- No fakt - przyznała mi rację, a potem kazała otworzyć walizkę. Każdy pasażer lecący izraelskimi liniami musi przejść skrupulatną kontrolę, również bagażu nadawanego. - Co to jest? Wieziesz mu na święta ogórki kiszone i śledzie z żurawiną?! Sama zrobiłaś? To musi być miłość! - uśmiechnęła się. - Zamykaj walizkę. Mazel tov!
Poznaliśmy się z Ephraimem przypadkiem w Warszawie. Coś kliknęło i wymieniliśmy się numerami telefonów. Zaczęliśmy dzwonić do siebie i wieczorami rozmawiać. Podczas jednej z rozmów wyszedł nagle z inicjatywą: "Przyjedź zobaczyć Izrael, bo to najpiękniejszy kraj na świecie". Dałam się namówić, ale zabrałam koleżankę w charakterze przyzwoitki. Ephraim obwiózł nas wtedy po całej aglomeracji telawiwskiej od Ramat Gan po Jafo. Na żywo miasto wyglądało dość mizernie. Nie tak pięknie, jak mi Ephraim obiecywał. Tel Awiw wydał mi się wielkim bliskowschodnim bazarem. Chaotycznym, brudnym, krzykliwym, chwilami przygnębiająco brzydkim, z popadającymi w ruinę budynkami w stylu Bauhaus. A nastawiałam się właśnie na zobaczenie domów zaprojektowanych w Tel Awiwie w latach dwudziestych przez Żydów uciekających z Niemiec przed faszyzmem. Lubię prostotę i dlatego lubię też styl Bauhaus. Obok jego nędznych resztek w Tel Awiwie jak spod ziemi wyrasta nowoczesne oblicze miasta z drapaczami chmur.
"Jak dla mnie Tel Awiw to skrzyżowanie Wyszkowa z Nowym Jorkiem" - podsumowała koleżanka. Podczas tej pierwszej wizyty w Izraelu nie mogłyśmy obie pojąć, dlaczego za mały talerzyk hummusu trzeba zapłacić aż pięćdziesiąt złotych. Wysokość cen w stosunku do jakości zwala tam z nóg. Przed przyjazdem wydawało mi się, że całkiem dużo wiedziałam o tym kraju, ale w rzeczywistości okazało się, że właściwie nic.
Pierwsze rozczarowanie Tel Awiwem nie zniechęciło mnie jednak do powrotów. Po tej wizycie zostaliśmy z Ephraimem parą i zaczęłam latać na randki do Tel Awiwu. Zaliczałam potem kolejno Jerozolimę, Morze Martwe, Masadę, Cezareę. Jestem dziennikarką i od zabytków jednak bardziej interesują mnie ludzie. Przyglądałam się im na ulicy. Jeździłam czasami celowo autobusami. Pewnego dnia byłam świadkiem takiej awantury w autobusie z byle powodu, że stałam z otwartą buzią. Jednocześnie krzyczało na siebie dziesięć osób. Notowałam w głowie te momenty.
Jaka byłam podekscytowana, kiedy Ephraim zaprosił mnie do swoich rodziców na pierwszą kolację szabasową! Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Popełniłam nietakt już na wstępie, wyciągając swój widelec po leżące na półmisku karczochy zapiekane z mięsem. Wyglądały tak smakowicie! Ephraim trącił mnie wtedy nogą pod stołem. Najpierw krótka modlitwa, stuknięcie kieliszkami, życzenie sobie Shabbat Shalom (hebr. udanego szabatu), a dopiero potem zaczynamy jeść.
Uczyłam się szybko. "Zwracasz uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Przed tobą niczego się nie da ukryć. Przyznaj się, a może ty pracujesz dla Mosadu? - śmiał się często ze mnie Ephraim. Ci, którzy mnie znają i wiedzą, jak niepohamowany mam apetyt na życie, wcale nie byliby tym Mosadem zdziwieni. Obawiam się jednak, że nie rokuję, bo lubię nie tylko dużo wiedzieć, ale i mówić. "Bardzo długo to wszystko opowiadasz. Ludzie nie mają czasu, żeby aż tyle słuchać. Czy nie mogłabyś robić przynajmniej dla mnie streszczeń tych opowieści?" - poprosił mnie kiedyś mój ukochany. To było podczas długiego, prawie dwugodzinnego spaceru nad morzem. "Ups! - pomyślałam. - To z kim ja mam tu się dzielić swoimi przemyśleniami?"
Za każdym razem przylatywałam z powrotem do Polski naładowana energią słoneczną i przemyśleniami. Kiedy opowiadałam o nich moim znajomym, któryś wreszcie rzucił hasło: zacznij to spisywać. To samo usłyszałam od redaktorki Wydawnictwa Pascal. Zachęcona zaczęłam szukać jakiegoś klucza, według którego mogłabym napisać książkę. O współczesnym Izraelu, widzianym oczami Polki. Ten klucz pojawił się w mojej głowie pewnego słonecznego dnia, gdy siedziałam sama na tarasie z pięknym widokiem na Tel Awiw: Sylwia to Polska, a Ephraim to Izrael. My razem to zderzenie dwóch światów w takiej maleńkiej skali. Takich jak my musi być więcej. Jak żyją tutaj inne Polki? Jak się tutaj znalazły i jak się odnalazły? Zaraz, zaraz, a gdzie one w ogóle są? Nikogo poza Ephraimem i garstką jego znajomych wtedy nie znałam. Czasami bezczynnie siedziałam w domu, czekając na niego, kiedy wróci z pracy. Gotowałam obiad. I to ma być to szczęście, które mnie spotkało?
Instynkt podpowiedział mi, że czas poszukać sobie przyjaciółek w Tel Awiwie. Dzisiaj widzę, że podświadomie dążyłam również do tego, aby dowiedzieć się z wyprzedzeniem, co czekałoby mnie, gdybym zamieniła Warszawę na Tel Awiw. Chciałam to przerobić, ale chyba nie do końca na własnej skórze. Dzięki temu poznałam bohaterki tej książki i moje najlepsze przewodniczki po Izraelu.
Prawie trzydzieści lat: Ilona i Ela. Prawie dwadzieścia lat: Miranda i Justyna. Piętnaście lat: Karolina. Osiem lat: Ewa. Cztery lata: druga Karolina. Te liczby brzmią jak wyroki, ale to podliczone lata, które dziewczyny spędziły w Izraelu. Z ich opowieści wyłania się za każdym razem inny obraz tego kraju, bo poznawały go w innych czasach. Każda z nich nosi też w sobie inną historię. Dlatego w jednej rozmowie dominuje kwestia posyłania dzieci do wojska, z innej dowiedziałam się, jak wygląda procedura otrzymania izraelskiego obywatelstwa, a podczas jeszcze innej poznałam zasady koszernej kuchni.
Celowo szukałam gojek, bo sama nią jestem. Polek, które przeprowadziły się do Izraela dobrowolnie w ciągu ostatnich trzydziestu lat, a nie tych polskich Żydówek, które przyjechały tutaj po II wojnie światowej, często dlatego, że nie było dla nich miejsca w nowej Polsce. One są pokoleniem noszącym podskórnie wielki ból, a to temat na zupełnie inną książkę. Miałam szczęście spędzić z jedną z takich emigrantek aż trzy dni. Wspaniałomyślna i mądra Mira. Rozmowy z nią w jej ogródku w Ramat Awiw to była uczta, zakrapiana nalewką i poczuciem humoru najwyższych lotów.
Rozmawiałyśmy również o miłości. "Kochana, znajdź sobie lepiej Polaka. Twój sefardyjczyk chce kobiety na stałe, takiej, która zajmie się nim i domem. Naprawdę ten bidula śpiewał ci Eshet Chayil, szabasową pieśń o dobrej żonie? Byłabyś na coś takiego gotowa? Oj, kochana. Poleciałaś w kosmos, ale chyba nie tą rakietą. Może kieliszeczek nalewki? Do tych temperatur nie można się przyzwyczaić nawet po sześćdziesięciu latach mieszkania tutaj. Pot zalewa oczy, a ziemia parzy w stopy. Zazdroszczę ci, że możesz popływać w Bałtyku. Wyszłam za mąż w Izraelu za Polaka. Rozejrzyj się lepiej w Warszawie".
Faktycznie - często, ale jakby między wierszami mój Ephraim wyrażał tęsknotę za uległą żoną i tradycyjnym modelem rodziny. Słyszałam: "Mężczyzna musi zarobić na dom, a kobieta ma zadbać o to, aby w tym domu było czysto i przytulnie" albo: "Matka jak ta kwoka powinna kurczęta przygarniać do siebie". Podczas pierwszej kolacji u mnie w domu w Warszawie, gdy podałam zupę grzybową, zostałam nagrodzona za jej smak jak nigdy w życiu: "Ty zostaniesz moją żoną!". Przyznaj się, singielko z dwójką dzieci, czy i tobie nie zmiękłyby kolana? Ale tak szczerze. Świat jest pełen samotnych ludzi, a już na pewno czterdziestoletnich kobiet po rozwodzie.
Mój Żyd sefardyjski karmił mnie słowami, gdy ja jego swoją zupą. Mówił mi często dokładnie to, co chciałam usłyszeć. Na Polkach, które mieszkają w Izraelu od wielu lat, to nie robi już wrażenia. Często są ironiczne, kiedy słyszą o gorących Żydach sefardyjskich, rozpalających serca kobiet: "Będzie ci słodził i słodził i jemu też musisz posłodzić, inaczej szybko znajdzie sobie inną" - uczyły mnie nowe przyjaciółki z Tel Awiwu. Sprowadziły mnie jednak na ziemię zbyt szybko. Lubiłam, kiedy Ephraim mi słodził.
Nie znam tego z Polski, a może miałam w życiu wyjątkowego pecha. Od poprzednich partnerów nigdy jednak nie usłyszałam wyszeptanego do ucha podczas kolacji w restauracji: "Pięknie wyglądasz. Jestem dumny, że mogę być z taką kobietą". Aaaa! Niech mnie ktoś uszczypnie!