Wstęp do "Wspomnienia o Siri"
Fascynuje mnie, jak niewielu pisarzy przekracza osmotyczną barierę
pomiędzy science-fiction i horrorem albo pomiędzy literaturą gatunkową i tym, co jej autorzy nazywają mainstreamem. Ściśle rzecz biorąc,
fascynuje mnie to, jak wielu przekracza tę granicę, by już zza niej nie
wrócić.
Przypuszczam, że wynika to po części z poważnego rozziewu między stanem
umysłu, który śni mroczne horrorowe sny, i takim, który tworzy
racjonalne konstrukcje SF; między bezgraniczną swobodą fantazji i ciążącą jak okowy grawitacji powagą "prawdziwej" beletrystyki. Naprawdę
trudno jest je połączyć, nasza psyche cierpi, kiedy jednej półkuli mózgu
pozwalamy rządzić, a drugą bezlitośnie okładamy kijem tak długo, aż
przestanie skamleć. Może to dlatego zbiory czytelników SF i horroru, a także literatur gatunkowych i powieści z listy bestsellerów "New
Yorkera" mają mniejszą część wspólną, niżby się można spodziewać.
Bez względu na przyczyny takiego stanu rzeczy, szkoda, że wielu pisarzy
czuje się zmuszonych - czasem chodzi o niedostatek talentu lub nie dość
szerokie zainteresowania, częściej jednak decydują względy rynkowe i fakt, że odnieśli sukces tylko na pewnym konkretnym polu - do pozostania
w obrębie jednego gatunku.
Oczywiście wyjątki są zawsze najciekawsze. George R.R. Martin porusza
się swobodnie pomiędzy gatunkami i oczekiwaniami czytelników; rzadko się
powtarza, zawsze zaskakuje. Dean Koontz porzucił SF, ledwie został jej
gwiazdą - może przeczuwał, że jego przeznaczeniem jest zostać supernową
na innym poletku. Edward Bryant kilka lat temu wziął "urlop" od SF i od
tamtej pory produkuje horrory światowej klasy. Kurt Vonnegut i Ursula K.
Le Guin awansowali z SF do głównego nurtu i zaskarbili sobie akceptację
jego czytelników. (Vonnegutowi należy się w tym miejscu pochwała za
szczerość: przyznaje się do tego, że gdy czasem dopada go nostalgia,
otwiera dolną szufladę biurka, w której trzyma swoje stare wypociny
przeznaczone do pulpowych pisemek SF, i sika do niej). Doris Lessing,
Margaret Atwood i inni piszą swoją najlepszą beletrystykę w ramach SF,
ale stanowczo wypierają się wszelkich związków z tym gatunkiem. Żadna z tych dwóch dam nie wspomina o sikaniu do szuflady, można sobie jednak
wyobrazić, że odczułyby pewne parcie na pęcherz, gdyby zmusić je do
przyjęcia Hugo albo Nebuli.
Harlan Ellison najzwyczajniej w świecie odmawiał przypisania do
jakiegokolwiek gatunku, chociaż sam je wszystkie rewolucjonizował.
Wszyscy znamy tę historię, w której Ellison zostaje po raz
dziesięciomilionowy zmuszony przez dziennikarza, krytyka albo osobistość
telewizyjną do odpowiedzi na pytanie, jakim dopiskiem uzupełniłby w swoim przypadku określenie "pisarz": Sci-fi? Fantasy? Horror?
- A co jest złego w samym "pisarzu"? - odpowiada Ellison arcyżyczliwym
sykiem jadowitej kobry.
To jest w nim złego, że półanalfabeci mają wątłe, lecz za to
uporządkowane móżdżki pełne schludnie ułożonych pudełeczek, i choćby nie
wiadomo jak bardzo człowiek walczył, w artykule (albo recenzji, albo
wprowadzeniu do wywiadu w radiu, albo na pasku z podpisem w telewizji)
zawsze pojawi się mniej więcej coś takiego: FACET OD SF TWIERDZI, ŻE
JEGO SF WCALE NIE JEST SF.
W następnym etapie na konwencie wstaje ktoś z publiczności, bierze
mikrofon i krzyczy:
- Dlaczego zawsze podkreśla pan w wywiadach i innych takich, że nie jest
po prostu pisarzem science-fiction? Ja osobiście chlubię się tym, że
jestem kojarzony z SF!
(Albo z horrorem. Albo z fantasy. Albo... - tu wpiszcie, co chcecie).
Tłum odpowiada rykiem aprobaty, poczucie słuszności wypełnia salę, a tuż
pod powierzchnią czai się wrogość, jakbyś był czarnym na wiecu Hueya
Newtona i nagle wyszło na jaw, że na co dzień próbujesz zgrywać białasa.
Albo Żydem w warszawskim getcie, którego przyłapano na kolaborowaniu z hitlerowcami przy układaniu rozkładu jazdy pociągów. Albo - to by było
najgorsze - fanem Grateful Dead, który na ich koncercie śmiał słuchać
Mozarta na walkmanie.
Jakkolwiek by na to patrzeć, jesteś gościem na konwencie tego faceta z mikrofonem. Jak mu wytłumaczyć, że pisarz podlega presji z tysiąca
różnych źródeł, które wpychają go w coraz węższe i węższe uliczki?
Agenci chcą, żebyś się dobrze sprzedawał, i rwą włosy z głowy, kiedy
upierasz się, że wolisz wyprzedzać trendy, niż się w nie wpisywać,
wydawcy próbują ukształtować cię jak towar rynkowy, redaktorzy
upominają, żebyś - na miłość boską! - choć raz był konsekwentny,
księgarze się skarżą, że twoja najnowsza SF wygląda głupio w zestawieniu
z powieścią, za którą przyznano ci World Fantasy Award (a która w rzeczywistości jest o Kalkucie i nie ma nic wspólnego z fantasy), która
z kolei stoi obok twojego wielkiego dzieła SF, które sąsiaduje z grubaśnym horrorem (To horror, prawda? Pytam, bo na okładce nie ma krwi,
hologramów ani dzieci o demonicznych oczach...), a teraz, jakby tego było
mało, teraz wyszła na dodatek ta nowa... ta nowa rzecz... która wygląda... no...
Jezu, naprawdę wygląda jak powieść głównego nurtu!
Jak wyjaśnić, że każdy taki nacisk to kolejny gwóźdź do trumny, w której
złożyłeś swoje nadzieje na to, że będziesz pisał o tym, o czym chcesz? O tym, co jest dla ciebie ważne?
Patrzysz więc na tego gościa z mikrofonem, piorunujesz wzrokiem
wściekłych księgarzy, redaktorowi każesz zaczekać i myślisz tak: Mogę to
wyjaśnić. Mogę im powiedzieć, że najpiękniejsza w zawodzie pisarza jest
swoboda zapuszczania się we wszystkie interesujące zakamarki, luksus...
nie, nie luksus, raczej świadomość, tak, świadomość obcowania ze
zsyłanymi przez muzę snami, które musisz przekształcić najlepiej, jak
potrafisz, i pokazać światu, nie bacząc na to, czy znajdziesz
czytelników. Mogę wytłumaczyć przymus napisania dobrej książki bez
względu na to, czy ilustrator odpowiedzialny za okładkę będzie wiedział,
co z nią zrobić, czy nie. Mogę opowiedzieć, jaki to zaszczyt móc
wytyczać nowe szlaki, nawet kiedy dyrektor miejscowej księgarni wstawia
twoją powieść do OKULTYSTYCZNEJ LITERATURY FAKTU i prosi... nie, zabrania
dystrybutorowi przysyłania dalszych książek pisanych przez człowieka,
który jest ewidentnym schizofrenikiem. Wszystko to mogę im wyłuszczyć,
każdemu czytelnikowi z osobna, niechętnemu szowiniście SF, fanowi
horroru, zarozumiałemu nowojorskiemu recenzentowi i niewydarzonemu
miłośnikowi "poważnej literatury" mogę pokazać, co to znaczy być
pisarzem!
A potem znów spoglądasz na kolesia z mikrofonem i myślisz sobie: Nie,
jednak nie.
I mówisz:
- Moja następna powieść to będzie SF.
Następne opowiadanie jest właśnie SF. Cudownie mi się je pisało, a potem
z wielką przyjemnością wróciłem do tego wszechświata i wykorzystałem
Wspomnienie o Siri jako punkt wyjścia do liczących łącznie około
półtora tysiąca stron Hyperiona i Upadku Hyperiona.
Zalążkiem tej historii była zaś myśl, która naszła mnie pewnego wieczoru
tuż przed zaśnięciem: A co by było, gdyby Romeo i Julia przeżyli?
Rozumiecie? Romeo i Julia opowiedziane przez tego wyrobnika
sci-fi/fantasy/horroru, który w wolnych chwilach pisywał scenariusze do
sitcomów i historycznych oper mydlanych?
Uważajcie na aluzje. Na iluzje również.
Wspomnienie o Siri
Wspinam się do stojącego na stromym wzgórzu grobu Siri w dniu, w którym
wyspy wracają na płytkie morza Archipelagu Równikowego. Dzień jest
idealny i za to go nienawidzę. Niebo jest równie spokojne jak morza z opowieści o Starej Ziemi, płycizny mienią się odcieniami ultramaryny, a rdzawa wierzbica na stoku nieopodal mnie faluje w powiewach ciepłej
morskiej bryzy.
W taki dzień lepsze byłyby nisko zawieszone chmury i posępna szaruga.
Lepsze byłoby lekkie zamglenie albo nawet spowijająca wszystko gęsta
mgła, która osadza się wilgocią na masztach statków w porcie w Pierwogrodzie i budzi ze snu róg przeciwmgielny w latarni morskiej.
Lepszy byłby jeden z tych porywistych morskich samumów wiejących z zimnego południa, pędzących przed sobą pływające wyspy wraz z doglądającymi ich delfinami, dopóki jedne i drugie nie schronią się
wśród naszych atoli i skalnych wysepek.
Wszystko byłoby lepsze od tego ciepłego wiosennego dnia, kiedy słońce
wędruje po sklepieniu nieba tak błękitnym, że aż chce mi się biec,
sadzić długie, wysokie susy i tarzać się w miękkiej trawie, tak jak to
robiliśmy z Siri dokładnie w tym miejscu.
Dokładnie tutaj. Przystaję i rozglądam się. Trawy gną się i falują
niczym futro jakiegoś ogromnego zwierza, kiedy słonawy wiatr dmie z południa. Osłaniam oczy i bacznie przepatruję horyzont, lecz nie
dostrzegam tam żadnego ruchu. Za rafą z lawy morze zaczyna się burzyć w nerwowe, krótkie fale.
- Siri - szepczę.
Wypowiadam jej imię bezwiednie. Tłum zatrzymuje się sto metrów poniżej
mnie na stoku, żeby obserwować mnie i odsapnąć. Uroczysta procesja
żałobników ciągnie się ponad kilometr do miejsca, gdzie wznoszą się
pierwsze białe budynki miasta. Na czele pochodu dostrzegam siwą i łysiejącą głowę mojego młodszego syna. Nosi niebiesko-złote szaty
Hegemonii. Wiem, że powinienem na niego poczekać, iść razem z nim, ale
on i pozostali podstarzali członkowie Rady nie są w stanie nadążyć za
moimi młodymi, wytrenowanymi na statku mięśniami i miarowym krokiem.
Niemniej jednak dobre wychowanie nakazuje mi poczekać na niego, moją
wnuczkę Lirę i mojego dziewięcioletniego wnuka.
Do diabła z tym. I do diabła z nimi.
Odwracam się i wbiegam po stromiźnie. Moja luźna bawełniana koszula jest
mokra od potu, gdy docieram na łagodnie wysklepiony wierzchołek i dostrzegam grób.
Grób Siri.
Zatrzymuję się. Wiatr mnie chłodzi, chociaż promienie słońca są całkiem
ciepłe, kiedy skrzą się na nieskazitelnie białym kamieniu cichego
mauzoleum. Przy zamkniętym wejściu grobowca rośnie wysoka trawa. Rzędy
wyblakłych świątecznych proporców na hebanowych drzewcach stoją wzdłuż
wąskiej żwirowej ścieżki.
Z wahaniem okrążam grobowiec i podchodzę do odległego o parę metrów
urwiska. Wierzbica jest przygięta i zdeptana w miejscu, gdzie zuchwali i bezmyślni turyści rozkładali koce na pikniki. Kręgi wyznaczające miejsca
na ogniska zostały ułożone z idealnie okrągłych i idealnie białych
kamieni skradzionych z obrzeża żwirowej ścieżki.
Nie mogę się nie uśmiechnąć. Znam rozciągający się stąd widok: rozległy
łuk zewnętrznego portu z naturalnym falochronem, niskie, białe budynki
Pierwogrodu, barwne kadłuby i maszty katamaranów kołyszących się na
kotwicach. W pobliżu kamienistej plaży na tyłach ratusza młoda kobieta w białej spódnicy podchodzi na skraj wody. Przez sekundę myślę, że to
Siri, i serce bije mi jak szalone. Prawie jestem gotowy unieść ręce w odpowiedzi na jej machanie, ale ona wcale do mnie nie macha. Patrzę w milczeniu, jak odwraca się i znika w cieniu starego hangaru na łodzie.
W górze, wysoko nad urwiskiem, szerokoskrzydły jastrząb krąży nad
laguną, unoszony wstępującymi prądami termicznymi, i wyczulonym na
podczerwień spojrzeniem przeczesuje rozfalowane łany sinorostów. Szuka
fok siodlastych albo niemrawców. Natura jest głupia, myślę i siadam na
miękkiej trawie. Natura przygotowuje całkiem niewłaściwą oprawę dla
takiego dnia, a potem okazuje się na tyle nieczuła, żeby dorzucić ptaka
szukającego zwierzyny, która dawno uciekła z zanieczyszczonych wód w pobliżu rozrastającego się miasta.
Przypominam sobie innego jastrzębia, który kołował w powietrzu w tamtą
noc, kiedy pierwszy raz przyszliśmy z Siri na to wzgórze. Pamiętam
księżycowe światło na jego skrzydłach i dziwny, niepokojący krzyk,
odbijający się echem od klifu i przeszywający ciemne powietrze nad
gazowymi latarniami położonej w dole wioski.
Siri miała szesnaście lat... nawet mniej, niecałe szesnaście. Księżycowy
blask, który muskał jastrzębie skrzydła w górze, malował mlecznym
światłem także jej nagą skórę i kładł cienie pod miękkimi kręgami
piersi. Spojrzeliśmy w górę, zdjęci wyrzutami sumienia, kiedy okrzyk
jastrzębia przeszył noc.
- "To nie skowronek przecież, ale słowik śpiewał przed chwilą! Niech cię
to nie trwoży"1 - powiedziała Siri.
- Hę? - mruknąłem.
Ona miała prawie szesnaście lat. Ja miałem dziewiętnaście. Ona znała
jednak powolne tempo książek i kadencje teatru pod gwiazdami. Ja znałem
tylko gwiazdy.
- Spokojnie, młody żeglarzu - szepnęła i pociągnęła mnie na ziemię obok
siebie. - To tylko stary jastrząb poluje. Durne ptaszysko. Wracaj tu,
żeglarzu. Wracaj, Merinie.
Los Angeles wybrało akurat tę chwilę, by wznieść się nad horyzont i poszybować na zachód jak porwana wiatrem iskierka, przez obce
konstelacje Maui-Przymierza, świata Siri. Leżałem obok niej i opisywałem
działanie wspaniałego statku nadświetlnego, który nad naszymi głowami
skrzył się w blasku słońca na tle gęstniejącej nocy, podczas gdy moja
ręka zsuwała się coraz niżej po jej gładkim boku. Aksamitna w dotyku
skóra wydawała się naelektryzowana; oddech, który czułem na ramieniu,
przyśpieszał. Zniżyłem twarz do zagłębienia u nasady jej szyi, do
potarganych włosów pachnących potem i perfumami.
- Siri - mówię i tym razem to imię nie pojawia się nieproszone.
Pode mną, poniżej grzbietu wzgórza i cienia białego grobowca, tłum
przestępuje z nogi na nogę. Niecierpliwią się. To przeze mnie. Chcą,
żebym otworzył grobowiec, żebym wszedł, żebym miał chwilę dla siebie w chłodnej, cichej pustce, która zastąpiła ciepłą obecność, jaką stanowiła
moja Siri. Chcą, bym się pożegnał. Wtedy będą mogli kontynuować swoje
rytuały i obrzędy, otworzą transportal i dołączą do Sieci Hegemonii.
Do diabła z tym. Do diabla z nimi wszystkimi.
Wyrywam ze zwartej darni źdźbło trawy, zgryzam słodką łodyżkę i wypatruję na horyzoncie pierwszych oznak powrotu migrujących wysp. O poranku cienie wciąż są długie. Dzień jest młody. Posiedzę tu chwilę i powspominam.
Powspominam Siri.
***
Kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem, była... Czym właściwie? Chyba ptakiem.
Nosiła maskę z barwnymi piórami. Kiedy ją zdjęła, żeby dołączyć do
grupowego kadryla, w blasku pochodni jej włosy zalśniły głębokim
kasztanowym odcieniem. Miała ogniste rumieńce na policzkach i chociaż
oddzielały nas zatłoczone błonia, widziałem, jak olśniewająca zieleń jej
oczu kontrastuje z letnim żarem twarzy i włosów. To była Świąteczna Noc,
rzecz jasna. Roztańczone pochodnie sypały skrami unoszonymi przez silny
wiatr dmący znad portu, huk przyboju i łopot proporców niemal zagłuszały
muzykę flecistów, siedzących na falochronie i przygrywających
przepływającym wyspom. Siri miała prawie szesnaście lat i jej uroda
płonęła jaśniej od wszystkich pochodni ustawionych wokół błoń.
Przepchnąłem się przez roztańczony tłum i podszedłem do niej.
Dla mnie od tej chwili minęło zaledwie pięć lat, dla nas obojga zdarzyło
się to ponad sześćdziesiąt pięć lat temu. A mnie i tak wydaje się, że to
było zaledwie wczoraj.
Źle to opowiadam.
Od czego zacząć?
***
- Co powiesz na to, żebyśmy zorganizowali sobie małe bzykanko, młody? -
zapytał Mike Osho.
Niski, przysadzisty Mike o pulchnej twarzy będącej zmyślną karykaturą
Buddy był wtedy dla mnie bogiem. Wszyscy byliśmy bogami: długowieczni,
jeśli nie nieśmiertelni, dobrze opłacani, chociaż nie do końca boscy.
Hegemonia wybrała nas do załogi jednego z jej bezcennych kosmicznych
statków z napędem kwantowym, jak więc mogliśmy nie być bogami? Sęk w tym, że Mike - błyskotliwy, nieprzewidywalny, zuchwały Mike - był nieco
starszy i stał odrobinę wyżej w pokładowym panteonie niż młody Merin
Aspic.
- Ha! Zero szans - odparłem.
Szorowaliśmy się po dwunastogodzinnej zmianie przy transportalu.
Kursowanie z robotnikami do wybranego przez nich miejsca budowy,
odległego o sto sześćdziesiąt trzy tysiące kilometrów od
Maui-Przymierza, było dla nas znacznie mniej prestiżowym zajęciem niż
czteromiesięczny skok z przestrzeni Hegemonii. W trakcie nadświetlnej
części podróży byliśmy starszymi specjalistami: czterdziestu dziewięciu
ekspertów, których zadaniem było przewiezienie około dwustu nerwowych
pasażerów. Potem nasi pasażerowie włożyli skafandry kosmiczne, a my,
załoga, zostaliśmy zredukowani do roli zwykłych kierowców ciężarówek,
kiedy ekipa budowlana mocowała się z ulokowaniem we właściwym miejscu
pękatej sfery osobliwości.
- Zero szans - powtórzyłem. - Chyba że lądowcy wybudowali burdel na tej
wydzierżawionej nam wysepce, na której poddają nas kwarantannie.
- Nie, nic podobnego - odparł Mike, szczerząc zęby w uśmiechu.
Zbliżał się nasz trzydniowy urlop planetarny, ale z odpraw kapitana
Singha i biadolenia innych żeglarzy wiedzieliśmy, że w naszym przypadku
odpoczynek na planecie sprowadzi się do siedzenia plackiem na
zarządzanej przez Hegemonię wysepce o wymiarach cztery na siedem mil.
Nie była to nawet jedna z tych słynnych pływających wysp, nic z tych
rzeczy: po prostu jeden z wielu wulkanicznych szczytów w okolicy
równika. Na miejscu mogliśmy liczyć na prawdziwą grawitację pod stopami,
niefiltrowane powietrze do oddychania i okazję popróbowania
niesyntetycznego jedzenia. Mogliśmy też oczekiwać, że jedyną namiastką
stosunków z kolonistami z Maui-Przymierza będą dla nas zakupy
miejscowych pamiątek w sklepie wolnocłowym, prowadzonym zresztą przez
ludzi z Hegemonii. Wielu naszych wolało więc spędzić urlop na Los
Angeles.
- To niby jakim cudem mielibyśmy pobzykać, Mike? Planeta jest dla nas
niedostępna do czasu ukończenia budowy transportalu, a do tego brakuje
jeszcze jakichś sześćdziesięciu lat czasu miejscowego. A może miałeś na
myśli Meg z serwerowni?
- Trzymaj się mnie, młody - odparł Mike. - Dla chcącego nic trudnego.
Trzymałem się więc Mike'a. W lądowniku było nas tylko pięciu. Zawsze
emocjonowało mnie spadanie z wysokiej orbity w atmosferę prawdziwego
świata, zwłaszcza gdy ten świat przypominał Starą Ziemię w takim stopniu
jak Maui-Przymierze. Patrzyłem na niebiesko-biały rąbek tarczy planety,
aż morza wreszcie znalazły się na dole, a my zanurkowaliśmy w atmosferę
i delikatnym ślizgiem zbliżaliśmy się do terminatora z prędkością
trzykrotnie większą niż prędkość wydawanych przez lądownik dźwięków.
Byliśmy wtedy bogami. Ale nawet bogowie muszą czasem zstąpić ze swoich
podniebnych tronów.
***
Ciało Siri nigdy nie przestało mnie zadziwiać. Cały tamten czas spędzony
na Archipelagu, trzy tygodnie w ogromnym, rozkołysanym domu na drzewie
pod wydętymi na wietrze liściożaglami, z delfinami-pasterzami
towarzyszącymi nam niczym eskorta, z zachwycającymi tropikalnymi
zachodami słońca, pod nocnym baldachimem gwiazd, z kilwaterem
poznaczonym tysiącem fosforyzujących wirów, które naśladowały
konstelacje na niebie... A ja zapamiętałem właśnie ciało Siri. Z jakiegoś
powodu - może to nieśmiałość, może lata rozłąki - przez pierwsze parę
dni naszego pobytu na Archipelagu nosiła dwa paseczki kostiumu
kąpielowego i delikatna biel jej piersi i podbrzusza nie zdążyła
pociemnieć na tyle, by dopasować się do reszty opalenizny, zanim znów
musiałem odlecieć.
Pamiętam ją z tamtego pierwszego razu. Trójkąty w księżycowym świetle,
kiedy leżeliśmy na miękkiej trawie nad Pierwogrodem. Jej jedwabne figi
czepiały się źdźbeł wierzbicy. Była w niej wtedy dziecięca skromność,
lekkie wahanie, jak wtedy, gdy przychodzi nam coś oddać przedwcześnie -
ale także duma. Ta sama duma, która później pozwoliła jej stawić czoło
gniewnemu tłumowi separatystów na schodach konsulatu Hegemonii w Trójpołudniu i odesłać ich zawstydzonych do domów.
Pamiętam moje piąte lądowanie na Maui-Przymierzu, nasze Czwarte Ponowne
Spotkanie. Była to jedna z nielicznych sytuacji, kiedy widziałem ją
płaczącą. Z racji swojej sławy i mądrości emanowała niemal królewskim
majestatem. Czterokrotnie została wybrana do Wszechrzeczy; Rada
Hegemonii zwracała się do niej po porady i wskazówki. Nosiła swoją
niezależność niczym królewski płaszcz, a jej płomienna duma płonęła
wtedy najjaśniej. Kiedy jednak znaleźliśmy się sami w kamiennej willi na
południe od Fevarone, to ona pierwsza odwróciła się ode mnie.
Denerwowałem się, przerażała mnie ta potężna nieznajoma, ale to Siri -
wyprostowana, dumna Siri - odwróciła się twarzą do ściany i powiedziała
przez łzy:
- Odejdź. Odejdź, Merinie. Nie chcę, żebyś mnie oglądał. Jestem
staruchą, całkiem zwiotczałą i obwisłą. Odejdź.
Przyznaję, że potraktowałem ją wtedy dość brutalnie. Lewą ręką
przyszpiliłem jej nadgarstki do ściany z siłą, która nawet mnie samego
zaskoczyła, i jednym szarpnięciem rozerwałem przód jej jedwabnej szaty.
Całowałem jej ramiona, szyję, wyblakłe cienie rozstępów na napiętym
brzuchu, bliznę na udzie po wypadku na śmigu, do którego doszło jakieś
czterdzieści lat wcześniej - wedle jej rachuby. Całowałem siwiejące
włosy i linie wyżłobione na niegdyś gładkich policzkach. Scałowałem jej
łzy.
***
- Jezu, Mike, to na pewno jest niezgodne z prawem - powiedziałem, kiedy
mój przyjaciel rozwinął wyjętą z plecaka aeromatę.
Znajdowaliśmy się na wyspie numer 241, bo taką romantyczną nazwę nadali
handlarze z Hegemonii temu ponuremu wulkanicznemu pryszczowi, który
wybrali na miejsce naszego urlopu. Wyspa 241 znajdowała się niecałe
pięćdziesiąt kilometrów od najstarszych osad kolonialnych, ale równie
dobrze mogła być od nich oddalona o pięćdziesiąt lat świetlnych. Żaden
miejscowy statek nie mógł do niej przybić, kiedy znajdowali się tam
budowniczowie transportalu albo załoga Los Angeles. Koloniści na
Maui-Przymierzu nadal mieli trochę starych i sprawnych śmigów, ale za
obopólną zgodą wstrzymywali się od przelotów nad wyspą. Poza zbiorowymi
sypialniami, plażą, przy której można było popływać, i wolnocłowym
sklepem, na wyspie nie było niczego ciekawego dla żeglarzy. Pewnego
dnia, kiedy Los Angeles przetransportuje do układu ostatnie części, i budowa transportalu zostanie zakończona, urzędnicy Hegemonii zamienią
wyspę w centrum handlu i turystyki, ale do tego czasu będzie to
prymitywna osada z lądowiskiem, nowiutkimi zabudowaniami z miejscowego
białego kamienia i garstką znudzonych pracowników obsługi naziemnej.
Mike zgłosił nas na trzydniową wyprawę z plecakami na najbardziej stromy
i najmniej dostępny kraniec małej wysepki.
- Na miłość boską, nie chcę iść na wycieczkę - powiedziałem. - To już
wolę zostać na L.A. i podłączyć się do symstymu.
- Zamknij się i chodź ze mną - odparł Mike, więc jako bóstwo pomniejsze,
posłuszne starszemu i mądrzejszemu, zamknąłem się i poszedłem za nim.
Dwie godziny mozolnego przedzierania się przez kłujący gąszcz
kolcodrzewu doprowadziły nas do krawędzi jęzora lawy, kilkaset metrów
nad rozbijającymi się o brzeg falami. Znajdowaliśmy się w pobliżu
równika na planecie, gdzie dominował tropikalny klimat, ale na tej
odsłoniętej półce skalnej wiatr zawodził przeraźliwie, a ja szczękałem
zębami z zimna. Zachód słońca był czerwoną smugą między ciemnymi
cumulusami. Nie miałem ochoty na noc pod gołym niebem w takim miejscu.
- Daj spokój - powiedziałem. - Schowamy się przed wiatrem i rozpalimy
ognisko. Nie mam pojęcia, jak, u diabła, rozbijemy namiot na tej skale.
Mike usiadł i zapalił skręta.
- Zajrzyj do swojego plecaka, młody.
Zawahałem się. Powiedział to zupełnie zwyczajnie, ale był to beznamiętny
ton typowy dla kawalarza tuż przed tym, jak wyleje ci na głowę wiadro
wody. Przykucnąłem i zacząłem obmacywać nylonowy plecak. Rozpoznałem
tylko stare płynopianowe pudełka, dzięki którym wyglądał na wypchany, i kompletny kostium arlekina, łącznie z maską i dzwoneczkami na palcach
stóp.
- Czyś ty... Czy to... Całkiem ci odbiło? - wykrztusiłem.
Szybko się zmierzchało. Sztorm mógł, ale nie musiał ominąć nas od
południa. Przybój srożył się w dole jak wygłodniała bestia. Gdybym
wiedział, jak wrócić stamtąd po ciemku, może bym się zastanowił, czy nie
rzucić szczątków Mike'a Osho rybom na pożarcie.
- A teraz zobacz, co jest w moim plecaku - odparł.
Wytrząsnął kilka pudeł, wyjął trochę ręcznie robionych błyskotek, jakie
widywałem na Renesansie, a na koniec wyciągnął kompas inercyjny, pióro
laserowe, które ochrona statku mogłaby (choć nie musiała) uznać za
ukrytą broń, drugi kostium arlekina (uszyty dla kogoś o bardziej krągłej
sylwetce) oraz aeromatę.
- Jezu, Mike... - Przesunąłem ręką po zawiłym wzorze starego dywanika. -
To na pewno jest niezgodne z prawem.
- Nie zauważyłem u nas żadnego celnika - odparł Mike z szerokim
uśmiechem. - I szczerze wątpię, czy miejscowi mają jakieś rozporządzenia
dotyczące kontroli ruchu.
- No tak, ale... - Urwałem i rozwinąłem matę do końca. Miała nieco ponad
metr szerokości i ze dwa długości. Kosztowna tkanina wyblakła ze
starości, ale sploty sterujące nadal błyszczały jak świeża miedź. -
Gdzieś ty to dorwał? Nadal działa?
- Na Ogrodzie - wyjaśnił Mike i upchnął nasze kostiumy oraz resztę
sprzętu do swojego plecaka. - I owszem, działa. Minęło ponad sto lat,
odkąd stary Vladimir Sholokov, emigrant ze Starej Ziemi, genialny
lepidopterolog i inżynier systemów EM, stworzył na Nova Terra pierwszą
aeromatę, prezent dla swojej ślicznej, młodziutkiej siostrzenicy.
Legenda mówi, że siostrzenica wzgardziła podarunkiem, ale w ciągu
dziesięcioleci aeromaty stały się wręcz absurdalnie popularne, bardziej
wśród bogatych dorosłych niż dzieci - dopóki nie zakazano ich na
większości światów Hegemonii. Były niebezpieczne w obsłudze, stanowiły
przejaw marnotrawstwa ekranowanych monowłókien i nie dało się zapanować
nad nimi w kontrolowanej przestrzeni powietrznej, dlatego stały się
ciekawostką zarezerwowaną dla bajek na dobranoc, muzeów i kilku planet
kolonialnych.
- Musiała kosztować fortunę - powiedziałem.
- Trzydzieści marek - odrzekł Mike i usadowił się pośrodku dywanika. -
Staruszek na targu w Carvnalu, który mi ją sprzedał, myślał, że nie jest
nic warta. I nie była... dla niego. Zabrałem ją na statek, naładowałem,
przeprogramowałem chipy inercyjne i voila!
Dotknął zawiłego wzoru. Mata zesztywniała i uniosła się piętnaście
centymetrów nad ziemię. Spojrzałem na nią z powątpiewaniem.
- No dobrze, ale co będzie, jeśli...
- Nie bój żaby - odparł Mike i niecierpliwie poklepał dywanik za sobą. -
Jest w pełni naładowana. Potrafię się nią posługiwać. No już, wskakuj
albo się odsuń. Chcę wyruszyć, zanim nadciągnie burza.
- To chyba nie jest...
- Daj spokój, Merin. Zdecydujże się. Nie mam czasu.
Wahałem się jeszcze przez sekundę, może dwie. Jeśli zostaniemy
przyłapani poza wyspą, wyrzucą nas ze statku. A praca na statku była
teraz całym moim życiem - taką decyzję podjąłem, kiedy podpisałem
kontrakt na osiem misji na Maui-Przymierze. Co więcej, od cywilizacji
dzieliło mnie dwieście lat świetlnych oraz pięć i pół roku długu
czasowego; nawet gdyby zabrali nas z powrotem do przestrzeni Hegemonii,
podróż w obie strony zabrałaby nam jedenaście lat z życia naszych
przyjaciół i rodzin. Dług czasowy był nieubłagany.
Wgramoliłem się na unoszącą się w powietrzu aeromatę i usadowiłem za
plecami Mike'a, który wcisnął między nas plecak, kazał mi się trzymać i klepnął sploty sterujące. Mata uniosła się na pięć metrów nad skalny
występ, skręciła z przechyłem w lewo i śmignęła ponad obcym oceanem.
Trzysta metrów pod nami grzywacze bieliły się w pogłębiającym się mroku.
Wznieśliśmy się wyżej nad wzburzonymi wodami i skierowaliśmy na północ.
W takich chwilach rodzą się całe nowe przyszłości.
***
Pamiętam rozmowę z Siri w czasie naszego Drugiego Ponownego Spotkania,
wkrótce po tym, jak pierwszy raz odwiedziliśmy willę na wybrzeżu w okolicy Fevarone. Spacerowaliśmy plażą. Alón został w mieście pod opieką
Magritte - i bardzo dobrze, nie czułem się swobodnie w towarzystwie tego
chłopca. Tylko niezaprzeczalna powaga w jego zielonych oczach i niepokojąco znajome (jakbym patrzył w lustro) krótkie, ciemne loki i zadarty nos pozwalały mi powiązać go w myślach ze mną... z nami. Jeszcze
ten przelotny, lekko sardoniczny uśmieszek, na którym go przyłapywałem,
skrywany przed Siri, kiedy ta go ganiła. Ten uśmieszek miał w sobie za
dużo cynicznego rozbawienia i rezerwy, żeby dziesięciolatek mógł się go
nauczyć. Znałem go doskonale. Myślałem, że takich rzeczy człowiek nie
dziedziczy, tylko je nabywa.
- Bardzo mało wiesz - powiedziała Siri.
Brodziła boso w płytkim basenie pływowym. Od czasu do czasu podnosiła
jakąś muszlę, szukała na niej skaz i upuszczała ją z powrotem do
zmąconej wody.
- Zostałem gruntownie przeszkolony - odpowiedziałem.
- Nie wątpię - zgodziła się Siri. - Wiem, że jesteś wykwalifikowany, ale
niewiele wiesz.
Poirytowany, nie bardzo wiedząc, jak zareagować, szedłem za nią ze
spuszczoną głową. Wykopałem z piasku biały kawałek lawy i cisnąłem nim
daleko do zatoki. Nad wschodnim horyzontem zbierały się deszczowe
chmury. Złapałem się na tym, że chciałbym już wrócić na pokład statku.
Tym razem bez entuzjazmu wróciłem na Maui-Przymierze i wiedziałem już,
że powrót był błędem. To była moja trzecia wizyta na planecie, nasze
Drugie Ponowne Spotkanie, jak nazywali je poeci i lud Siri. Do
dwudziestych pierwszych urodzin brakowało mi pięciu miesięcy; Siri
zaledwie trzy tygodnie wcześniej skończyła trzydzieści siedem lat.
- Byłem w mnóstwie miejsc, których ty nigdy nie widziałaś -
odpowiedziałem w końcu.
Nawet dla mnie zabrzmiało to dziecinnie, jakbym się dąsał.
- Och, z pewnością - powiedziała Siri i klasnęła w dłonie.
Przez sekundę widziałem w jej entuzjazmie moją inną Siri, młodą
dziewczynę, o której marzyłem w czasie długich dziewięciu miesięcy
podróży. A potem wyobrażenie zmieniło się w brutalną rzeczywistość i aż
nazbyt wyraźnie uprzytomniłem sobie jej krótkie włosy, wiotczejące
mięśnie szyi i żyły uwypuklające się na grzbietach niegdyś ukochanych
rąk.
- Byłeś w miejscach, których ja nigdy nie zobaczę - dodała pośpiesznie.
Jej głos był niemal taki sam. Niemal. - Merinie, mój kochany, widziałeś
rzeczy, których ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić. Znasz pewnie
takie fakty na temat wszechświata, których istnienia ja nawet się nie
domyślam. Ale tak naprawdę bardzo mało wiesz, kochanie.
- Siri, o czym ty, u diabła, mówisz?
Usiadłem na na wpół zatopionej kłodzie obok pasa wilgotnego piasku i podciągnąłem kolana, wznosząc je między nami jak płot.
Siri przestała brodzić w wodzie i podeszła, żeby uklęknąć przede mną.
Ujęła moje ręce w swoje. Chociaż moje były większe, cięższe, miały
grubsze palce i kości, to wyraźnie czułem jej siłę. Wyobrażałem sobie,
że jest to siła lat, których z nią nie dzieliłem.
- Musisz pożyć, żeby naprawdę wiedzieć pewne rzeczy, ukochany. Narodziny
Alóna pomogły mi to zrozumieć. W wychowywaniu dziecka jest coś, co
pomaga wyraźniej wyczuwać to, co jest prawdziwe.
- Co masz na myśli?
Odwróciła na chwilę wzrok i machinalnie odgarnęła pasemko włosów. Lewą
ręką zdecydowanie przytrzymywała moje dłonie.
- Nie jestem pewna - odpowiedziała cicho. - Myślę, że człowiek zaczyna
wyczuwać, kiedy pewne rzeczy nie są ważne. Nie bardzo wiem, jak to ująć.
Jeśli przez trzydzieści lat wchodzisz do sal wypełnionych obcymi
twarzami, czujesz mniejszą presję, niż gdybyś miał tylko piętnaście lat
takich doświadczeń. Wiesz, co ta sala i ludzie w niej czekający szykują
dla ciebie, i po to właśnie tam wchodzisz. A jeśli tego tam nie ma, od
razu wyczuwasz, wycofujesz się i zajmujesz swoimi sprawami. Po prostu
wiesz więcej o tym, co jest, a co nie jest ważne, i jak niewiele masz
czasu, żeby nauczyć się odróżniać jedno od drugiego. Rozumiesz mnie? Czy
chociaż trochę mnie rozumiesz?
- Nie - przyznałem.
Siri skinęła głową i zagryzła wargi. Nie odzywała się przez dłuższą
chwilę. Zamiast tego pochyliła się i pocałowała mnie. Jej usta były
suche i lekko niepewne. Nie reagowałem przez sekundę, patrząc na niebo
za jej plecami. Potrzebowałem chwili na zastanowienie. Potem jednak
poczułem ciepły napór jej języka i zamknąłem oczy. Za nami zaczynał się
przypływ. Poczułem ciepło i podniecenie, kiedy rozpięła mi koszulę i przesunęła paznokciami po mojej piersi. Przez chwilę między nami była
pustka, otworzyłem więc oczy - w samą porę, żeby zobaczyć, jak Siri
rozpina ostatnie guziki białej sukienki. Jej piersi były krąglejsze, niż
pamiętałem, cięższe, sutki większe i ciemniejsze. Rześkie powietrze
kąsało nas, dopóki nie zsunąłem sukienki z jej ramion i nasze ciała się
nie zetknęły. Ześliznęliśmy się z kłody na ciepły piasek. Mocniej
przytuliłem Siri, cały czas zdumiony, jakim cudem mogłem uznać ją za
silniejszą. Miała słoną skórę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wstęp do "Styks płynie pod prąd"
Często powtarza się frazes, że pisanie fantastyki przypomina wydawanie
na świat dzieci. Jak w przypadku większości frazesów, jest w tym ziarno
prawdy. Pojawienie się pomysłu na opowiadanie lub powieść - chwila
czystej inspiracji i poczęcia - jest najbliższe ekstazie w zawodzie
pisarza. Sam proces tworzenia, zwłaszcza powieści, trwa mniej więcej
tyle, ile ciąża, i wiążą się z nim liczne niewygody, okresy złego
samopoczucia oraz oczekiwanie na nieuniknione trudy porodu. W końcu
opowiadania bądź książki zaczynają żyć własnym życiem i wymykają się
spod kontroli pisarza; podróżują do krajów, których autor może nigdy nie
odwiedzić, uczą się wysławiać w językach, których pisarz nigdy nie
opanuje, docierają do czytelników dysponujących znacznie większymi
wpływami lub poziomem wykształcenia, a także - co jest chyba najbardziej
irytujące - trwają, gdy autor zmienia się w proch i zapomniany przypis
na marginesie.
Te niewdzięczne bachory nawet nie piszą do rodziców.
Opowiadanie Styks płynie pod prąd zostało poczęte pewnego pięknego
sierpniowego poranka w 1979 roku, w altance na tyłach domu moich teściów
w Kenmore w stanie Nowy Jork. Pamiętam, że napisałem pierwszy akapit, na
chwilę oderwałem się od pracy i pomyślałem: "To będzie moje pierwsze
opowiadanie, które ukaże się drukiem".
Tak się stało, ale dopiero dwa i pół roku później, po niezliczonych
perypetiach.
Tydzień po skończeniu pierwszej wersji tekstu pojechałem do Rockport w stanie Maine, by odebrać moją żonę Karen z warsztatów fotograficznych.
Po drodze spędziłem dzień w Exeter w stanie New Hampshire, gdzie
spotkałem się z pewnym szanowanym pisarzem, z którym wcześniej tylko
korespondowałem. Poradził mi: "Wysyłaj teksty do "niewielkich
czasopism", przez lata - a nawet dziesięciolecia - buduj swoją reputację
na mniejszych rynkach, zadowalając się egzemplarzami autorskimi zamiast
honorarium, zanim chociaż pomyślisz o napisaniu powieści, a potem przez
kolejne lata publikuj u mało znanych wydawców, dla najwyżej tysiąca
czytelników, jednocześnie starając się zyskać uznanie krytyków".
Odebrałem Karen z Rockport i rozpoczęliśmy długą podróż powrotną do
naszego domu w Kolorado. Przez większość drogi milczałem, rozmyślając o radzie pisarza. Były to mądre słowa - tylko jednemu na setki albo
tysiące potencjalnych pisarzy udaje się cokolwiek wydać, a tylko
nieliczni z tych, którzy doczekają się wydania swoich tekstów, mogą się
z tego utrzymać... nawet na najniższym poziomie. Statystyczne szanse na
zostanie "poczytnym pisarzem" są porównywalne z szansami na trafienie
przez piorun podczas ataku rekina.
Dlatego w drodze między Rockport a górami Kolorado doszedłem do wniosku,
że rada była słuszna, uświadomiłem sobie, że droga "niewielkich
wydawnictw" jest tą właściwą, i zrozumiałem, że pisanie dla masowego
odbiorcy, a zarazem tworzenie wysokiej jakości tekstów to mrzonka... o której należy zapomnieć.
A potem, kiedy zobaczyłem Góry Skaliste wznoszące się nad równinami,
powiedziałem sobie: "A właśnie, że nie". Trochę na przekór postanowiłem
pisać dla jak najszerszego odbiorcy.
Przenieśmy się w czasie do lata 1981 roku, dwa lata później.
Przygnębiony, zniechęcony, niemal załamany niezliczonymi odmowami,
rozczarowany rzeczywistością, przestałem dobijać się do wydawców i zrobiłem coś, czego poprzysiągłem sobie nigdy nie robić: pojechałem na
konferencję dla pisarzy. A nawet zapłaciłem, by na nią pojechać. To była
jedna z tych konferencji, podczas których nauczano, "jak przygotować
maszynopis", a potencjalni pisarze siadywali w kręgu i nawzajem
krytykowali swoje teksty. To był mój łabędzi śpiew. Pojechałem tam, by
zacząć postrzegać pisarstwo jako hobby, a nie obsesję.
I wtedy poznałem Harlana Ellisona.
Nie będę was zanudzał szczegółami dotyczącymi tego spotkania. Nie będę
opisywał poprzedzającej je rzezi, gdy legendarny enfant terrible
rozczłonkowywał i patroszył pechowych kandydatów na pisarzy, którzy
poddawali jego ocenie swoje opowiadania.
Pomiędzy wygłaszaniem kolejnych opinii, gdy Harlan Ellison odpoczywał i sączył wodę Perrier, organizatorzy warsztatów usuwali rozrzucone członki
z sali seminaryjnej, myli ściany, rozsypywali trociny na wykładzinie i przygotowywali pomieszczenie na przyjęcie kolejnej ofiary.
Okazało się, że to ja miałem nią być.
- Kim jest ten Simmons?! - wydarł się Ellison. - Wstań, pomachaj ręką,
pokaż się, psiakrew. Ja pierdolę, co za narcyz miał czelność i tupet
oddać opowiadanie na, kurwa, pięć tysięcy słów? Pokaż mi się, Simmons!
Podjąłem jedną z najodważniejszych (czytaj: najbardziej szalonych)
decyzji w swoim życiu i pomachałem palcami. Wstałem.
Ellison popatrzył na mnie znad okularów.
- Mam nadzieję, że przynajmniej będzie dobre, Simmons... Nie, musi być
kurewsko genialne, w przeciwnym razie nie wyjdziesz stąd żywy.
Comprende? Capisce?
Uszedłem z życiem. Prawdę mówiąc, dawno nie czułem się tak żywy, jak po
wyjściu z tej sali. Nie chodziło tylko o to, że Ellisonowi spodobało się
opowiadanie. Razem z Edem Bryantem oraz kilkoma innymi pisarzami
wypunktowali wszystkie wady fabuły, ujawnili wszystkie fałszywe nuty i niewidzialne ściany, wskazali miejsca, przez które się prześlizgnąłem,
choć wymagały więcej uwagi, zerwali zasłony ze wszystkich niedoskonałych
zdań i blagierskich fraz. Ale potraktowali mój tekst poważnie.
Harlan Ellison zrobił coś jeszcze. Oznajmił mi to, co wiedziałem od lat,
ale w co nie śmiałem wierzyć - powiedział, że nie mam wyjścia i muszę
dalej pisać, nawet jeśli nigdy nie zostanę wydany. Powiedział, że
niewielu ludzi słyszy muzykę, ale ci, którym jest to dane, muszą podążać
za jej brzmieniem. Powiedział, że jeśli nie usiądę do maszyny do
pisania, osobiście poleci do Kolorado i urwie mi pieprzony nos.
Usiadłem do maszyny do pisania. Ed Bryant był na tyle miły, że pozwolił,
abym jako pierwszy niepublikowany pisarz wziął udział w konferencji w Milford... gdzie nauczyłem się grać w jednej drużynie z prawdziwymi
szychami.
Tamtej jesieni zgłosiłem poprawioną wersję opowiadania Styks płynie pod
prąd na pierwszy doroczny konkurs literacki dla debiutantów w "Twilight
Zone Magazine". Według redakcji spłynęło ponad dziewięć tysięcy tekstów,
które trzeba było przeczytać i ocenić. Styks... zajął pierwsze miejsce,
ex aequo z opowiadaniem W.G. Norrisa.
W ten sposób moje pierwsze wydane opowiadanie trafiło na sklepowe półki
15 lutego 1982 roku. Tak się składa, że tego samego dnia przyszła na
świat nasza córka, Jane.
Minęło sporo czasu, zanim ktokolwiek, wliczając mnie samego, zauważył
mój debiut. Analogie między pisaniem a wydawaniem na świat dzieci brzmią
efektownie, ale prawdziwe dzieci wygrywają w przedbiegach.
Poddaję pod waszą ocenę opowieść o miłości, stracie i smutnej
konieczności rezygnowania z tego, co najbardziej kochamy...
Styks płynie pod prąd
To co najbardziej kochasz - pozostanie
reszta to śmieci
To co najbardziej kochasz, nie będzie ci wydarte
To co najbardziej kochasz, to twoje prawdziwe dziedzictwo...
Ezra Pound, Pieśń LXXXI
(przeł. Andrzeja Sosnowski)
Bardzo kochałem swoją matkę. Po jej pogrzebie, kiedy już opuszczono
trumnę do grobu, rodzina wróciła do domu i czekała na jej powrót.
Miałem wtedy dopiero osiem lat. Niewiele zapamiętałem z obowiązkowej
ceremonii. Pamiętam, że kołnierzyk zeszłorocznej koszuli mocno mnie
uwierał, a krawat, do którego noszenia nie przywykłem, był jak pętla
wokół mojej szyi. Pamiętam, że tamten czerwcowy dzień był zbyt pogodny
jak na takie posępne zgromadzenie. Pamiętam, że wujek Will od rana ostro
pił i już w drodze do domu wyciągnął butelkę whisky Jack Daniel's.
Pamiętam twarz ojca.
Popołudnie strasznie się dłużyło. Tamtego dnia nie miałem żadnej roli do
odegrania i dorośli mnie ignorowali. Włóczyłem się od pokoju do pokoju
ze szklanką ciepłego kool-aida, aż w końcu uciekłem na podwórze. Nawet
tę znajomą scenerię zabaw i odosobnienia psuły blade, tłuste twarze
sąsiadów w oknach. Czekali. Mieli nadzieję, że coś zobaczą. Miałem
ochotę na nich krzyczeć i ciskać kamieniami. Ale zamiast tego usiadłem
na starej oponie traktora, której używaliśmy jako piaskownicy.
Rozmyślnie wylałem czerwoną lemoniadę na piasek i patrzyłem, jak
rozszerzająca się kałuża żłobi niewielki dołek.
Właśnie ją wykopują.
Podbiegłem do huśtawki i ze złością zacząłem odpychać się nogami od
gołej ziemi. Zardzewiała huśtawka skrzypiała, a jej rama z jednej strony
odrywała się od gruntu.
Nie, już to zrobili, głupku. Teraz podłączają ją do wielkich maszyn. Na
nowo wpompują w nią krew?
Pomyślałem o wiszących butelkach. Przypomniałem sobie grube czerwone
kleszcze na skórze naszego psa latem. Gniewnie się odepchnąłem, próbując
wzlecieć wyżej, niż to było możliwe.
Czy najpierw drgają jej palce? A może jej oczy otwierają się jak u budzącej się sowy?
Kiedy znajdowałem się na samym szczycie łuku, zeskoczyłem. Przez chwilę
czułem się pozbawiony wagi i wisiałem nad ziemią jak Superman, jak duch
wylatujący z ciała. Potem pochwyciła mnie grawitacja i ciężko upadłem na
ręce i kolana. Podrapałem sobie dłonie i poplamiłem spodnie trawą.
Wiedziałem, że mama będzie wściekła.
Teraz ją oprowadzają. Może ubierają ją jak manekin na wystawie sklepu
pana Feldmana.
Mój brat Simon wyszedł na podwórze. Chociaż był ode mnie tylko o dwa
lata starszy, tamtego popołudnia wydał mi się dorosły. A nawet stary.
Jego blond włosy, ostrzyżone równie niedawno jak moje, zwisały bezładnie
na bladym czole. Miał zmęczone oczy. Simon niemal nigdy na mnie nie
krzyczał, ale tamtego dnia to zrobił.
- Chodź do środka. Już prawie pora.
Podążyłem za nim, przecinając tylną werandę. Większość krewnych już
poszła, ale z salonu dobiegł głos wujka Willa. Coś wykrzykiwał.
Zatrzymaliśmy się na korytarzu, żeby posłuchać.
- Rany boskie, Les, wciąż nie jest za późno. Nie możesz tego zrobić.
- Już po wszystkim.
- Pomyśl o... Jezu Chryste... pomyśl o dzieciakach.
Usłyszeliśmy niewyraźne głosy i domyśliliśmy się, że wujek Will sporo
wypił. Simon przyłożył palec do ust. Zapadła cisza.
- Les, pomyśl o kwestiach finansowych. Jak... ile... to dwadzieścia pięć
procent wszystkiego, co masz. Za ile lat, Les? Pomyśl o dzieciakach. Jak
to wpłynie...
- Już po wszystkim, Will.
Jeszcze nigdy nie słyszeliśmy takiego tonu głosu u ojca. Nie starał się
argumentować, jak podczas późnowieczornych dyskusji politycznych z wujkiem Willem. Nie był smutny, jak podczas rozmowy ze mną i Simonem,
gdy po raz pierwszy przywieźliśmy matkę do domu ze szpitala. Jego głos
brzmiał stanowczo.
Rozmowa trwała. Wujek Will zaczął krzyczeć. Nawet milczenie było pełne
złości. Poszliśmy do kuchni po colę. Kiedy wróciliśmy, wujek Will niemal
nas staranował, tak się śpieszył do wyjścia. Zatrzasnął za sobą drzwi.
Nigdy więcej nie pojawił się w naszym domu.
***
Przywieźli matkę tuż po zmroku. Simon i ja wyglądaliśmy przez okno i czuliśmy, że sąsiedzi wszystko obserwują. Zostali tylko ciocia Helen i kilkoro najbliższych krewnych. Ojciec był wyraźnie zaskoczony, kiedy
zobaczył samochód. Nie wiem, czego się spodziewał - może długiego
czarnego karawanu, jak ten, którym rano zawieźli matkę na cmentarz.
Podjechali żółtą toyotą. Razem z matką w samochodzie byli czterej
mężczyźni. Nie mieli na sobie ciemnych garniturów jak ojciec, tylko
pastelowe koszule z krótkim rękawem. Jeden z nich wysiadł z auta i podał
dłoń matce.
Miałem ochotę wybiec na chodnik, ale Simon chwycił mnie za nadgarstek i zaczekaliśmy na korytarzu, aż ojciec i pozostali dorośli otworzą drzwi.
Maszerowali chodnikiem w blasku gazowej lampy stojącej na trawniku.
Matka szła pomiędzy dwoma mężczyznami, ale nie pomagali jej iść, tylko
wskazywali kierunek. Miała na sobie błękitną sukienkę, którą kupiła u Scotta tuż przed chorobą. Spodziewałem się, że będzie miała bladą,
woskowatą skórę - jak wtedy, gdy zajrzałem przez szparę w drzwiach do
jej sypialni, zanim przyszli ludzie z zakładu pogrzebowego - ale jej
cera była rumiana i zdrowa, niemal spalona słońcem.
Kiedy weszli na werandę, zobaczyłem, że nosi mocny makijaż. Nigdy się
nie malowała. Dwaj mężczyźni również mieli różowe policzki. Cała trójka
identycznie się uśmiechała.
Kiedy weszli do domu, chyba wszyscy cofnęliśmy się o krok - nie licząc
ojca. On położył dłonie na ramionach matki, długo na nią patrzył, aż w końcu pocałował ją w policzek. Nie wydaje mi się, żeby odwzajemniła
pocałunek. Jej uśmiech się nie zmienił. Łzy spływały po twarzy ojca.
Czułem zażenowanie.
Wskrzesiciele coś mówili. Ojciec i ciocia Helen kiwali głowami. Matka
tylko stała, wciąż delikatnie się uśmiechając, i patrzyła grzecznie na
mężczyznę w żółtej koszuli, który coś opowiadał, żartował i klepał ojca
po plecach. Potem przyszła kolej na nas, żeby uściskać matkę. Ciocia
Helen popchnęła Simona naprzód, a ja wciąż trzymałem go za rękę. Cmoknął
matkę w policzek, a następnie szybko się cofnął i stanął przy ojcu.
Zarzuciłem matce ręce na szyję i pocałowałem ją w usta. Stęskniłem się
za nią.
Jej skóra nie była zimna. Była po prostu inna.
Patrzyła prosto na mnie. Baxter, nasz owczarek niemiecki, zaczął
skowytać i drapać w tylne drzwi.
Ojciec zaprowadził Wskrzesicieli do gabinetu. Na korytarzu słyszeliśmy
urywki ich rozmowy.
- ...jeśli potraktuje się to jak udar...
- Jak długo ona...
- Rozumie pan, że dziesięcina jest konieczna ze względu na miesięczne
wydatki na opiekę i...
Kobiety z naszej rodziny stanęły wokół matki. Przez chwilę panowała
niezręczna atmosfera, zanim uświadomiły sobie, że matka nie mówi. Ciotka
Helen dotknęła policzka siostry. Matka cały czas się uśmiechała.
Potem wrócił ojciec i przemówił donośnym, serdecznym głosem. Wyjaśnił,
że to bardzo przypomina lekki udar - jak u wujka Richarda. Jednocześnie
całował wszystkich ludzi i im dziękował.
Wskrzesiciele wyszli z uśmiechami na twarzach i podpisanymi dokumentami.
Pozostali krewni wkrótce także zaczęli się rozchodzić. Ojciec
odprowadził ich przed dom, gdzie z uśmiechem ściskał ich dłonie.
- Pomyślcie, że była chora, ale wyzdrowiała - powiedział. - Że wróciła
do domu ze szpitala.
Ciocia Helen wyszła jako ostatnia. Długo siedziała przy mamie, cicho do
niej mówiła i wypatrywała jakiejkolwiek reakcji na jej twarzy. Po jakimś
czasie zaczęła płakać.
- Pomyśl, że wyzdrowiała - powiedział ojciec, odprowadzając ją do
samochodu. - Że wróciła do domu ze szpitala.
Ciocia Helen pokiwała głową, wciąż zapłakana, i odjechała. Chyba
wiedziała o tym, o czym wiedzieliśmy Simon i ja. Matka nie wróciła ze
szpitala. Wróciła z grobu.
***
To była długa noc. Kilka razy miałem wrażenie, że słyszę ciche klaskanie
kapci matki na podłodze w korytarzu, i wstrzymywałem oddech, czekając,
aż drzwi się otworzą. Ale tak się nie stało. Blask księżyca padał na
moje nogi i wydobywał z ciemności kawałek tapety obok komody. Kwiecisty
wzór wyglądał jak pysk jakiegoś wielkiego, smutnego zwierza. Tuż przed
świtem Simon wychylił się ze swojego łóżka i szepnął:
- Idź spać, głupku.
Posłuchałem go.
***
Przez pierwszy tydzień ojciec spał z matką w tym samym pokoju co zawsze.
Codziennie rano był przygnębiony i pokrzykiwał na nas, kiedy jedliśmy
płatki śniadaniowe. Potem przeniósł się do swojego gabinetu, gdzie spał
na starym dywanie.
***
To było upalne lato. Nikt nie chciał się z nami bawić, więc Simon i ja
spędzaliśmy czas razem. Ojciec miał tylko poranne zajęcia na
uniwersytecie. Matka snuła się po domu i często podlewała rośliny.
Pewnego razu Simon i ja widzieliśmy, jak próbuje podlać kwiatki, które
uschły i zostały usunięte, kiedy była w szpitalu w kwietniu. Woda
spłynęła po komodzie na podłogę. Matka niczego nie zauważyła.
Kiedy wychodziła na zewnątrz, wydawało się, że ciągnie ją do leśnego
rezerwatu za domem. Być może kusiła ją ciemność. Simon i ja lubiliśmy
bawić się na skraju lasu o zmroku, łapać świetliki do słoja i budować
namioty z koców, ale odkąd matka zaczęła tam chadzać, spędzaliśmy
wieczory na trawniku przed domem. Czasami zostawałem tam dłużej,
ponieważ matka odchodziła za daleko i musiałem brać ją pod rękę i prowadzić z powrotem do domu.
Matka nosiła wszystkie ubrania, jakie podsuwał jej ojciec. Czasami
śpieszył się na uczelnię i rzucał tylko: "Włóż czerwoną sukienkę", a matka spędzała cały skwarny lipcowy dzień w grubym wełnianym stroju.
Nigdy się nie pociła. Czasami nie mówił jej, żeby zeszła rano na dół, a wtedy zostawała w sypialni aż do jego powrotu. W takie dni namawiałem
Simona, by wszedł ze mną na górę i na nią popatrzył, ale on bez słowa
kręcił głową. Ojciec zaczął więcej pić, tak jak kiedyś wujek Will, i wrzeszczał na nas z byle powodu. Zawsze wybuchałem płaczem, kiedy
zaczynał krzyczeć, ale Simon nigdy nie płakał.
***
Matka nigdy nie mrugała. Początkowo nie zwracałem na to uwagi. Kiedy w końcu to zauważyłem, zacząłem się czuć nieswojo. Ale nie kochałem jej
przez to mniej.
***
Simon i ja wieczorami nie mogliśmy zasnąć. Matka kiedyś układała nas do
snu i opowiadała nam długie historie o czarodzieju Yandym, który
zabierał naszego psa, Baxtera, na wielkie wyprawy, gdy się z nim nie
bawiliśmy. Ojciec nie wymyślał bajek, ale czytał nam grubą księgę, którą
nazywał Pieśniami Pounda. Nie rozumiałem większości z nich, ale i tak
mi się podobało, no i zakochałem się w brzmieniu słów, które, jak mówił
ojciec, pochodziły z greki. Nikt już nie zaglądał do nas po kąpieli.
Kilka razy próbowałem opowiadać Simonowi historie na dobranoc, ale były
kiepskie i kazał mi przestać.
***
Czwartego lipca Tomy Wiedermeyer, z którym chodziłem do klasy, utopił
się w basenie, który jego rodzice dopiero co zbudowali.
Tamtego wieczoru siedzieliśmy na podwórzu i patrzyliśmy na fajerwerki
nad terenem rekreacyjnym oddalonym o niecały kilometr. Chociaż las
częściowo przesłaniał widok, to sztuczne ognie na niebie były wyraźnie
widoczne. Najpierw pojawiały się eksplozje koloru, a cztery albo pięć
sekund później docierały do nas dźwięki. Odwróciłem się, żeby powiedzieć
coś do cioci Helen, i zobaczyłem matkę, która wyglądała przez okno na
piętrze. Jej twarz była niezwykle blada na tle ciemnego pokoju, a kolory
spływały po niej jak płyny.
***
Wkrótce potem znalazłem martwą wiewiórkę. Simon i ja bawiliśmy się w kawalerzystów i Indian w leśnym rezerwacie. Na zmianę tropiliśmy się, a potem strzelaliśmy do siebie i konaliśmy w kępach zielska. Ale tym razem
nie mogłem go znaleźć. Zamiast tego trafiłem na polankę.
To było ukryte miejsce, otoczone zaroślami gęstymi jak nasz żywopłot.
Pełzłem na czworakach pod gałęziami, gdy zobaczyłem wiewiórkę. Była
duża, rudawa i od dość dawna nieżywa. Miała niemal całkowicie skręconą
głowę. Obok jednego ucha dostrzegłem zaschniętą krew. Jej lewa łapka
była zaciśnięta, a prawa spoczywała rozwarta na gałązce. Coś wyłupało
zwierzakowi jedno oko, a drugie wpatrywało się nieruchomo w baldachim
gałęzi. Wewnątrz lekko uchylonego pyszczka widziałem zaskakująco duże
zęby, pożółkłe u nasady. Na moich oczach z pyska wiewiórki wyłoniła się
mrówka, przeszła po ciemnym nosie i weszła na wytrzeszczone oko.
Właśnie tak wygląda śmierć.
Krzewy zaszeleściły uderzone niewyczuwalnym podmuchem. Wystraszyłem się
i popełzłem dalej, przedzierając się przez gęste gałęzie, które
zaczepiały się o moją koszulę.
***
Jesienią wróciłem do szkoły Longfellow, ale wkrótce przeniosłem się do
prywatnej placówki. W tamtych czasach rodziny Wskrzeszonych spotykały
się z dyskryminacją. Dzieciaki wyśmiewały nas, przezywały i nikt nie
chciał się z nami bawić. W nowej szkole także nie mieliśmy kolegów, ale
przynajmniej nikt nas nie wyzywał.
W naszym pokoju nie było włącznika światła na ścianie, tylko
staroświecka żarówka ze zwisającym sznurkiem. Żeby zapalić światło,
musiałem przejść przez pół pogrążonego w mroku pokoju i wymacać sznurek.
Pewnego razu, gdy Simon siedział do późna przy pracy domowej, samotnie
poszedłem na górę. Właśnie wymachiwałem ręką w ciemności, żeby znaleźć
włącznik, gdy moja dłoń dotknęła twarzy matki. Miała chłodne i śliskie
zęby. Cofnąłem rękę i przez minutę stałem po ciemku, aż w końcu
znalazłem i pociągnąłem za sznurek.
- Witaj, matko - powiedziałem. Usiadłem na skraju łóżka i podniosłem na
nią wzrok. Wpatrywała się w puste posłanie Simona. Wziąłem ją za rękę. -
Tęsknię za tobą.
Powiedziałem też kilka innych rzeczy, ale słowa mi się pomieszały i zabrzmiały idiotycznie, więc tylko siedziałem, ściskając jej dłoń i czekając, aż odwzajemni mój uścisk. W końcu zmęczyła mi się ręka, ale
nie poruszyłem się, dopóki nie pojawił się Simon. Zatrzymał się w progu
i spojrzał na nas. Spuściłem wzrok i cofnąłem rękę. Po kilku minutach
matka wyszła.
***
Ojciec uśpił Baxtera tuż przed Świętem Dziękczynienia. To nie był stary
pies, ale tak się zachowywał. Stale warczał i szczekał, nawet na nas, i nie chciał wracać do domu. Kiedy uciekł po raz trzeci, zadzwonili do nas
ze schroniska. Ojciec odpowiedział tylko: "Uśpijcie go", a potem się
rozłączył. Przysłali nam rachunek.
***
Na wykłady ojca przychodziło coraz mniej studentów i w końcu postanowił
wziąć urlop naukowy, żeby pracować nad swoją książką o Ezrze Poundzie.
Spędził w domu cały rok, ale niewiele napisał. Czasami rano przesiadywał
w bibliotece, ale o pierwszej wracał do domu i włączał telewizor.
Zaczynał pić przed kolacją i wpatrywał się w ekran do późna. Simon i ja
niekiedy mu towarzyszyliśmy, ale większość programów nam się nie
podobała.
***
Mniej więcej wtedy Simona zaczął nawiedzać pewien sen. Kiedyś
opowiedział mi o nim w drodze do szkoły. Sen zawsze był taki sam.
Simonowi śniło się, że wciąż nie śpi i czyta komiks. Kiedy odkładał go
na nocną szafkę, ten spadał na podłogę. Schylał się po niego, a wtedy
biała ręka matki wysuwała się spod łóżka i chwytała go za nadgarstek.
Chwyt był bardzo silny i Simon wiedział, że matka chce go wciągnąć pod
łóżko. Z całej siły trzymał się pościeli, ale rozumiał, że za kilka
sekund zsunie się na podłogę.
Powiedział, że ostatniej nocy sen wreszcie nieco się zmienił. Tym razem
matka wychyliła głowę spod łóżka, tak jak mechanik, który wysuwa się
spod samochodu. Uśmiechała się do niego, bardzo szeroko szczerząc zęby,
które były spiłowane i wyglądały jak kolce.
- Czy kiedykolwiek miewasz takie sny? - spytał. Wyraźnie żałował, że mi
powiedział.
- Nie - odrzekłem. Kochałem matkę.
***
Tamtego kwietnia bliźniacy Farleyowie z sąsiedztwa przypadkowo
zatrzasnęli się w porzuconej zamrażarce i umarli z braku powietrza. Pani
Hargill, nasza sprzątaczka, znalazła ich za garażem. Thomas Farley był
jedynym dzieciakiem, który wciąż zapraszał Simona na swoje podwórko.
Teraz Simon miał tylko mnie.
***
Wkrótce przed Świętem Pracy i powrotem do szkoły Simon postanowił, że
powinniśmy uciec. Nie chciałem tego robić, ale kochałem Simona. Był moim
bratem.
- Dokąd pójdziemy?
- Musimy się stąd wydostać - stwierdził. To nie była odpowiedź.
Ale Simon już przygotował ekwipunek i nawet kupił mapę miasta. Nakreślił
naszą trasę przez leśny rezerwat, a potem wiaduktem wzdłuż Laurel Street
na drugą stronę rzeki Sherman, aż do domu wujka Willa, bez korzystania z żadnych głównych ulic.
- Możemy spać pod gołym niebem - powiedział i pokazał mi sznur do
bielizny. - Wujek Will zatrudni nas jako pomocników na farmie. Kiedy na
wiosnę pojedzie na swoje ranczo, dołączymy do niego.
Wyruszyliśmy o zmierzchu. Nie podobało mi się, że wychodzimy tuż przed
zmrokiem, ale Simon powiedział, że ojciec zauważy nasze zniknięcie
dopiero rano, kiedy się obudzi. Niosłem mały plecak pełen jedzenia,
które Simon przemycił z lodówki. On sam zawinął trochę rzeczy w koc i przywiązał sobie do pleców za pomocą sznura na bieliznę. Wciąż było
dosyć jasno, dopóki nie zagłębiliśmy się w lesie. Bulgot strumyka
przypominał odgłos, który dobiegał z pokoju matki tamtej nocy, gdy
umierała. Korzenie i gałęzie były tak gęste, że Simon musiał cały czas
oświetlać nam drogę latarką, przez co wydawało nam się, że jest jeszcze
ciemniej. Po pewnym czasie się zatrzymaliśmy i Simon rozciągnął sznurek
między dwoma drzewami. Zarzuciłem na niego koc i obaj zaczęliśmy na
klęczkach szukać kamieni.
Jedliśmy kanapki z mortadelą w ciemności, a strumyk wydawał dźwięki
przypominające przełykanie. Rozmawialiśmy przez kilka minut, ale nasze
głosy wydawały nam się zbyt ciche i obaj zasnęliśmy na zimnym gruncie,
przykryci kurtkami, podłożywszy pod głowy plecak. Otaczały nas odgłosy
lasu.
Obudziłem się w środku nocy. Było niezwykle spokojnie. Obaj kuliliśmy
się pod kurtkami, a Simon chrapał. Liście przestały się poruszać, owady
zniknęły, nawet strumyk już nie hałasował. Trójkątne otwory namiotu
odznaczały się na tle ciemności.
Usiadłem, czując, że serce tłucze mi się w piersi.
Kiedy zbliżyłem głowę do otworu, niczego nie zobaczyłem, ale dokładnie
wiedziałem, co tam jest. Nakryłem głowę kurtką i odsunąłem się od ściany
namiotu.
Czekałem, aż coś dotknie mnie przez koc. Początkowo sądziłem, że to
matka za nami ruszyła, że szła naszym śladem przez las, a ostre gałęzie
ocierały się o jej oczy. Ale to nie była matka.
Noc była zimna i osaczała nasz mały namiot. Była czarna jak oko martwej
wiewiórki i chciała dostać się do środka. Po raz pierwszy w życiu
zrozumiałem, że ciemność nie kończy się, gdy wstaje dzień. Szczękałem
zębami. Przytuliłem się do Simona, kradnąc nieco jego ciepła. Czułem na
policzku jego delikatny, powolny oddech. Po chwili potrząsnąłem nim i powiedziałem, że nie chcę z nim iść i kiedy wzejdzie słońce, wrócimy do
domu. Zaczął protestować, ale potem usłyszał w moim głosie coś, czego
nie rozumiał, i tylko ze znużeniem pokręcił głową i ponownie zasnął.
Rano koc był mokry od rosy i obaj mieliśmy lepką skórę. Poskładaliśmy
swoje rzeczy, zostawiliśmy kamienie ułożone w przypadkowy sposób i ruszyliśmy do domu. Nie odzywaliśmy się do siebie.
***
Kiedy wróciliśmy, ojciec wciąż spał. Simon rzucił nasze rzeczy na
podłogę pokoju i wyszedł na słońce. Ja zszedłem do piwnicy.
Było tam bardzo ciemno, ale nie zapaliłem światła, tylko usiadłem na
drewnianych schodach. Z mrocznych kątów nie dobiegały żadne odgłosy, ale
wiedziałem, że matka tam jest.
- Uciekliśmy, ale wróciliśmy - oznajmiłem w końcu. - To był mój pomysł,
żeby wrócić.
Przez wąskie okna widziałem zieloną trawę. Ogrodowy zraszacz włączył się
z głośnym westchnieniem. Gdzieś w sąsiedztwie pokrzykiwały dzieci.
Zwracałem uwagę tylko na cienie.
- Simon chciał iść dalej, ale go przekonałem - dodałem. - To był mój
pomysł, żeby wrócić.
Siedziałem tam przez kilka minut, ale nie przychodziło mi do głowy nic,
co mógłbym jeszcze powiedzieć. W końcu wstałem, otrzepałem spodnie i poszedłem na górę, żeby się zdrzemnąć.
***
Tydzień po Święcie Pracy ojciec uparł się, żebyśmy pojechali na weekend
na wybrzeże. Wyruszyliśmy w piątek po południu i pojechaliśmy prosto do
Ocean City. Matka siedziała sama na tylnym siedzeniu. Ojciec i ciocia
Helen jechali z przodu. Simon i ja tłoczyliśmy się z tyłu naszego kombi,
ale Simon nie chciał liczyć ze mną krów, rozmawiać ani nawet bawić się
samolocikami, które zabrałem.
Zatrzymaliśmy się w wiekowym hotelu tuż przy promenadzie. Inni
Wskrzesiciele z wtorkowej grupy ojca polecali to miejsce, ale hotel
cuchnął starością, zgnilizną i szczurami mieszkającymi w ścianach.
Korytarze miały kolor wyblakłej zieleni, drzwi były ciemnozielone i tylko co trzecia żarówka się świeciła. Korytarze przypominały mroczny
labirynt i trzeba było pokonać dwa zakręty, żeby znaleźć windę. Wszyscy
poza Simonem spędzili całą sobotę w hotelu, oglądając telewizję przed
ledwo zipiącym klimatyzatorem. W pobliżu kręciło się znacznie więcej
wskrzeszonych i słyszeliśmy szuranie ich stóp w ciemnych korytarzach. Po
zachodzie słońca wyszli na plażę, a my do nich dołączyliśmy.
Starałem się, żeby matce było wygodnie. Rozłożyłem dla niej plażowy
ręcznik i odwróciłem ją w stronę morza. Księżyc już wspiął się na niebo
i wiała chłodna bryza. Okryłem ramiona matki swetrem. Za nami światła
lunaparku rozlewały się po promenadzie, a kolejka górska grzmiała i warczała.
Nie odszedłbym, gdyby głos ojca tak mnie nie irytował. Mówił za głośno,
śmiał się bez powodu i popijał z butelki w papierowej torebce. Ciocia
Helen prawie się nie odzywała, ale ze smutkiem patrzyła na ojca i próbowała się uśmiechać, kiedy wybuchał śmiechem. Matka siedziała
spokojnie, więc przeprosiłem i poszedłem szukać Simona. Bez niego czułem
się samotny. W wesołym miasteczku nie było rodzin ani dzieci, ale
atrakcje wciąż działały. Co kilka minut rozlegał się ryk oraz piski
nielicznych osób pędzących po najbardziej stromym zjeździe kolejki
górskiej. Jadłem hot doga i rozglądałem się, ale Simona nigdzie nie
było.
Kiedy wracałem wzdłuż plaży, zobaczyłem, że ojciec nachylił się i cmoknął ciocię Helen w policzek. Matka gdzieś się oddaliła, a ja czym
prędzej zaproponowałem, że jej poszukam, aby ukryć łzy wściekłości,
które napływały mi do oczu. Idąc plażą, minąłem miejsce, w którym w poprzedni weekend utonęła dwójka nastolatków. W okolicy przebywało
kilkoro wskrzeszonych. Siedzieli nad wodą razem ze swoimi rodzinami, ale
nigdzie nie widziałem matki. Chciałem wrócić i nagle zauważyłem jakiś
ruch pod promenadą.
Było tam niezwykle ciemno. Przez szpary między deskami wpadały promienie
światła, rozbijane na dziwaczne wzory przez drewniane słupki i krzyżulce. Kroki ludzi i odgłosy wesołego miasteczka brzmiały jak
uderzenia pięściami w wieko trumny. Zatrzymałem się. Nagle wyobraziłem
sobie dziesiątki wskrzeszonych kryjących się w ciemności razem z matką,
naznaczonych świetlnymi wzorami, dzięki którym tu i ówdzie można
dostrzec czyjąś dłoń, koszulę albo wytrzeszczone oko. Ale nie było ich
tam. Matki również. Znalazłem coś innego.
Nie wiem, co skłoniło mnie do podniesienia wzroku. Może kroki
dobiegające z góry. Coś się obracało w cieniu. Zobaczyłem, w którym
miejscu wspiął się na krzyżulce, gdzie postawił stopę w sportowym bucie,
by dźwignąć się do szerokiej belki. To nie było trudne. Wspinaliśmy się
tak tysiące razy. Patrzyłem prosto w jego twarz, ale najpierw
rozpoznałem sznur na bieliznę.
***
Po śmierci Simona ojciec przestał nauczać. Nie wrócił do pracy po
urlopie naukowym, a jego notatki do książki o Poundzie leżały w piwnicy
razem z zeszłorocznymi gazetami. Wskrzesiciele pomogli mu znaleźć pracę
dozorcy w pobliskiej galerii handlowej i rzadko wracał do domu przed
drugą w nocy.
Po Bożym Narodzeniu wyjechałem do szkoły z internatem oddalonej o dwa
stany. Wskrzesiciele otworzyli już wtedy Instytut i zwracało się do nich
coraz więcej rodzin. Później udało mi się uzyskać pełne stypendium na
uniwersytecie. Pomimo zawartej umowy rzadko wracałem do domu. Podczas
moich nielicznych wizyt ojciec był pijany. Raz upiłem się razem z nim i siedzieliśmy w kuchni, płacząc. Prawie wyłysiał, nie licząc kilku siwych
kosmyków na bokach głowy, miał zapadnięte oczy i pobrużdżoną
zmarszczkami twarz. Od alkoholu jego policzki pokryły się niezliczonymi
popękanymi naczynkami i wyglądał, jakby nosił mocniejszy makijaż niż
matka.
Pani Hargill zadzwoniła do mnie trzy dni przed uroczystością zakończenia
studiów. Ojciec napełnił wannę ciepłą wodą, a potem przeciągnął brzytwą
wzdłuż żyły, a nie w poprzek. Widać, że czytał Plutarcha. Pokojówka
znalazła go dopiero po dwóch dniach, a kiedy następnego wieczoru
dotarłem do domu, wannę wciąż znaczyły kręgi zakrzepłej krwi. Po
pogrzebie przejrzałem wszystkie jego papiery i znalazłem dziennik, który
prowadził przez wiele lat. Spaliłem go razem ze stertą notatek do
nieukończonej książki.
***
Instytut dotrzymał umowy pomimo okoliczności, co pomogło mi przetrwać
kilka kolejnych lat. Moja kariera to dla mnie coś więcej niż praca -
wierzę w to, co robię, i jestem w tym dobry. To ja wpadłem na pomysł,
żeby wynająć kilka nieużywanych szkolnych budynków na potrzeby naszych
nowych centrów sąsiedzkich.
W zeszłym tygodniu utknąłem w korku, a kiedy w końcu dotarłem do miejsca
wypadku i zobaczyłem małą postać nakrytą kocem i otoczoną kawałkami
tłuczonego szkła, zauważyłem, że oni także zgromadzili się przy
krawężniku. Było ich już tak wielu.
Miałem udziały w budynku mieszkalnym w jednej z ostatnich oświetlonych
części miasta, ale kiedy nasz dawny dom został wystawiony na sprzedaż,
od razu skorzystałem z okazji. Zachowałem wiele ze starych mebli, a inne
wymieniłem w taki sposób, żeby wnętrza wyglądały niemal identycznie jak
kiedyś. Utrzymanie takiego starego domu wiele kosztuje, ale nie wyrzucam
pieniędzy w błoto. Po pracy wielu gości z Instytutu idzie do baru, ale
ja nie. Po odłożeniu sprzętu i wyszorowaniu stalowych stołów wracam
prosto do domu. Tam jest moja rodzina. Czekają na mnie.
Wstęp do "Oczu napotkać nie śmiem w moich snach"
Lato 1969 roku było bardzo upalne, zwłaszcza tam, gdzie je spędzałem - w nazywanej "gettem" części Germantown w Pensylwanii. Germantown,
sympatyczna wioska w czasach przed wojną o niepodległość, w 1969 roku
była enklawą wewnątrz Filadelfii. Na ulicach panował skwar, a temperaturę jeszcze bardziej podnosiły społeczne niepokoje, także na tle
rasowym.
Wynajmowałem poddasze w siedzibie lokalnej Izby Rozrachunkowej/ośrodka
planowania rodziny/centrum medycznego za 35 dolarów miesięcznie. To było
niewielkie poddasze. W te wieczory, gdy niewielkie drugie piętro budynku
nie służyło jako poczekalnia, mogłem używać go jako salonu i korzystać z przylegającej malutkiej kuchni. Ale przeważnie kłębiły się tam tłumy.
Tamtego lata przez okna mansardowe oglądałem kilka bitew gangów oraz
jedne zamieszki.
Ale najlepiej pamiętam wieczory spędzane na werandzie przy wejściu:
ceglany kanion pełen ludzkich hałasów, długi ciąg kamienic przy
Bringhurst Street, gdzie w żółtym blasku sodowych lamp dzieci skakały na
skakankach i przekomarzały się na ulicy, a mieszkańcy bezustannie
spacerowali, śmiali się, gawędzili i zapraszali sąsiadów na pogawędki na
schodach. Do dzisiaj, gdy widzę ogrodzone, sterylne podwórka na
przedmieściach, zastanawiam się, jaki obłęd przegnał nas z naszych
werand, skłonił do porzucenia sąsiedzkich wspólnot i ucieczki do
klaustrofobicznych cel.
Za dnia pracowałem jako nauczyciel w szkole dla niewidomych Upsal. Wielu
moich podopiecznych było nie tylko niewidomych, ale także niesłyszących
lub poważnie upośledzonych umysłowo, często od urodzenia.
W takim środowisku szybko uczymy się, że nawet ludzie dotknięci tak
straszliwymi niepełnosprawnościami zachowują nie tylko pełnię
człowieczeństwa oraz pełną gamę ludzkich pragnień, ale także zdolność do
walki, osiągania sukcesów i triumfów.
Dzień po tym, jak ludzie po raz pierwszy postawili stopę na Księżycu
tamtego upalnego lata 1969 roku, świętowałem to wydarzenie ze swoimi
uczniami. Byli bardzo podnieceni. Thomas, jeden z nastolatków, który był
niewidomy i upośledzony umysłowo, ale słyszał, nauczył się grać na
pianinie. Inna słysząca uczennica - młoda dziewczyna, która miała
uszkodzony mózg na skutek przemocy, jakiej doznała we wczesnym
dzieciństwie - zaproponowała, żebyśmy zakończyli naszą uroczystość
odegraniem przez Thomasa państwowego hymnu.
Thomas się zgodził.
Zagrał We Shall Overcome.
Oczu napotkać nie śmiem w moich snach
Bremen wyszedł ze szpitala od swojej umierającej żony i pojechał na
wschód nad morze. Na drogach roiło się od filadelfijczyków uciekających
z miasta na weekend, więc musiał skupiać się na prowadzeniu auta,
pozostawiając tylko subtelne ślady w umyśle swojej żony. Gail spała.
Dręczyły ją niespokojne sny wywołane lekami. Szukała swojej matki w niekończącej się sieci połączonych ze sobą pokoi pełnych wiktoriańskich
mebli.
Bremen jechał przez sosnowe nieużytki, a obrazy ze snów prześlizgiwały
się przez wieczorne cienie rzeczywistości. Gail obudziła się, kiedy
wyjechał z parkingu. Przez kilka sekund nie towarzyszył jej ból.
Otworzyła oczy, a za sprawą wieczornego słonecznego światła, które
przenikało przez niebieski koc, pomyślała - tylko przez chwilę - że to
poranek na farmie. Sięgnęła myślami ku swojemu mężowi w tej samej
chwili, gdy zaatakowały ją zawroty głowy i ból za lewym okiem. Bremen
skrzywił się i upuścił monetę, którą podawał pracownikowi pobierającemu
opłaty przy rogatce.
- Co się stało, kolego?
Bremen pokręcił głową, wygrzebał z portfela dolara i na oślep wyciągnął
rękę w stronę mężczyzny. Rzucił resztę na zagraconą deskę rozdzielczą
triumpha i skupił się na rozpędzeniu samochodu do maksymalnej prędkości.
Ból Gail zelżał, ale jej oszołomienie zalało go falą mdłości.
Szybko odzyskała kontrolę, pomimo zasłon strachu, które powiewały przy
solidnej umysłowej tarczy. Odezwała się w myślach, zawężając spektrum w taki sposób, by jak najlepiej imitować swój głos.
- Cześć, Jerry.
- Cześć, mała. - Wysłał tę myśl, kiedy skręcał na zjazd prowadzący na
wyspę Long Beach. Podzielił się widokiem - efektowna zieleń trawy, sosny
naznaczone złotym blaskiem sierpniowego słońca i cień sportowego
samochodu przeskakujący po łuku asfaltu. Nagle poczuł charakterystyczną
słoną świeżość Atlantyku i również się nią podzielił.
Wjazd do nadmorskiego miasteczka robił rozczarowujące wrażenie:
zaniedbane restauracje z owocami morza, drogie motele z żużlobetonu,
niekończące się przystanie dla jachtów. Ale uspokajał ich widok
znajomych miejsc, więc Bremen starał się niczego nie przegapić. Gail
zaczęła się odprężać i cieszyć przejażdżką. Jej obecność była tak
realna, że Bremen złapał się na tym, iż próbuje się obrócić i odezwać do
niej na głos. Podzielił się z nią ukłuciem żalu i zażenowania, nim
zdążył je stłumić.
Na wyspie było pełno rodzin rozpakowujących samochody kombi i wędrujących na plażę, by zjeść tam późną kolację. Bremen pojechał na
północ do latarni morskiej Barnegat. Zerknął w prawo i dostrzegł rybaków
stojących wzdłuż brzegu. Ich cienie przecinały białe linie fal przyboju.
"Monet", pomyślała Gail, a Bremen pokiwał głową, chociaż sam pomyślał o Euklidesie.
"Jak zawsze matematyk", pomyślała Gail, a potem straciła głos pod
wpływem narastającego bólu. Na wpół uformowane zdania rozwiały się jak
obłoki na wietrze.
Bremen zaparkował obok latarni morskiej i powędrował przez niskie wydmy
na plażę. Rozłożył podarty koc, który tyle razy nieśli razem na to
miejsce. Wzdłuż brzegu biegała grupka dzieci. Mniej więcej
dziewięcioletnia dziewczynka o długich białych nogach, ubrana w kostium,
z którego wyrosła jakieś dwa lata wcześniej, pląsała na mokrym piasku,
improwizując złożony układ choreograficzny dopasowany do ruchu fal.
Światło między żaluzjami gasło. Pielęgniarka cuchnąca papierosami i starym talkiem przyszła, żeby wymienić kroplówkę i zmierzyć ciśnienie.
Interkom na korytarzu przekazywał głośne, władcze komunikaty, ale trudno
było je zrozumieć przez gęstniejącą mgłę bólu. Nowy lekarz pojawił się
około dziesiątej, ale Gail skupiała się na pielęgniarce, która niosła
wyczekiwaną igłę. Muśnięcie wacika na ręku stanowiło cudowną zapowiedź
obiecanej ulgi od bólu za okiem. Lekarz coś mówił.
- ...pani mąż? Myślałem, że zostanie na noc.
- Jest tutaj, panie doktorze - odpowiedziała Gail. Poklepała kocyk i piasek.
Bremen rozstawił nylonowy wiatrochron, żeby osłonić się przed wieczornym
chłodem. Tylko kilka gwiazd przeświecało przez wysoką warstwę chmur.
Daleko na morzu wzdłuż horyzontu płynął niemożliwie długi tankowiec z zapalonymi reflektorami. Okna domków na plaży znaczyły wydmy żółtymi
prostokątami światła.
Wiatr przyniósł woń grillowanych steków. Bremen próbował sobie
przypomnieć, czy jadł cokolwiek tego dnia. Zastanawiał się, czy nie
wrócić do sklepu spożywczego niedaleko latarni morskiej, żeby kupić
kanapkę, ale w kieszeni kurtki znalazł stary batonik Payday i zadowolił
się żuciem twardych jak kamień orzeszków.
W korytarzu rozbrzmiewało echo kroków. Zupełnie jakby maszerowało
tamtędy wojsko. Pośpieszne kroki, brzęk tac i niewyraźny gwar rozmów
przypominały Gail chwile, gdy jako dziecko leżała w łóżku i słuchała
przyjęć, które jej rodzice wyprawiali na dole.
"Pamiętasz przyjęcie, na którym się poznaliśmy?" - pomyślał Bremen.
Chuck Gilpen uparł się, żeby Bremen mu towarzyszył. Bremen nigdy nie
przepadał za przyjęciami. Nie umiał gawędzić o niczym, a napięcie
telepatyczne i neurobełkot zawsze przyprawiały go o ból głowy, ponieważ
musiał godzinami podtrzymywać umysłową tarczę. Poza tym to był jego
pierwszy tydzień wykładów o tensorach dla doktorantów, więc wiedział, że
powinien powtarzać materiał w domu. A jednak się zgodził. Natarczywość
Gilpena i lęk przed łatką odludka w nowym środowisku akademickim
przywiodły Bremena do kamienicy na Drexel Hill. Muzykę było słychać z odległości pół przecznicy, a gdyby przyjechał tam sam, już dawno
wróciłby do domu. Stał tuż za progiem - ktoś wcisnął mu drinka do ręki -
gdy nagle wyczuł niedaleko siebie inną umysłową tarczę. Zaczął ją
delikatnie sondować, a wtedy myśli Gail przemknęły po nim jak światło
szperacza.
Oboje byli oszołomieni. Natychmiast wzmocnili osłony i zwinęli się w kulki jak wystraszone pancerniki. Wkrótce przekonali się, że nie chroni
ich to przed nieświadomym sondowaniem przez drugą osobę. Żadne z nich
nigdy nie spotkało innego telepaty, nie licząc ludzi o prymitywnych,
niekontrolowanych zdolnościach. Zakładali, że są wybrykiem natury -
wyjątkowym i niepokonanym. A teraz stali przed sobą obnażeni w pustce.
Chociaż nie zamierzali tego robić, zalali nawzajem swoje umysły powodzią
obrazów, własnych wizerunków, połowicznych wspomnień, tajemnic, doznań,
preferencji, spostrzeżeń, ukrytych lęków, ech i uczuć. Niczego nie
ukrywali. Wylali z siebie wszystkie drobne okrucieństwa, wstydliwe
seksualne doświadczenia i uprzedzenia, razem z myślami o dawnych
przyjęciach urodzinowych, byłych kochankach, rodzicach oraz niekończącym
się strumieniem błahostek. Dwoje ludzi rzadko może poznać się tak dobrze
nawet po pięćdziesięciu latach małżeństwa. Kilka minut później spotkali
się po raz pierwszy.
Światło latarni Barnegat omiatało głowę Bremena co dwadzieścia cztery
sekundy. Na morzu było teraz więcej świateł niż wzdłuż pogrążonej w mroku plaży. Po północy wzmógł się wiatr i Bremen mocno otulił się
kocem. Podczas ostatniego obchodu Gail odmówiła zastrzyku, ale wciąż
miała zamglone myśli. Bremen wymusił kontakt siłą woli. Gail zawsze bała
się ciemności. W czasie ich sześcioletniego małżeństwa nocami
wielokrotnie wyciągał ku niej rękę lub sięgał myślą, by ją uspokoić.
Teraz znów była wystraszoną dziewczynką, pozostawioną samotnie na
piętrze dużego starego domu przy Burlingame Avenue. Coś czaiło się w ciemności pod jej łóżkiem.
Bremen sięgnął poprzez jej zagubienie i ból, by podzielić się z nią
szumem morza. Opowiadał o psotach Gernisavien, ich cętkowanej kotki.
Położył się w zagłębieniu w piasku, dopasowując się do jej ciała. Powoli
zaczęła się odprężać i poddawać mu swoje myśli. Zdołała nawet
kilkakrotnie się zdrzemnąć i śniła o ruchu gwiazd między chmurami oraz
ostrej woni Atlantyku. Bremen opisał swój tydzień pracy na farmie -
subtelne piękno równań Fouriera na tablicy w gabinecie i rozświetloną
słońcem satysfakcję, jaką sprawiło mu zasadzenie brzoskwini przy
podjeździe. Podzielił się wspomnieniami z ich wyjazdu na narty do Aspen
oraz szokiem, jaki wywołał w nim omiatający plażę reflektor punktowy
jakiegoś niewidocznego statku. Dzielił się nielicznymi wierszami, które
znał na pamięć, ale słowa osuwały się w obrazy i uczucia.
Noc trwała, a Bremen dzielił się jej zimną wyrazistością, zabarwiając
każdy obraz ciepłem swojej miłości. Dzielił się błahostkami i nadziejami
na przyszłość. Z odległości ponad stu kilometrów dotknął jej dłoni.
Kiedy na kilka minut odpływała, posyłał jej swoje sny.
Gail zmarła tuż przed tym, jak fałszywe światło świtu musnęło niebo.
***
Kierownik wydziału matematyki w Haverford namawiał Bremena na wzięcie
urlopu naukowego, ale Bremen odmówił i zwolnił się z pracy.
Dorothy Parks z wydziału psychologii poświęciła jeden z długich
wieczorów na wytłumaczenie Bremenowi tajników żałoby.
- Musisz zrozumieć, Jeremy, że przeprowadzka to częsty błąd popełniany
przez ludzi, którzy doznali poważnej straty. Wydaje ci się, że nowe
środowisko pomoże ci zapomnieć, ale tylko odsuwasz w czasie nieuniknioną
konfrontację z bólem.
Bremen uważnie jej wysłuchał, kiwając głową ze zrozumieniem. Następnego
dnia wystawił farmę na sprzedaż, sprzedał triumpha swojemu mechanikowi
przy Conestoga Road i pojechał autobusem na lotnisko. Podszedł do
stanowiska United Airlines i kupił bilet na najbliższy lot.
Przez rok mieszkał na Florydzie, gdzie pakował towary w centrum
transportowym niedaleko Tampy. Przez cały kolejny rok w ogóle nie
pracował. Wędrował z wędką na północ, od Everglades aż do Chattooga
River w północnej Georgii. W marcu został zatrzymany za włóczęgostwo w Charleston w Karolinie Południowej. W maju spędził dwa tygodnie w Waszyngtonie, gdzie odwiedzał tylko sklepy z alkoholem oraz Bibliotekę
Kongresu. Pewnej czerwcowej nocy został okradziony i poważnie pobity
przed dworcem autobusowym w Baltimore. Następnego dnia wyszedł ze
szpitala, wrócił na dworzec i ruszył na północ, aby odwiedzić swoją
siostrę w Nowym Jorku. Siostra i jej mąż nalegali, by został u nich
kilka tygodni, ale wyjechał wczesnym rankiem trzeciego dnia,
pozostawiwszy liścik pożegnalny oparty o solniczkę na kuchennym stole. W Filadelfii usiadł na Penn Station i czytał ogłoszenia dla poszukujących
pracy. Trasa jego wędrówki była równie przewidywalna jak eleganckie
eliptyczne ruchy jo-jo.
***
Robby miał szesnaście lat, ważył osiemdziesiąt kilogramów i od urodzenia
był niewidomy, niesłyszący oraz upośledzony umysłowo. Narkomania jego
matki w ciąży oraz defekt łożyska sprawiły, że zmysły Robby'ego się
wyłączyły, jak kolejne części tonącego statku odcinane za pomocą
wodoszczelnych grodzi.
Niewidzące oczy Robby'ego przypominały zapadnięte, mroczne jaskinie.
Źrenice, ledwie widoczne spod opadających, niesymetrycznych powiek,
poruszały się przypadkowo i niezależnie od siebie. Usta chłopca były
obwisłe i obrzmiałe, a uzębienie miał niekompletne i zaatakowane przez
próchnicę. W wieku szesnastu lat puścił mu się ciemny wąs, czarne włosy
sterczały na wszystkie strony, a brwi łączyły się nad szerokim nosem.
Otyłe ciało dziecka niepewnie podtrzymywały trupio blade, wychudzone
nogi. Robby nauczył się chodzić w wieku jedenastu lat, ale wciąż
wywracał się po postawieniu zaledwie kilku kroków. Przemieszczał się
krótkimi zrywami, jak podbiegający gołąb, przyciskając do ciała pulchne
ręce o nienaturalnie wykrzywionych nadgarstkach i rozczapierzonych
palcach. Podobnie jak wielu upośledzonych umysłowo niewidomych,
najchętniej kołysał się w tył i w przód, jednocześnie poruszając dłonią
nad zapadniętymi oczami, jakby chciał rzucić cień w głąb mrocznej
otchłani.
Nie mówił. Od czasu do czasu wydawał z siebie pozbawione znaczenia
chichoty i piski sprzeciwu, które kojarzyły się z falsetowymi
zaśpiewami.
Od sześciu lat uczęszczał do dziennej szkoły dla niewidomych w Chelton.
Nikt nie wiedział, jak wyglądało jego wcześniejsze życie. Odkryła go
pracownica pomocy społecznej, która odwiedziła jego matkę w związku z nakazanym przez sąd odwykiem od heroiny. Mieszkanie było otwarte i pracownica usłyszała jakieś hałasy. Chłopiec był zamknięty w łazience,
której drzwi zabito kawałkiem sklejki. Na wyłożonej kafelkami podłodze
leżały mokre papiery, a Robby był nagi i usmarowany własnymi odchodami.
Matka zostawiła odkręcony kran, a podłogę pokrywała kilkucentymetrowa
warstwa wody. Chłopiec tarzał się w brudzie i cicho popiskiwał.
Spędził w szpitalu cztery miesiące, następnie na pięć tygodni trafił do
państwowego domu opieki, by ostatecznie wrócić do matki. Zgodnie z wyrokiem sądu sześć razy w tygodniu był transportowany do szkoły w Chelton na pięciogodzinną terapię. Zawsze podróżował w ciemności i milczeniu.
Jego przyszłość była prosta i monotonna, bez nadziei na jakąkolwiek
zmianę.
***
- Psiakrew, Jer, jutro będziesz musiał zająć się dzieciakiem.
- Dlaczego ja?
- Ponieważ nie wejdzie do tego cholernego basenu. Widziałeś go dzisiaj.
Smitty tylko opuścił jego nogi do wody, a on zaczął się miotać i wrzeszczeć. Zupełnie jakby pobiło się stado kotów. Doktor Whilden
zdecydowała, że jutro go zostawimy. A w furgonetce jest za gorąco, żeby
mógł na nas czekać. Dotrzymasz mu towarzystwa w pokoju, dopóki pomocnik
Jan McLellan nie wróci z wakacji.
- Świetnie - odparł Bremen. Odlepił przepoconą koszulę od skóry.
Zatrudnił się jako kierowca furgonetki, a teraz musiał pomagać w karmieniu, ubieraniu i pilnowaniu tych biedaków. - Świetnie. Po prostu
rewelacyjnie, Bill. Co niby mam z nim robić przez półtorej godziny,
kiedy wy będziecie na basenie?
- Pilnuj go. Spróbuj go zainteresować książeczką z suwakami. Widziałeś
stronę z haftką od biustonosza? Niech się nią pobawi. Kiedyś sam na niej
ćwiczyłem z zamkniętymi oczami.
- Super - odrzekł Bremen. Ponownie zacisnął powieki, chroniąc się przed
oślepiającym słońcem.
***
Bremen usiadł na werandzie i wlał do szklaneczki resztę szkockiej. Było
grubo po północy, ale na wąskiej ulicy roiło się od baraszkujących
dzieci. Dwaj czarnoskórzy nastolatkowie obrzucali się w żartach
wyzwiskami, dopingowani przez kolegów. Grupka małych dziewczynek skakała
przez dwie skakanki w blasku ulicznej latarni. Owady kłębiły się w świetle, zupełnie jakby tańczyły w rytm śpiewu dziewczynek. Dorośli
siedzieli na schodach identycznych szeregowych domów i patrzyli na
siebie ze znudzeniem. Nikt się nie poruszał. Było bardzo gorąco.
"Czas ruszać dalej".
Bremen wiedział, że już zbyt długo zwlekał. Siedem tygodni pracy w dziennej szkole to za dużo. Zaczynał się interesować. Dopytywał o uczniów.
"Może Boston. Albo dalej na północ. Maine".
Zadawał pytania, a Jan McLellan opowiadała mu o Robbym. O sińcach na
jego ciele, złamanej ręce dwa lata temu. Opowiedziała mu o pluszowym
misiu, którego wolontariuszka w szpitalu podarowała niewidomemu chłopcu.
To był pierwszy pozytywny bodziec, który wywołał w nim emocje. Nie
wypuszczał misia z rąk całymi tygodniami. Nie chciał pójść bez niego na
prześwietlenie. Kilka dni po powrocie do domu Robby wsiadł rano do
furgonetki, krzycząc i osobliwie zawodząc. Nie miał misia. Doktor
Whilden zapytała o to jego matkę, a ta odpowiedziała, że "cholerstwo się
zgubiło". Właśnie takich użyła słów, powiedziała Jan McLellan. Żaden
inny miś nie mógł zastąpić zgubionej zabawki. Robby nie mógł się
uspokoić przez trzy tygodnie.
"I co z tego? Co niby mogę zrobić?".
Bremen wiedział, co może zrobić. Wiedział to od tygodni. Pokręcił głową
i wypił kolejną szklaneczkę, jeszcze bardziej wzmacniając umysłową
tarczę, która oddzielała go od bezsensownego, przynoszącego cierpienie
świata.
"Cholera, będzie lepiej dla Robby'ego, jeśli tego nie spróbuję".
Zerwał się wiatr. Bremen słyszał pokrzykiwania na pobliskim parkingu,
gdzie dwa sprzymierzone gangi rozgrywały ostry spontaniczny mecz.
Zasłony powiewały w otwartych oknach. Gdzieś zabrzmiał jęk syreny, który
po chwili ucichł. Wiatr podrywał papiery z rynsztoka i poruszał
sukienkami dziewczynek bawiących się skakankami,
"Pieprzyć to!". Zabrał pustą butelkę i poszedł na górę.
***
Furgonetka wjechała na okrągły podjazd szkoły, a Bremen pomógł dzieciom
wysiąść z ostrożnością zrodzoną z praktyki, czułości i pulsującego bólu
głowy.
Scotty opuścił samochód z uśmiechem, wyciągając ręce do dorosłego,
którego nie widział, ale któremu ufał. Tommy Pierson wyskoczył ze
złączonymi kolanami i dłońmi przyciśniętymi do piersi. Bremen musiał go
złapać, w przeciwnym razie wątły chłopiec runąłby na twarz. Teresa
zeskoczyła na ziemię, jak zwykle radośnie pokrzykując i rozdając
wszystkim, którzy jej dotykali, nieprecyzyjne, ale pełne entuzjazmu i śliny buziaki.
Robby został w furgonetce, gdy pozostali wysiedli. Bremen i Smitty
musieli wspólnymi siłami wyprowadzić go z auta. Chłopiec się nie
opierał, ale był otyły i bezwładny. Jego głowa nieprzyjemnie odchylała
się do tyłu. Język zwisał na zmianę z obu kącików ust. Musieli zachęcać
go do stawiania kolejnych krótkich, ptasich kroków. Szedł naprzód tylko
dlatego, że dobrze znał drogę do klasy.
Poranek ciągnął się bez końca. Przed lunchem padało i przez chwilę
wydawało się, że z wyjścia na basen nic nie będzie. Ale potem wyszło
słońce, które rozświetliło kwietne rabatki na trawniku przed budynkiem.
Bremen patrzył, jak promienie tańczą na wilgotnych płatkach ulubionych
róż Turka, i słuchał ryku kosiarki. Zrozumiał, że to się stanie.
Po lunchu pomógł im się przygotować do wyjścia. Chłopcy nie potrafili
sami przebrać się w kostiumy kąpielowe, a Bremen ze smutkiem patrzył na
włosy łonowe i penisa młodzieńca o umyśle siedmiolatka. Tommy w takiej
sytuacji zawsze zaczynał się bezwiednie masturbować, dopóki Bremen nie
dotknął jego ręki i nie pomógł mu wciągnąć elastycznego stroju.
W końcu wyszli i na korytarzu, który jeszcze przed chwilą był pełen
piszczących dzieci i roześmianych dorosłych, zapadła cisza. Bremen
patrzył, jak niebiesko-biała furgonetka powoli oddala się wzdłuż
podjazdu. Potem wrócił do sali lekcyjnej.
***
Robby najwyraźniej nie był świadomy, że Bremen wszedł do pomieszczenia.
Wyglądał absurdalnie w pasiastej zielonej koszulce i pomarańczowych
szortach, zbyt ciasnych, by dało się je dopiąć. Bremen przypomniał sobie
pękniętego Buddę z brązu, którego kiedyś widział niedaleko Osaki. A jeśli w tym dziecku kryła się głęboka mądrość zrodzona z długotrwałego
odizolowania od świata?
Robby poruszył się, puścił głośnego bąka i znów się zgarbił.
Bremen westchnął i przyciągnął krzesło. Było za małe. Czuł się
absurdalnie ze sterczącymi w górę kolanami. Uśmiechnął się. Wyruszy
wieczorem. Pojedzie autobusem na północ. Złapie autostop. Na wsi będzie
chłodniej.
To nie potrwa długo. Nawet nie będzie musiał nawiązywać pełnego
kontaktu. Jednostronne dotknięcie umysłu. To możliwe. Wystarczy kilka
minut. Będzie mógł wyjrzeć za Robby'ego przez okno, popatrzeć na
książeczkę z obrazkami, może puści płytę i podzieli się z nim muzyką. Co
chłopiec pomyśli o tych nowych doznaniach? To będzie prezent przed
wyjazdem. Anonimowy. Nie podzieli się niczym więcej. Lepiej nie wysyłać
także wizerunku samego Robby'ego. W porządku.
Bremen opuścił umysłową tarczę. Od razu wzdrygnął się i znów ją
postawił. Minęło dużo czasu, odkąd tak się odsłonił. Gruby, wełnisty koc
tarczy, dodatkowo wzmacniany alkoholem, stał się dla niego czymś
naturalnym. Nagły przypływ gwaru rozbrzmiewającego w tle - uznawał go za
biały szum - był irytujący. Poczuł się, jakby po miesiącach spędzonych w jaskini wszedł do jaskrawo oświetlonego pomieszczenia. Skupił się na
Robbym i ponownie opuścił bariery. Wyciszył neurobełkot i zajrzał
głęboko do umysłu chłopca.
Pustka.
Zaskoczony, przez chwilę sądził, że stracił panowanie nad swoimi
zdolnościami. Ale potem wyczuł nudne seksualne rozważania Turka w ogrodzie i fragmenty zatroskanych myśli doktor Whilden, która wsiadała
do swojego mercedesa i sprawdzała, czy nie ma dziur w pończochach.
Recepcjonistka czytała powieść The Plague Dogs. Bremen przeczytał
razem z nią kilka linijek. Frustrowało go, że tak wolno wodziła wzrokiem
po tekście. Poczuł w ustach smak wiśniowych kropli na kaszel.
Wbił wzrok w Robby'ego. Chłopiec astmatycznie dyszał. Wysunął z ust
mocno obłożony język. Na ustach i policzku wciąż miał resztki jedzenia.
Bremen zawęził i wzmocnił swoją umysłową sondę, skupiając ją jak promień
światła.
Pustka.
Nie. Chwileczkę. Wyczuł... Co takiego?... Jakiś brak. Tam, gdzie powinny się
znajdować myśli Robby'ego, ziała potężna dziura. Bremen zrozumiał, że ma
do czynienia z najsilniejszą umysłową tarczą, jaką kiedykolwiek
napotkał. Nawet Gail nie potrafiła postawić tak silnej osłony. Przez
chwilę był pod ogromnym wrażeniem, a nawet czuł się wstrząśnięty, ale
potem zrozumiał, jaki jest powód. Umysł Robby'ego był uszkodzony. Całe
jego segmenty pozostawały nieaktywne. Chłopiec mógł polegać tylko na
niektórych zmysłach i miał szczątkową świadomość, więc nic dziwnego, że
ta zwróciła się do wewnątrz. To, co Bremen początkowo wziął za potężną
tarczę, było zwartą kulą introspekcji, wykraczającą poza spektrum
autyzmu. Robby był prawdziwie samotny.
Bremen był tak oszołomiony, że musiał na chwilę przerwać i wziąć kilka
głębokich oddechów. Kiedy doszedł do siebie, zaczął działać z jeszcze
większą ostrożnością, badając granice tarczy jak człowiek obmacujący w ciemności szorstką ścianę. Gdzieś musiał być jakiś otwór.
Znalazł go. Nie był to otwór, a raczej słabsze miejsce - uginająca się
przestrzeń pośród niewzruszonej skały. Bremen z trudem wyczuwał myśli
trzepoczące po drugiej stronie, tak jak pieszy wyczuwa ruch pociągów
metra pod chodnikiem. Skupił się na wzmocnieniu sondy, aż poczuł, że
jego koszula zaczyna nasiąkać potem. Pod wpływem wysiłku miał zaburzenia
wzroku i słuchu. Nieważne. Po nawiązaniu wstępnego kontaktu zamierzał
się odprężyć i powoli otworzyć kanały obrazu i dźwięku.
Poczuł, że elastyczna tarcza lekko ustępuje pod jego naciskiem.
Skoncentrował się tak bardzo, że wystąpiły mu żyły na skroniach. Nawet o tym nie wiedział, ale jego twarz wykrzywił grymas, a mięśnie szyi mocno
się napięły. Tarcza się ugięła. Sonda Bremena była jak taran uderzający
w zwarte galaretowate drzwi. Coraz bardziej je wyginała. Bremen skupiał
się tak bardzo, że mógłby przemieszczać myślą przedmioty, rozbijać
cegły, zatrzymywać ptaki w locie.
Tarcza coraz bardziej ustępowała. Bremen nachylił się, jakby walczył z silnym wiatrem. Liczyła się tylko siła jego woli. Nagle coś się
rozdarło, poczuł uderzenie ciepła i runął do przodu. Stracił równowagę,
zamachał rękami i otworzył usta do krzyku.
Ale jego usta zniknęły.
Spadał. Koziołkował. Ze zdziwieniem dostrzegł z oddali swoje ciało
targane epileptycznym atakiem. Potem znów zaczął spadać. Spadał w ciszę.
W nicość. Nicość.
Bremen był w środku. Był dalej. Nurkował poprzez warstwy powolnych
termicznych prądów. Bezbarwne wirujące fajerwerki spadały w trzech
wymiarach. Czarne kule zapadały się na zewnątrz. Oślepiały go. Czuł
wodospady dotyku, strugi zapachu, linia równowagi powiewała na cichym
wietrze.
Podtrzymywały go tysiące rąk, które dotykały, badały, wpychały palce do
ust, przyciskały dłonie do piersi, przesuwały się po brzuchu, obejmowały
penisa i sunęły dalej.
Był pogrzebany. Znajdował się pod wodą. Wznosił się pośród czerni. Ale
nie mógł oddychać. Jego ręce zaczęły się poruszać. Dłonie zmagały się z lepkim nurtem. W górę. Był pogrzebany w piasku. Miotał się i wierzgał.
Przesuwał się ku górze, ciągnięty przez ssącą rurę, która mocno trzymała
jego głowę. Substancja się przemieściła. Tysiące niewidocznych dłoni
ściskały go i przepychały przez ciasny otwór. Głowa wydostała się na
powierzchnię. Otworzył usta, by krzyczeć, a powietrze wdarło się do jego
piersi jak woda wypełniająca tonącego człowieka. Wrzask się nie kończył.
JA!
Bremen ocknął się na rozległej równinie. Nie było nieba. Wszystko tonęło
w bladym brzoskwiniowym świetle. Ziemia była twarda i podzielona na
osobne pomarańczowe segmenty, które ciągnęły się w nieskończoność. Nie
było horyzontu. Grunt był popękany i karbowany, jak teren zalewowy po
suszy. W górze znajdowały się kolejne warstwy rozświetlonych
brzoskwiniowym blaskiem kryształów. Bremen miał wrażenie, że jest w piwnicy przezroczystego plastikowego drapacza chmur. Pustego. Leżał na
plecach i patrzył przez niekończące się piętra skrystalizowanej pustki.
Usiadł. Czuł się tak, jakby ktoś przeciągnął mu po skórze papierem
ściernym. Był nagi. Przesunął dłonią po brzuchu, dotknął włosów
łonowych, znalazł bliznę na kolanie po wypadku motocyklowym, który
przydarzył mu się, gdy miał siedemnaście lat. Kiedy wstał, przetoczyła
się przez niego fala mdłości.
Ruszył przed siebie. Gładkie płyty pod jego stopami były ciepłe w dotyku. Szedł bez konkretnego kierunku ani celu. Kiedyś przeszedł
półtora kilometra po nizinie solnej Bonneville tuż przed zachodem
słońca. Teraz czuł się podobnie. Wędrował. "Kto stanie na szparze, tego
obić każę".
W końcu zatrzymał się w miejscu, które nie wyróżniało się niczym
szczególnym. Bolała go głowa. Położył się na plecach i wyobraził sobie,
że jest mieszkającym przy dnie morskim zwierzęciem, które patrzy w górę
poprzez warstwy przemieszczających się prądów. Brzoskwiniowe światło
obmywało go ciepłem. Jego skóra promieniowała. Zamknął oczy i zasnął.
***
Usiadł gwałtownie, jego nozdrza się rozdęły, a uszy aż zadrżały, gdy
próbował umiejscowić ledwie słyszalny dźwięk. Panowała całkowita
ciemność.
Coś poruszało się pośród nocy.
Bremen kucnął w mroku i próbował zignorować własny chrapliwy oddech.
Jego gruczoły weszły w tryb pracy zaprogramowany przed milionami lat.
Pięści się zacisnęły, oczy bezużytecznie poruszały się w oczodołach, a serce biło jak szalone.
***
Coś poruszało się pośród nocy.
Czuł to w pobliżu. Czuł jego siłę. Było potężne i bez trudu potrafiło
znaleźć drogę w ciemności. Ta istota była obok niego i nad nim. Bremen
czuł siłę jej niewidzącego spojrzenia. Uklęknął na zimnym gruncie i zwinął się w kłębek.
Coś go dotknęło.
Powstrzymał krzyk. Pochwyciła go dłoń olbrzyma - coś szorstkiego i ogromnego, co wcale nie było dłonią. Podniosła go. Bremen poczuł siłę
jej uścisku i ból w żebrach. Mogła bez trudu go zmiażdżyć. Ponownie
odniósł wrażenie, że ktoś go ogląda, bada i waży na niewidocznej wadze.
Był bezradny, ale zarazem czuł się bezpiecznie, jak pacjent podczas
prześwietlenia, który wie, że przenikają go niewidzialne promienie
szukające wszelkich nieprawidłowości.
Coś odłożyło go na ziemię.
Niczego nie usłyszał, ale wyczuł oddalające się ciężkie kroki. Ucisk
zelżał. Bremen załkał. Po chwili wyprostował się i wstał. Zawołał w ciemność, ale jego słaby głos się w niej zagubił, tak że nie był pewien,
czy sam się słyszy.
***
Wzeszło słońce. Bremen zamrugał i otworzył oczy, wbił wzrok w odległą
jasność, a potem zacisnął powieki, zanim to w pełni do niego dotarło.
Wzeszło słońce.
Siedział na trawie. Preria porośnięta miękkimi źdźbłami sięgającymi mu
do kolan ciągnęła się aż po horyzont we wszystkich kierunkach. Bremen
zerwał jedno źdźbło, obrał je i zaczął ssać słodki rdzeń. Znów poczuł
się jak dziecko. Ruszył przed siebie.
Wiał ciepły wiatr. Poruszał trawą i wzbudzał cichy szum, który łagodził
ból pulsujący za jego oczami. Wędrówka sprawiała mu przyjemność. Cieszył
się dotykiem trawy pod bosymi stopami oraz słońcem i wiatrem muskającymi
ciało.
Wczesnym popołudniem uświadomił sobie, że idzie w stronę jakiejś smugi
na horyzoncie. Późnym popołudniem smuga zmieniła się w linię drzew.
Wkrótce przed zachodem słońca znalazł się na skraju lasu. Rosły tutaj
dostojne wiązy i dęby, jakie pamiętał ze swojego dzieciństwa w Pennsylwanii. Jego długi cień sunął przed nim, gdy zagłębiał się w lesie.
Po raz pierwszy poczuł, że dokuczają mu zmęczenie i pragnienie. Miał
ciężki język, suchy i opuchnięty. Z trudem brnął przez wydłużające się
cienie, od czasu do czasu wypatrując chmur na fragmentach nieba
widocznych między koronami drzew. Kiedy tak patrzył w górę, o mało nie
wpadł do stawu. Za ochronnym kręgiem chwastów i szuwarów znajdował się
okrągły zbiornik wodny. Nad brzegiem zakorzeniło się drzewo wiśniowe
obsypane owocami. Bremen pokonał ostatnie kilka kroków, spodziewając
się, że woda zniknie, gdy się w nią rzuci.
Sięgała mu do piersi i była zimna jak lód.
***
Przyszła tuż po wschodzie słońca. Bremen zauważył ruch zaraz po
przebudzeniu. Nie dowierzał własnym oczom i stał nieruchomo, jeden z wielu cieni pod drzewem. Szła niepewnie, jakby była nieśmiała albo bosa.
Wiechy traw muskały jej uda. Bremen widział ją wyraźnie w poziomych
promieniach porannego słońca. Miał wrażenie, że jej ciało lśni. Piersi,
lewa jak zwykle nieco pełniejsza od prawej, delikatnie się kołysały z każdym wysokim krokiem. Czarne włosy miała ostrzyżone na krótko.
Zatrzymała się w świetle. Potem znów ruszyła. Bremen spuścił wzrok na
jej silne uda. Nogi rozchylały się i zwierały z oszałamiającą swobodą
typową dla kogoś, kto czuje, że nikt na niego nie patrzy. Była już
znacznie bliżej i Bremen dostrzegał delikatne cienie wzdłuż jej żeber,
bladoróżowe kręgi obwódek sutek oraz rozległy siniec po wewnętrznej
stronie jednej z rąk.
Wyszedł z cienia.
Zatrzymała się i instynktownie zasłoniła rękami, a następnie szybko do
niego podeszła. Rozpostarła ramiona. Jego nozdrza wypełnił czysty zapach
jej włosów. Skóra dotknęła skóry. Ich dłonie sunęły po mięśniach,
skórze, znajomych wypukłościach kręgów. Oboje łkali i mówili słowa
pozbawione sensu. Bremen padł na jedno kolano i zanurzył twarz między
jej piersi. Nachyliła się lekko i objęła palcami jego głowę. Ani na
chwilę nie odrywali się od siebie.
- Dlaczego mnie zostawiłaś? - wyszeptał, dotykając ustami jej skóry. -
Dlaczego odeszłaś?
Gail nie odpowiedziała. Jej łzy spadały na jego włosy, a dłonie
zaciskały się na jego karku. Bez słowa uklękła razem z nim w wysokiej
trawie.
***
Wspólnie wyszli z lasu, gdy właśnie rozwiewały się poranne mgły. W tym
świetle trawiaste wzgórza przypominały część opalonego, aksamitnego
ludzkiego tułowia, którego mogliby dotknąć.
Rozmawiali cicho, co jakiś czas splatając palce. Odkryli, że próby
kontaktu telepatycznego kończyły się oślepiającymi atakami bólu głowy.
Dlatego używali mowy. Oraz dotyku. Zanim dzień dobiegł końca, dwukrotnie
kochali się w wysokiej, miękkiej trawie, gdzie patrzyło na nich tylko
złote oko słońca.
Późnym popołudniem pokonali wzniesienie i ich oczom ukazał się niewielki
sad, za którym wznosiła się biała lśniąca ściana.
- To nasza farma! - wykrzyknęła Gail z zachwytem. - Jak to możliwe?
Bremen nie był zaskoczony. Kiedy zbliżyli się do wysokiego starego
budynku, zachowywał spokój. Była tutaj także sypiąca się stodoła, której
używali jako garażu. Podjazdowi wciąż przydałaby się wymiana żwiru, ale
teraz prowadził donikąd, ponieważ na jego końcu nie było szosy.
Stuletnia zardzewiała siatka odgradzająca drogę zniknęła w wysokiej
trawie.
Gail weszła na werandę i zajrzała przez okno. Bremen czuł się jak intruz
albo ktoś, kto ogląda domy na sprzedaż i natrafił na taki, w którym ktoś
być może wciąż mieszka. Z przyzwyczajenia podeszli do tylnego wejścia.
Gail delikatnie otworzyła drzwi z siatką i lekko odskoczyła, gdy zawiasy
zapiszczały.
- Przepraszam - odezwał się Bremen. - Wiem, że obiecałem je naoliwić.
W środku było chłodno i ciemno. Pokoje wyglądały tak samo jak w dniu,
gdy je opuścili. Bremen zajrzał do swojego gabinetu i zauważył dokumenty
wciąż leżące na dębowym biurku oraz dawno zapomniane przekształcenie
zapisane kredą na tablicy. Na górze popołudniowe słońce wpadało przez
świetlik, który udało mu się założyć dawno temu we wrześniu. Gail
spacerowała od pokoju do pokoju, pomrukując z uznaniem i delikatnie
dotykając rozmaitych przedmiotów. Sypialnia była wysprzątana jak zawsze,
niebieski koc został mocno naciągnięty i zatknięty pod materac, a babcina kołdra w kratę leżała złożona w nogach łóżka.
Zasnęli na chłodnej pościeli. Podmuchy wiatru od czasu do czasu nadymały
zasłony. Gail mamrotała przez sen i często wyciągała do niego rękę.
Kiedy Bremen się obudził, było już prawie ciemno. Otaczał ich wieczorny
półmrok typowy dla wczesnego lata.
Z dołu dobiegał jakiś dźwięk.
Bremen przez długą chwilę leżał bez ruchu. Powietrze było gęste i nieruchome, cisza niemal namacalna. Potem rozległ się kolejny dźwięk.
Bremen wyszedł z łóżka, nie budząc Gail. Leżała zwinięta w kłębek na
boku z dłonią przy policzku, a poduszka przy jej ustach była wilgotna.
Zszedł na bosaka po drewnianych schodach. Wślizgnął się do swojego
gabinetu i ostrożnie otworzył prawą dolną szufladę. Znalazł to, czego
szukał, pod pustymi teczkami. Wyjął szmaty wyściełające szufladę.
Smith & Wesson kaliber .38 cuchnął smarem i wyglądał na równie nowy
jak w dniu, gdy jego szwagier mu go podarował. Bremen sprawdził bębenek.
Tłuste i ciężkie pociski tkwiły na swoich miejscach, jak jajka w gnieździe. Szorstka rękojeść dobrze leżała w dłoni, a metal był chłodny
w dotyku. Bremen uśmiechnął się smutno, gdy uświadomił sobie absurd
sytuacji, ale nie odłożył broni. Drzwi kuchenne ponownie trzasnęły.
Bezgłośnie wyszedł na korytarz i zbliżył się do wejścia do kuchni. Było
bardzo ciemno, ale jego oczy przyzwyczaiły się do mroku. Z miejsca, w którym stał, widział bladą zjawę lodówki. Jej pompa cicho powarkiwała.
Trzymając rewolwer przy boku, wszedł na chłodne kafelki pokrywające
podłogę kuchni.
Ruch go zaskoczył i broń uniosła się o kilka centymetrów, zanim się
uspokoił. Gernisavien, niepokorna mała cętkowana kotka, przeszła przez
kuchnię, otarła się o jego nogi, a następnie wróciła do lodówki,
popatrzyła na niego znacząco i znów zaczęła się do niego łasić. Bremen
przyklęknął i podrapał ją po szyi z nieobecną miną. Pistolet wyglądał
idiotycznie w jego zaciśniętej dłoni. Poluzował uścisk.
***
Kiedy zasiedli do później kolacji, już wschodził księżyc. Steki znaleźli
w zamrażarce w piwnicy, w lodówce stało zimne piwo, a w garażu kilka
worków węgla drzewnego. Siedzieli obok starej pompy za domem, na grillu
skwierczało mięso. Wcześniej nakarmili Gernisavien, ale kotka i tak
leżała obok jednego z dużych starych drewnianych ogrodowych krzeseł i zerkała na nich z wyczekiwaniem.
Oboje się ubrali - Bremen w swoje ulubione bawełniane spodnie i błękitną
roboczą koszulę, a Gail w luźną białą bawełnianą sukienkę, którą często
nosiła na wycieczkach. Otaczały ich dźwięki, które wielokrotnie słyszeli
na tym podwórku: świerszcze, nocne ptaki w sadzie, cała gama żabich
rechotów przy dalekim strumieniu, od czasu do czasu trzepot skrzydeł
wróbla przy budynkach gospodarczych.
Bremen podał steki na jednorazowych talerzach. Noże naznaczyły białą
tekturę przecinającymi się liniami. Zjedli mięso i prostą sałatkę z warzyw z ogrodu, ze świeżymi rzodkiewkami i cebulkami.
Chociaż widać było trzy czwarte księżyca, gwiazdy i tak niezwykle jasno
świeciły. Bremen przypomniał sobie noc, kiedy leżeli na hamaku i czekali, aż po niebie przemknie stacja kosmiczna Skylab, niczym niesiona
wiatrem iskra. Uświadomił sobie, że gwiazdy są tutaj jeszcze jaśniejsze,
ponieważ światła Filadelfii ani autostrady nie przyćmiewają ich chwały.
Gail wyprostowała się na krześle, zanim dokończyli posiłek.
Gdzie my jesteśmy, Jerry? Dotyk jej myśli był delikatny. Nie wywoływał
oślepiającego bólu głowy.
Bremen wypił łyk budweisera.
- Co jest złego w powrocie do domu, mała?
Nie ma niczego złego w powrocie do domu. Ale gdzie jesteśmy?
Bremen skupił się na rzodkiewce, którą obracał w palcach. W smaku była
słona, ostra i chłodna.
Co to za miejsce? Gail popatrzyła w stronę ciemnej linii drzew na
skraju sadu. Świetliki migotały w ciemności.
Gail, jaka jest ostatnia rzecz, którą pamiętasz?
- Pamiętam, jak umarłam.
Jej słowa uderzyły go prosto w splot słoneczny. Przez chwilę nie mógł
nic powiedzieć ani zebrać myśli.
- Nigdy nie wierzyliśmy w życie po śmierci, Jerry - ciągnęła.
Fanatyczni rodzice hipokryci. Matka po pijaku szlochająca nad Biblią.
- To znaczy... Nie wiem... Jak to możliwe...
- Nie - odrzekł Bremen, stawiając talerz na podłokietniku i nachylając
się. - Być może jest jakieś wytłumaczenie.
Od czego zacząć? Stracone lata, Floryda, gorące ulice miasta, szkoła
dzienna dla upośledzonych niewidomych dzieci. Gail z szeroko otwartymi
oczami patrzyła na ten okres jego życia. Wyczuwała jego umysłową tarczę,
ale nie nalegała, by pokazał jej wszystko. Robby. Chwilowy kontakt. Być
może puszczenie płyty. Spadanie.
Przerwał, żeby wypić długi łyk piwa. Chór owadów hałasował. Dom lśnił
blado w blasku księżyca.
Gdzie my jesteśmy, Jerry?
- Co pamiętasz z przebudzenia w tym miejscu, Gail?
Już wcześniej podzielili się obrazami, ale próba ujęcia ich w słowa
wyostrzyła wspomnienia.
- Ciemność - odpowiedziała. - A potem łagodne światło. Kołysanie. Ktoś
mnie kołysał. Trzymał i obejmował. Wędrówkę. Znalezienie ciebie.
Bremen pokiwał głową. Podniósł ostatni kawałek mięsa i rozkoszował się
smakiem spalenizny. To oczywiste, że jesteśmy z Robbym. Podzielił się
obrazami, na które nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Wodospady
dotyku. Krajobrazy zapachu. Ruch mocy w ciemności.
Z Robbym, zabrzmiała echem myśl Gail. ????? W jego umyśle.
- Jak?
Kotka wskoczyła mu na kolana. Pogłaskał ją bezwiednie i odstawił na
ziemię. Gernisavien od razu podniosła ogon i odwróciła się do niego
tyłem.
- Czytaliśmy wiele historii o telepatach. Czy natrafiłaś gdzieś na
satysfakcjonujące wyjaśnienie tego, jak działa telepatia? Dlaczego jedni
ludzie mogą z niej korzystać, a inni nie? Dlaczego myśli jednych są
głośne, jakby krzyczeli przez megafon, a myśli innych niemal nie sposób
dosłyszeć?
Gail przez chwilę się zastanawiała. Kotka pozwoliła podrapać się za
uszami.
- Cóż, była pewna naprawdę dobra książka... chociaż ona tylko opisywała,
jakie to uczucie. Nie. Zazwyczaj opisują to jako coś w rodzaju
transmisji radiowej lub telewizyjnej. Ale przecież o tym wiesz, Jerry.
Wiele razy o tym rozmawialiśmy.
- Tak - przyznał Bremen.
Wbrew sobie już próbował jej to opisać. Jego telepatyczny dotyk plątał
słowa. Obrazy sypały się jak wydruki z przeciążonego terminala.
Niekończące się krzywe Schrödingera, których wykresy przemawiały
językiem czystszym od mowy. Załamujące się krzywe prawdopodobieństwa w rozkładzie dwumianowym.
- Mów - odezwała się Gail.
Zastanowiło go, że po tylu latach dzielenia myśli wciąż nie zawsze
potrafiła patrzeć jego oczami.
- Pamiętasz mój ostatni wielki projekt? - spytał.
- Czoło fali - odrzekła.
- Właśnie. Pamiętasz, czego dotyczył?
- Hologramów. Pokazałeś mi wyniki badań Goldmanna na uniwersytecie. -
Była jak łagodna biała smuga w słabym świetle. - Większości nie
zrozumiałam, a wkrótce potem zachorowałam.
- Jego praca opierała się na holografii - przerwał jej Bremen
pośpiesznie. - Ale grupa badawcza Goldmanna pracowała nad odpowiednikiem
ludzkiej świadomości... i myśli.
- Co to ma wspólnego z... z tym? - spytała Gail. Wykonała elegancki ruch
dłonią, wskazując podwórze, noc i usiane gwiazdami sklepienie nad nimi.
- To może nam pomóc - odpowiedział Bremen. - Dawne teorie aktywności
umysłowej nie tłumaczyły takich zagadnień jak skutki udarów, uogólnione
przyswajanie wiedzy czy funkcjonowanie pamięci, nie wspominając o samym
akcie myślenia.
- A teoria Goldmanna to robi?
- To jeszcze nie jest teoria, Gail. To było nowe podejście, które
opierało się na ostatnich odkryciach dotyczących hologramów oraz na
analizie opracowanej w latach trzydziestych przez pewnego rosyjskiego
matematyka. Na tym etapie poproszono mnie o pomoc. To było bardzo
proste. Grupa Goldmanna prowadziła rozmaite skomplikowane badania EEG.
Brałem ich wyniki, poddawałem je analizie Fouriera, a potem stosowałem
wobec nich różne modyfikacje równania falowego Schrödingera, żeby
sprawdzić, czy działają jako fala stojąca.
- Jerry, nie rozumiem, jak może nam to pomóc.
- Cholera, Gail, to działało. Ludzką myśl można opisać jako stojące
czoło fali. Coś w rodzaju superhologramu. A mówiąc precyzyjniej,
hologramu, który zawiera w sobie kilka milionów mniejszych hologramów.
Gail się nachylała. Nawet w ciemności Bremen dostrzegał zmarszczki
skupienia, które pojawiały się na jej twarzy za każdym razem, gdy
opowiadał jej o swojej pracy.
Odezwała się bardzo cicho:
- Gdzie w takim razie znajduje się umysł, Jerry?... W mózgu?
Teraz to on lekko zmarszczył czoło.
- Chyba najwłaściwszą odpowiedzią będzie, że starożytni Grecy oraz
różnej maści religijni wariaci słusznie je rozdzielali - odrzekł. - Mózg
można postrzegać jako coś w rodzaju... no cóż, elektrochemicznego
generatora i interferometra w jednym. Ale umysł... ach, umysł jest czymś
znacznie piękniejszym niż ta bryła istoty szarej. - Myślał w kategorii
równań, sinusoid tańczących do eleganckiej melodii Schrödingera.
- A więc istnieje dusza, która może przetrwać śmierć? - spytała Gail.
Jej głos zabrzmiał nieco asekuracyjnie i zrzędliwie, jak zawsze, gdy
rozmawiała o religijnych ideach.
- Oczywiście, że nie - odparł Bremen. Czuł się poirytowany tym, że znów
musi myśleć za pośrednictwem słów. - Jeśli Goldmann miał rację i osobowość jest złożonym czołem fali, czymś w rodzaju serii
niskoenergetycznych hologramów interpretujących rzeczywistość, to
osobowość z pewnością nie może przetrwać śmierci mózgu. Szablon ginie
razem z holograficznym generatorem.
- Zatem co to oznacza dla nas? - Głos Gail był ledwie słyszalny.
Bremen nachylił się i ujął ją za rękę. Była lodowata.
- Nie rozumiesz, dlaczego zainteresowałem się tą dziedziną badań?
Myślałem, że może umożliwić nam opisanie naszych... eee... zdolności.
Gail podeszła i usiadła obok niego na szerokim drewnianym krześle. Objął
ją ramieniem i poczuł dotyk chłodnej skóry. Nagle po niebie przemknął
meteor, od zenitu na południe, zostawiając po sobie chwilowy ślad na
siatkówce oka.
- No i co? - spytała Gail bardzo cicho.
- To proste - odrzekł Bremen. - Kiedy wyobrazimy sobie ludzką myśl jako
serię stojących fal tworzących wzory interferencji, które można
przechowywać i przekazywać za pomocą holograficznych odpowiedników,
wszystko zaczyna nabierać sensu.
- Aha.
- Naprawdę. To oznacza, że z jakiegoś powodu nasze umysły rezonują nie
tylko z falami, które sami wytwarzamy, ale także z tymi, które generują
inni.
- Tak - odezwała się Gail z podekscytowaniem i mocno ścisnęła jego dłoń.
- Pamiętasz, jak dzieliliśmy się impresjami zaraz po tym, jak się
poznaliśmy? Oboje uznaliśmy, że nie da się wyjaśnić telepatycznego
dotknięcia komuś, kto nigdy go nie doświadczył. Równie dobrze można
próbować opowiadać o kolorach niewidomemu.... - Umilkła i rozejrzała się.
- No dobrze - rzekł Bremen. - Robby. Kiedy się z nim skontaktowałem,
podłączyłem się do zamkniętego układu. Biedny dzieciak nie dysponował
prawie żadnymi danymi, na których podstawie mógłby skonstruować model
prawdziwego świata. Jedyne informacje, jakie posiadał, były związane z bólem. Dlatego przez szesnaście lat budował własny wszechświat. Mój błąd
polegał na tym, że nie doceniłem władzy, jaką on może posiadać w tym
świecie, nawet nie wziąłem tego pod uwagę. On mnie pochwycił, Gail. A razem ze mną ciebie.
Zerwał się wiatr i poruszył liśćmi w sadzie. Cichy szelest zabrzmiał
smutno, zapowiadając koniec lata.
- W porządku, to tłumaczy, jak ty się tu dostałeś. Ale co ze mną? Jestem
tylko wytworem twojej wyobraźni, Jerry?
Bremen poczuł dreszcz. Jego skóra była jak lód. Wziął ją za rękę i mocno
ją rozmasował, żeby przywrócić ciału nieco ciepła.
- Daj spokój, Gail, pomyśl. Nie byłaś dla mnie tylko wspomnieniem. Przez
ponad sześć lat praktycznie byliśmy jedną osobą o dwóch ciałach. To
dlatego, kiedy... Dlatego trochę mi odbiło i na dwa lata próbowałem
całkowicie zamknąć umysł. Ty rzeczywiście w nim byłaś. Ale moje ego, czy
jakkolwiek inaczej nazwiemy to, co utrzymuje nas przy zdrowych zmysłach
i oddziela od bełkotu wszystkich innych umysłów, powtarzało mi, że to
było tylko twoje wspomnienie. Byłaś wytworem mojej wyobraźni... tak jak my
wszyscy. Jezu, oboje byliśmy martwi, dopóki niewidomy, niesłyszący,
upośledzony chłopak, cholerne warzywo, nie wyrwał nas z jednego świata i nie zaproponował nam w zamian innego.
Siedzieli przez chwilę. W końcu Gail przerwała ciszę.
- Ale dlaczego to wydaje się takie prawdziwe?
Bremen drgnął i przypadkowo strącił talerz z podłokietnika. Gernisavien
odskoczyła i posłała im urażone spojrzenie. Gail przesunęła po kocim
futrze czubkiem sandała. Bremen ścisnął puszkę z piwem, aż ścianka się
wgięła, a potem znów odskoczyła.
- Pamiętasz Chucka Gilpena, który zaciągnął mnie na tamto przyjęcie w Drexel Hill? Słyszałem, że pracuje dla Fundamental Physics Group w laboratorium Lawrence Berkely.
- No i co?
- Od kilku lat polują na coraz mniejsze cząsteczki, by ustalić, czym
jest rzeczywistość. A wiesz, co odkryli, kiedy ujrzeli ją na najbardziej
podstawowym i wszechobecnym poziomie? - Bremen wypił kolejny łyk piwa. -
Serię równań, które ukazują stojące czoła fal, podobne do zawijasów i zakrętasów, jakie kiedyś posyłał mi Goldmann.
Gail wzięła głęboki wdech, a następnie wypuściła powietrze. Jej pytanie
niemal się zagubiło, kiedy wiatr znów się wzmógł i poruszył gałęziami
drzew.
- Gdzie jest Robby? Kiedy zobaczymy jego świat?
- Nie wiem - odrzekł Bremen. Nieświadomie marszczył czoło. - Wygląda na
to, że pozwala nam zdefiniować, co powinno być rzeczywiste. Nie pytaj
mnie dlaczego. Może cieszy się okazją zajrzenia do nowego wszechświata.
Albo nie może nic na to poradzić.
Siedzieli nieruchomo jeszcze przez kilka minut. Gernisavien ocierała się
o nich, podrażniona tym, że tak siedzą w chłodzie i ciemności. Bremen
częściowo podtrzymywał umysłową tarczę, nie chcąc, by Gail poznała
wieści, które rok wcześniej otrzymał od swojej siostry - że mała
cętkowana kotka zginęła pod kołami samochodu w Nowym Jorku. Ani że pewna
wietnamska rodzina kupiła gospodarstwo i już dobudowała nowe pokoje. Ani
że nosił policyjny rewolwer przy sobie przez dwa lata, czekając na
okazję, by użyć go na sobie.
- Co teraz zrobimy, Jerry?
Pójdziemy do łóżka. Bremen wziął ją za rękę i zaprowadził do domu.
***
Bremen śnił o paznokciach drapiących aksamit, dotyku zimnych kafelków na
policzku i wełnianych koców na spalonej słońcem skórze. Patrzył z rosnącym zaciekawieniem na parę kochającą się na zboczu złotego wzgórza.
Unosił się w powietrzu w białym pomieszczeniu, gdzie białe postacie
tańczyły w ciszy, którą zakłócało tylko bicie serca maszyny. Pływał,
czując pociąg nieubłaganych planetarnych sił w prądzie odpływowym. Był w stanie opierać się śmiercionośnemu prądowi, wkładając w to całą energię,
ale czuł, że słabnie, a prąd wciąga go na głębię. Kiedy fale zamykały
się nad nim, wydał z siebie ostatni okrzyk rozpaczy i straty.
Wykrzyczał swoje imię.
***
Ocknął się, a echo krzyku wciąż rozbrzmiewało w jego umyśle. Detale snu
rozpadły się na kawałki i rozwiały, zanim zdołał je pochwycić.
Gwałtownie usiadł na łóżku. Gail zniknęła.
Zrobił dwa kroki w stronę schodów i usłyszał jej głos wołający go z bocznego podwórza. Wrócił do okna.
Miała na sobie niebieską sukienkę na ramiączkach i machała do niego
obiema rękami. Zanim zszedł na dół, zdążyła wrzucić kilkanaście
przedmiotów do piknikowego kosza i wstawiła wodę, żeby przyrządzić
mrożoną herbatę.
- Chodź, śpiochu. Mam dla ciebie niespodziankę!
- Nie wiem, czy potrzebujemy kolejnych niespodzianek - mruknął Bremen.
- Tej tak - odrzekła i wbiegła na górę, gdzie zaczęła przetrząsać szafę,
nucąc pod nosem.
Doprowadziła ich, z Gernisavien niechętnie drepczącą ich śladem, do
szlaku, który prowadził w tym samym kierunku, co szosa, która kiedyś
biegła obok ich domu. Wspinali się pośród pastwisk na wzgórze leżące na
wschodzie. Wspólnymi siłami nieśli piknikowy kosz. Bremen bez przerwy
dopytywał, dokąd idą, ale Gail milczała.
Pokonali szczyt wzgórza i popatrzyli na koniec ścieżki. Bremen upuścił
kosz na trawę. W dolinie, którą kiedyś biegła autostrada Pennsylvania
Turnpike, znajdował się ocean.
- Jasna cholera! - westchnął.
To nie był Atlantyk. A przynajmniej nie Atlantyk, jaki znał z New
Jersey. Wybrzeże bardziej przypominało okolice Mendocino, dokąd zabrał
Gail podczas miesiąca miodowego. Daleko na północ i południe ciągnęły
się szerokie plaże i wysokie urwiska. Potężne fale rozbijały się o czarne skały i biały piasek. W oddali krążyły i pikowały mewy.
- Jasna cholera! - powtórzył Bremen.
Rozbili piknik na plaży. Gernisavien została w tyle, żeby polować na
owady w trawie na wydmach. Powietrze pachniało solą, morzem i letnią
bryzą. Wyglądało na to, że mają do swojej dyspozycji tysiąc kilometrów
wybrzeża.
Gail wstała i zdjęła sukienkę. Pod spodem miała jednoczęściowy kostium.
Bremen odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.
- Właśnie po to wróciłaś? Żeby zabrać kostium? Bałaś się, że ratownicy
cię wyproszą?
Kopnęła w jego stronę piaskiem i pobiegła do oceanu. Po trzech krokach
rzuciła się do wody i zaczęła płynąć. Breman widział po jej skulonych
ramionach, że woda jest lodowato zimna.
- Chodź do mnie! - zawołała wesoło. - Woda jest przyjemna!
Ruszył w jej stronę.
***
Uderzenie nadeszło od strony nieba, ziemi i morza. Przewróciło Bremena i wepchnęło głowę Gail pod wodę. Zaczęła rozpaczliwie wymachiwać rękami, z trudem łapiąc oddech i walcząc z cofającymi się falami, by wydostać się
na płyciznę.
NIE!!!
Wiatr ryczał wokół nich i wyrzucał piasek na kilkadziesiąt metrów w górę. Niebo zawirowało, pomarszczyło się jak prześcieradło wiszące na
sznurze i zmieniło kolor z cytrynowego na szary. Morze wycofało się
jedną potężną falą, pozostawiając suchy, martwy ląd. Grunt trząsł się i poruszał wokół nich. Błyskawice migotały wzdłuż horyzontu.
Kiedy wszystko się uspokoiło, Bremen podbiegł do miejsca, w którym Gail
leżała na piasku, i podniósł ją za pomocą kilku surowych słów.
Wydmy zniknęły, urwiska zniknęły, morze zniknęło. Zamiast niego wokół
rozciągała się rozległa solna równina. Niebo wciąż zmieniało odcienie
szarości. Słońce jakby ponownie wschodziło nad pustynią. Nie. Światło
się przemieszczało. Coś przemierzało pustkowie. Coś się do nich
zbliżało.
Gail chciała się wyrwać, ale Bremen mocno ją trzymał. Światło sunęło
przez martwą krainę. Blask rósł, poruszał się, wysyłał promienie, które
zmuszały ich do osłaniania oczu. W powietrzu czuli woń ozonu, a włoski
na ich rękach stanęły dęba.
Bremen kurczowo trzymał Gail i pochylał się w kierunku zjawiska, jakby
zmagał się z silnym wiatrem. Za ich plecami pojawiły się cienie. Światło
trafiło w ich ciała jak fala uderzeniowa po wybuchu bomby. Patrzyli
przez palce na nadchodzącą świetlistą postać. To był człowiek na
grzbiecie potężnego zwierzęcia. Gdyby bóg przybył na Ziemię, wybrałby
właśnie taką formę. Zwierzę nie było wyraźnie widoczne, ale oprócz
światła emanowało... ciepłem? Delikatnością?
Przed nimi znajdował się Robby, na grzbiecie swojego misia.
ZA SILNE NIE MOGĘ UTRZYMAĆ
Nie przywykł do używania języka, ale starał się. Jego myśli uderzały w nich jak wyładowania elektryczne rażące mózg. Gail padła na kolana, ale
Bremen dźwignął ją na nogi.
Usiłował sięgnąć myślą ku Robby'emu. Bezskutecznie. Kiedyś w Haverford
poszedł z jednym ze zdolnych studentów na stadion, gdzie miał się odbyć
koncert rockowy. Stał przed ścianą głośników, gdy testowano wzmacniacze.
Teraz czuł się nieco podobnie.
Stali na płaskiej, siatkowatej równinie. Nie widzieli horyzontu. Ze
wszystkich stron nadciągały kłęby białej mgły. Jedynym źródłem światła
była przypominająca Apolla postać przed nimi. Bremen obrócił głowę, żeby
obserwować nadciągającą mgłę. Wszystko, czego dotykała, znikało.
- Jerry, co... - Głos Gail był bliski histerii.
Myśli Robby'ego uderzyły w nich z namacalną siłą. Chłopak zrezygnował z prób używania języka i zalała ich powódź obrazów. Były lekko
zniekształcone, odbarwione i naznaczone aurą zachwytu oraz nowości.
Bremen i jego żona zatoczyli się pod wpływem ich uderzenia.
BIAŁY POKÓJ BIEL
BICIE SERCA MASZYNY
ŚWIATŁO SŁOŃCA NA POŚCIELI
UKŁUCIE IGŁY
GŁOSY BIAŁE KSZTAŁTY SIĘ PORUSZAJĄ
POTĘŻNY WIATR WIEJE
PRĄD WCIĄGA, WCIĄGA
WCIĄGA
Razem z obrazami pojawiły się emocje, tak intensywne, że niemal nie do
zniesienia: odkrycie, samotność, zachwyt, zmęczenie, miłość, smutek,
smutek, smutek.
Bremen i Gail padli na kolana. Oboje szlochali, choć nie zdawali sobie z tego sprawy. W nagłym spokoju, który nastał po uderzeniu, donośnie
zabrzmiały myśli Gail. Dlaczego on to robi? Dlaczego nie zostawi nas w spokoju?
Bremen chwycił ją za ramiona. Jej twarz była tak blada, że piegi
wydawały się niemal wypukłe.
Nie rozumiesz, Gail? To nie on.
Nie??? Więc kto...?????
Myśli Gail kłębiły się chaotycznie. Okruchy obrazów i urywki pytań
przeskakiwały między nimi, gdy kobieta usiłowała nad sobą zapanować.
To ja. Gail. Ja. Bremen zamierzał powiedzieć to na głos, ale nie było
już dźwięku, tylko krystaliczne krawędzie ich myśli. On od początku
walczy, żeby utrzymać nas razem. To moja wina. Ja tutaj nie pasuję.
Podtrzymywał mnie, pomagając mi tu pozostać, ale już dłużej nie potrafi
się opierać.
Gail rozejrzała się z przerażeniem. Mgła kipiała i wyciągała ku nim
kosmyki. Coraz szczelniej otaczała boską postać na wierzchowcu. Jej
blask przygasł na ich oczach.
Dotknij go, pomyślał Bremen.
Gail zamknęła oczy. Bremen czuł, jak muskają go skrzydła jej myśli.
Usłyszał jej westchnienie.
Mój Boże, Jerry. To jeszcze dziecko. Wystraszone dziecko!
Jeśli zostanę dłużej, zniszczę nas wszystkich. Razem z tą myślą Bremen
przekazał całą gamę emocji, zbyt złożonych, by wyrazić je słowami. Gail
zobaczyła, co kryje się w jego umyśle, i zaczęła protestować, ale zanim
zdążyła uporządkować myśli, przyciągnął ją do siebie i mocno objął.
Telepatyczny komunikat wzmocnił uścisk, dodając do niego odcienie uczuć,
jakich nie byłyby w stanie w pełni przekazać mowa ani dotyk. Potem
Bremen odepchnął Gail od siebie, odwrócił się i pobiegł w stronę białej
mgły. Robby, który kurczowo ściskał szyję swojego misia, był widoczny
jedynie jako słaba poświata. Bremen dotknął go, zanurzając się w zimnej
mgle. Po pokonaniu pięciu kroków nie widział już niczego, nawet własnego
ciała. Po kolejnych trzech zauważył, że zniknął grunt pod jego nogami.
Bremen runął w dół.
***
Pokój był biały, łóżko było białe, okna były białe. Rurki łączyły
wiszące butelki z jego ręką. Jego całe ciało było bólem. Na zielonej
plastikowej opasce na nadgarstku widniał napis BREMEN, JEREMY H. Lekarze
byli ubrani na biało. Kardiomonitor odtwarzał bicie serca.
- Nieźle nas pan wystraszył - odezwała się kobieta w białym stroju.
- To cud - stwierdził mężczyzna po jej lewej stronie. Jego głos brzmiał
wojowniczo. - EEG przez pięć dni nie wykazywało żadnej aktywności, a jednak pan z tego wyszedł. Prawdziwy cud.
- Nigdy nie mieliśmy do czynienia z kilkoma jednoczesnymi napadami -
powiedziała kobieta. - Czy miewał pan już dolegliwości padaczkowe?
- Szkoła nie posiada danych kontaktowych pańskiej rodziny - dodał
mężczyzna. - Czy chce pan, abyśmy kogoś powiadomili?
Bremen stęknął i zamknął oczy. Słyszał dalekie odgłosy rozmów i czuł
chłodny dotyk igły. Kiedy lekarze zbierali się do odejścia, wychrypiał
kilka słów, po czym odchrząknął i spróbował ponownie.
- W którym pokoju?
Wymienili spojrzenia.
- Robby - dodał Bremen chrapliwym głosem. - W którym pokoju leży Robby?
- Siedemset dwadzieścia sześć - odpowiedziała kobieta. - Na oddziale
intensywnej opieki medycznej.
Bremen pokiwał głową i zamknął oczy.
***
Odbył krótką podróż wczesnym rankiem, kiedy na korytarzach było ciemno i cicho, nie licząc okazjonalnego szelestu spódnic pielęgniarek i cichych,
niespokojnych stęknięć pacjentów. Powoli szedł korytarzem, od czasu do
czasu opierając się o ścianę. Dwukrotnie schował się w ciemnej sali,
kiedy usłyszał zbliżające się ciche kroki pielęgniarki. Kilka razy
przystanął na schodach, żeby przytrzymać się twardej metalowej poręczy i złapać oddech, a serce waliło mu jak młotem.
W końcu wszedł do sali. Robby leżał na łóżku w głębi. Malutkie światło
świeciło się na panelu nad jego głową. Otyłe, cuchnące ciało przybrało
pozycję płodową. Nadgarstki i kostki były wykrzywione i zesztywniałe.
Palce rozczapierzały się na wygniecionej pościeli. Robby miał głowę
zwróconą w bok i patrzył niewidzącym wzrokiem. Jego usta lekko drgały,
gdy oddychał, a na prześcieradle widniał niewielki krąg śliny.
Umierał.
Bremen usiadł na skraju łóżka. Czuł namacalną gęstość nocy. W oddali
rozległ się dźwięk dzwonka i ktoś jęknął. Bremen delikatnie położył dłoń
na policzku Robby'ego. Czuł jego miękkość. Chłopiec ciężko i astmatycznie chrapał. Bremen czule, niemal z czcią dotknął czubka
niekształtnej głowy. Proste czarne włosy sterczały mu między palcami.
Wstał i wyszedł z pokoju.
***
Zawieszenie wypożyczonego fiata grzechotało na nierównym bruku, gdy
Bremen wymijał tramwaje, pędząc na wschód. O tak wczesnej porze na
moście Benjamina Franklina było niemal pusto. Na dwupasmowej szosie
przecinającej New Jersey panował niewielki ruch. Bremen ostrożnie
opuścił tarczę i wzdrygnął się, gdy fala neurobełkotu naparła na jego
poobijany umysł. Szybko postawił osłonę. Jeszcze nie teraz. Czuł
pulsujący ból za oczami, gdy próbował skupić się na prowadzeniu
samochodu. Nie słyszał nawet najcichszego echa znajomego głosu.
Zerknął w stronę schowka i pomyślał o leżącym w nim zawiniątku. Kiedyś,
dawno temu, fantazjował o tej broni. Niemal uwierzył, że to coś w rodzaju magicznej różdżki - narzędzie niosące wyzwolenie. Teraz
wiedział, że się mylił. Rozumiał, że to narzędzie niosące śmierć. Ono
nigdy by go nie wyzwoliło. Nie pozwoliłoby jego świadomości wzlecieć.
Jedynie wbiłoby mu pocisk w czaszkę i zakończyło raz na zawsze
matematycznie idealny taniec, który się w niej odbywał.
Pomyślał o słabnącej, cichej postaci, którą rano zostawił w szpitalu.
Jechał przed siebie.
Zaparkował niedaleko latarni morskiej, schował rewolwer do papierowej
torby i zamknął samochód. Piasek wsypujący się od góry do jego sandałów
był bardzo gorący. Plaża była niemal opustoszała, gdy Bremen usiadł w skromnym cieniu wydmy i zapatrzył się na morze. Zmrużył oczy pod wpływem
porannego blasku.
Zdjął koszulę, starannie ułożył ją na piasku za sobą i wyjął zawiniątko
z torby. Metal był chłodny w dotyku, a pistolet był lżejszy, niż Bremen
zapamiętał. Lekko pachniał smarem.
Będziesz musiała mi pomóc. Jeśli istnieje inne wyjście, będziesz
musiała pomóc mi je znaleźć.
Bremen opuścił umysłową tarczę. Ból miliona bezcelowych myśli przeszył
jego mózg niczym szpikulec do lodu. Osłona automatycznie powróciła, by
stłumić hałas, ale ją powstrzymał. Po raz pierwszy w życiu w pełni
otworzył się na ból, na przynoszący go świat, na milion głosów
wołających w izolacji i osamotnieniu. Zaakceptował go. Zapragnął go.
Potężny chór uderzył w niego niczym buława. Bremen szukał pojedynczego
głosu.
Całkowicie stracił słuch. Nie czuł gorącego piasku; żar słońca stał się
odległym i zapomnianym doznaniem. Bremen był tak skoncentrowany, że
mógłby przemieszczać myślą przedmioty, rozbijać cegły, zatrzymywać ptaki
w locie. Nieświadomie wypuścił broń z ręki na piasek.
Plażą nadeszła młoda dziewczyna w ciemnym o dwa sezony za małym
kostiumie. Skupiała się na morzu, które drażniło się z lądem, łagodnie
go muskało, a potem się wycofywało. Tańczyła na ciemnych pasach mokrego
piasku. Jej spalone słońcem nogi niosły ją nad sam skraj światowego
oceanu i z powrotem, jak bezgłośną baletnicę. Nagle jej uwagę odwróciły
krzyczące mewy. Przestraszona, przerwała taniec, a fale zalały jej
kostki z triumfalnym odgłosem.
Mewy zanurkowały, wzbiły się w niebo i odleciały na północ. Bremen
wspiął się na szczyt wydmy. Fale wyrzucały w powietrze słoną mgiełkę.
Blask słońca odbijał się od wody.
Dziewczyna znów zaczęła tańczyć walca z morzem, podczas gdy oni troje
patrzyli na nią oczami Bremena, lekko mrużąc powieki w jasnym i ostrym
świetle poranka.
Wstęp do "Vanni Fucci ma się dobrze i żyje w piekle"
Amerykanie, wkraczając w "przecenioną dekadę" dwudziestego wieku
(19,90-19,99 dol.), są święcie przekonani, że postęp jest równoznaczny z poprawą, a odrzucenie tej idei wydaje się niemal herezją.
Na przykład przyjrzyjcie się współczesnej teologii. Błagam.
Można postrzegać Piekło z Komedii Dantego Alighieri jako połączenie
osobistych frustracji z zamiłowaniem do sadomasochizmu, ale wtedy
patrzylibyśmy na to dzieło wyłącznie ze współczesnej, nieco obsesyjnej
perspektywy. Dante również miał obsesję, ale jej obiektem - nie licząc
uroczej, zagubionej Beatrycze - były Eneida Wergiliusza i Summa
Theologica Tomasza z Akwinu. Nic dziwnego, że Piekło jest zbudowane
na oszałamiająco złożonych teologicznych fundamentach i stanowi zarazem
studium kosmicznej konstrukcji, jak i wyraz osobistego lęku przed
śmiercią, tak dotkliwego, że "śmierć odeń gorzką więcej być nie może"
(Piekło 1,7, tłum. Julian Korsak).
Dante postrzegał ten lęk przed śmiercią jako źródło poetyckiej i kreatywnej energii. W tej kwestii niewiele się zmieniło od początku XIV
wieku.
Jednakże włączmy telewizor i sprawdźmy, co sześć i pół wieku później
uchodzi za teologię. Zamiast poezji Eneidy usłyszymy wycie spoconych
teleewangelistów. Zamiast intelektualnych katedr Summa Theologica
czeka na nas przekazywane za pomocą kineskopu i satelitów, ociekające
lakierem do włosów i nakładanymi szpachlą kosmetykami przesłanie, które
sprowadza się do dwóch słów: "Przysyłajcie pieniądze".
Owszem, teleewangeliści nie są teologami tego wieku i stanowią bardzo
łatwy cel, zwłaszcza po tym, jak na jaw wyszły wulgaryzmy Jimmy'ego
Swaggarta, absurdalne zachowania Rexa Humbolta czy cudzołóstwo i załamania nerwowe Jimmy'ego Bakkera. Na swoje usprawiedliwienie mogę
powiedzieć, że to opowiadanie zostało napisane przed owymi wydarzeniami.
Ale tych rewelacji można było się spodziewać. Przynajmniej dopóki żyjemy
w świecie, w którym "teologia" stanowi mieszankę P.T. Barnuma i Johnny'ego Carsona, a my zapraszamy tych pasożytów do naszych domów za
pośrednictwem telewizji kablowej, anten satelitarnych i radia.
Vanni Fucci ma się dobrze i żyje w piekle
Swojego ostatniego dnia na ziemi brat Freddy wstał wcześnie, wziął
prysznic, ogolił policzki, spryskał włosy lakierem, nałożył telewizyjny
makijaż, ubrał się w charakterystyczny trzyrzędowy biały garnitur, białe
buty, różową koszulę i czarną krawatkę, po czym wszedł do swojego
gabinetu, by jeszcze przed rozpoczęciem Klubu Śniadaniowego Alleluja
zjeść śniadanie z siostrą Donną Lou, siostrą Betty Jo, bratem Billym
Bobem i George'em.
Cała czwórka żuła słodkie bułeczki i sączyła kawę, podczas gdy
ciemnoszare niebo zaczynało jaśnieć za dziesięciometrową ścianą z kuloodpornego, mocno przyciemnianego szkła. Wysokie ceglane budynki
kampusu College'u Biblijnego Alleluja brata Freddy'ego oraz Podyplomowej
Szkoły Chrześcijańskiej Ekonomii nabierały kształtu w półmroku Alabamy.
Daleko na wschodzie, ledwie widoczna ponad zagajnikiem orzeszników,
wznosiła się sztuczna góra, która stanowiła część kolejki górskiej
Szalona Mysz na Górze Synaj, w Biblijnej Krainie wchodzącej w skład
należącego do brata Freddy'ego rodzinnego parku rozrywki Narodzeni na
Nowo obok Chrześcijańskiego Centrum Konferencyjnego. Znacznie bliżej
olbrzymi talerz Świętej Wiązki, jednej z sześciu potężnych anten
satelitarnych na terenie Biblijnego Centrum Transmisyjnego brata
Freddy'ego, odznaczał się czarnym łukiem na zachmurzonym niebie. Brat
Freddy zerkał z uśmiechem na deszczową pogodę. Nie dbał o to, co miał do
zaproponowania prawdziwy świat za jego oknem. Duże okno wykuszowe w przytulnym studiu Klubu Śniadaniowego Alleluja tak naprawdę było wartym
38 000 dolarów ekranem, na którym każdego ranka odtwarzano
pięćdziesięciodwuminutowe nagranie cudownego majowego wschodu słońca. W Klubie Śniadaniowym Alleluja brata Freddy'ego zawsze była wiosna.
- Jaki mamy harmonogram? - spytał brat Freddy i upił łyk kawy,
delikatnie unosząc przy tym mały palec, który zalśnił w świetle
sufitowych reflektorów punktowych. Pozostało osiem minut do transmisji.
- Pierwsze pół godziny to jak zwykle wprowadzenie brata Beau, pańska
otwierająca przemowa oraz apel w imieniu naszego Modlitewnego Partnera,
potem sześć i pół minuty dla chóru Klubu Śniadaniowego Alleluja, który
wykona pieśń "Jesteśmy o krok od cudu" oraz składankę chrześcijańskich
przebojów, a następnie pojawią się pańscy goście - wyjaśnił brat Billy
Bob Grimes, kierownik produkcji.
- Kto dzisiaj przyszedł? - spytał brat Freddy.
Brat Billy Bob zajrzał do notatek.
- Mateusz, Marek i Łukasz, Cudowne Trojaczki Ewangeliści, Bubba Deeters,
który chce jeszcze raz opowiedzieć o tym, jak Pan kazał mu zasłonić
swoim ciałem granat w Wietnamie, brat Frank Flinsey, który promuje nową
książkę Po dniach ostatecznych, oraz Dale Evans.
Brat Freddy lekko zmarszczył czoło.
- Myślałem, że dzisiaj mamy Pata Boone'a - odezwał się cicho. - Lubię
Pata.
Brat Billy Bob poczerwieniał i zapisał coś na grubym pliku formularzy.
- Tak jest - odrzekł. - Pat chciał tutaj być, ale wczoraj wieczorem
pojawił się w programie Swaggarta, dziś po południu razem z Paulem i Jan
występują na wiecu religijnym w Bakersfield, a jutro zeznaje przed
Senatem w sprawie tych satanistycznych komunikatów, które słychać na
płytach, kiedy skieruje się wiązkę lasera pomiędzy rowki.
Brat Freddy westchnął. Pozostały cztery minuty do transmisji.
- W porządku, ale postaraj się go zaprosić na następny poniedziałek.
Lubię Pata. Donna Lou? Jak sobie radzimy z bożą robotą, mała?
Siostra Donna Lou Patterson poprawiła okulary. Jako rewidentka
kierowanego przez brata Freddy'ego potężnego konglomeratu zwolnionych z obowiązku podatkowego religijnych organizacji, korporacji, organizacji
zrzeszających duchownych, uczelni, misji, parków rozrywki oraz sieci
moteli dla Narodzonych na Nowo, Donna Lou była ubrana w beżowy kostium,
którego powagę łagodziła tylko odznaka Klubu Śniadaniowego Alleluja,
wykonana z imitacji diamentu, która pasowała do sztucznych diamentów na
oprawce jej okularów.
- Przewidywane dochody na ten rok fiskalny wynoszą prawie sto
osiemdziesiąt siedem milionów dolarów, czyli o trzy procent więcej niż w roku ubiegłym - oznajmiła. - Majątek kleru szacuje się na dwieście
czternaście milionów przy zadłużeniu wynoszącym sześćdziesiąt trzy
miliony, plus minus trzysta tysięcy, w zależności od tego, czy brat
Carlisle zdecyduje się zastąpić gulfstreama nowym learem.
Brat Freddy pokiwał głową i odwrócił się w stronę siostry Betty Jo.
Pozostały trzy minuty do transmisji.
- Jak nam poszło wczoraj, siostro?
- Dwadzieścia siedem procent oglądalności według Arbitronu, dwadzieścia
pięć i pół według Nielsena - odpowiedziała kobieta ubrana na biało. -
Trzy nowe punkty telewizji kablowej, dwa w Teksasie, jeden w Montanie. W tej chwili nasza telewizja dociera do trzech milionów trzystu
siedemdziesięciu tysięcy gospodarstw domowych, co stanowi wzrost o sześć
dziesiątych procenta w porównaniu z ubiegłym miesiącem. Centrum pocztowe
wczoraj odebrało siedemnaście tysięcy trzysta osiemdziesiąt pięć
przesyłek, co w skali tygodnia daje w sumie osiemdziesiąt sześć tysięcy
dwieście siedemnaście. Dziewięćdziesiąt sześć procent wczorajszych
kopert zawierało datki. Trzydzieści dziewięć procent piszących prosiło o pańską modlitwę wstawienniczą. W tym roku datki odbierane drogą pocztową
przyniosły trzy miliony pięćset osiemdziesiąt pięć tysięcy dwieście
dwadzieścia dolarów, a do końca roku fiskalnego spodziewamy się
kolejnych dwóch i pół miliona.
Brat Freddy uśmiechnął się i przeniósł wzrok na George'a Cohena, doradcę
prawnego Narodzonego na Nowo Duchowieństwa.
- George? - Do rozpoczęcia transmisji pozostały dwie minuty.
Szczupły mężczyzna w ciemnym garniturze nieśpiesznie odchrząknął.
- IRS wciąż groźnie powarkuje, ale nie mają żadnego punktu oparcia.
Wszyscy duchowni są zwolnieni z obowiązku podatkowego dzięki
przynależności do Narodzonego na Nowo Duchowieństwa, więc nie muszą
składać żadnych dokumentów. Prasa z Huntsville doniosła, że wartość domu
pańskiej córki szacuje się na półtora miliona, więc zdają sobie z tego
sprawę, podobnie jak z tego, że na budowę rancza pańskiego syna
przeznaczono trzy miliony dolarów pożyczki zaciągniętej od kleru, ale
jeśli chodzi o wynagrodzenia, mogą tylko zgadywać. Nawet gdyby się
dowiedzieli... a tak się nie stanie... to pańskie oficjalne roczne dochody
jako członka rady wynoszą zaledwie dziewięćdziesiąt dwa tysiące trzysta
dolarów, z czego jedną trzecią zwraca pan w postaci dziesięciny.
Oczywiście pańska żona, córka, zięć oraz siedmioro innych członków
rodziny otrzymują znacznie hojniejsze wynagrodzenia, ale nie sądzę...
- Dziękuję, George - przerwał mu brat Freddy. Wstał, przeciągnął się i podszedł do kolorowego monitora przytwierdzonego do terminala
komputerowego na swoim biurku. - Siostro Betty Jo, wspominałaś, że
otrzymaliśmy kilka tysięcy próśb o osobistą modlitwę wstawienniczą?
- Tak, bracie - odrzekła kobieta w bieli i oparła drobną dłoń na konsoli
obok swojego krzesła.
Brat Freddy uśmiechnął się do George'a Cohena.
- Powiedziałem tym ludziom, że osobiście pomodlę się nad ich listami,
jeśli prześlą ofiarę miłości - stwierdził. - Mogę to zrobić teraz.
Akurat mam trzydzieści sekund, zanim brat Beau puści czołówkę. Betty Jo?
Kobieta wcisnęła guzik i uśmiechnęła się, gdy tysiące nazwisk przemykały
po kolorowym monitorze. Przy każdym z nich znajdował się kod odnoszący
się do kategorii problemu, którego miała dotyczyć modlitwa, zgodnie z listą na formularzu ofiar miłości: Z-zdrowie, PM-problemy małżeńskie,
$-problemy finansowe, KD-kierownictwo duchowe, OG-odpuszczenie grzechów
i tak dalej. W sumie było dwadzieścia siedem kategorii. Każdy z dwustu
operatorów pracujących w centrum pocztowym był w stanie zakodować ponad
czterysta próśb dziennie, jednocześnie segregując zawartość kopert na
sterty gotówki i czeków oraz wprowadzając dane do komputerów, które
miały ułożyć odpowiedni list z odpowiedzią.
- Mój Panie... - zaintonował brat Freddy - ...proszę, wysłuchaj naszych
modlitw o Twoje miłosierdzie w związku z tymi prośbami, które złożono w imieniu Jezusa... - Nazwiska i kody przemknęły po ekranie, na którym po
chwili pozostał tylko migający kursor. - Amen.
Brat Freddy obrócił się na pięcie i poprowadził swoją z trudem
nadążającą świtę do oddalonego o trzydzieści metrów studia Klubu
Śniadaniowego Alleluja, podczas gdy czołówka programu, której
towarzyszyła triumfalna muzyka, pojawiła się na sześćdziesięciu dwóch
ekranach na korytarzach, w gabinetach i salach posiedzeń Centrum
Transmisyjnego.
***
Brat Freddy zrozumiał, że ma problem, osiemnaście minut po rozpoczęciu
programu, gdy zapowiedział Dale Evans, a do studia wszedł wysoki
ciemnoskóry mężczyzna z długimi czarnymi włosami. Mężczyzna najwyraźniej
był cudzoziemcem, ponieważ miał kręcone włosy do ramion, drogi
trzyrzędowy garnitur, który wyglądał na uszyty z jedwabiu, oraz
nieskazitelnie czyste buty z miękkiej włoskiej skóry. Jego wykrochmalony
kołnierzyk i mankiety oślepiały bielą, a złote spinki lśniły w światłach
studia. Brat Freddy uświadomił sobie, że nastąpiła jakaś pomyłka; jego
narodzeni na nowo goście - pomimo osobistego bogactwa - ubierali się w poliestrowe stroje, pastelowe koszule i nosili fryzury typowe dla
Karoliny Południowej, chociażby po to, żeby nie tracić kontaktu z wiernymi widzami.
Brat Freddy zajrzał do swoich notatek, a potem bezradnie popatrzył na
kierownika produkcji. Brat Billy Bob wzruszył ramionami, całkowicie
zbity z tropu. Brat Freddy podzielał jego uczucia, ale nie mógł ich
okazać, dopóki lśniło czerwone oko kamery.
Klub Śniadaniowy Alleluja chlubił się tym, że nadaje na żywo w trzech
strefach czasowych. Brat Freddy uśmiechnął się do nadchodzącego intruza
i pożałował, że nie zdecydowali się na wcześniejsze nagrywanie
programów, tak jak to robiła konkurencja. Zazwyczaj był dumny z tego, że
nie nosi słuchawki, przez którą mógłby odbierać instrukcje od reżysera
oraz komentarze, i zamiast tego polega na gestach brata Billy'ego Boba
oraz własnym medialnym wyczuciu. Teraz, kiedy wstał, by uścisnąć dłoń
śniadego nieznajomego, żałował, że nikt nie może mu powiedzieć, co się
dzieje. Chciałby zrobić przerwę na reklamę. Chciałby, żeby ktoś wyjaśnił
mu, o co w tym wszystkim chodzi.
- Dzień dobry - odezwał się przyjaźnie, uwalniając dłoń z uścisku
cudzoziemca. - Witamy w Klubie Śniadaniowym Alleluja.
Zerknął w stronę brata Billy'ego Boba, który szeptał coś pośpiesznie do
mikrofonu. Kamera numer trzy wykonała zbliżenie na ciemnoskórego
nieznajomego. Kamera numer dwa wciąż pokazywała długą sofę, na której
tłoczyli się Bubba Deeters, Cudowne Trojaczki i Frank Flinsey, sztucznie
uśmiechnięty pod żołnierskim wąsem. Monitory sceniczne pokazywały
zbliżenie na rumianą, grzecznie uśmiechniętą i tylko nieco spoconą twarz
brata Freddy'ego.
- Dziękuję, już od dłuższego czasu na to czekałem - odrzekł nieznajomy,
siadając na welurowym fotelu dla gości obok biurka brata Freddy'ego. W jego głębokim głosie dało się usłyszeć nutę włoskiego akcentu, chociaż
mówił bezbłędnie po angielsku.
Brat Freddy siedział z uśmiechem przyklejonym do twarzy i zerkał w stronę Billy'ego Boba. Reżyser wzruszył ramionami i gestem nakazał mu
kontynuować.
- Przepraszam, ale chyba pomyliłem zapowiedzi - rzekł brat Freddy. -
Zgaduję, że nie jest pan moją serdeczną przyjaciółką Dale Evans.
Zamilkł i popatrzył prosto w brązowe oczy nieznajomego. Zaskoczyły go
gniew i napięcie, jakie tam zobaczył. Miał nadzieję, że to tylko pomyłka
w rozkładzie programu, a nie polityczny terrorysta albo jakiś zwariowany
zielonoświątkowiec, który przedarł się przez ochronę. Miał świadomość,
że sygnał jest przekazywany na żywo do ponad trzech milionów domostw.
- Nie, nie jestem Dale Evans - przyznał nieznajomy. - Nazywam się Vanni
Fucci. - Znów nuta włoskiego akcentu.
Brat Freddy zauważył, że gość wymówił swoje nazwisko jako WA-ni FU-czi.
Nie miał nic przeciwko Włochom; dorastał w Greenville w Alabamie, więc
nie znał ich wielu. Jako dorosły nauczył się, że nie należy ich nazywać
makaroniarzami. Zakładał, że większość Włochów to katolicy, czyli nie
chrześcijanie, więc jego kościół nieszczególnie się nimi interesował.
Ale ten konkretny Włoch sprawiał mu nieco kłopotów.
- Panie Fucci - odezwał się z uśmiechem. - Może opowie pan naszym
widzom, skąd pan jest?
Vanni Fucci zwrócił intensywne spojrzenie na kamerę.
- Urodziłem się w Pistoi, ale ostatnie siedemset lat spędziłem w piekle.
Uśmiech zamarł na twarzy brata Freddy'ego, ale nie zniknął. Freddy
zerknął w lewo, na Billy'ego Boba. Reżyser rozpaczliwie kreślił znak
gwiazdy nad swoim sercem. Brat Freddy początkowo sądził, że to jakiś
nieznany mu religijny symbol, ale w końcu uzmysłowił sobie, że mężczyzna
informuje go o wezwaniu ochrony... a może nawet prawdziwej policji. Za
ścianą świateł i kamer licząca prawie trzysta osób widownia przestała
szeptać, wiercić się i dyskretnie kichać. Zapanowała śmiertelna cisza.
- Aha. - Brat Freddy zachichotał. - Aha, rozumiem, panie Fucci. W pewnym
sensie my wszyscy, jako grzesznicy, spędzamy czas w piekle. Tylko dzięki
miłosierdziu Jezusa możemy uniknąć ostatecznego pozostania w tym
miejscu. Kiedy w końcu przyjął pan Chrystusa jako swojego Zbawiciela?
Vanni Fucci uśmiechnął się, pokazując bardzo białe zęby odznaczające się
na tle ciemnej skóry.
- Nigdy tego nie zrobiłem - odrzekł. - Za moich czasów człowiek nie mógł
zostać "zbawiony", jak wy fundamentaliści to nazywacie. Chrzczono nas w Kościele jako dzieci. Ale w młodości popełniłem pewien drobny błąd i pański tak zwany Zbawiciel postanowił skazać mnie na wieczną nieludzką
karę w siódmej bolgii ósmego kręgu piekła.
- No tak - mruknął brat Freddy. Poprawił się na krześle i dał znak
operatorowi pierwszej kamery, by pokazał zbliżenie na jego twarz.
Zaczekał, aż jego oblicze wypełni ekran. - Prowadzimy miłą pogawędkę z naszym gościem, panem Vannim Fuccim, ale obawiam się, że musimy zrobić
krótką przerwę, by pokazać państwu obiecane nagranie, na którym brat
Beau i ja święcimy nowy Święty Nadajnik, który zainstalowaliśmy w zeszłym tygodniu w Amarillo. Beau?
Pod kadrem, gdzie nie mogła tego zobaczyć widownia, brat Freddy
kilkakrotnie przesunął prawą dłonią w poprzek gardła. Billy Bob pokiwał
głową, odwrócił się w kierunku reżyserki i powiedział coś pośpiesznie do
mikrofonu.
- Nie - sprzeciwił się Vanni Fucci. - Kontynuujmy naszą rozmowę.
Na monitorach pokazało się ujęcie całego planu. Cudowne Trojaczki
wytrzeszczały oczy, a podeszwy ich butów wyglądały jak wykrzykniki.
Pastor Bubba Deeters podniósł prawą rękę, jakby zamierzał podrapać się
po głowie, zerknął na stalowy hak, który przypominał mu o woli bożej
podczas jego służby w Wietnamie, po czym opuścił rękę na sofę. Frank
Flinsey, specjalista od mediów, popatrzył oszołomiony na trzy kamery, na
których nie świeciły się światełka, a następnie na ekrany, które
niewątpliwie pokazywały obraz ze studia. Brat Freddy zamarł z dłonią
uniesioną do gardła. Tylko Vanni Fucci sprawiał wrażenie niewzruszonego.
- Czy sądzi pan, że gdyby Dale zmarła przed Triggerem, Roy właśnie ją by
wypchał i postawił w salonie?
- Eee? - wykrztusił brat Freddy. Podobne odgłosy wydawali staruszkowie
przez sen.
- Tak tylko się zastanawiam - ciągnął Vanni Fucci. - A może woli pan,
żebym opowiedział coś jeszcze o swoim losie?
Brat Freddy pokiwał głową. Kątem oka zobaczył umundurowanych
ochroniarzy, którzy usiłowali przedostać się na scenę. Wyglądało na to,
że ktoś opuścił niewidoczną pleksiglasową ścianę wokół krawędzi planu.
- Tak naprawdę nie byłem w piekle siedemset lat, tylko sześćset
dziewięćdziesiąt - powiedział Vanni Fucci. - Ale wie pan, jak wolno mija
czas w takiej sytuacji. Jak w gabinecie dentysty.
- Tak - odrzekł brat Freddy. Jego głos przypominał słaby pisk.
- Czy wiedział pan, że jedna potępiona dusza z każdej bolgii może w czasie swojej wiecznej kaźni raz odwiedzić świat śmiertelników? To
przypomina wasz amerykański zwyczaj, w ramach którego umożliwiacie
aresztowanemu człowiekowi wykonanie jednego telefonu.
- Nie - odrzekł brat Freddy i odchrząknął. - Nie.
- Tak - potwierdził Vanni Fucci. - Uważam, że ma to na celu zaostrzenie
naszych cierpień poprzez przypomnienie nam o dawnych rozkoszach. Coś w tym rodzaju. Tak naprawdę wolno nam powrócić tylko na kwadrans, więc nie
jesteśmy w stanie zaznać zbyt wiele przyjemności, nieprawdaż?
- Nie - odrzekł brat Freddy, zadowolony, że jego głos odzyskał nieco
siły.
Ta pojedyncza sylaba zabrzmiała mądrze, a zarazem nieco kpiąco i protekcjonalnie. Zastanawiał się, z którego biblijnego wersu zrobi
użytek, kiedy przyjdzie pora na odzyskanie kontroli nad rozmową.
- Ale nie w tym rzecz - ciągnął Vanni Fucci. - Najważniejsze, że
wszystkie potępione dusze w siódmej bolgii ósmego kręgu jednogłośnie
zagłosowały, abym pojawił się w pańskim programie. - Vanni Fucci
nachylił się, a mankiety jego koszuli idealnie równo wysunęły się spod
marynarki, tak że złote spinki zabłysły w świetle reflektorów. - Wie
pan, czym jest bolgia?
- Eee... nie - odrzekł brat Freddy, lekko zbity z tropu. Już wybrał wers,
ale w tej chwili jego użycie wydawało się niewłaściwe. - Chociaż...
owszem. To tamta księżna czy hrabina, która truła ludzi w średniowieczu.
Vanni Fucci nachylił się i westchnął.
- Nie, to była Borgia. Bolgia to słowo z mojej ojczystej mowy, które
oznacza zarazem "dół" i "sakiewkę". Ósmy krąg piekła składa się z dziesięciu bolgii wypełnionych gównem i grzesznikami.
Widownia przerwała milczenie. Nawet kamerzyści głośno wciągnęli
powietrze. Brat Freddy zerknął na ekrany i zamknął oczy, uświadamiając
sobie, że jego Klub Śniadaniowy Alleluja, najwyżej notowany
chrześcijański program na świecie, nie licząc niektórych odcinków
Krucjaty Billy'ego Grahama, będzie pierwszym programem w historii TBN i CBN, w którym na antenie użyto słowa "gówno". Już sobie wyobrażał, co
powie rada zarządzająca. Fakt, że siedmioro z jedenaściorga członków
rady było jego krewnymi, wcale nie czynił sytuacji łatwiejszą.
- Niech pan posłucha... - zaczął stanowczo.
- Czytał pan Komedię? - spytał Vanni Fucci.
W jego oczach kryło się coś więcej niż złość i determinacja. Brat Freddy
uznał, że ma do czynienia ze zbiegłym pacjentem szpitala
psychiatrycznego.
- Komedię? - spytał, zastanawiając się, czy mężczyzna nie jest
przypadkiem obłąkanym komikiem i to wszystko nie jest tylko żartem.
Kamerzysta obrócił się i wbił wzrok w obiektyw. Ekrany pokazywały
nieruchome ujęcie Vanniego Fucciego i brata Freddy'ego. Brat Billy Bob
biegał od kamery do kamery, od czasu do czasu potykając się o kable i gwałtownie się zatrzymując, gdy kończył mu się przewód od mikrofonu,
niczym jamnik na krótkiej smyczy.
- Nazwał ją swoją Komedią - rzekł Vanni Fucci. - Późniejsze pokolenia
pochlebców dodały określenie Boska. - Zmarszczył czoło, jak
niecierpliwy nauczyciel, który czeka na odpowiedź niezbyt bystrego
ucznia.
- Przykro mi, ale nie... - zaczął brat Freddy.
Jeden z kamerzystów rozbierał swój sprzęt. Żadna z pozostałych kamer nie
była skierowana w stronę planu. Obraz na ekranie się nie zmieniał.
- Alighieri? - podpowiedział Vanni Fucci. - Mały brudny florentyńczyk,
który pożądał ośmiolatki? Który napisał jedną nadającą się do czytania
rzecz w całym swoim żałosnym życiu? - Odwrócił się w stronę gości na
sofie. - Dajcie spokój, nikt z was nie czyta książek?
Pięciu chrześcijan na sofie nieco się skuliło.
- Dante! - wykrzyknął przystojny cudzoziemiec. - Dante Alighieri. O co
chodzi, panowie? Czy, żeby dołączyć do Klubu Fundamentalistów, trzeba
zostawić mózg przy drzwiach i wypchać czaszkę mamałygą? Dante!
- Chwileczkę... - odezwał się brat Freddy, wstając z miejsca.
- Za kogo pan się... - zaczął Frank Flinsey i również się podniósł.
- Co to ma być... - rzekł Bubba Deeters, zrywając się na nogi i wymachując
hakiem.
- Ejże! Ejże! Ejże! - wykrzyknęły Cudowne Trojaczki, z trudem stawiając
stopy na podłodze.
- SIADAĆ. - To nie był ludzki głos. Chyba że znacznie wzmocniony.
Brat Freddy kiedyś popełnił błąd i podczas jednej z Krucjat na świeżym
powietrzu stanął przed ścianą trzydziestu olbrzymich głośników, gdy
dźwiękowiec akurat przeprowadzał próbę przy pełnej głośności. Teraz
poczuł się podobnie. Tylko gorzej. Brat Billy Bob i inni, którzy mieli
słuchawki na uszach, zerwali je i padli na kolana. Kilka reflektorów
punktowych na suficie pękło. Widzowie odchylili się do tyłu jak jeden
trzystugłowy organizm, jęknęli, a potem zapadła między nimi cisza,
której nie zakłócały nawet oddechy. Brat Freddy i goście usiedli.
- Alighieri to zrobił - odezwał się Vanni Fucci łagodnym, konwersacyjnym
tonem. - To był mentalny karzeł o wyobraźni ćmy, ale dokonał tego,
ponieważ nikt przed nim nawet nie próbował.
- Co zrobił? - zapytał brat Freddy, wpatrując się z fascynacją i przerażeniem w szaleńca na welurowym fotelu obok jego biurka.
- Stworzył piekło - odpowiedział Vanni Fucci.
- Bzdura! - wykrzyknął pastor Frank Flinsey, autor czternastu książek o końcu świata. - Nasz Pan Jehowa stworzył piekło, podobnie jak wszystko
inne.
- Czyżby? - odparł Vanni Fucci. - Gdzie jest tak napisane w tej
mieszance plemiennych opowieści i szowinistycznych opinii, którą
nazywacie Biblią?
Brat Freddy obawiał się, że zaraz dostanie zawału serca na planie Klubu
Śniadaniowego Alleluja, oglądanego na żywo w trzystu tysiącach
amerykańskich domostw. Ale pomimo migotania przedsionków i krwi
napływającej do twarzy, szukał w myślach odpowiedniego biblijnego wersu.
- Opowiem wam o pewnym eksperymencie, który przeprowadzono w tysiąc
dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku na Uniwersytecie Paryż-Południe
- ciągnął Vanni Fucci. - Grupa fizyków kwantowych pod kierownictwem
Alaina Aspecta badała zachowanie dwóch fotonów lecących w przeciwnych
kierunkach ze swoich źródeł światła. Test potwierdził teorię mechaniki
kwantowej, zgodnie z którą pomiar dokonany na jednym fotonie ma
natychmiastowy wpływ na naturę innego fotonu. Fotony, panowie, podróżują
z prędkością światła. Oczywiście żadna informacja nie może zostać
przekazana z większą prędkością, a jednak zdefiniowanie natury jednego z fotonów natychmiastowo zmieniło naturę innego fotonu. Płynie z tego
oczywisty wniosek, czyż nie?
- Tak? - odrzekł brat Freddy.
- Tak? - odezwała się piątka gości na sofie.
- Otóż to - przytaknął Vanni Fucci. - To potwierdza w świecie fizycznym
coś, co w piekle wiemy już od dłuższego czasu. Rzeczywistość kształtuje
pierwszy wybitny umysł, który skupi się na jej zmierzeniu. Nowe
koncepcje tworzą nowe prawa, a wszechświat się dostosowuje. Newton
stworzył powszechne prawo grawitacji, a kosmos przekształcił się
odpowiednio do niego. Einstein zdefiniował czasoprzestrzeń, a wszechświat sam się zmodernizował, by pozostać w zgodzie z nową teorią.
A Dante Alighieri... ten neurotyczny mały gnojek... stworzył pierwszą
szczegółową mapę piekła, a wtedy ono zaczęło istnieć, by spełnić ludzkie
oczekiwania.
- To absurd - wykrztusił brat Freddy, zapominając o kamerach i widowni,
o wszystkim poza nielogicznymi i bluźnierczymi słowami tego zwariowanego
Włocha. - Gdyby to była... prawda, to świat... rzeczy... wszystko bezustannie
by się zmieniało.
- Właśnie. - Vanni Fucci się uśmiechnął. Miał niewielkie i bardzo ostre
białe zęby.
- W takim razie... piekło także nie pozostawałoby takie samo - zauważył
brat Freddy. - Dante pisał dawno temu. Co najmniej trzysta albo
czterysta lat...
- Umarł w tysiąc trzysta dwudziestym pierwszym roku - uściślił Vanni
Fucci.
- Tak... No cóż... A więc właśnie... - zakończył brat Freddy.
Vanni Fucci pokręcił głową.
- Niczego nie rozumiecie. Kiedy jakaś idea jest wystarczająco potężna i dostatecznie szczegółowa, by przedefiniować wszechświat, jest zarazem
niezwykle trwała. Pozostaje, dopóki ktoś nie sformułuje równie silnego
paradygmatu.... który zostanie powszechnie przyjęty zamiast niej. Na
przykład wasz starotestamentowy Bóg przetrwał tysiące lat, nim został
aktywnie przedefiniowany przez bardziej cywilizowane, choć nieco
schizofreniczne nowotestamentowe bóstwo. Nawet ta nowsza i słabsza
wersja utrzymała się przez około tysiąca pięciuset lat, zanim niemal
całkowicie wymazała ją z istnienia współczesna nauka, która ma na nią
silną alergię.
Brat Freddy był pewien, że za chwilę dostanie udaru.
- Ale komu chciałoby się przedefiniować piekło? - spytał retorycznie
Vanni Fucci. - Niemcy byli blisko w tym wieku, ale ich wizjonerów
usunięto, zanim nowa koncepcja zdążyła zakorzenić się w powszechnej
świadomości. Tak więc nic się nie zmienia. Piekło trwa, chociaż nasze
wieczne męki są równie niepotrzebne jak mały palec u stopy czy wyrostek
robaczkowy.
Brat Freddy zrozumiał, że może mieć do czynienia z demonem. Po niemal
czterdziestu latach głoszenia kazań i nauk o demonach, szukania ich
duchowych śladów we wszystkim, od muzyki rockowej po ustawy Federalnej
Komisji Łączności, przestrzegania przed ich obecnością w szkołach,
dziecięcych zabawach czy symbolach na pudełkach z płatkami śniadaniowymi
i zarabianiu kroci na byciu jednym z największych specjalistów od
demonologii w kraju brat Freddy poczuł się trochę niepewnie, gdy
uświadomił sobie, że siedzi metr od kogoś, kto może być opętany przez
demona, a nawet być jednym z nich. Jak dotąd najbliżej takiej sytuacji
znalazł się w towarzystwie żony pastora Jima Bakkera, kaznodziejki Tammy
Faye, zanim wyszły na jaw skandale pary.
Brat Freddy kurczowo zacisnął lewą dłoń na Biblii i uniósł prawą rękę,
wyginając palce w szpony nad głową Vanniego Fucciego.
- Wyrzekam się ciebie, szatanie! - wykrzyknął. - Wszystkie moce,
zwierzchności i słudzy szatana... PRECZ z tego przybytku Boga! W imię
JE-ZUSA rozkazuję wam! W imię JE-ZUSA rozkazuję wam!
- Och, zamknij się - odrzekł Vanni Fucci. Zerknął na swój złoty zegarek.
- Zaraz przejdę do sedna części. Nie mam zbyt wiele czasu.
Włoch zaczął mówić, a brat Freddy początkowo nie zmieniał swojej pozy, z uniesioną ręką i Biblią w dłoni. Po minucie zmęczyła mu się ręka, więc
ją opuścił, ale nie przestał ściskać Biblii.
- Popełniłem polityczną zbrodnię, ale ten krótkowidz Florentine umieścił
mnie w dole przygotowanym dla złodziei - opowiadał Vanni Fucci. - Tak,
tak, wiem, że nie macie pojęcia, o czym mówię. W tamtych czasach
polityczne potyczki między Czarnymi, czyli nami, a tymi kundlami Białymi
były niezwykłe ważne... Dante poświęcił im jedną trzecią swojego
przeklętego Piekła... ale zdaję sobie sprawę, że dziś nikt nawet nie zna
tych ugrupowań, tak jak za siedemset lat nikt nie będzie pamiętał o Republikanach i Demokratach. W tysiąc dwieście dziewięćdziesiątym
trzecim roku razem z dwójką przyjaciół ukradliśmy skarb San Jacopo z Duomo San Zeno, by sfinansować swoje polityczne działania. Doumo to był
kościół. W skład skarbu wchodził pewien kielich. Ale nie trafiłem do
piekła Dantego z powodu pojedynczej kradzieży, równie pospolitej jak
obrabowanie sklepu spożywczego w dzisiejszych czasach. Nie. Otrzymałem
honorowe miejsce w siódmym dole ósmego kręgu piekła, ponieważ popierałem
Czarnych, a Dante był zwolennikiem Białych. Ta niesprawiedliwość wkurza
mnie do dzisiaj.
Brat Freddy zamknął oczy.
- Można by pomyśleć, że nurzanie się przez wieczność w dole wypełnionym
merde i rozpalonymi węglami wystarczy, by zaspokoić żądzę zemsty nawet
najbardziej sadystycznego bóstwa, ale to tylko początek. - Vanni Fucci
obrócił się w stronę gości na sofie. - Przyznaję, mam gorący
temperament. Kiedy się wściekam, pokazuję Bogu figę.
Frank Flinsey, pastor Deeters i Cudowne Trojaczki popatrzyli na niego
tępo.
- Figę - powtórzył Włoch.
Zacisnął pięść, wysunął kciuk pomiędzy palcem wskazującym i środkowym,
po czym gwałtownie poruszył nim do przodu i do tyłu. Tłum wstrzymał
oddech, więc symbol najwyraźniej był zrozumiały. Vanni Fucci ponownie
obrócił się do brata Freddy'ego.
- A kiedy to robię, wszyscy złodzieje w promieniu stu metrów... czyli
oczywiście wszyscy w tym przeklętym dole... zamieniają się w gady...
- Gady? - wychrypiał brat Freddy.
- Płazy, hydry, smoki, węże i tak dalej - potwierdził Vanni Fucci. -
Alighieri się nie pomylił. A potem, oczywiście, każdy z tych przeklętych
węży mnie atakuje, a ja staję w płomieniach i rozpadam się na kupę
dymiących popiołów i zwęglonych kości...
Brat Freddy kiwał głową. Kątem oka widział siostry Donnę Lou i Betty Jo,
które pomagały trzem ochroniarzom użyć krzesła jako tarana przeciwko
niewidzialnej barierze, która nie pozwalała im wejść na plan. Bariera
nie ustępowała.
- Chcę powiedzieć, że to nie jest przyjemne... - dodał Vanni Fucci,
nachylając się.
Brat Freddy postanowił, że kiedy to wszystko się skończy, wybierze się
na krótkie wakacje w swoim religijnym kurorcie na Bahamach.
- A jako że to jest piekło, te kawałki, kawałki mnie, nie umierają,
tylko składają się w całość... co jest najbardziej bolesne... a potem, gdy
już jestem kompletny, ta jawna niesprawiedliwość doprowadza mnie do
pasji i... cóż, możecie się domyślić...
- Pokazuje pan figę? - zgadł brat Freddy i zakrył usta dłonią.
Vanni Fucci żałośnie pokiwał głową.
- Nawet dwie - uściślił. - No i wszystko zaczyna się od nowa. -
Popatrzył prosto w obiektyw kamery numer jeden. - Ale nie to jest
najgorsze.
- Nie? - spytał brat Freddy.
- Nie? - zawtórowała mu piątka gości Klubu Śniadaniowego.
- Piekło pod wieloma względami przypomina park rozrywki - ciągnął Vanni
Fucci. - Kierownictwo stale stara się go uatrakcyjnić i zwiększyć
skuteczność poszczególnych atrakcji. Zgadniecie, co od około dziesięciu
lat zapewnia nam Wielki Strażnik w Niebiosach, by pogłębić nasze
cierpienia? - Głos Włocha stał się wyższy; mężczyzna wyraźnie wpadł w gniew.
Brat Freddy i goście energicznie pokręcili głowami.
- KLUB ŚNIADANIOWY ALLELUJA BRATA FREDDY'EGO! - wrzasnął Vanni Fucci i zerwał się na nogi. - OSIEM RAZY KAŻDEGO PRZEKLĘTEGO DNIA.
DZIEWIĘĆDZIESIĘCIOCALOWE EKRANY SYLVANIA ROZSTAWIONE CO OSIEM METRÓW W CAŁYM SIÓDMYM DOLE!
Brat Freddy odsunął się ze swoim krzesłem, gdy ślina Vanniego Fucciego
zbryzgała blat biurka.
- NO WIECIE... - ryknął Vanni Fucci, wbijając wzrok w jakiś punkt pod
sufitem. - MOGĘ PRZEZ CAŁĄ WIECZNOŚĆ PŁONĄĆ W PIEKLE I CO KILKA MINUT
BYĆ ROZRYWANYM NA STRZĘPY, ALE TO... TO... - Uniósł obie ręce.
- Nie! - krzyknął brat Freddy.
- Nie! - krzyknęli goście.
- TO NAPRAWDĘ MNIE WKURZA! - zawył Vanni Fucci i pokazał Bogu figę.
Dwukrotnie.
Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Aby dokładnie wszystko zobaczyć,
trzeba odtworzyć taśmę w dużym zwolnieniu, a nawet wtedy można się
pogubić.
Brat Freddy był pierwszy. Pochylił się nad biurkiem, jakby jakaś
niewidzialna siła wykonała na nim chwyt Heimlicha, otworzył usta, żeby
krzyknąć, ale odkrył, że nie sposób tego zrobić z trzema rzędami długich
kłów, które się tam pojawiły, a następnie błyskawicznie pokrył się
łuskami i wyrósł mu ogon. Metamorfoza była tak szybka, a ruchy jego
ciała po przemianie tak gwałtowne, że nikt nie jest w stanie stwierdzić
tego z całą pewnością, ale większość obserwatorów zgadza się, że brat
Freddy przez krótką chwilę wyglądał jak połączenie olbrzymiej żaby z pomarańczowym pytonem, zanim jednym ruchem potężnego ogona przeskoczył
biurko i owinął się wokół Vanniego Fucciego, od krocza aż do gardła.
Frank Flinsey zmienił się w coś zgoła innego; w ciągu niecałej sekundy
podstarzały specjalista od Armagedonu przekształcił się w coś w rodzaju
sześciorękiej kijanki z kolcem na ogonie rodem z Obcego. Stwór użył
ogona, by przedrzeć się przez dywan, podłogę, sofę i welur do bezradnego
Vanniego Fucciego, dołączając do ataku pytona-Freddy'ego.
Przemiana Bubby Deetersa nie wzbudzała żadnych wątpliwości: uliczny
kaznodzieja, który odnalazł Boga w okopie, rozpłynął się niczym
jednodniowy grzyb, a następnie odrodził jako pokryty zielonymi paskami
wąż z głowami na obu końcach i popełzł w stronę Vanniego Fucciego, by
również wziąć udział w ataku.
Cudowne Trojaczki w jednej chwili zmieniły się w oślizgłe smukłe istoty,
które wystrzeliły w powietrze i wbiły się głęboko w ciało Fucciego.
Uczeni są przekonani, że były to jedne z istot opisanych przez Dantego,
lecz większość osób obecnie oglądających nagranie nazywa je "glutowymi
rakietami".
Podczas gdy te wszystkie stwory opadły Vanniego kłębiącą się, kąsającą
masą, na planie działy się też inne ciekawe rzeczy.
Kiedy brat Billy Bob założył słuchawki, zmienił się w coś, co pobliski
kamerzysta opisał jako "pięciometrowego trędowatego węża". Drugi
kamerzysta, później zwolniony przez Narodzonych na Nowo, stwierdził, że
nie zauważył "żadnej zmiany w Billym Bobie, ponieważ wszyscy kierownicy
wyglądają tak samo".
Siostry Donna Lou i Betty Jo padły na podłogę i po chwili wpełzły na
plan jako dwa ogromne różowe robaki. Wiele napisano o fallicznym
symbolizmie tych przemian, ale trzej strażnicy nie dostrzegli ironii
sytuacji i, ostrzelawszy robaki ze służbowych rewolwerów, rzucili się do
ucieczki.
Widownia również nie była bezpieczna. Vanni Fucci powiedział, że
metamorfoza zazwyczaj dotyka wszystkich złodziei w promieniu dwustu
metrów od jego bluźnierstwa. Z trzystu dziewiętnastu członków widowni
dwustu dwudziestu sześciu nie dało się odnaleźć następnego ranka. Salę
wypełniły wrzaski tych, którzy pozostali w ludzkiej postaci i zobaczyli,
jak ich mężowie, żony, teściowie czy siedzący obok nieznajomi w mgnieniu
oka zmieniają się w węże, zębate kijanki, beznogie ropuchy, olbrzymie
legwany, boa dusiciele o czterech łapach i inne płazy, hydry, smoki i węże. Badanie przeprowadzone miesiąc później na University of Alabama
wykazało, że większość przemienionych złodziei pracowała w handlu, ale
byli wśród nich także prawnicy (8), politycy (3), pastorzy (31),
psychiatrzy (1), kierownicy ds. reklamy (2), sędziowie (4), lekarze (4),
giełdowi brokerzy (12), właściciele nieruchomości (7), księgowi (3) oraz
pewien złodziej samochodów (1), który skrył się pośród widzów, by uciec
przez patrolem policjantów z Alabamy (2).
W ciągu niecałej sekundy Vanni Fucci znalazł się w środku kłębowiska
łusek i kłów wszelkiej maści gadów. Włoch usiłował uwolnić ręce, by
ponownie pokazać figę.
Brat Freddy zatopił swoje żabio-pytonowe kły głęboko w gardle Vanniego,
a bluźnierca stanął w płomieniach.
Studio wypełnił smród siarki, tak ostry, że tysiące widzów przed
telewizorami później zaklinało się, że poczuło go w domu.
Kłębowisko gadów buchnęło ogniem razem z Vannim Fuccim, znikając w przypominającym działanie napalmu pomarańczowo-zielonym rozbłysku, który
pozostawił na lampach analizujących kolorowych skomputeryzowanych kamer
czterdziestosekundowy powidok.
Klub Śniadaniowy Alleluja nagle opustoszał, nie licząc płonących resztek
sofy, biurka i welurowego fotela. Włączyły się spryskiwacze na suficie,
a "okno wykuszowe" wybuchło przy wtórze deszczu iskier i szkła. Wschód
słońca nie przetrwał.
Później tego wieczoru nagranie z wydarzeń w studiu pokazywane w Nightline cieszyło się sześćdziesięcioprocentową oglądalnością.
Podczas tego samego programu dr Carl Sagan poinformował prezentera Teda
Koppela, że cały incydent ma naturalne wytłumaczenie.
Tamtego tygodnia Klub Śniadaniowy Alleluja brata Freddy'ego otrzymał
ofiary o łącznej wartości 23267894 dolarów i 79 centów.
Nie licząc niektórych Krucjat Billy'ego Grahama, był to nowy tygodniowy
rekord.
Wstęp do "Koszmaru za sprawą bujającej się kołyski"
Oto kolejna opowieść o telewizyjnych kaznodziejach.
Zaczekajcie! Nim zamkniecie książkę i stwierdzicie, że nie znam innych
sposobów na dobrą zabawę poza atakowaniem tego konkretnego gatunku
bezradnych robaków, pozwólcie, że wyjaśnię.
Jakiś czas temu uznany pisarz Edward Bryant zaproponował mi pewien
projekt. Okazało się, że jedno z czasopism z Kolorado potrzebowało
czterech opowiadań do bożonarodzeniowego wydania. Tym czasopismem był...
no cóż... katalog komiksów. Ale naprawdę dobry katalog komiksów. Prawdę
mówiąc, był czymś znacznie więcej, ponieważ na jego łamach ukazywały się
recenzje książek pisane przez Eda oraz recenzje filmów, za które
odpowiadała znająca się na rzeczy krytyczka Leanne C. Harper.
W każdym razie czworo autorów miało dostarczyć świąteczne opowiadania, a Ed zamierzał napisać tekst spinający je klamrą. (To zawsze trudne
zadanie). Nie narzucono nam żadnych ograniczeń - nie licząc długości
tekstu oraz tego, że opowiadanie miało traktować o Bożym Narodzeniu i musiał się w nim pojawić motyw "przeoczonego prezentu". Pozostałymi
pisarzami byli członkowie tak zwanej mafii z Kolorado - Steve Rasnic
Tem, Connie Willis i Cynthia Felice. Cynthia od razu poinformowała, że
jej opowiadanie będzie "wesołe", więc pozostali mogli wrócić do swoich
krypt i wyzwolić wszelkie możliwe demony.
Jak można się było spodziewać, efektem tego projektu był typowo
błyskotliwy, subtelny i zapadający w pamięć tekst Willis, poruszająca i niepokojąca opowieść w niemożliwym do podrobienia stylu Steve'a Tema,
moje opowiadanie, które zostało tutaj przedrukowane, oraz inteligentna
historia autorstwa Eda Bryanta, który jakimś cudem zdołał powiązać ze
sobą nasze całkowicie odmienne dzieła. Jednakże Cynthia Felice z powodu
innych zobowiązań musiała wycofać się z projektu, przez co otrzymaliśmy
trzy tak niewiarygodnie mroczne opowieści, że czytelnicy w tamtym roku
zapewne poprosili Świętego Mikołaja o brzytwę lub kapsułkę z cyjankiem.
Wydawca katalogu komiksów podobno doznał szoku, gdy przeczytał pierwsze
opowiadania, jakie pojawiły się na łamach jego pisma, zaczął wirować i odbijać się od ścian niczym lalka imitująca Lindę Blair, a leki
psychotropowe uspokoiły go dopiero po Nowym Roku.
Tak naprawdę, pisząc to opowiadanie, pozwoliłem sobie na kilka
hermetycznych żartów, między innymi z mojego wydawcy, a także z pewnego
redaktora, o którym w istocie mam bardzo wysokie mniemanie. Co mi tam,
pomyślałem. Kto będzie czytał jakiś katalog komiksów?
Okazało się, że wszyscy go przeczytali. Co więcej, wszystkie trzy
opowiadania wkrótce ukazały się na łamach magazynu "Asimov's Science
Ffiction", dzięki czemu obrzydziły ludziom także następne święta. A jakby tego było mało, Bryant w ramach bożonarodzeniowego prezentu wysłał
egzemplarze wszystkim swoim znajomym, czyli wszystkim ludziom w branży
wydawniczej, a może nawet w znanym wszechświecie.
Wkrótce zyskałem reputację człowieka, który "złożył Boże Narodzenie w ofierze za pomocą myśliwskiego noża". W porównaniu z Simmonsem Grinch i Scrooge byli jak elfy Świętego Mikołaja.
To nic, że zapewniam każdego, iż Boże Narodzenie jest moim drugim
ulubionym świętem (oczywiście po Halloween), w każdą Wigilię razem z moją żoną Karen i naszą córeczką wspinamy się na pobliskie ośnieżone
wzgórze, by wypatrywać zaprzęgu Świętego Mikołaja, a w piątej klasie
grałem w szkolnej operetce Billy'ego Sierotę, który tak naprawdę był
małym Jezusem w przebraniu...
W niczym mi to nie pomaga.
Ale zastanówcie się przez chwilę: kiedy w końcu Wielki Błąd stanie się
faktem i jakiś komputer wciśnie guzik, odkorkuje Ostateczny Detergent i wszystkich nas wyczyści, gdy gromadzona przez czterdzieści lat broń
zostanie odpalona, ponieważ ktoś będzie ciekaw, czy rzeczywiście działa,
kiedy rozwieją się atomowe grzyby, a zima nuklearna złagodnieje do
nuklearnej wiosny... zadajcie sobie pytanie: jaka instytucja w Stanach
Zjednoczonych Ameryki może przetrwać uderzenie buta depczącego mrowisko?
Kto dysponuje satelitami, które przekazują transmisje do naszych domów i społeczności, i tylko czekają, by przesłać szept Przywódcy pośród
nuklearnej nocy? Kto ma miliony zwolenników... i to takich, którzy już
znają smak fanatyzmu, posłuszeństwa i radosnej agresji niezbędnej do
wcielenia w życie Programu, podczas gdy pozostali będą wykopywać się
spod gruzów?
Już znacie odpowiedź?
Zrób miejsce, Walterze F. Millerze.
O tak - oto ostatni przypis dla przyszłych biografów i bibliografów:
bardziej przenikliwi z was mogą zauważyć, że w tym opowiadaniu, podobnie
jak we wszystkich moich opowiadaniach i powieściach, pojawiają się
zachłanni, małostkowi, nieuczciwi i nieautentyczni telewizyjni pastorzy,
a ośrodkiem ich sieci zawsze jest Dothan w Alabamie. Niektórzy z was
mogą zapytać: "Jakie straszliwe, traumatyczne wydarzenie, jaki mroczny,
zapomniany, a może nienadający się do opisania incydent miał miejsce w Dotham w Alabamie, że ta zacna społeczność zasłużyła na taką plamę na
honorze?".
Cóż, nie dowiecie się tego ode mnie.
Koszmar za sprawą bujającej się kołyski
Brat Jimmy-Joe Billy-Bob przyniósł Słowo nowojorczykom w przeddzień
Wigilii Bożego Narodzenia, gdy popłynął swoim długim kanoe na wschód
wzdłuż Czterdziestej Drugiej Ulicy, a następnie na północ, pod prąd
Piątą Aleją, mijając miejsce, w którym dach publicznej biblioteki lśnił
zielono pod powierzchnią ciemniejących wód. To był chłodny, ale spokojny
wieczór. Zachodzące słońce było czerwone i piękne - jak podczas każdego
zachodu słońca w ciągu dwudziestu pięciu lat, które upłynęły od Wielkiej
Pomyłki roku 98 - a ludzie rozpalili ogniska na licznych poziomach i szczytach zniszczonych wież, sterczących z ciemnego morza niczym
wypalone pnie cyprysów, jakie brat widywał na bagnach w dzieciństwie.
Brat ostrożnie wiosłował, zdając sobie sprawę z tego, jak trudno jest
zapanować nad długim kanoe, a także z tego, że przewozi cenny ładunek i pokonał z nim już szmat drogi. Za nim, na poprzecznej ławie
wioślarskiej, spoczywało Święte Naczynie, podobne do potężnego garnka,
które wznosiło ku płonącemu niebu Boże Ucho, jakby już łapało pierwsze
emanacje Świętego Nadajnika, który brat Jimmy-Joe Billy-Bob zostawił w Dothan w Alabamie przed czternastoma miesiącami. Za Świętym Naczyniem
stała skrzynia mieszcząca Święty Ekran, a za nim, owinięty folią,
znajdował się Rower Pana. Generator Colemana umieszczono niedaleko
dziobu, gdzie częściowo przesłaniał bratu widok, ale równoważył ciężar
świętych reliktów na rufie.
Brat Jimmy-Joe Billy-Bob powiosłował na północ obok porośniętych
roślinnością pozostałości Rockefeller Center oraz poszarpanej iglicy
Katedry Świętego Patryka. W tej części Zatoki Obrzeżnej znajdowało się
kilkadziesiąt zamieszkanych wież i w zarośniętych, zardzewiałych ruinach
w górze migotały setki ognisk, ale brat je zignorował i wytrwale płynął
na północ ku Piątej Alei numer 666.
Budynek wciąż stał - przynajmniej trzydzieści pięć pięter, z czego
dwadzieścia osiem pozostawało nad powierzchnią wody - i brat zostawił
długie kanoe u jego podstawy. Wstał - starannie utrzymując równowagę i przesuwając na plecach półautomatyczny karabin Heckler&Koch HK 91,
będący na wyposażeniu Chrześcijańskiej Sieci Przetrwania - a następnie
podniósł wysoko puste dłonie. Skryte w cieniu postaci patrzyły na niego
przez dziury w ciemnym szkle. Gdzieś zapłakało niemowlę, które szybko
uciszono.
- Przynoszę dobrą nowinę o zmartwychwstaniu Chrystusa! - zawołał brat
Jimmy-Joe Billy-Bob. Jego głos odbił się echem od wody i stali. - Dobrą
nowinę o zbliżającym się Zbawieniu od smutku i nieszczęścia!
Przez chwilę panowała cisza, aż wreszcie ktoś zawołał:
- Kogo szukasz?!
- Szukam najstarszego Klanu. Tego z najpotężniejszym totemem, aby
przekazać mu dary oraz Słowo Pańskie od Prawdziwego Kościoła Chrystusa
Ukoiciela.
Echa głosów rozbrzmiewały przez kilka sekund, potem znów zapadła długa
cisza. W końcu gdzieś w górze odezwała się jakaś kobieta.
- To nasz Klan Czerwonej Bantamki. Witaj, nieznajomy, i wiedz, że my już
mamy tutaj Słowo Boże. Dołącz do nas. Skorzystaj z naszego ognia i weź
udział w przygotowaniach do Świętego Dnia.
Brat Jimmy-Joe Billy-Bob pokiwał głową i przywiązał kanoe do
zardzewiałego dźwigara. Duch Święty jeszcze do niego nie przemówił. Nie
wiedział, w jaki sposób zostanie przygotowana Droga. Ale wiedział, że w ciągu czterdziestu ośmiu godzin będą gotowi go zamordować albo czcić.
Nie zamierzał pozwolić ani na jedno, ani na drugie.
***
Przez całą Wigilię trudzili się, by wnieść dar Świętego Talerza na dach.
Klatki schodowe były zbyt wąskie, a szyby wind zbyt zagracone drabinkami
linowymi, wyciągami krążkowymi, koszami i pnączami. Brat nadzorował
rozmieszczenie bloków, które miały podnieść Talerz na wysokość
siedemdziesięciu pięciu metrów, na sam szczyt budynku. Trzy ciągi
schodów ponad zamieszkanym dwudziestym piątym piętrem były niebezpieczne
nawet dla żyjących na urwiskach członków Klanu Czerwonej Bantamki. Brat
nalegał, by uprzątnęli zagracone schody.
- Będziemy często tędy chodzić, gdy Święty Nadajnik już połączy was ze
Słowem - rzekł. - Podobnie jak inne klany z Handlowej Ligi Obrzeża.
Trzeba się postarać, by zarówno najmłodsi, jak i najstarsi mogli bez
trudu się wspinać.
Stara McCarty, pomarszczona matrona Klanu Czerwonej Bantamki, wzruszyła
ramionami i poleciła grupie kobiet, by zajęły się naprawą schodów,
podczas gdy mężczyźni będą podnosić Święty Talerz.
Nim zachód słońca pomalował niebo na czerwono, wszystko znalazło się na
swoim miejscu: Święty Talerz mocno tkwił na szczycie najwyższej części
dachu, Boże Ucho zostało wycelowane w takim stopniu dokładnie, na jaki
pozwalały umiejętności brata oraz jego zardzewiały sekstans, ołtarz z laminatu stanął pod Talerzem, a przewody przeciągnięto aż do pokoju
wspólnego na dwudziestym piątym piętrze. Tam ustawiono generator, a najsilniejsi spośród myśliwych klanu zostali wyznaczeni, by na zmianę
kręcić pedałami Roweru Pana podczas porannego nabożeństwa.
Tara, pięciolatka o elfiej buzi, pociągnęła brata za połę płaszcza, gdy
odstawiał plastikowe wiadra.
- Jest już prawie ciemno - powiedziała. - Pójdziesz z nami obejrzeć
drzewko i otworzyć prezenty?
- Tak - odrzekł Jimmy-Joe Billy-Bob. Zerknął na czerwoną bantamkę
wytatuowaną na grzbiecie dłoni dziecka. - I wygłoszę kazanie.
***
Pomieszczenie było bardzo duże, ściany znaczyła sadza z ognisk, a przegniłą wykładzinę zakryto plecionymi matami. Siedemnaścioro członków
Klanu Czerwonej Bantamki zgromadziło się wokół Świętego Ekranu i niewielkiej aluminiowej choinki niedaleko paleniska. Jarzyły się świece.
Wycięta przez dziecko papierowa gwiazda zdobiła szczyt drzewka. Brat
popatrzył na niewielkie skupisko niechlujnie zapakowanych prezentów pod
choinką i zamknął oczy. Stara McCarty odchrząknęła. Malutka bantamka
wytatuowana na jej czole lśniła czerwono w blasku świec.
- Ukochany Klanie - zaczęła. - Mamy w zwyczaju dziękować Bogu w ten
najbardziej święty z wieczorów, a następnie otwierać prezenty, które
przyniósł Święty Mikołaj. Ale w tym roku przybył do nas nasz brat z Prawdziwego Kościoła w Dothan... - Przełknęła ślinę, jakby poczuła w ustach coś gorzkiego. - Który teraz opowie nam o jutrzejszej
uroczystości i przeczyta Słowo Boże.
Brat Jimmy-Joe Billy-Bob wyszedł na otwartą przestrzeń przed choinką i oparł HK 91 o stół w zasięgu ręki. Wyjął z plecaka zużytą Biblię i położył ją na szczycie Świętego Ekranu.
- Bracia i siostry w Chrystusie - powiedział. - Jutro rano, kiedy
wzejdzie słońce i Droga zostanie oczyszczona, Święty Nadajnik rzuci
swoje światło w ciemność i ponownie usłyszycie Słowo, dzięki czemu
staniecie się częścią Prawdziwego Kościoła Jezusa Chrystusa Ukoiciela.
Moja wędrówka do was nie była łatwa. Nieprzyjaciel nie próżnował. Pięciu
z moich Braci w Chrystusie umarło, bym mógł tutaj dotrzeć. - Zamilkł i popatrzył na twarze przed sobą. Stara McCarty marszczyła czoło,
mężczyźni sprawiali wrażenie zainteresowanych albo całkowicie
obojętnych, a wiele kobiet i dzieci przyglądało mu się z podziwem
graniczącym z czcią. - Nastał czas długiej i ciężkiej próby - ciągnął
brat. - Ale z tego wybranego miejsca znów popłynie Prawdziwe Słowo,
które nasz Zbawiciel przekazał światu przez ośmiu Ewangelistów, i dotrze
do każdego krańca tej ziemi. - Znów zamilkł i popatrzył na twarze
oświetlone blaskiem świec. Niektóre dzieci zerkały na prezenty. -
Posłuchajcie, co napisano - rzekł i otworzył Biblię. - Apokalipsa
świętego Jana, rozdział trzynasty, wersy od szesnastego do osiemnastego:
"I sprawia, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło i że nikt nie
może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia - imienia Bestii lub liczby
jej imienia. Tu jest potrzebna mądrość. Kto ma rozum, niech liczbę
Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset
sześćdziesiąt sześć".
Wśród ludzi zapanowało poruszenie. Brat przewrócił kartkę i ponownie
zaczął mówić, nie zerkając na tekst.
- Apokalipsa Świętego Jana, rozdział czternasty, wersy od dziewiątego do
jedenastego: "Jeśli kto wielbi Bestię, i obraz jej, i bierze sobie jej
znamię na czoło lub rękę, ten również będzie pić wino zapalczywości
Boga, przygotowane, nierozcieńczone, w kielichu Jego gniewu; i będzie
katowany ogniem i siarką wobec świętych aniołów i wobec Baranka. A dym
ich katuszy na wieki wieków się wznosi i nie mają spoczynku we dnie i w nocy czciciele Bestii i jej obrazu, i ten, kto bierze znamię jej
imienia".
Brat Jimmy-Joe Billy-Bob zamknął oczy i uśmiechnął się.
- Ale czytam wam także z Ewangelii według Świętego Jana, rozdział
trzeci, wersy siedemnasty i osiemnasty: "Albowiem Bóg nie posłał swego
Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez
Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu". - Otworzył
oczy. - Amen.
- Amen - odpowiedziała stara McCarty. - Sprawdźmy, co w tym roku
przyniósł nam Mikołaj.
***
Ludzie znów zaczęli śmiać się i rozmawiać. Tara przytuliła się do brata,
a cały Klan zgromadził się wokół choinki.
- Obawiam się, że nie dostaniesz prezentu - powiedziała ze łzami w oczach. - Mikołaj przyniósł prezenty w drugą niedzielę Adwentu. Chyba
nie wiedział, że do nas przyjdziesz.
- Nic nie szkodzi - odrzekł brat. - Choinka i prezenty to pogańskie
zwyczaje. Święty Mikołaj nie istnieje.
Dziewczynka zamrugała, ale wtedy jej dziewięcioletni braciszek, Sear,
wtrącił się do rozmowy.
- On ma rację, Tarie. Wujek Lou i myśliwi zdobywają prezenty podczas
listopadowej wyprawy do magazynu. Potem ukrywają je na dwudziestym
siódmym piętrze. Sam widziałem.
Tara znów zamrugała.
- Święty Mikołaj przyniósł mi tę lalkę - powiedziała cicho. - Czasami
wraca w Wigilię, żeby przynieść owoce w puszkach. Może wtedy będzie miał
coś dla ciebie. Do tego czasu możesz bawić się moją lalką, jeśli chcesz.
Brat pokręcił głową.
- Popatrzcie! - wykrzyknął Sean. - Pod choinką jest dodatkowy prezent. -
Wgramolił się pod drzewko i wyciągnął spod niego pudełko owinięte
niebieskim papierem. - Ktoś na pewno zapomniał, że wujek Henry zmarł w zeszłym miesiącu, i zostawił to dla niego.
Brat Jimmy-Joe Billy-Bob już chciał odłożyć pakunek na miejsce, ale
wtedy Duch Święty przemówił do niego i mężczyzna zaczął gwałtownie
dygotać. Wśród ludzi zapanowała cisza i cały Klan patrzył, jak brat się
uspokaja, zrywa papier, wyjmuje z pudełka skórzaną pochwę i wysuwa z niej długie ostrze lśniące w świetle.
- Jejku! - westchnął Sean. Wyjął pożółkłą ulotkę z pudełka i przeczytał
na głos: - "Gratulacje. Jesteś teraz dumnym posiadaczem noża wojskowego
LINAL M-dwadzieścia wyprodukowanego dla Chrześcijańskiej Sieci
Przetrwania. Każdy egzemplarz ma imponujące trzydziestocentymetrowe
ostrze, a zarazem jest tak doskonale wyważony, że podczas cięć i pchnięć
stanowi przed... przedłużenie twojej dłoni. Ostrze LINAL M-dwadzieścia
wykonano w całości z nierdzewnej stali mo... molekularnej i jest ono
wystarczająco twarde, by przeciąć drewno albo strzaskać kość. W głow...
głowicy twojego noża znajduje się kompas RX-trzysta sześćdziesiąt o pływającej igle. Po odkręceniu kompasu znajdziesz kompletny zestaw
przetrwania, w którego skład wchodzą między innymi pudełko wodoodpornych
zapałek, sześć haczyków wędkarskich, ciężarki, nylonowa żyłka, igła i nitka, osiemnastocalowa piła linowa, którą można ściąć niewielkie
drzewo, a także, oczywiście, egzemplarz miniaturowego wydania Biblii". -
Chłopiec pokręcił głową i wypuścił powietrze. - Jejku - powtórzył.
Stara McCarty także pokręciła głową i popatrzyła na Lou, najstarszego z myśliwych.
- Nie pamiętam, by coś takiego znajdowało się w ładunku przyniesionym z magazynu - odezwała się ostro.
Myśliwy wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział.
Brat Jimmy-Joe Billy-Bob schował nóż do pochwy, a tę zatknął za pasek.
Słuchał cichnących szeptów Ducha Świętego. Uśmiechnął się do grupy.
- Pójdę na dach, żeby przygotować Drogę - powiedział łagodnie. - Rano
zbierzemy się, by wysłuchać Słowa.
Kiedy się odwrócił, poczuł, że drobna dłoń Tary szarpie go za nogawkę.
- Ułożysz nas najpierw do snu? - spytała dziewczynka.
Brat zerknął na Ritę, matkę małej. Młoda kobieta wzięła dzieci za ręce i nieśmiało pokiwała głową. Brat Jimmy-Joe Billy-Bob ruszył za nimi w stronę ciemnego korytarza.
***
Pokój dziecięcy dawniej pełnił funkcję magazynu wydawnictwa, którego
biura mieściły się na parterze. Kiedy dzieci wślizgnęły się na swoje
posłania, brat popatrzył na półki pełne gnijących książek, z których
każdą oznaczono małym symbolem czerwonej bantamki.
Rita pocałowała swoje dzieci na dobranoc i wyszła na korytarz.
- Spędzisz na dachu całą noc? - spytała Tara. Przytulała nową szmacianą
lalkę w kłębowisku łachmanów, które służyło jej za łóżko.
- Tak - odparł Brat, ponownie wchodząc do pomieszczenia.
- Więc zobaczysz, jak Święty Mikołaj i jego renifery lądują! - zawołała
podnieconym głosem.
Brat zaczął coś mówić, ale przerwał. Uśmiechnął się.
- Tak, pewnie ich zobaczę.
- Przecież powiedziałeś... - zaczął Sean.
- Każdy, kto dziś będzie na dachu, zobaczy Świętego Mikołaja i jego
renifery - rzekł brat Jimmy-Joe Billy-Bob stanowczo.
- A teraz pomódlmy się - powiedziała matka dzieci.
Tara pokiwała głową z szeroko otwartymi oczami i spuściła wzrok.
- Boże, pobłogosław mamusię, starą 'Em i duchy tatusia i wujka Henry'ego
- wyrecytowała.
- Amen - rzekł Sean.
- Nie - odezwał się brat. - Mamy nową modlitwę.
- Naucz nas - poprosiły dzieci.
- Mateuszu, Marku, Łukaszu i Janie, pobłogosławcie nasze posłanie. -
Zaczekał, aż malcy powtórzą rymowankę, i mówił dalej: - Jimie, Jan,
Paulu i Tammy, rozprawcie się z demonami.
Dzieci bezbłędnie powtórzyły.
- Naprawdę zobaczysz Mikołaja? - spytała Tara.
- Tak - odrzekł brat Jimmy-Joe Billy-Bob. - Dobranoc.
***
Brat zajrzał do Klanu, zanim udał się na dach. Niewielka grupka
myśliwych ścieśniła się przy choince, gdzie szeptali między sobą i słuchali starej McCarty, ale rozpierzchli się pod wpływem spojrzenia
brata i wrócili na swoje posłania. Matrona wstała i długo patrzyła bratu
w oczy, ale w końcu spuściła wzrok i odeszła, jak zwykła staruszka
udająca się na spoczynek.
Na dachu brat Jimmy-Joe Billy-Bob ukląkł przy ołtarzu z laminatu i głośno modlił się przez kilka minut. W końcu wstał i rozebrał się do
naga. Było bardzo zimno. Blask księżyca odbijał się od jego bladej skóry
oraz krągłości Świętego Talerza. Brat wyjął plastikowe wiadra i rozstawił je pod czterema narożnikami ołtarza. Potem wysunął z pochwy
długi nóż, uniósł go wysoko nad głowę, aż stal rozbłysła w zimnym
świetle, a następnie wcisnął ostrze między zęby.
Bezgłośnie przeszedł w poprzek dachu i przyklęknął niedaleko szczytu
schodów, wtapiając się w cień. Początkowo czuł szorstki żwir pod gołym
kolanem i smak chłodnej stali, ale po chwili dał się porwać uniesieniu.
To nie trwało długo. Najpierw rozległy się ciche odgłosy na schodach, a potem mroczna postać wyłoniła się z ciemności.
- Bracie Jimmy-Joe? - odezwał się ktoś cicho.
A więc to nie będzie staruszka, pomyślał brat. Niech i tak się stanie.
- Bracie Jimmy-Joe? - Drobna postać podeszła do ołtarza. Blask księżyca
muskał ciemny warkocz lalki. - Święty Mikołaju?
Brat Jimmy-Joe Billy-Bob odmówił cichą modlitwę, wyjął nóż z ust i szybko ruszył naprzód, aby uczcić nadchodzący dzień.