1
Dziadek stwierdził, że do gabinetu wszedł mu niebieski tygrys.
-?Jak on dał radę przekręcić klamkę? Ależ zręczne stworzenie.
Bardziej niż obecność wielkiego dzikiego kota -?czy choćby to, że miał
on niebieskie futro -?dziadka dziwił fakt, że zwierzę zdołało otworzyć
sobie drzwi.
-?Całe szczęście, że cię nie ugryzł -?stwierdziła Kaede, jak gdyby nigdy
nic.
W duchu pomyślała sobie jednak z lekkim zawodem: "Akurat jest przytomny,
a tu znowu to samo...".
Odwiedzała dziadka raz w tygodniu, ale zazwyczaj cały czas spał.
Natomiast jeśli już szczęśliwie się przebudził, opowiadał o swoich
omamach. I to aż do jej wyjścia, przez co nie mogli normalnie
porozmawiać.
Mimo wszystko Kaede posłusznie słuchała historii o niebieskim tygrysie,
potakując raz za razem. Każda chwila, którą mogła spędzić w domu
dziadka, gdzie całe dzieciństwo mieszkała z rodzicami, była dla niej
bezcenna.
-?I wiesz, ten tygrys... -?Dziadek poruszał dłońmi, naśladując chód kota
krzyżującego przednie łapy. -?Zanim sobie poszedł, posłał mi uśmiech
czystej radości.
-?Tygrys się uśmiechnął?
"No nie... Znowu -?westchnęła w myślach. -?Mówi o czymś, co nie miało
prawa zdarzyć się naprawdę, a ja słucham zupełnie na poważnie".
Właśnie tak: z początku może tylko udawała, że słucha z zainteresowaniem, lecz opowieści dziadka -?jego wprawa w snuciu historii
nie była tu bez znaczenia -?za każdym razem wciągały ją błyskawicznie i bez reszty.
Tego dnia uległa wręcz złudzeniu, że z ilustracji w którejś z książek na
regałach naprawdę wyskoczy tygrys o niebieskim futrze.
Powieki dziadka zamknęły się powoli. Widać opowiedział wszystko, co
chciał.
Całe dnie spędzał tu w pokoju na automatycznie rozkładanym fotelu. Był
wysoki i smukły, więc specjalnie zamówili mu duży model, ale nie
przewidzieli jednego -?tak wygodnie mu się siedziało, że wcale nie
chciał się z niego ruszać.
Przy ustawionym obok małym stoliku stała oparta o niego drewniana laska,
niezbędna mu do poruszania się. Opiekunka medyczna, która ją poleciła,
skarżyła się potem Kaede, że dziadek co prawda używa jej, kiedy idzie do
łazienki, ale przy wybieraniu książek z półek już nie chce.
-?Boję się, że upadnie! -?wzdychała.
"Czyli nadal kocha książki. Ale czy pamięta potem, co przeczytał?"
Kaede szybko doszła do smutnego wniosku, że raczej nie.
W gabinecie wypełnionym po brzegi książkami unosił się zapach starego
tuszu. Przypominał jej Jinb?ch?, dzielnicę antykwariatów, którą tak
lubiła.
Nie wiadomo kiedy promienie słońca sączące się spomiędzy liści zaczęły
rzucać na oblicze śpiącego dziadka cętkowany wzór kamuflażu. Wydatna
nasada nosa i zmarszczki wyryte w kącikach oczu tonęły w skomplikowanym
deseniu cieni na jego cerze, która mimo siedemdziesięciu jeden lat
pozbawiona była najmniejszej plamki. Owszem, schudł na policzkach, ale
paradoksalnie dzięki temu lepiej było widać, jak szlachetnie wyrzeźbioną
miał twarz. Jego długie i gęste brwi rozdzielone dokładnie pośrodku
szerokiego czoła przechodziły gradientem od czerni do bieli w proporcjach jeden do dwóch, co przydawało mu wyrazistości jak w podobiznach rzymskich cesarzy na starożytnych monetach. Musiała przyznać
-?zupełnie obiektywnie, nie jako wnuczka -?że wyglądał imponująco.
"Dziewczyny pewnie za nim szalały".
Kaede poprawiła zsunięty koc, przykrywając dziadka pod samą chudą szyję.
Kiedy skończyła porządki i spryskała wszystko sprejem dezynfekującym o zapachu mydła, uważając, by nie zmoczyć książek, była już pora na wizytę
fizjoterapeuty.
Sprej nie służył tylko temu, by utrzymać gabinet w czystości. Dziadka
często nawiedzały halucynacje małych owadów -?wtedy odświeżacz działał
też jako prowizoryczny środek insektobójczy.
"No to pa, dziadku. Niedługo wpadnę znowu".
Obok wejścia do gabinetu stała toaletka po nieżyjącej już babci. Czas
nie tyle odcisnął na niej swoje piętno, ile raczej dodał jej piękna:
upływające dekady pokryły drewno makijażem o skomplikowanych odcieniach,
przydając mu wyjątkowej głębi. Kaede wyjęła szczotkę z szufladki,
przeczesała włosy i spojrzała w lustro.
"Uśmiechnij się".
Wcześniej do pokoju prowadziły ciężkie drzwi z dębiny, teraz wymieniono
je na lekkie i przesuwne, by nie stanowiły przeszkody, gdy dziadek
będzie zmuszony poruszać się na wózku.
Kaede odsunęła je bezszelestnie i opuściła dom dziadka w Himon'yi.
2
Jechała do domu kołyszącym się lekko wagonem linii T?y?, a gdy zerknęła
przez okno, w szybie zobaczyła twarz zupełnie pozbawioną wyrazu. Po
uśmiechu, w który włożyła tyle wysiłku, nie został nawet ślad. Zachód
słońca zasnuł niebo kolorem bladej szminki. Był początek jesieni,
zniknęły cumulonimbusy, gdzieniegdzie unosiły się chmury o najróżniejszych kształtach.
Do Kaede nagle wróciło pewne wspomnienie, które dzieliła z dziadkiem.
Sprzed dwudziestu trzech lat, miała wtedy cztery latka. Byli na
werandzie, siedziała u dziadka na kolanach i oglądała ciemnoczerwone
niebo. Dziadek zniżył wzrok i spojrzał na nią swoimi mądrymi,
przejrzystymi oczami.
-?Kaede, co ci przypominają tamte chmury? Spróbuj wymyślić historię o nich wszystkich.
Teraz wiedziała, że było to klasyczne sandaibanashi1.
Dziadek chciał w ten sposób rozwinąć u niej wyobraźnię? A może była to
jego forma kształcenia jej wrażliwości?
-?Tamta chmura to mały staruszek -?zaczęła natychmiast Kaede. -?A tamta
to płaski staruszek. A tamta, ten, no, tamta największa to staruszek
jeszcze grubszy od ciebie, dziadziu!
Dziadek uśmiechnął się, mówiąc, że tak to raczej trudno ułożyć historię.
A potem, ku jej zaskoczeniu, bez żadnego wysiłku wymyślił na poczekaniu
bajkę o trzech staruszkach. Nie pamiętała już fabuły zbyt dokładnie, ale
utkwiło jej w pamięci, że Gruby Starszy Pan, wielki żarłok, przez
pomyłkę zażył wszystkie leki na przeziębienie na całym świecie, myśląc,
że to cukier; okropnie się z niego śmiali, ale ostatecznie nikt nie żył
potem tak długo jak on. Zakończenie pewnie miało być dla niej morałem,
bo bardzo nie lubiła wtedy gorzkich lekarstw w proszku, ale dziadek
opowiadał tak zabawnie, że słuchała rozradowana, klaszcząc w dłonie.
-?Popatrz teraz, Kaede.
Podniosła wzrok na niebo, a tam została już tylko duża chmura, czyli
Gruby Starszy Pan, dwaj pozostali -?Malutki Starszy Pan i Płaski Starszy
Pan -?dosłownie rozpłynęli się w powietrzu. Zupełnie jak w opowieści.
Zdumiona Kaede bez końca patrzyła to na dziadka, to na wielką chmurę.
Teraz już się domyślała, że pewnie opowiadając, zerkał po kryjomu na
niebo. Gdyby Malutki albo Płaski zostali tam do końca, fabuła bajki bez
wątpienia rozwinęłaby się zupełnie inaczej.
-?Dziadziu, opowiadaj dalej! Bo jeśli nie...
Mała Kaede uniosła główkę, złapała za włos rosnący mu z brodawki na szyi
i pociągnęła. Wyszedł zaskakująco łatwo -?pamiętała, że strasznie ją to
rozbawiło i śmiała się potem do rozpuku.
"A jeśli -?pomyślała -?wyrwałam wtedy korek? I dlatego jego umysł zaczął
znikać?"
Stan dziadka zauważalnie pogorszył się zaledwie pół roku wcześniej.
Byli akurat na spacerze i Kaede zwróciła uwagę, że stawia dużo krótsze
kroki.
-?Dziadku, nie wyglądasz, ale przytyłeś może ostatnio? Bo nogi ci nie
nadążają.
Przechylił głowę w zamyśleniu, po czym mruknął z przekąsem, że ma już
swoje lata. Kaede z początku myślała, że to albo kwestia lekkiej
nadwagi, albo zwyczajnie wieku. Chciała tak myśleć.
Jednak potem zmiany nabrały tempa.
Kiedy unosił do ust filiżankę z kawą, którą zresztą uwielbiał, dłoń
trzęsła mu się bez przerwy. Gdy Kaede go odwiedzała, wiecznie drzemał w fotelu w gabinecie. Zaczął się garbić, a cokolwiek robił, jego ruchy
były ciężkie i powolne.
Ale to wszystko drobiazgi. Drobiazgi w porównaniu z tamtym dniem. Kaede
doznała wtedy szoku, którego miała już nigdy nie zapomnieć.
W środku nocy zaczął dzwonić jej telefon. Odebrała, przecierając zaspane
oczy -?młody mężczyzna po drugiej stronie przedstawił się jako ratownik
z karetki pogotowia, nie wiedzieć czemu brzmiąc przy tym, jakby słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. Zająknął się raz i drugi, wyraźnie
skrępowany, po czym mówił dalej:
-?Czy rozmawiam z panią Kaede? Tak? No tak, czyli jednak... Przepraszam,
dzwonię, bo pani numer jest zapisany jako kontakt alarmowy tu na kartce
na ścianie... Pani dziadek, który jest teraz z nami, zadzwonił po pomoc,
bo... Bo widzi pani...
-?Co się stało?
-?Powiedział, że "Kaede leży tu cała we krwi".
W przychodni, do której dziadek chodził, powiedzieli, że podejrzewają
chorobę Parkinsona, ale nie są w stanie podać pewnego rozpoznania,
dlatego lepiej udać się do większej kliniki. Pojechali do szpitala
uniwersyteckiego, gdzie przeprowadzono szczegółowe badania, w tym
tomografię komputerową.
Młoda lekarka podała diagnozę beznamiętnym tonem, nic sobie nie robiąc z dziadka, który spał na krześle jak kamień.
-?Otępienie z ciałami Lewy'ego.
Dziadek, od zawsze taki mądry i bystry, zapadł na demencję, mimo że
dopiero co skończył siedemdziesiąt lat.
