Mohikanie paryscy część VI - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (9,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III

Gdzie się pokazuje, że augurowie nie mogą patrzeć sobie w oczy, żeby się nie śmiać.

Hrabia Rappt zajechał szybko na ulicę św. Wilhelma, na której położony jest pałac zamieszkany przez monsignora Coletti.

Zajmował on skrzydło między dziedzińcem i ogrodem. Nic równie zachwycającego, jak to ustronie: prawdziwe gniazdeczko poety, kochanka lub księdza, wystawione na działanie południowego słońca, hermetycznie zasłonięte od okrutnych północnych wiatrów. Wnętrze pawilonu okazywało od pierwszego rzutu oka wyrafinowany gust zmysłowości świętobliwej osoby, która go zamieszkiwała. Ciepłe powietrze, balsamiczne, rozkoszne, przejmowało na wskroś, skoro przestąpiło się próg pokoju, a człowiek, któregoby tam wprowadzono z zawiązanemi oczyma, mógł sądzić, wdychając rozlaną woń w powietrzu, iż znajduje się w jednym z tych tajemniczych, upajających buduarów, do których eleganci z czasów dyrektorjatu przychodzili odśpiewywać hymny i palić kadzidła. Jakiś sługa, w połowie woźny, w połowie duchowny, wprowadził hrabiego do małego saloniku lekko oświetlonego, który poprzedzał salon wielki. - Biskup zajęty w tej chwili, wyrzekł służący, nie wiem czy będzie mógł przyjąć, lecz jeżeli pan zechce powiedzieć swoje nazwisko... - Oznajmij hrabiego Rappta, odrzekł przyszły deputowany. Służący skłonił się głęboko i wszedł do salonu. Wrócił wkrótce, mówiąc: - Proszę pana hrabiego. Pułkownik niedługo czekał. Po pięciu minutach zobaczył wchodzące do salonu, a odprowadzane przez monsignora Coletti dwie osoby, których na razie nie mógł twarzy rozróżnić, lecz które poznał wkrótce, gdy mu się nisko ukłoniły, ze służebnością, na jaką jedynie tylko bracia Bouquemont mogli się zdobyć. Byli to, w samej rzeczy, Sulpicjusz i Ksawery Bouquemont. Pan Rappt ukłonił im się z najwyższem ugrzecznieniem i wszedł do salonu, a za nim biskup. - Nie spodziewałem się honoru i przyjemności widzenia pana, hrabio, wyrzekł, sadzając Rappta na kozetce i sadowiąc się następnie obok. - A to dlaczego? zapytał tenże. - Ponieważ taki mąż stanu, jak pan, odpowiedział pokornie monsignor Coletti, ma zapewne co innego do roboty w przeddzień wyborów, niż odwiedzać biednego pustelnika. - Ekscellencjo, wyrzekł żywo hrabia, który spostrzegł, że wyszukana hipokryzja zadaleko zaprowadzić go może, pani margrabina de la Tournelle była tak łaskawą, i oznajmiła mi, że straciłem, z wielkiem mojem zmartwieniem, całe zaufanie pańskie. - Pani margrabina de la Tournelle może zadaleko się posunęła, przerwał Coletti, mówiąc: całe zaufanie. - To prawie na jedno wychodzi ekscellencjo! - Wyznaję, mości hrabio, odpowiedział Coletti, zsuwając niby ze smutkiem brwi i wznosząc oczy do nieba, jakby ściągał na grzesznika, którego miał przed sobą, całe miłosierdzie Boże, wyznaję, iż w chwili, gdy jego królewska mość zapytywał mnie o zdanie szczere, co do pańskiego powtórnego wyboru i wejścia do ministerjum, wyznaję... iż, nie wypowiedziawszy wszystkiego co myślałem, byłem zmuszony prosić króla o namysł i żeby nie powziął nic stanowczego, aż obszerniej rozmówię się z panem. - Właśnie też dlatego tu jestem, ekscellencjo, wyrzekł dość sucho przyszły deputowany. - A więc, rozmówmy się, panie hrabio. - Co mi pan masz do zarzucenia, ekscellencjo? zapytał Rappt, osobiście, rozumie się. - Ja! zawołał biskup z niewinnością, ja, miałbym mieć osobiście coś do zarzucenia panu? Ależ, prawdziwie, pan mnie zawstydzasz; gdyż, skoro idzie o mnie, panie hrabio, to mogę się tylko pochlubić panem! Powiedziałem to królowi, wyznaję głośno, opowiadam każdemu, kto tylko chce słuchać. Ja jestem panu osobiście najżyczliwszy! - Ekscellencjo, więc o cóż chodzi? Skoro pan utrzymujesz, że możesz się tylko mną pochlubić, to skądże pochodzi brak zaufania, w jaki popadłem u pana? - Jest to bardzo trudno powiedzieć, wyrzekł biskup, kiwając głową z zakłopotaniem. - Może ja panu dopomogę. - I owszem, panie hrabio, tem więcej, że o ile mi się zdaje, domyślasz się zapewne o co chodzi? - Najzupełniej nie, zapewniam pana, odparł Rappt, lecz poszukawszy we dwóch, znajdziemy może coś w końcu. - Słucham pana. - Jest w panu dwóch ludzi, ekscellencjo, duchowny i polityk, powiedział hrabia, patrząc w oczy biskupowi, któregoż z dwóch obraziłem? - Ależ żadnego, odrzekł biskup, udając, że się waha. - Za pozwoleniem, ekscellencjo, podjął hrabia Rappt, mówmy otwarcie, powiedz mi pan, którego z tych dwóch ludzi winienem prosić o przebaczenie i zadosyć mu uczynić. - Posłuchaj, mości hrabio, powiedział biskup, będę otwartym, pozwól mi przypomnieć sobie uwielbienie, jakie mam dla pańskiego pięknego talentu. Żaden człowiek dotąd nie wydał mi się godniejszym od pana w ubieganiu się o najwyższe urzędy; na nieszczęście plama zaciemniła blask, w który cię stroiłem. - Wytlómacz się, ekscellencjo. - Dobrze, powiedział wolno i zimno biskup, biorę cię za słowo; wyspowiadani cię! Przypadek zdarzył, żem się dowiedział o pewnym błędzie, któryś popełnił; wyznaj mi go, tak jakbyś znajdował się przed trybunałem pokuty, a choćbym miał na kolanach modlić się za ciebie, błagać będę dzień i noc miłosierdzia Bożego, póki nie otrzymam przebaczenia. - Obłudnik, pomyślał hrabia Rappt, hipokryta i głupiec! Jak ty możesz sądzić, iż będę tyle ograniczony, żeby się dać złapać w twoje sidła? Ja to, przeciwnie, wyspowiadam ciebie... ekscellencjo, wyrzekł głośno, jeżelim cię zrozumiał, dowiedziałeś się "przypadkiem" (i umyślnie nacisnął to słowo), dowiedziałeś się o pewnym błędzie, jaki popełniłem. Naprowadź mnie trochę na trop! Jest że to grzech powszedni... czy też... śmiertelny? Na tem się wszystko opiera. - Zbadaj się dobrze, mości hrabio, wyegzaminuj się, powiedział ze skruchą biskup, przetrząśnij swoje sumienie. Czy masz coś ważnego... coś bardzo ważnego do wyrzucenia sobie? Wiesz, że mam dla rodziny twojej, i dla ciebie w szczególności, uczucie prawdziwie ojcowskie, będę też bardzo pobłażającym! Mów więc w zaufaniu, nie masz przyjaciela więcej oddanego. - Posłuchaj, ekscellencjo, podjął hrabia Rappt, patrząc surowo na biskupa, znamy ludzi obydwaj; znamy na pamięć równie dobrze tak jeden jak drugi namiętności ludzkie, wiemy, iż mało jest takich w naszym wieku, z naszemi żądzami i ambicjami, właśnie w dobie życia, na której stoimy, coby nie dostrzegli, obejrzawszy się po za siebie... ułomności... - Zapewne! przerwał biskup, spuszczając oczy, bo nie mógł wytrzymać wlepionego weń wzroku przyszłego deputowanego, zapewne, natura ludzka jest ułomna; bezwątpienia, wszyscy mamy po za sobą cały szereg błędów, ułomności... Ale, podjął, podnosząc głowę, są ułomności, których rozgłoszenie tej jest natury, iż może skompromitować silnie, niebezpiecznie nawet! Jeżeli to błąd tego rodzaju, przyznaj, panie hrabio, że nie zawiele byłoby nas dwóch, by zażegnać niebezpieczeństwo, jakieby ztąd wynikło. Badaj się więc. Hrabia patrzał na biskupa nienawistnem okiem. Miał ochotę obrzucić go obelgami; lecz pomyślał, że więcej wygra "jezuitując" na jego sposób i odpowiedział z miną skruszoną: - Niestety! ekscellencjo, czyż można pamiętać dokładnie wszystko, co się zrobiło złego albo dobrego na tym świecie? Błąd, który wydaje się drobnym nam, co wiemy, iż cel usprawiedliwia środki, może wydawać się niezmierną, potworną zbrodnią w oczach społeczeństwa. Natura ludzka tak jest, niedoskonała, jak to wasza ekscellencja mówiłeś przed chwilą; nasza ambicja tak wielka! widoki tak dalekie! życie tak krótkie! jesteśmy przyzwyczajeni dla dojścia do celu przedzierać się przez ciernie, że z łatwością zapominamy o nędzach dnia poprzedniego wobec przeszkód obecnych. A wtedy, któż z nas nie nosi w głębi siebie niebezpiecznej tajemnicy, wyrzutów i obaw? gdzież jest ten, coby mógł powiedzieć z ręką na sumieniu, doszedłszy naszej godziny: "Chodziłem sprawiedliwą drogą aż po dziś dzień, nie zostawiwszy ani jednej kropelki krwi na ciernistych ścieżkach! Spełniłem z chwałą swe zadanie, nie ściągnąwszy odpowiedzialności za taki i taki błąd, za taką i taką zbrodnię nawet?" Niechaj się taki ukaże, jeżeli miał najmniejszą ambicję w swem sercu, a upadnę z pokorą na kolana i powiem, bijąc się w piersi: "Jestem niegodzien być twoim bratem". Serce ludzkie jest na podobieństwo rzek wielkich, które odbijają niebo na swej powierzchni, a kryją muł na dnie. Nie pytaj więc ekscellencjo, bym zwierzył ci takie i takie tajemnice! Mam więcej tajemnic, niżeli lat! Raczej ty mi powiedz, której to z tych tajemnic dowiedziałeś się, a puścimy się razem dalej dla wyszukania środków, któreby rozgrzeszyły ten błąd. - Jaknajchętniej pragnąłbym zaspokoić pańskie życzenie, powiedział biskup, jednakże, jeżeli tajemnica pańska zwierzoną mi została i jeżeli złożyłem przysięgę niewydania jej, jakże chcesz, panie hrabio, żebym uchybił przysiędze? - Czy to na spowiedzi? zapytał pan Rappt. - Nie, niezupełnie, wyrzekł biskup wahająco. - Kiedy tak, ekscellencjo, to możesz mówić, powiedział sucho przyszły deputowany. Między uczciwymi ludźmi, jak my, trzeba sobie pomagać... Przypomnę ci zresztą, mimochodem, ciągnął dalej surowo hrabia Rappt, i ażeby ulżyć twemu sumieniu, że to nie po raz pierwszy ten wypadek się zdarzy. - Ależ, panie hrabio, przerwał, rumieniąc się biskup. - Ależ, ekscellencjo, podjął deputowany, nie mówiąc już o przysięgach politycznych, które składa się dlatego tylko, ażeby je wziąć napowrót, to jest zgwałcić, zgwałciłeś kilka innych... - Panie hrabio! zawołał biskup oburzony. - Złożyłeś, ekscellencjo, przysięgę czystości, ciągnął dalej hrabia, a jesteś, o ile mi wiadomo i o ile wiadomo wszystkim, księdzem najzalotniejszym w Paryżu. - Panie hrabio! lżysz mnie! wyrzekł biskup, ukrywając twarz w dłonie. - Wykonałeś przysięgę na ubóstwo, mówił dyplomata, a jesteś bogatszym odemnie, bo masz sto tysięcy franków długu; złożyłeś przysięgę na... - Panie hrabio! powiedział biskup, podnosząc się, nie mogę dłużej słuchać. Sądziłem, że pan przyszedłeś tu pokój czynić, a tymczasem przynosisz wojnę, a więc dobrze. - Posłuchaj, ekscellencjo, mówił już łagodniej przyszły deputowany, nic nie zyskamy, ani jeden, ani drugi, wojnę prowadząc. Nie przychodzę więc z nią. Gdybym miał taki zamiar, nie miałbym w obecnej chwili zaszczytu tłómaczenia się... - Więc czegóż pan chcesz odemnie, zapytał biskup, łagodniejąc. - Chcę wiedzieć, odrzekł zwięźle hrabia Rappt, który to błąd mój jest panu znany? - Błąd straszliwy! szepnął biskup, wznosząc oczy na sufit. - Jaki? nalegał hrabia. - Zaślubiłeś własną córkę! powiedział monsignor Coletti, zakrywając twarz i opadając na kozetkę. Hrabia patrząc na niego z pogardą: - Czy to hrabina zwierzyła tę tajemnicę? zapytał. - Nie, odpowiedział biskup. - Masz ją pan od margrabiny de la Tournelle? - Nie, powtórzył monsigor. - A więc to marszałkowa de Lamothe-Houdan. - Nie mogę panu powiedzieć od kogo ją mam, odrzekł biskup, kiwając głową. - Mogłem się tego domyśleć; jesteś jej spowiednikiem. - Wierzaj mi pan, że to nie ze spowiedzi dowiedziałem się, pośpieszył dodać prałat. - Wierzę, powiedział Rappt, i nawet nie wątpię, ekscellencjo. A więc, dodał, patrząc prosto w oczy biskupowi, to prawda. Jest ona zapewne straszliwą, jak to wyrzekłeś, ale ja ją wyznaję odważnie. Tak, zaślubiłem własną córkę, lecz "duchowo", ekscellencjo, jeżeli pozwolisz mi tak się wyrazić. Tak, popełniłem tę zbrodnię, straszliwą w oczach społeczeństwa, kodeksu. Ale, wiesz najlepiej, że kodeks nie po to istnieje, żeby karać dwojakiego rodzaju ludzi: tych, którzy stoją nisko, jako przestępcy najniższych warstw i tych, którzy stoją wysoko, jak pan i ja, ekscellencjo. - Panie hrabio, żywo zawołał biskup, spoglądając w około siebie, jakby dla przekonania się, czy kto słów tych nie podsłuchał. - Otóż, ekscellencjo, ciągnął dalej hrabia Rappt po chwilce wahania, w zamian za pańską tajemnicę powierzę panu inną, która niemniej, jestem tego pewien, będzie ci przyjemną. - Co pan chcesz powiedzieć? spytał biskup. - Czy przypominasz sobie rozmowę, jaką mieliśmy pewnego wieczora, na kilka godzin przed wyjazdem moim do Rosji, przechadzając się pod wielkiemi drzewami w parku Saint-Cloud. Było około wpół do ósmej. - Przypominam sobie w samej rzeczy przechadzkę, wyrzekł biskup, rumieniąc się, lecz bardzo niewyraźnie pamiętam rozmowę. - W takim razie, ekscellencjo, ja ci ją przypomnę, albo raczej przedstawię w streszczeniu. Prosiłeś mnie bym ci wyrobił nominację na arcybiskupa. Pamiętałem o tych słowach i w myśl onych działałem. Nazajutrz po powrocie z Petersburga napisałem do Ojca Świętego, a przypominając mu, że w żyłach masz krew Mazariniego, a zwłaszcza coś z geniuszu jego w rozumie, usilnie prosiłem o śpieszną odpowiedź. Spodziewam się, że będę ją miał za kilka dni. - Wierzaj mi, hrabio, jestem zawstydzony pańską dobrocią, jąkał biskup, nie zdawało mi się, bym objawił tak wysokie żądanie. Żałuję, iż błąd, który nas dzieli, nie pozwala mi tak panu podziękować, jakbym pragnął, albowiem grzesznik taki, jak... Hrabia Rappt powstrzymał go. - Poczekaj chwilkę ekscellencjo, wyrzekł, spoglądając na biskupa z uśmiechem, mówiłem ci o pewnej tajemnicy i powiedziałem rzecz bardzo prostą. Chcesz zostać arcybiskupem, napisałem do Ojca Świętego, oczekujemy na odpowiedź. Aż dotąd, wszystko dobrze. Lecz co się tyczy tajemnicy, zaraz ją panu wyjawię, tylko potrzeba, abym mógł liczyć bezwzględnie i absolutnie na dyskrecję pana, ponieważ jest to tajemnica stanu... - Co chcesz powiedzieć, żywo zawołał biskup, za żywo trochę, gdyż dyplomata uśmiechnął się. - Podczas, gdy margrabina de la Tournelle, podjął hrabia, była u pana, lekarz jego ekscellencji biskupa de Quelen znajdował się u mnie. Tu biskup roztworzył szeroko oczy, jakby chcąc przeniknąć, czy ten, który oznajmiał mu odwiedziny arcybiskupiego lekarza, jest zwiastunem dobrej wieści. Hrabia Rappt zdawał się nie uważać, z jakiem natężeniem monsignor Coletti słuchał mowy jego; ciągnął dalej: - Lekarz monsignora, dość żartobliwy zazwyczaj, jak ludzie jego powołania, przyjmujący wesoło to, czemu nie mogą zapobiedz, wydał mi się głęboko dotkniętym, zmuszony byłem nawet zapytać go o przyczynę smutku. - Cóż takiego było doktorowi? zapytał biskup z udanem wzruszeniem, które starał się uczynić prawdziwem. Nie mając zaszczytu być jego przyjacielem, znam go jednak tak blisko, iż mnie obchodzi; jest nadto jednym z najzacniejszych chrześcian, dowodem, że go w opiekę wzięli czcigodni bracia z Montrouge! - Przyczynę jego zmartwienia łatwo jest zrozumieć, odrzekł Rappt, i pan zrozumiesz ją lepiej, niż ktokolwiek ekscellencjo, gdy ci powiem, że świętobliwy nasz prałat jest chory. - Arcybiskup chory? zawołał ksiądz z przerażeniem doskonale odegranem wobec każdego innego, tylko nie wobec takiego komedjanta, jakim był hrabia Rappt. - Tak, odparł tenże. - Czy niebezpiecznie? zapytał biskup, patrząc w oczy mówiącego. W tem spojrzeniu zawierała się cała rozprawa. Spojrzenie to chciało powiedzieć: "Rozumiem, ty ofiarujesz mi arcybiskupstwo Paryża w zamian za twoją zbrodnię. Rozumiemy się obydwaj. Ale strzeż się oszukiwać mnie, albo biada ci! albowiem, bądź przekonany, użyję wszystkich sił, żeby cię obalić". Oto jest wszystko, co to spojrzenie wyżażało, a może więcej jeszcze nawet. Hrabia Rappt zrozumiał je i odpowiedział twierdząco. Biskup podjął: - Czy sądzisz pan, że choroba tak jest niebezpieczną, iż może narażać nas na boleść utraty tego świątobliwego człowieka? Wyraz "boleść" oznaczał "nadzieję". - Doktor był zaniepokojony, wyrzekł pan Rappt głosem wzruszonym. - Bardzo zaniepokojony? zapytał monsignor Coletti tymże samym tonem. - Tak, bardzo. - Medycyna tak wiele ma środków, iż można spodziewać się, że wyzdrowieje ten święty człowiek. - Święty człowiek, jest to właściwy wyraz, ekscellencjo. - Człowiek, którego nikt nie zastąpi! - Jeśli zastąpi, to z trudnością. - Ktoby go mógł zastąpić? zapytał biskup. - Ten, kto posiadając już zaufanie jego królewskiej mości, wyrzekł hrabia, byłby nadto jeszcze przedstawionym królowi, jako godny następca prałata. - Czy taki człowiek istnieje? zapytał skromnie biskup. - Tak, odpowiedział przyszły deputowany, istnieje. - I pan go znasz, mości hrabio? - Znam, powtórzył pan Rappt. Mówiąc te słowa dyplomata patrzał na biskupa w taki sposób, w jaki tenże patrzał na niego poprzednio, to jest podając mu do rąk umowę. Monsignor Coletti zrozumiał go, a spuszczając głowę z pokorą, powiedział: - Ja go nie znam! - A więc, ekscellencjo, pozwól, że ci powiem, podjął pan Rappt. Biskup zadrżał. - To ty, ekscellencjo! - Ja! zawołał biskup; ja, niegodny! ja! ja! I powtarzał to słowo "ja", żeby udać zdziwienie. - Ty, ekscellencjo, wyrzekł hrabia, jeżeli nominacja zależeć będzie odemnie, a może zależeć jeśli zostanę ministrem. Biskup o mało nie omdlał z radości. - Jakto!... wyjąkał. Przyszły deputowany nie pozwolił mu dokończyć. - Zrozumiałeś mnie, zdaje się, ekscellencjo, ja ci arcybiskupstwo proponuję w zamian za twoje milczenie. Sądzę, że tajemnice nasze warte są jedna drugiej. - Zatem, wyrzekł biskup, spoglądając w koło, pan obowiązujesz się uroczyście, w razie wypadku, uważać mnie za godnego arcybiskupstwa Paryża? - Tak, powiedział pan Rappt. - I, w razie wypadku, powtórzył biskup, nie cofniesz pan słowa? - Czyliż nie znamy oba wartości przysiąg? wyrzekł uśmiechając się, hrabia. - Zapewne, zapewne! odparł biskup, uczciwi ludzie zawsze się porozumieją! - Tak, powtórzył hrabia. - Czy tak nawet, dodał, iż, gdybym prosił, dałbyś mi pan potwierdzenie tej obietnicy? - Niezawodnie, ekscellencjo. - Nawet na piśmie? zawołał biskup z pewnem powątpiewaniem. - Nawet na piśmie! powtórzył hrabia. - A więc!... wyrzekł biskup, odwracając się w stronę stołu, na którym znajdowało się wszystko, czego potrzeba do pisania. Hrabia Rappt skierował się do stołu i potwierdził pismem obietnicę. Podał papier; biskup wziął, przeczytał treść, posypał piaskiem, złożył, wsunął do szufladki i spoglądając na pana Rappta z uśmiechem, którego tajemnicę przekazał mu chyba sam dziad jego Mefistofeles lub kolega biskup d'Autun: - Panie hrabio, rzekł, począwszy od tej godziny, masz we mnie najprzywiązańszego przyjaciela. - Ekscellencjo, odpowiedział Rappt, niechaj Bóg, który nas słyszy, skarżę mnie, jeżeli kiedykolwiek powątpiewałem o twej życzliwości. I ci dwaj zacni ludzie rozeszli się, uścisnąwszy sobie ręce.

II

W którym wypowiada się otwarcie, co sprawiło zamieszanie u pani de la Tournelle.

- Ratunku! Umieram! zawołała margrabina głosem słabym, upadając z zamkniętemi oczyma na ręce Bouquemonta.

- Co się to stało pani margrabinie? zapytał tenże. - Jakto! pan znasz panią margrabinę? odezwał się hrabia Rappt, podchodząc dla dania pomocy pani de la Tournelle. Nic go bardziej przerazić nie mogło, jak wiadomość, że pani de la Tournelle jest przyjaciółką tak jadowitego człowieka, jak Bouquemont. Znał on lekkość umysłu margrabiny a czasami w nocy budził się nagie okryty potem na myśl, że tajemnice jego są w ręku kobiety, która kocha go całem sercem, ale nakształt niedźwiedzia z bajki Lafontaine'a, mogła go zabić, rzucając mu dla odpędzenia muchy, jednę z jego tajemnic na głowę. Przytem, jeżeli margrabina jest przyjaciółką obu braci, to był przeświadczony, że będzie wspierała ich interesy. Coraz więcej bardziej truchlał, gdy na uczynione zapytanie: "Jakto! pan znasz panią margrabinę?" Bouquemont parodjując wrażenie hrabiego o panu Saint-Herem, odpowiedział: - Niegodny byłbym żyć, gdybym nie znał jednej z najpobożniejszych osób w Paryżu! Hrabia zrozumiał, że trzeba się pogodzić z tą znajomością i wrócił do margrabiny, udającej w sześćdziesięciu latach omdlenie, z którem tak było jej do twarzy we dwudziestu: - Co pani jest? zapytał. Nie trzymaj nas, błagam, dłużej w niepokoju. - Umieram! odpowiedziała margrabina nie otwierając oczu. Była to odpowiedź i nie odpowiedź. To też hrabia Rąppt, widząc, że rzecz nie jest tak niepokojącą, poprzestał na powiedzeniu do sekretarza: - Trzeba zawołać kogo do pomocy, Bordier. - Obejdzie się, odpowiedziała margrabina otwierając oczy i spoglądając dokoła z przestrachem. Spostrzegła proboszcza. A! to ty księże proboszczu, rzekła tonem najczulszym. Ten ton dreszczem przeszył hrabiego Rappta. - Tak, pani margrabino, to ja, radośnie odpowiedział Sulpicjusz Bouquemont, mam zaszczyt przedstawić pani mojego brata Ksawerego. - To malarz wysoko ceniony, rzekła margrabina z najwdzięczniejszym uśmiechem, którego z całego serca polecam naszemu przyszłemu deputowanemu. - Zbytecznie, pani, odparł hrabia Rappt, ci panowie, dzięki Bogu, dostatecznie polecają się sami. Cóż to się pani stało? zapytał półgłosem, jakby dla wskazania drzwi nawiedzającym. Starszy Bouquemont zrozumiał i ruszył się jakby do wyjścia. - Bracie, odezwał się, nadużywamy czasu pana hrabiego. Ale margrabina zatrzymała go za połę. - Bynajmniej, proboszczu, rzekła, przyczyna mojej boleści nie jest tajemnicą dla nikogo. Zresztą i pan niezupełnie obcym jesteś w tym wypadku, bardzom rada, że cię tu spotykam. Czoło przyszłego deputowanego zasępiło się, proboszcza, przeciwnie, rozjaśniało radością. - Cóż to takiego, pani margrabino? zawołał, jakim sposobem ja, który dałbym życie za panią, mogłem mieć udział w zmartwieniu dla pani? - A! proboszczu, powiedziała margrabina, znasz przecie Krupetkę - Krupetkę? wykrzyknął Bouquemont takim tonem, jakby chciał wyrzec: "Co to znaczy" Hrabia, który wiedział, co znaczy Krupetka i przeczuwał powód wielkiej boleści margrabiny, upadł w fotel, wydając westchnienie pełne zniechęcenia, jak człowiek, który po długim oporze oddaje posterunek nieprzyjaciołom. - Tak jest, Krupetkę, podjęła margrabina bolejącym głosem. Znasz ją pan tylko jedną, widziałeś mnie z nią kilkanaście razy. - A gdzie, pani margrabino? zapytał proboszcz. - Ależ u siebie, na probostwie, księże proboszczu, w zgromadzeniu na Montrouge. Zabieram, a raczej, niestety, zabierałam ją zawsze z sobą. O! dopierożby wrzeszczało w niebogłosy, biedne stworzenie, gdybym ją zostawiła samą w pałacu. - Aha! rozumiem, rzekł Sulpicjusz, "biedne stworzenie," rozumiem teraz. I uderzając się w czoło: To mowa o ślicznej suczce pani margrabiny. Czyżby jej wydarzyło się jakie nieszczęście? - Nieinaczej, wyrzekła margrabina płacząc, ona nie żyje. - Nie żyje! ozwali się chórem dwaj bracia. - Stała się ofiarą zbrodni ohydnej, sromotnej samołówki. - O nieba! zawołał Ksawery. - Któż jest sprawcą tego niecnego postępku? zapytał starszy. - Kto? pan pytasz? odezwała się margrabina. - Tak jest, pytam, odrzekł Ksawery. - Nasz wspólny wróg, wróg rządu, wróg monarchy, aptekarz z przedmieścia św. Jakóba. - Byłem tego pewny! rzekł proboszcz. - Byłbym na to przysiągł, dodał malarz. - Jakże się to stało? zapytał brat starszy. - Poszłam do naszych dobrych sióstr, opowiadała margrabina. Przechodząc koło aptekarza, biedna Krupetka, którą trzymałam na wstążce, zatrzymała się. Myślałam, że biedne stworzenie potrzebowało... Zatrzymuję się także... Nagle wydaje okrzyk boleści, patrzy na mnie litośnie i pada zesztywniała. - Okropność! zawołał proboszcz, wznosząc oczy. - Przerażające! rzekł malarz, zakrywając twarz. Podczas tego opowiadania hrabia Rappt paczkę piór co do jednego oskubał. Margrabina de la Tournelle spostrzegła jednocześnie i słabe zajęcie się jego katastrofą Krupetty i niecierpliwość, jaką wzbudzała w nim obecność dwóch braci. Powstała. - Panowie, rzekła z godnością, tem wdzięczniejszą jestem za dowód współczucia dla nieszczęśliwej Krupetki, że całkiem stoi w przeciwieństwie z głęboką obojętnością mojego siostrzeńca, który zajęty swemi ambitnemi projektami, nie ma czasu na sprawy sercowe. Dwaj bracia spojrzeli na hrabiego Rappta z oburzeniem. - Ropucha i żmija! szepnął hrabia. Potem do margrabiny. Owszem, pani, rzekł, a na dowód, że przyjmuję najżywszy udział w pani zmartwieniu, oddaję się do twego rozporządzenia, by ścigać sprawcę. - Nie mówiliżeśmy panu hrabiemu, podjął ksiądz, iż człowiek ten, jest to nędznik zdolny do wszystkich zbrodni? - Skończony złoczyńca! dodał Ksawery. - Mówiliście w samej rzeczy, odparł deputowany, podnosząc się i kłaniając obu braciom, jak człowiek, który chce powiedzieć: "Teraz, skorośmy się zrozumieli, teraz, skoro jesteśmy tego samego zdania, kiedy nic nas nie różni, idźcie już sobie i zostawcie mnie w spokoju". Dwaj bracia zrozumieli ten ruch, a nadewszystko spojrzenie. - Żegnam więc, panie hrabio, powiedział nareszcie ksiądz Bouquemont tonem chłodnym. Żałuję, że nie możesz poświęcić nam kilku chwil więcej, mieliśmy jeszcze, ja i brat mój, kilka ważnych spraw do przedstawienia. - Jak najważniejszych, podjął Ksawery. - Nic straconego, na inny raz, wyrzekł przyszły deputowany, pochlebiam sobie, iż będę miał szczęście widzieć panów znowu. - Jest to naszem najgorętszem życzeniem, odezwał się malarz. - Do zobaczenia więc, dodał proboszcz. Potem, kłaniając się hrabiemu, ksiądz wyszedł pierwszy, a malarz, naśladując we wszystkiem swego starszego brata, wysunął się za nim. Hrabia Rappt zamknął drzwi i stał jeszcze chwilę z ręką na klamce, jakby dla zapewnienia się czy nie wrócą. Następnie, zwracając się do sekretarza: - Bordier, powiedział, czy znasz dobrze tych dwóch ludzi? - Znam, panie hrabio, odrzekł Bordier. - Otóż, Bordier, wypędzę cię, jeśli kiedykolwiek noga ich postanie w moim gabinecie. - Cóż to za zaciętość przeciwko sługom Bożym, kochany Rappcie! wyrzekła pobożnie margrabina. - Sługi Boże, oni? mruknął przyszły deputowany. Poplecznik! szatana, wysłańcy djabła, chcesz pani powiedzieć! - Mylisz się pan i to najzupełniej, przysięgam, powiedziała margrabina. - A! prawda! zapomniałem, że to pani przyjaciele. - Mam nawet dla pobożności jednego z nich najgłębsze uwielbienie, a dla talentu drugiego najserdeczniejsze współczucie. - Winszuję, pani margrabino, wyrzekł hrabia, ocierając czoło, współczucie pani i uwielbienie są na swojem miejscu. Widziałem sporą liczbę błaznów odkąd jestem w tym zawodzie, ale po raz pierwszy spotkałem takiego rodzaju intrygantów. O! Kościół źle wybiera swych kapłanów. To też nie dziwi mnie, że tak jest niepopularny! - Panie! zawołała margrabina rozgniewana, pan bluźnisz! - Masz pani słuszność, nie mówmy więc już o nich; mówmy o czem innem. I odwracając się do sekretarza: Bordier, mam do pomówienia w sprawie najwyższej wagi z moją kochaną ciotką. Nie mogę już przyjmować. Przejdź do przedpokoju, i prócz dwóch lub trzech osób, których wybór zostawiam twojej przenikliwości, oddal wszystkich. Na honor, złamany jestem z utrudzenia. Sekretarz wyszedł, a hrabia Rappt pozostał sam z margrabiną de la Tournelle. - O! jakże ludzie są złośliwi! szepnęła głucho margrabina, rzucając się omdlewająco w fotel. Pan Rappt miał ochotę toż samo zrobić, lecz pragnienie przeprowadzenia z ciotką ważnej rozmowy, zapowiedzianej Bordierowi, wstrzymało go. - Kochana margrabino, powiedział, podchodząc ku niej i dotykając z lekka jej ramienia, jestem gotów, nadewszystko w obecnej chwili, zgodzić się na jedno z panią, ale widzisz, że nie jest pora stosowna do bawienia się w ogólniki: wybory pojutrze. - Otóż to właśnie, dlaczego spostrzegłam, że jesteś niezmiernie nieuważny, robiąc sobie nieprzyjaciół z dwóch takich wpływowych ludzi, jakimi w stronnictwie klerykalnem jest ksiądz de Bouquemont i brat jego. - Jakto! dwóch nieprzyjaciół? zawołał hrabia Rappt, dwóch nieprzyjaciół z tych dwóch błaznów? - O! możesz być pewnym. Poznałam nienawiść w spojrzeniu, jakie ci rzucili, żegnając się z tobą, dwaj godni młodzieńcy. - Ci dwaj godni młodzieńcy!... Doprawdy, doprowadzasz mnie do rozpaczy, moja ciotko... Nieprzyjaciele!... Zrobiłem sobie nieprzyjaciół z tych dwóch hultajów! Spojrzenie nienawistne! Rzucili mi spojrzenie nienawistne odchodząc... Lecz zanim ztąd odeszli, czy wiesz pani margrabino, że przeszło godzinę męczyli mnie, pieszcząc i grożąc kolejno? czy wiesz, że przyrzekłem probostwo jednemu z nich z dochodem sześciu tysięcy franków, a drugiemu kościół do malowania; nasyciwszy zatem ich chciwość, miałem jeszcze nasycić ich nienawiść? O! na honor, nie będąc nazbyt wrażliwego serca, wstrząsnąłem się nareszcie z obrzydzenia, i gdyby nie byli wyszli, sądzę, niech mi Bóg przebaczy, że byłbym ich wyrzucił za drzwi. - Byłbyś zbłądził: ksiądz Bouquemont jest zaufanym monsignora Coletti, który i tak zdaje się jest bardzo źle usposobiony względem ciebie. - A! czy tak, w samej rzeczy, dotknijmy tej kwestji, czas jest po temu. Cóż mi to pani mówisz, że monsignor Colletti jest źle usposobionym względem mnie? - Bardzo źle! - Widziałaś się pani z nim? - Wszak prosiłeś mnie o to. - Zapewne, ponieważ z odwiedzinami temi złączoną jest właśnie ważna sprawa, o której chcę z panią pomówić. - Musiał ci, kochany hrabio, ktoś zaszkodzić w umyśle monsignora. - Dajże pokój margrabino, porzuć te czcze gadaniny; wytłómaczmy się. Wszak kochasz mnie z całego serca, nieprawdaż? - Kochany Rappcie, możesz-że o tem wątpić? - Nie wątpię. Właśnie dlatego mówię z panią otwarcie. Potrzebuję, chcę zyskać wziętość. Jest to dla mnie owo "to be, or not to be;" moja przyszłość w tem się zawiera. Ambicja zastąpi mi szczęście. Ale potrzeba, iżby ambicja była zaspokojoną. Muszę zostać deputowanym, żeby być ministrem; muszę być ministrem... Otóż monsignor Coletti przyrzekł, że przez księżnę Angouleme, której jest spowiednikiem, skłoni króla do podpisania nominacji. Czy zrobił to, co przyobiecał? - Nie, odparła margrabina. - Nie zrobił? zawołał hrabia zdziwiony. - A nawet nie sądzę, wyrzekła margrabina, żeby miał zrobić. - Jakto? mów pani wyraźniej, bo prawdziwie zdaje mi się, że mi głowa pęka! Odmawia więc swego poparcia? - Najzupełniej. - Powiedział to pani? - Powiedział. - Ależ musiał zapomnieć, że przezemnie dostał nominację na biskupa i że przez panią wprowadzony został w dom księżnej Angouleme? - On to wszystko pamięta, ale kłamać nie może, sprzeciwia się to jego sumieniu... - Jego sumieniu!... jego sumieniu!... szeptał hrabia Rappt. U któregoż to lichwiarza złożył on je w zastaw i któryż to z moich nieprzyjaciół dostarczył mu pieniędzy na wydobycie go ztamtąd? - Kochany hrabio! kochany hrabio! zawołała, żegnając się krzyżem świętym margrabina, ja ciebie nie poznaję, namiętność w błąd cię wprowadza. - Można sobie głowę rozbić o ścianę. Jeszcze jeden, którego, zdawało mi się, żem już kupił i ten chce mi nałożyć cenę, zanim się sprzeda! Kochana margrabino, wsiądź do powozu... masz gości u siebie, nieprawdaż? - Tak. - Otóż, jedż do monsignora Coletti i zaproś go. - Już zapóźno. - Powiesz mu, żeś chciała zaprosić go osobiście. - Tylko co wracam od niego i nic mu o tem nie wspomniałam. - Jakto, wiedząc, jak mało mam czasu, nie wymogłaś pani, żeby z tobą przyjechał? - Odmówił, powiedziawszy, że jeżeli pan masz interes własny, to należy się tobie przyjść do niego, a nie jemu do pana. - Pojadę jutro. - Zapóźno. - Jakto? - Dzienniki wyjdą, a to, co mają przeciwko tobie, będzie wydrukowane. - Co on może mieć przeciwko mnie? - Któż to może wiedzieć? - Jakto, kto może wiedzieć? Wytłómacz się pani. - Monsignor Coletti, jak wiesz, jest w zamiarze nawrócenia generałowej de Lamothe-Houdan na religię katolicką. - Więc ona jeszcze nie jest nawróconą? - Nie, ale zdrowie jej codziennie się pogorszą, jest on także spowiednikiem żony twojej. - O! Regina nie mogła nic powiedzieć przeciwko mnie. - Kto to wie! na spowiedzi... - Pani, zawołał hrabia Rappt oburzony, dla najgorszych księży spowiedź jest świętością. - A wreszcie, ja tam nie wiem! lecz mam ci dać radę, to... - To... co? - To, żebyś sam wsiadł do powozu i pojechał pojednać się z nim. - Lecz ja mam jeszcze trzech, czy czterech wyborców przyjąć. - Odłóż ich na jutro. - Stracę ich głosy. - Lepiej stracić trzy głosy, aniżeli tysiąc. - Masz pani słuszność. Baptysto! zawołał pan Rappt, pochylając się ku dzwonkowi. Baptysta ukazał się. - Niech powóz zajedzie i przyślij mi tu Bordiera. W chwilę potem sekretarz wszedł do gabinetu. - Bordier, rzekł hrabia, wychodzę skrytemi schodami, odpraw wszystkich. I pocałowawszy żywo rękę margrabiny, pan Rappt wybiegł z gabinetu, wszelako nie dość szybko, bo miał czas usłyszeć jeszcze, jak pani de la Tournelle mówiła do jego sekretarza: - A teraz, Bordier, postaramy się wynaleźć sposób pomszczenia śmierci Krupetki.

I

Tercet maskowy.

Baptysta wprowadził księdza Bouquemont i pana Ksawerego Bouquemont.

Hrabia Rappt podniósł się i pozdrowił obu wchodzących. - Panie hrabio, wyrzekł proboszcz głosem wrzaskliwym (ksiądz był wzrostu małego, przysadzisty, tłusty i szpetnie dziobaty); panie hrabio, wyrzekł, jestem właścicielem i naczelnym redaktorem skromnego przeglądu, którego rozgłos według wszelkiego prawdopodobieństwa, nie miał zaszczytu dojść jeszcze do pana. - Za pozwoleniem, księże proboszczu, przerwał przyszły deputowany, jestem przeciwnie jednym z najgorliwszych czytelników "Gronostaja", bo taką jest, o ile wiem, nazwa przeglądu, którym pan kieruje. - Tak jest, panie hrabio, wyrzekł zmięszany ksiądz, bo wątpił, czy istotnie pan Rappt był jednym z najgorliwszych czytelników wydawnictwa, które się jeszcze nie ukazało. Ale Bordier zrozumiał nieufność księdza, a podając panu Rappt jakąś broszurę z żółtą okładką: - Oto jest ostatni numer, powiedział. Pan Rappt rzucił okiem na broszurę, zobaczył że jest porozcinana i podał ją księdzu Bouquemont. Lecz ten odsunął ją ręką. - Niech mnie Bóg broni, powiedział, bym miał wątpić o pańskich słowach, panie hrabio! A w głębi duszy wątpił bardzo. Do licha! wyrzekł do siebie, trzymajmy się ostro! mamy do czynienia z silną stroną. Żeby mieć u siebie egzemplarz przeglądu, który nie wyszedł jeszcze, musi być ten hrabia nielada frantem. Trzymajmy się dobrze! - Imię pańskie, ciągnął dalej pan Rappt, jeżeli dotąd nie jest jeszcze, to wkrótce będzie jednem z najsławniejszych w prasie Kościoła wojującego. Co się tyczy gorliwej polemiki, mało znam publicystów, którzy zdolni byli dojść do takiej, jak pańska wysokości. Gdyby wszyscy walczący za dobrą sprawę byli równie odważni, albo się mylę, albo niezadługo niepotrzebowalibyśmy walczyć wcale. - W istocie, z podobnymi generałami jak pan, pułkowniku, odpowiedział ksiądz na ten sam ton, zwycięstwo wydaje mi się łatwem, o tem też właśnie rozmawialiśmy z bratem dzisiejszego rana, czytając zdania pańskiego okólnika, gdzie pan przypominasz, że wszystkie środki są dobre, jeżeli prowadzą do zgniecenia nieprzyjaciół Kościoła. Ale mówiąc o moim bracie, pozwól, panie hrabio, że ci go przedstawię: - Pan Ksawery Bouquemont, wyrzekł. - Malarz wielkich zdolności, powiedział hrabia Rappt, uśmiechając się z przymileniem. - Jakto! pan znasz mojego brata? zapytał ksiądz zdziwiony? - Mam zaszczyt być znanym przez pana hrabiego? wyrzekł półgłosem, dyszkantem drażniącym nerwy, pan Ksawery Bouquemont. - Znam pana tak, jak cię zna Paryż cały, mój mistrzu młody, odpowiedział pan Rappt, z rozgłosu. Któż nie zna sławnych malarzy? - A przecież wcale nie sławy brat mój szuka, wyrzekł starszy Bouquemont, składając pobożnie ręce i z pokorą spuszczając oczy. Bo cóż to jest sława? Pełna próżności przyjemność. Nie, panie hrabio, mój brat ma wiarę. Nieprawdaż, że ty masz wiarę, Ksawery? Mój brat zna tylko sztukę wielkich chrześciańskich malarzy XIV i XV wieku. - Robię to, co mogę, panie hrabio, powiedział malarz obłudnym głosem, lecz przyznaję, iż nigdym się nie spodziewał, żeby skromna moja reputacja doszła aż do pana. - Nie słuchaj go, hrabio, pospieszył dodać ksiądz, on jest oburzająco bojaźliwy i skromny, i gdyby nie ja, który mu ciągle na pięty następuję, nie zrobiłby kroku naprzód. Czy pan uwierzysz, że naprzykład silnie się bronił, niechcąc przyjść tu wraz ze mną pod pretekstem, że mamy prosić pana o małą usługę? - Doprawdy, panie? wyrzekł hrabia Rappt, osłupiały na taką czelną zarozumiałość. - Nieprawdaż, Ksawery? No, no, bądź szczerym, powiedział ksiądz, nieprawdaż, żeś nie chciał przyjść? - Prawda, odrzekł malarz, spuszczając oczy. - Napróżno powtarzałem, że pan jesteś najdystyngowańszym oficerem nowożytnych czasów, jednym z największych mężów stanu w Europie, jednym z najświatlejszych protektorów sztuk pięknych we Francji, jego przeklęta nieśmiałość, jego rozpaczliwa wrażliwość głuchą była na wszystko, byłem prawie zmuszony użyć gwałtu, chcąc go tutaj przyprowadzić. - Niestety! panowie, powiedział hrabia Rappt, zdecydowany walczyć z nimi hipokryzją, nie mam zaszczytu być artystą. Bo w samej rzeczy, cóż to jest sława wojenna, co jest polityczna, w porównaniu z wieńcem nieśmiertelnym, który Bóg kładzie na czoła Rafaelów i Michałów-Aniołów? Jednakże choć nie posiadam tej sławy, jestem przynajmniej o tyle szczęśliwy, że mam poufne stosunki z artystami najsławniejszymi w Europie. Niektórzy z nich nawet, a zaszczyt to, z którego jestem dumny, są tak dobrzy, iż obdarzyli mnie swoją przyjaźnią, i nie potrzebuję mówić, panie Ksawery, iż byłbym szczęśliwy, gdybyś pan stanął w ich rzędzie. - I cóż, Ksawery, wyrzekł ksiądz wzruszony, posuwając ręką po oczach, jakby dla otarcia łez, cóżem ci mówił? Czyliż przesadziłem cokolwiek opowiadając o charakterze tego niezrównanego męża? - Panie! podjął hrabia Rappt, jakby zawstydzony taką pochwałą. - Niezrównanego! nie cofam się i oświadczam, że nie wiem jak panu podziękuję, jeżeli otrzymasz dla Ksawerego obstalunek dziesięciu fresków, któremi chcemy zbogacić mury naszego biednego kościoła. - A! mój bracie, mój bracie, nadużywasz! wiesz dobrze, że freski jest to ślub, jaki uczyniłem podczas choroby naszej biednej matki, a czy one będą zapłacone, czy nie, możesz być pewnym, że je mieć będziesz. - Zapewne, ale ten ślub jest nad twoje siły, nieszczęsny i umarłbyś z głodu, wykonywując go, ponieważ ja, panie hrabio, mam tylko probostwo, którego dochody należą do moich biednych parafian, a ty, Ksawery, masz tylko ten twój pęzel. - Mylisz się, bracie, mam wiarę, powiedział malarz, wznoszący oczy do nieba. - Słyszysz, panie hrabio, słyszysz! Pytam pana, czy to nie jest rozpaczliwe? - Panowie, wyrzekł hrabia Rappt, podnosząc się, żeby wskazać dwom braciom, iż posłuchanie się skończyło, za tydzień odbierzecie urzędowe zawiadomienie, tyczące się obstalunku dziesięciu fresków. - Upewniwszy pana po sto, tysiąc, po miljon razy o naszych uczuciach wdzięczności i o czynnym udziale, jaki weźmiemy w wielkiej batalji dnia jutrzejszego, wyrzekł ksiądz, czy pozwolisz pan złożyć sobie hołd najwierniejszych sług swoich, oraz oddalić się nam? Mówiąc te słowa, ksiądz Bouquemont głęboko się skłonił, udał jakoby w samej rzeczy wychodził, gdy brat Ksawery zatrzymał go za ramię, mówiąc do niego: - Chwilkę, bracie, mam kilka słów do powiedzenia hrabiemu Rappt. Czy pozwolisz, panie hrabio? - Mów pan, wyrzekł wystawiony na próbę cierpliwości przyszły deputowany, nie mogąc jednak powstrzymać się od okazania pewnego zniechęcenia. - Mój brat Sulpicjusz, wyrzekł malarz, ukazując księdza, mówił panu o mej nieśmiałości i skromności, pozwól nawzajem, panie hrabio, powiedzieć o jego bezinteresowności nieuleczalnej. Dowiedz się nasamprzód o jednej rzeczy, a mianowicie, że ja wzdragałem się z przybyciem, obawiając się przeszkadzać panu; przybyłem jednak, a głównie, ażeby dopomódz mu w uproszeniu dlań pieczołowitości pańskiej. O! bo gdyby chodziło tylko o mnie, wierzaj mi, panie hrabio, nigdy nie byłbym zgodził się, żeby mieszać spokój pański. Ja nic nie potrzebuję: mam wiarę! a gdybym potrzebował czego, potrafiłbym czekać. Przytem, powtarzam sobie co chwila, iż żyjemy w takim wieku i w takim kraju, gdzie ci, których nazywają wielkiemi mistrzami, zaledwie są godni myć pęzle Beato-Angelica i Era-Bartolomea! a dlaczegóż tak, panie hrabio? Dlatego, że artyści naszej epoki nie posiadają wiary. Ja zaś, posiadam ją, co sprawia, iż niczego nie potrzebuję i że tem samem nie umiem prosić dla siebie choćby o najmniejszą drobnostkę. Lecz gdy widzę, iż mój biedny brat, ten święty, którego pan masz przed oczyma, rozdaje biednym tysiąc dwieście franków, które ma z probostwa, a nie zostawia sobie tyle, żeby miał za co kupić wina do zakrystji, to nie dziw się, panie hrabio, że serce mi pęka, język się rozwiązuje i nie obawiam się już zostać natrętnym; bo to przecie nie dla siebie proszę, tylko dla mojego brata. - Ksawery, mój przyjacielu! wymówił starszy brat obłudnie. - O! tem gorzej, powiedziałem co miałem powiedzieć. Już teraz wiesz, panie hrabio, co ci wypada czynić. Ja panu nic nie dyktuję, o nic nie nalegam; wszystko zostawiam szlachetnemu pańskiemu sercu. My nie jesteśmy z tych ludzi, co to przychodzą aby powiedzieć kandydatowi: "Jesteśmy właścicielami i redaktorami jakiegoś dziennika, pan potrzebujesz pomocy szpalt naszych, zapłać za to. Ułóżmy się naprzód o cenę za przysługę". Nie panie hrabio, nie, dzięki Bogu, my wcale nie jesteśmy ludźmi tego rodzaju. - Czyż tacy ludzie mogą istnieć, mój bracie? zapytał ksiądz. - Niestety! tak, księże proboszczu, istnieją, wyrzekł hrabia Rappt. Ale, jak utrzymuje pański brat, nie jesteście panowie ludźmi tego rodzaju. Zajmę się panem, mości proboszczu. Zobaczę się z ministrem wyznań i postaram się, żeby conajmniej podwoić pańskie dochody. - E! mój Boże, wiesz dobrze, panie hrabio, wyrzekł ksiądz, że kiedy się o co prosi, to już o rzecz taką, która się opłaci. Minister, który nic panu odmówić nie może, ponieważ, jako deputowany, masz go w ręku, z równą łatwością zgodzi się na nadanie probostwa z dochodem sześciu tysięcy franków, jak z dochodem trzech. Toć nie dla mnie, mój Boże! przecie żyję chlebem tylko i wodą, ale moi ubodzy, albo raczej ubodzy Pana Boga! dodał proboszcz, wznosząc oczy w górę, ubodzy będą cię błogosławić, hrabio, a skoro dowiedzą się zkąd spadło na nich to dobrodziejstwo, będą się modlić za pana. - Polecam się ich modłom i pańskim, powiedział hrabia Rappt, podnosząc się po raz drugi. Uważaj pan, jakbyś już miał to probostwo. Dwaj bracia powtórzyli znów ten sam manewr. Zbliżali się już do drzwi wraz z kandydatem, kiedy proboszcz zatrzymując się: - Ale, ale, wyrzekł, panie hrabio, zapomniałem... - Co takiego, mości księże? - Umarł ostatniemi czasy w mojem probostwie Saint-Mande, mówił ksiądz głosem pełnym przejęcia, człowiek, jeden z najgodniejszych zalecenia w chrześciańskiej Francji, człowiek miłosierdzia nigdy niekłamanego, nabożny; imię tej świętobliwej osoby zapewne doszło i do pana. - Jak go pan nazywasz? zapytał hrabia, napróżno szukając w myśli dokąd proboszcz zmierza i jaki nowy podatek myśli nałożyć na niego. - Nazywał się Gourdon de Saint Heren, dzierżawca dóbr biskupstwa. - O! tak, Sulpicjuszu! masz słuszność, przerwał Ksawery. Tak, ten człowiek był prawdziwym chrześcianinem! - Byłbym niegodnym żyć, wyrzekł pan Rappt, gdybym nie znał nazwiska tego pobożnego człowieka! - Otóż, mówił proboszcz, biedny człowiek zmarł, wydziedziczając niegodną rodzinę i przekazując Kościołowi cały swój majątek. - A! pocóż wznawiać te bolesne wspomnienia? wyrzekł Ksawery Bouquemont, przytykając chustkę do oczu. - Dlatego, że Kościół nie jest spadkobiercą niewdzięcznym, mój bracie. Następnie, zwracając się do pana Rappta, po daniu małej nauczki o wdzięczności Ksaweremu: Zostawił on, panie hrabio, sześć tomów listów religijnych niewydanych, prawdziwe to przepisy postępowania dla chrześcianina, druga edycja "Naśladowania Jezusa Chrystusa?" Przystępujemy właśnie do wypuszczenia w świat tych sześciu tomów, obaczysz pan z tego mały urywek w przyszłym numerze przeglądu. Sądziłem, drogi nasz bracie w Chrystusie, żem uprzedził twoje życzenia, zaciągając pana w stowarzyszenie tego dzieła i wpisałem cię do listy prenumeratorów na czterdzieści egzemplarzy. - Dobrześ pan zrobił, mości księże, wyrzekł przyszły deputowany, zagryzając z wściekłością wargi do krwi, lecz uśmiechając się wciąż. - Byłem tego pewny! powiedział Sulpicjusz, postępując parę kroków ku drzwiom. Ale Ksawery stał jak przykuty na tem samem miejscu. - Co ty robisz? spytał go Sulpicjusz. - Ja to raczej, wyrzekł Ksawery, powinienem się zapytać, co ty tu robisz? - Ależ ja odchodzę; oswobadzam pana hrabiego, zdaje mi się, że już dość długo zajmujemy go... - Odchodzisz, zapominając właśnie o rzeczy, dla której tu przyszliśmy, która głównie nas zajmowała. - To prawda! powiedział Sulpicjusz, wybacz panie hrabio!... zajmujemy się szczegółami, zaniedbując grunt... - Powiedz raczej Sulpicjuszu, iż powstrzymany nieśmiałością, nie chciałeś fatygować pana hrabiego nową prośbą. - A więc, tak, wyrzekł proboszcz, przyznaję. - On będzie zawsze ten sam. - Mów pan, wyrzekł pan Rappt. Kiedy razem jesteśmy, kochany księże, warto tę rzecz załatwić. - Skoro pan mnie zachęcasz, powiedział ksiądz, udając nadludzkie wysilenia, żeby pokonać nieśmiałość. A więc idzie tu o szkołę, którą z tysiącem poświęceń założyliśmy kilku braci i ja, na przedmieściu św. Jakóba. Chcemy, poddając się coraz większym prywacjom, kupić dom bardzo drogo i wtedy zająć go od dołu aż do trzeciego piętra, lecz aptekarz zajmuje dół i część antresoli. Ma on tam pracownię, z której wychodzą wyziewy szkodliwe zdrowiu dzieci. Obcięlibyśmy znaleść uczciwy środek, żeby jak można najprędzej wyforować ztamtąd niedogodnego gościa. - Znam tę sprawę, księże proboszczu, przerwał hrabia Rappt, widziałem się z aptekarzem. - Widziałeś się pan? zawołał ksiądz. W samej rzeczy dobrze mówiłem, to on wychodził gdyśmy wchodzili. - Ja mówiłem, że to nie on, wątpiłem bowiem aby śmiał przedstawiać się panu hrabiemu. - Śmiał jednak, odpowiedział przyszły deputowany. - Kiedy tak, wyrzekł proboszcz, to spojrzawszy na niego, musiał pan domyśleć się co on wart. - Niezłym jestem fizjognomistą i w samej rzeczy zdaje mi się, że odgadłem. - W takim razie musiałeś pan zauważyć niezmierny rozwój skrzydeł jego nosa? - Ma on rzeczywiście nos ogromny. - Jest to oznaką złych namiętności. - Tak mówił Lavater. - Po których poznają ludzi szkodliwych. - Bardzo wierzę. - Choćby tylko patrząc na niego, odgadnąć łatwo, że jest wyznawcą najniebezpieczniejszych opinij publicznych. - W samej rzeczy, wolterjanin. - Kto mówi wolterjanin, ten mówi ateusz. - Był żyrondystą. - Kto mówi żyrondysta, mówi królobójca. - Faktem jest, że nie lubi księży. - Kto nie lubi księży, nie kocha Boga, a kto nie kocha Boga, ten nie kocha króla, ponieważ król panuje z Bożej łaski. - Więc to jest ostatecznie zły człowiek. - Zły człowiek? Ma się rozumieć, to rewolucjonista! wyrzekł proboszcz. - Człowiek krwiożerczy! powiedział malarz, marzy tylko o wywróceniu porządku społecznego. - Byłem pewny, wyrzekł pan Rappt, zanadto łagodnie wygląda, by nie miał być gwałtownym. Powinienem panom podziękować, żeście zdemaskowali tego człowieka. - Wcale nie, panie hrabio, przemówił Ksawery, myśmy spełnili tylko obowiązek. - Obowiązek dobrych obywateli, dodał Sulpicjusz. - Gdybyście mogli dać mi dowody piśmienne i niezbite, możeby się dało usunąć go, pozbyć się go w ten lub inny sposób. - Nic łatwiejszego, powiedział proboszcz z uśmiechem żmiji, mamy na szczęście wszystkie dowody w rękach. - Wszystkie! potwierdził malarz. Proboszcz wyciągnął z kieszeni, jak to był uczynił aptekarz, arkusz papieru złożony we czworo i podając go panu Rappt: - Oto jest, powiedział, podanie podpisane przez dwunastu najznakomitszych lekarzy z okręgu, iż lekarstwa sprzedawane przez tego truciciela nie były wyrabiane z przezornością wymaganą, do tego stopnia, że niektóre z jego specyfików niewątpliwie śmierć sprowadziły. - Do licha! do licha! to rzecz bardzo ważna, wyrzekł pan Rappt, dajcie mi podanie panowie i bądźcie pewni, że zrobię z niego dobry użytek. - Moje zdanie jest takie, że kiedy już nie można zamknąć takiego człowieka w więzieniu w Rochefort lub w Brest, należy co najmniej wsadzić go do ciupy w Bicetre. - A! księże proboszczu, wielkim jesteś wzorem miłości chrześciańskiej! powiedział hrabia Rappt, chcesz żalu, a nie śmierci grzesznika. - Panie hrabio, wyrzekł ksiądz, kłaniając się, oddawna już, z pomocą szczegółów, które z trudnością pozbierałem, skreśliłem pańską biografię. Czekałem tylko na sposobność poprowadzenia rozmowy takiej, jak ta, którą tylko co mieliśmy, iżby biografię tę wydać. Ogłoszę ją w przyszłym numerze "Gronostaja." Dodam szczegół jeden więcej, miłość ludzkości. - Panie hrabio, dodał Ksawery, nigdy nie zapomnę dzisiejszych odwiedzin, i gdy mi przyjdzie malować "Sprawiedliwego," proszę cię panie, byś pozwolił mi przypomnieć sobie twoją twarz szlachetną. Podczas tego djalogu hrabia posunął braci aż do drzwi. Czy, że poznał się, czy nie miał już o co prosić, proboszcz zdecydował się położyć rękę na klamce. W tej chwili drzwi się otwarły, nie za pośrednictwem księdza, ale poruszone zewnętrzną siłą, i stara margrabina de la Tournelle, której, pochlebiamy sobie, czytelnicy nasi nie zapomnieli, i którą łączył więcej niż jeden węzeł pokrewieństwa z hrabią Rappt, wpadła zdyszana do pokoju. - Bogu dzięki! szepnął Rappt, uważając się wreszcie za oswobodzonego.