12 listopada 1984
Pełen niepokoju, ale i nadziei, ląduję na lotnisku Orly-Sud. Pierwsze wrażenie onieśmiela. Przed kilkunastu laty lądowałem na Le Bourget. Było to lotnisko bardziej swojskie, trochę prowincjonalne. Tu, na Orly, z każdego kąta przemawia do przybysza rozmach, nowoczesność, potęga. Już tutaj podróżny zdaje się tracić resztki swojej osobowości - którą tak wysoko cenił jeszcze przed chwilą, w powietrzu. Staje się ziarenkiem piasku w przesypującej się machinie czasu. Obsługa pasażerów odbywa się taśmowo, szybko, sprawnie. Po odbiór bagaży trzeba przejść kilkaset metrów. Nikt ich oczywiście nie sprawdza, nikogo nie obchodzą...
Ale Paryż to miasto niespodzianek. Oto, zaledwie odetchnąłem jego powietrzem - jeszcze tutaj świeżym, bo to wszak około 40 km od centrum miasta - a już spotykam przyjaciółkę mojej rodziny od lat kilkunastu. To Cilick, czyli pani Cécile Santamaria, która w ostatniej chwili (na kilka godzin przed moim przyjazdem), odebrawszy wiadomość o moim przyjeździe, stawiła się na powitanie. Radość obopólna. Upłynęło ponad 12 lat od naszego ostatniego spotkania, a wydaje się, że było to zaledwie wczoraj, może - przedwczoraj. Dzięki pomocy Cilick (to jej pseudonim literacki, który wszedł jednak w użycie także w środowisku domowym i znajomych) szybko docieram do Paryża. W stacji PAN-u, przy ulicy Lamandé, zarezerwowałem sobie pokój. Mam więc gdzie się zatrzymać! Ale nie tylko to. Oto w bramie wejściowej do tak bliskiego sercu setek polskich uczonych, stypendystów, profesorów budynku przy Lamandé spotykam przyjaciela z dawnych lat, prof. Tadeusza Bujnickiego. Od miesiąca mieszka tutaj, jako stypendysta francuskiego MSZ-etu. Przyjaciel wita mnie po polsku - sercem i... butelką Côte-du-Rhône! Czyż może być cieplejsze przyjęcie? Nic zatem dziwnego, że gdy około północy zasypiam na trochę twardym łóżku, błogosławię Los za opiekę.
13 listopada 1984
To dzień mojej "instalacji" na Uniwersytecie. Z dalekiego Chartres przyjeżdża moja nowa szefowa z Institut National des Langues et Civilisations Orientales, prof. Maria Delaperri?re. O dziesiątej stajemy u bram Cité Universitaire. Początki są dobre. Okazuje się, że prośba szefowej została uwzględniona i otrzymuję przydział do pokoju 325 w Coll?ge Néerlandais. Pokój zwyczajny, z umywalką. Łazienka wspólna na piętrze. Jest za to Regulamin, w którym wypisano, ilu to rzeczy zabrania się lokatorowi (prania, gotowania, używania dodatkowego oświetlenia...). Na szczęście podobno regulaminy wymyślono po to, by istniały, nie zaś po to, by ich przestrzegano! Mam zatem miejsce w akademiku!
Drugi próg do przeskoczenia jest o wiele trudniejszy: to "instalacja" na uczelni. Panie z administracji są wprawdzie bardzo miłe, ale żądają wypełnienia kilkunastu dokumentów, przedstawienia kilku innych... Na szczęście i ta barykada zostaje zdobyta. Przy okazji poznaję miejsce pracy: pałac przy rue de Lille 2. Budynek "sympatyczny", choć niewiele wydaje się mieć wspólnego z nowoczesnością. Salki wykładowe rozrzucone są po okolicznych budynkach (na szczęście niezbyt daleko). W Institut National des Langues et Civilisations Orientales (INALCO) naukę pobiera wcale spora grupa młodzieży, naucza się tu bowiem grubo ponad 80 języków. Nie widać jednak ruchu, życia uczelni. Zwraca uwagę kameralny, swojski nastrój. Taki nastrój panuje także w czasie mojej rozmowy z wiceprezydentem INALCO, prof. La-Bridle'em, odpowiedzialnym za sprawy słowiańskie. Przed rokiem był on gościem UJ, teraz ma okazję do rewanżu. Przynajmniej w słowach.
Załatwienie spraw administracyjnych zajmuje mi cały dzień. Ani się spostrzegłem, gdy nadszedł wczesny listopadowy wieczór. O przeprowadzce dziś nie ma co marzyć. Po prostu sił nie staje... Zmęczony przeżyciami dnia padam na łóżko w hotelu przy Lamandé. Nie mam czasu nawet na uporządkowanie myśli, zebranie pierwszych wrażeń. Jutro wszak na 8.30 muszę dotrzeć na uczelnię i podjąć zajęcia. Życie nie rozpieszcza, stawia ostre wymogi.
14 listopada 1984
Dziś inauguracja moich zajęć. Wszystko zaczyna się pod dobrym znakiem. Do kilkorga słuchaczy mówię o literaturze Polski najdawniejszych wieków. Mówię po francusku, z polskim językiem mają bowiem jeszcze spore kłopoty. Zainteresowanie spore. Może to dobry znak?
Na kolejnych zajęciach (mam ich w tym dniu 5 godzin) stawia się kilkanaście osób. Nawiązuję pierwsze znajomości. Studenci - jak zazwyczaj - o bardzo powikłanych biografiach. Tylko dwie osoby pochodzą z Polski (podobno w dawnej Sorbonie, czyli w dzisiejszym Paris IV, Polacy dominują). Reszta to Francuzi, ale są także słuchacze z Afryki, ze Stanów Zjednoczonych i inni.
Skład mojej grupy ćwiczeniowej w pewnym sensie odbija charakter dzisiejszego Paryża, miasta coraz mniej francuskiego, coraz bardziej kosmopolitycznego. Moje wspomnienia sprzed lat dwunastu - trzynastu zostają teraz wystawione na ciężką próbę. Miasto bowiem nie tylko zmieniło się zewnętrznie. Pojawiły się nowe dzielnice, nowe osiedla. Zmienił się nade wszystko jego charakter. Przynajmniej w niektórych dzielnicach. W okolicach Lamandé, placu Clichy, ale także w wielu innych dominują zdecydowanie Afrykanie i Arabowie. Na niektórych liniach metra to oni właśnie panują bez reszty. Biały paryżanin staje się tu rzadkością...
Ogromny napływ Afrykanów i Arabów z dawnych kolonii francuskich zmienia oblicze Paryża. Stolica Francji nabiera charakteru orientalnego, południowego. Czy proces ten zostanie zahamowany, o co wołać zaczynają coraz głośniej niektórzy politycy, należy wątpić. Życie ma swoje prawa. Imigracja z Afryki do Francji trwa. Paryż coraz bardziej staje się metropolią kolorowych. I nikt chyba nic na to nie poradzi.
15 listopada 1984
Dziś spędziłem pierwszą noc w Cité Universitaire. Wieczorem, przy znaczącej pomocy przyjaciela Tadeusza, przeprowadziłem się do "własnego" pokoju w Coll?ge Néerlandais! Pokój duży, jasny. Ma jednak swoje niewygody. Przede wszystkim jest zimny! W nocy porządnie zmarzłem. Trzeba było wstawać, narzucać na łóżko kurtki i płaszcze, zimno bowiem dało się mi mocno we znaki. Niewesołe perspektywy...
W tej sytuacji rozgrzewa mnie tylko wiadomość z domu. Właśnie wczoraj wieczorem udało mi się dodzwonić do Krakowa. Co za radość usłyszeć głosy bliskich, powiedzieć im, że wszystko toczy się dobrze, że nie ma się o co niepokoić! To pozwala przetrwać nawet najgorsze. W tym kontekście łatwiej mi przełknąć gorzką pigułkę, jaką zgotowano mi w czasie wizyty w ambasadzie.
Wybraliśmy się do ambasady z przyjacielem Tadeuszem. Zgodnie bowiem z instrukcją, jaką otrzymaliśmy przed wyjazdem, jest to nasz obowiązek. Przyjaciel miał jeszcze złudzenia, że porozmawiamy tam z kimś, że ktoś się zainteresuje naszym losem. Ja, pamiętając o swoich dawniejszych przygodach, byłem ostrożniejszy. I oczywiście miałem rację (choć doprawdy nie chciałbym mieć tej właśnie satysfakcji!). W ambasadzie "załatwiono" nas na stojąco - kazano wypełnić obszerne ankiety i możliwie szybko ruszyć w świat. Jedna jedyna panienka, która raczyła zjawić się w poczekalni, oświadczyła nam, że dziś wszyscy mają bardzo dużo zajęć, a ona szczególnie. Zrozumieliśmy w lot. Po kilku minutach byliśmy już na ulicy. Wolni, spokojni, ze świadomością spełnionego "obowiązku". Tylko gdzieś tam głęboko raz po raz odzywała się niespokojna myśl - czy też i oni mają podobną świadomość. Czy świadomość taką posiada także ten jakże arogancki odźwierny, którego nie stać było nawet na zwykłe "dzień dobry". Czy posiada ją także i owa panienka, i owi mityczni "panowie", wszyscy tak bardzo zajęci!?
Na szczęście dzisiejszy dzień przynosi także i radośniejsze chwile. Przede wszystkim okazuje się, że mam prawo korzystać ze stołówki studenckiej w Cité Universitaire. Wprawdzie płacę pełną taryfę za obiad (17,70 franków), jest to przecież wieść bardzo pocieszająca. Skoro mam gdzie spać i co jeść, na bok muszą ustąpić wszelkie inne kłopoty.
16 listopada 1984
Dziś w programie oprócz wielu innych zajęć miałem dwie wizyty. Pierwsza na prefekturze policji. Trzeba wszak podjąć starania o kartę pobytu (carte de séjour). Niestety, wizyta zakończyła się niepowodzeniem. Tłum cudzoziemców, przede wszystkim studentów z Cité, szczelnie wypełniał pomieszczenie. Godzinne oczekiwanie w kolejce przekonało mnie, że trzeba spróbować kiedy indziej, dużo wcześniej. Tym bardziej że czas biegnie, a w południe mam spotkanie z dyrektorem Instytutu Polskiego. Na szczęście przynajmniej ta wizyta przebiega pomyślnie. Pan Klimkiewicz sprawuje urzędową opiekę nad Polakami pracującymi w uczelniach francuskich w ramach umowy kulturalnej polsko-francuskiej. Orientuje się dość dobrze w sytuacji poszczególnych ludzi, choć niektóre sprawy widzi w wyostrzonym świetle, zbyt jaskrawo. Cóż, ostatnie, wcale niełatwe lata kazały mu widocznie dmuchać na zimne...
Czy współpraca nasza się ułoży? Obaj mamy taką nadzieję. Życie odpowie samo. Zobaczymy. W każdym razie chęci nie brakuje. Tym bardziej że wszystko wskazuje na to, iż będę musiał szukać pomocy w bibliotece Instytutu. Zajęć mam w uczelni sporo (14 godzin tygodniowo!), nieodzowna musi być więc pomoc bibliotekarska.
W czasie chwilowej zadumy stwierdzam, że właściwie od kilku dni żyję prawie wyłącznie w Paryżu podziemnym! Masa spraw, jakie muszę załatwić w coraz to innym miejscu miasta, sprawia, że bez przerwy jeżdżę metrem. Czuję się też tutaj zupełnie dobrze, swojsko. Bez pudła wybieram właściwy kierunek, zmieniam linie, wędruję podziemnymi korytarzami... Ani się spostrzegłem, że w ten sposób stałem się obywatelem miasta, które przed półtora wiekiem tak barwnie opisał był Wiktor Hugo.
Wędrówka paryskim metrem to prawdziwa przygoda. Właściwie każda linia ma swój własny charakter. Jedne przypominają jako żywo Paryż przedwojenny: jeżdżą po nich wysłużone stare zestawy - pociągi (po 5 wagonów w każdym zestawie, środkowy wagon kl. I). Inne - centralne - tchną nowoczesnością, elegancją. To już metro przyszłości (np. linia pospieszna RER). Odrębna sprawa to stacje. Jest ich chyba kilkaset. Każda z nich ma swój własny wystrój. Do jednych zawitała nowoczesność wraz z ruchomymi schodami, trasami szybkiego ruchu (np. Montparnasse-Bienvenue), w innych wciąż jeszcze stare windy wywożą pasażerów na powierzchnię ziemi. Wszystkie - zgodnie ze starym paryskim zwyczajem - przyjęły funkcję głównego centrum reklamowego. Na szczęście reklamy te są stosunkowo spokojne, nie atakują przechodnia. Zginęła dawna ich agresywność. Tak, jak wycofana została ze stacji metra rozpowszechniona niegdyś sprzedaż w automatach gumy do żucia. Dziś to już przeszłość. Kto był sprawcą tej odmiany, nie potrafię odpowiedzieć. Dość, że zaginęła ta tradycja. Nie tylko ona.
17 listopada 1984
Spisywanie tego dziennika zaczyna stawać się interesującym przedsięwzięciem. Czy starczy mi sił i ochoty na zapełnianie tych stronic, na odnotowywanie tego, co jest tego godne? Przecież nie sposób opisać wszystkiego. Czy zapisywać tylko wrażenia o świecie? A może dać więcej miejsca zwierzeniom własnym? Pytania te mnożą się nie bez kozery. Wczoraj spędziłem kilka wieczornych godzin przy biurku. Przygotowując wykłady, wypadło mi sięgnąć do Dziejów kultury polskiej Aleksandra Brücknera. Do dzieła niezwykłego, pełnego fajerwerków i niespodzianek, monumentalnego, a przy tym bardzo osobistego! Jakże daleko odbiega ono od obowiązującej dziś zasady tzw. obiektywizmu! Brückner wydaje sądy bez najmniejszych skrupułów. Jednych kreuje na bohaterów, innym odmawia prawa do pamięci. A wszystko to znajduje wsparcie w jego jakże znakomicie pojemnej pamięci! To umysł doprawdy na miarę renesansu!
Czytając Dzieje kultury polskiej nie sposób nie postawić pytania: co ważniejsze - człowiek czy świat, myśl czy czyn? Brücknera interesowali przede wszystkim ludzie. A mnie? Na razie pytanie to niech pozostanie bez odpowiedzi.
Dziś sobota. Na dworze leje, zimno, wieje wiatr. Nie chce się nawet wychylić nosa z domu. Od ranka siedzę przy biurku i pracuję. Po obiedzie nie sposób jednak wysiedzieć. Wraz z Tadeuszem ruszamy do serca Paryża, na Plac Zgody (Place de la Concorde). W listopadowym deszczu zlewają się kontury stojącej nieopodal wieży Eiffla. Nad placem zaś - niby okrzyk rozpaczy - wznosi się ku górze obelisk z Luksoru. Wyrwali go kiedyś przodkowie dzisiejszych mieszkańców Paryża z dalekiego Egiptu, przewieźli tutaj i postawili na znak swej potęgi. Dziś luksorski monument zdaje się głosić zmęczonemu bezustanną gonitwą światu jedną jedyną prawdę: o upływie czasu, o sile materii i nietrwałości pamięci człowieka. Przed dziesiątkami wieków, w starodawnym Egipcie, artyści mozolili się nad wykuciem w twardym kamieniu prawd o ich własnym świecie. Dziś pamięć o nich przepadła. Odeszły także w niepamięć prawdy, które zaklęli w tym kamieniu. Na Placu Zgody stoi dziś głuchy na świat, na jego bolesne wstrząsy i konwulsje, pomnik-wyzwanie, pomnik-przestroga. Czy go zauważają paryżanie? Może go widzą z okien swych wspaniałych samochodów. Ale nie potrafią już, niestety, czytać wyrytych na nim znaków. Niestety, nie wiedzą, dlaczego go odkuto w kamieniu...
Przyjechaliśmy na Plac Zgody przede wszystkim w nadziei odwiedzenia pałacu Jeu de Paume - wspaniałego muzeum impresjonistów. Przyjechaliśmy mimo najgorszej listopadowej pogody. Czy zostaniemy nagrodzeni? Kłębiący się w wejściu do muzeum różnojęzyczny, przemoknięty tłum nie zachęca. Będzie tłok! Nie ma jednak wyboru. Degas, Renoir, Manet, Monet, Cézanne, Van Gogh... są tuż obok! Jakże im nie złożyć choćby krótkiej wizyty? Jakże im się nie pokłonić? Tak, pokłonić. Bo na zawarcie bliższej znajomości z tymi płótnami przyjdzie pewnie czas. Dziś, w tym tłumie, przy boku przyjaciela nie ma możliwości zaznajomienia się z nimi. Do muzeów najlepiej chodzić samotnie w czasie, gdy inni zajęci są swoimi sprawami... Cóż więc da mi dzisiejsza wizyta? Dużo i mało. Daje przede wszystkim możliwość ogarnięcia ogromu dorobku impresjonistów. To bogactwo, od którego dostaje się zawrotu głowy. Jakże dziwny, inny świat wydał tych artystów! Jakże inni byli oni sami! Każdy z nich był osobowością, każdy szukał swojej własnej drogi. A przecież nie sposób nie wskazać na wspólne ich korzenie. Na pozór niewiele jest wspólnego między Monetem a Van Goghiem, Cézanne'em a Gauguinem. Każdy z nich widział otaczający świat inaczej, próbował go odtworzyć - bądź stworzyć - przy użyciu swej własnej techniki. A przecież łączy ich nie tylko epoka, która ich wydała. Nie tylko koncepcja światła na płótnie, nie tylko podobny rodowód. Łączy ich nade wszystko chyba umiłowanie życia. Z setek zawieszonych w pałacu Jeu de Paume obrazów ponad wszystko woła prawda o pięknie świata, o radości życia. Zarówno baletnice Degasa, jak żniwiarze Van Gogha, tahitańskie dziewczęta Gauguina i damy Moneta, goście prowansalskiej oberży Cézanne'a i panienki paryskiego półświatka Toulouse-Lautreca - wszyscy oni zdają się cenić życie, radować się nim. Czy cenili je modele artystów - nie wiem. Wiem jednak, że cenili je sami artyści. Toteż malowali swoje obrazy z radością, a może i z przekleństwem na ustach. Nie mieli jednak wyboru. Życie ich zmuszało do tego. Musieli się mu poddać, stać się jego apostołami...
Niestety, nie są apostołami życia bywalcy baru "Hôtel-Ellen" z rue Ferdinand Duval w IV dzielnicy Paryża. Postanowiłem odwiedzić ten bar, mam bowiem wiele do niego sentymentu. Przed kilkunastu laty to tutaj właśnie poznałem rodaka z mojego Radłowa, człowieka, którego Los jeszcze w latach dwudziestych wyrzucił na paryski bruk. Nie dziw więc, że, skoro Tadeusz zaproponował "postimpresjonistyczną" kawę, skierowaliśmy się właśnie tutaj.
Bar "Ellen" właściwie w niczym się nie zmienił. Życie dookoła biegnie naprzód, ale on wciąż istnieje. Wciąż też można w nim spotkać - chociaż coraz rzadziej - polskich rozbitków z lat międzywojennych. Wypędzeni z rodzinnych domów przez kryzys lat trzydziestych, inni przez wojnę, znaleźli w barze "Ellen" swoisty azyl. Tu się schodzą, tu dyskutują, tu się kłócą i radują. Właściciel baru, pan Jakub, zna wszystkich. Wie, kto lubi piwo, kto wino czerwone, kto zaś może pozwolić sobie na pastisse lub pernod. Niestety, dzisiejsza nasza wizyta w barze "Ellen" przebiegła w nastroju melancholii. Mój rodak zmarł przed rokiem. Nikt nie wie, gdzie go pochowano. Owszem, dobrze pamiętają go. Palił zawsze cygara, był bardzo honorowy - powiada pan Janek. Inny gość dorzuca - spierał się zawsze ze Staszkiem z Warszawy, z tym kapelusznikiem. Dziś nie ma już ani Pawła, ani Staszka. Odeszli na zawsze. Ich dawni koledzy przy "balonie" czerwonego wina chcą zapomnieć o swej starości i samotności. Czekają na chwilę, gdy przyjdzie ona - wybawicielka i zamknie im oczy na zawsze. A wtedy nie odwiedzą już baru "Ellen". Wprowadzą się do niego pewnie nowi lokatorzy, koledzy i kompani owego Ryśka, który porzucił był właśnie studia w Krakowie i przyjechał tu, do Paryża, na zarobek. Na razie pracuje od czasu do czasu jako pomocnik tapeciarza, wieczorami zaś zmywa naczynia u wujka w barze "Ellen". Może za miesiąc, może za rok "stanie na nogi". Dostanie wówczas "papiery", zacznie zarabiać, żyć... Po to, by po latach znów przychodzić do jakiegoś baru "Ellen" w poszukiwaniu wspomnień o rodzinnym, dalekim kraju, by topić te wspomnienia w lampce czerwonego cienkusza...
18 listopada 1984
Dziś niedziela, dzień świąteczny. Najpierw odwiedzam serce Paryża, czyli katedrę Notre-Dame. Nabożeństwo o godzinie 10.00 ma charakter uroczysty. Środkową, potężną nawę wypełniają wierni. Boczne nawy, odgrodzone wysoką drewnianą zaporą, służą setkom turystów za miejsce - stosunkowo wygodne - do zwiedzenia świątyni, a także przyglądnięcia się trwającemu właśnie nabożeństwu.
Samo nabożeństwo przebiega w nastroju powagi i podniosłości. Kapłan wygłaszający naukę mówi pięknie i przekonująco. Nawołuje wiernych do przestrzegania podstawowych kanonów moralności chrześcijańskiej, zarówno w życiu osobistym, jak i społecznym. Pięknie brzmi w starych murach katedry głos chóru - szczególnie w momencie gdy śpiewa po łacinie Credo. Mimo prób trudno przecież skupić się w czasie nabożeństwa. Z jednej strony ogrom tej budowli, z drugiej tłumy przechodzących obok turystów, bezustannie błyskających elektronicznymi lampami aparatów fotograficznych, z trzeciej zaś świadomość jakże długiej i bogatej historii tej świątyni - wszystko to sprawia, że nie sposób oderwać się od otaczającego świata i zastanawiać się nad pięknymi i mądrymi prawdami, o jakich mówi kapłan od ołtarza.
To dziwne, ale Notre-Dame de Paris, pełniąc dziś tak różnorodne funkcje - świątyni, zabytku historycznego, centrum ewangelizacji dorosłych etc. - przykuwa do siebie uwagę nade wszystko chyba swą niepowtarzalną urodą. Nawet dzisiaj, w dzień deszczowy, fascynuje swą koronkową, niepowtarzalną, pełną najbardziej zaskakujących rozwiązań architekturą. Średniowieczni artyści zaiste musieli w czasie przygotowań do tej pracy być w prawdziwym natchnieniu twórczym. Pozostawili nam bowiem arcydzieło architektury, które zachwyca, ale którego nie sposób zrozumieć, wyjaśnić, zgłębić.
Urzeczony urodą architektury i atmosferą wspaniałej świątyni z tym większą radością spieszę na spotkanie z przyjaciółmi, z którymi rozstałem się przed dwunastu laty. José i Cilick w dawnych, prowansalskich latach należeli do najbliższego kręgu moich znajomych. Z radością spieszę teraz do nich. Jak się dowiaduję, właśnie się przeprowadzili. Mieszkają obecnie w jednym z kilkudziesięciu podparyskich osiedli-satelitów. Zajmują cztery pokoje, kuchnię. Miejsca sporo, choć niegdyś wydawało się, że było go więcej. To sprawa dzieci, które w tych latach dorosły, zaczęły się usamodzielniać. Pablo, ten bodaj najbardziej ulubiony przez rodziców syn, od roku pracuje w Tunezji, odrabiając w ten sposób służbę wojskową. Mała niegdyś Ewa, piękna czarnooka pół-Polka, pół-Hiszpanka, a właściwie Francuzka, od pewnego czasu mieszka wraz z Davidem. Właśnie jutro mają przenosić się do nowego trzypokojowego mieszkania. Zakupiła je dla nich matka Dawida... A Miguel? Ten nieznośny niegdyś chłopaczek? Właśnie dziś obchodzi swe dwudzieste urodziny! Ach, ten czas...
Może najmniej zmian zaszło w José i Cilick. Przyprószyła ich mocno - to prawda - jesienna siwizna. Ale wygląda na to, że się nie zmienili. Chociaż to niezupełnie tak. Zmiany zaszły także w nich, i to spore. Cilick - jak dawniej wprawdzie z upodobaniem zajmuje się poezją, sprawami zaświatowymi, astrologią, tajemniczymi promieniami, robi to jednak z daleko większą rezerwą. Jakby dobrze sobie zdawała sprawę z tego, że trzeba chronić ten azyl przed rozpadem, ale - że jest to tylko azyl. José także wyraźnie przekroczył pewną granicę. Niegdyś był zawołanym zwolennikiem prawicy, dziś z przekonaniem broni polityki socjalizującego rządu. Ale nie tylko w polityce zmienił on swe wybory. Także w życiu codziennym stał się mniej dziarski (to daje o sobie znać pięćdziesiątka!), mniej miękki w stosunku do Cilick... Jakby życie dało mu więcej zgryzot niż radości, zmusiło go do większego wysiłku, pracy.
W domu José i Cilick spotykam sporo gości. Przy stole, przy lampce beaujolais (Beaujolais est arrivé! - wołają wszędzie napisy), przy kolejnych potrawach, płynie rozmowa dosyć wartko. Oczywiście, nie sposób pominąć spraw polskich. Daje się zauważyć, jak właściwie opinie wszystkich są ogromnie uproszczone. Prawdy, które wygłaszają, są tylko bladymi kalkami rzuconych przez dziennikarzy i polityków haseł. Ale na dobrą sprawę trudno się im dziwić. Kto im ma dać ową pełną wiedzę o tym, co się u nas dzieje? Nie dziw więc, że w czasie rozmowy raz po raz padają okrzyki zdziwienia: ależ to niemożliwe, my o tym nie wiemy, to zupełnie inaczej wygląda z naszej perspektywy...
Każda, nawet najlepsza wizyta musi mieć swój koniec. Ma swój koniec - a nawet i epilog - i ta. Oto bowiem, kiedy około 19:00 opuszczamy gościnny dom Cilick i José, aby powrócić do Paryża, pojawia się nieoczekiwany kłopot: golf Davida nie chce zapalić! Trzeba go popchnąć. Odkładam na bok torbę z notatnikami i kocem - wypożyczonym od Cilick, bo w Cité zimno - i pomagam, ile mogę. Auto w końcu udało się uruchomić. Niestety, nie udało się odzyskać mojej torby! Przepadła na zawsze! Wystarczyło kilka minut, by znikła. Komuś się przydała! Cóż, takie jest życie. Od pierwszego dnia pobytu w Paryżu przestrzegano mnie przed złodziejami. Nie ustrzegłem się i trzeba było opłacić chwilę nieuwagi! Na szczęście dokumenty i pieniądze zostały. Na szczęście...
19 listopada 1984
Początek drugiego tygodnia pobytu w Paryżu. Dzień zaczynam pod dobrym znakiem. Oto w drodze na zajęcia wstępuję do przepięknego starego kościoła Saint-Germain-des-Prés. Mam przystanek metra tuż przy tej świątyni. Nie sposób jej ominąć. Już drugiego dnia pobytu zaglądnąłem tu na chwilę. Dziś mam więcej czasu. Podziwiam też wspaniałe romańskie mury, znakomitą robotę kamieniarską dawnych mistrzów, pochłaniam atmosferę ciszy i spokoju, tak niezwykłą w tej okolicy. Przecież o kilkanaście kroków stąd płynie wartkim strumieniem bulwaru St. Germain fala samochodów, po drugiej stronie placyku, tuż naprzeciw wejścia do kościoła, znajduje się sławna w dziejach literatury europejskiej i światowej kawiarnia "Aux Deux Magots" (to tu w okresie powojennym zwykła się zbierać śmietanka literatów, tu wydawano sądy o literaturze, tu ferowano wyroki literackie, które obiegały cały świat!), a tymczasem w tej świątyni, pośród tych murów - azyl ciszy i spokoju. Przechadzam się powoli wzdłuż bocznej lewej nawy i nagle... tak, to tu! To właśnie tu, w kościele St. Germain-des-Prés znajduje się grobowiec naszego króla Jana Kazimierza. Wszak to tutaj nasz król był opatem w ciągu ostatnich czterech lat życia, tu go pochowano w 1672 roku (dopiero po latach przewieziono jego prochy do wawelskiej katedry). Grobowiec królewski wygląda pięknie. Spoglądając nań jakoś nie mogę się opędzić przed refleksją. Jakież wyroki zawiodły cię, Janie Kazimierzu, aż tu, do miasta rozciągającego się nad brzegami Sekwany? Ty, królu, któremu wypadło przejść w życiu tyle nieszczęść, który z uporem walczyłeś o wolność kraju, którego zdradzali tchórzliwi senatorowie i kanclerze, Radziejowscy, Radziwiłłowie i dziesiątki innych, który przysięgałeś w katedrze lwowskiej, że otoczysz opieką chłopów polskich, ty, królu, nie zdzierżyłeś. Złożyłeś koronę i dobrowolnie udałeś się do Francji, aby tu oczekiwać śmierci. Byłeś tragicznie wielkim w tym geście, niepowtarzalnym w naszych dziejach. Miałeś prawo nosić tę koronę do śmierci. A jednak zrzekłeś się jej, czułeś bowiem, że to wysiłek ponad Twoje siły! Trzeba było mieć, zaiste, wiele wewnętrznej siły, by podjąć taką decyzję. Ty ją podjąłeś. Choć zdawałeś sobie sprawę, że nie przysporzysz sobie tym sławy u swoich poddanych. Podjąłeś ją, choć musiałeś przeczuwać, że nie będzie już dla Ciebie powrotu do rodzinnego kraju. Stałeś się też dobrowolnym wygnańcem-tułaczem na całą wieczność. Nie przychodzą do Twego grobu szkolne wycieczki, by uczyć się narodowej historii. Nie odwiedzają Cię tysięczne tłumy turystów. Tylko od czasu do czasu przyjdzie tu do Ciebie jakiś Polak, jak Ty - tułacz, i pomyśli, że nie jest sam, bo przecież kilka wieków wcześniej tułaczy szlak z ziemi polskiej do francuskiej przebył sam król. To niewiele! A jakże dużo zarazem...
20 listopada 1984
Na dworze wichura. Zimno i deszczowo. Aż strach wyjść. A tu nie sposób zostać w domu. Na rue de Lille czekają studenci. Dziś rozpoczynam wykłady z literatury polskiej XX wieku. Na sali dwadzieścia osób. Sporo. Cieszę się, bo to znaczy, że chyba spełnią się moje oczekiwania, że chyba uda mi się znaleźć także tu entuzjastów chcących poznać naszą literaturę. Może nie wszystkich, może tylko niektórych. A jednak... Nie zrażam się tym, że w czasie wykładu jeden z młodzieńców - z I roku, chyba Niemiec albo Holender - bezustannie pragnie dać znać o sobie. Przerywa, zadaje dodatkowe pytania, wreszcie - wychodzi. Prawdopodobnie przyszedł w innym celu. Nie po to, żeby słuchać wykładu. Trudno, trzeba być przygotowanym na wszystko. To nie Kraków.
Wieczorem w towarzystwie niezastąpionej Cilick (przywiozła mi nową kołdrę!) odwiedzam przepiękny kościół Saint-Séverin. Jest wieczór. W Łacińskiej Dzielnicy (Quartier Latin) życie zdaje się dochodzić do swego normalnego o tej porze natężenia. Wąziutkimi uliczkami, przy których setki kafejek i małych restauracyjek zachwalają swe wyroby - greckie (jest ich chyba najwięcej!), arabskie, tureckie... i Bóg wie jakie, sunie tłum turystów, studentów, gapiów... W oczekiwaniu na Miguela i my wędrujemy pośród tych tłumów. W pewnej chwili Cilick proponuje odwiedziny stojącej obok świątyni. To słynny Saint-Séverin. Prawdziwe cudo francuskiego gotyku. Świątynia niezbyt wysoka, wspaniale wkomponowana w otoczenie. Mimo że zdaje się zapraszać wszystkich przechodniów, odwiedzają ją tylko nieliczni. A przecież właśnie teraz, wieczorem, sprawia ona bodaj najwięcej radości. Panuje w niej półmrok. Z półmroku tego wychylają się dziesiątki przepięknych kolumn dźwigających sklepienie rozciągające się nad pięcioma nawami. Podziwiam pajęczynę kolumn (każda z nich to odrębne dzieło sztuki, każda posiada swój własny wystrój), urodę kolorowych witraży, przez które przebija teraz światło lamp zewnętrznych, słucham delikatnej muzyki organów (widocznie jakiś artysta przygotowuje się do sobotniego koncertu). Wszystko to stwarza niepowtarzalny nastrój. Dla mnie wizyta ta ma jeszcze jeden wymiar. Oto bowiem odnajduję tu, w Saint-Séverin, słynną, wykonaną przez Walentego Wańkowicza kopię obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej z Wilna. Według legendy, przywiózł ją był do Paryża w roku 1841 Andrzej Towiański. Przywiózł na prostym chłopskim wozie. Najpierw znajdowała się w jednej z kaplic za głównym ołtarzem. Tam zbierali się przy niej polscy tułacze, członkowie Koła Sprawy Bożej, które założył brat Andrzej. W latach czterdziestych XIX wieku stała się ta Matka Boska Ostrobramska opiekunką tych tułaczy, którzy zamierzali wypracować nowy model człowieka, przekształcić zwykłych zjadaczy chleba w aniołów. Modlili się przed tym obrazem Mickiewicz i Słowacki, Goszczyński i Kajsiewicz, Zaleski i... dziesiątki, a może setki innych. Szukali u tej Pani, która w Ostrej świeci Bramie, sił na dalszy żywot. A także nadziei na lepszy los Ojczyzny. Od 1866 roku obraz ten znajduje się w bocznej, lewej nawie kościoła. Nie ma już tabliczek wotywnych, jakie umieszczano na nim przez dziesięciolecia. Zachował się jednak wzruszający napis: O Pani, ku ratunkowi naszemu pośpiesz się... Dziś przed obrazem tym pusto. Rzadko, niestety, przychodzą tu Polacy. Ale może kiedyś przyjdą. Może przyjdzie czas, gdy uświadomią sobie, że przed tym obrazem znajdą pociechę i wiarę w lepsze jutro...
21 listopada 1984
Zmęczenie - oto jedyne odczucie dzisiejszego dnia. Sześć godzin zajęć wyczerpało mnie zupełnie. Przy tym podła pogoda. Od rana czuję się źle. Wygląda na to, że będzie choroba. W każdym razie zaczyna się źle. Ale nie wolno się poddawać. Siadam do biurka, by napisać listy do rodziny. To pomaga. To wyzwala energię. Powoli wracam do siebie. Zaczynam rozmyślać. Przede wszystkim nad swoim położeniem. Czy ma sens cała ta moja wyprawa do Paryża? W końcu w Krakowie mam spokojną pracę, mam liczne grono przyjaciół. Nade wszystko mam rodzinę: żonę, dzieci. A tu? Sam jeden, w zimnym pokoju, skazany na samotność. Czy jest sens w tym przedsięwzięciu? Pozornie nie. A przecież sam zdecydowałem, zdecydowali też najbliżsi. I chyba dobrze się stało. Chcąc coś osiągnąć, do czegoś dojść, trzeba wysiłku i poświęceń. Przecież nigdy nie stać by mnie było na wyprawę paryską. Tym bardziej nie byłoby mnie stać na sprowadzenie tu rodziny. A tak - będzie to możliwe. To raduje. Bardzo to zmienia monotonię, która zabija życie. Mamy jedno życie i chciałoby się je przeżyć godnie i ciekawie. Niemożliwe to bez starań i poświęceń.
22 listopada 1984
Dzień dzisiejszy przeznaczyłem na załatwienie formalności związanych z planowaną na Boże Narodzenie podróżą do kraju. Trzeba przede wszystkim uzyskać wizę aller-retour. W prefekturze policji oświadczono mi, że wizy takiej nie mogę uzyskać aż do czasu, gdy będę miał carte de séjour. Wiadomo tymczasem, że na tę kartę czekać trzeba do trzech miesięcy! W tej sytuacji pozostaje tylko ambasada. Tym razem zostaję przyjęty ciepło i - co najważniejsze - po ludzku. Urzędnik w stosunkowo szybkim tempie przygotował odpowiednią notę do francuskiego MSZ-etu. Z notą tą kieruję się do gmachu, w którym rządzi obecnie minister Chesson. Uprzejmy urzędnik przyjmuje notę oraz paszport i oświadcza, że za 24 godziny będę miał żądaną wizę (jak się okazuje, dostaję wizę wielokrotną, z ważnością na pół roku!). Uszczęśliwiony takim obrotem spraw po obiedzie wybieram się do Biblioteki Polskiej przy quai d'Orléans 6. Bywałem tu częstym gościem przed kilkunastu laty, pora więc najwyższa odnowić związki. Ku swemu zdumieniu zastaję czytelnię pełną. Oczywiście, są także znajomi z Krakowa. Nie ma jednak czasu na pogawędki. Każdy usiłuje skorzystać z okazji i dotrzeć do upatrzonych materiałów. Osobiście wiążę pewne nadzieje z możliwością podjęcia na nowo pracy nad monografią Gaszyńskiego. Dział rękopisów jednak zawodzi; poza znanymi mi już listami do Słowaczyńskiego (wydano je przed laty), brak czegoś interesującego. Pozostaje zająć się jakąś inną sprawą. Odnotowuję z katalogu rękopisów sporo numerów. Zaczynam od biografii Tadeusza Z. Chamskiego. Niestety, spotyka mnie zawód. Rzecz niezbyt interesująca. Dopiero kolejna paczka przynosi oczekiwaną niespodziankę. Są nią listy Stanisława Krzemińskiego do Adama Asnyka. Zarówno autor, jak i adresat byli w 1863 roku członkami Rządu Narodowego, blisko współpracowali z Trauguttem. Potem losy jednego rzuciły do Krakowa, drugi zaś ostał się w Warszawie... Asnyk urósł na sztandarowego poetę pozytywizmu (a raczej parnasizmu) polskiego, Krzemiński stał się ostoją dziennikarstwa warszawskiego, żywym symbolem nieugiętości ducha polskiego wobec zaborcy. Jak widzę, trafiłem na ciekawy ślad. Chyba podążę za nim...
23 listopada 1984
Dzisiejszy dzień upłynął mi pod znakiem Napoleona. Wyruszając do archiwum znajdującego się w gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych (przy wielkiej esplanadzie Inwalidów), zdecydowałem się złożyć wizytę cesarzowi. To prawda, że wizytę tę trzeba było opłacić trzynastoma frankami - co w obecnej mojej sytuacji stanowi poważny wydatek - nie sposób jednak zrezygnować z tego zamiaru. Byłem u cesarza przed kilkunastu laty, pora odświeżyć wspomnienia.
Niestety, spotyka mnie zawód. Przez lata całe przeczytałem niejedno dzieło o "małym kapralu", oglądnąłem niejeden album poświęcony jego wojennej epopei, pisałem o wielkich panoramach Wojciecha Kossaka (Pod piramidami, Somosierra). Z chwilą wkroczenia w mury kościoła św. Ludwika wszystkie te wątki giną, oddalają się. Pozostaje tylko zimny granit grobowca i straszne w swych kształtach jego otoczenie. Ta narzucająca się widzowi grandilokwencja, to uporczywe wydobywanie zasług cesarza, ta rzymska jego poza na rozlicznych płaskorzeźbach... Wszystko to każe myśleć o nicości czynów ludzkich, o przemijalności potęgi. Kiedyś, przed kilkunastu laty, zwiedzałem dom rodzinny cesarza Napoleona w jego korsykańskim Ajaccio. Zwykły, mieszczański dom, ze zwykłym mieszczańskim wystrojem. Muszę przyznać, że tamta wizyta wzruszyła mnie o wiele bardziej niż dzisiejsze odwiedziny jego grobu. Tam było wiele autentyzmu, były ślady człowieka, mimo że dom jest pusty. Tu, mimo wspaniałego jego grobowca, mimo setek napisów, rzeźb, i tablic, tu właśnie Napoleona nie ma. Są ślady jego idei, a przede wszystkim dokumenty działalności jego małych następców. Jego samego tu jednak nie ma. A szkoda. Może przydałby się dzisiaj Francuzom?
24 listopada 1984
Spośród dzisiejszych rozlicznych wydarzeń odnotować muszę przede wszystkim wizytę na "pchlim targu" (Marché aux puces). Wybrałem się w okolice Porte de Clignancourt z Tadeuszem. Na szczęście nie pada, można więc spokojnie zwiedzić tę zachwalaną we wszystkich przewodnikach atrakcję Paryża.
Jak wszystko, co otoczone zostało turystyczną legendą, także i "pchli targ" - co widać już na pierwszy rzut oka - zatracił swój autentyzm. Miejsce zbieraczy-entuzjastów, kolekcjonerów-dziwaków zajął tu dość lukratywny handel. Zniknęły sławne niegdyś budy, prowizoryczne stoiska, na których wszystko można kupić. W ich miejscu pojawiły się sklepy wyspecjalizowane w określonej branży, swoiste salony. Tylko gdzieś jeszcze na obrzeżach "pchlego targu" można pooddychać atmosferą na poły odpustową, z nieodłącznym targiem. W jego centrum kwitnie handel znakomicie zorganizowany, nieomal hurtowy. Wyspecjalizowani ajenci "zapędzają" do stoiska przechodniów, wcale nie zamierzając następnie łatwo wypuścić upolowanej zwierzyny z potrzasku. Oczywiście, główne transakcje prowadzą tu z Amerykanami. Pod ich też gust (lub raczej - brak gustu) zaopatrują swe stoiska, ich oczekiwania przenoszą ponad wszystko. W ślad za tym idą ceny - wysokie, niekiedy wręcz horrendalne (przynajmniej dla, jak ja, normalnego śmiertelnika). Dochodzi powoli do przedziwnego zjawiska: ceny na "pchlim targu", przyciągające kiedyś tłumy paryżan i tysiące turystów oraz studentów, obecnie często znacznie przewyższają te, jakie spotkać można choćby w sieci sklepów słynnego "Tati". Ów "Tati", zarabiający najprawdopodobniej miliony na hurtowym handlu (a właściwie detalicznym, który przyjmuje charakter hurtowy!), stał się potężnym konkurentem dla Marché aux puces. Tam, do Porte de Clignancourt, jadą dziś przede wszystkim turyści zagraniczni na spotkanie z jeszcze jedną atrakcją Paryża. Do "Tatiego" podąża przede wszystkim biedny Paryż, aby zaopatrzyć się we wszystko, co potrzebne do życia, a co niezbyt drogie. "Tati" zrozumiał, na czym polega dzisiaj istota handlu. Toteż każdy towar sprzedaje taniej niż najbliższy jego konkurent. Ale towar ten nigdy nie leży na półce, jest w ciągłym ruchu. Bo handlować to przede wszystkim znaczy sprzedawać. I "Tati" sprzedaje...
25 listopada 1984
Dziś niedziela, dzień odpoczynku, skupienia. Oczywiście, nie dla wszystkich. Są jednak miejsca, gdzie można choć na chwilę oderwać się od spraw codziennych, zagłębić się w sobie. Dla jednych miejscem tym jest świątynia, dla drugich muzeum, dla jeszcze innych sala koncertowa, teatr, kino... Mnie dziś spotkała przyjemna niespodzianka w kościele. To wspaniała w swej koncepcji i wyrazie wystawa rzeźby religijnej Józefa Pyrza w kościele Saint-Germain-des-Prés! Przyjechałem do tego prastarego kościoła (ufundowanego jeszcze w VI wieku!) na niedzielną mszę. Jakież było jednak moje zdumienie, gdy usłyszałem w pewnej chwili komunikat księdza, że wystawione w bocznych nawach piękne rzeźby w drewnie są dziełem polskiego twórcy! Nie dziw więc, że znalazłem się pośród tych wiernych, którzy po mszy św. zgrupowali się wokół artysty, by wysłuchać jego objaśnień. Pyrz - człowiek uroczy, z wyglądu przypominający nieco Toulouse-Lautreca, mówi po francusku z obcym akcentem, ale mówi płynnie i ciekawie. Opowiada o procesie tworzenia, wyjaśnia przesłanie ideowe poszczególnych rzeźb, kreśli obraz swej pracy. Słuchając go, oglądając niepowtarzalne w swym uroku rzeźby (przede wszystkim Zwiastowanie, ale także Dawid i Goliat, Ave Maria, Adam i Ewa, Jakubowa drabina, Kain i Abel czy wreszcie Autoportret) zapomina się o świecie i jego troskach, o jego grzechach i zbrodniach. Dzięki pracy rąk tego rodaka spod Bochni, który od sześciu lat mieszka w Paryżu, mam chwilę autentycznej radości. Nie potrafię wyjaśnić, w czym tkwi tajemnica rzeźb Pyrza - to prawda. Ale muszę oddać sprawiedliwość jego pracy, która - jak widać - nie jest ani łatwa, ani prosta, ale która nade wszystko niesie pociechę. Oglądając pełne ruchu i lekkości dzieła tego artysty przypomina się tylko Van Gogh. Tamten zastosował własną, niepowtarzalną technikę w malarstwie. Pyrz zdaje się iść właśnie jego śladem: rzeźbi podobną "grubą kreską". Tamten tworzył pejzaże, martwe natury, portrety o niepowtarzalnym uroku i kolorystyce, ten, parając się dłutem, nadaje potężnym pniom drzewnym niecodzienne kształty, pełne ruchu i powietrza. Tamtego znają miliony. Ten, syn drwala z Niepołomickiej Puszczy, szuka widzów wśród wiernych, wśród tych, którzy również zwykli się przynajmniej od czasu do czasu zatrzymać chwilę w biegu życia i zadawać pytanie - dokąd biegnę?
26 listopada 1984
Wczorajsza, niedzielna, pierwsza z zaplanowanych wielu wypraw do Luwru wciąż nie daje mi spokoju. Spędziłem w salach tego niezwykłego muzeum kilka godzin. Byłem tu nie po raz pierwszy; przed laty nieraz wpadałem tu, by "pooddychać" sztuką, by nabrać ochoty do życia, do pracy. Wczorajszą wyprawę - jak wszystkie bodaj poprzednie - rozpocząłem od niepowtarzalnej w swym wdzięku, wielkiej w swym kalectwie Nike Zwycięskiej. Jej wspaniała postać nie tylko świadczy o geniuszu artystów greckich; zdaje się nade wszystko symbolizować zwycięstwo sztuki nad barbarzyństwem zniszczenia, które tak dotkliwie ją okaleczyło, ale nie potrafiło odebrać jej wielkości i piękna.
Przyszła potem kolej na sale z malarstwem europejskim, przede wszystkim francuskim. Wędrując przez te sale nie potrafiłem się przecież ani wzruszyć, ani zachwycić. Bezustannie powracała mi na myśl niedawna wizyta u impresjonistów, bezustannie dokonywałem też porównań. Trudno ukryć, ale szkoła francuska z Luwru w zestawieniu z tamtym malarstwem wypada bardzo blado. Nawet tak bardzo wielbiony przez Francuzów David z "nieśmiertelną" Marianną na barykadach nie potrafi się obronić. Nic zatem dziwnego, że przyspieszam kroku chcąc dotrzeć do skarbów Wielkiej Galerii, do dzieł Tycjana, Rafaela i Leonarda. Przed Giocondą, chronioną specjalną szafą i kuloodporną szybą - tłum obcokrajowców, przede wszystkim Japończyków. Cisną się, robią zdjęcia... A tuż obok tyle wspaniałości! Wydaje się, że wyrządzono dziełu Leonarda mimo wszystko szkodę okrzykując je największym arcydziełem malarstwa światowego. Nawet gdyby się jej należało to miejsce, nie trzeba było robić tego w taki sposób. Na dobrą sprawę dziś mało kto ogląda Giocondę jako dzieło mistrza Leonarda. Każdy pragnie stanąć przy arcydziele, upamiętnić tę chwilę... Szkoda Giocondy, tym bardziej że nie zasłużyła na ten los...
Pociechę znajduję jednak tuż obok, w spokoju rozkoszując się innymi dziełami Leonarda, w tym przede wszystkim jego Piękną Florentynką. Nie mniej radości przynosi mi spotkanie z Rafaelem, z Tycjanem i tyloma innymi mistrzami włoskiego renesansu! Nie kryję jednak, że w sposób szczególny zabiło mi serce, gdy w galerii Luwru stanąłem nagle przed trzema obrazami Domenica Ghirlandaia. To on przed kilku laty zachęcił mnie do licznych powrotów do lizbońskiego Muzeum Gulbenkiana. To on namalował ów niepowtarzalny w swej urodzie Portret dziewczyny, którego kopia zdobi moje krakowskie mieszkanie. On, nauczyciel wielkiego Michała Anioła, trafił także do Luwru. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego polubiłem jego dzieła. Może dlatego, że przecierał dopiero ścieżki wielkim twórcom renesansu, że, wyrastając z tradycji gotyku, musiał może w sposób szczególny walczyć z tradycją, z regułami, by stworzyć nowy świat? Nie wiem. Wiem jednak, że czuję dlań ogromnie dużo sympatii, że należy do moich ulubionych twórców. Że w tej mojej prywatnej galerii zajmuje miejsce tuż obok uroczego Brata Anielskiego (zaszczyconego w galerii Luwru zaledwie dwoma obrazami!) i wciąż niepokojącego Metsysa Quentina. Żaden bodaj z nich nie osiągnął wyżyn kunsztu malarskiego, żaden nie stał się mistrzem światowym, ale każdy z nich miał na pewno nie tylko talent. Z całą pewnością kochał sztukę, którą zaklął w kolorach! Może właśnie dlatego stali mi się oni tacy bliscy i drodzy? Arcydzieła onieśmielają, swą doskonałością jakże często porażają. Dzieła pozostające w cieniu arcydzieł pozwalają nawiązać bliższy kontakt z ich twórcą, stają się bardziej ludzkie, bliższe sercu!
27 listopada 1984
Spisanie refleksji z wizyty w Luwrze zajęło mi tyle miejsca, że nie starczyło go na odnotowanie wrażeń z pierwszej w czasie tego mojego pobytu w Paryżu przechadzki po sławnej we wszystkich bodaj zakątkach świata dzielnicy zepsucia - Pigalle. Znalazłem się tu trochę przypadkowo. To prawda, że nie w chwili pełnego jej życia, nie około północy, niemniej wystarczyło tego, aby stwierdzić przynajmniej jedno: że zatraciła ona chyba w całości swój sławny francuski wdzięk. Wprawdzie nad placem Blanche nadal kręcą się skrzydła "Czerwonego Młyna", nadal można tu kupić miłość, ale nie jest to już Pigalle z legendy. Amerykańskie dolary, amerykańscy turyści sprawili, że mamy tu do czynienia z przedziwną mieszaniną francuskiej lekkości z brutalnością rodem zza oceanu. Miejsce kafejek i maleńkich barów zajęły luksusowe przybytki rozpusty, restauracje, sex-shopy, kina z pornograficznym repertuarem. Pojawili się w ogromnej liczbie "naganiacze", uprawiający swą działalność w sposób nachalny, a nierzadko brutalny. W ten sposób właściwie chyba raz na zawsze przepadła legenda o paryskim Pigalle. Rodzi się nowa, obca kulturze basenu Morza Śródziemnego legenda skrojona "na gust amerykański". Ale na dobrą sprawę nie ma czego opłakiwać. Można tylko stwierdzić, że może właśnie w tej konkretnej dziedzinie najwidoczniej daje o sobie znać proces podboju Europy Zachodniej, a przede wszystkim Francji, przez Amerykę. Na innych polach Francuzi starają się jeszcze podkreślać swoją niezależność, tu skapitulowali. Wyłom został wykonany, pora na opanowanie twierdzy...
28 listopada 1984
Dziś cały dzień w Instytucie. Zajęcia od rana do wieczora. Trochę ciężko. W południe musiałem się chwilę zdrzemnąć, nie byłbym bowiem w stanie poprowadzić zajęć popołudniowych. Właściwie nic się dzisiaj nie działo. W Paryżu zimno (w pokoju jeszcze bardziej!), ludzie przemykają się w pośpiechu do pracy i z pracy. Nawet kloszardzi gdzieś pozaszywali się w swoich norach. Nie rezygnują tylko wędrowni grajkowie z metra. Jedni wędrują od wagonu do wagonu i śpiewają - przy wtórze gitary - pieśni meksykańskie, hiszpańskie ale i francuskie w nadziei, że dostaną parę centymów, inni tworzą małe zespoły i koncertują na większych stacjach. Dziś przypadł mi do gustu egzotyczny zespół (chyba z Ameryki Południowej) koncertujący na stacji Montparnasse. W śpiewanych przez nich piosenkach tyle było młodzieńczej radości, tyle urokliwej egzotyki, że choć na chwilę zapomniałem o zmęczeniu. Wczoraj wieczorem byłem w Instytucie Polskim na wernisażu wystawy Jana Ekierta. Poszedłem tam wiedziony może nie tyle chęcią zobaczenia samej wystawy - zresztą niezbyt w sumie ciekawej (może najlepsze były jeszcze pejzaże biblijne i weneckie), ile spotkania człowieka, którego wydała Kombornia! W zaproszeniu wyczytałem bowiem, że p. Ekiert urodził się w roku 1907 właśnie we wsi prof. Pigonia, że mieszka w Paryżu od 1946 roku, że wystawiał swoje obrazy zarówno we Francji, jak i w Stanach Zjednoczonych, Izraelu, Anglii itd. W gronie kilkudziesięciu gości, którzy przybyli na wernisaż (niezbyt to doborowe towarzystwo!) bez trudu odnalazłem artystę. Nie ma on w sobie nic z malarza, z pozy. Rozpoznać go jednak łatwo - wszak to człowiek tak nieprawdopodobnie podobny do Pigonia! To niezwykłe! Nie byli przecież krewnymi (potwierdził to p. Ekiert), a ich sylwetki, ich wizerunki są tak bliźniaczo podobne! Przedziwna ta Kombornia, która wypuszcza w świat takich ludzi!
W czasie długiej rozmowy z p. Ekiertem obiecałem mu, że kiedyś zadzwonię i odwiedzę go. Pewno rzeczywiście to uczynię. Tym bardziej że on zdaje się być bardzo samotny (zmarła mu ostatnio żona), szuka kontaktu z ludźmi "stamtąd", z "jego" ziemi! Z wielką radością słuchał mojej relacji z uroczystości, w jakiej uczestniczyłem przed trzema laty, nadania szkole w Komborni imienia prof. Stanisława Pigonia! Pewno będzie o czym rozmawiać. Zapowiedziały u niego wizytę także Cilick z córka Ewą, które wraz z Tadeuszem zaciągnąłem na ten wernisaż, i z którymi po uroczystości zjadłem kolację (w mieszkaniu Ewy zakupionym przez jej teściową!). Tak oto zupełnie nieoczekiwanie w Paryżu zbiegły się w jednym momencie echa pięknej muzyki spod Andów i wspomnienia z Komborni. Może to nie przypadek? Wszak to miasto na każdym kroku gotuje niespodzianki!
29 listopada 1984
Pamiętny to dzień w naszej narodowej historii. W roku 1830 wieczorem, o tej mniej więcej porze, w której piszę te słowa, rozległy się w Warszawie głośne okrzyki i nawoływania młodych podchorążych: do broni! Jedni od lat czekali na ten okrzyk. Tym zabiły radośniej serca, napełniły się nadzieją, że jednak... że jeszcze nie umarła, że jeszcze żyje Polska! Inni w przerażeniu zaczęli szczelnie zamykać okiennice i bramy domów, aby głos ten nie mógł się wcisnąć do ich zbrukanych sumień. Dzień ten stał się dla wielu dziesiątków tysięcy Polaków chwilą przełomową. Nagle załamał się budowany od wielu lat ich świat, pojawił się świat nowy, inny... Większość z nich uwierzyła w ten nowy świat, w możliwość odbudowania niepodległej Polski. Pospieszyła też młodzież oraz starsi do szeregów powstańczych. Tysiące złożyło tej wierze świadectwo ze swej krwi i życia. Inni w długich kolumnach podążyli na polską nieludzką ziemię, na męczeński Sybir. Wielu podążyło w poprzek Europy - na wieczne wygnanie. Większość z nich zatrzymała się tutaj, we Francji. Jednych zamknięto w obozach (depôts), inni skierowali się do Paryża. Prawie wszyscy szli tu z nadzieją, że pobyt ten potrwa krótko, że niedługo wrócą nad Wisłę, że przyjdzie im jeszcze stoczyć jeden bój - ostatni, ale zwycięski. A wtedy Polska będzie Polską. Jakże srodze się zawiedli. Płynęły dnie, miesiące i lata. Nadzieje zaczęły rozpływać się we mgle, szeregi żołnierzy wolności zaczęły rzednąć. Wreszcie zeszli ze sceny. Ale schodząc - zostawili ogromny dorobek polskiej myśli, polskiej nadziei - na lepsze, sprawiedliwsze jutro. Ziemia francuska przyjęła ich prochy, ale myśl ich stała się pokarmem dla synów i córek, dla następnych pokoleń, które miały strzec tego dziedzictwa. Tak było przez lata. A dziś?
Właśnie wróciłem z Biblioteki Polskiej przy quai de'Orléans. Pracowałem tam kilka godzin popołudniowych (otwarta jest tylko po południu!). Obok mnie - kilkanaście osób. Jedni wertowali stare roczniki czasopism, inni zagłębiali się w stare rękopisy, jeszcze inni po prostu czytali polskie książki. Ta biblioteka i to muzeum Mickiewicza - to ich dzieło! To dzieło tych, którym dzień 29 listopada zabrzmiał radośnie, a których los skazał na wieczne wygnanie. Okazuje się, że to dzieło wciąż żyje. I chociaż dziś w Bibliotece nikt nie wspomniał nawet o rocznicy, chociaż na tablicy znalazłem tylko małe zawiadomienie o zebraniu Towarzystwa Historyczno-Literackiego w dniu 1 grudnia - zwołanym z tej właśnie okazji - to przecież nie sposób pominąć milczeniem tej rocznicy. Nie sposób nie przywołać raz jeszcze tych pełnych entuzjazmu podchorążych nawołujących swych współbraci do broni. Nie sposób nie oddać im należnej czci.
30 listopada 1984
Od wczoraj moje życie w Paryżu wyglądać zaczyna zupełnie inaczej. Przez trzy tygodnie żyłem tu w bezustannej niepewności o jutro. Przywiezione z domu, a także pochodzące z drobnych pożyczek u znajomych zasoby pieniężne kurczyły się z dnia na dzień. Sytuacja stawała się coraz nieznośniejsza. Podjąłem wprawdzie zabiegi o pożyczkę w Instytucie Polskim (złożyłem nawet podanie w tej sprawie), nie przyniosły one jednak żadnego skutku. Pan dyrektor odsyłał mnie z dnia na dzień, nie bardzo wiedząc, co ze mną zrobić. Aż oto wreszcie wczoraj otrzymałem zaliczkę pierwszej pensji. Stałem się niezależny. To ogromna ulga, psychiczny luz. Nareszcie będę mógł kupić sobie najbardziej potrzebne drobiazgi (jak proszek do prania, szampon, a przede wszystkim - zapasy żywnościowe). Nareszcie...
Dziś od rana robię zakupy. Przede wszystkim jadę do "Tatiego", aby zrobić kilka zakupów dla moich najbliższych. Pojutrze jedzie do Krakowa p. F., obiecała zabrać małe upominki na św. Mikołaja dla moich dzieci. Jadę do "Tatiego" z Tadeuszem. Nieoczekiwanie Tadeusz spotyka tu jednak swoją kuzynkę, która - jak się okazuje - przed pięcioma dniami zjechała do Paryża... z Oslo na tygodniową wycieczkę. I oczywiście trafiła do "Tatiego"! Ale właściwie inaczej być nie mogło. Wszak wiadomo, że tu najtaniej we Francji, że tu język polski należy chyba do "światowych" (o każdej porze dnia słychać polski język w tym wielkim sklepie!). Nic dziwnego więc, że dochodzi tu do najmniej oczekiwanych spotkań. Straciwszy w ten sposób towarzysza, sam dokonuję zakupów i radosny wracam do domu. Po południu - oczywiście, w bibliotece. Wieczorem zaś - telefon do Krakowa. Rozmawiam z moimi bliskimi. Co za radość słyszeć ich głosy. Tym bardziej że u mnie, w akademiku, zupełnie głucho. Jak w pustelni...
1 grudnia 1984
Ustawiczna gonitwa, wieczna wędrówka metrem, to znów piechotą, sprawiły, że dziś niezbyt chętnie wstałem z łóżka. Mimo wszystko przemagam się. Przecież w Bibliotece czekają na mnie... listy Krzemińskiego do Asnyka. Postanowiłem zrobić ich odpisy i nie żałuję tej decyzji. Robota to żmudna, ale jakże ciekawa zarazem. Krzemiński, Asnyk to generacja pozytywistów. Ale jakiż rodowód? Obaj byli członkami Rządu Narodowego w 1863 roku, obaj blisko współpracowali z Trauguttem, obu przetrącono skrzydła. A przecież nie załamali się, nie zwątpili. Ileż siły w tych ludziach, samozaparcia. Skoro nie można służyć ojczyźnie z bronią w ręku, postanowili służyć jej piórem, talentem, pracą! I służyli. Nie, nie żałuję tej decyzji. Nawet gdyby się miało okazać, że nie uda mi się ogłosić drukiem tych listów, wiem, że nie tracę czasu przy ich kopiowaniu. Uczę się od tych ludzi szacunku dla pewnych wartości wyższych. To wiele, bardzo wiele...
2 grudnia 1984
Na dzisiaj zaplanowaliśmy z Tadeuszem wyprawę do zamku Vincennes, leżącego na wschodnich rubieżach Paryża. Jedziemy tam metrem (co za wspaniały wynalazek - to metro!). Jest zimno, wietrznie. Zamek widać z oddali. Wygląda imponująco. Dookoła potężne mury, głęboka fosa... Trafiamy wreszcie do bramy wjazdowej. Cisza, spokój. Dookoła żywej duszy. Panienka w kasie powiada, że winniśmy zaczekać. Za 45 minut będziemy mogli zwiedzić Donjon wraz z przewodnikiem. Cóż zrobić, trzeba się zgodzić. Robimy tymczasem wizytę w zamku na własną rękę. Tuż obok wznosi się wspaniała Święta Kaplica. Niestety, zamknięta od paru lat. Trwają w niej prace konserwatorskie. Niedaleko za kaplicą - długie, niskie zabudowania fortecy. Tam przechowywane są zbiory archiwalne do dziejów armii francuskiej. Na chwilę przystajemy. To wszak tu, w tych fortach, znajdują się podobno dokumenty do dziejów polskich formacji wojskowych walczących u boku Francuzów. Gdzieś czytałem, że dokumentów tych są ogromne ilości, tysiące. Czy je zbadano do końca? A może spróbować i tu? Może czeka mnie tu jeszcze jedna niespodzianka? Może kiedyś podejmą się tego inni. Teraz pora najwyższa do Donjon, czyli do potężnego zamku gotyckiego z XIII wieku. Zbudowanego - jak objaśnia sympatyczny przewodnik - przez królów Francji dla nich, na ich własny użytek. Tak też było. Przez blisko 300 lat mieszkali tu królowie francuscy, choć niezbyt to było wygodne mieszkanie! Oglądamy więc piękne XIII-XIV-wieczne sale królewskie na różnych piętrach, wszystkie zbudowane według tej samej zasady: sklepienie sali wznosi się na centralnie położonym pilastrze. Obok sal królewskich - małe salki dla królowych, ale i dla służby. Gdy oglądająm te cuda gotyckiej architektury, ogarnia mnie wzruszenie. To przecież tu, do tego zamku w roku 1416 dotarła była delegacja polska z arcybiskupem Trąbą, Janem z Tuliszkowa i Zawiszą Czarnym w nadziei, że król Francji pogodzi ostatecznie Polskę z Zakonem Krzyżackim! Po tych kamieniach chodził więc i w tych salach rozlegał się głos Zawiszy, "tego" Zawiszy, nad którego legendą spędziłem niedawno kilka miesięcy! Co za dziwny zbieg okoliczności!
Zainteresowanie moje zamkiem Donjon znacznie wzrasta, gdy dowiaduję się, że w nim więziono w latach trzydziestych XVII wieku królewicza Jana Kazimierza! A zatem dotarłem do trzeciego jego więzienia we Francji! I ostatniego. Pamiętam, z jakim przed laty wzruszeniem wędrowałem po ruinach zamku w Sâlon-de-Provence, dokąd żołnierze kardynała Richelieu zawieźli najpierw pochwyconego przypadkowo w Saintes-Maries-de-la-Mer polskiego królewicza zdążającego na austriackiej fregacie do Hiszpanii w nadziei otrzymania tronu wicekróla Portugalii. W tamtejszym kościółku udało mi się nawet odczytać pamiątkową tablicę, jaką uczczono pośmiertnie jednego z dostojników polskich towarzyszących królewiczowi, niejakiego Korzyckiego. Później trafiłem do zagubionego u podnóży Alp Sisteron, gdzie królewicz polski spędził wiele długich miesięcy. Dziś wreszcie dotarłem do Donjon - ostatniego etapu tej przedziwnej przygody późniejszego polskiego władcy. Ze wzruszeniem dotykam starych murów. Słucham opowieści o sławnych więźniach Donjon (zamek pełnił tę funkcję od XVI wieku aż do 1784 roku!), o markizie de Sade i Mirabeau, o Diderocie i naszej Marii z rodu Gonzagów, o rozstrzelanym w pobliskiej fosie - na rozkaz Napoleona - księciu d'Enghien i sławnym "królu ucieczek" hrabim B., który najpierw pięciokrotnie zbiegł z Bastylii, a następnie także i z Donjon (wyczyn ten opisał Aleksander Dumas w powieści W 20 lat później!). Ale wszystkie te opowieści przesłania mi właściwie "polska" historia zamku w Vincennes. Ta rycersko-królewska z Donjon i żołniersko-tułacza z pobliskiego fortu-archiwum. Toteż kiedy wieczorem dotarłem do katedry Notre-Dame na mszę świętą celebrowaną przez arcybiskupa Paryża Lustigiera, kiedy po mszy w mroku katedry rozległy się wspaniałe organy - wydawało mi się, że zamknięty został w ten sposób jeden z piękniejszych moich tutaj dni. Doprawdy, te organy u Panny Marii grały także... po polsku!
3 grudnia 1984
Poniedziałek - zatem dzień pracy. W Paryżu leje, zimno. Po południu spędzam kilka godzin w Bibliotece Polskiej - przy listach Krzemińskiego do Asnyka. Traktuję tę robotę trochę jako sprawdzanie siły swojego charakteru. Praca to bowiem nużąca. Daje jednak satysfakcję. Listy są rzeczywiście ciekawe. Wyłania się z nich człowiek, który mimo upływu lat, mimo wielu zawodów, jakie sprawiło mu życie, nigdy właściwie nie złożył broni. Pozostał wierny swym ideałom młodości.
Wieczorem - chwila refleksji. To dziś mija osiemnasta rocznica naszego ślubu! Ani się spostrzegłem, jak minęły te lata. Długie i piękne lata! Co tam porabia dziś moja żona, czy wspólnie z dziećmi obchodzi rocznicę? Dziś bardzo chciałbym być tam, przy nich!
4 grudnia 1984
Od pierwszego dnia przyjazdu do Paryża wiedziałem, że w tym dniu czeka mnie wyjątkowa wizyta u pani Helft, właścicielki wielkiego wydawnictwa. Zorganizowała mi tę wizytę nieoceniona Cilick. Kilka dni temu zadzwoniła, że zostałem zaproszony przez panią Helft na "wieczór literacki", na który ma przybyć wytworne towarzystwo. "Słowo się rzekło, kobyłka u płota". Wieczorem w towarzystwie Cilick, Ewy i Davida jedziemy do pani Helft (czyli matki Davida). W samochodzie dowiaduję się, że będzie około 25 osób: poetów, krytyków literackich, uczonych itp. Nie ukrywam, że progi mieszkania p. Helft przekraczałem z pewną obawą. W salonie zastaliśmy już kilkanaście osób. Później przyszli następni. Któż to był? Niestety, można się było tylko zorientować nieco powierzchownie. Wyglądało na to, że większość to literaci (literatki). Był jeden bardzo interesująco rozprawiający krytyk literacki a przede wszystkim prof. Sorbony - historyk Ellenstein, autor wielu dzieł naukowych (nadto ośmiu scenariuszy filmów dla TV o tematyce historycznej), człowiek posiadający wielu przyjaciół w najwyższych sferach Paryża.
Wieczór poświęcony był pamięci zmarłego przed kilkoma tygodniami byłego uczestnika spotkań, poety G. Delle Nogar, autora około czterdziestu książek. Piękne wspomnienie o nim wygłosiła p. Helft. Sporo informacji dorzucił wspomniany krytyk. Ta oficjalna część wieczoru zamknięta została przejściem do sąsiedniego pokoju - na mały posiłek (kanapki, ciastka, napoje). Po około godzinnej przerwie wszyscy goście zaproszeni zostali z powrotem do salonu. Tam jeden z panów - powieściopisarz (tak został przedstawiony) - odczytał fragment swej nowej powieści, której druk rozpoczęło właśnie jakieś pismo. Powieść chyba niezbyt wysokich lotów, początek zdaje się bowiem zapowiadać Smutną Wenecję Wacława Kubackiego. Teraz, ok. 23.00, zjawili się jeszcze kolejni goście. Przybyła pani - jak się okazało - jest najbliższą współpracownicą p. Helft w wydawnictwie. Wspólnie przedstawiły plan wydawnictwa na przyszły rok. Między innymi obie panie zaapelowały do obecnych o zgłaszanie propozycji do nowej serii krótkich tekstów (do 50 stron)...
Tak mniej więcej wyglądał wieczór literacki, z którego wyszedłem po północy. Gdy dziś patrzę na to wydarzenie, zdaje mi się, że przynajmniej połowa ludzi tam zgromadzonych pojawiła się przypadkowo (szczególnie starsze panie co chwilę wznoszące okrzyki zachwytu w czasie lektury tekstów). Albo raczej - pojawili się tam nie ze względu na swe walory intelektualne, ile bankowe. Osobiście miałem sporo satysfakcji z rozmowy z profesorem Ellensteinem. Rozmawialiśmy długo o najnowszej historii: o Jałcie (właśnie ukończył pracę nad scenariuszem widowiska TV na ten temat), o Roosevelcie, Churchillu i Wilsonie. Zaskoczyło mnie przede wszystkim to, że ani on, ani inni jego znajomi, w końcu intelektualiści, nie posiadają żadnych wiadomości o polskiej kulturze. Jeden z pisarzy - bardzo ruchliwy w towarzystwie - słyszał o jakimś poecie polskim, który ma pomnik w Paryżu, ale, niestety, nie potrafił wymienić jego nazwiska! Rozpacz ogarnia człowieka, gdy widzi, jak wyglądają sprawy polskie z bliska we Francji. Prof. Ellenstein, który niedawno wrócił był z USA, żalił się, iż Amerykanie w ogóle nie zauważają Francji (porównał sprawę Francji w USA do sprawy Gabonu we Francji). Myślę, że podobnie jest ze sprawą Polski we Francji. W polityce sprawa polska wprawdzie raz po raz odbija się echem. W kulturze jednak wciąż należy do egzotyki.
Opuszczając dom p. Helft otrzymałem zaproszenie na kolejne wtorki. Nie wiem, czy pójdę tam. Nie wiem, czy przygotuję tomik "polski" do serii (na co otrzymałem zamówienie). Wiem jednak, że spędziłem u p. Helft wieczór bardzo interesujący i dość pouczający.
5-6 grudnia 1984
Nic ciekawego. Mocne przeziębienie, kaszel, ból gardła... Staram się leczyć. Nie wiem, co z tego będzie.
7 grudnia 1984
Nastąpiło wyraźne przesilenie w mojej chorobie. Zażyłem parę pastylek, wypiłem pół butelki zagotowanego (z pieprzem) wina, wypociłem się i zaczynam wracać do formy. Jak w każdym tygodniu, zadzwoniłem do domu: wszystko w porządku! Moi kochani wyraźnie czekali na telefon. Dagusia wprawdzie zwichnęła nogę - ale podobno niezbyt groźnie. Miejmy nadzieję.
Wieczorem wybieram się na ul. Surcouf. Tu, w pobliżu Placu Inwalidów, pallotyni polscy mają swój ośrodek kultury polskiej, organizują co miesiąc spotkania z pisarzami. Z ogłoszenia w Bibliotece Polskiej dowiedziałem się, że dzisiaj będzie Kazimierz Brandys. Trudno zmarnować taką okazję! Przyszedłem nieco za późno. Salka zapełniona była już po brzegi, sporo ludzi na korytarzach (zradiofonizowanych!). Przysiadłem i ja na schodach. Brandys czytał fragmenty różnych tekstów. Były więc rzeczy z lat popaździernikowych, z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i ostatnich. Głos ma przyjemny (niestety, osoby nie udało mi się dostrzec), teksty starannie dobrane. Bardzo ciekawie wyglądało wspomnienie z pierwszych lat powojennych - z pobytu w Krakowie (jeden rok) i Warszawie. Ujęta w formę wspomnienia próba oddania charakteru tych dwu miast pełna była ciepła i miłości. Wizja zapewne niepełna, cenna jednak chyba przede wszystkim ze względu na nietypową formę - prześwietlona bowiem przez osobę narratora. Równie interesująco wyglądał tekst następny: również pozornie będący wspomnieniem z pobytu pisarza w Belgradzie na zjeździe międzynarodowym, w rzeczywistości zaś będący bardzo interesującym esejem o języku narodowym, polskim. Brandys zatrzymał się przy fonetyce naszego języka, mówił dużo o składni, interesował go przecież nade wszystko walor narodowy języka - walor ludzki, polski. Nieoczekiwanie esej ten przerodził się w rozprawę o... ojczyźnie. Najprawdopodobniej zamierzonym świadomie przez autora zgrzytem był jego tekst następny - opowiadanie o psie, karlicy i warszawskich chuliganach. Pisarzowi chodziło najprawdopodobniej o wyrwanie słuchaczy z błogiego snu-marzenia o pięknie języka polskiego. Uczynił to w sposób drapieżny, nie wahając się użyć w tekście wyrazów o rodowodzie obscenicznym, ze stajni językowej. Efekt był świetny. Czy w pełni pojęli go słuchacze, nie wiem. Wiem natomiast, że miał ten tekst zapowiedzieć ostatnią część wieczoru: fragment Miesięcy, czyli wspomnienie o Białoszewskim. Ubrane tym razem w kontury wzruszającego przypomnienia spotkań z wielkim zmarłym poetą, połączonego z opowieścią o wieczorze jemu poświęconym właśnie w salce przy ul. Surcouf, było przecież jeszcze jednym ogniwem tej samej gawędy-opowieści o języku. Przypomnienie Białoszewskiego - poety, który jak żaden bodaj inny z naszych twórców zagarnął dla poezji różne żargony środowiskowe, pseudojęzyki, miało słuchaczom uzmysłowić nie tylko bogactwo naszego języka, ale chyba przede wszystkim jego przedziwną, tajemniczą, niekiedy nawet przerażającą "pojemność", jego niezwykły byt, istność...
Doprawdy, niezwykle starannie dobrał Brandys teksty na ten wieczór literacki. Uczynił też ze spotkania prawdziwą ucztę. Nie potrafiły też uczty tej zepsuć przypadkowe pytania uczestników usiłujące wciągnąć gościa w dyskusję o polityce. Zwłaszcza że odmówił on grzecznie, ale stanowczo, odpowiedzi na tego typu pytania. Ostrożność? Chyba nie. Raczej świadome unikanie terenów sobie obcych.
8 grudnia 1984
Dostałem dziś list od Anny Teste z Aix-en-Provence. Ogromnie się ucieszyłem. Przyszedł bowiem wraz z listami moich dwóch pociech. Dagusia rozpisała się szeroko i rzeczowo, z lekką nutką żartobliwości, Dominik zaś od serca. Wzruszyłem się ogromnie w czasie lektury jego liściku. Napisał go jeszcze niezbyt poprawnie, ale z jakąż świadomością warsztatu! Chyba ma coś z iskry Bożej! Oby!
Ania natomiast zwraca się z prośbą: o możliwie szybkie dostarczenie lekarstw do Warszawy. Sprawa będzie - jak mi się wydaje - załatwiona pomyślnie w najbliższych dniach.
Po południu wybrałem się na Montmartre. Na ten sławny, uroczy, owiany niejedną legendą Montmartre! Włócząc się uliczkami, oglądając toczące się tu (głównie właśnie na ulicy!) życie handlowe i towarzyskie, wracam myślą do lektur o Montmartrze Verlaine'a i Rimbauda, do filmu Pod dachami Paryża... Jest to przecież zupełnie inne miasto! Tam, w dole, rozpanoszył się nasz wiek XX w całej swej nieznośnej niekiedy nowoczesności. Tam suną setki tysięcy samochodów, tam istnieją wspaniałe autostrady, tam są wielkie (i drogie!) sklepy, salony mody, wykwintne hotele, nadzwyczajne zabytki... Tam jest wszystko. Z wyjątkiem chyba tylko - serca! Bo serce Paryża bije chyba właśnie tu, na zboczu tego wzgórza, u stóp Sacré-Coeur. Serce bije na Montmartrze! To tu właśnie w wąziutkich uliczkach kupcy rozłożyli swoje wspaniałości, tu w gromadkach z ożywieniem rozprawiają staruszkowie o polityce i nie tylko, tu, przed kościołem siedzi w jedną ubogą suknię odziana dziewczyna z wzrokiem wzniesionym ku kościołowi i z nadzieją, że może ktoś da jej wsparcie (widziałem ją już kilka razy w metrze). Na Montmartrze zamiast wielkich salonów znajduję urocze małe domki o małych okienkach, pełne ubiegłowiecznych tajemnic.
Na wierzchołku tej góry - na skraju placu du Tertre - rozłożyli swe stragany malarze i rysownicy, artyści i wydrwigrosze, by... zarobić na życie (są wśród nich - a jakże - Polacy. I to liczni!). Tu na Montmartrze wznosi się pełna wdzięku stara świątynia św. Piotra - kilkuwiekowa siedziba paryskich dominikanów. Tu wreszcie jaśnieją blaskiem kopuły arabsko-bizantyjskiej Sacré-Coeur - świątyni będącej bez wątpienia wyzwaniem dla artystów-architektów, dzieło Paula Abadie. W ciągu blisko stu dziesięciu lat, jakie upłynęły od położenia fundamentów pod tę świątynię, w ciągu sześćdziesięciu pięciu lat, jakie upłynęły od jej poświęcenia, wylano na nią niejedną beczkę czarnego atramentu. Bo też trudno się dziwić piszącym źle o Sacré-Coeur - burzy ona wszelkie wyobrażenia o dobrym smaku, odstaje we wszystkim od tradycji kultury francuskiej, prowokuje swymi kopułami. Ale przecież - istnieje! Dla tysięcy wiernych stanowi miejsce modlitwy, dla milionów turystów - zabytek Paryża. Czy cenny? Nie o to chodzi. Ale tak jak trudno byłoby dziś sobie wyobrazić Paryż bez wieży Eiffla (też niewiele ma chyba wspólnego ze sztuką!), tak nie sposób byłoby pozbawić Paryża tej świątyni. Toteż króluje ona nad Montmartre'em i Paryżem. Przed wiekiem była przede wszystkim zadośćuczynieniem za Komunę Paryską; dziś stanowi jedną z atrakcji miasta, jedną z tych atrakcji, które nadają temu miastu niepowtarzalną urodę.
9 grudnia 1984
Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem naszej narodowej historii. Wraz z Tadeuszem wybraliśmy się do leżącego ok. 40 km od Paryża miasteczka Montmorancy. Do miasteczka sławnego w naszych dziejach, tu bowiem znajduje się od blisko dwu wieków nekropolia polskiej emigracji.
Wyprawę tę (z Gare du Nord - podmiejskim pociągiem) połączyliśmy z wizytą w pobliskim Sercelles-St. Brice, u starych znajomych. Do Montmorancy pojechaliśmy we trzech: José, Tadeusz i ja. Na starym cmentarzu spędziliśmy blisko dwie godziny. Wizyta to niezapomniana. Wzruszenie zatyka raz po raz oddech. Jakże jednak może być inaczej? Oto stoimy przy grobie Mickiewiczów, w którym do 1890 roku spoczywał autor Pana Tadeusza, a w którym na wieczne czasy złożeni zostali członkowie jego rodziny: żona, dzieci, wnuki. Oto obok dwa stare, mocno zniszczone grobowce: generała Karola Kniaziewicza i Juliana Ursyna Niemcewicza. Parę kroków dalej - zbiorowy grób Towarzystwa Historyczno-Literackiego, a w nim prochy gen. Kazimierza Sosnkowskiego, Władysława Pobóg-Malinowskiego i dziesiątków innych wielkich Polaków. Każda alejka to wielkie karty naszej narodowej kultury. Tu oto symboliczny grobowiec wielkiego samotnika i prawodawcy poezji polskiej Cypriana Kamila Norwida, tam Zygmunta Kaczkowskiego, który próbował współzawodniczyć w powieści historycznej z Sienkiewiczem, tu wspólny grób Seweryny i Franciszka Duchińskich, tak godnie zapisanych w dziejach polskiej kultury XIX wieku, tam mogiła Cypriana Godebskiego i dziesiątki, setki innych. Nie sposób wymienić nawet części wielkich Polaków, którzy tu właśnie, w tym podparyskim miasteczku znaleźli miejsce wiecznego spoczynku. Zapewne marzyli o tym, że prochy swe złożą nad brzegami Wisły czy Wilii, w mazowieckim piasku czy na skalistym Podhalu. Los chciał inaczej. Spoczęli tu, na ziemi francuskiej, która dała im przytułek i kawałek chleba, niekiedy jakże gorzkiego. I tu pozostaną do dnia sądnego. Ale ten sam los zdarzył, że pamięć o nich nie zatarła się. Żyją oni nadal w naszej narodowej świadomości jako wierni synowie ojczyzny, współtwórcy jej wielkiej kultury, bojownicy o jej wolność. Toteż, kiedy opuszczaliśmy po dwóch godzinach tę niezwykłą pamiątkę narodową polską na ziemi francuskiej, pamiątkę, która godna jest bez wątpienia nazwy francuskiej Skałki, ze wzruszenia nie mogliśmy nawet rozmawiać. Wszak opuszczaliśmy kawałek - jakże drogiej sercu - naszej Polski!
11 grudnia 1984
Polska i sprawy polskie od dawna budzą zrozumiałe zainteresowanie we Francji. Nic dziwnego więc, że na uroczystość zorganizowaną przez działające przy INALCO towarzystwo "L'Amicale des Polonisants" (będące jedną z filii ruchliwego Association des Anciens Él?ves des Langues Orientales) przybyło ponad trzydzieści osób. Punktem centralnym uroczystości był wykład prof. Janusza Pajewskiego z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu na temat La mentalité politique des Polonais. Wykład poprzedzony został sympatycznym wystąpieniem prof. Georges'a Castellana (z INALCO), autora między innymi książki o dziejach katolicyzmu w Polsce, znanego historyka francuskiego. Prof. Pajewski zajął się przede wszystkim genezą mentalności politycznej Polaków, wskazując na żywotność m.in. takich wątków jak tolerancja narodowościowa i religijna, katolicyzm zdecydowanej większości Polaków (stereotyp: Polak-katolik), demokracja. Bardzo często odwołując się do konkretnych wydarzeń historycznych wzbogacał on swe wywody także wątkami osobistymi. Naturalnie, nie wyczerpał zagadnienia, nie sposób bowiem tego uczynić w jednym wykładzie. Nie wspomniał więc o głęboko zakorzenionych w naszej mentalności (świadomości) narodowej mitach, jak choćby mesjanizm, ofiarnictwo, wieczny optymizm. Prof. Pajewski nie mówił o obsesyjnie wręcz powracających w naszym myśleniu narodowym wątkach takich jak żądanie prawa do samostanowienia o swym losie, jak niezwykły indywidualizm w życiu społecznym i politycznym (wywodzący się chyba z tradycji demokracji szlacheckiej), jak silne u nas wątki antyrosyjskie, antyniemieckie czy wreszcie - antysemickie. Zagadnienie mentalności politycznej posiada wielorakie konotacje: pozytywne i negatywne, mieści się w nim bowiem sprawa wyboru naszych bohaterów narodowych, ale także i zdrajców, polskie niebo i polskie piekło...
Żywa dyskusja po odczycie sprawiła, że wróciłem do domu bardzo zadowolony. Poznałem sporo interesujących ludzi z profesorami Castellanem i Pajewskim na czele (prof. Pajewski podziękował mi za Polski listopad), miałem wreszcie możliwość "prywatnie" porozmawiać ze swymi studentami. Jednym słowem sympatyczny dzień, a przede wszystkim polski wieczór w INALCO.
14 grudnia 1984
Już dawno Cilick zapowiedziała mi, że chciałaby wybrać się do teatru poezji. Ponieważ José prawie codziennie gra w brydża, ja dziś towarzyszyłem jej w tej wyprawie. Nie ukrywam, że wieczór ten nie przyniósł mi satysfakcji. Spektakl zatytułowany Poésie une w Théâtre des Mathurins to impreza tyleż dziwna co nietypowa. Pan Pierre Lafont, aktor a zarazem twórca spektaklu, wybrał kilkadziesiąt wierszy z literatury francuskiej i przez pełne sześćdziesiąt minut recytował je ze sceny, na której jedynym rekwizytem było krzesło! Przyznać trzeba, że wiele z tych wierszy to istotnie brylanty pierwszej wielkości poezji francuskiej, znalazło się tu przecież także kilka utworów chyba przypadkowych. Autor spektaklu w słowie do widzów skierowanym (na widowni znalazła się ich aż... cała dziewiątka!) dowodził, iż chodziło mu przede wszystkim o poezję odkrywającą los człowieka, wartość słowa. Nie wiem, czy rzeczywiście posłanie to znalazło odbicie w wykonaniu. Wiem natomiast, że mimo wielu wysiłków p. Lafonta, mimo jego fenomenalnej pamięci, ze sceny wiało nudą.
15 grudnia 1984
Zazwyczaj w sobotę rankiem odwiedzam Bibliotekę Polską. Dziś trzeba było zmienić plany. W Instytucie Studiów Slawistycznych (9, rue Michelet) od trzech dni odbywa się kolokwium poświęcone literaturze żydowskiej w języku rosyjskim, czeskim i polskim (Littérature juive d'expression russe, tch?que et polonaise). Dziś miał odczyt prof. Błoński - mówił o Schulzu. Trzeba było skorzystać z takiej okazji.
W Institut d'Études Slaves znalazło się kilkadziesiąt osób. Błoński podejmuje swój wykład po krótkim wprowadzeniu prof. Bonamoura (którego poznałem osobiście). Błoński najpierw wciągnął słuchaczy w krąg świata Schulza, zatrzymując się przy kluczowym dla zrozumienia istoty tego świata pojęciu Księgi, jej różnorodnych konotacji, by z kolei przejść do rozważań szerszych: o prawach rządzących tym światem. A światem tym rządzi bez wątpienia Księga - Biblia, ale obecna w tym świecie nie tyle poprzez swój tekst, ile poprzez autorskie komentarze do tego tekstu. Schulzowi świat cały jawi się jako jedna Księga, ale i Księga - jako świat. Wyobraźnia pisarza ukształtowana została przez Biblię. W świecie tym realność przedmiotów zależy wprawdzie od narratora, ale są one przecież dziełem Boga-Stwórcy! Jest to zatem świat, w którym wciąż na nowo odżywają biblijne teksty, a także archetypy. Schulz nie występuje tu jako wyznawca Biblii (był najprawdopodobniej niewierzącym), ale jako człowiek, którego sposób myślenia ukształtowała ta Księga. Był to pisarz polski, adresujący swe dzieła do polskiego czytelnika. Odkrywając jednak zamknięte w Biblii universum, odkrywał zarazem universum Żydów. Universum to jednak jest własnością wszystkich.
W drugiej części posiedzenia prof. Hana Jechová poprowadziła obrady okrągłego stołu (la table ronde) na temat współczesnej literatury żydowskiej w literaturze Europy Środkowej. W dyskusji zabrało głos pięć osób. Znamienne, że z wyjątkiem bodaj tylko Błońskiego wszyscy starali się zaanektować jak największą liczbę pisarzy do grona "żydowskich". Bardzo charakterystycznie w tym wypadku zabrzmiał głos Węgierki, która przedstawiła się zarazem jako Francuzka i Żydówka, która stwierdziła, że to właśnie dopiero na emigracji we Francji (po 1956 r.) odkryła żydowskich pisarzy w literaturze węgierskiej (oni sami - jak stwierdziła - nie mieli prawdopodobnie świadomości przynależności do tej grupy!). Interesująco mówiła Jechová o definicji "literatury żydowskiej w językach narodowych". Zatrzymując się nad sprawą języka, starała się dowodzić, że był to z zasady świadomy wybór danego pisarza. Błoński mówił z kolei o "szkole żydowskiej" w literaturze polskiej XX wieku, wskazując przy tym, iż można obserwować znamienny proces: najpierw Żydzi wchodzili do kultury polskiej poprzez krytykę literacką, potem zaczęli wypowiadać się w poezji, dopiero na końcu - w prozie.
Na marginesie tej sesji nasuwa się kilka refleksji. Czy uzasadnione jest takie stawianie sprawy, jakie zaprezentowała większość uczestników obrad? Przynależność do danej literatury w pierwszym rzędzie wyznacza sam twórca. Jeśli świadomie wybiera on język polski jako język swej twórczości, czy mamy prawo anektować go do literatury żydowskiej? Tym bardziej jeśli on świadomie oświadcza, iż jest Polakiem, a nie polskim Żydem? W wyborze drogi twórczej sprawa języka jest niezwykle ważna. Skoro Singer mógł zdecydować się na twórczość w języku jidysz, czemu inni tego nie uczynili?
Przeraża zachłanność niektórych badaczy, którzy gotowi są sięgać do któregoś pokolenia wstecz, aby tylko w biografii danego autora odnaleźć żydowskie korzenie. Praktyka ta przypomina tragiczne dzieje II wojny światowej i praktyki niemieckie. Czy jest uzasadniona i potrzebna?
16 grudnia 1984
Dziś odleciał do kraju Tadeusz. W ostatniej rozmowie przyrzekł mi, że nawiąże kontakt z małżonką i córką. Czy dotrzyma słowa?
8 lutego 1985
Mija siedem tygodni od czasu przerwania spisywania tych notatek. Siedem tygodni - które wydają się przecież całym wiekiem. Dwa ostatnie i pierwszy tydzień tego roku upłynęły mi wśród rodziny, w Krakowie. Wspaniałe święta Bożego Narodzenia, w gronie najbliższych. Jakże rzadko mamy wolną chwilę w życiu, aby móc w spokoju porozmawiać o sprawach nas wszystkich, a przede wszystkim naszych najbliższych. Święta winny sprzyjać temu, choć najczęściej przed tymi dniami jesteśmy zagonieni przygotowaniami, potem zaś zmęczeni. W końcu nie zawsze udaje się nam przeżyć godnie Święta. Kiedy dziś, po miesiącu od wyjazdu z domu, oglądam się wstecz, wydaje mi się, że były to święta właśnie udane, spędzone na rozmowach z żoną i dziećmi, na chwilach skupienia wokół niekiedy spraw codziennych, a jakże ważnych. Wdzięczny jestem ogromnie losowi, że pozwolił mi właśnie tak spędzić te dni z najbliższymi.
Do Paryża wróciłem 7 stycznia. Natychmiast trzeba było wejść w bieg wydarzeń, zajęć, zebrań, spotkań. Nie było właściwie ani chwili przestoju, odprężenia. Przeciwnie, czas jakby znacznie przyspieszył swój bieg, jakby odmienił swą odwieczną naturę. Rzadko kiedy było mi dane być tak aktywnym, jak właśnie w ciągu tych czterech tygodni. Właściwie brakowało czasu na sen. Jakiś wewnętrzny przymus, jakaś bezustanna pogoń, wyścig z czasem? Oto bowiem cotygodniowe zajęcia, które wszak trzeba przygotować. Musiałem więc wreszcie ustalić nie tylko zakres wymagań, ale przede wszystkim profil wszystkich zajęć, przygotować, a właściwie wymyślić i napisać kilkadziesiąt tekstów dla różnych grup. Obok tego dwa wykłady, które biegną swym nienaruszonym torem. Ale dydaktyka to tylko część zajęć. Dołączyć do tego wypada udział w zebraniach naukowych i imprezach paranaukowych. Trudno byłoby rozpisywać się o wszystkich, wystarczy może wspomnieć tylko o niektórych. Byłem więc u oo. pallotynów na bardzo ciekawym odczycie Błońskiego o diable we współczesnej literaturze polskiej (ujęcie problemu wprawdzie szkicowe, ale bardzo interesujące. Nb. okazuje się, że najciekawsze portrety diabła pochodzą od niedowiarków bądź ateistów - Gombrowicza, Kołakowskiego, Miłosza czy wreszcie Lema!). Byłem tam następnie na spotkaniu z Krzysztofem Pomianem, który właśnie wydał u Gallimarda książkę o filozoficznych aspektach czasu historycznego. Pomian mówił o tym, do czego służy filozofia, mówił pięknie i fachowo (może zbyt fachowo, jak na publiczność zebraną w sali będącej zarazem kaplicą), pokazywał, w czym tkwi piękno i wartość filozoficznego myślenia, jak kształtuje się proces dochodzenia do prawdy w filozofii. Zupełnie inny typ wykładu zaprezentowała Helena Włodarczyk, która w Instytucie Katolickim mówiła o Kompleksie polskim Konwickiego. Wychowana w znakomitej szkole kartezjańskiego myślenia Włodarczykowa wyszła od tekstu powieści Konwickiego, pokazując znakomicie zarysowaną przez pisarza syntezę polskości, obraz społeczeństwa z lat siedemdziesiątych XX wieku i jego gorzki osąd. Brakło może tylko w tym wykładzie szerszej perspektywy historycznoliterackiej dla powieści Konwickiego, a taka przecież wyraźnie się narzuca, i to pierwszego kalibru: od Berenta (Ozimina), Struga (Ojcowie i dzieci), poprzez Wyspiańskiego - aż do Dziadów cz. III. Na okres ten przypadła także interesująca impreza w Instytucie Polskim: wernisaż fotogramów Witkacego z odczytem Urszuli Czartoryskiej-Stanisławskiej (z Łodzi) o okrucieństwie i bólu w twórczości autora Kurki wodnej. Referat był niewątpliwie ciekawy, dotyczył przede wszystkim malarstwa Witkacego. Niestety, wygłoszony został słabo, co znacznie wpłynęło na jego odbiór i poziom wieczoru.
Skoro robię tu krótkie resumé ubiegłych czterech tygodni, muszę wspomnieć o wspaniałej wyprawie do Chartres, do pp. Delaperri?re. Znalazłem tam znakomitą, rodzinną atmosferę, ogromnie wiele życzliwości i gościnności. Dwa dni, które tam spędziłem, przebiegły jak chwila jasna, tym bliższa sercu, że osłoneczniona widokiem wspaniałej katedry. Kiedy wędrowałem po olbrzymich nawach tego kościoła, który swym ogromem wręcz przygniata miasto, kiedy zwiedzałem przepastne jego podziemia - krypty, pamiętające ósmy wiek, a nawet czasy rzymskie, kiedy wreszcie przyglądałem się wspaniałej architekturze wykuszy, ustępów i tysięcy innych szczegółów, niezwykłej urody witraży, wciąż powracała myśl: o ludziach, którzy budowali tę wspaniałą świątynię przed wiekami, ale także i o tych, którzy tu przez wieki całe przychodzili. W średniowieczu, a także i dzisiaj jeszcze (choć dziś coraz rzadziej!) ciągnęły tu tłumy pielgrzymów, aby pokłonić się Matce Bożej - przybranej w suknie i stroje z okolic. Od blisko siedemdziesięciu lat podążają tu, do tej świątyni, pielgrzymki studentów paryskich (zainicjowane przez poetę, Charles'a Péguy). Czego szukali i czego dziś jeszcze szukają w Chartres owi pielgrzymi? Pocieszenia? Na pewno tak, ale chyba nie tylko. Pomocy - też chyba, ale nie wyłącznie. Spieszyli tu i spieszą, aby odnaleźć siebie, swoją wiarę, swoje człowieczeństwo? Któż zbada ludzkie serca i umysły, kto pozna ich decyzje?!
Nie sposób nie wspomnieć w tym krótkim streszczeniu mojego curriculum vitae o innych paryskich przeżyciach. A tych nie brakowało. Najpierw była więc przez blisko dwa tygodnie tzw. syberyjska zima (określenie prasowe), tzn. temperatura w mieście spadła kilka razy do około -15 stopni. Dla nas, ludzi Północy, zima taka to fraszka. Dla tubylców - to tragedia. Plon dwunastu dni mrozów okazał się tragiczny: jak podała prasa, ponad 170 osób straciło życie! Francja nie jest przygotowana do takiej zimy. Ludzie nie mają ciepłych ubrań, tysiące żebraków i innych biedaków gnieździ się w norach, zapuszczonych komórkach albo po prostu na ulicy. Także i w domach instalacje ogrzewnicze nie zostały obliczone na takie "ekscesy" aury. Marzli więc biedacy, ale marzli i bogaci. Ksiądz Saint-Vincent-de-Pierre, sławny ze swoich akcji niesienia pomocy biednym paryżanom od lat pięćdziesiątych, raz jeszcze wkroczył do akcji i przedłużył znacznie swoją akcję Boże Narodzenie księdza Piotra, niosąc pomoc najbardziej potrzebującym. Do akcji tej włączyły się zresztą tysiące ludzi, także władze miasta (otwarto kuchnie wydające ciepłe posiłki najbiedniejszym, udostępniono bezdomnym kilka stacji metra na nocny spoczynek etc.). Ale Paryż to nie tylko zima. To także muzea z Luwrem na czele (a w nim - z przeuroczą La belle ferronni?re Leonarda da Vinci i pełnymi tajemniczego uroku portretami Tycjana). To także odkrywane raz po raz maleńkie muzea (jak choćby "odkryte" ostatnio przeze mnie muzeum-pracownia Eug?ne'a Delacroix). To także osławiona rue Saint-Denis z wystającymi w każdym załomie muru prostytutkami. To wreszcie ulubiony mój zakątek na wyspie św. Ludwika: Biblioteka Polska. Bywałem tu przeciętnie trzy razy w tygodniu, każdorazowo po około trzy godziny (krótko bowiem otwarta jest czytelnia). A przecież ileż radości miałem i mam w czasie tych niewielu godzin! Właśnie na dobre zabrałem się do lektury archiwum Henryka Bukowskiego. Po sporej porcji listów Karola Lewakowskiego i Zygmunta Miłkowskiego-Jeża przyszedł czas na kilkaset listów Józefa Gałęzowskiego. Morze informacji o sprawach Muzeum w Rapperswilu, o ludziach z nim związanych (przede wszystkim o młodym Żeromskim). Dziś otrzymałem wstępną zgodę kierownika rękopisów na dostęp do zdeponowanych ale nieudostępnianych archiwów Gałęzowskiego i Gierszyńskiego... Ileż tam niespodzianek, ile tam opisanych wysiłków dla sprawy polskiej. Ile emocji, sporów, dyskusji, akcji... Czy rzeczywiście uda mi się napisać rzecz o Rapperswilu, a właściwie o ludziach z nim związanych - jak to tydzień temu zanotowałem sobie około wpół do trzeciej nad ranem (zbudzony ze snu przez odgłosy "nocy latynoamerykańskiej" trwającej dwa piętra niżej)?
Dla możliwie całościowego ujęcia tego "sprawozdania" powinienem chyba także wspomnieć i o tym, że w okresie tych czterech tygodni napisałem "zarys scenariusza" I serii serialu telewizyjnego pt. Rodowody (siedem odcinków, pięćdziesiąt sześć stron maszynopisu). Nadto napisałem pełny scenariusz odcinka I pt. Pod Naczelnikiem (44 strony!). Dziś właśnie materiały te powędrowały do Warszawy. Trudno określić, jak zostaną przyjęte1. No i na koniec dwie informacje, jakie otrzymałem od najbliższych: przed tygodniem ukazała się w księgarniach polskich moja Panorama Racławicka (tylko dlaczego KAW nie przekazał do tej pory egzemplarzy autorskich Maji?!), a Złota legenda chłopów polskich została nagrodzona przez "Życie Literackie". Cieszą mnie te wiadomości. Ale prawdę mówiąc najwięcej mnie cieszy to, że bliscy moi są zdrowi, że co tydzień choć przez parę minut mogę usłyszeć ich głosy, że przysyłają mi od czasu do czasu listy...
9 lutego 1985
Dziś sobota, dzień, który bardzo lubię. Rankiem - jak zwykle w soboty - siedziałem w Bibliotece Polskiej. Czytam listy Józefa Gałęzowskiego do Henryka Bukowskiego. Listów jest kilkaset, wszystkie dotyczą spraw Muzeum w Rapperswilu. Ileż wysiłków, ile emocji, ile poświęceń! W końcu ów Gałęzowski był urzędnikiem w Crédit Foncier, miał swoje zawodowe obowiązki. A przecież zawsze znajdował czas dla spraw Muzeum! A obok niego dziesiątki i dziesiątki innych Polaków! To prawda, że niekiedy wygląda na to, iż owo dyrektorstwo było dla niego swoistą ucieczką, azylem przed żywotem emigranta skazanego na uwiąd we Francji. Ale bez wątpienia było także i funkcją, która dodawała mu splendoru. Z drugiej strony trzeba podziwiać go - nawet wówczas, gdy jest niesprawiedliwy (jak na przykład wobec młodego Żeromskiego). Za wytrwałość. On, pułkownik z 1863 roku, obecnie urzędnik bankowy, pokazał, że można służyć sprawie polskiej nawet w sytuacji, zdawałoby się, beznadziejnej. I tylko, kiedy dziś czytam te zetlałe dziesiątki listów, te świadectwa zabiegów, starań wokół sprawy Muzeum w Rapperswilu, nasuwa się jakże przykra konstatacja: wszystko to, dorobek kolejnych pokoleń, dokumenty pierwszej rangi, wszystko to po latach padło ofiarą płomieni wznieconych przez niemieckich faszystów! To boli. Tyle zabiegów, tyle ludzkiego wysiłku, tyle wreszcie nadziei, że to wszystko będzie kiedyś służyło narodowi - wolnemu, niepodległemu, w wolnej, niepodległej Polsce. Wszystko to wskutek jakiegoś przekleństwa dziejowego pochłonęły w roku 1944 płomienie. Przewiezione do kraju w roku 1927 zbiory rapperswilskie, złożone w Wojskowej Bibliotece Centralnej, niezbadane do końca, niewykorzystane ani w części, przepadły na zawsze. To boli...
10 lutego 1985
Wczoraj wieczorem spędziłem kilka godzin na przyjęciu u Ewy i Davida. Urządzili przyjęcie w związku z zakończeniem urządzania własnego mieszkania. Zebrało się kilkadziesiąt osób. Byli to ludzie literatury, teatru, malarze... Dla mnie największą przyjemnością było spotkanie starszej pani, która - urodzona w Dortmundzie, nigdy nie zwiedziwszy Polski - mówi piękną polszczyzną. I czuje się Polką. To wzruszające. Widziałem w jej oczach promień radości, że może wreszcie bez skrupułów, bez ukrywania się, porozmawiać po polsku. Bo przecież rozmawiała ze mną - człowiekiem "stamtąd"! A przy tym było jej przyjemnie, że mogliśmy się znaleźć w tym towarzystwie, że ani ja, ani ona nie odczuwaliśmy wobec tego towarzystwa żadnego kompleksu ludzi gorszego gatunku. To ciekawe, jak często zdarza mi się teraz spotykać Polaków z drugiego-trzeciego pokolenia emigracyjnego, którzy nie czują się przedstawicielami "trzeciego świata", którzy z dumą przyznają się do swego pochodzenia. W pierwszym rzędzie wpływ to wyboru kardynała Wojtyły na papieża, dalej - przebudzenia się Polaków na początku lat osiemdziesiątych. Co znamienne: we wtorek bodaj, w czasie wieczoru literackiego u p. Helft, spotkałem pana, który dość dziwnie wymówił swoje nazwisko przy poznaniu się. Po nawiązaniu z nim rozmowy okazało się, że nazywa się Mazurowski, że jest Polakiem - ale, jak natychmiast dodał, "z Nowego Jorku". Oczywiście, nie zna języka, nie bardzo go interesuje kraj ("choć tam byłem, bo otrzymałem nagrodę na Biennale grafiki w Krakowie"). On, Amerykanin, raczej wyraźnie czuł się zażenowany swoją polskością. Starsza pani - spotkana zresztą w tym samym towarzystwie w kilka dni później - była wyraźnie dumna ze swego pochodzenia.
Dziś powinienem opisać właściwie dwie sprawy. Najpierw wizytę w kościele przy rue St. Honoré. Mszę św. celebrował ks. Rektor - za duszę kardynała Józefa Slypija, patriarchy grekokatolickiego kościoła ukraińskiego, zmarłego w grudniu ubiegłego roku. W kościele tłumy polskich wiernych. Był także chór ukraiński. Kazanie piękne wygłosił ks. Stopa - o kościele milczenia, o tragedii XX wieku, o cierpieniu, o obowiązku... Przemawiający na zakończenie uroczystości kanclerz kurii ukraińskiej wniósł znacznie więcej akcentów politycznych. Ale to przecież też człowiek, trudno mu się więc dziwić. Jakże często coraz trudniej ustalić dziś granicę między religią a polityką. Jakże często wmawia się ludziom, że przyznanie się do wiary jest oznaką wyboru politycznego. Ale z drugiej strony jakże często określony wybór polityczny zostaje przykryty zewnętrzną formą przynależności do określonego wyznania. Nie darmo Jan Paweł II tak gorąco nawołuje do rezygnacji księży z udziału w życiu politycznym. To sprawa niebezpieczna. Dla obu stron.
Po mszy św. - wizyta w Oranżerii. Spotkanie z obrazami Renoira, Matisse'a, Cézanne'a, Picassa, Utrilla, Moneta i innych. Przepiękne spotkanie. Bo tu człowiek może swobodnie wybrać sobie to, co mu odpowiada, co go interesuje. Osobiście wciąż na przykład nie mogę się przekonać do Picassa. Jego obrazy - w galerii tej pochodzące z lat dwudziestych - rażą jakąś szorstkością, świadomą prowokacją. O wiele większą radość sprawiło mi spotkanie z obrazami Renoira. Przede wszystkim zachwyciły mnie dwa jego płótna: Portrait de deux filles (1890-92) i Blonde a la rose (bodaj z lat osiemdziesiątych XIX w.). Jakże wiele ciepła u tego malarza, radości z malowania. Odrębną grupę stanowią w Oranżerii płótna Cézanne'a, tego rodowitego Prowansalczyka z Aix-en-Provence, człowieka, który kolory dla swej palety odnalazł u podnóża Sainte-Victoire. Cézanne zawsze był mi bliskim, jakby rodakiem, toteż i dzisiejsze z nim spotkanie miało w sobie coś z intymności spotkania starych przyjaciół. Szczególnie gdy raz jeszcze oglądałem jego obrazy z pejzażami Aix, z wieżą katedry St. Sauveur... Wspaniały jest obraz C. Moneta Argenteuil (1875), niepowtarzalne studium wody i kołyszących się na niej barek. Niestety, sale z jego Nymphéas dziś były zamknięte, trzeba tu wrócić raz jeszcze. A zrobię to z tym większą przyjemnością, że odnajdę tu także i najmilszego mi Utrilla - z uroczymi pejzażami z Montmartre'u. Dwa płótna przedstawiają wprawdzie katedry: jedno Notre-Dame, drugie katedrę w Orléans, zdecydowanie jednak dominuje w zgromadzonej w tej galerii grupie płócien Utrilla Montmartre z przepięknym Maison Bernot z 1924 r. Dopełnia go udanie wcześniejszy znacznie - bo z 1914 r. - obraz Église de St. Pierre. Wrócę tu zatem na pewno, bo znaleźć tu można spokój, radość kolorów i nade wszystko chyba - radość tworzenia. To prawda, że obrazy te powstawały może w pocie czoła, w cierpieniu, po wielokrotnych przeróbkach, wahaniach, zwątpieniach. Ale to, co z nich bije, to jakaś wewnętrzna, tajemnicza siła kreacji, tworzenia wbrew wszystkiemu i wszystkim, tworzenia dla siebie (a zatem i dla innych). I po ten zastrzyk optymizmu warto niejeden raz odwiedzić Oranżerię.
17-24 lutego 1985
Osiem dni, na które czekałem dwanaście długich lat! Osiem dni w Aix-en-Provence! Kiedy w 1973 r. opuszczałem starą stolicę prowansalską, zapowiadałem rychły do niej powrót. Bo wszak spędziłem tam trzy lata swego życia, zostawiałem cząstkę siebie, wspomnienia, przyjaciół. Rychło zapowiedzi trzeba było jednak odwołać, plany zmienić. Miesiąc za miesiącem, rok za rokiem zaczęły biec, perspektywa odwiedzenia "mojego" Aix-en-Provence zaczęła się oddalać. Wreszcie zamieniła się w jakąś maleńką stróżkę cichej nadziei, jakże jednak wątłą! Żywiącą się wspomnieniami i... rozmowami z przyjacielem, Adamem, który w kilka lat po mnie zamieszkał na trzy lata pod górą Sainte-Victoire. I oto po dwunastu latach jestem znowu we Francji. Jakże więc nie odwiedzić "miejsc ukochanych" młodości?!
Gdy tylko ogłoszono nam tygodniową przerwę semestralną, zdecydowałem się na wyjazd na południe, do "Aten Południa", do Aix. Na dworcu marsylskim czekali na mnie przyjaciele, których dwanaście lat w niczym nie zmieniło. To oni właśnie przed dwunastu laty odwozili mnie wraz z moją rodziną na dworzec marsylski, oni czekali teraz na mnie na peronie! Powitanie, radość, tysiące słów... i podróż do Aix. Przyjaciele w ciągu tych dwunastu lat dorobili się. Mieszkają teraz w pięknej starej prowansalskiej willi. Nieledwie w centrum. A ileż tu spokoju, atmosfera prowansalskiej wsi! Na podwórku wygrzewający się w słońcu olbrzymi pies Norton, w ogrodzie pierwsze wiosenne fiołki...
Kiedy nazajutrz rankiem udałem się na zwiedzanie miasta, opanowuje mnie w pierwszej chwili panika. Wszak kiedyś widziałem te miejsca, chodziłem tu, a przecież - jakże one są obce obecnie, jakże dalekie... Spotkanie z miastem po tak długim czasie ma w sobie coś z niespodzianki, ale i z koszmaru. Jakaś chmura, jakaś powłoka wciąż dzieli mnie od tego miasta, od jego ulic, placów, zaułków. Najpierw poszedłem na bd. Paul d'Ollone, do domku, gdzie niegdyś mieszkaliśmy. W "naszej" willi mieszka dziś ktoś inny. Przebudował on stary dom, stworzył z niej nieledwie cacko, zabawkę. To tu mieszkaliśmy przez dwa lata?! Nie do wiary. Powoli jednak chmura zaczyna ustępować. Oto bowiem pojawiają się w tym obcym-nieobcym mieście ludzie. To za ich sprawą następuje przerwanie tej dziwnej opaski, która w ciągu dwunastu lat nałożyła się na moją wizję miasta. Pod starymi drzewami zobaczyłem bulistów. Jak niegdyś, jak zawsze, rzucają swymi bulami do korka, mierzą odległości, kłócą się, dopingują graczy... Tak, to na pewno Aix! Ileż to razy asystowałem przed laty tym rozgrywkom, ile razy byłem świadkiem najdziwniejszych scen... Tak, to Aix! Ale nieco inne. Jakby odmłodniało, jakby nabrało żywszych kolorów. Znikły z jego centrum samochody, wszędzie ciche, spokojne uliczki dla pieszych, wszędzie sklepiki, księgarnie, kafejki... Czas nie tyle zatrzymał się w tym mieście, ile raczej cofnął się. Miasto straciło patynę starości, jaką jeszcze niegdyś posiadało, stało się organizmem bardziej młodzieńczym, żywym. Mniej także na jego ulicach starszych mieszkańców, tych osławionych burżujów prowansalskich. Zdecydowanie dominują młodzi. Przede wszystkim studenci. Ale w końcu nie ma się co dziwić. W ciągu tych dwunastu lat - jak się niedługo miałem dowiedzieć od przyjaciela, prof. Jean-Yves Choleya, liczba studentów w Aix podwoiła się. Wszędzie ich widać. Radosnych, roześmianych, dyskutujących... Ale nie o polityce, jak to było jeszcze przed dwunastu laty. Raczej o życiu, o problemach studenckich. Może o miłości?
Spotkanie z Aix to przede wszystkim liczne spotkania z ludźmi. A tych w ciągu owych ośmiu dni nie brakowało. Wprawdzie tu i ówdzie pojawiły się bolesne luki. Oto w Bibliotece Méjanes, w której spędziłem wiele wspaniałych dni, dowiaduję się, że przed kilku laty zmarł mój jakże serdeczny przyjaciel-staruszek, Jean Dominique Guelfi, kustosz biblioteczny. Na emeryturze jest już Mlle Kerverseau, która niegdyś pomagała mi w poszukiwaniu materiałów związanych z Gaszyńskim. Ale przecież inni nadal tu pracują, mieszkają, żyją... Oto na Uniwersytecie, w Instytucie, gdzie pracowałem przez siedem semestrów, spotykam - wciąż przy tym samym biurku - panią Halinę, która wciąż w ręku swym trzyma administrację ILGEOS-u. Wprawdzie w ciągu tych lat zmieniła nazwisko, urodziła dwójkę nowych dzieci, ale biurka nie zmieniła. Oto prof. Martini, który zaprasza mnie na kawę do siebie. Wprawdzie mocno posiwiał, ale duch wciąż ten sam, żywy, młodzieńczy, pełen energii. Przed trzema laty był w Krakowie, ale, niestety, nie spotkaliśmy się. Teraz mnie wita z wyrzutem: przed dwoma tygodniami byłem wraz z żoną w Krakowie, szukaliśmy pana na uniwersytecie, a pan tu? Jest on tu głównym koordynatorem przewozów paczek do Polski. Profesor uniwersytetu, któremu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby zrezygnować z tego przedsięwzięcia. Bo to, wie pan, to nie tylko pomoc dla was, to także nauka dla nas! - powiada. Oto mój były szef, prof. Garde. Z prawdziwą radością woła do słuchawki telefonicznej: musimy jutro zjeść razem obiad! I rzeczywiście. Zjawia się punktualnie - jak zawsze! - na spotkanie. Przyprowadza na spotkanie także dobrą znajomą, prof. Guiraud. Płyną nam minuty i godziny na rozmowie: o wszystkim. O pracy, o ludziach, o sprawach, o problemach... Jak w gronie przyjaciół. Oto wreszcie Michel i Eveline - jak niegdyś - samotni, bez dzieci, ale pełni serca i radości życia. Oto Martine i Bruno Gastoud - ci sami, których "przeprowadzałem" niegdyś do nowego domu w St. Cânnat. Może trochę widać w ich oczach zmęczenie, może owe lata w niejednym dokuczyły im, ale przecież w rozmowach, dyskusjach są wciąż pełni energii i - typowo prowansalskiej - rubaszności. Synowie im podrośli, dom otrzymał dodatkowe piętro, drzewa - które niegdyś sadziłem - sięgają siedmiu - dziesięciu metrów wysokości... Ale kiedy przy kominku snujemy opowieści o naszym życiu, wygląda na to, jakbyśmy się rozstali dopiero wczoraj. Nie inaczej wyglądają spotkania z Jean-Yves'em! Wciąż samotnym, wciąż opiekującym się biedną na pół sparaliżowaną Patrycją (ta powie mi w pewnej chwili z dumą: w czasie wydarzeń u was, stanu wojennego, udało mi się załatwić cztery wózki inwalidzkie dla osób w Polsce!), wciąż pracującym na Wydziale Prawa... Może tylko mniej radości w jego spojrzeniu. Ale także chyba i więcej rozwagi w sądach. A cóż powiedzieć o Annie i o Francisie Teste'ach? Byłoby nieprawdą, gdybym oświadczył, że się nie zmienili. Bo to prawda, że wciąż serce u nich otwarte dla wszystkich przybyszy z Polski. To prawda, że Anna kocha rozmowy (szczególnie około północnej godziny - jak niegdyś!), że Francis kocha swoją pracę zawodową (nawet w niedziele - jak niegdyś!). Ale dzieci im podrosły. Pojawiły się w ich osobowościach także rysy nowe: przywiązanie do dzieci, matczyna miłość, ojcowskie oddanie. To wiele. To coś budującego...
Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał tu o wizycie, która przecież może najsilniej wryła się w moją pamięć. To wizyta na cmentarzu św. Piotra, u grobu Konstantego Gaszyńskiego. Przed laty mogiła tego romantycznego poety, przyjaciela Zygmunta Krasińskiego, powstańca listopadowego i tułacza była naszą rodzinną przystanią niedzielną. Ileż razy wraz z żoną i córką przychodziliśmy tu w niedzielne popołudnie, aby odwiedzić naszego bliskiego przyjaciela... Teraz już pierwszego dnia pobytu odnajduję drogę na cmentarz św. Piotra. Kieruję się ku mogile Gaszyńskiego. I... serce raduje się. Oto przed dwunastu laty, tuż przed wyjazdem z Aix, uradziliśmy z żoną, że posadzimy na mogile Gaszyńskiego "nasze" irysy, kwiaty niewymagające wielkiej pielęgnacji. Zasadziliśmy kilka krzaczków. Dziś wita mnie piękna, zielona murawa irysów. A jednak został po nas tu jakiś ślad! Może te irysy, ocieniając mogiłę wygnańca-poety, przypominają mu rodzinne strony?
Kiedy w niedzielne popołudnie na dworcu marsylskim żegnałem się z przyjaciółmi, kiedy usiadłem w supernowoczesnym pociągu TGV, kiedy za oknami zaczęły przesuwać się widoki błyszczącego w słońcu Morza Śródziemnego i białe skały Prowansji, raz jeszcze powróciłem do wspomnień sprzed lat kilkunastu. Jakże piękna to kraina, jakże bliska sercu, radosna... Ale czy chciałbym tu znowu zamieszkać na lat kilka, pracować tu? Chyba nie. To piękna przeszłość, to radość wspomnienia. Ale życie biegnie naprzód, podsuwa coraz nowe obrazy, wymaga nowych decyzji. Dlatego z utęsknieniem zacząłem oczekiwać na chwilę, gdy zza okien pociągu wynurzą się drapacze chmur "mojego" Paryża. Bo teraz jestem już "paryżaninem". Tu mieszkam, tu jest kolejna przystań mojego życia. Chwilowa, to prawda, ale na dziś - to jest "moje" miasto.
27 lutego 1985
Wczoraj po zajęciach podeszła do mnie jedna ze studentek i nieśmiało zapytała: Czy zechciałby pan odwiedzić nas? Właśnie przyjechali rodzice, chcieliby pana poznać. Nie miałem nic przeciwko temu. W końcu jestem tu sam; zamiast siedzieć w akademiku, może poznam kogoś interesującego? Skoro też tylko skończyło się zebranie pracowników naszej sekcji polonistycznej, poszedłem w kierunku ulicy du Bac. Zadzwoniłem do drzwi i po chwili... znalazłem się wśród ludzi bliskich, serdecznych, sympatycznych. Państwo Balińscy, mimo polskiego nazwiska, niewiele mają wspólnego z Polską. No, może nie tak: w końcu jedna z ich córek pojechała do Krakowa na studia, druga zaś uczęszcza na studia polonistyczne w Paryżu. Ale przecież - jak się dowiaduję - prof. Baliński urodził się w Szwajcarii, wychował w Stanach Zjednoczonych, od sześciu zaś lat - mieszka w Paryżu. Pani Balińska jest rodowitą Amerykanką z Tennessee. A zatem ludzie z drugiego świata. Nieoczekiwanie przecież ten oto profesor matematyki, który nie zna języka polskiego, który co miesiąc spędza tydzień w Stanach Zjednoczonych - jako wykładowca na jednym z tamtejszych uniwersytetów, okazuje się człowiekiem nie tylko interesującym, ale bardzo serdecznym. Zresztą i żona jego - mająca wciąż jeszcze kłopoty z językiem francuskim - nie ustępuje w serdeczności. Rozmowa przy kolacji początkowo toczyła się bardzo typowo: o pracy, o jej blaskach i cieniach, o rodzinie... Rychło nabrała jednak rumieńców. Oto pan domu prowadzi mnie do sąsiedniego gabinetu. Tu ścianę całą zajmują wspaniałe portrety sławnych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Ale nie tylko. Obok wisi portret Tocqueville'a, owego sławnego historyka z XIX wieku, człowieka, który przeżywa wciąż lata sławy. Po chwili pan domu wyławia jednak z tej galerii portrety jakby swojskie, bliższe. I rzeczywiście. Oto dwaj bracia Śniadeccy, tu zaś... Michał Baliński. Z niemałym zdumieniem dowiaduję się, że to po prostu... przodkowie gospodarza. Ze zdumieniem i lekkim niedowierzaniem spoglądam na pana domu, to znów na portrety: czy rzeczywiście? Widzę, że gospodarz zdaje sobie sprawę z mojego zaskoczenia. Ale nie nalega. Siadamy w wygodnych fotelach. I rozpoczyna się zadziwiająca baśń, o której może zamarzyć każdy historyk, badacz dziejów naszych. Po chwili panna Marta przynosi pamiątki... po stryju, niedawno zmarłym poecie, Stanisławie Balińskim. Są listy, pisma... Przynosi także relikwię domową: maleńką statuetkę Matki Bożej z... Oszmiany! Przechowywana jest w rodzinie od 1830 roku, przez cały czas - z dala od rodzinnej Litwy, gdzieś tu, w Paryżu, Londynie, to znowu w Nowym Jorku. A oto miniatura Edwarda Odyńca z żoną. Największą niespodziankę trzymają jednak gospodarze na koniec. Wreszcie pokazują: wspaniale wyglądającą kopię (oryginał znajduje się w Muzeum m. Warszawy) Złotej księgi pradziada pana domu, Aleksandra Reychmana, redaktora wychodzącego pod koniec XIX wieku w Warszawie "Echa Muzycznego", wieloletniego dyrektora Filharmonii Narodowej w Warszawie. Co za spotkanie! Jakie nazwiska, czyje pismo!! Dziesiątki, setki nazwisk. A za każdym kryje się odrębna historia, jakaś tajemnica życia. I wiersze (ileż z nich nigdy nie było drukowanych!?): Kasprowicza i Tetmajera, Rydla i Bałuckiego, Deotymy i Jankowskiego, Faleńskiego i Langego... Złote myśli Przybyszewskiego i Paderewskiego. Wpisy Catullesa Mendesa i Władysława Mierzwińskiego, Marii Konopnickiej i Henryka Sienkiewicza... Któż byłby w stanie wymienić choćby w części gości salonu pana Aleksandra Reychmana! Przerzucając karty księgi, raz po raz przywołuję wspomnienia swoich lektur, to znowu anegdoty. Gospodarze domu dorzucają od siebie raz po raz nowe szczegóły. A to o Reychmanie, a to o Ludwiku Brunerze (Ludwiku Stenie, znanym krytyku literackim!) - również członku rodziny. Płyną godziny, wreszcie przychodzi czas pożegnania. Przerwany został łańcuch wspomnień i niezwykłych spotkań. Padają zwyczajowe słowa - do rychłego zobaczenia, do kolejnego spotkania. Nie wiem, czy nastąpią. Nawet jednak, gdyby nie miały nastąpić, to jedno nasze spotkanie, ten jeden wieczór pozostanie mi na długo w pamięci. Wieczór w Paryżu, przy ulicy du Bac, u rodziny amerykańskiej, wieczór polski, jakże polski!
2 marca 1985
Nieoczekiwanie otrzymuję dziś kolejne zaproszenie. Tym razem od dobrej Znajomej z dawnych lat. Mieszka w Paryżu od lat pięciu. Przyjechała tu wraz z sześcioletnim synkiem. W kraju został mąż i ojciec dziecka. Znajoma ma nowego partnera życiowego, zresztą bardzo sympatycznego Francuza. Ułożyła sobie życie od nowa. W końcu sytuacja taka nie zaskakuje. Ileż to podobnych związków, ile takich samych historii, na poły banalnych, ale jakże ludzkich. W tym jednak wypadku sprawa nie wygląda ani na banalną, ani na zwykłą. Moja Znajoma wywodzi się ze znakomitej rodziny profesorskiej. Wychowana została w atmosferze dobrobytu, ciepła, spokoju. Nawet gdy wyszła za mąż, nigdy nie pomyślała o tym, że trzeba prowadzić dom, przygotować obiad, nakarmić dziecko. Tymi sprawami zajmowała się "ciocia", a w najgorszym wypadku "pani Zosia" czy "pani Marysia". I oto nagle pewnego dnia moja Znajoma buntuje się. Buntuje się przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Wychowana w bardzo pobożnej rodzinie, porzuca wiarę. Związana małżeńskimi ślubami, zrywa związek. W towarzystwie trochę przypadkowo poznanego Francuza wyjeżdża z kraju zabierając ze sobą dziecko. Zaczyna uczyć się życia od początku. I miłości od początku. Ciężka to nauka, trudna, niezwyczajna. Znać też dzisiaj na twarzy Znajomej czasy tej walki i "nauki" życia. Wydawało się, że utonie, że nie dopłynie do brzegu. Nie utonęła. Dziś ma przy boku partnera życiowego-przyjaciela, ma mieszkanie, pracę, dorastającego syna. Ma prawie wszystko. Bo nade wszystko ma świadomość, że to, co ma, zawdzięcza tylko sobie, nikomu więcej. A jednak... A jednak od czasu do czasu przez twarz jej przemyka jakaś bruzda, jakby jakiś niepokój. Może to pamięć o kraju, o rodzinie? A może niepokój o przyszłość? A może i smutek jakiś, jakieś wyobcowanie? Kiedy przyjechała tu, zdecydowała się posłać syna natychmiast do szkoły. Być może z buntu, jaki był u podłoża jej decyzji, nie starała się podtrzymać u chłopca znajomości języka polskiego. Dziś piękny, grzeczny chłopiec nie mówi po polsku. Rozumie jeszcze nieco, mówić już jednak nie potrafi. To może los tego dziecka jest przyczyną owej bruzdy na czole Znajomej. Bo on wszak nie wybierał - tak jak ona; on po prostu został zabrany przez mamę i przywieziony tutaj. Wprawdzie nie odbiega w niczym od swych równolatków. Na arkuszu ocen stopnie bardzo wysokie, z boku same pochwały nauczycieli. A jednak - jak w pewnej chwili zwierza mi się - gdy mówię chłopcom, że jestem Polakiem, to oni mi każą powiedzieć coś po polsku, a ja już nie potrafię... Może to właśnie to dziecko - które wie, że jest Polakiem, ale które nie zna języka swego ojca - może ono kładzie się cieniem na czole Znajomej?
3 marca 1985
Sądziłem, że dzisiejszy dzień przyjdzie mi spędzić w spokoju i samotności. Rzeczywistość okazała się inna. Najpierw była więc msza św. w Notre-Dame (wszak to niedziela), potem zaś wyjazd do Saint-Brice-sous-For?t, wspólny obiad z gronem przyjaciół, pogawędka i... powrót do Paryża. Postanowiłem nie wracać natychmiast do domu. Rozlegające się z okolic sławnego Centre national d'art et de la culture - Georges Pompidou melodie przyciągnęły mnie w kierunku tej nieprawdopodobnie brzydkiej budowli. Bywałem już tu niejeden raz, dziś postanowiłem pójść tam raz jeszcze.
Przy wejściu kilka grupek stłoczonych ludzi. Podchodzę, słucham... To trwa ożywiona dyskusja teologiczna. Tak, teologiczna. Starym zwyczajem właśnie tu, w okolicy Centrum Pompidou (także i koło Sacré Coeur!) pojawiają się młodzi zazwyczaj kaznodzieje, by nauczać prawd wiary. Różnej wiary. Jedni tłumaczą więc zawiłości Talmudu, inni mówią o Buddzie, jeszcze inni - o Chrystusie. Słuchacze nie pozostają bierni, włączają się do dyskusji, starają się obalić argumenty "kaznodziei". Próżne to jednak wysiłki. Kaznodzieje mają na swoje wsparcie wiarę, mimo więc że słaniają się ze zmęczenia (prawdopodobnie niektórzy głosili tu swoje prawdy cały dzień), spokojnie powtarzają swe argumenty, na nowo roztaczają wizję szczęścia albo i apokalipsy...
Tuż za wejściem tłumy zmęczonych, oczekujących, wałęsających się po prostu wyrostków. Upatrzyli sobie parter budynku za miejsce spotkań i oczekiwania na atrakcje. Rzadko decydują się pojechać ruchomymi schodami na jedno z pięciu pięter ośrodka. Zresztą nie wiadomo, czy znaleźliby tam miejsce. Bo liczne czytelnie, pracownie, sale telewizyjne, sale ekspozycyjne wypełnione są po brzegi. Przywołująca mi wciąż na pamięć widok jednego z wydziałów Zakładów Azotowych w Tarnowie budowla w centrum Paryża żyje jakże bujnym życiem! Setki czytelników czytają książki, inni przechadzają się między powszechnie dostępnymi regałami z książkami (jakie skarby na owych regałach - najlepsi autorzy, najlepsze wydania!), wybierają książki, przeglądają. Jeszcze inni robią odbitki ksero. Tam znów kilkanaście osób siedzi przed ekranami telewizorów i ogląda specjalne programy - z zaprogramowanego nadajnika. A tu, na pierwszym piętrze - wystawa projektów architektonicznych z całego świata. Co za mozaika możliwości, jakie wspaniałości roztaczane są przed każdym chętnym poznania świata... Zaiste, piękna była idea, która stworzyła ten przybytek kultury i sztuki. Można więc architektom wybaczyć nawet owe straszliwe rury, całe owo odkryte uzbrojenie budynku. Liczy się jego użyteczność, funkcjonalność. Jakżeby przydał się taki dom kultury - z prawdziwego zdarzenia - w Krakowie, w Tarnowie czy w jakimś innym polskim mieście...
5 marca 1985
Dosyć dawno nie byłem w Instytucie Katolickim. Dziś znowu jest okazja. Maria Delaperri?re wygłasza odczyt o fantastyce i cudowności w literaturze polskiej. Temat piękny, ujęcie bardzo ambitne. Autorka wychodzi od stanu wiedzy nad fantastyką i cudownością we współczesnej nauce europejskiej, cytuje szeroko Rogera Caillois, Todorova i innych. Po czym wskazuje na odrębność literatury polskiej, w której nie można zastosować podobnych jak w wypadku literatur zachodnich podziałów, gdzie właściwie trudno mówić o fantastyce literackiej, raczej o cudowności. Erudycja autorki jest imponująca. Wywód - mimo że dość długi - logicznie zbudowany. I aż żal, że stosunkowo niewiele osób zjawiło się dzisiaj na tym odczycie. Oczywiście, w dyskusji pada sporo dodatkowych uściśleń, dopełnień. Wiadomo, temat szeroki, trudno go objąć w całości. Godzi się przecież podkreślić ambicję i wytrwałość autorki w przebrnięciu przez ogromne ilości materiału. A nade wszystko - jej decyzję omawiania tak złożonego problemu nie na zasadzie wpływów i zapożyczeń, ale przy wskazywaniu na odrębności naszej literatury. Nie zawsze literatura musi przegrywać tam, gdzie nie mieści się w przyjętych regułach teoretycznoliterackich...
5 marca 1985 (bis)
Nieoczekiwanie dzień dzisiejszy zakończył się bardzo późno, bo dobrze po północy. Wszak to pierwszy wtorek miesiąca, a zatem... termin kolejnego spotkania w salonie pani Helft. Dziś było mniej osób niż zwykle; około dwudziestu poetów, krytyków, malarzy, wydawców. Było bardziej kameralnie, ale i jakoś serdeczniej. Większość osób dobrze się już zna, ludzie wiedzą, kto jest kto. Zamiast zwyczajowego tematu wiążącego, który referowałby jeden z bywalców, nieoczekiwanie rozwija się długa i bardzo żywa dyskusja na temat poetów i poezji. A właściwie - na temat tzw. poezji zaangażowanej oraz literackich "patronów". Po raz pierwszy salon nabiera rumieńców, ludzie zaczynają się dobijać do głosu, przekonywać... Oglądałem to trochę na zasadzie outsidera. W końcu nie jestem poetą, nie uprawiam poezji ani zaangażowanej, ani niezaangażowanej... Nagle Ewa rzuca pytanie: - A co myśli o tym Franciszek? Wszyscy obracają się w moją stronę, muszę więc mówić. I mówię. Spokojnie, bez emocji. Twierdzę, że poezja nie może być tylko dziełem refleksji, że u jej źródeł zawsze leży jakaś emocja, zatem zaangażowanie. Gorzej jednak, gdy nagle poeta zaczyna tworzyć poezję zaangażowaną. Wtedy przestaje być poetą, staje się rzemieślnikiem. Przywołuję przykłady - Mickiewicza, ale i Majakowskiego. Zdaje się, że argumenty moje trafiają do przekonania słuchaczom. Wobec tego podejmuję wątek literackiego patrona. Pytam: któż to chce patrona? Komu jest potrzebny patron? - Chyba tylko tym, którzy marzą o zrobieniu tzw. kariery. Ale poeta - to żaden zawód. Karierę lepiej chyba robić w innym zawodzie. Przypominam los Norwida: w pewnym momencie spostrzegł, że, jeśli pójdzie dalej drogą, na którą wkroczył, zostanie epigonem. Porzucił więc - zupełnie świadomie - wybraną drogę, zaczął tworzyć wbrew "patronom". Okupił to ciężko. Społeczeństwo, czytelnicy bowiem odrzucili go. Ale to przecież jego było za grobem zwycięstwo...
Nieoczekiwanie, argumenty moje zwyciężyły. Wszyscy serdecznie dziękują, ściskają rękę... A zatem może miałem choć część racji?
6 marca 1985
Przedziwnie układa mi się ten tydzień. Impreza goni imprezę, spotkanie - spotkanie, a przecież nie można myśleć tylko o życiu publicznym. Mam przecież zajęcia, wykłady, seminarium, ćwiczenia... Dziś trochę niefortunnie się złożyło. Mam bowiem zajęcia przed południem i po południu, a tymczasem w stacji PAN przy ul. Lauriston zorganizowano sesję naukową z okazji czterdziestolecia nawiązania oficjalnych stosunków polsko-francuskiech w okresie powojennym. Nie mogę przysłuchiwać się większości referatów, mam tylko trzy godziny "luzu". Trafiam na referat prof. Mariana Zgórniaka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który mówi o miejscu Francji w polityce zagranicznej Polski po 1945 roku. Referat obszerny, wypełniony mnóstwem faktów, ale pozostawia jakiś niedosyt. Zbyt akademicki, za mało w nim prawdy codziennej. Dobrze więc się stało, że natychmiast po nim rozpoczęła się dyskusja. Wystąpił najpierw profesor historii z Nancy (niestety, nie udało mi się zapamiętać nazwiska), który wygłosił znakomity koreferat (choć niezamierzony). Mówił właśnie o stosunkach międzyludzkich, o przyjaźni polsko-francuskiej w gronie naukowców, ale i w społeczeństwie francuskim. Mówił pięknie i serdecznie. Pięknie też zabrzmiał głos weterana ruchu oporu polskiego we Francji, który potwierdził raz jeszcze jedną prawdę: iż polityka międzynarodowa często idzie swoim torem, a życie swoim. Dlatego nie najlepsze w tej chwili stosunki między rządami obu państw nie mogą ani przekreślić dorobku, ani zaciemnić przyszłości. Sądzę, że te dwa głosy stanowiły znakomite dopełnienie uczonych referatów, a przede wszystkim powinny zostać wzięte pod uwagę przez polityków, którym nie wolno spoglądać na rzeczywistość tylko przez pryzmat chwili bieżącej, którzy winni pamiętać, że nie tylko oni tworzą historię.
Wieczorem przyjęcie w salonach ambasady. Przyjęcie - z całym protokołem. W przepięknych salonach tłumy gości. Może dwieście, może dwieście pięćdziesiąt osób. W zdecydowanej większości Francuzi, w ogromnej liczbie profesorowie, uczeni, dziennikarze, ale także producenci, działacze towarzystw etc. Przez blisko trzy godziny trwa jeden wielki dialog: rozpisany na setki głosów. Dialog polsko-francuski, dialog przyjaźni. I, kiedy krążę po tej sali, gdy wymieniam raz po raz uwagi z przypadkowo poznanymi osobami (raczej nieznajomymi), gdy dowiaduję się, że tam gdzieś w Normandii starają się nie tylko zorganizować wystawę sztuki polskiej, ale że chcą przyjechać do Polski w odwiedziny (bo są rodowitymi Francuzami, nigdy w Polsce nie byli, a tyle o niej słyszeli!), gdy słucham, jak profesor z francuskiego CNRS przekonuje mnie, że nadszedł czas na powoływanie do życia nawet nieformalnych grup badaczy podejmujących określony problem naukowy, mimo wszystko z optymizmem spoglądam w przyszłość. I raz jeszcze powtarzam: nie mają racji politycy, którzy dla bieżących celów lekką ręką odrzucają w niepamięć tak bogaty dorobek więzów polsko-francuskich. Oni błądzą. A szkoda, bo błędów tych można byłoby wszak uniknąć...
10 marca 1985
Zmęczony całotygodniową harówką, ustawiczną bieganiną, postanawiam dziś odpocząć. A wiadomo, że najlepszą formą odpoczynku jest spacer. Wybieram się więc na długą wędrówkę ulicami Paryża. Swoim zwyczajem zostawiam w domu plan miasta, zostawiam w nim także i troski, kłopoty (a bywają takie także i w Paryżu). Idę "w miasto". Wędrówka trwa coś ponad trzy godziny. Nie, nie wybierałem dziś dzielnic powszechnie znanych, tych z okolic bd. St. Michel czy Inwalidów. Z placu Concorde skierowałem się w stronę kościoła św. Magdaleny (jakże piękna architektura, jakże wypieszczona to świątynia, ale - jakże niewielu w niej wiernych na niedzielnej mszy św.!). Stąd kieruję się w stronę widniejącego na horyzoncie ładnego kościółka. Po dwudziestu minutach marszu przekonuję się, że ta piękna sylwetka kościoła z bliska traci sporo ze swego uroku. To kościół pod wezwaniem św. Augustyna. Dziś zamknięty, choć to niedziela. Ale zanim docieram do tegoż kościoła, przechodzę wzdłuż długiego bulwaru Malesherbes. Ulica podobna do setek innych. A przecież niezupełnie taka sama. Przypominam sobie, że to właśnie tutaj, przy tej ulicy mieszkał przed kilkudziesięciu laty Józef Gałęzowski. Mieszkał pod numerem 85. Stąd codziennie wybierał się do pracy w banku Crédit Foncier, stąd wieczorem wychodził, by doglądnąć Szkoły Polskiej na Batignoles. Stąd prawie codziennie wysyłał listy: do Sztokholmu, do Lwowa, do Wiednia, do Krakowa, do Zurychu, do Genewy czy do Rapperswilu. Tak, do Rapperswilu. Był wszak po śmierci założyciela Muzeum Narodowego Polskiego w tym szwajcarskim mieście, hr. Władysława Platera, wieloletnim dyrektorem tej jakże pięknej placówki polskiej kultury. Kto wie, czy nie najpiękniejszej, jaką wydała polska emigracja w XIX wieku. W Bibliotece Polskiej przy quais d'Orléans czytam właśnie listy Gałęzowskiego do Tadeusza Bukowskiego, jego zastępcy, mieszkańca Sztokholmu, wybitnego antykwariusza, znanego w całej Europie. Kiedyś połączyły obu korespondentów szeregi powstańcze: obaj wzięli udział w walkach insurekcji styczniowej. Potem połączył ich los wygnańców skazanych na pobyt z dala od rodzinnej ziemi. Wreszcie połączyło ich Muzeum Rapperswilskie. Ileż trudu, ile nakładu sił i pieniędzy, zabiegów, emocji, kłopotów, radości i smutków przyszło przeżyć tu, przy bulwarze Malesherbes dyrektorowi Gałęzowskiemu, na co dzień - urzędnikowi w Crédit Foncier...
Ale oto wchodzę na bd. Haussmann. Kolejne przypomnienie, kolejne nazwisko. To wszak Haussmann nadał Paryżowi dzisiejszy (czy może raczej - wczorajszy) wygląd. To on przedsięwziął za Napoleona III śmiały plan przebudowy stolicy Francji. Zrobił to też niekiedy w sposób bezwzględny. Do dziś chwalą jednak jego dzieło automobiliści (bo to on zaprojektował - jeszcze w XIX wieku, tak szerokie arterie), do dziś turyści podziwiają przepiękne perspektywy ulic i bulwarów paryskich, które on stworzył. Po chwili opuszczam Bd. Haussmann. Na pożegnanie przychodzi mi tylko jeszcze spotkać się z... Balzakiem, autorem Komedii ludzkiej. U zbiegu ulicy jego imienia z avenue de Friedland, na małym skwerku postawili paryżanie skromny pomnik autorowi Ojca Goriot. Artysta siedzi sobie spokojnie na ławeczce, odpoczywa. I wcale mu nie przeszkadza, że wsadzono go na cokół. Przyzwyczaił się w swym życiu do najdziwniejszych ekstrawagancji. Tygodniami siedział w zamkniętym pokoju, pił kawę i pisał. To znów - z przyjaciółmi - do upadłego bawił się w nocnych lokalach paryskich. Jeszcze kiedy indziej jechał na "daleką Ukrainę", do swej wymarzonej, ukochanej "Nieznajomej", pani Hańskiej... Czyż może go więc dziwić to, że teraz siedzi na cokole pomnika?
13 marca 1985
Nareszcie! Po blisko czterech miesiącach oczekiwania otrzymuję wreszcie carte de séjour. To ważne wydarzenie w moim życiu. Wszak w ten sposób zamykam na kilka miesięcy swoje kontakty z administracją francuską. Jak powiada wielu - straszną administracją. Ja bym powiedział inaczej - administracją przedziwną. Zbiurokratyzowaną, bezduszną, kochającą papierki (która administracja nie kocha papierków?!), a przecież - sprawną. Powolną - to prawda. Ale działającą niby dobra, naoliwiona maszyna. Wystarczy tylko wrzucić jej odpowiednią liczbę załączników, zaświadczeń, poświadczeń, a ona to wszystko powoli, bardzo powoli przeżuje i w chwili gdy człowiek zaczyna nie wierzyć, iż otrzyma jakąś odpowiedź, wtedy właśnie wyrzuca ona ze swych czeluści... carte de séjour, kartę pobytową. Jest coś urzekającego w tej strasznej maszynie. Jakże nieludzkiej w swej wizji całościowej, a przecież złożonej z ludzi: z ojców, matek, synów, z przyjaciół, kochanków...
15 marca 1985
Kolejna "polska" seria w Paryżu. W ośrodku oo. pallotynów przy rue Surcouf zapowiedziano odczyt Bogdana Cywińskiego o Kościele w Europie Środkowo-Wschodniej. Zapowiedź wygląda bardzo ambitnie, nie sposób przepuścić takiej okazji. Ludzi sporo - jak zwykle w tym ośrodku. Wszyscy czekają z niecierpliwością. Tym bardziej iż ks. Markiewicz, przedstawiając prelegenta, informuje zebranych o... zamiarze pana Cywińskiego przygotowania w najbliższym czasie czterotomowego dzieła o Kościele współczesnym w tych stronach! Jak zazwyczaj to jednak bywa, zapowiedź nie znajduje potwierdzenia w czasie występu pana Cywińskiego. Wykładający obecnie we Fryburgu i Genewie (nie wiadomo co, prawdopodobnie historię) pan Cywiński po prostu nie przygotował się do spotkania. Zamiast więc interesującego odczytu wygłasza pogadankę na poziomie rozmów przy kominku u cioci Zosi. Nie potrafi podać właściwie żadnych faktów - poza powszechnie znanymi. Nie pamięta nazwisk, nie potrafi przypomnieć sobie ważnych dat. Najlepszy był jeszcze w chwilach, gdy wspominał swoje dzieciństwo w Warszawie i sposoby nauczania religii w jego szkole. Ale jak to już wyglądało poza jego szkołą - nie wie. Przykre spotkanie. Tym bardziej że w końcu oo. pallotyni mają znakomite tradycje. Jak widać, także i im zdarzają się przykre wpadki.
16 marca 1985
Dziś odbyło się w Ośrodku Studiów Polonistycznych przy Sorbonie spotkanie ze wszystkimi lektorami języka polskiego pracującymi na uczelniach francuskich. Stawiła się cała piętnastka: trzynaście pań i dwóch panów. Jest prof. Maria Straszewska, jest dyr. Klimkiewicz z Instytutu Polskiego, jest przedstawiciel Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, niejaki p. Kocyra... Ludzie mówią kolejno o swojej pracy, o warunkach, kłopotach i radościach. Nawet jeśli przyjąć, że nie wszystko, co tu powiedziano, jest prawdziwe (w końcu każdy z nas lubi nieco podkolorować swoje czyny!), to przecież i tak obraz, jaki wyłonił się z tych wypowiedzi, musi napawać optymizmem. Jest sporo studentów uczących się języka polskiego, nie tylko z rodzin emigrantów, mieszanych. Zdecydowana większość to Francuzi. Przyszli na lektoraty już nie tylko na fali mody. Kierują się głębszym zainteresowaniem. To raduje. Tym bardziej że znajdują w ten sposób potwierdzenie moje własne obserwacje. Ale rozmowy nasze wprowadzają także znaczną korektę do wypowiedzi pana ambasadora, z którym spotkaliśmy się w godzinach popołudniowych. Pan ambasador nakreślił bardzo czarny obraz stosunków polsko-francuskich w dobie obecnej. Sądzę, że oparł się w tym przede wszystkim na prasie i nielicznych wypowiedziach polityków. Nie ma on szerszego kontaktu z terenem, z ludźmi. Tworzy więc wizję trochę sztuczną. Bo przecież w rzeczywistości stosunki te nie są tak złe. To prawda, że niejeden raz słyszeć można, iż ludzie we Francji są już zmęczeni sprawą Polski, ale przecież darzą ją ciągle wielką sympatią. Czynią to nawet mimo to, że emigracja tutejsza wcale ich do tego nie zachęca, tworząc wizję PRL-u jako obozu koncentracyjnego. Nie zachęcają do podtrzymywania tych dobrych kontaktów polsko-francuskich także i autorzy owych listów słanych z kraju do Francuzów z prośbą... o czekoladę, o kawę, o kurtkę, o dobre, ciepłe buty. Przychodzą do nas potem Francuzi z prośbą o przetłumaczenie tych listów, a nam często rumieniec wstydu oblewa czoło. Jakże rzadko bowiem zdarza się nam tłumaczyć list taki, o jakim wspomniała Ola z Lyonu: od jakiejś staruszki, piszącej z błędami ortograficznymi, starym duktem, ale namawiającej swą młodą znajomą Francuzkę do przyjazdu do Polski w odwiedziny, że ona niczego nie potrzebuje...
17 marca 1985
W Grand Palais od 4 lutego trwa wielkie święto: otwarto tu jedyną w swoim rodzaju wystawę: L'impressionisme et le paysage français. Wystawa ta została przygotowana w roku 1984 na olimpiadę w Los Angeles. Później - w drugiej połowie 1984 roku - pokazano ją w Chicago. Teraz zawitała do Paryża. I chyba dopiero tutaj można docenić najlepiej jej wartość. Wszak tu powstała zdecydowana większość obrazów wystawianych obecnie. To z pejzażem paryskim, podparyskim i w ogóle francuskim związali się impresjoniści. Teraz powrócili oto do źródeł...
Na wystawie zgromadzono 120 obrazów zarówno impresjonistów (Monet, Pisarro, Sisley, Renoir...), jak i postimpresjonistów (Cézanne, Gaugin, Van Gogh...). Wypożyczono na nią obrazy z kilkunastu największych galerii. Czterdzieści obrazów pochodzi oczywiście z Musée du Jeu de Paume; reszta jednak z innych galerii: z Chicago, Los Angeles, Buffalo, Manchesteru, Pittsburga, nie mówiąc już o zbiorach prywatnych. To, co przyciąga tysiące ludzi na wystawę (codziennie kilometrowe wręcz kolejki!), to przede wszystkim możliwość oglądnięcia tak wielu dzieł impresjonistów w jednym zespole. Organizatorzy wystawy wpadli na znakomity pomysł: zrezygnowali z układu osobowego bądź chronologicznego obrazów, podporządkowali go natomiast idei tematycznej. I tak w kolejnych salach oglądamy, w jaki sposób w latach 1860-1895 twórcy impresjonizmu (od 1886) i postimpresjonizmu malowali krajobraz francuski. Widać więc tu, jak kolejno poszerzali oni swoje pole obserwacji. Uczniowie wielkich mistrzów: Delacroix, Corota, Rousseau czy Courbeta, zdecydowali się ostatecznie opuścić swoje pracownie i wyjść na spotkanie z naturą. Nie byli pierwszymi na tej drodze, wyprzedzili ich bowiem twórcy ze szkoły zwanej barbizońską, byli jednak pierwszymi, którzy postanowili malować otaczający świat, pejzaż, takim, jakim on jest w rzeczywistości: zaznaczając bardzo ingerencję w nim człowieka. Nie jest to już zatem tylko i wyłącznie dzika natura - piękna w swej dzikości, przeżywająca jakże wielkie dramaty - ale pejzaż, który człowiek widzi na co dzień wychodząc ze swego domu. Nie wahają się zatem pokazywać elementów obcych w otaczającym pejzażu: mostów kolejowych, wiaduktów, konstrukcji żelaznych itp. Oczywiście, te elementy stanowią tylko i wyłącznie dodatek, fragment owej nowej natury, którą zdecydowali się przenieść na płótna. Jedno bowiem jest niezaprzeczalne: impresjoniści zdecydowali się odkryć przed widzem nade wszystko urok natury, jej piękno - ale urok i piękno, które stają się przeżyciem człowieka. Nie sama w sobie natura ich pasjonuje. Interesuje ich natura jako element świata człowieczego. Stąd owo prześwietlenie pejzażu przez pryzmat osobowości artysty. Nie tworzą fotografii rzeczywistości, ale jej własną wizję, każdy na swój sposób.
Wędrując po salach Grand Palais, można przekonać się, że impresjoniści wprowadzili do malarstwa określoną tematykę: tematykę niedzielnego wypoczynku, podmiejskich wycieczek. Stali się niejako twórcami rozpoczynającymi turystykę podmiejską. To ich wyjście z miasta miało niewątpliwie bezpośrednie źródła w ich biografiach, było jednak czymś więcej, jak tylko odbiciem prostych decyzji Moneta czy Sisleya opuszczenia Paryża. Pokazywało proces otwarcia się dziewiętnastowiecznego miasta, przełamania ograniczeń pamiętających jeszcze średniowiecze, a zaznaczonych - niby symbolem - murami miejskimi. To nie przypadek, że właśnie teraz, w XIX wieku, w większości starych miast zostały zburzone mury obronne. To nie była tylko sprawa przestrzeni życiowej dla tych miast. Było to odkrywanie "nowego świata": podmiejskich lasków, rzeczek, wsi.
W latach sześćdziesiątych Monet z kilkoma przyjaciółmi osiadł w podparyskim Bougival. Zaczął malować tę okolicę - pobliskie miejscowości: miejsce wycieczek paryżan w świąteczne dnie. Ileż obrazów powstało teraz związanych z Grenouill?re, z Marly, z Louvesienne... Na obrazach tych oglądamy nade wszystko urokliwe zakątki, miejsca przejażdżek po Sekwanie, błyszczące w słońcu żagle małych łodzi. To rzeczywiście początek podmiejskiej turystyki. Natura zaczęła powoli stanowić antidotum na miejski gwar, ruch, hałas. Zaczęła dawać uspokojenie, swobodę, radość życia.
Rychło jednak owe podmiejskie miejscowości zaludniły się. Ludzie poznali, co znaczy radość świątecznego wypoczynku na łonie natury, zaczęli więc jeździć tysiącami na zieloną trawkę. Przedmieście stało się nowym ogniskiem życia, pełnym zgiełku i hałasu. Trzeba było więc uciekać dalej. Właśnie wynaleziono wspaniałą rzecz: kolej. Przy pomocy kolei żelaznej można uciec znacznie dalej od miasta. Nasi artyści znaleźli się w czołówce. Monet zamieszkał w Argenteuil, ściągając tu grono przyjaciół. Inni odkrywają jednak Normandię, Gauguin ze swymi przyjaciółmi Bretanię i uroczy Pont-Aven, Cézanne - rodzinną Prowansję. Malują nowy pejzaż: z mostami kolejowymi, torami, wiaduktami. Ale teraz owe tory, wiadukty czy mosty stały się owego pejzażu dominantą, zaczęły go organizować.
W poszukiwaniu schronienia przed gwarem wielkomiejskim nie zawsze trzeba uciekać jednak daleko. Niekiedy wystarczy wejść do własnego ogródka. Pojawiła się więc u impresjonistów wcale spora grupa obrazów związana z ową "kulturą ogrodów": pełnych kwiatów, drzew, krzewów... Niekiedy radość spotkania z niezmąconą gwarem miejskim naturą znaleźć można na plaży morskiej, na pewno jednak - na wsi. Impresjoniści odkryli wieś. Ale było to odkrycie szczególne: nie interesowała ich praca chłopa, zainteresował ich pejzaż. To prawda, że ów pejzaż był w dużej mierze świadectwem działalności owego wieśniaka. Ale nie praca jego, raczej rezultat tej pracy zaczął pociągać naszych twórców. A rezultat ten jakże pięknie wygląda w blaskach słońca wschodzącego to znów zachodzącego, wiosną to znów jesienią, w strugach deszczu to znów pod pokrywą śnieżną... Jakże wielkie pole dla działalności artysty! Wspaniale pokazał to Monet malując serię obrazów przedstawiających... kopy słomy (sławne Meules!).
Jednak nie wszyscy uciekli z miasta. Nadeszły dni, gdy nawet oni, impresjoniści, tak mocno związani z pejzażem naturalnym, z owymi polami błyszczącymi w słońcu, poprzecinanymi rzekami czy drogami, na których z dala widnieje horyzont lasu, nawet oni zaczęli wracać do miasta. Bo miasto to Paryż, to atelier, to ulubione kawiarnie na Montparnasse, to akademie przy rue de la Grande Chaumi?re... Zaczęli więc wracać, aby malować pejzaż miejski. Bo tu też słońce oświetla ulice, tu także - nad ukochaną Sekwaną - przerzucono dziesiątki mostów, tu także odbywa się tajemnicza gra światła i cienia, tu także drga wszystkimi kolorami tęczy promień słoneczny. Jakże więc nie uchwycić, nie zatrzymać go na płótnie... I tak oto rodzi się jeszcze jedna odmiana pejzażu impresjonistycznego - pejzaż miejski.
Impresjoniści dostrzegli wartość światła, wielkość natury złączonej z człowiekiem. Zapragnęli za wszelką cenę zatrzymać na płótnach ową grę kolorów, tę niezbadaną tajemnicę życia. Zaczynali tworzyć jako realiści. Pierwsze ich obrazy - z lat sześćdziesiątych - pełne były jeszcze motywów typowo realistycznych. Dbali jeszcze bardzo mocno o prawdę szczegółu. Powoli zaczęli jednak odchodzić od tej zasady. Zaczął ich coraz bardziej pasjonować kolor, jego gra, jego współistnienie na płótnie z innymi. Zafascynowała ich sprawa współistnienia światła i cienia, własna wizja otaczającego świata, swoje, własne widzenie rzeki, lasu, ogrodu... Po kilkudziesięciu latach Cézanne, jeden z najwierniejszych uczniów impresjonistów, poszedł jeszcze dalej: pejzaż realny stał się dla niego już tylko i wyłącznie pretekstem dla poszukiwań kolorystycznych. To już nie dbałość o oddanie specyfiki konkretnego pejzażu, to już tylko punkt wyjścia do nowych rozwiązań. Miejsce pejzażu realnego zajął pejzaż intelektualny. A stąd jakże niedaleka już droga do kubizmu, owej sztuki otwierającej wiek XX.
Opuszczając w latach sześćdziesiątych-siedemdziesiątych XIX w. swoje pracownie, artyści pragnęli za wszelką cenę odnaleźć naturę, prawdę o otaczającym świecie. Pokolenie następne podjęło decyzję o powrocie do pracowni. Stwierdziło: wycieczka skończona, prawda zbadana. Pora rozpocząć nowe poszukiwania. Bo wszak tak każe nam postępować nasz niespokojny duch - duch artysty-poszukiwacza...
18 marca 1985
Trzecia polska impreza w Paryżu w ciągu ostatniego okresu. Tym razem to jubileusz dziewięćdziesięciolecia urodzin Józefa Czapskiego. Uroczystość zorganizowano w kościele przy ul. Św. Dominika. Przyszło na nią kilkaset osób. Wieczór cały został sfilmowany. Można było wreszcie zobaczyć elitę intelektualną polskiej emigracji w Paryżu. Zobaczyć, choć raczej nie poznać. Bo to elita zamknięta, jak każda elita.
Jubilat - znakomity malarz polski, autor wspomnień (niedawno ukazała się część tych wspomnień w krakowskim "Znaku"), cieszy się wielkim uznaniem w Europie Zachodniej. Obrazy jego zaczęły pojawiać się na najważniejszych przeglądowych wystawach, na temat jego malarstwa, niegdysiejszego kapisty, wypowiadają się znani krytycy sztuki.
To człowiek o pięknej biografii. Niepokorny. I takim pokazał się w czasie dzisiejszej uroczystości. Serdecznie dziękując organizatorom uroczystości (pallotyni) za zorganizowanie spotkania, miał odwagę nie zgodzić się z ocenami, jakie zafundowali mu przedmówcy. Takt, skromność, to bez wątpienia wrodzone cechy tego wielkiego artysty. Niestety, nie we wszystkim dorównali mu trzej główni referenci wieczoru. Gustaw Herling-Grudziński miał zatem mówić o młodości Czapskiego, o jego burzliwych przeżyciach w okresie II wojny światowej, a mówił przede wszystkim o sobie. Konstanty Jeleński miał mówić o malarstwie Czapskiego, a mówił przede wszystkim o innych. Cytował więc szeroko Nabokova, to znowu Prousta, a tylko gdzieś tam na marginesie jawił mu się Czapski. Trzeci mówca - Wojciech Karpiński - poszedł bodaj najłatwiejszą drogą, oznajmiając, że jest po prostu... uczniem Czapskiego. To, kim jestem, co robię - to wszystko zawdzięczam Czapskiemu! Wprawdzie jubilat starał się zaprzeczyć, wymachując ręką, na nic się to jednak zdało. Karpiński zdołał jeszcze oświadczyć, iż jubilat jest najlepszym polskim malarzem XX wieku, najlepszym krytykiem sztuki w Polsce (dodając - no, może po Stanisławie Witkiewiczu), jednym z najlepszych pisarzy polskich. Nie dziw, że konstatacjom tym żywo zaprzeczał dziewięćdziesięcioletni jubilat. Zachował, mimo podeszłego wieku, sporo dystansu do siebie i ocen mu wystawianych...
24 marca 1985
Wielu rzeczy można pozazdrościć Francuzom. Można pozazdrościć im klimatu, uroku Paryża, wspaniałości każdej z krain, bogactwa sztuki, wspaniałej literatury, demokratycznych tradycji, dobrego wina, znakomitej kuchni... Dziś pozazdrościłem im... wspaniałego przemysłu papierniczego, a właściwie - wspaniale rozwiniętego przemysłu wydawniczego. Wybrałem się właśnie na wielkie targi książki, zwane tutaj "Salonem książki". Kilkaset wydawnictw zaprezentowało swe wydawnictwa z ostatnich dwunastu miesięcy w przepastnych salach Grand Palais. Co za bogactwo, jaka różnorodność, co za tytuły, jaki papier! Można - przechadzając się między stoiskami - wzdychać, napawać oko edycjami, od których dostaje się zawrotu głowy i... marzyć. Może przyjdzie kiedyś i u nas taki czas, gdy obudzi się przemysł wydawniczy, gdy wydawcy zaczną wydawać książki, na które czytelnik czeka, a nie tylko książki według rozdzielnika urzędniczego. Może i do nas kiedyś zawita zapomniana już dawno zasada, że książka jest jedną z pierwszych potrzeb człowieka, towarzyszem jego życia. Że w związku z tym książkę trzeba traktować na równi z chlebem powszednim. Może i u nas będzie można kiedyś kupić książkę autora, którego się ceni, któremu się zawierzyło. Może nadejdzie czas, gdy znikną z półek księgarskich tomy makulatury nikomu niepotrzebnej, pisanej straszliwą polszczyzną, tworzonej na określone "zamówienie", książki dla nikogo. Może...
15 kwietnia 1985
Po blisko trzytygodniowym pobycie w Krakowie, wśród najbliższych - powrót do Paryża, do codziennych obowiązków ale i do kolejnych niespodzianek. Jak pamięcią sięgnę wstecz, zazwyczaj każdy z turystów wybierających się czy raczej przyjeżdżających z Paryża podkreślał, iż miasto to odcisnęło się w jego pamięci jakimś szczególnym znakiem. Dla jednych była to więc wizyta w katedrze Notre-Dame, dla innych odwiedziny placu du Tertre, dla jeszcze innych Pola Elizejskie. Gdyby mi dzisiaj przyszło odpowiedzieć na pytanie o mój symbol Paryża, byłbym zapewne odpowiedział, iż miasto kojarzy mi się przede wszystkim z postacią tego małego człowieczka ucharakteryzowanego na Chaplina, który w pogodne popołudnia daje spektakle przed kościołem St. Germain-des-Prés, vis-a-vis kawiarni - jakże sławnej - "Aux Deux Magots".
Człowieczek ten, o chaplinowskich zaiste wymiarach, opanował w sposób niemalże doskonały sztukę mimiki i gestyki, ruchu i gry swego wielkiego patrona. Przychodzi na ów niewielki placyk z akcesoriami swojej sztuki. Przebiera się na miejscu, tu robi makijaż, a potem odgrywa kilka wypracowanych i dobrze opanowanych scen komicznych. W nagrodę otrzymuje od przygodnych przechodniów datki.
Paryż - jak każda inna wielka metropolia - żyje nade wszystko codzienną pracą, codzienną bieganiną między metrem, domem i sklepem. Ale to miasto, pomne na swe wiekowe tradycje, jest gotowe przyjąć i zaakceptować każdą ekstrawagancję - jeśli tylko ma ona w sobie ziarno prawdy. Klown sprzed kawiarni na placu St. Germain-des-Prés wprowadza w ten świat wielkiego interesu ziarno iluzji, melancholii, ciepło wspomnienia. Toteż zawsze gromadzi się wokół niego spora grupa przechodniów, którzy nagradzają go oklaskami. Którzy razem z nim radują się, to znów smucą się, którzy przeżywają chwile ułudy. Bo właśnie z owych chwil ułudy składa się bodaj czar Paryża. Gdyby chcieć podglądać to miasto w tym, co zwyczajne, można byłoby dojść do wniosków bardzo prostych: iż miasto to nie różni się od setek czy tysięcy innych. Dopiero spotkanie z owymi kloszardami, którzy ani sieją, ani żną, a żyją, z owymi wędrownymi grajkami w metrze, z owymi połykaczami ognia sprzed Centrum Pompidou, z owymi setkami sal wystawowych, w których zebrano owoce pracy twórczej tysięcy artystów, ludzi, którzy nie potrafili i nie potrafią żyć według przyjętych powszechnie zasad i norm - dopiero to wszystko wyznacza charakter tego miasta. Miasta jakże dziwnego, a jakże bliskiego sercu...
18-19 kwietnia 1985
Dwa "polskie" dni, oba związane z poezją. W czwartek prof. Błoński wygłasza na Sorbonie wykład o poezji Herberta. W sali amfiteatralnej około setki osób. W zdecydowanej większości Polacy bądź Francuzi polskiego pochodzenia. Wykład prowadzony jest jednak w języku francuskim, bo takie tu zwyczaje. Prelegent zdecydował się wprowadzić innowację. Zaprosił więc nieznanego mi aktora francuskiego oraz polskiego krytyka i poetę - Krzysztofa Jeżewskiego, do lektury wybranych tekstów. W ten sposób wykład był ilustrowany fragmentami wierszy poety, przeobrażając się w swoisty spektakl. A w spektaklu najczęściej nie szuka się głębi, raczej jasności ujęcia, dobrej gry, szczęśliwej inscenizacji. Pod tym względem właściwie spektakl należy uznać za udany. Właściwie - bowiem aktor francuski, przyzwyczajony do obcej mi wciąż maniery gry, zamiast odczytywać teksty Herberta, jakże często przejmujące, krzyczał, wrzeszczał, "grał". Oczywiście, trzeba pamiętać o przyjętych we Francji zasadach gry aktorskiej, ale zasady te sprawdzają się wówczas, gdy idą w zgodzie z tekstem. Toteż gdy słyszę recytowaną poezję francuską, często opartą na retoryce, gotów jestem przyjąć i zaakceptować ten sposób gry. Natomiast, gdy aktor ma przed sobą tekst-wyznanie, utwór, który wychodzi ze ściśniętego od bólu gardła, a aktor rzuca się w konwulsjach, przekształca go w popis deklamatorski, wówczas nie jestem w zgodzie z nim. Tak było i tutaj. Jeżewski starał się oddać naturalność poezji Herberta, Francuz - robił z Herberta oświeceniowego Voltaire'a czy Delille'a. A Błoński? On pokazywał nie tyle Herberta, ile problemy, przed jakimi staje badacz jego poezji. Bez wątpienia można było się uradować wieloma stwierdzeniami referenta, w całości był to jednak raczej pokaz wirtuozerskich możliwości krytyka niż próba ogarnięcia i zinterpretowania wspaniałego dorobku poety.
Piątkowy wieczór - u pallotynów - poświęcony był Aleksandrowi Watowi. Był to prawdziwy spektakl teatralny. Najpierw młody krytyk warszawski, Krzysztof Rutkowski (który przygotowuje dla oficyny londyńskiej pełne wydanie dzieł Wata), odczytał tekst, który pewno będzie wprowadzeniem do zbioru dzieł poety. Potem nastąpiło spotkanie z poezją Wata. Pani Olga Watowa przyniosła taśmę z nagraniami wierszy dokonanymi przed śmiercią poety (nagrania złe; szkoda, że nie ograniczono się do jednorazowego odsłuchania tekstu wygłaszanego przez poetę. Zrobiłoby to znacznie większy efekt, niż powtarzanie kilkakrotne). Następnie zaś sama (niegdysiejsza aktorka warszawska!), wspólnie z Wojciechem Pszoniakiem i właśnie Krzysztofem Rutkowskim - odczytywała wiersze Wata. Było niewątpliwie coś urzekającego w doborze tych wierszy, które pokazywały drogę poszukiwań Wata: człowieka wywodzącego się z rodziny żydowskiej, początkowo walczącego ateisty, zwolennika ideologii wspartych na dyktaturze, potem ciężko doświadczonego w obozach na Wschodzie, wracającego do Kraju, odsuniętego od życia literackiego, wreszcie decydującego się - w roku 1953! - na przyjęcie chrztu! Człowiek ten - jak się okazuje - nigdy nie zaprzestał poszukiwań Boga. Wbrew przyjętym w takich wypadkach zasadom (że neofita jest najzagorzalszym zwolennikiem danej idei, którą przyjmuje!), on nadal poszukiwał. Aż do chwili śmierci. A dokumentem potwierdzającym trwałość i rozmach tych poszukiwań jest jego poezja: raz bardzo osobista, to znów drążąca głębie Starego Testamentu, poezja intelektualna, a przy tym jakże bliska, serdeczna...
3 maja 1985
Po kilku tygodniach towarzyskiej "pustyni" znalazłem się na uroczym spotkaniu grupy twórców w domu Józefa Pyrza. Wspominałem już tutaj o okolicznościach, w jakich poznałem tego fenomenalnego (sic!) rzeźbiarza. Teraz zadzwonił, prosząc o przyjście. Więc pojechałem. I nie żałuję. Był to bowiem wieczór zupełnie nietypowy i bardzo udany. Zebrało się około dwudziestu osób (oprócz Gospodarzy tylko jedna Polka, reszta to Francuzi), przeważnie artyści. Pyrz - przebywający od sześciu lat w Paryżu - zajmuje mieszkanie w budynku przeznaczonym dla artystów. Na parterze ma swoją pracownię, na dwóch pięterkach - właściwe mieszkanie. W pracowni przechadzamy się pośród urzekających swą urodą rzeźb artysty. Toczą się rozmowy. Pan domu - wraz z żoną, Marią - postanowili nadać wieczorowi formę spotkania artystycznego. Solenizantka czyta więc fragment Pieśni nad pieśniami. Potem Pyrz oświadcza, że tematem spotkania będzie... sprawa nieba! Jego sąsiad - malarz - prezentuje przeźrocza, na których widnieją dziesiątki ujęć obrazów nieba. W tym samym czasie inny przyjaciel rzeźbiarza - poeta, Henry Clairvaux, recytuje swoje wiersze. Widowisko znakomite, dające szansę zadumy nad... kosmosem. I rzeczywiście - następuje sekwencja rozmów. Wiodę długie rozmowy z Pyrzem i graficzką, Monique Pougeon, na temat: co to jest kosmos? W czym tkwi jego tajemnica? Prowokuję rozmówców oświadczając, że bardziej do mnie przemawia, więcej zagadek tkwi w tajemnicy kwiatu niż nieba. Wolę rozprawiać o tajemnicy życia kwiatu, który potrafił się tak wspaniale przystroić, aby zwabić pszczołę, która przyleci, zapyli go, niż zastanawiać się nad tajemnicą kosmosu. Bo w gruncie rzeczy ów kwiat może ubrał się tak wspaniale nie tylko po to, aby zwabić pszczołę. Może przybrał tak uroczą formę, aby pokazać piękno tego świata, piękno zaklęte w naturze?
Druga część wieczoru nosiła charakter wyraźnie polski. Wszak to dzień 3 maja. Pyrz mówił więc o święcie Królowej Polski i o Konstytucji 3 Maja. Henry Clairvaux przeczytał przygotowane właśnie do druku tłumaczenie poezji Karola Wojtyły - Jana Pawła II, a ja podzieliłem się z zebranymi uwagami o swojej pracy sprzed dwóch lat, kiedy to przygotowywałem do druku zbiór wystąpień kardynała Karola Wojtyły w czasie obrad synodu biskupów krakowskich. Ten polski akcent wieczoru, w połączeniu z wizytą w pracowni "malarza nieba", znakomicie zwieńczył dzień 3 maja, tak ważny w życiu każdego Polaka. Dzień, który przed blisko dwoma wiekami dał narodowi tyle nadziei, a którego dzieło zostało tak szybko zburzone. Ale dzień, którego nikt i nic nie zdoła wymazać z pamięci narodu...
Właśnie ta sekwencja polska dobiegać zaczęła końca, gdy spostrzegłem, iż minęła właśnie godzina pierwsza w nocy. Najwyższy zatem czas na powrót do domu. Niestety, przyszło mi wracać piechotą. Metro było już nieczynne o tej porze nocy. Odbyłem więc przeszło godzinną wędrówkę po uśpionych ulicach Paryża, ulicach peryferyjnych, cichych, ale i... siejących niepokój. Szczęśliwie jednak dotarłem do domu, by podziękować Bogu za tak piękny wieczór...
5 maja 1985
Był to dzień bardzo nietypowy. Właśnie zbliża się czterdziesta rocznica zakończenia II wojny światowej. W Europie, a także w Stanach Zjednoczonych, ogromne poruszenie wywołała decyzja prezydenta USA odwiedzenia cmentarza w Bitburgu, na którym pochowano między innymi byłych oficerów hitlerowskiego SS. Nie wiem, jak reaguje na ten krok prasa polska, tutejsze dzienniki, a także radio i telewizja zdecydowanie potępiają ten gest rozgrzeszenia wobec hitlerowców. Mnożą się deklaracje o policzku wymierzonym ofiarom II wojny, o zrównaniu katów z ofiarami. Jak można się było spodziewać, głosów tych wcale nie słucha jednak adresat. Są mu najprawdopodobniej zupełnie obojętne. A w Paryżu? Jakby dla podkreślenia odrębności stanowiska Francji w tej sprawie, w Notre-Dame o godz. 10 rano (jest niedziela!) przewidziano uroczystości narodowe. O godzinie dziewiątej katedra została zamknięta dla publiczności (znalazłem się w środku - wraz z gromadą skautów, którzy przybyli tu na mszę św. wcześniejszą). Świątynia została zarezerwowana dla członków rządu, parlamentu, przedstawicieli dyplomatycznych. Wielka gala. Niestety, nie oglądałem jej. Zrezygnowałem świadomie, nie wydaje mi się bowiem, aby gesty takie mogły coś zmienić w naszym życiu. Szczególnie gdy te gesty wychodzą od dużo słabszych od innych...
Zgodnie z wcześniejszymi planami wybrałem się do... Compi?gne. Pojechałem tam w towarzystwie przyjaciół Cilick i José Santamariów. Mają oni w pobliżu Compi?gne swych krewnych. Jedyna to więc okazja, aby zwiedzić historyczne miejsce, tak mocno zapisane na kartach historii Europy. Wszak to tu, w tym lesie, marszałek Foch podpisał z generałami niemieckimi w dniu 11 listopada 1918 roku zawieszenie broni na frontach I wojny światowej, które było faktyczną kapitulacją Niemiec. To tu położono kres tej straszliwej masakrze ludzi, która przez kilka lat trwała na polach bitew Europy, a także innych kontynentów. To tu także - w pewnym stopniu - rodziła się po blisko półtorawiekowej niewoli niepodległa Polska. Miała obudzić się z uśpienia, powstać - niby feniks egipski - z popiołów. I powstała.
Chodzę po niewielkim placyku, który przecinają dwie linie kolejowe. Tu stał wagon marszałka Focha, tam - wagon generałów niemieckich. A w tym oto budynku można oglądnąć zachowany w znakomitym stanie historyczny wagon, w którym podpisano dokumenty. Wszystko zostało zachowane w nienaruszonej postaci. Wagon nosi numer 2419 D. Jest to tzw. Dining-Car, który należał niedgyś do Compagne Internationale des Wagons-Lits et des Grands Express Européens. Zaglądamy przez okna do wnętrza. Oto stół, przy którym toczyły się ostatnie rozmowy i na którym złożono podpisy pod dokumentami. Wizytówki wskazują miejsce każdego z dostojników, którzy przybyli do Compi?gne: zarówno alianckich, jak i niemieckich. Po dwóch przeciwnych stronach stołu zasiedli więc tłumacze: lejtnant Laproche i kpt. von Helldorff. Po stronie aliantów: marszałek Foch, obok niego zaś: po prawej - gen. Weygand, po lewej - admirał R. Wemyss i kontradmirał Hope. Po stronie niemieckiej - naprzeciw marszałka Focha min. Mathias Erzberger. Po jego prawej - gen. von Winterfeldt i kpt. Vauseler, po lewej - hr. von Oeorndorff. Obok, tuż za małą przegrodą, ustawiono dwa małe stoliki dla telegrafistów, dla tych, którzy mieli przesłać w świat wiadomość o zakończeniu wojny. Wspaniałe zadanie, chyba najpiękniejsze, jakie im kiedykolwiek w życiu przypadło wykonać, spełnili: kpt. de Mierry i komendant Riedinger.
Kiedy przyglądam się temu wagonowi, gdy patrzę na ów stół historyczny, nie mogę opędzić się przed jedną myślą: dlaczego tego stołu nie ustawiono u progu 1914 roku, dlaczego miliony ludzi musiały stracić życie, zostać kalekami, stracić majątek? Czy istotnie niemożliwe było wcześniejsze załatwienie spornych spraw? I oczywiście pojawia się natychmiast odpowiedź. Wygląda na to, że nie można było. Wielomilionowa ofiara krwi była potrzebna. W roku 1914 nikt nie przypuszczał nawet, jak dalece zmieni się świat za cztery lata. Nikt, najśmielszy bodaj w myśli, nie odgadłby układów, powiązań, nowej rzeczywistości. Bo rzeczywistość zdecydowanie zaskoczyła wszystkich. I chwała tym, co zginęli. Bo ginęli na rozkaz. Śmierć jest tylko śmiercią. Dlatego, nie zapominając ani o tragediach, ani o tym, że tragedię tę wywołali ludzie w imię swych własnych ambicji, w imię idei, którym zawierzyli, chylę dziś czoło przed tym stołem pokoju. Oby pamięć o nim powracała zawsze, gdy pojawią się kłopoty, trudności, nieporozumienia...
8 maja 1985
Dziś święto zwycięstwa. Dzień wolny od zajęć. Korzystam z okazji i siedzę prawie cały dzień przy maszynie do pisania. Piszę artykuł o Gaszyńskim i jego karierze prowansalskiej. Pod wieczór postanawiam urządzić sobie spacer - po "polskim" Paryżu. Ale nie tym związanym z Wielką Emigracją. Od dawna myślałem o odwiedzeniu miejsc i domów, gdzie na przełomie wieków XIX-XX zatrzymywali się polscy artyści, pisarze, krytycy. Idę więc na spacer po "młodopolskim" Paryżu.
Zadanie niezbyt trudne. Ze wspomnień Lorentowicza, Hoesicka, a także Francka L. Schoella wynika, że Polacy opanowali w tym czasie Montparnasse. Istotnie, to właśnie w okolicy Montparnasse mieszkali Reymont, Wyspiański, Żeromski, Lorentowicz, Lange i dziesiątki innych. Najpierw kieruję się na ul. Le Goff, leżącą w bezpośrednim sąsiedztwie Panteonu. To tutaj, pod numerem 10, był słynny "polski" "Hôtel du Brésil". Tu - jak pisze Lorentowicz - zatrzymywali się niemal wszyscy "młodopolacy". Na parterze "urzędowała" Madame Cambrai, czyli "Pani Kambrejska", jak ją potocznie zwali polscy artyści. Tu, przy polskim stole, zasiadali: Lorentowicz i Reymont, Miriam i Artur Górski, Przybyszewski i Rydel i tylu innych. Dziś... oczywiście "Hôtel du Brésil" nadal istnieje! Z dala widzę już jego reklamę. Dom dosyć stary, niczym specjalnie się nie wyróżniający. Ale jakiś swojski. To dlatego, że w pamięci mam zebrane wiadomości o naszej kolonii artystycznej. Obok wejścia - tablica pamiątkowa: tu, w tym hotelu, w latach 1885-1886 mieszkał... Zygmunt Freud! O Polakach nie ma żadnej informacji. Ale nie mam nawet o to pretensji. Pojawia się tylko natychmiast pytanie: czy Polacy, którzy tu zamieszkiwali, znali owego wielkiego lekarza wiedeńskiego? Czy przeczuwali, że on kiedyś stanie się twórcą psychoanalizy? A czy on, Zygmunt Freud, wiedział, że owi młodzi Polacy, tak zażarcie dyskutujący przy "polskim stole", staną się wkrótce odnowicielami polskiej literatury?
Nie ma dziś ani "pani Kambrejskiej", ani Polaków w hotelu brazylijskim. Na parterze - tam, gdzie dawnej była mała restauracyjka, duży salon i recepcja hotelowa. Spoglądam jeszcze na cennik hotelowy. Wynajęcie pokoju - najskromniejszego - przekracza jednak moje możliwości (od 150 fr). A więc zapewne nigdy nie zamieszkam w hotelu brazylijskim. Ale za to mogę wybrać się śladami jego dawnych polskich mieszkańców.
Wiadomo, że na kawę polscy artyści z hotelu brazylijskiego chodzili do "Café du Panthéon", na rogu ulicy Soufflot i bd. St. Michel. Niestety, kawiarnia ta już nie istnieje. Dziś na obu rogach ul. Soufflot są, owszem, lokale: po jednej stronie nowoczesna "Pizzeria", po drugiej kawiarnia. Ale całkowicie nowoczesna, prowadzona chyba przez jakiegoś przybysza z Afryki (pied-noir)...
Idę więc dalej - w poszukiwaniu śladów polskich modernistów na Montparnasse. Docieram na ul. De la Glaci?re. Tu pod numerem 20 był także "polski" hotel. Na parterze była polska restauracja prowadzona przez p. Stanisława Kocha, który chętnie udzielał kredytu "polskim głodomorom", czyli studentom. Na górze mieszkali - w samodzielnych pokoikach: Tadeusz Jaroszyński i Antoni Lange, a obok nich całe mnóstwo medyków, chemików, farmaceutów etc. Dziś przy ulicy De la Glaci?re, numer 20 ma duża kamienica. Ale nie wygląda na to, żeby to w niej mieszkali kiedyś Polacy. Wokół sporo nowych domów: jedne zbudowano w 1918, inne niedawno. Widocznie "polski" dom poszedł był do rozbiórki. Na jego miejscu zbudowano typową kamienicę. Szkoda.
Postanawiam przejść jeszcze na ul. De la Grande-Chaumi?re. To przecznica bulwaru Montparnasse, tuż obok skrzyżowania z bulwarem Raspail, w niedalekim sąsiedztwie sławnego cmentarza Montparnasse. Ulica ta przeszła do dziejów sztuki światowej jako miejsce-ostoja nowoczesnego malarstwa europejskiego. Tu mieściła się sławna akademia Colarossi, w której studiował Wyspiański, ale także - Mehoffer, Włodzimierz Tetmajer i wielu innych. Gmach akademii do dziś służy artystom. Mieści się tu - jak oznajmia pamiątkowa tablica - Académie de la Grande-Chaumi?re, założona przez Antoine'a Bourdelle'a i innych w roku 1904. Dziś w akademii tej nadal młodzi artyści zdobywają wiedzę. Mieli tu pracownie sławy światowe - rzeźbiarze: Ossip Zadkine, Robert Wlérick i Charles Despiau oraz malarze: Pierre Brayer, Michel Rodde, Pierre Jerome. Oglądam budynek, ale serce ciągnie nieco dalej: pod nr 8. To tu mieściła się niegdyś pracownia Paula Gauguina, tę pracownię przejął po wyjeżdżającym z Paryża Gauguinie... Stanisław Wyspiański. Tutaj mieszkał! Dziś pracownia "Wyspiańskiego" nosi imię... Modiglianiego! Tak przynajmniej informuje mała tablica przy wejściu do budynku. Nie, nie zobaczę zapewne tej pracowni. Ale mogę zaglądnąć obok: pod numerem 10 mieściła się maleńka kawiarenka pani Charlotte Futterer, w której przesiadywali krakowscy głównie malarze. Wiadomo, że zdarzało im się, iż płacili niekiedy pani Karolinie obrazkami. Dziś w miejscu dawnej kawiarni jest maleńka restauracja: "Wadja". Raczej pusta. Przegrywa konkurencję ze wspaniałymi restauracjami położonymi tuż obok, przy bulwarze Montparnasse, gdzie podaje się najdziwniejsze potrawy z langustami, krabami i innymi smakołykami dalekich mórz. W restauracjach tych posiłek kosztuje 300-400 fr. Gdyby ich bywalcy wiedzieli, że tuż obok, w salce "Wadja" jadał cały parnas malarstwa światowego, może by wstąpili tam choć jeden raz?
Pora jednak kończyć wyprawę. Jeszcze tylko po drodze "wpadam" na nieodległą ul. Assas. Tu, w domu pod nr 60 - jak informuje tablica - mieszkał w latach 1895-96 Marian Smoluchowski, sławny nasz fizyk. W tym samym czasie mieszkał tu także August Strindberg. Czy się znali? Pewno tak. Smoluchowski związany był z polską kolonią artystyczną. Może więc zabierał na "polskie" spotkania Strindberga?
Wędrując po ulicach Paryża, nigdy się nie wie, jakie czekają nas niespodzianki. Oto kiedyś, przechodząc avenue de Denfert-Rochereau, odnalazłem pod numerem 92 dom, w którym w latach 1826-1838 mieszkał jeden z największych poetów francuskich XIX wieku, François René de Chateaubriand. W domu tym, po śmieci artysty, jego żona założyła przytułek dla biednych. Dziś mieści się tu ośrodek dla niewidomych dziewcząt. Piękna pamiątka po artyście, po którym zostały nie tylko dzieła literackie. Przed kilku dniami z kolei wypadło mi jechać do podparyskiego miasteczka Sceaux. Jakież było moje zdziwienie, gdy na maleńkiej uliczce - noszącej imię Jeana Mascré - pod numerem 6 odnalazłem dom, na którym widnieje tablica informująca, że w tym domu w latach 1907-1912 mieszkała Maria Curie. Dla Francuza Maria Curie jest Francuzką, dla nas - jest Polką. Ona także należała do polskiej kolonii na przełomie wieków XIX-XX. Nie odwiedzała wprawdzie kawiarenek i restauracji, gdzie zbierali się pisarze, malarze, krytycy. Przesiadywała w tym czasie w laboratorium, dokonywała odkryć. Pozostawiła po sobie ślad - jakże cenny, a przy tym jakże niebezpieczny: wiedzę o pierwiastkach radioaktywnych. Tak. W Paryżu nigdy nie wiadomo, na czyj ślad można trafić...
19 maja 1985
Mam zwyczaj porannego słuchania radia. Odpowiednio duża porcja wiadomości pozwala mi się "rozbudzić", nie pozwala mi przy tym na wygłaszanie przy porannym goleniu się odpowiedniej porcji uwag pod własnym adresem. Dzisiaj zaskoczyła mnie kolejna w ostatnim czasie informacja o... zabójstwie dziecka. W jednym z południowych miasteczek Francji przed dwoma dniami doszło do tragedii. Wieczorem, około ósmej trzydzieści, mała Louise, licząca cztery i pół roku dziewczynka zaczęła marudzić i płakać. Ojciec - jak podają dziennikarze - oglądał właśnie telewizję. Ponieważ dziecko nie zaprzestawało płakać mimo jego upomnień, postanowił je ukarać: uderzył kilka razy córeczkę, po czym rzucił ją do łóżeczka. Dziecko zaczęło jęczeć i wołać o ratunek matkę, która była obok, ale nie doczekało się. Ani ojciec, ani matka nie podeszli do łóżeczka dziecka w ciągu całej nocy. Rankiem okazało się, że dziecko jest w agonii. Zawieziono je do szpitala, oznajmiając, iż dziewczynka spadła ze schodów. Lekarze, niestety, nie zdołali już uratować życia małej Louise. Ciosy ojca okazały się śmiertelne... Wiadomość wstrząsnęła mną. A sądzę, że i wieloma innymi słuchaczami radia France-Inter. Wszak dopiero przed trzema dniami zakończył się głośny proces przeciwko wyrodnej matce i jej kochankowi oskarżonym o znęcanie się nad dwunastoletnim synem kobiety, skądinąd cenionej kasjerki w jednym z dużych magazynów sklepowych. Matka ta przed dwoma laty zamknęła... w szafie swego dziesięcioletniego wówczas syna, ponieważ, jak twierdziła, był brudny i nie chciał jeść. Biedne dziecko spędziło przeszło dwa lata w szafie! Uwolnił go z tego niezwykłego więzienia kilkuletni przyrodni brat. Ofiara prześladowania przez przeszło dwa lata nie widziała słońca, miała pokrzywione nogi. Na procesie chłopiec zwrócił się jednak do sądu w prośbą o... wybaczenie matce, on bowiem nie chciał stracić matki. To mimo wszystko jego matka. Od listopada ubiegłego roku ciągnie się w mediach pełna grozy i tajemnicy dziwna historia śmierci małego, dwuletniego Gregory'ego. Dziecko - jak ogłosili rodzice - zostało porwane. Dowodem miał być przesłany na ich adres list z żądaniem okupu. Po kilku dniach znaleziono ciało małego chłopczyka w rzece. Miał skrępowane ręce i nogi. Zaczęło się żmudne dochodzenie. Rodzice wskazali na domniemanego sprawcę - wujka dziecka. Wujek został aresztowany, po kilku jednak tygodniach zwolniony z braku dowodów. Wówczas matka dziecka kupiła swemu mężowi karabin, ten zaś na własną rękę wymierzył sprawiedliwość domniemanemu sprawcy: w lutym zginął od kuli wujek małego Gregory'ego. Nowy etap w tragedii. Ale nie ostatni. Okazało się bowiem, że kilkakrotnie powtarzane ekspertyzy listu od "porywacza" prawie jednoznacznie wykazały, że został on napisany przez... matkę Gregory'ego. Adwokaci rodziców dziecka starają się podważyć wprawdzie wyniki ekspertyzy, coraz więcej śladów zdaje się jednak potwierdzać winę matki. Oto znaleziono w jej domu sznurek, jakim związano dziecko przed śmiercią. Kilkoro świadków potwierdza, że widzieli ją w chwili, gdy wychodziła z poczty (w kilka minut później znaleziono na poczcie wzmiankowany list od "porywacza")... Sprawa ponura, przerażająca. Ale podobnie jak dwie poprzednie zdaje się wskazywać na jeden, jakże bolesny problem dziecka we Francji. Bolesny nie tylko dlatego, że dzieci tych jest w społeczeństwie francuskim coraz mniej. Że coraz więcej małżeństw rezygnuje z możliwości założenia rodziny. Że mnożą się na nieznaną dotychczas skalę związki nieformalne, których głównym celem jest użycie przyjemności życiowych. Problem jest bolesny przede wszystkim dlatego, że w obyczajowości francuskiej zakorzenił się zwyczaj bicia dzieci. Dzieci są bite, najczęściej po buzi, po głowie. Jest to bolesna rysa w obrazie społeczeństwa francuskiego, rysa przywołująca na pamięć wiek XIX, a może i dawniejsze. Każdy przybysz, który staje na ziemi francuskiej, zaskoczony jest tą właśnie obyczajowością, która nie tylko nie została zarzucona, ale która się wzmaga nadal. Dzieciobójstwo jest wprawdzie rzadkością. Bicie dzieci jest jednak nagminne. Świadczy ono nie tylko o braku kultury w życiu codziennym, potwierdza ono nade wszystko smutną prawdę o postępującym upadku moralności tego społeczeństwa. Odrzuciło ono większość żywych niegdyś i przestrzeganych jednak w zdecydowanej większości zasad światopoglądu chrześcijańskiego. W pogoni za łatwym życiem, za życiem bezproblemowym, coraz chętniej rezygnuje z dzieci. A jeśli już się one pojawią, nie zawsze rodzice mają chęć i dobrą wolę zajęcia się nimi. Wiele wskazuje na to, że społeczeństwa na niższym poziomie zamożności, uboższe, przykładają większą wagę do problemu dziecka niż społeczeństwo, które znalazło się na poziomie wysokiej zamożności. Najprawdopodobniej dostatek nie idzie w parze z rozwojem praw moralnych. Przeciwnie, zdaje się iść w parze z rozkładem kanonów etycznych, które należą zapewne do tradycyjnych, ale które przez całe wieki podtrzymywały instytucję rodziny, które w imię szczęścia dzieci nakazywały rodzicom pracować w pocie czoła od świtu do nocy, które wsparte były na miłości...
25 maja 1985
Kolejne święto sztuki, czyli wielka wystawa w Grand Palais poświęcona twórczości Auguste'a Renoira. Przed wejściem "kilometrowe" kolejki. I nic dziwnego. Wszak od 1933 roku nie było okazji do oglądnięcia tylu płócien tego malarza! Tym razem sprowadzono je ze wszystkich zakątków globu - od Moskwy po Boston. Udało się ostatecznie ściągnąć do Paryża 124 obrazy artysty. Tworzą one wspaniały, na pewno niepełny, ale jakże prawdziwy obraz dorobku tego twórcy.
Już kilka razy wybierałem się na tę wystawę. Za każdym jednak razem gdy zobaczyłem rozmiary kolejki, rezygnowałem. Nie z obawy przed dwu-trzygodzinnym oczekiwaniem, ale z lęku przed tłumem. Nie lubię tłumu w muzeum. To przeszkadza mi w bezpośrednim kontakcie z dziełami sztuki, rozprasza. Postanowiłem wybrać najlepszą porę: pod wieczór, na dwie godziny przed zamknięciem, kiedy większość potencjalnych turystów szuka już swojego miejsca przy stole (wszak to pora dinner). Tak więc wczoraj, około szóstej po południu (słońce świeci tu teraz do dwudziestej pierwszej), dotarłem wreszcie do sal z obrazami Renoira. Co za radość, ile satysfakcji! Wszak jeszcze kilka miesięcy temu ani w marzeniach nie mogłem przypuszczać, że będę miał oto okazję uczestniczyć w prawdziwych ucztach duchowych: dopiero co była uczta "impresjonistyczna", teraz zaś - uczta z Renoirem!
Wędruję więc przez kilkanaście sal Grand Palais, napawam oczy kolorami palety artysty, próbuję odgadnąć tajemnicę uroku wystawionych tu obrazów. Czytałem kiedyś sporo na temat tego artysty, który nigdy bodaj nie studiował w żadnej akademii sztuki (jeśli nie liczyć chwilowej jego bytności w atelier Gleyre, poprzedzonej kilkumiesięcznym pobytem - ale chyba nie studiami - w École des Beaux-Arts). Urodzony w 1841 roku w Paryżu w rodzinie krawca z Limoges, od trzeciego roku życia mieszkając w Paryżu, nie wyniósł Renoir z domu ani tradycji artystycznych, ani też intelektualnych. W wieku trzynastu lat ojciec wysłał go do warsztatu rzemieślniczego, gdzie miał uczyć się zawodu. Próbował swych sił w malowaniu porcelany, wachlarzy, stor itp. Rychło jednak zdecydował się przerwać tę swoją edukację. Ciągnęła go bowiem prawdziwa sztuka. Rozpoczął więc swoją przygodę z malarstwem. Przygodę tyleż niezwykłą, co romantyczną.
Samouk - bo przecież za takiego należy go chyba uznać - stworzył Renoir swój własny styl, który potrafił narzucić znawcom, krytykom, a przede wszystkim - zwykłym odbiorcom. Kiedy teraz wędruję pośród tych jego płócien, gdy uświadamiam sobie, ile trudu kosztowało artystę przekonanie owych odbiorców do siebie, do swojej sztuki, nasuwa się smutna refleksja na temat kryteriów ocen wystawianych przez znawców sztuki. Przecież przez wiele lat płótna Renoira były odrzucane przez komisje kwalifikacyjne dopuszczające dzieła artystów na paryski Salon - najważniejszą w II połowie XIX wieku instytucję promującą artystów. Przecież z protestu przeciw tym decyzjom zrodził się pomysł zorganizowania najpierw Salonu Odrzuconych, a w 1874 roku - wystawy impresjonistów, do których zgłosił akces także i nasz artysta, choć był to raczej związek krótkotrwały. Przecież pierwszy obraz Renoira zakupiło państwo - do Muzeum Luksemburskiego - dopiero w 1892 roku - i to wskutek interwencji jednego z przyjaciół artysty, Stefana Mallarmé. A dziś? Dziś przed Grand Palais kilometrowe kolejki turystów, zachwyty krytyki, setki a może i tysiące opracowań, albumów, miliony reprodukcji... A jednak, raz jeszcze zwyciężył artysta, nie zaś krytyk, znawca, "profesjonalista". Nie jest to na szczęście jedyne zwycięstwo artysty w dziejach sztuki...
Biografowie Renoira wyznaczają kilka okresów w jego życiu i twórczości. Piszą więc o okresie młodości, kiedy artysta coraz chętniej opuszczał Paryż, by szukać natchnienia w podparyskich laskach, nad brzegami Sekwany. Później - o okresie impresjonistycznym, którego świadectwem są urzekające urodą pejzaże zrodzone z ducha Moneta (np. La Grenouill?re). Piszą o okresie poszukiwań - związanych z podróżami artysty (Algier, Włochy). Wreszcie - o okresie pełnej dojrzałości, który obejmować miał ostatnie 30 lat życia artysty (zmarł w 1919 roku). Zapewne wiele racji można znaleźć w tych rozważaniach. Kiedy jednak spojrzeć na całość dorobku Renoira - a jest to bodaj jedyna okazja - wyraźnie zarysowuje się przekonanie o "jedności" tego dzieła. W szczegółach monografiści mają zapewne rację. W wymiarze całościowym jest to rzadko spotykany w dziejach sztuki przypadek dzieła tak jednorodnego. Oglądane obrazy tworzą swoisty, zamknięty, typowo renoirowski świat.
Wędrując po salach Grand Palais, staram się znaleźć dla niego wspólną nazwę, nadrzędną ideę. Być może, że jest to jego własna Arkadia! Świat tak typowy, jednorodny, a zarazem - tak odmienny od tego, który malowali choćby impresjoniści. Arkadia ta stworzona została w sposób - chciałoby się rzec - solidny, typowo rzemieślniczy, gdyby słowo to nie niosło znaczeń pejoratywnych. Nie darmo Renoir tak często powtarzał, że malarstwo to nade wszystko praca, robota. Nie wahał się mówić o pracy fizycznej, o zawodzie malarza! W rzeczywistości - zbudował on też swoją Arkadię spokojnie, ale z dużą konsekwencją. Jak w Arkadii mitologicznej, tak i u niego obecna jest wszędzie natura. Ale nie jest to natura groźna, dramatyczna, tajemnicza. To natura szczęśliwa, radosna, dobra. Panuje w niej słońce (nie znalazłem ani jednego obrazu Renoira, w którym by właśnie słońce nie było pierwszym bohaterem!). Na łonie tej natury - żyje człowiek. A właściwie - żyje kobieta. Bo w Arkadii Renoira mieszkają niemal bez wyjątku kobiety. Żaden bodaj z artystów nie zostawił takiej ilości obrazów kobiet! Oczywiście, najwięcej jest tu aktów kobiecych, owych typowych dla Renoira kobiet zażywających kąpieli. Ale nawet wówczas, gdy artysta przenosi się do salonu, nawet wówczas bohaterkami jego obrazów są kobiety. I... dzieci. U Renoira spotkamy bowiem dosyć często portrety dzieci - a właściwie dziewczynek (najpiękniejszy bodaj z nich, to pokazany na wystawie w trzech wersjach obraz pt. Dziewczynki przy pianinie (Jeunes filles au piano - 1892). Kobieta jest absolutną królową świata Renoira. Artysta uwiedziony jest urokiem jej ciała, jej zmysłowością. Oczywiście, można się z nim spierać, czy pokazał "całą" kobietę. Można mieć żal do niego, że nie znosił kobiet-intelektualistek. Że patrzył na kobietę przede wszystkim jako na ostoję przyjemności. Ale nie sposób nie przyznać mu konsekwencji w postępowaniu. I talentu w kształtowaniu tej własnej wizji świata...
Właśnie - wizja świata Renoira. Nietypowa, niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością. Renoir od początku do końca głosi pochwałę życia. Nie zgłębia tajemnic owego życia. Traktuje je jako dane, jako ukształtowane raz na zawsze. I mniejsza o to, czy jest ono prawdziwe. Ważne - że jest przyjemne.
Wychodząc z wystawy w Grand Palais zadaję sobie pytanie: w czym tkwi urok Renoira? W czym leży tajemnica jego niebywałego powodzenia? I w miarę jak spaceruję wzdłuż nabrzeży Sekwany, obok mostów Aleksandra II, Almy, Ieny, nabieram przekonania, że właśnie w tym, iż od początku głosił on swój własny niepowtarzalny manifest: manifest radości. W młodych latach poznał, co to trud pracy. Był świadkiem ciężkiego wysiłku ojca - krawca. Zapewne cenił sobie ów świat pracy. Znamienne jednak, że z chwilą gdy podjął decyzję o poświęceniu się sztuce, bodaj ani razu nie wrócił do tematu pracy (przecież nawet owe piękne Praczki z Cagnes (Les laveuses a Cagnes - 1912) wyglądają jak nimfy leśne, nie zaś - jak utrudzone całodzienną pracą kobiety wiejskie!). Może więc w rodowodzie naszego artysty tkwi wyjaśnienie tajemnicy jego sztuki? W kręgu ludzi prostych do dziś panuje przekonanie, że sztuka musi podejmować tematy piękne, radosne. Że sztuka - to coś świątecznego (dlatego tak srogo zawiedli się i naturaliści, i nasi współcześni pisarze, którzy, opisując trud rolnika czy robotnika, ze zdziwieniem spostrzegli, że ich dzieł nie chcą czytać ani rolnicy, ani robotnicy, że jedni i drudzy wolą Sienkiewicza czy Mniszkównę, z jej pałacami, hrabiami, salonami). Może więc tu tkwi geneza Arkadii Renoira, Arkadii nietypowej, ale własnej?
Znawca zapewne będzie szukał głębszych przesłanek dla wyjaśnienia tego fenomenu. Ja poprzestanę na mojej własnej. Bo nie sposób nie przyznać, że urzekł mnie Renoir. Że dał mi możność przeniesienia się choć na chwilę w zupełnie inny świat - radośniejszy, weselszy, szczęśliwszy, prostszy. Że dzięki niemu choć przez chwilę wydało mi się, iż życie nasze jest wspaniałym tańcem. Tańcem, jaki ukazał na trzech bez wątpienia najpiękniejszych swoich obrazach: w Tańcu wiejskim, Tańcu miejskim i w Tańcu w Bougival. Że życie może być tańcem pełnym czułości, urody, światła, delikatności, koloru. Tańcem, który pozwala zapomnieć, choćby na chwilę, że czeka nas kiedyś - kto to wie, kiedy - jeszcze jeden taniec: ten jedyny i ostatni! Ale po co o nim wspominać, gdy oto mamy przed sobą 124 obrazy będące pochwałą tańca życia...
9 listopada 1985
Niełatwo jest podjąć na nowo pracę przy notatniku. Upłynęło pół roku, przetoczyło się niemało burz po świecie. Wiele wydarzeń poruszyło publiczność, nowe gwiazdy zapłonęły na horyzoncie sztuki, polityki, literatury. A tu tymczasem ów notatnik, powrót do spraw i ludzi, których spotykam, których na nowo odkrywam w Paryżu. Czy jest sens prowadzić te zapiski, zostawiać tu jakieś ślady swego żywota? Nie wiem. Może kiedyś, po latach, przeczytam je wnukom. Może wyrzucę na śmietnik? Tymczasem chciałbym opowiedzieć o kilku niezwyczajnych moich spotkaniach z wielkimi artystami francuskimi.
Spotkanie z Victorem Hugo
W roku bieżącym [1985] przypada setna rocznica śmierci autora Nędzników. Francuzi, którzy w sposób szczególny darzą sentymentem tego poetę, postanowili uczcić rocznicę w sposób godny i piękny. Przede wszystkim kilka wydawnictw podjęło myśl wznowienia dzieł pisarza. Ukazało się więc pełne wydanie krytyczne pism Hugo, pojawiło się wydawnictwo popularne, a obok tego - kilkadziesiąt bodaj wznowień dzieł pojedynczych. Trudno mi osądzić, czy rzeczywiście Hugo trafił "pod strzechy" Francji. Na pewno jednak zdobył niemało nowych czytelników! Ale obok tej inicjatywy wydawniczej godzi się tu zwrócić uwagę na inną: przybliżenia czytelnikom sylwetki Hugo. Ukazało się kilkanaście tomów: biografii pisarza, studiów naukowych poświęconych jego dziełom, albumów, esejów... Hugo trafił do witryn księgarskich, znalazł na powrót miejsce w dziennikach i tygodnikach, nie zapomniało o nim radio, telewizja. Nie sposób tu oddać bogactwa literatury okolicznościowej, którą wydała owa rocznica. Na szczególną uwagę zasługują jednak dwie wystawy, jakie właśnie można oglądać w Paryżu. W Grand Palais - La gloire de Victor Hugo, monumentalna wystawa pokazująca proces narodzin i życia legendy o autorze Notre Dame de Paris. W Petit Palais natomiast - Biblioth?que Nationale przygotowała wystawę pokazującą warsztat twórczy poety: Soleil d'encre. Dessins et manuscrits de Victor Hugo. Co za wystawa! Jakie bogactwo eksponatów, jaka precyzja scenariusza!
W dziewięciu dużych salach zgromadzono nieprawdopodobną ilość dokumentów, rękopisów, rysunków, obrazów Hugo. Ogromny ten materiał umiejętnie podzielono, eksponując drogę rozwoju twórczego poety. Widz ma więc możliwość śledzić życie - jakże bujne, pełne dramatycznych przejść, wzlotów i upadków. Ale nade wszystko - ma możliwość poznania zmian zachodzących w jego poetyckim warsztacie: od debiutu po ostatnie pisma. Z niekłamanym wzruszeniem oglądałem na przykład rękopis Cromwella, ze sławną przedmową, która zapoczątkowała przełom w estetyce u progu XIX wieku. Tuż obok - rękopis jeszcze bodaj sławniejszego dramatu pt. Hernani, którego wystawienie na scenie paryskiej stało się sygnałem dla młodzieży artystycznej do ostatecznego ataku na fortece klasycyzmu. Nie bez głębokiego wzruszenia staje czytelnik przed rękopisem Notre Dame de Paris, ale i - przed jakże wiele razy poprawianym, uzupełnianym, dopełnianym rękopisem Nędzników. W Petit Palais pokazano rękopis Pracowników morza oraz dziesiątków innych dzieł pisarza. Obok zaś - setki i tysiące jego rysunków, szkiców, obrazów.
Dzieła literackie Hugo bez owego tła artystycznego tracą na wartości. Dopiero w tym kontekście nabierają właściwych wymiarów - jako dzieła sztuki! Dla Hugo rysunek był nieodłącznym elementem każdego dzieła, które tworzył. Zapełniał też on manuskrypty swych poematów, powieści i dramatów szkicami postaci, zamków, fantastycznych krajobrazów, przedziwnych motywów. Dopiero na tej wystawie jasno widać, na czym polegała tak droga romantykom idea korespondencji sztuk, ich wzajemnego przenikania się, dopełniania. Słowo, obraz, rysunek - wszystko to miało nade wszystko odsłonić wnętrze duszy poety, pokazać jego myśl, jego wizję świata.
Myślę, że nie ma sensu poddawać odrębnej analizie czy wartościować owe płody malarsko-rysunkowe Hugo. Nie powstały one bowiem jako samoistne dzieła sztuki. Były fragmentami jego ekspresji twórczej, innym sposobem przekazywania drgnień duszy. Dlatego nie kryteria estetyczne winny tu odgrywać rolę (choć nie sposób nie przyznać, że wiele rysunków Hugo uchodzić może za prawdziwe dzieła sztuki!). Są to dokumenty jego życia duchowego. Bujny, nieokiełznany jego talent domagał się ujścia. Nie zawsze mogło temu sprostać słowo. Toteż powstawały owe setki szkiców i rysunków, które miały taki sam bodaj walor, jak strofy czy rozdziały powieści: stawały się dokumentami wewnętrznego świata poety.
Znamienne, że autorzy scenariusza wystawy w Petit Palais właściwie zrezygnowali z wątku osobistego. Niewiele mamy tu listów prywatnych, świadectw o jakże również bujnym jego życiu osobistym. Postanowili odsłonić świat Hugo-poety, Hugo-artysty, nie zaś Hugo-człowieka. I chyba postąpili słusznie. W przywołanej wyżej literaturze okolicznościowej aż nadto wyeksponowano życie osobiste pisarza, starając się odsłonić nie tyle kulisy jego pracowni, ile kuchni, a często - sypialni. To bez wątpienia także jakaś prawda o Hugo, ale przecież nie najważniejsza. A właściwie - nie wiadomo, czy potrzebna. Hugo żyje do dziś w swych dziełach, żyje jako artysta. Toteż należą się podziękowania twórcom wystawy z Petit Palais za to, że pokazali nam właśnie świat tego poety, artysty. Świat człowieka, który narzucił piętno literaturze francuskiej XIX wieku, który stał kiedyś u narodzin romantyzmu europejskiego, i którego śmierć przed stu laty na zawsze zamknęła tę jakże bujną epokę.
Wizyta w Grand Palais i Petit Palais zachęca do poznania miejsca, w którym artysta tworzył. Na szczęście w Paryżu znajduje się muzeum biograficzne Victora Hugo, czyli Maison de Victor Hugo. Znajduje się przy jednym z piękniejszych placów Paryża: Place des Vosges (dawniej: Place Royale), nr 6. To w tym domu mieszkał Hugo od 1833 do 1848 roku. Ten dom w 1901 roku ofiarował Gminie m. Paryża wielki przyjaciel poety, Paul Meurice. Muzeum otwarto w lutym 1902 roku, w setną rocznicę urodzin autora Hana z Islandii.
Warto zaglądnąć do tego niezwykłego muzeum, można bowiem w ten sposób poznać miejsce, w którym nie tylko mieszkał Victor Hugo, ale w którym wizyty składali tak znani twórcy z I połowy XIX wieku, jak: Théophile Gautier i Honoré Balzac, Gérard de Nerval i Alphonse de Lamartine, Charles Augustin Sainte-Beuve i Prosper Mérimée, ale także Ferenc Liszt, Hector Berlioz, Gioacchino Rossini i dziesiątki innych. Bywali tu także niejeden raz Polacy, Hugo wszak był w XIX wieku jednym z najwierniejszych sprawie polskiej Francuzów, wygłaszającym przez wiele lat apele do narodów Europy o odbudowanie Polski. Można się o tym przekonać w czasie lektury pięknej rozprawy J. Parviego pt. Polska w twórczości i działalności Wiktora Hugo (1977).
Oczywiście, muzeum nie oddaje w szczegółach charakteru mieszkania, jakie zajmował przez piętnaście lat Hugo. Znajdziemy tu w pierwszym rzędzie sporo informacji o przodkach poety. Jest tu interesująco pomyślana rekonstrukcja niegdysiejszego salonu poety, ale także słynnego salonu chińskiego, jaki w czasach wygnania poeta stworzył dla Juliette Drouet w Hauteville House na wyspie Jersey. Jest odtworzona skrupulatnie jego pracownia, a także sypialnia. Dziesiątki obrazów (m.in. obraz pt. Inez de Castro pędzla Gillot Saint-Evre, ofiarowany poecie, autorowi dramatu o tej nieszczęśliwej bohaterce historii Portugalii, przez księcia i księżnę d'Orléans!) i rycin, setki rozmaitych drobiazgów, to wszystko tworzy specyficzny nastrój, w jakiejś mierze oddający atmosferę mieszkania jednego z największych poetów Francji. Dlatego każdy, kto chciałby choć na chwilę zanurzyć się w świecie, który wszak istniał, ale który raz na zawsze odszedł wraz z autorem Nędzników w przeszłość, powinien wybrać się na plac Wogezów...
U Gustave'a Moreau
Kiedy przed laty w przedziwnej powieści Jorisa-Karla Huysmansa Na wspak (A rebours) czytałem fascynujący opis najsławniejszego obrazu Gustave'a Moreau: Apparition, nie spodziewałem się, że pewnego dnia zawędruję do Paryża, na ulicę de La Rochefoucauld, pod nr 14, do domu-muzeum tego niezwykłego artysty. Ulica de La Rochefoucauld podobna jest do setek innych ulic dziewiątej dzielnicy Paryża. Zwyczajne kamienice, ani piękniejsze, ani brzydsze od innych. Ale oto lekko cofnięty od ulicy budynek: trzy piętra, coś w rodzaju małego pałacyku. To właśnie Dom Gustave'a Moreau, który przekazał go stolicy Francji - z przeznaczeniem na muzeum. Artysta spisał testament na rok przed śmiercią, w 1897 roku. W pięć lat później powołano do życia muzeum, które do dziś cieszy się niesłabnącym powodzeniem. Każdego dnia zjawiają się tu goście, choć dość daleko stąd do głównych tras turystycznych Paryża. Co przyciąga owych turystów? Sława Moreau? Chyba nie. Wszak artysta ten nie cieszy się szczególnym powodzeniem ani u krytyków, ani u historyków sztuki. A zatem? Może nietypowa sylwetka tego artysty? Może właśnie to jego malarstwo, tak daleko odbiegające od dzisiejszych wyobrażeń i smaków estetycznych? A może zwykła ciekawość poznania domu, w którym artysta tworzył przez kilkadziesiąt lat?
Ekspozycja urządzona została na parterze domu oraz na drugim i trzecim piętrze. Obejmuje łącznie ponad tysiąc sto pozycji, w tym kilkaset obrazów malarskich. Bogactwo ogromne. A przecież nie sposób nie przyznać, że to wszystko jest jakieś obce, zimne. Wygląda na to, że chodzi tu nie tyle o paletę artysty, ile raczej o jego koncepcję malarstwa. Jest to malarstwo od początku do końca "fabularyzowane". Krytycy niegdyś pisali o jego literackości. Wydaje się, że należałoby w tym wypadku mówić raczej o fabularyzowaniu. Artysta opowiada! Opowiada mity greckie, opowiada wątki biblijne, opowiada historie ewangeliczne... Nie sposób nawiązać bliższego kontaktu z jego dziełami chociażby bez katalogu. Nie pociąga on ani barwą, ani szczególną techniką, ani swoistą kompozycją. Porywa natomiast jakąś niezwykłą umiejętnością przybliżania nam odwiecznych mitów czy biblijnych opowieści. Czyżby zatem przestał być malarzem, a stał się tylko ilustratorem?
Nie, po wielekroć nie. Moreau urodził się i umarł malarzem. Tylko istotę malarstwa rozumiał w inny sposób niż jego współcześni, niż to my dzisiaj rozumiemy. Rzucając na płótno coraz to nowe wersje wątku Orfeusza, Heraklesa, Mojżesza czy Salome, szukał prawdy. Chyba nade wszystko o sobie samym i świecie, w którym mu przyszło żyć. Zrodzony w rodzinie architekta m. Paryża, wychowywany w środowisku absolutnie indyferentnym religijnie, pośród starych tradycji racjonalistycznych, szukał być może prawdy o świecie, którego mu nie było dane poznać? Wprawdzie z równą pasją pochylał się nad mitologią grecką, rzymską jak nad religią chrześcijańską, ale może właśnie w tej tradycji kultury europejskiej szukał prawdy o człowieku? Niejedno płótno Moreau może wzbudzić podziw. Do takich należą przepiękne w swej niezwykłej urodzie Koziorożce (Les Licornes), Jowisz i Semele (Jupiter et Sémélé), Hezjod i Muzy (Hésiode et les Muses), Tryumf Aleksandra Wielkiego, Chimera, Europa, czy też Apoteoza Heleny (Hél?ne glorifiée). Ale przecież nade wszystko fascynuje owo jedno niezwykłe dzieło: Objawienie (Apparition), ów jakże dziwny, ale jakże zarazem piękny obraz Salome, córki Heroda, która zjawia się oto w sali tronowej ojczyma... z głową ściętego z jej namowy św. Jana. Namalowano już setki a może tysiące wersji tego motywu biblijnego. Pasjonował on twórców renesansu i baroku, wracał w epoce romantyzmu i modernizmie. Ale bodaj żadnemu z poprzedników, a także i następców Moreau nie udało się w tak skrótowej i uderzającej formie wyrazić prawdy o grzechu i świętości, o owym rozdarciu człowieka między dwiema drogami: występku i cnoty, rozkoszy i ascezy. Moreau zrezygnował swoim zwyczajem z próby oddania urody Salome szczególnym podkreśleniem piękna jej rysów. Przeciwnie, zamazał rysy twarzy pasierbicy herodowej, by tym mocniej podkreślić walory jej cielesności. Przeciwnie - głowa św. Jana, otoczona olśniewającą aureolą, to studium bardzo dokładne, szczegółowe. To właśnie owa głowa niesie prawdę o świętości. Oczywiście, można stwierdzić: także i ten obraz - poprzez swą anegdotę (siedzący z tyłu Salome Herod z żoną, z drugiej zaś strony - kat) nawiązuje wyraźnie do literatury. Może i to prawda. Ale nade wszystko jest to przecież określona prawda o człowieku, o każdym z nas. A wobec tego jest to sztuka prawdziwa.
Zwiedzając przepiękne dwie pracownie malarza (na II i III piętrze muzeum), wypełnione po brzegi obrazami i rysunkami artysty, można tylko zazdrościć miastu nad Sekwaną, że posiada tyle przedziwnych skarbów. Nie wszystkie są z najszlachetniejszego kruszcu. Ale wszystkie w jakiś sposób współkształtują atmosferę tego niezwykłego miasta. W czasach gdy Gustave Moreau zamknięty w swej pracowni latami całymi zgłębiał tajemnice człowieka, rozwijając coraz to nowe wątki biblijno-mitologiczne, w tym samym czasie jego rówieśnicy-poeci, sławni parnasiści, wybierali się na podobne poszukiwania, uzbrojeni jedynie w oręż słowa. I oni szukali prawdy o człowieku w kręgu odległych kultur, orientalnych religii, antycznych systemów filozoficznych. Często zdarzało im się, że zapominali o celu owej wyprawy, a ona sama stawała się celem. Zdarzało się to nieraz także i Moreau. Ale przecież wśród tych setek obrazów, jakie można dziś oglądać w Paryżu przy ul. de La Rochefoufauld 14 jest niemało takich, w których artysta zamknął jakąś cząstkę prawdy o człowieku, o jego ciągłym dążeniu do wiedzy o samym sobie, o kulturze, którą on stworzył i o problemach, z którymi przychodzi mu żyć. I dlatego, mimo że w muzeum Gustave'a Moreau jest może zimno (choć kaloryfery dobrze grzeją!), to przecież warto tam zaglądnąć.
W gościnie u Balzaka
O życiu autora Komedii ludzkiej napisano całe tomy. Nakręcono cieszące się wielką popularnością piękne filmy. Do legendy przeszły opowieści o niezwykłej pracowitości tego pisarza, który, wypijając "hektolitry" kawy, potrafił pracować po kilkanaście godzin dziennie. W latach 1840-1847 mieszkał on w uroczym domku nad brzegami Sekwany, w dzielnicy Passy, przy ul. Raynouard 47. Mieszkał pod pseudonimem "M. de Breugnol", w ten sposób bowiem mógł schronić się przed wierzycielami. Zajmował w tym domku pięć niewielkich pokoików, na IIpiętrze, ale ponieważ dom zbudowano przy wysokiej nadsekwańskiej skarpie, do mieszkania jego wchodziło się bezpośrednio z ulicy Raynouard. Mimo że wokół domu wyrosły potężne, wielopiętrowe kamienice, dom ten zdołano uratować. W 1849 roku Gmina m. Paryża wykupiła go z przeznaczeniem na muzeum autora Kuzynki Bietki. Po śmierci pani Hańskiej (w 1882 r.), małżonki pisarza w ostatnim roku jego życia, wyposażenie ich domu uległo rozproszeniu. Zachowało się z niego bardzo niewiele. Na szczęście zachowały się bodaj dwa najważniejsze meble: biurko pisarza i fotel. Dla mnie mniejszą wartość stanowią zgromadzone w pozostałych pokojach obrazy, rysunki, szkice, osobiste przedmioty Balzaka (np. jego laska), kilka jego popiersi, podobizny rękopisów etc. Na dobrą sprawę nawet fakt istnienia tu bogatej biblioteki "balzakowskiej" nie wywołuje we mnie większych emocji. Uwagę moją przyciąga to jakże skromne, niewielkie biurko, przy którym godzinami pisarz siedział pisząc kolejne tomy Komedii ludzkiej, przy którym robił drobiazgowe korekty. Wciąż staje mi przed oczyma ów człowiek, który z takim mistrzostwem potrafił ukazać otaczający go świat. Nadal nie mogę wyjść z podziwu nad jego talentem ale, i niezwykłą pracowitością. Z tego niewielkiego gabineciku pisarza rozciąga się piękny widok na toczącą swe wody od niepamiętnych wieków Sekwanę, a także na mały ogródek, położony tuż przy wejściu do domu z nabrzeża. Ten prawie sielski krajobraz, roztaczający się z okien gabinetu pisarza, był zapewne dla niego oazą, do której uciekał nie tylko przed wierzycielami, ale nade wszystko - przed tętniącym życiem Paryżem. Tu, w ciszy i spokoju, powstawały książki, w których on ów Paryż przedstawiał w kolejnych obrazach, w kolejnych powieściach. W utworach, które do dziś nas przyciągają, które niekiedy nas oburzają, ale którymi jakże często nadal się zachwycamy...
1 W czasie pobytu w kraju w okresie Świąt Bożego Narodzenia spotkałem się w Warszawie z Wiesławem Myśliwskim i Marianem Pilotem. Postanowiliśmy założyć "spółkę" autorską, która przygotuje scenariusz serialu telewizyjnego pt. Rodowody. Niestety, nasze plany zawiodły. Scenariusz ostatecznie nie powstał.