Rozdział I. Początek drogi
Rozdział I
Początek drogi
Anna Matusiak: Przenieśmy się w czasie do waszych początków w zawodzie... Wyobrażam sobie was jako młodych prawników, pełnych
ideałów i wiary w to, że dobro zawsze zwycięża. Jak to wtedy wyglądało?
Jak wyglądały świat, Polska, sądownictwo? To były przecież zupełnie inne
czasy. Zresztą w przypadku początków każdego z was mówimy o innych
okresach, bo dzieli was dekada.
Jacek Dubois: Mój kontakt z zawodem był trochę nietypowy, bo
pochodzę z rodziny prawniczej. Gdy zaczynałem dorastać, miałem jakieś
sześć lat, coraz bardziej interesowałem się tym, czym się zajmuje mój
ojciec. Zacząłem widywać go w telewizji. Dowiedziałem się, że jest
adwokatem. Początkowo nie wydawało mi się to zbyt interesujące, ale
wszystko się zmieniło, gdy zacząłem oglądać filmy kryminalne. Pojawiała
się tam zawsze sala sądowa, a w niej przemawiający z pasją mężczyzna.
Ojciec mówił mi wtedy: "To, co widzisz, to ja - tylko nie w Nowym Jorku,
a w Warszawie". Temat zaczął mnie fascynować. Miałem swoją ulubioną
zabawę. Ojciec przyjmował klientów w domu, więc chowałem się za kanapą i podsłuchiwałem rozmowy. Podkradałem mu teczki, akty oskarżenia... Charyzma
ojca i jego miłość do zawodu sprawiły, że bardzo szybko wiedziałem, kim
chcę być. Jedni chcą zostać strażakami, inni sportowcami. Ja wcześnie
zrozumiałem, że chcę być adwokatem. Miałem do tego świetne wprowadzenie,
bo w tamtych czasach życie środowiskowe miało duże znaczenie - ludzie
trzymali się swoich grup. Przez nasz dom przewijało się wiele osób z adwokackiego świata. A ponieważ wtedy samorząd skupiał najwybitniejszych
adwokatów, miałem okazję słuchać najlepszych obrońców tamtej epoki.
Fascynowało mnie to. Gdy przyszedł moment wyboru studiów, nie miałem
żadnych wątpliwości. Maturę zdawałem w tysiąc dziewięćset
osiemdziesiątym pierwszym roku i właśnie wtedy po raz pierwszy miałem
realny kontakt z sądem - już nie z kanapy. Dopiero po skończeniu
osiemnastu lat można było wejść na salę sądową. To był czas wielkich
procesów związanych z powstaniem "Solidarności". Pamiętam proces KPN-u.
Potem wprowadzono stan wojenny. Nagle ten zawód nabrał zupełnie innego
wymiaru. To było dla mnie bardzo mocne wejście w ten świat - i to na
wielu płaszczyznach. Po pierwsze, jako student chodziłem do sądów, by
obserwować procesy. Po drugie, to, co się działo w sądzie, miało
bezpośredni wpływ na nasze życie domowe. Gdy wybuchł stan wojenny, w kościele Świętego Marcina pojawiło się ogłoszenie z nazwiskami prawników
udzielających pomocy osobom zatrzymanym. Mój ojciec widniał na pierwszym
miejscu. Już drugiego dnia stanu wojennego do naszego domu zapukał
klient. To było przerażające - pierwsza myśl: ZOMO. Ale to nie było
ZOMO, tylko człowiek, który potrzebował pomocy prawnej. Trzecia
płaszczyzna to była ta towarzyska. Mówię o środowisku studenckim.
Jednego kolegę pałowali, drugiego zatrzymywali. Miałem więc odbicie
tego, co robi mój ojciec, także w swoim otoczeniu. I zacząłem sobie
uświadamiać, że w ówczesnym komunizmie zawód adwokata to jedna z nielicznych profesji dających możliwość - może nie całkiem
nieskrępowaną, ale jednak - wyrażania własnych poglądów bez cenzury.
Przemówienia wielkich obrońców tamtego okresu były fascynujące. Wtedy
ten wybór przestał być jedynie decyzją zawodową - stał się wyborem
ideowym, związanym z obroną praw człowieka, demokracji i możliwością
oficjalnego sprzeciwu wobec systemu. Przez nasz dom przewijali się
wszyscy najważniejsi obrońcy tej epoki. Opowiadali o procesach. To było
niesłychanie fascynujące. Czułem nawet pewną pretensję do losu, że
urodziłem się za późno, że nie załapałem się zawodowo na ten czas.
Marzyłem tylko o tym, żeby skończyć studia i móc już pracować.
Przychodzi rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty. Stan wojenny
już za nami, ale wciąż czuć było epokę komunizmu. Właśnie zdałem na
aplikację adwokacką. Zacząłem aplikować u Ewy Milewskiej-Celińskiej,
specjalistki od prawa rodzinnego, ale też osoby oddanej idei demokracji.
Podczas stanu wojennego wokół niej zebrała się ogromna klientela
związana z dawnym KOR-em. Ona jest w tej chwili chyba najstarszym
żyjącym obrońcą w sprawach radomskich. Wokół niej skupiały się sprawy
ludzi walczących o demokratyczne państwo prawa.
Czyli u ciebie wymiar sprawiedliwości od początku łączy się z polityką
szeroko rozumianą?
Jacek Dubois: Myślę, że świadomie - tak. Nieświadomie zaczęło się od
charyzmy ojca, który mnie tym zaraził, ale wtedy jeszcze nie było w tym
elementu walki o prawa człowieka. To był raczej podziw dla tej siły
przekazu, jaką widziałem na ekranie i u ojca. Dopiero wchodząc w dorosłe
życie, już jako student, zacząłem odczuwać potrzebę protestu przeciwko
tamtej rzeczywistości. Wtedy całą grupą, którą byliśmy na strajku NZS w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku, poszliśmy na
aplikację. Przez miesiąc nocowaliśmy wówczas na Uniwersytecie
Warszawskim, w salach Wydziału Prawa i Administracji. Wielu z nas
dostało się na aplikację. Marzyliśmy o występowaniu w wielkich procesach
politycznych. Oczywiście to było nierealne - mieliśmy wielkie serca i ambicje, ale zerowe doświadczenie. Jeździliśmy więc po kolegiach, gdzie
trafiali ludzie zatrzymani po manifestacjach, i tam oferowaliśmy pomoc
prawną pro bono. To było nasze pierwsze realne starcie z systemem. A potem los sprezentował mi coś wyjątkowego. To był chyba tysiąc
dziewięćset osiemdziesiąty siódmy rok. Przychodzę do zespołu
adwokackiego numer dwadzieścia pięć, w którym pracowała moja patronka. W korytarzu śpi Henio Wujec - dla mojego pokolenia niemal bóstwo, jedna z ikon podziemia. Nie mogłem się oprzeć - podszedłem, zagadałem. Wyjaśnił,
że właśnie wyszedł po zatrzymaniu i przyszedł do Ewy
Milewskiej-Celińskiej, bo potrzebuje adwokata. Powiedziałem, że zaraz go
wprowadzę bez kolejki. Odpowiedział, że absolutnie nie - on poczeka. Dla
mnie każda chwila rozmowy z nim była bezcenna. W pewnym momencie wyszła
Ewa i zapytała: "Co to za sprawa?", a Heniek: "Nie chcę ci zawracać
głowy, Jacek będzie mnie bronił". I tak - na pierwszym czy drugim roku
aplikacji - zostałem obrońcą Henia Wujca. Sprawa może nie była
pierwszoplanowa, ale dla mnie to było nieprawdopodobne wyróżnienie.
Świat zaczął się zmieniać. Reaktywacja "Solidarności", nowe wybory...
Zawód adwokata w ciągu kilku miesięcy zmienił się o sto osiemdziesiąt
stopni. Pisałem pracę magisterską o spekulacji. Nagle spekulacja
przestała być przestępstwem. Roznoszenie ulotek - tak samo. Bibuła
trafiała do księgarń. Ludzie, których broniliśmy, zaczynali pełnić
funkcje państwowe. Z Heńkiem to była kapitalna historia. Najpierw
przyniosłem zaświadczenie, że nie może się stawić przed sądem, bo ma
spotkanie "Solidarności" z Margaret Thatcher. Później - że jest w delegacji u Ronalda Reagana. A na końcu - że został wybrany do Sejmu.
Sprawa została umorzona.
Adwokatura się wtedy zmieniła. Z jednej strony - pamiętam taką ankietę,
według której zawód adwokata cieszył się w Polsce największym zaufaniem.
Wszystko, co się działo w stanie wojennym, wyniosło naszą profesję na
piedestał. Z drugiej - otworzył się rynek i nastąpiło zupełne trzęsienie
ziemi również w tym zawodzie.
Igorze, jeśli chcę poznać transformację ustrojową z twojej perspektywy,
mogę pytać o pewne oczekiwania, atmosferę, uczucia młodego adepta, który
wówczas dopiero miał rozpocząć karierę. Ale od początku...
Igor Tuleya: U mnie w rodzinie nie było prawników. Maturę zdawałem w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym i w tym samym roku
rozpocząłem studia prawnicze. Wybór tego kierunku to był tak naprawdę
splot przypadków. Jako młody chłopak marzyłem o tym, żeby zostać
lekarzem. Potem, wybierając profil klasy w liceum, zdecydowałem się na
humanistyczny - i to już wymagało podjęcia pewnej decyzji. Po klasie
humanistycznej wiadomo było, że powinienem iść na jakiś kierunek
humanistyczny. Wtedy jeszcze obowiązywała służba wojskowa i w tysiąc
dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku wszyscy nią straszyli.
