Rozdział 8
Z błogich objęć snu bezlitośnie próbował wyrwać mnie budzik. Przerzucałem się z boku na bok, starając pozostać w świecie sennych marzeń. Niestety, dźwięk alarmu jak na złość nie chciał zamilknąć.
Wyciągnąłem rękę i na oślep chciałem włączyć drzemkę. Nim zdążyłem to zrobić, muzyka zamilkła. Ściągnąłem poduszkę z głowy i podniosłem wzrok. Mimo zaspania, spodziewałem się zobaczyć Cole'a przy moim łóżku, więc zdziwiłem się, gdy go tam nie było.
Ledwo dostrzegłem w kącie ruch, tuż poza zasięgiem mojego wzroku. Zarejestrowałem wysoką postać i podskoczyłem przerażony, nim rozpoznałem w niej androida. Przyłożyłem dłoń do piersi i westchnąłem. Jakby maraton horrorów nie wystraszył mnie już wystarczająco...
Spojrzałem na postać zmęczony i lekko skołowany. Przetarłem oczy i z trudem usiadłem na łóżku. Cole wyglądał nieco niepokojąco, wpatrując się we mnie z daleka. Nie potrafiłem stwierdzić, czy nie wygląda jeszcze bardziej przerażająco niż gdy był tuż przy moim łóżku.
- Dlaczego tam stoisz?
- Powiedziałeś, że mam nie stać przy tobie, gdy się budzisz. Czy taka odległość jest wystarczająca, żebyś czuł się komfortowo?
Milczałem. Walczyłem z frustracją, trzymając łokcie oparte na kolanach, a na splecionych dłoniach opierając twarz. Zastanawiałem się, czy w ogóle miałem siłę, żeby mu cokolwiek tłumaczyć. Dla własnego dobra psychicznego powinienem, ale było na to zdecydowanie za wcześnie.
- Tak, może być. Ale nie stój tak nigdy w nocy, bo dostanę zawału. Chwila...
Rozejrzałem się po pokoju, gdy do rozbudzonego umysłu dotarła myśl, która powinna pojawić się w mojej głowie na samym początku.
- Cole...
- Tak, Leo?
- Czy nie zasypiałem na dole, na kanapie?
- Tak, Leo.
Wziąłem kolejny głęboki wdech. Żeby zadać następne pytanie musiałem zachować całkowity spokój, inaczej naprawdę mógłbym się wkurzyć.
- Czy ty zaniosłeś mnie do łóżka?
- Tak, Leo.
Spodziewałem się tej odpowiedzi. Właściwie nie oczekiwałem żadnej innej. Jakoś nagle minęła mi senność.
Wziąłem kilka głębszych wdechów i przetarłem oczy, nim spojrzałem znowu na Cole'a, powściągając irytację.
- To jest, kurwa, przerażające.
- Dlaczego?
- Bo... bo po prostu to jest przerażające. Dorosły facet może nieść drugiego faceta tylko wtedy, gdy ten pierwszy jest pijany albo umiera.
- Rozumiem. Co powinienem w takim razie zrobić następnym razem, gdy zaśniesz na kanapie?
- Obudzić mnie! - Wziąłem kolejny głęboki wdech. - Albo zwyczajnie tam zostawić. Następnym razem, gdy zasnę, możesz zająć moje łóżko. Albo... nie wiem, zrzucić mnie na ziemię, przynieść koc... cokolwiek, byle nie to.
- Dobrze. - Przytaknął krótko. Był naprawdę niemożliwie niemożliwy. - Przygotowałem śniadanie.
- Mhmm... Zaraz zejdę. Możesz poczekać na mnie na dole?
- Oczywiście.
Dopiero, gdy wyszedł, pozwoliłem sobie na delikatny uśmiech, który dotychczas ukrywałem dłońmi. Zagryzłem dolną wargę, powstrzymując się od śmiechu. Nawet nie wiedziałem, skąd u mnie to rozbawienie. Jeszcze chwilę temu byłem wściekły. Przyzwyczajając się do Cole'a, jednocześnie coraz bardziej i coraz mniej wkurzałem się na jego dziwaczne zachowania, a te wydały mi się coraz zabawniejsze, gdy o nich myślałem na spokojnie. I... cóż, na swój pokręcony sposób było to wyjątkowe. Nienawidziłem się za to, że tak mnie to bawiło, ale z dnia na dzień chyba coraz bardziej zaczynałem lubić androida. Zacząłem się nawet obawiać, że przez te trzy miesiące tak się do tego przyzwyczaję, że będę za tym tęsknił. No bo... kto inny zachowywał się jak Cole? Na swój nieporadnie-irytująco-uroczy sposób był naprawdę wyjątkowy. Nawet nie rzucił żadnym złośliwym komentarzem, gdy kleiłem się do niego pół wieczoru.
Zarumieniłem się nagle, gdy przypomniałem sobie wczorajszy maraton. Nie mogłem nic poradzić na to, że byłem tchórzem, ale gdy teraz odtwarzałem sobie ten wieczór, czułem ogromne zażenowanie. Czy Cole uważał to za żałosne, czy całkowicie normalne, należały mu się chyba przeprosiny.
Poszedłem do łazienki i przemyłem twarz, by się rozbudzić, nim zszedłem na dół. Android już czekał na swoim miejscu, z parującym kubkiem herbaty stojącym przed nim.
- Umm... Cole, mam sprawę. - Usiadłem naprzeciwko niego i wbiłem speszony wzrok w kawę. - Czy możemy porozmawiać o wczorajszym wieczorze?
- Oczywiście. Myślę, że będzie to nawet dość adekwatne. Warto byłoby omówić filmy, które wczoraj obejrzeliśmy.
- Nie, nie o to chodzi.
Moje zażenowanie było coraz bardziej widoczne na czerwieniejącej twarzy. Gdybym rozmawiał z kimkolwiek innym, łudziłbym się, że tego nie zobaczy, ale wiedziałem, że android widział moje speszenie na długo, nim zacząłem się rumienić.
- Słuchaj, chciałem powiedzieć tylko, że jest mi trochę głupio, jeżeli chodzi o wczorajsze sytuacje przy horrorze. A właściwie to... o moje zachowanie - mówiłem coraz mniej pewnie, wpatrując się w napój. Wiedziałem, że Cole nawet nie wie, że zrobiłem coś, co może nie było do końca w porządku dla heteroseksualnego faceta. Czułem jednak, że muszę mu to powiedzieć. - Wiem, że pewnie ci to nie przeszkadzało, ale to, że, no wiesz, chowałem się za tobą i trochę... trochę się do ciebie kleiłem. Przepraszam...
Nie sądziłem, że powiedzenie tego będzie aż tak trudne. Miałem świadomość, że Cole nie ma mi nic za złe i nawet nie wie, że to mogłoby być coś dziwnego, ale i tak czułem się źle, że postawiłem go w takiej sytuacji.
- Nie rozumiem. Co nietaktownego było w twoim wczorajszym zachowaniu?
- No że... Ogólnie wiesz... Społeczeństwo uważa, że mężczyźni nie powinni za bardzo się do siebie zbliżać. Gdybym zachowywał się podobnie w miejscu publicznym, wiele osób mogłoby mieć o to pretensje.
Milczał chwilę, wpatrzony w przestrzeń, jakby analizując wczorajszy wieczór. Dopiero potem znowu spojrzał na mnie.
- Wciąż nie rozumiem. Twoje zachowanie podyktowane było naturalnym odruchem, jakim jest strach. Nie zarejestrowałem żadnych dwuznacznych odruchów.
- Po prostu... wolałem się upewnić, czy to jest w porządku dla ciebie. Wiesz, w tego typu bliskości tak ogólnie... nie ma nic złego. - Starannie dobierałem słowa, próbując jak najlepiej wyjaśnić androidowi zawiłości uwarunkowań kulturowych. - Ale... wielu mężczyzn poczułoby się niekomfortowo w takiej sytuacji, bo... no nie życzą sobie fizycznego kontaktu z drugim mężczyzną. Kwestia... przestrzeni osobistej jest bardzo umowna i zależy od wielu czynników.
- Nie powinienem w przyszłości pozwolić ci na taką bliskość?
- Nie, chodzi o coś zupełnie innego. Nie powinieneś pozwalać na to obcym ludziom. Czekaj, może tak... Poziom bliskości, na jaki powinieneś zezwalać innym, zależy od tego, jak zażyłą relację macie.
- Odniosłem wrażenie, że nasza relacja jest wystarczająco bliska, by tego typu zachowania były normalne. Jeżeli podświadomie uznałeś, że jesteś gotowy na traktowanie mnie jako wsparcie w takiej sytuacji, powinienem chyba odpłacić się tym samym, prawda?
- Cóż, chyba tak.
- Rozumiem. Będę w takim razie zachowywał bezpieczny dystans w stosunku do obcych ludzi. Jednak jeżeli chodzi o ciebie, wzorując się na zachowaniach ludzi, wydaje mi się, że powinieneś być dla mnie wystarczająco bliską osobą, żeby taki dotyk nie powodował we mnie wrażenia dyskomfortu, gdybym był w stanie takowy odczuwać.
- Cóż, dobrze, że o tym porozmawialiśmy i nie masz mi tego za złe. Chciałeś porozmawiać o tym filmach...
Modliłem w myślach, żeby Cole nie próbował ciągnąć wcześniejszego tematu. Ku mojej uldze, nie zrobił tego.
- Tak, mam dokładnie trzydzieści cztery pytania nawiązujące do waszych zwyczajów i zachowań, jeżeli to nie problem. Po pierwsze, chciałbym zrozumieć, skąd u was potrzeba zejścia do ciemnej piwnicy, w momencie, gdy w domu dzieją się dziwne rzeczy, a stamtąd słychać niepokojące dźwięki?
Uśmiechnąłem się rozbawiony, nie mogąc się po prostu powstrzymać. Czasami nie wiedziałem, czy bardziej zabawna była jego nieporadność życiowa, czy tłumaczenie mu idiotycznych rzeczy, które robią ludzie. Może w świecie, gdzie my i roboty by koegzystowały razem, to ludzie byliby tymi dziwnymi?
Dzień zapowiadał się naprawdę pięknie. Poranne promienie słońca wpadały przez wielkie, świeżo umyte okna, kawa zrobiona przez Cole'a była pyszna i aromatyczna, miałem wenę do pisania, moja nowa książka zapowiadała się całkiem obiecująco, a w najbliższych dniach miałem się spotkać z kumplami, jak za starych, dobrych czasów. Szkoda tylko, ze Kenny wciąż nie dał znać, czy zamierza przyjść czy nie. Albo raczej - czy zamierza przyjść, skoro jego dziewczyna nie jest zaproszona - ale nie zamierzałem się tym przejmować. Wcześniejsza niepewność i lęk związany z Colem jakoś mi przeszły.
Patrząc na widoki za oknem, pierwszy raz od dłuższego czasu pomyślałem sobie, że życie wcale nie jest aż tak beznadziejne, jak mi się wydawało.