Kaede nie potrafiła przyjąć tego faktu do wiadomości. Zaczęła sprawdzać
jego objawy w internecie i książkach, na tyle, na ile umiała -?jednak
wszystkie idealnie pasowały do rozpoznania. Dopiero wtedy dowiedziała
się, że w samej Japonii na demencję cierpi ponad cztery i pół miliona
osób -?i że pod tą zbiorczą nazwą tak naprawdę kryją się różne choroby.
Otępienie, bo tak też określano tę grupę schorzeń, ma trzy główne
odmiany.
Najpowszechniejsza z nich, odpowiadająca za mniej więcej siedemdziesiąt
procent wszystkich przypadków, to choroba Alzheimera wywoływana
prawdopodobnie przez białka zwane amyloidami odkładające się w mózgu.
Większość ludzi na świecie, słysząc słowo "demencja", myśli właśnie o niej.
Drugie w kolejności jest otępienie naczyniowe, którego przyczynę
stanowią uszkodzenia mózgu w wyniku udaru lub wylewu -?na nie cierpi
około dwudziestu procent dotkniętych demencją. W obu schorzeniach często
występują takie objawy jak zaburzenia pamięci, przez co chory wiele razy
mówi o tym samym, oraz zaburzenia orientacji w czasie i przestrzeni,
które prowadzą na przykład do wychodzenia z domu i błąkania się.
Natomiast otępienie z ciałami Lewy'ego, które zdiagnozowano u dziadka -
w skrócie DLB, od angielskiego dementia with Lewy bodies -?obejmuje
około dziesięciu procent przypadków. Nazwę tę nadano mu dopiero w tysiąc
dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku, więc patrząc z perspektywy
długiej walki ludzkości z chorobami, jest to stosunkowo niedawno. W ostatnich latach zaczęto mu poświęcać coraz więcej uwagi jako trzeciej
najczęstszej przyczynie otępienia, co poskutkowało znaczącymi odkryciami
zarówno w sferze samego leczenia, jak i badań klinicznych.
W mózgu osób cierpiących na DLB obserwuje się karmazynowe struktury
przypominające małe jajka sadzone -?to właśnie ciała Lewy'ego. Powodują
one znane z choroby Parkinsona drżenie kończyn i spowolnienie ruchowe,
krzyczenie przez sen, które wlicza się do zaburzeń zachowania w czasie
snu REM, utrzymującą się w ciągu dnia wzmożoną senność, a także
zaburzenia percepcji wzrokowo-przestrzennej.
Jest jednak coś jeszcze.
Najbardziej charakterystyczna cecha DLB, której próżno szukać w innych
chorobach otępiennych, to występowanie halucynacji. Przybierają one
różnorakie formy, bywają czarno-białe bądź kolorowe, lecz wszyscy chorzy
przyznają zgodnie, że są niezwykle wyraźne i do złudzenia realistyczne.
Na przykład tuzin nieznajomych z twarzami bez wyrazu, którzy wpatrują
się w człowieka świdrującym wzrokiem, kiedy tylko obudzi się rano.
Ogromny wąż zwinięty leniwie w kłębek na stole w jadalni.
Albo dziewczynka z warkoczykami, która przez cały dzień nie odstępuje
chorego na krok.
Omamy fantastyczne także nie należą do rzadkości: świnia na dwóch nogach
dziarskim krokiem przechodząca pacjentowi przed nosem, wróżki tańczące z gracją na talerzu albo niebieski tygrys, którego widział dziadek...
Co ciekawe, na ogół nie towarzyszą im omamy słuchowe. Istoty
zamieszkujące świat halucynacji są więc jedynie obrazem, nie zagadują
chorych. Uznaje się jednak, że spośród wszystkich pięciu zmysłów to ze
wzroku czerpiemy dziewięćdziesiąt procent informacji o otaczającym nas
świecie. Co za tym idzie, dla osób cierpiących na DLB owe istoty
istnieją naprawdę. Raz zobaczyć to więcej niż sto razy usłyszeć -
zapewne żadne powiedzenie nie jest im równie bliskie.
W końcu widzą te wszystkie rzeczy na własne oczy. Jasno i wyraźnie.
Wszyscy wokół mogą zaprzeczać, ile tylko chcą -?przekonać chorego, że
widzi coś, co nie istnieje, to arcytrudne zadanie. A kiedy ludzie z jego
otoczenia wciąż uparcie powtarzają, że "nic takiego tu nie ma", "zdaje
ci się" i "weź się opamiętaj", czasem reaguje wybuchem złości. To powód,
dla którego opiekę nad pacjentami z DLB uznaje się za szczególnie
trudną. W jednym z podręczników Kaede trafiła na taki fragment:
Kiedy chory sygnalizuje halucynacje, mówiąc na przykład, że się boi, bo
widzi gdzieś wielkiego owada, nie należy reagować negacją ("To
złudzenie", "To objaw choroby, proszę nie robić problemów"), tylko
podejść do niego z wyrozumiałością: pomachać ręką we wskazanym miejscu i powiedzieć na przykład: "O, teraz sobie poszedł. Już wszystko dobrze".
Warto też zająć uwagę pacjenta jakimś odmiennym tematem.
"Innego wyjścia nie ma" -?myślała Kaede.
Poza tym dziadek jeszcze nigdy się na nią nie zdenerwował, więc chciała
za wszelką cenę uniknąć potencjalnych wybuchów gniewu. Dlatego nie
mówiła przy nim o chorobie i nigdy nie negowała realności omamów, o których jej opowiadał. I tak uważała, że jest praktycznie niemożliwe, by
uświadomić osobie dotkniętej demencją jej własną dolegliwość -?a gdyby
się udało, byłoby to zwykłym okrucieństwem.
A jednak...
Jej własne zachowanie wzbudzało w niej osobliwe wrażenie, że coś tu nie
pasuje, jakby po łatwym dzieleniu została reszta, której wcale nie
powinno być. Odczucie to nieco różniło się od eskapistycznego -?czy
raczej: życzeniowego -?myślenia, że po prostu nie mogło być prawdą, by
jej dziadek zapadł na demencję, by powoli tracił kontakt z rzeczywistością.
"Coś tu nie gra".
Tylko co? Kaede nie potrafiła udzielić konkretnej odpowiedzi.
3
Przesiadka na stacji Gumy?-ji, potem jeszcze piętnaście minut autobusem.
Po powrocie do swojej kawalerki Kaede odkryła, że przyszła zamówiona
przez nią książka. Zbiór tekstów Takeshiego Setogawy, krytyka
literackiego, który nade wszystko kochał kryminały. Stopka redakcyjna
głosiła: "1 kwietnia 1998 roku, wydanie pierwsze, nakład pierwszy".
Jeśli dobrze pamiętała, autor ten zmarł przedwcześnie w wieku zaledwie
pięćdziesięciu lat, co oznaczało, że było to jego pośmiertne dzieło.
Kaede, którą dziadek edukował w tym kierunku od najmłodszych lat, szybko
została pasjonatką kryminałów, a kiedy same powieści przestały jej
wystarczać, zaczęła czytać znalezione w domowej biblioteczce teksty
krytyczne Setogawy. Zaczęła -?i ogarnęło ją nie tyle zdumienie, co
rezygnacja. Brał on na warsztat różne dzieła i rozprawiał o ich uroku z niewymuszonym mistrzostwem, tak że czasami -?ba, niemal bez wyjątku -
jego analizy były ciekawsze niż ich obiekty.
Na przykład w cyklu prasowym Pielgrzymka po arcydziełach brał na
celownik sławne dzieła wielkiej trójcy kryminału: Ellery'ego Queena,
Agathy Christie oraz Dicksona Carra, i snuł drobiazgowe refleksje,
zastanawiając się, czy aby na pewno są tak mistrzowskie, za jakie się je
uważa. Pod względem logiki wywodu i napięcia narracji przewyższał samych
autorów, jego argumenty i wnioski nie pozostawiały żadnych wątpliwości,
a równocześnie z każdego tekstu biła -?uświadomiona bądź nie, ale czysta
-?miłość do klasyków gatunku. Lektura sprawiała, że człowiekowi robiło
się ciepło na sercu.
Mistrz, który uczynił z Kaede wielbicielkę klasycznych zagranicznych
kryminałów.
"Takeshi Setogawa" -?powtórzyła w myślach i tyle wystarczyło, by krew
zaczęła szybciej krążyć jej w żyłach.
Około roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego późniejszy krytyk był
ponoć centralną postacią w legendarnym Waseda Mystery Club, studenckim
kole miłośników literatury kryminalnej, który wydał na świat wielu
pisarzy i znawców tego gatunku. W okolicy uniwersytetu Waseda działała
kiedyś kawiarnia Mon Chéri -?to tam niemal dzień w dzień toczyli zażarte
dyskusje członkowie koła, wśród których zawsze wyróżniała się
uśmiechnięta twarz Setogawy o krzaczastych brwiach i wyrazistych rysach.
Dziadek podobno też był jednym z głównych dyskutantów.
A do klasycznego kryminału świetnie pasuje kawa.
Pionowy czerwony szyld "Kawiarnia Mon Chéri" z białymi znakami o psychodelicznym kroju sprawiał wrażenie, jakby nikt poza specjalistami
od kryminałów nie miał tam wstępu. Kawę podawano gorzką i mocną, z tajemniczą wirującą pianką. Elewacja wyłożona jaskrawymi płytkami
przywodziła na myśl Tajemnicę żółtego pokoju Gastona Leroux, natomiast
tupanie widowni dochodzące z sali teatralnej na piętrze -?Dziwne kroki
Chestertona bądź Spacerowicza na poddaszu Ranp?.
Teraz, gdy nie ma już Mon Chéri, pozostało jej tylko domniemywać, jak w niej było. Bez wątpienia jednak lokal ten, gdzie Setogawa rozprawiał z dziadkiem, emanował nie mniejszym żarem i blaskiem niż Tokiwa-s?,
tokijski blok zamieszkały przez słynnych komiksiarzy, czy Liangshan, dom
bohaterów klasycznej chińskiej książki Opowieści znad brzegów rzek.
"Chciałabym posłuchać ich rozmów..."
Kawiarnia już nie istniała, co nadawało wyobrażeniom Kaede tym większego
rozmachu. Owszem, Mon Chéri zniknęła -?ale książki pozostały. A te
ulubione chciało się jednak mieć pod ręką. Zwłaszcza że u dziadka każdy
tom miał półprzezroczystą pelurową okładkę ochronną i ani jednej
zagiętej strony, więc krępowała się je pożyczać. Z tego względu
postanowiła kupić cały zbiór tekstów krytycznych Setogawy na własność,
za jednym zamachem.
"Co za ulga, wygląda jak nowa. Nawet przyszła z opaską" -?ucieszyła się,
widząc, w jakim stanie jest książka. Tak naprawdę wolałaby nową, jednak
nakład akurat tej pośmiertnej pozycji już się wyczerpał, dlatego nie
miała wyjścia i kupiła używany egzemplarz w antykwariacie internetowym.
Teraz jej kolekcja była kompletna.
"Nie powiem, ciekawe osiągnięcie jak na dwudziestosiedmioletnią
kobietę..."
Przekartkowała książkę na stojąco, czując, jak na jej twarzy od razu
pojawia się uśmiech. I właśnie wtedy...
Cztery małe karteczki wysunęły się spomiędzy stronic i opadły na dywan
jak listki miłorzębu.
"Hm? Co to?"
Kaede podniosła je ostrożnie i położyła na stole, po czym zamyśliła się
głęboko ze wzrokiem utkwionym w czterech papierowych prostokątach różnej
wielkości.
"Za dużo ich jak na zakładki. Ale... Jak na zwykły dodatek są zbyt...
poważne".
Były to wycinki z gazet i czasopism -?każdy z nekrologiem Takeshiego
Setogawy.
4
Trzy dni później, korzystając z dnia wolnego od pracy, wybrała się do
Himon'yi w okręgu Meguro. Dom dziadka, stojący w zakątku niedaleko
świątyni Himon'ya Hachimang?, gdzie czczono miejscowe bóstwo, był
niewielkim drewnianym budynkiem z jednym piętrem, który zaczynał się już
starzeć.
Wiśnia i fatsja rosnące w ogrodzie o wielce skromnych rozmiarach sięgały
gałęziami poza jego ogrodzenie. Na drewnianej tabliczce przy bramie
widniało nakreślone z rozmachem nazwisko dziadka. Często powtarzał: "To
wizytówka całego domu". Kto wie, czy wysmakowana aura, jaką wciąż
roztaczał dom, gdy patrzyło się z ulicy, nie była zasługą właśnie tej
mistrzowskiej kaligrafii.
Wystarczyło jednak wejść przez bramę, by to eleganckie wrażenie nagle
osłabło. Dawniej do przedsionka niczym drogowskazy prowadziły
umieszczone nieregularnie jeden za drugim okrągłe kamienie, lecz od
kiedy dziadek zachorował, zastąpiono je standardową i nudną ścieżką z betonu. Po naciśnięciu klamki i otwarciu drzwi -?ich wymianę ciągle
przekładano na później -?od razu uderzał mydlany zapach płynu do
dezynfekcji.
Już miała zawołać w głąb dom, by dać znać opiekunce, że przyszła, ale
szybko zmieniła zdanie. W przedsionku nie było obcej pary butów. Widać
posprzątała, zrobiła pranie i dopiero co wyszła, musiały się minąć.
Na ścianie w korytarzu tu i tam przymocowane były wciąż jeszcze nowe
poręcze. Bez nich dziadek, który łatwo tracił równowagę, nie zdołałby
poruszać się po domu. Istniały dofinansowania na zakup tego rodzaju
wyposażenia, lecz w wielu przypadkach -?choć sytuacja różniła się w zależności od lokalnego samorządu -?należało wcześniej przejść
skomplikowane procedury i poświęcić ogromne ilości czasu. Dlatego w praktyce niemało osób było zmuszonych, tak jak dziadek, by na wszystko
łożyć z własnej kieszeni.
Kaede weszła do salonu po prawej stronie. Na grubym filarze, którzy
zachował jeszcze resztki dawnego połysku, widniały poziome linie
narysowane ołówkiem. Ślady z dzieciństwa córki, a potem jedynej wnuczki.
Choć zanotowana obok każdej liczba centymetrów i data niemal całkiem
zniknęły, wciąż można było w nich dojrzeć wprawną rękę dziadka. Właśnie
w miejscu kilku napisów wbito mocowanie jednej z poręczy -?Kaede serce
bolało na ten widok.
Przy oknie schło na wieszakach kilka białych T-shirtów.
"No nie. Pani opiekunce chyba się zapomniało..."
Przy chorych na DLB należy unikać suszenia prania w pomieszczeniach. Bo
biorą je za ludzi. Szczególnie na widok białych T-shirtów, swego rodzaju
pustych płócien, często doznają intensywnych halucynacji. Kaede
słyszała, że z tego samego względu nie należy zostawiać na widoku
portretów ani zdjęć rodziny, więc czym prędzej zabrała wszystkie ramki
ze stołu i schowała je głęboko w szufladzie.
W pośpiechu złapała za wieszaki, by zdjąć pranie, gdy zza pleców
usłyszała stosunkowo przytomny głos dziadka.
-?Wybacz, to Kanae je tu wywiesiła. Pewnie się nie doprały.
Wszedł i usiadł powoli na łóżku, trzymając w dłoni filiżankę z kawą.
Sypialnia na piętrze pełniła funkcję składziku -?przestrzeń dostępna dla
dziadka ograniczała się do salonu, gdzie stało jego łóżko, oraz gabinetu
leżącego na drugim końcu domu.
Dziś stawiał kroki o wiele pewniej niż podczas jej ostatnich odwiedzin.
Znaczące różnice w sprawności zależnie od dnia to jedna z charakterystycznych cech DLB.
-?Nie szkodzi, tylko je poprawiałam, żeby się nie zmięły -?skłamała,
zostawiając koszulki w spokoju. -?Czyli to mama przyszła, nie opiekunka?
-?Tak, ale popędziła z powrotem, chyba miała coś jeszcze do zrobienia w pracy. Minęłyście się, niestety.
"Akurat dzisiaj raczej na szczęście. Bo chcę zadać to pytanie..."
Dawno nie widziała dziadka w tak dobrej formie. Dziś miała szansę.
-?Jak Kanae zaparzy kawy, to nawet zimna jest pyszna -?powiedział z uśmiechem, wygodniej usadawiając się na łóżku. Potem uniósł do ust lekko
tylko drżącą rękę, upił łyk i mówił dalej: -?Dzisiaj nie ma obaw, że
rozleję. Zabrzmi to może nieskromnie, ale jestem w znakomitej
dyspozycji. I właśnie dlatego chcę się upewnić... Choć to tylko
przeczucie, nic więcej. -?Napił się raz jeszcze i spojrzał Kaede prosto
w oczy. -?Masz mi do powiedzenia coś ważnego, prawda? Widzę po twojej
minie.
