- I cóż mnie to obchodzi, że
to wszystko, co piszę, nad czem całe noce trawię, nic nie warte...
Wiem aż nadto dobrze, że to wszystko wpół obłąkane majaczenie, że
całej tej gmatwaniny niktby nie był w stanie zrozumieć.
Górski leżał rozciągnięty na łóżku i mówił cichym, sennym
głosem.
Bielecki siedział oparty o stół i słuchał z natężeniem.
- Ja dla nikogo nie piszę - rozumiesz - ja piszę dla siebie
samego. Piszę pamiętnik własnej duszy, pamięcią nie zdołałbym
ogarnąć tego ogromu, co w sobie przeżywam, więc piszę... Zanim
zdechnę, raz to sobie wszystko przeczytam, by choć odrobinę poznać
mechanizm mej duszy, prawa, jakiemi się rządzi i którym ulega...
Zresztą głupstwo. Prędzejbym się w ziemię zagrzebał ze wstydu,
zanimbym tak haniebnie moją duszę miał spaskudzić, i to, com
napisał, publiczności na żer rzucił... Raz, raz jeden wydałem małą
książczynę - wtedy się kochałem, rozumiesz - a kobiety, jak ci
wiadomo, strasznie lecą na sławę; przez dwa miesiące nie
wychodziłem potem na miasto, by nie ujrzeć mego nazwiska
zhańbionego i sprostytuowanego za witryną okna księgarskiego.
Czy sobie nie zdajesz sprawy, jakie to ohydne, że dajesz
każdemu prawo grzebania w twej duszy, że musisz pozwolić, by
plugawili to, co ci jest najświętsze, a uwielbiali to, co na
śmietnisko rzucasz?
Nie, nie!
Zerwał się nagle z łóżka i przysiadł.
- Sława! sława! - zaśmiał się ochryple i zakaszlał się.
- Tylko dla jakiegoś próżnego bydlęcia może mieć to urok, że
się za nim oglądają, że go sobie publicznie palcami pokazują, że
panienki, gdy się taki pan przechadza, oczy błagalne w niego
wlepiają, by raczył łaskawie na nie uwagę zwrócić - ach! jakie to
marne i biedne - a taki pan, ha, ha! - mamy tu takiego wielkiego
poetę, przypatrz mu się tylko, jak on dumnie kroczy, jak
roztargniony na rogach ulic przystaje, bo właśnie przyszła na niego
święta łaska tworzenia, jak się naokół kłania tak od niechcenia,
tak racząco - małpa! nie wiem, która gorsza - on, czy publiczność.
Bielecki uśmiechnął się.
- Zapominasz, że literatura popłaca, że można z niej wyżyć,
i to często bardzo dostatnio...
- To jeszcze większe świństwo. Prostytutce bierze się za
złe, że ciało swoje sprzedaje, a taki literat duszę swą sprzedaje -
co gorsze, he? Zresztą brednie klepię...
Machnął ręką.
- Co mnie to zresztą obchodzi, co kto robi, lub nie. Ja
jestem sam, własnemi prawami się rządzę, nikt mnie nie obchodzi -
byłem sam, jestem sam i chcę sam pozostać.
- Jesteś chciwym lichwiarzem.
- Aha! aha! - Górski roześmiał się na cały głos - Bóg mnie
obdarzył talentem, ja należę do społeczeństwa, więc muszę temu
społeczeństwu coś dać... Co za bezdeń bredni! Przedewszystkiem nie
należę do żadnego społeczeństwa, tylko do siebie samego - pozatem
nikt mi nie dawał talentu, tylko moja własna dusza mocą swej siły
przerwała zapory, jakie dla innych mózgów istnieją...
Nagle twarz mu się zmieniła, jakiś skryty, przebiegły
uśmiech przeleciał mu przez usta.
- Ty, zdaje mi się, chcesz mnie sondować? - zapytał
podejrzliwie - wprowadzasz mnie na manowce zwierzeń, osobistych
wynurzeń - a może cię jaki nakładca do mnie przysłał, a teraz
posucha w literaturze, jałowizna straszna, a ja mam, mam poematy,
poemaciki, historyę duszy własnej i jeszcze jednej obcej. W teatrze
nie mają co grać, a ja mam dramaciki - ciekawe dramaciki, jeden
nawet bardzo a bardzo ciekawy. Bohaterem jest człowiek, którego
ambicya pożera, chłonie go, na żużel spala - on chciałby być też
wielkim człowiekiem, sławą, a tu ani w ząb. Nic stworzyć nie może -
a pół życia oddałby za jedną chwilę, kiedy go przed rampę wywołają,
gdy kawiarnia nagle umilknie, gdy on do niej wchodzi. Całe życie
oddałby za ten dreszcz milutki, łechcący, gdy po całej sali
przebiega cichy szept: "To on - to on! nasz! nasz!" Ha, ha, ha!
Zerwał się z łóżka, stanął nagle przed Bieleckim, zagibotał
się na nogach.
- A co? znasz takiego pana?
Bielecki spojrzał na niego spokojnie i zimno.
- Temat może być bardzo ciekawy. Cóż dalej?
- A! a! co dalej? Nic dalej, gotów jesteś zdradzić moje
kapitalne pomysły - a któryś z naszych wieszczów mi je skradnie, i
masz, dyable, pociechę - "Sic vos non vobis" gotowe... a tego nie
chcę...
Przeszedł się po pokoju parę razy zmęczonym, leniwym
krokiem.
- Wy literaci - no tak! Ty właściwie do nich nie należysz,
boś ty tylko dziennikarzem, no, no - nie obruszaj się, świetnie się
mścisz, bo masz ostre, cięte pióro, tak, tak, bystry jesteś i
złośliwy. Pomyjki, które na nich wylewasz, cuchną, cuchną. Ale co
ja to chciałem powiedzieć? Aha, prawda: więc ci literaci, ci
wieszcze i te kagańce oświaty i jak się to tałatajstwo nazywa...
Przerwał nagle.
- Dajmy temu spokój - rzekł po długiej chwili - jestem zbyt
zmęczony, żeby sobie głowę tem śmieciem zaprzątać.
Obszedł kilka razy pokój dookoła, a potem schwycił stołek i
usiadł naprzeciw Bieleckiego i wlepił w niego gorączką trawione
oczy.
Bielecki wytrzymał cały ten ogromny napór duszy Górskiego,
która w tej chwili w niesłychanym wysiłku zdawała się przedzierać
przez oplot własnego ja i sięgać do dna duszy obcego człowieka.
Trwało to długą chwilę.
- Co chcesz powiedzieć? - wycedził wreszcie Bielecki.
Ale tamten, jakby nie słyszał, tylko jeszcze uporczywiej
wpatrywał się w twarz Bieleckiego.
Bielecki opanowywał zwolna lęk przed temi oczyma, które
przedzierały się przez najgęstsze zasłony najskrytszych jego
tajemnic, przed temi obłąkańczo jasnowidzącemi oczyma.
- Cóż się tak we mnie wpatrujesz?
Górski jakby ocknął się z głębokiego snu.
- Nic, nic - zaśmiał się cicho - tak tylko... tak sobie, nie
wiem, czemu miałem chwilę, kiedy mi się zdawało, że jestem w stanie
człowieka przeniknąć... bo, bo ja tak dawno z tobą przestaję,
jedyny jesteś, którego do mieszkania mego wpuszczam, wszystkie moje
majaczenia przy tobie wyplatam, a właściwie cię nie znam...
Wstał, zapalił papierosa, przeszedł się kilka razy po pokoju
i znowu przystanął.
- No, nie bądź tak zachmurzony. Ja wiem, a raczej pragnę
wiedzieć, żeś ty jest moim przyjacielem. Czujesz się urażonym, żem
nieufnie na ciebie spojrzał, hi, hi... bracie drogi, poza siebie
nie wyleziesz - ja cię znam takim, jakim cię w moim mózgu widzę - a
jakiś ty poza mną? Nie rozumiesz, że jestem tego trochę ciekawy?
- Oczywiście.
- Czasami zdaje mi się, że cię znam, że się już dobrałem do
rdzenia. Wiesz, że ja już niezadługo rozpocznę wędrówkę przez
jelita robaków, chciałbym więc jeszcze przed końcem porozwiązywać
rozmaite zagadki.
Wstał i poklepał Bieleckiego po ramieniu.
- Aleś ty mi przestał być zagadką.
- Chwała Bogu.
Górski szyderczo się uśmiechnął.
- Jesteś bardzo inteligentny, masz cięte, ostre pióro i styl
doskonały, to, że tworzyć nie możesz, to głupstwo - są inni, którzy
tworzą, a pisać nie umieją, to znowu inna rzecz... więc słuchaj -
tu leżą całe stosy papierów - patrz, patrz - całe góry papierów się
tam piętrzą, bogactwo całe - kopalnia - hi, hi! - braciszku, a co?
To nawet bez testamentu możnaby zabrać, uporządkować, rozlewność
uplastycznić, spopularyzować zawiłości, ciemność i laurowość
uprzystępnić, a co? a co?
- Jesteś chory, kochany Jerzy, i bredzisz. To wszystkie
razem funta kłaków nie warte.
- Nie warte, mówisz? Wierzę ci, wierzę, boś ty wielki krytyk
i znawca, nieskończenie ci jestem wdzięczny, żeś tak dzień po dniu
zabijał wiarę we mnie, żeś moje myśli ze szczytów ściągał w błoto,
żeś tak systematycznie i z tak doskonałym rezultatem ośmieszał to,
co było dla mnie najszczytniejszem, żeś osłabiał i niweczył każde
naprężenie mej twórczej woli, żeś łotrowsko i zbrodniczo podcinał
rusztowanie, którem stawiał dla budowy mej duszy, aż się zwaliło i
ja sam runąłem, pogrzebany gruzem...
Górski umilkł, twarz jego spopielała, na usta wybiegła piana
wściekłości.
Bielecki patrzył na niego z lodowatym spokojem.
- To wszystko ja miałem zrobić? Taką mi ogromną siłę
przypisujesz, że ja, biedny robak, złośliwy czerw zaledwie, mógłbym
stoczyć dąb - olbrzyma, jakim ty jesteś? Chyba żartujesz?
Górski opanował się nagle i cicho się uśmiechnął.
- Jesteś gładki, jak wąż, i takim cię lubię. Nawet twą
grubą, niewybredną i wcale niewyszukaną ironię lubię... Bardzo
nawet lubię. I wybacz mi - całkiem a całkiem się na tobie
pomyliłem. Mnie się zdawało w przystępie takiej prostej, chorej
megalomanii, że to wszystko, com przez tyle nocy nasmarował,
mogłoby się komuś na coś zdać - naprzykład tobie - pogardzam tem,
szkoda... a może i nie, tyś mądry, ty o całe niebo wyżej ode mnie
stoisz, chociaż nie tworzysz i tworzyć nie możesz. Ciekaw jestem,
jakbyś w jakiejś powieści opisał stół albo krzesło, rozumiesz taki
stół, na którym przed chwilą ktoś bezsenną noc przepędził, ot np.
taki Mickiewicz, który na nim pisał swoje improwizacye, albo takie
krzesło, na którem siedział mężczyzna, a potem na niem usiadła
dziewczynka, która tego pana kochała i uczuła się zapłodnioną...
Barbey d'Aurevilly piękną rzecz o tem napisał... Wcale się śmiać
nie powinieneś, to są rzeczy twórcze - tegobyś zrobić nie umiał.
- Radzę ci, byś się do łóżka położył, boś chory i majaczysz.
- A tak, tak, rzeczywiście masz słuszność, tyś dobry i
kochany, jedyny mój przyjaciel... Nie chcesz wierzyć? Zapytaj się
stróżki, czy ktokolwiek, prócz ciebie, przestąpił od dwu lat próg
mego pokoju, idź, zapytaj się... I, gdybyś ty wiedział, jak ja ci
jestem wdzięczny za to, że tak nade mną czuwasz - och! jak ty
czuwasz...
Górski położył się na łóżku; zaległo długie milczenie -
nagle zerwał się.
- Po co i na co ty tak nade mną czuwasz? Rozumiem, że nad
chorym, a bardzo bogatym wujaszkiem ubodzy krewni na palcach chodzą
i z zapartym oddechem śledzą na jego twarzy najmniejszą zmianę na
gorsze - oczywiście na gorsze... i głęboko współczuję z czułym
małżonkiem, który niecierpliwie na zegar patrzy, kiedy jego
ukochana, na rękach noszona małżonka na wieki oczy zamknie...
Lekarz powiedział, że za godzinę się wszystko skończy, a tu już
trzy minęły i ani rusz. Co za twarde życie, psiakrew! Ale ty, ty,
taki bezinteresowny, taki pokorny i ubożuchny w duchu - ty, który
nawet moją puścizną, tu wszędzie naokół rozsianą, pogardzasz... Ha,
ha! teraz już się nie uśmiechasz, teraz udajesz, że nic nie
słyszysz z tego, co mówię - nie warto zresztą, nie warto - to
wszystko chore brednie...
- Może cię męczę? - przemówił po chwili Górski z jakąś
pokorną tkliwością.
- Bynajmniej, miałem dosyć czasu przyzwyczaić się do twego
niepoczytalnego gadania.
- Niepoczytalne gadanie?
- No oczywiście... Nie pierwszy raz to słyszę i nie pierwszy
ty, który na tę manię chorujesz. Znałem raz malarza, który mnie z
swej pracowni wyrzucił, bo mu się zdawało, że ja chcę podchwycić
tajemnice jego sposobu malowania, a ja przecież malarzem nie
jestem...
- Ciekawe, ciekawe... i wyrzucił cię?
- Ordynarniej, niż ty nawet.
- To bardzo ciekawe... Pewnie, jako malarz, nic nie był
wart?
- Zaledwie był dyletantem...
- No widzisz, to tak, jak ja - całkiem, jak ja... Grafomanem
jestem, na szczęście takim bez wszelkiej ambicyi, bez pragnień
zostania drukowanym - zerwał się nagle, przymrużył oczy i szepnął
złośliwie:
- A mimo wszystko robię cię jedynym moim spadkobiercą, te
wszystkie papiery możesz sprzedać na funty, a może coś będziesz
mógł zużyć, w każdym razie... Ha, ha, nie zauważyłem, że masz nowy
garnitur na sobie i śnieżno białą bieliznę, tylko ci jeszcze
monokla brak, a będziesz wyglądał, jak najsilniejsza podpora naszej
literatury.
Bielecki wstał.
- Słuchaj Górski - gdybym nie był tak do ciebie przywiązany,
jak jestem, dawnobym już stąd wyszedł. Twoje papiery dyablo mało
mnie obchodzą. W tym całym chaosie sam geniusz nie mógłby się
połapać. Żadnych ambicyi pisarskich nie mam, nie chcę być ani
jednym z "naszych", ani jednym z "wielkich". Jeżeli, jak powiadasz,
zabijałem w tobie wiarę w twój talent, to czyniłem to, by cię
bronić przed śmiesznością, a teraz daj mi spokój; rozumiesz?
Górski patrzył nań chwilę. Cały wydawał się niezmiernie
zadziwiony.
- Ale czemuż ty się srożysz, jedyny mój dobroczyńco? Ty nie
wiesz sam, ile ja ci zawdzięczam, nie rozumiesz, jak ci jestem
zobowiązany, żeś mnie bronił przed śmiesznością. Był czas, kiedym
się rzeczywiście chciał ośmieszać, a tyś nie dopuścił do tego... Ty
jesteś silny, mocny, masz władzę i mir: jak ty komuś drogę groźbą
ośmieszenia się zagrodzisz, to jakby waryatowi przed nosem
niebosiężny mur wystawić, by na ulicę nie wyleciał...
Górski nagle opadł i ziewał.
- Słuchaj, o czem innem pogadamy. Wymłóciliśmy głupie plewy,
wróćmy do rzeczy realnych. Przyrzekłeś mi się o strychninę
wystarać, zrozumiałeś głęboko, że niema sensu pozwolić płucom
najniepotrzebniej w świecie gnić aż do skutku.
Bielecki spojrzał na niego zimno i bystro.
- Strychninę mam zawsze przy sobie na wszelki wypadek, ale
po co i na co tobie strychnina?
Górski siadł na łóżku i patrzył na niego rozwartemi,
gorączkowemi oczyma.
- Masz strychninę, masz?
- Mam!
- Daj mi!
- Po co? Wy, suchotnicy, czepiacie się życia, jakbyście je
nadewszystko kochali.
Górski jakby nie słyszał, co Bielecki mówi.
- Daj mi, błagam cię, daj mi odrobinę.
Bielecki zamyślił się.
- Dlaczegobym ci nie miał dać? Chociażby dla twego
uspokojenia, dla zadowolenia twej ambicyi, że w każdej chwili
możesz być panem swego życia i śmierci. To też pewnego rodzaju
satysfakcya.
Wyjął epruwetkę z kieszeni, napełnioną popielatawym
proszkiem, z drugiej kieszonki od kamizelki wydobył próżną
epruwetkę, przesypał z jednej do drugiej trochę proszku, zakorkował
i podał Górskiemu.
- To starczy, by pół miasta wytruć.
Górski nie posiadał się z radości.
- Dobrodzieju mój, jedyny dobroczyńco, jak ci dziękować?!
- Nie błaznuj.
- Nie, nie, nie błaznuję, jestem ci wdzięczny, ponad wszelką
miarę wdzięczny. Patrz na moją chusteczkę - krew, krew bez końca...
Tobie się zdaje, że w ten marny, ohydny sposób chce mi się
umierać...
- A więc możesz teraz umrzeć z pięknym giestem, teraz w
każdej chwili możesz swem życiem rozporządzać. Pomyśl tylko, co to
za wspaniała rzecz, móc sobie powiedzieć: teraz ja jestem panem nad
sobą, a nie niewolnikiem jakiegoś głupiego choróbska.
- Och, jak pięknie, jak przedziwnie to powiedziałeś...
Górski zdawał się to mówić w jakiejś nieziemskiej ekstazie.
- Czem ja ci się odwdzięczę? Dobroczyńco mój, czem?
Wszystkie papiery ci pozostawię, całą tę górę papierów...
- Spal je do jasnego pioruna, zanim zdechniesz, nie
kompromituj się po śmierci.
Górski wyłupił z komicznym grymasem oczy na Bieleckiego.
- Spalić, bój się Boga, ale tam są skarby. To ci się może
przydać, tyś bystry i inteligentny, tyś poprostu genialny z twoim
olbrzymim krytycyzmem, twoją jasnością...
- Spal, powiadam ci raz jeszcze!
Górski zerwał się z łóżka, stanął na środku pokoju.
- Co za kapitalna myśl! Sam nawet nie przeczuwasz, jak
wspaniały pomysł mi nasunąłeś... Po co ja mam to sam spalić? Spal
ty mnie razem z tem wszystkiem... Co tak na mnie dziwnie patrzysz?
Myślisz, żem zwaryował - niech Bóg broni... Widzisz, ja zawsze coś
wielkiego, coś niezwykłego w tobie upatrywałem - teraz możesz
istotnie dokonać czegoś, coby ci poczesne miejsce między ludźmi
wielkich, rzeczywiście wielkich czynów zapewnić mogło...
Podszedł ku niemu i mówił z cichym chichotem.
- Domek, w którym mieszkam, znajduje się w podwórzu -
prawda? - Na dole stajnia i szopa siana, a nad nią pięterko, które
ja zamieszkuję - prawda? No, no - nie przerywaj mi, dopóki mnie nie
wysłuchasz, bo mam rzeczywiście wspaniały pomysł - a ty, ty jeden
mógłbyś go wykonać... Aha! na strychu tuż nade mną beczki
smarowidła do wozów, dziegieć prawdopodobnie i tym podobne łatwo
zapalne rzeczy... Nie bądź tak niecierpliwy, poczekaj chwilę,
zauważyłeś chyba, że wschody do mego mieszkania odgrodzone są od
szopy ścianą z sosnowych desek... a w tych deskach są sęki -
okrąglutkie sęki - podczas upałów wyciekała z nich żywica - trzeba
tylko gwoździem podważyć, i bez trudu możesz taki sęk lub sęczek
wybić... I słuchaj, mój dobroczyńco - jedyny mój przyjacielu - na
cóż mi strychnina? - tysiąc kroć razy wspanialszy giest, gdy mnie
razem z temi śmieciami spalisz...
Siadł na krawędzi stołu, przegiął się ku Bieleckiemu i mówił
z natarczywem podnieceniem:
- Rozumiesz - wyjmiesz sęk - caluteńka szopa sianem
zapełniona - siano suchuteńkie - wyjmiesz zapałkę, woskową
oczywiście, by przypadkowo nie zgasła - możesz użyć gałganka
przepojonego spirytusem, włożysz przez dziurkę, zapalisz - i w
jednym momencie cała ta rudera stanie w płomieniach... A co?
Żadnego ratunku - najmniejszego - nawet nikt nie zdąży pomyśleć, by
ratować, zanim straż pożarna nadjedzie, już po wszystkiem.
Ach, jaka głupia twoja strychnina, a jak iście wspaniały
pogrzeb mógłbyś mnie wraz z mojem śmieciem, którem tak pogardzasz,
wyprawić. Romantyczną śmiesznostką spalenie przez Byrona trupa
Shelleya. Ale ty, ty, demonizmem i zbrodniczością wszystkich ludzi
przewyższający, mógłbyś mnie żywcem spalić. Aha, uśmiecha ci się ta
myśl? nie? nie?
Bielecki się uśmiechnął, ale tylko usta jego wykrzywił
grymas, w oczach przyczaiło się wytężone rozważanie.
- Istotnie pomysł, godzien twej twórczej fantazyi, ale coby
mnie z tego przyszło? Nie zdążyłbym przez ulicę przejść...
- Mylisz się - przerwał namiętnie Górski - gospodarza, który
naprzeciw w tej kamienicy mieszka, niema przeważnie w domu,
lokatorzy na pierwszem i drugiem piętrze, to robotnicy, którzy się
kładą z kurami spać, a stajenny, który śpi przy koniach, obok tej
szopy z sianem, przeważnie siedzi w knajpie do późna w nocy;
zaczemby ogień spostrzeżono, ty możesz już być na drugim końcu
miasta...
Bielecki wstał zwolna.
- Dosyć tych bredni, mój kochany Jerzy, teraz muszę iść...
Górski zagrodził mu drogę.
- Dlaczego mnie chcesz opuszczać?... ale masz słuszność.
Mogłeś się na mnie obrazić... Och, jaki ja roztargniony i
niepoczytalny! Jak ja mogłem ci radzić, byś razem ze mną i moje
papiery popalił! Więc słuchaj, weź to wszystko sobie, albo ja ci
prześlę przez posłańca, no a potem dopiero...
Bielecki cały sponsowiał. Stanął groźnie naprzeciw
Górskiego, dyszał z wściekłości:
- Gdyby nie wzgląd na to, że jesteś chory, tobym się teraz
inaczej z tobą rozprawił.
Górski wybuchnął teraz niepowstrzymanym, złym śmiechem,
zakrztusił się nim i zakaszlał ciężko, potoczył się, a nagle
wyprężył się groźny i straszny.
- Przecz, nędzny komedyancie! Precz!
Bielecki zatrząsł się i zbladł.
Górski ochłonął.
- A, a... przestraszyłem cię. Wybacz... Tak, to wszystko
były głupie pomysły, obłąkane podrygi chorego mózgu... Nie, nie!
nie lękaj się, staw się jutro rano, tak! rychłym rankiem, a to
wszystko, rozumiesz? - syczał tajemniczym szeptem - to wszystko
będzie twoje, twoje... Będziesz niezadługo sławnym, bardzo sławnym
człowiekiem. Ja cię tak nienawidzę, że chcę cię sławnym zrobić. A
teraz precz, nieczysty człecze, precz!
Wyciągnął groźnie rękę w stronę ku drzwiom.
Bielecki się odwrócił i bez słowa wyszedł z pokoju.