1
Wiem, że nieładnie jest stękać, gdy facet robi ci dobrze ustami, ale nie mogę się powstrzymać.
- Zajebiście smakujesz - mówi i oblizuje wargi.
- Dzięki.
Wilgotne palce Randy'ego Julepa zaciskają się na moich rozłożonych udach. Mineta w jego wykonaniu nie robi wrażenia. Nabożnie zaciśnięte powieki. Okazjonalne pomruki. Oślizgły język, którym kręci kółka jak na karuzeli, machinalnie i bez entuzjazmu.
- Wiesz co, może chodź na górę.
- Mam przestać? - Patrzy na mnie spod oka.
- Nie, po prostu... przejdźmy do rzeczy.
- O-okej, jak chcesz. - Z nieskrywanym podnieceniem wyszarpuje gumkę z kieszeni i przejeżdża mokrymi rękami po zmierzwionych włosach. Tych samych, które tak mnie urzekły, gdy poznaliśmy się latem na imprezie z okazji czwartego lipca. Tych samych, które opadały mu na ciężkie powieki, kiedy waliliśmy shoty z czerwonej, białej i niebieskiej galaretki, pochłanialiśmy kukurydzę ociekającą masłem, pływaliśmy w Goose Lake i oglądaliśmy nielegalne fajerwerki. Zmierzwione włosy, które uznałam za takie intrygujące. Takie uwodzicielskie. I które teraz uważam za tłuste.
- Pomóc ci? - pytam, kiedy mocuje się z folią.
- Uhm, mogłabyś?
Rzuca mi opakowanie, rozdzieram folię i mu odrzucam. Ściąga bokserki i ciska je w kąt.
Zamykam oczy i przesuwam ręce w dół, wyobrażając sobie, że jestem gdzie indziej, z kimś, z kim mam głębszy kontakt i kto mnie rozumie, z wzajemnością. Szkoda. Przez moment naprawdę myślałam, że Randy może być tym facetem. Pochmurny milczek z niego. Składałam to na karb wnikliwych refleksji, którymi nie lubi się dzielić ze światem zewnętrznym.
- Masz piękne cycki - stwierdza.
- Dzięki.
- Takie piękne - powtarza, ugniatając je jak dziecko plastelinę. - Całe twoje ciało jest...
- Dzięki - mówię raz jeszcze z wahaniem. Może i jest piękne, to moje ciało. Ciężko mi ocenić, bo przez dwa lata, odkąd mam tę jego nową wersję, ujarzmiam je, zamiast doceniać. Poleruję, golę, szoruję, złuszczam, namydlam lub zatykam szorstkim tamponem, byle powstrzymać przed tym, do czego jest stworzone. Byle nie puchło, nie przeciekało lub zarastało tam, gdzie najmniej wskazane.
Jeszcze nie przywykłam do tego nowego ciała, do tych rozstępów, krągłości i sylwetki nie do poznania. Jakby moja drobniejsza, płaska powłoka nie zdołała już pomieścić zawartości, dlatego się rozrosła. Jakby ciało wyprzedziło umysł, który teraz musi nadgonić. Zrozumieć, że to nie tymczasowe lokum, tylko dom. Chociaż na razie nie wygląda.
- Gotowa? - Randy z dziwnym natężeniem mruży oczy. Mam ochotę mu przypomnieć, że to nie Apollo 13, tylko dwójka gówniarzy, która zaraz będzie się pieprzyć na dwuosobowym łóżku.
- Tak - odpowiadam zmysłowym głosem, w moim mniemaniu odpowiednim do sytuacji.
Randy dupczy miarowym dup, dup, dup. Tak samo jak oni wszyscy, a przynajmniej trzech chłopaków, których przeleciałam, z twardymi pałami, zatkanymi porami i paluchami, którymi mnie macali, jakby szukali po omacku kluczyków do auta. Zero namiętności, zero więzi. Nic, tylko pot, dupczenie i genitalia. Części ciała w częściach ciała.
Nie powiem, że się nie starali. Starali. Ja też się staram. Ale bez względu na ilość spermy i śliny, ocierania i obściskiwania, lizania i obciągania, pettingu i edgingu, seks nigdy nie spełnia oczekiwań. Jest powierzchowny i byle jaki. Sztuczny i niezdarny. Namacalny dowód na niedopasowane elementy układanki.
Potem oni zapinają rozporki, a ja stanik i w niezręcznej ciszy godzę się z przykrym faktem, że wybrałam zbliżenie zamiast bliskości, ale nie mówię tego na głos i idziemy na lody.
Może to ja. Może to we mnie tkwi problem. Gdy miałam siedem lat, mama stwierdziła, że ciężko mnie kochać. Zapamiętałam to na zawsze, chociaż dwadzieścia minut później przysięgała, że nie mówiła na serio, a dwa dni później wszystkiego się wyparła.
"Źle usłyszałaś", tłumaczyła, gdy przypomniałam jej o tym w trakcie cotygodniowej wyprawy do Dollar Zone po żywność wysokoprzetworzoną (duże opakowania Cheetos i SunChips, masło orzechowe i kilka opakowań mieszanki do hamburgerów, która zalegała nam zwykle po upływie terminu ważności), produkty codziennego użytku (pastę do zębów, papier toaletowy i worki na śmieci, tak cienkie, że się darły, zapełniane do samej góry) oraz jakąś nowość, której mama nie mogła się oprzeć (krem na pękające pięty lub coś z "detoksykujący" w nazwie).
"No nie wiem, ciężko to z czymś pomylić", odpowiedziałam.
Wsadziła do ust listek gumy cynamonowej i przeżuła.
"Co nie znaczy, że dobrze usłyszałaś".
"Przepraszam".
"Nie ma za co. Nic takiego nie powiedziałam. Może powiedziałam, że ciężko ci dogodzić. Ciężko ci dogodzić, bo masz duże oczekiwania. Nie jestem złośliwa, tylko mówię, co myślę. Ale nigdy nie powiedziałabym, że ciężko cię kochać".
Sprawa załatwiona, pomyślałam. Po prostu ciężko mi dogodzić i mam duże oczekiwania. I sięgnęłam po kolorowankę, lecz po namyśle odłożyłam ją z powrotem na regał. Może za dużo chcę. Może trzeba chcieć mniej, a będę w sam raz. Taka jaka powinnam. Nie w nadmiarze, ale w ilości do pokochania.
Wzięłam to pod uwagę w moich trzech związkach, jeśli można je tak nazwać, a zapewne nie można. Starałam się nie prosić o zbyt wiele, a oczekiwać jeszcze mniej. Dokładałam starań, aby czuli się zabawni, opowiadając te same kawały, inteligentni, mimo że wszyscy mają te same poglądy, i wszechwiedzący, chociaż Google szybko ujawnia ich braki. Próbowałam uśmiechać się, śmiać i podlizywać na zawołanie. Rozwodniłam swoją osobowość do płaskiej wersji z kartonu i nie widziałam w tym nic złego, dopóki miałam wielowymiarowe ciało z wszystkimi atrakcjami do wzięcia. Ale im bardziej się starałam, tym bardziej docierało do mnie, że to na nic. Ciało nie sprawi, że zaiskrzy na zawołanie, i nie ukręci z gówna nici porozumienia. Można wycisnąć z niego parę dreszczyków emocji, lecz prędzej czym później mówi dosyć.
Tak jak moje w tej chwili.
- Dochodzę! - krzyczy mi do ucha Randy.
I dochodzi. Przynajmniej jak zapowiedział, tak zrobił. Słowność jest mile widziana w każdej postaci.
Wychodzi ze mnie zdyszany. Zerkam na szafkę przy jego łóżku, na talerz z resztkami pizzy, stojący tu od dłuższego czasu, i sfatygowany egzemplarz Subtelnie mówię f*ck odłożony tytułem do góry, jakby właściciel szczycił się jego czytaniem. Przesuwam wzrokiem po półkach z pucharami oraz triadzie zawieszonych obok plakatów filmowych: Człowiek z blizną, Chłopcy z ferajny, Pulp Fiction. Trójca święta. Co chłopacy mają z tymi trzema filmami? Zawsze te trzy filmy.
- Masz czasami wrażenie, że twoje ciało i umysł mówią dwie różne rzeczy? - pytam.
- Uhm... - Randy gapi się na mnie w osłupieniu. - Nie. W sumie to nie. A ty?
- Ja? W sumie też nie - mówię. Niesamowite, jak często przyznanie racji jest zarazem kapitulacją.
Randy ściąga kondom i strzela nim jak z procy, nawet mruży oko, żeby dobrze wycelować. Dobrze chociaż, że trafia. Jeśli strzelasz swoim materiałem genetycznym, lepiej trafiaj do kosza. Bierze z wykładziny brudną skarpetkę i zaczyna się nią wycierać.
- Hej, Randy - słyszę swój odległy i beznamiętny głos, wciągając dżinsy.
- Uhm? - mruczy, zgarniając spermę skarpetą.
- Chyba powinniśmy... - Milknę w poszukiwaniu odpowiednich słów.
- Zerwać? - rzuca od niechcenia, ciskając skarpetę do kosza z brudnymi ciuchami. - Właściwie to myślałem o tym samym...
- Super.
- Super, cieszę się, że tak dojrzale do tego podchodzimy - mówi z błyskiem w oku.
Pada z powrotem na łóżko, krzyżuje stopy i otwiera komórkę, żeby pośmiać się z filmiku przysłanego przez kumpla.
- To na razie - rzucam przez ramię i wychodzę.
- Na razie - odpowiada, nie podnosząc wzroku.
I tyle. Bezceremonialne zerwanie. Bez jednej łzy. Bez dlaczego i mogę się zmienić. Czyste, proste cięcie. Kolejny dreszczyk emocji, zmięty i wyrzucony do kosza. Albo wystrzelony.