Kaede trochę zachciało się płakać. Ten młodzieńczy ton... Wesołe i łagodne
spojrzenie czarnych oczu...
Było tak, jakby znów miała przed sobą dawnego dziadka.
W dodatku mówił płynnie i sprawnie, pewnie dlatego, że nie dokuczała mu
ciągła senność. Jak się zastanowić, przez ostatnie pół roku nie
rozmawiali na poważnie -?za bardzo przejmowała się jego stanem.
Miała idealną okazję. Teraz albo nigdy. Kaede zebrała się w sobie.
-?Bo wiesz, dziadku... -?zaczęła. -?Chciałabym cię o coś zapytać.
-?Słucham.
-?Ty... -?Z całych sił powstrzymywała płacz. -?Ty... Wiesz, że jesteś chory,
prawda? Zdajesz sobie sprawę, że te rzeczy, które widzisz, tak naprawdę
nie istnieją? -?Nie dawała rady. Głos jej drżał. -?Tylko... Nie chcesz,
żebym się martwiła, dlatego...
Miała łzy w oczach. A obiecała sobie, że nie będzie płakać.
-?Dlatego udajesz, że nie wiesz, prawda?
Dziadek upił kolejny łyk kawy z łagodnym uśmiechem na ustach, po czym
ostrożnym ruchem odłożył filiżankę na stół obok łóżka.
-?Owszem. Jest tak, jak mówisz. Bez żadnych wątpliwości choruję na
otępienie z ciałami Lewy'ego.
Czyli intuicja jej nie zawiodła.
W oczach dziadka, za tęczówkami podobnymi do misternego witrażu, kryła
się hipnotyzująca głębia. Właśnie tak -?tkwiło tam światło intelektu
identyczne jak dawniej. Nie dojrzała go wcześniej, ale to ono stanowiło
źródło tego osobliwego wrażenia, które nie dawało jej spokoju:
przekonania, że coś tu nie gra.
Przez dwa poprzednie dni Kaede próbowała poszukać bardziej szczegółowych
informacji na temat DLB. Dowiedziała się na przykład, że w zależności od
miejsca wystąpienia ciał Lewy'ego chorzy wykazują silnie zróżnicowany
stopień osłabienia pamięci i percepcji wzrokowo-przestrzennej. Mało
tego, u niektórych halucynacje stale wzbudzały strach, jednak inni łatwo
się do nich przyzwyczajali. Idealnie dobrane dawki leków, poczynając od
tych zawierających lewodopę, nierzadko powodowały, że omamy "rozpływały
się w powietrzu". Bywało też, w zależności od tego, w jakiej akurat byli
formie, że chorzy w ogóle nie odczuwali osłabienia funkcji poznawczych.
Wielu pacjentów -?ten fakt zaskoczył Kaede najbardziej -?miało pełną
świadomość, że to, co widzą, nie jest elementem rzeczywistości, tylko
wytworem ich choroby. Ba, zdarzały się nawet przypadki wyjątkowo
pozytywnie nastawionych chorych, którzy z przyjemnością czekali, co też
nowego zobaczą rano po przebudzeniu, a potem w ramach hobby szkicowali
swoje omamy. Wiedza naukowa na temat DLB nie jest jednak powszechna,
dlatego łatwo o nieporozumienia. Wcale nie brakuje lekarzy, którzy
pochopnie uznają intensywne halucynacje za oznakę postępującego
otępienia.
Prawda jest jednak taka, że wystąpienie choroby nie musi oznaczać
osłabienia zdolności poznawczych.
Gdy Kaede natrafiła na tę informację, jej wątpliwości dosłownie
rozpłynęły się w powietrzu.
-?Objawy parkinsonizmu to jedno... -?powiedział dziadek, patrząc na swoje
lekko trzęsące się dłonie. -?Ale już jakiś czas temu zdałem sobie
sprawę, że pod względem psychicznym daleko mi do osoby, powiedzmy, w pełni zdrowej. Na przykład, niech no się zastanowię... Któregoś dnia
patrzę, a tu na całej tej ścianie z regałami na książki widzę
niesamowite, szczegółowe płaskorzeźby jak zdobienia na
mikoshi2 wykonane przez świątynnego cieślę, mistrza w swoim
fachu. Ale kiedy spróbowałem ich dotknąć, nic nie poczułem. Drewno było
idealnie gładkie. Czemu w takim razie powinienem wierzyć: zmysłowi
wzroku czy dotyku? Niemożliwe, by ktoś stworzył równie misterne dzieło w ciągu jednej nocy, w dodatku tak, bym się nie zorientował. Zresztą kto
na całym świecie miałby motyw, by zakradać się do domu jakiegoś seniora
i rzeźbić mu regały na książki? Wobec tego, niestety, ufać mogłem
jedynie dotykowi. Wzrok mnie oszukiwał.
Kaede słuchała wyznania dziadka, nie znajdując słów, którymi mogłaby
odpowiedzieć.
-?Co w takim razie było przyczyną mojego stanu? Komputer się zepsuł,
więc nie mogłem z niego skorzystać. Chciałem poszukać na smartfonie,
ale, jak sama zresztą widzisz, takimi trzęsącymi się palcami niewiele
bym zdziałał. A nawet gdybym zdołał, i tak nie miałem na czym, bo po
tym, jak zobaczyłem twoje zwłoki i zadzwoniłem na pogotowie, Kanae
skonfiskowała mi telefon.
Dziadek wykrzywił usta w szelmowskim uśmiechu.
-?Więc poprosiłem opiekunkę, żeby wezwała transport i pojechałem do
biblioteki. Cały dzień tam spędziłem, bo od samego czytania obraz mi się
rozmazywał i zaraz robiłem się śpiący... Ale odkryłem, na co choruję. Taki
jeden często mówił o szarych komórkach, pamiętasz? -?Dziadek uśmiechnął
się autoironicznie, wspominając powiedzonko Herkulesa Poirot, słynnego
belgijskiego detektywa. -?A skoro u mnie w mózgu pojawiły się
ciemnoczerwone ciałka Lewy'ego, mogę śmiało powiedzieć, że mam
szkarłatne komórki.
-?Ale... -?zaczęła Kaede, świadoma, że mówi zduszonym głosem. -?Dlaczego
tyle razy specjalnie opowiadałeś mi o halucynacjach?
-?Bo widzisz... -?Dziadek zawahał się na moment. -?Kiedy o nich mówiłem,
miałaś na twarzy całe mnóstwo emocji. Dziwiłaś się, uśmiechałaś... I dawałaś do zrozumienia, że słuchasz, potakiwałaś na głos. To dawało mi
pewność, że naprawdę przy mnie jesteś.
-?W jakim sensie? Dziadku, przecież nigdy bym cię nie zostawiła.
-?Może ujmę to inaczej... Już raz opowiedziałem ci, zupełnie szczerze i otwarcie, jak chciałbym, by wyglądał czas, który mi pozostał, choć
mówiąc wprost, za wiele go nie ma. I jakiego życzyłbym sobie końca.
Teraz mówi się na to sh?katsu3, co nawet ładnie brzmi, ale
nie lubię tego słowa, jest zbyt suche i bezpośrednie. Tamtego dnia
naiwnie myślałem, że czuję się świetnie, prawie jakbym był zdrowy.
Stwierdziłem nawet, że to jedyna okazja, by poruszyć ten temat. Mówiłem
do ciebie przez niemal godzinę... Szkopuł w tym, że nie wiedzieć czemu
cały ten czas siedziałaś bez słowa, do tego z kamienną twarzą. A potem...
Przerwał na moment i spuścił wzrok.
-?Nagle puf, zniknęłaś. Byłaś omamem. -?Na jego twarzy, może z winy zbyt
mocno palonej kawy, przez moment widniał cień goryczy. -?Trudno o coś
smutniejszego. Przyrzekłem sobie wtedy, że nie poruszę tematu choroby,
póki sama tego nie zrobisz. Nawet jeśli uznasz, że jestem dziadem z demencją, z którym nie da się normalnie porozmawiać. Trudno. Tak właśnie
pomyślałem.
"Dziadku... -?szepnęła w duchu. -?Dziadku..."
Jej własny dziadek nie mógł porozmawiać z jedyną wnuczką o tym, co dla
niego ważne. Nie mógł -?a raczej: postanowił już tego nie robić.
"Dlaczego nie zauważyłam, że tak cierpi?"
Cierpiał na halucynacje. Częste i do złudzenia realistyczne. Doznawał
zaburzeń świadomości, w tym osłabienia pamięci. Ruchy miał poważnie
spowolnione przez zespół parkinsonowski.
Ale jego intelekt pozostał nietknięty.
5
Przed domem przeszła grupka śpiewających dzieci. Pewnie właśnie skończył
się dzień w pobliskim przedszkolu założonym niegdyś przez misjonarzy.
Paradoksalnie, fałszujące głosiki brzmiały najbardziej uroczo. Dziadek
też się uśmiechnął.
Mówi się, że jesienią słońce spada za horyzont szybko jak wiadro rzucone
do studni... Ale do zachodu mieli jeszcze sporo czasu.
-?Tak się składa, że chciałabym ci coś pokazać.
Kaede wyjęła z czarnej torebki książkę Setogawy. Gdyby dziadek jak
zwykle spał na fotelu, miała zamiar przykryć go świeżo wypranym kocem,
który przyniosła, poczytać sobie spokojnie, a potem wrócić do siebie.
Skoro jednak był w dobrej formie...
Dziadek wyciągnął z kieszeni szlafroka pozbawione oprawek okulary do
czytania i założył je na wysoki nos -?nawet po tym jednak musiał odsunąć
tom dość daleko od twarzy.
-?Przecież to pośmiertna książka Setogawy -?powiedział poruszony. -?Nie
musiałaś kupować, dałbym ci swój egzemplarz.
"Nie mogłabym pozbawić szczęśliwej książki tak dobrego domu" -
zachichotała w duchu.
-?To nie lada wyczyn, że ją zdobyłaś. Nakład już dawno wyczerpany.
-?Teraz w antykwariatach internetowych zaskakująco łatwo kupić nawet
całkiem rzadkie wydania. Ale zobacz, co było w środku.
Otworzyła książkę i wyjęła na stół cztery nekrologi.
Nie żyje Takeshi Setogawa, krytyk kryminalny i filmowy
Takeshi Setogawa -?nieodżałowany talent
Epoka krytyki wielopoziomowej: co zostawił po sobie Takeshi Setogawa?
Szczęśliwe rendez-vous kryminału i filmu -?opowieść Takeshiego
Setogawy
-?Tak, czytałem je wszystkie, kiedy się ukazały -?powiedział smutno,
ledwie rzuciwszy okiem na nagłówki. -?Poza tymi chyba jeszcze dwie
redakcje o nim pisały. Oczywiście mam zachowane wycinki.
-?No tak...
Kolejny raz zdumiało ją, jak świetną dziadek miał pamięć. Przez chorobę
zdarzało się, że zupełnie umykały mu niedawne wydarzenia, ale szufladki
ze wspomnieniami sprzed lat wciąż otwierał bez najmniejszego trudu.
-?Tu właśnie zaczyna się najciekawsze. Moim zdaniem to przykład tego, o co pozornie łatwo, ale co zdarza się bardzo rzadko, czyli typowej
zagadki dnia codziennego.
Dziadek przytaknął.
-?Czyli brzmi ona następująco: "Kto i dlaczego włożył między strony te
cztery nekrologi?".
-?Właśnie tak. Za dużo ich jak na zakładki, ale jak na zwykły dodatek
nekrologi są zbyt przygnębiające, prawda?
-?Jak z Harry'ego Kemelmana... -?rzucił dziadek, zdejmując okulary.
Wspomniał pisarza sprzed lat, autora klasycznego opowiadania Dziewięć
mil -?mistrzowskiego kryminału skupionego na czystej dedukcji, w którym
bohater za jednym zamachem wyjaśnia przebieg morderstwa dokonanego
poprzedniego dnia na podstawie jednego zdania zasłyszanego przypadkiem w pubie: "Dziewięć mil pieszo to nie żart, zwłaszcza w deszczu".
-?Kaede, podałabyś mi papierosa? -?poprosił nagle.
Słowa te, może za sprawą rytmu czy intonacji, zabrzmiały niczym
zaklęcie.
Wyjęła niebieską paczkę z szuflady toaletki.
Gauloises.
Nieszczególnie droga francuska marka, ale nie sprzedawano ich byle
gdzie. Kaede kupowała je w znanym tylko wtajemniczonym malutkim sklepiku
w Jinb?ch?, zawsze gdy krążyła po tamtejszych antykwariatach.
-?Bądź tak miła i zapal mi, proszę. O, tak, wystarczy. Trzęsą mi się te
ręce... Jak jestem sam, staram się nie zażywać.
Dziadek nigdy nie "palił", tylko "zażywał". Była to pewnie pozostałość
dawnych czasów, tak różnych od obecnej epoki walki o prawa niepalących,
gdy tytoń uznawano za zwyczajną używkę na równi z alkoholem. Od młodości
delektował się jedynie kilkoma papierosami na tydzień, a ostatnio
zażywał już bardzo rzadko. Wnuczka nie chciała odbierać mu tej
sporadycznej przyjemności.
Dziadek zaciągnął się i przez jakiś czas siedział z wyrazem upojenia na
twarzy. Kaede nie przeszkadzał zapach gauloises'ów, ale uchyliła okno z obawy, że T-shirty nim przesiąkną.
-?A więc... -?Wypuścił dym i odezwał się wyraźniejszym niż wcześniej
głosem, tak jakby tytoń działał na jego umysł niczym turbodoładowanie. -
Jaką opowieść ułożysz z tych elementów, które mamy?
Kaede mocniej zabiło serce. W kontekście kryminałów dziadek zawsze mówił
"opowieść", nigdy "hipoteza".
Wrócił. Dziadek naprawdę wrócił.
-?Wymyśliłam dwie -?zaczęła referować scenariusze, nad którymi długo
myślała, ze wszystkich sił starając się zachować spokojny ton. -
Pierwsza: "Osobą, która włożyła nekrologi do książki, jest jej poprzedni
właściciel. Zrobił to lub zrobiła, by podzielić się pustką po śmierci
Setogawy z innymi jego wielbicielami".
Zerknęła na dziadka. Kiwał głową z aprobatą.
Prezentowanie mu swoich teorii jak zawsze było stresujące, ale...
"Tak się cieszę".
-?A druga... -?Zebrała myśli i mówiła dalej: -?"Osobą, która włożyła
nekrologi do książki, jest ktoś z antykwariatu, też fan lub fanka
Setogawy. Ucieszył bądź ucieszyła się, że ktoś po raz pierwszy od lat
zamówił jego książkę niedostępną już na rynku, i chcąc zrobić tej
osobie, czyli mi, prezent, dołączył lub dołączyła nekrologi".
Nic nie pobudzało tak jak dobra zagadka. Kaede aż zaschło w gardle.
-?Co sądzisz, dziadku?
-?Nieźle -?odpowiedział. -?Obie są logicznie spójne i trudno je uznać za
naciągane. Jednak obie kryją w sobie poważne sprzeczności.
-?Tak? -?Zacisnęła usta.
-?Już wyjaśniam. Co do opowieści pierwszej: czy wielbiciel tak wielki,
by przechowywać wycinki nekrologów Setogawy, sprzedałby swój egzemplarz
jego książki? Zwłaszcza że to pośmiertne dzieło. Osoba pozbawiona
szczególnych motywów zachowałaby ją raczej w swojej kolekcji razem z wycinkami.
Kaede mogła jedynie pokiwać głową.
-?Rzeczywiście. Z psychologicznego punktu widzenia to mało
prawdopodobne.
-?Druga opowieść brzmi lepiej od pierwszej, ale też nie ustrzegła się
pewnej niespójności. Jeśli to rzeczywiście pracownik księgarni dołączył
nekrologi... Dlaczego nie dodał choćby krótkiej wiadomości? Skoro zadał
sobie trud, by włożyć wycinki między strony, mógłby napisać
przynajmniej: "Jako wielbiciel Setogawy bardzo cieszę się z pani
zamówienia. W ramach uczczenia pamięci mistrza pozwalam sobie dołączyć
kilka artykułów z czasu jego śmierci". Dlaczego oszczędził sobie tak
symbolicznego wysiłku? Innymi słowy... -?Zrobił pauzę, po czym stwierdził
bez owijania w bawełnę: -?Obie opowieści zawierają fundamentalny błąd.
Istnieje inne wyjaśnienie, opowieść X.
-?Czyli... -?odezwała się Kaede niepewnie. -?Potrafisz ją wymyślić,
dziadku?
Bez słowa uniósł do ust kikut gauloises'a, trzymając go między kciukiem
a palcem wskazującym, tak jakby szkoda mu było tej resztki, i wypalił
papieros do końca. Jego powieki opadały powoli, lecz nieubłaganie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki