Mój dom - Tomasz Sablik

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DZIEŃ OBECNY

Ten dom.

Mógł­bym przy­siąc, że oddy­cha i nie chce mnie tu. Na pamięć mojej babci mógł­bym to przy­siąc, a na nią ni­gdy nie przy­się­gam. Po pro­stu to czuję, wie­cie? Jak­bym sie­dział w jego trze­wiach, niczym bak­te­ria, któ­rej on pra­gnie się pozbyć. Ciążę mu, wiem, że nie ustąpi, ale ja nie ustą­pię rów­nież. Jestem upar­tym czło­wie­kiem i z pew­no­ścią zdą­żył się o tym prze­ko­nać. Miał na to dłu­gie lata.

Dom, w któ­rym spi­suję dla was swój pamięt­nik, ma trzy kon­dy­gna­cje: piw­nicę, par­ter i pię­tro. Aby­ście mieli ogląd sytu­acji, opi­szę wam pokrótce te miej­sca, począw­szy wła­śnie od piw­nicy.

Podzie­lona jest na trzy pomiesz­cze­nia. Pierw­sze to kotłow­nia z pie­cem węglo­wym ogrze­wa­ją­cym cały budy­nek; w póź­niej­szym cza­sie mój ojciec zain­sta­lo­wał tu także piec gazowy, który padł, tak że na gaz działa tylko piec kuchenny, a dom ogrze­wać muszę na­dal węglem. Obok, na prawo, znaj­duje się gra­ciar­nia na wszel­kie nie­po­trzebne sprzęty i narzę­dzia, z dużą, starą wanną, w któ­rej na święta w lodo­wa­tej wodzie zawsze pły­wały kar­pie. Na lewo od kotłowni zaś jest naj­więk­sze pomiesz­cze­nie, w któ­rym kopię, a w któ­rym dzia­dek spę­dzał naj­wię­cej czasu, ale o tym opo­wiem póź­niej. Do domu dało się wejść także przez drzwi pro­wa­dzące stąd na ogród. Jest jesz­cze mała komórka na węgiel, który zno­si­li­śmy tu wia­drami z ogrodu jesie­nią.

Teraz par­ter. Główne wej­ście do budynku poprze­dza mała, prze­szklona weranda. Gdy znaj­dzie­cie się wewnątrz domu, po lewej zoba­czy­cie szafę z prze­su­wa­nymi drzwiami, ale niech jej widok was nie zmyli. Szafa ta została prze­ro­biona i zaczy­nają się w niej schody pro­wa­dzące na pię­tro. Przy­po­mina tro­chę magiczne, sekretne przej­ście -?podobne do tego z tej bajki o Narnii. Już gdy byłem dziec­kiem, bar­dzo mi się to podo­bało, do teraz zresztą pozo­staje w jakiś spo­sób magiczne.

Po pra­wej stro­nie od szafy znaj­duje się mała łazienka nale­żąca kie­dyś do moich dziad­ków. Teraz kąpię w niej moją żonę Emi­lię. Gdy­by­ście jed­nak szli z werandy na wprost, dotar­li­by­ście po kilku kro­kach do kuchni. Obok niej znaj­duje się salon, gdzie prze­bywa Emi­lia. Sie­dzi w buja­nym fotelu mojej babci, nie­da­leko kominka, który ją dogrzewa. W tej chwili okryta kocem głę­boko śpi. Przy­naj­mniej tak sądzę. Przy­naj­mniej taką mam nadzieję.

Świa­tło komin­ko­wego ognia oświe­tla wysoki kre­dens, na któ­rym stoją zaku­rzone krysz­tały i por­ce­la­nowe zastawy. Wydo­bywa także z pół­mroku małą pietę, obraz Jezusa w obję­ciach zroz­pa­czo­nej Maryi. Pośrodku widać serce, które pro­mie­nieje na wszyst­kie strony. Obra­zek ten jest ponury, wita mnie zawsze, gdy przy­cho­dzę zoba­czyć, jak się ma Emi­lia. Nie raz chcia­łem go ścią­gnąć, ale jakoś nie mam serca. Nale­żał do babci i wiem, że chcia­łaby, aby został tam, gdzie jest. W rogu salonu tkwi stary tele­wi­zor. Obok niego stoi mała kanapa, na któ­rej zda­rza mi się przy­snąć.

Znaj­dują się tu także drzwi tara­sowe. Nor­mal­nie widoczny byłby przez nie ogród -?teraz pogrą­żony w ciem­no­ści -?ale ich szyby zasło­nięte są kart­kami z roz­ma­itych ksią­żek. Tak jak więk­szość okien w tym domu. Dla­czego -?może wyja­wię wam póź­niej, bo pomy­śli­cie, że jestem sza­lony czy opę­tany. Może zresztą będzie­cie mieć tro­chę racji.

Salon prze­dzie­lony jest ścianką dzia­łową z prze­suw­nymi drzwiami, za któ­rymi mie­ści się sypial­nia moich dziad­ków, od wielu lat pozba­wiona wszyst­kich mebli oprócz łóżka. Jest posłane tą samą pościelą, w któ­rej spali lata temu. Pokój ten jed­nak pozo­staje cał­ko­wi­cie opusz­czony. Sam do niego nie wcho­dzę -?nie wiem dla­czego, ale napawa mnie nie­po­ko­jem, toteż drzwi tam zawsze są zasu­nięte.

A teraz udajmy się przez wspo­mnianą magiczną szafę na pię­tro. Tylko uwa­żaj­cie na głowy, trzeba się tu dobrze pochy­lić.

Tutaj znaj­duje się drugi salon, który słu­żył za sypial­nię dla mojego taty. Z salo­nem sąsia­duje malutka kuch­nia. Kilka kro­ków wstecz i jeste­śmy w rów­nie małej łazience. Zaraz obok niej znaj­duje się mój pokój. Ten, w któ­rym dora­sta­łem i w któ­rym piszę dla was swój pamięt­nik. Tu tli się mała lampka na wysłu­żo­nym już biurku. Jego blat wygląda, jakby dorwało się do niego stadko kor­ni­ków i uczto­wało długi czas. Oprócz biurka mam tu także swoje łóżko, gdzie naj­czę­ściej śpię, oraz szafę z ubra­niami. Rzecz jasna, nie potrze­buję teraz ubrań -?dwa kom­plety stro­jów robo­czych star­czają do kopa­nia. Naj­czę­ściej i tak pra­cuję bez koszulki, bo w piw­nicy obok kotłowni jest naprawdę cie­pło. Gdy piszę, zakła­dam gruby swe­ter nale­żący daw­niej do mojego ojca, któ­rego zapach pozo­stał w weł­nie do dziś. Dla­tego lubię ten swe­ter i gdy ogar­nia mnie tęsk­nota, wącham jego koł­nierz. Dziwne, co? A jed­nak nawet nie wie­cie, jak mi to pomaga.

Wróćmy jed­nak do mojej histo­rii. Będzie ona miała formę pamięt­nika, jako że tak naj­ła­twiej mi opo­wie­dzieć wam o wszyst­kim. Piszę, bo chcę zająć czymś umysł, gdy nie pra­cuję tam, w piw­nicy. O tej pracy także póź­niej wam opo­wiem, bo to wła­śnie z jej powodu zna­la­złem się z Emi­lią w tym miej­scu. Muszę spi­sać swoje myśli, obawy i tro­ski, wypu­ścić je tu na kartkę i dać im żyć, bo są jak nie­wy­bie­gane psy o poranku: nie­spo­kojne i nie­po­słuszne. Czuję, że tylko w taki spo­sób mogę je jakoś ugła­skać - stwo­rzyć im ilu­zję wyswo­bo­dze­nia się, dać namiastkę wol­no­ści. Mam pew­ność, że im dłu­żej tu jestem, tym szyb­ciej tracę swoje wspo­mnie­nia. Ula­tują ze mnie jak gaz z nie­do­krę­co­nej pla­sti­ko­wej butelki, a tylko one jesz­cze jakoś trzy­mają mnie przy zdro­wych zmy­słach. Nie mogę pozwo­lić, abym je stra­cił, nie mogę stra­cić wspo­mnień, bo stracę swoje jeste­stwo.

Zapa­dła kolejna noc, a ten dom... Niech to, czuję, jak unosi się i opada wraz ze mną, jakby oddy­chał. Ogromny wie­lo­ryb, w któ­rym tkwię nie wiem od jak dawna... Dom poło­żony jest na wyso­kim wzgó­rzu, nie­mal pod chmu­rami, które zdają się coraz to niżej opa­dać, a gdy to robią, w środku skrzy­pią kro­kwie, jakby je kto pod­du­szał. Sły­szę, jak się naprę­żają, podob­nie jak szyby w oknach -?mam wra­że­nie, że w każ­dej chwili mogą eks­plo­do­wać, raniąc moje ciało. Trzesz­czy też par­kiet na par­te­rze i na pię­trze, tu, gdzie zamknięty w tym małym poko­iku, ledwo oświe­tlony lampką sie­dzę ja.

Nazy­wam się Edward. Moje dwu­dzie­sto­dwu­let­nie ciało owiewa wiatr prze­dzie­ra­jący się przez liczne szcze­liny, które powstały tu na prze­strzeni dekad. Wiatr upar­cie dmu­cha w mury tej budowli, odkąd dotar­łem tu z Emi­lią. Był wtedy rok dwu­ty­sięczny jede­na­sty, lecz nie wiem, jaki jest teraz. Od pew­nego momentu zatra­ci­łem kom­plet­nie poczu­cie czasu. Sądzę, że jeste­śmy tu około mie­siąca, ale to może być o wiele wię­cej. Pamię­tam, że masze­ro­wa­łem z Emi­lią na rękach w noc rów­nie nie­przy­jemną co dzi­siej­sza. Wiał taki sam halny, pró­bu­jąc mnie powstrzy­mać -?spra­wić, bym nie dotarł choćby do furtki. A teraz, gdy już tu jeste­śmy, stara się zdmuch­nąć ten dom. Mój dom.

Gdy wiatr tak zawiewa z wszyst­kich szcze­lin, potę­guje to dziwne wra­że­nie odde­chu i spra­wia, że choć zdą­ży­łem już zoba­czyć wiele, na­dal wzdry­gam się cza­sem, zer­ka­jąc przez ramię. Osta­tecz­nie jed­nak dostrze­gam tam tylko wciąż to samo stare okno z odpa­da­jącą farbą na fra­mu­gach. Za nim jest zagęsz­czona jak beton noc prze­mie­szana z mgłą. Widzę ją tylko, gdy zga­szę świa­tło i uniosę kawa­łek któ­rejś z kar­tek przy­twier­dzo­nych do szyby. Cho­ciaż ten dom mnie nie chce i jestem dla niego drza­zgą w oku, to na­dal wolę mie­rzyć się z nim niż z tą czarną, bez­kre­sną, upiorną jak dia­beł nocą.

Moczę sta­lówkę pióra w atra­men­cie i dość długo myślę, nim skom­po­nuję choćby linijkę. Raz, że lubię ład­nie i sta­ran­nie pisać, a dwa -?choć ciało na­dal mam nie­zwy­kle silne, umysł mój zdaje się czę­sto jakiś dziw­nie ocię­żały. Bywają dni, gdy wcho­dzę do swej głowy i roz­wi­jam rolkę wspo­mnień bez pro­blemu, ale zda­rzają się i takie, że całe jej wnę­trze pokryte jest twardą sko­rupą cze­goś na kształt lodu, czego nie mogę skru­szyć. I czuję się wtedy jak bez­radny malec, który stra­cił rodzi­ców z oczu gdzieś w środku lasu i nie wie, dokąd ma pójść.

Dzi­siaj wyjąt­kowo piszę ten pamięt­nik przed wzię­ciem prysz­nica, a nie po nim, jak to mam w zwy­czaju. Pot, brud i zie­mia z pia­skiem oble­piają mi czoło i policzki, ale spe­cjal­nie mi to nie prze­szka­dza. Zresztą woda jest lodo­wata, odkąd padł cen­tralny piec, i zamiast otu­lać do snu, pom­puje w moje serce adre­na­linę, któ­rej mam dość i bez tego. Ogrze­wam się tylko w salo­nie przy kominku w prze­rwach od pracy i wtedy, gdy idę spać. Na zewnątrz musi pano­wać ziąb, chyba zbliża się zima i chłód wraz z wia­trem prze­nika przez te stare mury. Czuję pod­skór­nie, jak szron z wolna pokrywa szyby, tak jakby osia­dał też na mojej duszy. Choć dokła­dam do kotła węgiel, który tu został, kalo­ry­fery dają tylko odro­binę cie­pła. Powi­nie­nem je odpo­wie­trzyć, ale cią­gle jakoś zapo­mi­nam.

Pew­nie zasta­na­wia­cie się, skąd biorę drewno i węgiel, skoro w ogóle nie opusz­czam domu? Do tego jesz­cze doj­dziemy. Spró­buję wyja­śnić coś, czego wyja­śnić się chyba nie da za pomocą samych słów, ale musi­cie mi uwie­rzyć, choć zdaję sobie sprawę, że magi­kowi nie powinno się zbyt­nio ufać. Dobry magik to dobry mani­pu­la­tor, zrobi was w konia, a wy mu jesz­cze zapła­ci­cie, przy­kla­sku­jąc z uzna­niem. Ale cóż... nie macie wyj­ścia, prawda? Czy­ta­cie ten pamięt­nik, a dopóki to robi­cie, gości­cie w moich myślach, na moich zasa­dach. Jeste­ście moimi zakład­ni­kami, więź­niami w moim pry­wat­nym muzeum, i ode mnie zależy, co wam pokażę, a czego nie. Czy­ta­jąc to, oglą­da­cie mój spek­takl. Nie oba­wiaj­cie się jed­nak, obie­cuję wam, że nie skła­mię tutaj w ani jed­nym zda­niu. Nie po to wszystko to spi­suję, by tra­cić swój oraz wasz czas. Czas, który jest dla nas naj­waż­niej­szy, czyż nie?

Wkrótce moje prace przy wyko­pie dobie­gną końca. Znaj­duję się coraz bli­żej celu -?wiem to, bo ta roz­rze­dzona zie­mia też zdaje się coraz moc­niej oddy­chać. Jest uner­wiona i chyba wście­kła. Czuję, jak­bym kopał nie w kamie­ni­stej gle­bie, a w potęż­nym, zło­wro­gim orga­ni­zmie. Drą­żył ciało, roz­ci­nał je, tak jak skal­pel roz­cina tkanki, choć u mnie nie ma mowy o chi­rur­gicz­nej pre­cy­zji. To, co robię, bar­dziej przy­po­mina otwie­ra­nie klatki pier­sio­wej za pomocą piły mecha­nicz­nej. A ponie­waż nie wiem, co się sta­nie, gdy już doko­pię się do celu, chcę wam dać świa­dec­two tego, co widzia­łem w swoim nie­dłu­gim życiu. Liczę, że pomoże to wam pod­jąć kilka lep­szych decy­zji w przy­szło­ści. Może mój żywot nabie­rze więk­szego zna­cze­nia wła­śnie dzięki tym kart­kom. A może nikt ni­gdy tego nie prze­czyta, ja zaś robię owe notatki tylko po to, by zmyć z wła­snego sumie­nia choć tro­chę brudu, zale­ga­ją­cego tam jak okropna flegma w gar­dle -?taka, któ­rej nie spo­sób odkrztu­sić i wypluć, a z powodu któ­rej ciężko się oddy­cha.

Prze­pra­szam za tę brzydką plamę atra­mentu u góry, nie chcę jed­nak kolejny raz prze­pi­sy­wać tek­stu. To jedyne pióro, jakie tu zna­la­złem; wie­kiem może być zbli­żone do tego domu.

Tutaj, w domu, w któ­rym się wycho­wa­łem, jeste­śmy tylko ja i moja żona. Jeśli cho­dzi o nią, dobrze, że jej nie sły­szy­cie. Cza­sami zdaje mi się, że przez te szcze­liny w ścia­nach razem z wichurą prze­la­tuje też jej zawo­dze­nie -?ja do niego przy­wy­kłem, ale was te dźwięki mogłyby prze­ra­zić. Coraz trud­niej mi roz­róż­nić, czy to fak­tycz­nie krzyki Emi­lii, czy gwizdy wia­tru, które roz­bi­jają się po sta­rych ryn­nach. A może to te stare kocury, które oble­gają par­ter i dotrzy­mują mojej żonie towa­rzy­stwa, kiedy mnie nie ma obok? Nie wiem... Nie sły­szę tego wszyst­kiego tylko, gdy wiercę i kopię. Może dla­tego pra­cuję tak długo każ­dego dnia. Wstaję i zabie­ram się do roboty, gdy trwa jesz­cze noc, a koń­czę, gdy ponow­nie wchła­nia ona świa­tło dnia, jak gęsta farba roz­pusz­cza­jąca się w kry­sta­licz­nie czy­stej wodzie.

Od dawna nie widzia­łem słońca. Mam wra­że­nie, że bez świa­tła coś w czło­wieku umiera. Tak jak bez wody. Mój orga­nizm nawilża nocami jedy­nie alko­hol, choć sta­ram się też pić dużo kra­nówki. Tylko taka woda jest tu dostępna, ale ja od zawsze lubi­łem ją pić, więc szcze­gól­nie nie narze­kam.

Co do jedze­nia -?nie jestem głodny, jeśli z jakie­goś powodu by to was inte­re­so­wało. Syty brzuch wyjąt­kowo sku­tecz­nie nakła­nia do snu, a ja muszę pra­co­wać. Muszę robić to, co robię -?dla Emi­lii, dla sie­bie, dla nas.

Moja uko­chana Emi. Tak ją nazy­wa­łem przez tyle lat i na­dal to robię. Jest chora i... Nie, nie czas na płacz. Muszę go powstrzy­mać, więc się­gam po szklankę. Zdaje mi się, że czy­nię to po każ­dym napi­sa­nym aka­pi­cie. Tru­nek jest gorzki, sło­nawy -?czuję, jak­bym pił wła­sne łzy -?ale tylko taki zna­la­złem w barku w salo­nie. Zostało tego sporo bute­lek. Roz­pala trze­wia, gasząc jed­no­cze­śnie pożar w mojej gło­wie.

Alko­hol jest. Bra­kuje mi tu tylko tro­chę muzyki. Odna­la­złem co prawda gra­mo­fon i kilka płyt, ale zanio­słem to wszystko do pokoju Emi i to tam igła adap­tera odtwa­rza czarne winyle. Emi zasy­pia przy dźwię­kach Pachel­bela czy Mozarta, tak jak ja zasy­piałem kie­dyś obok mojego ojca, gdy byłem jesz­cze dziec­kiem. To ją wyraź­nie relak­suje -?zdaje się, że muzyka roz­bija jej ból, tak jak ultra­dź­więki roz­bijają kamie­nie ner­kowe. Na mnie działa to zresztą iden­tycz­nie. Cza­sem, kiedy jestem przy niej dłu­żej, włą­czam coś z daw­nych lat. Tylko na chwilę, bo dość szybko czuję, że Emi­lia wpada w jakiś nie­zro­zu­miały dla mnie gniew. Może zresztą dosko­nale ten jej gniew rozu­miem. Wspo­mnie­nia nie zawsze są cie­płe i przy­jemne. Nie jest dobrze się­gać pamię­cią wstecz, kiedy tu i teraz ciało oraz umysł trawi ból. Mówiła mi, że to ból porów­ny­walny do pale­nia żyw­cem. Pró­buję sobie to wyobra­zić, ale nie umiem -?póź­niej pocie­szam się myślą, że ona prze­cież nie pali się żyw­cem i ni­gdy się nie paliła, nie może więc znać cha­rak­teru tam­tego cier­pie­nia.

Pocią­gam kolejny łyk, a po namy­śle jesz­cze jeden, nim odsta­wię szklankę, a ona stuk­nie cicho o pory­so­wany blat biurka.

Muszę opo­wie­dzieć wam całą tę histo­rię, bo tylko wtedy macie szansę choćby w pew­nym stop­niu mnie zro­zu­mieć; a ja -?rów­nież w pew­nym stop­niu -?mam szansę uspra­wie­dli­wić się z tego, co czy­nię. Prze­sta­wi­łem atra­ment tro­chę wyżej. Z ostroż­no­ści. Na solid­nym bla­cie dębo­wego biurka wid­nieje czarno-białe zdję­cie moich rodzi­ców na tle jakie­goś jeziora oraz dru­gie, mojej żony, która roze­śmiana czeka w kolejce do dia­bel­skiego młyna. Zro­bi­łem jej to zdję­cie z zasko­cze­nia i pew­nie dla­tego wyszło tak dobrze. Tylko taka foto­gra­fia jest zdolna uka­zać w czło­wieku coś, czego nie widać na pierw­szy rzut oka. Foto­gra­fie potra­fią uchwy­cić duszę, trzeba tylko tra­fić na wła­ściwy moment. Tra­fić tak, jak tra­fia magik, gdy z prze­ta­so­wa­nej talii wyciąga wybraną przez was wcze­śniej kartę. Tylko że tu nie cho­dzi o jaki­kol­wiek rodzaj pre­sti­di­gi­ta­tor­stwa.

To biurko stoi tutaj od lat, podob­nie jak reszta gra­tów -?pokój nie­wiele się zmie­nił, odkąd opu­ści­łem go jako nasto­la­tek. Te same, wybla­kłe już nieco pla­katy sta­rych zespo­łów rapo­wych. Te same białe drzwi, które wsta­wił tu jesz­cze mój świę­tej pamięci dzia­dek, na­dal popi­sane mar­ke­rem przez moich nie­zbyt licz­nych przy­ja­ciół skła­da­ją­cych tu swoje auto­grafy. Te same ściany, z któ­rych już odpa­dają farba i tynk -?zdaje mi się, że odkąd tu jestem, ubyło tego przy­naj­mniej kilka warstw -?zeszły niczym płaty skóry ze zbyt mocno opa­lo­nego ciała.

To kolejny dowód na to, że dom żyje. Oddy­cha jed­nak coraz cię­żej, cza­sami nawet prze­staję pisać i cze­kam, nasłu­chu­jąc w napię­ciu, czy cze­goś nie wymy­śli, by mnie stąd wyku­rzyć, ale nic się nie dzieje. Tylko stra­szy. A ten jego gniew... Myślę, że cho­dzi mu o ten tunel, który kopię.

Tak, kocha­nie, sły­szę, ale musisz wytrzy­mać. W spo­rej mie­rze odczu­wam twój ból. Twoje cier­pie­nie prze­nika przez ściany i pod­łogi, a potem wnika gdzieś pod moją skórę i tam zostaje. Kumu­luje się i nawar­stwia, cią­żąc, jak książki wygię­tym pół­kom w sta­rym, ledwo trzy­ma­ją­cym się kupy regale.

Emi­lio... Być może też uda ci się ten pamięt­nik prze­czy­tać, choć ty dobrze znasz więk­szość tego, co zawiera. Wszak byłaś czę­ścią tre­ści owych zapi­sków, nawet jeżeli nie­któ­rych tajem­nic ci nie wyja­wi­łem. Wybacz, każdy czło­wiek ma tajem­nice, przy czym zdaje mi się, że męż­czyźni skry­wają ich jakby wię­cej niż kobiety, a ja w końcu jestem męż­czy­zną.

Magia i duchy. Mam ponad dwa­dzie­ścia lat, a nikt nie zdo­łał mi wybić tych głu­pot z głowy, choć to wła­śnie one nas tu przy­pro­wa­dziły.

Tak, piszę o duchach, dobrze widzi­cie. Dosko­nale zdaję sobie sprawę, jak to wygląda, ale ja wiem i wy wie­cie, że one ist­nieją. Miesz­kają w szcze­li­nach takich domów jak ten. Dzień po dniu, rok po roku nabie­rają mocy. Nie potrze­bują żywi­cieli, żywią ich te stare mury. Żywią, choć rów­nież pętają. Zupeł­nie jak nas, Emi, co?

Ileż bym dał, żeby znowu obja­dać się z tobą nale­śni­kami przed tele­wi­zo­rem. Wybie­rać pal­cem powi­dła ze sło­ika i popi­jać gorą­cym mle­kiem. Gdy tylko sobie o tych chwi­lach przy­po­mnę, czuję zapach cyna­monu i wani­lii, ale i ten sam ogień, który chce stra­wić i moje ciało. Te głu­pie, slap­stic­kowe seriale, które lubi­łem ja, i te jesz­cze głup­sze filmy akcji, które lubi­łaś ty. Czy nie powinno być na odwrót? Pew­nie tak, ale to ty z nas dwojga zawsze oka­zy­wa­łaś się sil­niej­sza, ja zaś roz­czu­la­łem się nad byle pier­do­łami. Nie zno­si­li­śmy wielu rze­czy w sobie nawza­jem, a jed­no­cze­śnie nie mogli­śmy bez nich żyć. Byli­śmy jak kot z psem pod jed­nym dachem, ale prze­cież i te zwie­rzaki potra­fią zna­leźć wspólny język. Do cie­bie, Emi­lio, jesz­cze wró­cimy. Obie­cuję ci to, kocha­nie. Ale naj­pierw muszę opo­wie­dzieć, jak to wszystko się zaczęło. Wie­rzę, że ktoś odnaj­dzie ten notat­nik, bo nie zdo­łam go wysłać w butelce na bez­kre­sne morze -?choć ta mgła na zewnątrz zdaje się tak gęsta, że mogłaby unieść butelkę.

Słu­chaj­cie więc.

Cof­nijmy się nieco, a dokład­nie jede­na­ście lat, gdy ten wiatr na zewnątrz wyda­wał mi się bar­dziej przy­ja­zny.

Wróćmy do mojej wcze­snej mło­do­ści, gdy pozna­łem dwie bar­dzo ważne w życiu osoby: bab­cię i dziadka.

Tę bab­cię, która tyle serca wkła­dała w każdą przy­go­to­wy­waną dla nas potrawę, i tego dziadka, który poka­zał mi kie­dyś sztuczkę z kar­tami - jestem pewny, że to od tego się zaczęło. Ten dzień prze­są­dził o wszyst­kich kolej­nych. Gdyby nie ten dzień, ta chwila, nie byłoby tego pamięt­nika.

Nie byłoby też uwię­zio­nego w sta­rym domu żało­snego czło­wieka, ubru­dzo­nego w ziemi i kopią­cego tunel.

Lubię pisać, a wła­ści­wie wolę pisać niż mówić, bo ci, co czy­tają, nie sły­szą mojej wady wymowy. Począt­kowo mia­łem się do niej nie przy­zna­wać, ale histo­ria i tak prę­dzej czy póź­niej o prawdę się upo­mni. Bo moje seple­nie­nie, wada wro­dzona, rów­nież tro­chę pokie­ruje mym życiem.

A więc opo­wiem wam tę histo­rię, ale wpierw muszę iść do mojej żony polu­zo­wać jej tro­chę więzy, bo jestem pewny, że tym razem to ona wrzesz­czała.

KIEDYŚ, 11 LAT TEMU

Przy­sze­dłem na świat w Biel­sku-Bia­łej 10 kwiet­nia 1989 roku.

Wycho­wa­łem się na wsi. Nie takiej jak moi pra­dziad­ko­wie, bo nie mie­li­śmy kur, krów, świń ani całego tego śmier­dzą­cego szajsu, ale oko­lica obfi­to­wała w puste, prze­stronne pola, owo­cowe drzewa i bujną roślin­ność, wtedy nie­ska­żoną jesz­cze ludzką ręką, co to beto­nuje każdy skra­wek wszyst­kiego, co ule­piła natura.

Moi dziad­ko­wie wznie­śli ten dom -?ten, w któ­rym teraz spi­suję dla was swoje wspo­mnie­nia -?wła­snymi rękami jakoś w latach sześć­dzie­sią­tych. W tam­tych cza­sach ludzie nie byli skłonni brać lichwiar­skich kre­dy­tów. Układ był pro­sty -?mia­łeś tyle, na ile zapra­co­wa­łeś. Do dzi­siaj nie mam poję­cia, jak wznie­śli ten budy­nek w zasa­dzie cał­kiem samo­dziel­nie, od pod­staw; ale tak jak mówię, wtedy pra­gnie­nia zamie­niano w czyn, a ludzie jakoś mniej szu­kali wymó­wek, a wię­cej prze­ja­wiali ochoty do pracy. Trwal­sze były ich upór i deter­mi­na­cja, bo wtedy wszystko było jakieś trwal­sze -?zdaje się, że nawet beton. Dla­tego choć dom ten ma wiele krzy­wizn i nie­do­sko­na­ło­ści, to jed­nak stoi tu na­dal i postoi jesz­cze dobre tysiąc lat, tak mi powie­dział kie­dyś dzia­dek, a ja nie mam powodu, by mu nie wie­rzyć.

Nim jed­nak tu zamiesz­ka­li­śmy, mie­li­śmy tro­chę pod górę. Odkąd się uro­dzi­łem, błą­ka­li­śmy się po róż­nych małych i jesz­cze mniej­szych miesz­ka­niach w Biel­sku-Bia­łej i oko­li­cach. Tuła­li­śmy się jak poje­dyn­cze strony gazet nie­sione przez wiatr po post­pe­ere­low­skich uli­cach. Ja, moja mama i mój tata. Gdy zaczyna się ta histo­ria, mam jede­na­ście lat. Wiem, że to może oka­zać się tro­chę nie­zro­zu­miałe, ale z naszych wędró­wek pamię­tam naj­moc­niej to, że okrop­nie dener­wo­wali mnie moi kuzyni, z któ­rymi nie potra­fi­łem zna­leźć wspól­nego języka, choć byli w podob­nym jak ja wieku. Naj­wi­docz­niej już wtedy kształ­to­wał się mój intro­wer­tyzm.

Pomiesz­ki­wa­li­śmy u róż­nych zna­jo­mych, wuj­ków, cio­tek i nie­mal w każ­dym z tych domostw znaj­do­wały się jakieś dzie­ciaki. Zna­czyło to tyle, że ofi­cjalna usta­no­wiona przez Bóg wie kogo ety­kieta dzie­cięca kazała mi się z nimi bawić, a ja cho­ler­nie nie lubi­łem bawić się z kim­kol­wiek. Lubi­łem swoje małe wyści­gówki, samu­raj­skie pla­sti­kowe mie­cze i liche, nie­ru­chome figurki żoł­nie­rzy. Lubi­łem je, wiel­bi­łem wręcz, ale chcia­łem się bawić nimi sam i tylko sam. No, może nie do końca sam. Mia­łem swo­ich przy­ja­ciół, z któ­rymi zawsze mogłem poroz­ma­wiać lub powal­czyć na mie­cze. Do dzi­siaj pamię­tam te trójkę, z którą się zada­wa­łem i po czę­ści dora­sta­łem.

Kim byli? Cóż, "wyją­łem" ich z filmu Trzech mało­la­tów ninja i kolej­nych czę­ści ich przy­gód. To zna­czy pew­nego dnia sami do mnie przy­szli, choć nie pamię­tam dokład­nie kiedy. Chyba krótko po obej­rze­niu tetra­lo­gii, jak sądzę.

Colt, Tum Tum i Rocky, ale tego ostat­niego jakoś lubi­łem naj­mniej. A gdy kogoś nie lubię, to nie muszę pamię­tać jego imie­nia, prawda? W każ­dym razie naj­więk­szą sym­pa­tią darzy­łem wła­śnie Colta i to z nim naj­czę­ściej roz­ma­wia­łem. Może dla­tego, że naj­le­piej z tej trójki wal­czył i wyda­wał się tro­chę podobny do mnie, szcze­gól­nie jeśli cho­dzi o fry­zurę -?włosy w kolo­rze blond z cha­rak­te­ry­styczną wysoką czu­pryną nad czo­łem. Całe moje życie będę taką nosił, choć w przy­szło­ści nieco oklap­nie mi na czoło. Wciąż jed­nak ta moja nieco kogu­cia fry­zura będzie mnie defi­nio­wać i wyróż­niać w tłu­mie.

A więc bawi­łem się z tymi dzie­cia­kami, naj­czę­ściej moimi kuzy­nami, i krew mnie zale­wała, kiedy na przy­kład po raz dzie­siąty, zmę­czony i zmar­z­nięty, zasu­wa­łem z san­kami pod ośnie­żoną górę bite dzie­sięć minut, by jechać potem w dół nie­całe pięt­na­ście sekund. Pod­czas gdy wszyst­kie dzie­ciaki darły się wnie­bo­głosy ze szczę­ścia, ja zjeż­dża­łem na tych san­kach uba­wiony tyle co kłoda, zasta­na­wia­jąc się, po co to robię. Ni­gdy nie rozu­mia­łem rado­ści czer­pa­nej z podob­nych aktyw­no­ści, a w dodatku kiep­ski to był dla mnie inte­res, szcze­gól­nie że byłem dziec­kiem cho­ro­wi­tym i po takiej eska­pa­dzie musia­łem dwa tygo­dnie odle­żeć w łóżku.

Nawet jeśli pomi­nąć te pery­pe­tie, prze­pro­wadzki były po pro­stu męczące i do dzi­siaj tak naprawdę nie wiem, dla­czego ska­ka­li­śmy z miej­sca na miej­sce. Raczej nie pyta­łem o to za dziecka, a nie zapyta­łem i w doro­słym życiu, zresztą każdy śred­nio roz­gar­nięty czło­wiek byłby zdolny to wyde­du­ko­wać. Jak nie wia­domo, o co cho­dzi, to... tak, no wła­śnie. W naszym wypadku to powie­dze­nie spraw­dza się dosko­nale. Byli­śmy biedni. Wiem, że mój tata ciężko haro­wał, żeby­śmy mieli co do garnka wło­żyć. Imał się róż­nych prac, aż wresz­cie zało­żył swoją pierw­szą firmę, która sprzą­tała i odśnie­żała -?pra­co­wał w niej sam. Zaku­pił sta­rego żuka, który lubił nie odpa­lać, więc czę­sto brał tylko łopatę do odśnie­ża­nia i ruszał wyko­nać swoje zle­ce­nie pie­szo, bar­dzo wcze­snym ran­kiem, kiedy do świtu było daleko i cały świat spał. Do dzi­siaj nie wiem, skąd on brał na to siły.

Pamię­tam jeden wie­czór, od któ­rego nie­jako zaczął się prze­łom. Miesz­ka­li­śmy w klitce o powierzchni jakichś trzy­dzie­stu paru metrów kwa­dra­to­wych i myślę, że głów­nie rodzice czuli się jak cho­miki w klatce. Leża­łem chory z gorączką w swoim maleń­kim pokoju, gdzie mie­ściły się tylko łóżko i sto­lik z akwa­rium, i nie­zli­czone godziny wpa­try­wa­łem się w te małe rybki, pły­wa­jące to w jedną, to drugą stronę bez celu. Mama w tych dniach opie­ko­wała się mną, choć cza­sem się zasta­na­wiam, czy aby słowo "opieka" nie było tu z mojej strony eufe­mi­zmem. Myślę, że robiła to nie­jako przy oka­zji, cze­ka­jąc na jakiś cud, który odmieni naszą mate­rialną sytu­ację i pozwoli w końcu osiąść gdzieś na stałe. Doglą­dała mnie bar­dziej w taki spo­sób, jak ja doglą­da­łem swoje rybki, spraw­dza­jąc, czy wciąż wszystko z nimi dobrze, czy może pły­wają już brzu­chami do góry.

Cza­sami opusz­czała miesz­ka­nie, naj­czę­ściej wybie­ra­jąc się do oko­licz­nych skle­pi­ków odzie­żo­wych, i zosta­wiała mnie samego na dłu­gie godziny, pod­czas któ­rych wypa­try­wa­łem jej przez małe okno na kory­ta­rzu naszej kamie­nicy w oba­wie, że może nie wró­cić i zostanę tu sam, bo rów­no­cze­śnie tatę spo­tka jakiś wypa­dek. Ile­kroć miała wyjść, stro­iła się, spę­dza­jąc przed lustrem dłu­gie minuty. Bałem się o nią i o sie­bie, gdy zosta­wa­łem w pustym miesz­ka­niu. Włą­cza­łem bajki, jeśli jakieś w tele­wi­zji były, naj­czę­ściej jed­nak nie było, więc pusz­cza­łem cokol­wiek, aby w miesz­ka­niu dało się sły­szeć jakie­kol­wiek ludz­kie głosy, bo to doda­wało mi otu­chy.

Mimo moich obaw moja matka zawsze wra­cała, cza­sem w miarę szybko, cza­sem po godzi­nie lub dwóch, a cza­sem, gdy słońce już dawno scho­wało się za hory­zon­tem. Co dziwne, ni­gdy nie wra­cała z żad­nym nowym ubra­niem, twier­dząc, że wszystko jest za dro­gie, a my prze­cież -?tu na jej twa­rzy poja­wiał się kpiący uśmiech -?musimy żyć oszczęd­nie. Mój dzie­cięcy umysł pochła­niała kwe­stia, że skoro tak, to po co tam cho­dzi, ale nie mia­łem odwagi wypo­wie­dzieć tego pyta­nia. Nie­kiedy wie­czo­rami włą­czała jakieś stare, popowe utwory, sie­działa na kana­pie i gapiła się w lampę na sufi­cie, jakby ta lampa miała wkrótce obro­dzić w dia­menty. Słu­cha­jąc tego swo­jego popu i nie­mal się nie poru­sza­jąc, potra­fiła spo­glą­dać na nią przez długi czas, a ja co chwilę zer­ka­łem na nią, by spraw­dzić, czy w ogóle jesz­cze oddy­cha, czy aby nie zatra­ciła się cał­kiem w tych swo­ich fan­ta­zjach. W mię­dzy­cza­sie budo­wa­łem sobie domki z pude­łek po kase­tach magne­to­fo­no­wych, cie­sząc się w sumie z tego, że mogę z nią posie­dzieć i pocze­kać na tatę. Jed­nak nie zawsze było tak spo­koj­nie.

Zda­rzało się, że dosta­wa­łem od mamy w twarz za jakieś drobne prze­wi­nie­nia, któ­rych wagi wtedy nie rozu­mia­łem. Mogło cho­dzić o pod­wę­dze­nie kanapki, którą zro­biła dla sie­bie, albo o kolejne pyta­nie, kiedy wróci tata. Po jakimś cza­sie poją­łem, że powi­nie­nem zni­kać, gdy nagle zry­wała się z kanapy i zaczy­nała cho­dzić tam i z powro­tem po kory­ta­rzu, coś do sie­bie mam­ro­cząc. Obgry­zała wtedy paznok­cie i oddy­chała szybko. W takich chwi­lach w jej oczach poja­wiał się jakiś nie­zro­zu­miały dla mnie gniew. Teraz wiem, że gniew nie bie­rze się zni­kąd, wtedy jed­nak nie mia­łem o tym poję­cia. Gdy ogar­niał ją ten dziwny amok, usu­wa­łem się w cień i nawet jeśli­bym się wykrwa­wiał, nie mia­łem zamiaru zawra­cać jej tym głowy, bo mogłaby wybuch­nąć i znowu ude­rzyć mnie w poli­czek. Sta­wała się tyka­jącą bombą. Sądzi­łem, jak sądzi­łoby zapewne każde dziecko, że po pro­stu tak musiało być. Teraz wiem, że to nie­prawda. Tak wcale być nie musiało.

Naj­lep­szym dla mnie momen­tem całego dnia był ten, gdy sły­sza­łem odgłos prze­krę­ca­nych w zamku klu­czy i tupa­nie butów, co ozna­czało strzą­sa­nie z nich śniegu lub ziemi. W drzwiach poja­wiał się ojciec, któ­remu rzu­ca­łem się na szyję pomimo jego brud­nego, prze­po­co­nego ubra­nia. A on zawsze, nie­za­leż­nie od tego, jak ciężki miał dzień, brał mnie w ramiona i mocno tulił. Nie wiem, jak to się działo, ale zda­wało mi się, że on ni­gdy nie ma złych dni, choć dziś wiem, że nie­moż­liwe, że było zgoła ina­czej. Zawsze jed­nak swoje pro­blemy zosta­wiał tam na zewnątrz, pod śnie­giem czy pod zie­mią; nie miały prawa wstępu do domu -?prze­ciw­nie niż w przy­padku mamy, która zda­wała się pro­blemy przy­no­sić siat­kami do domu. Nawet gdy już byłem w łóżku i zasy­pia­łem, sły­sząc ten odgłos klu­czy, wsta­wa­łem i lecia­łem do drzwi, by dać się ojcu unieść. Miało to swoją cenę, bo strasz­nie się o niego mar­twi­łem, a samot­ność i tro­ska potra­fią kar­mić wyobraź­nię. Ale on wra­cał, zawsze wra­cał, na pewno wie­dział, że cze­kam. Mama ni­gdy nie witała go tak jak ja, czę­sto w ogóle nie wsta­wała z kanapy, nawet gdy już zdą­żył ścią­gnąć robo­cze ubra­nie -?ale jemu to nie prze­szka­dzało i pró­bo­wał witać ją tak samo cie­pło, jak witał mnie.

Tego pamięt­nego wie­czoru tata przy­je­chał nieco wcze­śniej, jak zwy­kle umo­ru­sany, i powie­dział, że się prze­no­simy, lecz tym razem już na stałe, a miej­sce będzie ide­alne dla naszej trójki. I choć mawiał tak czę­sto wcze­śniej, jakoś wtedy uwie­rzy­łem, że jego obiet­nica się spełni. Widocz­nie dostrze­głem w jego błę­kit­nych oczach inny niż zazwy­czaj błysk -?naprawdę się uśmie­chały, prze­peł­niała je szczera wiara w wypo­wia­dane słowa. Znowu obda­rzy­łem go kre­dy­tem zaufa­nia, on zaś w końcu wyja­wił nam swój plan.

Cho­dziło o prze­no­siny na wieś do dziad­ków -?jego rodzi­ców. Usły­szaw­szy to, mama zaczęła się gło­śno i zło­śli­wie śmiać. Lubiła tak wyra­żać swój sprze­ciw, lubiła wyśmie­wać wszel­kie pomy­sły taty, jakie by nie były. Sam nie czu­łem się tym pomy­słem zachwy­cony, bo szybko połą­czy­łem fakty. Z pew­no­ścią zechcą tam wpa­dać moi kuzyni, a ja znowu będę musiał z nimi spę­dzać czas. Poza tym nie zna­łem za dobrze moich dziad­ków. W zasa­dzie nie­mal wcale ich nie zna­łem, bywa­li­śmy u nich nie­zwy­kle rzadko -?mama nie lubiła jeź­dzić do rodziny taty, do wła­snej zresztą też (jak myślę, nie­chęć do ludzi musia­łem odzie­dzi­czyć po niej). Do tego smród kro­wiego łajna i odcho­dów świni to nie było coś, czego bym wtedy pra­gnął, a tylko z tym koja­rzyło mi się słowo "wieś".

Mama miała inne, wła­sne obiek­cje, bo jak to z nią zazwy­czaj bywało, dziki zło­śliwy śmiech szybko prze­ro­dził się w kąśliwe uwagi. Nie pamię­tam dokład­nie, o co cho­dziło, choć mogę się teraz tego domy­ślać. Moja bab­cia była głę­boko wie­rzącą kobietą, prak­ty­ku­jącą kato­liczką, mama zaś z domu pro­te­stantką, tak naprawdę ate­istką od dłuż­szego czasu. A tam, gdzie zetkną się dwie reli­gie bądź wiara z nie­wiarą, tam lubi powsta­wać kon­flikt. Zwłasz­cza jeśli kłótni sprzyja tem­pe­ra­ment, a tego nie bra­ko­wało ani babci, ani mamie.

Mimo to wizja domu, nawet jeśli współ­dzie­lo­nego z rodzi­cami mojego taty, sta­no­wiła argu­ment dość prze­ko­nu­jący, bo stał on w spo­koj­nej oko­licy, no i w końcu był to dom, a nie jak wcze­śniej cia­sne lokum w bloku czy w kamie­nicy. Mie­li­by­śmy dla sie­bie całe górne pię­tro, czyli naj­więk­szą jak dotąd powierzch­nię do miesz­ka­nia. Mój tata prze­ko­nał mnie rów­nież, że tam wcale nie śmier­dzi, bo jego rodzice kur ani świń, ani żad­nego bydła nie hodują. I tak oto już dwa tygo­dnie póź­niej póź­nym wie­czo­rem dotar­li­śmy z waliz­kami pod ogromny, jak mi się wtedy wyda­wało, budy­nek. No cóż -?nie od dziś wia­domo, że wspo­mnie­nia pła­tają nam figle, a mia­łem wtedy świeżo skoń­czone jede­na­ście lat.

Przy­po­mi­nam sobie, że pomimo mojego w sumie cał­kiem dobrego nasta­wie­nia -?mama wciąż była na nie, ale jakimś argu­men­tem tata zdo­łał ją prze­ko­nać, byśmy przy­naj­mniej spró­bo­wali -?na myśl, że ktoś inny zaj­mie teraz nasze małe, ale fajne miesz­ka­nie, jadąc w nie­znane, poczu­łem nie­po­kój i głę­boki smu­tek. Z tego powodu, gdy dotar­li­śmy pod wjaz­dową bramę u dziad­ków, zaczą­łem gło­śno pła­kać. Roz­sz­lo­cha­łem się dokład­nie w chwili, gdy na ganku zapa­liło się świa­tło, drzwi uchy­liły, a do moich noz­drzy dole­ciał zapach cyna­monu. W drzwiach widzia­łem tylko syl­wetkę krę­pej postaci rzu­ca­ją­cej swój cień na gra­ni­towe schody. To była moja bab­cia Wanda. Pamię­tam z tam­tego dnia jej cie­pły uśmiech, a potem jesz­cze inten­syw­niej­sze cie­pło bijące z jej wiel­kich piersi, do któ­rych mnie tuliła, deli­kat­nie koły­sząc. Znaj­do­wa­li­śmy się wtedy już wewnątrz, w ich salo­nie, tym samym, w któ­rym teraz śpi Emi­lia. Bab­cia była bar­dzo silna, jed­no­cze­śnie zaś deli­katna, i to połą­cze­nie spra­wiło, że poczu­łem się w końcu bez­piecz­nie, a mój opór słabł. Uspo­ka­ja­łem się, chło­nąc jej spo­kój, choć ta kobieta była mi wtedy w zasa­dzie obca. Zdaje się, że ona przy­go­to­wała się na moje opory i obawy i spe­cjal­nie upie­kła dla mnie cia­sto. Pamię­tam jej cichy, deli­katny głos przy moim uchu i to cie­pło piersi ogrze­wa­ją­cych mój mokry od łez poli­czek. W końcu zasną­łem.

A ran­kiem obu­dził mnie sze­lest miliona roz­ma­wia­ją­cych ze sobą liści, który wdarł się cichutko przez uchy­lone drzwi tara­sowe salonu na pierw­szym pię­trze mojego nowego domu -?i poczu­łem się nieco lepiej.

* * *

Gdy prze­nie­śli­śmy się do dziad­ków, był czer­wiec, zaczy­nało się lato, a więc rów­nież waka­cje. Zdą­ży­łem zali­czyć drugą klasę w pod­sta­wówce w cen­trum Biel­ska-Bia­łej, a teraz cze­kało mnie prze­nie­sie­nie do miej­sco­wej szkoły. Wią­zało się to z pozna­wa­niem nowych kole­gów, na co naprawdę nie mia­łem ochoty. Nie żebym jakoś tęsk­nił za tymi, któ­rych zdą­ży­łem poznać. Nie lubi­łem szkoły, nie lubi­łem innych dzie­cia­ków i czu­łem, że to się raczej nie zmieni. Wszystko przez moją wadę wymowy, z powodu któ­rej bałem się cokol­wiek mówić, wola­łem więc się nie odzy­wać i być sam. Ale w tam­tym cza­sie mia­łem wiele innych zmar­twień, więc pro­blem nowej klasy zosta­wi­łem sobie na potem.

Jak pisa­łem, zaczy­nało się lato, a uwierz­cie mi, w tam­tym cza­sie lata bywały naprawdę gorące, żar lał się z nieba niczym miód, zakle­ja­jąc każdy por skóry. Tata jesz­cze spał. Naj­wi­docz­niej zeszłego wie­czoru zdą­żył pokłó­cić się z mamą, bo ta noco­wała oddziel­nie, w tym pokoju, w któ­rym dla was piszę, a który sta­nie się moim poko­jem.

Wsta­łem po cichu, tro­chę zdez­o­rien­to­wany, i w tych samych zmię­tych ciu­chach, w któ­rych zasną­łem, wysze­dłem na drew­niany, świeżo malo­wany ciem­no­brą­zową farbą taras. Moje bose stopy zetknęły się z cie­płymi deskami, a noz­drza wypeł­nił nie­znany mi dotąd zapach -?zapach natury, zapach stwo­rzony przez Boga. Mie­szał się z zapa­chem farby. Lubię jej słodko-gry­zącą woń -?koja­rzy mi się zawsze z wyma­za­niem prze­szło­ści i nowym roz­dzia­łem. Do tej sym­fo­nii doznań dołą­czyć miało jesz­cze wiele innych wiej­skich zapa­chów, któ­rych nie zdo­łał­bym nazwać ani zli­czyć, a które two­rzyły ową szcze­gólną, tak kochaną przeze mnie mie­szankę.

Choć wcze­śniej migro­wa­li­śmy tu i tam, ni­gdy nie miesz­ka­li­śmy na wsi ani nawet tam wiele nie bywa­li­śmy -?wieś oglą­da­łem głów­nie w fil­mach i ilu­stra­cjach do bajek. Ocza­ro­wał mnie więc widok, jaki roz­cią­gał się przede mną: w dali, za tysią­cem drzew, ujrza­łem wiel­kie pola uprawne, a pośród nich młyn. W naszym ogro­dzie, oddzie­lo­nym pro­wi­zo­ryczną siatką, było sporo róż­nych grzą­dek, owo­co­wych drzew i krzewy z mali­nami, borów­kami czy agre­stem, któ­rymi będę się opy­chał. W rogu ogrodu stała szopa, poma­lo­wana na zgniłą zie­leń.

Dostrze­głem także mały sad, za któ­rym cią­gnął się nie­zmie­rzony hory­zont pokryty zie­le­nią.

Niebo -?tego dnia błę­kitne i czy­ste, bez jed­nej chmurki -?bło­go­sła­wiło ów kra­jo­braz i zwia­sto­wało piękny czas. Roślin­ność bujała się w rytm szu­mią­cego wia­tru, a choć przy­roda, którą obser­wo­wa­łem może po raz pierw­szy w takiej postaci, zda­wała mi się jed­nym wiel­kim cha­osem, była przy tym tak dziko piękna.

Jedno drzewo wyra­stało zaraz przy domu, więc gdy pod­sze­dłem do barierki, mia­łem jego gałę­zie na wycią­gnię­cie ręki. To drzewo tego dnia przy­wi­tało mnie pierw­sze, koły­sząc się, jakby chciało mi się ukło­nić. Wiem, że czas pod­bar­wia wspo­mnie­nia, ale uwierz­cie mi, czu­łem się wtedy jak w innym świe­cie, nie­mal jak­bym tra­fił w kadr bajki.

Gdy tak upa­ja­łem się nie­sa­mo­wi­tym wido­kiem, pró­bu­jąc oswoić z nowym domem, usły­sza­łem pod sobą kroki i ciche kasła­nie. To wtedy go zoba­czy­łem.

Szczu­pły, wysoki i cał­kiem już siwy męż­czy­zna szedł spo­koj­nym kro­kiem w stronę małej, drew­nia­nej szopy, mija­jąc jedną jedyną rzecz, która mogła ode­brać urok całemu pej­za­żowi -?stary, w poło­wie zde­mon­to­wany samo­chód, pod któ­rym roz­le­wała się wielka plama oleju, bru­dząca czer­nią trawę. Była to syrenka w kolo­rze pia­sko­wym.

Przy­cup­ną­łem i przez szpary desek obser­wo­wa­łem dziadka, tak podob­nego do mojego taty. Na pierw­szy, a nawet drugi i trzeci rzut oka nie dałoby się ich z tej odle­gło­ści odróż­nić, ja zresztą będę wyglą­dał jak ich kopia. Taką mamy rodzinną przy­pa­dłość: nie­sa­mo­wite wręcz podo­bień­stwo w linii męskiej, które pogłę­bia się z wie­kiem.

Dzia­dek trzy­mał w dłoni sta­lową, poobi­janą konewkę, w któ­rej przy każ­dym sta­wia­nym kroku rado­śnie chlu­po­tała woda, i szedł do nie­wiel­kiej zbi­tej z desek szopy przy końcu ogrodu. W pew­nym momen­cie przy­sta­nął. Wyglą­dał, jakby coś zoba­czył w tra­wie -?i fak­tycz­nie zoba­czył. To był Moz­zart, młody jesz­cze kociak z białą plamą przy nosie. Dzia­dek nachy­lił się ku niemu i przez chwilę gła­skał go czule. Kotek wkrótce zaczął się z nim bawić, ata­ku­jąc go pazu­rami, a ten pod­jął wyzwa­nie, mierz­wiąc mu brzuch. Po minu­cie czy dwóch zwie­rzak, który naj­wy­raź­niej miał już dość zabawy, chap­snął lekko dużą dłoń, po czym zerwał się, pędem ruszył w kie­runku ogro­dze­nia, poko­nał je i znikł w chasz­czach. Dzia­dek jed­nak kucał dalej. Widzia­łem go od tyłu. Nie miał koszulki. Jego szczu­płe, choć umię­śnione, nieco spo­cone plecy poły­ski­wały w pro­mie­niach słońca. Prze­chy­lił głowę, nasłu­chu­jąc niczym sarna, by po chwili, pomału wsta­jąc, odwró­cić się w moją stronę. Jego błę­kitne oczy zalśniły. Jak on to zro­bił? Wie­dział, gdzie mnie szu­kać, choć nie wyda­łem naj­cich­szego wes­tchnie­nia. Tro­chę mnie to zasko­czyło i zanie­po­ko­iło. Naj­dziw­niej­sze jed­nak miało się dopiero wyda­rzyć, i to już za chwilę.

Dzia­dek wpa­try­wał się we mnie i uśmie­chał tajem­ni­czo. Kuca­łem, tkwiąc w swo­jej pro­wi­zo­rycz­nej kry­jówce, nie­zdolny do jakie­go­kol­wiek ruchu - czu­łem się przy tym bez­piecz­nie za wyso­kimi deskami two­rzą­cymi balu­stradę tarasu. Patrzy­li­śmy na sie­bie przez chwilę. Odło­żył konewkę i wstał, a następ­nie otwo­rzył prawą dłoń i spoj­rzał na jej wnę­trze, po czym uniósł ją wysoko, naj­wy­raź­niej chcąc, abym i ja się jej przyj­rzał. Potem zaś kla­snął, łącząc obie dło­nie. A gdy je roz­warł, z ich wnę­trza wyfru­nął mały pta­szek. Przy­się­gam, że coś takiego się stało. Jakby tego było mało, ptak ten pofru­nął w moim kie­runku i usa­do­wił się na czubku jed­nej z tara­so­wych desek, jakiś metr ode mnie. Był praw­dziwy, jak praw­dziwe jest pióro, które teraz trzy­mam w dłoni i z któ­rego pomocą zapeł­niam te kartki. Po chwili ptak odle­ciał i znik­nął mi z pola widze­nia. Moja twarz zapewne wyra­żała dzie­cięcą radość, z czego nie do końca zda­wa­łem sobie sprawę. Spoj­rza­łem ponow­nie na dziadka, który także się uśmie­chał. Jego uśmiech był cie­pły, a jed­no­cze­śnie zagad­kowy i tajem­ni­czy. Pokło­nił mi się, uda­jąc, że ściąga przy tym z głowy kape­lusz. Nie mógł widzieć dokład­nie mojej miny, ale z pew­no­ścią potra­fił ją sobie wyobra­zić. Sam naj­wy­raź­niej dobrze się bawił. Zapro­sił mnie do swo­jego świata. Musiał wie­dzieć, że z tego zapro­sze­nia sko­rzy­stam, choć wtedy nie mia­łem o tym bla­dego poję­cia.

I pew­nie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że ten ptak... wró­cił. Usiadł tam gdzie wcze­śniej i przy­glą­dał mi się. Począt­kowo się ucie­szy­łem, ale radość ta prze­ro­dziła się w nie­po­kój. Oczy koli­bra wyda­wały się nie­na­tu­ralne, jakby ludz­kie. Nie był po pro­stu żywy, jak każdy mały ptak. Był... świa­domy. Tak, to odpo­wied­nie słowo.

Przez cały dzień nie opu­ści­łem naszego miesz­ka­nia, skar­żąc się na ból głowy, choć nic mnie nie bolało. Nie czu­łem nawet głodu. Omi­ja­łem drzwi tara­sowe, jak tylko mogłem, nie pró­bo­wa­łem przez nie patrzeć. Ptak odle­ciał dopiero, gdy tata otwo­rzył te drzwi na oścież i wyszedł na zewnątrz zapa­lić.

No cóż, podej­rze­wam, że każde inne dziecko byłoby zachwy­cone tą sztuczką, ale ja poczu­łem dziwny, wier­cący duszę strach. Ten strach - który miał swój spe­cy­ficzny zapach, bo każdy strach, jestem tego pewny, roz­ta­cza wokół sie­bie inną woń -?wraca do mnie do dziś. Do dzi­siaj pamię­tam dokład­nie tamto zda­rze­nie, ale też do dzi­siaj nie wiem, jak dzia­dek to zro­bił. Nie wyja­wił mi tego nawet przed śmier­cią.

Zawsze tylko powta­rzał, że dobry magik nie zdra­dza swo­ich tajem­nic - choć z czę­ścią z nich mnie, nie­stety, zapo­znał.

* * *

Następ­nego dnia wczo­raj­sze lęki znacz­nie zła­god­niały, nie­mal się roz­pro­szyły, ale i tak nie chcia­łem zbyt­nio odda­lać się od rodzi­ców, więc cho­wa­łem się w ich cie­niu, gdy oni urzą­dzali nasze lokum. Udało im się jakoś pogo­dzić i chwała Bogu, bo i tak za wiele bodź­ców ata­ko­wało mój dzie­cięcy umysł. Ocho­czo im we wszyst­kim poma­ga­łem, na ile tylko mogłem. Jeź­dzi­łem z tatą po nasze rze­czy do sta­rego miesz­ka­nia tam i z powro­tem i nie­udol­nie, ale jed­nak, myłem pod­łogi, ście­ra­łem kurze z sza­fek i wyko­ny­wa­łem temu podobne czyn­no­ści. Mama miała nawet cał­kiem dobry humor. O wyda­rze­niu z pta­kiem i dziad­kiem rodzi­com nie mówi­łem. Cokol­wiek to było, sie­działo mi jed­nak w gło­wie mocno jak jeden z gwoź­dzi w drzwiach sta­rej szopy w ogro­dzie.

Gdy pra­co­wa­li­śmy nad zago­spo­da­ro­wa­niem miesz­ka­nia, taras był otwarty i czę­sto na niego wycho­dzi­łem, spraw­dza­jąc, co się dzieje na zewnątrz, niczym kot doglą­da­jący swo­jego tery­to­rium. Wypa­try­wa­łem dziw­nego ptaka, ale ten się już nie poja­wił. W zasa­dzie nic się nie działo, drzewa i krzewy koły­sały się tak samo, liście na gałę­ziach mówiły tym samym języ­kiem, ile­kroć wiatr je do tego zachę­cał, a stara syrenka po pro­stu stała w poło­wie roze­brana, cze­ka­jąc na odro­binę jakiej­kol­wiek aten­cji. Jedyną zmienną w tym całym kra­jo­bra­zie był dzia­dek, który łaził po ogro­dzie, to przy­ci­na­jąc krzewy, to zbie­ra­jąc owoce z drzew. Patrzy­łem na niego ostroż­nie, gotowy do szyb­kiego ukry­cia się, gdyby ponow­nie na mnie spoj­rzał, on jed­nak tego nie zro­bił. Nie zer­k­nął w moją stronę ani razu, czu­łem się więc już nieco bez­piecz­niej. Nie wiem, dla­czego dopadł mnie lęk przed nim, ale musiało mieć to zwią­zek z tym prze­klę­tym pta­kiem, który w końcu wyfru­nął z jego dłoni.

Z par­teru dola­ty­wały do nas roz­ma­ite zapa­chy -?całe szczę­ście, że tata scho­dził po obiady, które robiła bab­cia, i przy­no­sił je na górę. Rodzice chcieli unik­nąć roz­sia­da­nia się przy stole, by jak naj­szyb­ciej uwi­nąć się z prze­pro­wadzką. Cia­sto cyna­mo­nowe, które bab­cia dla mnie upie­kła, znik­nęło w mgnie­niu oka -?głów­nie w moich ustach.

Do urzą­dze­nia mie­li­śmy nasze pię­tro oraz wspo­mi­nany już wie­lo­krot­nie taras -?tam jed­nak stać miały tylko krze­sło i mały sto­lik, który wkrótce ozdo­biła popiel­niczka zawsze pełna nie­do­pał­ków papie­ro­sów taty, potem mamy, a w dal­szej przy­szło­ści także moich.

Czas przy pracy umi­lała nam muzyka z wieży, którą dawno temu kupił tata, a która towa­rzy­szyła nam w każ­dym poprzed­nim miesz­ka­niu. Tu jed­nak dźwięk dobie­ga­jący z dość dużych kolumn wyda­wał się inny, jakiś lep­szy. A może wyni­kało to stąd, że byli­śmy wtedy szczę­śliwi i pełni nadziei. Przy­naj­mniej takie mia­łem wra­że­nie. Tata czę­sto wtó­ro­wał woka­li­stom, śpie­wa­jąc, nie bez fał­szo­wa­nia, ale zupeł­nie nam to wtedy nie prze­szka­dzało, choć zwy­kle mamę to iry­to­wało, a mnie nie­odmien­nie bawiło.

Skoń­czy­li­śmy robotę któ­re­goś z kolej­nych dni póź­nym wie­czo­rem, chyba koło dwu­dzie­stej trze­ciej. Byłem pad­nięty. Zresztą nie tylko ja. Cze­kała mnie pierw­sza noc w moim nowym pokoju. Nie mia­łem tu wielu rze­czy, tylko małe drew­niane łóżko, biurko do odra­bia­nia lek­cji, szafkę na ubra­nia - poza tym gołe ściany. Rodzice poże­gnali mnie buzia­kiem w poli­czek na dobra­noc.

Wyką­pany poło­ży­łem się w swoim łóżku z czy­stą pościelą, która pach­niała trawą i kwia­tami. Wieś, cudowna wieś ota­czała mnie z każ­dej strony i chyba to tam­tego wie­czoru w pełni zro­zu­mia­łem, dla­czego mój ojciec chciał tu powró­cić, tym razem jako doro­sły ze swoją rodziną. I dla­czego ja sam chcę tu zostać.

Zasy­pia­łem, wpa­tru­jąc się w stare okno z żalu­zjami, zza któ­rych spo­glą­dał na mnie księ­życ.

DZIEŃ OBECNY

Ten sam księ­życ, przy któ­rym tyle razy zasy­pia­łem, spo­gląda na mnie przez to samo okno teraz, choć jego blask ledwo prze­bija się przez nie­ustę­pu­jącą od kilku dni mgłę. Na noc ścią­gam kilka kar­tek przy­twier­dzo­nych do szyby, by przed snem wpu­ścić do pokoju choć tro­chę bla­dego świa­tła.

Słaba poświata kła­dzie się leni­wie na rucho­mej, gęstej, mlecz­nej paję­czy­nie z nocy na noc, zgod­nie z ryt­mem pełni, kwart i nowiu, a ja dry­fuję w tym domu po jej powierzchni. Sły­szę odgłos wody kapią­cej z nie­do­krę­co­nego prysz­nica i trzask drewna palo­nego w kominku, w któ­rym śpi Emi­lia. Wię­cej dźwię­ków tu w tej chwili nie dociera, no może prócz skrzy­pie­nia pod­łóg, bo po budynku spa­ce­rują duchy -?ni­gdy nie śpią i trzeba nauczyć się z nimi żyć. A ja nabra­łem w tym nieco wprawy.

Gdy wspo­mi­nam czasy, kiedy się tu wpro­wa­dza­li­śmy, dopada mnie okropny smu­tek. Tęsk­nota za tym, czego dziś już nie mogę dotknąć, a co zama­zuje się w mojej pamięci, przy­po­mi­na­ją­cej skład ze sta­rymi pudłami peł­nymi wspo­mnień. Tych pudeł ubywa, ktoś czy coś nie­ustan­nie je usuwa, jedno po dru­gim, choć ja się na to nie godzę. Kimże jeste­śmy bez wspo­mnień? Pustymi naczy­niami, drze­wami bez gałęzi, kory­tem stru­myka bez wody. Nie godzę się na utratę wspo­mnień, więc pró­buję je jakoś utrwa­lić -?tu, w for­mie pamięt­nika, który czy­ta­cie.

No dobrze, opis etapu prze­pro­wadzki mamy za sobą. Wyda­wać by się mogło, że oto zna­leź­li­śmy swoje miej­sce na ziemi i teraz może być tylko lepiej, prawda?

Nic bar­dziej myl­nego. Każdy, kto wie­rzy w bzdury o nowym początku, musi być waria­tem.

Kie­dyś wspo­mni­cie moje słowa, nawet jeśli teraz zechce­cie z nich kpić.

Choć to prawda, że przez jakiś czas było względ­nie spo­koj­nie. Życie lubi usy­piać naszą czuj­ność.

KIEDYŚ

Prze­bu­dziw­szy się naza­jutrz o dość póź­nej porze, pró­bo­wa­łem na powrót zasnąć, bo w łóżku było mi dobrze -?czu­łem się, jak­bym leżał na mięk­kiej, puszy­stej chmu­rze wysoko nad zie­mią -?ale utrud­niały mi to dźwięki krzą­ta­niny w kuchni mie­sza­jące się z pokrzy­ki­wa­niami kie­ro­wa­nymi do ogrodu pod adre­sem dziadka, który naj­wi­docz­niej ocią­gał się z pój­ściem po zakupy. Takie pona­gla­jące pokrzy­ki­wa­nia będę sły­szał jesz­cze nie raz, nie dwa. Po zadu­chu w pokoju i ośle­pia­ją­cym słońcu zga­dy­wa­łem, że jest już połu­dnie.

Moja bab­cia była kobietą nie­zbyt wysoką, przy­sa­dzi­stą, o sze­ro­kich bar­kach i potęż­nym gło­sie. Kiedy więc wołała za dziad­kiem, jej głos niósł się na kilo­metr. "Selek, do jasnej cho­lery, pój­dziesz ty w końcu czy trzeba cię tam wołami zawlec?"

Dzia­dek miał na imię Syl­we­ster, więc "Selek", cza­sem z dodat­kiem "ty idioto", było naj­bar­dziej bodaj piesz­czo­tliwą formą, w jakiej bab­cia się do niego zwra­cała. Nie myśl­cie jed­nak, że bab­cia nie darzyła dziadka miło­ścią -?co to, to nie. Kochała go, jak nikt inny nie był zdolny go kochać, tyle że kie­dyś podobne uczu­cia oka­zy­wało się mniej sło­wem, a bar­dziej czy­nem. Rozu­mie­cie, prawda? Wie­rzę, że tak.

Gdy zeszli­śmy z mamą i tatą na par­ter, by przy­wi­tać się w końcu nale­ży­cie i bez pośpie­chu z jego rodzi­cami, a moimi dziad­kami, tro­chę mnie zanie­po­ko­iła liczba naczyń i roz­gar­diasz w kuchni, bo zda­wało mi się, że bab­cia obiadu chce naro­bić dla całej oko­licy, więc może ktoś miał do nas doje­chać, może jakaś rodzina, a w jej skła­dzie, o zgrozo, zapewne jacyś moi kuzy­no­wie. Na szczę­ście nic takiego się nie stało. Po pro­stu ta wspa­niała kobieta uwiel­biała goto­wać dla innych, a teraz mogła to robić dla nas i ogra­ni­czała ją tylko wyobraź­nia.

Gdy myślę o jej potra­wach, czę­sto zaczy­nam być głodny, choć, jak wie­cie, ostat­nimi czasy głodu wcale nie czuję. Ale te jej klu­ski na parze z powi­dłami ze śli­wek i sto­pio­nym masłem; albo zupa ze świe­żych grzy­bów ze swoj­ską śmie­taną... Cho­lera. Zjadł­bym je teraz, nawet jeśli tylko z czy­stego łakom­stwa. A już z pew­no­ścią uczy­nił­bym to, gdy­bym mógł znów zoba­czyć jej uśmiech choćby jeden jedyny raz. Wtedy wlał­bym tę zupę w sie­bie nawet z gar­ścią zde­chłych much.

Prze­pra­szam, popa­dłem w nostal­gię, ale będzie mi się to zda­rzać, uprze­dzam. Nie mogę jed­nak ulec melan­cho­lii i pod­łemu nastro­jowi, choć zdaję sobie sprawę, że ich napady są nie­unik­nione. To cena, jaką płacę, aby­ście mogli poznać moją histo­rię. Poza tym zasad­ni­czo zro­bi­łem się tro­chę, że tak to ujmę, mięk­szy, lecz to chyba nor­malne, prawda?

Wra­ca­jąc do tam­tego dnia -?moje jede­na­sto­let­nie, wtedy dość mocno otłusz­czone ciało zostało prze­ku­pione. Mama jed­nak nieco spo­chmur­niała, gdy już zna­leź­li­śmy się przy stole nakry­tym dużym, bia­łym obru­sem. Odzy­wała się zdaw­kowo, zja­dła nie­wiele i pierw­sza ode­szła od stołu, mówiąc, że boli ją głowa, po czym wyszła na górę przez magiczną szafę. Potem przez krótki czas sły­chać było tylko dźwięk naszych sztuć­ców stu­ka­ją­cych o tale­rze. W powie­trzu wisiała jakaś dziwna aura, któ­rej nie rozu­mia­łem, choć zda­wało mi się, że jakby się prze­rze­dziła, gdy tylko mama opu­ściła jadal­nię. Dziadka od początku posiłku z nami nie było, choć dwa bia­lut­kie, wypo­le­ro­wane tale­rze, jeden głę­boki, a drugi pła­ski, cze­kały na niego cier­pli­wie. Nala­łem sobie drugą por­cję zupy, licząc, że klu­ski nie zdążą wysty­gnąć, nim się z nią roz­pra­wię.

-?Gdzie tata? -?zapy­tał w końcu mój ojciec, nakła­da­jąc sobie kolejne danie dużymi szczyp­cami kuchen­nymi.

Z kuchni dobie­gała muzyka z radia, a że byłem w humo­rze, to nawet kiwa­łem głową na boki, prze­żu­wa­jąc jedze­nie.

-?A jak ci się zdaje?

-?Z dala od ludzi -?odpo­wie­dział nie­mal mecha­nicz­nie i uśmiech­nął się.

-?Nie mylisz się.

-?Pójść po niego?

-?Nie, zostaw go. Czego Bóg nie dał, tego i kowal nie ukuje. A jemu nie dał rozumu. On jest jak dziki pies, przyj­dzie po resztki, jak zoba­czy, że jest już bez­piecz­nie i nikogo nie ma w pobliżu. Zdaje się, że towa­rzy­stwo rodziny go prze­ra­sta. Przy­naj­mniej na razie. Co dolega Oli?

Bab­cia sta­rała się brzmieć natu­ral­nie, ale w jej oczach widać było sku­pie­nie i swego rodzaju docie­kli­wość, która zresztą ni­gdy jej nie opusz­czała.

-?Chyba to samo, co tacie -?odpo­wie­dział mój ojciec po chwili namy­słu i mru­gnął do mnie.

-?Poroz­ma­wiać z nią? Mam wprawę w gada­niu z ludźmi, któ­rzy nie lubią innych ludzi.

-?Nie. Zostaw, przej­dzie jej. Musi się zaakli­ma­ty­zo­wać. Tu dla niej wszystko nowe, cała ta sytu­acja...

-?Też jest jak pies -?rzu­ci­łem wesoło, a bab­cia posłała mi uśmiech i pogła­skała mnie po gło­wie.

Tata zaś wło­żył do ust tak wielki kawa­łek klu­ski, że przez chwilę wyglą­dał jak ana­konda.

-?Jak ci się tu podoba, skar­bie? Chyba jest ina­czej niż tam w cen­trum mia­sta, prawda?

Poki­wa­łem tylko głową, żując wła­śnie wielki kawał goto­wa­nego cia­sta.

-?Pamię­taj, że możesz się tu czuć swo­bod­nie. W razie jakichś pro­ble­mów przyjdź do mnie, nie krę­puj się. Zgoda?

-?Yhym -?poki­wa­łem głową i nie­zdar­nie nało­ży­łem sobie kolejne klu­ski na talerz.

-?Mam tylko jedną prośbę, Edwar­dzie. -?Teraz kobieta zabrzmiała jakoś poważ­niej, choć uśmiech gościł na­dal na jej ustach. -?Cały ogród jest do two­jej dys­po­zy­cji, nie wchodź jedy­nie do tej szopy, przy któ­rej czę­sto się kręci dzia­dek, dobrze?

-?Dla­czego? -?zapy­ta­łem nie­śmiało z pełną buzią. Sam musia­łem wyglą­dać jak ana­konda.

Bab­cia przy­pa­try­wała mi się chwilę, jakby szu­kała wytłu­ma­cze­nia.

-?Bo jest tam dużo ostrych narzę­dzi i byś się mógł poka­le­czyć.

Wzru­szy­łem ramio­nami. Nie mia­łem powo­dów, by zaglą­dać do tej szopy. Przy­naj­mniej na razie.

* * *

Pod wielką jabło­nią leżał nie­bie­ski koc z czer­wo­nymi obra­mo­wa­niami, a na nim jeden duży czło­wiek i jeden mały. Ja i mój ojciec.

Byli­śmy syci i zado­wo­leni, ledwo mogli­śmy się ruszać, co wyda­wało się cał­kiem zabawne, ale i nieco męczące. Dawno się tak nie naja­dłem - klu­ski nie­mal stały mi w gar­dle, cze­ka­jąc w kolejce, aż zwolni się miej­sce w żołądku. Zapewne jesz­cze jeden kęs i wszystko bym zwró­cił.

Zapra­sza­li­śmy do nas mamę, ale ta leżała w łóżku z ręcz­ni­kiem na gło­wie, którą tylko odmow­nie pokrę­ciła, zosta­wi­li­śmy ją więc w spo­koju.

Czu­łem się już odro­binę pew­niej. Pełny brzuch chyba zawsze daje poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Sły­sza­łem nawo­ły­wa­nia pta­ków jakby spo­wol­nione i już tylko jedna część mnie chciała na­dal opu­ścić to miej­sce. Ta część dziecka, która wbrew logice i sercu musi się opie­rać wszel­kim zmia­nom, choć sama nie wie po co. Druga część mnie pra­gnęła odkry­wać wszel­kie tajem­nice, które tu na mnie cze­kały. Zabawy w cho­wa­nego z moimi przy­ja­ciółmi (tak, wiem, że nie byli praw­dziwi, ale pro­szę, nie śmiej­cie się, sami zresztą takich mie­li­ście), pościgi za złymi, walki na mie­cze na otwar­tym -?wresz­cie -?tere­nie, a wokół wyso­kie drzewa, które aż pro­siły się o to, by je zdo­być.

Opie­ra­łem się o brzuch taty i roz­glą­da­łem wokół pełen kłę­bią­cych się w gło­wie pla­nów, które wal­czyły o pierw­szeń­stwo. Widzia­łem, że dzia­dek zjadł swój obiad sam, na ganku, ponow­nie głasz­cząc mło­dego kota Moz­zarta. Dziki pies w końcu poczuł się bez­piecz­nie. Dołą­czyła do nich kotka, Kle­opa­tra, matka Moz­zarta, co okaże się bar­dzo ważne w tej histo­rii. To zna­czy nie to, że dołą­czyła, ale to, że tu żyła. Była to już dość stara kotka, ale trzy­mała się nie­źle jak na swoje szes­na­ście lat. Miała oczy przy­bie­lone, jakby wypeł­nione wod­ni­stym mle­kiem, widziała jed­nak dobrze. Jedy­nie jej ruchy zda­wały się nieco ocię­żałe.

Dzia­dek zmiótł obiad, zosta­wia­jąc resztki zwie­rza­kom, i poszedł dłu­bać coś przy grząd­kach. Od wczo­raj zamie­nił z tatą led­wie parę zdań, a tak to nie roz­ma­wiali za wiele. Do mnie też się jesz­cze nie ode­zwał, ile­kroć jed­nak prze­cho­dził obok, uśmie­chał się enig­ma­tycz­nie i spo­glą­dał w moją stronę, jakby mnie pró­bo­wał w tych krót­kich chwi­lach prze­świe­tlić.

Tata drze­mał, mnie także zaczęły się kleić oczy, a śpiew pta­ków przy­jem­nie nas roz­luź­niał.

Nim razem przy­snę­li­śmy, tata ode­zwał się do mnie.

-?Muszę ci coś powie­dzieć o dziadku. Przy­po­mnij mi póź­niej.

-?Yhm -?odpar­łem tylko na wpół przy­tomny. Prze­krę­ca­jąc głowę, kątem oka dostrze­głem jesz­cze starą szopę zamkniętą na dwie kłódki. Jej deski poma­lo­wane były na ciem­no­zie­lony kolor.

Dużo ostrych narzę­dzi wewnątrz. Można się poka­le­czyć.

Zapa­dłem w sen z ich obra­zem pod powie­kami.

* * *

Pierw­szy mój dia­log z dziad­kiem miał miej­sce dopiero kilka dni póź­niej. Nie sądzi­łem, że wyj­dzie do ogrodu. Myśla­łem, że ma dzień gara­żowy. To taki, gdy dzia­dek pra­cuje w garażu i grze­bie, jak to bab­cia mawiała, "dobry Bóg raczy wie­dzieć w czym i po co". Naj­czę­ściej po pro­stu porząd­ko­wał tam narzę­dzia, sprzą­tał, ukła­dał i napra­wiał różne rze­czy. W dzień ogro­dowy wia­domo -?krzą­tał się po ogro­dzie i zawsze wymy­ślił sobie nowe zaję­cie, znaj­du­jąc tym samym powód, aby wyjść z domu. Nie cier­piał bez­czyn­no­ści, podob­nie jak... rodzyn­ków w ser­niku. Mówił, że tylko druga wojna świa­towa dorów­nuje okru­cień­stwem ser­ni­kowi z rodzyn­kami.

Było upal­nie i choć mama nama­wiała mnie, bym wyszedł na zewnątrz bez koszulki, żeby "nabrać tro­chę opa­le­ni­zny", ja koniecz­nie chcia­łem mieć swój T-shirt z Wojow­ni­czymi Żół­wiami Ninja na ple­cach. Jakoś nie lubi­łem cho­dzić pół­nagi i do dzi­siaj to mi zostało, czego pew­nie wielu męż­czyzn nie rozu­mie. Poza tym wtedy byłem pulch­nym dzie­cia­kiem i wsty­dzi­łem się swo­jego ciała.

Oprócz mojego tajem­ni­czego dziadka intry­go­wało mnie jesz­cze coś: klatka z kró­li­kami sto­jąca w zacie­nio­nym miej­scu pod rzę­dem ogrom­nych kasz­ta­nów.

Tego dnia posze­dłem tam z Col­tem. Mie­li­śmy uknuty plan i mie­cze w dło­niach (oczy­wi­ście był to długi patyk) -?czu­łem ten cha­rak­te­ry­styczny dreszcz zaczy­na­jący się w żołądku i pro­mie­niu­jący do mostka, gdy kry­li­śmy się za drze­wami, obser­wu­jąc oko­lice i bada­jąc nowy teren - dreszcz eks­cy­ta­cji, nie­po­koju i przy­gody.

Skra­da­li­śmy się po cichu, moje bose nogi zapa­dały się w sko­szoną trawę, która bar­wiła mi stopy. Gdy byli­śmy w pobliżu kla­tek, jesz­cze raz rozej­rza­łem się wokół, ale nikogo nie dostrze­głem. Mama sprzą­tała nasze miesz­ka­nie, chyba szczę­śliwa, że wresz­cie mogę się bawić sam poza domem, a tata poje­chał do pracy, co dało jej pew­nie tro­chę spo­koju. W ogóle wtedy mama jakby tro­chę się zmie­niła. Gniew w jej oku przy­gasł, nie poru­szała się już tak ner­wowo i nie mówiła do sie­bie, a przy­naj­mniej ja tego nie widzia­łem, bo więk­szość dnia spę­dza­łem na zewnątrz.

Gdzieś hen usły­sza­łem ryk sil­nika sta­rego chyba samo­chodu, a może to był trak­tor, nie wiem, jed­nak mimo­wol­nie się wzdry­gną­łem. Pamię­tam też, że swę­działy mnie mocno oczy. Dopiero na wsi pozna­łem w pełni wąt­pliwe uroki mojej aler­gii, która w dzie­ciń­stwie, a i w dal­szej czę­ści życia mniej lub bar­dziej dawała mi w kość.

Wkrótce zna­leź­li­śmy się u celu wyprawy. Kilka kró­li­ków kicało po wyście­lo­nej sia­nem klatce, żując coś ener­gicz­nie w swo­ich małych pyszcz­kach. Tro­chę z tych kla­tek śmier­działo. To, że zwie­rzaki są w nie­woli, jakoś mocno uwie­rało moją wraż­li­wość. I gdy już mia­łem zapy­tać Colta, dla­czego według niego te kró­liki są uwię­zione, usły­sza­łem za sobą męski głos.

-?Gdyby się dobrze przy­ło­żył, mógłby cię prze­sko­czyć.

Odwró­ci­łem się gwał­tow­nie. Dzia­dek prze­sła­niał całe słońce -?jak wcze­śniej widy­wa­łem go tylko z daleka, tak teraz wyrósł nagle przede mną, wielki niczym drzewo. Tak oto, dopiero po dobrym tygo­dniu, sta­ną­łem z nim twa­rzą w twarz niczym rewol­we­ro­wiec, choć dobre trzy i pół razy od niego mniej­szy. Był naprawdę wysoki, wyż­szy niż mój ojciec, musiał mie­rzyć ponad sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu, jak teraz myślę. Szczu­pły, żyla­sty i dia­blo silny -?dostrze­gało się to gołym okiem. Zauwa­ży­łem, że nosił na gło­wie czapkę z dasz­kiem z jakimś sta­rym logo dru­żyny NBA, chyba L.A. Lakers, a na sobie miał wytarty strój robo­czy. Pamię­tam jego wąskie, prze­ni­kliwe, bystre oczy i bijący od niego zapach smaru pomie­sza­nego z wonią sta­rych ubrań. Widząc moje prze­ra­że­nie, cof­nął się tro­chę, dając mi wię­cej prze­strzeni, i się uśmiech­nął, a potem szybko prze­niósł wzrok ze mnie na klatkę i wska­zał pal­cem jed­nego z jej miesz­kań­ców.

-?Ten tam, ten szary, co odwró­cił się do nas kuprem, jeśliby chciał, toby cię prze­sko­czył. Jak żyję, nie widzia­łem jesz­cze kró­lika, który wybija się tak wysoko. Ledwo udaje mi się go zła­pać. Wszyst­kie zresztą te króle są pie­kiel­nie szyb­kie i zwinne, aż dziw, że dotąd mi nie ucie­kły, co?

W jego gło­sie brzmiała szczera ser­decz­ność, widoczna rów­nież w jego uśmie­chu. Nie­po­kój z wolna mnie opusz­czał, choć nie potra­fi­łem się go pozbyć. Wciąż nie wie­dzia­łem, jak się mam zacho­wać. Kor­ciło mnie, aby uciec, jed­nak za bar­dzo się wsty­dzi­łem -?wyszedł­bym wtedy na głupka. No a poza tym jed­nak inte­re­so­wało mnie, dla­czego te kró­liki są w klatce.

-?Pew­nie zasta­na­wiasz się, dla­czego te kró­liki są w klatce? -?zapy­tał dzia­dek, spo­glą­da­jąc na mnie, a ja ze zdzi­wie­nia, że odczy­tał moje myśli, wytrzesz­czy­łem oczy. Ski­ną­łem tylko głową, bo głos uwiązł mi w gar­dle.

-?Są tam dla­tego, że twoja bab­cia robi prze­pysz­nego kró­lika w sosie śmie­ta­no­wym. Ta kobieta potrafi mnie zeźlić, ale odkąd się pozna­li­śmy, ma na mnie swoje spo­soby. Te futrzaki są łatwe w hodowli, więc stwier­dzi­łem, że szkoda prze­pła­cać za cudze i lepiej utu­czyć kilka wła­snych. Zresztą do tar­go­wi­ska stąd idzie się chyba z pół dnia, uciąż­liwe to tro­chę nawet dla mnie, choć ja lubię łazić, co pew­nie zauwa­ży­łeś.

Nie wie­dzia­łem, o czym on do mnie mówi. Kró­liki i sos śmie­ta­nowy? Miał zamiar wsa­dzić te kró­liki do wia­dra ze śmie­taną, bo tak lubili z bab­cią robić?

-?Po co tak? -?zapy­ta­łem jed­nak tylko nie­skład­nie i były to moje pierw­sze słowa skie­ro­wane do niego.

-?Żeby­śmy mieli co jeść -?zaśmiał się, jak­bym pal­nął coś wyjąt­kowo głu­piego.

-?Aha -?przy­tak­ną­łem, ale mój mózg jesz­cze prze­tra­wiał te infor­ma­cje, a raczej pró­bo­wał je zaak­cep­to­wać.

-?Zanim je zjemy, pokażę ci fajną sztuczkę, co ty na to? Muszę tylko zna­leźć mój szy­kowny, czarny kape­lusz. Pew­nie jest gdzieś w pudłach w piw­nicy, dawno go nie wycią­ga­łem. Nie ma przed­sta­wie­nia bez wła­ści­wego ubioru, prawda?

Ponow­nie ski­ną­łem głową, nie rozu­mie­jąc, o co cho­dzi, w związku z czym tym razem w moim mózgu doszło do jesz­cze więk­szego spię­cia. Z jed­nej strony owa nie­sa­mo­wi­cie wstrzą­sa­jąca infor­ma­cja o zje­dze­niu tych uro­czych zwie­rzą­tek -?tu wszakże wyda­wało mi się, że ten dziwny czło­wiek po pro­stu się ze mną dro­czy -?a z dru­giej strony zapo­wiedź magicz­nej sztuczki. Nawet nie wie­cie, jak bar­dzo chcia­łem ją zoba­czyć! Może dzia­dek pokaże mi też, jak wycza­ro­wać w dło­niach ptaka, co zro­bił wtedy, gdy byłem na tara­sie? W kolej­nych dniach będę czę­sto o tym wszyst­kim myślał. Przy­śni mi się rów­nież ta sztuczka, ale i kosz­mar z kró­li­kami. Choć więc byłem cie­kawy tej sztuczki, to z moich ust wydo­było się tylko ciche pyta­nie w tej pierw­szej spra­wie:

-?Zjeść?

-?Ano -?przy­tak­nął dzia­dek. -?Zjeść.

-?Więc one... umrą?

Pamię­tam do dzi­siaj, co mi odpo­wie­dział i jak to zro­bił, jakby to było tak oczy­wi­ste. Zaśmiał się ponow­nie w tym samym jego stylu.

-?Nie umrą, tylko je zabiję. A co do umie­ra­nia, to wszy­scy kie­dyś umrzemy, prawda? Tylko że nas zje zie­mia. Pochło­nie nasze zimne i sztywne ciała bez popi­cia. A i bez sosu będziemy dla niej cał­kiem smaczni.

Przez chwilę patrzył na mnie, jakby spraw­dzał moją reak­cję, po czym ruszył z powro­tem do garażu, zosta­wia­jąc mnie z tą iście ponurą dygre­sją. Stra­ci­łem ochotę na zabawę i cały dzień roz­my­śla­łem tylko o śmierci i mar­twych kró­li­kach. A dzia­dek, zda­wało mi się, dosko­nale o tym wie­dział. Zaczy­nał swoje przed­sta­wie­nie, które będzie trwało jesz­cze długi czas. Ja mia­łem w nim grać jedną z głów­nych ról.

* * *

Dobra, może­cie być zdzi­wieni, iż jede­na­sto­la­tek nie poj­mo­wał jesz­cze, że ist­nieje śmierć, że zjada się kró­liki, kury i inne zwie­rzęta, ale musi­cie też wie­dzieć, że byłem raczej odizo­lo­wany od rówie­śni­ków, nie myśla­łem też na takie tematy i z nikim o tym nie roz­ma­wia­łem. No pra­wie z nikim.

Kie­dyś, gdy wsta­łem rano, zoba­czy­łem w akwa­rium mar­twą rybkę, którą sku­bały inne ryby. Był to dla mnie szok. Odpę­dzi­łem je i zawo­ła­łem mamę, pyta­jąc, dla­czego ta rybka się nie rusza i dla­czego inne ją jedzą. Pamię­tam, że wzięła rączkę z sit­kiem, wyło­wiła trupa i wrzu­ciła do toa­lety, naci­ska­jąc zaraz spłuczkę.

-?Taki już los mar­twych rybek -?odrze­kła bez­na­mięt­nie.

Zasę­pi­łem się, tata jed­nak kupił mi parę nowych oka­zów. Wkrótce w ogóle zli­kwi­do­wał akwa­rium, gdyż pora­stało glo­nami, a on nie miał czasu o nie dbać.

Przy oka­zji kró­li­ków ponure myśli wró­ciły. Które dziecko chcia­łoby myśleć o śmierci? A ja wła­śnie myśla­łem. Mój tata nie miał za wiele czasu, by ze mną roz­ma­wiać, mama nie robiła tego nie­mal wcale, dla­tego świat, życie i skom­pli­ko­wane prawa, które nimi rzą­dziły, zaczą­łem pozna­wać wła­śnie tam, na wsi, przy moich dziad­kach.

Obse­syj­nie myśla­łem o dziad­ko­wych sło­wach. Musiało to być widać, gdyż jesz­cze tego samego dnia wie­czo­rem, gdy szy­ko­wa­li­śmy się do wspól­nej kola­cji w naszej małej, cał­kiem przy­tul­nej kuchni, mój tata zapy­tał mnie, co się stało. Chyba nikt nie znał mnie i nie wyczu­wał tak jak on, mimo że po prze­pro­wadzce widy­wa­łem go jesz­cze rza­dziej niż wcze­śniej. Do dzi­siaj, gdy tylko zamknę oczy, czuję na policzku jego silną ojcow­ską dłoń. Dłoń, która tak czę­sto spo­czy­wała na moim czole i łago­dziła nara­sta­jące bóle głowy odzie­dzi­czone po mamie. Gdy myślę o tym dotyku, coś rośnie mi w gar­dle i blo­kuje oddech...

Sie­dzia­łem w kuchni i nie byłem w sta­nie tknąć niczego, nawet swo­ich ulu­bio­nych paró­wek. Mama miała cał­kiem nie­zły humor, może dla­tego, że to był pierw­szy wie­czór, kiedy dziad­ko­wie wyje­chali z domu do swo­ich zna­jo­mych grać w karty i byli­śmy znowu tylko w trójkę. To zna­czy bab­cia grała w karty i plot­ko­wała, obga­du­jąc rodzinę i dal­sze kole­żanki, a dzia­dek cze­kał, aż skoń­czy, pró­bu­jąc oglą­dać tele­wi­zję. Ni­gdy nie chciało mu się jechać, ale też ni­gdy nie miał wyboru. Może zresztą tylko uda­wał, że nie lubi owych eska­pad. Gdy teraz na chłodno ana­li­zuję różne momenty prze­szło­ści, uświa­da­miam sobie, że dzia­dek mało się co prawda do babci odzy­wał, ale wiele oka­zy­wał jej poprzez to, co dla niej robił. Byli parą nieco dziwną, nie­ty­pową, ale nie­sa­mo­wi­cie ze sobą zwią­zaną - jedno bez dru­giego nie mogło żyć.

Przez uchy­lone okno wpa­dało od czasu do czasu do kuchni tro­chę chłod­nego wia­tru nio­są­cego ze sobą odgłosy cyka­nia świersz­czy, a w czaj­niku goto­wała się woda na her­batę. Patrzy­łem tępo w talerz, choć na ogół uwiel­bia­łem kola­cje z rodzi­cami, szcze­gól­nie gdy mama zda­wała się zado­wo­lona z życia. Dzi­siaj wszystko było nie tak.

-?Co jest, synu? -?zapy­tał tata, prze­rzu­ca­jąc wzrok ze swo­jego notat­nika na mnie.

W tym notat­niku spi­sy­wał rze­czy, które musiał zro­bić. Bez niego ni­gdy ni­gdzie się nie ruszał. Tak miało zostać już do końca jego życia. Zawsze chcia­łem go w tym naśla­do­wać, ale moja bała­ga­niar­ska natura mi na to nie pozwa­lała.

-?Nic -?odpar­łem, pró­bu­jąc zdo­być się na uśmiech.

-?Coś chyba jed­nak cię trapi.

-?Nie -?odpar­łem, siląc się na sta­now­czość.

Ści­śnięte gar­dło zmięk­czyło jed­nak prze­cze­nie, a rów­no­cze­śnie poczu­łem, jak wil­got­nieją mi oczy. Tym razem i mama odwró­ciła się w moją stronę, naj­wy­raź­niej zanie­po­ko­jona, co było do niej nie­po­dobne.

-?Pew­nie dzia­dek ci cze­goś naopo­wia­dał? -?zapy­tała reto­rycz­nie, jakby znała odpo­wiedź.

Kiw­ną­łem głową, z całych sił pró­bu­jąc się nie roz­pła­kać.

-?Wie­dzia­łam -?odparła tylko, wzno­sząc ręce, i wbiła wzrok w mojego ojca, co miało zna­czyć "mówi­łam, że będą pro­blemy i pro­szę, oto są".

-?Co ci powie­dział? -?zapy­tał tata, igno­ru­jąc mamę.

-?Że... że będziemy jeść kró­liki. Te, co miesz­kają w ogro­dzie. To zna­czy w tej klatce.

Usta zaczęły mi drgać, wyry­wa­jąc się spod mojej kon­troli. Rodzice począt­kowo nie rozu­mieli, o co cho­dzi. Na moment zapa­dło mil­cze­nie. Wtem tata zaśmiał się gło­śno. Tak będzie zawsze reago­wał na mój ból czy stres; i choć począt­kowo mnie to zło­ściło, teraz rozu­miem, dla­czego to robił: pró­bo­wał w ten spo­sób roz­ła­do­wać napię­cie.

Przy­su­nął się i przy­tu­lił mnie, czo­chra­jąc mi lekko czu­prynę ja zaś przed oczami mia­łem na­dal te słod­kie pyszczki kró­li­ków, które nagle zale­wała ich wła­sna krew. Tama pękła, łzy wylały się na moje policzki.

-?A ty nie chcesz ich jeść? Prze­cież lubisz na przy­kład kur­czaki w panierce, prawda?

-?No tak, ale... ale...

Wtedy zro­zu­mia­łem. Jadłem zwie­rzęta, ale ni­gdy takie, które wpierw zoba­czy­łem i pozna­łem. A kró­liki widzia­łem, patrzy­łem im w oczy. Ciężko zjeść coś, co się widziało, czemu nie­mal dało się już imię.

-?Dobrze. Rozu­miem. Widzisz, chcia­łem o tym z tobą poroz­ma­wiać i zapo­mnia­łem. Jeśli cho­dzi o dziadka, to spe­cy­ficzny czło­wiek. Musisz brać z przy­mru­że­niem oka wszystko, co powie. Ma swoje dzi­waczne zaję­cia i teo­rie, ale to tylko teo­rie. Każdy z nas jest tro­chę dzi­wa­kiem, prawda? Nie masz się czym mar­twić. Poroz­ma­wiam z nim jutro, nie przej­muj się.

-?Ale jak się mam nie... nie przej­mo­wać? -?zapy­ta­łem drżą­cym gło­sem. - Dla­czego te kró­liki mają umrzeć? Powie­dział, że my też umrzemy, on, ja i ty, i mama! Wszy­scy! Że zje nas zie­mia!

Mama gło­śno się roze­śmiała, a ja wybuch­ną­łem pła­czem w poczu­ciu jakiejś dziw­nej bez­sil­no­ści. Temat śmierci chyba za bar­dzo kotło­wał się we mnie przez cały ten dzień. Tata wziął głę­boki oddech, deli­kat­nie ujął mnie dło­nią za pod­bró­dek i spoj­rzał mi w zapła­kane, czer­wone oczy.

-?Nikt na razie nie umiera, synu. A jeśli kie­dyś, kie­dyś umrzemy, to będziemy wszy­scy tam na górze, w nie­bie. Tam się znowu zoba­czymy. Więc nie myśl o tym teraz. Kró­li­kom też nic się nie sta­nie, prze­ko­nasz się. Korzy­staj z waka­cji.

Tu ojciec spoj­rzał na mamę, któ­rej mina na­dal wyra­żała to samo.

-?Niebo? -?zapy­ta­łem.

Tak, z nie­któ­rych bajek i opo­wie­ści wie­dzia­łem, że coś takiego niby ist­nieje, ale jakoś chcia­łem usły­szeć potwier­dze­nie od mojego taty. Był dla mnie naj­wia­ry­god­niej­szym źró­dłem wie­dzy. Nie uczęsz­cza­łem na reli­gię w szkole, bo mama mi zabro­niła, a tata nie chciał się z nią kłó­cić, więc zawsze, gdy ta się zaczy­nała, sze­dłem do świe­tlicy lub przy­jeż­dżali po mnie rodzice i zabie­rali do domu.

-?Tak. To takie miej­sce, w któ­rym wszy­scy się kie­dyś znaj­dziemy. Stwo­rzył je dla nas Bóg, byśmy tam mogli obok niego odpo­cząć. Z pew­no­ścią bab­cia ci o tym jesz­cze coś opo­wie.

-?Dopóki jestem w tym domu, niech nawet nie pró­buje kar­mić go tymi bzdu­rami.

Głos matki, ostry jak brzy­twa, prze­ciął powie­trze w kuchni. Spoj­rze­li­śmy na nią. Szo­ro­wała srebrną patel­nię, jakby chciała ją prze­dziu­ra­wić. Miała zaci­śnięte usta. Była gotowa do walki, w każ­dej chwili mogła wybuch­nąć.

-?To dziecko -?powie­dział cicho ojciec w jej stronę.

-?Dla­tego wła­śnie nie będzie kar­mione kłam­stwami o rze­czach, które nie ist­nieją. Ma swój mózg, ma swój rozum. I ma jede­na­ście lat, a nie pięć. -?Matka odło­żyła z hukiem patel­nię, z któ­rej na­dal ście­kały resztki piany, i popa­trzyła na ojca. -?Zgo­dzi­łam się tu przy­je­chać pod pew­nymi warun­kami, a ty na nie przy­sta­łeś. To już nie­ak­tu­alne?!

-?Aktu­alne -?odparł ojciec ze spo­ko­jem.

-?Cie­szę się. Edward, kończ jeść i do spa­nia.

Wyszła z kuchni.

Spoj­rze­li­śmy na sie­bie. Ojciec uśmiech­nął się i mru­gnął do mnie. Zna­czyło to, że musimy prze­cze­kać. Ski­ną­łem głową i rów­nież posła­łem mu blady uśmiech. Wytar­łem zapła­kane oczy i wysmar­ka­łem nos w ser­wetkę.

Tata wstał, wyjął latarkę z szu­flady w kuchni i ode­zwał się cicho:

-?Chodź ze mną.

Zeszli­śmy na par­ter, a potem do ogrodu. Jak zło­dzieje skra­da­li­śmy się w kie­runku kla­tek, a wokół na­dal cykały świersz­cze, chyba jesz­cze gło­śniej niż chwilę temu. Za drzwiami tarasu na par­terze zapa­liło się świa­tło - to był tele­wi­zor dziad­ków. Naj­wy­raź­niej wła­śnie wró­cili do domu. Modli­łem się, by dzia­dek nie wyszedł na taras. Tato chwilę moco­wał się z zam­kami, a potem małe dru­ciane drzwiczki otwo­rzyły się w obu sze­roko.

-?Chodź, wra­camy, do rana ich tu nie będzie.

Wziął mnie za rękę. Gdzieś z tyłu głowy mignęło mi, że omi­nie mnie sztuczka z kró­li­kami, o któ­rej mówił dzia­dek. Ale trudno, ich życie było dla mnie cen­niej­sze. Poczu­łem wielką ulgę.

Gdy opusz­cza­li­śmy ogród, kątem oka dostrze­głem postać rysu­jącą się w drzwiach tara­so­wych. To musiał być dzia­dek, który nakrył nas na gorą­cym uczynku. Serce sko­czyło mi do gar­dła, odru­chowo ści­sną­łem moc­niej dłoń taty.

"Ucie­kaj­cie, kró­liki, szybko!" -?coś takiego mniej wię­cej pomy­śla­łem.

Postać tkwiła tam gdzie wcze­śniej, gdy po cichu opusz­cza­li­śmy ogród, w końcu jed­nak znik­nęła z mojego pola widze­nia. Szybko prze­mknę­li­śmy przez kory­tarz i czmych­nę­li­śmy po scho­dach na górę.

Uśmiech­ną­łem się do sie­bie, czu­jąc, że kocham tatę jesz­cze bar­dziej -?na dowód przy­tu­li­łem go moc­niej, gdy odpro­wa­dził mnie do mojego pokoju.

* * *

Rano kró­li­ków nie było. Obser­wo­wa­łem sytu­ację z mojego miej­sca zwiadu, gór­nego tarasu. Patrzy­łem na dziadka z lekką satys­fak­cją. Stał chwilę przed pustym kró­li­czym wię­zie­niem, po czym zamknął klatkę i ruszył w głąb ogrodu, jakby nic się nie stało. Z jed­nej strony zda­wało mi się, że w ogóle się nie zdzi­wił. Ale z dru­giej, skoro widział nas wczo­raj, to jak miał się zdzi­wić. Zasta­na­wia­łem się, czy był zły. Co sie­działo w jego gło­wie? Nie mia­łem poję­cia.

Ja nato­miast tydzień póź­niej jadłem coś w sosie śmie­ta­no­wym, ale to podobno nie były kró­liki. Dzia­dek powie­dział, że były to kotlety ziem­nia­czane, co bab­cia potwier­dziła, kiwa­jąc głową. Wszy­scy przy stole zgod­nie pota­ki­wali. I były te kotlety pyszne. Czu­łem się szczę­śliwy, że kró­liki są wolne i bie­gają sobie teraz gdzieś po łąkach oraz oko­licz­nych lasach. Tak, wiem, byłem małym, naiw­nym idiotą.

Jak zauwa­ży­li­ście, dzia­dek sie­dział przy stole z nami. Został ponie­kąd oswo­jony, ale też czę­sto bywał do tego przy­mu­szany przez bab­cię, z którą raczej nie dys­ku­to­wał.

I całe to lato było naprawdę udane, póki nie nastała jego koń­cówka, bo wtedy sam pra­wie nie odwie­dzi­łem wspo­mnia­nego nieba, ale spod jego bram wycią­gnął mnie w ostat­niej chwili dzia­dek Syl­we­ster. No i wyda­rzyło się coś jesz­cze. Coś, co miało odci­snąć piętno na mojej psy­chice i duszy na dłu­gie lata.

* * *

Nade­szły ostat­nie dni tych nad­zwy­czaj upal­nych waka­cji, a ja zna­łem już dosko­nale każdy zaką­tek naszego ogrodu. Był naprawdę ogromny. Wieś, któ­rej tu mogłem dotknąć, która budziła mnie co dnia, oka­zała się cudowna. Poko­cha­łem ją miło­ścią bez­gra­niczną i gdyby teraz ojciec oświad­czył, że się znów prze­pro­wa­dzamy, musiałby mnie stąd wytar­gać siłą razem z fra­mugą drzwi. Byłem gotowy wal­czyć. Kopać, dra­pać i gryźć, jeśliby zaszła taka potrzeba. Na szczę­ście nic takiego obrotu spraw nie zapo­wia­dało. Zapusz­cza­li­śmy więc na­dal korze­nie w tym miej­scu -?jak drzewa, które chro­niły mnie przed upa­łem, gdy piłem zimną, cytry­nową lemo­niadę.

Wystar­czyły nie­całe dwa mie­siące, aby dzia­dek Syl­we­ster i bab­cia Wanda wsko­czyli w mojej oso­bi­stej hie­rar­chii naj­lep­szych zna­nych mi ludzi na sam szczyt. Stało się tak chyba dla­tego, że w tym okre­sie, kiedy mama zna­la­zła pracę na poczcie, a taty na­dal nie było za wiele w domu, bo w fir­mie szło mu coraz lepiej, dziad­ków mia­łem obok sie­bie cały czas. Pierw­sze miej­sce zaj­mo­wała bab­cia, bo to ona poświę­cała mi naj­wię­cej uwagi, ale dzia­dek pla­so­wał się na dru­gim ex aequo z tatą. Mama uzy­skała naj­gor­sze miej­sce, bo ostat­nie, ale ktoś prze­cież musiał je zająć. Kolej­ność ta jed­nak miała już wkrótce ulec prze­ta­so­wa­niu.

Na razie jed­nak to bab­cia dbała o mnie naj­bar­dziej. To zna­czy to się nie zmie­niło, ale wie­cie, te magiczne sztuczki dziadka... Cóż, o miej­sce u dziecka trzeba wal­czyć, a dzia­dek miał na to swoje spo­soby, choć w tam­tym cza­sie jesz­cze na­dal pre­fe­ro­wał samot­ność. Prze­ko­ny­wa­li­śmy się do sie­bie powoli, bada­li­śmy się ostroż­nie niczym dwa samce alfa na obcym tere­nie. Tylko cza­sem do mnie zaga­dy­wał, powoli zdo­by­wa­jąc moje zaufa­nie i poka­zu­jąc mi cza­sem jakieś pro­ste triki ze zni­ka­ją­cymi w dłoni rze­czami. Aura swo­istego mroku, który dostrze­głem w nim za pierw­szym razem, ulat­niała się z wolna. Na­dal czu­łem wobec niego jakiś respekt, ale czu­łem także, że ota­cza mnie opieką.

Zda­wało się, że w ogóle nie prze­szka­dza mu moje seple­nie­nie. Wiem, iż czuł, że ja też, tak jak on, lubię pobyć sam. Potra­fił czy­tać w ludziach swym prze­ni­kli­wym wzro­kiem. Roz­ma­wia­li­śmy ze sobą wtedy, kiedy obaj mie­li­śmy na to ochotę. I to był dobry układ.

Pew­nego popo­łu­dnia wyko­nał dla mnie dwie pro­wi­zo­ryczne bramki z drew­nia­nych pali, zawie­sił na nich siatkę i z któ­rejś z wypraw do mia­sta przy­niósł piłkę. Kopa­łem ją i kiwa­łem się z moimi nie­wi­dzial­nymi przy­ja­ciółmi. Naśla­do­wa­łem tych wszyst­kich pił­ka­rzy, któ­rych dzia­dek czę­sto oglą­dał wie­czo­rami. No i wygry­wa­łem każdy mecz. Oprócz tego wspi­na­łem się na drzewa, poma­ga­jąc tym samym zry­wać z nich cze­re­śnie i wiśnie. Zbie­ra­nie owo­ców z dziad­kami o poranku to były też jedne z lep­szych momen­tów dnia. Dobu­dza­łem się powoli na kona­rach i gałę­ziach, gdy na moje ciało opa­dała rosa i gdy pogry­za­łem sobie leni­wie owoce. Całe kosze malin bab­cia prze­ra­biała na soki, z kolei przy­nie­sione z tar­go­wi­ska tru­skawki pole­wała śmie­taną z cukrem. Pała­szo­wa­łem je, pla­nu­jąc kolejne wojaże.

Pew­nego dnia dosta­łem od nich rower. Nie byle jaki, porządny, a przy­wiózł mi go dzia­dek i naprawdę nie wiem, skąd wziął na niego pie­nią­dze. Zakła­dam, że dała mu je bab­cia, która trzy­mała cały ich mają­tek poukry­wany po komo­dach i szaf­kach z por­ce­laną.

Nauka jazdy przy­pa­dła także dziad­kowi, który miał talent do prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy. To był mądry czło­wiek -?teraz, gdy go wspo­mi­nam, nie dzi­wię się temu. Jego regały wypeł­niały książki o prze­tar­tych grzbie­tach, w więk­szo­ści bez tytu­łów. Pamię­tam, że nawet jeśli te ostat­nie wid­niały na tym czy innym tomie, wyda­wały mi się dziwne te nazwy, jakby były w obcych języ­kach. Dzia­dek pozwa­lał mi je brać do ręki, choć nie dało się nie dostrzec, że baczył, bym ich nie znisz­czył. Ja oczy­wi­ście wcale nie mia­łem takiego zamiaru, czu­łem bowiem, jak są dla niego ważne. Z tych ksią­żek pamię­tam głów­nie dziwne rysunki, naj­czę­ściej zwie­rząt. Nie­które były dość prze­ra­ża­jące, więc zanie­cha­łem ich oglą­da­nia po krót­kim cza­sie.

A zatem gdy tylko nauczy­łem się jeź­dzić, robi­łem to po całych dniach na zmianę z kopa­niem piłki, aż słońce cał­kiem nie skryło się za hory­zon­tem, doga­sa­jąc jak wypa­lona świeca. Rower dał mi nie­spo­ty­kane dotąd poczu­cie wol­no­ści. Jeź­dzi­łem do upa­dłego, poko­nu­jąc nie­rów­no­ści tych wiej­skich dróg, a do domu wpa­da­łem tylko po to, by uzu­peł­niać płyny. Po zmierz­chu wpro­wa­dza­łem ubru­dzony rower na werandę, czy­ści­łem z grub­sza z pia­chu i zaschnię­tego błota, a potem sze­dłem wyczer­pany do łazienki.

Kąpa­łem się w sta­rej, lekko przy­rdze­wia­łej wan­nie. Przy kąpieli naj­czę­ściej towa­rzy­szyła mi bab­cia, która pil­no­wała mnie i dono­siła do wanny zabawki oraz świeże ubra­nia. Woda obmy­wała me coraz to szczu­plej­sze ciało, które wresz­cie miało gdzie spa­lić swój tłuszcz. Potem czę­sto lądo­wa­łem w salo­nie na par­te­rze, by obej­rzeć z dziad­kiem mecz na wiel­kim, kan­cia­stym tele­wi­zo­rze. Z tego, co pamię­tam, ni­gdy nie udało mu się dotrwać do końca -?zasy­piał już pod koniec pierw­szej połowy.

Ja sam też lubi­łem zapa­dać w sen przy pokrzy­ki­wa­niach komen­ta­to­rów i tumul­cie kibi­ców, koły­sany cichym pochra­py­wa­niem dziadka. Więc jeśli w pierw­szych tygo­dniach spa­łem tylko na górze z rodzi­cami, to już w kolej­nych ciężko mnie było wycią­gnąć na pię­tro, prze­ciw czemu zresztą rodzice jakoś bar­dzo nie pro­te­sto­wali.

Tego wie­czoru jedli­śmy kanapki z serem. Bolał mnie brzuch, więc bab­cia zro­biła mi jakiś gorzki napar, chyba dziu­ra­wiec (za pierw­szym razem, gdy usły­sza­łem tę nazwę, myśla­łem, że nazywa się tak, bo robi dziurę w brzu­chu), któ­rego nie zno­si­łem. Pamię­tam tę noc, bo naza­jutrz mój dzia­dek miał poka­zać mi drugą, dość prze­ra­ża­jącą sztuczkę, o którą nie pro­si­łem i któ­rej wolał­bym nie poznać.

* * *

Do roz­po­czę­cia roku szkol­nego zostało tylko parę dni, pogoda w tym dniu po raz pierw­szy od dawna była dość przy­gnę­bia­jąca, ale i dająca tro­chę ulgi od pra­żą­cego słońca. Nisko zawie­szone, kłę­bia­ste chmury zwia­sto­wały deszcz. Ale pogoda i tak mnie nie mogła zatrzy­mać, to zna­czy nas, bo byli przy mnie moi widzialni tylko dla mnie przy­ja­ciele.

Pamię­tam, że była to chyba sobota, a mój tata pierw­szy raz od dawna nie pra­co­wał, więc zaofe­ro­wał się do pomocy dziad­kowi w ogro­dzie, choć prace ogro­dowe ni­gdy nie były jego pasją. Wolał oglą­dać tele­wi­zję, prze­gry­za­jąc coś przy oka­zji; zda­rzało mu się zresztą zasnąć pod koniec filmu. Nie dzi­wię się -?był z reguły pad­nięty po pracy.

Prze­no­sili drewno z szopy pod dolny taras, tylko cza­sem wymie­nia­jąc uwagi na temat bar­dzo upal­nej pogody, dro­ży­zny w skle­pach czy poli­tyki (mieli odmienne poglądy na te sprawy). Gdy na nich patrzy­łem, zda­wało mi się, że sam mam o wiele lep­szy kon­takt z dziad­kiem i jakby wię­cej tema­tów do roz­mowy, choć byłem dziec­kiem. Czy się nie myli­łem? Naj­wi­docz­niej nie. Ale może oni po pro­stu nie musieli ze sobą roz­ma­wiać, by czuć się w swoim towa­rzy­stwie dobrze. Myślę, że to naj­bliż­sza prawdy odpo­wiedź, bo jak się oka­zało, tata nie był świa­domy tego, kim i jaki naprawdę jest dzia­dek. Nie­wielu zresztą to wie­działo, a jeśli mam być cał­kiem pre­cy­zyjny, tylko bab­cia go znała dobrze. Nie wiem tylko, czy aby na pewno dość dobrze.

Tydzień wcze­śniej sąsie­dzi -?raczej bar­dzo dalecy, bo widzia­łem ich tylko raz w życiu -?popro­sili dziad­ków o prze­cho­wa­nie ich mate­ria­łów budow­la­nych, róż­nego rodzaju prę­tów, wor­ków z beto­nem, pia­sku i róż­nych narzę­dzi. Przy­go­to­wy­wali się do budowy, a ten ich dom miał powstać dość bli­sko naszego, czym dzia­dek nie był zachwy­cony. Niby nic nie mówił, ale widzia­łem, że gdy z nimi roz­ma­wiał, pocią­gał ner­wowo nosem jak roz­ju­szony byk, a to zna­czyło nic innego jak złość. W dniu tam­tej wizyty sąsia­dów nawet ze mną za bar­dzo nie roz­ma­wiał. Poszedł wtedy gdzieś na spa­cer i nie było go kilka godzin, a gdy wró­cił, zaszył się w garażu i dłu­bał tam swoje. Potem całe to budow­lane dzia­do­stwo tkwiło w rogu naszego prze­stron­nego ogrodu. Kopa­łem sobie piłkę i wyci­ska­łem z dnia co naj­lep­sze. Zre­zy­gno­wa­łem w tym dniu z jazdy na rowe­rze, bo mia­łem obok sie­bie tatę i dziadka, a że była to dwójka naj­lep­szych ludzi na świe­cie zaraz po babci i nie zda­rzało się zbyt czę­sto widzieć ich w duecie, pra­gną­łem to wyko­rzy­stać. I cho­ciaż niby nie działo się nic cie­ka­wego, to i tak czu­łem wewnętrzną radość. Z otwar­tego okna kuchni, mimo że odda­lo­nego spory kawa­łek od nas, dole­ciał do naszych noz­drzy zapach jakiejś sma­ko­wi­tej pie­czeni przy­rzą­dza­nej przez bab­cię. Ślinka napły­nęła nam do ust. Cze­ka­li­śmy z bur­czą­cymi brzu­chami, aż zawoła nas na posi­łek. Posta­no­wi­łem nie pytać, z czego była pie­czeń, tylko po pro­stu ją zjeść i nie myśleć o tym za wiele.

W pew­nym momen­cie kop­ną­łem piłkę przed sie­bie i popę­dzi­łem za nią, uda­jąc, że prze­ciw­nik bie­gnie tuż za mną. I to wła­śnie wtedy potkną­łem się o nie­wi­doczny żela­zny pręt, o któ­rym cał­kiem zapo­mnia­łem. Wylą­do­wa­łem na ziemi, waląc klatką pier­siową o glebę. Ude­rze­nie było potężne, ale jak pamię­tam, wcale nie czu­łem bólu. Moim cia­łem nato­miast zaczęły tar­gać gwał­towne spa­zmy, z ust sączyła mi się piana i nie byłem zdolny powie­dzieć ani pół słowa. Drga­nia ciała były tak silne, że ledwo odwró­ci­łem się na plecy. Nie dałem rady oddy­chać, dusi­łem się. Podobno moje tęczówki scho­wały się za powie­kami, tak że widać było tylko białka, i wyglą­da­łem jak upiór.

Chyba wła­śnie zmie­rza­łem ku mitycz­nym bra­mom nie­bios.

* * *

Mimo że nie potra­fi­łem odzy­skać kon­troli nad cia­łem, to gdy moje tęczówki wró­ciły na swoje miej­sce, dostrze­głem sto­ją­cego nade mną tatę. Patrzył na mnie zszo­ko­wany w bez­ru­chu, przy­po­mi­na­jąc grecki posąg. Nie był zdolny się poru­szyć, jakby i on rów­nież stra­cił wła­dzę nad swoim cia­łem. Nagle został gwał­tow­nie ode­pchnięty. To był dzia­dek, który klęk­nął przy mnie i uniósł mnie w ramio­nach. Pierw­szy raz widzia­łem, by tak żwawo się poru­szał. Tak jak wcze­śniej przy­pusz­cza­łem, miał ogrom siły w tych swo­ich szczu­płych rękach, bo dźwi­gnął mnie, jak­bym ważył naj­wy­żej tyle ile worek pełen liści. Coś mówił, a potem zaczął krzy­czeć do taty i ten krzyk spra­wił, że tatowe ciało wresz­cie usłu­chało wła­ści­ciela.

Dzia­dek poło­żył mnie na powrót na tra­wie, ale w innym miej­scu. Chyba ryt­micz­nie naci­skał na moją klatkę pier­siową, a może nie, nie pamię­tam. Wresz­cie ponow­nie mnie dźwi­gnął. Moja głowa zwi­sała z jego ramion, tak że wszyst­kie drzewa widzia­łem odwró­cone do góry nogami -?ich wierz­chołki wyra­stały z nieba. Zaczął padać deszcz, któ­rego kro­ple ście­kały mi po czole i szyi.

Moje drgawki musiały przy­brać na sile, obraz chy­bo­tał się moc­niej, oddy­cha­łem, ale z wiel­kim tru­dem. Dzia­dek naka­zał tacie napu­ścić zim­nej wody do wanny, co ten pośpiesz­nie uczy­nił, nie pyta­jąc nawet po co. Panika udzie­liła się także babci, która widząc drżące ciało wnuka i jego sze­roko otwarte oczy, zasła­bła w jed­nej chwili. Sły­sza­łem wokół przy­tłu­mione krzyki, z moich ust na­dal sączyła się piana. Przy­naj­mniej tak mi opo­wia­dano. W ogól­nym zamie­sza­niu tylko dzia­dek zacho­wał zimną krew i po pro­stu robił swoje.

Wło­żył mnie do wanny szybko wypeł­nia­ją­cej się wodą. Nie wiem dla­czego, ale kazał wszyst­kim wyjść. Ryk­nął na nich tak, że brzmiało to jak wystrzał z armaty i głę­boko wbiło mi się to w pamięć. Byłem już w poło­wie gdzieś indziej, gdzieś, gdzie głosy ziem­skie nie docie­rają, i dzia­dek o tym wie­dział. Bab­cia i tata usłu­chali i wyszli, choć nie wie­dzieli, czy jesz­cze zoba­czą mnie żywego. Uznali wszakże, że to jedyny ratu­nek.

Leża­łem w wan­nie wciąż ubrany. Lodo­wata woda mnie ocu­ciła. Sły­sza­łem jej szum, wypeł­niał moje uszy. Pamię­tam, że dzia­dek patrzył na mnie przez dłuż­szą chwilę. Widzia­łem, jak nad czymś inten­syw­nie roz­my­śla. Trzy­mał przez moment dłoń na mojej klatce pier­sio­wej, a następ­nie szyb­kim kro­kiem wyszedł z łazienki. Gdy wró­cił, poło­żył coś na pod­ło­dze. Tym czymś był nóż, który mie­nił się w sła­bym świe­tle dnia wpa­da­ją­cym przez okno do łazienki, i coś jesz­cze, czego dobrze wtedy nie widzia­łem. Wody w wan­nie było już sporo i wciąż jej przy­by­wało, mój pod­ko­szu­lek falo­wał na jej powierzchni.

Dzia­dek ukląkł i zaczął coś mówić -?wzrok skie­ro­wany miał ku pod­ło­dze i powoli, z zamknię­tymi oczami, wypo­wia­dał słowa, któ­rych kom­plet­nie nie rozu­mia­łem. A potem naciął nożem kuchen­nym swój nad­gar­stek i uniósł srebrny przed­miot wydo­byty spod wanny, który oka­zał się kie­li­chem. Krew z jego nad­garstka ska­py­wała do naczy­nia, a on nie prze­sta­wał mówić. Wziął moją dłoń i rów­nież naciął ją nożem przy nad­garstku -?o dziwo, nie poczu­łem wcale bólu. Pod­sta­wił kie­lich pod moją rękę i cze­kał, aż spły­nie do niego parę kro­pel mojej krwi, a potem przy­ło­żył go do ust i wypił. Skrzy­wił się i kaszl­nął kil­ka­krot­nie. Ujął moją dłoń, tę zra­nioną, i trzy­mał, opie­ra­jąc się o wannę. Szep­tał coś.

Moje ciało zaczęło się uspo­ka­jać. Mój oddech wra­cał do nor­mal­nego rytmu. Pamię­tam, że spo­glą­da­łem w okno łazienki -?na dwo­rze zro­biło się ciem­niej, jakby czas przy­śpie­szył i już nad­cho­dził wie­czór, choć dopiero co było połu­dnie. Padało coraz moc­niej. Mógł­bym przy­siąc, że gdzieś w oddali sły­sza­łem jakieś zawo­dze­nie, wrzask co naj­mniej tysiąca kobiet, tak roz­pacz­liwy, jakby coś obdzie­rało je ze skóry. Wyda­wało mi się, jakby docie­rał przez kran gdzieś z głębi ziemi. To był jazgot, który pali od wewnątrz, coś wyjąt­kowo okrop­nego, co miało mi się śnić jesz­cze dłu­żej niż te cho­lerne kró­liki, ale wtedy byłem zbyt spa­ni­ko­wany, by się nad tym zasta­na­wiać. I zdaje mi się też, że woda zaczy­nała wrzeć. Bul­go­tała, ale nie czu­łem gorąca. Gdy tata zapu­kał do drzwi, dźwięki ustały, woda też się uspo­ko­iła, a dzia­dek otarł usta, na któ­rych widoczna była zaschnięta krew, scho­wał naczy­nie do szafki i spoj­rzał na mnie -?ja patrzy­łem na niego sze­roko otwar­tymi oczyma. Zda­wało mi się, że jego białka nabie­gły krwią. Był nie­mi­ło­sier­nie spo­cony. I naj­wy­raź­niej wykoń­czony. Poka­zał mi pal­cem "cicho" i w końcu pozwo­lił, żeby weszli. Gdy zna­leźli się w środku, wstał, pra­wie się prze­wra­ca­jąc. Bab­cia spoj­rzała wtedy na niego wyjąt­kowo dziw­nie, jakby z wyrzu­tem, może stra­chem, ale i wdzięcz­no­ścią. Dzia­dek jed­nak nie odwza­jem­nił jej spoj­rze­nia, po pro­stu wyszedł z łazienki.

Tata wycią­gnął mnie z wanny i przy­glą­dał mi się badaw­czo, jakby nie mógł uwie­rzyć, że jestem żywy. Bab­cia pogła­skała mnie po gło­wie i uca­ło­wała w czoło ze łzami w oczach, a potem pobie­gła zapa­rzyć mi jakieś zioła. Pamię­tam, że woda w wan­nie miała barwę ciem­no­bru­natną, jak­bym zmył z sie­bie sporo błota. Wie­dzia­łem, że była tam także moja krew. Zer­k­ną­łem na swój nad­gar­stek. Wid­niała na nim świeża rana, która jed­nak nie krwa­wiła.

Jak się oka­zało, noc za oknem nie była złu­dze­niem. Nie pamię­tam, kiedy ktoś zapa­lił świa­tło w łazience. Spę­dzi­łem w niej z moim dziad­kiem pra­wie sześć godzin.

* * *

Nie mówi­łem o tym, co zaszło w łazience, nikomu, nawet Col­towi, choć wiem, że prze­cież ten musiał dosko­nale wie­dzieć, co się stało. To wszystko było na tyle dziwne i nie­re­alne, że ciężko mi było uwie­rzyć, iż to się w ogóle wyda­rzyło. Sny jed­nak pozo­stały, przy­po­mi­na­jąc mi te okropne krzyki kobiet. Co ja wtedy sły­sza­łem? Czy poja­wiły się omamy wywo­łane gwał­towną gorączką? Czy zna­la­złem się w poło­wie tam, gdzie nie mogłem się jesz­cze zna­leźć, bo było na to za wcze­śnie? Do dzi­siaj nie znam na to pyta­nie odpo­wie­dzi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki