Niczego więcej wiedzieć nie powinni. Ojciec wpoił mu, między innymi, zasadę żeby nie gardzić żadnym sposobem pomnażania zasobów i tego się trzymał. Mieli armię posłusznych sobie ludzi, którzy niestety, przyznać trzeba, w krytycznym momencie, zawiedli. Po egzekucji, jakiej dokonała konkurencja na ojcu, Cacek wymienił kilku "żołnierzy" na pewniaków, z którymi, jak wierzył, żaden obciach mu nie grozi.
Ci trzej, zaakceptowali go bez słowa. Był dla nich równie cenny, jak wcześniej ojciec. Podejrzewał nawet i pochlebiał sobie, że trochę się go boją. Po ojcu odziedziczył nie tylko całą schedę, ale i pewne zobowiązania.
W jakimś momencie nie udało się uniknąć współpracy z policją, ale i z tego wyciągnęli z ojcem korzyści. Rzeczona współpraca zaowocowała obopólnymi korzyściami. Kilka spektakularnych aresztowań policja zawdzięczała właśnie Cackowi, a on w ten sposób pozbywał się ludzi niewygodnych. Sam, z racji roli konfidenta, był nietykalny. Zatrudniał jednego z lepszych adwokatów, z którym konsultował wszystkie ważniejsze pociągnięcia.
- Panowie - zaczął uroczyście prezes Goldberg - poprosiłem was o spotkanie, bo jest do zrobienia duży interes - przełożył nerwowo kilka papierów na niskim stoliku, przy którym wszyscy czterej zasiedli. Wreszcie wydobył spod papierów pudełko papierosów, zapalniczkę i zapalił papierosa nie bacząc na brak popielniczek w pomieszczeniu sugerujący, iż palenie tytoniu w tym miejscu raczej dobrze widziane nie jest.
- A ja myślałem, że zostaliśmy zaproszeni przez bankiera po prostu na weekend - powiedział Konstanty Kielecki udając rozczarowanie. Siedział w niskim fotelu odsuniętym na tyle od stolika, żeby mógł wyciągnąć długie nogi. Wzrostem dorównywał Cackowi, ale był znacznie od niego szczuplejszy i sporo starszy.
- Jak duży, to czy legalny? - zapytał Jerzy Nabrud z tym swoim obleśnym uśmiechem, który nie wiedzieć czemu poczytywano za objaw inteligencji.
- To zapewne, jak zwykle, kwestia interpretacji - sędzia Kielecki podciągnął nogi rezygnując z pełnego luzu, który przed chwilą demonstrował.
- Oczywiście - przytaknął Jerzy. - Gdyby prawo stało się nagle przejrzyste, to rzesza prawników straciłaby zatrudnienie z dnia na dzień. Słyszeliście dowcip o sędzim, który przyjął łapówkę?
- Tak - przerwał mu bezceremonialnie Jakub Goldberg, nazywany przez Kieleckiego bankierem. - Ale nie wiedzieliśmy, że to był dowcip. Widzisz - kontynuował - kłopot z dowcipami o prawnikach polega na tym, że te żarty dla nich samych nie są zabawne, a dla pozostałych nie są żartami. Mam rację drogi sędzio?
- Do rzeczy - ponaglił Konstanty Kielecki. Ogólnie rzecz ujmując za żartami nie przepadał. Nigdy nie wiadomo co jeszcze pod takim dowcipem żartowniś skrywa. Sędzia Konstanty Kielecki z natury był dociekliwy, ale nie dla jakiejś tam zabawy. Czujności wymagało każde słowo, niezależnie od tego z kim się przebywało. - Szkoda ładnej pogody - powiedział. - Panie są już na plaży, powinniśmy do nich dołączyć.
- Zwrócił się do mnie pewien zagraniczny inwestor z bardzo interesującą propozycją - prezes Bank Epoka zaczął wreszcie referować sprawę, dla której tu się zebrali. - Chce zainwestować w naszym kraju spore pieniądze.
- Zdeponował je w twoim banku? - zagadnął milczący dotąd Cacek. Nie czekając na odpowiedź wstał i podszedł do przeszklonych drzwi żeby sprawdzić gdzie jest jego ochrona. Widok kulturystów w ciemnych garniturach i ciemnych okularach napawał go nie tyle spokojem, bo tego rzadko zaznawał, co dumą. Jego goryle do złudzenia przypominali funkcjonariuszy ochrony rządu i o to właśnie chodziło. Teraz też byli na posterunku.
- Jeszcze nie - odparł zagadnięty przybierając dobrotliwy wyraz twarzy. Ten wystudiowany grymas miał świadczyć o tolerancji dla ludzkiej niedoskonałości. W sprzecznością z nim były ręce w nieustającym nerwowym ruchu.
- Wiadomo coś o pochodzeniu tych pieniędzy? - spytał rzeczowo sędzia.
- Wiadomo. To Saudyjczyk.
- Jak Osama Bin Laden - wtrącił Nabrud, ale nikt wątku nie podchwycił więc prezes kontynuował.
- Pieniądze pochodzą ze sprzedaży ropy. Jak widzicie chodzi tu o czysty interes.
- To się jeszcze okaże - mruknął sędzia.
- W co chce zainwestować? - zapytał rzeczowo Cacek.
- We wszystko. Chce wybudować centrum handlowo-usługowe w Warszawie.
- Jeszcze jedno? - zdziwił się wydawca poczytnego brukowca, którego nazwisko budziło kontrowersje od lat, przynosząc mu niezłe profity. - Mogą być trudności z zatwierdzeniem projektu. Pomyśleliście o tym?
- Nie uprzedzajmy faktów - poprosił prezes, ale wyglądał na lekko stropionego. - Zatwierdzić można każdy projekt. Wszyscy czterej dobrze wiemy, że to tylko kwestia ceny, a więc opłacalności.
- Była mowa o lokalizacji? - zapytał Kielecki.
- Nie.
- W takim razie trzeba mu zaproponować tereny ogródków działkowych - doradził sędzia.
- Też o tym pomyślałem - zgodził się prezes Banku Epoka. - Pytanie tylko których?
- Którychkolwiek. Przy Odyńca, Żwirki i Wigury albo na Paluchu.
- Dlaczego akurat ogrody działkowe? - Cacek najwyrażniej nigdy działkowiczem nie był.
- Bo to najtańsze do wykupienia. W każdym innym wypadku właściciel zażąda ceny rynkowej - odparł Kielecki.
- A w tym nie? - dociekał Cacek.
- Nie, bo terenem dysponuje prezes. Działkowicze nie są właścicielami i odszkodowania dostają symboliczne.
Jerzy Nabrud przysłuchiwał się tej wymianie zdań ze spokojem i satysfakcją malującą się na twarzy. Wreszcie wtrącił.
- To batalia toczona od lat. Udało się tak zmanipulować działkowiczów, że protestowali nawet przed Sejmem przeciwko uwłaszczeniu. To ewenement na skalę światową żeby skłonić ludzi do protestu w takiej sprawie. Nie chcieli, to nie dostali. Ziemia jest nadal w posiadaniu prezesów, którzy pieniądze za sprzedane pod budowę tereny mogą przeznaczyć na sobie wiadome cele. A wiadomo, że własna kieszeń jest bliższa ciału.
- W takim razie sprawa działek jest przesądzona - podsumował Cacek. - Domyślam się, że zrobiłeś jakąś wstępną kalkulację.
- Oczywiście. Szkopuł polega na czymś innym. Inwestor zażądał prawa wybudowania meczetu w Warszawie.
- PIERWSZY wie? - spytał Cacek.
Wszyscy trzej spojrzeli na niego z mieszaniną zaskoczenia i niechęci, jakby dawali mu do zrozumienia, że do nich nie pasował. Brakowało mu wyczucia. No cóż, wspominanie Pierwszego było czymś w rodzaju naruszania niepisanego kodeksu postępowania w grupie, którą stanowili.
- Oczywiście. To on Syryjczyka polecił - zapewnił prezes Banku Epoka.
- W takim razie proponuję, żeby wszystkim zajęła się EWC - Cacek skwitował tonem jakby chciał jak najprędzej zakończyć temat.
Nikt z obecnych nie wniósł sprzeciwu. EAST WEST CORPORATION Ltd. była poniekąd ich własną firmą, której formalnie prezesował Cacek. Nieformalnie sprawa była bardziej skomplikowana, a głos decydujący miał PIERWSZY. Firma formalnie istniała tylko po to, żeby powoływać i rozwiązywać inne firmy. Celem tych ostatnich był przepływ pieniędzy w sposób trudny do prześledzenia dla wprawnych nawet biegłych. To tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś niepowołany próbował dociekliwości.
*
Podczas gdy mężowie zajęci byli omawianiem spraw wagi prawie państwowej, ich żony przybierały właściwy kolor skóry opalając się nad brzegiem jeziora, gdzie ustawiono dla nich leżanki i stolik z parasolem. Różniły się wyglądem między sobą chyba jeszcze bardziej niż ich mężowie.
Anna Kielecka uważała się za wyrocznię w sprawach estetyki i mody. Nie widziała też oczywistej sprzeczności między tymi dwoma pojęciami. Jej kostium kąpielowy przedstawiał takie połączenie barw, że nawet pobieżne spojrzenie mogło przyprawić o ból głowy. Na nogach miała pantofle o rekordowo wydłużonych nosach. Dawało to specyficzny efekt braku proporcji. Robiło wrażenie jakby mimo niewielkiego wzrostu miała olbrzymie stopy. Stała pod parasolem i nacierała ciało balsamem, oddając się tej czynności bez reszty.
Mariola Jaszczunowa, najmłodsza z całej czwórki była w ciągłym ruchu.
- Przynieść wam coś do picia? - spytała i nie czekając na odpowiedź podążyła w stronę hotelowego tarasu. Kiedy zorientowała się, że nie zdążyły wyrazić życzeń, przystanęła przed barem trochę zakłopotana. Wyczekujące spojrzenie barmana zmusiło ją do podjęcia decyzji. Zamówiła sobie cocktail i kazała zanieść na plażę. To pozwoli kelnerowi zebrać zamówienia od pozostałych kobiet.
- Czy ktoś może mi powiedzieć czego ta Mariolka tak się boi? - zapytała Urszula, kiedy tamta była już na tyle daleko, żeby jej nie słyszeć.
- Dlaczego myślisz, że się boi? - Nina przysłoniła dłonią oczy, żeby spojrzeć na Nabrudową. Obydwie leżały na łóżkach do opalania, równiutko ustawionych tak, żeby nie uronić żadnego promyka. Ich skóry były już mocno brązowe, ale zachowywały się tak, jakby rywalizowały w tym, która mocniej się opali. Na tym i tylko na tym polegało podobieństwo między nimi. Cała reszta je różniła.
Nina Goldbergowa, a właściwie Zabicka, bo ślubu z Jakubem nie mieli, dbała o linię z wyraźną przesadą. Uważała się za aktorkę i nie przestawała grać nawet na chwilę. Zwłaszcza lubiła przybierać postać królowej. Była to co prawda raczej królowa przedmieścia, ale ona o tym nie wiedziała. Ubierała się oczywiście modnie, z jednym małym wyjątkiem. Nigdy nie zmieniała uczesania. Teraz miała na sobie kostium odsłaniający pośladki i nie zasłaniający sterczących tu i ówdzie kości, jako że jej dieta odchudzająca była rzeczywiście skuteczna.
Urszula Nabrudowa miała skrajnie odmienne poglądy na temat żywienia. Lubiła jeść i nie odmawiała sobie tej przyjemności od lat, a ponieważ tych lat upłynęło już sporo, efekt był adekwatny do wyznawanych poglądów.
- To chyba widać gołym okiem - Anna skończyła namaszczać swoje ciało, ulokowała się wystawiając do słońca. Nadszedł odpowiedni czas żeby włączyć się do rozmowy. - Czego w tej chwili się boi nie wiem, ale że boi się stale, to widać. To jej główna zaleta.
- Zaleta? - powtórzyła Nina. - Od kiedy strach może być zaletą?
- Dla Czesia jest. On sam podszyty jest strachem i chyba ożenił się z Mariolką, bo chciał mieć przy sobie kogoś, kto boi się jeszcze bardziej niż on - wyjaśniła Anna.
- Ach te twoje teorie - powiedziała Nina. - Zwierzał ci się dlaczego się z nią ożenił?
- Nie musiał. Poznał ją w banku u Kuby. Kiedy przyłapano ją na głupiej kradzieży poszłaby siedzieć. Można powiedzieć, że Cacek ją wykupił.
- Nic mi o tym nie wiadomo - skwitowała Nina. - On sam wcale nie robi wrażenia zastraszonego.
Urszula, która wywołała temat, przestała się odzywać. Wyglądało jakby właśnie przysnęła.
- Czy mi się zdawało, czy miał tu również być Ilicz - Anna zmieniła temat.
- Miał - potwierdziła Nina. - Wczoraj jednak zadzwoniła jego sekretarka z powiadomieniem, że pan attache Ilicz Gałganow bardzo dziękuje za zaproszenie, ale pilne zajęcia uniemożliwiają mu wyjazd z Warszawy.
*
Było wczesne popołudnie i senna atmosfera zaczęła udzielać się wszystkim. Przez przeszkloną szybę saloniku, w którym siedzieli członkowie zarządu EWC zaczęło zaglądać słońce.
- Rozumiem, że to wszystko, co miałeś nam do zakomunikowania - powiedział Kielecki wstając.
- Tak - przyznał prezes. - Czas na odpoczynek. A tak, przy okazji, dlaczego nie powyjeżdżaliście gdzieś za granicę? Jest przecież środek lata.
- Właśnie dlatego, że jest - podchwycił Nabrud. - We wszystkich kurortach wściekły tłok. Cud, że udało ci się załatwić dla nas pokoje tu, na Mazurach.
- Właściciel jest mi coś winien - skwitował Jakub wychodząc z salonu pierwszy.
- Ani razu nie wspomniał Olesia, zauważyliście? - spytał Jerzy.
- Co miał wspominać. Pewnie sprawa nie aktualna - zawyrokował Cacek.
- Niekoniecznie. Kampania wyborcza jeszcze się właściwie nie zaczęła - zauważył sędzia.
- Pałacowe przepychanki są dopiero na półmetku. Jakub ma szanse być kandydatem kontynuującym politykę partii. W Stowarzyszeniu "Bracka" wielu go popiera - stwierdził Nabrud.
Zebranie było zakończone. Zamierzali rozejść się do pokojów, żeby poprzebierać w kąpielówki i dołączyć do pań, gdy Cacek poruszył temat, którego starannie unikali podczas całego spotkania.
- Co z doktorkiem? - spytał.
- Właśnie - podchwycił Jerzy. - Wymiar sprawiedliwości się nim nie zajmie? - spojrzał na sędziego, który wstał już z fotela i zmierzał w kierunku drzwi.
- Już to przerabialiśmy - bąknął nie odwracając się.
- W takim razie zostaje tylko definitywne załatwienie problemu - publicysta najwyraźniej lubił załatwiać sprawy do końca. - Kto się tym zajmie?
Kielecki odwrócił się.
- To też już ustalaliśmy - powiedział.
Teraz wszystkie spojrzenia wycelowane zostały w Cacka.
- Dlaczego ja? Każdy przecież może dać zlecenie.
- Fakt - nagle w sukurs Cackowi przyszedł prezes. - Każdy z nas może też dopilnować żeby zostało należycie wykonane.
*
Zanim dołączyli do pań, te prowadziły ożywioną rozmowę i to na temat, który nie często się w ich rozmowach pojawiał.
- Czy domyślacie się o czym oni tyle czasu rozmawiają? - spytała Urszula Nabrudowa.
- Jak zwykle o polityce - Anna machnęła ręką, dając do zrozumienia, że jest to wątek niewart wspominania. - Co za okropny hotel - powiedziała. - Wszystkie ręczniki w tym samym kolorze.
- Są ładne - wtrąciła nieśmiało Mariola.
- To całkowita bezmyślność - zżymała się nadal Anna. - Przecież nie wiem, który ręcznik jest mój, a który męża. Całe szczęście, przywieźliśmy własne.
- Wozisz ręczniki do hotelu? - zdziwiła się Nabrudowa.
- Muszę. Albo ten sok. Jest okropny. Proszę pani! - zawołała w kierunku postaci w drzwiach prowadzących do baru. - Proszę mi przynieść inny sok. Ten jest nie do picia.
- Jaki pani sobie życzy? - kobieta podeszła bliżej.
- Przecież mówię. Ma być dobry.
- Ale jaki? Pomarańczowy?
- Jakikolwiek, tylko żeby był dobry.
Kiedy kobieta oddaliła się na tyle żeby jej nie słyszeć Anna kontynuowała.
- Jak można nie rozumieć takiego prostego polecenia? Czy ona nie wie, co to jest dobry sok? Dlaczego właściciel zatrudnia takie debilki?
- To jest właśnie właścicielka, pani Barbara - wtrąciła milcząca od dłuższego czasu Nina.
- No, to wszystko jasne - skomentowała Anna.
Nikt nie był ciekaw, co tak właściwie jest teraz dla niej jasne. Po dłuższej pauzie Nina powiedziała.
- A ja wiem o czym oni tam radzą.
Tylko Mariolka spojrzała na nią z zainteresowaniem.
- O budowie meczetu - dodała Nina.
- Gdzie? - spytała Anna raczej przez grzeczność, a może z nadzieją na nowy obiekt do krytyki.
- Na Placu Piłsudskiego.
- Nie mówisz poważnie - Urszula aż uniosła się z leżaka.
- Nikt się na to nie zgodzi - zawyrokowała Anna.
- To zależy kogo będzie się pytać o zdanie - Nina spuściła nogi z leżaka i usiadła tak, żeby lepiej widzieć swoje audytorium. Odgarnęła długie blond włosy charakterystycznie podpięte spinką tuż nad czołem i ciągnęła dalej. - SdLP poprze ten wniosek w każdej z możliwych instancji.
- SdRP - sprostowała Urszula.
- Nie. SdLP to nowa partia: Socjaldemokratyczna Liga Pojednania.
- Pojednania kogo z kim? - Anna spojrzała podejrzliwie.
- Wszystkich ze wszystkimi. To przecież oczywiste.
- Czy dobrze pamiętam, że podczas zaborów tam właśnie Rosjanie wybudowali wielką cerkiew? - Urszula zdawała się być najbardziej zainteresowana nowym projektem.
- Tak. A Polacy wysadzili ją w powietrze. Taki niechlubny epizod z naszej historii.
- Dlaczego niechlubny? - wtrąciła Mariola.
Nina spojrzała na nią z roztargnieniem. Ale ani ona, ani pozostałe panie nie zamierzały tłumaczyć historii.
- Teraz stanie tam meczet będący gwarancją naszego bezpieczeństwa - kontynuowała Nina.
- Meczet gwarancją bezpieczeństwa? - Urszula wyraziła zdziwienie.
- Tak. Jako symbol naszej tolerancji będzie jednym z dwóch warunków, pod którymi al Kaida nie dopuści u nas do aktów terroryzmu. Drugi warunek to oczywiście wycofanie naszych wojsk z Iraku.
- Gwarancja terrorysty, to kiepska gwarancja - zauważyła Anna.
- Nie bądź dziecinna - upomniała ją Urszula. - Za tym przecież pójdą miliardowe kontrakty. Kampania reklamowa nowej partii będzie miała rozmach, jakiego nad Wisłą jeszcze nie oglądaliśmy. Mam rację?
- Za wcześnie o tym mówić. W ogóle nie powinnam się była wam wygadać, ale chodzi o to żeby kobiety miały swoją reprezentację w nowej partii. Liga Pojednania ma bardzo ambitny program. Będziemy mogły organizować w każdą niedzielę parady równości i temu podobne happeningi.
*
Barbara obsłużyła kobiety na tarasie i wróciła do sprzątania na pierwszym piętrze. Choroba jednej osoby z personelu w czasie, gdy hotel jest pełen gości, to prawdziwa katastrofa. Wszystkie grafiki biorą w łeb i nie wiadomo w co ręce włożyć, żeby wszystko było jak należy. Zmieniła pościel w pokoju sto trzynaście i miała zamiar włączyć właśnie odkurzacz, gdy doleciał ją gniewny męski głos zza ściany: "Nie będziesz zmieniał ustaleń! On jest przewidziany do eliminacji w sposób, który znasz. Jeśli nie chcesz mieć poważnych kłopotów, to radzę ci wracać do Warszawy i dopilnować żeby wszystko poszło zgodnie z planem. Na twoim miejscu, mecenasie, pofatygowałbym się osobiście na miejsce zdarzenia".
Po usłyszeniu tych słów Barbara wolała nie zdradzać swojej obecności. Pokój obok wynajmowało jakieś małżeństwo z Warszawy. Nic o nich nie wiedziała. Ale czy na pewno mężczyźni zza ściany nie dowiedzą się o niej? Ogarnął ją strach. Czy powinna komukolwiek powiedzieć o tym co usłyszała?