Co ja właściwie zrobiłam?
Artura poznałam trzeciego października. Nie był to żaden nadzwyczajny
przypadek, nic romantycznego. Po prostu byliśmy w tej samej grupie
studenckiej. Chemia - niby ścisły kierunek, a facetów tylko sześciu.
Hanka, moja starsza siostra, uprzedzała mnie, że pierwszy rok jest
okropny. Liczysz na jakieś szalone życie studenckie, na wysiłek
intelektualny, na Bóg wie co, a dostajesz nudnych wykładowców i musisz
się zmuszać, żeby iść na jakieś zajęcia.
Trzeciego października stałam przed tablicą informacyjną i usiłowałam
zrozumieć, co oznaczają tajemnicze znaczki na naszym planie zajęć i dlaczego Hanka jak zwykle musiała mieć rację. W liceum było sto razy
fajniej. W każdym razie w liceum przynajmniej rozumiałam, o co chodzi w moim planie lekcji.
- Masakra.
Odwróciłam się i zobaczyłam chłopaka z mojej grupy.
- Nie kumam, o co tu chodzi. Jaką my jesteśmy grupą?
- Jeden G. Zaczynamy dopiero o jedenastej - jęknęłam. - Jak ja to
sprawdzałam?
- Za trzy godziny? Wykończą mnie tu. Co masz zamiar robić?
- Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy o tej porze czynna jest jakaś
biblioteka. Nawet nie wiem, gdzie jest biblioteka.
- Artur. - Wyciągnął do mnie rękę. - Mam stancję na Gęstej, cztery
minuty stąd. Zapraszam. Pomożesz mi zjeść trochę tego, co dali mi w domu. Ledwo to wniosłem po schodach.
Mogłam powiedzieć: "Nie, dzięki, wolę się pouczyć (niby czego?), wracam
do domu (tylko po co?), pójdę na spacer i przemyślę kilka spraw (tylko
jakich?)". Mogłam mu odmówić, ale dlaczego miałabym z miłym chłopakiem o przyjemnej aparycji, żadnym podejrzanym, bo z mojej grupy studenckiej,
nie iść na wałówkę z domu?
- Sorki za bajzel, przyjechałem o trzeciej w nocy.
Chyba zrobiłam głupią minę, bo Artur szybko dodał:
- Jeżdżę w nocy, bo taniej.
- Skąd jesteś?
- Z Warszawy.
- To dlaczego tu studiujesz? Nie wolałeś...
- Nie, nie wolałem. Wolałem tu. Pewne okoliczności... Nie chcę do tego
wracać. Pasztet czy naleśniki z serem?
Artur zaczął otwierać jakieś słoiki, odpakowywać jakieś paczuszki.
Wstawił wodę na herbatę, a ja rozejrzałam się po stancji.
Kwadratowy, dość duży pokój z samodzielną łazienką i aneksem kuchennym,
łóżko, regał, dwie małe komody, zielony dywan wyglądający na zupełnie
nowy.
Zjedliśmy. Byłam bez śniadania, a jego mama robi całkiem dobre
naleśniki, chociaż jak dla mnie trochę za mało przypieczone. Moja mama
robi takie rumiane, ale darowanemu koniowi... wiadomo. Wypiliśmy po kawie,
a potem po herbacie. Artur gra w kulki. Ograł mnie z kretesem ze cztery
razy, ale potem załapałam algorytm i on przegrał. Wpadliśmy na ćwiczenia
równo z prowadzącą.
*
- Nic nie rozumiem - jęczałam.
- Spokojnie. Skoro inni dali radę, my też damy. Idziemy do mnie?
Widziałaś, ile tego jest?
- Nie mogę. Obiecałam siostrze, że skoczymy do babci.
- Szkoda. Zadzwoń do mnie wieczorem i spytaj, czy żyję, bo jak sam zjem
to wszystko, mój organizm może nie wytrzymać.
Wpisałam go sobie w kontaktach jako "Artur z grupy", bo nie wiedziałam,
jak ma na nazwisko, a głupio mi było pytać. Po trzech godzinach dostałam
wiadomość:
"Ja jeszcze żyję, ale co to za życie... Wejdziesz na Socjetę?".
Byłam akurat w sklepie. Wyłudziłam od mamy trochę kasy i kupowałam
ciepłe tureckie rajstopy, bo ponoć od przyszłego tygodnia miało się
strasznie ochłodzić. Kupiłam te, które akurat trzymałam w ręku, i pędem
pobiegłam do domu.
Siedzieliśmy na Socjecie ze cztery godziny z małymi przerwami. Gadaliśmy
o zadaniach z chemii nieorganicznej i o tym, że taka wysoka dziewczyna z naszej grupy, Daria, jest jakaś dziwna, że jutro może sypnąć śnieg, a Artur ma tylko trampki, bo do domu jedzie dopiero w piątek, i o tym, że
Allen ma ponoć kręcić coś w Warszawie. Byłoby super być u niego
statystą.
*
W czwartej klasie podstawówki moja absolutnie wtedy najbliższa
przyjaciółka zakochała się w takim jednym kujonie, Mateuszu. Łaziłam
razem z nią pod jego salę i razem z nią udawałam, że co przerwę znosi
nas tam absolutnie przypadkiem. Po jakichś dwóch tygodniach ona się
odkochała, a mnie ten Mateusz podobał się jeszcze bardzo długo, ale
oczywiście nikt się nigdy o tym nie dowiedział, zwłaszcza on.
W gimnazjum też miałam najlepszą przyjaciółkę, Justynę. W pierwszej
klasie chciałyśmy zostać zakonnicami i koniecznie uczyć się jeździć
konno. Chłopakami zaczęłyśmy się interesować gdzieś w połowie drugiej.
Jeden taki Jarek cztery razy z rzędu poprosił mnie do tańca na
dyskotece. Myślałam o nim z pół roku. Potem wyprowadził się do Przemyśla
i przeniósł do innej szkoły.
W trzeciej klasie tematem wielu naszych rozmów z Justyną była bezdenna
głupota chłopców. Spotykałyśmy się u mnie albo u niej na nocowanie,
piekłyśmy tosty, skubałyśmy galaretki w czekoladzie i robiłyśmy listy
wszystkich chłopców, których znamy. Potem kolejno obgadywałyśmy, w czym
który jest beznadziejny. Mnie podobał się wtedy Rafał, dwa lata od nas
starszy. Chodził do tej samej szkoły języka co my, tylko oczywiście do
grupy dla licealistów. Na jego widok dostawałam migotania przedsionków.
Miał dziewczynę, Julkę ze swojej grupy. Rafała obgadywałam strasznie,
chyba najgorzej ze wszystkich.
W liceum zakochałam się od razu. W mojej klasie był taki Tomek. Gapiłam
się na niego ukradkiem aż do lutego, czyli ponad pół roku, gdy moja
wtedy najlepsza przyjaciółka, Majka, uświadomiła mi, że jeden gość z drugiej klasy gapi się na mnie. Fakty to potwierdzały. Na dodatek raz,
kiedy szłam do szkoły, powiedział mi "Cześć, Ewa", co przeżywałam ze dwa
tygodnie. Nie był mi obojętny aż do wakacji. W wakacje Majka pojechała
do ojca do Norwegii, a ja na obóz hippiczny (panicznie boję się koni,
ale to okazało się dopiero na miejscu; obóz oczywiście wymyśliła Hanka).
Zakochałam się w dwóch facetach: naszym trenerze (własnoręcznie
podsadzał mnie do siodła i mówił, żebym się nie przejmowała, nie każdy
przecież musi jeździć konno) oraz w Piotrku. Kiedy po raz szósty czy
ósmy spadłam z konia i nie mogłam się prawie ruszać (taka byłam
poobijana), właśnie on przyniósł mi do pokoju ciasto z czereśniami i powiedział, że szkoda, że nie jadę z nimi nad rzekę. Przestało mnie
ściskać w dołku na myśl o nim dopiero gdzieś koło października.
W kwietniu był u nas w liceum dzień otwarty. Majka, bez mojej wiedzy i zgody, zgłosiła nas na wolontariat. Stałyśmy przy wejściu i miałyśmy
opowiadać kandydatom, jak u nas w szkole jest fajowo. Zagadnęłam jednego
gościa, Michała. Powiedziałam mu szczerze, że nasze liceum jest
beznadziejne, potem jeszcze mu to powtórzyłam na spacerze po starówce i u niego w domu na obiedzie z jego rodzicami. Powiedział, że teraz już
nic go nie powstrzyma - żeby się waliło i paliło, idzie do mojego
liceum.
Przez całe wakacje się nie widzieliśmy. Odzywał się do mnie szczątkowo,
a ja przez dwa miesiące zastanawiałam się, co robić - zacząć chodzić z facetem, który jest młodszy ode mnie, czy nie.
Pod sam koniec sierpnia podjęłam decyzję, że biorę, co mi dają, i byłam
zdecydowana zacząć z nim być.
Pierwszego września ograniczył się do powiedzenia mi "cześć" i wieloznacznego uśmiechu, drugiego pogadaliśmy o tym, że czuje się w tej
szkole dziwnie, trzeciego poznałam go z Majką, piętnastego we troje
obgadywaliśmy naszych wspólnych nauczycieli. W listopadzie zrozumiałam,
że zmarnowałam wakacje na podejmowanie zupełnie bezsensownej decyzji. W grudniu Michał zaczął chodzić z dziewczyną ze swojej klasy, Karoliną.
Chodziłyśmy razem na kółko chemiczne. Zdolna bestia, ładna, mądra i urocza na dodatek.
Kiedy na horyzoncie zaczęła majaczyć studniówka, wpadłam w panikę i zaczęłam rozpowiadać po szkole, że tańczenie poloneza to obciach i że
wołami nikt by mnie nie zaciągnął. Zamierzałam zapłacić, ale na dwa dni
przed imprezą "przypadkowo" się rozchorować. Majka chodziła wtedy z Pawłem - absolwentem naszego ogólniaka poznanym na święcie szkoły - i załatwiła mi do tańczenia jego brata. Najprzystojniejszy facet, jakiego
w życiu widziałam. Urok Małysza, wygląd Banderasa. Nogi mi się plątały
podczas wszystkich prób. Trzymanie go za rękę odreagowywałam do późnych
godzin nocnych.
Na studniówkę szłam tak zdenerwowana, że z pewnością miałam stan
przedzawałowy. Niepotrzebnie. Zatańczył wzorowo, i to nie tylko
poloneza. Wywijaliśmy razem do białego rana. Odwiózł mnie taksówką i odstawił pod same drzwi.
Serce o mało nie wyskoczyło mi uszami. Byłam gotowa rzucić mu się na
szyję i szczerze wyznać, co się dzieje w mojej głowie, w sercu, w żołądku i we wszystkich innych komórkach mojego ciała.
- Fajnie było. - Podał mi rękę i zajrzał mi w oczy z pewnością nie jak
znajomy znajomej.
Nie zasnęłam tego dnia. Rzuciłam się na zdjęcia ze studniówki jak lwica.
Byliśmy na sześciu. Umieściłam je na moim profilu, zalajkował wszystkie.
Nigdy więcej się do mnie nie odezwał.
A potem to już poznałam Artura.
*
Artur urodził się i mieszkał w Warszawie. Trochę grał na gitarze, lubił
Leśmiana, uwielbiał czytać. Nie znosił tańca, bo jakiś czas temu chodził
z Kamilą Jutrzenko, tą mistrzynią Polski w tańcu towarzyskim, i to ona
mu obrzydziła taniec. Zdradziła go na jakimś obozie treningowym. Myślał,
że będą razem na zawsze, kupił jej lwa jako symbol siły ich uczucia, a ona regularnie zdradzała go z jakimś chodzącym mięśniakiem - kulturystą
czy kulomiotem. Artur miał młodszą siostrę, jeszcze w przedszkolu.
"Upiorne dziecko" - jak o niej mówił. Pasjami uwielbiał jajecznicę.
Smażył ją na wszystkie możliwe sposoby: sauté, na cebuli, na kiełbasie,
na cebuli i kiełbasie, na szynce, na boczku, na pomidorach, na
pieczarkach, na papryce, na maśle, na oliwie, na smalcu ze skwarkami, z łososiem, z ziołami. Lubił zupy: rosół, ogórkową, pieczarkową,
pomidorową (ale wolał z ryżem niż makaronem), żurek, grochówkę,
kapuśniak, barszcz. Nie lubił tylko szczawiowej. Jego mama była
księgową, ojciec architektem. Mieli starego kota - złośliwego,
chimerycznego persa. W liceum dobrze jeździł na desce, ale teraz już go
to nie bawiło. Uwielbiał kryminały, zresztą od zawsze miał specyficzny
stosunek do literatury - zawsze go bardziej ciekawiło, jak książka
powstała, niż jej treść. W szkole lubił historie o tym, kto był
pierwowzorem postaci literackich. Poznał kiedyś nawiedzoną
pseudopisarkę. Miała szesnaście lat, a mówiła o sobie
"powieściopisarka". Chciała o nim pisać powieść, ale oczywiście ją
wyśmiał i to ona skutecznie obrzydziła mu powieści współczesne. Na
chemię poszedł, bo to mu w szkole szło najlepiej. Nie miał pojęcia, co
chce w życiu robić.
Miał dziewczynę - Klarę. "Klara pisze, że...", "U Klary teraz jest taka
śnieżyca, że nie widzi czubków swoich palców", "Zobacz, co mi Klara
przysłała. Niesamowite, nie?", "Klara mówi, że koniecznie muszę zobaczyć
nowego Allena. Idziemy? Może dziś po południu? Tylko bez wykrętów",
"Klara cię pozdrawia. U niej strasznie teraz cisną. Pisze, że ledwo
zipie".
Klara Mazurowska, lat osiemnaście. Uczennica trzeciej klasy liceum,
profil humanistyczny. Ładna, miła, laureatka olimpiady polonistycznej.
Idzie na MISH, czyli do mekki humanistów. Ma dwóch starszych braci, od
trzech lat mieszka w starym drewnianym domu pod Warszawą odziedziczonym
po dziadkach. Dom jest piękny, ma klimat, ale nie da się go dobrze
ogrzać i wszyscy niemal cały rok chodzą w grubych swetrach i wełnianych
skarpetach. On też ma u niej w domu swoje wełniane skarpety. Klara
musiała szybko zrobić prawo jazdy, bo dojazdy do szkoły były koszmarne.
Nie ma zdolności muzycznych. Usiłowała grać na gitarze, pianinie,
harmonijce, ale wychodziło to fatalnie. Nie nosi niczego z mikrofibry,
bo ją uczula. Lubi błękitną bieliznę z koronką, uwielbia kwiaty i uważa,
że w poprzednim życiu na pewno była rośliną. Trochę boi się wody i nigdy
nie nauczyła się pływać. Nie pija kawy, ale lubi wszystko, co pachnie
kawą - balsam do ciała, błyszczyk, płyn do kąpieli, wodę toaletową. Nie
rozumie, jak ktoś może z własnej woli jeść grejpfruty. Woli psy od
kotów, ale koty też toleruje. Artur bardzo ją kocha, bo jest absolutnie
wyjątkowa.
O wielu moich najlepszych przyjaciółkach nigdy nie dowiedziałam się tyle
co o Klarze. Mogłabym napisać jej biografię.
Wiedziałam o jej istnieniu od drugiego czy trzeciego dnia. Nie
przeszkadzała mi. Lubiłam Artura, bo jak mało który chłopak miał w sobie
to coś. Nigdy nie miałam prawdziwego przyjaciela, a tu bach i mam.
Fajnie przyjaźnić się z chłopakiem, i to byłym facetem Kamili Jutrzenko.
Któregoś dnia siedzieliśmy na korytarzu przed zajęciami z organicznej.
Artur wyjął smartfona.
- Stań spokojnie. - Wymierzył we mnie obiektyw. - Klara koniecznie chce
zobaczyć, jak wyglądasz zdenerwowana.
Trochę padało. Czułam, że grzywka ohydnie przykleiła mi się do czoła, a ja mam czerwone policzki i spierzchnięte wargi. Nie wiem, dlaczego
zależało mi na tym, żeby dobrze wyglądać.
- "Jest śliczna. Zabierz ją na herbatę, bo widać, że przewiało ją na
wskroś". - Artur przeczytał mi jej odpowiedź.
*
Siedzieliśmy razem na wszystkich zajęciach, na które oboje chodziliśmy,
przychodziłam do niego na stancję i zjadałam wałówkę z domu,
rozwiązywaliśmy wspólnie zadania, uczyliśmy się, pożyczaliśmy sobie
notatki, podręczniki, długopisy, dawałam mu chusteczkę higieniczną, gdy
było zimno i leciało mu z nosa, a on nie miał chusteczek. Razem
znaleźliśmy dermatologa, kilka razy odprowadziłam go na laser, bo on ma
od słońca naruszoną pigmentację na ramionach i plecach. Artur brał ode
mnie torbę, gdy była bardzo ciężka. Jeśli któreś z nas szło do
biblioteki, to drugie wiedziało, że nie musi się spieszyć, bo zajęte
miejsce na pewno czeka. Chodziliśmy do kina (tanie środy). Urodziłam się
w Lublinie, ale tak naprawdę miasto zwiedziłam dopiero z nim. Byliśmy na
Majdanku (byłam w podstawówce z klasą i raz, jak przyjechali do nas
kuzyni z Rzeszowa, ale dopiero podczas zwiedzania z Arturem dotarło do
mnie, do czego zdolny jest człowiek). W muzeum sztuki Artur kupił kartkę
i poszliśmy na pocztę przy Grodzkiej, żeby wysłać ją do Klary.
Dopisałam: "Serdeczne pozdrowienia z pięknego Lublina przesyła Ewa".
Byliśmy też w kaplicy Trójcy Świętej (freski cudowne, no i ta
atmosfera).
- Może zapisz się na kurs przewodników turystycznych? Będziesz miała
drugi zawód. A w ogóle co cię tak nagle zaczęło nosić? - kpiła Hanka.
- Dlaczego jej dokuczasz? Każdy musi na własną rękę odkryć swoje miasto.
Ja to popieram - mówiła mama.
- Ja na przykład do tej pory nie odkryłem, he, he - mówił tata.
Jest z Rzeszowa i do Lublina sprowadził się z powodu mamy, a raczej
Hanki w brzuchu mamy.
Kiedy Artur pojechał do domu na pierwszego listopada, u nas lało. Nie
ruszyłam się z domu na krok. Przygotowałam sześć tras na spacery dla nas
i zaczęłam żałować, że nie poszłam na historię sztuki.
*
Artur śmiał się, że wciąż natyka się na jakieś beznadziejne imiona.
Kamila, Agnieszka (niby normalne, ale ona kazała mówić do siebie Agnes),
jakaś Dora (ale ta chyba się nie liczy, bo z tego, co zrozumiałam,
chciała tylko rozbić jego związek z Kamilą czy z tą Agnes, już nie
pamiętam). Śmialiśmy się, że jeszcze nie miał dziewczyny o normalnym
imieniu.
Któregoś dnia, ale nie potrafię już sobie dokładnie przypomnieć którego,
po zajęciach poszliśmy do niego na stancję. Dokładnie na wprost drzwi
Artur włożył za szybę w regale zdjęcie Klary. Od razu wiedziałam nie
tylko, że to ona, bo to było oczywiste, lecz także, że Artur sam jej tę
fotografię zrobił.
Klara (co za beznadziejne imię) uśmiechała się delikatnie, patrząc
prosto w obiektyw.
- Piękne zdjęcie. Masz rękę.
- Nie, ona taka po prostu jest. Niesamowita.
- Ostatnio je zrobiłeś?
Nie rozumiem, dlaczego człowiek lubi sam sobie zadawać rany. Na diabła
mi była ta wiedza? Hanka chyba ma rację - ja jednak jestem masochistką.
- Tak. Strasznie mi jej brakuje.
Nigdy nie mierzył we mnie obiektywem nikt, kogo kochałam, więc nie mam
ani jednego takiego zdjęcia. Tak mi się samej siebie żal zrobiło, że o mało się nie poryczałam.
Artur odgrzał bitki, ugotowaliśmy kaszę gryczaną, ja zrobiłam sałatkę z ogórków kwaszonych, pomidorów i cebuli. Jego mama świetnie gotuje, lubię
jej kuchnię. Usadowiliśmy się na tapczanie. Zdjęcie Klary patrzyło na
nas przez cały czas. Gdy tylko podniosłam głowę znad notatek, ona gapiła
się na mnie tym swoim cielęcym, rozanielonym spojrzeniem. Kuliśmy do
kolokwium z nieorganicznej.
- Już nie mogę - jęknął Artur.
Zerknęłam na zegarek. Było dopiero po czwartej.
- Godzinę przerwy, błagam.
Wsadził kartki w książki tak, żebyśmy wiedzieli, gdzie skończyliśmy,
zrzucił wszystko na podłogę, lekko się uniósł i zgasił lampkę.
- Nastawiam budzik na za godzinę. Na serio nie dam już rady.
Do końca nie docierało do mnie, co on wyprawia, a Artur zwyczajnie, po
prostu i bez wahania zagarnął mnie ramieniem, położył koło siebie i naciągnął na nas koc.
Ani drgnęłam.
Leżeliśmy tak może z minutę.
- Za gorąco, co nie?
Wstał, podszedł do okna i nieco je uchylił. Zdjął dżinsy, byle jak
rzucił na krzesło i wskoczył pod koc.
- Do zobaczenia za godzinę - powiedział, ziewając.
Znów poczułam jego ramię na moich plecach.
Po minucie, najwyżej dwóch, usłyszałam jego równy, głęboki oddech, a jego ramię zrobiło się znacznie cięższe.
Czy zasnęłam? Nie da się spać, gdy masz tętno milion uderzeń na minutę.
Rodzice posyłali mnie na religię i do kościoła (jak to w Polsce), ale do
tej pory nigdy się tak naprawdę nie modliłam. Wtedy błagałam Boga, żeby
na tym świat się skończył. Czy nie może teraz, dokładnie w tym momencie,
zesłać jakiegoś meteorytu czy innego wybuchu i żeby już był koniec, tak
jak w Pompejach? Nie umiałam sobie wyobrazić, co niby ma być dalej. Co
ja teraz mam robić? Co między nami będzie? Dotarło do mnie, że kocham
tego człowieka ponad wszystko na świecie.
Po godzinie zadzwonił budzik. Artur się poruszył, przeciągnął i nacisnął
drzemkę. Przekręcił się na plecy i przyciągnął mnie tak, że położyłam
głowę na jego ramieniu.
Zadzwonił budzik. Artur podparł się na łokciu.
- No, teraz to inne życie. Chcesz pić?
Chciałam. Artur odrzucił koc, wstał, zapalił lampkę i podszedł do
regału. Miał bokserki w szkocką kratę. Nie przyglądałam się, w każdym
razie starałam się nie przyglądać.
Wypiłam dwie szklanki mineralnej. Artur włożył spodnie, stojąc tuż koło
mnie, i zaczęliśmy się uczyć.
Około dziewiątej wieczorem odprowadził mnie do domu.
Następnego dnia było zwyczajnie - oczywiście, jeśli się nie wie, co się
działo w mojej głowie.
*
Był piątek. Odwołali zajęcia z powodu jakiejś tam uroczystości.
Poszliśmy do Artura. Miał Avatar. Oboje widzieliśmy ten film, ale ja
już nie pamiętałam, o co tam dokładnie chodziło.
Artur ma małego laptopa, więc musieliśmy siedzieć blisko siebie. Dobrze,
że już raz to widziałam, bo nie mogłam myśleć o filmie.
- Wiesz, to trochę jak ze mną. Najpierw byłem tu jakby tylko jedną nogą.
Moje prawdziwe życie było w Warszawie.
- A teraz? - ledwo wykrztusiłam.
- A teraz? Chyba tu jest moje prawdziwe życie. Gdy myślę: "Idę do domu",
to myślę o tym pokoju, a nie tym u rodziców. Kiedy wracam do siebie, to
wracam tu. Na początku co weekend wracałem do domu, zresztą wiesz. Nie
wyobrażałem sobie inaczej.
- A teraz?
- A teraz wyobrażam. Możesz mnie podrapać? Lewa łopatka, no, prawie. A pokazywałem ci, co mi Klara przysłała? Czad, normalnie czad!
Artur uruchomił laptopa i przesunął się na brzeg krzesła. Usiadłam obok
niego, stykaliśmy się ramionami. Artur spadał trochę z krzesła, więc
mnie objął, żeby było wygodniej.
Klara przysłała jakiś film. Jacyś ludzie, gdzieś są, coś robią. Nic do
mnie nie dotarło.
- Ale mi się nie chce jechać...
- To nie jedź. Zostań.
Powiedziałam to najwolniej i najspokojniej, jak tylko mogłam, i chyba
nawet nonszalancko wzruszyłam ramionami, ale emocje o mało mi się nosem
nie wylały.
- Nie mogę jej tego zrobić, boby się na śmierć zapłakała. Dobra,
zbieramy się.
Wróciłam do domu. Napuściłam wody do wanny, wlałam chyba z pół butelki
płynu i płakałam przez godzinę. Wyszłam dopiero, gdy miałam pewność, że
wszyscy domownicy już śpią.
Rano znalazłam w komórce wiadomość:
"Jechałem sześć godzin. Takiej śnieżycy w życiu nie widziałem, ale
wszystko okej. Jestem już w domu".
Umyłam się. Powiedziałam, że mogę wyjść po bułki. Wyszłam z domu i poszłam przed siebie. Kiedy wróciłam, ojciec odkurzał, a mama - w dresie
i w swojej śmiesznej treningowej czapeczce - dreptała po bieżni.
- Gdzie ty byłaś?
- Piekłaś te bułki?
Zaatakowali mnie oboje. Spojrzałam na zegarek. Nie było mnie trzy
godziny.
Chciałam lecieć pędem po te cholerne bułki, ale już byli po śniadaniu.
Zjedli chleb smażony i panierowany w jajku. Jedzą go od czasów
studenckich, traktując to jak nabożeństwo, więc o co tyle krzyku z bułkami?
Hanka weszła do mojego pokoju i zamknęła za sobą drzwi.
- Więc jak on ma na imię?
- Kto? - zapytałam i spojrzałam jej w oczy.
- Okej, pogadamy, jak dojrzejesz - powiedziała.
Bez pytania wzięła mój najlepszy lakier do paznokci i wyszła.
*
Zima tamtego roku była jak na zamówienie. Lekki mrozek, puchaty śnieżek
i słoneczko. Nigdy nie chodziłam tyle w okularach przeciwsłonecznych co
wtedy.
Właśnie wyszliśmy z laboratorium. Od jakiegoś czasu robiłam w domu
kanapki dla nas obojga. Podałam mu jedną.
- Zgodzili się. Nareszcie! - Ugryzł bułkę i dokończył z pełnymi ustami.
- Starzy Klary się zgodzili. Przyjedzie na weekend. Tyle mam zamiar jej
pokazać! Z nich są straszni tradycjonaliści, wiesz, zero nocowania, zero
wyjazdów razem. He, he, jakby to się dało zapobiec... A jednak się
zgodzili. Halo, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Kiwnęłam głową.
- Fajnie, że się poznacie.
Nie wiem, co mu odpowiedziałam, ale na pewno nie to, że bardzo się
cieszę. Byłam zrozpaczona.
Z jakimiś ludźmi z naszej grupy poszliśmy do stołówki. Myślałam o tym,
gdzie ona będzie spać. U niego? Z nim? Jak on się z nią przywita? Będą
się całować? Jak będą się całować? Co mam robić, gdy będą się przy mnie
przytulać, całować, gapić na siebie?
Ledwo znosiłam takie myśli. Nie wyobrażałam sobie, że zdołam znieść to
na żywo.
Wróciłam do domu. Rodzice pili wino i oglądali rosyjską ekranizację
Anny Kareniny z 1967 roku. Usiadłam z nimi. Myślałam o tym, jak Klara
będzie się myć w jego łazience. Sama czy z nim? Włoży koszulę nocną czy
piżamę? Zrobią to od razu czy dopiero wieczorem? Nie ocknęłam się nawet
na samobójstwie Anny. Drgnęłam dopiero, gdy ojciec wyłączył odtwarzacz.
W łóżku usiłowałam nie szlochać zbyt głośno i myślałam o tym, czy będą o mnie rozmawiać. Co on jej powie? A może nie podejmą tego tematu? Bo o czym tu mówić? Trudno, żeby rozmawiał z dziewczyną o wszystkich swoich
koleżankach.
*
Staliśmy na przystanku i razem czekaliśmy na Klarę. Miała przyjechać
busem o szesnastej czterdzieści. Byliśmy dwadzieścia minut przed czasem.
- O, jest! - Artur uniósł obie ręce, jakby był na stadionie.
Najpierw zobaczyłam wściekle turkusową czapkę, zielony morski szalik i różowe rękawiczki w czarne paski.
Czarna spódnica, turkusowe rajstopy. Brzmi może dziwacznie, ale ona
dobrze wyglądała. Umie się ubrać.
- No, dzień dobry!
Rzucili się na siebie i mocno objęli. Kołysali się przez chwilę jak dwa
niedźwiedzie. W tym momencie uświadomiłam sobie, że te bokserki na pewno
ona mu kupiła. Jej gust.
- Ale fajnie, że wreszcie mogę cię poznać! - Klara uśmiechnęła się do
mnie. Wyciągnęła ramiona i mnie przytuliła.
W gimnazjum na religii ksiądz opowiadał, że jedno z wyobrażeń piekła to
wielkie kotły z wrzącą smołą. To nieprawda. Piekło to dziewczyna
chłopaka, którego kochasz, serdecznie cię obejmująca i mówiąca, jak
bardzo się cieszy, że wreszcie może cię poznać.
Z dworca poszliśmy na Grodzką i do Starego Browaru. Oni siedzieli koło
siebie. Klara wsunęła rękę pod ramię Artura, on pocałował ją we włosy.
- Wiesz, na początku gdy o tobie zaczął opowiadać, byłam wściekła. Ewa
ma supernotatki, Ewa jak zrobi kanapki, Ewa to, Ewa tamto, Ewa, Ewa i Ewa. Strasznie byłam zazdrosna. On gadał tylko o tobie!
Artur wzruszył ramionami, a mnie aż w uszy zakłuło to "byłam". Czas
przeszły?
Pojechałam do domu sama, a oni poszli do Artura na stancję. Gospodyni
była uprzedzona, że ktoś będzie nocował u niego przez dwa dni.
Widziałam, że już nie mogą się doczekać tego bycia u niego.
- Siorka, o co chodzi? Wyglądasz jak śmierć.
- Męczą nas, kolokwium za kolokwium.
- Akurat! - Hanka wzruszyła ramionami i poszła.
W poniedziałek na zajęciach Artur powtórzył mi, że Klara uważa mnie za
bardzo miłą, fajną dziewczynę, że mówiła, że mam niesamowity typ urody i że to dziwne, że nie mam faceta. I w ogóle jest mną zachwycona,
pozdrawia mnie, mam od niej uściski i podziękowania, że się tak jej
Arturem opiekuję.
*
Był wtorek, nasz najcięższy dzień. Zajęcia od ósmej do osiemnastej i zazwyczaj potem od razu ja jadę do siebie, a Artur do siebie. Tym razem
musiałam wziąć notatki, bo zapomniał mi przynieść, więc pojechaliśmy do
niego.
Na komodzie koło okna stał fiołek alpejski (sam go sobie nie kupił). Żyć
mi się odechciało.
- Co się dzieje? Źle się czujesz?
Powiedziałam mu, że mi źle i smutno, bo oni są razem, szczęśliwi, a ja...
nikogo nie mam - i się rozpłakałam.
Artur mnie objął i zaczął głaskać po plecach.
- Jesteś kimś bardzo dla mnie ważnym. Gdyby nie Klara... od pierwszego
dnia na uczelni poczułem, że... no wiesz... że będziemy razem... rozumiesz, w jakim sensie... że cię nie przeoczę. Z nikim nie mam takiego porozumienia.
- Nawet z nią?
- Z Klarą? To inny rodzaj relacji. Kocham ją, ale pewne rzeczy... nie
wiem, czy rozumiesz... Ona też jest dla mnie najważniejsza na świecie, ale
w innym sensie. Jak ty niesamowicie pachniesz...
To ja zrobiłam ten pierwszy krok. Podniosłam głowę i pocałowałam go w usta. Byłam zapłakana, może nawet zasmarkana, ale Artur też mnie
całował. Przytuliliśmy się najmocniej, jak tylko można było. Całowaliśmy
się, stojąc na środku jego pokoju, pół metra od fiołka alpejskiego i metr od jej zdjęcia.
Artur wyciągnął rękę i zgasił światło. W pokoju zapadły ciemności, ale
po chwili nasze oczy się przyzwyczaiły.
- Chodź - mruknął mi do ucha i posadził na łóżku. - I co zrobimy? Ja jej
nie zdradzę. Brzydzę się zdradą.
Ja też się brzydziłam zdradą. Nie znam nikogo, kto popiera zdradę, ale
nie czas na brzydzenie się, gdy jesteś w ramionach ukochanego, a on
właśnie zgasił światło. Chciałam wstać, włożyć kurtkę, czapkę, szalik,
wziąć notatki, iść do domu i wyskoczyć przez okno.
Artur wziął mnie za rękę i zaczął się bawić moimi palcami.
- Nie sądzę, żebym kiedyś z kimś umiał się tak porozumieć. Oddałbym
życie, żeby być z tobą tak naprawdę, rozumiesz... ale nie możemy...
W żadnym razie nie mogliśmy.
Popatrzyliśmy sobie w oczy. Artur zamknął drzwi na klucz.
Zarzuciłam mu ręce na szyję. Zaczął mnie mocno, gwałtownie całować.
Wsunęłam mu dłonie we włosy. Rozpiął mi bluzkę, zdjął swoją koszulę.
Miał kilka włosków na klatce piersiowej. Wzruszyło mnie to.
Bawił się moimi piersiami, nie mógł się nimi nacieszyć. Nie wiem, jak
udało się nam nie zrobić nic więcej. Cud.
Odprowadził mnie pod same drzwi. Cały czas rozmawialiśmy tylko o jednym:
Klara jest najważniejsza, nie wolno jej skrzywdzić, bo niczym sobie na
to nie zasłużyła. To był tylko raz, bo nerwy nam puściły, ale jesteśmy
wyłącznie przyjaciółmi i w ogóle.
Weszłam do domu.
Na ścianie w kuchni wiszą nasze rodzinne zdjęcia. Hanka śmiga na
rowerze, ja w wieku trzech lat z kołem ratunkowym w kolorowe rybki
pluskam się wśród fal Bałtyku. Mama nie spuszcza mnie z oka.
Robiąc herbatę, myślałam, jak bardzo nieaktualne jest już to zdjęcie.
*
W sesji letniej mieliśmy cztery egzaminy i dwa duże zaliczenia.
Padaliśmy na nos. Artur przez trzy weekendy nie pojechał do domu.
Na początku lipca pomogłam mu się spakować. Sporo gratów od października
mu się uzbierało. Przyjechała po niego mama. I Klara. Uściskałyśmy się
jak przyjaciółki.
Mama Artura zrobiła nam zdjęcie we troje, potem Artur zrobił mi
papierową odbitkę. Nawet dobrze wyszłam. Trzymam je w szufladzie z torebkami, bo tam Hanka nigdy nie zagląda. Artur jest na nim w środku,
ale bliżej mnie i patrzy na mnie, a Klara wszystkimi zębami szczerzy się
do obiektywu jak kretynka.
Następnego dnia dostałam gorączki. Niby nic konkretnego mi nie było, ale
gorączka trzymała mnie przez tydzień. Mama uznała, że to przemęczenie po
sesji.
Przez dwanaście tygodni wakacji pisaliśmy do siebie - czasem esemesy,
czasem e-maile. Dwa razy Artur wysłał mi zdjęcia. On skacze do wody
(robiła Klara). Byli na Mazurach. Artur ma na sobie długie kąpielówki w turkusowo-pomarańczowe paski. Jej gust. On i Klara jedzą lody z jednego
rożka u Klary na działce (robił jej ojciec).
Kilka razy gadaliśmy przez komunikator, ale to było dla mnie straszne.
Musiałam na siłę wymyślać tematy i udawać, że śmieszą mnie historyjki
Klary o tym, jak Artur zgubił jej but, albo o tym, jak poszedł nazbierać
dla niej polnych kwiatów i byk go pogonił. Namawiali mnie, żebym wyrwała
się do Warszawy. Obiecałam, że przyjadę.
- Siora, ty jadasz coś czasem? - powiedziała Hanka na przełomie lipca i sierpnia, gdy szykowałyśmy się na wyjazd do Nicei.
Zważyłam się. Metr sześćdziesiąt cztery wzrostu i czterdzieści dziewięć
kilogramów. Nie wyglądałam już dobrze. Po moich piersiach została w stanikach pusta, wymownie milcząca przestrzeń.
Ten wyjazd to była katorga. Hanka zawsze załatwi jakieś koszmarne
atrakcje. Czasem myślę, że ona mi to robi specjalnie, ale nie mam jak
jej tego udowodnić. Studencki obóz żeglarski brzmi przecież dobrze, i to
jeszcze po Lazurowym Wybrzeżu! Każdy by chciał pojechać.
Przyczepił się do mnie taki Dominik z Krakowa, a Hanka go jeszcze
podpuszczała, mówiąc, że nikogo nie mam. Lepił się do mnie, latał po
wodę mineralną, przypominał, żebym się smarowała pięćdziesiątką,
strofował, żebym tak daleko sama nie wypływała. Okrywał mnie swoim
swetrem, "bo tu w dzień upał, a wieczory potrafią być naprawdę chłodne".
Zrobił mi z pięćdziesiąt zdjęć, a w nocy powiedział, że człowiek nigdzie
nie jest tak samotny, jak pod tyloma gwiazdami. Nie mogłam się od niego
opędzić. Powiedziałam Hance, że jeśli da mu do mnie jakikolwiek namiar,
to jej tego nie daruję. Nie dała.
Gospodyni Artura rozchorowała się i pojechała do córki do Danii. Stancja
była nieaktualna. Artur wynajął więc kawalerkę. Najpierw miał tam
mieszkać z jakimś kolegą, ale kolega przeniósł się na UKSW do Warszawy,
bo tam ma jakąś siostrę matki czy matkę siostry i metę, więc nie będzie
musiał bulić za lokal.
Rodzice przywieźli jego graty. Pomagałam trochę przy noszeniu, a potem
we czworo poszliśmy na obiad i na mały spacer po Lublinie. Jego mama
była zachwycona moją wiedzą na temat miasta. Powiedziała, że ona nikogo
nie umiałaby tak oprowadzić po Warszawie. Poszliśmy do XXL na kolację.
Odjechali około dwudziestej. Jego mama bardzo mi dziękowała, że tak się
nim zajęłam i że dzięki mnie nie zamorzył się głodem. Powiedziałam, że
to drobiazg.
Poszliśmy do niego. Zaparzyłam herbatę, odpakowałam ciasto ze śliwkami.
Pycha. Usiedliśmy na łóżku.
- Miałem nadzieję, że wszystko minęło, ale jak cię zobaczyłem...
Schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam szlochać. Niechcący kopnęłam kubek
z herbatą. Nie zwróciliśmy na to uwagi.
- Co ja mam robić? Ewa, powiedz mi, co ja mam robić...
Pokręciłam głową, że nie wiem. Każda komórka mojego ciała wyła do niego,
a on mnie pyta, co ma robić.
Nie było jeszcze ciemno, taki miły zmierzch. Poczułam na plecach rękę
Artura. Odwróciłam się do niego i z całej siły go objęłam. Całowaliśmy
się jak wściekli, dzicy ludzie. Wyobrażam sobie, że ktoś, kto nie pił od
dwóch dni, tak właśnie rzuca się na wodę. Zdarłam z niego koszulę, on ze
mnie bluzkę, stanik, spodnie, wszystko.
W ogóle się go nie wstydziłam. To, że jest tu ze mną, było czymś
absolutnie oczywistym.
Cholernie mnie zabolało. Aż zawyłam i zacisnęłam usta.
- Przepraszam... - mamrotał mi do ucha, nie wiem po co. Mógł mi odrąbać
głowę, a i tak bym się na niego nie obraziła.
Leżeliśmy potem, w nieoswojonej jeszcze kawalerce, pod niepowleczonym w nic kocem, tuliliśmy się do siebie i jak mantrę powtarzaliśmy, że to
było silniejsze od nas, że to się nigdy nie powinno zdarzyć, że Klara,
że my, że to takie trudne...
Pierwszego października zaczął się rok akademicki. Był jasny słoneczny
dzień. Wróciłam do domu po ósmej.
To były najcudowniejsze dwa tygodnie w moim życiu. Nie psuło mi radości
nawet to, że Klara przesyłała zdjęcia zachodów słońca nad Powiślem,
pozdrowienia od jakichś ich wspólnych znajomych, dwuminutowy filmik, na
którym kociak napada na sześć razy większego od niego psa i go
przegania, i pozdrowienia dla mnie. Artur mi ich nie przekazywał, ale
czasem (rzadko, ale czasem tak) grzebałam w jego komórce i stąd wiem, że
ona mnie nieustannie pozdrawiała.
Weszłam do wiadomości wysłanych:
"Byliśmy z Ewą...", "Ewa dziś zrobiła...", "Ewka mnie karmi, nie martw się o nic", "Kiedy przyjedziesz? Strasznie tęsknię", "Szykuj się, będę w piątek. Nie wychodź po mnie. Nie chcę, żebyś o tej porze była sama na
ulicy. Przyjadę prosto do Ciebie".
Gdy ktoś grzebie w cudzej komórce, to tak, jakby prosił się o guza.
Chciałam dostać kopa, to go dostałam.
"Nie chcę, żebyś o tej porze była sama na ulicy. Przyjadę prosto do
Ciebie". Przeczytałam to zdanie i dotarło do mnie, że ja przecież mogę
być w ciąży. Niby się zabezpieczaliśmy, ale nie tego pierwszego wieczora
po wyjeździe jego rodziców. Nawet nie przyszło mi to wtedy do głowy.
- A jeśli jestem w ciąży? - zapytałam.
- Nie jesteś, spokojnie. Na pewno nie jesteś.
Artur uśmiechnął się do mnie uspokajająco. Ale nie uspokoiło mnie to.
- A jeżeli ona jest w ciąży?
- Nie ma mowy, bez prezerwatywy nie da się dotknąć. Chcesz naleśniki, bo
odgrzewam?
Nie mam pojęcia, na czym dokładnie polega schizofrenia, ale chyba między
innymi na tym, że słyszy się głosy. Ja je wtedy usłyszałam. Dwie
histeryczki kłóciły się w mojej głowie.
- A jeśli jestem w ciąży?
- Cóż, trzeba będzie jej powiedzieć...
- Na kogo wtedy wyjdę?
- Na tą, kim jesteś! Ona sobie z tym nie poradzi. Nie jest zbyt silna
psychicznie.
- A co cię to obchodzi? Ona ma się troszczyć o siebie, a ja o siebie!
Nie jest dzieckiem. Czy o mnie się ktoś troszczy?
- Ale Artur przecież mówił, że nie możemy jej tego zrobić.
- Nie możemy, a jednak mogliśmy! Kocham go, chcę go, żyć mi się bez
niego nie chce, ale...
- Ona na to nie zasługuje.
- A ja zasługuję na "nie chcę, żebyś o tej porze była sama na ulicy"?
To, że nie jestem jego "prawowitą" dziewczyną, nie oznacza jeszcze, że
nie mam uczuć.
- A jak powiesz o tym mamie?
Przez tydzień chodziłam skołowana, a dwa głosy w mojej głowie
wrzeszczały na siebie przez cały czas. Spokój był tylko, gdy spałam.
*
Hanka weszła do mojego pokoju z wielką miską śliwek węgierek.
- Mów, o co chodzi, bo zaczynasz mnie denerwować. Zabiłaś kogoś,
okradłaś, zostałaś dilerką, jesteś w ciąży...
Nie musiała kontynuować przesłuchania, bo rzuciłam się na łóżko i zaczęłam wyć.
Hanka mnie przytuliła. Nic nie mówiła, tylko głaskała mnie po głowie.
Ryczałam chyba z pół godziny. Dobrze, że rodziców nie było.
- To nie jest koniec świata. Nie masz czternastu czy szesnastu lat, żeby
to był dramat. Poza tym masa ludzi czeka na dziecko, kolejki są
wieloletnie. Ale wiesz na pewno? Zrobiłaś test?
Test! Właśnie, test! Olśniło mnie. Pomroczność jasna zdarza się, jak
widać, również studentkom chemii. Dlaczego wcześniej o tym nie
pomyślałam?
Rzuciłam się do portfela. Nie miałam pojęcia, ile to może kosztować.
Hanka z niesmakiem pokręciła nade mną głową. Niespiesznie zwlokła się z łóżka i poszła do siebie. Po chwili wróciła z testem.
- U mnie się tylko marnuje.
Nie byłam w ciąży. Testu nie zrobiłam. Zanim doczytałam instrukcję do
końca, poczułam znajomy skurcz w podbrzuszu. Hanka popukała mnie w czoło
tak mocno, że aż został ślad.
- No, to teraz mów, co to za książę na białym koniu wart jest takich
nerwów. Jakiś dobrze sytuowany naukowiec o aparycji Adonisa?
Hanka studiuje kulturoznawstwo i lubi się wymądrzać.
- Kolega z grupy.
- Brzmi fantastycznie. Od kiedy jesteście razem?
- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami.
- Jak to nie wiesz? Przestań ryczeć, przecież wszystko okej. Dostałaś,
kretynko, nauczkę i następnym razem myśl, a potem rób, a nie odwrotnie.
O co chodzi? Ma HIV, jest zboczeńcem, zabił kogoś?
- On ma dziewczynę.
- Zdradził cię na wakacjach?
Hanka jest mądra. Lubię ją, ale jak każdy, ma nawyk słuchania
autobiograficznego. Dwa lata temu miała faceta. Sebastian. Byli naprawdę
świetną parą. W wakacje Hanka wyjechała na trzy tygodnie do Genewy na
kurs francuskiego. Kiedy wróciła, wyznał, że ją zdradził. Bez słowa
wzięła reklamówkę i wrzuciła do niej wszystkie rzeczy jego i od niego.
Fioletowego szalika i filmu Szabla od komendanta strasznie żałowałam.
Dała mu tę reklamówkę i zapytała, czy chce wyjść od razu, czy dopije
colę.
Powiedziałam jej, że chodzi z Klarą od klasy maturalnej, że gdy go
poznałam, byli już razem, że najpierw się tylko kolegowaliśmy, ale
później spędzaliśmy ze sobą tyle czasu, że jakoś tak zwyczajnie się do
siebie zbliżyliśmy, że długo nic między nami nie było, że traktowaliśmy
się jak najlepsi kumple, że przed wakacjami tylko raz coś tam między
nami zaszło, ale dopiero teraz sytuacja wymknęła się spod kontroli. Gdy
się zobaczyliśmy na początku roku akademickiego, tama pękła.
- Tama pękła, mówisz? I on przez cały rok waszej znajomości miał
dziewczynę, którą ty poznałaś, tę Klarę, tak? - wycedziła przez zęby
Hanka.
Kiwnęłam głową.
- Jesteś aż tak głupia czy aż tak zła? - Parsknęła śmiechem. - Nie mogę
w to uwierzyć! Moja siostra...
Zabrała miskę ze śliwkami i poszła.
*
Między wykładem a ćwiczeniami z socjologii powiedziałam Arturowi, że nie
jestem w ciąży.
- Mówiłem. - Uśmiechnął się.
A potem było coraz ciężej.
- Musisz jechać? - jęczałam.
- Muszę. Jakiś beznadziejny obiad u jej rodziców, nie wykręcę się.
- O której jedziesz? - jęczałam dalej.
- Czemu pytasz? Dwunasta piętnaście.
Jedzie w ciągu dnia, nie czeka do nocy. Nie szkoda mu kasy.
- Kochasz mnie?
- Bardzo, ale przecież od początku wiedziałaś, jaka jest sytuacja,
prawda?
Kiedy jesteś dziewczyną faceta, który ma dziewczynę, nie możesz się za
bardzo mazać. Nie możesz też o nic się dopominać. Nie możesz robić
awantur. "Przecież od początku wiedziałaś" i koniec. Wiedziałaś od
początku, więc o co ci teraz chodzi?
*
Zdążyłam wziąć prysznic i wysuszyć włosy. Artur kroił chleb na kanapki,
a ja siedziałam na łóżku i odpytywałam go z socjologii. Mieliśmy jeszcze
kucia na dwie godziny.
Ktoś zadzwonił do drzwi.
Spojrzeliśmy na siebie. Nikt tu nigdy nie przychodził.
Drugi dzwonek.
Artur odłożył nóż i podszedł do drzwi.
- Niespodzianka! - Usłyszałam damski szczebiot. Rozpoznałam go od razu.
- Po panice. Wczoraj dostałam, ale chciałam ci sama powiedzieć. Co tak
bosko pachnie?
Weszła do pokoju, w swoich turkusach i zieleniach, i jak dziecko
ucieszyła się na mój widok.
W ręku trzymała kalanchoe. Wcześniej nie znałam niemal żadnych nazw
kwiatów doniczkowych, przy niej się podciągnęłam. Scindapsus, yuka,
fikus, zielistka, aloes, trzykrotka, kroton, maranta - to wszystko znam
od niej.
- Fajnie, że jesteś! Kuliście? Przeszkadzam?
W ogóle nie orientowała się w sytuacji! To było straszne. Milion razy
bardziej bym wolała, żeby odbyła się piekielna awantura, wrzaski i rzucanie talerzami, żeby mnie wyzwała, uderzyła w twarz, żeby to się
wreszcie wydało!
Zdjęła buty, rzuciła kurtkę i usiadła koło mnie. Kwiatek postawiła na
komodzie. Jak nam idzie? Podobno gość od laboratorium z organicznej jest
masakryczny? A jak moja praca z biologii? Zaliczyłam? Jak było w tej
Nicei?
Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak zupełnie wycieńczona
emocjonalnie. Że nie dostałam zawału, to cud. Wyszliśmy z łóżka
dosłownie kwadrans przed jej wejściem.
*
W domu weszłam na jej profil na Socjecie, a potem na stronę Uniwersytetu
Warszawskiego. Zapisałam, gdzie jest wydział filologii polskiej.
Sprawdziłam rozkład busów do Warszawy, wydrukowałam mapkę, jak dojść od
Jana Pawła na Krakowskie Przedmieście. Można podjechać dwa przystanki
metrem - od stacji Rondo ONZ do stacji Nowy Świat. W Warszawie byłam
trzy razy, zawsze samochodem i zawsze z rodzicami. Metrem jeszcze nie
jechałam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki