Ostatni rok mijającego stulecia nie był łaskawy dla
Mileny i Lucjana Płoszyńskich. Powitali go na balu
wspólnie z przyjaciółmi, winszowali sobie, żeby był
lepszy niż poprzedni, i ledwie przebrzmiały echa
dobrych życzeń, zaczęły się sypać plagi, i to obficie.
Były dotkliwe, choć lokalne, na miarę jednej rodziny.
Najpierw zaczął się psuć czteroletni volkswagen. Ni
z tego, ni z owego, z dnia na dzień, okazał się
wyjątkowym rzęchem i skarbonką bez dna. Woził co prawda
Lucjana po mieście, najlepiej jednak czuł się
w warsztacie samochodowym. Lucjan próbował rozdwoić
się między swoją hurtownią a warsztatem mechanika,
nie bardzo mu to wychodziło i w efekcie interesy
nieco podupadły.
Odezwały się też inne kłopoty. Jeszcze w styczniu
wysiadł piec centralnego ogrzewania, zaraz potem
popękały rury i przytulny dom zmienił się
w zamrażarkę. Fachowcy rozkładali ręce i albo nie umieli
sobie poradzić z awarią, albo szanowali robotę i działali
powoli, choć nie zawsze z rozmysłem. Niby grzebali
tylko przy rurach, a jednak jakimś cudem udało im
się przeciąć instalację elektryczną, co na pewien czas
wyłączyło w domu wszystkie piecyki na prąd. Lucjan,
jak to Lucjan, fizycznie palcem nie ruszył, za to
wspierał żonę moralnie.
- Milenko - mówił - nie daj się zwariować
technice. Na razie rozsypał się tylko samochód i piec,
prymitywne urządzenia, które w każdej chwili można
wymienić. Trzeba dziękować losowi, że to nie my się
rozsypaliśmy.
Miał rację. Miał cholerną rację, jak sobie
powtarzała w duchu Milena Płoszyńska. Po czym on
trzaskał drzwiami rozpadającego się samochodu i jechał
do hurtowni, gdzie centralne wciąż działało, ona zaś,
zanim weszła do zimnej pracowni nad lodowatym
garażem, wkładała trzy swetry, bambosze i nauszniki,
po czym napełniała termos gorącą herbatą z cytryną
i dopiero wtedy mogła cokolwiek zrobić.
Na przedwiośniu domowe kłopoty powoli się
skończyły, a zziębnięta Milena wróciła do formy. Pozbyła
się kataru, przestała chrząkać i zaczęła jaśniej patrzeć
w przyszłość, to znaczy na nadchodzące święta.
Przeszła się do biura podróży, wynalazła kilka
nadmorskich pensjonatów, które gwarantowały spędzenie
Wielkanocy w rodzinnej atmosferze, porównała ceny
i warunki, po czym wzięła się do urabiania męża.
Zadanie tylko z pozoru wydawało się proste.
Lucjan był typowym mężczyzną, co znaczyło, że zapalał
się jedynie do swoich pomysłów. Gdyby to on rzucił
hasło: "Nie pieczemy, nie gotujemy, spędzamy święta
nad morzem", nie byłoby ani jednej przeszkody,
której nie dałoby się ominąć. Niestety, hasło padło z ust
Mileny, i to ona musiała się uporać z największą
zawalidrogą, czyli z opornym mężem. Przez tydzień
napomykała, że warto by wyjechać, że jod i spacery
świetnie wpłyną na ich kondycję, na co Lucjan kiwał
głową i dla odmiany napomykał o hurtowni
i samochodzie. Rozmawiając w tym duchu, mogliby
spokojnie doczekać do Bożego Narodzenia, a przecież nie
o to chodziło. Należało wymóc na uparciuchu zgodę,
i to jak najszybciej, dopóki były jeszcze wolne miejsca
w upatrzonym pensjonacie.
Milena dość sprawnie uporała się z pracą
zaplanowaną na wieczór i zeszła do salonu w chwili, kiedy
zaczynał się film. Z przykrością stwierdziła, że to
jedna z tych romansowych historii, za którymi nie
przepadała, co jej bynajmniej nie zniechęciło. Pomyślała,
że człowiek, który ma do spełnienia misję, nie może
wybrzydzać. Zrobiła dwie herbaty, przyniosła kilka
rogalików upieczonych przez panią Jankę i usiadła
w fotelu.
Lucjan wyraźnie się ucieszył. Lubił oglądać
telewizję w towarzystwie żony, niestety, Milena rzadko
znajdowała czas na takie przyjemności. W ciszy
i skupieniu dobrnęli do końca, czyli do ostatniego spaceru
bohaterów brzegiem morza. Mężczyzna wciąż jeszcze
bardzo czule obejmował kobietę, której musiał
wyjaśnić, że w jego życiu pojawiła się inna. Milena patrzyła
na niego z niechęcią. Nawet sobie pomyślała, że nie
powinien wlec byłej ukochanej taki świat drogi tylko
po to, by jej powiedzieć, że ich miłość właśnie się
skończyła. Kiedy pojawiły się napisy, wyłączyła telewizor.
- Morze czy góry? - spytała.
Lucjan wciąż miał przed oczami ostatnią scenę,
spojrzał więc lekko zaskoczony, jakby podejrzewał
żonę o krótką drzemkę.
- Jakie góry? Oczywiście, że morze.
- Świetnie, ja też myślę o morzu - odrzekła Milena,
rozkładając na stoliku kolorowe foldery. - Co byś
powiedział na pensjonat Apollo w Karwi? Przechodzisz
przez jezdnię, mijasz kilka metrów lasku i już jesteś na
plaży. Ładny wystrój, pokoje z łazienkami,
a świąteczny jadłospis oczarowałby nawet naszą panią Jankę.
- Ty znów swoje - mruknął niechętnie. - Taki
wyjazd to spory wydatek. Wiesz przecież, że w hurtowni
mam teraz zastój.
- Na szczęście ja w pracowni nie mam zastoju.
Koszty biorę na siebie.
- Samochód nam się rozsypuje.
- Zawsze możemy pożyczyć opla od Marka i Agaty.
Nawet tego nie odczują, bo zostaną im dwa inne wozy.
Lucjan nie wydawał się przekonany. Zamiast
oglądać folder, postukiwał nim o blat stolika i patrzył w kąt
pokoju, jakby tam właśnie szukał argumentów
przemawiających za spędzeniem świąt w domu. W końcu
zaczął pleść coś o wyższości Wielkanocy nad innymi
świętami, wmieszał w to rodzinne zwyczaje i nie
bardzo umiał skończyć. Dopiero zdziwienie w oczach
żony przywołało go do porządku. Machnął ręką.
- Przez głupi wyjazd nie będę się z tobą rozwodził.
Rób, co chcesz, wiadomo, że i tak postawisz na swoim.
Milena uśmiechnęła się promiennie.
- Chodzi mi przede wszystkim o ciebie i Radka. Ty
szarpiesz się z hurtownią, chłopak uczy się po nocach
do egzaminów, musicie naładować akumulatory -
wyjaśniła. - A i mnie ta zima dała się we znaki. Do dzisiaj
nie mogę zgubić chrypki.
Zgarnęła foldery z postanowieniem, że zaraz rano
pojedzie do biura podróży, zarezerwuje trzy miejsca
i wpłaci zadatek. Przez moment miała ochotę wrócić
do pracowni, pomyślała jednak, że byłoby to
posunięcie niezbyt dyplomatyczne. Lucjan pozostawiony sam
sobie mógł znowu popaść w niepotrzebne rozterki.
- Wiesz - zagadnęła - coś mi się zdaje, że będziemy
mieli nowych sąsiadów. Już drugi raz widzę ludzi
kręcących się wokół złego domu.
- Przecież to straszna rudera - zdziwił się Lucjan.
- Rudera - przytaknęła - ale nie taka straszna. Ten
dom pochodzi z tych samych czasów co nasz, tylko
nigdy nie był remontowany. Ciotka nawet ścian nie
malowała, jej kuzynka Felerowa była jeszcze gorszym
flejtuchem, a ci ostatni właściciele coś tam chyba
próbowali zmieniać, na pewno podnieśli dach i ze
strychu zrobili piętro, a wtedy grunt im się zapalił pod
nogami i musieli uciekać. Mówię ci, nad tym domem
wisi przekleństwo.
- Klątwa kapłanów Tutenchamona? - spytał
z uśmiechem Lucjan.
Milena z przyjemnością stwierdziła, że rozmowa
o złym domu zaczęła wciągać męża, a to znaczyło, że
przebolał wyjazd do Karwi i nie będzie nudził
o rodzinnych świętach w domowym zaciszu.
- Za daleko sięgasz. Jeśli klątwa, to raczej za
sprawą tych dwu nieboszczyków, których ciotka odkopała
w ogródku. Niewiele z nich zostało, same kości. Nie
opowiadałam ci tego?
- Twoja mama coś mi wspominała. Podobno jakieś
porachunki okupacyjne?
- Nikt nie wie dokładnie, kim byli i jak zginęli.
Już po śmierci wuja, na początku lat pięćdziesiątych,
ciotka próbowała założyć warzywniak na tyłach
domu. Zaczęła kopać i znalazła ludzkie kości. Spece
od pochówku wyliczyli, że zwłoki leżały w ziemi
około dziesięciu lat, czyli morderstwo miało miejsce na
początku lat czterdziestych. To było morderstwo, bo
obydwie czaszki wyglądały tak, jakby ktoś próbował
przerąbać je siekierką. Wiem to od mamy. Na szczęście
ani ciotki, ani moich rodziców nie było tutaj
w czasie okupacji, więc śledztwo toczyło się poza nami.
Nic konkretnego chyba nie ustalono, w każdym razie
mama niewiele na ten temat wiedziała, poza jednym:
ciotce bardzo się to morderstwo przydało. Sama
rozgłaszała po okolicy, że w tym domu straszy. Fantazję
miała niezłą, ale jeszcze większy interes w tym, żeby
sąsiedzi omijali jej dom z daleka. Mówiąc łagodnie,
cioteczka była handlowcem, skupowała od złodziei
towar, który potem z zyskiem upłynniała.
- Mówiąc mniej łagodnie, cioteczka była paserką?
- Tak, co mojego ojca doprowadzało do białej
gorączki. On, notariusz, człowiek godny najwyższego
zaufania, miał siostrę paserkę! Nie była to sytuacja
komfortowa, na szczęście cioteczkę złamało jakieś
lumbago i ze dwa lata po odkryciu zwłok w ogródku
ona też wyzionęła ducha. To chyba najlepiej świadczy
o istnieniu klątwy, nie uważasz? Przez ostatni miesiąc,
może dwa opiekowała się nią ta cała Felerowa, bodaj
stryjeczna siostra ciotki męża. Brzmi zawile, ale
moja rodzina wreszcie mogła odetchnąć, bo pojawiła się
kolejna baba spod ciemnej gwiazdy, na szczęście dla
nas całkiem obca. Nie wiem, czy Felerowa odkupiła
dom od ciotki, czy dostała w testamencie, w każdym
razie zdarzało jej się mówić tak i tak. Testament
wydaje się bardziej prawdopodobny, bo ciotka nie miałaby
kiedy wydać pieniędzy za dom. Felerową pamiętam
całkiem nieźle. Była wysoka, koścista, palce miała
pożółkłe od nikotyny i śmierdziała papierosami nawet
przez płot. Najczęściej nosiła skórzany serdak, mocno
poprzecierany, i długie ciemne spódnice. Nie wiem,
jakiego koloru miała włosy, bo na głowie zawsze
motała sobie chustkę na sposób niemiecki, z supłem nad
czołem. Felerowa nie znosiła psów i kotów. Podobno
miała na sumieniu mnóstwo zwierząt, którym
podrzucała trutkę na przykład w kiełbasie. Tak
przynajmniej mówiła ulica, jednak kobiety miały ważniejsze
powody, by ziać nienawiścią do naszej sąsiadki. Nie
chodziło o żadne damsko-męskie igraszki, na to baba
była za brzydka i za stara, chodziło
o przechwytywanie pieniędzy, które jeszcze nie zdążyły trafić do
prawowitych żon. Po wypłatach, obliczkach i zaliczkach
u Felerowej drzwi się nie zamykały. Spragnione
chłopstwo waliło na setę z ogórkiem kwaszonym. Kto chciał
flaszkę na wynos, też mógł kupić na miejscu, czyli
full serwis, jak teraz mawiamy. Nic więc dziwnego,
że za jej czasów ta całkiem miła chałupka za płotem
była uznana przez mieszkańców osiedla za bardzo zły
dom, choć Felerowa o duchach nawet nie
wspominała. Potem, już za twoich czasów, zamieszkali w złym
domu Nowakowie, ale o nich się jakoś zapomina, bo
żyli sobie cicho i normalnie, aż poumierali i dom
przejął ich pociotek. Ten pasował jak ulał do poprzednich
właścicielek. Oszust i naciągacz, specjalista od złotych
interesów, które miały przynieść krocie i może nawet
przynosiły, tylko nie tym, którzy mu powierzali
swoje pieniądze. Ale też mu się w tym domu nie wiodło,
pochował syna, miał wieczne kłopoty z córką, potem
zachorowała mu żona i wtedy to już musiał się
wynosić, bo wierzyciele próbowali go podpalić. Czyli
klątwa jeszcze kilka lat temu działała. Ciekawe, jak
będzie teraz.
- Solidny remont powinien unicestwić klątwę -
zauważył Lucjan.
- Masz rację, w końcu piramid nikt nie remontował
przed wtargnięciem ekipy naukowców.
Lucjan się roześmiał.
- Ciekawe, kto się połakomił na taką ruderę i ile
za nią zapłacił. Nawet jeśli poszła za bezcen, to sam
remont wcale nie będzie tani. Ja osobiście wolałbym
kupić nowy dom.
Milena skwapliwie zgodziła się z mężem.
Zgodziłaby się z nim także w stu innych kwestiach,
zadowolona bardzo, że po ciężkiej zimie nie będzie musiała
zawracać sobie głowy szynką i pisankami. Główne
przygotowania i tak spadłyby na panią Jankę, ale
Milenie nie chciało się nawet wymyślać, co trzeba gotować
i ile czego kupić.
Gdzieś tydzień przed świętami Milena powiedziała
do męża, że ich życie wreszcie można nazwać
normalnym. To był ten ranek, który przywiódł do pracowni
Lodę Rojską.
Kiedyś, dawno temu, w latach pięćdziesiątych
ubiegłego wieku, a nawet nieco wcześniej, Rojska
uchodziła za atrakcyjną kobietę. Lata mijały, a ona nie
umiała o tym zapomnieć. W kwiecie osiemdziesięciu
dwu wiosen wciąż wyglądała jak dawna pani Loda.
No, może niezupełnie, może tylko we własnym
mniemaniu tak wyglądała, bo na przykład Milena nazwała
ją w myślach babcią Barbie i tylko ostatkiem woli
powstrzymała się, by nie wykrzyknąć tego głośno. Spod
czarnego kapelusza spływały na piersi platynowe
włosy ujęte w dwie kitki oplecione u nasady czarną
aksamitką. Wielka grzywka zasłaniała fantazyjnie jedno
oko. To drugie, odsłonięte, wyglądało jak granatowy
kleks. Odważny makijaż sprawiał, że twarz
przypominała bladoróżową maskę z krepiny lub czegoś
równie pogniecionego. Ust nie było widać, bo zasłaniała
je dłoń ozdobiona imponującym rubinem. Skórzana
kurteczka opinała szczupłą talię, wełniana spódnica
natomiast ledwie przykrywała kolana.
Pani Loda nosiła ubrania w dobrym gatunku,
używała markowych kosmetyków oraz perfum Coco
Chanel. Tak było zawsze, nawet w zgrzebnych czasach
minionego ustroju. Modą interesowała się o tyle o ile.
Niby wiedziała, co się nosi w danym sezonie i jakie
dominują kolory, ale i tak ubierała się po swojemu.
Z wyjątkiem kosmetyków od wielu lat niczego nie
musiała kupować. Szafy miała zapchane ubraniami
pochodzącymi z okresu świetności, dbała o nie
i nigdy nie mówiła, że nie ma co na siebie włożyć. Takie
mówienie ma sens tylko wówczas, gdy obok jest ktoś
gotowy do uzupełnienia braków w szafie. Wdowy,
zwłaszcza wiekowe, najczęściej mają się w co ubrać,
a pani Loda żyła samotnie od wielu lat.
Milena ucieszyła się na widok kobiety, którą
niegdyś uważała za zmorę dzieciństwa. Dawna niechęć
brała się stąd, że pani Rojska, z braku własnych dzieci,
przelała część macierzyńskich uczuć na córkę
przyjaciółki, czyli Milenkę. Była bardziej surowa
i wymagająca niż rodzona matka dziewczynki, poza tym
nieskora do pochwał. Warto dodać, że, wyjąwszy samą panią
Lodę, nikt więcej nie był z tego matkowania
zadowolony. Minęły lata, mała Milenka urosła i odsunęła się
od mentorki. Widywały się tak rzadko, że nie miały
kiedy zaleźć sobie za skórę. Teraz pani Loda nie
budziła już strachu, jedynie przypominała to, co dobre
i bezpowrotnie stracone, czyli rodzinny dom. Ot, taka
mała ironia czasu, który nawet zmorę potrafi zmienić
w miłe wspomnienie.
Starsza dama nie była zbyt wylewna. Powitanie
ograniczyła do przeciągłego "mmm", wykonała
kilka gestów świadczących, że pogadać to ona pogada
z Mileną, ale dopiero wówczas, gdy odzyska zęby.
Położyła na stole plastikowy woreczek z pękniętą
protezą, sama zaś rozsiadła się wygodnie - na znak,
że spokojnie poczeka na zakończenie pracy. Milena
ze ściśniętym sercem odłożyła zaplanowaną robotę
i zajęła się nieszczęsnymi zębami. Każdej innej
klientce kazałaby przyjść za kilka godzin, ale pani Loda nie
była każdą inną, jej nie wypadało odsyłać. Przez
moment w pracowni panowała cisza. Tylko przez
moment, bo starsza pani dosyć miała ciszy we własnym
domu.
- Co słychać u małego Radka? - wysepleniła.
- Mały, pani Lodo, to on był dawno temu -
odpowiedziała Milena. - Teraz to poważny student
politechniki, a za rok inżynier. Wielki chłop, metr
dziewięćdziesiąt.
- Pewnie niedługo będziesz kupowała wódkę na
weselisko?
- Nie tak prędko. Radek za często zmienia
dziewczyny, żeby zdążył przyzwyczaić się do jednej. Udany
chłopak, nie powiem.
- Musiał wrodzić się w ciebie, jeśli udany. - Pani
Rojska zawiesiła głos i szybko zmieniła temat. -
Marnie coś wyglądasz. Nie żal ci spędzać życia między
zębami?
- Przecież nie siedzę w paszczy rekina - zaśmiała
się Milena. - Te zęby są całkiem milutkie i nie gryzą.
To prawda, że kiedyś chciałam zostać panną Marple,
niestety, za wcześnie wyszłam za mąż. Jak się nie ma
zagadek do rozwiązywania, trzeba polubić protetykę.
Polubiłam i nie narzekam.
- Z twoją figurą i urodą powinnaś zostać modelką
- stwierdziła z przekonaniem starsza dama.
- A co z moją nadwagą? - spytała Milena.
- Pupa ci urosła, bo za dużo siedzisz. Jako modelka
nie miałabyś nadwagi.
- Ani pracy. Wykopaliby mnie z wybiegu już kilka
lat temu. Nie, nie, pani Lodo, stanowczo wolę swój
zawód.
- Nie lubisz, kiedy ścigają cię na ulicy
zachwycone spojrzenia? - zdziwiła się Rojska. - Jestem starsza
od ciebie, a jeszcze teraz oglądają się za mną faceci.
Słowo "faceci" zabrzmiało jak "fafeci" i Milena
z trudem zachowała powagę. Była pewna, że nie tylko
faceci oglądają się na ulicy za babcią Barbie, lecz nie
wypadało mówić tego głośno. Starsza dama coraz
bardziej się rozkręcała. Pogodziła się z brakiem zębów,
odjęła dłoń od ust i sepleniła z dużym wdziękiem.
- A Lucjan jak się miewa? - zagadnęła
nieoczekiwanie i znowu zawiesiła głos, jakby chciała jeszcze
coś dopowiedzieć, ale po namyśle zrezygnowała.
- Otworzył hurtownię, pracuje i jeśli narzeka, to na
brak czasu. Ja też jestem zapracowana i tyle naszego,
co sobie czasem gdzieś wyskoczymy. Święta spędzimy
w Karwi. Radek do nas dojedzie i będę miała z głowy
świąteczny bałagan, łącznie z pitraszeniem.
- Tak przypuszczałam - mruknęła Rojska po chwili.
Milena z rozbawieniem spojrzała na zasępioną
twarz rozmówczyni.
- Przypuszczała pani, że w te święta wywiozę
rodzinę do Karwi, żeby wymigać się od gotowania?
- Nie, to nie to. Myślałam, że wciąż jesteście
razem, chociaż słyszałam coś zupełnie innego. Wyszło
na moje.
- Co pani słyszała?
- Oddasz zęby, to ci powiem. Proteza pękła mi
w samą porę, ktoś musi cię ostrzec.
- Ostrzec?
- Ano ostrzec. Jak to inaczej nazwać, jeśli mąż
wplątał się w kłopoty.
- Nie rozumiem - wybąkała Milena. Oderwała się
od pracy i patrzyła na gościa oczami okrągłymi ze
zdumienia.
- To przez te zęby - westchnęła Rojska. - Sama
czuję, że mówię niewyraźnie.
- Słowa rozumiem, sensu nie chwytam.
- A co tu chwytać. Od jakiegoś roku twój Lucjan
pęta się po mojej kamienicy. Rano dowozi bułeczki, po
południu owoce i coś tam jeszcze. A ja z kolei
podziwiam go z okna. Oczywiście nie do mnie przyjeżdża,
tylko do sąsiadki z parteru. Na pożegnanie zawsze
odgrywa taką ładną pantomimę, z pa, pa, całuskami
i oczami wlepionymi w okno. Boję się, że kiedyś orła
wywinie, bo drogi na osiedlu koszmarne. Uczucie go
opętało jak nikogo przed nim. Zakochanym zawsze się
tak wydaje.
- To nie może być prawda - zaprotestowała Milena.
- Mówi pani: bułeczki, owoce? Lucjan nie cierpi
zakupów i z daleka omija sklepy.
- Też mi argument! - prychnęła Rojska. - Jak jest
z tobą, to omija, jak jedzie do niej, to obowiązkowo
zahacza o sklep, zwłaszcza teraz, kiedy narzeczona już
na ostatnich nogach, jak to się mówi. Tak, tak,
zawojowała chłopa z kretesem. Wybrała sobie mężczyznę,
lada moment urodzi mu dziecko i powoli stworzy swój
dom na gruzach twojego. A ty zakopałaś się w robocie
i co masz z tego? Naprawdę nie zauważyłaś, że twój
ślubny jest jakiś inny? Mając taką tajemnicę, musi być
inny.
Milena bezradnie wzruszyła ramionami.
- Po dwudziestu latach małżeństwa oboje jesteśmy
trochę inni. Nie śledzę go, nie wypytuję... Jest pani
pewna, że to mój mąż, a nie ktoś podobny? Spotkała
go pani kiedyś w drzwiach albo na schodach, tak oko
w oko?
Wciąż jeszcze nie dowierzała i była pewna, że lada
chwila cała sytuacja się wyjaśni i okaże śmieszną
pomyłką. Na razie nie było jej do śmiechu.
Pani Rojska z politowaniem pokiwała głową, po
czym cierpliwie, choć z braku zębów dość mozolnie,
jęła przytaczać niezbite argumenty, które miały
przekonać naiwną Milenę, że nie jakiś tam mężczyzna,
tylko Lucjan Płoszyński jest matrymonialnym oszustem,
bez względu na to, czy ona, Loda Rojska, wpadła na
niego w drzwiach, czy nie. Jak każda szanująca się
dama w stanie spoczynku, rzadko kiedy wychodziła
gdzieś przed dziesiątą. Tylko wielkie wydarzenia,
takie jak badanie krwi lub awaria protezy, mogły
wywabić ją z domu o bladym świcie.
Na co dzień żyła spokojnie własnym rytmem.
Ranek zaczynała od filiżanki kawy. Punktualnie o ósmej
zasiadała przy oknie, powolutku sączyła ulubiony
napój i obserwowała ludzi kręcących się przed domem.
To wprost niewiarygodne, ile wiadomości mogą
dostarczyć takie niewinne obserwacje. Oczywiście pod
warunkiem, że umie się patrzeć. Kiedy więc którejś
niedzieli zobaczyła Lucjana Płoszyńskiego, jak
wysiadał z samochodu z bukietem kwiatów,
pomyślała: Ciekawe, kogo oni tu mają? Nie on, tylko oni, bo
przecież z jednego bukietu nie można wyciągać zbyt
pochopnych wniosków. To było rok wcześniej, może
półtora. Wtedy widywała go o wiele rzadziej. Wpadał
na godzinkę i znikał na kilka dni. Raz odwiózł Irminę,
ze dwa razy gdzieś wywiózł, ale nigdy nie
towarzyszyła mu żona.
Pani Loda dość szybko wyrobiła sobie zdanie co
do charakteru owej znajomości. To nie "oni mieli",
tylko "on miał" tę małą z parteru, do której zaczął
zaglądać coraz częściej, aż to "częściej" przeszło
w codziennie. W dni powszednie podjeżdżał pod dom
między piątą a szóstą po południu. W tym samym czasie
pani Loda Rojska zasiadała przy oknie z filiżanką
herbaty, która była jej drugim ulubionym napojem.
Patrzyła z wyżyn swojego pierwszego piętra i nic jej nie
umknęło: ani pośpiech mężczyzny, ani jego siwiejące
skronie.
Tak się bowiem złożyło, że wprawdzie natura dała
pani Lodzie słabe zęby, skażone dodatkowo
paradentozą, ale za to pierwszorzędny wzrok, taki co to na
kilkanaście metrów dojrzy źdźbło w oku bliźniego. Mając
taki właśnie wzrok oraz rozum skłonny do dedukcji,
staruszka wiedziała więcej, niż inni skłonni byli pojąć.
Rozum radził, by zadzwoniła do dawnej pupilki. Nie
żeby od razu burzyć jej spokój, ale uczulić, delikatnie
zasugerować to i owo, a przede wszystkim posłużyć
radą. Doradzanie było ulubionym hobby starszej damy
i niechętnie z niego rezygnowała. Perspektywa
rozmowy z kochaną Milenką tak ją poruszyła, że
z wrażenia nie mogła znaleźć numeru telefonu. Powinien być
w szufladce z papierami, lecz równie dobrze mógł się
zawieruszyć wśród książek lub jeszcze gdzieś indziej.
Płoszyńscy mieszkali daleko, na innym osiedlu
i oczywiście mieli jakiś adres, tylko pani Loda nie
pamiętała takich drobiazgów jak ulica czy numer domu.
Trafić, trafiłaby z zawiązanymi oczami, pomyślała więc
o taksówce, co trochę ostudziło jej zapał. Nie lubiła
nieprzewidzianych wydatków i stanowczo ich
unikała. W rozwikłaniu zagadki pomógł zwykły przypadek,
lub prawie zwykły. Ot, taka mała sztuczka
z rozsypanymi pomarańczami. Miały prawo się rozsypać, bo
reklamówka była cienka, a że akurat przydarzyło się to
pani Lodzie na parterze, w chwili kiedy Irmina
wchodziła do mieszkania, to już zupełnie inna rzecz.
Młoda kobieta pozbierała owoce, pomogła je zanieść na
piętro i weszła na moment do mieszkania starszej
damy. A jak już weszła, to zachwyciły ją stylowe meble,
zwłaszcza kryształowe lustro w rzeźbionych ramach.
Z mebli rozmowa przeszła na dom, z domu na
mężczyzn i wystarczyło kilka minut, by Irmina, ujęta
komplementami pani Lody, powiedziała o swoim
partnerze to, co najistotniejsze. Że rozwodnik, że bezdzietny
i zamożny... cud, miód i orzeszki... i że pobiorą się na
Boże Narodzenie. Oczywiście chodziło o Lucjana, bo
o kogóż innego. Irmina mówiła o nim Luk.
Po wyjściu młodej sąsiadki pani Loda usiadła
z filiżanką herbaty przy oknie, obejrzała sobie Lucjana,
bo to była akurat pora jego wizyty, po czym
spróbowała uporządkować najnowsze wiadomości. Z paplania
Irminy wynikało, że Luk po latach udręki zmądrzał,
zostawił oziębłą żonę, znalazł sobie nową przystań
i odzyskał radość życia. Pani Loda za dobrze
znała kiedyś Milenę, a Lucjana też trochę, by uwierzyć
w każde zasłyszane słowo. Analizowała więc sytuację
po swojemu, zakładając, że to Milena zmądrzała
i wykopała ze swojego życia człowieka, który nie podobał
się pani Lodzie od początku. Rozwód jej nie zaskoczył
ani też nie zmartwił. Dawno temu ostrzegała swoją
podopieczną przed Lucjanem i życie potwierdziło, że
miała rację. Poczuła z tego powodu satysfakcję.
I drobniutki smutek, że jednak nie ma nic do powiedzenia
swojej małej dziewczynce. Jakoś nie umiała myśleć
o Milenie inaczej niż: moja mała dziewczynka.
Zimę Loda Rojska spędziła na Mazurach
w zaprzyjaźnionym pensjonacie. Dobrze jej tam było, wygodnie
i tanio. Żyła sprawami nowych ludzi, trochę czytała
i dużo spacerowała po okolicy, żeby utrzymać dobrą
kondycję. Po osiemdziesiątce sprawność fizyczna jest
nie do przecenienia. Podobnie jak optymizm
i życzliwość.
- Z żalem wracałam, mówię ci - westchnęła. -
Tutaj o wszystko muszę się troszczyć sama, no i nie mam
gdzie spacerować. Wałęsanie się po osiedlu to nie
spacer, tylko zawracanie głowy. No tak, ale co to
ciebie obchodzi. Ani do mnie zajrzysz, ani zadzwonisz.
Nie żebym ci robiła wymówki, nie... Wróciłam więc
i zeszłam do tej małej po klucz od skrzynki, no i po
pocztę. Nie wiem, jak to możliwe, że jesienią
przeoczyłam jej ciążę, naprawdę nie wiem. Zmylił mnie
luźny sweter i to jej poncho. Za to teraz nawet ślepy
nie miałby wątpliwości, a ja przecież nie jestem ślepa.
Wiem, że jest na zwolnieniu lekarskim i wciąż
mieszka sama. Lucjan odwiedza ją bardzo regularnie, torby
z jedzeniem donosi, całuski posyła, ślubu jednak
jakoś nie bierze, choć Boże Narodzenie dawno minęło.
Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy przynajmniej
wziął rozwód. Spotkałam Zielińską, a ona mi mówi, że
widziała cię w kinie z mężem. I że na sylwestrze
byliście razem z jej dzieciakami, i że takie z was
przykładne stadło. Przestało mi się to podobać. Jak mi wczoraj
szczęka trzasnęła, wzięłam to za znak z nieba
i postanowiłam cię ostrzec.
Milena siedziała bez ruchu. Jej twarz i szyję
pokrywały czerwone plamy.
- Czuję się tak, jakbym oberwała pięścią między
oczy - poskarżyła się cicho. - Wierzę pani,
a jednocześnie nie wierzę, że Lucjan mógł mi zrobić takie
świństwo.
- Tobie świństwo, a tej drugiej dziecko. Wiem, że
nie będziesz się teraz nad nią litowała, ale twój mąż
okazał się łajdakiem wobec dwóch kobiet. Jak on chce
to rozegrać?
- Skąd mam wiedzieć?
- Musisz go spytać! - nakazała Loda Rojska tonem
mentora. - Zrób mu takie przesłuchanie, żeby przez
ruski rok popamiętał. Płakać możesz teraz, ale przy
nim masz być twarda i ostra.
- Nie potrafię tak... Wali się całe moje życie.
- Głupie dwadzieścia lat to jeszcze nie całe życie.
Masz być twarda i ostra, pamiętaj. Z takimi facetami
jak Lucjan nie można inaczej. Nabroją, naświnią
i myślą, że wszystko się samo ułoży. Samo to tylko zielsko
rośnie.
Kiedy wreszcie stara dama odzyskała naprawione
zęby, a wraz z nimi zdolność wyraźnej artykulacji,
okazało się, że to, co miała do przekazania,
wysepleniła już wcześniej. Milena została w pracowni
nafaszerowana radami i argumentami niczym kurczak kaszą.
Ze dwa razy odchodziła od stołu, żeby sobie uczciwie
popłakać, i szybko wracała. Prywatna rozpacz nijak się
miała do zawodowej uczciwości. Na popołudnie
musiała wykończyć trzy protezy, na które czekał
stomatolog, a wraz z nim pacjenci. Oczywiście nie byłoby
pośpiechu, gdyby nie wizyta pani Lody. Ale gdyby nie
pani Loda, nie byłoby też powodu do płaczu.
Przez moment Milena poczuła wyraźną antypatię
do staruszki. Zobaczyła w niej mityczną Kasandrę,
zwiastunkę rodzinnej tragedii, która jedną nowiną
zburzyła spokój całego domu. Na szczęście zdrowy
rozsądek opuścił ją tylko na ten jeden moment.
Zdążyła pomyśleć: Czy to babsko nie mogło przyjść jutro,
i natychmiast sama sobie odpowiedziała, że nie ma
dobrej pory na złe wiadomości.
Jutro czy pojutrze cierpiałaby tak samo i też
miałaby do wykończenia protezy. A w końcu to nie pani
Loda przywłaszczyła sobie Lucjana, tylko sięgnęła po
niego jakaś larwa spragniona rodzinnego życia. Ta
obca chwilowo była białą plamą. Trudno się wściekać
na kogoś, kto nie ma twarzy, a jedynie wielki brzuch
i włosy ufarbowane na mahoń. Natomiast Lucjan miał
wszystko, sylwetkę i wnętrze, które znała jak swoje
własne. Przynajmniej do tej pory uważała, że mąż jest
dla niej czytelną księgą. Przez wiele lat z pewnością
był. To znaczy był dopóty, dopóki obca baba nie
wyrwała z tej księgi kilku stron i nie sprawiła, że
czytanie przestało być zabawne. Milena zgarbiła się nad
stołem i z zaciśniętymi zębami, z rozpaczą wypisaną
na twarzy pracowała nad urodą cudzych uśmiechów.
Nie przerwała nawet wówczas, gdy między
łopatkami poczuła znajome i paskudne pieczenie. Ból
pleców był niczym w porównaniu z bólem duszy. Milena
nie umiała określić, co dokuczało jej bardziej:
własna naiwność czy zdrada męża, a przy okazji
nielojalność otoczenia. Podejrzewała, czuła to przez skórę, że
w gronie najbliższych znajomych tylko ona nic nie
wiedziała o romansie Lucjana. Gdyby nie pani Loda,
pewnie jeszcze długo by nie wiedziała. Zaczęło ją
ciekawić, jak długo.
Płoszyńscy nie byli ludźmi przesadnie
rozrywkowymi, ale też nie byli odludkami. Do pełni towarzyskiego
szczęścia wystarczyły im trzy małżeństwa, z którymi
regularnie spotykali się na imieninach, czasem gdzieś
na mieście, latem zaś w ogrodzie przy coraz
popularniejszym grillu. Wiedzieli o sobie sporo, znali swoje
przyzwyczajenia i wyskoki. Czasem to i owo
komentowali pod nieobecność zainteresowanych, jakby
inaczej, nie były to jednak komentarze zjadliwe. I właśnie
z jedną z tych zaprzyjaźnionych osób Milena
zdecydowała się pogadać przed rozmową z mężem. Po
południu, wracając od stomatologa, wyciągnęła na spacer
swoją najstarszą stażem przyjaciółkę. Pomyślała
logicznie, że kto jak kto, ale Agnieszka nie będzie
owijała prawdy w bawełnę choćby z powodu własnych
doświadczeń. I trochę się pomyliła, przynajmniej tak
to wyglądało na początku. Agnieszka nie próbowała
odgrywać wielkiego zdziwienia, darowała sobie
okrzyki w rodzaju: "Och, to niemożliwe!", i tym podobne
głupstwa. Kręciła tylko głową w prawo i w lewo, jakby
tym kręceniem próbowała zaprzeczyć, po czym padły
słowa niebudzące żadnych wątpliwości. Po chwili
milczenia, kiedy zapanowała już nad szyją i głową,
wyskoczyła z pytaniem, w które wplotła to niewinne na
pozór "wreszcie". I bardzo wyraźnie je zaakcentowała.
- Lucjan ci wreszcie powiedział?
Milena podskoczyła jak dźgnięta scyzorykiem.
- Wreszcie! - wykrzyknęła złym głosem. - A ty
od kiedy wiesz? Od roku, może dłużej? I na co
czekałaś? Dlaczego nikt z paczki, dlaczego ty... -
Zakrztusiła się i gwałtownie ucichła.
Agnieszka objęła ją ramieniem i przez chwilę
szły w milczeniu. Wiatr szarpał ich szaliki i zmuszał
do opuszczania głów. Pogoda była kiepska. Po
słonecznym dniu wieczór zrobił się chłodny, jakby kwiecień
chciał udowodnić, że w powiedzeniu o przeplataniu
zimy z latem jest sama prawda. Gdzieniegdzie
w powietrzu fruwały białe płatki śniegu.
- Po kolei, dobrze? - odezwała się Agnieszka.
- "Wreszcie" odnosiło się do Lucjana, nie do mnie. Ja
wiem o tym romansie stulecia od jakichś dwóch
tygodni, i to są najpaskudniejsze dwa tygodnie w moim
życiu. To samo mogę powiedzieć o Renacie. Reszta
paczki tkwi w błogiej nieświadomości. Tak
przynajmniej myślę, bo inaczej byłoby sporo gadania, a jest
cisza. To było tak. Siedziałyśmy z Renatą u mnie,
Maciek gdzieś polazł, a ten spóźniony amant, twój
Lucjan, wpadł po coś tam, już nie pamiętam. Niby nic
nie powiedział, lapnął się jedynie i wyskoczył z jakąś
Inką czy Irminką... Coś w tym stylu. Wzięłyśmy go
w krzyżowy ogień pytań, początkowo żartem, potem
już całkiem serio. W końcu się poddał. I wiesz, co ci
powiem? Wyraźnie mu ulżyło, że wyrzucił z siebie
tę wielką tajemnicę. Zagubił się, chłopaczyna, i nie
wie, co robić. Ciebie nie chce stracić, tamtej mu żal,
bo dziecko w drodze. I jeszcze coś ci powiem: on się
nie lapnął, on próbował naszymi rękami wyciągnąć te
gorące kasztany z pieca. Tak na zasadzie łańcuszka:
on mówi nam, my donosimy tobie, a ty jak zwykle
najpierw trochę się pieklisz, potem znajdujesz mądre
wyjście, czyli myślisz i decydujesz za męża. Nie
z nami te numery. Postawiłyśmy twardy warunek: nie my
tobie, tylko on tobie, a my milczymy jak dwa głazy. No
i popatrz, wreszcie się przemógł. W samą porę, bo już
zaczynałam pękać.
- Akurat! - mruknęła Milena. - Nic nie powiedział,
nie zdradził się jednym zdaniem. Dowiedziałam się
przypadkiem. Wrócę do domu i wszystko z niego
wyciągnę. Zrobię mu takie przesłuchanie, że
popamięta...
Agnieszka zatrzymała się gwałtownie i nie dała jej
skończyć.
- Zastanów się, czy to ma sens - powiedziała.
- Wycisk zawsze zdążysz mu dać, ale najpierw
poczekaj na finał. Niech sam wystęka, co zamierza i z kim.
Nie musisz grać w jego sztuce, ułóż sobie własny
scenariusz.
- Mam czekać, aż ten nienarodzony dzieciak zrobi
maturę?
- Matka dzieciaka nie wytrzyma tak długo.
- Z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia - odparła
Milena znękanym głosem. - Od kilku godzin próbuję
pogodzić się z myślą, że na starość zostanę sama. Nie
zaufam już żadnemu mężczyźnie.
Agnieszka nieoczekiwanie się roześmiała.
- Jeszcze z jednym nie skończyłaś, a już myślisz
o następnych? Wrzuć luz, kochana. Mamy po
czterdzieści cztery latka, a to jeszcze nie jest starość.
W wyścigu matrymonialnym wchodzimy, co prawda, na
pozycje przegrane, ale powiem ci, że mnie to ani trochę
nie martwi. Kto powiedział, że dojrzałej
i wykształconej kobiecie niezbędny jest do życia facet? Jeśli trafi
się odpowiedni i mądry, to owszem, czemu nie, ale
palantom trzeba dać zdecydowany odpór. Gdyby mój
Maciek zechciał odejść do jednej z tych panienek,
które obskakuje, przyjęłabym tę wiadomość z ulgą.
Zresztą dałam mu już ostatnią szansę: jeśli zawiedzie,
pakuje ciuchy i wynosi się z domu. Uważam, że to tylko
kwestia czasu. Nie można wymagać od niepoważnego
faceta, żeby zachowywał się poważnie.
- Maciek przyzwyczaił cię do zdrady i wyskoków,
ale Lucjan był inny. Dbał o mnie, trzymał się domu.
- Aż raz się puścił - zauważyła Agnieszka. -
I przeskoczył nawet mojego bałamuta, który wiernością nie
grzeszy, za to swój rozum ma i nie daje się złapać na
dzieciaka.
- Uważałam nas za całkiem udane małżeństwo
- westchnęła Milena. - Takie normalne, bez wielkich
wzlotów, bez... - Urwała, bo płacz nie pozwolił jej
mówić.
Agnieszka pogłaskała przyjaciółkę po ramieniu.
- Cicho już, cicho. Jeśli rzeczywiście chcesz
wyrzucić faceta z serca i z domu, najpierw musisz wyrzucić
go z głowy. Myśl o jego wadach, nie o zaletach.
- Już raz stosowałam taką terapię i odkryłam
w sobie potwora. Nawet rodzona matka się dziwiła, skąd
we mnie tyle jadu.
- Chcesz mu przebaczyć?
Milena energicznie pokręciła głową i coś tam
nieskładnie wybąkała, co z grubsza miało znaczyć, że nie
ma zamiaru odbierać niemowlakowi ojca, jak również
łożyć na utrzymanie tegoż niemowlaka, który
z czasem wyrośnie i będzie miał coraz większe potrzeby.
- Też tak uważam - zgodziła się Agnieszka. - Nie
warto kłaść się chłopu na drodze do szczęścia, ale
też nie ma co wykładać mu tej drogi różami. Dom
jest twój po rodzicach, rozejrzyj się w kontach
bankowych, podlicz wspólny majątek. Zanim dasz zgodę
na rozwód, musisz wiedzieć, na czym stoisz i z czym
zostajesz. Tylko pośpiesz się, zanim on obwieści
swoją nowinę. Na rozpamiętywanie będzie czas później,
jeśli tylko starczy ci ochoty. Życie jest zbyt fajne, a ty
zbyt zaradna, by tracić czas na chlipanie. Dasz chłopu
krzyżyk na drogę, niech idzie prasować kaftaniki,
a sama zaczniesz od nowa.
- Nie było nam źle. W gruncie rzeczy to dobry
człowiek.
- Świat usiany jest dobrymi ludźmi, z którymi
często trudno wytrzymać. Powtarzam ci, myśl o jego
wadach, nie o zaletach, to prędzej uwolnisz się od
sentymentów. Głowa do góry, staruszko, dasz sobie radę!
- Akurat! - mruknęła Milena. Nie przekonywał
jej optymizm przyjaciółki. W środku czuła całkowitą
pustkę i coraz większy chłód.
Wlokła się do domu powoli, noga za nogą. Śnieg
rozpadał się na dobre, topniał na twarzy i spływał
razem ze łzami. Nie wycierała oczu ani policzków,
dała upust żalowi. Dopiero w przedpokoju spróbowała
doprowadzić się do jakiej takiej normalności.
Sobiepan, młody i bardzo urodziwy wyżeł weimarski,
zerwał się z posłania i plątał między nogami
zachwycony, że ukochana pani wreszcie dotarła do domu.
Bardzo skutecznie przeszkadzał w wycieraniu oczu
i poprawianiu włosów, skakał i domagał się należnej
mu porcji pieszczot. Zwykle cieszyły ją te radosne
powitania, tym razem jednak, ku zaskoczeniu ulubieńca,
opędzała się nawet od niego. Za moment miała
stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, którego jeszcze
rano uważała za swojego i tylko swojego męża,
tymczasem wieczorem czekał na nią mąż należący trochę
do niej, a trochę do niejakiej Irminy. Przyjęła już ten
fakt do wiadomości, co nie znaczy, że się z nim
pogodziła. Nie była też pewna, czy zdoła się powstrzymać
od decydującej rozmowy. Zgodziła się z Agnieszką, że
pierwszy powinien przemówić zdradliwy mąż, czuła
jednak, że za moment wszystko może się zdarzyć.
Nacisnęła klamkę.
- Płakałaś? - spytał Lucjan.
Pytanie niby całkiem normalne. Dzień wcześniej
właśnie tak by je potraktowała, nie doszukując się
w głosie męża paniki.
- Okropny wiatr, a od wiatru oczy mi łzawią -
powiedziała, kryjąc wzburzenie.
- Wyglądasz, jakbyś płakała - powtórzył.
Sytuacja była wręcz wymarzona do rozpoczęcia
awantury. Milena mogła ją rozegrać na dziesięć
różnych sposobów, w porę jednak wyhamowała.
- Zmarzłam na sopel - wyjaśniła.
- Czemu nie zadzwoniłaś, wyjechałbym po ciebie!
- zawołał. - Zrób sobie gorącej herbaty. Mnie też
możesz zrobić.
To był cały Lucjan. Dobry i życzliwy, lecz
w domu niezbyt pomocny. Worek ze śmieciami wyniósł
do pojemnika, bramę umiał otworzyć i na tym
w zasadzie kończyły się jego umiejętności, a może raczej
dobre chęci. Milena nie wyobrażała sobie męża
robiącego zakupy w sklepie spożywczym. Popijała
herbatę małymi łykami i patrzyła na swoją drugą połowę,
która od jakiegoś czasu była też połową innej kobiety.
Wychodziło na to, że jedno małżeństwo może mieć
trzy połówki, co z matematycznego punktu widzenia
zakrawało na jawną bzdurę.
- Nad czym tak dumasz? - zainteresował się
Lucjan.
- Liczę.
- Też się dzisiaj podliczałem. W hurtowni zastój,
w domu sporo nieprzewidzianych wydatków,
zastanawiam się, czy nie powinniśmy zrezygnować z Karwi.
Tu cię boli, ty draniu, pomyślała i po raz drugi
przygryzła język.
- Obiecałam, że pokryję koszty wyjazdu?
Obiecałam. Nie ma o czym gadać, jedziemy.
Lucjan wydawał się mocno zafrasowany. Milena
dopiła herbatę i poszła do pracowni, żeby to i owo
przygotować na następny dzień. Już nie była taka
spokojna jak przed chwilą. Ręce oparła na stole, głowę
zwiesiła i trwała tak przez kilka minut. Jako
choleryczka nie przywykła do dyplomacji, wolałaby wykrzyczeć
złość, niż ją tłumić. A tu zanosiło się na długie
tłumienie. Któż mógł wiedzieć, kiedy Lucjan wreszcie
przemówi i przyzna się do zdrady, jeśli on sam tego nie
wiedział. Przynajmniej tak to wyglądało z boku.
W przedświątecznym tygodniu czas nabrał
przyśpieszenia. Co prawda Milena nie musiała sprzątać
domu, bo od tego miała panią Jankę, natomiast
w pracowni nikt nie mógł jej zastąpić. Prawie nie
opuszczała pokoju nad garażem, a jeśli wychodziła, to jedynie
do swoich stomatologów. Najwidoczniej w czasie świąt
ludziska chcieli szczerzyć się od ucha do ucha i jeść
do woli, więc na gwałt zmieniali i reperowali zęby,
do czego niezbędny był im dobry protetyk.
W czwartek wszystkie protezy i mostki trafiły do właścicieli,
a Milena miała wreszcie cały piątek dla siebie.
Wizytę u teściowej odłożyła na popołudnie, pakowanie na
wieczór, rano zaś pojechała do pani Lody. Wlokła się
autobusami kawał drogi i sama nie bardzo wiedziała,
czemu to robi. Na pewno nie z tęsknoty za starszą
damą, która nękała ją codziennie telefonami. Już chętniej
obejrzałaby sobie rywalkę, niechby nawet przez okno,
lecz tamta podobno całymi dniami siedziała w domu.
Nie, nie chodziło o żadną z tych kobiet. Milenę goniła
dziwna i masochistyczna ochota, by na własne oczy
zobaczyć, jak jej ślubny mąż, jej Lucjan, przesyła
całuski obcej babie. Nic więcej, tylko to, bo przecież nie
miała wątpliwości, kogo zobaczy pod blokiem. Nie
liczyła na happy end, czyli na obcego mężczyznę
w obcym samochodzie. Najpierw jednak na parterze
obejrzała sobie drzwi opatrzone tabliczką: "Irmina Pysiak".
Nazwisko wydawało się znajome, nie umiała go tylko
skojarzyć z nikim konkretnym. Coś jej tam świtało, lecz
bardziej kojarzyło się z mężczyzną niż z kobietą. Jeśli
Irmina wciąż miała swoje zęby, a w wieku trzydziestu
paru lat zapewne miała, to istniało niewielkie
prawdopodobieństwo, by Milena poznała ją osobiście. Stykała
się z wieloma ludźmi, lecz byli to głównie pacjenci
gabinetów stomatologicznych, którym do szczęścia
brakowało kilku zębów albo i wszystkich. Przebiegła obok
drzwi, z trudem powstrzymując się przed kopnięciem
w nie nogą. Im więcej myślała o zdradzie męża, tym
bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że to panna
Pysiak wybrała sobie Lucjana, nie odwrotnie. On nie
miał duszy podrywacza, kochał święty spokój, a do
radykalnych działań potrzebował siły napędowej. Przez
dwadzieścia lat taką siłą była Milena, która nie mogła
sobie przypomnieć, by wepchnęła męża w ramiona
innej kobiety. Zatem to Pysiak zadziałała, co oczywiście
w niczym nie usprawiedliwiało samego winowajcy.
Pani Loda otworzyła drzwi odziana
w pomarańczową podomkę suto ozdobioną falbankami. Platynowe
włosy miała rozpuszczone, a makijaż nieco
delikatniejszy niż ostatnio. W mieszkaniu apetycznie
pachniało kawą. Usiadły w kuchni, ponieważ kuchenne
okno było tym właściwym oknem na świat.
- Nie rozumiem, na co ty, dziecko, czekasz? -
powiedziała gderliwie, stawiając przed Mileną filiżankę.
- Takich rozmów się nie odwleka. Powinnaś
wygarnąć, co masz do wygarnięcia, i jakoś się w tym
bałaganie ustawić. A ty wleczesz niezgułę nad morze, żeby
sobie jod wdychał.
- Nie wracajmy do tego, co wałkowałyśmy przez
telefon - odparła niechętnie Milena. - Lucjan
zachował się jak ostatni świntuch, zdecydował za siebie
i za mnie, ale wciąż jest przekonany, że ja o niczym
nie wiem. Chwilowo niech tak zostanie. W końcu
będzie musiał mi powiedzieć i na tę chwilę czekam.
Niczego mu nie ułatwię.
Pani Loda nie wydawała się przekonana,
pomruczała coś pod nosem i dosunęła krzesło bliżej okna.
- Wczoraj wieczorem znowu byłam u niej, wiesz?
- obwieściła nieoczekiwanie. - Samotna jakaś ta
Irmina, nie ma ani rodziny, ani przyjaciół.
- Mam jej współczuć? - zdziwiła się Milena.
- Nie musisz, tobie nawet nie wypada, ale mnie
trochę jej żal. Wydaje się bardzo nieporadna.
Całymi dniami siedzi przed komputerem i układa
pasjanse, pościeli z wersalki nie sprząta, kurzu nie ściera,
brudno u niej i niechlujnie. Zastanawiam się, czy
to z powodu ciąży, czy też zwykłego niedbalstwa.
Wcześniej tam nie bywałam... Luk podobno obiecał
posprzątać.
- Jak Luk jej posprząta, to ona się nie pozbiera
- prychnęła Milena. - Całkowite beztalencie i dwie
lewe ręce.
- Podobno sprząta, chociaż nie jestem pewna, bo
jakoś tego nie widać. Jak ona spędzi święta w takim
chlewiku? Luk wyjeżdża, uważaj, co mówię, do
Niemiec, do chorego ojca. Twój teść choruje?
- Po pierwsze, mój teść od kilku lat nie mieszka już
w Niemczech, po drugie, zerwał kontakty z rodziną.
- Takie buty! No cóż, za to twoja teściowa
zaprosiła wczoraj Irminę na niedzielne śniadanie. Byli u niej
z pierwszą wizytą. Widać Lucjan nie lubi za dużo
gadać o swoim szczęściu. Matce pochwalił się
wczoraj, tobie jeszcze nie zdążył, dziwne to, bardzo dziwne.
Milena zakrztusiła się kawą, musiała sięgnąć po
chusteczkę i o mały włos nie przegapiła przyjazdu
Lucjana. Na szczęście pani Loda czuwała i wypatrzyła
samochód, zanim jeszcze ustawił się na parkingu pod
kamienicą. Lucjan rześko wyskoczył z auta,
wyciągnął z bagażnika całkiem sporą torbę i ruszył do drzwi
z oczami wbitymi w okna na parterze. Najwidoczniej
Irmina go nie wypatrywała, bo nie radował się jakoś
szczególnie. Zresztą zaraz wszedł do klatki.
- No to widziałaś, co chciałaś widzieć -
powiedziała pani Loda. - Przynajmniej wiesz, że nie pomyliłam
twojego męża z innym facetem.
- Spóźnił się, przyjechał dziesięć po ósmej.
- A czy to dworzec pekaesu, żeby liczyć minuty?
Rano przyjeżdża między ósmą a dziewiątą, po
południu między siedemnastą a osiemnastą.
Prawdopodobnie cyrkluje tak, żeby wyrobić się przed
rozpoczęciem pracy i potem przed zakończeniem.
- Nigdy się nie zasiedział, nigdy nie nocował? -
dociekała Milena. - Mnie często popołudniami nie ma
w domu, więc...
- Rano nie siedzi długo, po południu różnie. Parę
razy w nocy widziałam jego samochód przed
kamienicą. Wiesz, jak idę do łazienki, to lubię wyjrzeć przez
okno. A ty nie zauważyłaś, że mąż ci się wieczorem
nie odmeldował?
- Od czasu do czasu w weekendy jeżdżę na
specjalistyczne kursy. Rzadko.
- On też rzadko tu nocował. Można powiedzieć,
że w tym samym czasie oboje się szkoliliście, ty ze
sztucznych zębów, on z ars amandi.
Pani Loda zamilkła i przez chwilę wpatrywała się
w zgnębioną twarz Mileny.
- Wybacz mi wścibstwo, ale jestem w wieku,
w którym człowiek niewiele ma do stracenia i tyle samo
do zyskania, więc stać go na szczerość. Jak często
sypialiście ze sobą? Za moich czasów tak się to
określało, chociaż wiadomo, że jeśli ktoś mówi o takim
spaniu, to nie o spanie mu chodzi.
- Czy ja wiem? - zamyśliła się Milena. - Niezbyt
często.
- Co to znaczy? Co drugi dzień, raz na tydzień, na
przykład w sobotę po filmie?
- Już prędzej raz na dwa tygodnie albo i rzadziej.
Po dwudziestu latach małżeństwa łóżko nie jest już
taką atrakcją jak na początku.
- Nic oryginalnego nie wymyśliłaś - fuknęła pani
Loda. - Co druga kobieta to mówi, a potem wszystkie
zgodnie się dziwią, że rośnie pogłowie mężczyzn
dotkniętych prostatą.
- Pogłowie mężczyzn? - Milena uśmiechnęła się
przelotnie.
- Prostata jest chorobą starych kawalerów, księży
i zaniedbywanych mężów. Powiedziałam o pogłowiu,
żeby tobą wstrząsnąć.
- Lucjan już wystarczająco mną wstrząsnął, więcej
mogę nie wytrzymać.
- Wytrzymasz, wytrzymasz, a z czasem nawet
zapomnisz. Wiesz, o czym najszybciej? O tym, że w tej
zdradzie masz swoją cegiełkę.
- Jest jeszcze coś takiego jak temperament -
mruknęła Milena. - Żadne z nas nie było gejzerem seksu.
- Gadaj za siebie. Nawet jeśli on nie był gejzerem,
to coś ci udowodnił z pomocą tej małej. Z tobą raz na
dwa tygodnie, z nią codziennie, oczywiście do czasu.
Teraz to już musiał wziąć na wstrzymanie.
- On ma czterdzieści cztery lata! - wykrzyknęła
Milena. - Zna pani mężczyznę, który w tym wieku byłby
aż tak jurny?
- Znałam nawet sporo starszych. - Pani Loda
uśmiechnęła się i skromnie spuściła wzrok. Zaraz
jednak wróciła do przerwanego wątku. - Powtarzam
więc, że twój Lucjan coś ci udowodnił, chociaż jeszcze
nie zdążył się tym pochwalić. Ale mogę cię pocieszyć,
ta mała też niedługo zacznie narzekać na migreny
i zmęczenie, najpierw jednak musi złapać faceta na
wyłączność. Trochę się na tym znam. Nie zapominaj,
że miałam trzech mężów i trzy udane małżeństwa.
Żaden z moich ślubnych nie cierpiał na prostatę.
- Żaden nie zdążył, odchodzili dość młodo -
mruknęła Milena.
- Nie bądź bezczelna. Pierwszego zabrała gruźlica,
drugiego wypadek, a trzeci dociągnął do
siedemdziesiątki i odszedł na zawał.
Milena zaczęła się wiercić niespokojnie. Czas,
który jeszcze rano pędził jak szalony, teraz wlókł się
niemiłosiernie. Lucjan wciąż siedział u Irminy, więc
nie mogła tak po prostu sobie wyjść. To ją irytowało
najbardziej. Nie myślała, co oni tam robią na dole, bo
wszystko, co zdrożne, zostało już zrobione. Nie czuła
nawet specjalnej zazdrości, raczej ciekawość, jak
Lucjan odnosi się do tej drugiej kobiety, jak na nią
patrzy, o czym rozmawiają, no i jak sobie radzi ze
sprzątaniem.
- Nie masz ochoty - zagadnęła pani Loda, całkiem
jakby czytała w myślach gościa - zbiec na dół,
załomotać do drzwi i nakryć ich in flagranti?
Milena pokręciła głową, co znaczyło, że chwilowo
nie będzie urządzała przedstawienia dla najbliższych
sąsiadów pani Lody. Wyglądała na zmęczoną
i zrezygnowaną.
- Nie kochasz go już, co?
- Dlaczego pani tak mówi? Dbam o niego,
prowadzę mu dom, nigdy go nie zdradziłam... Jeśli to nie
jest miłość, to co?
- To są, proszę ja ciebie, dobre przyzwyczajenia
uczciwej kobiety, w których nie dostrzegam wielkich
porywów, tylko obowiązki.
- Na porywy był czas wcześniej - mruknęła
Milena. - Uważam, że byliśmy dobrym małżeństwem.
Gdyby ta... ta pani sąsiadka go nie skołowała, nadal
bylibyśmy dobrym małżeństwem.
- Ale nie próbujesz o niego walczyć?
- Walczyć! - wybuchnęła Milena. - Może
próbowałabym, gdyby to był zwykły romans, taki
bezdzietny. Dziecko wszystko zmienia. Skąpa nie jestem, jeśli
trzeba, podzielę się ostatnią bułką, ale nie mężem! Czy
pani jej powiedziała o mnie?
- Niby po co?
- Nie powiedziała jej pani, że Lucjan wciąż ma
żonę?
- Czy ja wyglądam na agencję informacyjną? -
obruszyła się pani Loda. - Za cztery, pięć dni kobieta
będzie rodziła, a ty mi każesz ją denerwować. Gadanie
niczego już nie zmieni. Ona dobrze wie, że ten chłop
z odzysku nie jest taki całkiem odzyskany. Datę ślubu
przesunęła na czas, kiedy wróci do dawnej figury. Tak
przynajmniej mówi.
Lucjan nie nadużył cierpliwości żony i wybiegł
od Irminy po jakichś czterdziestu minutach. Machał
ręką, szczerzył się, ale całusów nie przesyłał.
- No to wreszcie sobie pogadamy! - zawołała pani
Loda. - Musimy odpracować lata milczenia.
Milena sięgnęła po torebkę. Nie była w nastroju
wspomnieniowym. Przyjeżdżając tutaj, sądziła, że
spokojnie zniesie widok męża biegnącego do
kochanki, i początkowo nawet udało jej się zachować zimną
krew. Dopiero kiedy wsiadł do samochodu, gdy
wychylił się przez okno, żeby jeszcze pomachać na znak,
że za parę godzin wróci, głupie serce o mało nie
wyskoczyło z piersi. Wstała.
- Jutro wyjeżdżamy - powiedziała cicho. - Czeka
mnie mnóstwo pracy, pakowanie i w ogóle.
Gospodyni podniosła się niechętnie.
- Mów sobie, co chcesz, uważam jednak, że ten
wyjazd cię dobije. Będziecie na siebie skazani od rana do
wieczora. Ty ze swoją tajemnicą, on ze swoją...
Okropność. Tu przynajmniej masz zajęcie i swoją pracownię.
- Co mi po pracowni w święta? Tu czy tam musimy
jakoś przeżyć te dwa dni. Będzie jeszcze Radek.
- Oni się lubią?
- Tak. Były czasem zgrzyty, na szczęście niegroźne.
- No to chłopak przeżyje szok. Uważaj, żeby się nie
poturbowali.
- Nie sądzę. Lucjan nadal będzie milczał i udawał,
że mleko się nie rozlało. Jeszcze tydzień temu byłam
pewna, że on nie umie kłamać. Nie powiem, czasem
próbował, jednak z fatalnym skutkiem. Ledwie
zaczynał, wiedziałam, że coś kręci.
- Wybrał milczenie, nie musi kłamać - zauważyła
pani Loda.
- A ojciec w Niemczech? A nasz wybrakowany
samochód, a zastój w firmie? Kłamie i jeszcze mnie
okrada.
- Ratuje skórę, jak może. Zawsze wiedziałam, że to
nie jest mężczyzna dla ciebie. Ostrzegałam cię, kiedy
był na to czas, ale nie słuchałaś.
To był ostatni sygnał do pożegnania. Milena
umknęła do przedpokoju. Pani Loda wyszła za nią.
- Powiedz mi chociaż jedno: dlaczego nie
zawiadomiłaś mnie o chorobie matki? - spytała.
- Siedziała pani wtedy w Stanach, mama nie
chciała pani przeszkadzać w opiece nad kuzynem...
- To akurat była kuzynka, do tego zrzędliwa jak
nieszczęście. Przyjechałabym natychmiast, żeby zająć się
twoją matką.
- Babka Zosia zajmowała się nią z wielkim
oddaniem.
- Przecież matka nie lubiła twojej teściowej! -
wykrzyknęła pani Loda.
- W chorobie ją polubiła.
- Bardzo się wtedy na ciebie obraziłam, bardzo.
Milena bezradnie wzruszyła ramionami. Stanęła
przed kryształowym lustrem, wyjęła pomadkę
i znieruchomiała na moment. Ze szklanej tafli patrzyła na
nią poszarzała twarz zmęczonej kobiety nie pierwszej
młodości. Aż się wzdrygnęła na ten widok. Wciąż
jeszcze czuła się młoda, zresztą była młoda, lecz
wystarczyło kilka nieprzespanych nocy i jedno poważne
zmartwienie, by teraz przeraziła samą siebie.
- Robię się coraz bardziej podobna do mamy
- stwierdziła.
Loda Rojska kiwnęła głową, lecz nie ruszyła się
z miejsca. Lustro, choć piękne i zabytkowe, nie było
jej ulubionym przedmiotem, zwłaszcza w ostatnich
latach. Po cóż miała stawać obok Mileny, jeśli ta
rzeczywiście przypominała swoją matkę sprzed wielu lat.
Taka konfrontacja nie była pani Lodzie do niczego
potrzebna.
Sobiepan chyba wyczuł zbliżające się
pożegnanie, bo nie reagował na komendy, które zwykle
przyjmował z gorliwym zachwytem. Udawał, że nie
interesuje go spacer ani piłka, leżał z przymkniętymi
oczami i zezował na boki. Milena niemal
wychodziła z siebie, by wywabić uparciucha z domu i usadzić
w samochodzie. Bezskutecznie. Pies najwyraźniej
nigdzie się nie wybierał i tkwił w przedpokoju
z tyłkiem na posłaniu. Lucjan nawet nie usiłował
pomagać żonie. Zdążył już pogodzić się z niemiłą prawdą,
że Sobiepan wybrał sobie na przewodnika stada nie
jego, lecz kobietę. Ludzkość widziana psimi oczami
dzieliła się na dwie bardzo nierówne części, a więc
po jednej stronie była ukochana pani, po drugiej
cała reszta. Ta reszta podlegała dalszemu podziałowi na
osoby lubiane, takie choćby jak Lucjan, jego matka czy
pani Janka, na wrogie, do których nie wiadomo czemu
zaliczał listonosza i przechodniów z ulicy, oraz
rzeszę ludzi kompletnie obojętnych. Wreszcie po długich
podchodach i małym przekupstwie udało się upchnąć
trzydzieści psich kilogramów na tylnym siedzeniu
auta. Milena, zasapana i zmęczona, usiadła obok męża.
Ruszyli.
- I niech mi ktoś powie, że on nie rozumie ludzkiej
mowy - westchnęła. - Podsłuchał, że chcemy zostawić
go u mamy, i podniósł bunt.
- Doktor Dolittle ci się kłania - zauważył
sceptycznie Lucjan. - Pies to pies, łasi się, szczeka, ale nie
opowiadaj, że cokolwiek chwyta z naszych rozmów.
- Rozumie więcej niż niejeden człowiek -
odpowiedziała z przekonaniem Milena. - Ma intuicję, jest
absolutnie wierny i nie lubi rozstań.
Lucjan łypnął w jej stronę, zauważyła to, lecz nie
pociągnęła tematu. Jechali w milczeniu, zajęci
własnymi myślami. Milena była trochę niespokojna i bodaj
pierwszy raz bała się reakcji teściowej. Starsza pani
Płoszyńska należała do tych dobrych ludzi, z którymi
lepiej niczego nie znajdować, a i gubić nie warto.
Była dużą, ociężałą kobietą o bardzo niebieskich oczach,
które patrzyły na świat z wiecznym zdziwieniem.
Mimo dojrzałego wieku zachowała naiwność Kubusia
Puchatka. Można było o tej naiwności opowiadać
anegdoty, co synowej czasem się zdarzało, ale wyłącznie
w obecności przyjaciółek, nigdy przy Lucjanie.
Jeszcze teraz uśmiechała się na wspomnienie historyjki
o Działach Nawarony. To było tak. Teściowa układała
pasjansa, Milena rozwiązywała krzyżówkę i uciekło
jej nazwisko Gregory'ego Pecka, odtwórcy głównej
roli w filmie. Widziała aktora, jego twarz i sylwetkę,
a nazwisko, zamiast w głowie, siedziało na końcu
języka. Powtórzyła półgłosem tytuł i usłyszała: "Proca!".
Rozbawiona zaczęła tłumaczyć, że nie szuka dział na
wrony, tylko zapomniała, kto grał główną rolę w takim
jednym filmie o wojnie. Na to teściowa: "Jak to kto?
Na pewno Linda. On ostatnio gra we wszystkich
filmach". Żeby jeszcze, bidulka, żartowała, ale nie, ona
była święcie przekonana, że aktor może sobie załatwić
taką wyłączność. Na jej usprawiedliwienie trzeba
dodać, że nie interesowała się specjalnie ani filmem, ani
polityką. Jej największą pasją było szycie szmacianek,
śmiesznych lalek, którymi obdarowywała znajome
i nieznajome dzieciaki, nawet te w piaskownicy. Ot,
nieszkodliwe, miłe hobby. Pani Zofia przez wiele lat
była przedszkolanką, nic więc dziwnego, że uwielbiała
dzieci, zabawki i bajki. Kto wie, czy to właśnie praca
zawodowa nie wpłynęła na jej psychikę, nie sprawiła,
że całkiem dorosła kobieta bezbłędnie rozumiała świat
bajek, a mniej ten realny. Dłuższe przebywanie w jej
towarzystwie męczyło, chociaż ona sama starała się
być użyteczna i niekłopotliwa. Dla najbliższego
otoczenia te nadmierne starania też były męczące, lecz
mimo to Milena bardzo lubiła matkę męża. Na
szczęście nigdy nie musiały mieszkać razem, co bardzo
pomagało w utrzymywaniu poprawnych stosunków.
Po drodze Milena zastanawiała się, co powinna
zrobić, żeby nie zachęcić teściowej do niepotrzebnego
gadulstwa. Kobiecina znała już prawdę i mogła z nią
wyskoczyć niczym dżin z butelki. Nie ze
złośliwości, rzecz jasna, bo złośliwa nie była, lecz ze
szczerego serca, co wydawało się równie niebezpieczne.
Szkopuł polegał na tym, że Milena miała już własny
scenariusz, którego głównym wątkiem były rodzinne
święta w Karwi. Znając prawdę ze źródeł oficjalnych,
nie mogłaby wlec Lucjana nad morze, a i sama
pewnie zrezygnowałaby z wyjazdu. To już przerastałoby
jej siły. Na tle kłopotów, które ostatnio na nią
spadały, pobyt w Karwi jawił się jako jedyny jasny punkt.
Nie bez znaczenia było i to, że na całe trzy dni
odciągała Lucjana od kochanki. Gdyby ktoś jej zarzucił,
że zachowuje się jak pies ogrodnika,
odpowiedziałaby, że zdradzane i okłamywane żony też mają prawo
do szczypty złośliwości.
Teściowa wydawała się jeszcze bardziej
rozkojarzona niż zwykle.
- Ojej, pies! - wykrzyknęła na powitanie, jakby
nigdy wcześniej nie widziała Sobiepana.
- Przecież uzgadnialiśmy, że mama się nim zajmie
- przypomniała Milena.
- Tak, no tak, ale... - plątała się starsza pani coraz
bardziej przerażona. - Zajmę się, zajmę - przytaknęła wreszcie.
Boisz się, dobra kobieto, pomyślała Milena, żeby
mój pies nie pożarł ci świątecznego gościa. Uśmiechała
się jednocześnie do teściowej, nie chcąc pogłębiać
zdenerwowania, które wyciekało z kobieciny wszystkimi
porami. Pani Zofia przechodziła samą siebie. Dreptała
w kółko, nastawiała wodę i natychmiast gasiła palnik,
wyjmowała i chowała filiżanki, robiła mnóstwo
niepotrzebnych rzeczy, z których chyba nie zdawała sobie
sprawy. Odrzuciła pomoc Mileny i uparła się, że sama
przygotuje herbatę. Niemal siłą próbowała usadzić
gości na taboretach, co zirytowało nawet Lucjana. Fuknął
niezbyt uprzejmie, że usiąść potrafi sam, no i usiadł
przy kuchennym stoliku. Tak się jakoś przyjęło, że
w tym mieszkaniu najbardziej reprezentacyjnym
pomieszczeniem była właśnie kuchnia. Tu się
rozmawiało, jadło i podejmowało mniej oficjalnych gości. Milena
próbowała uporządkować stół. Zdjęła kanwę z zaczętą
robótką, jakieś dwa kolorowe pisemka i dziecięcą
grzechotkę. Zabawka była nowa, jeszcze w opakowaniu.
- Ojej! - zawołała pani Zofia. - Ta grzechotka...
Powinnam ją wcześniej sprzątnąć.
- Dlaczego? - zdziwiła się Milena. - Może sobie
mama grzechotać do woli, mnie to nie przeszkadza.
- Tak, no tak... To nie moja zabawka, to... -
zawahała się, zaczerwieniła i wykrzyknęła: - To sąsiadka ją
tu zostawiła!
Jak na osobę chorobliwie prawdomówną znalazła
całkiem udany wykręt i odetchnęła z wielką ulgą.
Milena także, choć nieco dyskretniej. Obie miały powód
do zadowolenia: jedna zachowała tajemnicę, druga
swój scenariusz. Grzechotka powędrowała do szafki
z garnkami, a na stole stanął dzbanek z herbatą
i patera z drożdżówką. Lucjan przez cały czas nie odezwał
się słowem. Ciałem tkwił w czystej matczynej kuchni,
myślami zaś w nieporządnym mieszkaniu Irminy
Pysiak. Tak przynajmniej sądziła jego żona. Nie
przeciągała wizyty, żeby nie narażać teściowej na dodatkowe
stresy.
- Odpoczywajcie, dzieci - powiedziała na
pożegnanie pani Zofia i pogładziła syna po policzku. - Źle
wyglądasz, czy ty aby nie chory?
Milena przygryzła usta. Dzień wcześniej pani
Janka, pucując okna, zdobyła się na iście poetyckie
stwierdzenie. "Was, jakby porównać do kwiatków, to
pani byłaby wyblakłym rumiankiem, a mąż
obowiązkowo makiem", powiedziała. W zakochanych oczach
matki te słowa nie znalazłyby uznania.
Wyjechali w sobotę wczesnym rankiem. Milena
usadowiła się na tylnym siedzeniu, żeby - jak
powiedziała - odespać zarwaną noc. Nie dodała, że od
tygodnia wszystkie noce miała zarwane. Przykładała głowę
do poduszki, godziny mijały, a ona wałkowała od
początku swoją przegraną. To jasne, że czuła się
przegrana, odrzucona i mniej atrakcyjna od tej drugiej.
Wściekała się na męża za to, co zmalował, a przy okazji też
na siebie, że tak długo dała się wodzić za nos, że ślepo
wierzyła we wszystko, co jej mówił. Zagadał się
z kolegą i wrócił późno, normalne. Sprzedaż w hurtowni
zmalała, bywa i tak. Zabrakło pieniędzy na wymianę
skrzyni biegów, trzeba się dołożyć. A teraz szlag ją
trafiał, że dokładała się do pomarańczy dla Irminy Pysiak,
a kto wie, czy nie do jej ciuchów i wyprawki dla
niemowlaka. Lucjan niby też pracował, ale od paru
miesięcy wciąż narzekał, że jest pod kreską. Za to Irmina
była nad kreską i nad Mileną, i to chyba bolało
najmocniej, o wiele bardziej niż uciekające z domu pieniądze.
Chociaż nie, bolesnych punktów było więcej.
Przede wszystkim ten najważniejszy, zamykający się
pytaniem: co dalej? Z trudem oswajała się z myślą, że
Lucjan odejdzie, a ona zostanie sama w dużym domu.
Sporo za dużym dla jednej osoby. I nie będzie nikogo,
kto wieczorem wszedłby do pracowni i powiedział:
"Zrób sobie przerwę, leci dobry film, to obejrzymy
razem". Albo poprosił: "Włóż tę zieloną bluzkę,
wyglądasz w niej ślicznie".
Ten ktoś jeszcze całkiem niedawno pocieszał ją,
że lepszy rozsypany piec niż rozsypane małżeństwo.
Przez całe miesiące nic, absolutnie nic nie
zapowiadało aż takiego kryzysu. Lucjan był może bardziej
zamyślony i milczący, ale nie fukał na żonę i w domu
zachowywał się całkiem przyzwoicie. Od dawna żyli
trochę obok siebie, a jednak razem. Nawet w ostatnich
miesiącach razem. Cios spadł znienacka i był
powalający. Cholerny drań!, pomyślała, nie zdając sobie
sprawy, że wypowiada te słowa półgłosem.
- Mówiłaś coś? - spytał Lucjan.
- Że ścierpła mi szyja.
- Weź pod głowę moją kurtkę, będzie ci wygodniej.
- Mhm - mruknęła, rozeźlona jego troskliwością.
Pensjonat Apollo był taki, jak pokazywały zdjęcia,
czyli nowy i przestronny. Zajęli dwa niewielkie
pokoje zwane apartamentem. Z przedpokoju wchodziło
się do łazienki, co prawda z kabiną, ale bez
wieszaków i niewielkiej choćby półki na kosmetyki, oraz
do pierwszego pokoju, w którym królował telewizor
i rozkładana wersalka. Drugi pokój był typową
sypialnią z rozłożystą toaletką i wielkim małżeńskim łożem.
- O cholera! - mruknęła Milena.
Zbił ją z tropu widok łóżka, które z założenia
powinno łączyć dwoje ludzi, a nie dzielić. W domu
sypiała na oddzielnym tapczanie i wolałaby utrzymać
ten drobny dystans, zwłaszcza teraz, kiedy losy jej
małżeństwa wydawały się przesądzone.
- Co się stało? - zatroszczył się Lucjan.
- Ciasne to przejście - skłamała gładko.
- To tylko dwie noce i trzy dni - pocieszył ją, jakby
właśnie takiej pociechy potrzebowała.
Nie zdążyli się jeszcze rozpakować, kiedy do
apartamentu wpadł Radek. Ostatnimi czasy Milena rzadko
widywała syna i za każdym razem odnosiła wrażenie,
że chłopak znowu urósł i zmężniał. Mało
prawdopodobne, żeby od Bożego Narodzenia zdążył urosnąć,
było to zatem czyste złudzenie. Patrzyła i nie
mogła się nadziwić, że to ten sam malutki Raduś, który
kiedyś tam, dawno temu obiecywał, że całe życie
będzie mieszkał z mamą.
- Mnie tu w ogóle nie powinno być - powiedział
na powitanie.
Wspięła się na palce, żeby go ucałować.
- Nie marudź. Święta poza domem mają swój urok,
sam się przekonasz. Lucjan też się ociągał, a spójrz na
niego, jaki zadowolony.
- Kiedy ja nie o tym.
- A o czym?
Stał na środku pokoju i wyglądał dość
nieszczęśliwie. Z ramienia smętnie zwisała mu torba. Może wziął
na zmianę majtki i skarpetki, a może tylko pamiętał
o szczotce do zębów, bo torba wydawała się pusta.
Milena spoważniała.
- Jakieś kłopoty? Coś ze studiami?
Pokręcił głową.
- Nie chciałem przez telefon, żeby cię nie
zdenerwować... Jest sprawa do omówienia - bąknął
i zamilkł.
Nie było to wystąpienie godne chłopaka, który
w liceum wygrywał konkursy krasomówcze. Milena
patrzyła na syna z rosnącym przerażeniem. Jej
wyobraźnia pracowała i kręciła się wokół zawalonych
egzaminów, by za moment zahaczyć o handel narkotykami
oraz inne przestępstwa wiodące prosto do więzienia.
- Mówże, bo zwariuję! - rozkazała.
Radek rzucił torbę na podłogę, i tak jak stał,
w kurtce i szaliku omotanym wokół szyi, osunął się na fotel.
- Chodzi o to, że nie jestem sam - zaczął i urwał.
Nie patrzył na matkę ani na Lucjana. Z wielkim
zainteresowaniem gapił się na swoje ręce, jakby
studiował kształt każdego paznokcia po kolei. Były to
wielkie łapska, dość zadbane, choć nie odznaczały się
jakąś szczególną urodą, jeśli nie liczyć poobgryzanych
paznokci. Milena odetchnęła. Wkurzała ją co prawda
niefrasobliwość jedynaka, ale czwarta osoba
w apartamencie wydawała się dużo mniejszym złem niż
dziesięć lat więzienia za napad z bronią w ręku.
- Przyjechałeś z dziewczyną? - spytała i już
układała w głowie plan, co zrobi, jak przekona
właścicielkę, żeby mogli zamieszkać w czwórkę.
- Jestem sam.
- Zdecyduj się wreszcie: sam czy nie sam? Jeśli
przyjechałeś z dziewczyną, jakoś to załatwimy, szkoda
tylko, że nie uprzedziłeś.
- To nie tak - burknął i pokręcił głową.
- Zwariuję - zapowiedziała Milena po raz drugi.
- O co więc chodzi?
- Jestem tu sam, ale muszę wracać do Gdańska
do Joanny. Chodzi tylko o to, żeby Joanna i Ada mogły
zamieszkać z wami.
- Tu, z nami, dwie dziewczyny? Z kim ty się
zamieniłeś na rozum?
- Nie tu, tylko w Toruniu. Poród jest przewidziany
na koniec czerwca.
Milenie zakręciło się w głowie i czym prędzej
przysiadła na rogu wersalki. Radek przestał oglądać ręce
i dla odmiany wlepił oczy w Lucjana, jakby liczył na
męską solidarność i pomoc w przekonaniu matki.
Ciąg dalszy w wersji pełnej