Rozdział drugi
Aniela
- O czym myślisz? - zapytała mnie moja przyjaciółka Gosia, prowadząc auto.
- Zastanawiam się, jak będzie wyglądał najbliższy rok mojego życia - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - To naprawdę niecodzienna sytuacja, że przez dwanaście miesięcy mam się opiekować człowiekiem, którego w życiu na oczy nie widziałam, i w dodatku z nim mieszkać. I jak ci już wcześniej wspominałam, trochę jednak stresuje mnie to, że jest żołnierzem. Ja już chyba zawsze będę miała uraz do ludzi z tej grupy zawodowej.
- Nie każdy żołnierz jest taki, jak twój były.
- Naprawdę nie musisz mi przypominać o tym, jak bardzo fatalny mam gust do mężczyzn - powiedziałam, a potem zaczęłam się śmiać. Teraz już potrafiłam. Potrzebowałam jednak wielu miesięcy, aby dojść do siebie po dwuletnim horrorze, jaki zaserwował mi mój były mąż, człowiek posiadający stopień kapitana Wojska Polskiego.
- Nie masz fatalnego gustu. Fatalny był on - wycedziła Gosia, a potem zrobiła kilka głębokich wdechów i wydechów. Gdy już uszły z niej emocje wywołane wspomnieniem Rafała, mojego byłego męża, dodała swoim śpiewnym głosem: - Maurycy zna Kamila i za niego ręczy. Zresztą nie sądzę, żeby w stanie, w jakim obecnie jest, ten człowiek w jakikolwiek sposób ci zagroził. Oczywiście licz się z tym, że nie będzie słodko pierdząco i pewnie jakiś opór z jego strony się pojawi, ale jestem pewna, że sobie z tym poradzisz - powiedziała Gosia, a ja miałam wrażenie, że w jej głosie usłyszałam lekkie wahanie. Ale to pewnie tylko mi się wydawało.
Nie wydawało mi się, ale o tym później.
- Wiesz, Gośka - powiedziałam do niej - ja na twoim miejscu uważałabym z ocenianiem ludzi. Mój były uchodził za najlepiej oszlifowany diament w całej jednostce. Uosobienie cnót wszelakich, wzór godny naśladowania, szanowany przez kolegów. A po godzinach pracy był katem. Tylu ludzi nabrało się na jego urok. Ja kiedyś też. Pozwolisz, że jednak na tej robocie nie będę się rozstawała z gazem pieprzowym?
- Pozwolę, ale jeśli Maurycy mówi, że ten człowiek jest dobry, to tak jest. Maurycy naprawdę zna się na ludziach. Ta ręka - Gośka pomachała w powietrzu swoją prawą dłonią - za to ręczy, a ja dałabym sobie ją uciąć za intuicję mojego męża. To znaczy za jej nieomylność.
- Parafrazując klasyka, dawno temu ja też zaufałam pewnemu mężczyźnie. I też wtedy dałabym sobie za niego rękę uciąć. I wiesz co? I bym teraz, brzydkie słowo sobie tu wstaw, nie miała ręki. - Popatrzyłam wymownie na przyjaciółkę.
Gosia głęboko westchnęła i powiedziała:
- Wiem. Ty sama musisz przekonać się do tego człowieka. On naprawdę wiele wycierpiał. W krótkim czasie stracił syna i rozstał się z żoną. No i jeszcze ten upadek z drzewa. Miał naprawdę ogromne szczęście, że nie skręcił sobie karku i nie skończyło się tragicznie. Złamana ręka i noga to naprawdę w tym przypadku cud. Podobno chciał ściągnąć latawiec, którym bawił się z synem. Byłam na pogrzebie tego chłopca. - Znowu westchnęła, tym razem tak, jak wzdychają ludzie, którym jest cholernie przykro. - Jeszcze nigdy nie byłam na pogrzebie dziecka. Gdy patrzyłam na Kamila pochylonego nad grobem, miałam wrażenie, że stoi tam tylko jego ciało, bo duszy to już tam nie było. Jakby coś wyssało z niego życie. Po wszystkim, gdy przykryto grób kwiatami, do nikogo nie podszedł, z nikim nie rozmawiał, nawet ze swoją mamą, a i ludzie jakoś, no nie wiem, chyba bali się do niego podejść. On po prostu wsiadł w auto i odjechał. Cały czas mam przed oczyma jego zgarbione plecy. Nie chcę zabrzmieć źle, ale gdy patrzyłam na matkę tego dziecka, odniosłam wrażenie, że od niej biła nienawiść. Nie oceniam jej jednak, bo nie jestem w stanie wejść w buty tej kobiety i przejść w nich chociażby dziesięciu metrów. - Gosia na chwilę zamilkła, a potem poklepała mnie po udzie i powiedziała: - Aniela, ty jesteś złota kobieta. Ty potrafisz pokazać człowiekowi, że życie jest piękne. Jesteś cierpliwa i pomimo gówna, jakie cię w życiu spotkało, nosisz głowę wysoko. Jednak bardzo cię proszę, miej świadomość, do jakiego domu wchodzisz. Miej też świadomość, że to nie będzie łatwe zadanie. Wiedz również, że ani ja, ani Maurycy nie wyobrażamy sobie nikogo innego na twoim miejscu.
- Mam tę świadomość. Mam również świadomość, że ta praca pomoże mi w rozwiązaniu problemów, których nabawiłam się między osiemnastym a dwudziestym siódmym rokiem życia. No, przynajmniej części z nich - powiedziałam i zerknęłam przez szybę.
Jechałyśmy przez las, co mnie uspokajało. Pomimo tego, że miałam pewne obawy co do nowej pracy, to konieczność zamieszkania na wsi bardzo mi się podobała. Świadomość posiadania trzech opakowań gazu pieprzowego, które miałam w torebce, też działała na mnie kojąco.
- Twoje kwalifikacje zawodowe jednak się jeszcze na coś przydadzą - spuentowała Gosia, co wyrwało mnie z zamyślenia.
Byłam rehabilitantką i pielęgniarką, tylko że zostałam dyscyplinarnie zwolniona z pracy, gdyż usłużny były mąż powiedział, że jeśli ośmielę się od niego odejść, to mnie zniszczy. Poszło mu całkiem nieźle, a na potwierdzenie dodam, że dopiero jakieś pół roku temu przestałam brać psychotropy, dzięki którym nie bałam się zasypiać. Z pracy wyleciałam, ponieważ kilka "życzliwych" osób, zapewne zmotywowanych przez mojego byłego, złożyło na mnie donosy, jakobym znęcała się nad pacjentami.
- Biorąc pod uwagę to, że toczę walkę z biedą, jest mi o wiele łatwiej podejmować tak odważne decyzje, jak chociażby praca u całkowicie obcego mężczyzny - powiedziałam. - Jaka ulga, że połamanego. Tak, wiem. Moje poczucie humoru bywa paskudne.
- Jesteś mu naprawdę potrzebna. Ja i Maurycy uznaliśmy, że tylko ktoś, kto nie jest z nim związany emocjonalnie, będzie potrafił do niego dotrzeć. Z wiadomych względów jego mama odpada, bo raz, ta kobieta jest bardzo schorowana, a dwa, chociaż strasznie kocha swojego syna, to nie byłaby w stanie mu pomóc. Ona musi też dbać o siebie, a on musi chcieć żyć. Natomiast ty jesteś mu potrzebna po to, aby na nowo zaczął doceniać życie. Dokładnie tak, jak pomogłaś mojej mamie. To dzięki tobie ona się do mnie odezwała. Tylko dzięki tobie.
- Nieprawda - zaoponowałam, chociaż wiedziałam, że jednak sporo w tym racji i gdyby nie moje dociekania, pani Danuta odeszłaby z tego świata pokłócona z córką, czego zapewne ani jedna, ani druga nie byłyby sobie w stanie wybaczyć.
- Prawda. Natomiast co do twoich problemów, to dobrze wiesz, że ja i Maurycy i tak możemy, a nawet chcemy ci pomóc finansowo - tłumaczyła Gosia, a potem dodała coś, co słyszałam już kilkanaście razy. I to tylko w zeszłym miesiącu, bo łącznie to będzie kilkaset. Dziś usłyszałam to już po raz drugi. - Możemy ci pożyczyć pieniądze, żebyś mogła opłacić porządnego adwokata i miała szansę w walce z tym dupkiem. Wcale nie musiałabyś się śpieszyć z oddawaniem. Wcale. I tak, doskonale wiem, że już wystarczająco ci pomogliśmy, a ty nie chcesz się zadłużać, ale...
Przerwałam jej, zanim po tym "ale" pojawiłyby się inne słowa, bo wiadomo, że to, co było przed, już nie będzie się liczyło.
- Mówiłam ci, w jakie problemy wpadł mój tata przez to, że ciągle pożyczał pieniądze. Raz się przemogłam i wzięłam kredyt, żeby zapłacić adwokatowi. Dopiero niedawno spłaciłam zobowiązania wobec banku. Nigdy więcej nie pożyczę od nikogo pieniędzy. Nigdy. Nawet od ciebie, chociaż kocham cię jak matkę.
- Różnica wieku między nami świadczy o tym, że urodziłabym cię, mając dziesięć lat. Tak że racz nie nazywać mnie swoją matką - powiedziała Gosia i zaczęła się śmiać.
- Nie takie rzeczy historia widziała - odparłam. - Tak czy siak, kocham cię jak matkę, której nie pamiętam. Maurycego też kocham. To, że was mam, jest jedną z najlepszych rzeczy, jaka mnie w życiu spotkała. Ale już wystarczająco nadużyłam waszej gościnności. W szczególności waszego pokoju gościnnego. To po pierwsze. Po drugie, wasze pieniądze mają zostać przepieprzone na roczną podróż po świecie.
- Aniela, wiedz, że Maurycy to mi codziennie taką podróż funduje z kuchni do sypialni, że ja naprawdę nie muszę nigdzie jechać. Po co mi Bora-Bora, skoro mam bara-bara?
- Żeby mieć bara-bara na Bora-Bora. Marzyłaś o tym wyjeździe. Ja naprawdę sobie poradzę. Jak zawsze.
- Nawet nie masz pojęcia, ile razy chciałam zatrudnić adwokata bez twojej wiedzy. Wkurza mnie ten twój upór i zawziętość w dążeniu do celu. Serio! Ciągle tylko "ja sama, ja sama"! Ale ma to również swoje dobre strony. Jesteś nie do zdarcia - skwitowała Gosia.
Chciałam jej odpowiedzieć, że trochę jednak można mnie zedrzeć, szczególnie gdy dociska się moją twarz do asfaltu i szoruje nią po nim, ale w tym samym momencie usłyszałam dźwięk telefonu dobiegający z mojej wysłużonej torby. Zanurzyłam w niej dłoń i wyjęłam komórkę. Dzwonił Rafał, mój były mąż. Ten sam, który z taką namiętnością rzucał mną po ścianach naszego domu i który potrafił obudzić mnie w środku nocy i kazać tłumaczyć się z tego, dlaczego wróciłam osiem minut później, niż powinnam. A wiedział o tym, ponieważ zamontował kamery, które śledziły każdy mój ruch. Owszem, czułam się jak więzień. Mój koszmar trwał dwadzieścia trzy miesiące, dwa tygodnie i pięć dni. Zaokrąglając, dwa lata. Kiedy patrzyłam na wyświetlacz telefonu, pierwsza rzecz, jaką miałam ochotę zrobić, to nacisnąć na czerwoną słuchawkę, ale wiedziałam, że nie mogę tego zrobić. Po prostu nie mogę. Odebrałam.
- Halo.
- Jeśli chcesz, możesz zabrać Zosię na weekend - usłyszałam głos Rafała i po prostu mnie zatkało.
Popatrzyłam na Gośkę z otwartymi ustami, a ona swoim radarem od razu wyczuła, że stało się właśnie coś, co nie miało prawa się stać, dlatego zjechała na pobocze i w niemym oczekiwaniu na jakąkolwiek informację wlepiła we mnie swoje niebieskie oczy.
- Na weekend? Jutro? Na dwa dni? Naprawdę mogę? - dopytywałam, gdy już byłam w stanie wydobyć z siebie głos.
- Czy ja po chińsku mówię? Zabierzesz ją jutro, a odwieziesz w niedzielę. Zrozumiano? No chyba że nie chcesz się zobaczyć z własnym dzieckiem. - Jego głos brzmiał tak jak zawsze, czyli jak rozkaz.
- Ale...
- Pytam, czy zrozumiano! - warknął na mnie. Byłam pewna, że zrobił to tylko po to, żeby mnie upokorzyć. Pewne nawyki pozostają już na zawsze.
- Ale przecież ja...
- Jak widać, nie można być dla ciebie za dobrym - mówił poirytowany. - Nie było tematu.
- Zrozumiałam! Przyjadę po nią! - odpowiedziałam natychmiast, nie chcąc go drażnić. To tylko słowa. Jeśli on chce je usłyszeć, a ja dzięki temu będę miała córkę dla siebie na cały weekend, proszę bardzo, panie kapitanie, wszystko zrozumiałam.
Rafał zakończył rozmowę krótkim "cześć", które brzmiało raczej jak obelga wymierzona w moją stronę, a ja gapiłam się na telefon. Byłam w szoku i kręciło mi się w głowie. Ale to było takie przyjemne uczucie. Miałam wrażenie, że za moment odfrunę z fotela, taka lekka się czułam.
- Co jest? - spytała Gosia, co przypomniało mi o jej istnieniu.
- Rafał powiedział, że mogę zabrać Zosię na weekend. - Popatrzyłam na przyjaciółkę, mając świadomość, że ona rozumie z tego tyle samo co ja. Czyli nic.
- Z noclegiem? Możesz zabrać Zosię na noc? I on ci na to pozwala? Tak nagle? Przecież sąd nie wyraził na to zgody. Mało tego, sama wiele razy prosiłaś o to Rafała i zawsze był przeciwny. Nic z tego nie rozumiem. - Gosia chyba byłaby mniej zdziwiona, gdyby teraz przed naszym autem przemaszerował sznur krasnoludków z Królewną Śnieżką na czele.
- Ja też nic z tego nie rozumiem, ale nie mam zamiaru się nad tym zastanawiać.
Czułam, jak moje ciało przepełnia niesamowita energia. Gdyby dali mi teraz taczkę i położyli na niej góry, Tatry chociażby, to przewiozłabym je nad morze. Oczywiście wiedziałam, że nie zmieściłyby się na tej taczce, ale kto zabroni mi mieć swoje własne metafory na każdą okazję? No kto? Nikt.
- Aniela, to mi się nie podoba - powiedziała Gosia, jak zwykle podejrzliwa w stosunku do Rafała.
Najgorsze było to, że obie wiedziałyśmy, że ta podejrzliwość jest jak najbardziej wskazana, tylko że ja w tym momencie chciałam być ślepa i głucha na wszelkie ostrzeżenia. A tej czerwonej lampki ostrzegawczej, która migotała w mojej głowie, wcale nie widziałam. Wcale.
- To przepraszam, co twoim zdaniem mam zrobić? Odmówić? - spytałam, a w moich oczach zaczęły wzbierać łzy. - Błagam, nie każ mi tego robić, bo się zaraz poryczę - powiedziałam i pociągnęłam kilkukrotnie nosem. Za późno. Już ryczałam.
- No a co z pracą? - spytała Gosia, podając mi chusteczkę. - Ustaliliśmy z Braunem, że będziesz miała jeden wolny weekend w miesiącu i jeśli będzie taka potrzeba, on na ten czas będzie miał załatwioną opiekę. Zgodziłaś się. A ty już jutro chcesz mieć wolne?
- Zgodziłam się, ponieważ sąd na podstawie zeznań ludzi... Przepraszam - poprawiłam się i w międzyczasie wydmuchałam nos w chusteczkę - na podstawie kłamstw ludzi, których uważałam za przyjaciół, uznał mnie za psychopatkę i pozwolił widywać się z własnym dzieckiem tylko raz w miesiącu, i to pod nadzorem, więc nie sądziłam, że to się w jakiś magiczny sposób zmieni w najbliższym czasie. Gośka! - uniosłam załkany głos. - Ja nie mogę odmówić! Ona będzie ze mną spała! Rozumiesz? Będę mogła ją wykąpać! Będziemy mogły sobie pomalować paznokcie i nie będę czuła na plecach ponaglającego oddechu mojego byłego męża. Porozmawiam z tym Braunem. Na pewno mnie zrozumie. Stracił dziecko, więc powinien wiedzieć, jak bardzo jest to dla mnie ważne. On musi być wyrozumiały! - W moim głosie nie było słychać nadziei. Wybrzmiewała w nim pewność, że mężczyzna, u którego będę pracowała przez najbliższy rok, zrozumie moją sytuację.
Przyjaciółka spojrzała na mnie, pokręciła głową, a potem przykryła moją dłoń swoją i powiedziała, że też uważa, że Kamil Braun, pomimo tragedii, jakie go w życiu spotkały, okaże się człowiekiem empatycznym. Miałam świadomość, że powiedziała to tylko dlatego, żeby mnie uspokoić.
Ruszyłyśmy w dalszą drogę.
- Obym się myliła co do Rafała. Oby moje przeczucie okazało się złe. Ale nie potrafię pozbyć się wrażenia, że ten szczur coś kombinuje - powiedziała po chwili Gosia.
Kiwnęłam tylko głową i ponownie utkwiłam wzrok w szybie. Gosia wyczuła, że nie chcę rozmawiać, i pogłośniła radio. Znała mnie tak dobrze. Poznałam ją, kiedy odbywałam praktyki w szpitalu, w którym leżała jej mama. Bardzo zżyłam się z panią Danutą, starszą, samotną kobietą, której nikt nigdy nie odwiedził. A ona nikomu nie chciała powiedzieć, czy ma jakąś rodzinę czy nie. Dopiero gdy poznała mnie lepiej, zaufała mi i się przede mną otworzyła. Powiedziała, że jej jedyna córka postąpiła bardzo nieroztropnie i związała się z jakimś starszym od siebie rozwodnikiem. Świadomie zrezygnowała z posiadania dzieci, a pani Danusia tak bardzo pragnęła mieć wnuki. Pokłóciły się i zerwały kontakt. Długo, naprawdę długo musiałam jej tłumaczyć, że żadne życie nie jest uzależnione od pragnień innych. Że każdy powinien spełniać się wedle swojego uznania i swoich potrzeb. W końcu seniorka poprosiła mnie, żebym zatelefonowała do jej córki.
Dokładnie takich słów użyła:
- Mój aniele, bardzo cię proszę, zatelefonuj do mojej córki. Pora to wreszcie skończyć. Te rodzinne waśnie. Bo na nic się one nikomu nie zdadzą.
Jak się okazało, córka pani Danusi od dłuższego czasu nosiła się z zamiarem odezwania do matki, ale w związku z tym, że zarówno z jednej, jak i z drugiej strony padło wiele przykrych słów, bała się wykonać pierwszy krok. Gdy poznałam Gosię osobiście, miałam wrażenie, że znam ją od zawsze. Zresztą ona powiedziała mi, że z jej perspektywy było identycznie. Nie wiem dokładnie, jak do tego doszło, że momentalnie się zaprzyjaźniłyśmy, ale z pełną świadomością mogę powiedzieć, że czekałam na nią całe moje życie.
Z głośnika samochodowego radia dobiegał głos Martyny Jakubowicz, która śpiewała, że w domach z betonu nie ma wolnej miłości.
Miłość? Czym tak naprawdę jest miłość? Czy to bycie ze sobą bez względu na wszystko, jak zwykła mawiać moja była teściowa, która uważała, że kobieta, żeby chodziła jak w zegarku, powinna raz na jakiś czas dostać po pysku? Patrzyła wtedy na mnie z niechęcią i jestem pewna, że z premedytacją odwoływała się do moich korzeni i przywoływała anegdotę o małym Cyganie, który zawsze przed wyjściem z domu dostawał od ojca baty. Bez względu na to, czy coś przeskrobał, czy też nie, zawsze dostawał po tyłku. Na zaś, gdyby czasem przyszło mu do głowy coś spsocić. Moja teściowa szczyciła się tym, że nieraz dostała od swojego męża. I co? I dalej ze sobą byli. Ponad czterdzieści lat. Nie rozumiałam tego. Nie pamiętałam mojej mamy, ponieważ zmarła, gdy miałam dwa lata, więc nie wiem, czy ona i tato się kłócili. Ale mój ojciec nigdy nie podniósł na mnie ręki, więc uznałam, że nie mógł być również agresywny w stosunku do niej. Zawsze też mówił, jak bardzo za nią tęskni i jak bardzo ją kochał. Nigdy więcej się nie ożenił. Był bardzo smutnym człowiekiem. Nadużywał alkoholu. Zmarł dwa tygodnie po mojej osiemnastce, zupełnie jakby sobie to zaplanował, tylko poczekał, aż wejdę w dorosłe życie.
Dwa miesiące później poznałam Rafała. Na kilka tygodni przed moimi dziewiętnastymi urodzinami zaszłam w ciążę. Zosia nie była planowana, po prostu się przydarzyła, ale mnóstwo było we mnie wtedy radości. Rafał był siedem lat ode mnie starszy i pracował w wojsku. Miał własny samochód, służbowe mieszkanie i bardzo imponował mi swoją zaradnością. Nie rozumiałam wtedy, dlaczego zwrócił uwagę właśnie na mnie, dziewczynę z ogromnymi problemami emocjonalnymi i jeszcze większymi kompleksami, wywołanymi między innymi tym, że klepaliśmy z tatą biedę. Rafał powiedział mi, że zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia. Ujęła go moja nietypowa uroda i głos. Wmawiałam sobie, że to na pewno mama, która była moim aniołem stróżem, sprawiła, że ten cudowny człowiek stanął na mojej drodze.
Jaka ja byłam naiwna. I jak bardzo potrzebowałam mieć w swoim życiu kogoś, kto się mną zaopiekuje. Dla kogo będę ważna. Najważniejsza.
Kiedy Zosia skończyła trzy latka, Rafał uderzył mnie po raz pierwszy. To wydarzyło się w dniu jej urodzin. Przyszli do nas goście, aby wspólnie świętować. To byli ludzie, których poznałam dzięki niemu. Rafał nie przepadał za moimi koleżankami ze studiów i ze szpitala, więc ograniczałam te znajomości do minimum. Można nawet powiedzieć, że uchodziłam w grupie za odludka, ponieważ ilekroć ludzie z roku szli na imprezę, ja mówiłam, że nie mam czasu. W pewnym momencie przestali mi cokolwiek proponować. Czy było mi z tym źle? Nie, bo miałam Rafała i jego znajomych. On bardzo często mówił, że zna tyle cudownych osób, że na pewno znajdę wśród nich przyjaciół. I owszem, pojawili się w moim życiu wspaniali na pozór ludzie, ale później okazało się, że nie byli prawdziwymi przyjaciółmi.
Dlaczego Rafał mnie uderzył? Ponieważ ubzdurał sobie, że flirtowałam z Adrianem, naszym sąsiadem, co nie było prawdą. Ale po kolei. Siedzieliśmy przy stole. To znaczy mój mąż i nasi goście siedzieli, bo ja co chwilę coś donosiłam. No dobrze, tak naprawdę to więcej czasu spędziłam w kuchni na krojeniu, podgrzewaniu i przygotowywaniu posiłków niż ze wszystkimi przy stole. Nie miałam nawet chwili na zastanowienie się nad tym, czy to mi przeszkadza. Byłam żoną i miałam swoje obowiązki. Bardzo chciałam, żeby Rafał był ze mnie zadowolony i żeby mógł pochwalić się mną przed kolegami i swoją rodziną. Żeby był ze mnie dumny. Adrian przyszedł do nas sam, ponieważ jego żona była chora. Wszedł do kuchni i poprosił o kawę. Nie wyszedł, tylko czekał, aż ją przygotuję. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, żartowaliśmy. Miałam wrażenie, że spędził ze mną o wiele więcej czasu, niż początkowo zakładał. Nie było w tym nic zdrożnego. Tak przynajmniej wtedy uważałam. Kiedy goście wyszli, Rafał wyprowadził mnie z błędu. Nie wiedziałam tylko, czy powinnam być mu wdzięczna, że poczekał z biciem, aż uśpię Zosię. Tak naprawdę to przez cały ten czas nigdy nie uderzył mnie przy naszej córce. To a propos szukania szczęścia w nieszczęściu.
Mój mąż siedział w salonie i oglądał telewizję. Gdy Zosia zasnęła po całym dniu wrażeń, poszłam do łazienki, żeby się wykąpać. Kiedy przyszłam do Rafała, miałam na sobie seksowny komplet bielizny. Chciałam usiąść mu na kolanach, ale on mnie odepchnął.
- Dla kogo założyłaś te szmaty? - zapytał mnie głosem, jakiego nigdy u niego nie słyszałam. Wystraszyłam się, co było jak najbardziej prawidłową reakcją. Tylko że jeszcze tego wtedy nie wiedziałam.
- Co ty...
- Zamknij mordę! - syknął, błyskawicznie wstał z fotela i podszedł do mnie.
Czuć było od niego alkohol. Człowiek, którego kochałam najbardziej na świecie, uderzył mnie w twarz. Nawet nie zabolało. To było tak zaskakujące i niespodziewane, że nie byłam w stanie nazwać tego uczucia. Patrzyłam na niego, kompletnie nic nie rozumiejąc. Po prostu stałam i się gapiłam. Rafał nazwał mnie dziwką, ponownie uderzył i powiedział, że nie życzy sobie, żebym jeszcze kiedykolwiek rozmawiała z Adrianem i go prowokowała. Poszedł spać, a ja ze strachu bałam się wejść do sypialni, więc położyłam się na dywanie w pokoju Zosi i przykryłam jej kocykiem. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że w pokoju córeczki mogę czuć się bezpiecznie. Bardzo długo nie mogłam zasnąć przez strach i natłok myśli. Nie miałam pojęcia, co mnie czeka następnego dnia. Układałam sobie w głowie rozmowę, jaką przeprowadzę z Rafałem. Krzyczałam na niego. Żądałam wyjaśnień i przeprosin. W końcu jednak zmęczenie było tak duże, że sen mnie zmorzył. Rano obudziłam się w naszym łóżku, wtulona w mojego męża. W pierwszym odruchu odetchnęłam z ulgą, myśląc, że to pobicie to był tylko zły sen. Jednak po chwili zaczęłam odczuwać efekty tego "snu". Bardzo bolał mnie policzek, a emocje, które ogarnęły mnie poprzedniego wieczora, zaczęły o sobie przypominać. Bałam się poruszyć, nie wspominając o głośniejszym oddychaniu.
Byłam kompletnie zdezorientowana. Leżałam jak kłoda i czekałam, sama nie wiem na co. Może na koniec świata? A może na to, żeby ktoś cofnął czas i żebym jednak nie zrobiła Adrianowi tej kawy?
Gdy Rafał się obudził, zaczął mnie całować. Po chwili kochaliśmy się ze sobą, a ja miałam wrażenie, że w ten sposób chce mnie przeprosić. Kiedy skończyliśmy, pocałował mnie w czoło i poszedł pod prysznic. Czekałam cały dzień, aż on zacznie mówić o tym, co się wydarzyło poprzedniego wieczora, ale nic takiego się nie stało. Bałam się, że jeśli ja do tego nawiążę, wszystko popsuję. Przeszliśmy nad tą sytuacją do porządku dziennego, a ja uznałam, że to zdarzyło się tylko raz i że ktoś, kto kilka godzin temu kochał się ze mną tak czule i przed momentem przyniósł mi piękny bukiet czerwonych róż, już więcej mnie nie skrzywdzi. Że to tylko ten jeden raz mojego męża dopadła taka słabość. Bo przecież zazdrość w związku to coś normalnego. Zaczęłam się nawet zastanawiać nad tym, że może naprawdę prowokowałam Adriana i zachowanie Rafała było uzasadnione.
- Jesteśmy na miejscu. - Głos Gosi wyrwał mnie z zadumy. To może i dobrze, bo takie grzebanie w przeszłości nie było mi potrzebne.
Moja przyjaciółka zatrzymała samochód przed niedużym, bardzo zadbanym domem w typie siedliska. Ja i tata mieszkaliśmy w podobnym. Z jednego pokoju można było przejść do następnego i tak dalej, aż wróciło się do tego pierwszego. Różnica była tylko taka, że nasz dom to była rudera, bez kanalizacji, ciepłej wody, z przeciekającym dachem i powybijanymi szybami. Myłam się w misce, a zimą swoje potrzeby załatwiałam do wiadra, co było jedną z wielu przyczyn mojego kompleksu, który również wiele lat później wykorzystał Rafał, gdy ze mnie szydził.
- Jaki piękny - zachwyciła się Gosia.
Nie dziwiłam się jej. To miejsce wyglądało jak z bajki, a już na pewno jak z jakiejś sielskiej, romantycznej opowieści, w której to para zakochanych właśnie siedzi w środku, trzyma się za dłonie i patrzy sobie głęboko w oczy.
Chciałam zobaczyć tych szczęśliwych ludzi. Chciałam być szczęśliwa i mieszkać w takim miejscu.
Ściany domu były z czerwonej cegły. Na ulicę wychodziły dwa okna i staromodny drewniany ganek w zielonym kolorze. Okiennice miały identyczny kolor. Przed domem, od strony ulicy znajdował się ogródek, który okalał uroczy, drewniany płot. Pierwsze kwiaty zdążyły już zakwitnąć, ale to nic w porównaniu z tym, co za chwilę miało nadejść. Majowe słońce muskało swoimi promieniami całą roślinność. Do jednej ze ścian przytulone były wielkie bzy. Uwielbiałam bzy. Tak pięknie pachniały. Te tutaj były białe, fioletowe i różowe. Aż mnie korciło, żeby podejść i zerwać kilka gałązek, które włożyłabym do pękatego słoika. Albo butelki. Razem z Gosią, której buzia się nie zamykała, weszłyśmy na podwórko. Przód budynku miejscami porośnięty był bluszczem, a dwie ogromne akacje, które stały przed schodami, wyglądały tak, jakby były strażnikami tego miejsca. Pomyślałam sobie, że tutaj musi mieszkać wyrozumiały człowiek. Z tym jakże optymistycznym nastawieniem ruszyłam w stronę domu.
Hen, ku rozczarowaniu.