TRZY LATA, CZTERYSTA STRON, JEDNA POLSKA
Przedstawiam Państwu wybór moich artykułów i felietonów pisanych w latach 2011-2014. Wybór - to znaczy, że jest to jedynie nie tak duża część z tego, co publikowałem na łamach dwóch dzienników, trzech tygodników, miesięcznika i dwumiesięcznika. To wybór subiektywny, ale kryteria były proste: staraliśmy się - wraz z moimi współpracownikami - wybrać teksty, które ukazywały się wyłącznie w "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Polskiej" i "Gazecie Finansowej". Natomiast teksty publikowane w "Arcanach" i "Nowym Państwie" będą zawarte w osobnym tomie, który ukaże się nakładem wydawnictwa Arcana.
"Mój kraj, mój świat". W tym tytule zawiera się w zasadzie wszystko. Jako polityk staram się reagować na to, co dzieje się w naszej Ojczyźnie, ale też wokół nas. Zainteresowania polityką międzynarodową wynikają z pewnej oczywistości: los naszego narodu jest uzależniony także od tego, co dzieje się poza granicami Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Zwłaszcza, gdy świat w XX i XXI wieku skurczył się i, jak mówi powiedzenie, gdy ktoś ma katar w Waszyngtonie, to my w Warszawie kichamy.
Czy polityk, dla którego ważna jest kondycja Kraju i stan Państwa, powinien chwytać za pióro albo raczej za myszkę komputera? Jeśli umie - to tak. Sporo jest polityków z różnych stron sceny politycznej, którym specjaliści piszą blogi (!) albo inni fachowcy konstruują felietony do tygodników (sic!). Nie należę do tego dziwnego grona, które z braku własnego talentu i pomysłu musi skorzystać z owoców cudzej pracy.
Tak, to co piszę to "zaangażowana publicystyka". Tak, irytują mnie ludzie i środowiska, które działają wbrew, moim zdaniem, interesom Rzeczpospolitej. Uważam, że nie mogą być oni bezkarni, a to, co piszę jest dla nich częścią pręgierza polskiej opinii publicznej. Często piszę z uśmiechem, nieraz z ironią, nierzadko używam szyderstwa, ale zawsze odwołuję się do, tradycyjnego w mojej rodzinie, poczucia humoru. Poczucie humoru - to broń atomowa. Zwłaszcza wobec tych, którzy są go pozbawieni.
Wśród moich przodków byli ci, którzy pracowali na roli, mali czy średni przedsiębiorcy (właściciel antykwariatu czy właściciel drukarni), profesorowie, pracownicy naukowi, ale też artyści, dyrektorzy teatru, reżyserzy, był nawet jeden święty (Brat Albert czyli Adam Chmielowski - w tym przypadku daleko padło jabłko od jabłoni). Większość zaangażowana była w życie publiczne. Ale od drugiej połowy XVIII wieku i marszałka Franciszka Bielińskiego, od którego nazwę wzięła ulica Marszałkowska w Warszawie, nie było polityków. A już zwłaszcza polityków, którzy nie tylko umieją czytać, ale także i pisać. W moim przypadku obie te sfery: "robienie polityki" i "pisanie" wiążą się ze sobą ściśle i przenikają. Choć z drugiej strony stare angielskie powiedzenie mówi o człowieku, który zmieniał kapelusze i w każdym był kimś trochę innym. Zatem dzisiaj poddaję pod Państwa osąd zbiór tekstów z ostatnich trzech lat, kłaniam się po staropolsku, a następnie uchylając kapelusza przedstawiam: "Ryszard Czarnecki, publicysta".
Ryszard Czarnecki
TE TYPY TAK MAJĄ
26.01.2011
Po debacie sejmowej na temat raportu MAK-u okazało się, zdaniem wielu mediów w Polsce, że głównym oskarżonym nie są ani Rosjanie, ani narciarz Tusk, tylko... PiS. Nihil novi sub sole. Nic nowego pod słońcem ("Słońce Peru"!). Cięciom w budżetówce, zgodnie z tą logiką (?) PO, też jest winien PiS, mimo że stracił władzę dobrze ponad trzy lata temu. Dramat PKP? A to oczywiście zaniedbania "kaczystów" - i ani słowa o tym, że to za rządów PiS-u przeznaczono na kolej największe nakłady w ostatnim dwudziestoleciu. Zapaść służby zdrowia? Jasne, że wszystko przez nieboszczyka Religę - któremu skądinąd, gdy był już bardzo schorowany, marszałek Senatu Borusewicz nie dał wystąpić na forum izby wyższej, gdzie świętej pamięci minister spędził kilka kadencji.
Ostatnio występowałem w jednej z telewizji, gdzie w czasie debaty polityków przedstawiciel jednej z opozycyjnych (a jakże) partii postawił tezę zgodną z opinią większości mediów, że PiS jest partią "wodzowską". OK. Niech i tak będzie. Tylko dlaczego ci sami politycy i te same media nie mówią zgodnie ze stanem faktycznym, że jeśli PiS jest "wodzowski", to PO - jeszcze bardziej. Dziwna jakaś choroba asymetrii występuje u znakomitej większości obserwatorów naszej sceny politycznej. PiS jest partią "wodzowską", bo na kongresie był tylko jeden kandydat. Ale na kongresie PO też był tylko jeden kandydat na prezesa... PiS jest "wodzowski", bo na Kaczyńskiego głosowało ponad 90% delegatów... Rzecz w tym, że na Tuska na kongresie PO głosował jeszcze większy procent delegatów, o czym medialny pies z kulawą nogą nawet się nie chce zająknąć.