Zacząłem więc kalkulować: gdzie mam największe szanse się dostać.
Najwięcej miejsc było na prawie. Pomyślałem sobie: "Dobrze, złożę na
prawo, a tym, co mnie naprawdę interesuje - historią, może literaturą -
zajmę się później, jako drugim kierunkiem". Oczywiście tak się nie
stało. Wsiąkłem w studenckie życie i przez długi, długi czas bardzo
chciałem zostać adwokatem. Do dziś uważam, że to niezwykle prestiżowy
zawód. Wówczas adwokatura była jeszcze bardziej elitarna niż obecnie. Na
pierwszy rok aplikacji adwokackiej przyjmowano około piętnastu osób. Na
aplikację sędziowską - czterdzieści.
Jacek Dubois: Wejdę w słowo... Wcześniej aplikację adwokacką robiło
się dopiero po sędziowskiej. Do tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego
szóstego roku każdy, kto chciał zostać adwokatem, musiał najpierw
przejść aplikację sędziowską i dopiero potem mógł kontynuować naukę w kierunku adwokatury. Ja w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym
roku byłem pierwszym rocznikiem, w którym aplikacje się rozdzieliły.
Wybierało się od razu ścieżkę docelową po studiach.
Igor Tuleya: Wracając, bardzo chciałem zostać adwokatem, zwłaszcza
że ogromne wrażenie zrobił na mnie film Firma z Tomem Cruise'em.
Pomyślałem sobie: będę takim właśnie prawnikiem w jakiejś dobrej
kancelarii (śmiech). Po studiach wahałem się, czy nie zająć się
historią prawa, czy nie iść w stronę pracy naukowej - ale ostatecznie
zdecydowałem się być praktykiem. Łatwiej było dostać się na aplikację
sędziowską. Szkolenie wyglądało zupełnie inaczej niż dziś - nie było
jednego ośrodka, jak teraz w Krakowie. Przy każdym ówczesnym sądzie
wojewódzkim działały lokalne ośrodki szkoleniowe. Złożyłem papiery na
trzy aplikacje: adwokacką, sędziowską i prokuratorską. Dostałem się na
sędziowską i prokuratorską. Wybrałem oczywiście sędziowską.
Prokuratura cię nie kusiła?
Igor Tuleya: Trochę tak, ale przeważyło to, że sędzia - przynajmniej
teoretycznie - jest niezawisły. A w prokuraturze jest odrobinę jak w wojsku, przed którym uciekałem. Ostatecznie wybrałem aplikację
sędziowską i nie żałowałem. Nie żałuję do dziś. Mimo to miałem ogromne
kompleksy. Istniała wtedy możliwość, by po egzaminie sędziowskim zrobić
uzupełniającą aplikację adwokacką lub radcowską. Pamiętam, to był rok
tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy - odbieram nominację na
sędziego, bo kończy się moja asesura, i mam już zdany egzamin radcowski.
Dzwonią do mnie z Okręgowej Izby Radców Prawnych i pytają, kiedy złożę
wniosek, bo cały rocznik czeka, żeby wysłać wspólnie dokumenty. A ja
wtedy mówię: "Nie, dziękuję. Mam inne plany". To był już świadomy wybór.
Gdy zostałem asesorem, a byłem jeszcze aplikantem sądowym, to wchodziłem
w zawód, można powiedzieć, "na gotowe". Już przy Okrągłym Stole i w czasie pierwszej "Solidarności" pojawiły się konkretne pomysły na
reformę sądownictwa. Przy Okrągłym Stole wywalczono zmiany: powstała
Krajowa Rada Sądownictwa, pojawiła się samorządność sędziowska - i ja do
tego systemu po prostu wszedłem.
Masz w sobie - jak Jacek - jakieś poczucie żalu, że nie było ci dane
pracować w czasach przełomu?
Igor Tuleya: Tak. Bo ja trafiłem do sądu w tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiątym czwartym roku jako aplikant. Struktury nowoczesnego
sądownictwa już istniały. Wydawało mi się wtedy, że to wszystko -
Krajowa Rada Sądownictwa, samorządność sędziowska - jest dane raz na
zawsze. Sądy w latach dziewięćdziesiątych były przaśne, zaniedbane,
niedofinansowane. Były bardziej urzędem niż miejscem, które się
kojarzyło z prestiżem.
Czyli nie czułeś się jak Tom Cruise?
Igor Tuleya: Bynajmniej nie. Większość warszawskich sądów - włącznie
z Sądem Najwyższym i Główną Komisją Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi
Polskiemu - mieściła się wtedy w budynku przy Alei "Solidarności". Było
tam jak w ulu. Żadnych remontów. Nie było komputerów, tylko maszyny do
pisania. Istniała nawet hala maszyn, gdzie przepisywano wszystkie
uzasadnienia wyroków. Wydawało mi się wtedy, że do końca życia będę się
zajmował klasyczną przestępczością - ktoś komuś coś ukradł, ktoś kogoś
pobił i tak dalej.
Ale kręciło cię to?
Igor Tuleya: Tak. Zaczynałem asesurę w Nowym Dworze Mazowieckim,
czyli pod Warszawą. Byłem tam rok z hakiem, a później przeniosłem się na
Mokotów. Co ważne, to był jeszcze czas, kiedy wielu absolwentów
aplikacji sędziowskiej uciekało do wolnych zawodów. Na roku było nas
czterdziestu, a w sądzie zostało może dziesięciu. Były ogromne braki
kadrowe. Przez kilka roczników z rzędu było wiadomo, że wszyscy trafią
do pionu karnego, bo tam notowano najwięcej wakatów. Mnie to cieszyło.
Prawo karne było dla mnie najbardziej zrozumiałe. Gdyby zapytać
cywilistę, czy prawo karne to w ogóle prawo, pewnie by odpowiedział, że
nie.
Powiedziałeś ważną rzecz: "Wydawało się wtedy, że to wszystko - Krajowa
Rada Sądownictwa, samorządność - jest dane raz na zawsze". W jakich
momentach zawodowych pojawiało się zwątpienie w myśleniu o prawie, o sensie waszej pracy?
Igor Tuleya: W tym zawodzie zdarzają się różne momenty. Jako młody
sędzia byłem pełen energii. Miałem poczucie bycia szeryfem. To jest
częste - młodzi sędziowie cierpią na tak zwaną chorobę łańcuchową.
Na czym ona polega?
Igor Tuleya: Choroba łańcuchowa to przypadłość młodych sędziów,
którzy - świeżo po aplikacji, po egzaminach - uważają, że są
najmądrzejsi na świecie.
Ale ty jesteś bardzo skromnym człowiekiem.
Igor Tuleya: Bo już dawno przeszedłem chorobę łańcuchową.
Czyli to rodzaj sodówki?
Igor Tuleya: Tak, to typowa sodówka. Wydaje mi się, że wszyscy
sędziowie na całym świecie przez to przechodzą. Rozmawiałem z prawnikami
z USA - tam mówią na to "choroba togi". Bo na sali sądowej sędzia nosi
tylko togę. To właśnie ta sama sodówka. Na szczęście to choroba wieku
młodzieńczego, która po kilku latach mija. Ale gdy zaczynałem, naprawdę
miałem poczucie bycia szeryfem. Orzekałem w sądzie na Mokotowie, gdzie
mieszkałem, miałem więc też silne poczucie, że buduję sprawiedliwość w swoim - w cudzysłowie - małym miasteczku. Pewne rzeczy jednak zaczęły
mnie z czasem niepokoić. Najpierw dziwiły, potem niepokoiły.
Co to było?
Igor Tuleya: Trafiały do nas sprawy z kolegiów do spraw wykroczeń -
one wtedy jeszcze istniały, a sądy rejonowe rozpatrywały od nich
odwołania. Czasem te orzeczenia były naprawdę zdumiewające. Czytałem
akta i odkrywałem, że protokół przesłuchania świadka podpisany był in
blanco - bez żadnej treści. Po prostu osoba prowadząca postępowanie
zapomniała go później uzupełnić. Na przykład: przesłuchiwany policjant
podpisywał taki pusty protokół, a potem nikt już go nie wypełniał.
Zmiany jednak zaczęły następować. Sądy zaczęły stosować areszty
tymczasowe na wniosek prokuratora - wcześniej robił to sam prokurator.
Nie pamiętam dokładnie, który to był rok - może tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiąty szósty, może dziewięćdziesiąty siódmy. Wracając
jeszcze na chwilę do aplikacji, byliśmy źle uczeni. Właściwie uczono nas
tak, jak kształcono prawników jeszcze w latach osiemdziesiątych.
Wykładowcy ostrzegali: "Nigdy nie wierzcie adwokatom ani radcom prawnym.
Na sali sądowej będą was okłamywać, wprowadzać w błąd. Jedyną osobą,
której możecie wierzyć, jest prokurator. To z nim gracie do jednej
bramki".
Pewnie pokłosiem tego rodzaju edukacji stał się brak współpracy tych
środowisk między sobą.
Igor Tuleya: Dokładnie. Relacje z prokuratorami były zupełnie inne -
nawet towarzysko - niż z członkami palestry. Z adwokatami nie wypadało
się kolegować. Ba! Nawet nie można było.
