Rozdział 4
Esemes od Anastasii.
- Czemu masz numer Anastasii?
Mia nie rozumiała. Ta przygłupia laska, której już od dawna obrabiają tyłek.
- Naprawdę? Wysyła mi coś, a jedyne, co cię interesuje, to fakt, że mam jej numer. -Lucas mocno stuknął palcem wskazującym w ekran. - Patrz na zdjęcie, do cholery!
Nie mogła jednak tego zrobić. Bo wzbudzało w niej to, co z całą mocą od tak dawna próbowała zdusić. Ale spojrzenie zarejestrowało motyw, zanim zdążyła odwrócić wzrok.
Mia siedząca na chodniku z butem bez obcasa. Zwisająca głowa i włosy niczym lepka zasłona na twarzy. Rozłożone nogi zapraszające wszystkich do zobaczenia, że pod sukienką pokrytą wymiocinami nie ma majtek. Opróżniona do połowy butelka wódki w jednej dłoni, telefon w drugiej. Kopertówka rzucona zaraz obok. Próżno szukać tej rockowej, odjazdowej dziewczyny, z którą każdy chciał spędzać czas. Panika narastała. Ile osób zdążyło to zobaczyć przez ostatnie pół doby?
Lucas, jakby czytając jej w myślach, kiwał głową:
- I nie, Anastasia przysięgała, że nikomu tego nie przesłała. Zrobiła zdjęcie, żeby pokazać mi, jak z tobą źle. To ona zapakowała cię do taksówki, żebyś bezpiecznie dotarła do domu.
Tata przerwał milczenie chrząknięciem.
- Zdecydowaliśmy wspólnie o tym, co teraz nastąpi. Mamy na myśli teraz.
- Aha, wy zdecydowaliście? - Sarkazm Mii zawisł w powietrzu niczym trujący gaz.
- Tak - powiedziała Molly, wstając. Podeszła do swojej starszej siostry, objęła ją i mocno przytuliła.
Mia czuła jej ciepły oddech na szyi.
- Proszę cię, proszę - szepnęła Molly. - Musisz to zrobić, w przeciwnym razie się rozpadniesz. Ja się rozpadnę. Kochamy cię, ale jeśli tego nie zrobisz, nie chcemy cię w naszym życiu. Zostaniesz sama.
Mia uwolniła się z uścisku Molly. Próbowała zrozumieć słowa, które przed chwilą usłyszała. Jak to: sama? W sensie: odrzucona, odtrącona? Co to za chore techniki nacisku? Żeby tak grozić własnemu dziecku po to, by zrobiło to, co się mu każe?
Molly znowu chwyciła Mię za ramiona, jakby czegoś od niej żądała. Nie sposób było umknąć przed tym gestem.
- Rozumiesz, Mia? To na poważnie, bo nie dajemy już rady. Musisz pojechać.
Mia stała zupełnie bez ruchu ze spuszczoną głową. Piekło ją pod powiekami, paliło w gardle. Jak mogli? Czego chcieli? Zmusić ją, ale do czego?
- Pojechać gdzie? - Pytanie Mii pozostało bez odpowiedzi, zawieszone w powietrzu.
Myśli przelatywały jej przez głowę niczym strzały wystrzelone z łuku. Czy chcieli ją zmusić do odwyku, na którym miałaby roztrząsać zmyślone emocje w grupie nieudaczników? Nie miała najmniejszego zamiaru się na to godzić. Omiatała ich spojrzeniem. Tylko czy pozostał jej jakiś wybór? Zdaniem osób znajdujących się w pomieszczeniu - nie.
- Więc nie mam nic do gadania? Albo to zrobię - cokolwiek to jest - albo zerwiecie ze mną kontakt i nie będziecie mnie chcieli znać? Czy tak?
- Właśnie tak - potwierdził tata.
Mama zacisnęła usta, splotła ramiona na piersi, gładząc kilka razy ramię. Jakby pocieszała samą siebie. Następnie otworzyła torebkę, złapała za róg złożonej kartki papieru, położyła ją na stole, przełknęła ślinę i zaczęła:
- To twój bilet lotniczy do Włoch. Na dzisiaj. Chcemy, żebyś znalazła się na pokładzie samolotu.
Krew się w niej zagotowała, skronie zaczęły pulsować. Mia wstawiła filiżankę z kawą do zlewu z takim impetem, że zawartość opryskała płytki, pozostawiając zacieki w kolorze latte. Z trudem pojmowała, że to się naprawdę dzieje. Rodzicom i Molly zdarzało się już przy innych okazjach podejmować temat tego, jak prowadzi się starsza córka, ale do tej pory Mia ucinała to poirytowana albo miała to gdzieś. W stylu "zajmijcie się sobą, a mnie zostawcie". Teraz jednak jej własny ojciec siedział w kuchni i stawiał jej bez zawahania takie ultimatum? Czy on w ogóle rozumiał znaczenie tego, co powiedział? Że to w zasadzie może być ostatni raz, kiedy widzi swoją córkę.
- Kurwa, jak możecie robić coś takiego?! - krzyczała, przesadnie gestykulując, co podkreślało buzujące w niej emocje. - Zmuszać mnie do wyjazdu? Mam zostawić wszystko, bo wymyśliliście sobie, że nie umiem o siebie zadbać?!
Wyostrzony i podniesiony głos przeszywał wszystkich obecnych w kuchni, podczas gdy Mia zmuszała się, żeby spojrzeć im w oczy. Dławiąca cisza. I stanowczość - widziała ją. Nie zamierzali dać za wygraną. Pozostawali niewzruszeni, gdy podejmowała kolejne próby wywarcia presji, żeby raz jeszcze przemyśleli to, co jej właśnie oznajmili. Nie tym razem.
Byli nieugięci, mogła się poddać.