Gdy część działaczy PiS zaczęła montować nową formację (Pomidor Jest Najsmaczniejszy, Poniedziałek Jest Najgorszy et cetera), media mainstreamowe ujeżdżały ten temat przez trzy tygodnie, podkreślając, że PiS się rozpada (!). Tymczasem po spektakularnym ataku marszałka Sejmu, czyli numeru dwa w PO (będącego również, według Konstytucji RP, numerem dwa w całym państwie), na premiera, czyli numer jeden w Platformie, większości mediów wy starczyło dwa dni, by temat zamknąć. Wynika z tego, że do "przekaziorów" w III RP pasują jak ulał słowa George'a Orwella z Folwarku zwierzęcego o tym, że wszystkie zwierzęta są równe, lecz są też zwierzęta "równiejsze".
Charakterystyczne skądinąd, że te same media, które zdecydowanie preferują partię rządzącą kosztem głównej partii opozycyjnej, jednocześnie robią wszystko, aby upewnić opinię publiczną, że zachowują absolutnie równy dystans zarówno do strony rosyjskiej, jak i do strony polskiej w kontekście raportu MAK-u! Oznacza to, że argumenty Kremla (czyli Anodiny) są traktowane z pewną powagą i skrupulatnie cytowane. Ba, niemała część polityków i mediów stała się w ostatnich dniach w sposób dość spektakularny orędownikami strony rosyjskiej... Jako żywo przypomina mi to gorszącą sytuację lat 2006-2007, gdy Unia Europejska w sporach z rządem Jarosława Kaczyńskiego zawsze mogła liczyć na gorliwą, bezinteresowną i bezrefleksyjną pomoc mediów nad Wisłą, Odrą i Brdą.
Można by to podsumować, trawestując słowa piosenki Ryszarda Rynkowskiego: "Te typy tak mają"...
DZIEJE GŁUPOTY W III RP
02.02.2011
Tytuł felietonu w oczywisty sposób nawiązuje do wybitnej książki Aleksandra Bocheńskiego Dzieje głupoty w Polsce. Ponieważ głupie działania, pomysły, wypowiedzi w ojczyźnie naszej mają charakter ponadustrojowy i nie są w szczególny sposób przywiązane do jakiejkolwiek epoki historycznej, występowały one i występują także w III RP. Dodam, że występują w niebywałej mnogości, niczym z rogu idiotycznej obfitości. To temat na - obszerną, niestety - dysertację naukową. Ja tylko przytaczam spektakularne przykłady głupoty jaskrawej, wyjątkowej, niebywałej. Uwaga metodologiczna: niemała część z tych wypowiedzi miała miejsce w... IV RP, ale ich autorami byli reprezentanci III RP, tak więc uznałem, że powinny one pójść na konto tejże.
Pora więc na konkrety i cytaty tworzące dzieje debilizmu lat ostatnich. Znany reżyser (znany nie zawsze równa sie wybitny) teatralny Krystian Lupa, skądinąd w ogóle niezajmujący się polityką, w specjalnym artykule w "Tygodniku Powszechnym" określił PiS jako... mafię. W programie Tomasza Lisa "Co z tą Polską?" znany (i ten rzeczywiście wybitny) reżyser filmowy Kazimierz Kutz, który swój szczebel niekompetencji (używając definicji Petera) osiągnął jako polityk, porównał Jarosława Kaczyńskiego do... Hitlera, nawiązując zresztą do słynnego filmu Chaplina Dyktator. Biolog, specjalista od owadów (muchówek, mówiąc ściślej) Stefan Konstanty Myszkiewicz-Niesiołowski (na użytek publiczny używający nazwiska: Stefan Niesiołowski) na kongresie PO porównał z kolei tegoż Jarosława Kaczyńskiego do... Gomułki, co zyskało spory rozgłos medialny. Ciekawe, że gdy dziennikarz Mariusz Cieślik opublikował w "Newsweeku" artykuł pokazujący rzeczywiste niebywałe podobieństwa w języku propagandy i "gospodarskich wizytach" między Tuskiem a Gomułką, to te same media nagłaśniające nieprzytomnie wypowiedź Niesiołowskiego sprzed kilku lat teraz jakoś nabrały wody w usta.
I dalej: profesor (a jakże) Wiktor Osiatyński jest autorem szczerej i historycznej formuły: "Lepsi złodzieje niż Kaczyńscy"... Lech Wałęsa, już ostatnio, a więc ponownie w czasach III RP (choć niektórzy mówią, że to jakiś PRL-bis), publicznie, choć po czasie, poradził rosyjskim kontrolerom z wieży w Smoleńsku, że powinni... strzelać, aby odwieść polskich pilotów TU-154 od lądowania. Adam Michnik, ta ikona III RP, namawiał - co prawda w Paryżu, ale w naszej klasyfikacji się mieści - aby "odpieprzyć się od generała". Jaruzelskiego, rzecz jasna, bo przecież trzeba było już wtedy przypieprzać się do polskiej prawicy, polskich nacjonalistów i polskich (zoologicznych) antysemitów.
Gdyby głupota umiała fruwać, to "nasze", i tu znów cudzysłów, "elity" polityczno-intelektualno-medialne, ten cały areopag III RP byłby skrzydlatą szarańczą - wdzięcznym potencjalnym obiektem naukowych zainteresowań profesora Niesiołowskiego, jeśliby wyborcy zmusili go do powrotu do nauki. A więc elity "Trzeciej" latałyby, zgodnie z instynktem stadnym - i to byłby ich jedyny wspólny mianownik z Pegazem.
BEŁKOT KUTZA I KŁAMSTWA RAŚ-U
09.02.2011
Korsyka - miejsce urodzenia Cesarza Napoleona - jest - wiem, co mówię - oszałamiająco piękna, ale idyllę mącą wybuchy bomb. Separatyści korsykańscy to francuski ból głowy. Niewinne hasła większej autonomii i odrębności prowadzą do zamachów, w których giną ludzie.
W Kraju Basków fascynują zabytki i przyroda, ale i tak ten region Hiszpanii ("prowincja autonomiczna") słynie w świecie z zamachów terrorystycznych, w których od lat giną ludzie. Licho, czyli ETA, nie śpi: głosząc większą niezależność od Madrytu, Baskowie uciekają się do walki zbrojnej, bo nie wystarcza im być jedną z siedemnastu autonomicznych prowincji Królestwa Hiszpanii. Piszę o tych europejskich przykładach po to, aby uświadomić wszystkim, że w kwestii autonomii i regionalnych separatyzmów w praktyce obowiązuje stare polskie porzekadło: "Od rzemyczka do koziczka"...
Dlatego też, gdy słyszę ludzi, którzy w imieniu rzekomej "mniejszości narodowej śląskiej" (nie istnieje pod względem ani formalnoprawnym, ani faktycznym) domagają się większej autonomii dla Śląska, to cierpnie mi skóra. W okresie II Rzeczpospolitej Śląsk miał własny sejm i faktycznie nieco większą autonomię niż inne polskie województwa - bo był to efekt międzynarodowych zobowiązań naszego kraju. Ale ówczesnym Śląskiem zarządzali ludzie z Powstań Śląskich, polscy patrioci, którzy za Rzeczpospolitą przelewali krew. Dziś, dzięki Platformie Obywatelskiej, która zaprosiła do koalicji rządzącej Sejmikiem Ruch Autonomii Śląska, polskim Śląskiem współrządzą ludzie, którzy publicznie deklarują, że nie obowiązuje ich żadna lojalność wobec polskiego państwa. Oto przykład. Szef Ruchu Autonomii Śląska, obecny członek zarządu województwa śląskiego Jerzy Gorzelik, do bólu szczerze, bez żadnego skrępowania mówił w wywiadzie dla Polskiego Radia 29 listopada 2010: "Jestem Ślązakiem, nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem. Państwo zwane Rzeczpospolitą Polską, którego jestem obywatelem, odmówiło mi i moim kolegom prawa do samookreślenia. I dlatego nie czuję się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa"!
Znam wielu ludzi urodzonych na Śląsku, czujących się Ślązakami - ale polskimi Ślązakami, ludzi którzy kochają Polskę jako swoją ojczyznę. Ci ludzie czują się integralną częścią Narodu Polskiego. Obrzydlistwa, które mówi Gorzelik i wtórujący mu, wybrany z listy PO do Sejmu RP, Kazimierz Kutz jest dla nich jak uderzenie w twarz. Ludzie z RAŚ-u dzielą Ślązaków na lepszych i gorszych, dzielą mieszkańców Śląska - obywateli Rzeczpospolitej - na "swoich" i "obcych".
Kazimierz Kutz pluje Polakom, polskim Ślązakom w twarz, mówiąc: "Polska stanie się na Śląsku abstrakcją. Liczyć się będzie Heimat, matka, dom, kawałek ziemi, sąsiad" ("Rzeczpospolita", 24 maja 2008). Kutz nie oszalał nagle. Już trzy lata temu bredził ("Przekrój", 30 stycznia 2008) o Ślązakach jako "największej nad Wisłą mniejszości etnicznej, mającej odmienną mowę, tożsamość, etos". Dla tego pseudopolityka PO Ślązacy to "mniejszość, która przez kilkaset lat nie miała z Polską za wiele wspólnego, a od dziesięcioleci traktowana jest przez Polskę jak vice-Żydzi" ("Przekrój", 30 stycznia 2008).
Czy grożą nam zamachy na Śląsku, oczywiście w imię walki o "autonomię dla Górnego Śląska"? Jerzy Gorzelik mówi wprost, że celem RAŚ-u jest "autonomia dla regionu w 2020 roku" ("Gazeta Wyborcza" - Katowice, 21 listopada 2010). Zaś Kazimierz Kutz wprost, bez żadnych hamulców używa w tej kwestii... języka militarnego: "Czynne uczestniczenie w boju o autonomię Górnego Śląska jest współczesnym obowiązkiem obywatelskim" (z listu opublikowanego w "Rzeczpospolitej" z 17 lipca 2010).
KRAKÓW? WARSZAWA? SOPOT?
16.02.2011
W polskiej historiozofii, w polskich naukach historycznych już od XIX wieku istniały dwie szkoły. Szkoła warszawska i szkoła krakowska. Różniły się między sobą jak ogień i woda, jak ziemia i niebo. Szkoła warszawska, mówiąc w skrócie, widziała źródło wszelkich polskich nieszczęść w dziejach, rozbiorach, wewnętrznych niesnaskach w działaniach obcych, wrażych siłach, okupantach, zaborcach, wrogich sąsiadach. To oni nas najeżdżali, dzielili się naszym terytorium, łupili, niszczyli, sowicie opłacając zdrajców, finansując Targowicę, tę z końca XVIII wieku i wszystkie późniejsze odmiany zdrady narodowej. Szkoła krakowska historie Rzeczpospolitej widziała diametralnie odmiennie. Przyczyn słabnięcia, a potem upadku państwa polskiego, przyczyn braku konkurencyjności politycznej i militarnej wobec bliższych i dalszych sąsiadów, historycy z tej szkoły upatrywali w naszych polskich, sarmackich, narodowych grzechach, zaniechaniach, waśniach, w strukturalnych słabościach, których my sami, nikt inny, byliśmy ojcami, autorami.
Reasumując: szkoła warszawska widziała źródło polskich tragedii w obcych, szkoła krakowska w nas samych. Nie jestem zwolennikiem mechanicznej tezy, iż "prawda leży pośrodku", choć jest ona wygodna na wiele okoliczności. Ale zapewne owa sentencja sprawdziłaby się w tym przypadku: realną przyczyną naszych narodowych dramatów były i oczywiste powody zewnętrzne, i w pokaźnym wymiarze powody wewnętrzne. Ja skłaniałbym się nieco bardziej w stronę szkoły krakowskiej, przede wszystkim nie tyle i nie tylko z powodów merytorycznych, ale i ze względów pedagogicznych. Szkoła krakowska, upatrując powody polskich dziejowych przegranych w nas samych, dawała nadzieję, wręcz szansę, że eliminacja naszych narodowych grzechów, wad, przywar, słabości może doprowadzić do zwiększenia realnej siły polskiego narodu i polskiego państwa względem otoczenia międzynarodowego. Szkoła warszawska, widząc winę jedynie, czy głównie, w obcych, takiej szansy nie prokurowała.
Przekładając rozważania o historii na współczesną politykę, możemy oczywiście słusznie przyjąć, że Rosjanie czy Niemcy mają wobec nas złe intencje, bo ich silna Rzeczpospolita nie interesuje. Mając z nami często, bardzo często, sprzeczne interesy, są żywotnie zainteresowani, by Polska była słaba, a co więcej: by nigdy nawet nie chciała być silna, by nie marzyła o wielkości. Wielkości w sensie realnego znaczenia politycznego, gospodarczego i militarnego na mapie Europy i świata.
Możemy więc te dążenia rosyjskie, niemieckie, ale także przecież innych państw, bliższych i dalszych geograficznie wpisać jako stały element gry i rywalizacji międzynarodowej. Stąd już tylko krok do stwierdzenia, że nasi szanowni sąsiedzi będą zawsze robić swoje i grać raczej na osłabienie naszej państwowości, niż na jej wzmocnienie. Tym większe więc znaczenie ma, czy politycy polscy, polska administracja to wie, z tym się liczy i na to pozwala. Jeżeli wiedzą - a trudno nie wiedzieć, jeśli widzi - a trudno nie widzieć, to powinni temu przeciwdziałać i walczyć "o swoje", czyli o polskie interesy. Jeśli tego nie czynią, to w sposób świadomy robią z Polski wasala, klienta, petenta mniej lub bardziej możnych tego świata. Skazują nas na to, że "Rzplita" staje się sferą obcych interesów politycznych i ekonomicznych.
Ostatnie trzy lata dały wiele dowodów i przykładów, że taką właśnie szkołę niedbania o polskie interesy, swoistego indyferentyzmu w zakresie walki o pozycję Polski na arenie międzynarodowej reprezentuje Donald Tusk i jego ekipa. Ich minimalizm narodowy, ocierający się o bycie z założenia, niejako z definicji, podnóżkiem dla zewnętrznych potęg, trudno jednak uznać za szkołę "gdańską" czy szkołę "sopocką", bo choć z tymi miastami kojarzony jest szef PO, to mieszkańcy tej zacnej metropolii z jednej strony i tej atrakcji turystycznej z drugiej są Bogu ducha winni poza niewątpliwym grzechem w postaci głosowania w dużej liczbie na partię pana Tuska.
MICHNIK I MUBARAK
23.02.2011
Nie podzielam radości Adama Michnika z powodu triumfu kairskiej ulicy i ustąpienia prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka. Pan Mubarak, prawdę mówiąc, ani mnie ziębi, ani grzeje. W gruncie rzeczy nie o niego chodzi. Rzecz w tym, kto po nim. Jeśli w Egipcie armia, która przejęła władzę, dopuści do rzeczywiście demokratycznych wyborów, to obstawiam każde pieniądze, że wygrają je islamiści. OK, to są nieco inni islamiści niż ci z Iranu czy talibowie z Afganistanu, ale ruchy islamskie pod jednym względem (a może nie tylko pod jednym) przypominają ruchy komunistyczne: przed przejęciem władzy zwykle pokazują ludzką twarz, a po jej zdobyciu przeważnie mocno się radykalizują. Pamiętam, gdy jako przedstawiciel PE byłem oficjalnym obserwatorem wyborów Autonomii Palestyńskiej. Nasza delegacja spotkała się wówczas także z przedstawicielami... Hamasu, a więc właśnie islamskich radykałów zwalczających, wywodzący się z ruchu turystycznego, ale dziś łagodniejszy fatah, związany z palestyńskim prezydentem Abu Mazenem (Abbasem). Na tym spotkaniu, dosłownie w przeddzień wyborów, ludzie Hamasu starali się pokazać ludzką twarz i zapewnić nas, że są gwarancją nie tylko stabilności w Palestynie, ale też nawet współpracy międzynarodowej. Po wyborach ich "międzynarodowa" współpraca polegała na wizycie w Moskwie, a generalnie przestali już być tak mili i grzeczni, jak starali się być przed wyborami...
Gdy słyszę różnych pajaców - ekspertów występujących w mediach polskich i zachodnich, którzy klepią się po udach z radości, że upadł Mubarak, przypomina mi się podobna sytuacja sprzed ponad trzydziestu lat, gdy podobni kretyni pląsali z uciechy, że w Iranie demokracja obaliła brytyjskiego dyktatora szacha Reza Pahlawiego. Ci polityczni krótkowidze nie przewidzieli, że ajatollah Chomeini i jego kolesie, islamscy ekstremiści, mogą być sto razy gorsi, prześladować chrześcijan, walczyć z szeroko rozumianym Zachodem i pracować nad własną bronią nuklearną. Dziś, w kontekście Egiptu podobni "eksperci", intelektualni hultaje, równie bezrefleksyjnie biją brawo demonstrantom w Kairze, przy okazji urządzając telewizyjną antyamerykańską hecę (widziałem w TVN24 dwóch takich "specjalistów", którzy radośnie dokładali brzydkiej Ameryce, jednocześnie minimalizując zagrożenie islamizacją Egiptu) - wypisz, wymaluj to bracia i siostry w głupocie tych, którzy trzy dekady wstecz uświadamiali światu, że "szach jest be, a immam Chomeini jest cacy".
Oczywiście, zaraz usłyszę, że funkcjonujące w Arabskiej Republice Egiptu Bractwo Muzułmańskie to łagodni islamscy barankowie i że przypominają islamskich rządzących polityków z Turcji, a nie radykałów z Hezbollah, Hamasu czy talibów. Zgoda, na razie przypominają. Ale z całą pewnością ich roszczenia - polityczne, kulturowe i obyczajowe - będą rosły i rosły, bo taka jest specyfika islamu. Bo problem Egiptu polega tak naprawdę na tym, że tamtejsza rewolucja wcale w gruncie rzeczy nie ma twarzy zwesternizowanego, rzeczywiście umiarkowanego faceta, jakim jest el-Baradei, tylko Bractwa Muzułmańskiego, którego część liderów dzięki tejże rewolucji właśnie wyszła z więzień.
A że w Egipcie, w prawdziwych wolnych wyborach na sto procent wygrają islamiści, jestem gotów się założyć o Koran. Tak jak dwie dekady wstecz w Algierii muzułmańscy radykałowie też wygrali wybory, ale nie zdążyli nawet utworzyć rządu, bo armia wzięła ich za twarz. I dzięki Bogu.
Michnik, ciesząc się z upadku Mubaraka, nie zastanawia się, że to, co będzie po Mubaraku, może być znacznie gorsze od pana Hosni M. Wówczas mordowanie Koptów - egipskich chrześcijan - będzie już normą, a nie odstępstwem od normy. Może dlatego Koptowie, nasi chrześcijańscy bracia mający większy dar przewidywania niż Adam Michnik, jakoś nie cieszą się za bardzo z upadku prezydenta Egiptu, mimo iż ten nie potrafił w ostatnich latach zapewnić im bezpieczeństwa. Daleko mi do Hosniego M., ale zdecydowanie bliżej do Koptów niż do Adama M.
WÓŁ, CIELĘ, OSIOŁ I HIENA
09.03.2011
Historię polityczną Polski ostatnich czterech lat można by najkrócej opisać starym polskim powiedzeniem: "Zapomniał wół, że cielęciem był"... Toż to wypisz, wymaluj motto funkcjonowania rządu koalicji PO-PSL. Pasuje jak ulał. Trafniej tego opisać nie można. Przykłady sypią się niczym z rękawa piłkarskiej koszulki napastnika Donalda Tuska. Choć do przysłowiowego wołu i cielęcia należy dodać jeszcze jedno zwierzę, adekwatne do sytuacji, że hej! Osła. A w zasadzie tabun, bandę, morze osłów.
Dziś Tusk, Rostowski, Boni i ferajna z troską na twarzach pochylają się nad Polską w kryzysie. Zapomnieli - czy chcą zapomnieć - jakie farmazony, jakie androny, jakie duby smalone, jakie niestworzone historie opowiadali o "zielonej wyspie" i megasukcesie gospodarczym pod rządami liberalno-ludowymi.
Sikorski i pomniejsi ujadacze z PO ze srogą miną, wypinając bojowo wątłe piersi, tupiąc butami (z których skądinąd słoma wychodzi), gromko i solennie deklarują urbi et orbi, że Łukaszenko to świnia, brzydki dyktator i że jeszcze z ust mu jedzie. Zapominają wołki zbożowe, jak tenże Sikorski ściskał łapę Łukaszenki i ze słowiańskim oddaniem pił mądrości z modrych (?) oczu pana Aleksandra.
Czasem dziwnie zapominalskie jest też milczenie. W czasach katastrofy służby zdrowia przy akompaniamencie uśmiechów wiecznie z siebie zadowolonej minister Ewy Kopacz Platforma milczy o ofiarach śmiertelnych, o ludziach, którzy umarli tylko dlatego, że PO robi z ochroną zdrowia to, co robi. Ale za rządów PiS-u wół z PO był platformerskim cielęciem i grzmiał, hałasował, ryczał ile wlezie, mimo że Polska miała jako ministra zdrowia profesora Zbigniewa Religę, którego charyzma i kompetencje mają się tak do charyzmy i kompetencji Ewy Kopacz, jak Himalaje do Rowu Mariańskiego.
Za czasów dyktatora Jarosława Kaczyńskiego i PiS-owskiego horroru Platforma Obywatelska wyła niczym pustynny kojot o ograniczaniu w Polsce demokracji i wolności słowa. Dziś minister Arabski zakłada knebel zbyt dociekliwemu dziennikarzowi PAP-u, znanych dziennikarzy (nieprawomyślnych!) wyrzuca się z TVP i Polskiego Radia na łeb, na szyję.
Zostawmy woła i cielę, zresztą Bogu ducha winne zwierzęta. Obserwując rządy PO-PSL, należy stwierdzić, że mamy do czynienia raczej z dominującą rolą osłów, choć w tle czają się pazerne na majątek narodowy hieny. Osłów ci u nas, w III RP, rzeczywiście dostatek. W strukturach administracji po 2007 roku mnożą się chyba przez pączkowanie.
Ale nawet jeśli "zapominał wół, że cielęciem był", to jedna rzecz jest niezmienna. Tusk pod pewnym względem, w pewnej mierze, w określonym obszarze jest przewidywalny i się nie zmienia. Jak był leniwy jako niemy wicemarszałek Senatu RP, tak dziś jest leniwy jako premier RP. Donald pozostał sobą. Wszystko się może zmienić, stanowiska potracili Bush, Juszczenko i Mubarak, a lider PO jak był patentowanym leniem, tak dalej jest leniem patentowanym (za moich szkolnych czasów mówiło się o takich osobnikach: śmierdzący leń, ale teraz to byłby język agresji i nienawiści...)
Może to i propozycja na nowe godło koalicji rządowej PO-PSL: głowa wołu, ogonek cielaka, pysk hieny i zielony, z kończyną na zadzie swojski, przaśny osioł, co to prochu nie wymyśli, ale w prochowni swojaków zatrudni.
MILCZENIE
06.04.2011
Wielki Józef Mackiewicz w swej głośnej książce pod tym właśnie tytułem zawarł bolesną prawdę o milczeniu na temat zbrodni komunizmu. Milczeniu przeogarniającym. W tym haniebnym milczeniu partycypowały również rządy państw szeroko rozumianego Zachodu. Katyń i inne przykłady komunistycznego ludobójstwa były tematami niewygodnymi. I dla USA oraz ich kolejnych prezydentów, i dla władz brytyjskich przesiąkniętych - jak się okazało po latach - agentami KGB, i dla elit francuskich zaczadzonych lewicowością, która nie pozwalała przez okulary ówczesnej politycznej poprawności widzieć w Moskwie potwora.
Tak było z Katyniem. Tak jest ze Smoleńskiem. Po kilkudziesięciu latach znów milczenie jest w modzie. Po paru dekadach znów biznes i wąsko rozumiana polityka wygrywa z prawdą. Nic nowego pod słońcem - zachodnim słońcem, dodajmy.
Dziś w Waszyngtonie, Paryżu, Berlinie (przypadek szczególny) kalkuluje się w podobny sposób. Nie ma już Związku Sowieckiego, ale mechanizmy rosyjskiego kłamstwa i zachodniego oportunizmu są w nowych okolicznościach te same.
Niedawno znany francuski dziennikarz i doświadczony belgijski dyplomata w prywatnych rozmowach nie pozostawiali wątpliwości, kto ich zdaniem odpowiada za tragedię pod Smoleńskiem. Pierwszy był korespondentem w Moskwie, drugi od lat siedzi w polityce zagranicznej, swoje wiedzą i w towarzyskich rozmowach mówią otwartym tekstem: "Rosjanie". Ale nie powiedzą tego publicznie, bo "nie trzeba głośno mówić"...
To nieprawda, że o Zbrodni Katyńskiej świat nie wiedział. A może ściślej, nie wiedziała opinia publiczna, elity natomiast wiedziały. Ale nie chciały tego głośno mówić. To się nie opłacało. Dziś mamy smoleńskie déja vu.
Jest jeszcze jedna uderzająca analogia, bo wiadomo: wtedy sowiety, dziś Federacja Rosyjska kłamały i kłamią jak najęte, wtedy i dziś Zachód milczał i milczy, by nie komplikować sobie potencjalnych manewrów gospodarczych i politycznych ze Wschodem. Ale też jedna rzecz jest, niestety, tak bardzo podobna. Wtedy władze w PRL-u śpiewały w chórze moskiewskiej propagandy - a dziś przecież jest podobnie: władza i główne środki masowego przekazu zwalczają tych, którzy upatrują w Rosji winowajcę tragedii z 10 kwietnia 2010. Kiedyś komunistyczna political correctness, dzisiaj "polityczna poprawność", ale już liberalna, nakazują chwalić ocieplenie relacji Warszawy i Moskwy, a tych, którzy mają pytania, wątpliwości, którzy wskazują na fakty, oskarża się o najgorsze intencje.
Widzimy, jak niektórzy z tych, którzy mówili - i czerpali z tego korzyści - że Katyń to robota Hitlera, którzy odcinali kupony z tego kłamstwa swojego i partii komunistycznej, do której należeli, teraz, jak gdyby nigdy nic, już twierdzą, że Katyń to sprawa Stalina, ale jątrzyć Smoleńskiem nie można, bo to by zaszkodziło naszym relacjom z Rosją. Lepiej więc stawiać pomniki okupantom z Armii Czerwonej niż pomnik tym, którzy zginęli na posterunku w kwietniu 2010 roku w smoleńskim lesie.
Niby się w Polsce wiele zmieniło, a to się nie zmieniło. Podłość, kłamstwo, służalczość wobec obcych wypływa na wierzch, z tupetem, bezczelnie, pewne swego. Tak pewni, jak pewni byli obrońcy tezy, że sojusz z ZSRS to gwarancja niepodległości, a Katyń to dzieło Wehrmachtu z 1942, a nie NKWD z 1940 roku.
Jedni już trafili na śmietnik historii, drudzy właśnie tam żwawo podążają.
EI, CZYLI CUKIERKI
13.04.2011
Nie chodzi bynajmniej o polskie potoczne zwrócenie komuś uwagi lub zaczepkę "Ej!". Cóż to więc za diabeł to "EI"? Ano skrót od angielskich słów European Identity, "europejska tożsamość". Od lat setki tysięcy euro europejskich podatników (od 2004 roku także polskich) wydawanych jest na propagandowe broszurki i opasłe tomiszcza, które poświęcone są owej euroodmianie rzekomego potwora z Loch Ness. Jak wiadomo - ów potwór nie istnieje w krainie "Braveheart", podobnie jak nie ma Yeti w Himalajach. Nie dam złamanego euro (tym bardziej 304 euro), że owa "europejska tożsamość" istnieje.
Rozumiem, co to znaczy być Polakiem, Niemcem (a nawet Szwabem), Francuzem, ba, szwedzkim wikingiem, ale jak słyszę "Europejczyk", pachnie mi to "politgramotą", czyli już nie sowiecką, ale europejską, czasem równie nachalną propagandą. Osobiście jestem Europejczykiem. Ale tylko dlatego, że jestem Polakiem. Mój znajomy Ashley jest Europejczykiem, ale tylko dlatego, że jest angolem. Nie ma jeszcze i (mam nadzieję) nigdy nie będzie narodu Europejczyków. To wymysł. Więcej - to szalbierstwo. Jasne, że bliżej mi do biednego portugalskiego rolnika, nie tylko dlatego, że jego język i mój zawierają takie same szeleszczące spółgłoski, ale przede wszystkim dlatego, że chylimy czoło przed tym samym Bogiem i chodzimy do tego samego (nie w sensie architektonicznym) Kościoła - niż do tego smagłego Libijczyka, który krzyczy o Allahu i wymachuje karabinem (choćbym nawet mu trochę współczuł). Ale to jeszcze nie oznacza, że poza pewną bliskością geograficzno-kulturowo-cywilizacyjno-religijną możemy mówić o jakiejś osobnej kategorii "Europejczyków", jeśli nie są oni przede wszystkim zakorzenieni w swoich narodach, w swoich ojczyznach. Tak samo bliżej mi, choć się z niego trochę śmieję, do yuppie, czyli młodego człowieka z londyńskiego city, bo podejrzewam, że może liznął Szekspira, a od biedy moglibyśmy porozmawiać o Garym Linekerze, Paulu Scholesie czy innej gwieździe angielskiego, ale też jednak europejskiego futbolu - niż do białego Wietnamczyka brodzącego po polach ryżowych, choćbym miał nie wiem jaki podziw dla jego pracowitości i podziw dla jego pokory wobec życia.
Choć oczywiście wolałbym, żeby Europa nie przegrywała rywalizacji ekonomicznej z Ameryką i Azją, bo tak byłoby lepiej dla mojej ojczyzny - to jednak przede wszystkim obchodzą mnie losy i pomyślność mojej nacji - Polaków. A więc jak słyszę eurospeak, czyli euronowomowę o "europejskiej tożsamości", o byciu Europejczykiem, to śmieję się z tego bełkotu, ale z drugiej strony szlag mnie trafia, bo wiem, że to wszystko z moich (naszych) pieniędzy.
Jednak wreszcie w Parlamencie Europejskim udało się ustalić, co to jest European Identity. Oto w ostatni czwartek w wewnętrznej skrzynce na listy znalazłem białe i niebieskie pastylki wyprodukowane przez znaną firmę (oczywiście mieszczącą się w Europie) kojarzoną na rynku ze słodyczami dla dzieci. Owe drażetki (zapewne przypadkowo w kolorach flagi Finlandii) na opakowaniu miały napis, który wszystko wyjaśniał: Your European Identity, a który sam w sobie był nadużyciem (tak jakby UE kryła w sobie całą Europę, a rzekoma "europejska tożsamość" miała się ograniczać do granic Unii - co na to Serbowie, Norwedzy, Szwajcarzy, Ukraińcy i tak dalej).
Otóż to! Wreszcie ustalono, co to jest europejska tożsamość! Tylko dlatego, że liczba cukierków to... 13 (7 niebieskich i 6 białych...)? Przecież 13 to liczba feralna.
EUROCENZURA
20.04.2011
Pierwszy raz wystawę organizowaną przez polskich europosłów w Parlamencie Europejskim ocenzurowano w 2006 roku. Było to w Strasburgu. Ekspozycja poświęcona była ochronie życia poczętego i zabijaniu nienarodzonych dzieci. Wówczas wystawa została ocenzurowana w najprostszy i najmniej finezyjny sposób: po prostu usunięto część plansz z kontrowersyjnymi, zdaniem władz europarlamentu, fotografiami (szczątki płodu wyrzucone na śmietnik, wyraźnie widoczne na zdjęciach - mimo aborcji - główki, rączki i nóżki nienarodzonych). Aby zaingerować w treść polskiej wystawy, wymyślono formalnoprawne preteksty. Wystawa ta odbiła się szerokim echem także dzięki debacie w Strasburgu, w czasie której jedna z portugalskich eurodeputowanych przyznała się do usunięcia ciąży, a inna - Niemka - odkryła publicznie kulisy swojego życia seksualnego, opowiadając, że mąż był dla niej niedobry, a ona jest dziś bardzo szczęśliwa z... obecną partnerką (sic!). Skądinąd doszło wtedy do ostrych przepychanek pomiędzy rosłymi ochroniarzami z PE a polskimi deputowanymi.
Cenzura zaatakowała kolejny raz w 2008 roku, gdy europosłowie PiS-u zorganizowali wystawę poświęconą Czeczenii. Sprawa odbiła się szerokim echem także w polskich mediach, które zresztą, co ciekawe, w większości stanęły po stronie eurodeputowanych Prawa i Sprawiedliwości, a nie węgierskiego postkomunisty Szabolcasa Fazakasa, który był wtedy kwestorem-cenzorem.
Kilka miesięcy później mieliśmy w Brukseli już nie tyle cenzurę, ile zwykły prymitywny i ordynarny sabotaż: w noc poprzedzającą wystawę IPN-u dotyczącą wysiedleń ludności polskiej przez Niemców w okresie II wojny światowej niewidzialna ręka o progermańskich sympatiach odcięła wszystkie źródła prądu na terenie ekspozycji (udało się to na czas naprawić).
A teraz znowu europarlamentarna cenzura objawiła się w pełnej krasie i z medialnym przytupem. Wywołało to dość charakterystyczne, odmienne reakcje większości polskich mediów. Zamiast bronić wolności słowa, zajęły się one, i to bardzo gorliwie, uzasadnianiem tezy, iż cenzurować można, a czasem wręcz należy. Uznano, że wystawa była partyjna, PiS-owska, w związku z czym knebel jest jak znalazł. Maksimum tego, co potrafili wydobyć z siebie dziennikarze mainstreamowych mediów, było stwierdzenie: "No, z tą cenzurą to przesada, ale te napisy były nie do przyjęcia"...
Przez dwadzieścia cztery godziny trwał interesujący medialny spór, kto jest głównym cenzorem Unii Europejskiej: pięcioosobowe grono kwestorów (czyli, powiedzmy, skarbników) Parlamentu Europejskiego czy też przewodniczący PE Jerzy Buzek. We wtorek kwestorzy twierdzili, że Buzek, a Buzek - że kwestorzy. Najbardziej jednoznacznie wypowiadała się Astrid Lulling, kwestor z Luksemburga, nazywana czasem pierwszą damą europarlamentu, jako że po raz pierwszy została wybrana do PE w 1963 roku i zasiada tam, z krótkimi przerwami, od niemal pół wieku. Twierdziła ona, że to osobiście Jerzy Buzek zwrócił się do kwestorów, by zajęli się tą wystawą oraz że do niego należała ostateczna decyzja. Jednak już w środę, po czterech godzinach, należąca do tej samej frakcji parlamentu co szef PE, czyli chadeków (EPP), Lulling zmieniła zdanie i całą winę wzięła na mężne piersi kwestorów. Polski szef europarlamentu tłumaczył, że prosił kwestorów o zmianę ich decyzji, ale go nie chcieli posłuchać. Okazało się więc, że jeden z najważniejszych ludzi w UE - według propagandy PO - ma niebywale skromne kompetencje...
O CHIŃCZYKACH I RUSKICH...
04.05.2011
Po raz pierwszy w polskiej literaturze politycznej - tej, która dotarła pod strzechy - temat chiński pojawił się w Weselu Stanisława Wyspiańskiego. "Chińczyki trzymają się mocno" - ten cytat z weselnej konwersacji przeszedł do historii polskiej literatury. Do dziś wielu z nas, ludzi pasjonujących się życiem politycznym, zaczyna rozmowę od słów Wyspiańskiego: "Co tam, panie, w polityce?" - a właśnie odpowiedzią na to pytanie była fraza o Chińczykach.
Dziś Chińczycy trzymają się jeszcze mocniej, choć według różniących się szacunków Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego już w tym albo w przyszłym roku Chiny stracą pozycję prymusa, gdy chodzi o kategorię najszybciej rozwijających się gospodarek świata. Oczywiście na rzecz Indii. Agencja ratingowa Moody's przewiduje co prawda, inaczej niż BŚ i MFW, że nastąpi to za dwa lata, ale jak zwał, tak zwał, na jedno wychodzi. Przyznaję: lubię Chińczyków. Nie tylko i nie tyle za ich pracowitość, zdyscyplinowanie i poczucie narodowej solidarności, ale przede wszystkim dlatego, że w czasach komunizmu Pekin grał na nosie Moskwie. Wówczas Polacy z mojego i starszego pokolenia trzymali kciuki za skośnookich. To były czasy! Gdy do Moskwy z wizytą przyjechał premier ChRL Czou en Lai (używam starej pisowni, mam w nosie nową), pierwszy sekretarz KC KPZR Nikita Chruszczow oburzył się, że Chińczyk nie zna rosyjskiego, czyli języka międzynarodowego komunizmu. Na co gość z Pekinu hardo wyraził ubolewanie, że Chruszczow nie zna chińskiego, i zaoferował lekcje swojego rodzimego języka sowieckiemu dygnitarzowi...
Później było jeszcze ciekawiej i jeszcze ostrzej. Tuż przed zamrożeniem stosunków między Chinami a Kremlem, podczas swojej ostatniej wizyty w Moskwie, bodaj w 1959 roku, tenże Czou en Lai bezpardonowo atakowany był przez wywodzącego się z Ukraińskiej SRR genseka. Chruszczow wypominał mu wszystkie możliwe grzechy i zdrady, by coraz bardziej poirytowany, pozbawiony już na koniec i argumentów i mocnych politycznych kart w ręku uciec się do najcięższego możliwego zarzutu: wypomniał swojemu gościowi burżuazyjne pochodzenie... Jak głosi legenda, premier z Pekinu spojrzał zimno na Chruszczowa i odparł: "No cóż, Towarzyszu Pierwszy Sekretarzu, obaj zdradziliśmy swoje klasy społeczne". Dla sowieckiego przywódcy, dziecka kołchozu, był to siarczysty policzek.
Nic więc dziwnego, że Chiny budziły nad Wisłą sympatię. Zwłaszcza gdy dowiedziano się, że Pekin miał powstrzymywać Moskwę od zbrojnej interwencji w Polsce jesienią 1956 roku. Nie wiadomo, czy to prawda, ale Polacy w to wierzyli. Potem nawet Gomułka, w nagłym przypływie mocarstwowości chciał mediować między skonfliktowanymi Moskwą a Pekinem.
Opowiadano liczne anegdoty z chińskim motywem w tle, jak choćby o polskim rybaku, który złapał złotą rybkę, a ta zgodziła się spełnić jego dwa życzenia. Oba były identyczne. Nasz rybak chciał, aby naród chiński w całości przybył do granic Polski i z powrotem do siebie. I tak dwa razy... Wiadomo, że tratując wszystko po drodze.
Dziś ChRL jest dalej ChRL, ale nie jest już izolowana, stała się natomiast globalną potęgą. A my dalej mamy problem z Ruskimi...