Rozdział 1
MARYSIA
O swoim dzieciństwie opowiada Pani z uśmiechem. A przecież trwała wojna...
Myślę, że małe dziecko, kiedy ma miłość rodziców, pamięta tylko dobre rzeczy. Moje będę na pewno ubarwiać, mimo że pierwsze sześć lat mojego dzieciństwa przypada na czasy wojny. Pamiętam je wyrywkowo, jak pojedyncze kadry filmu. Mgliste sceny, czasem jedynie wrażenia. Głównie z opowiadań rodziców. Ale kilka zdarzeń żyje wyjątkowo silnie i wyraziście w moich wspomnieniach.
Gdzie zaznaczyłaby Pani początek swojej historii?
W historii rodziców. Z opowiadań wiem, że od początku stanowili dwie połówki, które miały szczęście się odnaleźć. Piękna z nich była para. Mama, Irena Sołtyk, pochodziła z dobrej rodziny z bogatymi tradycjami. Niewysoka, drobniutka, zgrabna, a przy tym inteligentna, wrażliwa, muzykalna. Śliczna. Mogłabym tak wyliczać bez końca. Tata, Wacław Cembrzyński, przystojny, zaradny, za swoją Irenką gotów skoczyć w ogień. Podobno połączyła ich miłość od pierwszego wejrzenia. Przez całe wspólne życie bardzo się kochali, szanowali. Miałam ogromne szczęście, że oboje długo żyli.
Moja mama wcześnie straciła swoich rodziców. Był 1916 rok, szalał tyfus. Franciszek Sołtyk i Bronisława Radzimowska zmarli podczas epidemii. Osierocili trzyletnią Irenkę. Mamą zaopiekowała się dalsza rodzina. Podziwiam ją. Wyrosła na niezwykle silną kobietę, mimo że wychowała się bez rodziców. A może właśnie dlatego.
Bliski jej był brat ojca, Stefan Sołtyk, senator, społecznik, nauczyciel, znana postać przed wojną. Zastąpił mamie zmarłego ojca. To w jego domu mieszkała najdłużej. Zakochał się w niej na zabój kolega brata i poprosił o rękę. Był nim mój tata. Mama przyjęła jego oświadczyny. Rodzina nie od razu zaakceptowała ich związek. Tata pochodził z wielodzietnej, niezamożnej rodziny ze Sławkowa w Zagłębiu Dąbrowskim, pracował w radomskiej Fabryce Broni jako mistrz działu karabinów maszynowych. Zdaniem wujów i ciotek, nie był wymarzonym mężem dla Irenki. Kiedy jednak zobaczyli jego pracowitość, dobroć, sumienność oraz szczęście wypisane na twarzy mojej mamy, przekonali się do niego i polubili.
Rodzice. Irena Sołtyk i Wacław Cembrzyński. Połączyła ich miłość od pierwszego wejrzenia.
Owocem tej wielkiej miłości była Marysia.
Na świat przyszłam w Radomiu. Moim ojcem chrzestnym został wuj mamy, senator Stefan Sołtyk, głowa rodu. Nałożył mi na szyję złoty łańcuszek z krzyżykiem i udzielił przesłania na przyszłość: "Niech Bóg prowadzi cię przez życie, Mario Elżbieto...". Podobno to był najpiękniejszy okres w życiu rodziców. Tak opowiadała mi później mama. Myślę, że kiedy dwoje ludzi łączy wielka miłość, to dziecko jest dla nich najcudowniejszym darem. Moi rodzice zawsze, nawet w czasach wojny, a może właśnie z jej powodu, starali się ocalić moje dzieciństwo. Drobiazgi, które znajdowałam pod choinką na Gwiazdkę, nawet dziś, po latach, w mojej pamięci są bezcenne. Pewnej zimy - pamiętam - w trzaskający mróz, gdy marzły mi uszy, mama owijała mi głowę szalikiem, bo była taka bieda, że nie miałam nawet czapki. Wieczorem nie mogłam się doczekać wizyty Świętego Mikołaja. Dostałam od niego piękny prezent. Czapkę. Ciepłą, miękką, w kolorze nieba. Polubiłam ją od razu i nie chciałam w ogóle zdejmować jej z głowy. To był jedyny gwiazdkowy prezent, jaki wówczas dostałam. A, nie - jeszcze kilka cukierków.
Czy to nauczyło małą Marysię cieszyć się z drobiazgów, małych, codziennych rzeczy?
Tak, na pewno. Taka jestem. Radość sprawiają mi nie wielkie sprawy, tylko coś drobnego w zwykłym dniu. Cieszę się z czyjegoś miłego gestu, spojrzenia, jednego słowa. Wtedy dzień staje się niezwykły. Jak tamten, w którym dostałam czapeczkę od Świętego Mikołaja.
Długo Pani w niego wierzyła?
O, tak! Dzieci chcą w niego wierzyć, bo to jest piękna magia, poczucie bezpieczeństwa, rodzinnego ciepła. Wyobrażałam sobie, że gdy już wszystkie maluchy śpią, on sunie po niebie w saniach, przemierza drogę zlepioną z chmur, białą i śniegową, sam też jest biały od wielkiej brody, kolor nadaje mu jedynie purpurowa czapa. Marzyłam, by go zobaczyć, starałam się nie zasnąć, czekałam, nadsłuchiwałam. Nigdy mi się to nie udało. Nie mogłam wyjść z podziwu, jaki mądry i wspaniały jest Święty Mikołaj, że wszystko wie.
Kiedy odkrywamy, kto naprawdę stoi za gwiazdkowymi prezentami, doroślejemy...
Pamiętam, jak uświadomiłam sobie, że moi rodzice zrobili wszystko, co można było zrobić w trudnych czasach, abym miała dobre dzieciństwo, że to oni spełniali, w miarę możliwości, moje gwiazdkowe marzenia. To jest sekret życia, bardzo piękny i prosty - magię może tworzyć każdy z nas, za pomocą drobiazgów, gestów, ciepłych słów. Gdyby wszyscy to rozumieli i wprowadzali w czyn - świat byłby lepszy.
Marysia Cembrzyńska. Ciekawa świata, stawiająca na swoim, uparta od najmłodszych lat. Rodzice żartowali, że ich córka to prawdziwa Marysia Samosia.
Co rodzice przekazali ukochanej córce?
Nauczyli mnie pięknych rzeczy. Wrażliwości, empatii, postrzegania świata jako cudu, na który przyszliśmy po to, by kochać. Pokazywali mi dobro, mimo wojny, zła.
Uwielbiałam wpatrywać się w Księżyc, podziwiać jego blask, poświatę, magię. Dzięki ojcu pokochałam zwierzęta. Przyniósł kiedyś z lasu liska, malutką sierotkę, nie wiadomo, co się stało z jego mamą. Opiekowałam się nim, dbałam o niego, karmiłam. Lisek stał się moim przyjacielem. Gdy podrósł, tata powiedział: "Marysiu, wypuścimy go do lasu, on musi żyć na wolności". Płakałam. Był też Garbusek, kurczak, który pewnego dnia nieoczekiwanie zniósł jajko. A potem przybył do naszego domu Gacek, mały nietoperz. Całowałam go i kochałam. I znów przyszła chwila rozstania. Kiedy zmężniał i wiedzieliśmy, że da sobie radę, tata wypuścił go przez okno. Stałam obok, a tata głaskał mnie po głowie: "Marysiu, nie płacz, Gacek musi latać. No, otrzyj łzy. Widzisz te ptaki na niebie? Ty też kiedyś będziesz fruwać, jak one!".
Mama, Irena z Sołtyków, kochała teatr, uważała, że Marysia urodziła się aktorką, i powtarzała: "Rób to, co kochasz, bo to wielkie szczęście".
Piękne przesłanie. Nie każda dziewczynka ma szczęście usłyszeć takie słowa od ojca.
O, tak. On wiedział, co jest w życiu ważne: marzenia. Kochał mnie bezgranicznie. Grał na wielu instrumentach, tę pasję odziedziczyłam po nim, i gdy zaczęłam poważnie interesować się muzyką, wspierał mnie w tym. Wymarzył sobie, że będę pianistką. Zrobił wszystko, bym zdobyła solidne wykształcenie muzyczne. Lubiłam grać i podobno robiłam to całkiem nieźle. Ale pianistką nie zostałam.
Jakie słowa słyszała córka od mamy?
"Rób to, co kochasz, bo to wielkie szczęście". Powtarzała też, że mogę w życiu osiągnąć, co tylko sobie wymarzę. Dała mi siłę i wiarę, że potrafię, mogę, zawsze sobie poradzę. To ona rozbudziła we mnie miłość do aktorstwa. W Radomiu niemal w każdą sobotę chodziłyśmy na spektakle, mama bardzo kochała teatr. Wkładała najlepszą sukienkę, ja też ubierałam się ładnie, i ruszałyśmy dumne i pełne nadziei na spotkanie ciekawych ludzi, obejrzenie niezwykłej historii. Dobrze się czułam w teatrze, szczególnie podziwiałam aktorki. Zachwyciła mnie, występująca tam gościnnie, wielka aktorka Iga Mayr. Scena i to, co się na niej działo, było niczym sen. A w latach pięćdziesiątych mieliśmy w Radomiu świetny teatr.
To wtedy zamarzyła Pani o aktorstwie?
Myślałam, że to na pewno interesujące - być aktorką, każdego wieczoru wychodzić na scenę, skupiać na sobie światła i uwagę widowni... Ale do głowy mi nie przyszło, by wówczas myśleć tak o sobie. Jako podlotek miałam różne pomysły. Może rzeczywiście zostanę pianistką? A może stewardesą? Lekarką? Zakonnicą? Tysiąc pomysłów na minutę.
Jaką Pani była córką?
Nie należałam do grzecznych, spokojnych, ustępliwych dziewczynek, które bez protestu wykonują polecenia i zawsze odpowiadają: "tak, mamo" i "tak, tato". Miałam charakterek. Całkiem zawojowałam rodziców i dom. Dominowałam, robiłam to, co chciałam. I choć mój dom rodzinny był solidnym, religijnym domem z zasadami i tradycjami, mnie ustępował pola. Byłam niesforna, fantazjowałam, miałam szalone pomysły. Rodzice niemal każdego dnia musieli mierzyć się z czymś nowym, nieoczekiwanym. Co nie znaczy, że nie znałam swojego miejsca. Wiedziałam, że trzeba po sobie sprzątać, rozrzucone zabawki odkładać na miejsce, lalki posadzić ładnie na półce albo łóżku. Mimo rozpierającej mnie energii, chęci robienia kilku rzeczy naraz, lubiłam wokół siebie ład i porządek. Walczyły we mnie dwie skrajności. Przede wszystkim jednak byłam niezależna i uparta. I wszystko chciałam robić sama. Jeść, ubierać się, czesać. Protestowałam, gdy ktoś próbował mi w tym pomagać. Raz mama zastała mnie siedzącą na podłodze z igłą i nożyczkami. Machałam nimi i usiłowałam zaszyć dziury w rajstopach. Miałam chyba cztery lata. Uwielbiałam stawiać na swoim i być tam, gdzie chcę. Uparciuch od najmłodszych lat. Rodzice żartowali, że ze mnie taka Marysia Samosia. To mi zostało do dzisiaj.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI