Mohikanie paryscy część V - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (9,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III

Pieśń radości.

Nie powiedzieliśmy dla czego ubrał się Petrus ani gdzie poszedł, ale czytelnik zapewne się domyślił.

Petrus wybiegł jak na skrzydłach. Zatrzymał się u odźwiernego po to, co powiedzieliśmy; przez przyzwyczajenie zapytał czy nie ma dla niego listów prócz stryjowskiego, machinalnie rzucił oczyma na te, które mu podano, a nie znajdując na nich pisma, którego szukał, odsunął je na bok, wziął do kieszeni malutki liścik zapisany drobnym charakterem, w kopercie delikatnej i wonnej, przyłożył do ust i wybiegł na ulicę. Był to list Reginy otrzymany w Saint-Malo. Oboje pisywali do siebie codziennie: listy Petrusa adresowane były do jej pokojówki Nany, listy Reginy do samego Petrusa. Regina w wyjątkowem swem położeniu, czerpała pewną moc łagodzącą rozłączenie. Petrus jednakże sam pierwszy powiedział Reginie, ażeby nie pisała podczas jego nieobecności: jeden list zaginiony albo ukradziony zgubiłby ich oboje. Młodzieniec zamykał listy Reginy w pewnej szkatułce żelaznej przedziwnie wyrobionej, a tę zapieczętowywał w biurku. Rozumie się, że biurko to wyłączone było ze sprzedaży: było ono świętem. Petrus z religlią miłości, jaką ma człowiek dla pewnych przedmiotów, kiedy prawdziwie kocha, sprzedanie tego biurka uważałby za świętokradztwo. Z kluczem od biurka nigdy się nie rozstawał; nosił go na szyi na złotym łańcuszku. Z tej więc tylko strony Petrus nie miał się czego obawiać. Tylko, tak jak królowie francuscy oczekują na schodach podziemia św. Djonizego, by ich zluzował następca, tak jeden list Reginy zawsze oczekiwał na piersiach Petrusa, by go zastąpił drugi. Wtedy, dawniejszy list szedł do składu w skrzyneczce żelaznej. Ucałowawszy list i włożywszy do kieszeni, Petrus wybiegł na miasto, przeszedł kilka ulic i udał się na bulwar zewnętrzny. Potrzebujemyż wskazywać cel jego drogi? Idąc wciąż krokiem gimnastycznym, zatrzymał się dopiero przed kratą żelazną, za którą położony był pałac marszałka de Lamothe-Houdan. Po rozejrzeniu się na bulwarze i przekonaniu, że był prawie pustym, Petrus odważył się przejść koło kraty. Nie widział nic, i zdawało mu się, że nie był widzianym; cofnął się więc, i oparty o ogromną lipę, wzniósł oczy na okna Reginy. Niestety! Słońce pełnemi promieniami strzelało w te okna, zasłony były spuszczone, ale był pewnym, że przed nadejściem wieczora, ukaże się biała postać ukochanej. Tymczasem nasuwały mu się rozmaite myśli. Co ona robi teraz? czy jest u siebie? czy myśli o nim w tej właśnie porze, kiedy on jest tak blisko? Jakkolwiek pusty zazwyczaj, przez bulwar Inwalidów przechodzi jednak czasami jakiś zbłąkany podróżny. Jeden z takich przeszedł obok właśnie. Petrus odstąpił od drzewa. Znał on oddawna zakręty, ażeby zmylić podglądania przechodniów lub inkwizycję sąsiadów. Jął znowu chodzić krokiem gimnastycznym, przeszedł mimo podróżnego z szybkością człowieka nadzwyczaj zajętego i dążącego jak można najspieszniej do celu. Czasami niepodobna było Reginie pokazać się, dać znak jaki; lecz potrafiła jednak to skinąć rączką, kwiatek rzucić. Petrusa bardzo uszczęśliwiał kwiatek, bo to miało znaczyć: "Powróć dziś wieczorem, mam nadzieję, że będziemy się mogli widzieć z sobą przez kilka chwil". Ale najlepszemi godzinami były wieczorne i nocne, nawet kiedy nie miał nadziei zobaczenia Reginy. Czy młoda kobieta upuściła czy nie, kwiatek, który spadając oznaczał schadzkę, Petrus zaraz za nadejściem mroku, szedł oprzeć się o drzewo. Miał on takie drzewo, upodobane, z pod którego widział lepiej, pod którem sam mniej był widzianym. Rozumie się, że chwilowo spłoszony przez przechodnia, powrócił zaraz po jego zniknieniu. Dusza jego bujała po niebie. Najmniejszy jednak ruch nie zachwiał zasłon. Sekundy, minuty, godziny upływały, musiał Petrus przyjść zapóźno, Regina wyjechała. Lecz jest, czy niema jej, Petrus rozmawiał z nią, opowiadał jej długą elegię swych nieszczęść. Jak on mógł myśleć, szalony! że aby się jej podobać, powinien wydawać się tem, czem nie jest, błyszczeć blaskiem bogactwa, a nie blaskiem geniuszu, a w jego wyobraźni Regina śmiała się, słucha go, wzruszała ramionami, nazywała go dzieckiem, gładką i delikatną rączkę przeciągała po płowych zwojach jego włosów, patrzyła swem pięknem iskrzącem okiem, mówiąc: - Dalej, dalej, opowiadaj jeszcze! A on, sam żartując z siebie, opowiadał wszystko aż do odwiedzin ojca, aż do szczegółów o folwarku, a Regina nie śmiała się już, nie żartowała, łzy się jej toczyły z oczu, i mówiła płacząc: - Pracuj, mój Petrusie, bądź człowiekiem genialnym. Ja patrzeć będę, przysięgam ci, na rękę trzymającą pędzel a nie na rękawiczkę okrywającą tę rękę. Pracuj, a nie spotykając cię w lasku na siwym arabczyku powiem sobie: "mój Van-Dyck pracuje i przygotowywa żniwo chwały na przyszłą wystawę*. Pracuj, ukochany, bądź człowiekiem genialnym! Takie snując marzenia, Petrus usłyszał turkot powozu jadącego od strony Inwalidów. Obrócił się: była to Regina powracająca z margrabiną de Tournelle i z ojcem. Petrus powtórnie oddalił się od drzewa, ażeby mógł być poznany tylko przez Reginę. Nie śmiał odwrócić głowy. Usłyszał skrzyp kraty żelaznej, zgrzyt olbrzymiego klucza obracającego się w zamku. Wtedy dopiero obrócił się: powóz odszedł. Wpół do szóstej biło u Inwalidów. U stryja jego podawano obiad punkt o szóstej: miał jeszcze wolnego czasu około dwudziestu minut. Mogła Regina zaraz po powrocie pójść do swego pokoju i stanąć przy oknie; ale czy widziała go? Wszak Petrus nie śmiał nawet odwrócić głowy. Wybiło trzy kwadranse. Kiedy drgało jeszcze ostatnie uderzenie młotka, zasłona uniosła się i przepuściła najpierw płową główkę Pszczółki. Ale Pszczółka była zawsze poprzedniczką Reginy; po za główką dziewczynki ukazała się głowa starszej siostry. Pierwsze jej wejrzenie dało znać Petrusowi, iż wiedziała, że on tam jest. Jak długo bawił? Oto czego Petrus zupełnie zapomniał, czego nie umiałby powiedzieć. Co do Reginy, mówiła ona wyraźnie oczyma: - To nie moja wina, zabrano mnie, nie chciałam wyjść, wiedziałam, że przyjdziesz, czekałam na ciebie. Przebacz mi, nie mogłam przybyć wcześniej, ale jestem. Potem Regina uśmiechnęła się, jakby powiadając jeszcze: - Bądź spokojny, mój luby, nagrodzę ci czas, który straciłeś czekając na mnie, mam dla ciebie niespodziankę. Petrus złożył ręce. Cóż to jest za niespodzianka? Regina uśmiechała się wciąż. Petrus nie pomniał już, że czas upływa, że stryj czeka z obiadem, i że ten stryj, jak Ludwik XIV, płonął gniewem, kiedy o mało nie czekał. Nareszcie Regina wzięła różę wystającą z płowych włosów Pszczółki; podniosła do wysokości ust, i upuściła, rzucając na wiatr pocałunek. Petrus wydał okrzyk radości; zobaczy się z Reginą wieczorem. Następnie kiedy zasłona zapadła oddał milion pocałunków w zamian za przesłany, przypomniał sobie o stryju, dobył zegarek i spojrzał na godzinę. Brakowało pięć minut do szóstej! Puścił się na ulicę Plumet, pędząc jak młody daniel. Szybkobiegacz z profesji potrzebowałby dziesięciu minut na drogę z pałacu Lamothe-Houdan do Courtenay, Petrusowi wystarczyło siedm. Generał Herbel był tyle uprzejmym, że czekał na synowca dwie minuty; ale znudzony zasiadł do stołu, kiedy odezwały się dwa dźwięki dzwonka, oznajmiające przybycie zapóźnionego. Generał zjadł już do połowy zupę rakową. Na widok siostrzeńca brwi jego zmarszczyły się nadmiernie, tak że Austrjak Franz, który bardzo lubił Petrusa, odmówił w cichości modlitwę w swym ojczystym języku, na jego intencję. Ale na oblicze generała wróciła zwyczajna pogoda, ze względu na opłakany stan synowca. Z Petrusa lał się pot strumieniem. - Mogłeś był przecie, rzekł, zostać chwilkę w przedpokoju, żeby się osączyć mój chłopcze, zalejesz mi całe krzesło. Petrus wesoło przyjął strofowanie stryja. Generał mógłby był wyzionąć wszystkie płomienie piekła: Petrus miał raj w sercu. Wziął stryja za ręce, ucałował i usiadł naprzeciw niego.

II

Kłopoty serdeczne w połączeniu z pienieżnemi.

Jakież to postanowienie powziął Petrus?

Może je znajdziemy w jednym z dwóch listów, jakie napisał. Pocznijmy od tego, który był adresowany na bulwar Inwalidów. "Moja ukochana Regino! "Wybacz mi, że opuszczam Paryż na kilka dni nie widząc się z tobą, nie powiedziawszy nic, ani listem, ani słowem o tym wyjeździe; wypadek nieoczekiwany, ale nie budzący żadnego niepokoju, upewniam cię, zmusza mnie towarzyszyć ojcu do Saint-Malo. "Dla zupełnego uspokojenia, pozwól powiedzieć sobie, że to co ja dumnie nazwałem wypadkiem, jest po prostu interesem pieniężnym. Tylko interes ten dotyczy osobyx którą po tobie kocham najmocniej na świecie, mojego ojca. "Mówię to po cichu, Regino, aby Bóg mnie nie usłyszał i nie ukarał za to, że ciebie kocham więcej, niż tego, który powinien mieć moją pierwszą miłość. "Jeżeli tak potrzebujesz mówić, że mnie kochasz, jak ja potrzebuję to od ciebie słyszeć, i jeżeli chcesz, ażebym nie zapomniał, i mniej czuł gorycz twej nieobecności, to napisz do mnie, poste restante Saint-Malo, ale nie później, jak dziś lub jutro. Nie myślę zabawić dłużej nad czas potrzebny do podróży i do załatwienia interesu, to jest wszystkiego sześć dni. "Zrób tak, ażebym za powrotem zastał od ciebie list, któryby na mnie czekał. O! będzie mi go bardzo potrzeba, przysięgam ci! "Do zobaczenia, ukochana Regino! ciało tylko moje opuszcza ciebie, ale serce, dusza, myśl, wszystko co kocha we mnie, pozostaje przy tobie.

Petrus".

A teraz oto co napisał do Salvatora: "Mój przyjacielu! "Z takiem ślepem posłuszeństwem, jakby dla woli umierającego ojca, zrób, proszę cię, to co ci powiem. "Po otrzymaniu tego listu weź taksatora i udaj się do mnie. Spisz inwentarz moich koni, broni, obrazów, powozów, sprzętów, dywanów, wszystkiego słowem co posiadam; pozostaw mi tylko to, co ściśle potrzebne do życia. "Po spisaniu inwentarza, każ wszystko oszacować. Następnie każ porobić afisze i ogłoś po dziennikach, zdaje mi się, że to rzecz Jana Roberta, sprzedaż umeblowania artystycznego. "Naznacz kres na 16 bieżącego miesiąca, ażeby amatorzy mieli czas obejrzeć przedmioty na miejscu. Staraj się wybrać takiego taksatora, któryby obytym był z wartością i ceną przedmiotów sztuki. "Potrzeba mi wziąć za mój sprzęt trzydzieści pięć do czterdziestu tysięcy franków. "Do widzenia, kochany Salvatorze.

Petrus".

"P. S. Zapłać służącemu i odpraw go". Petrus znał Salvatora, wiedział, że za powrotem zastanie wszystko tak, jak sobie życzył. Jakoż, powróciwszy szóstego dnia, zastał afisz na drzwiach i tłum ciekawych wchodzących i schodzących po schodach. Widok ten ścisnął mu serce. Nie miał odwagi wejść do pracowni. Mały korytarzyk prowadził wprost z sieni do jego pokoju, wszedł, zamknął się, usiadł z głębokiem westchnieniem, i głowę opuścił na ręce. Petrus zadowolony był z siebie i dumny z postanowienia, jakie powziął, nie bez walki i bólu. Domyślamy się po co wyjechał i jakie miał zamiary. Udał się dla zapobieżenia ażeby folwark tego zacnego i uczciwego ojca, ostatni szczątek majątku, nie wyszedł z rąk jego; pojechał zapewnić schronienie na ostatnie dni temu, któremu winien był życie. Była to rzecz łatwa, i zrobiła się nawet bez wiedzy starca: notarjusz podarł akt simulacyjny, a Petrus pożegnał ojca, który spieszył do umierającego przyjaciela. Następnie przybył do Paryża dla wypełnienia drugiej części swego postanowienia, i to trudniejszej i boleśniejszej. Petrus, jak widzieliśmy, postanowił sprzedać konie, powozy, sprzęty, obrazy, porcelanę japońską, biurka flandryjskie, broń i kobierce, ażeby zapłacić długi; a potem zasiąść do roboty, jak student dla zdobycia pierwszej nagrody. Porzucając szalone wydatki i czas tracony na usiłowania zobaczenia Reginy, mógłby pod względem materjalnym i artystycznym stanąć daleko lepiej. A wtedy nie ojciec jemu, lecz on ojcu mógłby być pomocnym. A jednak sprzedać cały ten śliczny zbytek, do którego nawykliśmy, i znaleźć się między czterema gołemi ściany, czyż to tak łatwa sprawa Ubóstwo samo w sobie bynajmniej nie przestraszało Petrusa. Wstrzemięźliwy z natury, oszczędny dla siebie, mógłby żyć, a raczej żył dawniej za pięć franków dziennie. Gdyby nie Regina, aniby dbał o to, żeby być bogatym. Czyż nie miał w sercu trzech wielkich skarbów: talentu, młodości, miłości? Ale to właśnie na miłości miało zaciężyć jego ubóstwo. Niestety! kobieta, gotowa rzucić się w ogień ażeby nam się podobać, kobieta gotowa narazić życie i dobrą sławę, by przyjść jak Julietta, dać swojemu Romeowi ukradkowy pocałunek; taż sama kobieta częstokroć nie poda swej arystokratycznej rączki, ręce okrytej brzydką rękawiczką. A przytem, jak tu iść pieszo, po błocie, za powozem kobiety, którą się kocha, czekać na nią na zakręcie alei lasku Bulońskiego, kiedy wczoraj jeszcze spotykałeś się z nią, siedząc na wspaniałym rumaku. Naiwne, dziecinne, śmieszne w oczach filozofa będzie to, co mamy powiedzieć, ale smutkiem serce Petrusa napełniała myśl bolesna, że on odtąd nie będzie mógł przyjechać w tilbury na wieczór, gdzie znajdowała się Regina, która przybyła karetą, że nie będzie się z nią mógł spotykać konno na bulwarach zewnętrznych, albo w lasku Bulońskim, gdzie bywała codzień. Wprawdzie filozofowie nie rozumieją miłości, dowodem tego, że gdy się zakochają, to przestają być filozofami. Jakże ukazać się przyzwoicie w salonach przedmieścia Saint-Germain, w tych salonach tak zamkniętych dla ubogiej szlachty, w których przyjmowano Petrusa nie z tytułu człowieka utalentowanego, ale z tytułu potomka starej szlachty? Przedmieście Saint-Germain wybacza czasami szlachcicowi, że posiada talent, ale pod warunkiem, ażeby nie żył ze swego talentu. Oprócz bulwarów i spacerów, mógł zapewne Petrus widywać Reginę u niej w domu, ale właśnie spotykanie się w święcie było pozorem do tych odwiedzin. Nadto, w domu, niedość, że Petrus nie mógł odwiedzać jej często, ale rzadko zastawał ją samą. Była z nią to pani de Lamothe-Houdan, to margrabina de Tournelle, Pszczółka zawsze, czasami pan Rappt; pan Rappt, który patrzył na niego, i za każdem spotkaniem zdawał się mówić: Wiem, że jesteś moim śmiertelnym wrogiem; wiem, że kochasz moją żonę, ale bądź ostrożny, czuwam nad wami. - Tak jest! odpowiadał w duszy Petrus, tak, jestem twym śmiertelnym wrogiem, wrogiem zbrodni, panie Rappt! Otóż, wszystkie korzyści majątku, wszystkie zadowolenia zbytku, Petrus posiadał przez pół roku, aż tu naraz trzeba się było z niemi rozstać. Położenie było bolesne. O! biedo! biedo! wieleż ty serc zgniotłaś w rozkwicie! ileż rozwiniętych kwiatów duszy ścięłaś i na wiatr rzuciłaś! Prawda, Regina nie była kobietą pospolitą, tak marzył Petrus. Precz fałszywy wstydzie! Za pierwszym razem jak się z nią spotkam, odkryję wszystko, i moją głupią próżność i moje pożyczane bogactwa. Precz fałszywa dumo! jedyną moją próżnością, jedyną moją chlubą: pracować dla niej i powodzenie u jej nóg złożyć. Ona nie jest kobietą pospolitą, i może być... jeszcze bardziej kochać mnie będzie. Na poparcie tego postanowienia, Petrus powiedział sobie zapewne wiele innych rzeczy, których tu nie powtarzamy. Powiedzmy tylko, że rozmawiając sam z sobą, zdjął odzież podróżną, dobył wykwintny strój ranny i spiesznie się ubrał. Potem, nie wracając do pracowni, gdzie słyszał skrzyp butów i odgłos rozmów, zszedł ze schodów, zostawił klucz od pokoju u odźwiernego a ten w zamian podał mu list, który Petrus za pierwszym rzutem oka poznał, że pochodzi od stryja. Stryj zapraszał go na obiad na ten sam dzień, kiedy wrócił do Paryża. Generał chciał się zapewne dowiedzieć, czy nauka nie poszła w las. Petrus posłał natychmiast odźwiernego do pałacu Courtenay oznajmić stryjowi, że powrócił, i że przybędzie m u złożyć uszanowanie punkt o godzinie szóstej.

I

Ojciec i syn.

Zaledwie drzwi zamknęły się za generałem, Piotr Herbel powtórnie wyciągnął ręce do syna, i jakby pod wrażeniem ostatnich słów brata, przez chwilę spoglądał po pracowni.

Badanie nie trwało długo, kapitan nic nie stracił z jasnego i wesołego uśmiechu. Petrus, przeciwnie, zawstydzony zbytkiem, stanowiącym kontrast z nagiemi ścianami w Plancoet, z prostą odzieżą ojca, spuścił oczy. - I cóż, moje dziecko, zapytał ojciec z łagodnym wyrzutem, tyle tylko masz mi do powiedzenia? - O! przebacz ojcze, rzekł Petrus, ale wyrzucam sobie, że przezemnie odstąpiłeś od łoża umierającego przyjaciela, który nie może czekać, gdy ja mógłbym poczekać. - Przypomnij sobie, moje dziecko, że nie tak pisałeś. - To prawda ojcze, pisałem do ciebie, że potrzebuję pieniędzy, ale nie pisałem: "porzuć wszystko i sam mi je przywieź," nie pisałem że... - Nie pisałeś?... powtórzył kapitan. - Nic, nic, ojcze, zawołał Petrus ściskając go, dobrześ zrobił, żeś przyjechał, uszczęśliwiłeś mnie. - A przytem, Petrusie, mówił ojciec, obecność moja jest potrzebną, chciałem poważnie rozmówić się z tobą. Petrus uczuł się swobodniejszym. - O! rozumiem, ojcze, rzekł, nie możesz uczynić dla mnie tego, o co cię proszę i chciałeś sam mi to powiedzieć. Otóż ojcze głupstwo przyszło mi do głowy. O! dał mi do zrozumienia stryj jeszcze przed twojem przybyciem, a pojmuję to lepiej jeszcze od czasu gdy patrzę na ciebie. Kapitan potrząsnął głową z dobrym ojcowskim uśmiechem. - Nie, rzekł, nie pojmujesz mnie. Potem wydobywając pugilares z kieszeni i kładąc go na stole: Twoje dziesięć tysięcy franków są tu, rzekł. Petrus upadł pod tą niewyczerpaną dobrocią. - O! mój ojcze, zawołał, nigdy, nigdy! - Dlaczego? - Namyśliłem się ojcze. - Nad czem się namyśliłeś Petrusie? - Nad tem, ojcze, że od pół roku nadużywam twojej dobroci, że od pół roku czynisz dla mnie więcej, niż możesz, że gubię cię. - Biedne dziecko, gubisz mnie!... nietrudno to. - Widzisz więc, ojcze. - Nie ty gubisz mnie, biedny Petrusie, to ja ciebie zgubiłem. - Ojcze! - Tak, tak! mówił kapitan z melancholijnym ku przeszłości zwrotem, zebrałem dla ciebie fortunę królewską, a raczej fortuna ta zebrała się sama, bo ja nigdy nie wiedziałem dobrze co to jest pieniądz; przypominasz sobie w jaki sposób stopniała... - Przypominam, ojcze, i dumny jestem naszem ubóstwem. - Oddaj mi sprawiedliwość, Petrusie, że pomimo ubóstwa, nigdy nie szczędziłem nic, gdy chodziło o twe wychowanie i szczęście. Petrus przerwał ojcu. - A nawet o moje kaprysy, ojcze! - Cóż chcesz! chodziło mi przedewszystkiem o twoje szczęście, mój synu. Cóżbym odpowiedział twojej matce, gdyby zapytała: "A nasz syn?" Petrus zsunął się do kolan kapitana, wybuchając łkaniem. - No, rzekł Piotr Herbel całkiem zbity z tropu, jeżeli płaczesz, to ja ci nic nie powiem. - Ojcze! zawołał Petrus. - To wreszcie, co miałem do powiedzenia, mogę odłożyć do przyszłej podróży. - Nie, nie, lepiej zaraz ojcze... - Oto są potrzebne dla ciebie pieniądze. Wytłómacz mnie przed stryjem, powiedz, że obawiam się przybyć zapóźno, że odjechałem tym samym dyliżansem, który mnie przywiózł. - Usiądź jeszcze, ojcze; dyliżans odchodzi o siódmej wieczorem, a dopiero druga; masz więc pięć godzin przed sobą. - Tak mniemasz? rzekł kapitan sam dobrze nie wiedząc co odpowiada. I machinalnie wydobył z kieszeni zegarek srebrny ze stalowym łańcuszkiem, który miał po ojcu. Petrus wziął zegarek i ucałował go. Ileż to razy dzieckiem będąc, z naiwnem zdziwieniem przysłuchiwał się ruchowi tego dziedzicznego zegarka? Wstydził się złotego łańcucha, który miał na szyi, zegarka z brylantowemi herbami. - Kochany zegarek! mówił Petrus. Kapitan nie rozumiał. - Czy chcesz go? zapytał. - O! zawołał Petrus, zegarek, który wskazywał godziny twych walk, chwile twych zwycięztw, zegarek, podobny do ruchów twego serca, który nigdy nie bił żywiej w czasie niebezpieczeństwa jak w pokoju, ja go nie jestem godzien. O! nie, mój ojcze, nigdy! nigdy. - Zapominasz o dwóch godzinach, które także wskazywał, Petrusie, i które są jedynemi datami życia mego, jakie pamiętam; godzina twego urodzenia; godzina śmierci twej matki. - Jest jeszcze godzina, którą wskazywać będzie dla mnie i dla ciebie od dzisiaj: godzina, w której poznałem swą niewdzięczność, w której błagam cię o przebaczenie. - Za co, moje dziecko? - Przyznaj, ojcze, że ażeby dać mi te dziesięć tysięcy franków, musiałeś zrobić wielki wysiłek? - Sprzedałem folwark, i na tem koniec, to mnie właśnie opóźniło. - Sprzedałeś folwark? zawołał Petrus przerażony. - No tak... Był on za wielki dla mnie samego. Gdyby żyła twoja biedna matka, albo gdybyś ty mieszkał ze mną, to co innego. - A! ojcze, sprzedałeś folwark, który był po mojej matce. - Ponieważ należał do twojej matki, przeto był twoją własnością. - Ojcze mój! - Ja nie mam już nic własnego, więc sprzedałem folwark za dwadzieścia pięć tysięcy franków. - Wart był pięćdziesiąt. - Zapominasz, że już pożyczyłem dwadzieścia pięć tysięcy, by ci je przysłać. Petrus głowę ukrył w rękach. - Otóż przybyłem aby się zapytać, czy możesz mi pozostawić tę resztę, piętnaście tysięcy franków. Petrus spojrzał na ojca wzrokiem przerażonym. - Chwilowo tylko, mówił dalej kapitan, rozumie się, że gdy będziesz ich potrzebował później, zawsze możesz ode mnie zażądać. Petrus podniósł głowę. - Mów dalej ojcze, rzekł, a ciszej dodał: - To moja kara. - Ja mam taki plan, mówił kapitan, najmę albo kupię małą chatkę wpośród lasu; ty znasz moje życie, Petrusie; jestem stary myśliwiec, już dziś nie mogę się obyć bez strzelby i psów; polować będę od rana do wieczora. Jaka to szkoda, że ty nie jesteś myśliwym. Przyjechałbyś do mnie, polowalibyśmy razem. - O! przyjadę, przyjadę, ojcze, bądź spokojny. - Doprawdy? - Przyrzekam ci. - Dla mnie w polowaniu są dwie rzeczy: najpierw przyjemność polowania: powtóre, nie wyobrazisz sobie ilu ja ludzi moją strzelbą żywię. - A! mój ojcze, zawołał Petrus, jakiżeś ty dobry! Potem, półgłosem: Jakiś ty wielki! - Poczekaj, bo przychodzę do rzeczy, w której rachowałem na ciebie, drogi synu. - Słucham cię, ojcze, słucham. - Mam lat pięćdziesiąt siedm, oko jeszcze jasne, ramię silne, nogę wytrwałą, ale człowiek schodzi bardzo prędko po tej stronie góry, na której ja jestem. Za rok, za dwa, za dziesięć, oko może się zamącić, ramię osłabnąć, noga zwichnąć; wtedy, pewnego dnia możesz zobaczyć biednego staruszka, który powie do ciebie: - To ja, Petrusie, jużem nie zdatny do niczego. Czy masz jaki kącik w domu, gdzie mógłbyś ojca posadzić? On zawsze żył zdała od tego, co kochał, nie chciał by tak umierać. - O! mój ojcze, mój ojcze! wołał Petrus łkając, prawdaż to, że folwark sprzedany? - Onegdaj, mój synu. - Komu? - Pan Peyrat, notarjusz, nie powiedział mi. Pojmujesz, że mnie to tylko obchodziło, ażeby mieć pieniądze; wziąłem dziesięć tysięcy franków, których potrzebowałeś i przyjechałem. - Ojcze mój, rzekł Petrus wstając, ja muszę wiedzieć komu folwark sprzedałeś. W tej chwili otworzyły się drzwi do pracowni, i lokaj Petrusa ukazał się z listem. - Daj mi pokój! zawołał Petrus wydzierając mu list z ręki, nie wpuszczaj nikogo. Przeczytał adres: spostrzegł na kopercie pieczęć Saint-Malo. Sądził przez chwilę, że list był od ojca. "Do pana wicehrabiego Petrusa Herbel de Courtenay." List pochodził od notarjusza, u którego jak mówił ojciec, odbyła się sprzedaż folwarku. Petrus czytał. "Panie wicehrabio! Ojciec pański, zaciągnąwszy u mnie różnemi czasy pożyczkę dwadzieścia pięć tysięcy franków, przybył przed trzema dniami, by sprzedać folwark, na którego hipotece ciążyła już powyższa suma. "Jak mi oświadczył, pieniądze te mają być przeznaczone dla pana. "Przyszło mi na myśl, wybacz panie wicehrabio, że może pan nie wiesz o ofiarach, jakie ojciec czyni dla ciebie, i że rujnuje się zupełnie. "Jako notarjusz rodziny pańskiej i przyjaciel ojca od lat trzydziestu, uważałem za obowiązek sumienia zrobić dwie rzeczy: naprzód, dać mu dwadzieścia pięć tysięcy franków, których żądał, udając sprzedaż, której nie było i nie ma; powtóre, zawiadomić pana o stanie majątku ojca, pewnym będąc, że pan o tem nie wiesz, i że od chwili dowiedzenia się zamiast przyczyniać się do jego ruiny, usiłować będziesz ratować ojca. "Jeżeli pan zatrzymasz te dwadzieścia pięć tysięcy franków, to sprzedaż musi się odbyć. Ale gdyby potrzebę tych pieniędzy można odłożyć albo całkiem usunąć, i gdybyś pan mógł po upływie tygodnia zwrócić je na moje ręce, ojciec pański pozostałby właścicielem folwarku a pan oszczędziłbyś mu zapewne wielkiego zmartwienia. "Nie wiem jak osądzisz pan krok mój, ale zdaje mi się, że tak winien był postąpić uczciwy człowiek i przyjaciel. "Przyjmij pan, i t. d.

"Peyrat, "notaryusz w Saint-Malo."

Petrus odetchnął i podniósł do ust list zacnego notarjusza, który zapewne nie marzył o takim zaszczycie. Potem, zwracając się do kapitana: - Ojcze, rzekł, wyjeżdżam z tobą dziś wieczór do Saint-Malo. Kapitan wydał okrzyk radości; ale niebawem, namyślając się i z pewnym niepokojem: - A po co ty jedziesz do Saint-Malo? zapytał. - Odprowadzę cię ojcze. Zobaczywszy cię, myślałem, że zabawisz tu kilka dni. Nie możesz, to ja zabawię kilka dni u ciebie. Jakoż, tego wieczora, po napisaniu dwóch listów, jednego do Reginy, drugiego do Salvatora, po zaprowadzeniu ojca na obiad, nie do generała, którego wyrzuty lub sarkazmy raniły jego zbolałe serce, ale do restauracji, gdzie we dwóch przy małym stoliku posilali się obiadem zaprawnym czułością, Petrus wsiadł z ojcem w dyliżans, i wyjechał z Paryża.