Mistagogia liturgii słowa
Dominik Jurczak OP
Liturgia to przemodlona teologia. Jestem głęboko przekonany, że kiedy analizujemy poszczególne części liturgii, kiedy jesteśmy w stanie powiązać ze sobą, także w aspekcie historycznym, różne jej elementy to nabywamy odpowiedniej sprawności do uprawiania teologii. Być może nie będzie to teologia sensu stricto akademicka, ale na pewno wyrastająca z doświadczenia, z emocjonalnego i intelektualnego usposobienia teologa, prowadząca nie tyle do scholastycznego "dzielenia włosa na czworo", ile do wiary, modlitwy i spotkania z Bogiem. Oczywiście warto w tym miejscu dopowiedzieć, że wspomniana "teologia codzienności" - lub "teologia liturgiczna", jak słusznie definiuje ją David W. Fagerberg27, nie musi być całkowicie jednorodna i taka sama dla wszystkich. W życiu bowiem przechodzimy przez rozmaite etapy. Jest czas zachwytu, kiedy fascynujemy się nawet najprostszymi liturgicznymi odkryciami czy zależnościami między różnymi elementami liturgii; są momenty, w których doświadczamy marazmu, gdy liturgia nas nuży - ale są też takie, gdy to bardziej liturgia nas "niesie" niż my liturgię; są wreszcie i takie chwile, w których jesteśmy spragnieni świeżości, nowych bodźców, także intelektualnych, żeby tę "oczywistą oczywistość", jaką jest i powinna być w życiu chrześcijańskim liturgia, na nowo poukładać.
1. Jedność liturgii słowa i liturgii eucharystycznej
1.1. Msza katechumenów i msza wiernych
Chciałbym rozpocząć od prostej i zarazem ważnej obserwacji. Kiedy próbuje się omówić mszę świętą w formie nadzwyczajnej rytu rzymskiego, wskazuje się najczęściej na jej dwie części, mianowicie na "mszę katechumenów" oraz na "mszę wiernych". Terminologia ta - de facto nieobecna w księgach liturgicznych, jednak funkcjonująca w opracowaniach czy komentarzach do mszy28 - odwołuje się do pewnego etapu historii Kościoła, mianowicie do czasów, gdy kult chrześcijański, wskutek prześladowań, nie był powszechnie dostępny, lecz zarezerwowany dla tych, co pozostawali wewnątrz Kościoła. Istniały stopnie wtajemniczenia: nie wszyscy od razu mieli dostęp do wszystkiego, lecz byli zaznajamiani z celebracją wiary stopniowo, etapami. Na przykład katechumen - czyli ktoś więcej niż sympatyk chrześcijaństwa, ktoś, kto po spełnieniu pierwszych wymagań przygotowywał się do przyjęcia chrztu - dopuszczany był do uczestnictwa wyłącznie w pierwszej części Eucharystii, podczas której czytano i komentowano Pismo Święte29; musiał natomiast opuścić zgromadzenie, gdy przechodzono do części drugiej, zarezerwowanej wyłącznie dla osób ochrzczonych, podczas której, między innymi, recytowano Ojcze nasz czy przystępowano do stołu Pańskiego. Gradualność, o której mowa, miała swoje znaczenie także dla życia duchowego. Nie chodziło bowiem o to, aby chrześcijaństwo zamknąć w elitarnym gronie, niczym w sekcie, lecz aby nauczyć się patrzeć na tajemnice wiary od wewnątrz, z perspektywy doświadczenia, choćby niewielkiego. Ważne było, aby wykonać pierwszy ruch, przebyć jakiś fragment drogi. Notabene, nie bez powodu jednym z określeń formacji chrześcijan, pochodzącym jeszcze z czasów apostolskich, była "droga" (por. Dz 9,2). Bo chrześcijaństwo to nie porcja wiedzy do wyuczenia się na pamięć, lecz doświadczenie nabywane "w drodze", w którym "od wewnątrz" poszukuje się adekwatnej nomenklatury, by wyrazić arcana fidei. W metodzie tej zawarta jest głęboka logika. Rzeczywiście, to, w co i jak Kościół wierzy, nie daje się ocenić z pozycji niezaangażowanego obserwatora, jak często chcielibyśmy dzisiaj, gdyż taka ocena nigdy nie będzie adekwatna. Dotyczy to także Eucharystii, której "od zewnątrz", w mierzalnych kategoriach, nie sposób opisać, oczekując ponadto, że ryt mszy sam z siebie przekona nas do chrześcijaństwa. Do Eucharystii i jej zrozumienia trzeba podchodzić stopniowo, z cierpliwością, powracając do tego, co wiadome i oczywiste, oraz pytając "ze środka" doświadczenia wiary o głębsze znaczenie tego sakramentu. Jeśli zatem ktoś oczekuje, że po przeczytaniu niniejszego tekstu wszystko stanie się dla niego jasne, jest w wielkim błędzie. Nie wystarczy raz wyłożyć ze szczegółami, czym jest msza święta; trzeba nam stale być "w drodze" oraz nieustannie zapytywać o znaczenie poszczególnych elementów Eucharystii.
Z premedytacją zacząłem od zarysowania podziału na "mszę katechumenów" i "mszę wiernych", to znaczy od wyrażeń, do których odwołują się komentatorzy formy nadzwyczajnej, a z którymi rzadziej można się spotkać w opisach formy zwyczajnej. Obecnie bowiem preferuje się inne sformułowania, mianowicie "liturgia słowa" oraz "liturgia eucharystyczna", uznając je mniej więcej za odpowiedniki wcześniejszych wyrażeń. Ponadto, współczesne rozwiązania wprowadzono explicite do mszału, nawet do samego ordo missae. Wystarczy przytoczyć fragment Institutio Generalis Missalis Romani, by przekonać się, że podział ten jest wyraźnie pożądany:
Msza św. składa się jakby z dwóch części, mianowicie z liturgii słowa i z liturgii eucharystycznej, które tak ściśle łączą się ze sobą, że stanowią jeden akt kultu. Albowiem we Mszy świętej zostaje zastawiony zarówno stół słowa, jak i Chrystusowego Ciała, z którego wierni czerpią naukę i pokarm. Niektóre zaś obrzędy rozpoczynają i kończą celebrację (OWMR 28).
W przytoczonym fragmencie, będącym de facto kombinacją myśli zawartych w dokumentach Soboru Watykańskiego II, warto zwrócić uwagę na fakt, że struktura całej mszy, postrzeganej przede wszystkim jako jedność liturgii słowa i Eucharystii - jako jedna uczta spożywana przy "niejako dwóch zastawionych stołach": słowa i ciała - jest dziś oczywista i niepodważalna. Także niniejszy tekst wpisuje się w całościowy zamysł publikacji odzwierciedlającej przecież to przekonanie. Ma to być wszak próba ukazania mistagogii liturgii słowa, a nie komentarz do "mszy katechumenów". Skąd jednak ta radykalna zmiana? Czy było coś niewłaściwego we wcześniejszej strukturze? Czy należy ją całkowicie odrzucić?
Podział na "mszę katechumenów" i "mszę wiernych", choć niewątpliwie posiada wiele walorów, doprowadził jednak do uwypuklenia przede wszystkim drugiej części Eucharystii, usuwając w cień tę pierwszą. Stopniowe wchodzenie w tajemnice wiary, ważne z punktu widzenia duchowej wędrówki - wpierw jako katechumen, później jako wierny - miało swoje konsekwencje dla teologicznej percepcji mszy świętej: istotną i zasadniczą stawała się "msza wiernych". Nikt oczywiście w sposób otwarty nie postulował usunięcia "mszy katechumenów" jako zbytecznego elementu celebracji, jednak w praktyce coraz silniej podkreślano wagę "mszy wiernych". Ostatecznie, po wiekach przekształceń, stała się ona częścią Eucharystii par excellence. Tendencję tę można dostrzec także w równolegle zachodzącym procesie umniejszania roli Pisma Świętego tak w życiu Kościoła, jak i w samej liturgii. Rodzące się pod koniec XIX oraz na początku XX wieku Ruch Biblijny i Ruch Liturgiczny oponowały przeciwko tej marginalizacji; w ślad za nimi poszli papieże, ostatecznie zaś sprawę rozstrzygnął Sobór Watykański II. W rezultacie Konstytucja o liturgii Sacrosanctum concilium stanowi:
Pismo święte ma doniosłe znaczenie w sprawowaniu liturgii. [...] W nim też trzeba szukać sensu czynności i znaków. Dlatego w trosce o odnowienie, rozwój i dostosowanie świętej liturgii należy rozbudzać serdeczne i żywe umiłowanie Pisma świętego [...] (KL 24).
1.2. Jeden akt kultu
Jak wspomniałem, mentalność przedsoborowa koncentrowała się głównie na teologicznych skutkach mszy, nie pomijając innych kategorii dogmatycznych, takich jak "ważność", "godziwość" czy tym podobne. Samo w sobie nie jest to złe, wręcz przeciwnie, może jednak prowadzić do wypaczenia teologicznej percepcji Eucharystii. Jeśli dodamy do tego niezrozumiały dla większości wiernych język łaciński, w którym de facto i de iure były proklamowane czytania biblijne, a także ograniczony dobór tych ostatnich (by w tym miejscu wspomnieć wyłącznie o rozroście kalendarza, jaki spowodował, że nieustannie powtarzano te same perykopy, biorąc je z tekstów wspólnych), to bardziej zrozumiały staje się głos ojców soborowych:
Aby tym obficiej zastawić wiernym stół słowa Bożego, należy szerzej otworzyć skarbiec biblijny, tak by w określonej liczbie lat odczytać ludowi ważniejsze części Pisma świętego (KL 51).
Zaleca się bardzo, by homilia, w której w ciągu roku liturgicznego przedstawia się na podstawie świętego tekstu tajemnice wiary i zasady chrześcijańskiego życia, była częścią sprawowanej liturgii. Bez poważnego powodu nie należy jej więc opuszczać we Mszach świętych sprawowanych z udziałem wiernych w niedziele i święta nakazane (KL 52).
[...] Można zezwolić na stosowanie w odpowiednim zakresie języka ojczystego w Mszach świętych sprawowanych z udziałem ludu, zwłaszcza w czytaniach, w "modlitwie powszechnej" oraz - jeżeli miejscowe warunki tego wymagają - także w tych częściach, które należą do wiernych. Należy jednak dbać o to, aby wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać także w języku łacińskim stałe części Mszy świętej dla nich przeznaczone [...] (KL 54).
Dyspozycje te, prawdę powiedziawszy, były próbą swego rodzaju "do-źródlenia" (ressourcement) Eucharystii tak, by uczestniczący w niej najpierw "byli kształtowani przez słowo Boże", a następnie "posilali się przy stole Ciała Pańskiego i składali Bogu dziękczynienie" (KL 48). Proklamowanie i słuchanie słowa Bożego, odpowiednie wyjaśnianie słowa Bożego w trakcie homilii, formowanie się w słowie Bożym - wszystkie te elementy mają prowadzić do Najświętszej Ofiary. Oczywiście działa to w dwie strony. Kiedy mowa jest o Eucharystii, to w jej dwóch komplementarnych wymiarach: oba składają się na jeden akt kultu! (por. KL 56) Dziś stwierdzenie to wydaje się truizmem. Oznacza ono, mówiąc konkretnie, że jako celebrans - nawet w sytuacji najwyższej konieczności - nie mogę wyrecytować słów konsekracji ani odmówić samej modlitwy eucharystycznej z pominięciem pozostałych części. Byłoby to wypaczenie Eucharystii. Podobnie i w drugą stronę. Samo czytanie Pisma Świętego, nawet najbardziej wnikliwe i pobożne, to za mało, by mówić o Eucharystii, za mało, by być Kościołem. W tej perspektywie oczywista staje się odpowiedź na iście scholastyczne, choć nader często pojawiające się pytanie: czy i ile można spóźnić się na mszę świętą.
Dwie części, z których niejako (quodammodo) składa się Msza święta, mianowicie liturgia słowa i liturgia eucharystyczna, tak ściśle łączą się ze sobą, że stanowią jeden akt kultu. Dlatego Sobór święty usilnie zachęca duszpasterzy, aby w katechezie gorliwie pouczali wiernych o obowiązku uczestniczenia w całej Mszy świętej, zwłaszcza w niedzielę i święta nakazane (KL 56).
1.3. Chrystus celebransem liturgii słowa
Po niemal sześćdziesięciu latach od soboru wydaje się, że na mszę świętą nie przychodzimy jedynie dla samej komunii czy tylko dla intencji, w której celebrans składa Najświętszą Ofiarę, choć są to ważne elementy, których pod żadnym pozorem nie wolno deprecjonować. Wydaje się, że doniosłość liturgii słowa skutecznie przebiła się do naszej współczesnej świadomości. Może nawet z pewną przesadą. Zaryzykuję stwierdzenie, że nośność komunikacyjna liturgii słowa jest dziś tak duża, że nierzadko powstaje wrażenie, że znaleźliśmy się na antypodach pragnienia ojców soborowych: o ile w liturgii przedsoborowej brakowało balansu między liturgią słowa i liturgią eucharystyczną, skąd zrodziło się pragnienie "do-źródlenia", o tyle współczesna liturgia słowa bywa na tyle rozbudowana, że zaczyna dominować nad resztą celebracji, powodując po raz kolejny brak równowagi. I nie oznacza to, że tak bardzo skupieni jesteśmy na Piśmie Świętym. Przeciwnie, z różnych powodów - częstokroć szlachetnych - liturgia słowa zamiast odnosić i prowadzić wiernych ku pełni celebracji, koncentruje ich na sobie, a w dłuższej perspektywie spłycając przekaz słowa Bożego. Jeśli chcieć doszukiwać się przyczyn "protestantyzacji" liturgii katolickiej, jak postulują niektórzy, to na ławie oskarżonych należałoby posadzić nie tyle Biblię czy posoborową odnowę liturgiczną, odnośnie do której zawsze łatwo wysunąć zastrzeżenia (tylko ktoś, kto nie robi nic, nie popełnia błędów), ile współczesną ars celebrandi, poprzez którą przebłyskuje brak odpowiedniej formacji czy świadomości liturgicznej wszystkich ochrzczonych30. Problemem odnowionej mszy nie jest słowo Boże, którego wcześniejsza proklamacja - także za sprawą niezrozumiałości łaciny - schodziła na drugi plan, pozostając w cieniu liturgii eucharystycznej, ile przejaskrawienie struktury oraz niektórych elementów liturgii słowa, biorące się z niewłaściwego rozumienia ich funkcji. Ileż to razy byliśmy świadkami homilii, która nolens volens stawała się spektaklem jednego aktora, co więcej, na tyle rozwlekłym, że ze względu na dyscyplinę czasową wybierano później najkrótszą modlitwę eucharystyczną, recytowaną do tego niedbale i w pośpiechu, rezygnowano ze śpiewów czy z momentów milczenia? Myliłby się ten, kto za taki stan rzeczy chciałby obarczyć winą wyłącznie księży. Nierzadko to sami wierni wywierają presję na celebransa, oczekując od niego nie homilii, lecz sążnistego kazania, zwłaszcza przy takich okazjach jak odpusty parafialne czy pielgrzymki. Ulegając podobnym naciskom, wypacza się celebrację Eucharystii, nadmiernie przedłużając całą liturgię słowa. Nie chcę być źle zrozumiany, nie chodzi o to, by odebrać kaznodziejom głos - w ustach dominikanina, a zatem brata z Zakonu Kaznodziejskiego, brzmiałoby to jak nawoływanie do zakonnego "samobójstwa" - lecz o to, by każdej homilii nie sprowadzać do kazania, oraz by nie włączać do liturgii takich dodatkowych słów, które odwracają uwagę od samej celebracji. Nie bez powodu Sobór Watykański II z naciskiem przypominał, że pierwszym działającym w liturgii jest Chrystus, oraz że to On
jest zawsze obecny w swoim Kościele, szczególnie w czynnościach liturgicznych. Jest obecny w ofierze Mszy świętej, czy to w osobie odprawiającego, gdyż "Ten sam, który kiedyś ofiarował się na krzyżu, obecnie ofiaruje się przez posługę kapłanów", czy też zwłaszcza pod postaciami eucharystycznymi. Obecny jest mocą swoją w sakramentach tak, że gdy ktoś chrzci, sam Chrystus chrzci. Jest obecny w swoim słowie, albowiem gdy w Kościele czyta się Pismo święte, wówczas On sam mówi. Jest obecny wreszcie, gdy Kościół modli się i śpiewa psalmy, gdyż On sam obiecał: "Gdzie dwaj albo trzej są zgromadzeni w imię moje, tam i ja jestem pośród nich" (Mt 18,20)31.
Chrystus zatem staje się obecny nie tylko w momencie proklamowania modlitwy eucharystycznej, ale również wówczas, kiedy Kościół modli się psalmami, kiedy czyta słowo Boże. A skoro liturgia dotyczy tego, co Bóg czyni dla człowieka, nie odwrotnie, oznacza to, że w celebracji mamy się dać poprowadzić Chrystusowi tak, ażeby to On odsłonił się przed nami w usłyszanym słowie. Dobrym obrazem tego, o czym mowa, jest ewangeliczna scena wędrówki uczniów do Emaus:
Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali ze sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były jakby przesłonięte, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: "Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze?" Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: "Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało". Zapytał ich: "Cóż takiego?" Odpowiedzieli Mu: "To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Ale po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto, jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli".
Na to On rzekł do nich: "O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?" I zaczynając od Mojżesza, poprzez wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.
Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: "Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił". Wszedł więc, aby zostać wraz z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili między sobą: "Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?" (Łk 24,7-32)
Nawet jeśli przytoczony fragment, jak twierdzą bibliści, nie jest wprost opisem Eucharystii, to jednak wskazuje na jedność liturgii słowa i liturgii eucharystycznej, wzajemnie uzupełniających się i warunkujących. Łukasz redaguje swoją perykopę w taki sposób, aby nauczyć nas myśleć o Eucharystii, to znaczy o tym, że Zmartwychwstałego można spotkać w słowie, w łamaniu chleba i we wspólnocie dzielących się wiarą. Warto ponadto zwrócić uwagę na fakt, że historia uczniów dokonuje się w drodze. Jak już to wyżej wspominałem, wędrówka jest czymś więcej niż tylko intelektualnym zmaganiem.
1.4. Apologia św. Justyna
Jedność kultu liturgii słowa i liturgii eucharystii można dostrzec także w innym dziele, bliskim czasom apostolskim. Mowa tu o Apologii Justyna Męczennika, skomponowanej około połowy II wieku. Autor, pisząc do cesarza Antoninusa w obronie chrześcijan, przy okazji przekazuje nam opis uczty wiernych z rzymskiej wspólnoty. Jest to dokument o tyle ważny, że stał się jednym z istotnych punktów odniesienia dla odnowicieli liturgii po Soborze Watykańskim II, inspirując i nadając kierunek ich pracom. I tak w swojej Apologii Justyn w pierwszej kolejności ukazuje Eucharystię jako ukoronowanie wtajemniczenia chrześcijańskiego, przejście od chrztu do uczty: "My zaś po udzieleniu obmycia temu, kto uwierzył i dołączył do nas, prowadzimy go na spotkanie z tzw. braćmi, aby tam wspólnie modlić się za samych siebie, za nowo ochrzczonego i za wszystkich, gdziekolwiek są obecni [...]"32. Następnie opisuje już samą Eucharystię, bardziej szczegółowo:
W dniu zaś zwanym Dniem Słońca odbywa się w jednym miejscu spotkanie wszystkich mieszkających w miastach i wsiach. Czyta się wtedy Pamiętniki Apostolskie albo Pisma prorockie, dopóki czas na to pozwala. Potem, gdy lektor skończy czytać, przełożony wspólnoty słowem upomina i zachęca nas do naśladowania tych pięknych nauk. Następnie wszyscy wspólnie powstajemy z miejsc i modlimy się. Dalej [...] przynoszony jest chleb, wino i woda, a przełożony zanosi podobne modlitwy i dziękczynienia najlepiej, jak potrafi, lud zaś odpowiada z radością: "Amen". Wreszcie następuje rozdanie i rozdzielenie każdemu tego, co stało się Eucharystią, nieobecnym zaś zanoszą ją diakoni33.
Po raz kolejny integralnie pojawiają się oba elementy kultu: część, w której się czyta Pisma, oraz część, w której przewodniczący składa dziękczynienie. Warto zauważyć ponadto, że w samą celebrację zaangażowanych jest więcej osób. Poza przewodniczącym, który tłumaczy odczytane passusy i odpowiednio instruuje uczestników, a także który wypowiada dziękczynienie, obecni są: lektor, osoby przynoszące chleb, wino i wodę, oraz diakoni roznoszący nieobecnym "to, co stało się Eucharystią". Na końcu pojawia się wypowiadane przez wszystkich "Amen", wieńczące dziękczynienie.
1.5. Wnioski
Spróbujmy w tym miejscu wyciągnąć pierwsze wnioski. Najważniejszym jest ten, że nie da się sprowadzić Eucharystii do liturgii słowa, ale też nie da się jej wykluczyć. Liturgia słowa jest integralną częścią chrześcijańskiej celebracji. Oczywiście w pierwszym rzędzie odnosi się to do Eucharystii, choć warto dopowiedzieć, że pragnienie "do-źródlenia" Pismem Świętym odnoszono także do celebracji pozostałych sakramentów. W tym kluczu zostały przygotowane odnowione rytuały. Skuteczność ludzkich słów leży bowiem w liturgii na przedłużeniu sprawczości boskiego Słowa i z Niego wynika, nie odwrotnie34. Nie bez powodu, gdy w Credo recytujemy "i za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi dziewicy i stał się człowiekiem", skłaniamy głowę. To właśnie wcielone Słowo, Verbum incarnatum, sprawia, że w liturgii możemy dać się Mu poprowadzić.
Po drugie, tak liturgia słowa, jak i liturgia eucharystyczna, stanowią jeden akt kultu. Są czymś więcej niż tylko dwoma elementami, z których składa się msza, wzajemnie się dopełniając. Liturgia słowa wynika z liturgii eucharystycznej i ma do niej prowadzić, lecz i na odwrót: liturgia eucharystyczna ma służyć lepszemu i głębszemu rozumieniu Pisma Świętego. W rzeczywistości nie ma mowy o dwóch oddzielnie zastawionych stołach - słowa i Eucharystii - ale mowa o "niejako dwóch stołach", gdyż obie części składają się na jeden akt kultu.
Po trzecie wreszcie, we wtajemniczeniu chrześcijańskim, w dochodzeniu do pełni uczestnictwa w Eucharystii, trzeba założyć stopniowość. Nie da się liturgii zrozumieć a priori, jedynie aktem rozumu i bez zaangażowania. Oczywiście dotyczy to zarówno Eucharystii w ogólności, jak i poszczególnych jej elementów, w tym także liturgii słowa. Niewątpliwie na początku z liturgii słowa niewiele rozumiemy, jednak z czasem, spotykając odsłaniającego się w niej Chrystusa, dodatkowo wsparci homilią, prowokowani jesteśmy do dalszych, własnych poszukiwań. Tak naprawdę dopiero wówczas stwarzamy przestrzeń do tego, by nasze doświadczenie ułożyć w jedną całość: spokojnie i stopniowo, "w drodze", wsparci innymi sakramentami zmierzamy ku temu, by całość naszego chrześcijańskiego życia nabrała sensu odnośnie do stanu i wieku. Proces ten nie przebiega automatycznie; nie dokonuje się bez naszego udziału. Pomocą może być - i powinna być - homilia, choć nie zawsze okazuje się wystarczająca. Stąd tak ważne są własne poszukiwania, wcześniejsze przygotowanie, poza bezpośrednim kontekstem mszy. Skuteczne może być na przykład czytanie Pisma Świętego w domu, lektura komentarzy biblijnych czy liturgicznych, rozwój modlitwy osobistej i inne. Oczywiście nie zastąpią one udziału we mszy, niemniej jednak mogą znacznie pomóc w pogłębieniu uczestnictwa w liturgii, która jest celem mistagogii.
2. Słowo mówiące o Słowie
Przejdźmy już teraz do samej liturgii słowa i pokrótce zwróćmy uwagę na kilka jej elementów. Dopowiem, że nie zamierzam w tym miejscu wyjaśnić wszystkich szczegółów, niewątpliwie istotnych dla zrozumienia tej części Eucharystii, także z punktu widzenia jej historycznego rozwoju, lecz ograniczę się do wskazania zaledwie kilku fragmentów, pomocnych - mam nadzieję - w uchwyceniu właściwej perspektywy.
Pierwsza obserwacja tylko z pozoru wydaje się trywialna: fundamentem liturgii słowa jest słowo Boże odczytywane i komentowane w ramach celebracji. Widzieliśmy już wcześniej w Apologii Justyna Męczennika, jak Kościół gromadził się na Eucharystii, podczas której czytano "Pamiętniki Apostolskie albo Pisma prorockie". Nie jest to oczywiście pierwsze świadectwo, jakie posiadamy. Warto zwrócić uwagę na epilog Pierwszego Listu do Tesaloniczan, w którym Paweł wyraźnie poleca: "Pozdrówcie wszystkich braci pocałunkiem świętym. Zaklinam was na Pana, aby list ten został odczytany wszystkim braciom. Łaska Pana naszego, Jezusa Chrystusa, [niech będzie] z wami!" (1 Tes 5,26-28). List musiano zatem odczytywać podczas wspólnych zebrań; być może podczas Eucharystii (por. Dz 2,46; 20,7; 1 Kor 11,17-21; Hbr 10,25). Z podobnym rozporządzeniem mamy do czynienia w zakończeniu Listu do Kolosan: "Pozdrówcie braci w Laodycei, zarówno Nimfasa, jak i Kościół [gromadzący się] w jego domu! A skoro list zostanie u was odczytany, postarajcie się, by odczytano go też w Kościele w Laodycei, a wy żebyście też przeczytali list z Laodycei" (Kol 4,15-16). Dla naszych celów istotna jest obserwacja, że czytanie odbywa się we wspólnocie, podczas zebrań będących elementem życia pierwotnego Kościoła, nawet jeśli nie ma pewności co do lektury listów w ramach samej celebracji eucharystycznej. Spostrzeżenie to warto ponadto połączyć z kultem synagogalnym, z którego w pewnym sensie wyrasta liturgia chrześcijańska, a który zakładał publiczne czytanie i komentowanie Pism. Kult synagogalny znany był samemu Jezusowi:
Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, znalazł miejsce, gdzie było napisane:
Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski Pana.
Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Niego utkwione. Począł więc mówić do nich: "Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli". A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym łaski słowom, które płynęły z ust Jego. (Łk 4,16-22a)
Z dalszej części historii wiemy, że odczytany przez Jezusa urywek z Księgi Izajasza, a szczególnie komentarz, w którym tłumaczy, że to o Nim mowa, nie były wcale proste do przyjęcia dla mieszkańców Nazaretu. Przeciwnie, wywołało to oburzenie, bo oznaczało wprost, że Jezus wskazał na siebie jako na Chrystusa, Pomazańca Bożego. Nie wchodząc jednak w egzegetyczne niuanse powiem wprost, że taki jest cel liturgii słowa: odkryć - słuchając słowa Bożego - że mówi nam ono o Jezusie Chrystusie, że w Jego osobie realizują się zapowiedzi i oczekiwania; to On ma się odsłonić poprzez lekturę Pism. Nie jest to zatem czytanie dla samego czytania, tak, aby zapełnić czas, lub aby wspominać nie zawsze zrozumiałe historie z przeszłości. Głównym celem jest proklamacja słowa, w czasie której uobecnia się Jezus Chrystus, Verbum incarnatum. Widać to także w cytowanych wcześniej listach apostoła Pawła.
3. Liturgiczny "dialog"
Skoro zaś mowa o proklamacji, to warto rozwinąć ten wątek. W liturgii słowa, jak zauważyliśmy, nie chodzi o intelektualny przekaz biblijnych treści, gdyż ten z całą pewnością może być skuteczniej realizowany poza kontekstem liturgicznym, lecz o doświadczenie Osoby. I nie chodzi o to, żeby zniechęcać do studiów nad Pismem Świętym czy deprecjonować podejście naukowe w odniesieniu do Biblii, lecz oto, by wykorzystywać do tego inne przestrzenie, jak spotkania w domach, parafiach, grupach duszpasterskich czy inne. Kiedy podczas liturgii proklamuje się słowo Boże, nie traktuje się go jak przedmiotu badań; w liturgii Pismo nabiera nowej głębi. Nie bez powodu, gdy przy ołtarzu jest obecny diakon, to właśnie on proklamuje ewangelię, a nigdy celebrans, choćby był to nawet sam papież. Diakon czyta ewangelię także temu, kto za moment będzie ją objaśniał. Aby móc zmagać się ze Słowem, trzeba je wpierw usłyszeć. Oznacza to, że celem liturgii słowa nie jest jakieś abstrakcyjne przekazanie pięknych idei, nawet nie sam fakt lektury perykop biblijnych, ile proklamacja Słowa. Liturgia sama z siebie, zwłaszcza liturgia słowa, jest dialogiem (dia-logos, ????????), pomostem, odbywa się pomiędzy (???) Słowem a słowem. To oznacza z kolei, że aby w ogóle móc odpowiedzieć, koniecznie trzeba najpierw usłyszeć. Liturgia przestaje być urodzajna, gdy w sposób jednostronny czy pragmatyczny nastawiona jest na przekaz treści. Potrzeba najpierw gotowości usłyszenia. Jest to podstawowy warunek pozwalający wybrzmieć Słowu tak, by skutecznie mogło przemienić nasze życie. W mistrzowski sposób zależności te przeanalizował Romano Guardini:
Człowiek słyszy Słowo Boże w pełni jedynie, kiedy słucha. Słowo nie oznacza wyłącznie rozumu, ale człowieka. To ono ma strukturę człowieka i poszukuje żywotnej jedności krwi i ducha, z duszy i ciała, i w owej precyzyjnej strukturze jest przyjmowane: nie tylko ze swoim znaczeniem, lecz także ze swoją fizjonomią, ze swoim brzmieniem, ze swoim ciepłem i ze swoją mocą. W tym sensie Słowo mogło zostać porównane do ziarna. Lecz dlatego właśnie Słowo musi być rzeczywiście usłyszane, nie tylko przeczytane. Powinno dotrzeć do naszego wnętrza poprzez ucho, nie poprzez oko; dokładnie tak samo jak formę i barwę musimy przyjąć nie poprzez ich sztuczne przekształcenie uchem, lecz okiem. Tego, "jak" i "co", nie można oddzielać. Każdemu obiektowi przysługuje właściwy sposób jego przyjmowania: istnieje zarówno słowo pisane, które przez wzrok stało się częścią nas, jak i słowo wypowiedziane, które zostało do nas skierowane i przyjęte przez ucho. Czytanie umniejsza słowo; miejsce dźwięku zajmuje druk. W służbie Bożej [czyli w liturgii - D.J.] słowo nie powinno być jedynie czytane. Gdyby tak było, wystarczyłoby rozdać książki i wszyscy, posługujący i wierni, mogliby medytować tekst w ciszy. Powstałaby wówczas - co niestety często zdarza się w rzeczywistości - zwykła, prosta wspólnota czytających. Tak jednak nie powinno się dziać. Słowo musi wychodzić ze świętego tekstu i wstępować na usta, przenikać przestrzeń; ma być usłyszane przez uszy, nastawione na słuchanie i przyjmowane przez uważne duchy35.
Jeśli nastawienie na odbiór słowa Bożego, słuchanie, z którego - jak zauważy apostoł Paweł - rodzi się wiara (por. Rz 10,17), jest tak istotne dla liturgii, to nie mniej ważna musi być sama proklamacja. O ile jednak słuchanie dotyczy wszystkich uczestników liturgii, o tyle czytanie zarezerwowane jest dla "wybranych".
4. "Szafarz" liturgii słowa
W opisie wyjętym z Apologii Justyna Męczennika odnotowaliśmy wcześniej, że dla autora ważny był nie tylko sam fakt sprawowania Eucharystii, lecz także mnogość osób zaangażowanych w jej celebrację - począwszy od przewodniczącego, przez diakonów, niosących dary, aż po lektora - ukazującą rozmaitość posług w Kościele. Nie chodziło o aktywizm, obecnie przejawiający się usilnym mnożeniem funkcji, aby każdemu z uczestników liturgii znaleźć jakieś zadanie tak, by nikt nie pozostał bezczynny. W pierwotnym Kościele dostrzegamy raczej troskę i zaangażowanie na rzecz celebracji. Nie jest tak, że podczas Eucharystii wszystko musiał czynić przewodniczący, choć niewątpliwie mógł sam odczytać "Pamiętniki Apostolskie albo Pisma prorockie". Chodziło jednak o celebrowanie, rozumiane nie jako akt sprawowania mszy, lecz jako świętowanie, bez którego samo dokonanie aktu mogłoby koncentrować uwagę wiernych przede wszystkim na jego teologicznych skutkach. W opisie Justyna widać, że to nie był jeszcze czas na teologiczne niuanse, charakterystyczne zwłaszcza dla scholastyki późniejszych wieków; wyczuwalny jest tam natomiast "młodzieńczy" entuzjazm, charakterystyczny dla pierwszych pokoleń chrześcijan, powodujący, że celebrowanie rzeczywiście stawało się świętowaniem. W takiej optyce czytający nie tyle spełnia jakiś odgórnie nałożony nań obowiązek, ile realizuje przywilej głoszenia słowa Bożego. Nie dziwi więc, że w liturgii jak gdyby "szafarzem zwyczajnym" proklamacji ewangelii jest diakon. Dopiero pod jego nieobecność obowiązek ten przejmuje prezbiter, a wobec braku obu rola ta przypada biskupowi. Innymi słowy śpiewanie czy czytanie ewangelii to par excellence zadanie diakona. Jak wspomniałem, nawet podczas najbardziej uroczystych celebracji - i nawet gdy mszy przewodniczy papież - zawsze diakon głosi ewangelię. Może warto zadbać o to, by w parafialnej codzienności głoszenie ewangelii było jej proklamacją, to znaczy, by przynajmniej w największe święta, takie jak Wielkanoc, Boże Narodzenie czy odpust parafialny, ewangelia była śpiewana: by świętować mszę świętą, a nie jedynie ją "odprawiać".
Wydaje się, skoro o codzienności parafialnej mowa, że wciąż wyzwaniem pozostaje jakość czytania, a co za tym idzie także przygotowanie czytających. Liturgię słowa bowiem można spłaszczać nie tylko poprzez sposób objaśniania prawd wiary, ale także poprzez formę przekazu. Dla przykładu, gdy fragment listów Pawłowych, dotyczący moralności małżeńskiej i relacji między małżonkami - "Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony" (Ef 5,22-23) - czyta uczeń szkoły podstawowej, wówczas tak ważny i trudny tekst zostaje spłycony przez sam sposób przekazu. Jestem głęboko przekonany, że w aktywności duszpasterskiej więcej uwagi powinniśmy poświęcać dbałości o godne wygłaszanie słów Pisma w liturgii, zwłaszcza podczas mszy świętej; jak wspomniałem wcześniej - jest to proklamacja Słowa, nie zaś przykry obowiązek, z którego musi się wywiązać ministrant. I choć nie jest dla celebransa problemem przeczytać pierwsze czytanie i zaśpiewać psalm, a następnie perykopę z ewangelii, jednak o ileż bogatsza jest celebracja Eucharystii, kiedy angażuje się w nią cała wspólnota, ukazując bogactwo i piękno Kościoła w mnogości posług. Może warto w takiej perspektywie na nowo przemyśleć, dookreślić i dowartościować funkcję lektora w diecezjach i parafiach; zastanowić się, w jaki sposób można w tę ważną posługę zaangażować całe rodziny? Wydaje mi się, że to dobry sposób do tłumaczenia prawd wiary, nieograniczający się jedynie do katechezy szkolnej czy parafialnej. Czym w ogóle w polskim Kościele ma być formalny lektorat i czy funkcję tę mają pełnić tylko mężczyźni? Jak wiemy, po motu proprio Spiritus Domini papieża Franciszka ze stycznia 2021 roku, dopuszczającego do urzędowej posługi lektoratu i akolitatu także kobiety, stajemy wobec nowych wyzwań. Jak sprawić, by w polskiej codzienności obie posługi stały się nie tylko przywilejem, lecz trwałym powołaniem i konkretną propozycją na drodze duchowej. To oczywiście jedynie niektóre z pytań, które warto sobie zadać.
5. Nowy lekcjonarz mszalny
Od posługi lektora przejdźmy teraz do odpowiadającej jej księgi liturgicznej - do lekcjonarza, z którego odczytywane jest słowo Boże. Jest to jeden z ważnych elementów odnowy posoborowej. Wygląda na to, że wypracowany w toku wielu dyskusji i trudnych decyzji, jakie musiano podjąć, także pomimo presji wywieranej na papieża Pawła VI, obecny lekcjonarz uznać należy za cenny owoc przemian liturgicznych. W 2010 roku z uznaniem wypowiedział się o nim Benedykt XVI w posynodalnej adhortacji Verbum Domini, stając się głosem biskupów obradujących na temat słowa Bożego w życiu Kościoła: "Chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę na to, jak ważny jest Lekcjonarz. Reforma postulowana przez Sobór Watykański II przyniosła owoce, udostępniając w szerszym zakresie Pismo święte, które jest czytane wielokrotnie zwłaszcza w liturgii niedzielnej" (VD 57). Na czym więc polega nowatorstwo lekcjonarza? Postaram się ukazać je w trzech najważniejszych wymiarach.
Po pierwsze, został on wydany wraz z odnowionym mszałem, stanowiąc jego dopełnienie, pozostając jednak osobną księgą. Fizyczne wyodrębnienie lekcjonarza z mszału to tylko z pozoru prozaiczny zabieg; w rzeczywistości była to rozmyślna zmiana, mająca swe teologiczne uzasadnienie w historii ksiąg liturgicznych. Jej celem było zdjęcie ciężaru całości celebracji z osoby odprawiającego. W liturgii przedsoborowej to celebrans recytował po łacinie czytania z mszału, a jeśli nawet proklamował je ktoś inny - diakon lub subdiakon - celebrans zobowiązany był do samodzielnego, cichego odczytania fragmentów. W odnowionej liturgii także odprawiający ma słuchać, jemu również proklamowane jest słowo Boże, o czym była już mowa.
Po drugie, otwarto możliwość przygotowania tłumaczeń editio typica lekcjonarza na języki ojczyste, tak by słowo Boże mogło być bardziej przystępne (czytania, homilia i modlitwa wiernych), a zarazem by dać możliwość wiernym lepszego przygotowania do pozostałych części mszy świętej i doświadczenia jej integralności.
Po trzecie wreszcie, obficiej zastawiono wiernym stół słowa Bożego. W niedziele i uroczystości dodano trzecie czytanie. W przedsoborowej liturgii mszy świętej czytania ze Starego Testamentu były rzadkością, w odnowionej liturgii pierwsze czytanie z zasady - poza okresem Wielkiej Nocy, kiedy czyta się Dzieje Apostolskie - pochodzi ze Starego Testamentu; drugie natomiast z Apostoła, to jest z listów apostolskich albo z Apokalipsy, zależnie od okresu liturgicznego. Wszystko po to, by pokazać jedność obu testamentów oraz ująć całość historii zbawienia, której centrum jest Chrystus. Dodatkowo urozmaicono dobór czytań w niedziele i święta, wprowadzając cykl trzyletni (A, B i C), ograniczając powtarzalność tekstów odczytywanych w ramach liturgii. W dni powszednie stół słowa Bożego zastawiono dwoma czytaniami. Notabene, sam lekcjonarz na dni powszednie okresu zwykłego jest nowością. I tak, poza okresami specjalnymi (jak Adwent czy Wielki Post) perykopy ewangeliczne ułożone są w cyklu rocznym, natomiast pierwsze czytanie - w dwuletnim: czytania roku pierwszego stosuje się w lata nieparzyste, czytania roku drugiego w lata parzyste. Jak już wspomniałem, kryteriów doboru czytań w lekcjonarzu jest znacznie więcej, wymieniłem jedynie kilka, w moim przekonaniu podstawowych, wszystkie zawarte zostały we wprowadzeniu do lekcjonarza. Co jakiś czas warto sobie przypomnieć wspomniane kryteria. Wskutek reformy posoborowej wzbogacono odpowiedzi na usłyszane słowo - już nie tylko graduał, stanowiący medytacje na kanwie słowa, lecz także psalmy responsoryjne. Chciano w ten sposób uwypuklić przede wszystkim dialogiczny charakter tak słowa Bożego, jak i samej liturgii słowa, mianowicie fakt proklamowania i słuchania. Przywrócono homilię (nie kazanie!), by na podstawie lektur mszalnych wyjaśniać tajemnice wiary i zasady chrześcijańskiego życia, by głoszone słowo Boże wraz z liturgią eucharystyczną stawało się całością.
6. Homilia a kazanie
Spróbujmy zatrzymać się na chwilę przy różnicy między homilią a kazaniem. Ojcowie soborowi jednoznacznie domagali się przywrócenia homilii jako integralnej części liturgii, zwłaszcza w niedziele i święta (por. KL 52), gdzie wyjaśnianie Słowa ma prowadzić do pełni celebracji. By być precyzyjnym, nie narzekano na brak kazań; przed Soborem Watykańskim II kazania były, lecz niekoniecznie jako część Eucharystii. W zależności od sytuacji ksiądz mógł np. odprawić mszę, a następnie powiedzieć kazanie; w kościołach zakonnych kazania często odbywały się z mszą konwentualną w tle. Głoszono także podczas nabożeństw takich jak Gorzkie żale, nabożeństwa majowe, różańcowe i inne. Ojcowie soborowi nie mieli bynajmniej zamiaru ograniczać tego rodzaju form pobożności czy zakazać kazań jako takich; chcieli po prostu przywrócenia homilii jako integralnej części liturgii, w czasie której słowo Boże będzie tłumaczone , a dzięki temu sam Chrystus stanie się obecny. Czy tak się faktycznie stało? W codziennej praktyce, niestety, często mamy do czynienia nie tyle z homiliami, ile właśnie z kazaniami. Dawniej mogły być one wygłaszane poza kontekstem liturgicznym, dzisiaj natomiast bywają włączane do liturgii słowa. Stąd już tylko krok do tego, by błaha okazja stała się powodem do zorganizowania mszy, a to stanowczo za mało. Nierzadko zdarza się tak, że sami wierni oczekują kazania, nie homilii. Tu rodzi się błędne koło, w rezultacie którego pozaeucharystyczne formy pobożności znikają; pozostaje "jedynie" msza z kazaniem. Może warto poszukać i promować także inne formy modlitw, które łatwiej pogodzić z kazaniem?
7. Miejsce celebracji liturgii słowa
Na koniec chciałbym poruszyć temat miejsca celebrowania liturgii słowa. W 1964 roku pierwsza z instrukcji (Inter Oecumenici) była sporządzonych przez Kongregację Rytów, a dokładniej przez komisję czuwającą nad należytym wykonywaniem Konstytucji soborowej, postulowała, by do przestrzeni liturgicznej przywrócić ambonę, traktując ją - obok ołtarza, tabernakulum czy chrzcielnicy - jako jeden z podstawowych elementów wyposażenia kościołów: "Pożądana jest ambona - mogą być i dwie - do wygłaszania czytań świętych; należy ją tak ustawić, aby osobę czytającego można było dobrze widzieć i słyszeć"36. Prawdą jest, że w przedsoborowych celebracjach miejsce proklamacji słowa Bożego zostało ograniczone do jednej strony ołtarza. O ile Najświętsza Ofiara składana była w centralnej części, o tyle czytania wykonywane były z boku, po tak zwanej "stronie lekcji". Odnowa posoborowa miała na celu wyróżnienie ambony, podkreślając przede wszystkim jej znaczenie teologiczne jako miejsca, w którym Chrystus uobecnia się wśród nas, z którego proklamuje się słowo Boże, gdzie się je tłumaczy w homilii, oraz skąd - zawsze na przedłużeniu tej samej logiki Verbum incarnatum - wykonuje się modlitwę wiernych. Nie jest to zatem pulpit do przekazywania parafianom zapowiedzi, ogłoszeń albo do wygłaszania komentarzy czy przemówień, zwłaszcza polityków, bez względu na opcję. Ambonę trzeba teologicznie odzyskać! Notabene, byłoby dobrze, gdybyśmy obok ambony mieli w naszych kościołach miejsce, w którym na stałe wyłożone jest Pismo Święte, także poza kontekstem liturgii. Jednak proklamowane w trakcie samej mszy świętej słowo Boże ma prowadzić nas "do ofiary przymierza i uczty łaski, to jest do Eucharystii jako do swojego celu" (OML 10). W liturgii słowa Chrystus ma stać się obecny nie w księdze (nie jesteśmy ludem księgi), ale w swoim Słowie.
W tym miejscu przerywam mój wywód, pozostawiając go jakby bez zakończenia. Celem mistagogii nie jest bowiem udzielenie wyczerpujących odpowiedzi na wszystkie pytania, lecz ma ona ukazać nową perspektywę, tak by wierni mogli umiejętniej wejść w celebrowane tajemnice. Liturgia jest przemodloną teologią, zwłaszcza liturgia Eucharystii. Jej istotną i integralną część stanowi liturgia słowa prowadząca ku pełni celebracji. To ze Słowa i przez Słowo (por. J 1) liturgia w ogóle jest możliwa.
27 Por. D.W. Fagerberg, Theologia prima. Czym jest teologia liturgiczna?, tłum. L. Bigaj, Kraków 2018.
28 Por. np. Innocenty III, Mysteriorum euangelicae legis et sacramenti eucharistiae libri VI, De sacro altaris mysterio, VI, 12 (PL 217, 912), a także np. Mszalik na niedziele i święta, oprac. Benedyktyńskie Opactwo Świętych Apostołów Piotra i Pawła (Tyniec), Kraków 1964.
29 Por. B. Nadolski, Katechumenat, [w:] Leksykon liturgii, oprac. B. Nadolski, Poznań 2016, s. 636.
30 Por. D. Jurczak, Formacja liturgiczna, czyli o wyrabianiu liturgicznego smaku, [w:] Zgromadzeni na świętej wieczerzy (Program duszpasterski na rok 2020/2021: Zeszyt teologiczno-pastoralny), red. J. Bartoszek, R. Chromy, K. Piechaczek, Katowice 2020, s. 59-70.
32 Św. Justyn Męczennik, Apologia, I, 65.1, [w:] Pierwsi apologeci greccy. Kwadratus, Arystydes z Aten, Aryston z Pelli, Justyn Męczennik, Tacjan Syryjczyk, Milcjades, Apolinary z Hierapolis, Teofil z Antiochii, Hermiasz, red. J. Naumowicz, Kraków 2004, s. 254.
33 Św. Justyn Męczennik, Apologia, I, 67.3-5, s. 256.
34 Por. D. Jurczak, Znaczenie Słowa w liturgii, "Pro Musica Sacra" 2019, nr 17, s. 9-22.
35 R. Guardini, Il Testamento di Ges?. Pensieri sulla S. Messa, Monza 1950, s. 60 (tłum. własne).
36 Sacra Congregatio Rituum, Instructio ad exsecutionem Constitutionis de sacra liturgia recte ordinandam "Inter Oecumenici", 96, "Acta Apostolicae Sedis" 56 (1964), s. 897 (tłum. własne).