Mój Paryż - Franciszek Ziejka

Kup ebooka

15.00 zł
11.00 zł (10,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Od najdawniejszych czasów Paryż podbijał serca Polaków. Rzesze naszych rodaków wędrowały w czasach narodowej niewoli do Paryża w poszukiwaniu schronienia i szansy swobodnego działania na rzecz zniewolonej Ojczyzny. Od wieków podążali i nadal podążają do Paryża poeci i pisarze, a także artyści. W dwudziestoleciu międzywojennym pojawiła się w tym mieście wielotysięczna gromada naszych rodaków szukających pracy i zarobku. Klęska wrześniowa w 1939 roku sprawiła, że w murach stolicy Francji znaleźli schronienie niedawni żołnierze ponownie wymazanej z mapy Europy naszej Ojczyzny. Niemała gromada Polaków osiedliła się w Paryżu po II wojnie światowej. Byli to nie tylko żołnierze, ale także politycy, którzy odmówili powrotu do kraju, w którym zainstalowany został przez Sowietów reżim komunistyczny. W ciągu ostatnich blisko dwudziestu lat, po odzyskaniu przez Polskę wolności, zjawiła się w Paryżu kolejna fala Polaków. Przyjeżdżają tu w poszukiwaniu pracy "bracia" słynnego w całej Francji "polskiego hydraulika", ale także inżynierowie, architekci, lekarze.

Bez względu na okoliczności, do Paryża zawsze podążali studenci i profesorowie. Drogę przecierali im tacy ludzie, jak Mistrz Wincenty zw. Kadłubkiem, który na paryskiej Sorbonie zdobywał wiedzę, aby po latach móc się nią pochwalić na kartach swojej Kroniki, czy bracia Jan i Marek Sobiescy, którzy właśnie w stolicy Francji przygotowywali się do podjęcia ważnych obowiązków w Ojczyźnie. Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku także i ja dotarłem do Paryża. Po raz pierwszy zobaczyłem to miasto w lutym 1970 roku. Zatrzymałem się w nim trzy dni, w drodze do Aix-en-Provence, dokąd zostałem wysłany przez Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego i Nauki w celu objęcia posady lektora języka i kultury polskiej na tamtejszym uniwersytecie. W czasie siedmiu semestrów, które spędziłem w Aix-en-Provence, niejeden raz byłem w Paryżu. Korzystałem z każdej nieledwie okazji, aby - gdy tylko pojawiła się sprzyjająca okoliczność (np. wywołana kolejną falą strajków studenckich przerwa w zajęciach dydaktycznych czy okres świąteczny) - pojechać do stolicy Francji (kiedyś obliczyłem, że było takich wypraw trzynaście!). Moje pobyty w Paryżu trwały wówczas zazwyczaj kilka dni. Zanurzałem się w tym czasie w jego niezwykłej atmosferze, odwiedzałem muzea, a nade wszystko dwie biblioteki: Bibliotekę Polską przy quai d'Orléans oraz Biblioth?que Nationale. Miałem wówczas w Paryżu nawet "swój" hotelik, w którym z zasady się zatrzymywałem (na Wyspie św. Ludwika, przy ul. Św. Ludwika pod numerem 45, w hotelu noszącym imię tego świętego króla Francji).

Z chwilą gdy latem 1973 roku powróciłem do kraju, urwały się także i moje wyprawy do stolicy Francji. Ale los uśmiechnął się do mnie po raz drugi: wczesną wiosną 1984 roku! Przypadkowe spotkanie w Krakowie z prof. Marią Delaperri?re, moją niegdysiejszą koleżanką ze studiów na UJ, która właśnie objęła obowiązki kierownika katedry polonistyki w Narodowym Instytucie Języków i Cywilizacji Wschodnich w Paryżu (Institut National des Langues et Civilisations Orientales) sprawiło, że jesienią tego roku stawiłem się w stolicy Francji do pracy w INALCO. Objąłem w Instytucie etat lektora, choć z góry wiedziałem, że będę prowadził, oprócz lektoratu, także wykłady z literatury i kultury polskiej. Uznałem jednak, że skoro dla króla Henryka IV Paryż "wart był mszy", to i ja otrzymywałem od Opatrzności niezwykłą, a na owe czasy właściwie niepowtarzalną szansę spędzenia kilku lat w tym czarodziejskim mieście.

Mój pobyt w Paryżu trwał osiem semestrów akademickich (od jesieni 1984 do lata 1988). Ponieważ wyjechałem do Paryża sam, bez rodziny (żona z dziećmi raz w roku przyjeżdżała do mnie na okres dwóch - trzech tygodni), mogłem bez większego trudu zanurzyć się w życie tego miasta. Oczywiście, bardzo wiele czasu zajmowało mi przygotowywanie się do zajęć (szczególnie do trzech różnych wykładów, w tym dwóch - prowadzonych w języku francuskim). Ale, przyzwyczajony do dobrego gospodarowania czasem, nie omieszkałem korzystać z jakże bogatej oferty kulturalnej nadsekwańskiej metropolii (wystawy, teatry, kina). Nade wszystko jednak z podjęcia pracy w miejscowych bibliotekach i archiwach. Moją aktywność z pierwszego okresu pobytu w stolicy Francji dobrze dokumentuje drukowany tu jako część pierwsza książki Dziennik paryski.

Wiosną 1985 roku w czasie pracy w Bibliotece Polskiej natknąłem się na nikomu nieznane i nieopracowane bogate archiwum Józefa Gałęzowskiego, wieloletniego dyrektora Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswilu. Za zgodą pracowników Biblioteki zająłem się porządkowaniem bardzo bogatej korespondencji Gałęzowskiego. W czasie tej pracy pojawił się pomysł przygotowania w oparciu o odnalezione materiały pracy, którą roboczo zatytułowałem Ludzie Rapperswilu, a która mogłaby stać się ważnym przyczynkiem do dziejów tej jakże zasłużonej instytucji polskiej na Wychodźstwie, której zbiory, przewiezione do kraju na mocy decyzji Sejmu RP, spalili w 1944 roku Niemcy po stłumieniu powstania warszawskiego. Pracowałem nad archiwum Gałęzowskiego blisko rok, zebrałem też rzeczywiście bogate materiały. Książki jednak do dzisiaj nie napisałem, choć wciąż żywię nadzieję, że nadejdzie pora na skorzystanie z poczynionych w Paryżu wypisów z korespondencji tej miary ludzi, co Władysław Plater - założyciel Muzeum, Henryk Bukowski, Teodor Tomasz Jeż, Agaton Giller, Karol Lewakowski, Stefan Żeromski czy Zygmunt Wasilewski. Książki o "ludziach Rapperswilu" nie napisałem, wciągnęło mnie bowiem bez reszty nowe biblioteczne "odkrycie": niezwykle bogate archiwum Kazimierza Woźnickiego, człowieka, który na przełomie XIX-XX wieku był niewątpliwie najważniejszym organizatorem życia kulturalnego i artystycznego polskich pisarzy, poetów czy malarzy, którzy na dłużej czy krócej osiedlili się w stolicy Francji. Wkrótce dotarłem do archiwów innych "paryskich" Polaków, co w konsekwencji pozwoliło mi przygotować monografię pt. Paryż młodopolski, wydaną w 1993 roku, a tutaj przedrukowywaną jako część druga niniejszej książki.

Na tym jednak nie poprzestałem. Prowadzone w bibliotekach paryskich poszukiwania pozwoliły mi zebrać materiały, które wykorzystałem już po powrocie do kraju do napisania drukowanych tu w części trzeciej książki dziesięciu rozpraw i szkiców. Nie wszystkie ściśle dotyczą spraw związanych z Paryżem, do wszystkich jednak zebrałem materiały w czasie pobytu w stolicy Francji.

Jak widać, także i ten tom "tryptyku europejskiego" jest swoistym moim pamiętnikiem z czterech lat spędzonych w stolicy Francji. Pamiętnik to nietypowy, złożony bowiem z różnorodnej materii. Daje on jednak wyobrażenie o moich zatrudnieniach naukowych w czasie pobytu w Paryżu. Mam też nadzieję, że jego lektura przyniesie czytelnikom nieco radości, że dowiedzą się o sprawach szerzej nieznanych, które potwierdzają siłę związków kulturalnych i literackich polsko-francuskich. Tego im i sobie w każdym razie życzę.

Kraków, 13 kwietnia 2008

12 listopada 1984

Pełen niepokoju, ale i nadziei, ląduję na lotnisku Orly-Sud. Pierwsze wrażenie onieśmiela. Przed kilkunastu laty lądowałem na Le Bourget. Było to lotnisko bardziej swojskie, trochę prowincjonalne. Tu, na Orly, z każdego kąta przemawia do przybysza rozmach, nowoczesność, potęga. Już tutaj podróżny zdaje się tracić resztki swojej osobowości - którą tak wysoko cenił jeszcze przed chwilą, w powietrzu. Staje się ziarenkiem piasku w przesypującej się machinie czasu. Obsługa pasażerów odbywa się taśmowo, szybko, sprawnie. Po odbiór bagaży trzeba przejść kilkaset metrów. Nikt ich oczywiście nie sprawdza, nikogo nie obchodzą...

Ale Paryż to miasto niespodzianek. Oto, zaledwie odetchnąłem jego powietrzem - jeszcze tutaj świeżym, bo to wszak około 40 km od centrum miasta - a już spotykam przyjaciółkę mojej rodziny od lat kilkunastu. To Cilick, czyli pani Cécile Santamaria, która w ostatniej chwili (na kilka godzin przed moim przyjazdem), odebrawszy wiadomość o moim przyjeździe, stawiła się na powitanie. Radość obopólna. Upłynęło ponad 12 lat od naszego ostatniego spotkania, a wydaje się, że było to zaledwie wczoraj, może - przedwczoraj. Dzięki pomocy Cilick (to jej pseudonim literacki, który wszedł jednak w użycie także w środowisku domowym i znajomych) szybko docieram do Paryża. W stacji PAN-u, przy ulicy Lamandé, zarezerwowałem sobie pokój. Mam więc gdzie się zatrzymać! Ale nie tylko to. Oto w bramie wejściowej do tak bliskiego sercu setek polskich uczonych, stypendystów, profesorów budynku przy Lamandé spotykam przyjaciela z dawnych lat, prof. Tadeusza Bujnickiego. Od miesiąca mieszka tutaj, jako stypendysta francuskiego MSZ-etu. Przyjaciel wita mnie po polsku - sercem i... butelką Côte-du-Rhône! Czyż może być cieplejsze przyjęcie? Nic zatem dziwnego, że gdy około północy zasypiam na trochę twardym łóżku, błogosławię Los za opiekę.

13 listopada 1984

To dzień mojej "instalacji" na Uniwersytecie. Z dalekiego Chartres przyjeżdża moja nowa szefowa z Institut National des Langues et Civilisations Orientales, prof. Maria Delaperri?re. O dziesiątej stajemy u bram Cité Universitaire. Początki są dobre. Okazuje się, że prośba szefowej została uwzględniona i otrzymuję przydział do pokoju 325 w Coll?ge Néerlandais. Pokój zwyczajny, z umywalką. Łazienka wspólna na piętrze. Jest za to Regulamin, w którym wypisano, ilu to rzeczy zabrania się lokatorowi (prania, gotowania, używania dodatkowego oświetlenia...). Na szczęście podobno regulaminy wymyślono po to, by istniały, nie zaś po to, by ich przestrzegano! Mam zatem miejsce w akademiku!

Drugi próg do przeskoczenia jest o wiele trudniejszy: to "instalacja" na uczelni. Panie z administracji są wprawdzie bardzo miłe, ale żądają wypełnienia kilkunastu dokumentów, przedstawienia kilku innych... Na szczęście i ta barykada zostaje zdobyta. Przy okazji poznaję miejsce pracy: pałac przy rue de Lille 2. Budynek "sympatyczny", choć niewiele wydaje się mieć wspólnego z nowoczesnością. Salki wykładowe rozrzucone są po okolicznych budynkach (na szczęście niezbyt daleko). W Institut National des Langues et Civilisations Orientales (INALCO) naukę pobiera wcale spora grupa młodzieży, naucza się tu bowiem grubo ponad 80 języków. Nie widać jednak ruchu, życia uczelni. Zwraca uwagę kameralny, swojski nastrój. Taki nastrój panuje także w czasie mojej rozmowy z wiceprezydentem INALCO, prof. La-Bridle'em, odpowiedzialnym za sprawy słowiańskie. Przed rokiem był on gościem UJ, teraz ma okazję do rewanżu. Przynajmniej w słowach.

Załatwienie spraw administracyjnych zajmuje mi cały dzień. Ani się spostrzegłem, gdy nadszedł wczesny listopadowy wieczór. O przeprowadzce dziś nie ma co marzyć. Po prostu sił nie staje... Zmęczony przeżyciami dnia padam na łóżko w hotelu przy Lamandé. Nie mam czasu nawet na uporządkowanie myśli, zebranie pierwszych wrażeń. Jutro wszak na 8.30 muszę dotrzeć na uczelnię i podjąć zajęcia. Życie nie rozpieszcza, stawia ostre wymogi.

14 listopada 1984

Dziś inauguracja moich zajęć. Wszystko zaczyna się pod dobrym znakiem. Do kilkorga słuchaczy mówię o literaturze Polski najdawniejszych wieków. Mówię po francusku, z polskim językiem mają bowiem jeszcze spore kłopoty. Zainteresowanie spore. Może to dobry znak?

Na kolejnych zajęciach (mam ich w tym dniu 5 godzin) stawia się kilkanaście osób. Nawiązuję pierwsze znajomości. Studenci - jak zazwyczaj - o bardzo powikłanych biografiach. Tylko dwie osoby pochodzą z Polski (podobno w dawnej Sorbonie, czyli w dzisiejszym Paris IV, Polacy dominują). Reszta to Francuzi, ale są także słuchacze z Afryki, ze Stanów Zjednoczonych i inni.

Skład mojej grupy ćwiczeniowej w pewnym sensie odbija charakter dzisiejszego Paryża, miasta coraz mniej francuskiego, coraz bardziej kosmopolitycznego. Moje wspomnienia sprzed lat dwunastu - trzynastu zostają teraz wystawione na ciężką próbę. Miasto bowiem nie tylko zmieniło się zewnętrznie. Pojawiły się nowe dzielnice, nowe osiedla. Zmienił się nade wszystko jego charakter. Przynajmniej w niektórych dzielnicach. W okolicach Lamandé, placu Clichy, ale także w wielu innych dominują zdecydowanie Afrykanie i Arabowie. Na niektórych liniach metra to oni właśnie panują bez reszty. Biały paryżanin staje się tu rzadkością...

Ogromny napływ Afrykanów i Arabów z dawnych kolonii francuskich zmienia oblicze Paryża. Stolica Francji nabiera charakteru orientalnego, południowego. Czy proces ten zostanie zahamowany, o co wołać zaczynają coraz głośniej niektórzy politycy, należy wątpić. Życie ma swoje prawa. Imigracja z Afryki do Francji trwa. Paryż coraz bardziej staje się metropolią kolorowych. I nikt chyba nic na to nie poradzi.

15 listopada 1984

Dziś spędziłem pierwszą noc w Cité Universitaire. Wieczorem, przy znaczącej pomocy przyjaciela Tadeusza, przeprowadziłem się do "własnego" pokoju w Coll?ge Néerlandais! Pokój duży, jasny. Ma jednak swoje niewygody. Przede wszystkim jest zimny! W nocy porządnie zmarzłem. Trzeba było wstawać, narzucać na łóżko kurtki i płaszcze, zimno bowiem dało się mi mocno we znaki. Niewesołe perspektywy...

W tej sytuacji rozgrzewa mnie tylko wiadomość z domu. Właśnie wczoraj wieczorem udało mi się dodzwonić do Krakowa. Co za radość usłyszeć głosy bliskich, powiedzieć im, że wszystko toczy się dobrze, że nie ma się o co niepokoić! To pozwala przetrwać nawet najgorsze. W tym kontekście łatwiej mi przełknąć gorzką pigułkę, jaką zgotowano mi w czasie wizyty w ambasadzie.

Wybraliśmy się do ambasady z przyjacielem Tadeuszem. Zgodnie bowiem z instrukcją, jaką otrzymaliśmy przed wyjazdem, jest to nasz obowiązek. Przyjaciel miał jeszcze złudzenia, że porozmawiamy tam z kimś, że ktoś się zainteresuje naszym losem. Ja, pamiętając o swoich dawniejszych przygodach, byłem ostrożniejszy. I oczywiście miałem rację (choć doprawdy nie chciałbym mieć tej właśnie satysfakcji!). W ambasadzie "załatwiono" nas na stojąco - kazano wypełnić obszerne ankiety i możliwie szybko ruszyć w świat. Jedna jedyna panienka, która raczyła zjawić się w poczekalni, oświadczyła nam, że dziś wszyscy mają bardzo dużo zajęć, a ona szczególnie. Zrozumieliśmy w lot. Po kilku minutach byliśmy już na ulicy. Wolni, spokojni, ze świadomością spełnionego "obowiązku". Tylko gdzieś tam głęboko raz po raz odzywała się niespokojna myśl - czy też i oni mają podobną świadomość. Czy świadomość taką posiada także ten jakże arogancki odźwierny, którego nie stać było nawet na zwykłe "dzień dobry". Czy posiada ją także i owa panienka, i owi mityczni "panowie", wszyscy tak bardzo zajęci!?

Na szczęście dzisiejszy dzień przynosi także i radośniejsze chwile. Przede wszystkim okazuje się, że mam prawo korzystać ze stołówki studenckiej w Cité Universitaire. Wprawdzie płacę pełną taryfę za obiad (17,70 franków), jest to przecież wieść bardzo pocieszająca. Skoro mam gdzie spać i co jeść, na bok muszą ustąpić wszelkie inne kłopoty.

16 listopada 1984

Dziś w programie oprócz wielu innych zajęć miałem dwie wizyty. Pierwsza na prefekturze policji. Trzeba wszak podjąć starania o kartę pobytu (carte de séjour). Niestety, wizyta zakończyła się niepowodzeniem. Tłum cudzoziemców, przede wszystkim studentów z Cité, szczelnie wypełniał pomieszczenie. Godzinne oczekiwanie w kolejce przekonało mnie, że trzeba spróbować kiedy indziej, dużo wcześniej. Tym bardziej że czas biegnie, a w południe mam spotkanie z dyrektorem Instytutu Polskiego. Na szczęście przynajmniej ta wizyta przebiega pomyślnie. Pan Klimkiewicz sprawuje urzędową opiekę nad Polakami pracującymi w uczelniach francuskich w ramach umowy kulturalnej polsko-francuskiej. Orientuje się dość dobrze w sytuacji poszczególnych ludzi, choć niektóre sprawy widzi w wyostrzonym świetle, zbyt jaskrawo. Cóż, ostatnie, wcale niełatwe lata kazały mu widocznie dmuchać na zimne...

Czy współpraca nasza się ułoży? Obaj mamy taką nadzieję. Życie odpowie samo. Zobaczymy. W każdym razie chęci nie brakuje. Tym bardziej że wszystko wskazuje na to, iż będę musiał szukać pomocy w bibliotece Instytutu. Zajęć mam w uczelni sporo (14 godzin tygodniowo!), nieodzowna musi być więc pomoc bibliotekarska.

W czasie chwilowej zadumy stwierdzam, że właściwie od kilku dni żyję prawie wyłącznie w Paryżu podziemnym! Masa spraw, jakie muszę załatwić w coraz to innym miejscu miasta, sprawia, że bez przerwy jeżdżę metrem. Czuję się też tutaj zupełnie dobrze, swojsko. Bez pudła wybieram właściwy kierunek, zmieniam linie, wędruję podziemnymi korytarzami... Ani się spostrzegłem, że w ten sposób stałem się obywatelem miasta, które przed półtora wiekiem tak barwnie opisał był Wiktor Hugo.

Wędrówka paryskim metrem to prawdziwa przygoda. Właściwie każda linia ma swój własny charakter. Jedne przypominają jako żywo Paryż przedwojenny: jeżdżą po nich wysłużone stare zestawy - pociągi (po 5 wagonów w każdym zestawie, środkowy wagon kl. I). Inne - centralne - tchną nowoczesnością, elegancją. To już metro przyszłości (np. linia pospieszna RER). Odrębna sprawa to stacje. Jest ich chyba kilkaset. Każda z nich ma swój własny wystrój. Do jednych zawitała nowoczesność wraz z ruchomymi schodami, trasami szybkiego ruchu (np. Montparnasse-Bienvenue), w innych wciąż jeszcze stare windy wywożą pasażerów na powierzchnię ziemi. Wszystkie - zgodnie ze starym paryskim zwyczajem - przyjęły funkcję głównego centrum reklamowego. Na szczęście reklamy te są stosunkowo spokojne, nie atakują przechodnia. Zginęła dawna ich agresywność. Tak, jak wycofana została ze stacji metra rozpowszechniona niegdyś sprzedaż w automatach gumy do żucia. Dziś to już przeszłość. Kto był sprawcą tej odmiany, nie potrafię odpowiedzieć. Dość, że zaginęła ta tradycja. Nie tylko ona.

17 listopada 1984

Spisywanie tego dziennika zaczyna stawać się interesującym przedsięwzięciem. Czy starczy mi sił i ochoty na zapełnianie tych stronic, na odnotowywanie tego, co jest tego godne? Przecież nie sposób opisać wszystkiego. Czy zapisywać tylko wrażenia o świecie? A może dać więcej miejsca zwierzeniom własnym? Pytania te mnożą się nie bez kozery. Wczoraj spędziłem kilka wieczornych godzin przy biurku. Przygotowując wykłady, wypadło mi sięgnąć do Dziejów kultury polskiej Aleksandra Brücknera. Do dzieła niezwykłego, pełnego fajerwerków i niespodzianek, monumentalnego, a przy tym bardzo osobistego! Jakże daleko odbiega ono od obowiązującej dziś zasady tzw. obiektywizmu! Brückner wydaje sądy bez najmniejszych skrupułów. Jednych kreuje na bohaterów, innym odmawia prawa do pamięci. A wszystko to znajduje wsparcie w jego jakże znakomicie pojemnej pamięci! To umysł doprawdy na miarę renesansu!

Czytając Dzieje kultury polskiej nie sposób nie postawić pytania: co ważniejsze - człowiek czy świat, myśl czy czyn? Brücknera interesowali przede wszystkim ludzie. A mnie? Na razie pytanie to niech pozostanie bez odpowiedzi.

Dziś sobota. Na dworze leje, zimno, wieje wiatr. Nie chce się nawet wychylić nosa z domu. Od ranka siedzę przy biurku i pracuję. Po obiedzie nie sposób jednak wysiedzieć. Wraz z Tadeuszem ruszamy do serca Paryża, na Plac Zgody (Place de la Concorde). W listopadowym deszczu zlewają się kontury stojącej nieopodal wieży Eiffla. Nad placem zaś - niby okrzyk rozpaczy - wznosi się ku górze obelisk z Luksoru. Wyrwali go kiedyś przodkowie dzisiejszych mieszkańców Paryża z dalekiego Egiptu, przewieźli tutaj i postawili na znak swej potęgi. Dziś luksorski monument zdaje się głosić zmęczonemu bezustanną gonitwą światu jedną jedyną prawdę: o upływie czasu, o sile materii i nietrwałości pamięci człowieka. Przed dziesiątkami wieków, w starodawnym Egipcie, artyści mozolili się nad wykuciem w twardym kamieniu prawd o ich własnym świecie. Dziś pamięć o nich przepadła. Odeszły także w niepamięć prawdy, które zaklęli w tym kamieniu. Na Placu Zgody stoi dziś głuchy na świat, na jego bolesne wstrząsy i konwulsje, pomnik-wyzwanie, pomnik-przestroga. Czy go zauważają paryżanie? Może go widzą z okien swych wspaniałych samochodów. Ale nie potrafią już, niestety, czytać wyrytych na nim znaków. Niestety, nie wiedzą, dlaczego go odkuto w kamieniu...

Przyjechaliśmy na Plac Zgody przede wszystkim w nadziei odwiedzenia pałacu Jeu de Paume - wspaniałego muzeum impresjonistów. Przyjechaliśmy mimo najgorszej listopadowej pogody. Czy zostaniemy nagrodzeni? Kłębiący się w wejściu do muzeum różnojęzyczny, przemoknięty tłum nie zachęca. Będzie tłok! Nie ma jednak wyboru. Degas, Renoir, Manet, Monet, Cézanne, Van Gogh... są tuż obok! Jakże im nie złożyć choćby krótkiej wizyty? Jakże im się nie pokłonić? Tak, pokłonić. Bo na zawarcie bliższej znajomości z tymi płótnami przyjdzie pewnie czas. Dziś, w tym tłumie, przy boku przyjaciela nie ma możliwości zaznajomienia się z nimi. Do muzeów najlepiej chodzić samotnie w czasie, gdy inni zajęci są swoimi sprawami... Cóż więc da mi dzisiejsza wizyta? Dużo i mało. Daje przede wszystkim możliwość ogarnięcia ogromu dorobku impresjonistów. To bogactwo, od którego dostaje się zawrotu głowy. Jakże dziwny, inny świat wydał tych artystów! Jakże inni byli oni sami! Każdy z nich był osobowością, każdy szukał swojej własnej drogi. A przecież nie sposób nie wskazać na wspólne ich korzenie. Na pozór niewiele jest wspólnego między Monetem a Van Goghiem, Cézanne'em a Gauguinem. Każdy z nich widział otaczający świat inaczej, próbował go odtworzyć - bądź stworzyć - przy użyciu swej własnej techniki. A przecież łączy ich nie tylko epoka, która ich wydała. Nie tylko koncepcja światła na płótnie, nie tylko podobny rodowód. Łączy ich nade wszystko chyba umiłowanie życia. Z setek zawieszonych w pałacu Jeu de Paume obrazów ponad wszystko woła prawda o pięknie świata, o radości życia. Zarówno baletnice Degasa, jak żniwiarze Van Gogha, tahitańskie dziewczęta Gauguina i damy Moneta, goście prowansalskiej oberży Cézanne'a i panienki paryskiego półświatka Toulouse-Lautreca - wszyscy oni zdają się cenić życie, radować się nim. Czy cenili je modele artystów - nie wiem. Wiem jednak, że cenili je sami artyści. Toteż malowali swoje obrazy z radością, a może i z przekleństwem na ustach. Nie mieli jednak wyboru. Życie ich zmuszało do tego. Musieli się mu poddać, stać się jego apostołami...

Niestety, nie są apostołami życia bywalcy baru "Hôtel-Ellen" z rue Ferdinand Duval w IV dzielnicy Paryża. Postanowiłem odwiedzić ten bar, mam bowiem wiele do niego sentymentu. Przed kilkunastu laty to tutaj właśnie poznałem rodaka z mojego Radłowa, człowieka, którego Los jeszcze w latach dwudziestych wyrzucił na paryski bruk. Nie dziw więc, że, skoro Tadeusz zaproponował "postimpresjonistyczną" kawę, skierowaliśmy się właśnie tutaj.

Bar "Ellen" właściwie w niczym się nie zmienił. Życie dookoła biegnie naprzód, ale on wciąż istnieje. Wciąż też można w nim spotkać - chociaż coraz rzadziej - polskich rozbitków z lat międzywojennych. Wypędzeni z rodzinnych domów przez kryzys lat trzydziestych, inni przez wojnę, znaleźli w barze "Ellen" swoisty azyl. Tu się schodzą, tu dyskutują, tu się kłócą i radują. Właściciel baru, pan Jakub, zna wszystkich. Wie, kto lubi piwo, kto wino czerwone, kto zaś może pozwolić sobie na pastisse lub pernod. Niestety, dzisiejsza nasza wizyta w barze "Ellen" przebiegła w nastroju melancholii. Mój rodak zmarł przed rokiem. Nikt nie wie, gdzie go pochowano. Owszem, dobrze pamiętają go. Palił zawsze cygara, był bardzo honorowy - powiada pan Janek. Inny gość dorzuca - spierał się zawsze ze Staszkiem z Warszawy, z tym kapelusznikiem. Dziś nie ma już ani Pawła, ani Staszka. Odeszli na zawsze. Ich dawni koledzy przy "balonie" czerwonego wina chcą zapomnieć o swej starości i samotności. Czekają na chwilę, gdy przyjdzie ona - wybawicielka i zamknie im oczy na zawsze. A wtedy nie odwiedzą już baru "Ellen". Wprowadzą się do niego pewnie nowi lokatorzy, koledzy i kompani owego Ryśka, który porzucił był właśnie studia w Krakowie i przyjechał tu, do Paryża, na zarobek. Na razie pracuje od czasu do czasu jako pomocnik tapeciarza, wieczorami zaś zmywa naczynia u wujka w barze "Ellen". Może za miesiąc, może za rok "stanie na nogi". Dostanie wówczas "papiery", zacznie zarabiać, żyć... Po to, by po latach znów przychodzić do jakiegoś baru "Ellen" w poszukiwaniu wspomnień o rodzinnym, dalekim kraju, by topić te wspomnienia w lampce czerwonego cienkusza...

18 listopada 1984

Dziś niedziela, dzień świąteczny. Najpierw odwiedzam serce Paryża, czyli katedrę Notre-Dame. Nabożeństwo o godzinie 10.00 ma charakter uroczysty. Środkową, potężną nawę wypełniają wierni. Boczne nawy, odgrodzone wysoką drewnianą zaporą, służą setkom turystów za miejsce - stosunkowo wygodne - do zwiedzenia świątyni, a także przyglądnięcia się trwającemu właśnie nabożeństwu.

Samo nabożeństwo przebiega w nastroju powagi i podniosłości. Kapłan wygłaszający naukę mówi pięknie i przekonująco. Nawołuje wiernych do przestrzegania podstawowych kanonów moralności chrześcijańskiej, zarówno w życiu osobistym, jak i społecznym. Pięknie brzmi w starych murach katedry głos chóru - szczególnie w momencie gdy śpiewa po łacinie Credo. Mimo prób trudno przecież skupić się w czasie nabożeństwa. Z jednej strony ogrom tej budowli, z drugiej tłumy przechodzących obok turystów, bezustannie błyskających elektronicznymi lampami aparatów fotograficznych, z trzeciej zaś świadomość jakże długiej i bogatej historii tej świątyni - wszystko to sprawia, że nie sposób oderwać się od otaczającego świata i zastanawiać się nad pięknymi i mądrymi prawdami, o jakich mówi kapłan od ołtarza.

To dziwne, ale Notre-Dame de Paris, pełniąc dziś tak różnorodne funkcje - świątyni, zabytku historycznego, centrum ewangelizacji dorosłych etc. - przykuwa do siebie uwagę nade wszystko chyba swą niepowtarzalną urodą. Nawet dzisiaj, w dzień deszczowy, fascynuje swą koronkową, niepowtarzalną, pełną najbardziej zaskakujących rozwiązań architekturą. Średniowieczni artyści zaiste musieli w czasie przygotowań do tej pracy być w prawdziwym natchnieniu twórczym. Pozostawili nam bowiem arcydzieło architektury, które zachwyca, ale którego nie sposób zrozumieć, wyjaśnić, zgłębić.

Urzeczony urodą architektury i atmosferą wspaniałej świątyni z tym większą radością spieszę na spotkanie z przyjaciółmi, z którymi rozstałem się przed dwunastu laty. José i Cilick w dawnych, prowansalskich latach należeli do najbliższego kręgu moich znajomych. Z radością spieszę teraz do nich. Jak się dowiaduję, właśnie się przeprowadzili. Mieszkają obecnie w jednym z kilkudziesięciu podparyskich osiedli-satelitów. Zajmują cztery pokoje, kuchnię. Miejsca sporo, choć niegdyś wydawało się, że było go więcej. To sprawa dzieci, które w tych latach dorosły, zaczęły się usamodzielniać. Pablo, ten bodaj najbardziej ulubiony przez rodziców syn, od roku pracuje w Tunezji, odrabiając w ten sposób służbę wojskową. Mała niegdyś Ewa, piękna czarnooka pół-Polka, pół-Hiszpanka, a właściwie Francuzka, od pewnego czasu mieszka wraz z Davidem. Właśnie jutro mają przenosić się do nowego trzypokojowego mieszkania. Zakupiła je dla nich matka Dawida... A Miguel? Ten nieznośny niegdyś chłopaczek? Właśnie dziś obchodzi swe dwudzieste urodziny! Ach, ten czas...

Może najmniej zmian zaszło w José i Cilick. Przyprószyła ich mocno - to prawda - jesienna siwizna. Ale wygląda na to, że się nie zmienili. Chociaż to niezupełnie tak. Zmiany zaszły także w nich, i to spore. Cilick - jak dawniej wprawdzie z upodobaniem zajmuje się poezją, sprawami zaświatowymi, astrologią, tajemniczymi promieniami, robi to jednak z daleko większą rezerwą. Jakby dobrze sobie zdawała sprawę z tego, że trzeba chronić ten azyl przed rozpadem, ale - że jest to tylko azyl. José także wyraźnie przekroczył pewną granicę. Niegdyś był zawołanym zwolennikiem prawicy, dziś z przekonaniem broni polityki socjalizującego rządu. Ale nie tylko w polityce zmienił on swe wybory. Także w życiu codziennym stał się mniej dziarski (to daje o sobie znać pięćdziesiątka!), mniej miękki w stosunku do Cilick... Jakby życie dało mu więcej zgryzot niż radości, zmusiło go do większego wysiłku, pracy.

W domu José i Cilick spotykam sporo gości. Przy stole, przy lampce beaujolais (Beaujolais est arrivé! - wołają wszędzie napisy), przy kolejnych potrawach, płynie rozmowa dosyć wartko. Oczywiście, nie sposób pominąć spraw polskich. Daje się zauważyć, jak właściwie opinie wszystkich są ogromnie uproszczone. Prawdy, które wygłaszają, są tylko bladymi kalkami rzuconych przez dziennikarzy i polityków haseł. Ale na dobrą sprawę trudno się im dziwić. Kto im ma dać ową pełną wiedzę o tym, co się u nas dzieje? Nie dziw więc, że w czasie rozmowy raz po raz padają okrzyki zdziwienia: ależ to niemożliwe, my o tym nie wiemy, to zupełnie inaczej wygląda z naszej perspektywy...

Każda, nawet najlepsza wizyta musi mieć swój koniec. Ma swój koniec - a nawet i epilog - i ta. Oto bowiem, kiedy około 19:00 opuszczamy gościnny dom Cilick i José, aby powrócić do Paryża, pojawia się nieoczekiwany kłopot: golf Davida nie chce zapalić! Trzeba go popchnąć. Odkładam na bok torbę z notatnikami i kocem - wypożyczonym od Cilick, bo w Cité zimno - i pomagam, ile mogę. Auto w końcu udało się uruchomić. Niestety, nie udało się odzyskać mojej torby! Przepadła na zawsze! Wystarczyło kilka minut, by znikła. Komuś się przydała! Cóż, takie jest życie. Od pierwszego dnia pobytu w Paryżu przestrzegano mnie przed złodziejami. Nie ustrzegłem się i trzeba było opłacić chwilę nieuwagi! Na szczęście dokumenty i pieniądze zostały. Na szczęście...

19 listopada 1984

Początek drugiego tygodnia pobytu w Paryżu. Dzień zaczynam pod dobrym znakiem. Oto w drodze na zajęcia wstępuję do przepięknego starego kościoła Saint-Germain-des-Prés. Mam przystanek metra tuż przy tej świątyni. Nie sposób jej ominąć. Już drugiego dnia pobytu zaglądnąłem tu na chwilę. Dziś mam więcej czasu. Podziwiam też wspaniałe romańskie mury, znakomitą robotę kamieniarską dawnych mistrzów, pochłaniam atmosferę ciszy i spokoju, tak niezwykłą w tej okolicy. Przecież o kilkanaście kroków stąd płynie wartkim strumieniem bulwaru St. Germain fala samochodów, po drugiej stronie placyku, tuż naprzeciw wejścia do kościoła, znajduje się sławna w dziejach literatury europejskiej i światowej kawiarnia "Aux Deux Magots" (to tu w okresie powojennym zwykła się zbierać śmietanka literatów, tu wydawano sądy o literaturze, tu ferowano wyroki literackie, które obiegały cały świat!), a tymczasem w tej świątyni, pośród tych murów - azyl ciszy i spokoju. Przechadzam się powoli wzdłuż bocznej lewej nawy i nagle... tak, to tu! To właśnie tu, w kościele St. Germain-des-Prés znajduje się grobowiec naszego króla Jana Kazimierza. Wszak to tutaj nasz król był opatem w ciągu ostatnich czterech lat życia, tu go pochowano w 1672 roku (dopiero po latach przewieziono jego prochy do wawelskiej katedry). Grobowiec królewski wygląda pięknie. Spoglądając nań jakoś nie mogę się opędzić przed refleksją. Jakież wyroki zawiodły cię, Janie Kazimierzu, aż tu, do miasta rozciągającego się nad brzegami Sekwany? Ty, królu, któremu wypadło przejść w życiu tyle nieszczęść, który z uporem walczyłeś o wolność kraju, którego zdradzali tchórzliwi senatorowie i kanclerze, Radziejowscy, Radziwiłłowie i dziesiątki innych, który przysięgałeś w katedrze lwowskiej, że otoczysz opieką chłopów polskich, ty, królu, nie zdzierżyłeś. Złożyłeś koronę i dobrowolnie udałeś się do Francji, aby tu oczekiwać śmierci. Byłeś tragicznie wielkim w tym geście, niepowtarzalnym w naszych dziejach. Miałeś prawo nosić tę koronę do śmierci. A jednak zrzekłeś się jej, czułeś bowiem, że to wysiłek ponad Twoje siły! Trzeba było mieć, zaiste, wiele wewnętrznej siły, by podjąć taką decyzję. Ty ją podjąłeś. Choć zdawałeś sobie sprawę, że nie przysporzysz sobie tym sławy u swoich poddanych. Podjąłeś ją, choć musiałeś przeczuwać, że nie będzie już dla Ciebie powrotu do rodzinnego kraju. Stałeś się też dobrowolnym wygnańcem-tułaczem na całą wieczność. Nie przychodzą do Twego grobu szkolne wycieczki, by uczyć się narodowej historii. Nie odwiedzają Cię tysięczne tłumy turystów. Tylko od czasu do czasu przyjdzie tu do Ciebie jakiś Polak, jak Ty - tułacz, i pomyśli, że nie jest sam, bo przecież kilka wieków wcześniej tułaczy szlak z ziemi polskiej do francuskiej przebył sam król. To niewiele! A jakże dużo zarazem...

20 listopada 1984

Na dworze wichura. Zimno i deszczowo. Aż strach wyjść. A tu nie sposób zostać w domu. Na rue de Lille czekają studenci. Dziś rozpoczynam wykłady z literatury polskiej XX wieku. Na sali dwadzieścia osób. Sporo. Cieszę się, bo to znaczy, że chyba spełnią się moje oczekiwania, że chyba uda mi się znaleźć także tu entuzjastów chcących poznać naszą literaturę. Może nie wszystkich, może tylko niektórych. A jednak... Nie zrażam się tym, że w czasie wykładu jeden z młodzieńców - z I roku, chyba Niemiec albo Holender - bezustannie pragnie dać znać o sobie. Przerywa, zadaje dodatkowe pytania, wreszcie - wychodzi. Prawdopodobnie przyszedł w innym celu. Nie po to, żeby słuchać wykładu. Trudno, trzeba być przygotowanym na wszystko. To nie Kraków.

Wieczorem w towarzystwie niezastąpionej Cilick (przywiozła mi nową kołdrę!) odwiedzam przepiękny kościół Saint-Séverin. Jest wieczór. W Łacińskiej Dzielnicy (Quartier Latin) życie zdaje się dochodzić do swego normalnego o tej porze natężenia. Wąziutkimi uliczkami, przy których setki kafejek i małych restauracyjek zachwalają swe wyroby - greckie (jest ich chyba najwięcej!), arabskie, tureckie... i Bóg wie jakie, sunie tłum turystów, studentów, gapiów... W oczekiwaniu na Miguela i my wędrujemy pośród tych tłumów. W pewnej chwili Cilick proponuje odwiedziny stojącej obok świątyni. To słynny Saint-Séverin. Prawdziwe cudo francuskiego gotyku. Świątynia niezbyt wysoka, wspaniale wkomponowana w otoczenie. Mimo że zdaje się zapraszać wszystkich przechodniów, odwiedzają ją tylko nieliczni. A przecież właśnie teraz, wieczorem, sprawia ona bodaj najwięcej radości. Panuje w niej półmrok. Z półmroku tego wychylają się dziesiątki przepięknych kolumn dźwigających sklepienie rozciągające się nad pięcioma nawami. Podziwiam pajęczynę kolumn (każda z nich to odrębne dzieło sztuki, każda posiada swój własny wystrój), urodę kolorowych witraży, przez które przebija teraz światło lamp zewnętrznych, słucham delikatnej muzyki organów (widocznie jakiś artysta przygotowuje się do sobotniego koncertu). Wszystko to stwarza niepowtarzalny nastrój. Dla mnie wizyta ta ma jeszcze jeden wymiar. Oto bowiem odnajduję tu, w Saint-Séverin, słynną, wykonaną przez Walentego Wańkowicza kopię obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej z Wilna. Według legendy, przywiózł ją był do Paryża w roku 1841 Andrzej Towiański. Przywiózł na prostym chłopskim wozie. Najpierw znajdowała się w jednej z kaplic za głównym ołtarzem. Tam zbierali się przy niej polscy tułacze, członkowie Koła Sprawy Bożej, które założył brat Andrzej. W latach czterdziestych XIX wieku stała się ta Matka Boska Ostrobramska opiekunką tych tułaczy, którzy zamierzali wypracować nowy model człowieka, przekształcić zwykłych zjadaczy chleba w aniołów. Modlili się przed tym obrazem Mickiewicz i Słowacki, Goszczyński i Kajsiewicz, Zaleski i... dziesiątki, a może setki innych. Szukali u tej Pani, która w Ostrej świeci Bramie, sił na dalszy żywot. A także nadziei na lepszy los Ojczyzny. Od 1866 roku obraz ten znajduje się w bocznej, lewej nawie kościoła. Nie ma już tabliczek wotywnych, jakie umieszczano na nim przez dziesięciolecia. Zachował się jednak wzruszający napis: O Pani, ku ratunkowi naszemu pośpiesz się... Dziś przed obrazem tym pusto. Rzadko, niestety, przychodzą tu Polacy. Ale może kiedyś przyjdą. Może przyjdzie czas, gdy uświadomią sobie, że przed tym obrazem znajdą pociechę i wiarę w lepsze jutro...

21 listopada 1984

Zmęczenie - oto jedyne odczucie dzisiejszego dnia. Sześć godzin zajęć wyczerpało mnie zupełnie. Przy tym podła pogoda. Od rana czuję się źle. Wygląda na to, że będzie choroba. W każdym razie zaczyna się źle. Ale nie wolno się poddawać. Siadam do biurka, by napisać listy do rodziny. To pomaga. To wyzwala energię. Powoli wracam do siebie. Zaczynam rozmyślać. Przede wszystkim nad swoim położeniem. Czy ma sens cała ta moja wyprawa do Paryża? W końcu w Krakowie mam spokojną pracę, mam liczne grono przyjaciół. Nade wszystko mam rodzinę: żonę, dzieci. A tu? Sam jeden, w zimnym pokoju, skazany na samotność. Czy jest sens w tym przedsięwzięciu? Pozornie nie. A przecież sam zdecydowałem, zdecydowali też najbliżsi. I chyba dobrze się stało. Chcąc coś osiągnąć, do czegoś dojść, trzeba wysiłku i poświęceń. Przecież nigdy nie stać by mnie było na wyprawę paryską. Tym bardziej nie byłoby mnie stać na sprowadzenie tu rodziny. A tak - będzie to możliwe. To raduje. Bardzo to zmienia monotonię, która zabija życie. Mamy jedno życie i chciałoby się je przeżyć godnie i ciekawie. Niemożliwe to bez starań i poświęceń.

22 listopada 1984

Dzień dzisiejszy przeznaczyłem na załatwienie formalności związanych z planowaną na Boże Narodzenie podróżą do kraju. Trzeba przede wszystkim uzyskać wizę aller-retour. W prefekturze policji oświadczono mi, że wizy takiej nie mogę uzyskać aż do czasu, gdy będę miał carte de séjour. Wiadomo tymczasem, że na tę kartę czekać trzeba do trzech miesięcy! W tej sytuacji pozostaje tylko ambasada. Tym razem zostaję przyjęty ciepło i - co najważniejsze - po ludzku. Urzędnik w stosunkowo szybkim tempie przygotował odpowiednią notę do francuskiego MSZ-etu. Z notą tą kieruję się do gmachu, w którym rządzi obecnie minister Chesson. Uprzejmy urzędnik przyjmuje notę oraz paszport i oświadcza, że za 24 godziny będę miał żądaną wizę (jak się okazuje, dostaję wizę wielokrotną, z ważnością na pół roku!). Uszczęśliwiony takim obrotem spraw po obiedzie wybieram się do Biblioteki Polskiej przy quai d'Orléans 6. Bywałem tu częstym gościem przed kilkunastu laty, pora więc najwyższa odnowić związki. Ku swemu zdumieniu zastaję czytelnię pełną. Oczywiście, są także znajomi z Krakowa. Nie ma jednak czasu na pogawędki. Każdy usiłuje skorzystać z okazji i dotrzeć do upatrzonych materiałów. Osobiście wiążę pewne nadzieje z możliwością podjęcia na nowo pracy nad monografią Gaszyńskiego. Dział rękopisów jednak zawodzi; poza znanymi mi już listami do Słowaczyńskiego (wydano je przed laty), brak czegoś interesującego. Pozostaje zająć się jakąś inną sprawą. Odnotowuję z katalogu rękopisów sporo numerów. Zaczynam od biografii Tadeusza Z. Chamskiego. Niestety, spotyka mnie zawód. Rzecz niezbyt interesująca. Dopiero kolejna paczka przynosi oczekiwaną niespodziankę. Są nią listy Stanisława Krzemińskiego do Adama Asnyka. Zarówno autor, jak i adresat byli w 1863 roku członkami Rządu Narodowego, blisko współpracowali z Trauguttem. Potem losy jednego rzuciły do Krakowa, drugi zaś ostał się w Warszawie... Asnyk urósł na sztandarowego poetę pozytywizmu (a raczej parnasizmu) polskiego, Krzemiński stał się ostoją dziennikarstwa warszawskiego, żywym symbolem nieugiętości ducha polskiego wobec zaborcy. Jak widzę, trafiłem na ciekawy ślad. Chyba podążę za nim...

23 listopada 1984

Dzisiejszy dzień upłynął mi pod znakiem Napoleona. Wyruszając do archiwum znajdującego się w gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych (przy wielkiej esplanadzie Inwalidów), zdecydowałem się złożyć wizytę cesarzowi. To prawda, że wizytę tę trzeba było opłacić trzynastoma frankami - co w obecnej mojej sytuacji stanowi poważny wydatek - nie sposób jednak zrezygnować z tego zamiaru. Byłem u cesarza przed kilkunastu laty, pora odświeżyć wspomnienia.

Niestety, spotyka mnie zawód. Przez lata całe przeczytałem niejedno dzieło o "małym kapralu", oglądnąłem niejeden album poświęcony jego wojennej epopei, pisałem o wielkich panoramach Wojciecha Kossaka (Pod piramidami, Somosierra). Z chwilą wkroczenia w mury kościoła św. Ludwika wszystkie te wątki giną, oddalają się. Pozostaje tylko zimny granit grobowca i straszne w swych kształtach jego otoczenie. Ta narzucająca się widzowi grandilokwencja, to uporczywe wydobywanie zasług cesarza, ta rzymska jego poza na rozlicznych płaskorzeźbach... Wszystko to każe myśleć o nicości czynów ludzkich, o przemijalności potęgi. Kiedyś, przed kilkunastu laty, zwiedzałem dom rodzinny cesarza Napoleona w jego korsykańskim Ajaccio. Zwykły, mieszczański dom, ze zwykłym mieszczańskim wystrojem. Muszę przyznać, że tamta wizyta wzruszyła mnie o wiele bardziej niż dzisiejsze odwiedziny jego grobu. Tam było wiele autentyzmu, były ślady człowieka, mimo że dom jest pusty. Tu, mimo wspaniałego jego grobowca, mimo setek napisów, rzeźb, i tablic, tu właśnie Napoleona nie ma. Są ślady jego idei, a przede wszystkim dokumenty działalności jego małych następców. Jego samego tu jednak nie ma. A szkoda. Może przydałby się dzisiaj Francuzom?

24 listopada 1984

Spośród dzisiejszych rozlicznych wydarzeń odnotować muszę przede wszystkim wizytę na "pchlim targu" (Marché aux puces). Wybrałem się w okolice Porte de Clignancourt z Tadeuszem. Na szczęście nie pada, można więc spokojnie zwiedzić tę zachwalaną we wszystkich przewodnikach atrakcję Paryża.

Jak wszystko, co otoczone zostało turystyczną legendą, także i "pchli targ" - co widać już na pierwszy rzut oka - zatracił swój autentyzm. Miejsce zbieraczy-entuzjastów, kolekcjonerów-dziwaków zajął tu dość lukratywny handel. Zniknęły sławne niegdyś budy, prowizoryczne stoiska, na których wszystko można kupić. W ich miejscu pojawiły się sklepy wyspecjalizowane w określonej branży, swoiste salony. Tylko gdzieś jeszcze na obrzeżach "pchlego targu" można pooddychać atmosferą na poły odpustową, z nieodłącznym targiem. W jego centrum kwitnie handel znakomicie zorganizowany, nieomal hurtowy. Wyspecjalizowani ajenci "zapędzają" do stoiska przechodniów, wcale nie zamierzając następnie łatwo wypuścić upolowanej zwierzyny z potrzasku. Oczywiście, główne transakcje prowadzą tu z Amerykanami. Pod ich też gust (lub raczej - brak gustu) zaopatrują swe stoiska, ich oczekiwania przenoszą ponad wszystko. W ślad za tym idą ceny - wysokie, niekiedy wręcz horrendalne (przynajmniej dla, jak ja, normalnego śmiertelnika). Dochodzi powoli do przedziwnego zjawiska: ceny na "pchlim targu", przyciągające kiedyś tłumy paryżan i tysiące turystów oraz studentów, obecnie często znacznie przewyższają te, jakie spotkać można choćby w sieci sklepów słynnego "Tati". Ów "Tati", zarabiający najprawdopodobniej miliony na hurtowym handlu (a właściwie detalicznym, który przyjmuje charakter hurtowy!), stał się potężnym konkurentem dla Marché aux puces. Tam, do Porte de Clignancourt, jadą dziś przede wszystkim turyści zagraniczni na spotkanie z jeszcze jedną atrakcją Paryża. Do "Tatiego" podąża przede wszystkim biedny Paryż, aby zaopatrzyć się we wszystko, co potrzebne do życia, a co niezbyt drogie. "Tati" zrozumiał, na czym polega dzisiaj istota handlu. Toteż każdy towar sprzedaje taniej niż najbliższy jego konkurent. Ale towar ten nigdy nie leży na półce, jest w ciągłym ruchu. Bo handlować to przede wszystkim znaczy sprzedawać. I "Tati" sprzedaje...

25 listopada 1984

Dziś niedziela, dzień odpoczynku, skupienia. Oczywiście, nie dla wszystkich. Są jednak miejsca, gdzie można choć na chwilę oderwać się od spraw codziennych, zagłębić się w sobie. Dla jednych miejscem tym jest świątynia, dla drugich muzeum, dla jeszcze innych sala koncertowa, teatr, kino... Mnie dziś spotkała przyjemna niespodzianka w kościele. To wspaniała w swej koncepcji i wyrazie wystawa rzeźby religijnej Józefa Pyrza w kościele Saint-Germain-des-Prés! Przyjechałem do tego prastarego kościoła (ufundowanego jeszcze w VI wieku!) na niedzielną mszę. Jakież było jednak moje zdumienie, gdy usłyszałem w pewnej chwili komunikat księdza, że wystawione w bocznych nawach piękne rzeźby w drewnie są dziełem polskiego twórcy! Nie dziw więc, że znalazłem się pośród tych wiernych, którzy po mszy św. zgrupowali się wokół artysty, by wysłuchać jego objaśnień. Pyrz - człowiek uroczy, z wyglądu przypominający nieco Toulouse-Lautreca, mówi po francusku z obcym akcentem, ale mówi płynnie i ciekawie. Opowiada o procesie tworzenia, wyjaśnia przesłanie ideowe poszczególnych rzeźb, kreśli obraz swej pracy. Słuchając go, oglądając niepowtarzalne w swym uroku rzeźby (przede wszystkim Zwiastowanie, ale także Dawid i Goliat, Ave Maria, Adam i Ewa, Jakubowa drabina, Kain i Abel czy wreszcie Autoportret) zapomina się o świecie i jego troskach, o jego grzechach i zbrodniach. Dzięki pracy rąk tego rodaka spod Bochni, który od sześciu lat mieszka w Paryżu, mam chwilę autentycznej radości. Nie potrafię wyjaśnić, w czym tkwi tajemnica rzeźb Pyrza - to prawda. Ale muszę oddać sprawiedliwość jego pracy, która - jak widać - nie jest ani łatwa, ani prosta, ale która nade wszystko niesie pociechę. Oglądając pełne ruchu i lekkości dzieła tego artysty przypomina się tylko Van Gogh. Tamten zastosował własną, niepowtarzalną technikę w malarstwie. Pyrz zdaje się iść właśnie jego śladem: rzeźbi podobną "grubą kreską". Tamten tworzył pejzaże, martwe natury, portrety o niepowtarzalnym uroku i kolorystyce, ten, parając się dłutem, nadaje potężnym pniom drzewnym niecodzienne kształty, pełne ruchu i powietrza. Tamtego znają miliony. Ten, syn drwala z Niepołomickiej Puszczy, szuka widzów wśród wiernych, wśród tych, którzy również zwykli się przynajmniej od czasu do czasu zatrzymać chwilę w biegu życia i zadawać pytanie - dokąd biegnę?

26 listopada 1984

Wczorajsza, niedzielna, pierwsza z zaplanowanych wielu wypraw do Luwru wciąż nie daje mi spokoju. Spędziłem w salach tego niezwykłego muzeum kilka godzin. Byłem tu nie po raz pierwszy; przed laty nieraz wpadałem tu, by "pooddychać" sztuką, by nabrać ochoty do życia, do pracy. Wczorajszą wyprawę - jak wszystkie bodaj poprzednie - rozpocząłem od niepowtarzalnej w swym wdzięku, wielkiej w swym kalectwie Nike Zwycięskiej. Jej wspaniała postać nie tylko świadczy o geniuszu artystów greckich; zdaje się nade wszystko symbolizować zwycięstwo sztuki nad barbarzyństwem zniszczenia, które tak dotkliwie ją okaleczyło, ale nie potrafiło odebrać jej wielkości i piękna.

Przyszła potem kolej na sale z malarstwem europejskim, przede wszystkim francuskim. Wędrując przez te sale nie potrafiłem się przecież ani wzruszyć, ani zachwycić. Bezustannie powracała mi na myśl niedawna wizyta u impresjonistów, bezustannie dokonywałem też porównań. Trudno ukryć, ale szkoła francuska z Luwru w zestawieniu z tamtym malarstwem wypada bardzo blado. Nawet tak bardzo wielbiony przez Francuzów David z "nieśmiertelną" Marianną na barykadach nie potrafi się obronić. Nic zatem dziwnego, że przyspieszam kroku chcąc dotrzeć do skarbów Wielkiej Galerii, do dzieł Tycjana, Rafaela i Leonarda. Przed Giocondą, chronioną specjalną szafą i kuloodporną szybą - tłum obcokrajowców, przede wszystkim Japończyków. Cisną się, robią zdjęcia... A tuż obok tyle wspaniałości! Wydaje się, że wyrządzono dziełu Leonarda mimo wszystko szkodę okrzykując je największym arcydziełem malarstwa światowego. Nawet gdyby się jej należało to miejsce, nie trzeba było robić tego w taki sposób. Na dobrą sprawę dziś mało kto ogląda Giocondę jako dzieło mistrza Leonarda. Każdy pragnie stanąć przy arcydziele, upamiętnić tę chwilę... Szkoda Giocondy, tym bardziej że nie zasłużyła na ten los...

Pociechę znajduję jednak tuż obok, w spokoju rozkoszując się innymi dziełami Leonarda, w tym przede wszystkim jego Piękną Florentynką. Nie mniej radości przynosi mi spotkanie z Rafaelem, z Tycjanem i tyloma innymi mistrzami włoskiego renesansu! Nie kryję jednak, że w sposób szczególny zabiło mi serce, gdy w galerii Luwru stanąłem nagle przed trzema obrazami Domenica Ghirlandaia. To on przed kilku laty zachęcił mnie do licznych powrotów do lizbońskiego Muzeum Gulbenkiana. To on namalował ów niepowtarzalny w swej urodzie Portret dziewczyny, którego kopia zdobi moje krakowskie mieszkanie. On, nauczyciel wielkiego Michała Anioła, trafił także do Luwru. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego polubiłem jego dzieła. Może dlatego, że przecierał dopiero ścieżki wielkim twórcom renesansu, że, wyrastając z tradycji gotyku, musiał może w sposób szczególny walczyć z tradycją, z regułami, by stworzyć nowy świat? Nie wiem. Wiem jednak, że czuję dlań ogromnie dużo sympatii, że należy do moich ulubionych twórców. Że w tej mojej prywatnej galerii zajmuje miejsce tuż obok uroczego Brata Anielskiego (zaszczyconego w galerii Luwru zaledwie dwoma obrazami!) i wciąż niepokojącego Metsysa Quentina. Żaden bodaj z nich nie osiągnął wyżyn kunsztu malarskiego, żaden nie stał się mistrzem światowym, ale każdy z nich miał na pewno nie tylko talent. Z całą pewnością kochał sztukę, którą zaklął w kolorach! Może właśnie dlatego stali mi się oni tacy bliscy i drodzy? Arcydzieła onieśmielają, swą doskonałością jakże często porażają. Dzieła pozostające w cieniu arcydzieł pozwalają nawiązać bliższy kontakt z ich twórcą, stają się bardziej ludzkie, bliższe sercu!

27 listopada 1984

Spisanie refleksji z wizyty w Luwrze zajęło mi tyle miejsca, że nie starczyło go na odnotowanie wrażeń z pierwszej w czasie tego mojego pobytu w Paryżu przechadzki po sławnej we wszystkich bodaj zakątkach świata dzielnicy zepsucia - Pigalle. Znalazłem się tu trochę przypadkowo. To prawda, że nie w chwili pełnego jej życia, nie około północy, niemniej wystarczyło tego, aby stwierdzić przynajmniej jedno: że zatraciła ona chyba w całości swój sławny francuski wdzięk. Wprawdzie nad placem Blanche nadal kręcą się skrzydła "Czerwonego Młyna", nadal można tu kupić miłość, ale nie jest to już Pigalle z legendy. Amerykańskie dolary, amerykańscy turyści sprawili, że mamy tu do czynienia z przedziwną mieszaniną francuskiej lekkości z brutalnością rodem zza oceanu. Miejsce kafejek i maleńkich barów zajęły luksusowe przybytki rozpusty, restauracje, sex-shopy, kina z pornograficznym repertuarem. Pojawili się w ogromnej liczbie "naganiacze", uprawiający swą działalność w sposób nachalny, a nierzadko brutalny. W ten sposób właściwie chyba raz na zawsze przepadła legenda o paryskim Pigalle. Rodzi się nowa, obca kulturze basenu Morza Śródziemnego legenda skrojona "na gust amerykański". Ale na dobrą sprawę nie ma czego opłakiwać. Można tylko stwierdzić, że może właśnie w tej konkretnej dziedzinie najwidoczniej daje o sobie znać proces podboju Europy Zachodniej, a przede wszystkim Francji, przez Amerykę. Na innych polach Francuzi starają się jeszcze podkreślać swoją niezależność, tu skapitulowali. Wyłom został wykonany, pora na opanowanie twierdzy...

28 listopada 1984

Dziś cały dzień w Instytucie. Zajęcia od rana do wieczora. Trochę ciężko. W południe musiałem się chwilę zdrzemnąć, nie byłbym bowiem w stanie poprowadzić zajęć popołudniowych. Właściwie nic się dzisiaj nie działo. W Paryżu zimno (w pokoju jeszcze bardziej!), ludzie przemykają się w pośpiechu do pracy i z pracy. Nawet kloszardzi gdzieś pozaszywali się w swoich norach. Nie rezygnują tylko wędrowni grajkowie z metra. Jedni wędrują od wagonu do wagonu i śpiewają - przy wtórze gitary - pieśni meksykańskie, hiszpańskie ale i francuskie w nadziei, że dostaną parę centymów, inni tworzą małe zespoły i koncertują na większych stacjach. Dziś przypadł mi do gustu egzotyczny zespół (chyba z Ameryki Południowej) koncertujący na stacji Montparnasse. W śpiewanych przez nich piosenkach tyle było młodzieńczej radości, tyle urokliwej egzotyki, że choć na chwilę zapomniałem o zmęczeniu. Wczoraj wieczorem byłem w Instytucie Polskim na wernisażu wystawy Jana Ekierta. Poszedłem tam wiedziony może nie tyle chęcią zobaczenia samej wystawy - zresztą niezbyt w sumie ciekawej (może najlepsze były jeszcze pejzaże biblijne i weneckie), ile spotkania człowieka, którego wydała Kombornia! W zaproszeniu wyczytałem bowiem, że p. Ekiert urodził się w roku 1907 właśnie we wsi prof. Pigonia, że mieszka w Paryżu od 1946 roku, że wystawiał swoje obrazy zarówno we Francji, jak i w Stanach Zjednoczonych, Izraelu, Anglii itd. W gronie kilkudziesięciu gości, którzy przybyli na wernisaż (niezbyt to doborowe towarzystwo!) bez trudu odnalazłem artystę. Nie ma on w sobie nic z malarza, z pozy. Rozpoznać go jednak łatwo - wszak to człowiek tak nieprawdopodobnie podobny do Pigonia! To niezwykłe! Nie byli przecież krewnymi (potwierdził to p. Ekiert), a ich sylwetki, ich wizerunki są tak bliźniaczo podobne! Przedziwna ta Kombornia, która wypuszcza w świat takich ludzi!

W czasie długiej rozmowy z p. Ekiertem obiecałem mu, że kiedyś zadzwonię i odwiedzę go. Pewno rzeczywiście to uczynię. Tym bardziej że on zdaje się być bardzo samotny (zmarła mu ostatnio żona), szuka kontaktu z ludźmi "stamtąd", z "jego" ziemi! Z wielką radością słuchał mojej relacji z uroczystości, w jakiej uczestniczyłem przed trzema laty, nadania szkole w Komborni imienia prof. Stanisława Pigonia! Pewno będzie o czym rozmawiać. Zapowiedziały u niego wizytę także Cilick z córka Ewą, które wraz z Tadeuszem zaciągnąłem na ten wernisaż, i z którymi po uroczystości zjadłem kolację (w mieszkaniu Ewy zakupionym przez jej teściową!). Tak oto zupełnie nieoczekiwanie w Paryżu zbiegły się w jednym momencie echa pięknej muzyki spod Andów i wspomnienia z Komborni. Może to nie przypadek? Wszak to miasto na każdym kroku gotuje niespodzianki!

29 listopada 1984

Pamiętny to dzień w naszej narodowej historii. W roku 1830 wieczorem, o tej mniej więcej porze, w której piszę te słowa, rozległy się w Warszawie głośne okrzyki i nawoływania młodych podchorążych: do broni! Jedni od lat czekali na ten okrzyk. Tym zabiły radośniej serca, napełniły się nadzieją, że jednak... że jeszcze nie umarła, że jeszcze żyje Polska! Inni w przerażeniu zaczęli szczelnie zamykać okiennice i bramy domów, aby głos ten nie mógł się wcisnąć do ich zbrukanych sumień. Dzień ten stał się dla wielu dziesiątków tysięcy Polaków chwilą przełomową. Nagle załamał się budowany od wielu lat ich świat, pojawił się świat nowy, inny... Większość z nich uwierzyła w ten nowy świat, w możliwość odbudowania niepodległej Polski. Pospieszyła też młodzież oraz starsi do szeregów powstańczych. Tysiące złożyło tej wierze świadectwo ze swej krwi i życia. Inni w długich kolumnach podążyli na polską nieludzką ziemię, na męczeński Sybir. Wielu podążyło w poprzek Europy - na wieczne wygnanie. Większość z nich zatrzymała się tutaj, we Francji. Jednych zamknięto w obozach (depôts), inni skierowali się do Paryża. Prawie wszyscy szli tu z nadzieją, że pobyt ten potrwa krótko, że niedługo wrócą nad Wisłę, że przyjdzie im jeszcze stoczyć jeden bój - ostatni, ale zwycięski. A wtedy Polska będzie Polską. Jakże srodze się zawiedli. Płynęły dnie, miesiące i lata. Nadzieje zaczęły rozpływać się we mgle, szeregi żołnierzy wolności zaczęły rzednąć. Wreszcie zeszli ze sceny. Ale schodząc - zostawili ogromny dorobek polskiej myśli, polskiej nadziei - na lepsze, sprawiedliwsze jutro. Ziemia francuska przyjęła ich prochy, ale myśl ich stała się pokarmem dla synów i córek, dla następnych pokoleń, które miały strzec tego dziedzictwa. Tak było przez lata. A dziś?

Właśnie wróciłem z Biblioteki Polskiej przy quai de'Orléans. Pracowałem tam kilka godzin popołudniowych (otwarta jest tylko po południu!). Obok mnie - kilkanaście osób. Jedni wertowali stare roczniki czasopism, inni zagłębiali się w stare rękopisy, jeszcze inni po prostu czytali polskie książki. Ta biblioteka i to muzeum Mickiewicza - to ich dzieło! To dzieło tych, którym dzień 29 listopada zabrzmiał radośnie, a których los skazał na wieczne wygnanie. Okazuje się, że to dzieło wciąż żyje. I chociaż dziś w Bibliotece nikt nie wspomniał nawet o rocznicy, chociaż na tablicy znalazłem tylko małe zawiadomienie o zebraniu Towarzystwa Historyczno-Literackiego w dniu 1 grudnia - zwołanym z tej właśnie okazji - to przecież nie sposób pominąć milczeniem tej rocznicy. Nie sposób nie przywołać raz jeszcze tych pełnych entuzjazmu podchorążych nawołujących swych współbraci do broni. Nie sposób nie oddać im należnej czci.

30 listopada 1984

Od wczoraj moje życie w Paryżu wyglądać zaczyna zupełnie inaczej. Przez trzy tygodnie żyłem tu w bezustannej niepewności o jutro. Przywiezione z domu, a także pochodzące z drobnych pożyczek u znajomych zasoby pieniężne kurczyły się z dnia na dzień. Sytuacja stawała się coraz nieznośniejsza. Podjąłem wprawdzie zabiegi o pożyczkę w Instytucie Polskim (złożyłem nawet podanie w tej sprawie), nie przyniosły one jednak żadnego skutku. Pan dyrektor odsyłał mnie z dnia na dzień, nie bardzo wiedząc, co ze mną zrobić. Aż oto wreszcie wczoraj otrzymałem zaliczkę pierwszej pensji. Stałem się niezależny. To ogromna ulga, psychiczny luz. Nareszcie będę mógł kupić sobie najbardziej potrzebne drobiazgi (jak proszek do prania, szampon, a przede wszystkim - zapasy żywnościowe). Nareszcie...

Dziś od rana robię zakupy. Przede wszystkim jadę do "Tatiego", aby zrobić kilka zakupów dla moich najbliższych. Pojutrze jedzie do Krakowa p. F., obiecała zabrać małe upominki na św. Mikołaja dla moich dzieci. Jadę do "Tatiego" z Tadeuszem. Nieoczekiwanie Tadeusz spotyka tu jednak swoją kuzynkę, która - jak się okazuje - przed pięcioma dniami zjechała do Paryża... z Oslo na tygodniową wycieczkę. I oczywiście trafiła do "Tatiego"! Ale właściwie inaczej być nie mogło. Wszak wiadomo, że tu najtaniej we Francji, że tu język polski należy chyba do "światowych" (o każdej porze dnia słychać polski język w tym wielkim sklepie!). Nic dziwnego więc, że dochodzi tu do najmniej oczekiwanych spotkań. Straciwszy w ten sposób towarzysza, sam dokonuję zakupów i radosny wracam do domu. Po południu - oczywiście, w bibliotece. Wieczorem zaś - telefon do Krakowa. Rozmawiam z moimi bliskimi. Co za radość słyszeć ich głosy. Tym bardziej że u mnie, w akademiku, zupełnie głucho. Jak w pustelni...

1 grudnia 1984

Ustawiczna gonitwa, wieczna wędrówka metrem, to znów piechotą, sprawiły, że dziś niezbyt chętnie wstałem z łóżka. Mimo wszystko przemagam się. Przecież w Bibliotece czekają na mnie... listy Krzemińskiego do Asnyka. Postanowiłem zrobić ich odpisy i nie żałuję tej decyzji. Robota to żmudna, ale jakże ciekawa zarazem. Krzemiński, Asnyk to generacja pozytywistów. Ale jakiż rodowód? Obaj byli członkami Rządu Narodowego w 1863 roku, obaj blisko współpracowali z Trauguttem, obu przetrącono skrzydła. A przecież nie załamali się, nie zwątpili. Ileż siły w tych ludziach, samozaparcia. Skoro nie można służyć ojczyźnie z bronią w ręku, postanowili służyć jej piórem, talentem, pracą! I służyli. Nie, nie żałuję tej decyzji. Nawet gdyby się miało okazać, że nie uda mi się ogłosić drukiem tych listów, wiem, że nie tracę czasu przy ich kopiowaniu. Uczę się od tych ludzi szacunku dla pewnych wartości wyższych. To wiele, bardzo wiele...

2 grudnia 1984

Na dzisiaj zaplanowaliśmy z Tadeuszem wyprawę do zamku Vincennes, leżącego na wschodnich rubieżach Paryża. Jedziemy tam metrem (co za wspaniały wynalazek - to metro!). Jest zimno, wietrznie. Zamek widać z oddali. Wygląda imponująco. Dookoła potężne mury, głęboka fosa... Trafiamy wreszcie do bramy wjazdowej. Cisza, spokój. Dookoła żywej duszy. Panienka w kasie powiada, że winniśmy zaczekać. Za 45 minut będziemy mogli zwiedzić Donjon wraz z przewodnikiem. Cóż zrobić, trzeba się zgodzić. Robimy tymczasem wizytę w zamku na własną rękę. Tuż obok wznosi się wspaniała Święta Kaplica. Niestety, zamknięta od paru lat. Trwają w niej prace konserwatorskie. Niedaleko za kaplicą - długie, niskie zabudowania fortecy. Tam przechowywane są zbiory archiwalne do dziejów armii francuskiej. Na chwilę przystajemy. To wszak tu, w tych fortach, znajdują się podobno dokumenty do dziejów polskich formacji wojskowych walczących u boku Francuzów. Gdzieś czytałem, że dokumentów tych są ogromne ilości, tysiące. Czy je zbadano do końca? A może spróbować i tu? Może czeka mnie tu jeszcze jedna niespodzianka? Może kiedyś podejmą się tego inni. Teraz pora najwyższa do Donjon, czyli do potężnego zamku gotyckiego z XIII wieku. Zbudowanego - jak objaśnia sympatyczny przewodnik - przez królów Francji dla nich, na ich własny użytek. Tak też było. Przez blisko 300 lat mieszkali tu królowie francuscy, choć niezbyt to było wygodne mieszkanie! Oglądamy więc piękne XIII-XIV-wieczne sale królewskie na różnych piętrach, wszystkie zbudowane według tej samej zasady: sklepienie sali wznosi się na centralnie położonym pilastrze. Obok sal królewskich - małe salki dla królowych, ale i dla służby. Gdy oglądająm te cuda gotyckiej architektury, ogarnia mnie wzruszenie. To przecież tu, do tego zamku w roku 1416 dotarła była delegacja polska z arcybiskupem Trąbą, Janem z Tuliszkowa i Zawiszą Czarnym w nadziei, że król Francji pogodzi ostatecznie Polskę z Zakonem Krzyżackim! Po tych kamieniach chodził więc i w tych salach rozlegał się głos Zawiszy, "tego" Zawiszy, nad którego legendą spędziłem niedawno kilka miesięcy! Co za dziwny zbieg okoliczności!

Zainteresowanie moje zamkiem Donjon znacznie wzrasta, gdy dowiaduję się, że w nim więziono w latach trzydziestych XVII wieku królewicza Jana Kazimierza! A zatem dotarłem do trzeciego jego więzienia we Francji! I ostatniego. Pamiętam, z jakim przed laty wzruszeniem wędrowałem po ruinach zamku w Sâlon-de-Provence, dokąd żołnierze kardynała Richelieu zawieźli najpierw pochwyconego przypadkowo w Saintes-Maries-de-la-Mer polskiego królewicza zdążającego na austriackiej fregacie do Hiszpanii w nadziei otrzymania tronu wicekróla Portugalii. W tamtejszym kościółku udało mi się nawet odczytać pamiątkową tablicę, jaką uczczono pośmiertnie jednego z dostojników polskich towarzyszących królewiczowi, niejakiego Korzyckiego. Później trafiłem do zagubionego u podnóży Alp Sisteron, gdzie królewicz polski spędził wiele długich miesięcy. Dziś wreszcie dotarłem do Donjon - ostatniego etapu tej przedziwnej przygody późniejszego polskiego władcy. Ze wzruszeniem dotykam starych murów. Słucham opowieści o sławnych więźniach Donjon (zamek pełnił tę funkcję od XVI wieku aż do 1784 roku!), o markizie de Sade i Mirabeau, o Diderocie i naszej Marii z rodu Gonzagów, o rozstrzelanym w pobliskiej fosie - na rozkaz Napoleona - księciu d'Enghien i sławnym "królu ucieczek" hrabim B., który najpierw pięciokrotnie zbiegł z Bastylii, a następnie także i z Donjon (wyczyn ten opisał Aleksander Dumas w powieści W 20 lat później!). Ale wszystkie te opowieści przesłania mi właściwie "polska" historia zamku w Vincennes. Ta rycersko-królewska z Donjon i żołniersko-tułacza z pobliskiego fortu-archiwum. Toteż kiedy wieczorem dotarłem do katedry Notre-Dame na mszę świętą celebrowaną przez arcybiskupa Paryża Lustigiera, kiedy po mszy w mroku katedry rozległy się wspaniałe organy - wydawało mi się, że zamknięty został w ten sposób jeden z piękniejszych moich tutaj dni. Doprawdy, te organy u Panny Marii grały także... po polsku!

3 grudnia 1984

Poniedziałek - zatem dzień pracy. W Paryżu leje, zimno. Po południu spędzam kilka godzin w Bibliotece Polskiej - przy listach Krzemińskiego do Asnyka. Traktuję tę robotę trochę jako sprawdzanie siły swojego charakteru. Praca to bowiem nużąca. Daje jednak satysfakcję. Listy są rzeczywiście ciekawe. Wyłania się z nich człowiek, który mimo upływu lat, mimo wielu zawodów, jakie sprawiło mu życie, nigdy właściwie nie złożył broni. Pozostał wierny swym ideałom młodości.

Wieczorem - chwila refleksji. To dziś mija osiemnasta rocznica naszego ślubu! Ani się spostrzegłem, jak minęły te lata. Długie i piękne lata! Co tam porabia dziś moja żona, czy wspólnie z dziećmi obchodzi rocznicę? Dziś bardzo chciałbym być tam, przy nich!

4 grudnia 1984

Od pierwszego dnia przyjazdu do Paryża wiedziałem, że w tym dniu czeka mnie wyjątkowa wizyta u pani Helft, właścicielki wielkiego wydawnictwa. Zorganizowała mi tę wizytę nieoceniona Cilick. Kilka dni temu zadzwoniła, że zostałem zaproszony przez panią Helft na "wieczór literacki", na który ma przybyć wytworne towarzystwo. "Słowo się rzekło, kobyłka u płota". Wieczorem w towarzystwie Cilick, Ewy i Davida jedziemy do pani Helft (czyli matki Davida). W samochodzie dowiaduję się, że będzie około 25 osób: poetów, krytyków literackich, uczonych itp. Nie ukrywam, że progi mieszkania p. Helft przekraczałem z pewną obawą. W salonie zastaliśmy już kilkanaście osób. Później przyszli następni. Któż to był? Niestety, można się było tylko zorientować nieco powierzchownie. Wyglądało na to, że większość to literaci (literatki). Był jeden bardzo interesująco rozprawiający krytyk literacki a przede wszystkim prof. Sorbony - historyk Ellenstein, autor wielu dzieł naukowych (nadto ośmiu scenariuszy filmów dla TV o tematyce historycznej), człowiek posiadający wielu przyjaciół w najwyższych sferach Paryża.

Wieczór poświęcony był pamięci zmarłego przed kilkoma tygodniami byłego uczestnika spotkań, poety G. Delle Nogar, autora około czterdziestu książek. Piękne wspomnienie o nim wygłosiła p. Helft. Sporo informacji dorzucił wspomniany krytyk. Ta oficjalna część wieczoru zamknięta została przejściem do sąsiedniego pokoju - na mały posiłek (kanapki, ciastka, napoje). Po około godzinnej przerwie wszyscy goście zaproszeni zostali z powrotem do salonu. Tam jeden z panów - powieściopisarz (tak został przedstawiony) - odczytał fragment swej nowej powieści, której druk rozpoczęło właśnie jakieś pismo. Powieść chyba niezbyt wysokich lotów, początek zdaje się bowiem zapowiadać Smutną Wenecję Wacława Kubackiego. Teraz, ok. 23.00, zjawili się jeszcze kolejni goście. Przybyła pani - jak się okazało - jest najbliższą współpracownicą p. Helft w wydawnictwie. Wspólnie przedstawiły plan wydawnictwa na przyszły rok. Między innymi obie panie zaapelowały do obecnych o zgłaszanie propozycji do nowej serii krótkich tekstów (do 50 stron)...

Tak mniej więcej wyglądał wieczór literacki, z którego wyszedłem po północy. Gdy dziś patrzę na to wydarzenie, zdaje mi się, że przynajmniej połowa ludzi tam zgromadzonych pojawiła się przypadkowo (szczególnie starsze panie co chwilę wznoszące okrzyki zachwytu w czasie lektury tekstów). Albo raczej - pojawili się tam nie ze względu na swe walory intelektualne, ile bankowe. Osobiście miałem sporo satysfakcji z rozmowy z profesorem Ellensteinem. Rozmawialiśmy długo o najnowszej historii: o Jałcie (właśnie ukończył pracę nad scenariuszem widowiska TV na ten temat), o Roosevelcie, Churchillu i Wilsonie. Zaskoczyło mnie przede wszystkim to, że ani on, ani inni jego znajomi, w końcu intelektualiści, nie posiadają żadnych wiadomości o polskiej kulturze. Jeden z pisarzy - bardzo ruchliwy w towarzystwie - słyszał o jakimś poecie polskim, który ma pomnik w Paryżu, ale, niestety, nie potrafił wymienić jego nazwiska! Rozpacz ogarnia człowieka, gdy widzi, jak wyglądają sprawy polskie z bliska we Francji. Prof. Ellenstein, który niedawno wrócił był z USA, żalił się, iż Amerykanie w ogóle nie zauważają Francji (porównał sprawę Francji w USA do sprawy Gabonu we Francji). Myślę, że podobnie jest ze sprawą Polski we Francji. W polityce sprawa polska wprawdzie raz po raz odbija się echem. W kulturze jednak wciąż należy do egzotyki.

Opuszczając dom p. Helft otrzymałem zaproszenie na kolejne wtorki. Nie wiem, czy pójdę tam. Nie wiem, czy przygotuję tomik "polski" do serii (na co otrzymałem zamówienie). Wiem jednak, że spędziłem u p. Helft wieczór bardzo interesujący i dość pouczający.

5-6 grudnia 1984

Nic ciekawego. Mocne przeziębienie, kaszel, ból gardła... Staram się leczyć. Nie wiem, co z tego będzie.

7 grudnia 1984

Nastąpiło wyraźne przesilenie w mojej chorobie. Zażyłem parę pastylek, wypiłem pół butelki zagotowanego (z pieprzem) wina, wypociłem się i zaczynam wracać do formy. Jak w każdym tygodniu, zadzwoniłem do domu: wszystko w porządku! Moi kochani wyraźnie czekali na telefon. Dagusia wprawdzie zwichnęła nogę - ale podobno niezbyt groźnie. Miejmy nadzieję.

Wieczorem wybieram się na ul. Surcouf. Tu, w pobliżu Placu Inwalidów, pallotyni polscy mają swój ośrodek kultury polskiej, organizują co miesiąc spotkania z pisarzami. Z ogłoszenia w Bibliotece Polskiej dowiedziałem się, że dzisiaj będzie Kazimierz Brandys. Trudno zmarnować taką okazję! Przyszedłem nieco za późno. Salka zapełniona była już po brzegi, sporo ludzi na korytarzach (zradiofonizowanych!). Przysiadłem i ja na schodach. Brandys czytał fragmenty różnych tekstów. Były więc rzeczy z lat popaździernikowych, z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i ostatnich. Głos ma przyjemny (niestety, osoby nie udało mi się dostrzec), teksty starannie dobrane. Bardzo ciekawie wyglądało wspomnienie z pierwszych lat powojennych - z pobytu w Krakowie (jeden rok) i Warszawie. Ujęta w formę wspomnienia próba oddania charakteru tych dwu miast pełna była ciepła i miłości. Wizja zapewne niepełna, cenna jednak chyba przede wszystkim ze względu na nietypową formę - prześwietlona bowiem przez osobę narratora. Równie interesująco wyglądał tekst następny: również pozornie będący wspomnieniem z pobytu pisarza w Belgradzie na zjeździe międzynarodowym, w rzeczywistości zaś będący bardzo interesującym esejem o języku narodowym, polskim. Brandys zatrzymał się przy fonetyce naszego języka, mówił dużo o składni, interesował go przecież nade wszystko walor narodowy języka - walor ludzki, polski. Nieoczekiwanie esej ten przerodził się w rozprawę o... ojczyźnie. Najprawdopodobniej zamierzonym świadomie przez autora zgrzytem był jego tekst następny - opowiadanie o psie, karlicy i warszawskich chuliganach. Pisarzowi chodziło najprawdopodobniej o wyrwanie słuchaczy z błogiego snu-marzenia o pięknie języka polskiego. Uczynił to w sposób drapieżny, nie wahając się użyć w tekście wyrazów o rodowodzie obscenicznym, ze stajni językowej. Efekt był świetny. Czy w pełni pojęli go słuchacze, nie wiem. Wiem natomiast, że miał ten tekst zapowiedzieć ostatnią część wieczoru: fragment Miesięcy, czyli wspomnienie o Białoszewskim. Ubrane tym razem w kontury wzruszającego przypomnienia spotkań z wielkim zmarłym poetą, połączonego z opowieścią o wieczorze jemu poświęconym właśnie w salce przy ul. Surcouf, było przecież jeszcze jednym ogniwem tej samej gawędy-opowieści o języku. Przypomnienie Białoszewskiego - poety, który jak żaden bodaj inny z naszych twórców zagarnął dla poezji różne żargony środowiskowe, pseudojęzyki, miało słuchaczom uzmysłowić nie tylko bogactwo naszego języka, ale chyba przede wszystkim jego przedziwną, tajemniczą, niekiedy nawet przerażającą "pojemność", jego niezwykły byt, istność...

Doprawdy, niezwykle starannie dobrał Brandys teksty na ten wieczór literacki. Uczynił też ze spotkania prawdziwą ucztę. Nie potrafiły też uczty tej zepsuć przypadkowe pytania uczestników usiłujące wciągnąć gościa w dyskusję o polityce. Zwłaszcza że odmówił on grzecznie, ale stanowczo, odpowiedzi na tego typu pytania. Ostrożność? Chyba nie. Raczej świadome unikanie terenów sobie obcych.

8 grudnia 1984

Dostałem dziś list od Anny Teste z Aix-en-Provence. Ogromnie się ucieszyłem. Przyszedł bowiem wraz z listami moich dwóch pociech. Dagusia rozpisała się szeroko i rzeczowo, z lekką nutką żartobliwości, Dominik zaś od serca. Wzruszyłem się ogromnie w czasie lektury jego liściku. Napisał go jeszcze niezbyt poprawnie, ale z jakąż świadomością warsztatu! Chyba ma coś z iskry Bożej! Oby!

Ania natomiast zwraca się z prośbą: o możliwie szybkie dostarczenie lekarstw do Warszawy. Sprawa będzie - jak mi się wydaje - załatwiona pomyślnie w najbliższych dniach.

Po południu wybrałem się na Montmartre. Na ten sławny, uroczy, owiany niejedną legendą Montmartre! Włócząc się uliczkami, oglądając toczące się tu (głównie właśnie na ulicy!) życie handlowe i towarzyskie, wracam myślą do lektur o Montmartrze Verlaine'a i Rimbauda, do filmu Pod dachami Paryża... Jest to przecież zupełnie inne miasto! Tam, w dole, rozpanoszył się nasz wiek XX w całej swej nieznośnej niekiedy nowoczesności. Tam suną setki tysięcy samochodów, tam istnieją wspaniałe autostrady, tam są wielkie (i drogie!) sklepy, salony mody, wykwintne hotele, nadzwyczajne zabytki... Tam jest wszystko. Z wyjątkiem chyba tylko - serca! Bo serce Paryża bije chyba właśnie tu, na zboczu tego wzgórza, u stóp Sacré-Coeur. Serce bije na Montmartrze! To tu właśnie w wąziutkich uliczkach kupcy rozłożyli swoje wspaniałości, tu w gromadkach z ożywieniem rozprawiają staruszkowie o polityce i nie tylko, tu, przed kościołem siedzi w jedną ubogą suknię odziana dziewczyna z wzrokiem wzniesionym ku kościołowi i z nadzieją, że może ktoś da jej wsparcie (widziałem ją już kilka razy w metrze). Na Montmartrze zamiast wielkich salonów znajduję urocze małe domki o małych okienkach, pełne ubiegłowiecznych tajemnic.

Na wierzchołku tej góry - na skraju placu du Tertre - rozłożyli swe stragany malarze i rysownicy, artyści i wydrwigrosze, by... zarobić na życie (są wśród nich - a jakże - Polacy. I to liczni!). Tu na Montmartrze wznosi się pełna wdzięku stara świątynia św. Piotra - kilkuwiekowa siedziba paryskich dominikanów. Tu wreszcie jaśnieją blaskiem kopuły arabsko-bizantyjskiej Sacré-Coeur - świątyni będącej bez wątpienia wyzwaniem dla artystów-architektów, dzieło Paula Abadie. W ciągu blisko stu dziesięciu lat, jakie upłynęły od położenia fundamentów pod tę świątynię, w ciągu sześćdziesięciu pięciu lat, jakie upłynęły od jej poświęcenia, wylano na nią niejedną beczkę czarnego atramentu. Bo też trudno się dziwić piszącym źle o Sacré-Coeur - burzy ona wszelkie wyobrażenia o dobrym smaku, odstaje we wszystkim od tradycji kultury francuskiej, prowokuje swymi kopułami. Ale przecież - istnieje! Dla tysięcy wiernych stanowi miejsce modlitwy, dla milionów turystów - zabytek Paryża. Czy cenny? Nie o to chodzi. Ale tak jak trudno byłoby dziś sobie wyobrazić Paryż bez wieży Eiffla (też niewiele ma chyba wspólnego ze sztuką!), tak nie sposób byłoby pozbawić Paryża tej świątyni. Toteż króluje ona nad Montmartre'em i Paryżem. Przed wiekiem była przede wszystkim zadośćuczynieniem za Komunę Paryską; dziś stanowi jedną z atrakcji miasta, jedną z tych atrakcji, które nadają temu miastu niepowtarzalną urodę.

9 grudnia 1984

Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem naszej narodowej historii. Wraz z Tadeuszem wybraliśmy się do leżącego ok. 40 km od Paryża miasteczka Montmorancy. Do miasteczka sławnego w naszych dziejach, tu bowiem znajduje się od blisko dwu wieków nekropolia polskiej emigracji.

Wyprawę tę (z Gare du Nord - podmiejskim pociągiem) połączyliśmy z wizytą w pobliskim Sercelles-St. Brice, u starych znajomych. Do Montmorancy pojechaliśmy we trzech: José, Tadeusz i ja. Na starym cmentarzu spędziliśmy blisko dwie godziny. Wizyta to niezapomniana. Wzruszenie zatyka raz po raz oddech. Jakże jednak może być inaczej? Oto stoimy przy grobie Mickiewiczów, w którym do 1890 roku spoczywał autor Pana Tadeusza, a w którym na wieczne czasy złożeni zostali członkowie jego rodziny: żona, dzieci, wnuki. Oto obok dwa stare, mocno zniszczone grobowce: generała Karola Kniaziewicza i Juliana Ursyna Niemcewicza. Parę kroków dalej - zbiorowy grób Towarzystwa Historyczno-Literackiego, a w nim prochy gen. Kazimierza Sosnkowskiego, Władysława Pobóg-Malinowskiego i dziesiątków innych wielkich Polaków. Każda alejka to wielkie karty naszej narodowej kultury. Tu oto symboliczny grobowiec wielkiego samotnika i prawodawcy poezji polskiej Cypriana Kamila Norwida, tam Zygmunta Kaczkowskiego, który próbował współzawodniczyć w powieści historycznej z Sienkiewiczem, tu wspólny grób Seweryny i Franciszka Duchińskich, tak godnie zapisanych w dziejach polskiej kultury XIX wieku, tam mogiła Cypriana Godebskiego i dziesiątki, setki innych. Nie sposób wymienić nawet części wielkich Polaków, którzy tu właśnie, w tym podparyskim miasteczku znaleźli miejsce wiecznego spoczynku. Zapewne marzyli o tym, że prochy swe złożą nad brzegami Wisły czy Wilii, w mazowieckim piasku czy na skalistym Podhalu. Los chciał inaczej. Spoczęli tu, na ziemi francuskiej, która dała im przytułek i kawałek chleba, niekiedy jakże gorzkiego. I tu pozostaną do dnia sądnego. Ale ten sam los zdarzył, że pamięć o nich nie zatarła się. Żyją oni nadal w naszej narodowej świadomości jako wierni synowie ojczyzny, współtwórcy jej wielkiej kultury, bojownicy o jej wolność. Toteż, kiedy opuszczaliśmy po dwóch godzinach tę niezwykłą pamiątkę narodową polską na ziemi francuskiej, pamiątkę, która godna jest bez wątpienia nazwy francuskiej Skałki, ze wzruszenia nie mogliśmy nawet rozmawiać. Wszak opuszczaliśmy kawałek - jakże drogiej sercu - naszej Polski!

11 grudnia 1984

Polska i sprawy polskie od dawna budzą zrozumiałe zainteresowanie we Francji. Nic dziwnego więc, że na uroczystość zorganizowaną przez działające przy INALCO towarzystwo "L'Amicale des Polonisants" (będące jedną z filii ruchliwego Association des Anciens Él?ves des Langues Orientales) przybyło ponad trzydzieści osób. Punktem centralnym uroczystości był wykład prof. Janusza Pajewskiego z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu na temat La mentalité politique des Polonais. Wykład poprzedzony został sympatycznym wystąpieniem prof. Georges'a Castellana (z INALCO), autora między innymi książki o dziejach katolicyzmu w Polsce, znanego historyka francuskiego. Prof. Pajewski zajął się przede wszystkim genezą mentalności politycznej Polaków, wskazując na żywotność m.in. takich wątków jak tolerancja narodowościowa i religijna, katolicyzm zdecydowanej większości Polaków (stereotyp: Polak-katolik), demokracja. Bardzo często odwołując się do konkretnych wydarzeń historycznych wzbogacał on swe wywody także wątkami osobistymi. Naturalnie, nie wyczerpał zagadnienia, nie sposób bowiem tego uczynić w jednym wykładzie. Nie wspomniał więc o głęboko zakorzenionych w naszej mentalności (świadomości) narodowej mitach, jak choćby mesjanizm, ofiarnictwo, wieczny optymizm. Prof. Pajewski nie mówił o obsesyjnie wręcz powracających w naszym myśleniu narodowym wątkach takich jak żądanie prawa do samostanowienia o swym losie, jak niezwykły indywidualizm w życiu społecznym i politycznym (wywodzący się chyba z tradycji demokracji szlacheckiej), jak silne u nas wątki antyrosyjskie, antyniemieckie czy wreszcie - antysemickie. Zagadnienie mentalności politycznej posiada wielorakie konotacje: pozytywne i negatywne, mieści się w nim bowiem sprawa wyboru naszych bohaterów narodowych, ale także i zdrajców, polskie niebo i polskie piekło...

Żywa dyskusja po odczycie sprawiła, że wróciłem do domu bardzo zadowolony. Poznałem sporo interesujących ludzi z profesorami Castellanem i Pajewskim na czele (prof. Pajewski podziękował mi za Polski listopad), miałem wreszcie możliwość "prywatnie" porozmawiać ze swymi studentami. Jednym słowem sympatyczny dzień, a przede wszystkim polski wieczór w INALCO.

14 grudnia 1984

Już dawno Cilick zapowiedziała mi, że chciałaby wybrać się do teatru poezji. Ponieważ José prawie codziennie gra w brydża, ja dziś towarzyszyłem jej w tej wyprawie. Nie ukrywam, że wieczór ten nie przyniósł mi satysfakcji. Spektakl zatytułowany Poésie une w Théâtre des Mathurins to impreza tyleż dziwna co nietypowa. Pan Pierre Lafont, aktor a zarazem twórca spektaklu, wybrał kilkadziesiąt wierszy z literatury francuskiej i przez pełne sześćdziesiąt minut recytował je ze sceny, na której jedynym rekwizytem było krzesło! Przyznać trzeba, że wiele z tych wierszy to istotnie brylanty pierwszej wielkości poezji francuskiej, znalazło się tu przecież także kilka utworów chyba przypadkowych. Autor spektaklu w słowie do widzów skierowanym (na widowni znalazła się ich aż... cała dziewiątka!) dowodził, iż chodziło mu przede wszystkim o poezję odkrywającą los człowieka, wartość słowa. Nie wiem, czy rzeczywiście posłanie to znalazło odbicie w wykonaniu. Wiem natomiast, że mimo wielu wysiłków p. Lafonta, mimo jego fenomenalnej pamięci, ze sceny wiało nudą.

15 grudnia 1984

Zazwyczaj w sobotę rankiem odwiedzam Bibliotekę Polską. Dziś trzeba było zmienić plany. W Instytucie Studiów Slawistycznych (9, rue Michelet) od trzech dni odbywa się kolokwium poświęcone literaturze żydowskiej w języku rosyjskim, czeskim i polskim (Littérature juive d'expression russe, tch?que et polonaise). Dziś miał odczyt prof. Błoński - mówił o Schulzu. Trzeba było skorzystać z takiej okazji.

W Institut d'Études Slaves znalazło się kilkadziesiąt osób. Błoński podejmuje swój wykład po krótkim wprowadzeniu prof. Bonamoura (którego poznałem osobiście). Błoński najpierw wciągnął słuchaczy w krąg świata Schulza, zatrzymując się przy kluczowym dla zrozumienia istoty tego świata pojęciu Księgi, jej różnorodnych konotacji, by z kolei przejść do rozważań szerszych: o prawach rządzących tym światem. A światem tym rządzi bez wątpienia Księga - Biblia, ale obecna w tym świecie nie tyle poprzez swój tekst, ile poprzez autorskie komentarze do tego tekstu. Schulzowi świat cały jawi się jako jedna Księga, ale i Księga - jako świat. Wyobraźnia pisarza ukształtowana została przez Biblię. W świecie tym realność przedmiotów zależy wprawdzie od narratora, ale są one przecież dziełem Boga-Stwórcy! Jest to zatem świat, w którym wciąż na nowo odżywają biblijne teksty, a także archetypy. Schulz nie występuje tu jako wyznawca Biblii (był najprawdopodobniej niewierzącym), ale jako człowiek, którego sposób myślenia ukształtowała ta Księga. Był to pisarz polski, adresujący swe dzieła do polskiego czytelnika. Odkrywając jednak zamknięte w Biblii universum, odkrywał zarazem universum Żydów. Universum to jednak jest własnością wszystkich.

W drugiej części posiedzenia prof. Hana Jechová poprowadziła obrady okrągłego stołu (la table ronde) na temat współczesnej literatury żydowskiej w literaturze Europy Środkowej. W dyskusji zabrało głos pięć osób. Znamienne, że z wyjątkiem bodaj tylko Błońskiego wszyscy starali się zaanektować jak największą liczbę pisarzy do grona "żydowskich". Bardzo charakterystycznie w tym wypadku zabrzmiał głos Węgierki, która przedstawiła się zarazem jako Francuzka i Żydówka, która stwierdziła, że to właśnie dopiero na emigracji we Francji (po 1956 r.) odkryła żydowskich pisarzy w literaturze węgierskiej (oni sami - jak stwierdziła - nie mieli prawdopodobnie świadomości przynależności do tej grupy!). Interesująco mówiła Jechová o definicji "literatury żydowskiej w językach narodowych". Zatrzymując się nad sprawą języka, starała się dowodzić, że był to z zasady świadomy wybór danego pisarza. Błoński mówił z kolei o "szkole żydowskiej" w literaturze polskiej XX wieku, wskazując przy tym, iż można obserwować znamienny proces: najpierw Żydzi wchodzili do kultury polskiej poprzez krytykę literacką, potem zaczęli wypowiadać się w poezji, dopiero na końcu - w prozie.

Na marginesie tej sesji nasuwa się kilka refleksji. Czy uzasadnione jest takie stawianie sprawy, jakie zaprezentowała większość uczestników obrad? Przynależność do danej literatury w pierwszym rzędzie wyznacza sam twórca. Jeśli świadomie wybiera on język polski jako język swej twórczości, czy mamy prawo anektować go do literatury żydowskiej? Tym bardziej jeśli on świadomie oświadcza, iż jest Polakiem, a nie polskim Żydem? W wyborze drogi twórczej sprawa języka jest niezwykle ważna. Skoro Singer mógł zdecydować się na twórczość w języku jidysz, czemu inni tego nie uczynili?

Przeraża zachłanność niektórych badaczy, którzy gotowi są sięgać do któregoś pokolenia wstecz, aby tylko w biografii danego autora odnaleźć żydowskie korzenie. Praktyka ta przypomina tragiczne dzieje II wojny światowej i praktyki niemieckie. Czy jest uzasadniona i potrzebna?

16 grudnia 1984

Dziś odleciał do kraju Tadeusz. W ostatniej rozmowie przyrzekł mi, że nawiąże kontakt z małżonką i córką. Czy dotrzyma słowa?

8 lutego 1985

Mija siedem tygodni od czasu przerwania spisywania tych notatek. Siedem tygodni - które wydają się przecież całym wiekiem. Dwa ostatnie i pierwszy tydzień tego roku upłynęły mi wśród rodziny, w Krakowie. Wspaniałe święta Bożego Narodzenia, w gronie najbliższych. Jakże rzadko mamy wolną chwilę w życiu, aby móc w spokoju porozmawiać o sprawach nas wszystkich, a przede wszystkim naszych najbliższych. Święta winny sprzyjać temu, choć najczęściej przed tymi dniami jesteśmy zagonieni przygotowaniami, potem zaś zmęczeni. W końcu nie zawsze udaje się nam przeżyć godnie Święta. Kiedy dziś, po miesiącu od wyjazdu z domu, oglądam się wstecz, wydaje mi się, że były to święta właśnie udane, spędzone na rozmowach z żoną i dziećmi, na chwilach skupienia wokół niekiedy spraw codziennych, a jakże ważnych. Wdzięczny jestem ogromnie losowi, że pozwolił mi właśnie tak spędzić te dni z najbliższymi.

Do Paryża wróciłem 7 stycznia. Natychmiast trzeba było wejść w bieg wydarzeń, zajęć, zebrań, spotkań. Nie było właściwie ani chwili przestoju, odprężenia. Przeciwnie, czas jakby znacznie przyspieszył swój bieg, jakby odmienił swą odwieczną naturę. Rzadko kiedy było mi dane być tak aktywnym, jak właśnie w ciągu tych czterech tygodni. Właściwie brakowało czasu na sen. Jakiś wewnętrzny przymus, jakaś bezustanna pogoń, wyścig z czasem? Oto bowiem cotygodniowe zajęcia, które wszak trzeba przygotować. Musiałem więc wreszcie ustalić nie tylko zakres wymagań, ale przede wszystkim profil wszystkich zajęć, przygotować, a właściwie wymyślić i napisać kilkadziesiąt tekstów dla różnych grup. Obok tego dwa wykłady, które biegną swym nienaruszonym torem. Ale dydaktyka to tylko część zajęć. Dołączyć do tego wypada udział w zebraniach naukowych i imprezach paranaukowych. Trudno byłoby rozpisywać się o wszystkich, wystarczy może wspomnieć tylko o niektórych. Byłem więc u oo. pallotynów na bardzo ciekawym odczycie Błońskiego o diable we współczesnej literaturze polskiej (ujęcie problemu wprawdzie szkicowe, ale bardzo interesujące. Nb. okazuje się, że najciekawsze portrety diabła pochodzą od niedowiarków bądź ateistów - Gombrowicza, Kołakowskiego, Miłosza czy wreszcie Lema!). Byłem tam następnie na spotkaniu z Krzysztofem Pomianem, który właśnie wydał u Gallimarda książkę o filozoficznych aspektach czasu historycznego. Pomian mówił o tym, do czego służy filozofia, mówił pięknie i fachowo (może zbyt fachowo, jak na publiczność zebraną w sali będącej zarazem kaplicą), pokazywał, w czym tkwi piękno i wartość filozoficznego myślenia, jak kształtuje się proces dochodzenia do prawdy w filozofii. Zupełnie inny typ wykładu zaprezentowała Helena Włodarczyk, która w Instytucie Katolickim mówiła o Kompleksie polskim Konwickiego. Wychowana w znakomitej szkole kartezjańskiego myślenia Włodarczykowa wyszła od tekstu powieści Konwickiego, pokazując znakomicie zarysowaną przez pisarza syntezę polskości, obraz społeczeństwa z lat siedemdziesiątych XX wieku i jego gorzki osąd. Brakło może tylko w tym wykładzie szerszej perspektywy historycznoliterackiej dla powieści Konwickiego, a taka przecież wyraźnie się narzuca, i to pierwszego kalibru: od Berenta (Ozimina), Struga (Ojcowie i dzieci), poprzez Wyspiańskiego - aż do Dziadów cz. III. Na okres ten przypadła także interesująca impreza w Instytucie Polskim: wernisaż fotogramów Witkacego z odczytem Urszuli Czartoryskiej-Stanisławskiej (z Łodzi) o okrucieństwie i bólu w twórczości autora Kurki wodnej. Referat był niewątpliwie ciekawy, dotyczył przede wszystkim malarstwa Witkacego. Niestety, wygłoszony został słabo, co znacznie wpłynęło na jego odbiór i poziom wieczoru.

Skoro robię tu krótkie resumé ubiegłych czterech tygodni, muszę wspomnieć o wspaniałej wyprawie do Chartres, do pp. Delaperri?re. Znalazłem tam znakomitą, rodzinną atmosferę, ogromnie wiele życzliwości i gościnności. Dwa dni, które tam spędziłem, przebiegły jak chwila jasna, tym bliższa sercu, że osłoneczniona widokiem wspaniałej katedry. Kiedy wędrowałem po olbrzymich nawach tego kościoła, który swym ogromem wręcz przygniata miasto, kiedy zwiedzałem przepastne jego podziemia - krypty, pamiętające ósmy wiek, a nawet czasy rzymskie, kiedy wreszcie przyglądałem się wspaniałej architekturze wykuszy, ustępów i tysięcy innych szczegółów, niezwykłej urody witraży, wciąż powracała myśl: o ludziach, którzy budowali tę wspaniałą świątynię przed wiekami, ale także i o tych, którzy tu przez wieki całe przychodzili. W średniowieczu, a także i dzisiaj jeszcze (choć dziś coraz rzadziej!) ciągnęły tu tłumy pielgrzymów, aby pokłonić się Matce Bożej - przybranej w suknie i stroje z okolic. Od blisko siedemdziesięciu lat podążają tu, do tej świątyni, pielgrzymki studentów paryskich (zainicjowane przez poetę, Charles'a Péguy). Czego szukali i czego dziś jeszcze szukają w Chartres owi pielgrzymi? Pocieszenia? Na pewno tak, ale chyba nie tylko. Pomocy - też chyba, ale nie wyłącznie. Spieszyli tu i spieszą, aby odnaleźć siebie, swoją wiarę, swoje człowieczeństwo? Któż zbada ludzkie serca i umysły, kto pozna ich decyzje?!

Nie sposób nie wspomnieć w tym krótkim streszczeniu mojego curriculum vitae o innych paryskich przeżyciach. A tych nie brakowało. Najpierw była więc przez blisko dwa tygodnie tzw. syberyjska zima (określenie prasowe), tzn. temperatura w mieście spadła kilka razy do około -15 stopni. Dla nas, ludzi Północy, zima taka to fraszka. Dla tubylców - to tragedia. Plon dwunastu dni mrozów okazał się tragiczny: jak podała prasa, ponad 170 osób straciło życie! Francja nie jest przygotowana do takiej zimy. Ludzie nie mają ciepłych ubrań, tysiące żebraków i innych biedaków gnieździ się w norach, zapuszczonych komórkach albo po prostu na ulicy. Także i w domach instalacje ogrzewnicze nie zostały obliczone na takie "ekscesy" aury. Marzli więc biedacy, ale marzli i bogaci. Ksiądz Saint-Vincent-de-Pierre, sławny ze swoich akcji niesienia pomocy biednym paryżanom od lat pięćdziesiątych, raz jeszcze wkroczył do akcji i przedłużył znacznie swoją akcję Boże Narodzenie księdza Piotra, niosąc pomoc najbardziej potrzebującym. Do akcji tej włączyły się zresztą tysiące ludzi, także władze miasta (otwarto kuchnie wydające ciepłe posiłki najbiedniejszym, udostępniono bezdomnym kilka stacji metra na nocny spoczynek etc.). Ale Paryż to nie tylko zima. To także muzea z Luwrem na czele (a w nim - z przeuroczą La belle ferronni?re Leonarda da Vinci i pełnymi tajemniczego uroku portretami Tycjana). To także odkrywane raz po raz maleńkie muzea (jak choćby "odkryte" ostatnio przeze mnie muzeum-pracownia Eug?ne'a Delacroix). To także osławiona rue Saint-Denis z wystającymi w każdym załomie muru prostytutkami. To wreszcie ulubiony mój zakątek na wyspie św. Ludwika: Biblioteka Polska. Bywałem tu przeciętnie trzy razy w tygodniu, każdorazowo po około trzy godziny (krótko bowiem otwarta jest czytelnia). A przecież ileż radości miałem i mam w czasie tych niewielu godzin! Właśnie na dobre zabrałem się do lektury archiwum Henryka Bukowskiego. Po sporej porcji listów Karola Lewakowskiego i Zygmunta Miłkowskiego-Jeża przyszedł czas na kilkaset listów Józefa Gałęzowskiego. Morze informacji o sprawach Muzeum w Rapperswilu, o ludziach z nim związanych (przede wszystkim o młodym Żeromskim). Dziś otrzymałem wstępną zgodę kierownika rękopisów na dostęp do zdeponowanych ale nieudostępnianych archiwów Gałęzowskiego i Gierszyńskiego... Ileż tam niespodzianek, ile tam opisanych wysiłków dla sprawy polskiej. Ile emocji, sporów, dyskusji, akcji... Czy rzeczywiście uda mi się napisać rzecz o Rapperswilu, a właściwie o ludziach z nim związanych - jak to tydzień temu zanotowałem sobie około wpół do trzeciej nad ranem (zbudzony ze snu przez odgłosy "nocy latynoamerykańskiej" trwającej dwa piętra niżej)?

Dla możliwie całościowego ujęcia tego "sprawozdania" powinienem chyba także wspomnieć i o tym, że w okresie tych czterech tygodni napisałem "zarys scenariusza" I serii serialu telewizyjnego pt. Rodowody (siedem odcinków, pięćdziesiąt sześć stron maszynopisu). Nadto napisałem pełny scenariusz odcinka I pt. Pod Naczelnikiem (44 strony!). Dziś właśnie materiały te powędrowały do Warszawy. Trudno określić, jak zostaną przyjęte1. No i na koniec dwie informacje, jakie otrzymałem od najbliższych: przed tygodniem ukazała się w księgarniach polskich moja Panorama Racławicka (tylko dlaczego KAW nie przekazał do tej pory egzemplarzy autorskich Maji?!), a Złota legenda chłopów polskich została nagrodzona przez "Życie Literackie". Cieszą mnie te wiadomości. Ale prawdę mówiąc najwięcej mnie cieszy to, że bliscy moi są zdrowi, że co tydzień choć przez parę minut mogę usłyszeć ich głosy, że przysyłają mi od czasu do czasu listy...

9 lutego 1985

Dziś sobota, dzień, który bardzo lubię. Rankiem - jak zwykle w soboty - siedziałem w Bibliotece Polskiej. Czytam listy Józefa Gałęzowskiego do Henryka Bukowskiego. Listów jest kilkaset, wszystkie dotyczą spraw Muzeum w Rapperswilu. Ileż wysiłków, ile emocji, ile poświęceń! W końcu ów Gałęzowski był urzędnikiem w Crédit Foncier, miał swoje zawodowe obowiązki. A przecież zawsze znajdował czas dla spraw Muzeum! A obok niego dziesiątki i dziesiątki innych Polaków! To prawda, że niekiedy wygląda na to, iż owo dyrektorstwo było dla niego swoistą ucieczką, azylem przed żywotem emigranta skazanego na uwiąd we Francji. Ale bez wątpienia było także i funkcją, która dodawała mu splendoru. Z drugiej strony trzeba podziwiać go - nawet wówczas, gdy jest niesprawiedliwy (jak na przykład wobec młodego Żeromskiego). Za wytrwałość. On, pułkownik z 1863 roku, obecnie urzędnik bankowy, pokazał, że można służyć sprawie polskiej nawet w sytuacji, zdawałoby się, beznadziejnej. I tylko, kiedy dziś czytam te zetlałe dziesiątki listów, te świadectwa zabiegów, starań wokół sprawy Muzeum w Rapperswilu, nasuwa się jakże przykra konstatacja: wszystko to, dorobek kolejnych pokoleń, dokumenty pierwszej rangi, wszystko to po latach padło ofiarą płomieni wznieconych przez niemieckich faszystów! To boli. Tyle zabiegów, tyle ludzkiego wysiłku, tyle wreszcie nadziei, że to wszystko będzie kiedyś służyło narodowi - wolnemu, niepodległemu, w wolnej, niepodległej Polsce. Wszystko to wskutek jakiegoś przekleństwa dziejowego pochłonęły w roku 1944 płomienie. Przewiezione do kraju w roku 1927 zbiory rapperswilskie, złożone w Wojskowej Bibliotece Centralnej, niezbadane do końca, niewykorzystane ani w części, przepadły na zawsze. To boli...

10 lutego 1985

Wczoraj wieczorem spędziłem kilka godzin na przyjęciu u Ewy i Davida. Urządzili przyjęcie w związku z zakończeniem urządzania własnego mieszkania. Zebrało się kilkadziesiąt osób. Byli to ludzie literatury, teatru, malarze... Dla mnie największą przyjemnością było spotkanie starszej pani, która - urodzona w Dortmundzie, nigdy nie zwiedziwszy Polski - mówi piękną polszczyzną. I czuje się Polką. To wzruszające. Widziałem w jej oczach promień radości, że może wreszcie bez skrupułów, bez ukrywania się, porozmawiać po polsku. Bo przecież rozmawiała ze mną - człowiekiem "stamtąd"! A przy tym było jej przyjemnie, że mogliśmy się znaleźć w tym towarzystwie, że ani ja, ani ona nie odczuwaliśmy wobec tego towarzystwa żadnego kompleksu ludzi gorszego gatunku. To ciekawe, jak często zdarza mi się teraz spotykać Polaków z drugiego-trzeciego pokolenia emigracyjnego, którzy nie czują się przedstawicielami "trzeciego świata", którzy z dumą przyznają się do swego pochodzenia. W pierwszym rzędzie wpływ to wyboru kardynała Wojtyły na papieża, dalej - przebudzenia się Polaków na początku lat osiemdziesiątych. Co znamienne: we wtorek bodaj, w czasie wieczoru literackiego u p. Helft, spotkałem pana, który dość dziwnie wymówił swoje nazwisko przy poznaniu się. Po nawiązaniu z nim rozmowy okazało się, że nazywa się Mazurowski, że jest Polakiem - ale, jak natychmiast dodał, "z Nowego Jorku". Oczywiście, nie zna języka, nie bardzo go interesuje kraj ("choć tam byłem, bo otrzymałem nagrodę na Biennale grafiki w Krakowie"). On, Amerykanin, raczej wyraźnie czuł się zażenowany swoją polskością. Starsza pani - spotkana zresztą w tym samym towarzystwie w kilka dni później - była wyraźnie dumna ze swego pochodzenia.

Dziś powinienem opisać właściwie dwie sprawy. Najpierw wizytę w kościele przy rue St. Honoré. Mszę św. celebrował ks. Rektor - za duszę kardynała Józefa Slypija, patriarchy grekokatolickiego kościoła ukraińskiego, zmarłego w grudniu ubiegłego roku. W kościele tłumy polskich wiernych. Był także chór ukraiński. Kazanie piękne wygłosił ks. Stopa - o kościele milczenia, o tragedii XX wieku, o cierpieniu, o obowiązku... Przemawiający na zakończenie uroczystości kanclerz kurii ukraińskiej wniósł znacznie więcej akcentów politycznych. Ale to przecież też człowiek, trudno mu się więc dziwić. Jakże często coraz trudniej ustalić dziś granicę między religią a polityką. Jakże często wmawia się ludziom, że przyznanie się do wiary jest oznaką wyboru politycznego. Ale z drugiej strony jakże często określony wybór polityczny zostaje przykryty zewnętrzną formą przynależności do określonego wyznania. Nie darmo Jan Paweł II tak gorąco nawołuje do rezygnacji księży z udziału w życiu politycznym. To sprawa niebezpieczna. Dla obu stron.

Po mszy św. - wizyta w Oranżerii. Spotkanie z obrazami Renoira, Matisse'a, Cézanne'a, Picassa, Utrilla, Moneta i innych. Przepiękne spotkanie. Bo tu człowiek może swobodnie wybrać sobie to, co mu odpowiada, co go interesuje. Osobiście wciąż na przykład nie mogę się przekonać do Picassa. Jego obrazy - w galerii tej pochodzące z lat dwudziestych - rażą jakąś szorstkością, świadomą prowokacją. O wiele większą radość sprawiło mi spotkanie z obrazami Renoira. Przede wszystkim zachwyciły mnie dwa jego płótna: Portrait de deux filles (1890-92) i Blonde a la rose (bodaj z lat osiemdziesiątych XIX w.). Jakże wiele ciepła u tego malarza, radości z malowania. Odrębną grupę stanowią w Oranżerii płótna Cézanne'a, tego rodowitego Prowansalczyka z Aix-en-Provence, człowieka, który kolory dla swej palety odnalazł u podnóża Sainte-Victoire. Cézanne zawsze był mi bliskim, jakby rodakiem, toteż i dzisiejsze z nim spotkanie miało w sobie coś z intymności spotkania starych przyjaciół. Szczególnie gdy raz jeszcze oglądałem jego obrazy z pejzażami Aix, z wieżą katedry St. Sauveur... Wspaniały jest obraz C. Moneta Argenteuil (1875), niepowtarzalne studium wody i kołyszących się na niej barek. Niestety, sale z jego Nymphéas dziś były zamknięte, trzeba tu wrócić raz jeszcze. A zrobię to z tym większą przyjemnością, że odnajdę tu także i najmilszego mi Utrilla - z uroczymi pejzażami z Montmartre'u. Dwa płótna przedstawiają wprawdzie katedry: jedno Notre-Dame, drugie katedrę w Orléans, zdecydowanie jednak dominuje w zgromadzonej w tej galerii grupie płócien Utrilla Montmartre z przepięknym Maison Bernot z 1924 r. Dopełnia go udanie wcześniejszy znacznie - bo z 1914 r. - obraz Église de St. Pierre. Wrócę tu zatem na pewno, bo znaleźć tu można spokój, radość kolorów i nade wszystko chyba - radość tworzenia. To prawda, że obrazy te powstawały może w pocie czoła, w cierpieniu, po wielokrotnych przeróbkach, wahaniach, zwątpieniach. Ale to, co z nich bije, to jakaś wewnętrzna, tajemnicza siła kreacji, tworzenia wbrew wszystkiemu i wszystkim, tworzenia dla siebie (a zatem i dla innych). I po ten zastrzyk optymizmu warto niejeden raz odwiedzić Oranżerię.

17-24 lutego 1985

Osiem dni, na które czekałem dwanaście długich lat! Osiem dni w Aix-en-Provence! Kiedy w 1973 r. opuszczałem starą stolicę prowansalską, zapowiadałem rychły do niej powrót. Bo wszak spędziłem tam trzy lata swego życia, zostawiałem cząstkę siebie, wspomnienia, przyjaciół. Rychło zapowiedzi trzeba było jednak odwołać, plany zmienić. Miesiąc za miesiącem, rok za rokiem zaczęły biec, perspektywa odwiedzenia "mojego" Aix-en-Provence zaczęła się oddalać. Wreszcie zamieniła się w jakąś maleńką stróżkę cichej nadziei, jakże jednak wątłą! Żywiącą się wspomnieniami i... rozmowami z przyjacielem, Adamem, który w kilka lat po mnie zamieszkał na trzy lata pod górą Sainte-Victoire. I oto po dwunastu latach jestem znowu we Francji. Jakże więc nie odwiedzić "miejsc ukochanych" młodości?!

Gdy tylko ogłoszono nam tygodniową przerwę semestralną, zdecydowałem się na wyjazd na południe, do "Aten Południa", do Aix. Na dworcu marsylskim czekali na mnie przyjaciele, których dwanaście lat w niczym nie zmieniło. To oni właśnie przed dwunastu laty odwozili mnie wraz z moją rodziną na dworzec marsylski, oni czekali teraz na mnie na peronie! Powitanie, radość, tysiące słów... i podróż do Aix. Przyjaciele w ciągu tych dwunastu lat dorobili się. Mieszkają teraz w pięknej starej prowansalskiej willi. Nieledwie w centrum. A ileż tu spokoju, atmosfera prowansalskiej wsi! Na podwórku wygrzewający się w słońcu olbrzymi pies Norton, w ogrodzie pierwsze wiosenne fiołki...

Kiedy nazajutrz rankiem udałem się na zwiedzanie miasta, opanowuje mnie w pierwszej chwili panika. Wszak kiedyś widziałem te miejsca, chodziłem tu, a przecież - jakże one są obce obecnie, jakże dalekie... Spotkanie z miastem po tak długim czasie ma w sobie coś z niespodzianki, ale i z koszmaru. Jakaś chmura, jakaś powłoka wciąż dzieli mnie od tego miasta, od jego ulic, placów, zaułków. Najpierw poszedłem na bd. Paul d'Ollone, do domku, gdzie niegdyś mieszkaliśmy. W "naszej" willi mieszka dziś ktoś inny. Przebudował on stary dom, stworzył z niej nieledwie cacko, zabawkę. To tu mieszkaliśmy przez dwa lata?! Nie do wiary. Powoli jednak chmura zaczyna ustępować. Oto bowiem pojawiają się w tym obcym-nieobcym mieście ludzie. To za ich sprawą następuje przerwanie tej dziwnej opaski, która w ciągu dwunastu lat nałożyła się na moją wizję miasta. Pod starymi drzewami zobaczyłem bulistów. Jak niegdyś, jak zawsze, rzucają swymi bulami do korka, mierzą odległości, kłócą się, dopingują graczy... Tak, to na pewno Aix! Ileż to razy asystowałem przed laty tym rozgrywkom, ile razy byłem świadkiem najdziwniejszych scen... Tak, to Aix! Ale nieco inne. Jakby odmłodniało, jakby nabrało żywszych kolorów. Znikły z jego centrum samochody, wszędzie ciche, spokojne uliczki dla pieszych, wszędzie sklepiki, księgarnie, kafejki... Czas nie tyle zatrzymał się w tym mieście, ile raczej cofnął się. Miasto straciło patynę starości, jaką jeszcze niegdyś posiadało, stało się organizmem bardziej młodzieńczym, żywym. Mniej także na jego ulicach starszych mieszkańców, tych osławionych burżujów prowansalskich. Zdecydowanie dominują młodzi. Przede wszystkim studenci. Ale w końcu nie ma się co dziwić. W ciągu tych dwunastu lat - jak się niedługo miałem dowiedzieć od przyjaciela, prof. Jean-Yves Choleya, liczba studentów w Aix podwoiła się. Wszędzie ich widać. Radosnych, roześmianych, dyskutujących... Ale nie o polityce, jak to było jeszcze przed dwunastu laty. Raczej o życiu, o problemach studenckich. Może o miłości?

Spotkanie z Aix to przede wszystkim liczne spotkania z ludźmi. A tych w ciągu owych ośmiu dni nie brakowało. Wprawdzie tu i ówdzie pojawiły się bolesne luki. Oto w Bibliotece Méjanes, w której spędziłem wiele wspaniałych dni, dowiaduję się, że przed kilku laty zmarł mój jakże serdeczny przyjaciel-staruszek, Jean Dominique Guelfi, kustosz biblioteczny. Na emeryturze jest już Mlle Kerverseau, która niegdyś pomagała mi w poszukiwaniu materiałów związanych z Gaszyńskim. Ale przecież inni nadal tu pracują, mieszkają, żyją... Oto na Uniwersytecie, w Instytucie, gdzie pracowałem przez siedem semestrów, spotykam - wciąż przy tym samym biurku - panią Halinę, która wciąż w ręku swym trzyma administrację ILGEOS-u. Wprawdzie w ciągu tych lat zmieniła nazwisko, urodziła dwójkę nowych dzieci, ale biurka nie zmieniła. Oto prof. Martini, który zaprasza mnie na kawę do siebie. Wprawdzie mocno posiwiał, ale duch wciąż ten sam, żywy, młodzieńczy, pełen energii. Przed trzema laty był w Krakowie, ale, niestety, nie spotkaliśmy się. Teraz mnie wita z wyrzutem: przed dwoma tygodniami byłem wraz z żoną w Krakowie, szukaliśmy pana na uniwersytecie, a pan tu? Jest on tu głównym koordynatorem przewozów paczek do Polski. Profesor uniwersytetu, któremu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby zrezygnować z tego przedsięwzięcia. Bo to, wie pan, to nie tylko pomoc dla was, to także nauka dla nas! - powiada. Oto mój były szef, prof. Garde. Z prawdziwą radością woła do słuchawki telefonicznej: musimy jutro zjeść razem obiad! I rzeczywiście. Zjawia się punktualnie - jak zawsze! - na spotkanie. Przyprowadza na spotkanie także dobrą znajomą, prof. Guiraud. Płyną nam minuty i godziny na rozmowie: o wszystkim. O pracy, o ludziach, o sprawach, o problemach... Jak w gronie przyjaciół. Oto wreszcie Michel i Eveline - jak niegdyś - samotni, bez dzieci, ale pełni serca i radości życia. Oto Martine i Bruno Gastoud - ci sami, których "przeprowadzałem" niegdyś do nowego domu w St. Cânnat. Może trochę widać w ich oczach zmęczenie, może owe lata w niejednym dokuczyły im, ale przecież w rozmowach, dyskusjach są wciąż pełni energii i - typowo prowansalskiej - rubaszności. Synowie im podrośli, dom otrzymał dodatkowe piętro, drzewa - które niegdyś sadziłem - sięgają siedmiu - dziesięciu metrów wysokości... Ale kiedy przy kominku snujemy opowieści o naszym życiu, wygląda na to, jakbyśmy się rozstali dopiero wczoraj. Nie inaczej wyglądają spotkania z Jean-Yves'em! Wciąż samotnym, wciąż opiekującym się biedną na pół sparaliżowaną Patrycją (ta powie mi w pewnej chwili z dumą: w czasie wydarzeń u was, stanu wojennego, udało mi się załatwić cztery wózki inwalidzkie dla osób w Polsce!), wciąż pracującym na Wydziale Prawa... Może tylko mniej radości w jego spojrzeniu. Ale także chyba i więcej rozwagi w sądach. A cóż powiedzieć o Annie i o Francisie Teste'ach? Byłoby nieprawdą, gdybym oświadczył, że się nie zmienili. Bo to prawda, że wciąż serce u nich otwarte dla wszystkich przybyszy z Polski. To prawda, że Anna kocha rozmowy (szczególnie około północnej godziny - jak niegdyś!), że Francis kocha swoją pracę zawodową (nawet w niedziele - jak niegdyś!). Ale dzieci im podrosły. Pojawiły się w ich osobowościach także rysy nowe: przywiązanie do dzieci, matczyna miłość, ojcowskie oddanie. To wiele. To coś budującego...

Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał tu o wizycie, która przecież może najsilniej wryła się w moją pamięć. To wizyta na cmentarzu św. Piotra, u grobu Konstantego Gaszyńskiego. Przed laty mogiła tego romantycznego poety, przyjaciela Zygmunta Krasińskiego, powstańca listopadowego i tułacza była naszą rodzinną przystanią niedzielną. Ileż razy wraz z żoną i córką przychodziliśmy tu w niedzielne popołudnie, aby odwiedzić naszego bliskiego przyjaciela... Teraz już pierwszego dnia pobytu odnajduję drogę na cmentarz św. Piotra. Kieruję się ku mogile Gaszyńskiego. I... serce raduje się. Oto przed dwunastu laty, tuż przed wyjazdem z Aix, uradziliśmy z żoną, że posadzimy na mogile Gaszyńskiego "nasze" irysy, kwiaty niewymagające wielkiej pielęgnacji. Zasadziliśmy kilka krzaczków. Dziś wita mnie piękna, zielona murawa irysów. A jednak został po nas tu jakiś ślad! Może te irysy, ocieniając mogiłę wygnańca-poety, przypominają mu rodzinne strony?

Kiedy w niedzielne popołudnie na dworcu marsylskim żegnałem się z przyjaciółmi, kiedy usiadłem w supernowoczesnym pociągu TGV, kiedy za oknami zaczęły przesuwać się widoki błyszczącego w słońcu Morza Śródziemnego i białe skały Prowansji, raz jeszcze powróciłem do wspomnień sprzed lat kilkunastu. Jakże piękna to kraina, jakże bliska sercu, radosna... Ale czy chciałbym tu znowu zamieszkać na lat kilka, pracować tu? Chyba nie. To piękna przeszłość, to radość wspomnienia. Ale życie biegnie naprzód, podsuwa coraz nowe obrazy, wymaga nowych decyzji. Dlatego z utęsknieniem zacząłem oczekiwać na chwilę, gdy zza okien pociągu wynurzą się drapacze chmur "mojego" Paryża. Bo teraz jestem już "paryżaninem". Tu mieszkam, tu jest kolejna przystań mojego życia. Chwilowa, to prawda, ale na dziś - to jest "moje" miasto.

27 lutego 1985

Wczoraj po zajęciach podeszła do mnie jedna ze studentek i nieśmiało zapytała: Czy zechciałby pan odwiedzić nas? Właśnie przyjechali rodzice, chcieliby pana poznać. Nie miałem nic przeciwko temu. W końcu jestem tu sam; zamiast siedzieć w akademiku, może poznam kogoś interesującego? Skoro też tylko skończyło się zebranie pracowników naszej sekcji polonistycznej, poszedłem w kierunku ulicy du Bac. Zadzwoniłem do drzwi i po chwili... znalazłem się wśród ludzi bliskich, serdecznych, sympatycznych. Państwo Balińscy, mimo polskiego nazwiska, niewiele mają wspólnego z Polską. No, może nie tak: w końcu jedna z ich córek pojechała do Krakowa na studia, druga zaś uczęszcza na studia polonistyczne w Paryżu. Ale przecież - jak się dowiaduję - prof. Baliński urodził się w Szwajcarii, wychował w Stanach Zjednoczonych, od sześciu zaś lat - mieszka w Paryżu. Pani Balińska jest rodowitą Amerykanką z Tennessee. A zatem ludzie z drugiego świata. Nieoczekiwanie przecież ten oto profesor matematyki, który nie zna języka polskiego, który co miesiąc spędza tydzień w Stanach Zjednoczonych - jako wykładowca na jednym z tamtejszych uniwersytetów, okazuje się człowiekiem nie tylko interesującym, ale bardzo serdecznym. Zresztą i żona jego - mająca wciąż jeszcze kłopoty z językiem francuskim - nie ustępuje w serdeczności. Rozmowa przy kolacji początkowo toczyła się bardzo typowo: o pracy, o jej blaskach i cieniach, o rodzinie... Rychło nabrała jednak rumieńców. Oto pan domu prowadzi mnie do sąsiedniego gabinetu. Tu ścianę całą zajmują wspaniałe portrety sławnych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Ale nie tylko. Obok wisi portret Tocqueville'a, owego sławnego historyka z XIX wieku, człowieka, który przeżywa wciąż lata sławy. Po chwili pan domu wyławia jednak z tej galerii portrety jakby swojskie, bliższe. I rzeczywiście. Oto dwaj bracia Śniadeccy, tu zaś... Michał Baliński. Z niemałym zdumieniem dowiaduję się, że to po prostu... przodkowie gospodarza. Ze zdumieniem i lekkim niedowierzaniem spoglądam na pana domu, to znów na portrety: czy rzeczywiście? Widzę, że gospodarz zdaje sobie sprawę z mojego zaskoczenia. Ale nie nalega. Siadamy w wygodnych fotelach. I rozpoczyna się zadziwiająca baśń, o której może zamarzyć każdy historyk, badacz dziejów naszych. Po chwili panna Marta przynosi pamiątki... po stryju, niedawno zmarłym poecie, Stanisławie Balińskim. Są listy, pisma... Przynosi także relikwię domową: maleńką statuetkę Matki Bożej z... Oszmiany! Przechowywana jest w rodzinie od 1830 roku, przez cały czas - z dala od rodzinnej Litwy, gdzieś tu, w Paryżu, Londynie, to znowu w Nowym Jorku. A oto miniatura Edwarda Odyńca z żoną. Największą niespodziankę trzymają jednak gospodarze na koniec. Wreszcie pokazują: wspaniale wyglądającą kopię (oryginał znajduje się w Muzeum m. Warszawy) Złotej księgi pradziada pana domu, Aleksandra Reychmana, redaktora wychodzącego pod koniec XIX wieku w Warszawie "Echa Muzycznego", wieloletniego dyrektora Filharmonii Narodowej w Warszawie. Co za spotkanie! Jakie nazwiska, czyje pismo!! Dziesiątki, setki nazwisk. A za każdym kryje się odrębna historia, jakaś tajemnica życia. I wiersze (ileż z nich nigdy nie było drukowanych!?): Kasprowicza i Tetmajera, Rydla i Bałuckiego, Deotymy i Jankowskiego, Faleńskiego i Langego... Złote myśli Przybyszewskiego i Paderewskiego. Wpisy Catullesa Mendesa i Władysława Mierzwińskiego, Marii Konopnickiej i Henryka Sienkiewicza... Któż byłby w stanie wymienić choćby w części gości salonu pana Aleksandra Reychmana! Przerzucając karty księgi, raz po raz przywołuję wspomnienia swoich lektur, to znowu anegdoty. Gospodarze domu dorzucają od siebie raz po raz nowe szczegóły. A to o Reychmanie, a to o Ludwiku Brunerze (Ludwiku Stenie, znanym krytyku literackim!) - również członku rodziny. Płyną godziny, wreszcie przychodzi czas pożegnania. Przerwany został łańcuch wspomnień i niezwykłych spotkań. Padają zwyczajowe słowa - do rychłego zobaczenia, do kolejnego spotkania. Nie wiem, czy nastąpią. Nawet jednak, gdyby nie miały nastąpić, to jedno nasze spotkanie, ten jeden wieczór pozostanie mi na długo w pamięci. Wieczór w Paryżu, przy ulicy du Bac, u rodziny amerykańskiej, wieczór polski, jakże polski!

2 marca 1985

Nieoczekiwanie otrzymuję dziś kolejne zaproszenie. Tym razem od dobrej Znajomej z dawnych lat. Mieszka w Paryżu od lat pięciu. Przyjechała tu wraz z sześcioletnim synkiem. W kraju został mąż i ojciec dziecka. Znajoma ma nowego partnera życiowego, zresztą bardzo sympatycznego Francuza. Ułożyła sobie życie od nowa. W końcu sytuacja taka nie zaskakuje. Ileż to podobnych związków, ile takich samych historii, na poły banalnych, ale jakże ludzkich. W tym jednak wypadku sprawa nie wygląda ani na banalną, ani na zwykłą. Moja Znajoma wywodzi się ze znakomitej rodziny profesorskiej. Wychowana została w atmosferze dobrobytu, ciepła, spokoju. Nawet gdy wyszła za mąż, nigdy nie pomyślała o tym, że trzeba prowadzić dom, przygotować obiad, nakarmić dziecko. Tymi sprawami zajmowała się "ciocia", a w najgorszym wypadku "pani Zosia" czy "pani Marysia". I oto nagle pewnego dnia moja Znajoma buntuje się. Buntuje się przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Wychowana w bardzo pobożnej rodzinie, porzuca wiarę. Związana małżeńskimi ślubami, zrywa związek. W towarzystwie trochę przypadkowo poznanego Francuza wyjeżdża z kraju zabierając ze sobą dziecko. Zaczyna uczyć się życia od początku. I miłości od początku. Ciężka to nauka, trudna, niezwyczajna. Znać też dzisiaj na twarzy Znajomej czasy tej walki i "nauki" życia. Wydawało się, że utonie, że nie dopłynie do brzegu. Nie utonęła. Dziś ma przy boku partnera życiowego-przyjaciela, ma mieszkanie, pracę, dorastającego syna. Ma prawie wszystko. Bo nade wszystko ma świadomość, że to, co ma, zawdzięcza tylko sobie, nikomu więcej. A jednak... A jednak od czasu do czasu przez twarz jej przemyka jakaś bruzda, jakby jakiś niepokój. Może to pamięć o kraju, o rodzinie? A może niepokój o przyszłość? A może i smutek jakiś, jakieś wyobcowanie? Kiedy przyjechała tu, zdecydowała się posłać syna natychmiast do szkoły. Być może z buntu, jaki był u podłoża jej decyzji, nie starała się podtrzymać u chłopca znajomości języka polskiego. Dziś piękny, grzeczny chłopiec nie mówi po polsku. Rozumie jeszcze nieco, mówić już jednak nie potrafi. To może los tego dziecka jest przyczyną owej bruzdy na czole Znajomej. Bo on wszak nie wybierał - tak jak ona; on po prostu został zabrany przez mamę i przywieziony tutaj. Wprawdzie nie odbiega w niczym od swych równolatków. Na arkuszu ocen stopnie bardzo wysokie, z boku same pochwały nauczycieli. A jednak - jak w pewnej chwili zwierza mi się - gdy mówię chłopcom, że jestem Polakiem, to oni mi każą powiedzieć coś po polsku, a ja już nie potrafię... Może to właśnie to dziecko - które wie, że jest Polakiem, ale które nie zna języka swego ojca - może ono kładzie się cieniem na czole Znajomej?

3 marca 1985

Sądziłem, że dzisiejszy dzień przyjdzie mi spędzić w spokoju i samotności. Rzeczywistość okazała się inna. Najpierw była więc msza św. w Notre-Dame (wszak to niedziela), potem zaś wyjazd do Saint-Brice-sous-For?t, wspólny obiad z gronem przyjaciół, pogawędka i... powrót do Paryża. Postanowiłem nie wracać natychmiast do domu. Rozlegające się z okolic sławnego Centre national d'art et de la culture - Georges Pompidou melodie przyciągnęły mnie w kierunku tej nieprawdopodobnie brzydkiej budowli. Bywałem już tu niejeden raz, dziś postanowiłem pójść tam raz jeszcze.

Przy wejściu kilka grupek stłoczonych ludzi. Podchodzę, słucham... To trwa ożywiona dyskusja teologiczna. Tak, teologiczna. Starym zwyczajem właśnie tu, w okolicy Centrum Pompidou (także i koło Sacré Coeur!) pojawiają się młodzi zazwyczaj kaznodzieje, by nauczać prawd wiary. Różnej wiary. Jedni tłumaczą więc zawiłości Talmudu, inni mówią o Buddzie, jeszcze inni - o Chrystusie. Słuchacze nie pozostają bierni, włączają się do dyskusji, starają się obalić argumenty "kaznodziei". Próżne to jednak wysiłki. Kaznodzieje mają na swoje wsparcie wiarę, mimo więc że słaniają się ze zmęczenia (prawdopodobnie niektórzy głosili tu swoje prawdy cały dzień), spokojnie powtarzają swe argumenty, na nowo roztaczają wizję szczęścia albo i apokalipsy...

Tuż za wejściem tłumy zmęczonych, oczekujących, wałęsających się po prostu wyrostków. Upatrzyli sobie parter budynku za miejsce spotkań i oczekiwania na atrakcje. Rzadko decydują się pojechać ruchomymi schodami na jedno z pięciu pięter ośrodka. Zresztą nie wiadomo, czy znaleźliby tam miejsce. Bo liczne czytelnie, pracownie, sale telewizyjne, sale ekspozycyjne wypełnione są po brzegi. Przywołująca mi wciąż na pamięć widok jednego z wydziałów Zakładów Azotowych w Tarnowie budowla w centrum Paryża żyje jakże bujnym życiem! Setki czytelników czytają książki, inni przechadzają się między powszechnie dostępnymi regałami z książkami (jakie skarby na owych regałach - najlepsi autorzy, najlepsze wydania!), wybierają książki, przeglądają. Jeszcze inni robią odbitki ksero. Tam znów kilkanaście osób siedzi przed ekranami telewizorów i ogląda specjalne programy - z zaprogramowanego nadajnika. A tu, na pierwszym piętrze - wystawa projektów architektonicznych z całego świata. Co za mozaika możliwości, jakie wspaniałości roztaczane są przed każdym chętnym poznania świata... Zaiste, piękna była idea, która stworzyła ten przybytek kultury i sztuki. Można więc architektom wybaczyć nawet owe straszliwe rury, całe owo odkryte uzbrojenie budynku. Liczy się jego użyteczność, funkcjonalność. Jakżeby przydał się taki dom kultury - z prawdziwego zdarzenia - w Krakowie, w Tarnowie czy w jakimś innym polskim mieście...

5 marca 1985

Dosyć dawno nie byłem w Instytucie Katolickim. Dziś znowu jest okazja. Maria Delaperri?re wygłasza odczyt o fantastyce i cudowności w literaturze polskiej. Temat piękny, ujęcie bardzo ambitne. Autorka wychodzi od stanu wiedzy nad fantastyką i cudownością we współczesnej nauce europejskiej, cytuje szeroko Rogera Caillois, Todorova i innych. Po czym wskazuje na odrębność literatury polskiej, w której nie można zastosować podobnych jak w wypadku literatur zachodnich podziałów, gdzie właściwie trudno mówić o fantastyce literackiej, raczej o cudowności. Erudycja autorki jest imponująca. Wywód - mimo że dość długi - logicznie zbudowany. I aż żal, że stosunkowo niewiele osób zjawiło się dzisiaj na tym odczycie. Oczywiście, w dyskusji pada sporo dodatkowych uściśleń, dopełnień. Wiadomo, temat szeroki, trudno go objąć w całości. Godzi się przecież podkreślić ambicję i wytrwałość autorki w przebrnięciu przez ogromne ilości materiału. A nade wszystko - jej decyzję omawiania tak złożonego problemu nie na zasadzie wpływów i zapożyczeń, ale przy wskazywaniu na odrębności naszej literatury. Nie zawsze literatura musi przegrywać tam, gdzie nie mieści się w przyjętych regułach teoretycznoliterackich...

5 marca 1985 (bis)

Nieoczekiwanie dzień dzisiejszy zakończył się bardzo późno, bo dobrze po północy. Wszak to pierwszy wtorek miesiąca, a zatem... termin kolejnego spotkania w salonie pani Helft. Dziś było mniej osób niż zwykle; około dwudziestu poetów, krytyków, malarzy, wydawców. Było bardziej kameralnie, ale i jakoś serdeczniej. Większość osób dobrze się już zna, ludzie wiedzą, kto jest kto. Zamiast zwyczajowego tematu wiążącego, który referowałby jeden z bywalców, nieoczekiwanie rozwija się długa i bardzo żywa dyskusja na temat poetów i poezji. A właściwie - na temat tzw. poezji zaangażowanej oraz literackich "patronów". Po raz pierwszy salon nabiera rumieńców, ludzie zaczynają się dobijać do głosu, przekonywać... Oglądałem to trochę na zasadzie outsidera. W końcu nie jestem poetą, nie uprawiam poezji ani zaangażowanej, ani niezaangażowanej... Nagle Ewa rzuca pytanie: - A co myśli o tym Franciszek? Wszyscy obracają się w moją stronę, muszę więc mówić. I mówię. Spokojnie, bez emocji. Twierdzę, że poezja nie może być tylko dziełem refleksji, że u jej źródeł zawsze leży jakaś emocja, zatem zaangażowanie. Gorzej jednak, gdy nagle poeta zaczyna tworzyć poezję zaangażowaną. Wtedy przestaje być poetą, staje się rzemieślnikiem. Przywołuję przykłady - Mickiewicza, ale i Majakowskiego. Zdaje się, że argumenty moje trafiają do przekonania słuchaczom. Wobec tego podejmuję wątek literackiego patrona. Pytam: któż to chce patrona? Komu jest potrzebny patron? - Chyba tylko tym, którzy marzą o zrobieniu tzw. kariery. Ale poeta - to żaden zawód. Karierę lepiej chyba robić w innym zawodzie. Przypominam los Norwida: w pewnym momencie spostrzegł, że, jeśli pójdzie dalej drogą, na którą wkroczył, zostanie epigonem. Porzucił więc - zupełnie świadomie - wybraną drogę, zaczął tworzyć wbrew "patronom". Okupił to ciężko. Społeczeństwo, czytelnicy bowiem odrzucili go. Ale to przecież jego było za grobem zwycięstwo...

Nieoczekiwanie, argumenty moje zwyciężyły. Wszyscy serdecznie dziękują, ściskają rękę... A zatem może miałem choć część racji?

6 marca 1985

Przedziwnie układa mi się ten tydzień. Impreza goni imprezę, spotkanie - spotkanie, a przecież nie można myśleć tylko o życiu publicznym. Mam przecież zajęcia, wykłady, seminarium, ćwiczenia... Dziś trochę niefortunnie się złożyło. Mam bowiem zajęcia przed południem i po południu, a tymczasem w stacji PAN przy ul. Lauriston zorganizowano sesję naukową z okazji czterdziestolecia nawiązania oficjalnych stosunków polsko-francuskiech w okresie powojennym. Nie mogę przysłuchiwać się większości referatów, mam tylko trzy godziny "luzu". Trafiam na referat prof. Mariana Zgórniaka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który mówi o miejscu Francji w polityce zagranicznej Polski po 1945 roku. Referat obszerny, wypełniony mnóstwem faktów, ale pozostawia jakiś niedosyt. Zbyt akademicki, za mało w nim prawdy codziennej. Dobrze więc się stało, że natychmiast po nim rozpoczęła się dyskusja. Wystąpił najpierw profesor historii z Nancy (niestety, nie udało mi się zapamiętać nazwiska), który wygłosił znakomity koreferat (choć niezamierzony). Mówił właśnie o stosunkach międzyludzkich, o przyjaźni polsko-francuskiej w gronie naukowców, ale i w społeczeństwie francuskim. Mówił pięknie i serdecznie. Pięknie też zabrzmiał głos weterana ruchu oporu polskiego we Francji, który potwierdził raz jeszcze jedną prawdę: iż polityka międzynarodowa często idzie swoim torem, a życie swoim. Dlatego nie najlepsze w tej chwili stosunki między rządami obu państw nie mogą ani przekreślić dorobku, ani zaciemnić przyszłości. Sądzę, że te dwa głosy stanowiły znakomite dopełnienie uczonych referatów, a przede wszystkim powinny zostać wzięte pod uwagę przez polityków, którym nie wolno spoglądać na rzeczywistość tylko przez pryzmat chwili bieżącej, którzy winni pamiętać, że nie tylko oni tworzą historię.

Wieczorem przyjęcie w salonach ambasady. Przyjęcie - z całym protokołem. W przepięknych salonach tłumy gości. Może dwieście, może dwieście pięćdziesiąt osób. W zdecydowanej większości Francuzi, w ogromnej liczbie profesorowie, uczeni, dziennikarze, ale także producenci, działacze towarzystw etc. Przez blisko trzy godziny trwa jeden wielki dialog: rozpisany na setki głosów. Dialog polsko-francuski, dialog przyjaźni. I, kiedy krążę po tej sali, gdy wymieniam raz po raz uwagi z przypadkowo poznanymi osobami (raczej nieznajomymi), gdy dowiaduję się, że tam gdzieś w Normandii starają się nie tylko zorganizować wystawę sztuki polskiej, ale że chcą przyjechać do Polski w odwiedziny (bo są rodowitymi Francuzami, nigdy w Polsce nie byli, a tyle o niej słyszeli!), gdy słucham, jak profesor z francuskiego CNRS przekonuje mnie, że nadszedł czas na powoływanie do życia nawet nieformalnych grup badaczy podejmujących określony problem naukowy, mimo wszystko z optymizmem spoglądam w przyszłość. I raz jeszcze powtarzam: nie mają racji politycy, którzy dla bieżących celów lekką ręką odrzucają w niepamięć tak bogaty dorobek więzów polsko-francuskich. Oni błądzą. A szkoda, bo błędów tych można byłoby wszak uniknąć...

10 marca 1985

Zmęczony całotygodniową harówką, ustawiczną bieganiną, postanawiam dziś odpocząć. A wiadomo, że najlepszą formą odpoczynku jest spacer. Wybieram się więc na długą wędrówkę ulicami Paryża. Swoim zwyczajem zostawiam w domu plan miasta, zostawiam w nim także i troski, kłopoty (a bywają takie także i w Paryżu). Idę "w miasto". Wędrówka trwa coś ponad trzy godziny. Nie, nie wybierałem dziś dzielnic powszechnie znanych, tych z okolic bd. St. Michel czy Inwalidów. Z placu Concorde skierowałem się w stronę kościoła św. Magdaleny (jakże piękna architektura, jakże wypieszczona to świątynia, ale - jakże niewielu w niej wiernych na niedzielnej mszy św.!). Stąd kieruję się w stronę widniejącego na horyzoncie ładnego kościółka. Po dwudziestu minutach marszu przekonuję się, że ta piękna sylwetka kościoła z bliska traci sporo ze swego uroku. To kościół pod wezwaniem św. Augustyna. Dziś zamknięty, choć to niedziela. Ale zanim docieram do tegoż kościoła, przechodzę wzdłuż długiego bulwaru Malesherbes. Ulica podobna do setek innych. A przecież niezupełnie taka sama. Przypominam sobie, że to właśnie tutaj, przy tej ulicy mieszkał przed kilkudziesięciu laty Józef Gałęzowski. Mieszkał pod numerem 85. Stąd codziennie wybierał się do pracy w banku Crédit Foncier, stąd wieczorem wychodził, by doglądnąć Szkoły Polskiej na Batignoles. Stąd prawie codziennie wysyłał listy: do Sztokholmu, do Lwowa, do Wiednia, do Krakowa, do Zurychu, do Genewy czy do Rapperswilu. Tak, do Rapperswilu. Był wszak po śmierci założyciela Muzeum Narodowego Polskiego w tym szwajcarskim mieście, hr. Władysława Platera, wieloletnim dyrektorem tej jakże pięknej placówki polskiej kultury. Kto wie, czy nie najpiękniejszej, jaką wydała polska emigracja w XIX wieku. W Bibliotece Polskiej przy quais d'Orléans czytam właśnie listy Gałęzowskiego do Tadeusza Bukowskiego, jego zastępcy, mieszkańca Sztokholmu, wybitnego antykwariusza, znanego w całej Europie. Kiedyś połączyły obu korespondentów szeregi powstańcze: obaj wzięli udział w walkach insurekcji styczniowej. Potem połączył ich los wygnańców skazanych na pobyt z dala od rodzinnej ziemi. Wreszcie połączyło ich Muzeum Rapperswilskie. Ileż trudu, ile nakładu sił i pieniędzy, zabiegów, emocji, kłopotów, radości i smutków przyszło przeżyć tu, przy bulwarze Malesherbes dyrektorowi Gałęzowskiemu, na co dzień - urzędnikowi w Crédit Foncier...

Ale oto wchodzę na bd. Haussmann. Kolejne przypomnienie, kolejne nazwisko. To wszak Haussmann nadał Paryżowi dzisiejszy (czy może raczej - wczorajszy) wygląd. To on przedsięwziął za Napoleona III śmiały plan przebudowy stolicy Francji. Zrobił to też niekiedy w sposób bezwzględny. Do dziś chwalą jednak jego dzieło automobiliści (bo to on zaprojektował - jeszcze w XIX wieku, tak szerokie arterie), do dziś turyści podziwiają przepiękne perspektywy ulic i bulwarów paryskich, które on stworzył. Po chwili opuszczam Bd. Haussmann. Na pożegnanie przychodzi mi tylko jeszcze spotkać się z... Balzakiem, autorem Komedii ludzkiej. U zbiegu ulicy jego imienia z avenue de Friedland, na małym skwerku postawili paryżanie skromny pomnik autorowi Ojca Goriot. Artysta siedzi sobie spokojnie na ławeczce, odpoczywa. I wcale mu nie przeszkadza, że wsadzono go na cokół. Przyzwyczaił się w swym życiu do najdziwniejszych ekstrawagancji. Tygodniami siedział w zamkniętym pokoju, pił kawę i pisał. To znów - z przyjaciółmi - do upadłego bawił się w nocnych lokalach paryskich. Jeszcze kiedy indziej jechał na "daleką Ukrainę", do swej wymarzonej, ukochanej "Nieznajomej", pani Hańskiej... Czyż może go więc dziwić to, że teraz siedzi na cokole pomnika?

13 marca 1985

Nareszcie! Po blisko czterech miesiącach oczekiwania otrzymuję wreszcie carte de séjour. To ważne wydarzenie w moim życiu. Wszak w ten sposób zamykam na kilka miesięcy swoje kontakty z administracją francuską. Jak powiada wielu - straszną administracją. Ja bym powiedział inaczej - administracją przedziwną. Zbiurokratyzowaną, bezduszną, kochającą papierki (która administracja nie kocha papierków?!), a przecież - sprawną. Powolną - to prawda. Ale działającą niby dobra, naoliwiona maszyna. Wystarczy tylko wrzucić jej odpowiednią liczbę załączników, zaświadczeń, poświadczeń, a ona to wszystko powoli, bardzo powoli przeżuje i w chwili gdy człowiek zaczyna nie wierzyć, iż otrzyma jakąś odpowiedź, wtedy właśnie wyrzuca ona ze swych czeluści... carte de séjour, kartę pobytową. Jest coś urzekającego w tej strasznej maszynie. Jakże nieludzkiej w swej wizji całościowej, a przecież złożonej z ludzi: z ojców, matek, synów, z przyjaciół, kochanków...

15 marca 1985

Kolejna "polska" seria w Paryżu. W ośrodku oo. pallotynów przy rue Surcouf zapowiedziano odczyt Bogdana Cywińskiego o Kościele w Europie Środkowo-Wschodniej. Zapowiedź wygląda bardzo ambitnie, nie sposób przepuścić takiej okazji. Ludzi sporo - jak zwykle w tym ośrodku. Wszyscy czekają z niecierpliwością. Tym bardziej iż ks. Markiewicz, przedstawiając prelegenta, informuje zebranych o... zamiarze pana Cywińskiego przygotowania w najbliższym czasie czterotomowego dzieła o Kościele współczesnym w tych stronach! Jak zazwyczaj to jednak bywa, zapowiedź nie znajduje potwierdzenia w czasie występu pana Cywińskiego. Wykładający obecnie we Fryburgu i Genewie (nie wiadomo co, prawdopodobnie historię) pan Cywiński po prostu nie przygotował się do spotkania. Zamiast więc interesującego odczytu wygłasza pogadankę na poziomie rozmów przy kominku u cioci Zosi. Nie potrafi podać właściwie żadnych faktów - poza powszechnie znanymi. Nie pamięta nazwisk, nie potrafi przypomnieć sobie ważnych dat. Najlepszy był jeszcze w chwilach, gdy wspominał swoje dzieciństwo w Warszawie i sposoby nauczania religii w jego szkole. Ale jak to już wyglądało poza jego szkołą - nie wie. Przykre spotkanie. Tym bardziej że w końcu oo. pallotyni mają znakomite tradycje. Jak widać, także i im zdarzają się przykre wpadki.

16 marca 1985

Dziś odbyło się w Ośrodku Studiów Polonistycznych przy Sorbonie spotkanie ze wszystkimi lektorami języka polskiego pracującymi na uczelniach francuskich. Stawiła się cała piętnastka: trzynaście pań i dwóch panów. Jest prof. Maria Straszewska, jest dyr. Klimkiewicz z Instytutu Polskiego, jest przedstawiciel Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, niejaki p. Kocyra... Ludzie mówią kolejno o swojej pracy, o warunkach, kłopotach i radościach. Nawet jeśli przyjąć, że nie wszystko, co tu powiedziano, jest prawdziwe (w końcu każdy z nas lubi nieco podkolorować swoje czyny!), to przecież i tak obraz, jaki wyłonił się z tych wypowiedzi, musi napawać optymizmem. Jest sporo studentów uczących się języka polskiego, nie tylko z rodzin emigrantów, mieszanych. Zdecydowana większość to Francuzi. Przyszli na lektoraty już nie tylko na fali mody. Kierują się głębszym zainteresowaniem. To raduje. Tym bardziej że znajdują w ten sposób potwierdzenie moje własne obserwacje. Ale rozmowy nasze wprowadzają także znaczną korektę do wypowiedzi pana ambasadora, z którym spotkaliśmy się w godzinach popołudniowych. Pan ambasador nakreślił bardzo czarny obraz stosunków polsko-francuskich w dobie obecnej. Sądzę, że oparł się w tym przede wszystkim na prasie i nielicznych wypowiedziach polityków. Nie ma on szerszego kontaktu z terenem, z ludźmi. Tworzy więc wizję trochę sztuczną. Bo przecież w rzeczywistości stosunki te nie są tak złe. To prawda, że niejeden raz słyszeć można, iż ludzie we Francji są już zmęczeni sprawą Polski, ale przecież darzą ją ciągle wielką sympatią. Czynią to nawet mimo to, że emigracja tutejsza wcale ich do tego nie zachęca, tworząc wizję PRL-u jako obozu koncentracyjnego. Nie zachęcają do podtrzymywania tych dobrych kontaktów polsko-francuskich także i autorzy owych listów słanych z kraju do Francuzów z prośbą... o czekoladę, o kawę, o kurtkę, o dobre, ciepłe buty. Przychodzą do nas potem Francuzi z prośbą o przetłumaczenie tych listów, a nam często rumieniec wstydu oblewa czoło. Jakże rzadko bowiem zdarza się nam tłumaczyć list taki, o jakim wspomniała Ola z Lyonu: od jakiejś staruszki, piszącej z błędami ortograficznymi, starym duktem, ale namawiającej swą młodą znajomą Francuzkę do przyjazdu do Polski w odwiedziny, że ona niczego nie potrzebuje...

17 marca 1985

W Grand Palais od 4 lutego trwa wielkie święto: otwarto tu jedyną w swoim rodzaju wystawę: L'impressionisme et le paysage français. Wystawa ta została przygotowana w roku 1984 na olimpiadę w Los Angeles. Później - w drugiej połowie 1984 roku - pokazano ją w Chicago. Teraz zawitała do Paryża. I chyba dopiero tutaj można docenić najlepiej jej wartość. Wszak tu powstała zdecydowana większość obrazów wystawianych obecnie. To z pejzażem paryskim, podparyskim i w ogóle francuskim związali się impresjoniści. Teraz powrócili oto do źródeł...

Na wystawie zgromadzono 120 obrazów zarówno impresjonistów (Monet, Pisarro, Sisley, Renoir...), jak i postimpresjonistów (Cézanne, Gaugin, Van Gogh...). Wypożyczono na nią obrazy z kilkunastu największych galerii. Czterdzieści obrazów pochodzi oczywiście z Musée du Jeu de Paume; reszta jednak z innych galerii: z Chicago, Los Angeles, Buffalo, Manchesteru, Pittsburga, nie mówiąc już o zbiorach prywatnych. To, co przyciąga tysiące ludzi na wystawę (codziennie kilometrowe wręcz kolejki!), to przede wszystkim możliwość oglądnięcia tak wielu dzieł impresjonistów w jednym zespole. Organizatorzy wystawy wpadli na znakomity pomysł: zrezygnowali z układu osobowego bądź chronologicznego obrazów, podporządkowali go natomiast idei tematycznej. I tak w kolejnych salach oglądamy, w jaki sposób w latach 1860-1895 twórcy impresjonizmu (od 1886) i postimpresjonizmu malowali krajobraz francuski. Widać więc tu, jak kolejno poszerzali oni swoje pole obserwacji. Uczniowie wielkich mistrzów: Delacroix, Corota, Rousseau czy Courbeta, zdecydowali się ostatecznie opuścić swoje pracownie i wyjść na spotkanie z naturą. Nie byli pierwszymi na tej drodze, wyprzedzili ich bowiem twórcy ze szkoły zwanej barbizońską, byli jednak pierwszymi, którzy postanowili malować otaczający świat, pejzaż, takim, jakim on jest w rzeczywistości: zaznaczając bardzo ingerencję w nim człowieka. Nie jest to już zatem tylko i wyłącznie dzika natura - piękna w swej dzikości, przeżywająca jakże wielkie dramaty - ale pejzaż, który człowiek widzi na co dzień wychodząc ze swego domu. Nie wahają się zatem pokazywać elementów obcych w otaczającym pejzażu: mostów kolejowych, wiaduktów, konstrukcji żelaznych itp. Oczywiście, te elementy stanowią tylko i wyłącznie dodatek, fragment owej nowej natury, którą zdecydowali się przenieść na płótna. Jedno bowiem jest niezaprzeczalne: impresjoniści zdecydowali się odkryć przed widzem nade wszystko urok natury, jej piękno - ale urok i piękno, które stają się przeżyciem człowieka. Nie sama w sobie natura ich pasjonuje. Interesuje ich natura jako element świata człowieczego. Stąd owo prześwietlenie pejzażu przez pryzmat osobowości artysty. Nie tworzą fotografii rzeczywistości, ale jej własną wizję, każdy na swój sposób.

Wędrując po salach Grand Palais, można przekonać się, że impresjoniści wprowadzili do malarstwa określoną tematykę: tematykę niedzielnego wypoczynku, podmiejskich wycieczek. Stali się niejako twórcami rozpoczynającymi turystykę podmiejską. To ich wyjście z miasta miało niewątpliwie bezpośrednie źródła w ich biografiach, było jednak czymś więcej, jak tylko odbiciem prostych decyzji Moneta czy Sisleya opuszczenia Paryża. Pokazywało proces otwarcia się dziewiętnastowiecznego miasta, przełamania ograniczeń pamiętających jeszcze średniowiecze, a zaznaczonych - niby symbolem - murami miejskimi. To nie przypadek, że właśnie teraz, w XIX wieku, w większości starych miast zostały zburzone mury obronne. To nie była tylko sprawa przestrzeni życiowej dla tych miast. Było to odkrywanie "nowego świata": podmiejskich lasków, rzeczek, wsi.

W latach sześćdziesiątych Monet z kilkoma przyjaciółmi osiadł w podparyskim Bougival. Zaczął malować tę okolicę - pobliskie miejscowości: miejsce wycieczek paryżan w świąteczne dnie. Ileż obrazów powstało teraz związanych z Grenouill?re, z Marly, z Louvesienne... Na obrazach tych oglądamy nade wszystko urokliwe zakątki, miejsca przejażdżek po Sekwanie, błyszczące w słońcu żagle małych łodzi. To rzeczywiście początek podmiejskiej turystyki. Natura zaczęła powoli stanowić antidotum na miejski gwar, ruch, hałas. Zaczęła dawać uspokojenie, swobodę, radość życia.

Rychło jednak owe podmiejskie miejscowości zaludniły się. Ludzie poznali, co znaczy radość świątecznego wypoczynku na łonie natury, zaczęli więc jeździć tysiącami na zieloną trawkę. Przedmieście stało się nowym ogniskiem życia, pełnym zgiełku i hałasu. Trzeba było więc uciekać dalej. Właśnie wynaleziono wspaniałą rzecz: kolej. Przy pomocy kolei żelaznej można uciec znacznie dalej od miasta. Nasi artyści znaleźli się w czołówce. Monet zamieszkał w Argenteuil, ściągając tu grono przyjaciół. Inni odkrywają jednak Normandię, Gauguin ze swymi przyjaciółmi Bretanię i uroczy Pont-Aven, Cézanne - rodzinną Prowansję. Malują nowy pejzaż: z mostami kolejowymi, torami, wiaduktami. Ale teraz owe tory, wiadukty czy mosty stały się owego pejzażu dominantą, zaczęły go organizować.

W poszukiwaniu schronienia przed gwarem wielkomiejskim nie zawsze trzeba uciekać jednak daleko. Niekiedy wystarczy wejść do własnego ogródka. Pojawiła się więc u impresjonistów wcale spora grupa obrazów związana z ową "kulturą ogrodów": pełnych kwiatów, drzew, krzewów... Niekiedy radość spotkania z niezmąconą gwarem miejskim naturą znaleźć można na plaży morskiej, na pewno jednak - na wsi. Impresjoniści odkryli wieś. Ale było to odkrycie szczególne: nie interesowała ich praca chłopa, zainteresował ich pejzaż. To prawda, że ów pejzaż był w dużej mierze świadectwem działalności owego wieśniaka. Ale nie praca jego, raczej rezultat tej pracy zaczął pociągać naszych twórców. A rezultat ten jakże pięknie wygląda w blaskach słońca wschodzącego to znów zachodzącego, wiosną to znów jesienią, w strugach deszczu to znów pod pokrywą śnieżną... Jakże wielkie pole dla działalności artysty! Wspaniale pokazał to Monet malując serię obrazów przedstawiających... kopy słomy (sławne Meules!).

Jednak nie wszyscy uciekli z miasta. Nadeszły dni, gdy nawet oni, impresjoniści, tak mocno związani z pejzażem naturalnym, z owymi polami błyszczącymi w słońcu, poprzecinanymi rzekami czy drogami, na których z dala widnieje horyzont lasu, nawet oni zaczęli wracać do miasta. Bo miasto to Paryż, to atelier, to ulubione kawiarnie na Montparnasse, to akademie przy rue de la Grande Chaumi?re... Zaczęli więc wracać, aby malować pejzaż miejski. Bo tu też słońce oświetla ulice, tu także - nad ukochaną Sekwaną - przerzucono dziesiątki mostów, tu także odbywa się tajemnicza gra światła i cienia, tu także drga wszystkimi kolorami tęczy promień słoneczny. Jakże więc nie uchwycić, nie zatrzymać go na płótnie... I tak oto rodzi się jeszcze jedna odmiana pejzażu impresjonistycznego - pejzaż miejski.

Impresjoniści dostrzegli wartość światła, wielkość natury złączonej z człowiekiem. Zapragnęli za wszelką cenę zatrzymać na płótnach ową grę kolorów, tę niezbadaną tajemnicę życia. Zaczynali tworzyć jako realiści. Pierwsze ich obrazy - z lat sześćdziesiątych - pełne były jeszcze motywów typowo realistycznych. Dbali jeszcze bardzo mocno o prawdę szczegółu. Powoli zaczęli jednak odchodzić od tej zasady. Zaczął ich coraz bardziej pasjonować kolor, jego gra, jego współistnienie na płótnie z innymi. Zafascynowała ich sprawa współistnienia światła i cienia, własna wizja otaczającego świata, swoje, własne widzenie rzeki, lasu, ogrodu... Po kilkudziesięciu latach Cézanne, jeden z najwierniejszych uczniów impresjonistów, poszedł jeszcze dalej: pejzaż realny stał się dla niego już tylko i wyłącznie pretekstem dla poszukiwań kolorystycznych. To już nie dbałość o oddanie specyfiki konkretnego pejzażu, to już tylko punkt wyjścia do nowych rozwiązań. Miejsce pejzażu realnego zajął pejzaż intelektualny. A stąd jakże niedaleka już droga do kubizmu, owej sztuki otwierającej wiek XX.

Opuszczając w latach sześćdziesiątych-siedemdziesiątych XIX w. swoje pracownie, artyści pragnęli za wszelką cenę odnaleźć naturę, prawdę o otaczającym świecie. Pokolenie następne podjęło decyzję o powrocie do pracowni. Stwierdziło: wycieczka skończona, prawda zbadana. Pora rozpocząć nowe poszukiwania. Bo wszak tak każe nam postępować nasz niespokojny duch - duch artysty-poszukiwacza...

18 marca 1985

Trzecia polska impreza w Paryżu w ciągu ostatniego okresu. Tym razem to jubileusz dziewięćdziesięciolecia urodzin Józefa Czapskiego. Uroczystość zorganizowano w kościele przy ul. Św. Dominika. Przyszło na nią kilkaset osób. Wieczór cały został sfilmowany. Można było wreszcie zobaczyć elitę intelektualną polskiej emigracji w Paryżu. Zobaczyć, choć raczej nie poznać. Bo to elita zamknięta, jak każda elita.

Jubilat - znakomity malarz polski, autor wspomnień (niedawno ukazała się część tych wspomnień w krakowskim "Znaku"), cieszy się wielkim uznaniem w Europie Zachodniej. Obrazy jego zaczęły pojawiać się na najważniejszych przeglądowych wystawach, na temat jego malarstwa, niegdysiejszego kapisty, wypowiadają się znani krytycy sztuki.

To człowiek o pięknej biografii. Niepokorny. I takim pokazał się w czasie dzisiejszej uroczystości. Serdecznie dziękując organizatorom uroczystości (pallotyni) za zorganizowanie spotkania, miał odwagę nie zgodzić się z ocenami, jakie zafundowali mu przedmówcy. Takt, skromność, to bez wątpienia wrodzone cechy tego wielkiego artysty. Niestety, nie we wszystkim dorównali mu trzej główni referenci wieczoru. Gustaw Herling-Grudziński miał zatem mówić o młodości Czapskiego, o jego burzliwych przeżyciach w okresie II wojny światowej, a mówił przede wszystkim o sobie. Konstanty Jeleński miał mówić o malarstwie Czapskiego, a mówił przede wszystkim o innych. Cytował więc szeroko Nabokova, to znowu Prousta, a tylko gdzieś tam na marginesie jawił mu się Czapski. Trzeci mówca - Wojciech Karpiński - poszedł bodaj najłatwiejszą drogą, oznajmiając, że jest po prostu... uczniem Czapskiego. To, kim jestem, co robię - to wszystko zawdzięczam Czapskiemu! Wprawdzie jubilat starał się zaprzeczyć, wymachując ręką, na nic się to jednak zdało. Karpiński zdołał jeszcze oświadczyć, iż jubilat jest najlepszym polskim malarzem XX wieku, najlepszym krytykiem sztuki w Polsce (dodając - no, może po Stanisławie Witkiewiczu), jednym z najlepszych pisarzy polskich. Nie dziw, że konstatacjom tym żywo zaprzeczał dziewięćdziesięcioletni jubilat. Zachował, mimo podeszłego wieku, sporo dystansu do siebie i ocen mu wystawianych...

24 marca 1985

Wielu rzeczy można pozazdrościć Francuzom. Można pozazdrościć im klimatu, uroku Paryża, wspaniałości każdej z krain, bogactwa sztuki, wspaniałej literatury, demokratycznych tradycji, dobrego wina, znakomitej kuchni... Dziś pozazdrościłem im... wspaniałego przemysłu papierniczego, a właściwie - wspaniale rozwiniętego przemysłu wydawniczego. Wybrałem się właśnie na wielkie targi książki, zwane tutaj "Salonem książki". Kilkaset wydawnictw zaprezentowało swe wydawnictwa z ostatnich dwunastu miesięcy w przepastnych salach Grand Palais. Co za bogactwo, jaka różnorodność, co za tytuły, jaki papier! Można - przechadzając się między stoiskami - wzdychać, napawać oko edycjami, od których dostaje się zawrotu głowy i... marzyć. Może przyjdzie kiedyś i u nas taki czas, gdy obudzi się przemysł wydawniczy, gdy wydawcy zaczną wydawać książki, na które czytelnik czeka, a nie tylko książki według rozdzielnika urzędniczego. Może i do nas kiedyś zawita zapomniana już dawno zasada, że książka jest jedną z pierwszych potrzeb człowieka, towarzyszem jego życia. Że w związku z tym książkę trzeba traktować na równi z chlebem powszednim. Może i u nas będzie można kiedyś kupić książkę autora, którego się ceni, któremu się zawierzyło. Może nadejdzie czas, gdy znikną z półek księgarskich tomy makulatury nikomu niepotrzebnej, pisanej straszliwą polszczyzną, tworzonej na określone "zamówienie", książki dla nikogo. Może...

15 kwietnia 1985

Po blisko trzytygodniowym pobycie w Krakowie, wśród najbliższych - powrót do Paryża, do codziennych obowiązków ale i do kolejnych niespodzianek. Jak pamięcią sięgnę wstecz, zazwyczaj każdy z turystów wybierających się czy raczej przyjeżdżających z Paryża podkreślał, iż miasto to odcisnęło się w jego pamięci jakimś szczególnym znakiem. Dla jednych była to więc wizyta w katedrze Notre-Dame, dla innych odwiedziny placu du Tertre, dla jeszcze innych Pola Elizejskie. Gdyby mi dzisiaj przyszło odpowiedzieć na pytanie o mój symbol Paryża, byłbym zapewne odpowiedział, iż miasto kojarzy mi się przede wszystkim z postacią tego małego człowieczka ucharakteryzowanego na Chaplina, który w pogodne popołudnia daje spektakle przed kościołem St. Germain-des-Prés, vis-a-vis kawiarni - jakże sławnej - "Aux Deux Magots".

Człowieczek ten, o chaplinowskich zaiste wymiarach, opanował w sposób niemalże doskonały sztukę mimiki i gestyki, ruchu i gry swego wielkiego patrona. Przychodzi na ów niewielki placyk z akcesoriami swojej sztuki. Przebiera się na miejscu, tu robi makijaż, a potem odgrywa kilka wypracowanych i dobrze opanowanych scen komicznych. W nagrodę otrzymuje od przygodnych przechodniów datki.

Paryż - jak każda inna wielka metropolia - żyje nade wszystko codzienną pracą, codzienną bieganiną między metrem, domem i sklepem. Ale to miasto, pomne na swe wiekowe tradycje, jest gotowe przyjąć i zaakceptować każdą ekstrawagancję - jeśli tylko ma ona w sobie ziarno prawdy. Klown sprzed kawiarni na placu St. Germain-des-Prés wprowadza w ten świat wielkiego interesu ziarno iluzji, melancholii, ciepło wspomnienia. Toteż zawsze gromadzi się wokół niego spora grupa przechodniów, którzy nagradzają go oklaskami. Którzy razem z nim radują się, to znów smucą się, którzy przeżywają chwile ułudy. Bo właśnie z owych chwil ułudy składa się bodaj czar Paryża. Gdyby chcieć podglądać to miasto w tym, co zwyczajne, można byłoby dojść do wniosków bardzo prostych: iż miasto to nie różni się od setek czy tysięcy innych. Dopiero spotkanie z owymi kloszardami, którzy ani sieją, ani żną, a żyją, z owymi wędrownymi grajkami w metrze, z owymi połykaczami ognia sprzed Centrum Pompidou, z owymi setkami sal wystawowych, w których zebrano owoce pracy twórczej tysięcy artystów, ludzi, którzy nie potrafili i nie potrafią żyć według przyjętych powszechnie zasad i norm - dopiero to wszystko wyznacza charakter tego miasta. Miasta jakże dziwnego, a jakże bliskiego sercu...

18-19 kwietnia 1985

Dwa "polskie" dni, oba związane z poezją. W czwartek prof. Błoński wygłasza na Sorbonie wykład o poezji Herberta. W sali amfiteatralnej około setki osób. W zdecydowanej większości Polacy bądź Francuzi polskiego pochodzenia. Wykład prowadzony jest jednak w języku francuskim, bo takie tu zwyczaje. Prelegent zdecydował się wprowadzić innowację. Zaprosił więc nieznanego mi aktora francuskiego oraz polskiego krytyka i poetę - Krzysztofa Jeżewskiego, do lektury wybranych tekstów. W ten sposób wykład był ilustrowany fragmentami wierszy poety, przeobrażając się w swoisty spektakl. A w spektaklu najczęściej nie szuka się głębi, raczej jasności ujęcia, dobrej gry, szczęśliwej inscenizacji. Pod tym względem właściwie spektakl należy uznać za udany. Właściwie - bowiem aktor francuski, przyzwyczajony do obcej mi wciąż maniery gry, zamiast odczytywać teksty Herberta, jakże często przejmujące, krzyczał, wrzeszczał, "grał". Oczywiście, trzeba pamiętać o przyjętych we Francji zasadach gry aktorskiej, ale zasady te sprawdzają się wówczas, gdy idą w zgodzie z tekstem. Toteż gdy słyszę recytowaną poezję francuską, często opartą na retoryce, gotów jestem przyjąć i zaakceptować ten sposób gry. Natomiast, gdy aktor ma przed sobą tekst-wyznanie, utwór, który wychodzi ze ściśniętego od bólu gardła, a aktor rzuca się w konwulsjach, przekształca go w popis deklamatorski, wówczas nie jestem w zgodzie z nim. Tak było i tutaj. Jeżewski starał się oddać naturalność poezji Herberta, Francuz - robił z Herberta oświeceniowego Voltaire'a czy Delille'a. A Błoński? On pokazywał nie tyle Herberta, ile problemy, przed jakimi staje badacz jego poezji. Bez wątpienia można było się uradować wieloma stwierdzeniami referenta, w całości był to jednak raczej pokaz wirtuozerskich możliwości krytyka niż próba ogarnięcia i zinterpretowania wspaniałego dorobku poety.

Piątkowy wieczór - u pallotynów - poświęcony był Aleksandrowi Watowi. Był to prawdziwy spektakl teatralny. Najpierw młody krytyk warszawski, Krzysztof Rutkowski (który przygotowuje dla oficyny londyńskiej pełne wydanie dzieł Wata), odczytał tekst, który pewno będzie wprowadzeniem do zbioru dzieł poety. Potem nastąpiło spotkanie z poezją Wata. Pani Olga Watowa przyniosła taśmę z nagraniami wierszy dokonanymi przed śmiercią poety (nagrania złe; szkoda, że nie ograniczono się do jednorazowego odsłuchania tekstu wygłaszanego przez poetę. Zrobiłoby to znacznie większy efekt, niż powtarzanie kilkakrotne). Następnie zaś sama (niegdysiejsza aktorka warszawska!), wspólnie z Wojciechem Pszoniakiem i właśnie Krzysztofem Rutkowskim - odczytywała wiersze Wata. Było niewątpliwie coś urzekającego w doborze tych wierszy, które pokazywały drogę poszukiwań Wata: człowieka wywodzącego się z rodziny żydowskiej, początkowo walczącego ateisty, zwolennika ideologii wspartych na dyktaturze, potem ciężko doświadczonego w obozach na Wschodzie, wracającego do Kraju, odsuniętego od życia literackiego, wreszcie decydującego się - w roku 1953! - na przyjęcie chrztu! Człowiek ten - jak się okazuje - nigdy nie zaprzestał poszukiwań Boga. Wbrew przyjętym w takich wypadkach zasadom (że neofita jest najzagorzalszym zwolennikiem danej idei, którą przyjmuje!), on nadal poszukiwał. Aż do chwili śmierci. A dokumentem potwierdzającym trwałość i rozmach tych poszukiwań jest jego poezja: raz bardzo osobista, to znów drążąca głębie Starego Testamentu, poezja intelektualna, a przy tym jakże bliska, serdeczna...

3 maja 1985

Po kilku tygodniach towarzyskiej "pustyni" znalazłem się na uroczym spotkaniu grupy twórców w domu Józefa Pyrza. Wspominałem już tutaj o okolicznościach, w jakich poznałem tego fenomenalnego (sic!) rzeźbiarza. Teraz zadzwonił, prosząc o przyjście. Więc pojechałem. I nie żałuję. Był to bowiem wieczór zupełnie nietypowy i bardzo udany. Zebrało się około dwudziestu osób (oprócz Gospodarzy tylko jedna Polka, reszta to Francuzi), przeważnie artyści. Pyrz - przebywający od sześciu lat w Paryżu - zajmuje mieszkanie w budynku przeznaczonym dla artystów. Na parterze ma swoją pracownię, na dwóch pięterkach - właściwe mieszkanie. W pracowni przechadzamy się pośród urzekających swą urodą rzeźb artysty. Toczą się rozmowy. Pan domu - wraz z żoną, Marią - postanowili nadać wieczorowi formę spotkania artystycznego. Solenizantka czyta więc fragment Pieśni nad pieśniami. Potem Pyrz oświadcza, że tematem spotkania będzie... sprawa nieba! Jego sąsiad - malarz - prezentuje przeźrocza, na których widnieją dziesiątki ujęć obrazów nieba. W tym samym czasie inny przyjaciel rzeźbiarza - poeta, Henry Clairvaux, recytuje swoje wiersze. Widowisko znakomite, dające szansę zadumy nad... kosmosem. I rzeczywiście - następuje sekwencja rozmów. Wiodę długie rozmowy z Pyrzem i graficzką, Monique Pougeon, na temat: co to jest kosmos? W czym tkwi jego tajemnica? Prowokuję rozmówców oświadczając, że bardziej do mnie przemawia, więcej zagadek tkwi w tajemnicy kwiatu niż nieba. Wolę rozprawiać o tajemnicy życia kwiatu, który potrafił się tak wspaniale przystroić, aby zwabić pszczołę, która przyleci, zapyli go, niż zastanawiać się nad tajemnicą kosmosu. Bo w gruncie rzeczy ów kwiat może ubrał się tak wspaniale nie tylko po to, aby zwabić pszczołę. Może przybrał tak uroczą formę, aby pokazać piękno tego świata, piękno zaklęte w naturze?

Druga część wieczoru nosiła charakter wyraźnie polski. Wszak to dzień 3 maja. Pyrz mówił więc o święcie Królowej Polski i o Konstytucji 3 Maja. Henry Clairvaux przeczytał przygotowane właśnie do druku tłumaczenie poezji Karola Wojtyły - Jana Pawła II, a ja podzieliłem się z zebranymi uwagami o swojej pracy sprzed dwóch lat, kiedy to przygotowywałem do druku zbiór wystąpień kardynała Karola Wojtyły w czasie obrad synodu biskupów krakowskich. Ten polski akcent wieczoru, w połączeniu z wizytą w pracowni "malarza nieba", znakomicie zwieńczył dzień 3 maja, tak ważny w życiu każdego Polaka. Dzień, który przed blisko dwoma wiekami dał narodowi tyle nadziei, a którego dzieło zostało tak szybko zburzone. Ale dzień, którego nikt i nic nie zdoła wymazać z pamięci narodu...

Właśnie ta sekwencja polska dobiegać zaczęła końca, gdy spostrzegłem, iż minęła właśnie godzina pierwsza w nocy. Najwyższy zatem czas na powrót do domu. Niestety, przyszło mi wracać piechotą. Metro było już nieczynne o tej porze nocy. Odbyłem więc przeszło godzinną wędrówkę po uśpionych ulicach Paryża, ulicach peryferyjnych, cichych, ale i... siejących niepokój. Szczęśliwie jednak dotarłem do domu, by podziękować Bogu za tak piękny wieczór...

5 maja 1985

Był to dzień bardzo nietypowy. Właśnie zbliża się czterdziesta rocznica zakończenia II wojny światowej. W Europie, a także w Stanach Zjednoczonych, ogromne poruszenie wywołała decyzja prezydenta USA odwiedzenia cmentarza w Bitburgu, na którym pochowano między innymi byłych oficerów hitlerowskiego SS. Nie wiem, jak reaguje na ten krok prasa polska, tutejsze dzienniki, a także radio i telewizja zdecydowanie potępiają ten gest rozgrzeszenia wobec hitlerowców. Mnożą się deklaracje o policzku wymierzonym ofiarom II wojny, o zrównaniu katów z ofiarami. Jak można się było spodziewać, głosów tych wcale nie słucha jednak adresat. Są mu najprawdopodobniej zupełnie obojętne. A w Paryżu? Jakby dla podkreślenia odrębności stanowiska Francji w tej sprawie, w Notre-Dame o godz. 10 rano (jest niedziela!) przewidziano uroczystości narodowe. O godzinie dziewiątej katedra została zamknięta dla publiczności (znalazłem się w środku - wraz z gromadą skautów, którzy przybyli tu na mszę św. wcześniejszą). Świątynia została zarezerwowana dla członków rządu, parlamentu, przedstawicieli dyplomatycznych. Wielka gala. Niestety, nie oglądałem jej. Zrezygnowałem świadomie, nie wydaje mi się bowiem, aby gesty takie mogły coś zmienić w naszym życiu. Szczególnie gdy te gesty wychodzą od dużo słabszych od innych...

Zgodnie z wcześniejszymi planami wybrałem się do... Compi?gne. Pojechałem tam w towarzystwie przyjaciół Cilick i José Santamariów. Mają oni w pobliżu Compi?gne swych krewnych. Jedyna to więc okazja, aby zwiedzić historyczne miejsce, tak mocno zapisane na kartach historii Europy. Wszak to tu, w tym lesie, marszałek Foch podpisał z generałami niemieckimi w dniu 11 listopada 1918 roku zawieszenie broni na frontach I wojny światowej, które było faktyczną kapitulacją Niemiec. To tu położono kres tej straszliwej masakrze ludzi, która przez kilka lat trwała na polach bitew Europy, a także innych kontynentów. To tu także - w pewnym stopniu - rodziła się po blisko półtorawiekowej niewoli niepodległa Polska. Miała obudzić się z uśpienia, powstać - niby feniks egipski - z popiołów. I powstała.

Chodzę po niewielkim placyku, który przecinają dwie linie kolejowe. Tu stał wagon marszałka Focha, tam - wagon generałów niemieckich. A w tym oto budynku można oglądnąć zachowany w znakomitym stanie historyczny wagon, w którym podpisano dokumenty. Wszystko zostało zachowane w nienaruszonej postaci. Wagon nosi numer 2419 D. Jest to tzw. Dining-Car, który należał niedgyś do Compagne Internationale des Wagons-Lits et des Grands Express Européens. Zaglądamy przez okna do wnętrza. Oto stół, przy którym toczyły się ostatnie rozmowy i na którym złożono podpisy pod dokumentami. Wizytówki wskazują miejsce każdego z dostojników, którzy przybyli do Compi?gne: zarówno alianckich, jak i niemieckich. Po dwóch przeciwnych stronach stołu zasiedli więc tłumacze: lejtnant Laproche i kpt. von Helldorff. Po stronie aliantów: marszałek Foch, obok niego zaś: po prawej - gen. Weygand, po lewej - admirał R. Wemyss i kontradmirał Hope. Po stronie niemieckiej - naprzeciw marszałka Focha min. Mathias Erzberger. Po jego prawej - gen. von Winterfeldt i kpt. Vauseler, po lewej - hr. von Oeorndorff. Obok, tuż za małą przegrodą, ustawiono dwa małe stoliki dla telegrafistów, dla tych, którzy mieli przesłać w świat wiadomość o zakończeniu wojny. Wspaniałe zadanie, chyba najpiękniejsze, jakie im kiedykolwiek w życiu przypadło wykonać, spełnili: kpt. de Mierry i komendant Riedinger.

Kiedy przyglądam się temu wagonowi, gdy patrzę na ów stół historyczny, nie mogę opędzić się przed jedną myślą: dlaczego tego stołu nie ustawiono u progu 1914 roku, dlaczego miliony ludzi musiały stracić życie, zostać kalekami, stracić majątek? Czy istotnie niemożliwe było wcześniejsze załatwienie spornych spraw? I oczywiście pojawia się natychmiast odpowiedź. Wygląda na to, że nie można było. Wielomilionowa ofiara krwi była potrzebna. W roku 1914 nikt nie przypuszczał nawet, jak dalece zmieni się świat za cztery lata. Nikt, najśmielszy bodaj w myśli, nie odgadłby układów, powiązań, nowej rzeczywistości. Bo rzeczywistość zdecydowanie zaskoczyła wszystkich. I chwała tym, co zginęli. Bo ginęli na rozkaz. Śmierć jest tylko śmiercią. Dlatego, nie zapominając ani o tragediach, ani o tym, że tragedię tę wywołali ludzie w imię swych własnych ambicji, w imię idei, którym zawierzyli, chylę dziś czoło przed tym stołem pokoju. Oby pamięć o nim powracała zawsze, gdy pojawią się kłopoty, trudności, nieporozumienia...

8 maja 1985

Dziś święto zwycięstwa. Dzień wolny od zajęć. Korzystam z okazji i siedzę prawie cały dzień przy maszynie do pisania. Piszę artykuł o Gaszyńskim i jego karierze prowansalskiej. Pod wieczór postanawiam urządzić sobie spacer - po "polskim" Paryżu. Ale nie tym związanym z Wielką Emigracją. Od dawna myślałem o odwiedzeniu miejsc i domów, gdzie na przełomie wieków XIX-XX zatrzymywali się polscy artyści, pisarze, krytycy. Idę więc na spacer po "młodopolskim" Paryżu.

Zadanie niezbyt trudne. Ze wspomnień Lorentowicza, Hoesicka, a także Francka L. Schoella wynika, że Polacy opanowali w tym czasie Montparnasse. Istotnie, to właśnie w okolicy Montparnasse mieszkali Reymont, Wyspiański, Żeromski, Lorentowicz, Lange i dziesiątki innych. Najpierw kieruję się na ul. Le Goff, leżącą w bezpośrednim sąsiedztwie Panteonu. To tutaj, pod numerem 10, był słynny "polski" "Hôtel du Brésil". Tu - jak pisze Lorentowicz - zatrzymywali się niemal wszyscy "młodopolacy". Na parterze "urzędowała" Madame Cambrai, czyli "Pani Kambrejska", jak ją potocznie zwali polscy artyści. Tu, przy polskim stole, zasiadali: Lorentowicz i Reymont, Miriam i Artur Górski, Przybyszewski i Rydel i tylu innych. Dziś... oczywiście "Hôtel du Brésil" nadal istnieje! Z dala widzę już jego reklamę. Dom dosyć stary, niczym specjalnie się nie wyróżniający. Ale jakiś swojski. To dlatego, że w pamięci mam zebrane wiadomości o naszej kolonii artystycznej. Obok wejścia - tablica pamiątkowa: tu, w tym hotelu, w latach 1885-1886 mieszkał... Zygmunt Freud! O Polakach nie ma żadnej informacji. Ale nie mam nawet o to pretensji. Pojawia się tylko natychmiast pytanie: czy Polacy, którzy tu zamieszkiwali, znali owego wielkiego lekarza wiedeńskiego? Czy przeczuwali, że on kiedyś stanie się twórcą psychoanalizy? A czy on, Zygmunt Freud, wiedział, że owi młodzi Polacy, tak zażarcie dyskutujący przy "polskim stole", staną się wkrótce odnowicielami polskiej literatury?

Nie ma dziś ani "pani Kambrejskiej", ani Polaków w hotelu brazylijskim. Na parterze - tam, gdzie dawnej była mała restauracyjka, duży salon i recepcja hotelowa. Spoglądam jeszcze na cennik hotelowy. Wynajęcie pokoju - najskromniejszego - przekracza jednak moje możliwości (od 150 fr). A więc zapewne nigdy nie zamieszkam w hotelu brazylijskim. Ale za to mogę wybrać się śladami jego dawnych polskich mieszkańców.

Wiadomo, że na kawę polscy artyści z hotelu brazylijskiego chodzili do "Café du Panthéon", na rogu ulicy Soufflot i bd. St. Michel. Niestety, kawiarnia ta już nie istnieje. Dziś na obu rogach ul. Soufflot są, owszem, lokale: po jednej stronie nowoczesna "Pizzeria", po drugiej kawiarnia. Ale całkowicie nowoczesna, prowadzona chyba przez jakiegoś przybysza z Afryki (pied-noir)...

Idę więc dalej - w poszukiwaniu śladów polskich modernistów na Montparnasse. Docieram na ul. De la Glaci?re. Tu pod numerem 20 był także "polski" hotel. Na parterze była polska restauracja prowadzona przez p. Stanisława Kocha, który chętnie udzielał kredytu "polskim głodomorom", czyli studentom. Na górze mieszkali - w samodzielnych pokoikach: Tadeusz Jaroszyński i Antoni Lange, a obok nich całe mnóstwo medyków, chemików, farmaceutów etc. Dziś przy ulicy De la Glaci?re, numer 20 ma duża kamienica. Ale nie wygląda na to, żeby to w niej mieszkali kiedyś Polacy. Wokół sporo nowych domów: jedne zbudowano w 1918, inne niedawno. Widocznie "polski" dom poszedł był do rozbiórki. Na jego miejscu zbudowano typową kamienicę. Szkoda.

Postanawiam przejść jeszcze na ul. De la Grande-Chaumi?re. To przecznica bulwaru Montparnasse, tuż obok skrzyżowania z bulwarem Raspail, w niedalekim sąsiedztwie sławnego cmentarza Montparnasse. Ulica ta przeszła do dziejów sztuki światowej jako miejsce-ostoja nowoczesnego malarstwa europejskiego. Tu mieściła się sławna akademia Colarossi, w której studiował Wyspiański, ale także - Mehoffer, Włodzimierz Tetmajer i wielu innych. Gmach akademii do dziś służy artystom. Mieści się tu - jak oznajmia pamiątkowa tablica - Académie de la Grande-Chaumi?re, założona przez Antoine'a Bourdelle'a i innych w roku 1904. Dziś w akademii tej nadal młodzi artyści zdobywają wiedzę. Mieli tu pracownie sławy światowe - rzeźbiarze: Ossip Zadkine, Robert Wlérick i Charles Despiau oraz malarze: Pierre Brayer, Michel Rodde, Pierre Jerome. Oglądam budynek, ale serce ciągnie nieco dalej: pod nr 8. To tu mieściła się niegdyś pracownia Paula Gauguina, tę pracownię przejął po wyjeżdżającym z Paryża Gauguinie... Stanisław Wyspiański. Tutaj mieszkał! Dziś pracownia "Wyspiańskiego" nosi imię... Modiglianiego! Tak przynajmniej informuje mała tablica przy wejściu do budynku. Nie, nie zobaczę zapewne tej pracowni. Ale mogę zaglądnąć obok: pod numerem 10 mieściła się maleńka kawiarenka pani Charlotte Futterer, w której przesiadywali krakowscy głównie malarze. Wiadomo, że zdarzało im się, iż płacili niekiedy pani Karolinie obrazkami. Dziś w miejscu dawnej kawiarni jest maleńka restauracja: "Wadja". Raczej pusta. Przegrywa konkurencję ze wspaniałymi restauracjami położonymi tuż obok, przy bulwarze Montparnasse, gdzie podaje się najdziwniejsze potrawy z langustami, krabami i innymi smakołykami dalekich mórz. W restauracjach tych posiłek kosztuje 300-400 fr. Gdyby ich bywalcy wiedzieli, że tuż obok, w salce "Wadja" jadał cały parnas malarstwa światowego, może by wstąpili tam choć jeden raz?

Pora jednak kończyć wyprawę. Jeszcze tylko po drodze "wpadam" na nieodległą ul. Assas. Tu, w domu pod nr 60 - jak informuje tablica - mieszkał w latach 1895-96 Marian Smoluchowski, sławny nasz fizyk. W tym samym czasie mieszkał tu także August Strindberg. Czy się znali? Pewno tak. Smoluchowski związany był z polską kolonią artystyczną. Może więc zabierał na "polskie" spotkania Strindberga?

Wędrując po ulicach Paryża, nigdy się nie wie, jakie czekają nas niespodzianki. Oto kiedyś, przechodząc avenue de Denfert-Rochereau, odnalazłem pod numerem 92 dom, w którym w latach 1826-1838 mieszkał jeden z największych poetów francuskich XIX wieku, François René de Chateaubriand. W domu tym, po śmieci artysty, jego żona założyła przytułek dla biednych. Dziś mieści się tu ośrodek dla niewidomych dziewcząt. Piękna pamiątka po artyście, po którym zostały nie tylko dzieła literackie. Przed kilku dniami z kolei wypadło mi jechać do podparyskiego miasteczka Sceaux. Jakież było moje zdziwienie, gdy na maleńkiej uliczce - noszącej imię Jeana Mascré - pod numerem 6 odnalazłem dom, na którym widnieje tablica informująca, że w tym domu w latach 1907-1912 mieszkała Maria Curie. Dla Francuza Maria Curie jest Francuzką, dla nas - jest Polką. Ona także należała do polskiej kolonii na przełomie wieków XIX-XX. Nie odwiedzała wprawdzie kawiarenek i restauracji, gdzie zbierali się pisarze, malarze, krytycy. Przesiadywała w tym czasie w laboratorium, dokonywała odkryć. Pozostawiła po sobie ślad - jakże cenny, a przy tym jakże niebezpieczny: wiedzę o pierwiastkach radioaktywnych. Tak. W Paryżu nigdy nie wiadomo, na czyj ślad można trafić...

19 maja 1985

Mam zwyczaj porannego słuchania radia. Odpowiednio duża porcja wiadomości pozwala mi się "rozbudzić", nie pozwala mi przy tym na wygłaszanie przy porannym goleniu się odpowiedniej porcji uwag pod własnym adresem. Dzisiaj zaskoczyła mnie kolejna w ostatnim czasie informacja o... zabójstwie dziecka. W jednym z południowych miasteczek Francji przed dwoma dniami doszło do tragedii. Wieczorem, około ósmej trzydzieści, mała Louise, licząca cztery i pół roku dziewczynka zaczęła marudzić i płakać. Ojciec - jak podają dziennikarze - oglądał właśnie telewizję. Ponieważ dziecko nie zaprzestawało płakać mimo jego upomnień, postanowił je ukarać: uderzył kilka razy córeczkę, po czym rzucił ją do łóżeczka. Dziecko zaczęło jęczeć i wołać o ratunek matkę, która była obok, ale nie doczekało się. Ani ojciec, ani matka nie podeszli do łóżeczka dziecka w ciągu całej nocy. Rankiem okazało się, że dziecko jest w agonii. Zawieziono je do szpitala, oznajmiając, iż dziewczynka spadła ze schodów. Lekarze, niestety, nie zdołali już uratować życia małej Louise. Ciosy ojca okazały się śmiertelne... Wiadomość wstrząsnęła mną. A sądzę, że i wieloma innymi słuchaczami radia France-Inter. Wszak dopiero przed trzema dniami zakończył się głośny proces przeciwko wyrodnej matce i jej kochankowi oskarżonym o znęcanie się nad dwunastoletnim synem kobiety, skądinąd cenionej kasjerki w jednym z dużych magazynów sklepowych. Matka ta przed dwoma laty zamknęła... w szafie swego dziesięcioletniego wówczas syna, ponieważ, jak twierdziła, był brudny i nie chciał jeść. Biedne dziecko spędziło przeszło dwa lata w szafie! Uwolnił go z tego niezwykłego więzienia kilkuletni przyrodni brat. Ofiara prześladowania przez przeszło dwa lata nie widziała słońca, miała pokrzywione nogi. Na procesie chłopiec zwrócił się jednak do sądu w prośbą o... wybaczenie matce, on bowiem nie chciał stracić matki. To mimo wszystko jego matka. Od listopada ubiegłego roku ciągnie się w mediach pełna grozy i tajemnicy dziwna historia śmierci małego, dwuletniego Gregory'ego. Dziecko - jak ogłosili rodzice - zostało porwane. Dowodem miał być przesłany na ich adres list z żądaniem okupu. Po kilku dniach znaleziono ciało małego chłopczyka w rzece. Miał skrępowane ręce i nogi. Zaczęło się żmudne dochodzenie. Rodzice wskazali na domniemanego sprawcę - wujka dziecka. Wujek został aresztowany, po kilku jednak tygodniach zwolniony z braku dowodów. Wówczas matka dziecka kupiła swemu mężowi karabin, ten zaś na własną rękę wymierzył sprawiedliwość domniemanemu sprawcy: w lutym zginął od kuli wujek małego Gregory'ego. Nowy etap w tragedii. Ale nie ostatni. Okazało się bowiem, że kilkakrotnie powtarzane ekspertyzy listu od "porywacza" prawie jednoznacznie wykazały, że został on napisany przez... matkę Gregory'ego. Adwokaci rodziców dziecka starają się podważyć wprawdzie wyniki ekspertyzy, coraz więcej śladów zdaje się jednak potwierdzać winę matki. Oto znaleziono w jej domu sznurek, jakim związano dziecko przed śmiercią. Kilkoro świadków potwierdza, że widzieli ją w chwili, gdy wychodziła z poczty (w kilka minut później znaleziono na poczcie wzmiankowany list od "porywacza")... Sprawa ponura, przerażająca. Ale podobnie jak dwie poprzednie zdaje się wskazywać na jeden, jakże bolesny problem dziecka we Francji. Bolesny nie tylko dlatego, że dzieci tych jest w społeczeństwie francuskim coraz mniej. Że coraz więcej małżeństw rezygnuje z możliwości założenia rodziny. Że mnożą się na nieznaną dotychczas skalę związki nieformalne, których głównym celem jest użycie przyjemności życiowych. Problem jest bolesny przede wszystkim dlatego, że w obyczajowości francuskiej zakorzenił się zwyczaj bicia dzieci. Dzieci są bite, najczęściej po buzi, po głowie. Jest to bolesna rysa w obrazie społeczeństwa francuskiego, rysa przywołująca na pamięć wiek XIX, a może i dawniejsze. Każdy przybysz, który staje na ziemi francuskiej, zaskoczony jest tą właśnie obyczajowością, która nie tylko nie została zarzucona, ale która się wzmaga nadal. Dzieciobójstwo jest wprawdzie rzadkością. Bicie dzieci jest jednak nagminne. Świadczy ono nie tylko o braku kultury w życiu codziennym, potwierdza ono nade wszystko smutną prawdę o postępującym upadku moralności tego społeczeństwa. Odrzuciło ono większość żywych niegdyś i przestrzeganych jednak w zdecydowanej większości zasad światopoglądu chrześcijańskiego. W pogoni za łatwym życiem, za życiem bezproblemowym, coraz chętniej rezygnuje z dzieci. A jeśli już się one pojawią, nie zawsze rodzice mają chęć i dobrą wolę zajęcia się nimi. Wiele wskazuje na to, że społeczeństwa na niższym poziomie zamożności, uboższe, przykładają większą wagę do problemu dziecka niż społeczeństwo, które znalazło się na poziomie wysokiej zamożności. Najprawdopodobniej dostatek nie idzie w parze z rozwojem praw moralnych. Przeciwnie, zdaje się iść w parze z rozkładem kanonów etycznych, które należą zapewne do tradycyjnych, ale które przez całe wieki podtrzymywały instytucję rodziny, które w imię szczęścia dzieci nakazywały rodzicom pracować w pocie czoła od świtu do nocy, które wsparte były na miłości...

25 maja 1985

Kolejne święto sztuki, czyli wielka wystawa w Grand Palais poświęcona twórczości Auguste'a Renoira. Przed wejściem "kilometrowe" kolejki. I nic dziwnego. Wszak od 1933 roku nie było okazji do oglądnięcia tylu płócien tego malarza! Tym razem sprowadzono je ze wszystkich zakątków globu - od Moskwy po Boston. Udało się ostatecznie ściągnąć do Paryża 124 obrazy artysty. Tworzą one wspaniały, na pewno niepełny, ale jakże prawdziwy obraz dorobku tego twórcy.

Już kilka razy wybierałem się na tę wystawę. Za każdym jednak razem gdy zobaczyłem rozmiary kolejki, rezygnowałem. Nie z obawy przed dwu-trzygodzinnym oczekiwaniem, ale z lęku przed tłumem. Nie lubię tłumu w muzeum. To przeszkadza mi w bezpośrednim kontakcie z dziełami sztuki, rozprasza. Postanowiłem wybrać najlepszą porę: pod wieczór, na dwie godziny przed zamknięciem, kiedy większość potencjalnych turystów szuka już swojego miejsca przy stole (wszak to pora dinner). Tak więc wczoraj, około szóstej po południu (słońce świeci tu teraz do dwudziestej pierwszej), dotarłem wreszcie do sal z obrazami Renoira. Co za radość, ile satysfakcji! Wszak jeszcze kilka miesięcy temu ani w marzeniach nie mogłem przypuszczać, że będę miał oto okazję uczestniczyć w prawdziwych ucztach duchowych: dopiero co była uczta "impresjonistyczna", teraz zaś - uczta z Renoirem!

Wędruję więc przez kilkanaście sal Grand Palais, napawam oczy kolorami palety artysty, próbuję odgadnąć tajemnicę uroku wystawionych tu obrazów. Czytałem kiedyś sporo na temat tego artysty, który nigdy bodaj nie studiował w żadnej akademii sztuki (jeśli nie liczyć chwilowej jego bytności w atelier Gleyre, poprzedzonej kilkumiesięcznym pobytem - ale chyba nie studiami - w École des Beaux-Arts). Urodzony w 1841 roku w Paryżu w rodzinie krawca z Limoges, od trzeciego roku życia mieszkając w Paryżu, nie wyniósł Renoir z domu ani tradycji artystycznych, ani też intelektualnych. W wieku trzynastu lat ojciec wysłał go do warsztatu rzemieślniczego, gdzie miał uczyć się zawodu. Próbował swych sił w malowaniu porcelany, wachlarzy, stor itp. Rychło jednak zdecydował się przerwać tę swoją edukację. Ciągnęła go bowiem prawdziwa sztuka. Rozpoczął więc swoją przygodę z malarstwem. Przygodę tyleż niezwykłą, co romantyczną.

Samouk - bo przecież za takiego należy go chyba uznać - stworzył Renoir swój własny styl, który potrafił narzucić znawcom, krytykom, a przede wszystkim - zwykłym odbiorcom. Kiedy teraz wędruję pośród tych jego płócien, gdy uświadamiam sobie, ile trudu kosztowało artystę przekonanie owych odbiorców do siebie, do swojej sztuki, nasuwa się smutna refleksja na temat kryteriów ocen wystawianych przez znawców sztuki. Przecież przez wiele lat płótna Renoira były odrzucane przez komisje kwalifikacyjne dopuszczające dzieła artystów na paryski Salon - najważniejszą w II połowie XIX wieku instytucję promującą artystów. Przecież z protestu przeciw tym decyzjom zrodził się pomysł zorganizowania najpierw Salonu Odrzuconych, a w 1874 roku - wystawy impresjonistów, do których zgłosił akces także i nasz artysta, choć był to raczej związek krótkotrwały. Przecież pierwszy obraz Renoira zakupiło państwo - do Muzeum Luksemburskiego - dopiero w 1892 roku - i to wskutek interwencji jednego z przyjaciół artysty, Stefana Mallarmé. A dziś? Dziś przed Grand Palais kilometrowe kolejki turystów, zachwyty krytyki, setki a może i tysiące opracowań, albumów, miliony reprodukcji... A jednak, raz jeszcze zwyciężył artysta, nie zaś krytyk, znawca, "profesjonalista". Nie jest to na szczęście jedyne zwycięstwo artysty w dziejach sztuki...

Biografowie Renoira wyznaczają kilka okresów w jego życiu i twórczości. Piszą więc o okresie młodości, kiedy artysta coraz chętniej opuszczał Paryż, by szukać natchnienia w podparyskich laskach, nad brzegami Sekwany. Później - o okresie impresjonistycznym, którego świadectwem są urzekające urodą pejzaże zrodzone z ducha Moneta (np. La Grenouill?re). Piszą o okresie poszukiwań - związanych z podróżami artysty (Algier, Włochy). Wreszcie - o okresie pełnej dojrzałości, który obejmować miał ostatnie 30 lat życia artysty (zmarł w 1919 roku). Zapewne wiele racji można znaleźć w tych rozważaniach. Kiedy jednak spojrzeć na całość dorobku Renoira - a jest to bodaj jedyna okazja - wyraźnie zarysowuje się przekonanie o "jedności" tego dzieła. W szczegółach monografiści mają zapewne rację. W wymiarze całościowym jest to rzadko spotykany w dziejach sztuki przypadek dzieła tak jednorodnego. Oglądane obrazy tworzą swoisty, zamknięty, typowo renoirowski świat.

Wędrując po salach Grand Palais, staram się znaleźć dla niego wspólną nazwę, nadrzędną ideę. Być może, że jest to jego własna Arkadia! Świat tak typowy, jednorodny, a zarazem - tak odmienny od tego, który malowali choćby impresjoniści. Arkadia ta stworzona została w sposób - chciałoby się rzec - solidny, typowo rzemieślniczy, gdyby słowo to nie niosło znaczeń pejoratywnych. Nie darmo Renoir tak często powtarzał, że malarstwo to nade wszystko praca, robota. Nie wahał się mówić o pracy fizycznej, o zawodzie malarza! W rzeczywistości - zbudował on też swoją Arkadię spokojnie, ale z dużą konsekwencją. Jak w Arkadii mitologicznej, tak i u niego obecna jest wszędzie natura. Ale nie jest to natura groźna, dramatyczna, tajemnicza. To natura szczęśliwa, radosna, dobra. Panuje w niej słońce (nie znalazłem ani jednego obrazu Renoira, w którym by właśnie słońce nie było pierwszym bohaterem!). Na łonie tej natury - żyje człowiek. A właściwie - żyje kobieta. Bo w Arkadii Renoira mieszkają niemal bez wyjątku kobiety. Żaden bodaj z artystów nie zostawił takiej ilości obrazów kobiet! Oczywiście, najwięcej jest tu aktów kobiecych, owych typowych dla Renoira kobiet zażywających kąpieli. Ale nawet wówczas, gdy artysta przenosi się do salonu, nawet wówczas bohaterkami jego obrazów są kobiety. I... dzieci. U Renoira spotkamy bowiem dosyć często portrety dzieci - a właściwie dziewczynek (najpiękniejszy bodaj z nich, to pokazany na wystawie w trzech wersjach obraz pt. Dziewczynki przy pianinie (Jeunes filles au piano - 1892). Kobieta jest absolutną królową świata Renoira. Artysta uwiedziony jest urokiem jej ciała, jej zmysłowością. Oczywiście, można się z nim spierać, czy pokazał "całą" kobietę. Można mieć żal do niego, że nie znosił kobiet-intelektualistek. Że patrzył na kobietę przede wszystkim jako na ostoję przyjemności. Ale nie sposób nie przyznać mu konsekwencji w postępowaniu. I talentu w kształtowaniu tej własnej wizji świata...

Właśnie - wizja świata Renoira. Nietypowa, niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością. Renoir od początku do końca głosi pochwałę życia. Nie zgłębia tajemnic owego życia. Traktuje je jako dane, jako ukształtowane raz na zawsze. I mniejsza o to, czy jest ono prawdziwe. Ważne - że jest przyjemne.

Wychodząc z wystawy w Grand Palais zadaję sobie pytanie: w czym tkwi urok Renoira? W czym leży tajemnica jego niebywałego powodzenia? I w miarę jak spaceruję wzdłuż nabrzeży Sekwany, obok mostów Aleksandra II, Almy, Ieny, nabieram przekonania, że właśnie w tym, iż od początku głosił on swój własny niepowtarzalny manifest: manifest radości. W młodych latach poznał, co to trud pracy. Był świadkiem ciężkiego wysiłku ojca - krawca. Zapewne cenił sobie ów świat pracy. Znamienne jednak, że z chwilą gdy podjął decyzję o poświęceniu się sztuce, bodaj ani razu nie wrócił do tematu pracy (przecież nawet owe piękne Praczki z Cagnes (Les laveuses a Cagnes - 1912) wyglądają jak nimfy leśne, nie zaś - jak utrudzone całodzienną pracą kobiety wiejskie!). Może więc w rodowodzie naszego artysty tkwi wyjaśnienie tajemnicy jego sztuki? W kręgu ludzi prostych do dziś panuje przekonanie, że sztuka musi podejmować tematy piękne, radosne. Że sztuka - to coś świątecznego (dlatego tak srogo zawiedli się i naturaliści, i nasi współcześni pisarze, którzy, opisując trud rolnika czy robotnika, ze zdziwieniem spostrzegli, że ich dzieł nie chcą czytać ani rolnicy, ani robotnicy, że jedni i drudzy wolą Sienkiewicza czy Mniszkównę, z jej pałacami, hrabiami, salonami). Może więc tu tkwi geneza Arkadii Renoira, Arkadii nietypowej, ale własnej?

Znawca zapewne będzie szukał głębszych przesłanek dla wyjaśnienia tego fenomenu. Ja poprzestanę na mojej własnej. Bo nie sposób nie przyznać, że urzekł mnie Renoir. Że dał mi możność przeniesienia się choć na chwilę w zupełnie inny świat - radośniejszy, weselszy, szczęśliwszy, prostszy. Że dzięki niemu choć przez chwilę wydało mi się, iż życie nasze jest wspaniałym tańcem. Tańcem, jaki ukazał na trzech bez wątpienia najpiękniejszych swoich obrazach: w Tańcu wiejskim, Tańcu miejskim i w Tańcu w Bougival. Że życie może być tańcem pełnym czułości, urody, światła, delikatności, koloru. Tańcem, który pozwala zapomnieć, choćby na chwilę, że czeka nas kiedyś - kto to wie, kiedy - jeszcze jeden taniec: ten jedyny i ostatni! Ale po co o nim wspominać, gdy oto mamy przed sobą 124 obrazy będące pochwałą tańca życia...

9 listopada 1985

Niełatwo jest podjąć na nowo pracę przy notatniku. Upłynęło pół roku, przetoczyło się niemało burz po świecie. Wiele wydarzeń poruszyło publiczność, nowe gwiazdy zapłonęły na horyzoncie sztuki, polityki, literatury. A tu tymczasem ów notatnik, powrót do spraw i ludzi, których spotykam, których na nowo odkrywam w Paryżu. Czy jest sens prowadzić te zapiski, zostawiać tu jakieś ślady swego żywota? Nie wiem. Może kiedyś, po latach, przeczytam je wnukom. Może wyrzucę na śmietnik? Tymczasem chciałbym opowiedzieć o kilku niezwyczajnych moich spotkaniach z wielkimi artystami francuskimi.

Spotkanie z Victorem Hugo

W roku bieżącym [1985] przypada setna rocznica śmierci autora Nędzników. Francuzi, którzy w sposób szczególny darzą sentymentem tego poetę, postanowili uczcić rocznicę w sposób godny i piękny. Przede wszystkim kilka wydawnictw podjęło myśl wznowienia dzieł pisarza. Ukazało się więc pełne wydanie krytyczne pism Hugo, pojawiło się wydawnictwo popularne, a obok tego - kilkadziesiąt bodaj wznowień dzieł pojedynczych. Trudno mi osądzić, czy rzeczywiście Hugo trafił "pod strzechy" Francji. Na pewno jednak zdobył niemało nowych czytelników! Ale obok tej inicjatywy wydawniczej godzi się tu zwrócić uwagę na inną: przybliżenia czytelnikom sylwetki Hugo. Ukazało się kilkanaście tomów: biografii pisarza, studiów naukowych poświęconych jego dziełom, albumów, esejów... Hugo trafił do witryn księgarskich, znalazł na powrót miejsce w dziennikach i tygodnikach, nie zapomniało o nim radio, telewizja. Nie sposób tu oddać bogactwa literatury okolicznościowej, którą wydała owa rocznica. Na szczególną uwagę zasługują jednak dwie wystawy, jakie właśnie można oglądać w Paryżu. W Grand Palais - La gloire de Victor Hugo, monumentalna wystawa pokazująca proces narodzin i życia legendy o autorze Notre Dame de Paris. W Petit Palais natomiast - Biblioth?que Nationale przygotowała wystawę pokazującą warsztat twórczy poety: Soleil d'encre. Dessins et manuscrits de Victor Hugo. Co za wystawa! Jakie bogactwo eksponatów, jaka precyzja scenariusza!

W dziewięciu dużych salach zgromadzono nieprawdopodobną ilość dokumentów, rękopisów, rysunków, obrazów Hugo. Ogromny ten materiał umiejętnie podzielono, eksponując drogę rozwoju twórczego poety. Widz ma więc możliwość śledzić życie - jakże bujne, pełne dramatycznych przejść, wzlotów i upadków. Ale nade wszystko - ma możliwość poznania zmian zachodzących w jego poetyckim warsztacie: od debiutu po ostatnie pisma. Z niekłamanym wzruszeniem oglądałem na przykład rękopis Cromwella, ze sławną przedmową, która zapoczątkowała przełom w estetyce u progu XIX wieku. Tuż obok - rękopis jeszcze bodaj sławniejszego dramatu pt. Hernani, którego wystawienie na scenie paryskiej stało się sygnałem dla młodzieży artystycznej do ostatecznego ataku na fortece klasycyzmu. Nie bez głębokiego wzruszenia staje czytelnik przed rękopisem Notre Dame de Paris, ale i - przed jakże wiele razy poprawianym, uzupełnianym, dopełnianym rękopisem Nędzników. W Petit Palais pokazano rękopis Pracowników morza oraz dziesiątków innych dzieł pisarza. Obok zaś - setki i tysiące jego rysunków, szkiców, obrazów.

Dzieła literackie Hugo bez owego tła artystycznego tracą na wartości. Dopiero w tym kontekście nabierają właściwych wymiarów - jako dzieła sztuki! Dla Hugo rysunek był nieodłącznym elementem każdego dzieła, które tworzył. Zapełniał też on manuskrypty swych poematów, powieści i dramatów szkicami postaci, zamków, fantastycznych krajobrazów, przedziwnych motywów. Dopiero na tej wystawie jasno widać, na czym polegała tak droga romantykom idea korespondencji sztuk, ich wzajemnego przenikania się, dopełniania. Słowo, obraz, rysunek - wszystko to miało nade wszystko odsłonić wnętrze duszy poety, pokazać jego myśl, jego wizję świata.

Myślę, że nie ma sensu poddawać odrębnej analizie czy wartościować owe płody malarsko-rysunkowe Hugo. Nie powstały one bowiem jako samoistne dzieła sztuki. Były fragmentami jego ekspresji twórczej, innym sposobem przekazywania drgnień duszy. Dlatego nie kryteria estetyczne winny tu odgrywać rolę (choć nie sposób nie przyznać, że wiele rysunków Hugo uchodzić może za prawdziwe dzieła sztuki!). Są to dokumenty jego życia duchowego. Bujny, nieokiełznany jego talent domagał się ujścia. Nie zawsze mogło temu sprostać słowo. Toteż powstawały owe setki szkiców i rysunków, które miały taki sam bodaj walor, jak strofy czy rozdziały powieści: stawały się dokumentami wewnętrznego świata poety.

Znamienne, że autorzy scenariusza wystawy w Petit Palais właściwie zrezygnowali z wątku osobistego. Niewiele mamy tu listów prywatnych, świadectw o jakże również bujnym jego życiu osobistym. Postanowili odsłonić świat Hugo-poety, Hugo-artysty, nie zaś Hugo-człowieka. I chyba postąpili słusznie. W przywołanej wyżej literaturze okolicznościowej aż nadto wyeksponowano życie osobiste pisarza, starając się odsłonić nie tyle kulisy jego pracowni, ile kuchni, a często - sypialni. To bez wątpienia także jakaś prawda o Hugo, ale przecież nie najważniejsza. A właściwie - nie wiadomo, czy potrzebna. Hugo żyje do dziś w swych dziełach, żyje jako artysta. Toteż należą się podziękowania twórcom wystawy z Petit Palais za to, że pokazali nam właśnie świat tego poety, artysty. Świat człowieka, który narzucił piętno literaturze francuskiej XIX wieku, który stał kiedyś u narodzin romantyzmu europejskiego, i którego śmierć przed stu laty na zawsze zamknęła tę jakże bujną epokę.

Wizyta w Grand Palais i Petit Palais zachęca do poznania miejsca, w którym artysta tworzył. Na szczęście w Paryżu znajduje się muzeum biograficzne Victora Hugo, czyli Maison de Victor Hugo. Znajduje się przy jednym z piękniejszych placów Paryża: Place des Vosges (dawniej: Place Royale), nr 6. To w tym domu mieszkał Hugo od 1833 do 1848 roku. Ten dom w 1901 roku ofiarował Gminie m. Paryża wielki przyjaciel poety, Paul Meurice. Muzeum otwarto w lutym 1902 roku, w setną rocznicę urodzin autora Hana z Islandii.

Warto zaglądnąć do tego niezwykłego muzeum, można bowiem w ten sposób poznać miejsce, w którym nie tylko mieszkał Victor Hugo, ale w którym wizyty składali tak znani twórcy z I połowy XIX wieku, jak: Théophile Gautier i Honoré Balzac, Gérard de Nerval i Alphonse de Lamartine, Charles Augustin Sainte-Beuve i Prosper Mérimée, ale także Ferenc Liszt, Hector Berlioz, Gioacchino Rossini i dziesiątki innych. Bywali tu także niejeden raz Polacy, Hugo wszak był w XIX wieku jednym z najwierniejszych sprawie polskiej Francuzów, wygłaszającym przez wiele lat apele do narodów Europy o odbudowanie Polski. Można się o tym przekonać w czasie lektury pięknej rozprawy J. Parviego pt. Polska w twórczości i działalności Wiktora Hugo (1977).

Oczywiście, muzeum nie oddaje w szczegółach charakteru mieszkania, jakie zajmował przez piętnaście lat Hugo. Znajdziemy tu w pierwszym rzędzie sporo informacji o przodkach poety. Jest tu interesująco pomyślana rekonstrukcja niegdysiejszego salonu poety, ale także słynnego salonu chińskiego, jaki w czasach wygnania poeta stworzył dla Juliette Drouet w Hauteville House na wyspie Jersey. Jest odtworzona skrupulatnie jego pracownia, a także sypialnia. Dziesiątki obrazów (m.in. obraz pt. Inez de Castro pędzla Gillot Saint-Evre, ofiarowany poecie, autorowi dramatu o tej nieszczęśliwej bohaterce historii Portugalii, przez księcia i księżnę d'Orléans!) i rycin, setki rozmaitych drobiazgów, to wszystko tworzy specyficzny nastrój, w jakiejś mierze oddający atmosferę mieszkania jednego z największych poetów Francji. Dlatego każdy, kto chciałby choć na chwilę zanurzyć się w świecie, który wszak istniał, ale który raz na zawsze odszedł wraz z autorem Nędzników w przeszłość, powinien wybrać się na plac Wogezów...

U Gustave'a Moreau

Kiedy przed laty w przedziwnej powieści Jorisa-Karla Huysmansa Na wspak (A rebours) czytałem fascynujący opis najsławniejszego obrazu Gustave'a Moreau: Apparition, nie spodziewałem się, że pewnego dnia zawędruję do Paryża, na ulicę de La Rochefoucauld, pod nr 14, do domu-muzeum tego niezwykłego artysty. Ulica de La Rochefoucauld podobna jest do setek innych ulic dziewiątej dzielnicy Paryża. Zwyczajne kamienice, ani piękniejsze, ani brzydsze od innych. Ale oto lekko cofnięty od ulicy budynek: trzy piętra, coś w rodzaju małego pałacyku. To właśnie Dom Gustave'a Moreau, który przekazał go stolicy Francji - z przeznaczeniem na muzeum. Artysta spisał testament na rok przed śmiercią, w 1897 roku. W pięć lat później powołano do życia muzeum, które do dziś cieszy się niesłabnącym powodzeniem. Każdego dnia zjawiają się tu goście, choć dość daleko stąd do głównych tras turystycznych Paryża. Co przyciąga owych turystów? Sława Moreau? Chyba nie. Wszak artysta ten nie cieszy się szczególnym powodzeniem ani u krytyków, ani u historyków sztuki. A zatem? Może nietypowa sylwetka tego artysty? Może właśnie to jego malarstwo, tak daleko odbiegające od dzisiejszych wyobrażeń i smaków estetycznych? A może zwykła ciekawość poznania domu, w którym artysta tworzył przez kilkadziesiąt lat?

Ekspozycja urządzona została na parterze domu oraz na drugim i trzecim piętrze. Obejmuje łącznie ponad tysiąc sto pozycji, w tym kilkaset obrazów malarskich. Bogactwo ogromne. A przecież nie sposób nie przyznać, że to wszystko jest jakieś obce, zimne. Wygląda na to, że chodzi tu nie tyle o paletę artysty, ile raczej o jego koncepcję malarstwa. Jest to malarstwo od początku do końca "fabularyzowane". Krytycy niegdyś pisali o jego literackości. Wydaje się, że należałoby w tym wypadku mówić raczej o fabularyzowaniu. Artysta opowiada! Opowiada mity greckie, opowiada wątki biblijne, opowiada historie ewangeliczne... Nie sposób nawiązać bliższego kontaktu z jego dziełami chociażby bez katalogu. Nie pociąga on ani barwą, ani szczególną techniką, ani swoistą kompozycją. Porywa natomiast jakąś niezwykłą umiejętnością przybliżania nam odwiecznych mitów czy biblijnych opowieści. Czyżby zatem przestał być malarzem, a stał się tylko ilustratorem?

Nie, po wielekroć nie. Moreau urodził się i umarł malarzem. Tylko istotę malarstwa rozumiał w inny sposób niż jego współcześni, niż to my dzisiaj rozumiemy. Rzucając na płótno coraz to nowe wersje wątku Orfeusza, Heraklesa, Mojżesza czy Salome, szukał prawdy. Chyba nade wszystko o sobie samym i świecie, w którym mu przyszło żyć. Zrodzony w rodzinie architekta m. Paryża, wychowywany w środowisku absolutnie indyferentnym religijnie, pośród starych tradycji racjonalistycznych, szukał być może prawdy o świecie, którego mu nie było dane poznać? Wprawdzie z równą pasją pochylał się nad mitologią grecką, rzymską jak nad religią chrześcijańską, ale może właśnie w tej tradycji kultury europejskiej szukał prawdy o człowieku? Niejedno płótno Moreau może wzbudzić podziw. Do takich należą przepiękne w swej niezwykłej urodzie Koziorożce (Les Licornes), Jowisz i Semele (Jupiter et Sémélé), Hezjod i Muzy (Hésiode et les Muses), Tryumf Aleksandra Wielkiego, Chimera, Europa, czy też Apoteoza Heleny (Hél?ne glorifiée). Ale przecież nade wszystko fascynuje owo jedno niezwykłe dzieło: Objawienie (Apparition), ów jakże dziwny, ale jakże zarazem piękny obraz Salome, córki Heroda, która zjawia się oto w sali tronowej ojczyma... z głową ściętego z jej namowy św. Jana. Namalowano już setki a może tysiące wersji tego motywu biblijnego. Pasjonował on twórców renesansu i baroku, wracał w epoce romantyzmu i modernizmie. Ale bodaj żadnemu z poprzedników, a także i następców Moreau nie udało się w tak skrótowej i uderzającej formie wyrazić prawdy o grzechu i świętości, o owym rozdarciu człowieka między dwiema drogami: występku i cnoty, rozkoszy i ascezy. Moreau zrezygnował swoim zwyczajem z próby oddania urody Salome szczególnym podkreśleniem piękna jej rysów. Przeciwnie, zamazał rysy twarzy pasierbicy herodowej, by tym mocniej podkreślić walory jej cielesności. Przeciwnie - głowa św. Jana, otoczona olśniewającą aureolą, to studium bardzo dokładne, szczegółowe. To właśnie owa głowa niesie prawdę o świętości. Oczywiście, można stwierdzić: także i ten obraz - poprzez swą anegdotę (siedzący z tyłu Salome Herod z żoną, z drugiej zaś strony - kat) nawiązuje wyraźnie do literatury. Może i to prawda. Ale nade wszystko jest to przecież określona prawda o człowieku, o każdym z nas. A wobec tego jest to sztuka prawdziwa.

Zwiedzając przepiękne dwie pracownie malarza (na II i III piętrze muzeum), wypełnione po brzegi obrazami i rysunkami artysty, można tylko zazdrościć miastu nad Sekwaną, że posiada tyle przedziwnych skarbów. Nie wszystkie są z najszlachetniejszego kruszcu. Ale wszystkie w jakiś sposób współkształtują atmosferę tego niezwykłego miasta. W czasach gdy Gustave Moreau zamknięty w swej pracowni latami całymi zgłębiał tajemnice człowieka, rozwijając coraz to nowe wątki biblijno-mitologiczne, w tym samym czasie jego rówieśnicy-poeci, sławni parnasiści, wybierali się na podobne poszukiwania, uzbrojeni jedynie w oręż słowa. I oni szukali prawdy o człowieku w kręgu odległych kultur, orientalnych religii, antycznych systemów filozoficznych. Często zdarzało im się, że zapominali o celu owej wyprawy, a ona sama stawała się celem. Zdarzało się to nieraz także i Moreau. Ale przecież wśród tych setek obrazów, jakie można dziś oglądać w Paryżu przy ul. de La Rochefoufauld 14 jest niemało takich, w których artysta zamknął jakąś cząstkę prawdy o człowieku, o jego ciągłym dążeniu do wiedzy o samym sobie, o kulturze, którą on stworzył i o problemach, z którymi przychodzi mu żyć. I dlatego, mimo że w muzeum Gustave'a Moreau jest może zimno (choć kaloryfery dobrze grzeją!), to przecież warto tam zaglądnąć.

W gościnie u Balzaka

O życiu autora Komedii ludzkiej napisano całe tomy. Nakręcono cieszące się wielką popularnością piękne filmy. Do legendy przeszły opowieści o niezwykłej pracowitości tego pisarza, który, wypijając "hektolitry" kawy, potrafił pracować po kilkanaście godzin dziennie. W latach 1840-1847 mieszkał on w uroczym domku nad brzegami Sekwany, w dzielnicy Passy, przy ul. Raynouard 47. Mieszkał pod pseudonimem "M. de Breugnol", w ten sposób bowiem mógł schronić się przed wierzycielami. Zajmował w tym domku pięć niewielkich pokoików, na IIpiętrze, ale ponieważ dom zbudowano przy wysokiej nadsekwańskiej skarpie, do mieszkania jego wchodziło się bezpośrednio z ulicy Raynouard. Mimo że wokół domu wyrosły potężne, wielopiętrowe kamienice, dom ten zdołano uratować. W 1849 roku Gmina m. Paryża wykupiła go z przeznaczeniem na muzeum autora Kuzynki Bietki. Po śmierci pani Hańskiej (w 1882 r.), małżonki pisarza w ostatnim roku jego życia, wyposażenie ich domu uległo rozproszeniu. Zachowało się z niego bardzo niewiele. Na szczęście zachowały się bodaj dwa najważniejsze meble: biurko pisarza i fotel. Dla mnie mniejszą wartość stanowią zgromadzone w pozostałych pokojach obrazy, rysunki, szkice, osobiste przedmioty Balzaka (np. jego laska), kilka jego popiersi, podobizny rękopisów etc. Na dobrą sprawę nawet fakt istnienia tu bogatej biblioteki "balzakowskiej" nie wywołuje we mnie większych emocji. Uwagę moją przyciąga to jakże skromne, niewielkie biurko, przy którym godzinami pisarz siedział pisząc kolejne tomy Komedii ludzkiej, przy którym robił drobiazgowe korekty. Wciąż staje mi przed oczyma ów człowiek, który z takim mistrzostwem potrafił ukazać otaczający go świat. Nadal nie mogę wyjść z podziwu nad jego talentem ale, i niezwykłą pracowitością. Z tego niewielkiego gabineciku pisarza rozciąga się piękny widok na toczącą swe wody od niepamiętnych wieków Sekwanę, a także na mały ogródek, położony tuż przy wejściu do domu z nabrzeża. Ten prawie sielski krajobraz, roztaczający się z okien gabinetu pisarza, był zapewne dla niego oazą, do której uciekał nie tylko przed wierzycielami, ale nade wszystko - przed tętniącym życiem Paryżem. Tu, w ciszy i spokoju, powstawały książki, w których on ów Paryż przedstawiał w kolejnych obrazach, w kolejnych powieściach. W utworach, które do dziś nas przyciągają, które niekiedy nas oburzają, ale którymi jakże często nadal się zachwycamy...

1 W czasie pobytu w kraju w okresie Świąt Bożego Narodzenia spotkałem się w Warszawie z Wiesławem Myśliwskim i Marianem Pilotem. Postanowiliśmy założyć "spółkę" autorską, która przygotuje scenariusz serialu telewizyjnego pt. Rodowody. Niestety, nasze plany zawiodły. Scenariusz ostatecznie nie powstał.

Stolica świata

P aryż przełomu wieków XIX-XX... Miasto osnute wspaniałą legendą, w której niby w królewskiej koronie błyszczą dziesiątki i setki brylantów, szmaragdów, rubinów i szafirów. A każdy z nich nosi inne nazwisko, inną przedstawia wartość: Paul Verlaine i Stéphane Mallarmé, Emil Zola i Marcel Proust, Paul Gauguin i Henri Toulouse-Lautrec, Claude Monet i Auguste Renoir, Sarah Bernhardt i André Antoine, bracia Lumi?re i Gustave Eiffel, Igor Strawiński i Ignacy Paderewski, Moulin Rouge i Folies Berg?re... "Porywał i odurzał Paryż rozmachem swojej wolności, tempem i radością życia - pisał we wspomnieniach jeden z polskich "paryżan", Stefan Krzywoszewski. - Wszystko się tam mieściło, złe i dobre, wielkość i upadek, światłość ducha i mroki ostatecznego zepsucia, niedoścignione środowisko nauki i sztuki, wzlotów umysłowości ludzkiej i inwencji technicznej, centrum wyrafinowanego sybarytyzmu i najbardziej wytężonej pracy. Równocześnie Gomora dla rzesz przyjezdnych, szukających wymyślnej rozpusty. Paryż obłędny, który kładł się spać o tej samej porze, kiedy Paryż pracujący stawał przy swym warsztacie"1. Tę niezwykłą epokę w dziejach miasta otwiera niezapomniana wystawa światowa, którą urządzono w stulecie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, w 1889 roku. Wtedy to właśnie w pejzażu Paryża pojawiła się wieża Eiffla, bardzo niechętnie przyjęta zresztą przez środowiska artystyczne stolicy Francji, dziś - swoisty jej herb i chluba. Przygotowana z wielkim rozmachem i nakładem środków wystawa światowa miała raz na zawsze wymazać z pamięci Europejczyków tragedię Paryża z 1871 r., kiedy to w czasie wojny domowej doszło do zniszczenia wielu dzielnic miasta, a pastwą pożarów padły m.in.: miejski ratusz, Palais de Justice, Palais Royal, Palais Tuileries, biblioteka Luwru, dziesiątki kościołów i setki innych budowli użyteczności publicznej. Jedynym bodaj wspomnieniem tamtych tragicznych czasów były teraz mury wznoszonego od 1876 r. na szczycie Montmartre votum dziękczynnego francuskiego Kościoła za uratowanie miasta z rąk komunardów: bazyliki Sacré Coeur.

Nie sposób wymienić tutaj wszystkie ważniejsze wydarzenia z życia Paryża po roku 1889. Raz po raz wstrząsały nim skandale, kryzysy, nieoczekiwane wzloty jednych i upadki innych, wielkie święta i dni żałoby. Zaledwie przebrzmiały echa kryzysu bulanżystowskiego, a już - w 1894 roku - rozpętała się burza wokół sprawy Dreyfusa. Nie zdołano jeszcze zapomnieć o skandalu panamskim, a już ulicami Paryża wstrząsnęły bomby anarchistów. Kolejną wielką wystawę światową - w 1900 r. - zwiedziło 50 milionów ludzi. Zostały po niej dwie wspaniałe pamiątki: pałace sztuki (Grand Palais i Petit Palais); uruchomiono też pierwszą linię metra. Samochody zaczęły wypierać powozy i dorożki. Aż oto przyszło lato 1914 roku. Ulice stolicy Francji zaludniły się nagle oddziałami żołnierzy spieszących na front niemiecki. W tym momencie odchodziła ostatecznie w przeszłość złota epoka w dziejach Paryża. Powoli zaczął on tracić znaczenie stolicy świata, choć przecież nadal świeciła gwiazda jego wielkości. Świeci ona też i dzisiaj.

Paryż przełomu wieków XIX-XX... W dziejach literatury i sztuki światowej wyznaczał kierunki rozwoju, kreował wielkości, budował hierarchie wartości. Ale bo też było to miasto, "o którym jak o ziemi obiecanej w zimnych swych pracowniach na poddaszu marzą artyści, utęskniona Mekka, ku której od tylu lat wędrownym gorączkowym szlakiem dążą tysiące pracowników myśli i sztuki, miasto miast, głośno bijące serce Europy, piekielny kocioł, w którym przewalają się wszystkie namiętności współczesnego życia, miasto myślicieli, rentierów, artystów, kokot i apaszów. Zalane morzem światła, nieobjęte wzrokiem, huczy, szumi i gra wieczorną pieśnią bulwarów, nęci i wabi ku sobie przepastną głębią wszystkich tajemnic życia, które jak na targowisku rozbiło w tym mieście swoje namioty. Wszystkiego tu dostać można i wszystko utracić"2. Metropolia, licząca u progu lat dziewięćdziesiątych XIX w. prawie trzy miliony ludności, składała się właściwie z kilku odrębnych miast, choć w dziwny sposób współistniejących ze sobą. Paryż arystokratyczny niewiele miał wspólnego z Paryżem kupców i przedsiębiorców czy bankowców. Ten z kolei niewiele miał wspólnego z Paryżem rzemieślników i robotników. Istniał nadto Paryż biedoty, o którym tak wstrząsające świadectwo dał Żeromski na kartach Ludzi bezdomnych. A przecież było coś, co łączyło te wszystkie warstwy społeczne stolicy Francji. To niezwykły klimat miasta otwartego dla wszystkich. Współtworzyła go sztuka i literatura: dostępne wszystkim, bez względu na to, czy ktoś mieszkał w pałacu, czy w skromnym pokoiku na poddaszu zwanym mansardą. Artyści byli łącznikami między poszczególnymi grupami społeczności paryskiej. Owszem, byli pośród nich "arystokraci": członkowie Akademii czy Instytutu Francuskiego. Ale byli także i tacy, którzy spędzali większość swego żywota w podejrzanych szynkach czy kawiarniach, nierzadko pod mostami przecinającymi Sekwanę. A przecież i oni od czasu do czasu zjawiali się w gronie dostojnych arystokratów, nobilitowani przez talent i swoje dzieła.

Wśród instytucji życia artystycznego Paryża liczyły się przede wszystkim teatry oraz sale koncertowe i wystawowe (sławne doroczne ekspozycje malarstwa w salonie przy Champs-Élysées i Champs de Mars). O życiu literackim decydowały głównie czasopisma. W Paryżu przełomu wieków XIX-XX ukazywało się kilkadziesiąt pism literackich bądź literacko-społecznych i kulturalnych. Spośród nich godzi się tu przypomnieć tytuły choćby niektórych. Założoną jeszcze w 1829 roku przez François Buloza "Revue des Deux Mondes", niezwykle zasłużoną dla kultury nie tylko Francji, ale całej Europy, kierował teraz - od 1893 r. - wybitny krytyk literacki, Ferdinand Bruneti?re. Wśród jego współpracowników byli czołowi intelektualiści i pisarze, pośród nich twórcy kosmopolityzmu literackiego we Francji: Eug?ne Melchior de Vogüé i Teodor de Wyzewa. Z "Mercure de France" związani byli m.in. Henri de Régnier, Francis Viélé-Griffin, Rémy de Gourmont. W redakcji "La Plume" Leona Deschamps'a, która rychło przekształciła się w swoisty salon artystyczny3, pisywali Paul Verlaine ale i Jean Moréas, Laurent Tailhade czy Charles Maurras. W "L'Ermitage" Henri'ego Mazela przywództwo duchowe spoczywało w rękach André Gide'a. Bardzo ważne miejsce na mapie literackiej nie tylko Paryża, ale i Europy zajmowała "Revue Blanche", którą kierował Tadeusz Natanson. Obok tego istniały dziesiątki innych pism: "Revue Bleue", "La Revue", "La Grande Revue", "L'Echo de Paris", dodatek literacki do "Le Figaro", "Le Temps", "L'Évenement" i in.

Inną nieco funkcję w życiu literacko-artystycznym Paryża pełniły słynne dziś jeszcze "salony". Spośród kilkudziesięciu, o których można znaleźć wzmianki w literaturze przedmiotu, warto tu wspomnieć choćby o kilku.

Niewątpliwie mocnymi zgłoskami w życiu artystycznego Paryża zapisał się salon Judith Gautier, córki sławnego pisarza, Teofila Gautier. Małżonka Catulle'a Mendesa (związek trwał tylko kilka lat), Judith Gautier przyjmowała w swych apartamentach przy rue Washington 30. Był to salon zwany "chińskim". Jego właścicielka, która weszła do literatury pięknej jako autorka sławnej powieści Dragon imperial (1868), do końca życia pozostawała ambasadorką kultury dalekiego Wschodu w Paryżu. Bywali u niej twórcy związani z tzw. szkołą idealistyczną, jak np. Robert de Montesquieu, Pierre de Lou?s, Henri de Regnier, Pierre Loti czy José-Maria de Heredia. Szczególnymi względami cieszył się jednak u pani Judith Gautier Ryszard Wagner: i to jeszcze w czasach, gdy wybierał się dopiero na "podbój" Europy. W salonie pani Arman de Caillavet (przy av. de la Reine-Hortense 12) królował Anatole France. Bywali tu wszakże twórcy nie mniej sławni, jak choćby Marcel Proust, Alexander Dumas-syn, Jules Lemaître czy Charles Maurras. Salon w pełni kosmopolityczny prowadziła Gertruda Stein (przy rue de Fleurus 27), której gośćmi bywali m.in.: Guillaume Apollinaire, Max Jacob, Jean Cocteau, Pablo Picasso, Georges Braque, Henri Matisse czy Paul Cézanne. W salonie pani Saint-Marceaux (przy bd. des Malesherbes 100) bywali m.in. Gabriel d'Annunzio, Sidonie-Gabrielle Colette, Pierre de Lou?s ale także Maurice Ravel i Charles Gounod. U hrabiny Potockiej, pochodzącej z włoskiej rodziny arystokratycznej Pignatelli, zbierali się nie tylko wielbiciele jej urody i inteligencji (którzy założyli Klub Machabeuszy), ale wielu wybitnych intelektualistów i artystów. Stałymi gośćmi byli więc tu: wybitny bizantynista, historyk Gustave Schlumberger, ale i Marcel Proust, głośny autor Orlątka Edmond Rostand i twórca Ucznia, Paul Bourget, Guy de Maupassant i Melchior de Vogüé, Artur Rubinstein i Ignacy Paderewski. Sławny salon "różo-krzyżowców" prowadził Joséphin Péladan, natomiast gośćmi Gastona Parisa z Coll?ge de France bywali Ernest Renan i Hipolit Taine, René-François Sully-Prudhomme, Ferdinand Bruneti?re i Georges Brandes, Iwan Turgieniew i... Wincenty Lutosławski. Wyliczenie to można byłoby długo jeszcze kontynuować. Nie wolno bowiem zapomnieć o salonie sławnego malarza węgierskiego, Mihaly'a Munkacsy'ego, którego dom łączył "przepych pałacu magnackiego z czarodziejskim urokiem pracowni"4, bądź o salonie Louisa Diemera, w którym zadebiutował sławny później w całej Europie polski pianista, Zygmunt Stojowski. Miał swój salon "książę krytyków paryskich", François Sarcey, ale także i Stéphane Mallarmé5. Najsławniejszy jednak ze wszystkich był niewątpliwie salon Misi Godebskiej, o którym przyjdzie tu jeszcze szerzej pisać. Jak słusznie zauważył paryski korespondent "Tygodnika Ilustrowanego" w 1893 r.: "Miejsce, które dawniej w Paryżu zajmowały salony arystokratyczne, przypadło dziś salonom artystów. Literaci i artyści są dziś w Paryżu najbardziej poszukiwanymi osobistościami, i rzec by można: najwyżej postawionymi. Kwitnie tu arystokracja artystyczna, jakiej historia jeszcze nie oglądała"6.

Obok salonów i redakcji pism ważną rolę w życiu literackim Paryża przełomu XIX-XX w. pełniła kawiarnia. Lektura licznych wspomnień świadków tamtych lat przekonuje o wręcz dominującej roli kawiarni w życiu artystyczno-literackim ówczesnej stolicy świata. Inny charakter miała kawiarnia na Montmartre, inny na Montparnasse, innych gości spotkać można było w Dzielnicy Łacińskiej, innych w kawiarniach przy Champs-Élysées czy w słynnym "Maksymie". W kawiarni spotykali się wielcy twórcy i początkujący debiutanci. Tu toczono boje o nowe kierunki w sztuce i literaturze. Tu wydawano wyroki o dziełach, które właśnie opuściły pracownię czy prasę drukarską. Kawiarnia literacka nie była wytworem czasów przełomu XIX-XX wieku. Już w latach trzydziestych XIX w. w kawiarni "Madame Saguet" przy avenue de Maine zbierali się romantycy, a pośród nich: Pierre Jean Béranger, Gérard de Nerval, Théophile Gautier czy Louis Thiers. Dandysi romantyczni opanowali kawiarnie przy quai Voltaire. Późniejsi nieco cyganie z kręgu Murgera - lokale przy rue de Vaugirard a następnie - w Dzielnicy Łacińskiej, przy rue Saint Jacques. Do tych właśnie tradycji nawiązywała bohema artystyczna z przełomu wieków.

Jednym z głównych jej ośrodków było najsławniejsze bez wątpienia wzgórze Paryża: Montmartre. W latach dziewięćdziesiątych XIX w. była to nieledwie podmiejska wioska. Jean-Paul Crespelle stwierdza, że jeszcze około roku 1900 Montmartre "zachował sielski charakter ze swymi gospodarstwami, sadami i strzechami"7. Natomiast jeden z bohaterów legendy tej niezwykłej dzielnicy Paryża, André Warnod, we wspomnieniach swych odnotował: "Stary Montmartre był jeszcze u progu XX wieku małą uroczą mieściną zawieszoną u szczytu Wzgórza ze starymi domami i małymi uliczkami obramowanymi długimi murami, za którymi rozkwitały ogrody, w których rosły wielkie drzewa"8. To tu znaleźli tanie mieszkania i pełną swobodę twórczą malarze, poeci, pisarze, piosenkarze. Na wzgórzu stały jeszcze liczne młyny (niegdyś dostarczały one mąkę dla całego Paryża), niektóre już jednak zaczęły zmieniać swój charakter. Najwcześniej bodaj uwieczniony przez Renoira Moulin-de-la-Galette, który stał się kawiarnią i salą balową. W roku 1889 Charles Zidler otworzył słynny do dziś kabaret Moulin Rouge. Idąc śladami sławnego kompozytora Hectora Berlioza, który już w latach trzydziestych XIX w. szukał na Montmartrze spokoju do pracy, ciągnęli teraz do coraz liczniej otwieranych tu kawiarni artyści tej miary, co Guy de Maupassant i Joris-Karl Huysmans, Henri Gerard i Leon Hennique, Auguste Renoir i Camille Pissaro, Edgar Degas i Alfred Sisley. Kolejne pokolenie zapisało się nazwiskami nie mniej sławnymi, jak choćby Maurice Utrillo czy Amadeo Modigliani, których spolegliwym opiekunem stał się Polak, Zborowski9. To właśnie na Montmartrze zaczęły powstawać kabarety literacko-artystyczne, sława których obiegła wkrótce całą Europę. Zaczęło się od Chat Noir, Cabaret des Assassins, Le Mirliton i istniejącego dziś jeszcze Le Lapin Agile. Wkrótce dołączyły do nich inne: L'Eldorado, Le Parisien, Les Ambassadeurs, Le Divan Japonais, Les Variétés etc. Tworzyli je artyści, których nazwiska należą dziś do klasyki tego gatunku twórczości artystycznej, słynne "dzieci" Montmartre'u: Max Jacob, Léon Bloy, André Warnod, Jehan-Rictus, Xavier Privas, Marcel Legay, a nade wszystko Aristides Bruant, który zaczął śpiewać w podparyskim żargonie (tzw. langue verte). Stanisław Gierszyński pisał w 1900 r.: "Bruant opiewa prostytutki-nędzarki, które można spotkać nocami koło Hal na bulwarze Sewastopolskim i w innych oddalonych dzielnicach Paryża. Obok nich widać groźne postacie "sutenerów" czyhających na bogatego przechodnia. Dalej idą inni bohaterowie przedmieść: wieczne chodziki, co w dzień się włóczą, jedzą jak się trafi, a w nocy sypiają pod mostami. Żołnierze z dyscyplinarnych batalionów z Afryki, mordercy, złodzieje - oto środowisko, z jakiego Bruant czerpie natchnienie do swych poezji"10. Bruant był niewątpliwie najgłośniejszym "piosenkarzem motłochu" w Paryżu. Prawdziwą jednak królową tamtejszych kabaretów była Yvette Guilbert, której wspaniałą urodę, bladą cerę, rude włosy, zieloną suknię i czarne, długie rękawiczki uwiecznił Toulouse-Lautrec. Stała się ona prawdziwym ambasadorem francuskiej piosenki: zarówno tej starej, ludowej, jak i nowej, tworzonej przez najprzedniejszych poetów i kompozytorów11.

Drugim ośrodkiem życia artystyczno-literackiego w Paryżu był Montparnasse. Sławę niebywałą zyskał on wprawdzie dopiero w okresie dwudziestolecia międzywojennego, ale już na przełomie wieków XIX-XX jego znaczenie na mapie kulturalnej Paryża było niepodważalne. Tu, w okolicach dworca kolejowego, przy bulwarze Montparnasse, a przede wszystkim - na przylegających do niego uliczkach, osiedliła się w owym czasie niemała gromada artystów i pisarzy. Wprawdzie już dawniej mieszkali w tej okolicy twórcy tej miary, co René Chateaubriand, Victor Hugo, Honoré Balzac czy Charles Sainte-Beuve, ale dopiero pod koniec XIX w. zaczęli napływać tu w wielkiej liczbie malarze i pisarze. Sercem tego swoistego ośrodka sztuki stała się niepozorna uliczka: De la Grande Chaumi?re, przy której znalazły siedzibę liczne prywatne akademie malarskie, z Colarosii na czele. Tu mieszkali: Paul Gauguin i Henri Rousseau zwany Celnikiem, James Whistler i... Stanisław Wyspiański. Montparnasse wybrali na swą siedzibę także pisarze, m.in.: Maurice Barr?s, Jean Moréas, Romain Rolland. W pierwszych latach XX w. zjawiło się tu nowe pokolenie: z Guillaume Apollinaire'em i André Bretonem na czele.

Niebagatelną rolę w rozwoju życia artystyczno-literackiego, ale nade wszystko - umysłowego Paryża przełomu XIX-XX w., odgrywała Dzielnica Łacińska (Quartier Latin). Opanowali ją nieledwie całkowicie studenci, przyciągała ona także i twórców. Ferdynand Hoesick pisał u progu lat dziewięćdziesiątych: "Kiedy się jest młodym aspirantem do literatury, a do Paryża przyjeżdża się dla dopełnienia swych studiów uniwersyteckich, nie można mieszkać gdzie indziej, tylko w Quartier Latin, na lewym brzegu: raz dlatego, że tutaj nagromadzone są wszystkie wyższe zakłady naukowe paryskie, a po wtóre, iż tak nakazuje zwyczaj, utarty bodaj czy nie od czasów Kochanowskiego i Ronsarda, jeżeli nie od czasów Dantego, który także był uczniem Sorbony. Jakoż wszystkie hotele i hoteliki, położone w tzw. Quartier des Écoles, w pobliżu uniwersytetu i Coll?ge de France, są zamieszkałe przez studentów, przez kształcącą się młodzież obu płci. To im nadaje specjalny charakter"12. Obok studentów ciągnęli do Dzielnicy Łacińskiej także artyści. Spotykali się w kawiarni François I, Soufflot czy Neapolitain. Przede wszystkim pełno ich było na uliczkach leżących u stóp wzgórza św. Genowefy. Xawery Glinka, który w tej właśnie dzielnicy spędził lata swych studiów paryskich, pisze: "Dzielnica Łacińska roiła się od cyganerii artystycznej. Czarne kapelusze z dużymi rondami lub berety, czarne jedwabne fontazie zamiast krawatów, białe rozchełstane kołnierze, jak je u nas nazywano a la Słowacki, czarne aksamitne kurtki, nierzadko wychodzące już z mody czarne peleryny, jaskrawo-kolorowe wełniane szaliki zawiązane na szyi - wszystko to nadawało tej dzielnicy swoisty wdzięk i charakter"13.

Paryż przełomu wieków XIX-XX... to także wielka polityka. Przede wszystkim to świętowanie - rozciągnięte na wiele lat - historycznego sojuszu polityczno-wojskowego Francji z Rosją. Niezależna polityka zagraniczna Francji, skierowana na wsparcie ruchów wolnościowych w Europie, prowadzona przez wiele dziesięcioleci XIX w., po roku 1871 i klęsce w wojnie z Prusami zmieniła się w sposób zasadniczy. Pragnąc w bliższej czy dalszej perspektywie odzyskać utracone na rzecz Prus dwie prowincje: Alzację i Lotaryngię, Francja zdecydowała się szukać możliwości zbliżenia przede wszystkim ze wschodnim sąsiadem Niemiec: carską Rosją. Nie było to zadanie łatwe. Sojusz trzech cesarzy: Prus, Austrii i Rosji, przetrwał właściwie aż do początku lat dziewięćdziesiątych. Niemniej, powolna ale konsekwentna polityka Francji zbliżenia z Rosją zaczęła przynosić sukcesy. Aby pozyskać dla swej polityki imperium carskie, Trzecia Republika wyrzekła się m.in. popierania dążeń Polaków do samostanowienia. Oczywiście, ci nie zamierzali przyjąć do wiadomości tej smutnej prawdy. Przebywający jednak we Francji Polacy mogli się przekonać o tym nieledwie na co dzień. Toteż jeden z nich, Władysław Günther, pisał na łamach "Museionu": "Zaufanie Polski do Francji to jeszcze jeden z naszych politycznych zawodów, to ostatnia z tradycyjnych legend emigracji i jeden ze snów, jakie ukołysały nasze najwyższe duchy, tak że nie chciały już z nich do życia się obudzić, to dowód nieświadomości rzeczywistych i dzisiejszych stosunków. Prawda, nawet bolesna, jest konieczna i trzeba ją znać, chociażby kosztem rozczarowań: dziś Francja jest wobec nas obojętna jako naród, tym bardziej obojętna jako rząd"14. Wygląda na to, że ostatecznym argumentem Francuzów, który skłonił Rosjan do zawarcia sojuszu z Paryżem, stało się złoto: banki francuskie od lat osiemdziesiątych udzieliły Rosji wielomiliardowych pożyczek. Wreszcie, po spektakularnych wizytach eskadr marynarki francuskiej w Kronsztadzie i rosyjskiej w Tulonie, w 1893 r. podpisano sojusz Paryża z Petersburgiem.

W życiu Paryża ta nowa orientacja polityczna Francji zapisała się mocnymi zgłoskami. Już od połowy lat 80. rekordy powodzenia u wydawców i czytelników paryskich zaczęli bić powieściopisarze rosyjscy: Fiodor Dostojewski i Lew Tołstoj. Ich uzdolniony i kompetentny apostoł: Eug?ne Melchior de Vogüé, swym dziełem Le roman russe (1886) otworzył literaturze rosyjskiej szeroko bramy Paryża i... świata. Wprawdzie Rosja nie wzięła jeszcze udziału w wystawie światowej w 1889 r., wkrótce jednak znalazła się na czołówkach całej nieledwie prasy paryskiej. Opisy podróży do Rosji, wywiady z dostojnikami rosyjskimi, artykuły podkreślające trwałość związków Francji z Rosją stały się chlebem powszednim. Nie był to zresztą przypadek. Jak dowodzą badacze, rząd rosyjski corocznie przeznaczał ogromne sumy na dotowanie prasy paryskiej. Toteż gdy w 1896 r. przybył do stolicy Francji z wizytą oficjalną car Mikołaj II, powitało go miasto prawdziwie po królewsku. Jeden z dziennikarzy "L'Illustration" twierdził wręcz, że od czasów Napoleona I Paryż nie przeżył tak wielkiej euforii. "To oczywiste - pisał - że Paryż nie jest więcej Paryżem, ale miastem przeobrażonym, wystrojonym, jak się to mówi "wyszminkowanym", miastem, które nakłada na siebie wszystkie ozdoby i odpowiednio je oświetla, co najmniej tak, jakby to robiła kokietka ze swymi diamentami"15. Proboszcz polskiej parafii w Paryżu, ks. Ludwik Postawka, ze swej strony uważał, że "Przyjęcie było tak świetne, iż rzec można, że jak świat światem, nic podobnego jeszcze nie widziano. Przyjęcie Juliusza Cezara po bitwie pod Farsalos po zwycięstwie nad Pompejuszem, opisane przez historyków, można nazwać małą karykaturą tego, co działo się w Paryżu na powitanie władcy Północy"16. Zorganizowana w cztery lata po wizycie cara w Paryżu, w 1900 r., nowa wystawa światowa upłynęła właściwie pod znakiem Rosji. Jej ogromne pawilony należały do najliczniej odwiedzanych. Paryżanie sprawili zresztą swym gościom znad Newy dar specjalny: oddany właśnie z okazji otwarcia tej wystawy do użytku jeden z najwspanialszych mostów nad Sekwaną ochrzczono imieniem cara Aleksandra III. W Paryżu pojawiła się równocześnie bardzo silna rosyjska grupa nacisku. W jej skład wchodzili nie tylko politycy, ale także uczeni, ludzie kultury, artyści. To właśnie na fali tego otwarcia w stronę Rosji odniósł niezwykły sukces w Paryżu balet rosyjski Sergiusza Diagilewa. Zespół ten od 1907 r. właściwie całkowicie podbił stolicę Francji. Potwierdza to m.in. Jacques Chastenet w książce La Belle Epoąue, w której czytamy: "Był to sukces natychmiastowy: ta muzyka gorąca, barwna, przeładowana zapachami wschodu, nieco dzika, często nostalgiczna, okazywała się, w porównaniu z subtelną muzyką Debussy'ego, dziwnie zuchwałą, może nawet bardziej zuchwałą niż była nią w rzeczywistości. Zachwycała, przyspieszała bicie serca, sprawiła, że wkrótce nazwiska Musorgskiego, Borodina, Głazunowa, Rimskiego-Korsakowa, Bałakiriewa stały się bliskie wielbicielom pięknych rytmów"17. Odtąd przez wiele następnych lat balety rosyjskie stały się jedną z głównych atrakcji Paryża, na swój sposób dokumentując trwałość sojuszu politycznego i wojskowego francusko-rosyjskiego.

Paryż przełomu wieków XIX-XX... to także jeden z ważniejszych ośrodków polskiego życia artystyczno-literackiego. Przedziwnym zbiegiem okoliczności właśnie w owe lata sojuszu francusko-rosyjskiego przez stolicę Francji przewinęła się nieledwie cała czołówka polskiej literatury i sztuki. Jedni twórcy spędzili nad Sekwaną kilka czy kilkanaście miesięcy, inni całe lata. Tu powstały setki ważnych w dziejach polskiego malarstwa obrazów. Tu pisali swe utwory Reymont i Żeromski, Staff, Zapolska, Sieroszewski i Strug, Gąsiorowski, Lange czy Krzywoszewski. W Paryżu przełomu XIX-XX w. pojawili się liczni przyjaciele Polski, zarówno w gronie uczonych, jak pisarzy i publicystów. Swoje polskie korzenie zaczęli odnajdować potomkowie emigrantów listopadowych i styczniowych. Nie znali oni wprawdzie języka polskiego, ale sprzyjać zaczęli sprawie polskiej, tworząc coraz to nowe stowarzyszenia i podejmując coraz to nowe przedsięwzięcia na rzecz Polski. Właśnie o tym "polskim" Paryżu jest niniejsza książka. Współistniał on z "innymi" obliczami francuskiej stolicy. Był jedną z cząstek tej wielkiej metropolii świata, wnosząc do jej obrazu swój własny kształt, swą barwę, swój głos. Nie była to cząstka silna w życiu kulturalnym Paryża, należała niezawodnie do pomniejszych na jego mapie. Ale przecież nie sposób pominąć jej istnienia. Polscy twórcy wnieśli do życia artystyczno-literackiego Paryża przełomu wieków XIX i XX wartości godne pamięci. Ale przede wszystkim Paryż tych lat odegrał ważną rolę w rozwoju polskiej sztuki i literatury. To jeden z ważniejszych ośrodków wpływających na kształt polskiej kultury tamtych lat. Z pewnością najważniejszy spośród wszystkich zagranicznych ośrodków, w których rozwijała się polska sztuka, literatura i nauka. W roku 1913 dobrze zasiedziały w Paryżu autor Pani Walewskiej, Wacław Gąsiorowski, pisał: "Bez przesady wypada uznać Paryż za jedno z najpotężniejszych środowisk intelektualnych polskich. Nie dość tego. Paryż jest tym punktem, który w pewnych, nie dających się określić momentach, ogląda co roku istne zjazdy polskich Ateńczyków, zjazdy, jakich bodaj nie ogląda ani Kraków, ani Warszawa"18. Równocześnie z uczonymi podążali do stolicy Francji artyści i poeci, dziennikarze i politycy. Podążali tam, by pracować, ale także by się uczyć, spotkać się z wielką, światową sztuką, uczestniczyć w przedsięwzięciach kulturalnych. To właśnie dlatego istnieje potrzeba opisu tego ważnego w dziejach polskiej kultury zjawiska, jakim było polskie życie literackie w Paryżu na przełomie wieków XIX-XX. Oczywiście, chodzi o życie literackie, ale ukazane w szerszym kontekście życia artystycznego.

Literatura przedmiotu nie jest w tym wypadku zbyt bogata. Istnieje wprawdzie sporo mniej czy bardziej kompetentnych artykułów na ten temat, nie zawsze jednak ich autorzy potrafili sięgnąć do wiarygodnych źródeł. Z prac pamiętnikarskich i wspomnieniowych trzeba tu odnotować przede wszystkim prace Jana Lorentowicza19, Xawerego Glinki i Stefana Krzywoszewskiego. Życie polityczno-społeczne paryskiej kolonii w różnych aspektach przedstawiali Wacław Gąsiorowski20, Jerzy W. Borejsza21, a przede wszystkim Wiesław Śladkowski22. Działalność niektórych instytucji polskich działających w owe lata w Paryżu opisała Alina Łongiewska23. Sprawą obecności kwestii polskiej w prasie francuskiej zajął się najpierw Śladkowski24, po nim zaś Krzysztof Dunin-Wąsowicz25. Wybranymi zagadnieniami życia artystycznego polskiego w Paryżu zajmowało się spore grono badaczy, przede wszystkim Maria Kosko26, Wojciech Natanson27, Zygmunt Markiewicz28 i Tadeusz Sivert29. Ten ostatni badacz dotarł zresztą do najbogatszych materiałów archiwalnych. Trudno tu przywołać dziesiątki pomniejszych prac przyczynkarskich i artykułów prasowych. Przywołane zostaną we właściwym miejscu w pracy, część natomiast w bibliografii.

Praca niniejsza oparta została przede wszystkim na materiałach archiwalnych z Biblioteki Polskiej w Paryżu. Udało się w tym wypadku dotrzeć do kilku zbiorów nadspodziewanie bogatych, które dotychczas nigdy bądź też tylko w niewielkim stopniu były wykorzystywane. Chodzi tu głównie o ponad sześćdziesiąt tomów materiałów z archiwum Kazimierza Woźnickiego, niezastąpionego organizatora a także kronikarza życia artystyczno-literackiego w Paryżu w pierwszych latach XX wieku. Bardzo wartościowe materiały, przede wszystkim zbiory bezcennych listów pisarzy polskich odnaleziono w zbiorach archiwalnych Henryka, Marii i Stanisława Gierszyńskich, Władysława Strzembosza, Bronisława Kozakiewicza, Zygmunta Lubicz-Zaleskiego i Józefa Gałęzowskiego. Z Ossolineum wykorzystano zbiory rękopiśmienne Wacława Gąsiorowskiego. Z Biblioteki Narodowej w Warszawie - archiwum Zenona Przesmyckiego (Miriama). Z Biblioteki Jagiellońskiej - archiwum Michała i Franciszka Siedleckich oraz archiwum Konstantego M. Górskiego. Szczęśliwe okoliczności sprawiły, że autor mógł dokonać kwerendy paryskich pism literackich i kulturalnych przechowywanych w Biblioth?que Nationale. W Bibliotece Jagiellońskiej dokonano kwerendy polskich pism literackich oraz wybranych tytułów prasy codziennej z lat 1890-1914.

Autor zdaje sobie sprawę z tego, że na pewno nie zdołał dotrzeć do wszystkich materiałów odnoszących się do tematu. Doszedł jednak do wniosku, że udało mu się zbadać większość owych materiałów. Dlatego też zdecydował się przedstawić wyniki swych poszukiwań. Ma nadzieję, że Czytelnik zostanie przynajmniej w części usatysfakcjonowany. Badacze zaś znajdą być może w niniejszej pracy impuls do dalszych poszukiwań własnych, które dopełnią albo skorygują niejedno z twierdzeń tu przedstawianych.

Na koniec autor pragnie złożyć gorące podziękowania wszystkim Bibliotekarzom i Archiwistom, którzy w ten czy inny sposób pomogli mu w udostępnieniu materiałów. Na szczególne słowa wdzięczności zasłużyli sobie bez wątpienia pracownicy Biblioteki Polskiej w Paryżu: PP. Marek Prokop i Ryszard J. Matura. Niech zatem przyjmą tą drogą najlepsze podziękowania.

1 S. Krzywoszewski, Długie życie. Wspomnienia, Warszawa 1947, t. I, s. 104.

2 H. Zbierzchowski, W paryskim wirze. Powieść, Lwów 1929, s. 11.

3 M. Golberg pisał o atmosferze panującej w redakcji "La Plume": "Gwar, krzyk, dzwonek dyrektorski, łoskot pianina, rytm ekstatyczny poety, dym, zapach wilgoci i alkoholu, wszystko zlewało (się) w jakąś dziwną atmosferę szału, lecz szału subtelnego, pełnego dumy, pewności i nadziei" (M. Golberg, Luźne kartki o symbolizmie (Wspomnienia), "Sztuka" 1904-1905, nr VIII-IX, s. 386).

4 Kietlicz, Salony paryskie, "Tygodnik Ilustrowany", 6 V 1893.

5 Stéphane Mallarmé przyjmował w swym mieszkaniu przy rue de Rome we wtorki. Bywali u niego m.in. Paul Valéry, Henri de Regnier, T. de Wyzewa, hrabia de Montesquieu, Tadeusz Natanson. "Jakaś atmosfera dystynkcji duchowej otaczała te wieczory" pisze M. Golberg, dz. cyt.

6 Kietlicz, dz. cyt. Por. także: L. Riese, Les salons littéraires parisiens du Second Empire a nos jours, Paris 1962.

7 J.-P. Crespelle, Montmartre w czasach Picassa 1900-1910, Warszawa 1987, s. 6.

8 A. Warnod, Fils de Montmartre, Paris 1955, s. 29.

9 Francis Carco we wspomnieniach czasów młodości pisze m.in.: "Zborowski odmawiał sobie dla niego [Modiglianiego - F.Z.] wszystkiego, tytoniu, jedzenia, opału. I w ten sposób, powoli, dzięki tym zabiegom i dokuczliwym poświęceniom doszedł wreszcie do tego, że mógł dostarczyć artyście płótna i farb oraz urządzić mu skromną pracownię" (F. Carco, De Montmartre au Quartier Latin, Paris 1927, s. 196).

10 S. Gierszyński, Piosenkarze motłochu (Les chanteurs de la canaille), "Krytyka" 1900, t. IV, s. 283.

11 Y. Guilbert, La chanson de ma vie, Paris 1929.

12 F. Hoesick, Listy z Paryża (w:) Paryż, Kraków 1923, s. 463.

13 X. Glinka, Paryż mojej młodości, Londyn 1957, s. 20.

14 W. Günther, O sprawie polskiej w Paryżu, "Museion" 1913, nr 7, s. 80-81. Szerzej na ten temat piszę w artykule Ensorcelés par l'Empire des Tsars: La "découverte" de la Russie par les Francais aprés 1870, "Revue de littérature comparée", Paris 1991, nr 4, s. 459-466. Przedruk polskiej wersji w niniejszym tomie pt. Francja i Rosja. Karta z dziejów stosunków literackich w Europie na przełomie XIX-XX wieku.

15 M. Rastignac, Courrier de Paris, "L'Illustration", 10 X 1896.

16 L. Postawka ks., Pamiętniki obejmujące okres od 1863 do 1908. Poprzedzone wspomnieniami z lat dziecinnych, Paryż 1908, t. II, s. 151.

17 J. Chastenet, La Belle Epoque. La société sous M. Falli?res, Paris 1949, s. 103.

18 W. Gąsiorowski, Emigracja intelektualna, "Tygodnik Ilustrowany" 1913, nr 16.

19 J. Lorentowicz, Spojrzenie wstecz, Warszawa 1935.

20 W. Gąsiorowski, Historia Armii Polskiej we Francji, Warszawa 1931.

21 J. W. Borejsza, Emigracja polska po powstaniu styczniowym, Warszawa 1966.

22 W. Śladkowski, Emigracja polska we Francji 1871-1918, Lublin 1980.

23 A. Łongiewska, Działalność Komitetu Francusko-Polskiego i Towarzystwa Polskiego Literacko-Artystycznego w Paryżu w latach 1909-1916. W świetle archiwum Wacława Gąsiorowskiego, Rocznik Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, t. XI, 1976, s. 129-194.

24 W. Śladkowski, Opinia publiczna we Francji wobec sprawy polskiej w latach 1914-1918, Wrocław 1976.

25 K. Dunin-Wąsowicz, Francuska opinia publiczna wobec sprawy polskiej i Polaków w latach 1885-1894, Wrocław 1987.

26 M. Kosko, La fortune de "Quo vadis" de Sienkiewicz en France, Paris 1935 (Champion); M. Kosko, Un Best-Seller 1900. "Quo vadis", Paris 1960 (Librairie Jose Corti).

27 W. Natanson, Z różą czerwoną przez Paryż, Kraków 1970.

28 Z. Markiewicz, T. Sivert, Melpomena polska na paryskim bruku, Warszawa 1973.

29 T. Sivert, Polacy w Paryżu. Z dziejów polskiego życia kulturalnego w Paryżu na przełomie XIX-XX wieku, Warszawa 1980.

Polska w Paryżu

W stolicy Francji raz po raz spotkać można polskie pamiątki. Nad bramą budynku przy bulwarze Montparnasse 80 oglądnąć więc można herb Rzeczypospolitej z Orłem Pogonią i Archaniołem - pamiątkę z czasów powstania styczniowego (mieściła się tu niegdyś Wyższa Szkoła Wojskowa Polska). Na budynku przy rue Saint Denis 46, na wysokości pierwszego piętra, widnieje wizerunek polskiego kosyniera. Przy rue de la Gaîté 21 zachował się mocno zniszczony obraz Polki w żupanie i konfederatce z podpisem: A la belle Polonaise. W sali wykładowej Coll?ge de France lśni pamiątkowy medalion z wizerunkiem Mickiewicza oraz Micheleta i Quineta. W różnych stronach Paryża odnaleźć można tablice pamiątkowe: jedna informuje, że w tym domu mieścił się w latach trzydziestych XIX w. Komitet Francusko-Polski, inna - że tutaj Mickiewicz napisał Pana Tadeusza, jeszcze inna - że w tym domu zmarł Fryderyk Chopin. Na wybrzeżu Sekwany, przy Cours de Reine, uwagę przechodniów przyciąga piękny pomnik Adama Mickiewicza, przeniesiony tu z pobliskiego placu d'Alma. Sporo pamiątek polskich odnaleźć można w paryskich kościołach. Grobowiec króla Jana Kazimierza znajduje się więc w kościele Saint-Germain-des-Prés. W stojącym nieopodal kościele Saint-Séverin wisi kopia obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej, wykonana przez Walentego Wańkowicza, którą przywiózł do Paryża w 1841 r. Andrzej Towiański (przed nią przez lata całe zbierali się wyznawcy towianizmu). Polscy autorzy przewodników po Paryżu podają, że w kościele Saint Philippe du Roule w dniu 5 kwietnia 1849 roku odbyła się msza pogrzebowa przy zwłokach Juliusza Słowackiego, a w dziesięć lat później - 26 lutego 1859 r. - podobna uroczystość przy trumnie Zygmunta Krasińskiego. Z kościoła św. Magdaleny w dniu 30 października 1849 r. wyprowadzono na cmentarz P?re Lachaise zwłoki Chopina. Także w tej świątyni odbyła się w dniu 21 stycznia 1856 r. msza pogrzebowa przy trumnie zmarłego w Konstantynopolu Mickiewicza. Na wyspie św. Ludwika, gdzie od lat trzydziestych XIX w. znajduje się siedziba Biblioteki Polskiej, jedną z bardziej okazałych budowli jest nadal Hotel Lambert, którym przez wiele dziesięcioleci zawiadywali Czartoryscy i który przez cały ten okres był jednym z głównych ośrodków życia politycznego polskiego. W północnej części Paryża, przy uliczce Lamandé, stoi budynek, w którym od lat siedemdziesiątych XIX w. mieściła się Szkoła Polska (przeniesiona tu przez Seweryna Gałęzowskiego z pobliskiego bulwaru Batignolles).

Najwięcej jednak polskich śladów odnaleźć można na paryskich cmentarzach. Na P?re Lachaise spoczywa kilkudziesięciu Polaków dobrze zasłużonych ojczyźnie, a wśród nich Frydryk Chopin, Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, gen. Józef Wysocki, gen. Walery Wróblewski. Na cmentarzu Montmartre ostatni spoczynek znalazło również wielu wybitnych Polaków. Wciąż jeszcze znajduje się tu pusty od 1927 r. grób Słowackiego. Nieopodal niego - zbiorowa mogiła weteranów powstania listopadowego. Na tej nekropolii spoczywa także piewca Ukrainy, Józef Bohdan Zaleski. Na cmentarzu Montparnasse pochowano gen. Ludwika Mierosławskiego, adiutantkę gen. Langiewicza, Henrykę Pustowójtównę i wielu innych. Począwszy od 1841 r. większość Polaków zasłużonych sprawie narodowej znajdowała miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu w podparyskiej miejscowości Montmorency. Złożono tu prochy setek zasłużonych Polaków i Polek, m.in. Juliana Ursyna Niemcewicza i gen. Karola Kniaziewicza, Cypriana Norwida i rodziny Mickiewicza, gen. Władysława Zamoyskiego i Antoniego Oleszczyńskiego, Delfiny Potockiej i Seweryny Duchińskiej, Cypriana Godebskiego i tylu innych1.

Pobieżny ów przegląd polskich pamiątek w Paryżu jest właściwie wyprawą śladami Wielkiej Emigracji polistopadowej. Tylko nieliczne z nich przywołują na pamięć emigrację postyczniową. O wiele trudniej odnaleźć w stolicy Francji materialne ślady po pokoleniu twórców Młodej Polski. A przecież na przełomie XIX-XX w. przebywała w tym mieście bardzo liczna gromada twórców polskich. Przewinęli się przez Paryż tych lat polscy politycy, prowadzili tu badania wybitni polscy uczeni. Niestety, pobyt ich w tym mieście z rzadka został udokumentowany pamiątkową tablicą. Zainteresowany tymi sprawami czytelnik zmuszony jest sięgać po specjalistyczne przewodniki bądź pamiętniki i wspomnienia. A i to nie zawsze zostanie usatysfakcjonowany.

Polski Paryż z przełomu XIX-XX w. miał bardzo zróżnicowaną strukturę. Około 1890 r. mieszkało w stolicy Francji prawie 3 tysiące Polaków. W ciągu następnych dwóch dziesięcioleci liczba ich podwoiła się. W niczym nie wpłynęło to na ich zespolenie. "Towarzystwo nasze nad Sekwaną jest rozproszone i rozbite na wiele kół, kółek, koterii i pojedynczych atomów - pisał w 1890 r. Edward Przewóski - brak zarówno idei ogólnej, dość silnej, ażeby złączyć nas mogła w jakąś całość, jak i miejsca, które by się stać mogło wspólnym ogniskiem. Sama zresztą rozległość Paryża przyczynia się do tego rozproszenia"2. Głównym wszakże powodem rozbicia kolonii polskiej był różny status majątkowy poszczególnych jej członków.

Zamieszkiwała więc w Paryżu niezbyt liczna ale wpływowa grupa polskich arystokratów. Wprawdzie Czartoryscy w połowie lat siedemdziesiątych przenieśli swą siedzibę wraz ze wspaniałymi skarbami muzealnymi i biblioteką do Krakowa, Hotel Lambert nadal jednak otwierał swe podwoje dla książąt, hrabiów i baronów. Głową rodu był teraz książę Władysław, a po jego śmierci w 1894 r. - książę Witold. Obok Czartoryskich w Paryżu mieszkało kilkanaście innych rodów arystokratycznych. Byli tu więc Radziwiłłowie z księciem Konstantym na czele, hr. Mikołaj Potocki z rodziną, hr. Benedykt Tyszkiewicz, hrabiowie Przeździeccy, książę Kazimierz Lubomirski, generałowa Zamoyska, hr. Jan Tarnowski, hrabiowie Braniccy, baron Gustaw Taube i inni. Część rodów magnackich trzymała się z dala od spraw polskich (np. hrabiowie Andrzej i Karol Walewscy, książę Adam Wiszniewski, książę Andrzej Poniatowski). Inni w ten czy inny sposób podtrzymywali swoje związki z polskimi instytucjami3. "Arystokracja" intelektualna polska nie była w Paryżu zbyt liczna. Na jej szczycie znajdowała się bez wątpienia Maria Curie-Skłodowska, dwukrotna laureatka Nagrody Nobla, od 1906 r. wykładająca na Sorbonie. W latach dziewięćdziesiątych wielką sławą cieszył się w stolicy Francji Jan Dybowski, podróżnik i odkrywca. Od 1893 r. kierował katedrą rolnictwa kolonialnego w Narodowym Instytucie Agronomii. Jan Danysz od 1893 r. kierował wydziałem mikrobiologii w Instytucie Pasteura. Pod jego kierunkiem kształciło się spore grono Polaków z Edwardem Pożerskim, Zygmuntem Skrzyńskim i Stefanem Mutermilchem na czele. Własną klinikę urologiczną prowadził w Paryżu Bolesław Motz. Wielką sławą nie tylko w Paryżu, ale i poza granicami Francji cieszyli się słynni okuliści: Seweryn Gałęzowski, jego bratanek Ksawery Gałęzowski oraz Władysław Ratuld. Cenionym powszechnie neurologiem był Józef Babiński. Uznanie zyskali wynalazcy: Józef Lipkowski, Kazimierz Sosnowski czy Stefan Drzewiecki. Kilku Polaków zajmowało wysoką pozycję w świecie bankowym (był pośród nich autor Olbrachtowych rycerzy, Zygmunt Kaczkowski). Spośród przemysłowców wspomnieć trzeba choćby o Janie Nepomucenie Rayskim.

Obok tych dwóch grup społecznych wyróżnić trzeba co najmniej jeszcze trzy: stosunkowo liczną, choć rzadko o sobie dającą znać grupę robotników, liczną szczególnie po 1905 r. i wydarzeniach w Warszawie kolonię studencką, wreszcie - w sposób szczególny nas tutaj interesującą kolonię artystyczno-literacką. Bogatsza część kolonii polskiej, owa wzmiankowana wyżej arystokracja rodowa i intelektualna zamieszkiwała w prawobrzeżnym Paryżu. Kolonia studencka i artystyczno-literacka skupiona była w Paryżu lewobrzeżnym. Naturalnym ośrodkiem kolonii studenckiej była Dzielnica Łacińska. Kształcący się w Paryżu Polacy zamieszkiwali jednak także w innych punktach miasta. Długie lata jej centrum była ulica de la Glaci?re i bulwar Arago. Wskazać można także kilka ośrodków skupienia się artystów i pisarzy polskich: z jednej strony Montparnasse i okolice ul. de la Grande Chaumi?re, z drugiej - okolice Panteonu (tu szczególnie hotel de Bresil przy rue Le Goff).

Z przywołanym wyżej podziałem społecznym kolonii polskiej w Paryżu częściowo krzyżował się, a częściowo pokrywał podział pokoleniowy. Na przełomie XIX-XX w. wielką rzadkością byli już w stolicy Francji powstańcy listopadowi (ostatni z nich, 103-letni Józef Kownacki, zmarł w roku 1908). Trzon najstarszego pokolenia stanowili powstańcy styczniowi. Nie była to grupa liczna. Część byłych powstańców wróciła bowiem do kraju w latach osiemdziesiątych (osiedlili się w Galicji), inni rozpierzchli się po świecie. Grupa ta odgrywała jednak ważną rolę w życiu polskiej kolonii. Ona sprawowała opiekę nad instytucjami narodowymi polskimi, jej członkowie organizowali zazwyczaj rocznicowe obchody narodowe w Paryżu. Szczególną aktywność z tej grupy wykazywali dwaj politycy: Józef Gałęzowski, były dyrektor Wydziału Wojny w Rządzie Narodowym Traugutta, a obecnie - kierownik działu osobowego w banku Crédit Foncier, oraz dr Henryk Gierszyński, który w 1863 r. walczył w oddziałach na Litwie, na emigracji zaś we Francji - po ukończeniu studiów medycznych na Sorbonie - prowadził praktykę medyczną w Ouarville koło Chartres. Pierwszy był przez kilka dziesięcioleci przywódcą tzw. batiniolczyków, ściśle współpracujących z Hotelem Lambert księcia Czartoryskiego, drugi stanowił ostoję polskich radykałów i demokratów a także socjalistów. W gronie batiniolczyków należałoby wymienić choćby kilku. Należeli do nich Eugeniusz Korytko, Ludwik Dygat, Bolesław Rubach i Wacław Gasztowtt. Do grona radykałów paryskich zaliczyć należy bez wątpienia Bolesława Limanowskiego, Stanisława Krakowa, Bolesława Motza, Józefa Zielińskiego czy Walerego Wróblewskiego. Na swój sposób wspierał paryskich radykałów mieszkający w Genewie Zygmunt Miłkowski: przede wszystkim jako redaktor ukazującego się w Paryżu "Wolnego Słowa Polskiego". W życiu politycznym kolonii polskiej, które doczekało się monograficznego zarysu w książce Wiesława Śladkowskiego Emigracja polska we Francji 1871-1918, bardzo żywo uczestniczyła kolonia studencka. I tutaj można wskazać dwie zasadnicze orientacje: dominowali w tym środowisku bez wątpienia radykałowie skupieni w "Spójni". Wśród ich przywódców wyróżniał się Stanisław Barański, studiujący przez lata medycynę, wybitny mówca i polemista polityczny, redaktor socjalistycznej "Pobudki". Obok niego wyróżniali się niezawodnie Jan Lorentowicz, Maria Sulicka, Maria Szeliga oraz Stanisław Gierszyński. Z drugiej strony pojawiła się u progu XX w. w Paryżu grupa polskiej młodzieży studenckiej o wyraźnie narodowo-demokratycznych poglądach. Jej przywódcą był Stanisław Kośmiński. Obok niego wyróżniali się w pracy narodowego "Koła" Kazimierz Woźnicki, Stanisław Stroński i Władysław Strzembosz.

"Polski" Paryż, podobnie jak za czasów Wielkiej Emigracji, podejmował raz po raz próby samoorganizacji. Część instytucji polskich znikała z horyzontu miasta wraz z ich założycielami, na ich miejsce pojawiały się jednak nowe. Jak podają wydawcy paryskich kalendarzy polskich, w stolicy Francji na przełomie wieków XIX-XX działało kilkadziesiąt polskich instytucji o bardzo zróżnicowanym charakterze i profilu działalności. Miejsce bez wątpienia uprzywilejowane zajmowała Misja Polska istniejąca od 1844 r. (przy kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, przy rue Saint Honoré 263 bis). Misja założona przez zmartwychwstańców, na przełomie wieków XIX-XX kierowana była przez ks. Ludwika Postawkę. Odgrywała ważną rolę jako ośrodek integracyjny Polaków, jej działalność wcale bowiem nie ograniczała się wyłącznie do posługi kościelnej. Również ważną rolę w życiu kolonii polskiej odgrywała Szkoła Polska na Batignolles. Założona w 1842 r., działała od 1874 r. w budynkach przy rue Lamandé 15. Kształciły się w niej przede wszystkim dzieci emigrantów polskich. Od 1878 r. przewodniczącym Rady Szkoły był bratanek wielkiego dobroczyńcy tej instytucji Seweryna Gałęzowskiego, Ksawery Gałęzowski. Pełnił tę funkcję aż do 1907 r. Stoczył też w tym okresie - wraz z członkami Rady - zaciętą walkę z radykałami o uratowanie Szkoły. Radykałom przewodził dr Gierszyński - z jego inicjatywy w 1898 r. Jan Lorentowicz (pod pseudonimem M. Chropieński) przygotował i ogłosił w Paryżu broszurę pt. W ważnej sprawie. Szkoła batignolska w Paryżu, która okazała się właściwie pozbawioną podstaw napaścią na ówczesne kierownictwo Szkoły Polskiej.

Ze szkołą związane było Stowarzyszenie byłych Uczniów Szkoły Polskiej na Batignolles. Założone jeszcze w 1864, na przełomie XIX-XX wieku liczyło około 300 członków. Staraniem tego stowarzyszenia ukazywał się "Bulletin Polonais", redagowany przez Edwarda Pożerskiego, w którym jednak główną rolę odgrywał ruchliwy i płodny pisarz Wacław Gasztowtt. Tułacze z najstarszego pokolenia politycznych emigrantów, pozostający bez środków do życia, znajdowali schronienie w istniejącym od 1846 r. Zakładzie św. Kazimierza (od 1861 r. mieści się on przy rue Chevaleret 119). Zakład ten w roku 1866 otrzymał w darze od hrabiny de Montessay ogród i dom w Juvisy. Od 1862 roku działała w Paryżu Instytucja Czci i Chleba, czyli dobrowolne stowarzyszenie podatkowe polskich uchodźców na rzecz najuboższych. Z procentów od zgromadzonych w pierwszych latach funduszy zarząd Instytucji (finansami kierował Józef Gałęzowski) wypłacał zapomogi dla około 250 weteranów powstańczych dożywających swych dni we Francji. Pomoc charytatywną dla ubogich wygnańców niosły także inne stowarzyszenia: Towarzystwo Dobroczynności Dam Polskich, Towarzystwo Kobiet Polskich im. Klaudyny Potockiej czy wreszcie Towarzystwo Pracujących Polaków. Działała w Paryżu Czytelnia Polska, a także wyłoniona z jej grona Komisja Opieki nad Grobami Polskimi. Towarzystwo Litewskie "Żelmuo" stawiało sobie za cel "konserwowanie języka i narodowości litewskiej, wpływanie na lud litewski w duchu patriotycznym, utwierdzanie łączności z narodem polskim, z którym Litwini od wieków wspólne dzielą losy"4. Socjaliści dzielili się na dwa odłamy: "międzynarodowcy" spod znaku "Proletariatu", jak choćby Adolf Warszawski (Warski) czy Celina Wojnarowska, tworzyli własną organizację. "Narodowcy" z Kośmińskim swoją. Od lat dziewięćdziesiątych istniała tu Liga Polska, która z czasem przekształciła się w Ligę Narodową i Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne (patronował jej Zygmunt Miłkowski), a także Związek Młodzieży Polskiej "Zet". Studenci, jak już wspominaliśmy, od 1885 r. mieli swoje Towarzystwo Wzajemnej Pomocy Kształcącej się Młodzieży Polskiej "Spójnia". Miało ono lokal najpierw przy placu Sorbony, od 1900 r. - przy rue de Seine 91. Wyraźnie socjalistyczne oblicze "Spójni" sprawiło, że w 1897 r. oddzieliła się od niej gromada studentów, która założyła własne Stowarzyszenie Kształcącej się Młodzieży Polskiej "Koło" (przy rue Monsieur-le-Prince 53). W środowisku tym działały także efemerydy, jak choćby Stowarzyszenie Młodzieży Postępowej "Filarecja" czy Polski Uniwersytet Ludowy.

Żywą działalność od pierwszych lat XX w. prowadziło w Paryżu Towarzystwo Gimnastyczne "Sokół". Przez kilka lat dawał o sobie znać Związek Wychodźstwa Polskiego. Niekiedy odzywali się członkowie Towarzystwa Rękodzielników Polskich.

Polityka na ogół rozbijała żywioł polski w Paryżu na rozliczne grupy i partie - była czynnikiem dezintegrującym. Elementem scalającym była w pierwszym rzędzie narodowa historia. Obchody kolejnych rocznic narodowych, szczególnie dwóch ostatnich powstań narodowych, gromadziły zazwyczaj ludzi różnych orientacji politycznych. Oczywiście, nie była to reguła. Zdarzało się bowiem, iż obok rocznicy wybuchu powstania listopadowego, którą przedstawiciele starej emigracji politycznej organizowali w dużej sali Towarzystwa Geograficznego przy bulwarze Saint Germain 184, ogłaszano obchody konkurencyjne: w kawiarni Procope (przy rue Ancienne Comedie), w Voltaire (przy placu d'Odeon) czy w Ventier (przy av. Clichy). Obchody narodowe urządzano jednak właściwie tylko dwa razy do roku: w styczniu i listopadzie. Ważnym czynnikiem scalającym kolonię polską w Paryżu była sztuka. To właśnie artyści: malarze i rzeźbiarze, poeci i powieściopisarze, przyjęli na siebie zadanie łączenia rozbitych przez politykę grup polskich. Oni także najczęściej mogli przed obcymi dać świadectwo żywotności nieistniejącej na mapie Europy Polski. Oczywiście, nie wszyscy artyści wyznaczali przed sobą tak szczytne cele. Część z nich przybywała do Paryża przede wszystkim dla studiów, dla doskonalenia swego talentu. Niemało było jednak takich, którzy pragnęli zaistnieć w stolicy świata jako... artyści polscy.

Jeden ze świadków epoki, dobrze znany w dziejach polskiej literatury Antoni Potocki, pisał w roku 1905: "Paryż jest klasycznym gruntem polskich poczynań. Wszystkie tradycje sztuki naszej z nim się zrosły. Tu ongi kwitła grafika polska, gdy doma chleba dla Falków i Ziarników brakowało. Tu się święciło pierwsze tryumfy malarstwa polskiego od Stattlera i Rodakowskiego, od Matejki i Chełmońskiego. Paryż żywił polskich artystów twardym chlebem ilustratorstwa, Paryż dziś jeszcze młodej rzeźbie polskiej daje jaki taki zarobek i młodych polskich architektów wyzyskuje po biurach budowniczych. [...] Jako ognisko wiecznie rozżarzonego szału poczynań, wiecznej pracy i zdobywania, jako mennica nieomylnych wartości kultury, Paryż pozostanie zawsze jedynym. Ani to raj, ani piekło sztuki, bo pierwszy podobno śni pod włoskim słońcem, a drugie jest po trosze wszędzie - ale na pewno jej czyściec. Tu się dusze hartują lub łamią ostatecznie, tu próba charakteru, twórczość tu się w pracy mocuje, indywidualność staje oko w oko z tradycją. Stąd wędrówka do Paryża nie ustanie nigdy, i zawsze istnieć będzie "kolonia paryska""5. Obserwacje Potockiego w całej pełni potwierdził po latach inny z członków paryskiej kolonii polskiej, Stefan Krzywoszewski. We wspomnieniach Długie życie zanotował on: "Polska cyganeria artystyczna w Paryżu była liczna. Składali się na nią literaci, artyści i łaziki wszelkiego autoramentu i wieku. Wspólne cechy były: wilczy apetyt, niegasnące nigdy pragnienie, górne ambicje i stały brak gotówki"6. Według obliczeń Wacława Gąsiorowskiego w okresie poprzedzającym bezpośrednio wybuch I wojny światowej w stolicy Francji mieszkało prawie 500 polskich artystów, w tym 263 malarzy, 36 rzeźbiarzy, 83 literatów i dziennikarzy, 42 muzyków, 32 śpiewaków i ponad 20 aktorów, tancerek i tancerzy. Nadto pracowało w tym mieście 43 uczonych polskich (głównie przyrodnicy i historycy), 48 inżynierów, 79 lekarzy. Na uczelniach paryskich studiowało ponad 500 Polaków7. Wolno sądzić, że w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku liczby te były znacznie mniejsze. Lektura jednak ówczesnej prasy polskiej wydawanej w Paryżu, a także kalendarzy polskich wydawanych przez Adolfa Reiffa przekonuje, że niewiele odbiegały one od przywołanych. Przez Paryż przełomu wieków XIX-XX przewinął się nieledwie cały parnas polski.

Kolonia artystyczno-literacka polska żyła w Paryżu własnym życiem. Jak potwierdza Krzywoszewski, była ona "tak dalece odsunięta od społeczeństwa francuskiego, że młody pisarz lub artysta polski po kilkuletnim pobycie w Paryżu często nie umiał rozmówić się po francusku w restauracji"8. Wtóruje mu Gąsiorowski: "Zwyczajny wychodźca intelektualny nie ma nic wspólnego z życiem i pracą odpowiednich sfer francuskich - środki utrzymania czerpie głównie z Polski. Jest tak odsunięty od pulsu Paryża, że po dziesiątkach lat nie zna Francji, nie zna społeczeństwa, u którego gości, nie zna nawet francuskiego języka"9. Uwagi te świadczą niewątpliwie o braku woli otwarcia się polskich artystów na świat, w którym przyszło im żyć. Ale nie tylko. Polaków niezbyt chętnie akceptował wyraźnie prorosyjski Paryż. Trzeba było być wielkim artystą, by móc liczyć na sympatię i uznanie Francuzów.

Stosunkowo najłatwiej lody polsko-francuskie przychodziło przełamać muzykom. Wpływała na to zapewne specyfika tej sztuki. Działo się tak także i dlatego, że pośrednikiem ich bywał w tym wypadku... sam Fryderyk Chopin. Wprawdzie nie wszyscy Francuzi z przełomu wieków XIX-XX przyznawali wielkiemu kompozytorowi miano artysty polskiego. Wielu podkreślało jego francuskie korzenie. Niemniej jego postać była swoistym symbolem więzi kultur obu narodów, zbliżała je do siebie. W tym właśnie okresie wzniesiono Chopinowi dwa istniejące do dziś pomniki: w parku Monceau i w Ogrodzie Luksemburskim10. W 1911 roku dzięki zabiegom głównie Edouarda Ganche'a założono wielce zasłużone Société Frédéric Chopin a Paris. Wprawdzie prezesem Towarzystwa został wybrany Camille de Senne, ale w skład Komitetu Honorowego weszli także Polacy: Władysław Mickiewicz i Jan Reszke.

Spośród polskich artystów-muzyków największe sukcesy święcił w Paryżu bez wątpienia Ignacy Paderewski. Nie był on stałym mieszkańcem stolicy Francji, często tu jednak przyjeżdżał na dłuższe bądź krótsze pobyty, zazwyczaj uświetnione wspaniałymi koncertami. Już w 1890 r. Mieczysław Golberg pisał na łamach "Kraju": "Paderewski panuje wszechwładnie w sali Erarda [...] Gra co dzień niemal dla wszystkich"11. Odtąd raz po raz Paryż wiwatował na cześć polskiego artysty. On ze swej strony nie zapominał o sprawach polskich. Organizował koncerty na cele dobroczynne12, łożył na rzecz instytucji polskich w stolicy Francji13. Znacznie mniejszą sławą cieszył się w Paryżu wybitny skrzypek-wirtuoz Władysław Górski. Dawał rzadko własne koncerty. Przez wiele lat występował natomiast w znanej paryskiej orkiestrze Lamoureux. W sali Erarda z dużym powodzeniem występował uczeń I. Paderewskiego i Diemera, Zygmunt Stojowski. Szerokie uznanie zdobyła tu Wanda Landowska. Przybyła ona do stolicy Francji w 1900 roku. Początkowo uczyła w Schola Cantorum. Z czasem jednak, oczarowana dawną muzyką, postanowiła przywrócić jej prawa do obecności w świecie współczesnym. Ogłosiła szereg rozpraw o niej, podejmowała też raz po raz udane próby organizowania koncertów dawnej muzyki. Po latach założyła pod Paryżem własną Szkołę Muzyki Dawnej. Landowska była "prawdziwą ozdobą polskiego świata artystycznego w Paryżu"14. Obdarzona wielką urodą15, wraz z mężem, Henrykiem Lwem, uczestniczyła w organizowaniu życia artystyczno-kulturalnego kolonii polskiej w stolicy Francji.

Właściwie można byłoby przywołać tu nazwiska co najmniej jeszcze kilkunastu polskich artystów koncertujących w wielkich salach paryskich na przełomie XIX-XX wieku. Nie dorównali oni jednak sławie wymienionym16. Od lat osiemdziesiątych w operze paryskiej królowali bracia Jan i Edward Reszke. Jan był przez kilka kolejnych sezonów pierwszym tenorem tej najsłynniejszej naówczas na świecie sceny. Edward śpiewał partie basowe. Obaj bracia u progu lat dziewięćdziesiątych "trzęśli" Operą Paryską, jak pisał Golberg17. Z upływem lat zajęli się pracą pedagogiczną. Jan Reszke założył nawet w 1902 r. swoją szkołę.

Polscy artyści usiłowali zdobyć także sceny teatrów dramatycznych Paryża. Powszechnie wiadomo o niezbyt udanej przygodzie Gabrieli Zapolskiej z teatrem paryskim Antoine'a, która to sprawa kilkakrotnie była przedmiotem zainteresowania polskich teatrologów18. Tadeusz Sivert przypomniał ostatnio paryską karierę Bolesława Plucińskiego, który pod pseudonimem Armand Dutertre występował w Odeonie19. Trzeba tu także wspomnieć o Wandzie de Boncza, która udatnie zadebiutowała w Paryżu w 1905 r. w sztuce François Coppée: Pour la couronne. W latach 1911-1913 trzykrotnie bawiła w stolicy Francji Wanda Siemaszkowa. Nie próbowała jednak wejść do któregoś z zespołów teatralnych. Ograniczyła się do udziału w artystycznych imprezach organizowanych przez polską kolonię, odnotowywanych zarówno przez prasę polską, jak i francuską20.

Aktorzy polscy nie zapisali wielkiej karty na scenach Paryża. Znacznie mocniej w dziejach życia artystycznego tego miasta zapisali się polscy malarze i rzeźbiarze. Podążali nad Sekwanę przede wszystkim młodzi artyści. Jedni jechali jako stypendyści krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych bądź warszawskiej Zachęty, inni - na własny koszt i ryzyko. Zdecydowana większość z nich cierpiała tu niedostatek. Byli tacy, którym w oczy zaglądał głód. Kroniki życia kolonii polskiej zapisały niejeden wypadek przedwczesnej śmierci artystów polskich spowodowanej nędzą czy gwałtowną chorobą. Oto w roku 1891 w Paryżu popełnił samobójstwo młody rzeźbiarz polski, Pelczarski. Targnął się na swe życie, bowiem nie znalazł środków na utrzymanie. Jak pisał w relacji z Paryża korespondent petersburskiego "Kraju", Pelczarski "miotał się i szamotał, walcząc z bladym widmem głodu. Aż uległ w tej beznadziejnej walce"21. W kilka miesięcy później, w lutym 1892 r. na łamach "La Nouvelle Revue" ukazał się obrazek pióra Paula Gruyera zatytułowany Profils anonymes: Le Polonais, w którym czytamy o śmierci malarza polskiego, młodego B. Chlebowskiego. Wprawdzie wzbudził zainteresowanie swymi obrazami o tematyce orientalnej, głód jednak i choroby nie pozwoliły mu w pełni rozwinąć talentu. W roku 1893 zmarła w Paryżu Anna Bilińska, młoda malarka polska, sięgająca właśnie po sławę. Jak pisała po jej śmierci M. Konopnicka, "Anna Bilińska nie umarła ani z wypadku, ani z nieodwołalnego wyroku jakiejś organicznej, przyniesionej z sobą na świat wady: umarła z choroby, której początków nabawiła się w długiej a ciężkiej walce z biedą, jaką cierpiała podczas swych paryskich studiów", kiedy to "wygłodzona, źle odziana", zgłębiała tajniki malarstwa w Akademii Juliana22. W dniu 5 kwietnia 1894 r. zmarł w Paryżu na gruźlicę Ludwik de Laveaux. W cztery dni później "szczupła garstka rodaków" odprowadziła na cmentarz Pantin-Parisien zwłoki tego artysty, którego "wielkie wyrobienie fachowe, rysunek pewny, zwycięskie pokonywanie trudności i osiąganie mistrzowskich nieledwie rezultatów w uplastycznieniu pomysłów, stawiały [...] w rzędzie pewnych siebie, wyrobionych wszechstronnie talentów"23.

Przykłady można by mnożyć. Zdecydowana większość polskich malarzy przebywających na studiach w Paryżu na co dzień walczyła o chleb powszedni, o przetrwanie. Zwycięsko z tej walki wychodzili tylko niektórzy. Był wśród nich Władysław Ślewiński, który przybył do Paryża w 1888 r. i dosyć szybko wszedł w krąg tutejszej cyganerii artystycznej. W 1894 r. zaprzyjaźnił się z Paulem Gauguinem, za którym podążył do Pont-Aven w Bretanii. W 1896 r., po ślubie z Rosjanką Eugenią Szwarców, osiadł w miejscowości Le Pouldu, wiążąc się z tą krainą na wiele lat. Szerokie uznanie i sławę zdobył we Francji także Włodzimierz Terlikowski, obieżyświat i cygan artystyczny, z czasem wzięty portrecista. W Paryżu zdobył rynek i powodzenie Jan Styka, najpierw jako wzięty ilustrator Quo vadis, z czasem twórca portretów i pejzaży. Dzielnie wspierali go w karierze dwaj synowie: Tadeusz i Adam, również malarze cieszący się uznaniem. Nie zdobyła takiej fortuny jak Styka Olga Boznańska, artystka o wiele wyżej ceniona w sferach artystycznych od twórcy Golgoty. Przybyła ona do Paryża w 1898 r., by pozostać tu na zawsze. Bogatą jej twórczość krytycy wiążą z impresjonizmem, choć był to impresjonizm jej własny, nietypowy. Mimo że nie weszła na Parnas sztuki europejskiej, była artystką cenioną. "Wiecznie zatroskana i zapracowana, swą sztuką wyłącznie pochłonięta, rzadko ruszała się ze swej skromnej pracowni [...]. Małomówna, w stroju zaniedbana, budziła rzetelny szacunek"24. Wysoko ceniony był na kolejnych salonach malarstwa w Paryżu Józef Pankiewicz. W czasie swych częstych pobytów w stolicy Francji wynajmował pracownię w pobliżu kościoła Saint-Germain-des-Prés. Wyjątkową aktywność artystyczną a także organizatorską w kręgu polskiej kolonii przejawiał Jan Chełmiński, uczeń Juliusza Kossaka, w Paryżu mieszkający od 1896 roku. Jako specjalista od malarstwa rodzajowego oraz historycznego (malował obrazy o tematyce napoleońskiej, wydał album poświęcony armii Księstwa Warszawskiego) należał do nielicznego grona ówczesnych polskich batalistów. W Paryżu podobny typ malarstwa uprawiał Jan Rosen. Duże uznanie zdobył sobie w stolicy Francji także jeden z najzdolniejszych ówcześnie polskich rysowników, Edward Loevy. W 1894 r. Gabriela Zapolska pisała, iż "obecnie liczy się [on] w Paryżu do najzdolniejszych i najbardziej ulubionych rysowników i ilustratorów. Przyszedł na grunt paryski nie znany nikomu i nadludzkimi wysiłkami, unguibus et rostro, wywalczył sobie pierwszorzędne stanowisko w paryskim świecie rysowniczym"25. Cenieni byli także niektórzy rzeźbiarze. Najmocniejszą bez wątpienia pozycję wśród nich miał laureat wielu nagród, Cyprian Godebski. Pracowali w Paryżu i wystawiali swe prace także inni: Bolesław Biegas, Konstanty Laszczka, Stanisław Czarnowski, Władysław Skoczylas, Xawery Dunikowski czy Edward Wittig. W roku 1901 założyła w Paryżu własną szkołę rzeźby córka Zygmunta Miłkowskiego, Helena.

Polscy artyści dawali o sobie znać w Paryżu przede wszystkim w salonach sztuk pięknych. Jak ustalił - w oparciu o zachowane katalogi - Antoni Potocki, po raz pierwszy pojawiły się dzieła polskich malarzy w czasie dorocznego przeglądu w roku 1808. Od 1831 r. zazwyczaj prezentowało się tutaj corocznie kilku polskich artystów. W 1844 wielki sukces na dorocznej wystawie malarstwa odniósł Wojciech K. Stattler, twórca Machabeuszy. W osiem lat później podobny sukces odniósł Henryk Rodakowski wystawiając Portret gen. Dembińskiego. Do stałych gości salonu sztuki w Paryżu należeli: Antoni Oleszczyński, Teofil Antoni Kwiatkowski, Leon Kapliński, ale także Franciszek Tępa, Juliusz Kossak, Józef Szermentowski, Wojciech Gerson, Jan Matejko, Artur Grottger czy Józef Simmler. Do tych właśnie tradycji nawiązywali malarze i rzeźbiarze z przełomu wieków, dla których także Paryż stał się "etapem pielgrzymstwa artystycznego"26. Zwiększyły się zresztą dla nich szanse pokazania w stolicy Francji swych dzieł, od 1889 r. istniały bowiem dwa salony sztuk pięknych: przy Polach Elizejskich oraz na Polu Marsowym. Przeglądając doroczne katalogi owych salonów przekonać się można o żywym udziale polskich artystów w tych wielkich dorocznych świętach sztuki światowej. Wielu z nich, jak choćby Teodor Axentowicz, Aleksander Gierymski, Olga Boznańska, Kazimierz Pochwalski czy Józef Chełmoński, otrzymywało złote, srebrne czy brązowe medale za swe dzieła. Wielu postarało się o zorganizowanie w Paryżu - co nie było sprawą łatwą! - wystaw samodzielnych. Tak na przykład w roku 1897 w galerii przy av. Trudaine dzieła swe wystawiał Władysław Ślewiński. Duże powodzenie wystawy sprawiło27, że artysta zorganizował nową w roku następnym - 1898, również bardzo ciepło przyjętą przez publiczność28. Warto dodać, że przedmowę do katalogu tej drugiej wystawy napisał Zenon Przesmycki (Miriam). W roku 1904 w salach Société d'Encouragement des Beaux-Arts wystawiał swe dzieła Julian Fałat. Jesienią tego roku w Galerie des Artistes Modernes 50 obrazów związanych z dziejami Księstwa Warszawskiego wystawił Jan Chełmiński. W roku 1914 w dobrze znanej znawcom sztuki galerii Boetie wielką wystawę przygotowali Stykowie: ojciec i dwóch synów. Mimo dużej reklamy nie spotkała się ona jednak z większym echem w środowisku artystycznym Paryża.

Przywołaliśmy tu zaledwie kilka samodzielnych przedsięwzięć artystów polskich. Było ich więcej. Ale dla sztuki polskiej liczyły się przede wszystkim przedsięwzięcia zbiorowe. Dla artystów francuskich, angielskich czy rosyjskich okazją do takich zbiorowych, narodowych manifestacji sztuki były wystawy światowe. W interesującym nas okresie zorganizowano w Paryżu dwie takie wystawy: pierwszą w 1889 r., drugą - w 1900 r. Sztuka polska nie doczekała się, niestety, na nich należnego jej miejsca. Ze względów politycznych Francuzi nie zgodzili się na odrębny pawilon sztuki polskiej ani w r. 1889, ani w 1900. W roku 1889 Niemcy oficjalnie zbojkotowały paryską wystawę, automatycznie wyłączeni zostali więc z wystawy artyści z Poznańskiego. Rosja również nie wzięła w wystawie tej udziału, nie zabraniała jednak wystąpić w Paryżu poszczególnym przedsiębiorcom czy artystom. Dzięki temu w Pałacu Sztuki przy Polu Marsowym urządzono "sekcję rosyjską" malarstwa, w której znalazło się kilkanaście obrazów polskich malarzy (m.in. Wojciecha Gersona i Józefa Chełmońskiego). Austro-Węgry wzięły oficjalnie udział w wystawie, Galicja jednak nie postarała się o swój własny pawilon sztuki, jak zrobili to na przykład Czesi. Nieliczni polscy artyści z tego zaboru, jak Teodor Axentowicz, Jan Matejko (Kościuszko pod Racławicami), Kasper Żelechowski czy Wincenty Wodzinowski wystawiali więc w sekcji malarstwa austro-węgierskiego. Z kolei Cyprian Godebski wystawiał swe rzeźby w sekcji sztuki francuskiej. Nie lepiej potoczyły się losy polskiej sztuki na wystawie światowej w 1900 r. I tym razem nie udało się utworzyć polskiego oddziału. Artyści polscy prezentowali więc swe dzieła w podobny sposób, jak to miało miejsce w roku 1889. Część z nich postanowiła mimo wszystko zaakcentować obecność polskiej sztuki w Europie. Dzięki staraniom zarządu Koła Polskiego Artystyczno-Literackiego, przede wszystkim Jana Chełmińskiego i Cypriana Godebskiego, w dniu 1 kwietnia 1900 r. otwarto w galerii Georges Petit (przy rue Godot-de-Mauroi 12) retrospektywną wystawę malarstwa polskiego, na której zgromadzono łącznie 92 płótna kilkudziesięciu polskich malarzy: od Franciszka Smuglewicza po Jana Stanisławskiego. Afisz na wystawę przygotował Edward Loevy. Mimo wielu zabiegów organizatorów wystawa, niestety, nie odniosła spodziewanego sukcesu. Wprawdzie w kilku pismach ukazały się przychylne informacje i artykuły o niej29, nie stała się ona jednak wydarzeniem artystycznym. Niefortunnie wybrano miejsce dla ekspozycji - przy mało uczęszczanej ulicy - a przede wszystkim czas: na miesiąc przed oficjalnym otwarciem wystawy światowej i wielkim zjazdem gości. Sporo do życzenia pozostawiała także koncepcja wystawy, na której zabrakło m.in. dzieł Wyspiańskiego, Mehoffera czy Wojciecha Weissa30. Wskutek tych okoliczności przygotowywana dosyć długo wystawa malarstwa polskiego mogła przekonać stosunkowo małe grono widzów, że Polska "posiada jeszcze życie narodowe"31. Tę niewątpliwą porażkę tylko w małej części udało się zrekompensować w czasie samej wystawy światowej. Znalazły się na niej dzieła kilkudziesięciu malarzy polskich. Blisko czterdziestu wystawiło swe prace w sekcji sztuki rosyjskiej. Prawie tyle samo w pawilonie austro-węgierskim. Kilkanaście dzieł polskich artystów zostało dostrzeżonych i wyróżnionych medalami. Józef Mehoffer i Myrton-Michalski otrzymali złote medale, zaś Julian Fałat, Józef Pankiewicz, Włodzimierz Tetmajer, Leon Wyczółkowski, Kazimierz Pochwalski, Jacek Malczewski, Kazimierz Stabrowski i Henryk Weyssenhoff - medale srebrne. Spośród kilkunastu polskich malarzy nagrodzonych medalami brązowymi odznaczenia nie przyjął Wojciech Gerson32.

W marcu 1914 r. urządzono w Paryżu kolejną zbiorową wystawę współczesnego malarstwa i rzeźby polskiej. Zorganizowano ją w lokalu Towarzystwa Artystów Polskich przy rue Saint-Jacques 250. Spore zainteresowanie, jakie wywołała, skłoniło Komitet Francusko-Polski do podjęcia starań o zorganizowanie w stolicy Francji wielkiej retrospektywnej wystawy sztuki polskiej, która "miałaby bardzo doniosłe znaczenie"33. Poczynione w tym zakresie przygotowania przerwano jednak w związku z wybuchem działań wojennych.

W okresie ćwierćwiecza 1890-1914 Paryż był niewątpliwie ważnym ośrodkiem polskiej sztuki. Tam kształcili się artyści tej miary, co Wyspiański i Pankiewicz, Boznańska i Ślewiński, Makowski, Dunikowski czy Laszczka. Stamtąd przychodziły do Polski nowe prądy artystyczne, tam sprawdzali swe możliwości artyści doświadczeni i początkująca młodzież. Bez rozdziału pt. Paryż nie sposób napisać historii polskiej sztuki przełomu XIX-XX wieku.

Bez takiego rozdziału równie trudno wyobrazić sobie historię literatury polskiej epoki przełomu wieków. Nie sposób określić dokładnie, ilu polskich pisarzy, poetów i dramaturgów przebywało w latach 1890-1914 w stolicy Francji. Na dobrą sprawę należałoby w tym wypadku przepisać z Nowego Korbuta... spis treści. Kilka czy kilkanaście miesięcy, kilka czy kilkanaście lat przebywali w Paryżu twórcy wielcy i mali, uznani i debiutanci, starzy i młodzi. Historycy literatury przypominają więc, że odwiedzali to miasto Wyspiański i Przesmycki, Zapolska i Lange, Reymont i Berent, Leśmian i Potocki, Strug i Sieroszewski, Staff, Ostrowska i dziesiątki innych. Jedni jechali tam na studia (jak choćby Rolicz-Lieder), inni - aby łączyć naukę z pracą zarobkową jako korespondenci pism krajowych (Antoni Lange, Antoni Potocki). Byli tacy, których czekała w Paryżu dobra posada (np. Edward Porębowicz czy Konstanty M. Górski mieli posady w Stacji Naukowej Akademii Umiejętności), większość jednak zjawiała się w stolicy Francji w nadziei "przetarcia się" w świecie, poznania zabytków i muzeów ówczesnej stolicy kulturalnej świata, zakosztowania niezwykłej jej atmosfery. We wspomnieniach i pamiętnikach świadków tamtych dni znaleźć można dziesiątki mniej czy bardziej interesujących anegdot z życia polskiej cyganerii artystycznej. Znacznie mocniejsze piętno na atmosferze tego środowiska wywierały jednak ludzkie tragedie i dramaty. Oto czytamy więc, że w 1905 r. Maria Komornicka, znana poetka i krytyk literacki (współautorka Forpoczt), "pracując w Bibliotece Polskiej w Paryżu, dostała nagle ataku szału. Władysław Mickiewicz zawiadomił o tym Wacława Berenta, przebywającego wówczas w Paryżu. Berent wraz z Antonim Potockim postanowili umieścić Komornicką w sanatorium i wezwać matkę obłąkanej"34. Bardzo przykre chwile w tym samym mniej więcej czasie przeżył w Paryżu Bolesław Leśmian. Wskutek rewolucyjnych wydarzeń w Warszawie przestał on otrzymywać z domu rodzinnego pieniężne zasiłki. Z upływem czasu zaczął nękać go... głód. W liście z 1906 r. skierowanym do Miriama Przesmyckiego pisał: "Chorowałem z głodu, tak żem o mało nie zginął"35. Słowa te znajdują potwierdzenie w archiwum Biblioteki Polskiej w Paryżu. Udało się tu odnaleźć list Władysława Strzembosza do Kazimierza Woźnickiego z 3 czerwca 1906 r., w którym znany w świecie paryskim działacz endecji pisze: "Kochany Panie Kazimierzu! Udaję się do Pańskiej wysokiej protekcji u Jego patronów, vel patrona barona [Taubego - F.Z.]. Jest tu prawnik skończony z Uniw[ersytetu] Kijowskiego, trochę literat (niestety z "Chimery"), poza tym bardzo porządny człowiek p. Lesman v. Leśmian, trochę z Żydów, od roku ożeniony, który tu już parę lat siedzi na pensji z domu. Obecnie z domu nic nie ma, nie przysyłają wskutek strejków i innych historyj Waryńskich, chce więc wrócić do domu z żoną, ostatecznie nawet sam. Czy by nie przydało się na co poradzić mu, żeby napisał do T[aubego] lub do "księcia pana" [Witolda Czartoryskiego] o pożyczkę, i o ile. Potrzebuje ze 200 fr. na dwoje, w ostateczności 80-100 dla niego samego. Ja go osobiście nie znam, polecają mi go jednak ludzie, do których mam zupełne zaufanie. Może mi Pan słówko odpowiedzi da w tym względzie i ewentualnie jak pisać należy do możnych tego świata, by ich serca i sumienia wzruszyć"36. Wszystko wskazuje na to, że Woźnicki wskazał właściwą drogę zabiegów o pożyczkę dla Leśmiana, wrócił on bowiem wkrótce do kraju wraz z żoną.

Kłopoty finansowe nie oszczędzały większości polskich pisarzy przebywających w Paryżu. Wiele informacji na ten temat znajdujemy w korespondencji Żeromskiego czy Reymonta z okresu ich pobytu w stolicy Francji. Na brak gotówki cierpiał także Wacław Berent. Potwierdza to m.in. jego korespondencja z Michałem Siedleckim, przechowywana w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej. Do pracującego w Stacji Zoologicznej w Wimereux nad Kanałem La Manche Siedleckiego pisze więc autor Próchna w dniu 22 grudnia 1903 r., iż nie może jeszcze zwrócić mu długu sprzed roku w wysokości 100 franków, bowiem "Miałem w tych czasach właśnie kilka długów dokuczliwych, które pochłonęły cały mój zapas gotówki - wraz z humorem"37.

Oczywiście, pobyt w Paryżu pisarzy niekoniecznie musiał wiązać się z dramatami i kłopotami finansowymi. Dla zdecydowanej większości była to przede wszystkim niezwykła okazja spotkania się z cudownym miastem. Stefan Krzywoszewski, bezpośrednio po przyjeździe do Paryża w 1897 r., nawiązał kontakt z bibliotekarzem pracującym w Stacji Akademii Umiejętności, Konstantym M. Górskim. Był to początek wielkiej przygody pisarza z Paryżem. Po latach pisał on o tamtych dniach: "Włóczyliśmy się często z Górskim po muzeach Luwru i Luksemburgu, wstępowaliśmy do Cluny lub Guimefa. "Kociogórski" (tak zwała go cyganeria artystyczna Krakowa) mówił o sztuce czarująco. Sypał anegdotami z Vasariego, zapalał się, przeskakiwał z tematu na temat. Pamięć miał niewyczerpaną. Kończyliśmy wędrówki zwykle w małym barze Bols'a na bulwarze Montmartre, przy kieliszkach starego Schiedam'u"38. Dla Sieroszewskiego z kolei była to przede wszystkim wspaniała okazja do... podjęcia pracy polityczno-wojskowej. Przybył on do Paryża wraz z rodziną w 1911 r. Może dlatego, że nie znał jeszcze języka francuskiego39, bez reszty poświęcił się organizowaniu pośród rodaków drużyny "Strzelców". W dniu 15 grudnia 1911 r. wysyła też list do Henryka Gierszyńskiego, w którym czytamy: "Kochany, drogi Panie! Utworzyło się tutaj w Paryżu kółko z kilkunastu ludzi, którzy ćwiczą się wojskowo w służbie szeregowej, mustrze i ćwiczeniach z bronią, na wypadek gdyby ojczyzna zapotrzebowała ich życia i krwi. Brak nam karabinów dla ćwiczeń, dla chwytów. Drogi Pan ma 8 coś szaspotów z bagnetami, które ogromnie by nam tę naukę chwytów ułatwiły. Zwracam się więc do drogiego Pana z gorącą prośbą o wypożyczenie nam tej broni na parę miesięcy. Gdyby kochany Pan przychylił się do tej prośby, to prosiłbym o wysłanie paki według adresu: M. Smogólski, r. Vercingetorix, n 3, Paris XIV. Broń po skończeniu ćwiczeń zostanie zwrócona w całości do cennego zbioru Szanownego Pana. Prosilibyśmy o załączenie do szaspotów bagnetów, o ile są, rozumie się... Chodzi o chwyty, do strzelania mamy parę odpowiednich karabinów, ale mało"40. Dziwi w tym wypadku nieco niefrasobliwa postawa Sieroszewskiego, który przecież niedawno powrócił z Syberii. Prosić o przesłanie karabinów pod adresem Polaka w Paryżu, to przecież nieledwie jawne wyzwanie rzucone francuskiej policji, która dobrą opieką otaczała polską kolonię. Wygląda na to, że Gierszyński szybko uświadomił Sieroszewskiemu niebezpieczeństwa związane z taką przesyłką, zaproponował mu też inne rozwiązanie, w dniu 22 grudnia 1911 r. Sieroszewski pisze bowiem do doktora z Ouarville: "Aby ująć kłopotu drogiemu Panu i sobie, a wszystkim wydatków, znaleźliśmy malarza z francuskim nazwiskiem, który zgodził się odebrać skrzynię z karabinami, potrzebnymi mu do rzekomego obrazu. Należy więc karabiny (prosimy i o bagnety) zapakować do skrzyni i położyć na niej następny napis: Monsieur Venceslas d'Erceville, artiste peintre, 8, r. Maison Dieu, Paris XIV. Fusils anciens. Koszta opakowania i transportu poniesie z przyjemnością nasze kółko, dla którego usługa drogiego Pana ma niezmierne znaczenie"41. Plan ten ostatecznie został przyjęty i wykonany. Począwszy od stycznia 1912 r. polscy "Strzelcy" z Paryża mogli gotować się do boju o Polskę, ćwicząc... karabinami kupionymi przez Rząd Narodowy w 1864 r. i przez dziesięciolecia przechowywanymi przez byłych powstańców na dzień walki o Polskę! Wszystko wskazuje na to, że karabiny te pozostawały na wyposażeniu "strzeleckiej szkoły oficerskiej" w Paryżu także w roku 1914, kiedy wizytował ją Józef Piłsudski.

Sieroszewski - trzeba to zaznaczyć - wcale zresztą nie ograniczał swej aktywności w Paryżu do spraw związanych z ruchem strzeleckim. Zachowane w Bibliotece Polskiej materiały pozwalają stwierdzić, że w 1911 r. był on jednym ze współorganizatorów uroczystości obchodu 50. rocznicy śmierci Joachima Lelewela. Wraz z Żeromskim, Strugiem, Bolesławem Motzem i Henrykiem Gierszyńskim wszedł nawet w skład komitetu, który miał rozstrzygnąć konkurs na biografię Lelewela, rozpisany (ale ostatecznie - niezrealizowany) przez polskie ugrupowania socjalistyczne w Paryżu. W maju 1913 r. stanął natomiast na czele "Polsko-Tureckiego Towarzystwa Studiów, Sztuki i Literatury", jakie powołano w związku ze zbliżającą się nieuchronnie wojną (jako odpowiednik podobnego Towarzystwa, jakie założył w Krakowie Wacław Tokarz).

Jeszcze większą aktywność w życiu kolonii paryskiej przejawiał Wacław Gąsiorowski, wieloletni sekretarz Towarzystwa Polskiego Artystyczno-Literackiego, jeden z przywódców paryskiego "sokolstwa", niezmordowany wydawca "Polonii". O jego działalności - podobnie jak o działalności wielu innych pisarzy - przyjdzie jednak jeszcze pisać na dalszych kartach niniejszej książki.

Pisarze z zasady pracowali w Paryżu nad swoimi nowymi powieściami, dramatami czy poematami. Wiadomo też, że w okresie przełomu XIX-XX w. właśnie w stolicy Francji powstało wiele dzieł należących dziś do klasyki literatury polskiej. Tu Gabriela Zapolska napisała m.in. Szmat życia i Menażerię ludzką, Reymont znaczne partie Chłopów oraz Wampira, Żeromski Urodę życia, Wierną rzekę, a także znaczną część Dziejów grzechu, Sieroszewski - Beniowskiego i Zacisze, Krzywoszewski Panią Julię, Gąsiorowski Księżnę Łowicką, Nihilistów, Emilię Plater... Wyliczenie to można byłoby kontynuować dosyć długo. Nie chodzi jednak w tym wypadku o pełną dokumentację, raczej - o zasygnalizowanie ważnego zjawiska.

Pisarze z zasady utrzymywali bliskie kontakty z malarzami, rzeźbiarzami czy aktorami, tworząc wspólnie barwny obraz polskiej cyganerii artystycznej.

Oczywiście, byli pośród nich także i tacy, którzy trzymali się z dala od polskiego ruchu. Wacław Rolicz-Lieder, który przybył do Paryża na studia orientalne, wszedł w krąg pisarzy i poetów skupionych wokół Mallarmégo, bardzo rzadko nawiązując kontakty z Polakami. Z polską kolonią artystyczną nie utrzymywał kontaktów autor Alkhadara, Edmund Chojecki, znany w stolicy Francji kierownik Biblioteki Senatu i ceniony powieściopisarz oraz dramaturg, występujący pod pseudonimem Charles Edmond. Bardzo rzadko stykał się z polskimi pisarzami i artystami Zygmunt Kaczkowski, który tu wprawdzie napisał wiele powieści, z Olbrachtowymi rycerzami na czele, ale którego prawie bez reszty pochłaniały sprawy finansowe. Nic dziwnego więc, że gdy zmarł w 1896 r., na cmentarz w Montmorency odprowadziła go zaledwie garstka rodaków42.

Młodsi twórcy z zasady łączyli się w towarzyskie grupy i nieformalne stowarzyszenia. Zacieśnianiu więzi sprzyjały zazwyczaj koleżeńskie spotkania w pracowniach poszczególnych artystów. Michał Siedlecki pisze np. o spotkaniach w pracowni malarskiej swego brata Franciszka: "Zbieraliśmy się czasami wieczorami, dyskutowaliśmy o sprawach twórczości, o sztuce i jej zadaniach, o zagadnieniach przyrodniczych, a najczęściej o Polsce, o jej przyszłości i losach [...]. Przybyszewski grał na fortepianie, w półmrocznej pracowni mego brata siedzieliśmy grupami, mówiąc cicho, zwierzaliśmy się z planów prac, z myśli twórczych, z tęsknot, radości i smutków. A przez dzień szło się do pracy"43. Głównym wszakże miejscem spotkań artystycznej cyganerii były paryskie kawiarnie. Krzywoszewski wspomina: "Schodziliśmy się wieczorami w Café Flore na bulwarze St. Germain. Inne grupy spotykały się w Café Procope, w Regence, później w Rotundzie"44. Wiadomo, że polskich pisarzy i artystów spotkać można było w kawiarni Voltaire (przez całe lata miał tu swój stolik Ludwik Mierosławski), Marengo, Ventier, Pantheon... Jednym z najważniejszych ośrodków polskiego życia towarzyskiego był hotel Stanisława Kocha. Jak pisał w 1897 roku redaktor "Wolnego Polskiego Słowa": "Szeroką popularność swą we wszystkich warstwach i kołach naszego społeczeństwa zdobył sobie pan Koch tym, że zawsze pamiętał o tym, że jest Polakiem, oraz o tym, że to miano cięższe bodaj obowiązki na obczyźnie niż w kraju na każdego z nas nakłada. Nikt też z potrzebujących rady lub poparcia zawiedziony od progu pana Kocha nie odstąpił"45. We wspomnieniach Lorentowicza i innych autorów znaleźć można barwne opisy życia tej swoistej polskiej wyspy na paryskim morzu. Tu mieszkali przede wszystkim studenci, ale także krytycy (jak choćby Antoni Lange), tu redagowano socjalistyczną "Pobudkę", przygotowywano scenariusze obchodów narodowych, akcji politycznych... Równie bogatą legendą obrósł inny ośrodek życia polskiej kolonii artystyczno-literackiej w Paryżu: położona w samym środku Montparnasse, przy głośnej do dziś w świecie malarskim rue de la Grande Chaumi?re 13, jadłodajnia pani Charlotte Futterer. Przeszła ona do legendy literackiej, o czym najlepiej świadczą eseje i szkice pióra Karola Maszkowskiego46 czy Wojciecha Natansona47. Bywali w niej: August Strindberg i Paul Gauguin, Alfons Mucha i poeta francuski Camille Mauclair. Bywali także Polacy ze Ślewińskim, Wyspiańskim i Miriamem na czele. W 1919 r. pisał Michał Siedlecki: "Na tej samej uliczce Rue de la Grande Chaumi?re była pod 13-tym numerem mała "Cremerie", której ściany były obwieszone obrazami: przepyszny piórkowy rysunek Podkowińskiego, pastele Wyspiańskiego, czwórka Chełmońskiego i jabłka Ślewińskiego, obok fotografii Strindberga, rysunków norweskiego Muncha i Muchy, czeskiego malarza-dekoratora, świadczyły o tym, kto tam bywał; podwórzec tego domu miał prawą ścianę ozdobioną ogromnym widokiem ogrodu luksemburskiego doskonale namalowanym przez... Wyspiańskiego"48. Niezwykle ożywiona u progu lat dziewięćdziesiątych cremerie pani Charlotte z upływem czasu zaczęła tracić swą wyjątkową pozycję. Z polskich artystów i pisarzy u progu wieku XX odwiedzali ją jeszcze Przesmycki i Przybyszewski, Lorentowicz i Reymont, coraz wyraźniej przecież zaczęła ustępować ona miejsca nowemu ośrodkowi życia polskiej kolonii artystycznej, który powstał tuż obok Panteonu, na małej uliczce Le Goff, w hotelu Du Brésil. Mieszkający bądź w samym hotelu, bądź w najbliższym jego sąsiedztwie polscy pisarze i artyści upatrzyli sobie znakomitą jadłodajnię tego właśnie hotelu na miejsce stałych spotkań. Jan Lorentowicz wspominał po latach: "Jadaliśmy tam stale z Reymontem, a zaglądali też do nas na obiady: Żeromski, Przybyszewski, Miriam, Rydel, K. Górski, W. Kosiakiewicz i inni. [...] Jedną część stołu zajmowali Francuzi, Rumuni, Włosi, Szwedzi, Młodoturcy, Amerykanie; drugą, dość znaczną - Polacy [...]. Właścicielka pensjonatu, madame Cambrai, okazywała nam szczególne względy. Znosiła z największą pobłażliwością nasze wybryki, np. stałe spóźnianie się na obiad, za co gromiła swych współrodaków. Lubiła nas bardzo, więc przechrzciliśmy ją na "panią Kambrejską", co jej się tak podobało, że podpisywała się tym spolszczonym nazwiskiem na podawanych nam rachunkach"49. Z innych źródeł wiadomo, że w restauracji hotelu Du Brésil stałymi gośćmi bywali także: Jan August Kisielewski, Wanda Landowska, Maria Szeliga, Stanisław Gierszyński i inni.

W życiu artystyczno-literackim polskiego Paryża istotną rolę odgrywały "polskie domy". Prowadzili takie niekiedy arystokraci, pisarze i artyści rzadko bywali jednak w nich goszczeni (najczęściej jeszcze bodaj u Czartoryskiego). Ci trafiali zazwyczaj do innych domów. m.in. do Janiny i Stanisława Krakowów, właścicieli zakładu chromolitograficznego; do Zofii i Bolesława Motzów, których dom "był istną ambasadą lewicy polskiej w stolicy republiki francuskiej"50, ale gdzie bywali także malarze i poeci. Salon literacki - głównie dla przedstawicieli starszego pokolenia - prowadziła Seweryna Duchińska. Młodzież artystyczno-literacka często spotykała się natomiast w domu Marii Szeligi i Edwarda Loevy'ego, leżącym przy rue Gaget-Gabillot. W każdy poniedziałek zjawiała się tu gromada zaprzyjaźnionych cudzoziemców, Francuzów a także Polaków. Częstym gościem bywała Gabriela Zapolska, "bywał Wacław Lieder, bywał Antoni Złotnicki, bywał Antoni Lange. Na wieczorkach tych, przy herbatce i ciasteczkach, gawędziło się bardzo mile, a nie brakło i muzyki"51. Z upływem lat salon Marii Szeligi stał się ostoją międzynarodowego ruchu feministycznego w Paryżu. Wciąż jednak można było spotkać tu polskich artystów (szczególnymi względami pani domu cieszył się Jan August Kisielewski).

Władysław Mickiewicz przyjmował swych polskich gości w mieszkaniu przy rue Guenegaud 7. Jego salon, jak twierdzą świadkowie epoki, posiadał nieco staroświecki charakter. "Dom Mickiewiczów miał [...] jakiś urok wyspy przeszłości", pisał więc Edward Ligocki52. Bywali tu ludzie starszego pokolenia, często Litwini, zdarzali się jednak także młodzi artyści, jak choćby Tadeusz Makowski. Z zasady Mickiewicz nie przyjmował w swym domu księży.

Specyficzny charakter miały spotkania artystów i pisarzy w mieszkaniu Władysława Górskiego. Sławny wirtuoz skrzypiec wraz z żoną Heleną, późniejszą małżonką Paderewskiego, urządzał w swym mieszkaniu przy rue Boissi?re "muzykalne piątki", "bardzo świetne niekiedy, bo uświetnione grą Paderewskiego (mieszkającego w tym samym domu o piętro niżej), Stojowskiego, Gerosa i wielu innych artystów paryskich"53. Muzyczny salon prowadziła także matka Zygmunta Stojowskiego. W jej apartamentach przy rue Richelieu bywali Mickiewiczowie, Paderewski, Władysław i Helena Górscy, a także muzycy francuscy, amerykańscy czy angielscy. Zdaniem literatów polskich najważniejszy wszakże "polski dom" znajdował się nie w Paryżu, ale w odległej od stolicy Francji o ok. 80 km miejscowości Ouarville k. Chartres. Jan Lorentowicz pisał w 1935 r.: "W ciągu wielu lat przed wojną, w prowincji Beauce we Francji, w zamożnej wsi Ouarville istniała szczególna ambasada polskości. Była to obszerna siedziba dra Henryka Gierszyńskiego, położona na krańcu wioski, przy szosie, otoczona ogrodem, pogodna i niezwykle sympatyczna"54. W domu tym, prowadzonym przez panią Marię Gierszyńską całkowicie po polsku, schronienie na starość znalazło kilku rezydentów, a pośród nich Sylwester Staniewicz, powstaniec listopadowy, który w 1846 r. był emisariuszem paryskiego Towarzystwa Demokratycznego Polskiego do Rzeczpospolitej Krakowskiej, oraz gen. Walery Wróblewski, wsławiony dowódca z czasów powstania styczniowego, w roku 1871 - jeden z naczelnych wodzów Komuny Paryskiej. Do Ouarville jeżdżono z Paryża niby do Mickiewiczowskiego Soplicowa: aby "nadyszeć się polskością". "Bywały wypadki - wspomina Lorentowicz - że przyjeżdżaliśmy po kilkunastu jednocześnie. Oprócz polityków, zapraszano również literatów i artystów-plastyków. Lange, Reymont, Jaroszyński, Złotnicki, E. Przewóski byli częstymi gośćmi"55. Częściej jednak do domu Gierszyńskich podążali młodzi, wygłodzeni artyści w pojedynkę. Znajdowali tu zawsze gościnę, mieszkanie, wyżywienie, a nade wszystko - niepowtarzalną atmosferę polskiego ogniska. Wiele tygodni i miesięcy spędził też w Ouarville w latach dziewięćdziesiątych Władysław S. Reymont. Odwiedzali dom Gierszyńskich Żeromscy, Strug, Sieroszewscy. Tu "zaraził" się polskością późniejszy genialny tłumacz Chłopów na język francuski, Franek Louis Schoell56. Wyspą polskości, do której przez długie lata tęskniła, stał się on dla Ellen Wester, wspaniałej tłumaczki literatury polskiej na język szwedzki57.

Paryż "młodopolski" to jednak nie tylko sprawa pobytu w tym mieście kilkuset artystów i polskich pisarzy. To setki imprez i uroczystości o charakterze artystyczno-literackim. To wysiłek wielu Polaków i Francuzów mający na celu promocję w Europie polskiej sztuki i literatury. To próby skupienia wokół spraw polskich twórców i intelektualistów francuskich. To zabiegi setek ludzi o otwarcie Polsce drogi do Europy, a tym samym - o przygotowanie dnia przyszłego zmartwychwstania Ojczyzny nad Wisłą. O tych sprawach piszemy w następnych rozdziałach książki.

1 Por.: J. Skowronek, Cmentarz polski w Montmorency, Warszawa 1986.

2 Zyzma (E. Przewóski), Korespondencja z Paryża, "Kraj" 1890, nr 1.

3 Interesujący obraz polskiej arystokracji w Paryżu zawiera korespondencja M. Golberga z 1891 r. ogłoszona w petersburskim "Kraju". Autor pisze o balu kostiumowym, jaki urządziła w Paryżu księżna Leon z okazji zaręczyn jej córki z księciem de Montmorency. Na balu, jakiego Paryż nie widział od czasów wojny domowej w 1871 r.: "polski nasz świat tutejszy dość licznie był reprezentowanym [...] Między zaimprowizowanymi boginiami i królowymi rozmaitych krajów, a rzeczywistymi boginiami piękności, figurowała najpierw w kadrylu, przedstawiającym cztery strony świata, księżna Dominikowa Radziwiłłowa, jako cesarzowa japońska. W świcie jej występowali, oprócz męża, książę Kazimierz Lubomirski i p. Morawski. Księżnę Konstantynową Radziwiłłową odział Worth w strój "ptaka rajskiego", a jej męża w mundur strzelców angielskich z czasów Tudorów. Hrabina Tyszkiewiczowa pokazała się w stroju polskiej białogłowy z XVII w. Hr. Maria Branicka, jako "Noc", przybyła z dwoma córkami w strojach z dworu Ludwika XV. Hrabia Orłowski wdział autentyczną zbroję Karola V-ego, przechowywaną w zbiorach księcia de Leon, a pan Kazimierz Waliszewski czarny strój dyplomaty z wieku XV-go. W karnawałowym orszaku włoskim pląsał hr. Koziebrodzki, jako "Pierrot"" [Nemo (M. Golberg), Z nad Sekwany, "Kraj" 1891, nr 22].

4 "Wolne Polskie Słowo", 15 X 1892.

5 A. Potocki, Kolonia paryska, "Sztuka" 1904-1905, z. VIII-IX, s. 393-394.

6 S. Krzywoszewski, Długie życie. Wspomnienia, Warszawa 1947, t. I, s. 103.

7 W. Gąsiorowski, Emigracja intelektualna, "Tygodnik Ilustrowany" 1913, nr 16.

8 S. Krzywoszewski, dz. cyt., s. 98.

9 W. Gąsiorowski, dz. cyt. Ferdynand Hoesick w swych Listach paryskich daje konkretny dowód tej tezy. Pisze on o Ludwiku de Laveaux, który "choć już blisko rok mieszka w Paryżu, po francusku mówi bardzo słabo, co nawet budzi niemałą sensację wśród jego francuskich kolegów; bo zrozumieć nie mogą po prostu, jak człowiek, który nazywa się Delaveaux, a więc jest rodowitym Francuzem, nie tylko nie umie mówić po francusku, ale jeszcze na domiar złego uważa się za Polaka, za polskiego malarza" [F. Hoesick, Paryż, Kraków 1923, s. 508].

10 Inicjatorami wzniesienia obu pomników Chopina byli Francuzi. Polacy ograniczyli w tym wypadku swój udział do... obecności na uroczystościach ich odsłonięcia. Przy okazji warto tu wspomnieć o poronionym pomyśle paryskich Polaków sprowadzenia prochów Chopina do Krakowa. W 1899 r. powstał nawet specjalny komitet dla realizacji tego przedsięwzięcia, który otrzymał od Ignacego Paderewskiego 2 tysiące franków na działalność. Wkrótce jednak ową działalność zawiesił.

11 "Kraj" 1890, nr 14.

12 W 1890 r. Paderewski dał w Paryżu kilka koncertów na rzecz głodujących w Galicji.

13 W kronikach życia kolonii polskiej w Paryżu znajdują się wzmianki o zasiłkach Paderewskiego dla studenckiej "Bratniej Pomocy" (np. w 1892, 1893).

14 "Świat" 1906, nr 28.

15 Korespondent warszawskiego "Świata" pisał: "Jej wielkie oczy o aksamitnym, słodkim spojrzeniu, jej sylwetka o miękkich liniach legendarnej postaci, ruchy, którym odcień bojaźliwości nadaje urok odrębny - wszystko to przypomina bohaterki Maeterlincka lub dziewice Burne Jonesa" (tamże).

16 Por. T. Sivert, Polscy artyści na francuskich scenach (w:) Polacy w Paryżu, Warszawa 1980.

17 Nemo (M. Golberg), Z nad Sekwany, "Kraj" 1890, nr 14.

18 Por.: Z. Raszewski, Paryskimi śladami Zapolskiej, "Pamiętnik Teatralny" 1956, z. 2-3; J. Czachowska, Gabriela Zapolska, Kraków 1966; W. Natanson, Zapolska na drodze do sławy (w:) Z różą czerwoną przez Paryż, Kraków 1970.

19 T. Sivert, dz. cyt.

20 W styczniu 1912 r. W. Siemaszkowa wystąpiła dwukrotnie w sali Towarzystwa Geograficznego z programem poetyckim, w którym recytowała wiersze Konopnickiej, Lenartowicza, Staffa, Wolskiej, Kasprowicza i Wyspiańskiego. Występy te odnotowały pisma polskie (np. "Tygodnik Ilustrowany", "Świat", "Dziennik Poznański"), a także prasa francuska, co potwierdziła artystka w liście skierowanym do K. Woźnickiego z 12 I 1912: "Otrzymałam wycinki francuskie i stosownie do życzenia Pana podziękowałam panu Muret" (Archiwum K. Woźnickiego, Biblioteka Polska w Paryżu, t. 37).

21 Nemo (M. Golberg), Z nad Sekwany, "Kraj" 1891, nr 42.

22 M. Konopnicka, Luźne kartki, "Kraj" 1893, nr 19.

23 H. Piątkowski, Ludwik de Laveaux, "Tygodnik Ilustrowany" 1894, nr 16.

24 S. Krzywoszewski, dz. cyt., t. I, s. 102.

25 G. Zapolska, Echa warszawskie, "Przegląd Tygodniowy" 1894, nr 38.

26 A. Potocki, dz. cyt., s. 396.

27 Bodaj najcieplej o wystawie Ślewińskiego pisał "Le Temps" z 30 III 1897.

28 Por.: "Bulletin Polonais", 15 V 1898.

29 Por.: "Le Journal", 25 III 1900; "L'Idée", 15 V 1900; "La Fronde", 9 IV 1900.

30 O dzieła tych malarzy upominał się krytyk "Głosu Wolnego" z 20 IV 1900.

31 "Bulletin Polonais", 15 V 1900. Warto przy okazji zauważyć, że zorganizowana w tym samym czasie w paryskiej Szkole Sztuk Pięknych wystawa mistrzów japońskich spotkała się z bardzo żywym, wręcz entuzjastycznym przyjęciem francuskiej publiczności.

32 W. Gerson ogłosił na łamach pisma "Le Journal des Arts" artykuł, w którym uzasadniał swą decyzję odmowy przyjęcia brązowego medalu stwierdzeniem... iż otrzymywał już wyższe nagrody.

33 "Polonia" 1914, nr 9.

34 J. Lorentowicz, Spojrzenie wstecz, Warszawa 1935, s. 57.

35 B. Leśmian, Listy do Zenona Przesmyckiego Miriama, Rkpsy BN w Warszawie, sygn. 2851.

36 W. Strzembosz, Listy do Kazimierza Woźnickiego, Archiwum K. Woźnickiego, dz. cyt., t. 39.

37 W. Berent, Listy do Michała Siedleckiego, Biblioteka Jagiellońska, rkpsy sygn. Przyb. 31/86.

38 S. Krzywoszewski, dz. cyt., t. I, s. 86. Swoiste potwierdzenie tych uwag znajdujemy w korespondencji obu pisarzy przechowywanej w Bibliotece Jagiellońskiej. W dniu 25 września 1900 r. Krzywoszewski pisał więc do "Kociogórskiego": "Drogi Panie Konstanty! Ogromną przyjemność zrobił mi Pan swym listem. Myślałem, że już Pan zapomniał o dawnym towarzyszu paryskich wędrówek - który pamięć Mistrza chowa zawsze w sercu, razem z głęboką wdzięcznością. Z wdzięcznością? A tak, drogi Panie, ja Panu zawdzięczam naprawdę bardzo wiele. Obudził Pan we mnie i rozwinął zamiłowanie do sztuki, nauczył wiele rzeczy. Jeśli kiedykolwiek w nekrologach napiszą, że tkwił we mnie kawałek artysty, to zza grobu upomnę się w redakcjach o sprostowanie: to nie jego była zasługa lecz Górskiego. Niech mi Pan wierzy, że takie jest we mnie szczere przekonanie" (BJ, rkpsy sygn. 7725 III).

39 Sieroszewski potwierdza nieznajomość języka francuskiego w liście do Woźnickiego z 8 listopada 1911 (Archiwum K. Woźnickiego, dz. cyt., t. 37).

40 W. Sieroszewski, Listy do Henryka Gierszyńskiego, Archiwum Gierszyńskich w Bibliotece Polskiej w Paryżu.

41 Tamże.

42 Jan Lorentowicz, który był na tym pogrzebie, pisał w dniu 10 IX 1896 w liście do Henryka Gierszyńskiego: "Wczoraj pochowaliśmy Zygmunta Kaczkowskiego, powieściopisarza. Nie umiem wypowiedzieć, jakie przygnębiające wrażenie sprawił na mnie ten pogrzeb. Było nas w Montmorency 16 osób, przeliczyłem umyślnie! A przecież, pomimo tak małej garstki, nie widziałem nikogo, na czyjej twarzy odmalowałby się uroczysty jakiś nastrój, poczucie, iż chowamy bądź co bądź wielkiego człowieka. Staliśmy przy trumnie, jakby z ciężkiego obowiązku, dla zasady. Korzeniowski [Józef, delegat AU w Paryżu - F.Z.] zaimprowizował kilka nędznych zdań i rozeszliśmy się ociężale i smutnie. Taki miał pogrzeb twórca najpiękniejszych naszych powieści, autor Murdelia, Bajronisty, Olbrachtowych rycerzy. Jego splamione w powstaniu nazwisko, pomimo iż je wiele razy oczyszczano, pomimo iż Miłkowski np. zawsze z Kaczkowskim stosunki utrzymywał - nigdy nie odzyskało dawnego miru. Umarł odwiedzany przez Korytkę (który nawet w Montmorency nie był), umarł jak nikomu nieznany. Gdy byłem na cmentarzu, znalazłem na grobie Delfiny Potockiej napis:

Jeszcze kielich mojej doli

Wiele kropel ma,

Muszę cierpieć, pić powoli

Wypić aż do dna!...

Jakże dobrze przenieść by ten napis można na nagrobek Kaczkowskiemu, którego zapewne teraz, po śmierci, na nowo oskarżać zaczną. Sam winien naturalnie, że się odstrychnął, że życiem politycznym nie interesował się, że oddał się spekulacjom giełdziarskim" (J. Lorentowicz, Listy do Henryka Gierszyńskiego, Archiwum Gierszyńskich, dz. cyt.).

43 M. Siedlecki, Na drodze życia i myśli. Pisma pośmiertne uzupełnione wyciągami z "Notatnika wojennego" Ewy Siedleckiej, Wrocław 1966, s. 54.

44 S. Krzywoszewski, dz. cyt., t. I, s. 103.

45 "Wolne Polskie Słowo", 15 IV 1897.

46 K. Maszkowski, U Madame Charlotte (w:) Wyspiański w oczach współczesnych. Opr. L. Płoszewski, Kraków 1971, t. I, s. 347-349.

47 W. Natanson, Wielka Melpomena w salach Luwru (w:) Z różą czerwoną przez Paryż, dz. cyt., s. 206-228.

48 M. Siedlecki, Paryż 1919. Wrażenia i wspomnienia, Kraków 1919, s. 111-112.

49 J. Lorentowicz, Nocny napad na filologa (w:) Spojrzenie wstecz, dz. cyt., s. 15-16.

50 S. Koszutski, Walka młodzieży polskiej o wielkie ideały. Wspomnienia z czasów gimnazjalnych i uniwersyteckich. Siedlce, Kielce, Warszawa, Kijów, Berlin, Paryż (1887-1900), Warszawa 1928, s. 145.

51 F. Hoesick, Powieść mojego życia. Dom rodzicielski. Pamiętniki, Wrocław 1959, t. I, s. 534.

52 E. Ligocki, Dialog z przeszłością, Warszawa 1970, s. 70.

53 F. Hoesick, Powieść..., dz. cyt., t. I, s. 555.

54 J. Lorentowicz, Starzy i młodzi, (w:) Spojrzenie wstecz, dz. cyt., s. 180.

55 Tamże, s. 153.

56 Por.: F.-L. Schoell, Pielgrzymka do Ouarville, "Tygodnik Powszechny" 18 IV 1976.

57 W zbiorach Biblioteki Polskiej w Paryżu zachowała się obfita korespondencja Ellen Wester z Gierszyńskimi, która w pełni potwierdza znaczenie domu w Ouarville także w biografii tej tłumaczki.

Ludzie pogranicza

N aturalnymi sprzymierzeńcami sprawy polskiej w Paryżu byli synowie emigrantów listopadowych i styczniowych. We Francji w latach trzydziestych XIX w. osiadło ponad 5 tysięcy polskich uchodźców. Kilka kolejnych tysięcy wyrzuciła na ziemię francuską burza styczniowa z 1863 roku. Część z tych ludzi po latach wróciła do kraju, inna część, i to dosyć znaczna, nigdy nie założyła rodzin, umierając we Francji bezpotomnie. Mimo wszystko spora jednak gromada polskich emigrantów wrosła w krajobraz francuskiej ziemi, zapuszczając tu głęboko korzenie. To z myślą przede wszystkim o nich i ich dzieciach już w latach trzydziestych XIX w. światłe grono rodaków założyło Szkołę Polską na Batignolles. Początkowo uczęszczało do niej kilkuset młodych ludzi rocznie, z upływem czasu liczba uczniów szkoły zmalała, absolwenci jej z coraz większym trudem posługiwali się też językiem polskim. O polskim charakterze wychowania decydował wszakże - w większym stopniu niż szkoła - dom rodzicielski. Niestety, domów podobnych do tego, jaki stworzyli w Ouarville Gierszyńscy, w którym dzieci mówiły biegle po polsku, często zdobywając wiedzę o kraju ojców w dalekim Krakowie, było niewiele. Zdecydowana większość potomstwa byłych polskich powstańców weszła całkowicie w środowisko francuskie, zapominając języka ojców.

Właściwie trudno się temu dziwić. Więzi z Polską i jej kulturą - zdarzało się - zrywali ludzie, którzy do Francji trafili już w wieku dojrzałym, z ustaloną reputacją w świecie kultury polskiej. Najjaskrawszym bodaj przykładem tego zjawiska jest historia życia wzmiankowanego już tutaj Edmunda Chojeckiego. Autor sławnego "ustępu z życia ojców naszych", zatytułowanego Alkhadar, w Paryżu przebywał od schyłku lat czterdziestych XIX wieku. Tu nawiązał bliskie kontakty nie tylko z księciem Napoleonem (którego został sekretarzem), ale i ze środowiskiem pisarzy (zaprzyjaźnił się z Gustavem Flaubertem, braćmi Goncourt, Albertem Sorelem). Po latach uprawiania publicystyki politycznej na łamach "Le Temps" został bibliotekarzem Biblioteki Senatu. W latach siedemdziesiątych - jako Charles Edmond - rozpoczął karierę pisarza francuskiego, całkowicie zrywając więzi z Polakami i kulturą polską. Toteż kiedy w 1899 r. chowano go na cmentarzu P?re Lachaise, kolonia polska w Paryżu żegnała go jako twórcę francuskiego, nie polskiego1.

Podobnie ukształtowały się losy Jana Finckelhausa, warszawskiego adwokata, który w latach 1877-1890 był jednym z redaktorów pism warszawskich, współpracującym ściśle z "Przeglądem Tygodniowym", "Ateneum", "Wędrowcem" i "Tygodnikiem Ilustrowanym". Na początku lat dziewięćdziesiątych, po konflikcie z palestrą warszawską, opuścił Warszawę i osiadł w Paryżu. Tutaj - już jako Jean Finot - wszedł do redakcji "Revue des Revues", którą wkrótce przejął w swoje ręce. Pod jego kierownictwem pismo zyskało ogromną popularność, co potwierdził m.in. Krzywoszewski, w którego wspomnieniach czytamy: "Finot otworzył zagranicy na oścież szpalty swego pisma, czerpiąc z autorytatywnych źródeł zręcznie przesiane wiadomości o życiu politycznym, społecznym i kulturalnym innych narodów. Pomysł okazał się udatnym. "La Revue des Revues" zyskała w krótkim czasie światową poczytność, duży nakład i drogo opłacane reklamy"2. Równocześnie Finot zaczął ogłaszać kolejne książki, przede wszystkim z zakresu życia społecznego Francji współczesnej3. Mimo że zerwał związki z prasą i literaturą polską, zachował nici sympatii dla Polaków. Zamawiał dla swojej "Revue" artykuły o literaturze polskiej. Utrzymywał dosyć bliskie kontakty z Sienkiewiczem, którego w listach do Woźnickiego nazywał "starym, dobrym przyjacielem"4. W odpowiedzi nadesłanej na ankietę Woźnickiego w 1910 r. wykazał się znakomitą orientacją we współczesnej literaturze polskiej.

Trzecim, jeszcze bardziej bulwersującym przykładem polskiego "argonauty" - by posłużyć się terminologią Orzeszkowej - był Kazimierz Waliszewski. Wyrzucony w 1862 r. z warszawskiego liceum za udział w manifestacji antycarskiej, szkołę średnią ukończył w Metzu. Następnie studiował prawo na Sorbonie (zdobył tu tytuł doktora praw). "Odkryty" przez Juliana Klaczkę, został od 1875 r. stałym współpracownikiem krakowskiej Akademii Umiejętności. Na zlecenie Józefa Szujskiego, sekretarza generalnego Akademii, przygotował serię wydawnictw źródłowych dotyczących czasów króla Jana III Sobieskiego oraz schyłku istnienia Rzeczpospolitej. Równocześnie podjął współpracę z prasą warszawską. W 1884 r. dość nieoczekiwanie doszło do konfliktu między młodym badaczem a krakowskimi jego pracodawcami: Waliszewski wysłał na odbywający się właśnie we Lwowie zjazd historyków polskich referat, w którym starał się podważyć tezy uczonych krakowskich o przyczynach upadku Rzeczpospolitej. Wskutek ostrej reakcji na to jego wystąpienie ze strony członków Akademii Umiejętności zerwał współpracę z krakowską instytucją. Po burzliwej polemice prasowej z byłymi naukowymi opiekunami postanowił zasadniczo zmienić krąg swych zainteresowań. Znakomicie wyczuwając wzrost zainteresowań Francuzów problematyką rosyjską, czego dowodem były ponawiane wciąż zabiegi rządu francuskiego o sojusz z mocarstwem Północy, przystąpił do pogłębionych studiów nad dziejami carskiego imperium. Posiadał ku tego rodzaju pracy znakomite przygotowanie: znał arkana warsztatu historyka, a przede wszystkim biegle władał kilkoma językami, w tym rosyjskim, co było wielką rzadkością w ówczesnym środowisku naukowym Francji. Przystąpił do pracy nad biografią naukową carycy Katarzyny II. Pracę swą ogłosił drukiem w 1893 r. własnym nakładem. Moment był ze wszech miar wyjątkowy: wszak właśnie w tym czasie podpisano wreszcie sojusz polityczno-wojskowy między Francją a Rosją! Obszerna, dobrze udokumentowana, a przy tym napisana dobrą francuszczyzną biografia Katarzyny II stała się natychmiast czytelniczym bestsellerem. Jeszcze w tym samym 1893 r. doczekała się dwukrotnego wznowienia. Akademia Francuska ze swej strony przyznała jej autorowi cenioną nagrodę Thérouanne.

Odniósłszy pierwszy sukces, Waliszewski potrafił znakomicie go zdyskontować. W ciągu kilku następnych lat wydał serię książek o carach Rosji: o Piotrze Wielkim, Iwanie Groźnym, Elżbiecie I, Pawle I, Aleksandrze I... Każda z tych prac wzbudzała zainteresowanie czytelników. Ich autor stał się uznanym i poszukiwanym autorem. Dowodem powodzenia były mnożące się przekłady jego książek na języki obce: na angielski, niemiecki, włoski, a nawet rosyjski. U progu lat dziewięćdziesiątych zamilkł więc ostatecznie Waliszewski-badacz dziejów narodowych polskich, "narodził się natomiast świetny, poczytny, rozchwytywany nawet pisarz światowy"5. Wszedł on na stałe do paryskich salonów. Stał się ulubieńcem hrabiów, baronów i markizów. Jeśli jeszcze w 1886 r. przemawiał na zorganizowanej przez kolonię polską w Paryżu uroczystości narodowej z okazji 500-lecia unii Polski z Litwą, a w 1890 r. w imieniu polskich intelektualistów żegnał na cmentarzu w Montmorency prochy Mickiewicza, to teraz, stając się naczelnym biografem carów Rosji, wyraźnie odciął się od środowiska polskiego. Szczególnie mocno dało się to zauważyć po 1900 r., kiedy nawiązał ścisłą współpracę z pismem "Nowoje Wremja".

Swoje odejście od spraw polskich usiłował wesprzeć autorytetem Józefa Conrada (Korzeniowskiego), z którym nawiązał znajomość, i którego próbował wprowadzić do piśmiennictwa francuskiego6 oraz polskiego7. Utrzymywał także bliskie stosunki z Teodorem Wyzewą, innym wybitnym "argonautą" polskim. Po latach, ok. 1910 r., nawiązał współpracę z Komitetem Polsko-Francuskim. W 1911 r. został skarbnikiem Zakładu św. Kazimierza. Praca ta nie zdołała mu jednak przywrócić uznania w środowisku polskim w Paryżu, ani tym bardziej w kraju. Tu nadal był przykładem... zaprzaństwa narodowego.

W pokoleniu synów i córek emigrantów wskazać można kilka grup, dość wyraźnie odbiegających od siebie. Do pierwszej zaliczyć należy zapewne tych, którzy pozostali wierni Polsce, polskiej mowie i polskiej kulturze, mimo że nigdy w kraju ojców nie mieszkali, niezwykle rzadko też go odwiedzali. Byli oni na ziemi francuskiej prawdziwymi ambasadorami sprawy polskiej.

Do tego grona należał w pierwszym rzędzie najstarszy syn Adama Mickiewicza, Władysław. Wychowany w duchu polskim, był na gruncie francuskim prawdziwą instytucją polską. Próbował sił jako francuski tłumacz dzieł Michała Czajkowskiego, Kraszewskiego, Henryka Rzewuskiego, Krasińskiego, Teodora Jeske-Choińskiego, Orzeszkowej, a także swego ojca. W dziejach kultury polskiej zapisał się wszakże przede wszystkim jako niezmordowany wydawca. W założonej przez siebie Księgarni Luksemburskiej ogłosił ponad sto dzieł literackich, politycznych i naukowych polskich i francuskich, a w specjalnej serii "Biblioteka Ludowa Polska" blisko 70 tomów literatury pięknej. Był stałym współpracownikiem czołowych pism francuskich (gdzie pisał o sprawach polskich) i polskich (ogłaszał tu korespondencje z Paryża). Od 1893 r. związał się ze Stacją Naukową Akademii Umiejętności w Paryżu: najpierw był jej sekretarzem, a od 1899 r. bibliotekarzem Biblioteki Polskiej. W 1903 ufundował przy Bibliotece Polskiej muzeum swego ojca, przekazując do niego swe bezcenne zbiory. Jako badacz dziejów życia i twórczości swego ojca ogłosił zarys monograficzny w 1888 r., po francusku, pt. Adam Mickiewicz, a w latach 1890-1895 czterotomową biografię w języku polskim.

Drugim, obok Władysława Mickiewicza, wzorcowym "synem emigranta" - często zresztą posługującym się tym sformułowaniem jako pseudonimem - był Wacław Gasztowtt. Do dziesiątego roku życia nie znał w ogóle języka polskiego (matka była Francuzką). Dopiero lata nauki w Szkole Polskiej na Batignolles sprawiły, że zrósł się na stałe z kulturą polską. Przez wiele lat był Gasztowtt nauczycielem Szkoły Polskiej. Zauroczony literaturą polską, postanowił przyswoić czytelnikowi francuskiemu arcydzieła polskiego romantyzmu, przede wszystkim Słowackiego. Niestety, nie miał uzdolnień literackich i tłumaczył dzieła poetyckie dosłownie. Nic dziwnego, że przekłady te nie zyskały uznania i słusznie poszły w zapomnienie. Natomiast zapisał Gasztowtt ważną kartę w dziejach polskiej kultury przede wszystkim jako redaktor periodyku: "Bulletin Polonais Littéraire, Scientifique et Artistique", który formalnie był organem Stowarzyszenia byłych Uczniów Szkoły Polskiej na Batignolles, a w rzeczywistości - jego własnym pismem (funkcję redaktora dzielił z E. Pożerskim). Wydawany przez kilkadziesiąt lat "Bulletin" jest dziś niezastąpioną kroniką życia emigracji polskiej we Francji. Był nadto Gasztowtt jednym z głównych organizatorów życia kolonii polskiej w Paryżu. Wygłaszał w czasie wieczornic i obchodów narodowych prelekcje o literaturze polskiej, działał w licznych organizacjach i stowarzyszeniach. W r. 1883 Polacy z Paryża zgłosili jego kandydaturę na stanowisko profesora literatur słowiańskich w Coll?ge de France. Nie otrzymał jej, jak wolno sądzić, nie z braku kompetencji, ale ze względów politycznych (Francja szukała w tym czasie możliwości zbliżenia z Rosją, profesorem na katedrze Mickiewicza został więc lektor języka rosyjskiego ze Szkoły Języków Nowożytnych, Louis Léger).

Oddani sprawie kultury polskiej Władysław Mickiewicz i Wacław Gasztowtt stanowili w pejzażu paryskim niewątpliwe wyjątki. Owszem, nie brakowało tu ludzi znających język polski. Nie zajęli oni wszakże znaczniejszego miejsca w kulturze francuskiej. Istniała natomiast nieliczna grupa intelektualistów polskiego pochodzenia, którzy zapisali się mocno w dziejach kultury francuskiej. Do spraw polskich wracali oni jednak późno, z zasady pod koniec życia. Do grona tego należeli w pierwszej kolejności dwaj dosyć szeroko znani na przełomie wieków we Francji uczeni: Fortunat Strowski i Kazimierz Stryjeński.

Pierwszy z nich miał matkę Francuzkę, nigdy też nie nauczył się języka polskiego. Jak wyznał u schyłku życia W. Kosiakiewiczowi, "matka była trochę zazdrosna o swą ojczyznę"8, wychowała go więc na Francuza. Wszechstronnie uzdolniony trafił Strowski do École Normale Supérieure. Po jej ukończeniu podjął pracę w paryskim liceum Lakanal. Wkrótce jednak - po otrzymaniu nagrody za pracę o św. Franciszku Salezym - powołany został na katedrę uniwersytetu w Bordeaux. Tu przygotował dzieło pt. Pascal et son temps, które zostało nagrodzone przez Akademię Francuską. Strowskiego powołano więc na katedrę literatury francuskiej na paryskiej Sorbonie. W Paryżu uczony kontynuował swe badania nad klasyką francuską9. Teraz też dopiero zbliżył się do świata polskiego. Podjął się opieki nad polskimi studentami, włączył problematykę polską do swych wykładów10, wszedł w skład Komitetu Budowy Pomnika Adama Mickiewicza w Paryżu. Oddany niemal całkowicie stworzonemu przez siebie wydawnictwu: Revue des Cours et des Conferences, w którym ogłaszał bądź to pełne teksty, bądź zasadnicze tezy wykładów wybitnych profesorów Sorbony i Coll?ge de France, znajdował przecież czas na pracę w Komitecie Francusko-Polskim. W kwietniu 1912 r. wygłosił też w ramach imprez przygotowanych przez ten Komitet bardzo żywo przyjęty przez środowisko polskie w Paryżu wykład o twórczości Zygmunta Krasińskiego. Kolonia polska ze swej strony doceniła wkład prof. Strowskiego w budowanie pomostu francusko-polskiego w sposób symboliczny: w styczniu 1914 r. Towarzystwo Polskie Artystyczno-Literackie wydało na jego cześć uroczysty bankiet.

Kazimierz Stryjeński, syn powstańca listopadowego Aleksandra, a brat dobrze znanego w Krakowie przełomu wieków architekta, Tadeusza, nie doczekał się wprawdzie katedry na Sorbonie, zdobył przecież we Francji sławę największego w owych czasach znawcy Stendhala. Absolwent Szkoły Polskiej na Batignolles, po studiach na Sorbonie uzyskał w 1885 r. agregację angielską. Wkrótce potem rozpoczął pracę w Grenoble: w tamtejszym liceum i na uniwersytecie. W trakcie poszukiwań w miejscowej bibliotece odnalazł kilka nieznanych dzieł Stendhala, które natychmiast ogłosił drukiem: Dziennik pisarza (wyd. 1888), powieść pt. Lamiel (wyd. 1889) oraz autobiografię zatytułowaną: La vie d'Henri Brulard (1890). Odkrycia te otwarły Stryjeńskiemu drogę do Paryża: otrzymał posadę profesora w sławnym liceum Saint-Louis. Odtąd, aż do tragicznej śmierci w 1912 r., ogłaszał coraz nowe prace, głównie z historii Francji w. XVIII11. Tutaj godzi się podkreślić jego silne związki z kolonią polską. Już w młodości podkreślał swój polski rodowód: ogłaszał wówczas zbiorki poezji pod pseudonimem Casimir de Tarnawa. Przez lata całe współpracował z "Bulletin Polonais"12. W Paryżu roztaczał opiekę nad młodymi artystami polskimi (m.in. na początku lat dziewięćdziesiątych opiekował się przybyłymi do Paryża: Wyspiańskim i Mehofferem). Brał udział w promocji we Francji powieści Sienkiewicza, przede wszystkim Quo vadis13. Szczególnie dużą aktywność w kręgu paryskiej kolonii polskiej przejawiał Stryjeński w ostatnich latach życia. Brał w tym czasie udział w pracach Komitetu Francusko-Polskiego, ogłaszał artykuły o związkach historycznych Polski i Francji oraz roli w nich carskiej Rosji14. Niestety, wypadek samochodowy w górach Jura w dniu 3 sierpnia 1912 przerwał nić jego życia.

Swoistym testamentem związków Stryjeńskiego z Polską jest piękna jego książeczka o Krakowie z roku 1893 pt. Une ancienne Capitale15. W niej najmocniej bodaj odezwała się struna polska w osobowości Stryjeńskiego. W środowisku literackim Francji przełomu wieków XIX-XX zapisało się zaledwie kilka osób polskiego pochodzenia. Obok wzmiankowanego już tutaj Charles'a Edmonda (Chojeckiego) trzeba wymienić syna powstańca listopadowego, popularnego autora powieści i pamiętników z życia literackiego Paryża (Diners de gens des lettres), Alberta Cima-Cimochowskiego. Pisarz ten nie utrzymywał bliższych kontaktów z Polakami. Dopiero pod koniec życia przypomniał sobie polskie korzenie swego rodu i został członkiem Komitetu Francusko-Polskiego. W roku 1912 nawet przewodniczył uroczystościom ku czci Józefa I. Kraszewskiego.

Znacznie większym prestiżem we francuskim środowisku literackim cieszył się inny "syn emigranta" polskiego: Teodor de Wyzewa. Do dziś postać jego wzbudza zainteresowanie historyków literatury francuskiej. Dowodem jest obszerna, dwutomowa monografia poświęcona jego twórczości, wydana w 1967 r., pióra Paula Delsemme. Ale bo też wyjątkowa to postać w dziejach piśmiennictwa francuskiego. Był synem powstańca listopadowego, który po przeszło dwudziestu latach spędzonych na wygnaniu we Francji wrócił na Podole, tu powtórnie ożenił się, by po kolejnych kilku latach, w 1868 r. opuścić rodzinny kraj wraz z rodziną, w tym - z urodzonym w roku 1862 Teodorem. Po ukończeniu studiów uniwersyteckich przez kilka lat Teodor de Wyzewa (Wyżewski) nauczał w gimnazjum. Miłość do literatury i muzyki okazała się jednak zbyt zaborcza. Rychło porzucił więc zawód nauczyciela i stał się... jednym z najbardziej cenionych krytyków, a także pisarzem i współtwórcą symbolizmu we Francji. Wybitna inteligencja, zdolności językowe (znał m.in. angielski, niemiecki, rosyjski, hiszpański, holenderski, włoski, polski) i talent pisarski - wszystko to otwarło mu drogę na francuski parnas literacki. Stał się nieledwie instytucją: głównym pośrednikiem między czytelnikami francuskimi a literaturami narodowymi Europy. W roku 1911 pisał W. Kosiakiewicz: "Wyzewa ma uznanie w literackiej rzeczypospolitej bardzo szczere, głębokie a nawet wyjątkowe; starzy stawiają go młodym za wzór niepokalanej czystości języka, młodzi stawiają go starym za przykład najszerszej i najmniej skrępowanej inteligencji twórczej, otwartej na postęp i nowość"16. Kosiakiewicz, który był znakomicie obeznany z sytuacją na paryskim rynku literackim (przebywał w stolicy Francji przez kilkanaście lat!), wskazywał na wszechstronność talentu Wyzewy. Pisał więc: "uzbrojony wyjątkowo w znajomość języków obcych, czujący głęboko muzykę, wrażliwy na plastyczne sztuki, skłonny do analizy, z natury swego umysłu [...] Wyżewski z łatwością odnalazł sobie własną w piśmiennictwie francuskim drogę"17. Podobnie wysokie oceny dorobku Wyzewy znaleźć można także w innych pismach polskich z lat poprzedzających wybuch I wojny światowej. Trudno bowiem przecenić jego zasługi dla literatury francuskiej. Był jednym z francuskich wielbicieli Wagnera (założył i redagował "Revue Wagnérienne"), teoretykiem estetyki symbolizmu, twórcą literackiego kosmopolityzmu... Nie sposób wymienić tu wszystkie jego zasługi. Był przy tym wszystkim człowiekiem, który zachował pamięć o swym polskim pochodzeniu. Wprawdzie we wczesnym okresie swej działalności literacko-krytycznej zapisał na swym koncie przykrą dla Polaków przedmowę do francuskiego przekładu Bartka zwycięzcy (1886), w której dworował sobie z fonetyki nazwisk polskich pisarzy, z upływem lat coraz częściej jednak zaczął stawiać sobie pytania o własne korzenie. Jak świadczy prowadzony przez niego Journal intime, czuł się... Polakiem, który jednak wypowiadał się po francusku (potrafił czytać, mówić i pisać po polsku, była to jednak polszczyzna "słaba" - co potwierdza Krzywoszewski)18. Z upływem lat wzrastać zaczęło jego zainteresowanie literaturą polską. Wypowiadał się publicznie o literaturze polskiej rzadko: kilkakroć pisał o Sienkiewiczu, ogłosił także szkice o Mickiewiczu, Prusie, Reymoncie i Krasińskim. Dopiero dzięki zabiegom niezwykle ruchliwego w środowisku paryskim Woźnickiego Wyzewa wszedł po roku 1911 nieco silniej w krąg spraw polskich. Nie tylko stał się aktywnym członkiem Komitetu Francusko-Polskiego, ale także... współpracownikiem dwu pism warszawskich: "Tygodnika Ilustrowanego" i "Dziennika Powszechnego". W obu zamieścił w roku 1912 szereg artykułów i "listów paryskich". Wprawdzie współpraca najbardziej bodaj wziętego krytyka paryskiego z pismami polskimi trwała zaledwie kilka miesięcy (pośrednikiem i tłumaczem artykułów Wyzewy był Woźnicki), niemniej godzi się ją tu odnotować. Tym bardziej że zapowiadała ona dalsze zbliżenie Wyzewy do świata polskiego. Dowodem tego była wydana w 1913 r. jedna z najpiękniejszych jego książek: Ma Tante yincentine. Rzecz pomyślana została jako podzwonne zmarłej właśnie ciotce pisarza, Wincentynie Bobrowiczównie, która poszła ze swym bratem, a ojcem pisarza, na emigrację, by poprowadzić mu dom. Jest też "najwspanialszym może nagrobkiem jaki posiadamy. Miłość i żal go stworzyły"19. Nade wszystko jest dowodem powrotu pisarza do swych polskich korzeni. Powrót nastąpił późno (Wyzewa zmarł bowiem w 1917 r.), potwierdzał jednak aktualność reguły: poszukiwania przez pokolenie "synów emigrantów" drogi do świata polskiego!

Godzi się tu wspomnieć jeszcze o jednym przedstawicielu tego pokolenia: o Bronisławie Kozakiewiczu. Był on synem powstańca styczniowego. Ukończył Szkołę Polską na Batignolles, ale - co poświadcza Krzywoszewski - "lepiej władał językiem francuskim jak polskim"20. Żywy, pomysłowy i przedsiębiorczy, stał się Kozakiewicz jednym z ambasadorów literatury polskiej nad Sekwaną. W roku 1898 przystąpił wraz z J.L. Janaszem do przekładu na język francuski Quo vadis Sienkiewicza, zapewniwszy sobie wcześniej możliwość wydania dzieła przez wydawnictwo "La Revue Blanche". Niezwykły sukces powieści sprawił, że Kozakiewicz stał się natychmiast głównym plenipotentem Sienkiewicza na Francję. Przystąpił też do dalszych prac przekładowych: Trylogii, Krzyżaków, Na polu chwały (w spółce z A. Wodzińskim). Wciągnięty w wir wydarzeń związanych z eksplozją entuzjazmu wywołanego we Francji i w całej Europie przez rzymską powieść Sienkiewicza, przygotował sceniczną przeróbkę Quo vadis (graną z powodzeniem przez teatr Porte Saint-Martin). W kilka lat później przygotował sceniczną przeróbkę Ogniem i mieczem dla teatru Sary Bernhardt. Przyswoił czytelnikowi francuskiemu także kilka innych ważnych dzieł literatury polskiej: Faraona Prusa, Chama Orzeszkowej (wspólnie z A. Wodzińskim), a także Zamorskiego diabła Sieroszewskiego. Od czasu do czasu chwytał za pióro jako krytyk literacki. Był to "Polak równie dobrze jak Francuz rozumiejący i "odczuwający" obydwa kraje" - pisał o nim w pośmiertnym wspomnieniu K. Woźnicki21. Był niezastąpionym doradcą i przewodnikiem dla tych wszystkich, którzy pragnęli wprowadzić w krwiobieg kultury francuskiej literaturę polską.

"Synami emigrantów" formalnie nie byli, choć należeli do tego pokolenia dwaj inni paryscy Polacy, odgrywający ważną rolę w budowaniu pomostu między kulturą polską i francuską: Stanisław Rzewuski i Antoni Wodziński. Bratanek sławnego autora Pamiątek Soplicy, hrabia Stanisław Rzewuski przybył do Paryża w poszukiwaniu mocnych wrażeń. Przy zielonym stoliku bakarata oraz na przyjęciach na cześć paryskich aktorek stracił cały swój majątek. U progu lat osiemdziesiątych, w wieku 17 lat, zadebiutował jako polski pisarz dramatyczny. Kilkanaście sztuk, jakie wydał w ciągu niespełna dziesięciu lat, nie przyniosło mu sławy, choć niektóre z nich były wystawiane. W tej sytuacji postanowił zostać dramaturgiem francuskim. Ogłosił też kilkanaście dramatów i komedii w tym języku. Niektóre z nich udało mu się nawet wprowadzić na sceny paryskie. Niestety, nie dały mu one sławy popularnego dramaturga. Nie zdobyły uznania także jego próby prozatorskie. Nie wywołały żywszego odzewu czytelniczego podejmowane głównie dla zarobku prace z zakresu krytyki literackiej francuskiej (głównie na łamach "Le Figaro", ale także w "Le Si?cle", "Cosmopolis" i innych czasopismach). Trzeba tu jednak odnotować podejmowane przez niego raz po raz próby zapoznania czytelników francuskich z twórczością polskich autorów. Pisał więc o Michale Bałuckim i Kazimierzu Zalewskim, o Adolfie Nowaczyńskim, a przede wszystkim o Gabrieli Zapolskiej, którą niezmiennie przedstawiał jako "jedną z najgodniejszych osobistości świata intelektualnego Europy"22.

Spore zasługi dla przetarcia dróg literaturze polskiej do czytelnika francuskiego ma inny polski hrabia zadomowiony w Paryżu, Antoni Wodziński. I on próbował, jak Rzewuski, sił na polu francuskiej literatury pięknej. Nie zyskał jednak uznania ani jako autor dramatu o Barbarze Radziwiłłównie23, ani jako autor tomiku nowel opartych na motywach polskich ogłoszonego w 1893 roku. Podjął jednak bardzo pożyteczną akcję informowania czytelników francuskich o polskich pisarzach takich jak Orzeszkowa, Sienkiewicz, Konopnicka czy Reymont. Nawiązał więc korespondencję z tymi autorami i w oparciu o ich własne wypowiedzi przygotował serię bardzo kompetentnych esejów, ważnych także dla polskich badaczy twórczości literackiej tych autorów. Wodziński współpracował z Kozakiewiczem przy tłumaczeniu dzieł Sienkiewicza na język francuski. Próbował przekładać także samodzielnie24, czynił to jednak bez większego powodzenia.

Korzenie polskie nie zawsze stanowiły ważny argument przy wyborze przynależności do określonej kultury. Decydowała przy tym nie tyle atrakcyjność danej kultury, ile względy natury osobistej. Przekonują o tym losy dwu kobiet z przełomu wieków: Misi Godebskiej i Margueritte Poradowskiej.

Pierwsza, jedna z najsławniejszych kobiet Paryża przełomu wieków, nie była "córką emigranta", ojciec jej bowiem, Cyprian Godebski, z własnego wyboru mieszkał w Paryżu. Często zresztą bywał w kraju. Szeroko znany jako twórca m.in. pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie, nie potrafił jednak związać swej córki z krajem rodzinnym. Natomiast Misia przez kilkadziesiąt lat była muzą paryskiego parnasu artystycznego. Do jej wielbicieli należeli: Stéphane Mallarmé i Paul Verlaine, Tristan Bernard i Paul Valéry, Marcel Proust i Guillaume Apollinaire, Jean Cocteau i André Gide, Henri Toulouse-Lautrec i Auguste Renoir, Pablo Picasso i Salvadore Dali, Claude Debussy i Maurice Ravel... Jej portrety wykonane przez impresjonistów, postimpresjonistów i ich następców należą dziś do klasyki malarstwa światowego. Misia była w latach 1893-1903 żoną Tadeusza Natansona, wywodzącego się ze znanej rodziny warszawskich bankierów, prowadzącego w Paryżu gabinet adwokacki, a następnie zajmującego się wydawaniem jednego z najważniejszych pism literackich: "La Revue Blanche". W roku 1905 poślubiła Alfreda Edwardsa, finansistę i właściciela dziennika "Le Matin". Także i ten związek przetrwał zaledwie kilka lat. Od 1909 sławna piękność związała się z malarzem hiszpańskim, José Maria Sertem (ślub zawarła z nim dopiero w roku 1917)25.

Przez kilka dziesięcioleci Misia prowadziła najsławniejszy bodaj salon artystyczno-literacki Paryża. Nie zapraszała jednak do niego artystów i pisarzy polskich. Na początku XX w. roztoczyła natomiast protektorat nad Sergiuszem Diagilewem i jego rosyjskimi baletami. Dzięki jej to m.in. zabiegom balety te stały się jedną z największych atrakcji Paryża w latach poprzedzających wybuch I wojny światowej. O polskich korzeniach przypomniała sobie dopiero w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Znaleźli się w tym czasie w jej salonie Karol Szymanowski i Wanda Landowska, Józef Pankiewicz i Jan Lechoń. Nigdy jednak salon ten nie stał się miejscem promocji sztuki czy literatury polskiej.

Margueritte Poradowska nie pochodziła z rodziny polskiej. Ojcem jej był znany uczony francuski, specjalista w zakresie paleografii, Emile Gachet. Związała się wszakże Margueritte z Polską poprzez małżeństwo z jednym z uczestników powstania styczniowego, Aleksandrem Korab-Poradowskim. W latach siedemdziesiątych, wraz z mężem, osiadła w Galicji Wschodniej, w majątku Wierchutka, potem - we Lwowie. Tu nawiązała bliskie kontakty ze środowiskiem polskich pisarzy (wiadomo, że bywał w domu Poradowskich Henryk Sienkiewicz). Nauczyła się języka polskiego, stała się też Polką z wyboru. Na początku lat osiemdziesiątych Poradowscy osiedli na stałe w Brukseli. Margueritte natychmiast postanowiła wystąpić w roli pośredniczki między kulturą polską i francuską. Już w roku 1880 ogłosiła na łamach "La Revue de Belgique" tłumaczenie noweli Sienkiewicza Janko Muzykant. W roku następnym w tym samym piśmie ogłosiła tłumaczenie Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela26. W roku 1885 opublikowała przekład Bartka Zwycięzcy. W tym samym czasie nawiązała współpracę z cieszącą się wielkim uznaniem na całym świecie "La Revue des Deux Mondes". Tu ukazała się większość jej powieści o tematyce galicyjskiej (Yaga, Demoiselle Micia, Popes et popiades, Marylka...). W tym piśmie ogłosiła także przeróbki i tłumaczenia nowel i powieści Adama Szymańskiego, Władysława Łozińskiego, Konopnickiej i in. Zachowane w zbiorach Biblioteki Polskiej w Paryżu listy Poradowskiej do Seweryny Duchińskiej świadczą o silnych związkach bliskiej przyjaciółki Conrada27 z kulturą polską. Toteż kiedy w roku 1910 osiadła ona w Paryżu, natychmiast weszła w krąg spraw polskich. Została członkinią Komitetu Francusko-Polskiego oraz Komitetu Budowy Pomnika Adama Mickiewicza w Paryżu. Uczęszczała na zebrania obu tych stowarzyszeń. Równocześnie podjęła pracę nad książką o młodości Chopina. Lektura jej listów do Kazimierza Woźnickiego przekonuje nadto, że przystąpiła także do prac przekładowych wybranych nowel Żeromskiego i Reymonta28.

Przywołana tu gromadka ludzi pogranicza francusko-polskiego, tłumaczy, krytyków i uczonych francuskich związanych z Polską pochodzeniem lub więzami rodzinnymi, nie posiadała oczywiście zbyt wielkiej siły przebicia. Pamiętając o politycznych uwarunkowaniach ich działalności, a przede wszystkim o sojuszu francusko-rosyjskim i zabiegach ambasady rosyjskiej w Paryżu mających na celu wyciszenie sprawy polskiej, z tym większą uwagą należy odnieść się do manifestowanych przez większość z nich swych powiązań z Polską, której wszak trudno było szukać na mapie Europy. Prawie wszyscy z nich otrzymali francuskie wychowanie i wykształcenie. Ich powrót do "źródeł", związanie się z kulturą polską było formą zadośćuczynienia składanego pamięci ojców - byłych powstańców, bądź Polsce - symbolowi walki o prawo do samostanowienia o swoim losie. Niewiele mogli zrobić dla polskiej kultury. Nie zawsze zrobili wszystko, co mogli zrobić. Godzi się jednak przywołać ich nazwiska tutaj, bowiem ich działalność zaowocowała na mapie kulturalnej Paryża epoki przełomu wieków XIX-XX przekładami z literatury polskiej, opracowaniami krytycznymi, a także szeregiem artykułów o tematyce polskiej. W bogatej palecie kolorów, jaką miał Paryż tamtych lat, ludzie pogranicza kulturowego francusko-polskiego wnosili element polskiej egzotyki. Nade wszystko jednak stanowili jedno z ogniw wiążących kulturę polską z Zachodem.

1 Por.: Z. Markiewicz, Charles Edmond (Chojecki), voyageur et cosmopolite oublié (w:) Mélanges Jean-Marie Carré, Paris 1964; Z. Markiewicz, T. Sivert, Karol Edmund Chojecki (Charles Edmond) (w:) Melpomena polska na paryskim bruku, Warszawa 1973, s. 176-231.

2 S. Krzywoszewski, dz. cyt., Warszawa 1947, t. I, s. 114.

3 J. Finot wydał m.in.: La France dewant la guerre des langues (1900), Le préjugé des races (1905), Agonie et mort des races (1913).

4 J. Finot, Listy do Kazimierza Woźnickiego, Archiwum K. Woźnickiego, Biblioteka Polska w Paryżu, t. 12.

5 S. Wasylewski, Przedmowa (do:) K. Waliszewski, Katarzyna II, Poznań 1930, s. III.

6 Por.: "La Revue des Revues", 15 XII 1903.

7 "Kraj" 1904, nr 3-5, 7.

8 W. Kosiakiewicz, U prof. Fortunata Strowskiego, "Świat" 1913, nr 14.

9 F. Strowski prowadził teraz przede wszystkim studia nad twórczością M. Montaigne'a. Przygotował także podręcznik literatury francuskiej XIX w. pt. Tableau de la littérature française au XIXe si?cle, Paris 1912 (polski przekład pióra Marii Rakowskiej, ze wstępem Jana Lorentowicza ukazał się również w 1912 roku).

10 W roku akademickim 1912/13 w ramach wykładów z zakresu romantyzmu Strowski poświęcił kilka kolejnych wykładów Mickiewiczowi i Towiańskiemu (por. Un Messie sous Louis-Philippe, "Le Temps", 18 I 1913).

11 K. Stryjeński ogłosił m.in. Deux victimes de la Terreur (1899), La M?re des trois derniers Bourbons (1902), Le XVIIIe si?cle (1909), Mesdames de France, filles de Louis XV (1910).

12 Spośród wielu artykułów Stryjeńskiego ogłoszonych na łamach "Bulletin Polonais" trzeba tu wspomnieć choćby o jednym: Les po?tes anglais et la Pologne (23 XI 1884).

13 O Quo vadis pisał Stryjeński w "La Revue Encyclopedique de Larousse" (1900, nr 168); o Ogniem i mieczem w "La Revue Universelle" (1901, nr 1).

14 Por. np.: Attitude de la Russie en 1870 ("Bulletin Polonais" 1870, nr 271), Le bilan d'une alliance ("Bulletin Polonais" 1870, nr 274) i in.

15 Wcześniej opis Krakowa ukazał się na łamach "Chronique de Paris" i "Bulletin Polonais" pt. Une ville inconnue (w 1893 r.).

16 W. Kosiakiewicz, Teodor de Wyzewa, "Świat" 1911, nr 15.

17 Tamże.

18 S. Krzywoszewski, dz. cyt., t. I, s. 90.

19 A. Pawłowski, Ciotka Teodora Wyzewy, "Świat" 1913, nr 31.

20 S. Krzywoszewski, dz. cyt., t. I, s. 141.

21 C. de Woźnicki, Bronislas Kozakiewicz, "La Pologne Politique, Economique, Littéraire et Artistique", 1 V 1924.

22 S. Rzewuski, L'oeuvre de Gabrielle Zapolska, "L'Evénement", 7 XII 1900. Trzeba tu odnotować dwa studia o Rzewuskim: Marii Szaramy Stanisław Rzewuski ("Przegląd Humanistyczny" 1960, z. 1) oraz Z. Markiewicza Stanisław Rzewuski (Z. Markiewicz, T. Sivert, Melpomena polska na paryskim bruku, dz. cyt., s. 266-307).

23 Fragmenty tego dramatu ogłosił Wodziński na łamach "La Nouvelle Revue" 1892, z. IX.

24 A. Wodziński przełożył w 1897 r. Rodzinę Połanieckich Sienkiewicza.

25 Por.: E.K. Kossak, W stronę Misi z Godebskich, Warszawa 1978.

26 Poradowska przetłumaczyła na język francuski pierwotną wersję noweli Sienkiewicza: Z pamiętnika korepetytora. Nadała jej tytuł: A l'école russe.

27 Biografowie Conrada piszą o nieodwzajemnionej miłości młodo owdowiałej Poradowskiej do Conrada (związanych węzłami dalekiego pokrewieństwa - przez Aleksandra Poradowskiego). Przypuszczenie to znajduje częściowe potwierdzenie w listach autora Tajfunu do Poradowskiej, ogłoszonych w 1966 r. przez René Rapina (Lettres de Joseph Conrad a Margueritte Poradowska). Wiadomo, że Poradowska przełożyła Placówkę postępu Conrada na język francuski.

28 Niestety, brak dowodów potwierdzających zrealizowanie przez Poradowską tych zamiarów (por. M. Poradowska, Listy do Kazimierza Woźnickiego, Archiwum K. Woźnickiego, dz. cyt., t. 32).

Przyjaciele Francuzi

W każdej epoce w stosunkach między państwami i narodami ogromną rolę odgrywają grupy sprzymierzeńców w sposób bezpośredni bądź pośredni wpływające na kształtowanie się opinii publicznej. Wystarczy przywołać w tym wypadku czasy Wielkiej Emigracji polistopadowej i sympatię, jaką wzbudziła we Francji sprawa polska. Bez działalności ludzi tej miary, co La Fayette, hrabia Montalembert, ksiądz de Lamennais, Victor Hugo, Casimir Delavigne czy George Sand kwestia polska nie stałaby się w owe lata problemem nieledwie całego społeczeństwa francuskiego.

Po wojnie francusko-pruskiej i wydarzeniach Komuny Paryskiej sprawa polska usunięta została we Francji w głęboki cień. Liczny udział Polaków w walkach Komuny sprawił, że w społeczeństwie francuskim zaczęto łączyć sprawę polską z ruchem rewolucyjnym. Jak pisał ostatnio Krzysztof Dunin-Wąsowicz, "Obawiano się rewolucji, a więc nie chciano poruszać sprawy polskiej"1. Sytuacja nie uległa zmianie także w latach osiemdziesiątych. Wzmiankowany wyżej badacz stwierdza: "W początkach lat osiemdziesiątych sprawa polska na arenie międzynarodowej pozornie nie istniała. W świadomości narodowej polskiej był to okres największego upadku międzynarodowego prestiżu sprawy polskiej"2. Oczywiście, istniały nadal we Francji środowiska sprzyjające Polakom. Przypomniał je Dunin-Wąsowicz w swej rozprawie. Następowało jednak wyraźne zmniejszenie zainteresowania sprawami polskimi francuskiej opinii publicznej. "Najgorszym okresem dla sprawy polskiej we Francji był koniec lat dziewięćdziesiątych i przełom wieków XIX i XX. Wówczas poświęcano jeszcze bardziej sprawę polską i tematykę polską na rzecz fascynacji i euforii z powodu znalezienia nowego silnego sojusznika w postaci Rosji carskiej"3. Dziwnym zbiegiem okoliczności, to jednak na przełom wieków przypada okres odradzania się tradycyjnej przyjaźni francusko-polskiej. Nie była to zasługa polityki rządu ani prorządowej prasy francuskiej. Sprawili to wkraczający teraz na arenę życia publicznego we Francji sprzymierzeńcy sprawy polskiej. Wsparli oni tych przedstawicieli "dawnej", propolskiej Francji, którzy nie zapomnieli swych młodzieńczych uniesień i sympatii.

W procesie rekonstrukcji przyjaźni francusko-polskiej udział miały różne środowiska opiniotwórcze. W pierwszym rzędzie intelektualiści. Postacią na swój sposób symboliczną stał się w tym wypadku sławny autor Żywota Jezusa, filozof, historyk i filolog zarazem, Ernest Renan. Jego sympatie propolskie datowały się z czasów młodości, czyli lat czterdziestych. W niemałym stopniu na rozbudzenie ich wpłynęła wieloletnia jego opiekunka i protektorka, starsza siostra Henriette. To właśnie zarobione przez nią - jako guwernantkę w warszawskim pałacu Zamoyskich - pieniądze pozwoliły Ernestowi ukończyć studia w Paryżu. Pamięć o Polsce i Polakach zachował Renan bardzo długo. Gdy w roku 1884 z inicjatywy sekretarza Mickiewicza, Armanda Levy'ego (który w 1855 r. towarzyszył poecie na Wschód i który następnie przywiózł jego zwłoki z Konstantynopola do Francji) odbyła się pierwsza po 1870 r. próba publicznego podniesienia sprawy polskiej we Francji: uroczystość wmurowania w sali Coll?ge de France pamiątkowego medalionu poświęconego Mickiewiczowi, Micheletowi i Quinetowi, Ernest Renan w mowie wygłoszonej z tej okazji podkreślił trwałość związków francusko-polskich. Uczynił to tym silniej, że na uroczystość nie stawił się zapowiadany wcześniej minister oświaty w rządzie francuskim, Armand Falli?res (powszechnie wiadomo było, że zrezygnował z udziału w uroczystości w Coll?ge de France z obawy przed nieprzyjazną reakcją Petersburga!). Renan raz jeszcze publicznie uczcił pamięć Mickiewicza: w dniu 28 czerwca 1890 r., na cmentarzu Montmorency, w czasie uroczystości pożegnania prochów autora Pana Tadeusza wracających do kraju. Występując tym razem jako prezydent Coll?ge de France, sławny uczony i myśliciel z naciskiem podkreślił, że w poezji Mickiewicza tkwią źródła przyszłego odrodzenia Polski.

Renan był na swój sposób pośrednikiem między dawnymi a młodszymi laty w dziejach przyjaźni francusko-polskiej. Młodsze pokolenie francuskich sprzymierzeńców Polski na przełomie XIX-XX w. reprezentowało co najmniej kilkunastu intelektualistów. Na miejscu pierwszym godzi się tu wymienić "odkrywcę" Rosji we Francji czasów III Republiki, Anatole'a Leroy-Beaulieu.

Od początku lat siedemdziesiątych aż do czasów I wojny światowej Leroy-Beaulieu był we Francji głównym autorytetem naukowym w sprawach Rosji współczesnej. Ogromna i do dziś bardzo cenna synteza jego pióra: L'empire des tsars4, przyniosła mu nie tylko stanowisko profesora a na stępnie prezydenta paryskiej Szkoły Nauk Politycznych, ale i niekwestionowany autorytet w całej Europie. Uczony ten potrafił przecież przez wiele dziesiątków lat zachować swą niezależność duchową. Mimo więc że był głównym badaczem spraw rosyjskich, systematycznie dystansował się on od prorosyjskiej polityki rządu francuskiego. Przy każdej nieledwie okazji przypominał, że jego biografię duchową ukształtowało polskie powstanie styczniowe. To w czasie jego trwania, pod wpływem nadchodzących z Warszawy wiadomości o kolejnych bitwach, przygotował tomik poezji pt. Heures de solitude5, w którym dał wyraz wiary w przyszłe odrodzenie Polski. Pogłosy tego przekonania odnaleźć można w wielu późniejszych jego pracach. Na przykład w książce poświęconej rosyjskiemu politykowi, Milutinowi, nawiązując bezpośrednio do tzw. kwestii polskiej, pisał: "Można wprawdzie zniweczyć państwo, ale żadne podboje, rozbiory, kongresy nie potrafią zniweczyć narodu"6. Problem ten szerzej rozwinął w obszernej wypowiedzi, jaką nadesłał do krakowskiej "Krytyki" w roku 1900, w odpowiedzi na rozpisaną przez to pismo ankietę. Oświadczał tu: "Należę do tych licznych jeszcze Francuzów, którzy uparcie pozostali wierni ideałowi sprawiedliwości, w którym rozmiłowała się niegdyś Francja ojców naszych. Szczycę się tym, że zachowałem zawsze sympatie młodości dla ludów uciśnionych, a nade wszystko dla Polski - najnieszczęśliwszej może ze wszystkich narodów"7. Znakomicie obeznany w sprawach polskich Leroy-Beaulieu zwracał przy tym uwagę na swoisty paradoks w dziejach naszego kraju. "Można rzec - pisał - co jest zjawiskiem w historii nader rzadkim, prawie paradoksalnym - że kraj Mickiewicza i Matejki nigdy nie żył życiem tak intensywnym, nigdy nie wydał tylu poetów, artystów, uczonych jak w okresie rozdarcia przez zabory. Jest to wyzwanie rzucone śmierci; dowodzi ono siły idei narodowej i zaszczyt przynosi charakterowi polskiemu"8. Równocześnie znakomity uczony francuski nie ukrywał, iż wierzy w przyszłe odrodzenie Polski. Obszerną swą wypowiedź kończył więc słowami: "Odbudowanie Polski jest utopią w Europie, w której my żyjemy; ale czym będzie Europa za wiek, za pół wieku, czym będzie Rosja, Austro-Węgry, Niemcy?"9. Nie była to jedyna tak znamienna wypowiedź Leroy-Beaulieu w sprawie Polski. Echa jej odnajdujemy w rozprawie Rosja, Polska i Niemcy ogłoszonej w "La Revue Hebdomadaire" w 1909 r., a przedrukowanej przez prasę polską10, w której nawoływał do ugody polsko-rosyjskiej, a także - do przyznania Polakom należnych im praw do samostanowienia o sobie. Będąc wyznawcą takiej właśnie opcji politycznej, znalazł Leroy-Beaulieu wielu przyjaciół w gronie polskiej kolonii. Włączył się do prac Komitetu Francusko-Polskiego, przewodniczył często obradom tego Komitetu, drukował artykuły na tematy polskie. Głosił potrzebę zbliżenia polsko-francuskiego, przede wszystkim na niwie kulturalnej. W roku 1911 w odpowiedzi na ankietę Woźnickiego dotyczącą przyszłości stosunków francusko-polskich pisał więc: "Sądzę, że nie można oddać większej usługi Polsce i rozwojowi stosunków francusko-polskich, jak otwierając nam skarbiec bogactw literackich i artystycznych waszego szlachetnego narodu. To jedynie pozwoli nam zrozumieć wartość i napięcie waszego życia narodowego, tym bardziej, że Polska, pozbawiona niepodległości politycznej, nie może swobodnie manifestować swego geniuszu tak oryginalnego i przez swe cechy i powinowactwo tajemnicze tak sympatycznego dla Francji, jak tylko na obszernym polu twórczości artystycznej i literackiej"11. Do rangi symbolu urasta fakt, że ostatnie jego wyjście z domu przed śmiercią związane było z imprezą polską: w czerwcowe popołudnie 1912 r., już ciężko chory, przybył Anatole Leroy-Beaulieu do sali Towarzystwa Geograficznego na odczyt Antoniego Potockiego o literaturze polskiej. Pojawienie się jego w sali zebrani nagrodzili oklaskami. Jak pisał w kilkanaście dni później sam Potocki, "Nie wiedzieliśmy, że w tym zaimprowizowanym hołdzie żegnamy na zawsze jednego z najwierniejszych i najszlachetniejszych przyjaciół"12.

Leroy-Beaulieu nie był jedynym uczonym francuskim z przełomu wieków, który tak silnie podkreślał swe propolskie sympatie. Nie ukrywał więc takich sympatii Albert Sorel, autor fundamentalnego dzieła o Wielkiej Rewolucji Francuskiej i jej europejskim kontekście13, a także Kwestii wschodniej w XVIII wieku, w której w sposób obiektywny omawiał zagadnienie europejskich uwarunkowań rozbiorów Polski14. W młodości przyjaźnił się on z Józefem Ignacym Kraszewskim. Przez długie lata współpracował z polskimi historykami: Szymonem Askenazym, Wacławem Sobieskim i Adamem Skałkowskim. W roku 1897 przewodniczył zebraniu Koła Polskiego Literacko-Artystycznego, na którym Wacław Gasztowtt przedstawiał Francuzom i Polakom nową powieść Sienkiewicza Quo vadis.

Przez wiele lat blisko spraw polskich pozostawał profesor historii wykładający na Sorbonie, Charles Seignobos. Uczestniczył w pracach Komitetu Francusko-Polskiego, wypowiadał się na tematy polskie w prasie francuskiej. W roku 1911 w odpowiedzi na ankietę Woźnickiego oświadczył, że wierzy święcie w przyszłe odrodzenie Polski. Jego kontakty z kolonią polską w Paryżu wyraźnie osłabły dopiero w 1913 r., po ogłoszeniu przez niego artykułu O prześladowaniu Rusinów przez Polaków w Galicji Wschodniej (rzecz ukazała się na łamach "Annales des Nationalités"). Wystąpienie to, jedno z serii zainicjowanych przez działacza ukraińskiego w Paryżu, Fedorczuka, spotkało się z ostrą reakcją ze strony prasy polskiej, głównie lwowskiej. Seignobos mimo to w liście do Woźnickiego z 30 kwietnia 1913 r. oświadczał, że te ataki na niego nie osłabiły w nim sympatii "dla prześladowanego narodu polskiego". Przekonywał też adresata: "Nadal wierzę, że zarówno dla niego [narodu polskiego - F.Z.], jak i dla innych prześladowanych narodów, nadejdzie dzień wolności, a będzie to wolność przez powołanie do życia w państwach Europy Wschodniej ustroju demokratycznego"15.

Profesor André Lichtenberger nie tylko pisał w prasie naukowej i codziennej o sprawach polskich, ale w 1910 r. odbył nawet wyprawę do naszego kraju w celu bliższego poznania jego spraw. Do Komitetu Francusko-Polskiego należał także słynny badacz epoki napoleońskiej, Frédéric Masson. Przyjaźnił się on m.in. z Szymonem Askenazym16. Sprzymierzeńcami sprawy polskiej we Francji byli także dwaj inni profesorowie Wyższej Szkoły Nauk Politycznych: René Henry i Georges Blondel. Szczególne miejsce w tym gronie zajmuje prof. Ernest Denis, czołowy we Francji badacz dziejów Słowian. Wokół jego osoby narosło w Polsce sporo nieporozumień, pojawiły się krzywdzące go opinie17. W świetle materiałów archiwalnych przechowywanych w Bibliotece Polskiej w Paryżu, a także lektury jego licznych prac, sprawy wyglądają zupełnie inaczej.

Ten fundator i pierwszy prezydent działającego po dziś dzień w Paryżu Instytutu Studiów Słowiańskich był następcą Alfreda Rambauda na Sorbonie. Ze światem słowiańskim zetknął się bezpośrednio po wojnie francusko-pruskiej, kiedy to kilka lat spędził w Pradze, przygotowując książkę o Janie Husie. Odtąd stał się wielkim przyjacielem Czechów (przyjaźnił się m.in. z Tomaszem Masarykiem i Eduardem Benešem). Opanowawszy kilka języków słowiańskich, z rosyjskim włącznie18, stał się Denis naturalnym we Francji sprzymierzeńcem Słowian, przede wszystkim Czechów i Polaków19. Systematycznie recenzował prace naukowe polskich historyków na łamach "La Revue Historique" i "La Revue Critique". Na początku XX w. założył na Sorbonie Towarzystwo Francusko-Słowiańskie. W tym czasie dwukrotnie odwiedzał Polskę. W roku 1909 wszedł w skład Komitetu Francusko-Polskiego. Utrzymując bliski kontakt z Fortunatem Strowskim, Teodorem Wyze-wą, Antonim Potockim oraz Kazimierzem Woźnickim stanął wkrótce na czele Komitetu Budowy Pomnika Adama Mickiewicza w Paryżu. Chłodny i sztywny w obejściu20, poświęcał się przede wszystkim pracy naukowej. Od czasu do czasu zabierał jednak głos w sprawach publicznych. Kiedy więc w roku 1909 rząd carski ogłosił projekt wydzielenia guberni chełmskiej z granic Królestwa Polskiego, prof. Denis wystąpił z inicjatywą zorganizowania w Paryżu wiecu protestacyjnego przeciw tym planom. Wobec zgromadzonych w sali Towarzystwa Geograficznego około czterystu osób ostro potępił projekt, jak potępił też walkę Rosji z polskimi unitami i prowadzenie akcji rusyfikacji ziem polskich. Paryski korespondent lwowskiej "Rzeczpospolitej" w sprawozdaniu z tego wiecu pisał m.in., że prof. Denis oświadczył, iż "Rosja z istoty słowiańska jest największym wrogiem słowiańszczyzny"; a także iż projekt oderwania Chełmszczyzny "jest nie tylko krzywdą dla Polaków lecz i niebezpieczeństwem dla wolności Rosji. Potężna Rosja musi się oprzeć na wolnej Polsce"21. Zarówno przywołane tu opinie, jak fakty dowodnie świadczą o sile związków Ernesta Denisa z Polską. To, iż przedkładał ponad przyjaźń do Polaków przyjaźń do Czechów, nie może być powodem do wydawania negatywnej oceny o jego zasługach dla sprawy polskiej.

W gronie intelektualistów francuskich z przełomu wieków XIX-XX związanych ze sprawami Polaków i Polski sprawiedliwego osądu domaga się także następca Mickiewicza na katedrze literatur słowiańskich w Coll?ge de France, Louis Léger. Nie zdobył on sobie miana przyjaciela Polski, choć przez blisko pół wieku przedstawiał się swym rodakom jako wielki słowianofil22. Jerzy Starnawski pisał o nim ostatnio: "Na pamięć zasługuje, u nas zwłaszcza, o tyle tylko, że w działalności profesorskiej i w korespondującej z nią twórczości naukowej stosunkowo dużo miejsca poświęcił literaturze polskiej, zawsze jednak powtarzał istniejące już ustalenia lub też jedynie udostępniał czytelnikom francuskim w przekładzie teksty naszych poetów i pisarzy. Ale dzięki jego wysiłkom sporo we Francji dowiedziano się o Polsce"23. Wydaje się, że jest to opinia mimo wszystko zbyt pochlebna dla Légera. To prawda, że w ciągu ćwierćwiecza swej kariery profesora Coll?ge de France przedstawił on słuchaczom sylwetki kilku twórców polskich. Pamiętać jednak trzeba o tym, że nawet wówczas, gdy mówił o polskich pisarzach, niekoniecznie odgrywał pozytywną rolę w dziele zbliżenia francusko-polskiego. Polacy na stałe zamieszkali w Paryżu zwracali wielekroć uwagę na afiszowaną przez niego niechęć do Polski i polskiej kultury. Władysław Mickiewicz w czasie wizyty u Renana w roku 1890, podczas omawiania przygotowań do uroczystości pożegnania prochów autora Pana Tadeusza zagroził skandalem, jeśli na cmentarzu w Montmorency pojawi się Léger, który z katedry Coll?ge de France miał publicznie obrażać pamięć swego poprzednika. Należący natomiast do innego pokolenia Edward Ligocki po wysłuchaniu w 1909 r. jednego z wykładów Légera na temat Kazań sejmowych Skargi zapisał w swym pamiętniku: "Prof. Léger okazał się zgryźliwym, ironizującym starcem. Cały wykład poświęcił językoznawstwu, doszukując się wciąż w dawnej polszczyźnie, i w obecnej, słów zapożyczonych z innych języków [...]. W ustach profesora Légera wszystko, co polskie, godne było nagany. Przez dobrą godzinę sypały się inwektywy"24. Opinia to może z kolei zbyt krzywdząca, godzi się jednak o niej pamiętać, podzielało ją bowiem wielu Polaków z przełomu wieków.

Nie był Léger sprzymierzeńcem sprawy polskiej, polityka przesłoniła mu bowiem horyzont naukowy. Ze światem słowiańskim zetknął się w tym samym czasie, co Leroy-Beaulieu: w epoce powstania styczniowego. Uniesiony falą entuzjazmu wywołanego we Francji przez napływające z Polski wiadomości o walkach powstańczych, młody wówczas Léger postanowił... nauczyć się języków słowiańskich. Zaczął więc uczęszczać na wykłady Aleksandra Chodźki do Coll?ge de France. Uzdolniony językowo, dosyć szybko poznał główne języki słowiańskie. W roku 1864 odbył podróż do Pragi, zaś w 1872 - do Rosji. Wygląda na to, że ta druga wyprawa zaważyła na jego poglądach politycznych, a także na dalszej jego karierze naukowej. Urzeczony tradycyjną w Rosji gościnnością, olśniony wielkimi perspektywami rozwoju Rosji (przybył na uroczystość otwarcia wystawy zorganizowanej dla uczczenia dwusetnej rocznicy urodzin Piotra Wielkiego!), stał się Léger odtąd gorącym wielbicielem carskiego imperium. We wspomnieniach swych pisał o wyprawie z 1872 r.: "Wszystko, co widziałem, nie miało nic wspólnego z moskiewskim barbarzyństwem, którym prasa paryska karmiła całą moją młodość"25. Po kolejnej podróży do Moskwy w roku 1874 i ogłoszeniu tomu studiów slawistycznych, będących zresztą głównie zbiorem wrażeń z podróży do Rosji, otrzymał posadę pierwszego we Francji lektora języka rosyjskiego w paryskiej École des Langues Vivantes. Odtąd stał się nieledwie oficjalnym reprezentantem interesów Rosji w środowisku naukowym Paryża. W roku 1880 wyprawił się po raz kolejny do Rosji - tym razem jako oficjalny reprezentant Francji na uroczystość odsłonięcia w Moskwie pomnika Aleksandra Puszkina. W nagrodę car przyznał mu order św. Anny. Dalszą karierę we Francji miał już odtąd zapewnioną. Wszak Francja od wojny z Prusami zabiegała wszelkimi sposobami o zbliżenie z Rosją. Rząd jej nie mógł więc nie docenić wkładu Légera w przybliżenie upragnionego sojuszu. Toteż kiedy w roku 1883 katedrę literatur słowiańskich opuścił Aleksander Chodźko, jedynym liczącym się kandydatem na to stanowisko okazał się lektor języka rosyjskiego ze Szkoły Języków Nowożytnych, Léger. W roku 1885 otrzymał upragnioną katedrę, z której zaczął głosić potrzebę nie tylko zbliżenia francusko-rosyjskiego, ale i zjednoczenia Słowian pod berłem carów. Nietrudno spostrzec, że w tej sytuacji dążenia Polaków do samodzielności, ich odwieczny konflikt z Rosją, a także przekonanie o szczególnej roli jaką odegrali i nadal odgrywają w życiu Europy (przedmurze chrześcijaństwa, mesjanizm polski...), Léger uznał za przeszkody na drodze realizacji bliskich jego sercu wizji. Korzystał więc z trybuny, jaką była katedra Coll?ge de France, nie tylko do propagowania swych panslawistycznych i prorosyjskich koncepcji, ale i do stronniczego przedstawiania spraw polskich. Wskazywało na tę jego stronę działalności wielu polskich autorów z przełomu XIX-XX wieku. Nawet przychylny mu paryski korespondent petersburskiego "Kraju", Mieczysław Golberg, w roku 1902 pisał, że Léger głosi wprawdzie swą bezstronność wobec spraw słowiańskich, w rzeczywistości jednak "w ferowaniu wyroków w sprawach polskich jest stronniczy"26. Pamiętając o tym wszystkim, nie wolno jednak zapomnieć, że od czasu do czasu wprowadzał on do programu swych wykładów w Coll?ge de France tematykę polską, przede wszystkim zagadnienia z zakresu epoki staropolskiej27. Kilkakrotnie próbował analizować twórczość Mickiewicza, przede wszystkim Pana Tadeusza28. Z zasady nie mówił o literaturze nowszej, pozytywistycznej czy młodopolskiej. Nadto wygłaszał odczyty o wielkich artystach polskich29, czynił to jednak stosunkowo rzadko. Przeszedł do dziejów stosunków francusko-polskich jako człowiek, który mimo wszystko nie przysłużył się idei zbliżenia obu narodów.

Działalność nielicznego grona polonofilów - francuskich intelektualistów, przez długie lata nie znajdowała właściwie żadnego, bądź bardzo słabe wsparcie ze strony dziennikarzy i publicystów prasy paryskiej. Na pierwszy rzut oka sprawa wygląda niezrozumiale, w prasie francuskiej mieli bowiem Polacy mocnego sojusznika zarówno w latach trzydziestych, jak i sześćdziesiątych XIX wieku. Łamy dzienników i tygodników wypełnione były wówczas artykułami poświęconymi Polsce. Poeci ogłaszali w nich mniej czy bardziej udane wiersze na cześć Polaków. Niestety, od tamtych czasów upłynęły już dziesiątki lat, w czasie których nie tylko zmieniły się gusta publiczności, ale i zamiłowania paryskich dziennikarzy. W odpowiedzi na płynące z kręgów rządowych "zapotrzebowanie", po klęsce pod Sedanem coraz częściej miejsce uprzywilejowane w prasie paryskiej zaczęli zajmować Rosjanie. Stało się tak zresztą nie tylko z woli Francuzów szukających sojusznika, który pomógłby im odzyskać utracone dwie prowincje: Alzację i Lotaryngię. Zainteresowana w przychylności dla spraw rosyjskich była także sama Rosja, która właśnie od lat osiemdziesiątych XIX w. podjęła wielki wysiłek modernizacji i ożywienia swej gospodarki. Aby eksploatować bogate zasoby naturalne, zbudować nowe fabryki, wytyczyć nowe szlaki komunikacyjne, potrzebne były ogromne nakłady finansowe. Pieniędzy zaczęto szukać przede wszystkim za granicą, głównie w bankach francuskich. I rzeczywiście. Mniej więcej od 1887 r. zaczęło płynąć francuskie złoto do carskiego imperium. Płynęło w postaci tzw. rosyjskich pożyczek. W roku 1904 pożyczki te opiewały już na ogromną naówczas sumę 5,5 miliarda franków w złocie. W dziesięć lat później - na 11,5 miliarda. Dla ściągnięcia takich kapitałów do Rosji musiała powstać nad Sekwaną sprzyjająca dla carskiego imperium atmosfera. Rozumiała to dobrze liczna w Paryżu kolonia rosyjskich arystokratów, przede wszystkim jednak ambasada rosyjska. To dzięki jej zabiegom udało się bardzo szybko podporządkować interesom Rosji prawie całą prasę paryską. Badania archiwalne René Giraulta z lat sześćdziesiątych wykazały, że począwszy od mniej więcej połowy lat osiemdziesiątych XIX w. Rosja przekazywała spore sumy do Paryża na przekupienie tamtejszej prasy30. Ambasada rosyjska w Paryżu skłonna była użyć każdego środka dla wzmocnienia pozycji carskiego imperium we Francji. Ofiarami tej polityki w pierwszym rzędzie stali się Polacy. Na żądanie ambasady otoczono więc Polaków w Paryżu specjalną opieką policyjną. W urzędach administracji państwowej wykluczono uznanie narodowości polskiej. Sprawa polska znikła z łamów prasy. Nie wahano się przy tym dla określonej polityki wykorzystać ludzi obdarzonych uznaniem opinii publicznej. Tak na przykład w listopadzie 1894 r. - jak odnotował Józef Gałęzowski w liście do Henryka Bukowskiego - "francuski znany poeta i członek Akademii Francuskiej, François Coppée, napisał w dziennikach tutejszych płaszczący się list do cara z dołączeniem listu jakoby Polaków, upadlająco proszących go o wstawienie się do cara za Polakami zesłanymi na Syberię. Napisaliśmy zaraz protestację przeciwko temu, ale dzienniki nie chcą tego ogłaszać"31. W rzeczywistości żaden dziennik francuski nie zgodził się ogłosić protestu Polaków. Wiadomo zaś, że autorem listu do Coppée'go był niejaki Kamiński, dziennikarz pracujący dla ambasady rosyjskiej. Podobnych inicjatyw można byłoby przytoczyć więcej. Każda próba upowszechniania w Paryżu polskiej racji stanu skazana była z góry na niepowodzenie. Jak pisał bowiem wzmiankowany wyżej badacz francuski, R. Girault, "Jeśli jakiś dziennik pozwolił sobie na atak przeciw carskiemu rządowi, ambasada rosyjska w Paryżu natychmiast interweniowała przy Quai d'Orsay, domagając się rządowej akcji wobec danego pisma. Ministerstwo najczęściej wzywało reprezentanta dziennika i... ataki ustawały natychmiast albo też wyraźnie łagodniały"32.

Rosja nie tylko deprawowała redaktorów paryskich pism. Od roku 1879 miała w tym mieście swą własną trybunę: "La Nouvelle Revue". Pismo wydawała popularna pisarka Juliette Adam, przez wiele lat redagował je jednak Elie de Cyon, specjalny pełnomocnik Michaiła Katkowa, wydawcy "Moskowskich Wiedomosti".

Przykłady ingerencji Rosji w sprawy prasy paryskiej można by oczywiście mnożyć33. Dla nas te informacje ważne są o tyle, iż ukazują one, że sprawa polska nie mogła oczekiwać w interesującym nas okresie na wsparcie ze strony tejże prasy. By dotrzeć do środowiska dziennikarskiego Paryża ze sprawami polskimi, trzeba było wykazać niemało rozwagi i umiejętności, a także cierpliwości. Zadaniu temu sprostał właściwie tylko jeden Polak: Kazimierz Woźnicki. To dzięki jego wytrwałej działalności w pierwszym dziesięcioleciu XX w. pojawiła się w stolicy Francji niewielka wprawdzie, ale dosyć wpływowa gromadka dziennikarzy i publicystów zainteresowanych sprawami polskimi.

Z grona tego w pierwszym rzędzie godzi się tu przywołać dwu dziennikarzy dosyć nietypowych: Szwajcara i Alzatczyka. Szwajcarem był Maurice Muret. Pochodził z Morges (gdzie osiadł był właśnie w owych latach Paderewski!), w Paryżu zaś był korespondentem "Gazette de Lausanne" oraz stałym współpracownikiem szanowanego powszechnie "Journal des Débats", w którym prowadził dział poświęcony literaturom obcym. Muret zamieszczał w "Journal" artykuły o autorach angielskich, niemieckich, włoskich, ale także - polskich. W krąg spraw polskich wszedł około roku 1907 w związku z rozpisaną przez Sienkiewicza ankietą pośród intelektualistów świata na temat rugów pruskich. Odtąd stał się jednym z bardziej oddanych sprawie polskiej paryskich polonofilów. Jako członek-założyciel Komitetu Francusko-Polskiego w 1911 wybrany został na wiceprezesa Komitetu Budowy Pomnika Adama Mickiewicza. W roku 1910 wraz z Paulem Cazinem odbył wyprawę do Krakowa na uroczystości związane z odsłonięciem Pomnika Grunwaldzkiego, z których zdał obszerne relacje w "Journal des Débats", "L'ilustration" oraz "Gazette de Lausanne". Jak pisał w 1914 r. Woźnicki na łamach paryskiej "Polonii", jego "zainteresowanie dla sprawy polskiej nie było i nie jest wynikiem jakiejś kalkulacji, interesu czy szukania pewnej popularności, ale stanowi wrodzoną potrzebę umysłu i serca"34. Woźnicki dodawał przy tym: "Muret broni spraw naszych sumiennie i uczciwie. A przytem nigdy nie odmawia swej pomocy, swej interwencji, swych rozgałęzionych bardzo stosunków, jeżeli chodzi o poparcie interesów polskich"35. Zwolennik ugody polsko-rosyjskiej, odpowiedzialnością za jej brak obarczał stronę rosyjską. Na własnej skórze odczuł potęgę wpływów rosyjskich w Paryżu. Po ogłoszeniu w lipcu 1910 r. artykułów poświęconych rocznicy grunwaldzkiej ambasada rosyjska uruchomiła bowiem opisywany wyżej mechanizm. W liście do Woźnickiego z 28 lipca Muret pisał więc: "Ambasada rosyjska zaprotestowała przeciwko mojemu polonofilstwu. Opowiem panu o tym. Trzeba zachować więcej ostrożności, ale wytrwamy"36. W okresie I wojny światowej Muret związał się silnie z Paderewskim i Sienkiewiczem oraz utworzonym przez nich Komitetem Pomocy Polskim Ofiarom Wojny w Szwajcarii. Jego oddanie dla spraw polskich w sposób szczególny uhonorowano w czasie bankietu zorganizowanego w roku 1915 z inicjatywy Paderewskiego.

Drugim niezwykle ruchliwym sprzymierzeńcem Polski z kręgu dziennikarzy i publicystów pisujących w prasie paryskiej był Léon Bernardin, porucznik w służbie czynnej w garnizonie Epinal. Alzatczyk z pochodzenia, uznał Bernardin, że w interesie Francuzów leży zbliżenie z Polakami: wszak ich wspólnym wrogiem są Niemcy. Marząc zatem o przywróceniu Alzacji do macierzy francuskiej, należy - dowodził - szukać sprzymierzeńców pośród Polaków, którzy wszak utracili na rzecz Niemiec część swych ziem. Przywiązany na stałe do swego garnizonu w Epinal, a następnie w Courberoi, tylko od czasu do czasu pojawiał się w Paryżu. Należał jednak do Komitetu Francusko-Polskiego oraz Komitetu Budowy Pomnika Adama Mickiewicza. W roku 1909 wspólnie z przyjaciółmi - Alzatczykami i Lotaryńczykami - powołał do życia w Paryżu kwartalnik "Les Marches de l'Est", w którym stał się głównym informatorem o sprawach polskich (od 1910 r. prowadził tu stałą Kronikę polską). W Paryżu oraz na prowincji organizował odczyty o Polsce. Powołany na członka-korespondenta Rady Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswilu, jeździł do Szwajcarii na doroczne posiedzenia tego organu. W 1910 r. odbył podróż do Polski, odwiedzając kolejno Galicję, Królestwo i Poznańskie, wszędzie też nawiązując kontakty z czołowymi politykami. Bardzo aktywny jako działacz i dziennikarz, był Bernardin zwolennikiem ścisłej współpracy Francuzów z Polakami. W odpowiedzi na ankietę Woźnickiego z roku 1911 pisał: "trzeba działać wszelkimi środkami, aby nawiązywać, podtrzymywać dawną, wiekową przyjaźń francusko-polską [...]. Trzeba oznajmić wszystkim Polakom i wszystkim Francuzom, że byliśmy złączeni w chwilach wojennych Rewolucji, i że Polacy i Francuzi muszą walczyć z jednym i tym samym wrogiem skłonnym do najazdów, z Niemcem"37. Nieoczekiwanie, w drugiej połowie 1912 r. doszło do zerwania współpracy Bernardina z Polakami. Przyczyną był konflikt polsko-ukraiński w Galicji. Bernardin w artykule ogłoszonym na łamach "Paris-Journal" opowiedział się całkowicie po stronie ukraińskiej38, czym oczywiście naraził się Polakom, przede wszystkim galicyjskim narodowym demokratom. Wobec ostrej reakcji tychże w prasie galicyjskiej Bernardin nadesłał do redakcji "Bulletin Polonais" artykuł, w którym wyjaśniał przesłanki swego wystąpienia. Podkreślał przy tym, że w obronie Ukraińców występowali wówczas także Polacy, jak choćby Rydel czy Franciszek Pik Mirandola, których spotkał w czasie swego pobytu w Polsce w 1910 roku. Równocześnie postawił ostry zarzut: próby utrzymania w Galicji Wschodniej przez Polaków ustroju feudalnego, "który we Francji obalony został w 1789 roku"39. Gasztowtt drukując ów list Bernardina w "Bulletin" podkreślał niewątpliwie dobre intencje porucznika, zastanawiał się wszakże zarazem, czy nie wstąpił on... na fałszywą drogę. Okazuje się, że był to ostatni bodaj kontakt Bernardina z Polakami. Rychło przerzucił się on na nowe pole pracy: zajął się zagadnieniem literatury francuskiej rozwijającej się poza Francją (założył w 1913 r. nawet specjalne pismo, gdzie rozwijał tę problematykę: "La Pansée de France"). Wraz z wybuchem wojny w 1914 r. wyruszył na front. Zginął w pierwszych miesiącach działań wojskowych. Polacy pożegnali go skromnym wspomnieniem ogłoszonym na łamach ukazującej się w Paryżu "Polonii"40.

Chwilowym sprzymierzeńcem sprawy polskiej wśród paryskich dziennikarzy był André Cheradame. Zaprzyjaźnił się on z kilkoma Polakami około 1901 roku41. W 1907 został redaktorem nowo założonego tygodnika "L'Energie Française". Wkrótce jednak przeszedł do popularnego dziennika "Petit Journal". W roku 1908 wszedł w skład Komitetu Francusko-Polskiego. Spełniając przyjęte na siebie w ten sposób obowiązki, ogłaszał w "Petit Journal" artykuły o tematyce polskiej, głównie o sprawach politycznych. W 1910 popełnił nieostrożność podobną do tej, jakiej później nieco dopuścił się Bernardin: w połowie lutego 1910 ogłosił artykuł o konflikcie polsko-ukraińskim w Galicji, biorąc w obronę Rusinów. Wystąpienie to spotkało się z natychmiastową reakcją prasy galicyjskiej, w "Petit Journal" odpowiedział mu sam Henryk Sienkiewicz. Z kolei Cheradame odpowiedział dosyć łagodnie sławnemu pisarzowi, jednak zerwał kontakty ze światem polskim.

Znacznie trwalsze okazały się związki z Polską dwu innych dziennikarzy paryskich: Maurice'a Toussainta i Georges'a Bienaimé. Pierwszy z nich należał do grona przyjaciół Barr?sa. Wchodził w skład redakcji "Marches de l'Est" a zarazem - od 1911 r. - był członkiem Komitetu Francusko-Polskiego. W piśmie poświęconym sprawom Alzacji i Lotaryngii ogłosił szereg artykułów o Polakach i polskich instytucjach w Paryżu, o polskich książkach i polskich sprawach. Powiązany silnymi nićmi sympatii przede wszystkim z Serbami i Chorwatami, nie akceptował polityki galicyjskich konserwatystów, wiążących się na trwałe z Austrią. Przygotowując się w maju 1913 do wydania "polskiego" numeru "Marches de l'Est" zapytywał więc szefa paryskiej Agencji Prasowej Polskiej, Woźnickiego: "Dlaczego pańscy rodacy z Krakowa są pomocnikami polityków austriackich, dlaczego moi przyjaciele z Belgradu, Zagrzebia, Raguzy [Dubrownika - F.Z.] i Żary są niezadowoleni z tego stanowiska ich braci"42. Toussaint odegrał ważną rolę w rozwijaniu przyjacielskich kontaktów Francji z Polską w okresie I wojny światowej i dwudziestolecia międzywojennego.

Równie długotrwałe okazały się związki z Polską żonatego z Polką Georges'a Bienaimé, prawnika (doktoryzował się na podstawie pracy o Sejmie Krajowym w Galicji), który był m.in. współpracownikiem "Le Petit Parisien". Prezes kilkuletni Association Franco-Slave, aktywny członek Komitetu Francusko-Polskiego, Bienaimé - jako szeregowy członek dziennikarskiej korporacji - współtworzył klimat, w którym mogły się w Paryżu i Francji odrodzić tradycyjnie dobre stosunki między Polakami i Francuzami. Przekonany, że niedługo nadejdzie dzień zmartwychwstania Polski43, nie tylko doczekał się ziszczenia tego marzenia, ale natychmiast przystąpił do wzmożonej pracy nad wzmocnieniem więzi łączących Francję z Polską i został stałym współpracownikiem "Polonii" oraz stowarzyszenia Les Amis de Pologne.

W gronie współpracowników prasy paryskiej związanych ze sprawą Polski nie sposób nie wymienić dra Victora Nicaise, lekarza, który w pierwszych latach XX w. żywo włączył się w działalność polonofilów francuskich. Kwestią polską zainteresował się za sprawą wydarzeń we Wrześni i w Wielkim Księstwie Poznańskim. W latach 1907-1908 przygotował obszerną rozprawę o prześladowaniu dzieci polskich w szkole pruskiej (którą zresztą ogłosił drukiem własnym nakładem). W czasie pracy nad tą rozprawą spotkał się z życzliwą pomocą przede wszystkim polityków poznańskich: Józefa Kościelskiego, Władysława Seydy i Józefa Niegolewskiego. Stał się jednym z najbliższych współpracowników Woźnickiego przy organizacji Komitetu Francusko-Polskiego oraz Komitetu Budowy Pomnika Adama Mickiewicza (pełnił tu funkcję skarbnika). W roku 1909 odwiedził Galicję. O sprawach polskich pisał głównie w periodykach poświęconych wychowaniu (np. "Parents et Maîtres").

Oczywiście, lista dziennikarzy paryskich przychylnych Polsce i dających dowody tej sympatii w druku jest dłuższa. Jean Herbette pracujący w redakcji "Le Si?cle" ogłaszał tu artykuły i omówienia broszur oraz książek poświęconych Polsce. René Johannet był współpracownikiem "La Croix". Victor Giraud pisywał od czasu do czasu artykuły poświęcone kwestii polskiej w "Revue des Deux Mondes". Żaden przecież z wymienionych tutaj nie należał do elity dziennikarskiej, która narzucała francuskiej publiczności swe przekonania. Stanowili oni w tym świecie swoisty przyczółek, wagę istnienia którego mimo wszystko trudno przecenić: pozwalał on w czasach, gdy prawie cała prasa paryska została skorumpowana przez Rosjan, stworzyć zalążek niewielkiej grupy propolskiej.

Trzonem tej grupy paryskich polonofilów byli niewątpliwie pisarze i krytycy. Ich wypowiedzi z zasady miały największy społeczny rezonans. W całej Francji - a także w Polsce - szeroko więc na przykład komentowano okrzyk Anatola France'a na uroczystości publicznej w roku 1905: "Vive la Pologne". Obecna na tym spotkaniu Maria Konopnicka pisała w kilka miesięcy później: "My, garść wędrowców, zagubiona w tym tłumie, powstali z miejsc naszych - we łzach, pobladli, wzruszeni..."44. O sympatiach dla sprawy polskiej André Gide'a wiadomo było dosyć dobrze w świecie paryskim. Publicznie przedstawiał się jako polonofil Henri Chantavoine, jeden z dwóch prezesów Komitetu Francusko-Polskiego. Godzi się tutaj wspomnieć także o działalności kilku innych, bardzo szczerze oddanych sprawie polskiej. W pierwszym rzędzie chodzi o Maurice'a Barr?sa, głośnego autora trylogii Le culte de moi.

Oddany bez reszty sprawie rodzinnej Alzacji, czego wyrazem była jego działalność polityczna w kręgu bulanżystów, a także szereg powieści (z nich na język polski przełożono w 1904 roku Wyrwanych z gruntu ojczystego), w krąg spraw polskich Barr?s trafił jeszcze w młodości. W czasie studiów paryskich na początku lat 80. w Coll?ge de France słuchał wykładów Aleksandra Chodźki. Wtedy też został wielbicielem Chopina oraz Mickiewicza45. Kiedy w roku 1908 powstał Komitet Francusko-Polski, Barr?s przystąpił do niego, choć jego udział w pracach ograniczał się do kilkakrotnej obecności na imprezach organizowanych przez ów Komitet. W 1909 przewodniczył wielkiej uroczystości zorganizowanej dla uczczenia pamięci Juliusza Słowackiego. Sympatii dla Polski i Polaków nie wyzbył się do końca życia. Jeszcze na kilka miesięcy przed śmiercią przewodniczył w dniu 16 marca 1923 wielkiej manifestacji, jaką zorganizowało w Paryżu Stowarzyszenie France-Pologne.

Szczerze oddany sprawie polskiej był także inny członek Akademii Francuskiej oraz Akademii Goncourtów, Joseph Henri Boex, w świecie literackim znany pod pseudonimem J.H. Rosny-aîné, współautor (przez ponad 20 lat pisał wspólnie z młodszym bratem Justinem) kilkudziesięciu powieści. W krąg spraw polskich wszedł jeszcze w latach 90., najprawdopodobniej za pośrednictwem Marii Szeligi, skoro już w 1896 opatrzył jej powieść Orni?re bardzo piękną przedmową. Na początku XX w. Rosny-aîné włączył się bardzo aktywnie w działalność paryskich polonofilów. W roku 1909 wybrany został na jednego z dwu prezesów Komitetu Francusko-Polskiego. W tym charakterze przewodniczył też na pierwszym z serii bankietów literackich, jakie zorganizował ten Komitet: dla uczczenia Reymonta. W wygłoszonym wówczas przemówieniu wyznał, że posiada "najwyższą cześć dla godnego podziwu ludu [polskiego], który potrafił oprzeć się najstraszliwszym przeciwnościom, i który także obecnie daje nam w zaborze niemieckim najpiękniejszą lekcję siły i bohaterstwa"46. Rosny-aîné postępowaniem swym dawał przykład młodszej generacji pisarzy, jak należy sercem i talentem służyć uznanej za świętą sprawie polskiej.

Tę młodszą generację reprezentowali w pierwszym rzędzie dwaj niezwykle przedsiębiorczy i ruchliwi literaci tworzący spółkę autorską: Marius i Ary Leblondowie (w rzeczywistości byli to przyjaciele - Georges Athénas i Aimé Merlo). Dla obu tych pochodzących z wyspy Reunion na Oceanie Indyjskim pisarzy, która wydała we francuskiej literaturze twórców tej miary, co Bernardin de Saint-Pierre i Leconte de Lisle, Polska stała się - jak pisał ich bliski współpracownik, Albert Uriet - "drugą ojczyzną"47. Autorzy kilkunastu powieści o życiu Francji kolonialnej, jak np. Le Zéz?re, La sarabande czy odznaczona nagrodą Goncourtów En France, Leblondowie odnaleźli w Polakach swych duchowych pobratymców. Podjęli wysiłek dokładnego zbadania bieżących spraw polskich i upowszechnienia wiadomości o nich w prasie paryskiej. Około roku 1908 rozpoczęli szeroko zakrojoną kampanię prasową o Polsce, starając się dotrzeć ze swymi artykułami do czytelników największych i najbardziej wpływowych pism paryskich: "Le Correspondent", "La Revue Bleue", "La Revue des Deux Mondes", "L'Opinion", "La Grande Revue" i in. Pracę ich porównać można do tej, jaką w latach 70. przedsięwziął dla Rosji Anatole Leroy-Beaulieu. Idąc śladem tego wytrawnego badacza i popularyzatora Leblondowie odbyli w 1908 podróż do Polski, by w roku następnym wydać w Paryżu obszerną, 476-stronicową książkę pt. La Pologne vivante. Przedstawili w niej w miarę obiektywnie sytuację ekonomiczną, społeczną, polityczną i kulturalną we wszystkich trzech dzielnicach Polski. W Polsce książka ta nie wzbudziła szczególnego zainteresowania, we Francji jednak ukazało się ponad 100 recenzji i artykułów jej poświęconych, i to zarówno w prasie codziennej, jak i tygodniowej. W ciągu pierwszego roku sprzedano ponad połowę jej nakładu, co w warunkach paryskich uznać należy za sukces.

Niezwykle aktywni i przedsiębiorczy Leblondowie podjęli równocześnie dwie inne inicjatywy, które udało im się w pełni zrealizować: powołali do życia Komitet Budowy Pomnika Adama Mickiewicza oraz walnie przyczynili się do powstania Komitetu Francusko-Polskiego. Obszerna ich korespondencja z K. Woźnickim, jaka zachowała się w zbiorach Biblioteki Polskiej w Paryżu, przekonuje o dużej sprawności organizacyjnej obu pisarzy, a także o znakomitej ich orientacji w sprawach polskich. Nic też dziwnego, że kolejna ich podróż do Polski - wiosną roku 1910 - w czasie której odwiedzili Poznań, Warszawę, Wilno, Lwów i Kraków, została szeroko odnotowana w prasie krajowej. W Warszawie i Lwowie wygłosili odczyty na tematy francuskie. Środowisko lwowskich pisarzy i dziennikarzy skupione w Związku Nauko-wo-Literackim wydało na ich cześć bankiet (14 maja 1910). Podróż ta została znakomicie zorganizowana. Leblondowie bowiem otrzymali listy polecające od wielu osób (w tym - bardzo cenne od Antoniego Langego!), poznali dziesiątki polityków, pisarzy i uczonych polskich. Relacje ze swej podróży (trwającej miesiąc) ogłosili w prasie paryskiej, a także w serii odczytów. W sierpniu 1910 Rada Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswilu wybrała ich w czasie dorocznego zjazdu na swoich członków-korespondentów. Leblondowie umiejętnie sukces ten potrafili zdyskontować: otrzymawszy od Galicyjskiej Rady Narodowej poważną dotację - udział w wysokości 10 tys. franków! - w roku 1911 założyli tygodnik pt. "La Vie". Pismo to głosiło idee kosmopolityzmu we Francji. Informowało czytelnika francuskiego o literaturach różnych narodów europejskich, a także o literaturach egzotycznych: malgaskiej, japońskiej czy argentyńskiej. Znamienne, że na kartach pisma w pierwszym okresie jego istnienia sprawy polskie znajdowały się nieco na uboczu. Dopiero od roku 1913 szpalty pisma zapełniły się recenzjami z książek polskich, informacjami o wydarzeniach z życia kulturalnego polskiego. Od czasu do czasu ukazywać się zaczęły tu także przekłady z literatury polskiej (m.in. utworów Rydla i Żeromskiego).

Leblondowie okazali się znakomitymi ambasadorami spraw polskich we Francji. Woźnicki, który przez lata całe na co dzień pracował z nimi, to ich oddanie Polsce tłumaczył następująco: "Zainteresowała ich Polska nasamprzód, jako zwykła kwestia z dziedziny polityki zagranicznej, ale, w miarę, jak ją poznawali, w miarę, jak wnikali w jej istotę, poznając szczegóły naszego bytu narodowego, te skarby, jakie u nas się znajdują, przywiązywali się do nich coraz bardziej, dochodzili do przekonania, że zarówno w naszym interesie, jak i w interesie ich własnym, tj. w interesie Francji, leży zbadanie tej sprawy wszechstronne i przez pracę publicystyczno-społeczną wyznaczenie jej miejsca należnego w szeregu innych, o których mówiono we Francji głośno, kiedy jednocześnie sprawę polską, niby załatwioną i pogrzebaną raz na zawsze, pomijano. I tutaj więc, tak samo, jak w całej w ogóle działalności pisarskiej, społecznej i politycznej Leblondów, ten czynnik przywiązania i miłości dla własnego kraju, czynnik najwznioślejszy i najszlachetniejszy, był miarodajny i decydujący"48. Dodać tu trzeba, że wprawdzie z upływem lat osłabła nieco więź Leblondów ze światem polskim, nigdy jednak nie zerwali oni przyjaźni nawiązanej w pierwszych latach XX wieku. Symbolicznym potwierdzeniem trwałości ich związków z Polską było wystąpienie Mariusa Leblonda na uroczystym bankiecie, jaki w maju 1925 urządzono w Paryżu na cześć Reymonta - laureata Nobla.

Leblondowie, mimo że byli przede wszystkim pisarzami, w sprawach polskich wypowiadali się głównie jako publicyści. Gabriel Dauchot z kolei, który z zawodu był dziennikarzem, w dziejach stosunków francusko-polskich zapisał się przede wszystkim jako autor powieści: Immortelle Pologne49. W krąg spraw polskich wprowadził go Wacław Gasztowtt, któremu też Dauchot zadedykował swoją powieść. Wraz z synem Gasztowtta, Tadeuszem, założył on w roku 1898 (w wieku 17 lat!) liczące około 30 osób stowarzyszenie L'Aigle Blanc (Orzeł Biały). W roku następnym młodzieniec zaczął współpracę z pismem "L'Idée", ogłaszając tu serię artykułów o tematyce polskiej50. W 1900 r. młody autor przemawiał na wielkiej uroczystości zorganizowanej z okazji siedemdziesiątej rocznicy wybuchu powstania listopadowego do około 500 osób zebranych w sali Towarzystwa Geograficznego. Artykuły o Polsce i polskiej literaturze ogłaszał także w "Revue Bleue" oraz w "L'Assaut". W roku 1904 odwiedził Galicję. W czasie pobytu w Krakowie wygłosił kilka odczytów o Francji, poznał też kilku miejscowych pisarzy i polityków. Po powrocie do Francji otrzymał posadę sekretarza politycznego popularnego dziennika "Le Petit Journal". Głosząc idee powrotu do tradycji oraz regionalizmu, nie zapominał o kwestiach polskich51. Drukował więc od czasu do czasu okolicznościowe artykuły na tematy polskie, nade wszystko jednak pracował nad powieścią pt. Immortelle Pologne.

Powieść ta (polski jej przekład - pióra Małgorzaty Starzyńskiej - ukazał się w roku 1910) pomyślana została przede wszystkim jako swoisty zbiór informacji o Polsce. Powstała niewątpliwie z najlepszych intencji. Niestety, nie jest to wielka literatura. Rzecz ma charakter pamiętnika narratora-autora, który nieoczekiwanie w paryskim półświatku poznał Polkę: Klaudynę, i - zafascynowany jej rodzinnym krajem - wyprawił się do Krakowa i Lwowa. Tam jego przewodniczką została siostra duchowa Beatrycze Dantego: Alina. Powrót bohatera do Francji i osiedlenie się w odziedziczonym właśnie po stryju majątku wraz z ciężko chorą na gruźlicę Klaudyną i przyjacielem-powiernikiem, Lucjanem, zamyka fabułę. Ale nie fabuła jest w tym wypadku ważna. Powieść jest swoistym romansem dydaktycznym. Ważne są w niej informacje o historii Polski (m.in. o udziale Francuzów w konfederacji barskiej), interesujące ze wszech miar opisy zabytków Krakowa, pełne uroku impresje lwowskie52, szereg wykładów o poetach polskich: Brodzińskim i trzech wieszczach romantycznych. Jest to niezawodnie "zacna i piękna książka", jak napisał o niej L. Włodek w przedmowie do polskiego jej przekładu, ale nie wywołała szerszego odzewu we Francji. Związała jednak jej autora silnymi nićmi z Polską, Dauchot stał się jednym z najbardziej czynnych członków Komitetu Francusko-Polskiego. W roku 1912 - w odpowiedzi na ankietę na temat stanu stosunków francusko-polskich i perspektywy ich rozwoju - wykazując służalczość polityków francuskich wobec Rosji, apelował o zainteresowanie ludu francuskiego sprawami Polski. Pisał: "Dobrze znam lud francuski, sam bowiem z niego się wywodzę. On jest prawy i nieskończenie dobry. Zainteresujcie go sprawami Polski! On pokocha Polskę tak, jak gruntownie kocha wszystko to, co jest bohaterskie, wielkie i bolesne. Spróbujcie! Jestem przekonany, że mam rację"53. Wiosną roku 1913 Dauchot wyprawił się ponownie do Polski: tym razem pojechał do Warszawy. Wygłosił tu odczyt pt. Balzac et Madame Hańska. Władze rosyjskie nie wyraziły zgody na wygłoszenie przezeń odczytu na temat przyjaźni polsko-francuskiej. Po powrocie z Polski Dauchot wziął udział w akcji odczytowej o Polsce w miastach i miasteczkach północnej Francji (m.in. w Roubaix, Lille, Mons, Douai). Wciąż pełen pomysłów i energii, nieoczekiwanie zapadł na ciężką chorobę. Jeszcze 3 sierpnia 1915 w liście do Woźnickiego zapowiadał rychły powrót do Paryża i włączenie się do prac dla Polski. Niestety, cztery miesiące później, 5 grudnia 1915 zmarł w swej rodzinnej Owernii.

Dauchot zapisał niewątpliwie jedną z jaśniejszych kart w dziejach stosunków polsko-francuskich na przełomie wieków XIX i XX. W czasie swego krótkiego życia w niemałym stopniu przyczynił się do przybliżenia spraw polskich czytelnikowi francuskiemu. Wraz z Gabrielle Reval, autorką powieści o tematyce polskiej zatytułowanej La Bacheli?re en Pologne, szukał możliwości dotarcia do francuskiego czytelnika ze sprawami polskimi poprzez literaturę piękną. Mimo iż nie stworzył wielkiego dzieła, godzi się przecież wyciągnąć go z mroków zapomnienia.

Na zabieg taki jeszcze bardziej zasługuje człowiek, którego działania na rzecz kultury polskiej trudno przecenić: wyborny krytyk i poeta, Gabriel Sarrazin. To niewątpliwie jedna z najpiękniejszych postaci na widnokręgu polsko-francuskim epoki. Z wykształcenia prawnik (przez całe dojrzałe życie pracował jako sędzia pokoju!), z urodzenia był Sarrazin... poetą. Już w czasie studiów paryskich w latach 70. nawiązał bliski kontakt z pisarzami tej miary co Edouard Schuré, Paul Adam, Paul Bourget, Edouard Rod czy J.-H. Rosny-aîné. Później krąg jego literackich przyjaciół znacznie się rozszerzył (znalazł się w nim m.in. Walt Whitman, Emile Hennequin). "Idealista w aspiracjach, gorący entuzjasta z usposobienia, subtelny wielbiciel duchowego piękna"54, Sarrazin szukał początkowo odpowiedzi na pytania o kształt literatury i kultury europejskiej w Niemczech, we Fryburgu. Rychło jednak przekonał się, że trzeba zmienić kierunek poszukiwań. Pojechał więc do Londynu i stał się wielbicielem poezji angielskiej. Po dwuletnim pobycie w stolicy Anglii i blisko dziesięcioletnich studiach ogłosił dwa tomy rozpraw: Les po?tes anglais (1885) i La renaissance de la poésie anglaise (1889), które przyniosły mu we Francji sławę jednego z duchowych przywódców odradzającego się - na fali walki z naturalizmem Zoli - idealizmu. Na początku lat 90. Sarrazin opuścił Francję kontynentalną: pojechał na Nową Kaledonię. Po kilku latach osiadł w Afryce. Wkrótce jednak wrócił do Francji. Najpierw osiadł w Lyonie, następnie zaś w pobliskim Meyzieu. W literackim świecie francuskim miał już teraz opinię nie tylko cenionego krytyka i znawcy poezji angielskiej, ale i wykwintnego poety, autora trzech tomów prozy poetyckiej55. W 1897 roku Sarrazin "odkrył" polską literaturę, a przede wszystkim polską poezję romantyczną. Wszystko wskazuje na to, że głównymi jego przewodnikami na drodze do naszej literatury byli: Wacław Gasztowtt i Marian Zdziechowski, z którymi Sarrazin zaprzyjaźnił się bardzo serdecznie.

Zaintrygowany odmiennością polskiej literatury Sarrazin dostrzegł w niej przede wszystkim wielką siłę moralną. Z gorliwością neofity zaczął więc studiować polską literaturę romantyczną. Nie znając języka polskiego, posługiwał się przekładami, niezbyt zresztą udanymi: Gasztowtta, Charles'a Edmonda (Chojeckiego), Krystyna Ostrowskiego, Władysława Mickiewicza czy wreszcie Konstantego Gaszyńskiego. Z inicjatywy Zdziechowskiego (poznali się na dorocznych "letnich rozmowach", jakie w burgundzkim opactwie Pontigny organizował jeden z twórców modernistycznej myśli katolickiej, Paul Desjardins) przystąpił Sarrazin do przygotowania ambitnie pomyślanej rozprawy o poezji trzech polskich wieszczów narodowych. Zapowiedzią tej pracy był wygłoszony przez niego w roku 1899 na uniwersytecie w Clermont-Ferrand odczyt o Mickiewiczu56. W roku następnym Sarrazin przybył do Krakowa jako gość Zdziechowskiego i wygłosił tu odczyt pt. L'Europe romantique et le romantisme d'action. Wkrótce potem na łamach paryskiego "Bulletin Polonais" zaczął drukować swoją książkę o polskich poetach romantycznych. Pod koniec 1905 r. książka ukazała się drukiem. Została ciepło przyjęta przez francuską krytykę literacką57, doczekała się też nagrody Akademii Francuskiej (nagroda im. Marcelina Guerina). W roku następnym ukazała się jej polska wersja.

O sposobie widzenia przez Sarrazina poezji Mickiewicza czy Słowackiego przyjdzie jeszcze pisać. W tym miejscu godzi się wskazać na osnowę jego poglądów na temat Polski i polskiej kultury. W roku 1900 twierdził więc, że "niczym nie można by zastąpić umysłowości, charakteru duszy polskiej. Naród nie zmienia nigdy swych zasadniczych rysów duchowych; wyobrażaliście w Europie odwagę rycerską, posuniętą do ostatecznych granic - dobroć, towarzyskość, wykwint umysłowy i towarzyski - wreszcie pożądanie namiętne - i przyznać trzeba nieumiarkowane - do swobody indywidualnej. Niewątpliwie swoboda indywidualna jest najcenniejszym skarbem i istotną podwaliną godności ludzkiej"58. Przekonywał też Francuzów - ale i Polaków! - że Polska "w prześladowaniu staje się jeszcze więcej polską, czekając swej godziny"59. Za pewnik uważał twierdzenie, że nadejdzie dzień odbudowy niepodległej Polski. Z tą myślą podjął współpracę z paryskim Komitetem Francusko-Polskim, przez lata całe prowadził w Lyonie i okolicy akcję odczytową o Polsce, drukował w prasie artykuły o jej kulturze i literaturze (w roku 1912 nawiązał bardzo owocną współpracę z "La Vie" Leblondów60). Przekonany, że wśród narodów współczesnych Polska ma tę cechę szczególną, iż "jej wielka poezja zachowała swój dawny wpływ na duszę narodową, że ona właśnie oddziaływa na młodzież i tę młodzież urabia"61, swoją miłość do kraju nad Wisłą potrafił wpoić także jedynemu swemu synowi, Bernardowi62.

Zdaniem Zdziechowskiego Sarrazin uosabiał "najbardziej pociągające pierwiastki ducha francuskiego"63. Był on prawdziwym apostołem polskiej kultury w społeczeństwie francuskim. Oddalenie od Paryża miało niewątpliwie wpływ na mniejsze echo, jakie wywoływały jego pisma i wystąpienia, od czasu do czasu wyprawiał się przecież do stolicy na uroczystości organizowane przez Polaków bądź francuskich polonofilów. Nie znając języka polskiego, nie mógł czerpać informacji o Polsce i polskiej literaturze z pierwszej ręki. Przecież i tak zasłużył sobie na trwałe miejsce w gronie przyjaciół Polski.

Młodszy jego kolega, Paul Cazin, miał nad nim jedną, ale za to znaczącą przewagę: znał język polski. Dzięki temu głównie stanowi on bez wątpienia najjaśniejsze ogniwo w przypomnianym tu łańcuchu przyjaciół Polski znad Sekwany.

Swój "romans" z Polską rozpoczął Cazin w roku 1904. W tym właśnie czasie został on nauczycielem języka francuskiego synów Edwarda Raczyńskiego w Rogalinie pod Poznaniem. Uzdolniony językowo (znał znakomicie łacinę i niemiecki), w ciągu kilku lat zdołał opanować język polski, a nawet stać się jego wielbicielem. Dzięki temu został jedynym w swoim rodzaju ambasadorem literatury polskiej we Francji. Dobrze rozumiejący wagę tych spraw Tadeusz Boy-Żeleński pisał w roku 1934: "Doprawdy można by myśleć, że w Cazinie zabłąkała się druga dusza, polska, szlachecka nawet. Jest w nim jakiś brat łata, jakaś słowiańska rozlewność"64.

Pojawił się on w paryskim gronie polonofilów w 1906 roku. Otwarty charakter pozwolił mu natychmiast przełamać opory i szybko znaleźć się w centrum spraw polskich. Pełen energii i osobistego czaru stał się ulubieńcem polskiej kolonii. Jedynie Wacław Gąsiorowski - upatrujący w nim konkurenta na niwie przekładowej oraz dziennikarskiej - nie darzył go sympatią. Cazin zyskał wszakże przyjaźń Żeromskiego i Reymonta, Struga, Weyssenhoffa i wielu innych. Stał się najbliższym współpracownikiem kierownika paryskiego Biura Prasowego Polskiego, Kazimierza Woźnickiego. Potwierdza tę współpracę zachowany do dziś w Bibliotece Polskiej w Paryżu blok ponad tysiąca listów wielkiego tłumacza do Woźnickiego.

Pierwszym większym przedsięwzięciem Cazina na polu przekładu była powieść Gabrieli Zapolskiej Modlitwa Pańska, którą ogłosił w 1908 roku. Wkrótce przyszła kolej na Żywot i myśli Zygmunta Podfilipskiego Weyssenhoffa, Z ziemi chełmskiej Reymonta i inne utwory. W lipcu 1910 r. wraz z Muretem udał się do Krakowa na uroczystości odsłonięcia Pomnika Grunwaldzkiego. Sprawozdanie z nich ogłosił w czołowych pismach paryskich: "Le Figaro" i "Le Gaulois"65. W lipcu 1909 r. kilka tygodni spędził w Muzeum Narodowym Polskim w Rapperswilu. W sierpniu 1910 r. Rada tego muzeum wybrała go na swojego członka-korespondenta. Zachęcony tym do dalszej pracy, zwielokrotnił swe wysiłki jako tłumacz. Nawiązał współpracę autorską z pismami warszawskimi: "Tygodnikiem Ilustrowanym" i "Światem". Nade wszystko jednak całym sercem oddał się idei uruchomienia w Paryżu serii wydawniczej "L'oeuvre littéraire polonaise". Prowadził więc rozległą w tej sprawie korespondencję, zabiegał o fundusze, przygotowywał do pracy tłumacza z literatury polskiej swego przyjaciela, Henri'ego Grappina, przystąpił wreszcie do pracy nad przekładem Pamiętników Paska. Z inicjatywy prof. Ernesta Denisa zaczął równocześnie gromadzić materiały do monografii Ignacego Krasickiego, która miała być (i była po wielu latach!) jego rozprawą doktorską. W ciągu zaledwie kilku lat bezpośrednio poprzedzających wybuch wojny światowej urósł na pierwszoplanową postać w gronie francuskich polonofilów. Związki jego ze światem polskim miały się jeszcze znacznie wzmocnić w czasie wojny: dzięki pomocy wpływowych w Paryżu Polaków trafił wówczas z frontu do obozu dla jeńców wojennych narodowości polskiej w Le Puy, gdzie został oficjalnym tłumaczem, ale gdzie stał się także... jednym z redaktorów obozowej gazety: "Jeniec Polski"66.

Przywołani w tym rozdziale uczeni, dziennikarze i twórcy francuscy stanowili bez wątpienia trzon grupy polonofilów paryskich. Obok nich było wielu innych, najczęściej jednak anonimowych uczestników uroczystości na rzecz Polski. W sumie było ich niewielu jednak, jeśli zważyć, że chodziło w tym wypadku o wielomilionowe miasto, jakim był wówczas Paryż. Skromna liczba polonofilów w środowiskach opiniotwórczych uderza szczególnie wówczas, gdy zważy się, że w tym samym czasie inne narody, jak choćby Węgrzy, Włosi, Hiszpanie czy Skandynawowie - by nie wspominać już o Rosjanach - cieszyli się w Paryżu znacznie większym zainteresowaniem Francuzów. Ujawnienie się jednak grupy polonofilów i ich działalność uznać należy za ważne wydarzenie w dziejach stosunków francusko-polskich.

1 K. Dunin-Wąsowicz, Francuska opinia publiczna wobec sprawy polskiej i Polaków w latach 1885-1894, Wrocław 1987, s. 48.

2 Tamże.

3 Tamże, s. 224.

4 A. Leroy-Beaulieu, L'empire des tsars, Paris 1883-1889, t. I-III.

5 A. Leroy-Beaulieu, Heures de solitude, Paris 1865.

6 A. Leroy-Beaulieu, Un homme d'état russe (Nicolas Miloutine) d'apr?s sa correspondance inédite. Etude sur la Russie et la Pologne (1855-1872), Paris 1884, s. VI.

7 "Krytyka" 1900, nr 2, s. 105.

8 Tamże, s. 106.

9 Tamże, s. 112.

10 A. Leroy-Beaulieu, Russie, Pologne et Allemagne, "La Revue Hebdomadaire", 22 V 1909; polska wersja: "Rzeczpospolita", 12 VI 1909.

11 Francja i Polska. Ankieta w sprawie stosunków francusko-polskich urządzona staraniem Biura Informacyjnego Prasowego Rady Narodowej w Paryżu, Lwów 1912, s. 13.

12 A. Potocki, Anatol Leroy-Beaulieu, "Świat" 1912, nr 26. K. Woźnicki, który bacznie obserwował życie polityczne Francji, w artykule poświęconym autorowi dzieła o "Imperium carów" podkreślał z naciskiem, że uczony ten, wierząc w powołanie do życia zjednoczonej Europy wspartej na zasadach dobrowolnej ugody, "tej upragnionej przez siebie ugodzie nie poświęcał naszych [polskich] postulatów narodowych: przeciwnie, zarówno w swych wykładach w Szkole [Nauk Politycznych], jak i w tym, co pisał, wyraźnie i niedwuznacznie w polityce rosyjskiej w stosunku do nas potępiał wszystko, co było prześladowaniem, czy prawem wyjątkowym" (K. Woźnicki, Listy paryskie, "Gazeta Lwowska", 13 VII 1912).

13 Por. A. Sorel, L'Europe et la Révolution Française, Paris 1885-1904, t. I-VIII.

14 Rozprawa ta, z 1878 r., doczekała się w roku 1902 polskiego wydania.

15 Ch. Seignobos, Listy do Kazimierza Woźnickiego, Archiwum K. Woźnickiego, Biblioteka Polska w Paryżu, t. 37.

16 Sz. Askenazy, Profesor Seignobos, "Tygodnik Ilustrowany" 1911, nr 36.

17 Dowodem stronniczej oceny działalności prof. Denisa jest artykuł M. Kasterskiej z 1921 ogłoszony w "Świecie" (nr 5) pt. Profesor Ernest Denis. Zgon słowianofila francuskiego wrogiego Polsce. Powtarza tę krzywdzącą opinię o Denisie A. Łongiewska w artykule: Działalność Komitetu Francusko-Polskiego i Towarzystwa Polskiego Literacko-Artystycznego w Paryżu w latach 1909-1916. W świetle archiwum Wacława Gąsiorowskiego (Rocznik ZNiO, t. XI, 1976). Badaczka ta w podobny sposób krzywdzi pamięć Frédérica Massona.

18 E. Denis w 1881 r. przełożył z języka rosyjskiego na francuski Historię literatur słowiańskich Aleksandra Pypina i Włodzimierza Spasowicza.

19 O silnych związkach Denisa z Polską pisał m.in. K. Woźnicki na łamach "Gazety Lwowskiej". Czytamy tu, że ten "przyjaciel Polski corocznie dziesiątki naszej młodzieży studiującej na Sorbonie szczególną otacza opieką" (K. Woźnicki, Listy paryskie, "Gazeta Lwowska", 1 XI 1911).

20 Por. E. Ligocki, Dialog z przeszłością, Warszawa 1970, s. 71.

21 "Rzeczpospolita", 3 VII 1909.

22 W 1905 r. L. Léger wydał wspomnienia, którym dał tytuł: Souvenirs d'un slavophile.

23 J. Starnawski, W kręgu zainteresowań literackich literaturą polską we Francji w XIX wieku, Łódź 1978, s. 77.

24 E. Ligocki, dz. cyt., s. 73.

25 L. Léger, Souvenirs d'un slavophile (w:) Le monde slave, Paris 1905, s. 97.

26 Nemo (M. Golberg), Z nad Sekwany, "Życie i Sztuka" (dodatek do: "Kraju") 1902, nr 24.

27 W latach 1886/87 Léger wykładał o Śpiewach historycznych Niemcewicza, w 1902/03 - o Dworzaninie polskim Górnickiego, w 1906/07 - o Pamiętnikach Paska, w 1909/10 - o Kazaniach sejmowych Skargi (por. J. Starnawski, dz. cyt., s. 73-74).

28 W latach 1890/91 i 1891/92 Léger prowadził wykład o Panu Tadeuszu, w latach 1898/99 i 1899/1900 - o twórczości poetyckiej Mickiewicza.

29 W czerwcu 1891 r. w Cercle de Saint-Simon urządzono koncert utworów Moniuszki. Léger wygłosił wprowadzenie (por. "Świat" 1891, nr 13).

30 Por. R. Girault, La révolution russe de 1905 d'apr?s quelques témoignages français, "Revue Historique" 1963, z. VII-IX; F. Ziejka, Ensorcelés par l'Empire des tsars. La "decouverte" de la Russie par les Français apr?s 1870, "Revue de Littérature Comparée", Paris 1991, nr 4, s. 459-466. Polska wersja w niniejszym tomie.

31 J. Gałęzowski, Listy do Henryka Bukowskiego, Biblioteka Polska w Paryżu, Archiwum H. Bukowskiego - list z 19 XI 1894.

32 R. Girault, dz. cyt., s. 97-98.

33 Szerzej na ten temat: C. de Grunwald, Les alliances franco-russes. Neuf si?cles de malentendus, Paris 1965; Ch. Corbet, L'opinion française face a l'inconnue russe (1799-1894), Paris 1967.

34 K. Woźnicki, Maurice Muret, "Polonia" 1914, nr 8.

35 Tamże.

36 M. Muret, Listy do K. Woźnickiego, Archiwum K. Woźnickiego, dz. cyt., t. 26.

37 Francja i Polska..., dz. cyt., s. 15.

38 "Paris-Journal", 8 VII 1912.

39 "Bulletin Polonais", 15 X 1912.

40 "Polonia" 1914, nr 31.

41 Potwierdzają to listy Cheradame'a do K. Woźnickiego (w Bibliotece Polskiej).

42 M. Toussaint, Listy do K. Woźnickiego, Archiwum K. Woźnickiego, dz. cyt., t. 41 - list z 16 V 1913.

43 M. Toussaint dał temu wyraz m.in. w artykułach drukowanych na łamach paryskiej "Polonii". W artykule pt. Cent ans d'histoire czytamy: "energia, odwaga, oddanie, patriotyzm pozostaną zawsze najważniejszymi narzędziami narodu polskiego w jego walce o niepodległość i wolność. Polska, która dała nam tyle przykładów bohaterskich w swych dziejach, nie poskąpi ich nam w przyszłości" ("Polonia" 1914, nr 4).

44 M. Konopnicka, O książce i około książki, "Biblioteka Warszawska" 1906, t. III, s. 77.

45 O swoim urzeczeniu muzyką Chopina wspomina Barr?s w Amori et Dolori sacrum. O Mickiewiczu pisał on w artykułach ogłoszonych w: "Le Journal Quotidien, Littéraire, Artistique et Politique" (9 II 1894) oraz w "La Cocarde" (11 i 17 XI 1894).

46 J.H. Rosny-aîné, Listy do K. Woźnickiego, Archiwum K. Woźnickiego, dz. cyt., t. 35.

47 A. Uriet, Listy do K. Woźnickiego, tamże, t. 43 (list z 6 XII 1924).

48 K. Woźnicki, Marius Ary Leblond, "Słowo Polskie", 10 V 1910.

49 G. Dauchot, Immortelle Pologne, Paris 1908.

50 Dauchot ogłosił w "L'Idée" m.in.: L'Aigle blanc (15 VIII 1898), Harpes sublimes: Adam Mickiewicz (1 V 1903), Harpes sublimes: Jules Słowacki (1 VII 1903).

51 Na łamach "Le Petit Journal" Dauchot pisał w dniu 26 marca 1906 o uroczystości składania przez Polaków wieńca pod pomnikiem napoleońskiego marszałka Monceya oraz o wspólnej, polsko-francuskiej obronie Paryża w 1814 r. przed wojskami rosyjskimi. W dniu 8 grudnia 1906 - o muzeum Adama Mickiewicza w Paryżu etc.

52 Fragment o cmentarzu Łyczakowskim ogłosił Dauchot na łamach pisma "L'Idée" - 4 VI 1904.

53 G. Dauchot, Listy do Kazimierza Woźnickiego, Archiwum K. Woźnickiego, dz. cyt., t. 10 (list z 5 II 1912).

54 M. Zdziechowski, Gabriel Sarrazin (odb. "Czasu"), Kraków 1900, s. 3.

55 W 1892 r. Sarrazin wydał La Montée, w 1894 - Mémoires d'un Centaure, w 1897 - Le roi de la mer.

56 W zachowanym w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej liście z 4 czerwca 1899 M. Zdziechowski pisze do Konstantego M. Górskiego, naówczas bibliotekarza Biblioteki Polskiej w Paryżu: "Otrzymałem wczoraj list od Sarrazina, w którym długo i obszernie opowiada mi, że pisał do Pana prosząc o książki i informacje co do Mickiewicza. - Wygląda na to, jak gdyby i mnie prosił, żebym ze swojej strony udał się do Pana polecając Mu sprawę Sarrazina. Czynię to więc w przeświadczeniu, że to zupełnie niepotrzebne, bo bez mojej "protekcji" zrobi Pan wszystko, co w Pańskiej możności" (Biblioteka Jagiellońska, Rkpsy 7731 III, k. 31).

57 Wprawdzie ukazało się zaledwie kilka bardziej znaczących recenzji, ale głos zabrał nawet E. Schuré i przygotował entuzjastyczny artykuł o Mickiewiczu widzianym przez Sarrazina ("La Revue", 15 VII 1906).

58 "Krytyka" 1900, nr 2, s. 151.

59 Tamże, s. 153.

60 W "La Vie" Sarrazin ogłosił m.in.: Un poéte polonais (27 i 30 IV 1912), A la Pologne (30 XI 1912), L'Apostolat du knout en Pologne (6 VI 1912) - rec. książki Reymonta Z ziemi chełmskiej.

61 "Świat" 1911, nr 35.

62 Potwierdziła to Rosa Bailly w liście do K. Woźnickiego, Archiwum K. Woźnickiego, dz. cyt., t. 62 (list z 29 VIII 1929).

63 M. Zdziechowski, Gabriel Sarrazin, dz. cyt., s. 3.

64 T. Żeleński (Boy), Paul Cazin czy Paweł Koziński, "Kurier Poranny" 1934, nr 311.

65 Por.: "Le Figaro", 20 VII 1910; "Le Gaulois", 17 VII 1910.

66 Przed wybuchem I wojny światowej Cazin przełożył nadto jeszcze: cz. I Urody życia Żeromskiego, Pamiętniki Paska oraz - wspólnie z B. Kozakiewiczem - Księcia Józefa Poniatowskiego Sz. Askenazego.

Spis treści

Przedmowa

Część I

dziennik paryski (12 listopada 1984-9 listopada 1985)

Część II

Paryż młodopolski

STOLICA ŚWIATA .

POLSKA W PARYŻU

LUDZIE POGRANICZA

PRZYJACIELE FRANCUZI

OGNISKA POLSKICH ARTYSTÓW I PISARZY

Towarzystwo Filharmoniczne Polskie

Koło Polskie Artystyczno-Literackie

Towarzystwo Polskie Artystyczno-Literackie

Towarzystwo Artystów Polskich

O MIEJSCE DLA POLSKI

Agence Polonaise de Presse

Akcja Sienkiewicza

Komitet Francusko-Polski

Batalia o Paska i polską literaturę

PATRONAT WIESZCZÓW

Droga Adama na plac d'Alma

Przy grobie Juliusza

BESTSELLER I JEGO POKŁOSIE

MŁODA POLSKA U BRAM EUROPY

Paryskie sukcesy i porażki Stanisława Wyspiańskiego

Jana Augusta Kisielewskiego nieudana wyprawa po złote runo

Podbój Paryża przez Józefa Weyssenhoffa i jego "Podfilipskiego"

Paryskie nadzieje i rozczarowania Stefana Żeromskiego

Władysława S. Reymonta droga na paryski parnas

Bibliografia

Część III

Nie tylko o paryżu

Nowożytny Babilon. Obraz Paryża w literaturze polskiej lat 1890-1930

Kolonia paryska polskich malarzy

Stanisław Przybyszewski i Francuzi

Bizancjum modernistów. "W mrokach Złotego Pałacu czyli Bazilissa Teofanu" Tadeusza Micińskiego w kontekście literatury europejskiej o tematyce bizantyjskiej

Francja i Rosja. Karta z dziejów stosunków literackich w Europie na przełomie XIX-XX wieku

Nieznani, zapomniani... O dawnych tłumaczach literatury polskiej we Francji

Krótka opowieść o emigracyjnym skarbie i niektórych jego strażnikach

Paryska przygoda "Halki"

Tadeusza Boya-Żeleńskiego kłopoty paryskie

Głos wolny, wolność ubezpieczający... Nadsekwańskie echa Wielkiego Strajku Chłopskiego z 1937 roku

Spis ilustracji

Nota edytorska

Indeks nazwisk