Napój wolniej działał niż
pierwszy raz, ale był niemniej skutecznym.
Po chwili odrętwienia chory odzyskał zmysły i mówił dalej:
- Od tego dnia, Orsola wywierała na mnie taki wpływ, że
powoli straciłem panowanie nad sobą, a po kilku tygodniach
należałem do niej ciałem i duszą. Przez ten to potężny wpływ,
prowadzony z nieporównaną zręcznością, przywiedziony zostałem do
słuchania jej, straciwszy już od niejakiego czasu zwyczaj
rozkazywania. Gdybym to jeszcze miał był świadomość tej sromoty!
gdyby mi choć raz przyszła była myśl przegryzienia kółek tej sieci,
jaka mnie oplątała! Gdzie tam! sieć ta wydawała mi się złotą, a
pewność, że żyję w niej swobodny, odejmowała chęć wydobycia się...
W ten sposób żyłem blizko lat dwa, w tem więzieniu, co wydawało mi
się pałacem, w tem piekle, które w mej wyobraźni uchodziło za raj;
w upojeniach w jakich zanurzała mnie miłość tej kobiety, tracąc
zwolna wszystko cokolwiek dobrego i cnotliwego niebo złożyło we
mnie. Gdybym był przewidział dokąd ona chce mnie zaprowadzić,
byłbym się może oparł, ale szedłem z zamkniętemi oczyma, nie widząc
ani drogi, po której idę, ani celu, do którego mną kierowano.
Miałem wprawdzie od czasu do czasu i jakby instynktowne chwile
nagłego zastanowienia, które wydzierały mi z piersi okrzyki
przerażenia, jakieś resztki wstydu, które zrywały się we mnie, ale
Orsola posiadała nieprzepartą moc ukojenia tych przelotnych
wyrzutów sumienia. Zostawałem słowem, pod wpływem niezwyciężonego
uroku, jakiemu w starożytności, według podania, podlegali
nieszczęśliwi, opanowani przez czarodziejkę Cyrce. Czasami jednak,
widząc jak zwolna opasuje mnie ta rozkoszna żmija, pytałem siebie,
jaki ma cel, a wtedy nie innym mi się wydawał, tylko, że prędzej,
czy później chce zostać moją żoną; lecz wyznać muszę, myśl ta nie
przestraszała mnie wcale. Czemżeż ja byłem, aby się mieć za coś
lepszego od niej? Takim samym chłopem z naszych gór, jak ona. Byłem
bogatszy, lecz tylko przypadek uczynił mnie takim, ona piękniejszą
była odemnie, a piękniejszą Bóg ją uczynił. Przytem, jeżeli w
posagu przynosiłem majątek, ona przynosiła szczęście, upojenie,
rozkosz; rozkosz, którą wtedy zacząłem uważać za jedyny cel bytu,
za jedyne dobro stworzenia. Ona więc, dobrze rozważywszy, nie
równie więcej przynosiła, niż ja. Od chwili jak zdawało mi się, iż
odgadłem cel jej życzeń, wtedy oddałem jej duszę całą, tak samo jak
dotąd ciało moje posiadała. Opowiedziałem jej troski mojego
pierwszego małżeństwa; słuchając okazywała mi żywe współczucie, ale
nie schwytała tej sposobności, by mi powiedzieć, że drugie
małżeństwo, szczęśliwsze, mogłoby zatrzeć pamięć pierwszego.
Ośmieliła mnie ta abnegacja; więc ona kocha mnie samego, a nie
majątek, który z nią mogę podzielić, nie pozycję, jaką mogę jej
dać? Opowiedziałem jej całe życie, przypuściłem do udziału w moich
najdroższych widokach, nadziejach. Nie widziałem, nie myślałem, nie
mówiłem, nie oddychałem, tylko przez nią! Ja sam wtedy dawałem jej
do zrozumienia, że mogła wszystkiego żądać, ale ona zdawała się
nawet nie rozumieć tego, co ja uważałem za cel jej pożądań. Miał
jednak nadejść dzień próby, w którym energicznie wolę swą objawić
miała. Ogrodnikiem naszym był starzec, ojciec i dziad licznej
rodziny, pracujący w ogrodzie zamkowym od trzydziestu czy
czterdziestu lat. Nie wiedziałem zrazu co Orsolą miała przeciw
niemu, dowiedziałem się później dopiero. Zaczęła najprzód źle mówić
o tym człowieku, którego kochali wszyscy oprócz niej. Nie było
dnia, według niej, w którymby nie uczynił jej, jakiej przykrej
uwagi, nie dał jakiej ubliżającej odpowiedzi; nareszcie po jakim
tygodniu zażaleń, zażądała ażebym go odprawił. Wydało mi się to
niesprawiedliwością, próbowałem zatem oprzeć się, oświadczając, iż
ponieważ nikt nie ma nic przeciw temu człowiekowi, nie było więc
żadnego powodu odprawiania go, że wreszcie byłoby nieludzko
wypędzać starca, który wiernie służył w miejscu przez czterdzieści
lat. Nalegała z uporem nie będącym w jej obyczaju, aż mnie to
zdziwiło; na moją powtórną odmowę, zamknęła się w swoim pokoju i
nie wyszła przeze dwa dni, a ja przez te dwa dni, mimo próśb i
błagań wejść do niej nie mogłem. Wtedy po tysiącznych walkach z
samym sobą, nie mogąc dłużej obejść się bez tej, która stała się
nieodzowną dla mojego życia, postanowiłem nikczemnie pójść do niej
po to, ażeby przyrzec, że spełnię jej żądanie.
- A, przecież! powiedziała tylko, nie dziękując mi nawet za
ofiarę jaką dla niej czyniłem.
Nazajutrz kazałem dać znać ogrodnikowi żeby obliczył swą
należność i wyniósł się z zamku. Staruszek, dowiedziawszy się o tem
czego nie oczekiwał, upadł na darniową ławkę, mówiąc:
- Mój Boże! a ja spodziewałem się tu życia dokonać!
Wiktor i Leonja, biegając za motylkami, spostrzegli starca
plączącego i zapytali go o przyczynę. Byli oni bardzo przywiązani
do starego Wicusia. Poczciwy ten człowiek odkładał im
najpiękniejsze poczwarki, których przekształcenia tłómaczył im pan
Sarranti; nakładał im wędki, kiedy szli na ryby do stawu; dawał
pierwsze dojrzałe truskawki, pierwsze dojrzałe owoce. Dzieci
pobiegły oznajmić panu Sarrantemu, że ja wypędzam dobrego
przyjaciela Wicusia. Pan Sarranti poszedł sam wypytać starca i
zastał go bardzo zgryzionym.
- Tylko złodziei i złoczyńców wypędzają, mówił nieborak, a
ja nic nigdy nie ukradłem, nic nikomu złego nie uczyniłem. Potem
dodał cichym głosem: O! ja umrę ze wstydu!
Pan Sarranti uznał tę rzecz za tak ważną, że przyszedł do
mnie, chociaż zazwyczaj nie wdawał się w sprawy domowe. Ku
wielkiemu jego zdziwieniu, nadałem tej rzeczy taką doniosłość,
jakiej ona mieć się nie zdawała.
- Ha! rzekł do mnie, jeżeli pan masz powody ważne ku temu,
to czynisz dobrze, kochany panie Gerardzie; tylko w takim razie
powody te trzeba wypowiedzieć głośno, objawić publicznie. Pan,
który jesteś człowiekiem rozsądnym, nie możesz okazywać się
namiętnym; będąc człowiekiem sprawiedliwym, nie możesz uchodzić za
niesprawiedliwego.
Po tych słowach, nie sądząc, ażeby potrzeba było coś więcej
dodawać, wyszedł.
Miał słuszność: pozostałem z sumieniem niespokojnem, z
sercem pełnem wyrzutów, że byłem tak bliskim popełnienia czynu
niesprawiedliwego. Poszedłem więc do Orsoli, przytoczyłem jej uwagi
uczynione mi przez pana Sarrantiego, powiedziałem jakiego wstydu
doznaję.
- Dobrze, rzekła, sądziłam, że pan masz tylko jedno słowo, a
skoro jest inaczej, to nie mówmy już o tem.
- Ależ moja kochana, odpowiedziałem, każdy zgani mnie za to,
że dla dogodzenia twemu kaprysowi popełniłem niesprawiedliwość.
- Kto pana zgani? pan Sarranti? Co cię obchodzi zdanie tego
człowieka, który przyszedł niewiadomo zkąd i układa niewiadomo co?
Powiedziałam panu sto razy, że wolę i energię masz tylko przeciwko
mnie.
Była to taktyka Orsoli, powtarzać nieustannie, że mną
kierują wszyscy, tylko jej jednej woli nie ulegam. Po kwadransie,
przekonany, że spełniam czyn najsamodzielniejszy, poszedłem sam
wręczyć ogrodnikowi należne mu zasługi z dodatkiem miesięcznej
płacy, polecając mu natychmiast zamek opuścić. Biedny starzec
podniósł się, popatrzył na mnie chwilę, by się przekonać czy
istotnie ja wydaję mu ten rozkaz i z oczyma na ten raz suchemi:
- Panie, rzekł, biorąc należne zasługi, a odsuwając
miesięczny naddatek, albo popełniłem błąd, albo jestem niewinny.
Jeżelim popełnił błąd, słusznie pan mnie wyganiasz i nie mam prawa
do żadnego wynagrodzenia, ale jeżeli jestem niewinny, to pan
niesłusznie czynisz wydalając mnie, a żadne dodatki nie mogą
wynagrodzić boleści, jaką mi pan zadajesz. Potem odwracając się
odemnie: Żegnam pana! rzekł! pożałujesz kiedyś swego postępku.
Wracając do zamku słyszałem wzdychającego starca:
- O, moje biedne dzieci!
- I cóż, Orsolo! rzekłem, stało się według twojego rozkazu.
- Mojego? A jakiż ja wydałam rozkaz? zapytała.
- Kazałaś wypędzić ogrodnika.
- Ha, ha, ha! odezwała się ze śmiechem, a czyż to ja tu
wydaję rozkazy?
Wzruszyłem ramionami, bo nie rozumiałem tego kaprysu.
- Cóż on powiedział? zapytała.
- Powiedział, odrzekłem głosem zmienionym, powiedział: "o!
moje biedne dzieci!"
- Więc?...
- Więc ja po raz pierwszy w życiu uczuwam coś na kształt
wyrzutu.
- Jeżeli uczuwasz coś podobnego, mój drogi, ty, który masz
umysł tak jasny, a serce tak dobre, to znaczy się, że na moje
podniecenie popełniłeś zły uczynek.
Siedziałem w fotelu, z twarzą ukrytą w rękach a na słowa
przez nią wyrzeczone podniosłem głowę. Ona zbliżyła się do mnie,
uklękła i najsłodszym głosem, w tem krajowem narzeczu, które tak
dziwny wpływ miało na moje serce:
- Przebacz mi najdroższy, rzekła, moją złośliwość!...
Chciałam właśnie zawołać na ciebie, ale już byłeś zadaleko.
Byłem u szczytu dumy.
- Nie Orsolo, odrzekłem, ty nie jesteś złą! Ale ona mówiła
dalej nalegająco:
- Gdybym była wiedziała, że oddalenie tego ogrodnika może ci
sprawić przykrość rzeczywistą, nie byłabym wspomniała o tem.
- Więc zgodziłabyś się, ażebym go przywołał? zapytałem żywo.
- Oczywiście, skoro powiadam ci, że teraz oddalenie jego
tyleż mi sprawia przykrości co i tobie.
- O! zawołałem, jakaś ty dobra, Orsolo!
I wstałem, ażeby pobiedz za starcem.
- Nie, to ja przyczyną jestem rozpaczy tego biedaka, ja
naprawię złe, jakie uczyniłam.
I zmusiwszy mnie do pozostania w pokoju, pobiegli oznajmić
staremu Wincentemu o ułaskawieniu.
Tego ona właśnie chciała: rozumie się nieborak pewnym był,
że to ja postanowiłem go wydalić, a Orsola wyjednała mu
przebaczenie.
Przez trzy lub cztery miesiące wszystko pozostało "statu
quo;" tylko ten czas użyty został na potężną działalność, z jakiej
później dopiero zdałem sobie sprawę.
Jak wszyscy południowcy, byłem z natury wstrzemięźliwy; głód
i pragnienie, aż do czterdziestu lat życia były u mnie
koniecznością, lecz nigdy nie stanowiły przyjemności. Zwolna jednak
zbytkiem rozkoszy doprowadzony do znużenia, nie mogłem oprzeć się
Orsoli, która niebawem w upajaniu się trunkiem kazała mi szukać
denerwujących bodźców. Jak z dzikim zwierzęciem ukazywanem w
menażerji, któremu właściciel uszczupla sił sztucznemi sobie tylko
znanemi środkami, tak się stało i ze mną. Orsola, ażeby opanować
mnie zupełnie, przyzwala na pomoc najzgubniejsze specyfiki, napoje
najbardziej odurzające. Absynt i kirsz, te dwie straszne trucizny,
używane w pewnych dawkach, stały się moim ulubionym napojem a rano,
po błędnych i ogłupiałych oczach można było poznać, na jak
sromotnej orgji przepędziłem część nocy. Nazajutrz pozostawało mi
głuche wspomnienie snów, w których zmysłowość posunięta była aż do
bólu; przytem zdawało mi się wciąż, że w senności upojenia, jakiś
głos mówił mi o pragnieniach tajemniczych i strasznych. Mianowicie
przypominałem sobie, że Orsola bez ustanku skarżyła się na
dozorczynię dzieci, tak jak skarżyła się na ogrodnika; pozostawało
w pamięci zrana, że w chwilach gdy już nie miałem mocy zdobyć się
na wolę, przyrzekłem wydalić tę kobietę, ale za obudzeniem,
obietnica uczyniona w nocy, uchodziła jak dym śród innych wyziewów
pijaństwa. Pewnego razu jednak, Orsola przystąpiła do dziwnej
rozprawy.
- Dawno już, rzekła, obiecujesz mi odprawić Gertrudę, a nie
czynisz tego. Cóż cię tak dziwnie do tej kobiety przywiązuje?
Oniemiałem, zaledwie przypominając sobie tę obietnicę. Nie
miałem najmniejszego powodu do odprawienia Gertrudy, która była
dobrą kobietą, a będąc mamką mojej bratowej, uwielbiała dzieci
mocno do niej przywiązane.
Na ten raz odmówiłem bezwarunkowo.
Wstydby mi było wydzierać biednym istotom, któremi nie
zajmowałem się zgoła, pozostawiając je zupełnie na opiece tej
zacnej niewiasty, wydzierać im czułą jej troskliwość, której w tym
wieku tak potrzebowały. Wtedy też same prześladowania co przy
ogrodniku, rozpoczęły się znowu, tylko uciążliwsze, straszliwsze.
Co noc, podległy złowrogiemu wpływowi szatana, który mnie trzymał
na uwięzi, przyrzekałem odprawić nazajutrz Gertrudę, co rana
cofałem przyrzeczenie. Orsola zamknęła mi wejście do swego pokoju
jak przedtem, ale wytrzymałem tę próbę. Wyznam, że wtedy nie
wypiłem jeszcze całego wstydu, do tego stopnia, by stawić czoło
wyrzutom pana Sarranti i znieść łzy dzieci. Wtedy to Orsola
powróciła pierwsza. Pożałowała nowego kaprysu i przyszła prosić o
przebaczenie.
Domyślasz się, mój ojcze, z jaką je udzieliłem radością.
Ten zwrot ku mnie Orsoli zbiegł się z dwiema
okolicznościami, które wówczas wydały mi się małoznaczącemi, ale o
których ważności później dopiero przekonać się mogłem.
W przeddzień, Jan prosił mnie, ażeby go uwolnić na dwa dni,
bo mu potrzeba było uregulować jakiś drobny spadek w Joigny, a
zrana pan Sarranti zawiadomił nas, że obecność jego potrzebną jest
w Paryżu na dwa lub trzy dni. Po wydaleniu się Jana i pana
Sarranti, jedynemi osobami co pozostały w zamku, było dwoje dzieci,
Gertruda, Orsula i ja. Zwróciłem na to uwagę Orsoli.
- Czyż ja nie jestem już twoją sługą przy łożu i przy stole?
odpowiedziała.
I dodała do tej odpowiedzi uśmiech wróżący mi podwójną
uciechę, jaka mnie czekała.
Nadeszła noc: wieczerza była zastawiona jak zazwyczaj, w
pokoju Orsoli. Zamknęliśmy się o godzinie dziesiątej. Nigdy żadna
bachantka nie przywodziła kochanka swego do upojenia gorętszemi
ponętami: zdawało mi się, że zamiast wina piję płomień napalony od
błyskawicy jej oczu! Około jedenastej usłyszałem jakby jakieś
odgłosy narzekań.
- Co to takiego? zapytałem Orsoli.
- Nie wiem... zobacz kto narzeka.
Próbowałem wstać z krzesła, ale nie uszedłszy trzech kroków,
opadłem w fotel.
- Masz oto, wypij ten ostatni kieliszek wina a ja pójdę
zobaczę, co się tam dzieje.
Nadchodziła chwila, w której już nie byłem w stanie nic
innego robić prócz tego, co mówiła Orsola. Wychyliłem kieliszek do
ostatniej kropli, a wtedy ona wyszła. Nie wiem jak długo bawiła;
wpadłem w ten stan senności, która człowieka wyosabnia zupełnie od
otaczających go rzeczy. Ocknąłem się z niej za dotknięciem
kieliszka przyłożonego do ust moich; otworzyłem oczy i spostrzegłem
Orsolę.
- I cóż? zapytałem z głuchem wspomnieniem narzekań, które
słyszałem.
- To Gertruda, która jest bardzo chora.
- Gertruda... chora! wybełkotałem.
- Tak, rzekła Orsola, narzeka na kurcze w żołądku i nie chce
nic wziąć z mojej ręki. Powinienbyś zejść i dać się jej czego
napić, choćby wody z cukrem.
- Zaprowadź mnie, rzekłem do Orsoli.
Wtedy przypominam sobie, że zszedłem ze schodów, że Orsola
zaprowadziła mnie do jakiegoś przedpokoju, że kazała mi do szklanki
wody wsypać miałkiego cukru i wskazując mi pokój chorej:
- Zanieś jej to, rzekła, i staraj, się nie pokazywać jej,
żeś pijany.
Jakoż, wstydząc się sam stanu w jakim się znajdowałem,
przywołałem cały mój rozum, a idąc do łóżka Gertrudy krokiem dość
pewnym:
- Masz, moja dobra Gertrudo, rzekłem, wypij tę szklankę
wody, to ci ulży.
Gertruda zrobiła wysilenie, wyciągnęła rękę i wypiła.
- O panie! zawołała, wciąż ten sam smak!... Panie, panie,
lekarza!... Panie, ja z pewnością jestem otruta!
- Otruta? powtórzyłem patrząc z przerażeniem naokoło siebie.
- O! panie na miłość boską! panie, na imię twego brata...
lekarza! lekarza!
Wyszedłem przerażony.
- Czy słyszysz? rzekłem do Orsoli, ona powiada, że jest,
otrutą i prosi o lekarza.
- To pobiegnij do Morsang i sprowadź pana Ronsin.
Był to w istocie stary lekarz, który czasami przyjeżdżał do
nas na obiad, gdy bywał u chorego w okolicach zamku. Wziąłem
kapelusz i laskę.
- Jeszcze ostatni kieliszek wina, rzekła Orsola, zimno jest,
a masz z milę drogi.
I podała mi napój, który jakkolwiek nawykłemu do mocnych
trunków, sparzył mi żołądek, tak jakbym się napił witryolu.
Wyszedłem, przebyłem ogród, zataczając się stanąłem na polu, ale
zaledwie uszedłem dwieście kroków na drodze do Morsang, kiedy
drzewa zaczęły mi się kręcić, niebo wydało się ognistem, a ziemia z
pod nóg mych ustępowała. Upadłem na skraju drogi. Nazajutrz
znalazłem się w łóżku; zdawało mi się żem wyszedł z rąk straszliwej
zmory! Zadzwoniłem. Przybiegła Orsola.
- Czy to prawda, że Gertruda umarła, czy mi się śniło?
- Prawda, odrzekła.
- Ależ... dodałem wahające, umarła... otruta!
- Bardzo być może.
- Jakto, być może? zawołałem.
- Tak, rzekła Orsola, tylko strzeż się wspominać o tem;
gdyż, ponieważ nic nie przyjmowała tylko z mojej ręki lub z twojej,
to mógłby kto powiedzieć, że myśmy ją otruli.
- A dlaczegożby to miano powiedzieć?
- Ha! spokojnie odpowiedziała Orsola, świat taki
złośliwy!...
- Ależ, trzebaby zaznaczyć powód takiej zbrodni, rzekłem
cały wystraszony.
- Znaleźliby jeden.
- Który?
- Powiedzianoby, że się naprzód pozbyłeś dozorczyni, ażeby
następnie łatwiej pozbyć się dzieci, po których masz wziąć spadek.
Wydałem okrzyk i schowałem głowę pod kołdrę.
- O! nieszczęśliwy, szepnął mnich.
- Zaczekaj! zaczekaj! odezwał się umierający, to jeszcze nie
koniec... tylko nie przerywaj mi, czuję się bardzo słabym.
Brat Dominik słuchał, z piersią dyszącą, z sercem
ściśnionem.