Szynk był pełen, więcej niż
pełen, zapchany.
Dolna część, jakiej nie poznałbyś widząc ten piękny i
zalotny magazyn, który dziś się w niej mieści, dolna część składała
się z niskiej sali zadymionej, wilgotnej, cuchnącej, gdzie w
niepojętej mieszaninie warczał tłum mężczyzn i kobiet, ubranych
najrozmaiciej, między któremi jednak przemagały kostjumy handlarzy
i rybaczek.
Niektóre z kobiet, a trzeba wyznać były to najzalotniejsze i
najładniejsze, wydekoltowane aż do pasa, z rękawami zawiniętemi po
łokieć, wyróżowane, obrzucone muszkami, niektóre z tych kobiet
powiadam, głosem więcej męzkim, zaklęciem mocniej akcentowanym
niżby to przypadało do ich jedwabnej sukni lub koronkowego czepka,
objawiały podwójne przebranie: przebranie stroju i przebranie płci;
lecz przez dziwne nadużycie fantazji karnawałowej, zapewne nie te
właśnie najmniej fetowali mężczyźni składający blisko dwie trzecie
części szlachetnego zgromadzenia.
Wszystko to siedziało, stało, leżało, śmiało się,
rozmawiało, śpiewało najniegodniejszemi tony, i w takim rwetesie,
że z całej masy niepodobna było zdać sobie sprawy i że kilka tylko
szczegółów uwydatniało się w bezkształtnej całości, jaskrawością
swą uderzając w oczy.
Był to rój nieprzebity, w którym wszystko mieszało się,
tonęło, ginęło: muskularne ręce mężczyzn zdawały się należeć do
kobiet; giętkie nogi kobiece zdawały się należeć do mężczyzn;
brodata twarz zdawała się wystawać nad bujnym gorsem; kosmata pierś
zdawała się unosić melancholijną głowę piętnastoletniej dziewczyny!
Zdawało się niepodobieństwem samemu nawet Petrusowi, po mozolnem
uporządkowaniu torsów i zwrócenia każdemu własnej jego głowy,
rozróżnić do kogo należały stopy, golenie, ręce, barki, tak
wszystkie te członki były pomieszane, splecione, skręcone,
nierozwiązalnie złączone jedne z drugiemi.
W grupach odróżnionych z osobna, byli: pierrot udający że
śpi oparty o mur, a na jego barkach jak na koniu, siedziała
pierrotka, tak, że pierrot, z głową zakrytą czerwonym stanikiem
pierrotki, wydawał się olbrzymem z głową załamaną i zbyt krótkiemi
rękami; dalej poliszynel usiłujący obejść na około salę niosąc po
dziecku na każdym garbie; obok niego turek idący w kulawych
podskokach dla pokazania, że nie jest pijanym; młodzieniec
przebrany za małpę, skaczący z krzesła na krzesło, od grupy do
grupy, za którego dotknięciem kapłani bogini Rozpusty i bożka
Karnawału, najsmutniejszych bóstw, jakie zeszły z Olimpu, wydawali
najniespodziewańsze okrzyki, głosem najhukliwszym.
Potężne: hurra! powitało trzech naszych przyjaciół przy
wejściu do sali.
Pierrot objawił swą męzkość podnosząc stanik pierrotki i
ukazując swą drugą głowę.
Poliszynel zatrzymał się w swym biegu wirowym, jak gwiazda
zaczepiona o kometę.
Turek spróbował podnieść obie nogi razem, co spowodowało
natychmiastowy upadek i zupełną ruinę stołu, na który się powalił.
Nareszcie małpa jednym skokiem znalazła się na ramionach
Petrusa, i wśród śmiechu całego zebrania, zaczęła skubać
arystokratyczne kamelie jego kapelusza.
- Wierzaj mi, rzekł Jan Robert do Petrusa, wyjdźmy ztąd, ja
tu nie mogę wytrzymać!
- Wyjść, kiedyśmy jeszcze nie weszli! zawołał Petrus, co
znowu? Myśleliby że się boimy i puściliby się za nami po wszystkich
ulicach Paryża.
- A tobie jak się zdaje? zapytał Jan Robert odwracając się
do Ludowika.
- Mnie się zdaje, że kiedyśmy raz już tu weszli, to bądźmy
do końca.
- A, dajcież pokój!
- Baczność! zawołał Petrus, patrzą na nas. Ty, który jesteś
człowiekiem teatralnym, powinieneś wiedzieć, że wszystko zależy od
debiutu.
I zmierzając prosto do rodzaju krateru, który otworzył się
przed turkiem, gdzie ciało tego nieszczęśliwca zapadło się i zkąd
wystawały tylko końce jego butów i koniec kity od turbana.
- Dostojny muzułmaninie, rzekł stojąc wciąż z małpą na
ramionach, wszak znasz przypowieść swego patrona
Mahomeda-ben-Abdalah, synowca wielkiego Abu-Tabela, książęcia
Mekki?
- Nie, odpowiedział głos wychodzący z głębin rozłamanego
stołu.
- "Skoro góra nie przychodzi do mnie, ja przychodzę do
góry!"
Wtedy schwycił znienacka małpę za skórę na szyi, zdjął ją z
ramion jak kapelusz i kłaniając się turkowi ulicznikiem, który wił
mu się w wyciągniętej ręce.
- Najniższy pokłon, dobry muzułmaninie! rzekł.
I znowu zarzucił na ramiona chłopaka, który czemprędzej
zsunął się wzdłuż jego ciała, jak ze słupa namydlonego i
wykrzywiając się, znikł w kącie, do którego nie dochodziło światło
trzech czy czterech lamp oświecających tę jaskinię.
Ten dowód grzeczności i siły połączonych razem, zjednał
Petrusowi powszechny oklask.
Turek zaś bardzo niewyraźnie odpowiedział na jego
grzeczności, tylko, jak tonący, uczepił się ręki podanej mu przez
Petrusa, który jednem poruszeniem postawił go na nogach, na
podstawie widocznie niedostatecznej przynajmniej w tej chwili, dla
posągu tak mocno wstrząśniętego.
- Istotnie, rzekł Petrus po dokonaniu czynów przez nas
opowiedzianych, tutaj za wielki ścisk... Pójdźmy na pierwsze
piętro.
- Jak chcesz, odpowiedział Ludowik, chociaż widok ten nie
jest bez interesu.
Chłopiec bufetowy baczący na nich od wejścia, zapewne dla
dowiedzenia się czy każą sobie co podać, wmieszał się niebawem do
rozmowy.
- Panowie chcą wejść na pierwsze piętro? zapytał.
- W istocie, nic byśmy na tem nie stracili, odrzekł Petrus.
- Oto są schody, skinął chłopiec wskazując im rodzaj drabiny
wyciągniętej w ślimaka.
Trzej przyjaciele wstąpili na nią pośród wrzawy i śmiechu
masek, które wrzeszczały i śmiały się same nie wiedząc dlaczego,
ale wprost dla robienia hałasu, którym upajają się ludzie
podchmieleni, a pijani odurzają się zupełnie.
Na pierwszem piętrze, tak samo jak na dole, sala była pełna;
taki sam ścisk ludzi w równie zadymionej komnacie, ze ścianami
ciekawie wyzierającemi przez szpary podartego obicia, z brudnego
papieru w róże, z czerwonemi firankami w pasy żółte i zielone, z
sufitem czarnym.
Tłum ten, od progu drzwi zdawał się być jeszcze niżej
stopniem od poprzedniego; oświecony, jeżeli nie przyćmiony,
czerwonym połyskiem trzech lub czterech kinkietów, był on żywym
obrazem, dotykalnem ucieleśnieniem pojęć pomieszanych,
rozpierzchłych, niesfornych, jakie krążą w mózgu pijanego
człowieka.
- Oh!... oh!... zawołał Jan Robert, który wszedł najpierwszy
i otworzył drzwi, zdaje się, że piekło Bordiera jest wprost
przeciwne piekłu Danta; im wyżej, tem niżej.
- I cóż ty na to? zapytał Petrus.
- Ja powiadam, że dotąd było to okropne, ale teraz zaczyna
być ciekawe.
- Więc idźmy jeszcze wyżej! rzekł Petrus.
- Idźmy! powtórzył Ludowik.
Trzej młodzieńcy znowu puścili się na schody, coraz węższe i
coraz bardziej zniszczone.
Na drugiem piętrze takaż sama ciżba, taki sam widok przy
podobnej powierzchowności; tylko że tam strop był niższy, atmosfera
cięższa, powietrze duszniejsze, obciążone większą ilością
niezdrowych wyziewów.
- I cóż? zapytał Ludowik.
- Co na to powiesz, Janie Robercie! zapytał Petrus.
- Idźmy wyżej! odrzekł poeta.
Było tam na stołach i pod stołami, na ławach i pod ławami, z
pięćdziesiąt istot ludzkich, jeżeli człowiek, co spadnie niżej
poziomu bydlęcia, zasługuje na zatrzymanie tej nazwy.
Te pięćdziesiąt istot: mężczyźni, kobiety, dzieci, leżały
rozciągnięte i śpiące obok potłuczonych talerzy i potrzaskanych
butelek, obwalane sosami, poczerwienione winem.
Jeden tylko kinkiet blado oświecał salę. Rzekłbyś, że to
lampa grobowa, gdyby głośne chrapania wychodzące z kilku piersi nie
świadczyły wyraźnie o materjalnem istnieniu tych pijaków, umysłowo
zmarłych.
Zbrakło odwagi Janowi Robertowi, ale Jan Robert panował nad
sobą; serce mogło mu pękać, wola jego była nieugiętą.
Petrus i Ludowik patrzyli na siebie, gotowi, jeden mimo
swego zapału, drugi mimo swej obojętności, ruszyć napowrót.
Ale Jan Robert widząc, że schody przyciskające się do
ściany, prowadziły na wyższe piętro nakształt drabiny we młynie,
puścił się na te schody, mówiąc, spokojniejszy z pozoru niż w
rzeczywistości:
- Dalej: panowie, chcieliście tego, wyżej, wyżej!
Otworzono drzwi ostatniego piętra.
Tam dekoracja taż sama, ale zmieniła się scena.
Pięciu tylko ludzi siedziało koło stołu, na którym znać było
ślady wędlin, pośród ośmiu lub dziesięciu butelek wznoszących się
jak kręgle, tylko nie tak symetrycznie ustawionych.
Ludzie ci byli ubrani po miejsku.
Kiedy powiadamy "po miejsku", chcemy przez to rozumieć, że
mieli na sobie tylko bluzy, spencery lub kaftany.
Trzej przyjaciele weszli; chłopiec idący za nimi z piętra na
piętro, wszedł także.
Nowoprzybyli zatrzymali się na progu drzwi, rzucili okiem na
około sali, a Jan Robert zrobił znak, mogący wyrażać: "To dla nas w
sam raz".
Pantomina była tak wyrazistą, że Petrus odpowiedział.
- Ależ będziemy tu siedzieć jak książęta.
- Rzeczywiście, dodał Ludowik, niczego nam tu nie braknie,
tylko powietrza.
- Zgoda, rzekł Petrus, będziemy mieli i powietrze
otworzywszy okno.
- Gdzie panowie każą ustawić stół? zapytał chłopiec.
- Tam! rzekł Jan Robert, wskazując palcem w stronę sali
przeciwległą miejscu, w którem siedzieli goście, jakich zastali.
Komnata była tak nizka, że trzeba było z konieczności zdjąć
kapelusz przy wejściu; a po zdjęciu nawet kapelusza, Jan Robert,
najwyższy z trzech towarzyszów, głową dotykał stropu.
- Co panowie rozkażą? zapytał chłopiec.
- Sześć tuzinów ostryg, sześć kotletów baranich i jeden
omlet, odpowiedział Petrus.
- A ile butelek?
- Trzy butelki najlepszego chablis, z wodą salcerską, jeżeli
jest w zakładzie.
Na to zamówienie, które o milę trąciło arystokracją, jeden z
pięciu pierwszych biesiadników odwrócił się ku nowo przybyłym.
- Ho!... ho!... rzekł do swoich, najlepszego chablis i wody
salcerskiej! widzę, mamy do czynienia z wykwintnisiami.
- Z synami wielkich rodzin! odpowiedział drugi.
- Albo z obywatelami wysokiej komory! dodał trzeci.
I pijący kwintet począł się śmiać.
Ponieważ nowoczesne romanse i "Pamiętniki Vidoqua", jeszcze
nie były oswoiły ludzi lepszego towarzystwa z terminami
złodziejskiemi, przeto nasi trzej awanturnicy nie zrozumieli, że
ich po prostu nazwano złodziejami, mało też zwracali uwagę na
śmiechy, jakie poszły w ślad za tą zniewagą.
Jan Robert złożył już płaszcz swój na krześle, a laskę
postawił w kąciku przy oknie.
Chłopiec znowu gotował się wyjść, by zamówić żądaną
wieczerzę, kiedy ten z pięciu biesiadników, który odezwał się
najpierwszy i nazwał młodzieńców naszych wykwintnisiami, zatrzymał
go za fartuch.
- I cóż? zapytał go.
- Jakto, cóż? odpowiedział chłopiec.
- Przecieżeśmy ci kazali przynieść karty.
- Tak.
- Czemuż więc nie przyniosłeś?
- Bo panowie wiecie, że o tej godzinie nie wolno nam kart
podawać.
- A to dla czego?
- Proszę zapytać pana Delavau.
- Co to za pan Delavau?
- Prefekt policji.
- A mnie co do prefekta policji?
- Panu może nie, ale nam to może coś znaczyć.
- A cóżby to dla was znaczyło?
- Być może zamknięcie zakładu, co zmartwiłoby nas o tyle, że
nie moglibyśmy już więcej widywać panów.
- Ależ jeżeli nie można grać, to cóż my tu będziemy robić?
- Nikt panów nie zmusza pozostać.
- Słuchaj-no, ty mi jakoś nie wyglądasz na bardzo
grzecznego, powiem o tem właścicielowi.
- A powiedz pan i staremu djabłu, jeżeli chcesz.
- I ty myślisz, że my na tem poprzestaniemy?
- Oczywiście.
- A jeżeli nie poprzestaniemy?
- To, rzekł chłopiec z tym chytrym uśmiechem, który zwykle
towarzyszy żarcikom prostego ludu, jeżeli panowie nie
poprzestaniecie na tem, to pójdziecie sobie kupie karty i zagracie
w domu.
- Do tysiąc djabłów! zdaje mi się, że ty sobie kpisz ze
mnie, hultaju!... ryknął pijący, wstając z krzesła i uderzywszy
pięścią w stół tak, że butelki odskoczyły na sześć cali w górę, a
szklanki i talerze poszły w ślad za niemi. Dawaj nam zaraz karty.
Ale chłopiec był już na pół schodów, a pijący zmuszony był
usiąść napowrót, czekając, według wszelkiego prawdopodobieństwa, na
sposobność wywarcia na kimś swego złego humoru.
- Aha!... mruczał, ten łotr widać zapomniał, że ja się zowię
Jan Byk i wołu zabijam pięścią. Muszę mu to przypomnieć.
A biorąc ze stołu butelkę do połowy wypróżnioną, przyłożył
szyjkę do ust i jednym ciągiem wysączył.
- Jan Byk pomrukuje, szepnął jeden z pięciu biesiadników do
ucha sąsiadowi, ja go znam, to z pewnością spadnie na kogoś.
- W takim razie, odpowiedział ten, któremu to zwierzenie
było uczynionem, biada wykwintnisiom!