Wrócimy do tej kwestii, ale pociągnijmy teraz wątek twoich zawodowych
wątpliwości. Kiedy po raz pierwszy coś cię na tyle zaniepokoiło, że
miałeś ochotę zareagować? Zawalczyć o prawdę?
Igor Tuleya: Pierwsza taka sytuacja, która była ewidentnie niezgodna
z procedurą, wydała mi się czymś marginalnym. Pomyślałem: "Zdarzyło się.
Świat jest dziwny. Może tak bywa". Ale później pojawiła się cała seria
spraw w Nowym Dworze Mazowieckim, gdzie oskarżeni przyznawali się do
winy w postępowaniu przygotowawczym, a przed sądem odwoływali
wyjaśnienia. Byłem wtedy młody. Zdziwiony pytałem: "Jak to? Przyznał się
pan, a teraz się pan nie przyznaje? Co się stało?". Pierwszy oskarżony
odpowiedział: "Policjanci pokazali mi olbrzymią grzałkę do podgrzewania
wody w wannie i powiedzieli, że jak się nie przyznam, to mi ją wsadzą w tyłek". Brzmiało to absurdalnie - nie uwierzyłem. Ale potem przyszły
kolejne cztery czy pięć spraw, w których oskarżeni mówili dokładnie to
samo. W końcu zapytałem prokuratora: "Panie prokuratorze, co to za
absurd? Cała seria takich samych historii? Oni się zmówili?". A prokurator odpowiedział: "Niech się pan nie martwi, panie sędzio. To
prawda, oni tam mają pod sufitem podwieszoną grzałkę. Tak straszą. Ale
ona jest zepsuta".
Aaaa... Skoro zepsuta, to luz... (śmiech).
Igor Tuleya: No właśnie... Próbowałem coś z tym zrobić: pisałem pisma
do prokuratury, informowałem przełożonych. Ale to były takie czasy -
druga połowa lat dziewięćdziesiątych. Pamiętam jeszcze inną sytuację.
Gdy w kolegium w Nowym Dworze czy Legionowie zapadło rozstrzygnięcie nie
po myśli policji, tamtejszy komendant zebrał kilka radiowozów i pojechał
na miejsce. Wyciągnęli wszystkich członków orzekających z kolegium -
było ich kilkunastu - przewieźli ich na komendę i poddali badaniu
alkomatem. Oczywiście wszyscy byli trzeźwi. Ale takie rzeczy się wtedy
zdarzały. I nikt nie robił z tego afery - starsi prawnicy czy sędziowie
przyjmowali to raczej z uśmiechem i komentarzem: "Bywa".
No dobrze, ale jak to w sobie rozstrzygać, kiedy jest się młodym sędzią
i słyszy się takie rzeczy?
Igor Tuleya: Pomyślałem wówczas: "Dobrze, to tylko kolegium. Ale coś
takiego w sądzie nie mogłoby się przecież wydarzyć".
A dziś?
Igor Tuleya: Dziś już wiem, że wszystko jest możliwe. I nigdy nie
można milczeć.
Jacku, czy kiedy byłeś na studiach, osoby, które decydowały się na
aplikację sędziowską albo prokuratorską, nie były postrzegane trochę
dziwnie? W końcu to były czasy komunizmu, PRL, a ktoś wybiera karierę w sądzie albo prokuraturze...
Jacek Dubois: Miałem na to trochę inne spojrzenie, bo przez nasz dom
przewijali się zarówno prokuratorzy, jak i sędziowie. Byłem świadomy, że
w okresie komunizmu tak sędzia, jak i prokurator mogli być bardzo
porządnymi ludźmi. To nie zawód determinuje człowieka, lecz proporcje
poszczególnych "gatunków ludzkich" w danym środowisku. To one mogą
sprawić, że zawód staje się albo wielki, albo mniej wielki. Na pewno
patrzyliśmy na to trochę przez pryzmat opozycyjności. Mówię tu o latach
tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt pięć, osiemdziesiąt sześć, czyli nie o czasie, w którym Igor podejmował swoje decyzje. Wtedy adwokatura była
związana z protestem wobec systemu, z niezależnością, z pewnym
oportunizmem wobec władzy. Choć oczywiście motywacje bywały różne -
prestiżowe, finansowe, ideowe. Nasze środowisko NZS-owsko-strajkowe z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku myślało raczej o aplikacji adwokackiej. Osoby, które szły do prokuratury czy do sądu,
były przez niektórych postrzegane jako akceptujące system, ale były też
osoby obierające tę drogę z pasji do tych zawodów i takie, które
traktowały to jako etap przejściowy. To też wynikało z realiów. Mówię o sytuacji sprzed tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku, kiedy
na aplikację adwokacką było dziesięć, jedenaście miejsc na całą
Warszawę. Przy Wydziale Prawa, gdzie studiowało trzysta osób, dostawało
się dużo mniej niż jeden procent. Była jeszcze Akademia Teologii
Katolickiej, czyli dzisiejszy Uniwersytet Kardynała Stefana
Wyszyńskiego, ale tam odsetek był jeszcze mniejszy. Wielu studentów
wybierało aplikację sędziowską lub prokuratorską nie z powołania, ale z kalkulacji - żeby po jej ukończeniu dostać się do adwokatury inną
ścieżką, przez zmieniające się przepisy, przez pracę w zawodzie. A więc
ta adwokatura była w tamtym czasie absolutnym numerem jeden - łączyła
się z niezależnością, wolnym zawodem, a czasem ze sprzeciwem wobec
systemu. Okres, o którym mówi Igor, to już zupełnie inna epoka. Wtedy
zawód adwokata się otworzył, zaczęła się pauperyzacja adwokatury, a równocześnie wzrosły uposażenia sędziowskie. I nagle sędzia przestał być
kojarzony z PRL-owskim funkcjonariuszem, a zaczął być symbolem wolnej
Polski.
Igor Tuleya: Gdy ja zostałem sędzią, zarabiało się bardzo mało -
dlatego wielu ludzi uciekało do wolnych zawodów.
Jacek Dubois: Ale jeszcze wcześniej był taki moment, kiedy pensje
skoczyły. Może nie do poziomu zachodniego, ale istotnie wzrosły.
Dodatkowo pojawiły się osłony socjalne. Równolegle rosła liczba
adwokatów, co powodowało rozmycie środowiska, a nawet jego pauperyzację.
Sędzia przestał być utożsamiany z przedstawicielem systemu, a stał się
symbolem niezawisłości. Może finansowo to nie nadążało, ale prestiżowo -
zdecydowanie.
A czy choroba łańcuchowa ma odpowiednik wśród adwokatów?
Jacek Dubois: Choroba mecenasowska. Przeżywamy to bardzo podobnie.
Człowiek po studiach, psychicznie zupełnie nieprzygotowany, nagle
zostaje nazwany mecenasem, otrzymuje praktycznie nieograniczone
możliwości - finansowe, środowiskowe, quasi-biznesowe. Pojawia się
potrzeba "zabłyśnięcia". To może nie jest choroba władzy, ale
zdecydowanie choroba megalomanii. Rozmowy w środowisku oscylują głównie
wokół tego, kto prowadzi jakie sprawy - przypomina to rozmowy wędkarzy,
u których z każdą opowieścią ryba staje się coraz większa. Tak samo
młodym adwokatom rosną w opowieściach skala zwycięstw i sukces. W efekcie każdy dwudziestosześcio-, dwudziestosiedmiolatek to milioner o profesorskich możliwościach intelektualnych. U niektórych ta choroba
nigdy nie mija, u innych trwa rok-dwa lata i przechodzi.
A jak było u Jacka Dubois?
Jacek Dubois: Szczerze? Wychowywałem się w specyficznych warunkach -
mój ojciec, który był dziekanem Rady Adwokackiej, był niezwykle skromnym
człowiekiem. Jeździł maluchem, a cała rada próbowała go przekonać, że
dziekanowi nie wypada. Dla niego ważniejsze były przeczytane książki niż
liczba zer na koncie. I być może przez to ta choroba mnie mocno nie
zaatakowała. Poza tym przez długi czas nie odnosiłem sukcesu
finansowego. Nie wyniosłem z domu zdolności do robienia pieniędzy. Może
to też była kwestia innych wzorców. Igor wspomniał o filmie Firma,
który opiera się na nadprodukcji faktur - dla mnie ten film nigdy nie
był inspiracją. Mój wzorzec to raczej adwokat samotnik, występujący
przeciw systemowi. A najpiękniejszy filmowy wzorzec? Zabić drozda. Ta
scena, gdy adwokat wychodzi z sali po przegranej sprawie, a czarnoskóra
publiczność na galerii wstaje i bije mu brawo - to była dla mnie
definicja sukcesu. Bo można przegrać sprawę, a mimo to ją wygrać. Są
sprawy, które z definicji są przegrane, a mimo to trzeba w nich stanąć -
i wyjść z nich z podniesioną głową. Wielu takich prawników broniło
czarnoskórych przed białymi ławami przysięgłych na Południu. I choć
często przegrywali, to ich praca sprawiła, że trzy dekady później
apartheid się skończył. Dla mnie więc wzorcami byli tacy adwokaci. Potem
oczywiście pojawiły się Orły Temidy, to był akurat czas moich studiów.
Gdy wybuchła wolność gospodarcza, przeżyłem bardzo trudny moment.
Chciałem być adwokatem karnym. Ale żeby być rozpoznawalnym, dobrze
zarabiającym adwokatem karnym, trzeba było albo mieć ogromne
doświadczenie, albo być bardzo przebojowym - a ja wtedy nie miałem ani
jednego, ani drugiego. Równocześnie wybuchł rynek gospodarczy. Zaczął
funkcjonować kodeks handlowy. Ludzie z młodymi głowami, chętni do nauki,
robili błyskawiczne kariery. A ja - jako adwokat karny - zarabiałem
według stawek jeszcze z poprzedniego systemu. Moi koledzy zakładali
spółki cudzoziemcom, załatwiali zezwolenia na zakup nieruchomości - i obsługiwali rynek inwestorów zagranicznych. Nie były to może stawki
nowojorskie, ale już im bliskie. A ja za sprawę karną, która zajmowała
mi miesiące czy lata pracy, brałem jeszcze stare stawki. Tymczasem
kolega za założenie jednej spółki dostawał tysiąc dolarów. Nie miałem
więc "choroby mecenasowskiej", a raczej kompleks. Znalazłem się w intelektualnej pułapce: co robić? Z jednej strony - żona, zobowiązania,
ambicje. Z drugiej - pasja. Z przyczyn czysto ekonomicznych wszedłem w działalność gospodarczą. Przeczytałem Kodeks handlowy, zacząłem robić
coś, co kompletnie mnie nie interesowało - ale co przynosiło dochód.
Kupiłem zagraniczny samochód. Zacząłem zarabiać. Ale byłem w rozterce.
Pojawiły się wtedy pierwsze wielkie kancelarie, adwokaci w wieżowcach,
prestiżowe adresy. Tylko to nie był mój świat. Mój świat to raczej Czas
zabijania - adwokat w knajpie, z notatkami, samotnie walczący z systemem. Przez dwa lata kręciłem się wokół biznesu, wokół spółek. Aż w końcu stwierdziłem, że siedzę w czymś, co mnie nie pasjonuje - nawet
jeśli daje pieniądze. Wyszedłem z założenia, że człowiek jest
szczęśliwy, gdy robi to, co go naprawdę pasjonuje, a nie to, co przynosi
zysk. I zrobiłem krok wstecz. Rzuciłem wszystko, co udało mi się
osiągnąć w tym świecie "okołobiznesowym", i wróciłem do spraw karnych.
Uznałem, że mój pierwotny wybór był słuszny. Może trudniejszy, może
dłuższy - ale bardziej mój. Nie miałem silnej "choroby mecenasowskiej",
bo moi koledzy osiągali znacznie więcej - przynajmniej finansowo. To był
czas zachłyśnięcia się kapitalizmem. Liczyło się raczej konto niż realne
osiągnięcie. A trudno zwariować z sukcesu, gdy żyje się od pierwszego do
pierwszego.
Rozumiem, że to otwarcie rynku spowodowało, że środowisko adwokackie
przestało kisić się we własnym sosie.
Jacek Dubois: Tak. Ono funkcjonowało w pewnej wewnętrznej
hierarchii, która była niepisana, ale powszechnie szanowana. Najwięksi
prawnicy byli wybierani do władz samorządowych, a wszyscy dobrze
wiedzieli, kto jest kim i gdzie jest jego miejsce. I nagle otwarcie
rynku sprawiło, że do zawodu zaczęli napływać zupełnie nowi ludzie.
Dotychczasowe zasady - te nieformalne, środowiskowe - zostały zmiecione.
Zmienił się też sam charakter pracy adwokata. Dotąd adwokat to był
przede wszystkim sąd. Nie było spółek adwokackich - były zespoły.
Adwokat nie udzielał raczej porad gospodarczych. Owszem, można było być
radcą prawnym w spółdzielni mieszkaniowej, ale trzonem pracy były sprawy
sądowe. Albo miało się talent do występowania w sądzie, albo nie. Nagle
pojawiły się nowe rynki - znacznie atrakcyjniejsze od klasycznej
adwokatury. Trzeba było stworzyć cały system gospodarczy: zakładać
firmy, prowadzić inwestycje, a przecież nikt z adwokatów tak naprawdę
się na tym nie znał. Ci, którzy weszli wtedy do zawodu, zaczęli też
zawłaszczać ten nowy rynek. Władze podjęły wówczas dość niefortunną
decyzję: otworzyły rynek usług adwokackich dla zagranicznych firm bez
żadnych ograniczeń. Nie wprowadzono, na przykład, obowiązku udziału
polskich wspólników. Zagraniczne kancelarie po prostu przyjeżdżały,
zakładały swoje spółki, zatrudniały, kogo chciały - często nie byli to
nawet adwokaci ani radcowie - i zaczynały dominować. Za nimi przyszli
sieciowi klienci. Znalazłem się w samym środku tej burzy - między
klasyką, którą kochałem (czyli sądem), a czymś zupełnie nowym. Dla
ludzi, którzy wchodzili wtedy do zawodu - czy to świeżo po aplikacji,
czy z zupełnie zewnętrznego środowiska - była to niewiarygodna szansa.
Początek lat dziewięćdziesiątych to był czas powstawania największych
firm prawniczych. Przeżywałem wtedy dość żywiołowy okres: najpierw byłem
takim "outsiderem", który chciał zostać tradycyjnym adwokatem w świecie
całkowitej rewolucji. Później przystosowałem się do tego "biegu
pingwinów ku sukcesowi". Wreszcie przyszedł moment opamiętania i zadałem
sobie pytanie: co ja tak naprawdę chcę robić? Wiedziałem, że jeśli nie
wsiądę do tego pociągu, to on po prostu odjedzie. Odbyłem rozmowę z moim
przyjacielem od dzieciństwa i przyszłym wspólnikiem Aleksandrem
Pociejem. Postanowiliśmy założyć spółkę, która połączy trendy
nowoczesności z moim tradycyjnym podejściem do zawodu. Ja objąłem w niej
dział karny, Aleksander - dział gospodarczy. I spróbowaliśmy, mówiąc
metaforycznie, wsiąść jednocześnie do dwóch pociągów. Środek lat
dziewięćdziesiątych to moment założenia naszej spółki. Wtedy też stałem
się zupełnym pracoholikiem. Miałem dwa zadania: z jednej strony
zatrudnialiśmy ludzi, więc pojawiły się odpowiedzialność, zdobywanie
klientów, organizacja pracy. Z drugiej - realizowałem swoje osobiste
ambicje, czyli prawo karne. Byłem na kilku etatach. Z jednej strony
starałem się być jak najlepszym obrońcą w sprawach karnych, z drugiej -
pomagałem w sprawach gospodarczych. Poza tym zdobywałem klientów, co
wiązało się z koniecznością uczestniczenia w niemal wszystkich
bankietach w Warszawie. To był bardzo wyczerpujący okres w moim życiu.
Czułeś presję, że musisz być równie wielki jak twój ojciec i dziadek?
Jacek Dubois: Nie wiem, czy to była presja zewnętrzna, czy raczej
sam ją sobie narzuciłem. Na pewno nie odczuwałem nacisku ze strony ojca.
Mój ojciec był wobec mnie bardzo uczciwy. Próbował mnie zniechęcić do
tego zawodu. Choć wydaje mi się, że nie zniechęcał szczerze - bo gdzieś
podświadomie na pewno chciał, żebym kontynuował tradycję. Ale chyba
chciał też, abym nigdy nie mógł mu zarzucić, że mnie nie uprzedzał.
Odbyliśmy szereg rozmów, w których uczciwie pokazywał wszystkie rafy
tego zawodu. A kiedy już się na niego zdecydowałem, miał tyle mądrości,
by powiedzieć mi, że adwokatura to jedyny zawód, w którym wiek sprzyja
wykonawcy. Wiedział, że w tym zawodzie można osiągnąć sukces blichtrowy
w wieku trzydziestu lat, ale ten prawdziwy przychodzi później. Więc tej
presji z jego strony nie miałem. Oczywiście, że czułem wewnętrzny
przymus. Bo jeśli człowiek się nie ściga, to nie dobiegnie pierwszy - po
prostu nie będzie mu się chciało. Ja nie mam w sobie potrzeby
rywalizacji w sporcie. Gra w tenisa sprawia mi przyjemność, ale nie
cieszy mnie wygrana - tylko sama gra. Całą tę pasję zwyciężania
natomiast, którą inni mają w sporcie, ja przełożyłem na swoje życie
zawodowe. Nie chodziło mi o wygrywanie za wszelką cenę, ale o to, że ta
praca dawała mi realną satysfakcję. Oczywiście w filmowym myśleniu o prawie zwycięstwo wygląda inaczej. W kryminałach adwokat wygrywa
szesnaście spraw o zabójstwo z rzędu, bo oznaką sukcesu jest zawsze
słyszeć "uniewinniony". To nie ma, niestety, nic wspólnego z rzeczywistością. Nikt nie wygrywa zawsze. Ale jeśli zaczyna się rozumieć
ten zawód głębiej, świadomie, to zwycięstwo oznacza coś innego. To jest
właśnie takie wyjście z sali sądowej jak w Zabić drozda, z poczuciem,
że zrobiłeś coś ważnego, coś dobrego. Bo są sprawy, w których wiadomo,
że się przegra. Albo takie, w których niezależnie od tego, co zrobisz,
wynik będzie taki sam. I wtedy to, co robisz, jest głosem historii,
głosem sumienia - a nie działaniem skutkującym konkretnym wyrokiem. Dla
mnie jest ważne, by po wyjściu z sali móc spojrzeć w lustro bez chęci
odwrócenia wzroku.
Igorze, przypomnisz mi cytat wypisany na kartce wiszącej w twoim
gabinecie?
Igor Tuleya: "Odważny jest ten, kto wie, że przegra, zanim jeszcze
rozpocznie walkę, lecz mimo to zaczyna i prowadzi ją do końca bez
względu na wszystko"1.
Mam poczucie, że właśnie ta wartość jest waszym wspólnym mianownikiem.
Nadrzędną cechą, którą obaj - choć jesteście bardzo różni - kierujecie
się w życiu.
Igor Tuleya: Tak. To prawda. Ja też noszę w sobie tę scenę, o której
wspominał Jacek, kiedy Atticus wychodzi z sali rozpraw, a czarnoskórzy
lokalsi biją mu brawo, mimo że przegrał. Ma wtedy poczucie, że zrobił
coś dobrego. Z takim samym przekonaniem zaczynałem swoją pracę jako
sędzia - że robię coś pożytecznego, coś słusznego dla wspólnoty.
A druga rzecz, która mi przyszła do głowy jako kolejny wasz wspólny
mianownik - będzie ich jeszcze więcej, już to czuję - to poczucie, że
chcecie być samotnymi prawnikami. W dobrym znaczeniu tego słowa.
Igor Tuleya: Tak naprawdę, bez względu na to, czy pracuje się w dużej kancelarii, czy wydaje się wyrok w składzie kolegialnym, prawnik i tak zostaje sam. Musimy podejmować ostateczne decyzje - i w tych
decyzjach jesteśmy samotni. Otaczają nas ludzie, ale to my podejmujemy
decyzję, my ponosimy za nią odpowiedzialność - i w tym momencie jesteśmy
naprawdę sami. Co może być trudne do zrozumienia, kiedy się na nas
patrzy z zewnątrz, bo wizualnie to zawsze wygląda inaczej: kamery, tłum,
zainteresowanie. Ale potem... wszyscy wychodzą. Zostajesz ze swoją decyzją
sam.
Jacek Dubois: Znajomość zawodu prawnika to tak naprawdę znajomość
tej kulminacji: sędzia ogłasza wyrok, adwokat wygłasza mowę końcową. Ale
wszystko, co do tego prowadzi, to samotność. Najpierw poznanie sprawy,
później jej przygotowanie - i choć bywa to praca zespołowa, to w pewnym
momencie decyzję trzeba podjąć samodzielnie. W tych najważniejszych
chwilach jesteśmy zupełnie sami. Dla adwokata to moment przemówienia
końcowego - nie można się wtedy schować za sekretarką, za asystentem, za
wspólnikiem. Jest się samemu ze sobą w ławie obrończej. Dla sędziego to
moment ogłoszenia wyroku - wtedy trzeba się zmierzyć nieraz z bardzo
ostrą reakcją sali.
Igor Tuleya: Myślę też o innej samotności. O tej wewnętrznej. O tym,
że bijemy się sami ze swoimi myślami. Z potworami, które siedzą w naszych głowach. Na pewno też tak masz - sny związane ze sprawami, z osobami, które w tych sprawach występują?
Jacek Dubois: Tak. Bywa, że budzę się w nocy i robię notatki.
Przemówienia układają mi się same w głowie o trzeciej, czwartej nad
ranem. Zapalam światło - albo nie - i piszę. I tak powstaje wiele moich
tekstów. Przemówienia, artykuły. A rano próbuję odczytać, co udało mi
się zapisać w półśnie, w jakimś amoku.
W moim świecie to się nazywa "wena".
Jacek Dubois: Może i wena. Ale najgorsze są momenty, kiedy o czwartej rano wymyślam genialne przemówienie. Jestem przekonany, że jest
tak dobre, że na pewno je zapamiętam - i nie zapisuję. Rano się budzę, a ono po prostu znika. Już mnie życie nauczyło, że wszystko trzeba
zapisywać od razu.
Dlatego masz tyle notesów.
Jacek Dubois: Jestem fanem notesów. To fakt.
A co z tymi demonami, które przychodzą po sprawie? Kiedy już zapadł
wyrok, a one pytają: "Czy na pewno dobrze osądziłeś? Czy wykorzystałeś
wszystkie karty? Czy na pewno przeanalizowałeś wszystko, co było w aktach? Czy nic ci nie umknęło?".
Igor Tuleya: Na pewno są sprawy, które będziemy pamiętać do końca
życia. Dawno się skończyły, a z jakichś powodów wciąż w nas są.
Ale czy dlatego, że były wielkie, czy dlatego, że był tam człowiek,
który jakoś spojrzał...?
Igor Tuleya: Pamiętam taką sprawę, i myślę, że będę ją pamiętał do
końca życia, zupełnie błahą, o występek. Byłem asesorem albo sędzią
rejonowym i wymierzyłem grzywnę. Wydawało mi się, że to naprawdę bardzo
łagodna kara - niska grzywna, pewnie w przeliczeniu na dzisiejsze
pieniądze jakieś pięćset złotych. Z mojego punktu widzenia ta kara była
megałagodna. Ale dla tego oskarżonego to była tak surowa kara, tak
olbrzymia kwota, że go ścięło z nóg. I wiem, że on nie udawał. Pamiętam
jego minę, jego rozpacz. Wtedy zrozumiałem, że to wszystko jest jednak
bardzo subiektywne.
Takie wspomnienia i refleksje wracają w postaci wyrzutu sumienia?
Igor Tuleya: Pytasz, czy mam wyrzuty sumienia z powodu wyroków,
które wydałem? Powiem szczerze, że nie mam wyrzutów w sprawach, w których orzekałem najsurowsze kary - dożywocie. Ale na przykład czuję
dyskomfort w sprawach, w których - z perspektywy czasu - widzę, że kara
była za łagodna. Powinna być kara bezwzględna, na przykład po jakimś
wypadku samochodowym, a ja dałem karę z warunkowym zawieszeniem. W sądzie rejonowym, wbrew pozorom, było wiele trudnych spraw - choćby
wypadki w ruchu drogowym ze skutkiem śmiertelnym. Wtedy jeszcze
sądziliśmy je z ławnikami, teraz już ich nie ma w sądach rejonowych.
Pamiętam, że mieliśmy taki wypadek i była bardzo długa narada: orzec
karę bezwzględną czy z warunkowym zawieszeniem? Moje argumenty
przekonały ławników. Naprawdę długo o tym dyskutowaliśmy. Przekonałem
ich, że powinna być kara z warunkowym zawieszeniem. Potem były apelacje
z obu stron - ze strony prokuratora, oskarżyciela posiłkowego i obrony -
i sąd apelacyjny zaostrzył karę. Ale ja już wcześniej czułem, że to nie
jest sprawiedliwa kara. Miałem wyrzuty sumienia i - może to śmieszne -
wręcz takie wrażenie, że ktoś, kto się temu przygląda z góry, da mi
pstryczka w nos. Pamiętam, że bardzo uważałem wtedy na przejściach,
przechodząc przez ulicę - czy nie spotka mnie jakaś bardzo realna kara.
Czasem jest też tak, że wydajesz wyrok uniewinniający i już w chwili,
gdy ogłaszasz: "Oskarżonego uniewinnia się", czujesz, że to błąd. A jak
jeszcze spojrzysz na twarz oskarżonego, zajrzysz mu w oczy, to już
wiesz, że się pomyliłeś. Bywa bardzo często, że to nawet nie pomyłka,
ale w obliczu braku dowodów nie można postąpić inaczej.
Czyli chociaż jesteś przekonany o winie, musisz uniewinnić?
Jacek Dubois: Tak. Wejdzie ci obrońca i "namiesza" z dowodami,
wyeliminuje część materiału i choć dla wszystkich jest oczywiste, że
oskarżony to zrobił, nie ma jak tego udowodnić.
Igor Tuleya: Miałem taką sprawę - śmieszną w sumie. Koleś był
kurierem w jakiejś firmie. Pani księgowa miała nowy system komputerowy i zamiast przelać mu pensję dziesięć tysięcy, przelała dziesięć milionów.
Zorientowali się, zaczęli z nim rozmawiać, poprosili, żeby to oddał.
Zgodził się. Powiedział, że wypłacił gotówkę, żeby się "nacieszyć
widokiem takich pieniędzy", i kiedy szedł ją oddać pani księgowej -
został napadnięty i stracił wszystko. Oczywiście nikt mu nie uwierzył,
akt oskarżenia poszedł. W tym czasie właściciel firmy wpadł na pomysł,
żeby samemu wyegzekwować kasę - wynajął osiłków, którzy porwali kuriera,
trzymali go, katowali, żeby wydusić z niego, gdzie jest gotówka. On,
jako pokrzywdzony, zeznał wszystko: że dał pieniądze szwagrowi, że były
schowane w studni. Ale w moim procesie, gdzie był oskarżonym, nie
przyznawał się, opowiadał brednie. I my nie mogliśmy wykorzystać jego
wcześniejszych zeznań z innego postępowania. Choć wszyscy, łącznie z oskarżonym, wiedzieliśmy, jaka jest prawda.
Absurd. Czy w takich momentach nie przestaje się wierzyć w sprawiedliwość?
Igor Tuleya: W takich nie. Pamiętam natomiast taki poważny moment
zwątpienia... To był proces lustracyjny. Bronił pan mecenas Jaworski -
guru palestry, z tej samej ligi co "stary" Dubois, de Virion, Wende...
Lustrowanym był Witold Kozłowski, wiceminister spraw zagranicznych. W procesie taterników dostał najwyższy wyrok. Zarzucono mu kłamstwo
lustracyjne. Byłem absolutnie przekonany o jego niewinności. Zgłosiłem
zdanie odrębne - bo sądziliśmy to w składzie trzech sędziów - ale
zostałem przegłosowany. Byłem przekonany, że sąd apelacyjny spojrzy na
to inaczej, apelacja mecenasa Jaworskiego została jednak oddalona. I wtedy naprawdę poczułem niesprawiedliwość. Żeby było jeszcze ciekawiej,
ten proces odbywał się w tej samej sali sądu okręgowego, w której
Kozłowski został skazany w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym czy
sześćdziesiątym dziewiątym roku na kilka lat więzienia. To był jeden z nielicznych momentów, kiedy zwątpiłem. Na szczęście kasacja mecenasa
"chwyciła" i Sąd Najwyższy ją uwzględnił. Ale wtedy naprawdę miałem
kryzys.
To czym właściwie jest ta "sprawiedliwość"?
Jacek Dubois: No właśnie. Słowo klucz. Żeby odpowiedzieć na pytanie,
kiedy się zwątpiło w sprawiedliwość, trzeba najpierw zdefiniować coś, co
jest w zasadzie niedefiniowalne. Bo co to jest sprawiedliwość? Czy to
znaczy skazać winnego wbrew regułom, czy przestrzegając reguł - nie
skazać winnego? Jeśli umawiamy się na reguły, musimy ich przestrzegać,
nawet jeżeli czasem prowadzą do niesprawiedliwego rozstrzygnięcia. Ale
to one gwarantują istnienie systemu. Jeśli odejdziemy od reguł na rzecz
tak zwanej zasady słuszności, rozpadnie się cały system. Wyobraźmy sobie
sytuację, w której wiemy, że ktoś jest winny. I co? Samosąd? Czy to
sprawiedliwe? Była taka sztuka Ferdinanda von Schiracha, tego pisarza,
adwokata, w której publiczność głosowała w procesie. Samolot z zakładnikami i materiałami wybuchowymi leci w stronę stadionu, na którym
jest osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Pilot myśliwca, bez rozkazu, strąca go
- ginie dwieście osób. I co w tej sytuacji oznacza "sprawiedliwe"? Czy
powinien zostać uniewinniony, bo uratował tysiące osób? Czy jednak
naruszył reguły, więc należy go skazać? Postawmy sobie pytanie, co jest
ważniejsze - zasady czy sprawiedliwość? Dla mnie nie ma sprawiedliwości
bez zasad. Mamy pewne reguły dowodowe, które mówią na przykład o tym, że
nie można wydostawać zeznań przemocą - zakaz tortur. Jeżeli za
pośrednictwem tortur zmusimy kogoś do wskazania winnego, otworzymy drogę
do przemocy, do zburzenia świata. Nie mogą zapadać nawet słuszne wyroki
wydawane z naruszeniem reguł, które ustalono.
Igor Tuleya: Jeśli naruszamy zasady, rozmontowujemy fundament. Sąd
staje się fikcją. Proces staje się fikcją. Obrona staje się fikcją. A sędzia staje się kimś w rodzaju demiurga - tego, kto decyduje poza
regułami. A to już jest bardzo niebezpieczne.
Zasady są proste: sędzia osądza czyn, nie człowieka. A adwokat broni
człowieka, nie czynu. To brzmi trochę jak jakaś wewnętrzna sprzeczność.
Jacek Dubois: Nie, to się wcale nie wyklucza. To jest dopełnienie.
Bo w sali sądowej nasze role są zupełnie różne. Sędzia musi przede
wszystkim ustalić, czy do czegoś doszło. Jeśli tak - wskazać, kto to
zrobił. Zachowanie tej osoby przed czynem lub po nim może wpłynąć na
wymiar kary, ale nie na sam osąd czynu.
Adwokat broni człowieka. I nigdy nie broni przestępstwa. Nigdy nie
utożsamia się ze złem. Naszą rolą jest znalezienie wszystkich
okoliczności przemawiających na korzyść człowieka - czy to za jego
niewinnością, czy za inną kwalifikacją czynu, czy za łagodniejszym
wymiarem kary. Jeżeli bronimy oskarżonego o zabójstwo, to nie
utożsamiamy się z tym zabójstwem. Staramy się oddzielić człowieka od
czynu. Nie akceptujemy przestępstwa.
To musi być piekielnie trudne odciąć człowieka od jego czynu.
Jacek Dubois: Często utożsamia się nas z przestępstwem, które
zarzuca się naszemu klientowi. A przecież my jesteśmy częścią wymiaru
sprawiedliwości. Gwarantujemy prawo do obrony. Bez nas proces nie byłby
sprawiedliwy - byłby niezgodny z konstytucją. Jeśli nikt by się nie
podjął obrony "tej bestii", to doszłoby do złamania prawa. A im lepszy
obrońca, tym większa gwarancja, że orzeczenie zapadnie zgodnie ze
standardami sprawiedliwości. Bo zła obrona - przypadkowa, słaba - może
skutkować wyrokiem, który będzie można łatwo podważyć.
Druga kwestia to domniemanie niewinności. Dopóki ktoś nie zostanie
uznany za winnego, traktujemy go jak niewinnego. Ma prawo do obrony, do
przedstawiania dowodów na swoją niewinność. I tu wracamy do tego, że
adwokat nie identyfikuje się ze zbrodnią. On daje oskarżonemu szansę na
sprawiedliwy proces. I czasem na uniknięcie błędu sądowego.
Pojawia się tu jakakolwiek przestrzeń na filozoficzno-teologiczne
spekulacje: "Czy człowiek jest z natury dobry?"
Jacek Dubois: Takie rozważania są z gruntu fałszywe. Każdy człowiek
ma w sobie cechy i diabelskie, i anielskie. To, co w danym momencie
przeważyło, jest kwestią oceny stanu faktycznego. Oczywiście postać
oskarżonego może nie pasować do obrazu przestępcy, ale nigdy nie buduje
się obrony wyłącznie na jego dotychczasowym życiu. Ktoś kiedyś
powiedział, że jeżeli adwokat zaczyna swoim przekonaniem gwarantować
niewinność klienta, to znaczy, że stoi nad przepaścią. Obrona nie opiera
się na przekonaniach, lecz na analizie dowodów, procedurze, logice.
Kiedyś na potrzeby książki jeździłam do więzienia, rozmawiałam ze
skazanymi dziewczynami i bardzo chciałam dać im szansę opowiedzieć swoją
historię. Nie oceniać, nie gardzić - tylko spojrzeć jak na człowieka. I kiedy opowiadały mi o swoim koszmarnym dzieciństwie, jakoś mi to
pomagało. Łatwiej było patrzeć na nie jak na ludzi. Nie budowałam im w głowie obrony, ale to mnie wewnętrznie porządkowało - ta myśl, że każdy
człowiek jest z natury dobry, tylko czasem idzie złą drogą.
Jacek Dubois: Wbrew pozorom jest przeciwnie. Uważam, że adwokat,
który zaczyna przemówienie od trudnego życia swojego klienta, już na
starcie przegrywa. To jest żebranie o litość. Adwokat nie powinien być
żebrakiem. Oczywiście czasem nie ma innego wyjścia - klient jest
skrzywdzony społecznie i trzeba to pokazać. Ale uważam, że to najtańszy
chwyt obrończy. Zawsze uczę moich studentów i aplikantów, że konstrukcja
przemówienia obrończego jest trochę jak odcinek Familiady. Bierze się
stu respondentów i pyta o ulubione warzywo. Trzydzieści procent mówi:
"pomidor", dwadzieścia dziewięć procent: "ziemniak". I tak dalej. Jeśli
przeciętny Polak byłby adwokatem, to zaczynałby przemówienie od pomidora
albo ziemniaka. Ale po trzydziestym trzecim pomidorze sąd zasypia.
Dlatego mówię: bądźcie fasolką szparagową. Zacznijcie inaczej. Wyrwijcie
się ze schematu. Zainteresujcie sąd. Adwokat powinien być kimś, kto
przychodzi do sędziego i mówi: "Wypożycz mi na chwilę swoją wyobraźnię.
Pójdziemy razem na spacer. Pokażę ci mój świat". A żeby ktoś chciał
pójść z tobą na taki spacer, musi być zainteresowany. Z byle kim się na
spacery nie chodzi.
Igorze, faktycznie jako sędzia oczekujesz "spaceru z fasolką
szparagową"?
Igor Tuleya: Zdecydowanie tak. To jest ta mądrość, która przychodzi
z wiekiem. Tego nie uczą na aplikacji. Że warto słuchać, i to uważnie.
Pamiętam siebie jako młodego sędziego: słuchałem, ale nie dawałem się
uwieść. Dziś dopiero widzę, jakimi perełkami retoryki bywają
przemówienia końcowe. I - wbrew temu, co myślą niektórzy adwokaci - my
naprawdę słuchamy. Czasem to widać też po ławnikach. Po przemówieniu
prokuratora szepczą: "Winny, winny", a po wystąpieniu obrońcy: "Nie,
nie, obrońca ma rację".
Czyli retoryka ma realną siłę, równie dużą jak dowody?
Igor Tuleya: Myślę, że tak. Wystąpienia końcowe potrafią zwrócić
uwagę na coś, co mogło umknąć. Albo przedstawić znany fakt w zupełnie
nowym świetle. To jest bardzo ważne.
Ale przecież to może być też narzędziem manipulacji.
Igor Tuleya: Z wiekiem uczysz się odróżniać plewy od ziarna.
Widzisz, co jest manipulacją, a co świeżym, odkrywczym spojrzeniem.
Sądzimy czyn, a nie człowieka. Po latach pracy nie mam już w sobie
wątpliwości, że każdy oskarżony to człowiek. Nawet największy zbrodniarz
ma emocje. Boi się. Cieszy. Patrzy na matkę, wymienia spojrzenia z dziewczyną. Z wiekiem przychodzi to dostrzeganie człowieczeństwa nawet w najgorszych zbrodniarzach. I myślę, że to dowód dojrzałości.
Nie jesteśmy nadludźmi. Nie jesteśmy bogami. Jesteśmy na równi z oskarżonymi. Nie mamy żadnych atrybutów, by oceniać, kim ktoś jest jako
człowiek. Możemy co najwyżej ocenić jego zachowanie.
Jacek Dubois: Mowa adwokacka ma wiele zadań. Ma stworzyć nastrój,
poruszyć emocje, zajrzeć w zakamarki duszy sądu. Ale to wszystko jest
dodatkiem.
Sukces przynoszą żelazna logika i konstrukcja. To jak z Dziadami -
piękna interpretacja może nas wzruszyć, ale nie sprawi, że staniemy się
romantykami, jeśli jesteśmy pozytywistami. Sąd może się wzruszyć, ale
mądry sąd nie orzeka od razu. Odwleka ogłoszenie wyroku. I przez noc
wygasza emocje. Wtedy staje się sądem faktu i prawa. Dobre przemówienie
to też przewodnik po przepisach. Pokazanie, które dowody są
dopuszczalne, jak je oceniać. To mapa orzecznicza. To prawdziwa robota
adwokacka. Niekiedy trudno to właściwie ocenić ludziom spoza prawniczego
środowiska. Widziałem przemówienia fantastyczne retorycznie, ale
totalnie oderwane od sprawy. Ktoś miał krótki kontakt ze sprawą, poznał
jej podstawowe elementy i skomponował piękne przemówienie, które niczego
nie wnosiło. Prawdziwa wielkość obrony zaczyna się wtedy, gdy adwokat
układa uczciwą mapę dojścia do celu. I zadaje sobie pytanie: "Czy ja w to wierzę?". Jeżeli ja w coś nie uwierzę, to uważam, że nie uwierzy w to
również sąd. Tego argumentu po prostu nie mogę użyć. Muszę znaleźć coś,
co sam jestem w stanie zaakceptować. Wielokrotnie słuchałem przemówień,
kiedy ktoś, mówiąc o wzniosłych ideałach, odnosił je do sprawy, z którą
nie miały one nic wspólnego. Takie przemówienie może być erystycznie
piękne, ale nie przyniesie oczekiwanego rezultatu. Istnieją więc dwie
różne oceny: ocena artystyczna i ocena profesjonalna. Trafiają się
adwokaci z cudownym głosem, świetną narracją, gestykulacją, mówiący
pięknie - tyle że ta piękna mowa jest o niczym. Przemówienie musi być
skuteczne.
Myślę, że takie stereotypowe myślenie o wadze mów końcowych wpoiły nam
filmy, w których wyroki zawsze zapadają "na emocjach".
Jacek Dubois: Oczywiście. Dlatego dobrze, że obalamy te stereotypy.
Filmy stosują skróty, przez co kreują nieprawdziwy obraz tej roboty. A to zupełnie odrębne sprawy: filmowe przemówienie obrończe a prawdziwe,
dobre rzemiosło prawnicze. W filmach przemówienia są oparte na emocjach,
na figurach retorycznych. Ale to tylko nadbudowa, to nie jest istota
naszej pracy.
Rozdział II. Gnicie od środka
Rozdział II
Gnicie od środka
Kiedy dostrzegliście pierwsze symptomy psucia się wymiaru
sprawiedliwości?
Igor Tuleya: Oczywiście najprościej byłoby zacząć od "pierwszego
Ziobry", ale myślę, że coś niepokojącego działo się już wcześniej.
Początek lat dwutysięcznych. W tym czasie orzekałem w sądzie rejonowym.
Pamiętam, że zajmowałem się sprawą uchylania tajemnic dziennikarskich -
chodziło o Michnika i Smoleńskiego.
Oczywiście nie uchyliłem tych tajemnic. Nie dlatego, że chodziło o "Gazetę Wyborczą" - pamiętam też sprawę dziennikarza "Gazety Polskiej",
gdzie postąpiłem podobnie, dlatego że tajemnica dziennikarska jest dla
mnie czymś świętym. Pamiętam, że politycy krytykowali tę decyzję, a i dziennikarze, co mnie zaskoczyło, też nie byli zadowoleni, że Michnik i Smoleński nie zostali zwolnieni z tajemnicy. Jeszcze przed dwa tysiące
piętnastym rokiem, za rządów Platformy, kiedy ministrem sprawiedliwości
był Gowin, zlikwidowano niektóre sądy rejonowe. To również osłabiało
wymiar sprawiedliwości - nie tylko symbolicznie, lecz także praktycznie.
Dla obywateli to był problem: dalsze dojazdy, ograniczony dostęp.
Poza tym decyzje te nie były konsultowane ze środowiskiem sędziowskim -
nikt nie pytał, czy te sądy są potrzebne, czy nie. Później pojawia się
proces doktora G. I pierwszy Ziobro. Afera w Ministerstwie Rolnictwa.
Pamiętam, że rozpoznawałem wtedy zażalenie na zatrzymanie Janusza
Kaczmarka i uznałem, że było bezprawne i niepotrzebne. Na konferencji
prasowej minister Ziobro i jego prokuratorzy wprost mnie atakowali. To
był rok dwa tysiące siódmy. Ale pamiętam też, że te zażalenia na
zatrzymania - Kaczmarka, Kornatowskiego i jeszcze jednego, już nie
pamiętam nazwiska - były przetrzymywane. Powinny były natychmiast trafić
do sądu, a nie trafiły, bo Ziobro i Barski zorganizowali konferencję
prasową. To była taka efektowna konferencja: symulacje, zdjęcia,
rzutniki, pokaz slajdów. Kaczmarek raz w krawacie, raz bez krawata, w windzie... Bardzo przekonujące. Tyle że wszystko to było bezprawne -
przetrzymano zażalenia po to, żeby zrobić widowisko, a potem wypuszczono
ich decyzją prokuratora, by sąd nie zdążył się tym zająć. To było
oburzające.
Wcześniej też było zatrzymanie Garlickiego, te konferencje Kamińskiego i Ziobry, które robiły z niego zabójcę. To wszystko było bulwersujące.
Dało do myślenia, że coś zaczyna zmierzać w bardzo złym kierunku.
Wtedy też po raz pierwszy poczułeś się zaatakowany personalnie?
Igor Tuleya: Tak. To był chyba taki pierwszy chrzest bojowy - przed
tym wszystkim, co się wydarzyło później. Z wiekiem i doświadczeniem
człowiek się trochę uodparnia, ale wtedy... Pamiętam, że kolega, sędzia,
powiedział mi, że był na jakiejś imprezie z sędziami z Ministerstwa
Sprawiedliwości i usłyszał, że Ziobro ściągnął moje akta osobowe i wczytywał się w nie po moim rozstrzygnięciu w sprawie Kaczmarka.
Kiedy mi to opowiadał, siedzieliśmy w pokoju w sądzie. Paliłem
papierosa. Jak to usłyszałem, ręka zaczęła mi się tak trząść, że nie
byłem w stanie jej utrzymać. Musiałem położyć papierosa w popielniczce i zaciągać się z niej bezpośrednio. Byłem przerażony. Po tym wszystkim,
przez co przeszedłem później, dziś pewnie zapaliłbym od razu drugiego.
Jacek Dubois: Obserwowałem wymiar sprawiedliwości już świadomie w czasie procesów stanu wojennego. Widziałem różne twarze tego wymiaru:
odważnych adwokatów, sędziów i prokuratorów - i prawnicze szuje. To było
często bardzo trudne do rozpoznania. Sędzia, który w tamtym okresie
dawał opozycjoniście trzy lata, mógł być bardzo porządnym człowiekiem.
Bo to była najniższa możliwa kara - w innym składzie wyrok mógłby być
kilkukrotnie wyższy. To są rzeczy niedostrzegalne z zewnątrz. Z punktu
widzenia adwokata moralny wybór jest prostszy. Adwokat reprezentuje
tego, przeciwko któremu działa aparat państwa. Im bardziej opresyjne
jest państwo, tym bardziej adwokat staje po stronie praw człowieka.
Oczywiście czasem wiąże się to z ryzykiem - zamykano przecież mecenasów
Wendego czy Bednarkiewicza, ale moralnie to prostsza sytuacja. Sędzia ma
znacznie trudniej. Stoi przed dylematem: czy trwać w tym systemie i być
w nim jak najlepszym, czy odejść, robiąc miejsce komuś mniej
przyzwoitemu. Znam ludzi bardzo dobrych i odważnych, którzy pozostali
sędziami w tym systemie, choć niekiedy musieli skazywać - bo nie mieli
innego wyjścia. Dlatego reaguję nerwowo, gdy ktoś po trzydziestu latach
rzuca kalumnie na wszystkich, którzy wtedy uczestniczyli w wymiarze
sprawiedliwości. Bo czym innym jest bycie pierwszym sekretarzem partii -
to deklaracja polityczna. Bycie sędzią - to wybór drogi, zawodu. I gdy
ta droga staje się niesprawiedliwa, można ją porzucić - co jest aktem
odwagi - albo trwać w niej, starając się być w środku przyzwoitszym
człowiekiem. Widziałem wówczas takich właśnie ludzi: odważnych w konkretnych sytuacjach. Bo bycie odważnym przez uniewinnienie w oczywistej sprawie może być pewnym manifestem. Tyle że jest to manifest
tego konkretnego sędziego, a niekoniecznie realna pomoc dla człowieka,
który padł ofiarą systemu. Wiadomo przecież, że taki wyrok w apelacji
zostanie uchylony, a potem skład zostanie tak ustawiony, żeby skazać dwa
razy surowiej. Czasem bardziej wartościowe bywało więc na przykład
"oddoraźnienie" sprawy, czyli uznanie, że ktoś ma problemy
psychiatryczne lub inne, i przerzucenie jej do innego trybu niż wydanie
wyroku, który od razu zostanie uchylony. Dlatego nie mam jednoznacznie
krytycznych ocen wobec tamtego czasu. Z lat osiemdziesiątych pamiętam
wiele dużych postaci, prawdziwych autorytetów. Ale dla mnie pierwszym
momentem zepsucia był okres, kiedy wchodziłem do zawodu - końcówka
aplikacji, początek adwokatury. Znałem historię wielu ludzi, a nagle
musiałem stawać przed osobami, które można by określić mianem
prawniczego zła. Dla mnie takim symbolem zepsucia na samym starcie było
to, że musiałem występować przed chociażby sędzią Kryżem i innymi jego
pokroju ludźmi, którzy byli twarzami systemu i mimo wszystko nie zostali
z sądownictwa wyplenieni. Przez to sito przedostało się wiele osób,
które stały się sygnałem, że pewne rzeczy nie zostały dokończone. Można
było być totalną szują, a mimo to pełnić funkcje, które z definicji
wymagają nieskazitelności charakteru.
Igor Tuleya: Ten błąd z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego
dziewiątego roku, popełniony w sądownictwie, odbił się nam w ostatnich
latach. Gdyby rozliczono środowisko sędziowskie po tysiąc dziewięćset
osiemdziesiątym dziewiątym roku, istnieje duże prawdopodobieństwo, że
korpus sędziowski w dwa tysiące dwudziestym piątym nie wyglądałby tak,
jak wygląda. Przecież my w dwa tysiące osiemnastym roku, kiedy powstała
neo-KRS, byliśmy przekonani, że nie znajdą nawet piętnastu sędziów,
którzy się zgodzą do niej wejść. A okazało się, że nie tylko znaleźli
piętnastkę, lecz także ponad setka złożyła podpisy pod listami poparcia,
a kilka tysięcy prawników stanęło przed neo-KRS-em w konkursach.
Jacek Dubois: Ale żeby tego nie zinterpretować opacznie, podkreślę
raz jeszcze: sam fakt bycia sędzią w latach osiemdziesiątych w żaden
sposób nie dyskredytował człowieka. Ocenić kogoś można wyłącznie po
czynach. To, że dzisiaj z perspektywy czasu zarzuca się komuś, że był
sędzią i wydawał wyroki skazujące, nie jest w moim odczuciu samo w sobie
powodem do oskarżeń. Ale wówczas przez to sito przedostały się postacie,
które były funkcjonariuszami systemu, a nie sędziami. I to, że nie
pokazano wtedy, że nieskazitelność charakteru to coś realnego, a nie
tylko zapis ustawowy, otworzyło drogę podobnym postaciom dwadzieścia lat
później.
Igor Tuleya: Te osoby, o których mówi Jacek, świetnie się odnalazły
w nowej rzeczywistości. Andrzej Kryże był wiceministrem w pierwszym
rządzie PiS-u. Prokurator Piotrowicz zrobił oszałamiającą karierę. A pewna pani sędzia, która skazała kogoś za prosiaka z napisem "Idę na
wybory" w czasach komuny - opisana zresztą w monografii Strzembosza -
zasiadała w pierwszym składzie sądu, który sądził Kamińskiego. Umorzyli
postępowanie po pierwszym ułaskawieniu przez Dudę. Potem wiodło się im
wyjątkowo dobrze: Schab został rzecznikiem i awansował, pani sędzia
natomiast przeszła przez neo-KRS, mimo że ciążyły na niej wyroki z czasów komuny i mimo że powinna była przejść w stan spoczynku.
Macie poczucie, że między pierwszym a drugim PiS-em wasze środowisko
trochę przespało chwilę, w której należało samemu się zreformować, zanim
zrobi to drugi PiS - już znacznie brutalniej?
Igor Tuleya: Myślę, że tak. Bo tak naprawdę sądownictwo nigdy nie
przeszło gruntownej zmiany po tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym
dziewiątym roku. Nie stworzono nowoczesnych procedur. Przez moment
funkcjonował proces kontradyktoryjny - to strony miały walczyć na sali,
a nie sąd działać z urzędu. Ale to trwało kilka miesięcy. Nie zdążyliśmy
się przyzwyczaić. Potem przyszedł "drugi Ziobro" i powiedział, że to
procedura dla "grubych miśków", żeby ich chronić. Powrócę jeszcze do
samego kształcenia kadr sędziowskich. Pamiętam, jak zaniepokoiło mnie,
kiedy byłem asesorem i podczas rozmowy z innymi młodymi asesorami jedna
z koleżanek powiedziała - i wszyscy się z nią zgodzili, bo też tak
robili - że lepiej jest skazać, niż uniewinnić. Bo jeśli sąd pierwszej
instancji uniewinni, a apelacja trafi do drugiej instancji, to sąd
apelacyjny musi uchylić wyrok i przekazać sprawę do ponownego
rozpoznania. Jeżeli natomiast pierwsza instancja skazuje, a wyrok jest
niesłuszny, to sąd drugiej instancji po prostu zmienia wyrok i uniewinnia. W statystykach sędziowskich zmieniony wyrok wygląda lepiej
niż uchylony i sprawa przekazana do ponownego rozpoznania. I nagle się
okazało, że większość moich koleżanek i kolegów świadomie wydaje wyroki
skazujące nawet przy wątpliwościach - tylko po to, żeby lepiej wyglądało
w statystykach.
To straszne!
Jacek Dubois: Mam wrażenie, że środowisko sędziowskie było
wychowywane inaczej niż adwokaci. Gdy ja zaczynałem aplikację w tysiąc
dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku, to uczono nas
nieprawdopodobnego etosu. Mieliśmy wzorce - "bogów", których chcieliśmy
naśladować. Wbijano nam do głowy zasady etyki, sposoby zachowań. W dużej
mierze te zasady były przestrzegane. Później, gdy otwarto zawód, weszli
ludzie spoza tego świata, już tych zasad niestosujący. A środowisko
sędziowskie? W ogóle nie miało historii przekazywanej na wzorcach czy
bohaterach. Jestem przekonany, że mógłbym wymienić więcej
międzywojennych sędziów niż przeciętny sędzia po aplikacji sędziowskiej.
Nie zbudowano etosu tego zawodu. Sędziowie dostawali dobre rady, żeby na
przykład nie siedzieć w bufecie z adwokatami, ale nie budowali własnej
historii i tożsamości. Ten zawód zurzędniczono. Bez historii, bohaterów,
reguł - sędzia był po prostu urzędnikiem, odwołującym się do statystyk.
To, co się wydarzyło w dwa tysiące piętnastym roku... To był wielki
przełom. Tragedia dla wymiaru sprawiedliwości, ale też przełom.
Sędziowie zaczęli kształtować swoją historię, tworzyć rozpoznawalne
stowarzyszenia, odwoływać się do konkretnych postaci. Pojawił się
wzorzec sędziego obywatelskiego: otwartego na społeczeństwo,
pokazującego swoją pracę. Sędziowie zaczęli jeździć po koncertach,
spotykać się z ludźmi, edukować. To była zupełna nowość. Bo wcześniej
adwokat był tym widocznym na zewnątrz strażnikiem praworządności, a sędzia - anonimowym wykonawcą przepisów.
Igor Tuleya: Rzeczywiście po dwa tysiące piętnastym roku sędziowie
zaczęli budować swoją historię, przejmując metody adwokatów z wcześniejszych lat. To na pewno było ciekawe socjologicznie. Wcześniej
sędzia kojarzył się z kimś zamkniętym w wieży z kości słoniowej - nie
wiadomo, co myśli, kontakt z publicznością ma jedynie na sali sądowej.
Jacek Dubois: Protesty zaczęły się od obywateli. My, adwokaci,
byliśmy tam pierwsi, bo mieliśmy już doświadczenie. Sędziowie zaczęli
przychodzić najpierw incognito. Dreptali w kółko, nie wiedząc, jak się
zachować. Ta ich śmiałość wzrastała. W piątek byli na proteście, w sobotę za kulisami trybun, w niedzielę na mównicy.
Igor Tuleya: Tak. Jako grupa staliśmy trochę z boku. Nie
wiedzieliśmy, jak ludzie nas potraktują. Czy nie uznają nas za część
zgnilizny, czy nie uwierzą w to, co o nas słyszą. Zawód zaczął się
otwierać - pokazywać ludzką twarz, myślenie, emocje, zaczęły się zmiany
systemowe. Pojawiły się realnie działające stowarzyszenia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki