Mohikanie paryscy część III - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (9,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III

Barbetta.

- Ty zwietrzyłeś słoninkę, mówił dalej pan Jackal, słuszna więc, ażebym do ciebie się zwrócił dla napawania się jej zapachem. Jakim sposobem dobrałeś się do tej awantury? Krótko a węzłowato. - Oto tak, panie Jackal. Wiecie, że ja zawsze miałem zasady religijne? - Nie, dotąd nie wiedziałem. - O! panie, to takim sposobem, daremnie czas straciłem. - Nie, skoro odkryłeś coś... Jeszcze ja nic nie wiem, ale jest rzeczą widoczną, że sześćdziesiąt osób nie zbiera się na ulicy Pocztowej i nie wchodzą wszystkie do tegoż samego domu, ażeby nawlekać paciorki. - Byłbym jednak w rozpaczy, gdyby pan inspektor nie wierzył w moje zasady religijne. - Idź do djabła ze swemi zasadami religijnemi! - Jednakże, panie Jackal... - A co mają za znaczenie, pytam się, twoje zasady religijne w sprawie, która nas teraz zajmuje? Pan Jackal uniósł okularów, by spojrzeć towarzyszowi prosto w oczy. - Jużci, że mają, panie Jacka], odpowiedział Avoine, boć one to wprowadziły mnie na trop tej sprawy. - No, to powiedz mi słowo o swoich zasadach, tylko jeśli być może, nie powiadaj dwóch. - Trzeba panu nasamprzód wiedzieć, panie Jackal, że zawsze staram się tak kierować, ażeby mieć tylko dobre znajomości. - Trudno to jest w powołaniu, któremu się oddajesz, ale pomijam. - Otóż wszedłem w przyjacielskie stosunki z jedną kobietą, wynajmującą krzesła w kościele św. Jakóba. - Zawsze skutkiem zasad religijnych. - Tak, panie, skutkiem zasad religijnych. Pan Jackal wepchnął sobie w nos tabakę, z rozdrażnieniem człowieka zmuszonego w położeniu swem udawać, że daje wiarę rzeczom, w które bynajmniej nie wierzy. - Otóż ta kobieta mieszka w zaułku Vignes w domu, do którego właśnie wszedł Carmagnole. - Na pierwszem piętrze, wiem o tem. - Aha! wiesz pan o tem. - I o tem, i o wielu innych rzeczach. Powiadasz więc, że Barbetta zajmuje jeden pokój na pierwszem piętrze? - Pan wiesz imię mojej wynajemczyni krzeseł, panią inspektorze? - Ja znam imiona wszystkich wynajmujących krzesła w Paryżu, czy to na bulwarze Grand, na Polach Elizejskich, lub po kościołach. Mów dalej, mów. - Otóż pewnego dnia, a raczej pewnej nocy, Barbetta odmawiając pacierze, usłyszała z za muru swej alkowy, jak gdyby z sąsiedniego domu, szelest pomieszanych głosów i kroków przyspieszonych. Szelest ten trwał od wpół do ósmej do wpół do dziewiątej; a kiedy ja przybyłem około jedenastej, powiedziała mi, jakoby słyszała z za muru coś nakształt obrotów całego pułku. Nie chciałem temu wierzyć, opowiadanie to przypisując ekstatycznym marzeniom, którym ona podlega w pewnych dniach roku. - Dalej, dalej, pogardliwie skinął pan Jackal. - Ale pewnego wieczora, powiadał Avoine, musiałem uwierzyć oczywistości. - A to jak? - Przyszedłem wcześniej niż zwykle, nie będąc tego dnia na służbie, i odmawiałem z nią pacierze, kiedy usłyszałem ten dziwny szelest, który ona słusznie określała, porównywując go do obrotów pułkowych. Wtedy nie mówiąc nic, po skończonych pacierzach, zszedłem na dół by obejrzeć dom, którego mur graniczył ze ścianą od pokoju Barbetty. Spojrzałem w okno: ani śladu światła; przyłożyłem ucha do drzwi: ani duchu. Nazajutrz przyszedłem zaczaić się właśnie w miejscu, na którem stoimy; stałem od ósmej do dziesiątej: nie widziałem nic. Nareszcie po dwóch tygodniach, czyli dziś temu drugie dwa tygodnie, zobaczyłem wchodzących, jak to miałem zaszczyt panu powiedzieć, sześćdziesięciu ludzi, grupami po dwóch, czterech, a to w ciągu około dwóch godzin, tak samo, jak dzieliśmy dzisiaj. - A jakie jest twoje zdanie o tem, Avoine? - Moje? - Tak, niepodobna, ażebyś nie miał jakiegoś choćby ono było najfałszywsze i najniedogodniejsze, o tem, co się dzieje w tym domu. - Przysięgam, panie Jackal... Pan Jackal powtórnie podniósł okulary i spojrzał na Avoina własnemi oczyma. - Słuchaj, Avoine, rzekł naczelnik policji, wytłómacz mi, dlaczego w przeszłym tygodniu wykładałeś mi swe odkrycie z takim zapałem i dlaczego od trzech dni tak się sprzeciwiasz śledzeniu, że ja aż Carmagnolowi a nie tobie poruczyłem zająć dom Barbetty? - Więc mam wszystko powiedzieć, panie Jackal? - A za cóż to, myślisz, płaci tobie naczelnik policji, trutniu? - Oto, panie Jackal, przed tygodniem, ja tych ludzi miałem za spiskowych. - A dzisiaj?... - Dzisiaj, to co innego... - Za cóż więc masz ich dzisiaj? - Ja myślę, z przeproszeniem pana inspektora, że to jest zebranie czcigodnych ojców Jezuitów. - A zkąd to przypuszczasz? - Nasamprzód słyszałem niektórych zaklinających się na imię Boga. - Czy masz zamiar dowciwpkować, Avoine? - Niech mnie Bóg broni, panie Jackal! - A druga przyczyna? - Druga przyczyna, że wymawiają wyrazy łacińskie. - Głupiec jesteś, Avoine! - Być może, panie Jackal; ale dlaczego ja jestem głupiec - Dlatego, że Jezuici nie potrzebują tajemniczego domu dla odbywania swych narad. - A dlaczego, panie Jackal? - Bo mają Tuilleries, idjoto! - Cóż to jednak mogą być za ludzie? - Zdaje mi się, że będziemy wiedzieć, bo oto Carmagnole nadchodzi. Rzeczywiście, człowiek oznaczony nazwiskiem Carmagnole zbliżał się do pana Jackala, a tak cicho stąpał po bruku, jak gdyby jego buty miały aksamitne podeszwy. Był to nizki chudzina, z cerą zielono-oliwkową, oczyma pałającemi, z akcentem prowansalskim, jeden z tych dziwnych okazów spotykających się na wybrzeżach Śródziemnego morza, mówiących wszystkiemi językami, a nie znających macierzystego. - I cóż, Carmagnole, zapytał pan Jackal, co nam przynosisz? - Oto co przynoszę, wierny zapytaniu odpowiedział Carmagnole, przez pół nucąc pieśń "Malborougha", że otwór zrobiony; jeszcze jedno uderzenie rydla, a będzie można wejść. Avoine słuchał z najwyższą uwagą, gdyż zdaniem, jego to on powinien był być użyty do tej wyprawy, której teatrem był dom Barbetty. - A czy otwór, zagadnął pan Jackal, jest przestronny na człowieka? - O! i jak! odrzekł Carmagnole: otwór jak drzwi. Wynajemczyni i ja nazwaliśmy go już "furtą Barbetty". - A! westchnął Avoine, to w samym jej pokoju! Jakież to dla mnie upokorzenie: nie mam już zaufania naczelnika! - I zrobiliście ten otwór, pytał dalej pan Jackal, bez łoskotu? - Słyszałem, jak muchy oddychały. - To dobrze, wracaj do Barbetty, nie ruszaj się z miejsca i czekaj na mnie. Carmagnole znikł tak jak przybył, to jest szybko i cicho, jak gwiazda spadająca. Zaledwie wkroczył w zaułek Vignes, kiedy przeraźliwy świst ozwał się jakby z samego dachu podejrzanego domu. Pan Jackal wyszedł ze swego ukrycia, postąpił kilka kroków w ulicę i spostrzegł człowieka siedzącego okrakiem na grzbiecie dachu. Złożył ręce w kształcie tuby i zapytał: - Czy to ty, Volauvent? - Ja we własnej osobie. - Czy sądzisz, że będziesz mógł wejść? - Jestem pewien. - Którędy? - Jest otwór w dachu: wskoczę na strych i będę czekał. - Doczekasz się niedługo. - Kiedy? - Za dziesięć minut. - Niechże będzie i za dziesięć minut! Jak na kościele św. Jakóba uderzy jedenasta, to skoczę. I znikł. - Dobrze! rzekł pan Jackal. Carmagnole pilnuje ich na lewo, Papillon z tyłu, Volauvent dostanie się do samego domu. Zdaje mi się, że czas już wejść. I z miejsca, na którem stał, pan Jackal wkładając w usta środkowy palec ręki, świsnął z całej siły, a na jego świst odpowiedziało mu ośm lub dziesięć podobnych. Potem, ze wszystkich ulic wbiegających do ulicy Pocztowej, przybiegli ludzie, którzy w połączeniu z pierwszymi, dochodzili do liczby piętnastu. Czterej z nich uzbrojeni byli w sękate pałki; czterej inni mieli za pasem pistolety; czterej jeszcze szpady pod płaszczami; dwaj nieśli pochodnie. Ludzie ci uszykowali się w porządek następujący: Dwaj z pochodniami gotowi w każdej chwili je zapalić, stanęli, jeden po prawym, drugi lewym boku pana Jackala; ośmiu uzbrojonych szło po dwóch za nim; Avoine szedł na czele tych, co stanowili straż tylną. Przygotowania te oblężnicze nie odbyły się bez trochy szelestu: ale pan Jackal, odwróciwszy się i widząc każdego na miejscu: - Baczność! rzekł, a ci co mają zasady religijne, jak Avoine, niech zmówią pacierz, jeżeli się boją. Po tych słowach, dobywając z kieszeni "casse-tete", podszedł do drzwi tajemniczego domu, uderzył trzy razy gałką ołowianą znajdującą się na końcu casse-tetu i rzekł: - Otworzyć, w imię prawa! Potem przyłożył ucho do zamku. Żaden oddech ludzki nie przeszkadzał panu Jackalowi usłyszeć szmery z wewnątrz: piętnastu alguazylów zdawali się przemienieni w tyleż posągów; ale nic nie przerwało milczenia, jakie nastąpiło po tem trzykrotnem uderzeniu we drzwi. Po pięciu minutach daremnego nasłuchiwania, pan Jackal podniósł głowę, uderzył jeszcze trzy razy w równych odstępach i powtórzył formułę urzędową: - Otworzyć w imieniu prawa! I znowu przylepił ucho do drzwi. Nie słysząc nic tak jak i poprzednio, uderzył trzeci raz, ale również odpowiedzi nie otrzymał. - Dalej panowie, rzekł, ponieważ w żaden sposób nie chcą nam^otworzyć, otwórzmy więc sami! I, dobywszy klucz z kieszeni, włożył go w zamek, który natychmiast ustąpił. Drzwi się otworzyły.

II

Tajemniczy dom.

Ktoś co nic lepszego nie miał do roboty, jak uważać na to, co działo się na ulicy Pocztowej pomiędzy ósmą a dziewiątą wieczór, czyli we dwie godziny po przedstawieniu, które może nazbyt długo opowiadaliśmy czytelnikom naszym, nie darmo straciłby czas, gdyby był choć trochę zwolennikiem przygód nocnych i fantastycznych. Przypuszczając, że czytelnik od chwili gdy połączył się z nami, nie jest nieprzyjacielem podobnych przygód, poprosimy go, ażeby poszedł z nami na miejsce, z którego postanowiliśmy poprowadzić nasze obserwacje. Miejsce to, jak powiedzieliśmy, leży na ulicy Pocztowej; scena przedstawia mały domek jednopiętrowy, o jednych drzwiach i jednem oknie, wychodzącem na ulicę. Może ten dom miał inne jeszcze drzwi i okna, ale te musiały wychodzić na dziedziniec lub ogród. Była godzina wpół do dziewiątej wieczór, a gwiazdy świecąc jasno, obchodziły uroczystość pierwszych dni wiosny. Była to istotnie piękna noc, jasna i światła, pogodna i cicha, jak noc letnia, noc poety lub kochanka. Rozkosznie było przechadzać się w tę pierwszą noc ocieploną, i zapewne też, ażeby doznać tego uczucia, pełnego zarazem przyjemności idealnych i zmysłowych, człowiek jakiś, ubrany w długi szary surdut, blizko od godziny przechadzał się w dół i na górę ulicy Pocztowej, ustępując za węgieł domu lub wchodząc we framugę bramy, jeżeli kto zaszedł mu drogę. Rozważywszy jednak, można się było zdziwić, że ten miłośnik natury dla odetchnięcia pierwszym powiewem wiosennym, wybrał ulicę tak pustą a nadewszystko tak błotnistą, jaką była wtedy ulica Pocztowa, chociaż deszcz od tygodnia nie padał. Przechodząc około domu, któryśmy opisali, zatrzymał się małą chwilkę, ale snąć dostateczną do zbadania tego co chciał; gdyż zwróciwszy się z drogi, to jest w stronę Kolegjum Rollina, szedł prosto przed siebie, spotkał drugiego człowieka, zapewne także zwolennika nocnych piękności natury, i wyrzekł doń jedno tylko słowo: - Nic. Człowiek, do którego stosował się ten wyraz, udał się w górę ulicy Pocztowej, gdy poprzedni schodził właśnie na dół. Następnie drugi ten człowiek, wykonawszy ten sam manewr, to jest rzuciwszy przelotnie okiem na dom, postąpił jeszcze kilka kroków, wszedł w ulicę Puits-qui-Parle, i tam spotkawszy trzeciego zwolennika natury, wyrzekł do niego półgłosem tenże sam wyraz. - Nic. I szedł sobie dalej, gdy trzeci człowiek przechodząc około niego, kierował się do owego domu, popatrzył nań, jak dwaj poprzedni, i szedł w górę ulicy Pocztowj, aż do zbiegu ulicy Ulm. Tam, zetknąwszy się twarz w twarz z czwartym, wyrzekł wyraz, który już słyszeliśmy dwa razy: - Nic. I ten czwarty człowiek, z kolei minąwszy trzeciego, skręcił na ulicę Pocztową, obszedł dom, spojrzał jak poprzednicy, i ruszył dalej w dół ku Kolegjum Rollina, gdzie spotkał pierwszego miłośnika natury, przechadzającego się w szarym surducie. Wyrzekł toż samo słowo, którego nie potrzebujemy powtarzać, ominął pierwszego w surducie szarym, który szedł dalej, aż póki nie spotkał dwóch innych ludzi idących razem. Wtedy zanucił piosnkę z Jokondy:

"Długom ja biegał po świecie..."

Piosnka ta wówczas była bardzo modną; to też powtarzali ją kolejno, ale zawsze półgłosem, owi czterej ludzie, którzy wzajem powiedzieli do siebie przedtem wyraz: nic. Ci zaś nowi dwaj ludzie, co wywołali ten nokturn pięciogłoskowy, zatrzymali się tak jak poprzedzający, naprzeciwko małego domku, w tem tylko różniąc się od tamtych, że stanęli pod drzwiami rozmawiając tak cicho, iż człowiek w szarym surducie, przechodząc koło nich wciąż z piosnką na ustach, nie mógł uchwycić ani jednego słowa z tego, co mówili. Po dziesięciu minutach trzej inni ludzie, a za nimi czwarty, wszyscy okryci szaremi płaszczami, podeszli ku dwom ludziom stojącym przed domem. Wyższy wzrostem od dwóch najpierw przybyłych, ujął kolejno rękę trzech nowoprzybyłych; potem wyrzekłszy do ucha każdemu pierwszą połowę samarytańskiego wyrazu "lamma," którego oni drugą powiedzieli mu połowę, wydobył z kieszeni niewielki klucz, włożył go w zamek, lekko drzwi otworzył, wpuścił pięciu towarzyszów, spojrzał na prawo i na lewo w ulicę i sam nareszcie wkroczył do domu. Zamykał on drzwi zewnątrz w chwili, gdy pierwszy i drugi człowiek ukazali się razem w dwóch końcach ulicy, idąc równym krokiem spotkali się przed domem. Tam wymienili znowu wyraz: - Sześć. Poczem pociągnęli każdy w swoją stronę powtarzając wyraz "sześć" innym zwolennikom natury, którzy już słyszeli i odpowiadali wyraz "nic." Nie uszli jeszcze dwudziestu kroków, aliści idący na dół spotyka jednego człowieka, idący zaś do góry, trzech; ludzie ci, choć przybywający z dwóch przeciwnych stron, zatrzymali się i połączyli przed tajemniczym domem. Kiedy ci trzej nowoprzybyli weszli do domu za poprzednimi sześcioma, dwaj spacerujący znowu puścili się w pochód, spotkań i wymienili nową liczbę: Dziesięć. Nareszcie po dwóch godzinach, weszło tym sposobem do domu sześćdziesięciu ludzi, grupami po dwóch, trzech, czterech i pięciu, a nigdy więcej, jak sześciu razem. Było trzy kwadranse na jedenastą, kiedy dyletant, który zanucił arję z "Jokondy," zaintonował po raz wtóry, ale na ten raz wpadł na wielką pieśń ze "Zbiega:"

"Swobodnym wreszcie, lżej odetchnąć mogę!"

Zaledwie doszedł do czwartego wiersza, kiedy z dwóch stron ulicy Pocztowej, to jest, z przecznicy Vignes i ulicy Puits-ąui-Parle wyszło siedmiu innych ludzi, którzy na uczynione przezeń zapytanie: wielu ich jest?... odpowiedzieli bez namysłu: Sześćdziesiąt. - To dobrze, wyrzekł dyletant. Potem, jak wódz wydający rozkazy: Baczność wszyscy! dodał. Ci, do których rozkaz ten był wymierzony, zbliżyli się nie odpowiadając. Człowiek w szarym surducie mówił dalej: - Papillon stanie za domem, Carmagnole na prawem skrzydle, a Volauvent na lewem. Avoine i inni zostaną przy mnie. Wszak dobrze wybadaliście okoliczne miejscowości, nieprawdaż? - Tak jest, odpowiedziano jednogłośnie. - Jesteście dobrze uzbrojeni? - Dobrze. - Czy wiesz co masz robić, Carmagnole? - Wiem, odrzekł głos z akcentem prowansalskim. - Czy masz instrukcje, Volauvent? - Wiem, odpowiedział głos z akcentem normandzkim. - A czy masz rydel, Carmagnole? - Mam. - A czy masz sznury, Volauvent? - Mam. - Więc rozrzućmy królewski bruk: do roboty, a żywo. Trzej ludzie oznaczeni imionami Papillon, Carmagnolle i Volauvent, znikli z szybkością dowodzącą, że Volauvent, (wiatronogi) i Papillon (motyl) godni byli swego przezwiska, a że Carmagnolle obchodził się bez żadnego przydomku, było to skutkiem dumy przywiązanej do nazwiska rodowego. - Co do nas, Avoine, rzekł dowódzca gromady, przejdźmy się razem, jako dobrzy przyjaciele a pogadamy, jako dobrzy mieszczanie. Potem, wziąwszy szczyptę tabaki z tabakierki rokoko, otarłszy fularem okulary, ustawiwszy je delikatnie na nosie, zwolennik natury, dyletant, człowiek, który pragnął pogadać, jako dobry mieszczanin, zapuścił obie ręce w kieszenie i udał się w pochód ze swym patrolem. Przechadzka była niedługą. Dowódzca gromady wszedł w ulicę Puits-qui-Parle, stanął tak, ażeby nie stracić z oczu tajemniczego domu, dał znak towarzyszom, ażeby rozeszli się w głąb ulicy, tak jednak, iżby byli na zawołanie i zatrzymał jednego tylko przy sobie. Był to wielki, długi drab, chudy, blady, zezujący, z głową Bazyla na karku. - A teraz, my dwaj, rzekł dyletant, z tobą tylko, Avoine. - Na wasze rozkazy, panie Jackal, odpowiedział agent.

I

W którym czytelnik nielubiący uroczystych wystąpień, bez względu jakieby one mogły mieć skutki w polityce, raczy przejść się tymczasem na spacer.

Muzyka niezgodna w tonach, odzywająca się w głębi, wyszła wreszcie na zewnątrz. Przez ciąg dziesięciu minut trwał jeden okrzyk śmiechu i burza oklasków. Każdy z dwóch artystów podszedłszy na brzeg sceny, trzy nizkie ukłony złożył publiczności, następnie Fafiou cofnął się a Kassander pozostał na przodzie i rozpoczął monolog następujący, wyjątek z ulicznej literatury, kwitnącej w r. 1827, spisany przez jednego z przyjaciół naszych, a który radzi jesteśmy stawić przed oczy czytelników, w całej jego prostocie.

SCENA 1.

Kassander, marzący na przodzie sceny; następnie Gille w głębi.

Kassander. Niech mnie djabli porwą jeśli wiem gdzieby znaleźć sługę, któryby był uczciwy, sprytny i mało jedzący, t. j., któryby posiadał trzy cnoty teologiczne dobrych służących! Im dalej postępujemy, tem dalej i świat postępuje, a idzie od złego do gorszego: o należytą usługę bardzo teraz trudno!... Gdzie licho wyniosło poczciwych lokajów? Czyby do krainy w jakiej nie ma panów? Sprawa to ważna do tego stopnia, iż myślałem nieraz, czyby nie usługiwać sobie samemu, lecz po rozwadze, że skąpym jestem niezmiernie, zdjęła mnie obawa o zapłatę, której nie wymógłbym nigdy na własnej osobie, a przytem zamarłbym z głodu niechybnie, gdyż pierwszym warunkiem w ugodzie ze służącym jest u mnie, aby żywił się on swoim kosztem! Porzućmy więc te zamiary i szukajmy lokaja mniej odemnie wymagającego. (Rozglądając się w około). Cóż ja widzę?... E! to istotnie posługacz jakiś; biegnie jak postrzelony, spoglądając w górę. Hej! przyjacielu!... Nie słyszy, wciąż gapi się... Przyjacielu!... Miejmy nadzieję, że napotka kamień i przewali się... O! masz tobie, leży. (Podchodzi do Gilla i podnosząc go): Gdzie tak biegniesz, szalony? Grille. Panie, widzisz przecie, że biedź już przestałem. Kassander (na stronie). Słusznie mówi; chłopiec rozsądny widać. (Głośno). Wybacz: wziąłem jeden czas za drugi. Za kim pędziłeś? Gille. Za, ptakiem! Kassander (na stronie). Rozumiem teraz, dlaczego chłopiec oczy zwrócone miał w powietrze. (Głośno). A jakże ptak ów wymknął się? Grille. Bo otworzyłem drzwiczki od klatki. Kassander. Pocóż otworzyłeś? Gille. Bo klatka zabrzydzoną była i zła woń dręczyła ptaka. Kassander. Widać ztąd, że pozostajesz w służbie? Gille. A! panie, po nieszczęściu, jakie mnie oto spotkało, uważać się mogę za wolnego, a jeśli potrzebujesz moich usług... Kassander. Do kroćset! muszę wiedzieć naprzód zkąd wyszedłeś? Gille. Z domu. Kassander. Nie wątpię... ale z czyjego? Gille. Dom należy do pewnego biskupa. Kassander. A jakież tam spełniasz obowiązki? Gille. Byłem dotąd kucharzem dworu. Kassander. Ho! ho! musisz gotować wyśmienicie! Ileż; żądałbyś odemnie? Gille. Za co? Kassander. Za usługę. Gille. O! bądź pan spokojny; wezmę wszystko, co tylko wpadnie mi pod rękę. Kassander. Pytam, na jakiej stopie myślisz wejść do posług u mnie? Gille. Wejdę na własnych stopach, panie. Kassander. No, więc dobrze, sądzę, że pogodzimy się gładko. Gille. I ja pewnym tego jestem. Kassander (patrząc na niego). Eh! eh! Gille (patrząc na Kassandra). Oh! oh! Kassander. Wyraz twojej twarzy przypada mi do gustu; barwa włosów prześliczna, a nos zachwyca mnie nadewszystko! Teraz, zobaczymy tylko, czy twój głos odpowiada upierzeniu. Gille (śpiewa)

Szwajcar idąc z okolicy, Z Niemiec, z ojczystej ziemicy...

Kassander. Co ty pleciesz? Gille. Obciąłeś pan usłyszeć mój głos, więc śpiewam. Kassander (na stronie). Ten chłopiec zaczyna mi się podobać coraz więcej! (Głośno). Nie zrozumiałeś dwójznacznika; chciałem zadać ci kilka pytań dla przekonania się, czy nie zupełnie pozbawionym jesteś zmysłów. Gille. O! nic łatwiejszego, pytajcie panie; nikt lepiej odpowiedzieć wam nie może, jak nowy służący. Kassander. Rzeczywiście, spostrzegam, że lubisz mówić dużo... Wytłómacz mi naprzykład... Zapomniałem, jak ci na imię? Gille. Nazywam się Gille, do usług. Kassander (na stronie). Nader ujmujący to chłopczyna! (Głośno). Otóż, mój drogi Gillu, wytłómacz mi, jakim sposobem ryby zapuszczają się w głąb rzeki, a nie toną? Gille. A któż panu mówił, że nie toną? Kassander. Bo opuściwszy się do dna, wracają na powierzchnię. Gille. Nie utonione to wracają, panie, ale inne. Kassander (po krótkim namyśle). Co prawda, mógłbyś mieć słuszność poniekąd. Gille. Czy więcej jeszcze rozwiązać mam zadań? Kassander. Zapewno! Jakim sposobem dzieje się to, że księżyc wstaje wtedy właśnie, kiedy słońce kładzie się spać? Gille. Panie, nie księżyc wstaje podczas układania się słońca do snu, lecz słońce wstaje, wówczas, kiedy księżyc zasypia. Kassander (zdumiony). Na honor! nigdy nie pomyślałem o tem! Ty musisz być chyba astronomem, Gille? Gille. Tak, panie. Kassander. A czyjego słuchałeś wykładu? Gille. Pana Galileusza Kopernika. Kassander. Wielki to człowiek!... Otóż, kiedy jesteś uczniem tak znakomitego mędrca, rozwiążesz prawdopodobnie zadanie, jakie przedstawić ci zamierzam. Czy sądzisz,, iż Opatrzność sprawiedliwie postąpiła z moją osobą, udzielając mi dwie tylko ręce, gdy trzymam pięć stóp i cztery cale? Gille. O wiele stała się ona niesprawiedliwszą względem osła, dając mu cztery stopy bez żadnej ręki. Kassander (zachwycony). Ten chłopiec znajduje odpowiedź na wszystko. (Do siebie, postąpiwszy ku widzom). Istotnie, napotkałem służącego, który pełen jest rozsądku, będzie więc dla mnie z całem poświęceniem, i uczynię go może kiedyś zięciem moim, jeśli ma trochę odłożonego, grosza. (Głośno). No, odpowiadaj, Gille. Gille. Wszak nie co innego spełniam, panie. Kassander. Prawda... Czy kawalerem jesteś, Gille? Gille. Jeżeli tylko nie pomylono się w akcie urodzenia. Kassander (na stronie). Śmieszny, nie zrozumiał. (Głośno). Pytam czy jesteś bezżennym, czy żyjesz w celibacie? Gille. W celibacie, jak Joanna d'Arc! Kassander. Co to ma znaczyć? Gille (tajemniczo). Chcę powiedzieć, iż mógłbym wypędzić Anglików. Kassander. Przy sposobności korzystać będziemy z tego... lecz dajmy pokój rozprawom politycznym. Gille. Dobrze, panie, mówmy o filozofii, botanice, astronomii, piśmiennictwie, naukach, pyrotechnice. (Przerywając). Ale, ale, co do pyrotechniki, cóż ja tam widzę? Cu to jest? Kassander (spoglądając za wskazaniem palca). Butelka, wina, którą przynieść kazałem dla ochłody. Gille. Czy znajdujesz się pan w stanie do mnie podobnym? Kassander. Być może... a w jakim że ty znajdujesz się? Gille. Okrutne czuję pragnienie. Kassander. O! zwykłe to moje uczucie! Gille. Zdławiłbym chętnie szklaneczkę. Kassander (na stronie). Sprytny błazen! (Głośno). Dobrze więc, Gille! rozprawiać będziemy zapijając, albo pić. gawędząc, jak wolisz. Widzę, jesteś chłopcem porządnym. Gille. Pod tym względem pan się omyliłeś, ja niczego nie pożądam krom pieniędzy. Kassander (przerywając mu giestem i na stronie). Znowu nie zrozumiał. (Głośno). Powiedzieć obciąłem, że jesteś młodzieńcem bez wad. Gille. Rzeczywiście, panie, bez kawałka waty, choć zimno na dworze. Kassander. Ależ nie to. Mówiłem, że posiadasz sztukę dobrego prowadzenia się. Gille. Bo ja niegdyś prowadziłem ślepych po żebraninie. Kassander (na stronie). Musimy zmienić przedmiot rozmowy; błazen ma umysł zapieczętowany w obec niektórych pojęć. (Głośno). Czy długo służyłeś chłopcze? Gille. Tak, panie, nie przeszkadza mi to jednak być zupełnie nieużytym. Kassander. I komu niosłeś swe usługi? Gille. Najpierwej, ojczyźnie... Kassander. Jakto! byłeś żołnierzem? mój zuchu. Gille. Tak, jako rekrut, drogi panie, przez trzy miesiące. Kassander. A czy przypadkiem nie byłeś ranionym? Gille. Byłem. Kassander. A w jakie miejsce? Gille. W sam środek serca! Zranił mnie postępowaniem swojem generał. Kassander. Cóż on ci złego uczynił? Gille. To uczynił, że kazał przebiegać równinę we wszystkich kierunkach. Kassander. Cóż u licha! czy dla rozgrzania się? To musiał być chyba zakatarzony. Gille. A ponieważ nie spotkaliśmy wcale nieprzyjaciela, przeto pozwoliłem sobie oświadczyć, że generał szukał wiatru po polu. Kassander. Jakiego wiatru? Gille. Że gonił wiatr po polu; za co osadzono mnie w areszcie. Kassander. Bo generał nie zrozumiał twojej metafory. A jak długo siedziałeś w kozie? Gille. Trzy lata panie. Kassander. W jakiej miejscowości wznosiło się to więzienie. Gille. Nie "wznosiło się" ono, panie, owszem, zapadało. Kassander. Rozumiem... tak, że znalazłeś się... Gille. Zapadniętym, panie. Kassander. Ale ja pytam, w którem miejscu znajdowało się więzienie? Gille. W pobliżu morza. Kassander. Którego? Gille. Śródziemnego. Kassander. Znam pewne miasto leżące przy brzegach Śródziemnego morza, w którem przebywałem. Gille. Ja także panie. Kassander (szukając w pamięci). Nazywało się Tu, tu, tu... Gille. Lon, lon, lon! Kassander. To właśnie, Tulon! a! biedny mój chłopcze, więc i ty zakosztowałeś galer? Gille. Wszak nie ma rzemiosła, któreby krzywdziło. Kassander. Istotnie... komuż więcej służyłeś prócz ojczyzny? Gille. Służyłem na zabawkę jednej z moich współrodaczek. Kassander. Która zmusiła cię pewnie do zwiedzenia wielu krajów. Gille. Tak jest, panie; a przekonałem się wtedy, iż podróże odbywane z dziewczętami męczą daleko bardziej, aniżeli morskie. Kassander. Zyskałeś jednak pewnie cośkolwiek w tak długiej służbie. Gille. O tak! zyskałem dwie przykrości. Kassander. Zgadzam się, ale odwrotnie. Gille. Tak zdarzało się, że się ze mną niegodnie obchodzono i odwrotnie. Kassander (na stronie). Nie rozumie głuptas. (Głośno). Chcę powiedzieć, że po tylu przejściach musiałeś polubić i zaprowadzić w życiu pewien ład. Gille. O! tak. Całe moje spodnie są pełne łat. Kassander. Nie o tem mówię, ale czy masz jakie pieniądze gotowe? Gille. Gotowy jestem wziąć je zkądbądź. Kassander (na stronie). Jeszcze nie pojmuje. (Głośno). Czy odłożyłeś co na stronę. Gille. Dawno już odłożyłem na stronę wszelkie wybryki młodości. Cóż robić! człowiek starzeje się. Kassander. Znam ja to dobrze, chłopcze, lecz nie odpowiedziałeś mi dotąd na zapytanie. Gille. Jakto? Kassander. Chciałem wiedzieć, czy nie masz gdzie umieszczonych pieniędzy? Gille. I czemuż nie powiedziałeś mi pan od razu o co chodzi: posiadam pięćdziesiąt talarów dożywotniej płacy, zostawionej mi przez nieboszczkę ciotunię. Kassander (zachwycony). Do kroćset! sto pięćdziesiąt franków rocznie! wiesz, że to suma? Gille. Zapewne, suma złożona z dodania piętnastu tysięcy centymów. Kassander. Ale ja mówię, że to piękna sumka. Gille. Rozumiem, powiedzieć chcecie, że to nie ta co śpiewają w kościele. Kassander. Gille. Gille. Panie. Kassander. Przełożyłbym ci rzecz pewną. Gille. Jaką? Kassander. A przystaniesz? Gille. Przystanę, jeżeli nie odmówię. Kassander. Mam córeczkę. Gille. Naprawdę? Kassander. Słowo honoru! Gille. Swoją własną? Kassander. I nieboszczki żony mojej. Gille. A więc ona jest córką żony twojej, panie, nie twoją. Kassander. Przepraszam bardzo: należy do nas obojga. (Na stronie). Chłopczyna tak niewinny dotąd, iż nie rozumie podobnych rzeczy. (Głośno). Mówiłem więc, iż posiadam córkę piękną, cnotliwą, skromną i nader ucieszną dziewczynę. Gille. A zatem, panie, jest to dziewczyna do uciechy. Kassander. Od niejakiego czasu szukam dla niej męża odpowiedniego; napotykam ciebie wypadkiem, i mówię: Gille, czy chcesz zostać moim zięciem? Gille. Nie powiadam, że nie. Kassander. Cóż mi przyjdzie z tego, jeśli nie rzekniesz: tak. Gille. Musiałbym pierwej zobaczyć przedmiot, panie. Kassander. Ukażę ci go natychmiast. Gille. Chętnie zobaczę, ale za darmo! Kassander. Zapewne. (Na stronie). Widzę, że to chłopak oszczędny. Gille. A jaki wyznaczasz pan jej posag. Kassander. Podobny temu, jaki ty wnosisz, rocznie pięćdziesiąt bitych talarów. Gille. Wybornie. Kassander. A więc mogę przywołać córkę? Gille. Przywołaj pan. Kassander. Zirzabello! (Do Gilla). Spodziewam się, iż będziesz zadowolony. Gille. Utrzymujesz pan, że piękna? Kassander. Żywy mój portret. Gille. Do pioruna, nic szczególnego. Kassander. Rozumie się, że upiększony. Gille. Dzięki Bogu. Kassander (woła głośniej). Zirzabello! Hola! Zirzabello I trzeba zachrypnąć, gdy zajdzie konieczność przywołania tej kuropatewki.

SCENA 2.

Ciż sami, Izabella.

Izabella (zbliżając się po cichu i przykładając usta do ucha ojca swego, krzyczy:) Otóż jestem! Kassander. Przeklęta jędzo! chciałaś, żebym pękł ze strachu. Izabella. A dlaczego ojcze wrzeszczysz, jak kij, który zgubił swojego ślepego pana? Kassander. A czemu nie przychodzisz na pierwsze wezwanie? Izabella. Ponieważ straciłabym rychło nogi, gdybym przybiegać miała na tak częste przywoływania. Co potrzebujesz ojcze? Kassander. Patrz. Izabella. Na co? Kassander (ukazując Gilla). Na tego ślicznego chłopca. Izabella. Na tego piekarczyka? Kassander. Jakże podoba ci się ten młodzieniec? Izabella. O! poczwara! Kassander. To mąż twój przyszły. Izabella. Co znowu! Kassander. Tak, dałem mu już słowo. Izabella. To możesz je cofnąć. Kassander. Co mówisz? Izabella. Ja mam poślubić takiego zapustowego błazna? Nigdy, to skóra i kości. Gille. Wychudzony jestem, panieneczko, to prawda, ale przy dobrej woli wszystko zmienić można. Izabella. Z taką postacią idzie się do szpitala, wiesz mój miły! Kassander (do Gilla). A tobie, jak się podoba moja córka? Gille. Cudowna! Kassander. A więc! na rogi szatana przysięgam! że będzie twoją małżonką. Zostawiam was, trzymaj ją sobie. Gille. Dobra rada, a jak mnie opuści, to ludzie powiedzą, że była na utrzymaniu. Kassander (na stronie). Nigdy nie rozumie rzeczy! (Odchodzi).

SCENA 3.

Gille, - Izabella.

Izabella. O! jakże nieszczęśliwą jestem w mojem nieszczęściu! i jak moja matka dowolnie rozrządzająca wyborem ojca dla swej córki, mogła mi dać podobnego rodzica. Gille. Niesłusznie, panno Zirzabello miotasz takie złorzeczenia na obywatela, który był autorem dni twoich. Czy zamordować cię chce, dając za małżonka tak dorodnego młodzieńca? Izabella. Ja, twoim małżonkiem... to jest ty, moją żoną?.... Gille. Przepraszam! sądzę, że mylisz się panienko Zirzabello. Izabella. Tak, lecz ty rozumiesz mimo pomyłki. Nigdy! Gille. Gdybym jednak, w cztery oczy, z prawą ręką na sercu, a lewą za pasem, wyznał, że pokochałem się nagle.. Izabella. A w kim? Gille. W tobie!... Patrz, oto stoję już z prawą ręką na sercu, z lewą za paskiem, spoglądam w oczy twoje, i mówię: kocham cię panno do wściekłości! Cóż odpowiesz teraz? Izabella. Na pochlebne to wyznanie odpowiem w ten sam sposób, tylko, że zupełnie inaczej. Uważam cię za pochodzącego ze szlachetnej rasy, i myślę, że mówię do kawalera; ztąd też położę w tobie całe zaufanie. Gille. Słucham pilnie: mów! Izabella. Czy chcesz, ażebym była otwartą? Gille. Bądź. Izabella. A więc! od chwili ujrzenia cię, stałeś się dla mnie obmierzłym. Gille. O nieba! o podwójne nieba! Izabella. Przestań, i pozwól mi wypowiedzieć resztę. Po pierwsze nie kocham cię, bo nienawidzę; powtóre, zadurzoną jestem do szaleństwa w szlachcicu znakomitego domu. Gille. Jak nazwisko tego paskudnika rywala? Izabella. Pan Leander. Gille. Znam go i ja, lecz po takiej oznace, że wlepiłem mu kilkanaście policzków, których nigdy mi nie zwrócił. Izabella (wymierzając mu policzek). Masz! zwracam ci dług, daj mu pokwitowanie! Gille (oburzony). Panno Zirza... wiedz że nie pozwolę nastąpić sobie na pięty! Izabella. Posiadasz więc oko kuropatwie? Gille. Nie; jest to sposób mówienia. Izabella. O! nie udawaj ze mną! Mówiłam ci więc, przed wydzieleniem policzka i powtarzam, że do szaleństwa kocham pana Leandra. Zaczęliśmy się umizgać wzajem już w połowie marca. Gille (na stronie). A to dopiero chytra kotka! (Głośno). Od któregoż to roku? Izabella. 1820! widzisz, że nie od wczoraj. Rozerwij więc małżeństwo nasze, choćby przez wspaniałomyślność. Gille. A! zanadto cię kocham, panienko, żeby się na to odważyć! Izabella. Uczynisz, jak zechcesz, ja słóweczko mam do powiedzenia; jeśli zaślubisz mnie, słowo uczciwej dziewczyny, zrobię cię wnet rogaczem. Tem gorzej, że zmusiłeś mnie do wymówienia tak nieprzyzwoitego wyrazu; wszystko mi przecież jedno. (Odchodzi).

SCENA 4.

Gille (sam). Któżby mógł uwierzyć, że to córka "własna" czcigodnego starca, który nadchodzi? Złóżmy mu podziękowanie uprzejme.

SCENA 5.

Gille, Kassander.

Kassander. I cóż Gille? Gille. I cóż, panie? Kassander. Co sądzisz o moim owocu? Gille. Uważam go za trochę dojrzały. Kassander. Dojrzały? Gille. Ażeby nie powiedzieć, że nadpsuty. Kassander. Mości Gillu! co to ma znaczyć? Gille. Mówię, co mówię. Kassander. Czy śmiałbyś spotwarzyć nawet cnotę? Gille. Nie znasz pan czasem niejakiego Leandra? Kassander. Do kroćset! jakżebym nie miał go znać! Gille. Otóż ten ogrodnik zużytkował wasz owoc, nie czekając na mnie. Kassander. Wiem o tem, ale że to nicpoń, zapędziłem go już daleko. Gille. To jest on wmówił w pana, że odszedł. Kassander. Choćby i tak! Ty jesteś człowiekiem o jakim marzyłem dla córki mojej i musisz ją poślubić. Gille. Pragnę tego gorąco. Kassander. Zaklnij się więc, że weźmiesz ją za małżonkę! a ja przysięgam ci na pięć tysięcy djabłów i dziesięć tysięcy rogów, że nie oddam jej nikomu prócz ciebie, bezpośrednio, czy pośrednio wreszcie. Gille. Przeklinam się więc jak dorożkarz. Niech mnie wszyscy djabli wezmą, niech mnie potem nagła śmierć ogarnie, jeżeli kiedy pojmę za małżonkę jaką inną osobę, jakiejkolwiek płci, jeżeli to nie będzie panna Zirzabella, wasza domniemana córka. Kassander. Doskonale zaklęcie, do pioruna! do szatana! do kroćset tysięcy! najczarniejszych djabłów! Przysięga twoja rozczuliła mnie okrutnie, więc też i ja przyrzekam ci wzajemnie, iż córka moja Zirzabella do nikogo prócz ciebie, czy to wprost, czy nie wprost, należeć nie będzie. Zawołam ją znowu i podyktuję ostateczną wolę. Gille. Chcesz więc umierać? panie teściu? Kassander. Pragnę wygłosić najwyższą wolę moją, (spostrzegając listonosza), eh! eh! któż to przybywa? Gille (zatykając nos): W każdym rasie nie fabrykant perfum. Kassander. Nie, listonosz.

SCENA 6.

Ciż sami, listonosz.

Listonosz (z nosem do góry). Hej, panie Kassander! Gille. Zdaje mi się, że on pana szuka. Kassander. Tak myślisz? Listonosz (ciągle spoglądając w górę). Hej! panie Kassander! Gille. Przekonywasz się, kiedy twoją nazwę wygłasza. Listonosz. Hej! panie Kassander! Kassander. Chcesz widzieć się z panem Kassandrem, mój przyjacielu? Listonosz. Jeżeli wątpisz, to chyba głuchym jesteś, mój panie! Kassander. Tak, to ja jestem. Listonosz. Głuchym? Kassander (na stronie). Nie rozumie. (Głośno). Nie, ja jestem Kassander. Listonosz. Niepodobna! Kassander. A to dlaczego? Listonosz. Ponieważ na liście położono: Pan Kassander, ulica Księżycowa... Kassander. Cóż więc! alboż nie znajdujemy się na ulicy Księżycowej? Listonosz. Lecz napisano, że na piątem piętrze, a pan stoisz wśród ulicy. Kassander. Nic nie szkodzi, jestem panem Kassandrem, mieszkającym przy ulicy Księżycowej, ale obecnie znajduję się pod gołem niebem. Listonosz. Nie zostaniesz pan Kassandrem, dopóki nie przeniesiesz się na piąte piętro. Kassander. To dalej! zaraz wejdę. Stój i patrz, czy będę tam. Listonosz. Dobrze. Kassander (wychodząc). Nic mnie nie rozumie!

SCENA 7.

Listonosz. - Gille.

Listonosz. Mój przyjacielu, nie znasz czasem w tej okolicy miasta niejakiego Gilla? Gille. O znam; dzielny chłopiec, mina szlachetna, postać okazała. Listonosz. Być może? Gille. Stoi właśnie przed tobą. Listonosz. Gdzie? Gille. Masz go przed oczyma. Listonosz. Aj! aj! Gille. Cóż to? Listonosz. Więc to pan nazywasz się Gille? Gille. Wątpisz jeszcze? Listonosz. Przebóg! stosownie do opisu, jaki... Gille. Na szczęście, mam przy sobie moje akta osobiste. Listonosz. Po cóż mi one? Gille. Znajdziesz tam mój opis. Listonosz. Ha! zobaczmy. Gille (wydobywając z kieszeni papier, czytając:) Przystań w tulonie, hm!... hm!... Ja niżej podpisany, naczelny dozorca... hm!... poświadczam hm!... hm!... że urodzony Gille, tak! liczący dwadzieścia dwa lata... Listonosz. Doskonale! Gille. Wzrostu stóp pięć, cal jeden... Listonosz. Wyśmienicie! Gille. Nosa zagiętego w trąbę... Listonosz. Brawo. Gille. Cery bladej... Listonosz. Dobrze. Gille. Włosów musztardowych... Listonosz. Tak, wszystko zgadza się, jesteś, pan Gillem.

SCENA 8.

Ciż sami. Kassander.

Kassander (w oknie piątego piętra). Hola! posłańcze! Listonosz. Biegnę. (Do Gilla). Proszę o dziesięć soldów. Gille. Za co? Listonosz. list. Gille. Za list? Jakto! że piszą do mnie mam płacić za to? Listonosz. Bez wątpienia. Gille. Ja zaś sądzę, że ten koszta ponieść winien, kto chce mieć honor piśmiennej rozmowy ze mną. Kassander. Posłańcze! Listonosz. Idę! zaraz! (do Gilla). No, dawajże pan pięćdziesiąt centymów! Gille. Kiedy niedowierzam twojemu listowi. Listonosz. Jakto? Gille. Widziano nieraz listy nabijane prochem maszyn piekielnych. Listonosz. Odmawiasz pan przyjęcia listu, jeśli jest nabity? Gille. Rozumie się, bo jeśli nabity, to może wystrzelić. Listonosz. Tem gorzej dla pana, bo są tu wiadomości o pieniądzach. Gille. Hm? Więc to list osobisty z "pieniędzmi?" Listonosz. Nie inaczej. Kassander. Hola! posłańcze! Listonosz. Natychmiast! Gille. Na, masz twoje pięćdziesiąt centymów. Listonosz. Dziękuję. Gille. Ale, ale, list ma na sobie datę przed ośmiodniową? Listonosz. Tydzień dla przebycia drogi z Pantin, to nie wiele. Gille. Ale napisano tu: "pilny". Listonosz. Panie, temu jedynie się spieszy, kto pisze, nie temu kto odnosi. Gille. Dosyć... odejdź, gdyż torba twoja pełna zaraźliwych wyziewów. Listonosz. Bo zapakowałem w nią móżdżek na śniadanie. Kassander (z długą nitką w ręku). Posłańcze! Listonosz (przysuwając się pod okno). Jestem! jestem! Kassander. A cóż! uznajesz mnie teraz za pana Kassandra z ulicy Księżycowej, z piątego piętra? Listonosz. Nie powiadam, że nie. Kassander. Przyszlij że więc list. Listonosz. A pan, rzuć trzy soldy. Kassander. Masz. (Rzuca). Listonosz. Dziękuję. (Przymocowywa list do nitki). Ciągnij pan! Kassander. Doskonale! (Ciągnie papier, lecz nagle okno pierwszego piętra roztwiera się, a wysunięta ręka chwyta go w przebiegu). E! posłańcze! Listonosz. Cóż tam nowego? Kassander. Jakto! nie widzisz? Listonosz. Owszem. Kassander. Kradną mój list. Listonosz. Pański list kradl pewnie inne! To piękne za nadobne. Kassander. Błazen! nie rozumie mnie! Zejdę na pierwsze piętro i upomnę się o zwrot zagrabionego listu. (Zamyka, okno).

SCENA 9.

Gille, sam.

Teraz, kiedy pozostaliśmy sami, rozpatrzmyż w spokoju, co donoszą nam w tem piśmie. (Otwiera list:) "Mam honor zawiadomić pana, iż Benjaminek, trzeci z wnuków jego, zupełnie już wyzdrowiał; wygląda obecnie jak drzewo zwane "uroczem", inaczej nie umiem wysłowić się"... (Przerywając). Dziwna rzecz! ani myślałem być ojcem kiedykolwiek w życiu, aż tu naraz staję się dziadkiem? Niech i tak będzie, wyjaśni się to może w dalszym ciągu. Czytajmy: "Czyby nie czas już było udzielić zezwolenia na małżeństwo zawarte od lat siedmiu, o jakiem nie wiedziałeś, panie, choćby ta wiadomość ogołocić miała głowę twoją z reszty siwych włosów?"... (Przestając czytać). Wyśmienicie! otóż i siwe włosy! niech sobie wreszcie będą niebieskie, zielone, czarne, żółte czy różowe, na wszystko pozwalam, lecz białe! nigdy, nigdy nie przystanę na to! Idźmy dalej! (Czyta). "Czy nie opłakana to rzecz, iż wiedząc, że córka twoja, panna, jest matką trojga dzieci, upierasz się wydać ją za tego głupca Gilla?"... (Przerywając). O kimże on prawi? (Czyta). "Czekam na odpowiedź waszą panie, donosząc zarazem, iż otrzymałem maleńki spadek, przynoszący dwieście franków rocznie, który mnie i Zirzabeli pozwoli żyć w umiarkowanym dostatku. Pisz do mnie odwrotną pocztą! Twój sługa, przywiązany, Leander". (Po chwili namysłu): Nie! nie! szaleństwa takiego nie popełniłbym nigdy, ażeby on będąc prawdziwym ojcem córki, a dziadkiem trojga bębnów, wydać ją miał za kogoś innego, jak za ojca jej dzieci! Jakiem prawem ten Leander pozwala sobie twierdzić, że jestem ojcem, a jeśli już tak być ma, to jak ośmiela się wątpić o mojem sercu ojcowskiem?... (Po krótkiej przerwie, uderzając się w czoło. Gdyby jednak posłaniec wręczył mi list nie do mnie adresowany!... (Patrzy na kopertę). A! tak, nie do mnie! "Pan Kassander, ulica Księżycowa, na piątem piętrze". A więc ów stary Pandur chciał oddać mi w małżeństwo skromniutką córkę swoją, obdarzoną trojgiem pędraków, z których ostatni zwie się Benjaminem! O! poczekaj oszuście stary! Ale otóż nadchodzi. Nie wydajmy się z oburzeniem i zobaczmy, dokąd posunie nikczemność!

SCENA 10.

Gille, Kassander.

Kassander (wchodzi, czytając): "Mam zaszczyt donieść panu o bolesnej stracie, jaką poniosłeś w osobie panny Amenaidy Lamponisse, twojej ukochanej ciotki, zmarłej w dniu wczorajszym, w wieku lat siedmdziesiąt sześć"... (Przerywając). To dziwne! Nie miałem nigdy ciotki i jakże stało się, że umarła w kwiecie wieku?... Wreszcie, dzieją się rzeczy cudowniejsze jeszcze! Czytajmy dalej: "Jednocześnie też, miło mi zawiadomić pana, iż nie powinieneś liczyć na sto pięćdziesiąt franków dochodu nieboszczki, gdyż uznała za dobre wydziedziczyć cię na korzyść pewnego czeladnika od masarza z St. Menehould"... (Przestając). A to zadziwiające! zdawałoby się, iż ciotka, jakiej nigdy nie miałem szczęścia posiadać, wydziedziczyła mnie dla jakiegoś... oberwańca! Nie traćmy przecież odwagi, czytajmy dalej: "Rozumie się jednak, że gdybyś pan życzył sobie zaspokoić długi szanownej ciotki twojej, wynoszące niewielką sumkę, sto pięćdziesiąt tysięcy franków, piętnaście soldów i dziesięć denarów, to jegomość pan czeladnik masarski, dozwoliłby ci korzystać ze stu pięćdziesięciu franków dochodu rocznego, jaki w twojem miejscu odziedziczył. Zechciej więc, panie, zawiadomić mię natychmiast o twojej zgodzie lub odmowie na to położenie. Uniżony wasz sługa, Boudin de la Marne, w St. Menehould, ulica St. Giacomo, Nr. 9 stary, 11 nowy". Nie rozumiem, co znaczyć może Nr. 9 "stary"... Tak, inaczej powiedziawszy, dawną liczbą była dziewiątka, a obecną jedenastka. (Namyślając się). No, ale cóż mi tu śpiewa ten notarjusz? Dziedziczę i nie otrzymuję spadku, numer stary i nowy - nowy i stary... Cóż on sobie myśli? jakiem prawem śmie traktować obywatela paryskiego na sposób St. Menehould? O! zapewne, że odpowiem mu natychmiast, chociaż poufałość jego zasługuje tylko na pogardę z mojej strony. (Po przestanku uderzając się w czoło). A jeżeli posłaniec omylił się we wręczeniu? (Spogląda na kopertę). "Panu Gille, na bulwarze du Temple, pod wskazówką Niebieskiego Kompasu..." A więc błazen ów chwalił się dożywotnią płacą, jakiej nie miał posiąść nigdy! Otóż to szachraj ostatniego rzędu!... Powstrzymajmy jednak uniesienie i zarzućmy go kilku pytaniami, ażeby poznać do jakiego stopnia gotów dojść w udawaniu. (Do Gilla). Cóż więc, kochany Gillu? Gille. Cóż więc kochany teściu? Kassander. Zadowolonym jesteś z wiadomości otrzymanych w liście? Gille. A panu, czy donoszą coś szczęśliwego w piśmie tem? Kassander. Tak, dosyć rad jestem z nowin... Gille. Tem lepiej! I cóż tam piszą? Kassander. Że w Vaugirard zbiory wina będą wyśmienite, gdyż deszcze padają od tygodnia, a zdaje się, że grunt tamtejszy potrzebuje wilgoci. Gille. Dziwna rzecz! i mnie to samo piszą z okolicy Montmartre. Zbiór kartofli ma być niesłychanie obfity, ponieważ od tygodnia trwa susza zupełna; zdaje się, iż ziemia tamtejsza wymaga promieni słonecznych. Kassander. Gille! Gille. Panie. Kassander. Czy zdołałbyś wytłómaczyć ten objaw powietrzny? Jakim sposobem słońce, sprzyjające wzgórzom Montmartre, szkodliwie wpływa na niziny Vaugirard? Gille. Nic prostszego, panie; wynika to z położenia Vaugirard na południu, Montmartre zaś na północy. Równiny Vaugirard, wysuszone zwrotnikowym żarem, potrzebują wody, ażeby stać się mogły należycie płodnemi, kiedy śnieżne płaszczyzny otaczające szczyty Montmartre muszą mieć słońce w tym samym celu. Wszystko logicznem jest w przyrodzie. Kassander. Porządek zachwycający. Gille. Bezmiar światowy. Kassander. Dobroć Boska. Gille. Niezbadana tajemnica. Kassander. Wszystko się zgadza. Gille. Wszystko wiąże się wzajem. Kassander. Cudowna harmonja. Gille. Niepojęty myślą wytwór. Kassander. Czytaj Talesa. Gille. "Tales pater, Tales filius." Kassander. Czytaj Eudoxa. Gille. Dobrze, lecz mówmy o ozem innem. Kassander. O czemże mówić chcesz? Gille. O tobie, teściu. Kassander. Lepiej o tobie zięciu. Czy pewnym jesteś otrzymania spadku po cioci Amenaidzie Lamponisse? Gille. Jakto? Znasz pan nazwisko ciotki mojej?... Kassander. Tak, znam je. Gille. A jakim sposobem? Kassander (uroczyście). Objaśnię ci to w kilku minutach, ale odpowiedz wprzód na zapytanie moje. Czy liczysz dotąd na owe sto pięćdziesiąt franków dożywotniej płacy? Gille. A ty, mój teściu, czy zamierzasz jeszcze wydawać twoją dziewiczą córkę za mnie? Kassander. Czybyś miał wątpić o mojem słowie, Gillu? Gille. Co znowu! daleki jestem od podobnego zwątpienia. Kassander. A to co ma znaczyć? Gille. Że wiem o wszystkiem, stary głupcze!... Kassander. A więc i mnie wszystko wiadome, młody intrygancie! Gille. Zkąd wiesz? Kassander. Nie potrzebujemy grać już w ślepą babkę; ciotka twoja Lamponisse obdarła cię do naga. Gille. Za to też skromna córka twoja jest matką trzech, malców rodzaju męzkiego, z których najmłodszy, pan Benjamin, ma się o wiele lepiej. Kassander. Zdrowszy jest? Gille. O wiele, jak powiadam i rad jestem udzielić panu tak miłą nowinę. Kassander. Kto zawiadomił cię o wyzdrowieniu wnuka mego? Gille. Ten oto list... Kto ciebie, panie zawiadomił o śmierci mojej ciotki? Kassander. Ten list. Gille. Oddaj mi go, a ja oddam twój. Kassander. Bardzo sprawiedliwie. Masz. Gille. I ja zwracam. (Oddają sobie listy). W tej chwili, ponieważ znajdowano się przy zakończeniu czwartego aktu, nader zajmującego uwagę, taka cisza panowała wśród tłumu, że słychać było nieledwie oddech widzów. Nadchodziło rozwiązanie sztuki, którego ludzie w płaszczach, którzy przybyli ostatni na widowisko, oczekiwali z wielką niecierpliwością. Pod ten czas, dwaj pajace odczytywali swoje listy, rzucając sobie wzajem pioruny w spojrzeniu. Nareszcie, Kassander zaczął: Kassander. Skończyłeś czytać, Gille? Gille. Tak jest, a pan? Kassander. Ja także. Gille. A zatem, powinieneś wytłomaczyć mi, dlaczego nie zostanę zięciem twoim, panie? Kassander. A zatem wytłomaczysz samemu sobie, dlaczego nie trwam już w zamiarze oddania ci za żonę córki. Gille. Tak, lecz odkąd stajesz się pan ojcem poważnym, nie mogę pozostać w usługach twoich. Kassander. Tak, lecz, że ja znowu usunąć się pragnę pod strzechę zięcia, który ma już służącego, zrozumiesz łatwo, iż niepodobna, abym mu sprowadził ciebie. Nie wypędzam cię więc, Gille, oddalam tylko. Gille. Bez żadnego wynagrodzenia? Kassander. Czy żądasz, abym dał ci łzę żalu na pożegnanie? Gille. Kiedy kto oddala posługującego, daje mu cośkolwiek. Kassander. To też oddalam cię ze wszelkiemi względami, jakie należą tak dostojnej osobie. Gille. I nie wstydzisz się, kiedym stracił większą część dnia na słuchaniu bzdurstw twoich, zostawiać mnie bez zapłaty, stary filucie. Kassander. Masz słuszność, drogi Gille, wyraz "filut" przywodzi mi na pamięć jedno przysłowie. Gille. Jakie to, panie? Kassander. Jaka praca, taka płaca. Gille. Cieszy mnie to bardzo! Kassander. Masz pieniądze? Gille. Nie, panie. Kassander (uderzając go w tył nogą). A więc trzymaj. Przedstawienie na wzniesieniu zewnętrznem skończyć się już miało na tem i Kassander kłaniał się z uszanowaniem publiczności, kiedy Gille, który zdawał się nabierać silnego postanowienia, widząc Kassandra schylonego naprzód, wziął się natychmiast do wykonania obietnicy i wymierzył mu w odpowiedzi cios tak potężny, że pan dyrektor padł między widzów! Gille. Na honor, panie, rzetelne obrachunki tworzą szczerych przyjaciół. Kassander, u szczytu zdumienia, podniósł się i oczyma szukać zaczął Gilla, ale ten był już daleko. W tejże chwili ruch wielki powstał między tłumem; ludzie okryci płaszczami szeptali sobie wzajem do uszu: Oddał mu! oddał, oddał! A następnie, wydostając się z tłoku, mówili do rozmaitych gromad: To "na dzisiejszy wieczór!" Wyrazy te, jak szmer niezrozumiały, tłoczyły się wzdłuż całego bulwaru. Potem widziano ludzi tajemniczych rozsypujących się w ulicę Temple, to w ulicę św. Marcina, św. Dyonizjusza, Rybną, a wszyscy dążyli w stronę Sekwany rozmaitemi drogami, lecz jako towarzysze, mający nie spóźnić się na zebranie w jednem i tem samem miejscu.