Mocno Śpij - J.H. Markert

Kup ebooka

49.99 zł
41.72 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 7

Danny przy­je­chał na miej­sce pierw­szy.

Był trzy kilo­me­try od Lolo, kiedy Tess zadzwo­niła, spa­ni­ko­wana. Gdy już zabez­pie­czył domek, skon­tak­to­wał się z Elizą i popro­sił, żeby zadzwo­niła do Tess i spró­bo­wała ją prze­ko­nać, by trzy­mała się z daleka, ale ona nie chciała o tym sły­szeć.

- Już pra­wie tam jestem, Danny. I wejdę do środka.

Tess roz­łą­czyła się, zapar­ko­wała i pobie­gła w stronę domku pra­wie czter­dzie­ści metrów przez las. Eliza zadzwo­niła ponow­nie, ale włą­czyła się poczta gło­sowa. Człon­ko­wie ekipy odgra­dzali miej­sce żółtą taśmą, inni robili zdję­cia wewnątrz i na zewnątrz. Fur­go­netka CSI była zapar­ko­wana obok sterty drewna na opał, a dwóch funk­cjo­na­riu­szy prze­szu­ki­wało błot­ni­ste poszy­cie lasu, uży­wa­jąc lata­rek; tech­nik pobie­rał odci­ski śla­dów odda­la­ją­cych się od ganku.

Danny zszedł po scho­dach z dyk­ta­fo­nem przy ustach. Kiedy ją zauwa­żył, scho­wał dyk­ta­fon do kie­szeni i ją objął.

Łzy napły­nęły jej do oczu.

- Jest bar­dzo źle?

- Źle, Tess. Nie powinno cię tu być.

Zaj­rzała do domku, drzwi były otwarte. Jeden z funk­cjo­na­riu­szy wyszedł z pla­sti­kową torbą w ręku. Dwóch kolej­nych podą­żało za śla­dami opon na tyłach domu.

- Ich jeep, Danny - powie­działa. - Przy­je­chali nim tutaj. Nie ma go. Musiał nim uciec.

- Tess.

- To jeep grand che­ro­kee rocz­nik dwa tysiące dzie­więć, jasno­czer­wony. Miał rysę na drzwiach kie­rowcy. Numer reje­stra­cyjny to, cho­lera, nie pamię­tam, to...

- Tess, mamy wszystko. Już go szu­kamy.

Tess rozej­rzała się. Nie było wybi­tych szyb.

- Jacyś podej­rzani? Świad­ko­wie?

- Jesz­cze nie, ale zosta­wił wszę­dzie odci­ski pal­ców. I narzę­dzie zbrodni.

Zała­mała się, sły­sząc słowo "zbrod­nia". Pró­bo­wał ją pocie­szyć, ale odsu­nęła się na bok, ocie­ra­jąc łzy z policz­ków.

- Wcho­dzę tam.

Danny zła­pał ją za ramię, ale zbyt słabo, więc się uwol­niła. Wcią­gnęła powie­trze i sze­roko otwo­rzyła oczy, przy­go­to­wu­jąc się.

- On jest dumny z tego, co zro­bił, Danny. Zosta­wił dowody. Zadzwo­nił do mnie. Mówił przez tele­fon w taki spo­sób, jakby mnie znał.

Danny poszedł za nią.

- Tess, nie powin­naś. Mówię ci... Jest źle.

Tess zoba­czyła krew, gdy tylko weszła do domku, i po jej śla­dach dotarła do ojca. Sie­dział przy­wią­zany do buja­nego fotela, z twa­rzą zwró­coną do ściany. Głowa mu opa­dła, broda na piersi. Z tą bladą twa­rzą nie wyglą­dał jak on. To ja, kocha­nie. Kochany stary tatuś. Jego powieki były zamknięte i poma­zane zaschniętą czarną farbą, dwa ciemne kręgi nad pagór­kami oczu.

Widzą teraz ciem­ność.

Prze­łknęła ślinę, by poko­nać ucisk w gar­dle, a potem zoba­czyła ślad po śmier­tel­nym cio­sie w tylną prawą część jego głowy - włosy zle­pione zakrze­płą krwią z kawał­kami kości. Dosłow­nie wbito mu mózg głę­biej do środka. Na pod­ło­dze obok krze­sła leżał mło­tek - praw­do­po­dob­nie narzę­dzie zbrodni. Kredą zazna­czono czę­ści drew­nia­nej pod­łogi, po któ­rych mogli cho­dzić bez obawy, że znisz­czą ślady na miej­scu zbrodni. Mło­tek rów­nież był ozna­czony, włosy przy­kle­jone krwią do jego obu­cha.

Na ścia­nie przed twa­rzą ojca, na wyso­ko­ści jego oczu, wisiał przy­bity kuchen­nym nożem arty­kuł z gazety.

Nagłó­wek brzmiał: OJCIEC CISZA STRA­CONY!

Więc motyw był oso­bi­sty. Mor­der­stwo z zemsty.

Tess szła wzdłuż kre­do­wej ścieżki. Za pomocą spreju dak­ty­lo­sko­pij­nego ujaw­niono nie­bie­skie odci­ski pal­ców na pod­ło­dze wokół młotka i na ścia­nie ota­cza­ją­cej arty­kuł.

Szef poli­cji Ander­son Givens, ubrany w gar­ni­tur i kra­wat luźno zwi­sa­jący spod koł­nie­rzyka, wyszedł z pokoju na tyłach.

- O Jezu Chry­ste, Danny - powie­dział i prze­su­nął dło­nią po swo­ich krót­kich, szpa­ko­wa­tych wło­sach. - Mówi­łem, żebyś ją zatrzy­mał przy drzwiach.

Danny uniósł ręce, jakby chciał zapy­tać: Niby jak mia­łem to zro­bić?

- Musiałby dys­po­no­wać armią, sze­fie - powie­działa Tess.

Givens był sen­sow­nym gościem, któ­rego zawsze sza­no­wała, jed­nym z nie­wielu w wydziale, który ni­gdy jej nie pod­ry­wał. Chyba wie­dział, że tym razem nie ma co liczyć na jej posłu­szeń­stwo. Kilka minut po tele­fo­nie wydał roz­kaz dwóm swoim ludziom, żeby zatrzy­mali ją na komen­dzie, ale łatwo sobie z nimi pora­dziła: Stan­ley­owi zagro­ziła, że powie jego żonie o roman­sie z jedną z nar­ko­ma­nek, którą ura­to­wał trzy mie­siące wcze­śniej, nato­miast Butch otrzy­mał groźbę, że kop­nie go w jaja.

Więc teraz była w samym środku wyda­rzeń.

Givens wes­tchnął.

- Tak mi przy­kro.

Zigno­ro­wała go. Tech­niczka pokryła pas pod­łogi czar­nym prosz­kiem i prze­su­wała pędzel­kiem po drew­nie, przy­kle­ja­jąc pro­szek do śla­dów potu i tłusz­czów pozo­sta­wio­nych przez linie papi­larne. Następ­nie przy­ło­żyła prze­zro­czy­stą folię dak­ty­lo­sko­pijną, wygła­dziła, usu­wa­jąc pęche­rzyki powie­trza, po czym prze­nio­sła odcisk na błysz­czącą powierzch­nię spe­cjal­nej pod­kładki. Następ­nie umie­ściła tę lustrzaną kopię w sto­sow­nej prze­gródce swo­jego zestawu.

- Ide­alna odbitka - powie­działa Tess.

- Mamy ich mnó­stwo zewsząd - stwier­dził Danny.

- Doszło do sza­mo­ta­niny - dodał Givens. - Zna­leź­li­śmy tkankę pod paznok­ciami two­jego ojca i kilka krót­kich ciem­nych wło­sów. Mógł go zadra­pać pod­czas walki.

Bo jest wojow­ni­kiem. Zawsze był...

Zatrzy­mała się gwał­tow­nie. Jej matka leżała na pod­ło­dze w kuchni, naga, nie licząc ręcz­nika owi­nię­tego wokół pra­wego kolana. Jej ciało obry­so­wano kredą. Tess zasło­niła usta, gdy zoba­czyła twarz matki. Miała zamknięte oczy i tak jak u ojca pokry­wały je dwie okrą­głe plamy czar­nej farby, wyglą­da­jące jak dwie ciemne stud­nie. Z tyłu na pra­wym ramie­niu była nabrzmiała czer­wona rana, praw­do­po­dob­nie po ude­rze­niu młot­kiem.

Danny wyja­śnił:

- Ten i dwa w głowę.

- Jeden, żeby ją spo­wol­nić. Jeden, żeby ją powa­lić. Jeden, żeby ją wykoń­czyć - uści­śliła Tess. Na lewym udzie matki znaj­do­wała się plama krwi w kształ­cie banana. - Jezu. Powiedz mi, że nie została...

- Nie została zgwał­cona, Tess. Nie ma śla­dów gwałtu.

Tess się odwró­ciła. Może by ktoś ją czymś przy­krył. Kocem, prze­ście­ra­dłem, ręcz­ni­kiem, czym­kol­wiek. Ale nie powie­działa tego na głos. Ciało jej matki było dla nich dowo­dem rze­czo­wym.

- Wanna jest pełna wody.

- To musiało się stać wkrótce po tym, jak zadzwo­ni­łam wczo­raj wie­czo­rem. Musiała usły­szeć, jak tata wal­czy.

- Znaj­dziemy jeepa, Tess. - Danny prze­lot­nie dotknął jej ramie­nia. - Wyślemy te odci­ski do labo­ra­to­rium tak szybko, jak to moż­liwe.

- Musimy go zna­leźć, zanim zrobi to ponow­nie - powie­działa i obrzu­ciła wzro­kiem pomiesz­cze­nie. - Zosta­wił swój znak. Farba na oczach. Ma zamiar znów to zro­bić.

- Chodź - powie­dział Givens. - Musimy cię stąd zabrać.

Kiw­nęła głową, zga­dza­jąc się w mil­cze­niu. Ponow­nie spoj­rzała na bujany fotel. Port­fel leżał na pod­ło­dze obok plamy krwi. Uklę­kła.

- Port­fel mojego ojca.

- Spraw­dzi­li­śmy go - powie­dział Givens. - Na nim też są jego odci­ski pal­ców.

Pod­nio­sła wzrok.

- Daj mi ręka­wiczki.

- Tess... - zaczął Givens.

Danny uniósł rękę, pro­sząc szefa, żeby odpu­ścił.

Tess nacią­gnęła cienki lateks na roze­dr­gane dło­nie, z zestawu labo­ra­to­ryj­nego wyjęła pęsetę. Prze­szu­kała prze­gródkę na pie­nią­dze, ostroż­nie odcią­ga­jąc skó­rzane fałdy pęsetą. Nie wie­działa, ile ojciec miał w port­felu, ale z faktu, że zna­la­zła bank­noty, a karty kre­dy­towe też były na miej­scu, wywnio­sko­wała, że sprawca nie zabrał żad­nych pie­nię­dzy. Następ­nie przej­rzała zdję­cia, które ojciec miał w port­felu. Upie­rał się, żeby nosić papie­rowe zdję­cia. Tess prze­glą­dała je kilka tygo­dni temu, kiedy ona i Julia żar­to­wały z niego, poka­zu­jąc mu tech­no­lo­gię smart­fo­nów. Każde zdję­cie w jego port­felu miało wła­sną prze­zro­czy­stą pla­sti­kową osłonkę. Zatrzy­mała się przy siód­mej osłonce. Była pusta. Bra­ko­wało zdję­cia. Ósma, dzie­wiąta i dzie­siąta osłonka zawie­rały foto­gra­fie. Zaczęła od nowa, ręce trzę­sły się jej tak bar­dzo, że z tru­dem trzy­mała port­fel. Upu­ściła go, gdy ponow­nie dotarła do siód­mej osłonki.

- Nie! O mój Boże, nie. Jej zdję­cie znik­nęło.

- Czyje?

- Julii.

Wstała, zła­pała się za głowę obiema rękami, mru­cząc pod nosem:

- Zdję­cie szkolne. Na odwro­cie było jej imię. Jej klasa. Jej szkoła.

Rzu­ciła się sprin­tem w stronę drzwi.

Rozdział 8

Tess zaha­mo­wała z pośli­zgiem na mokrym chod­niku, zatrzy­mu­jąc się kilka cali od sto­jaka na rowery przed głów­nym wej­ściem do szkoły pod­sta­wo­wej imie­nia Świę­tego Toma­sza More'a.

Moi rodzice nie żyją - napi­sała wcze­śniej do Justina w biegu, zanim dotarła do samo­chodu. - Julia może być w nie­bez­pie­czeń­stwie. Jedź do szkoły.

Pobie­gła do wej­ścia. Drzwi były zamknięte. Zaczęła w nie walić, zoba­czyła dzwo­nek, naci­snęła i przy­trzy­mała. W końcu drzwi się odblo­ko­wały. Funk­cjo­na­riusz Stan­ley popro­wa­dził ją kory­ta­rzem.

- Gabi­net dyrek­torki, pierw­sze drzwi po lewej - powie­dział.

Tess skrę­ciła za róg do gabi­netu pani Young. Była tam już wcze­śniej, dzie­sięć mie­sięcy temu, z Justi­nem, kiedy dyrek­torka Tama­tha Young poin­for­mo­wała ich, że Julia jest ponad­prze­cięt­nie uzdol­niona i jeśli cho­dzi o naukę, prze­ra­sta resztę klasy o głowę. Ucze­nie się przycho­dziło jej łatwo, a cza­sami Julia osten­ta­cyj­nie demon­stro­wała, że się nudzi. Wtedy Tess była dumna; teraz była roz­trzę­siona, wście­kła do tego stop­nia, że zbie­rało jej się na wymioty. Wpa­dła do środka, a pani Young pod­nio­sła wzrok znad biurka, stra­piona.

Justin sie­dział na krze­śle przy rogu biurka, z twa­rzą w dło­niach.

- Gdzie ona jest?

Pani Young prze­łknęła ślinę.

- Dzi­siaj rano odno­to­wano jej nie­obec­ność na apelu.

- Nie opu­ściła ani jed­nego dnia - powie­działa Tess. - Ni­gdy nie opu­ściła ani jed­nego dnia szkoły.

Dyrek­torka wyglą­dała na przy­bitą.

- Otrzy­ma­łam listę obec­no­ści zaraz po roz­po­czę­ciu zajęć. Zadzwo­ni­łam do pań­stwa do domu, ale nikt nie ode­brał. Pró­bo­wa­łam na pań­ski tele­fon komór­kowy, ale włą­czyła się poczta gło­sowa.

Justin dotknął czoła.

- Byłem na zebra­niu wydziału.

- Nie byli­śmy zanie­po­ko­jeni, dopóki nie zadzwo­niła do nas poli­cja. Bar­dzo mi przy­kro.

Tess ode­rwała wzrok od pod­łogi i spoj­rzała na dyrek­torkę.

- To nie pani wina.

Justin zwró­cił się do Tess drżą­cym gło­sem:

- Nie zawio­złaś jej?

- Zawio­złam.

- To co się stało?

- Nie wiem.

- Widzia­łaś, jak wcho­dziła do budynku? Tess?

Tess mil­czała przez chwilę, pokrę­ciła głową.

- Wysa­dzi­łam ją w korku przed szkołą.

- Co?

- Szła z grupą innych dzieci - Tess pod­nio­sła głos.

- Pozna­ła­byś te inne dzieci? - zapy­tał Justin, po czym zwró­cił się do dyrek­torki: - Ma pani tu rocz­niki, książki pamiąt­kowe klas?

- Już zabie­ramy te dzieci z zajęć - powie­działa pani Young. - Te, które dotąd prze­py­ta­li­śmy, nawet nie zauwa­żyły Julii idą­cej za nimi.

- Jasna cho­lera - powie­dział Justin, ponow­nie cho­wa­jąc twarz w dło­niach.

Ktoś zapu­kał do drzwi. Pan Jen­kins, nauczy­ciel trze­ciej klasy, do któ­rej cho­dziła Julia, wszedł z małą rudo­włosą dziew­czynką z tej samej klasy. Przy­ja­ciółką Julii. Miała na imię Mag­gie, ale Tess wie­działa, że wszy­scy nazy­wają ją "Piegi". Jej duże brą­zowe oczy błą­dziły po gabi­ne­cie. Pan Jen­kins podał Tess różowy ple­cak Julii.

- Zna­la­złem to z tyłu klasy, leżał oparty o ścianę.

Tess wybuch­nęła pła­czem, przy­ci­ska­jąc ple­cak do piersi.

Justin zaci­snął dłoń w pięść, jakby chciał wypro­wa­dzić cios w powie­trze, ale zamiast tego przy­ci­snął ją do ust.

- Kiedy pan to zna­lazł?

- Kilka minut temu, panie Cla­iborne - odrzekł Jen­kins i poło­żył dłoń na ramie­niu małej dziew­czynki. - Mag­gie powie­działa, że przy­nio­sła torbę do szkoły dla Julii.

Tess uklęk­nęła przed dziew­czynką.

- Mag­gie, roz­ma­wia­łaś z Julią dziś rano?

Mag­gie pokrę­ciła głową.

- Nie.

- To skąd wzię­łaś jej torbę na książki? - zapy­tał Justin.

- Popro­sił mnie, żebym ją wzięła.

- Kto? - zapy­tał Justin, pod­czas gdy Tess prze­szu­ki­wała ple­cak.

- Pan w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych.

Justin uklęk­nął obok Tess i chwy­cił Mag­gie za ramiona.

- Popro­sił cię, żebyś zanio­sła do szkoły ple­cak z książ­kami?

Ski­nęła głową, prze­stra­szona.

- I poło­żyła go przy ścia­nie. Powie­dział, że jest jej wuj­kiem.

Tess widziała, że Justin wal­czy, żeby nad sobą zapa­no­wać. Ani on, ani Tess nie mieli rodzeń­stwa. Julia nie miała wujka, poza Dan­nym, przy­szy­wa­nym wuj­kiem. Justin zamknął oczy, a następ­nie je otwo­rzył.

- I gdzie potem poszli?

- Na par­king. Powie­dzieli, że zaraz wrócą. - Mag­gie się roz­pła­kała. - Gdzie jest Julia?

Tess obser­wo­wała ich wymianę zdań, jed­no­cze­śnie prze­szu­ku­jąc ple­cak, i zna­la­zła kartkę, która nie paso­wała do reszty rze­czy.

- Justin - powie­działa i podała mu odręcz­nie napi­saną notatkę, a Justin ją prze­czy­tał.

Tess, mam twoją córkę. Nie martw się, nic jej się nie sta­nie.

Wyrzu­tek

Dłoń Justina zwię­dła, kartka wyśli­zgnęła mu się z pal­ców. Tess szlo­chała. Justin pró­bo­wał ją pocie­szyć, kła­dąc jej dłoń na ramie­niu, deli­kat­nie je ści­snął.

- Znaj­dziemy ją.

Wyszła z gabi­netu jakby w sta­nie kata­to­nii.

Na kory­ta­rzu przy­spie­szyła do truchtu, a potem sprintu i wypa­dła przez drzwi na oświe­tlony słoń­cem par­king. Zgięła się wpół obok samo­chodu i pozwo­liła łzom pły­nąć. Kościół wzno­sił się po dru­giej stro­nie par­kingu, to tam ona i Justin pobrali się dzie­sięć lat temu.

On ma moją córkę. Moją dziew­czynkę.

Świa­do­mość tego ude­rzyła ją falą mdło­ści, więc przy­kuc­nęła na chod­niku, bio­rąc ze trzy głę­bo­kie wde­chy. Weź się w garść. Weź się w garść. Poczuła dłoń Justina na swoim ramie­niu, poczuła, że zaraz padną pyta­nia. Wstała, przy­tu­liła go, zanim zdą­żył zadać pierw­sze. Otarł jej twarz opusz­kami kciu­ków i oboje mru­gali, by powstrzy­mać łzy.

Trzy radio­wozy z piskiem opon wje­chały na par­king, wyły syreny, świa­tła rzu­cały nie­bie­skie i czer­wone refleksy na ceglano-kamienną fasadę kościoła. Mogliby dokład­niej prze­słu­chać "Piegi", ale Tess wąt­piła, by mała dziew­czynka miała im coś wię­cej do zaofe­ro­wa­nia. Pan w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych. To jest coś na począ­tek. Dziś rano padał deszcz. Męż­czy­zna w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych pod­czas desz­czu rzu­całby się w oczy.

- Tess.

Pod­nio­sła wzrok i zoba­czyła Danny'ego spie­szą­cego w ich stronę z jed­nego z radio­wo­zów, które wła­śnie przy­je­chały. Wska­zał głową w stronę kościoła.

- Ksiądz Beacon wła­śnie zgło­sił kra­dzież samo­chodu.

A potem wszy­scy zoba­czyli inny pojazd zapar­ko­wany po dru­giej stro­nie para­fial­nej pose­sji, wzdłuż ogro­dze­nia. Skur­wy­syn. Prze­cze­sali całe mia­sto w poszu­ki­wa­niu jeepa jej ojca, a on stał tuż pod ich nosem. Porzu­cony.

Tess wycią­gnęła swoją dzie­wiątkę i ruszyła przez par­king, a Justin za nią.

- Zostań z tyłu - pole­ciła mu.

Justin nie posłu­chał. Pobiegł w stronę czer­wo­nego jeepa che­ro­kee, wie­dząc, że każda zmar­no­wana sekunda to kolejny gwóźdź do trumny.

Jeśli to pułapka, niech sobie będzie.

Mam twoją córkę. Nie martw się, nic jej się nie sta­nie.

Tess dep­tała mu po pię­tach.

Jeep był pusty.

Justin ude­rzył otwartą dło­nią w szybę i krzyk­nął.

Tess nagle zakrę­ciło się w gło­wie, poczuła, jakby była osobą postronną, obser­wu­jącą roz­gry­wa­jący się hor­ror, i usły­szała, jak sama krzy­czy, żeby niczego nie doty­kać, bo odci­ski pal­ców i dowody. Bicie serca w jej uszach. Jej umysł znów się sku­pił. Spoj­rzała przez szybę w drzwiach kie­rowcy, a następ­nie zro­biła krok w prawo, w stronę tyl­nych sie­dzeń. Na środ­ko­wym było zdję­cie z pola­ro­ida. Jedno z tych sta­ro­mod­nych zdjęć, które wysu­wały się z apa­ratu i koń­czyły się wywo­ły­wać, gdy się nimi potrzą­sało. Justin stał teraz za nią, patrząc jej przez ramię, gdy się­gała do wnę­trza jeepa, by wziąć foto­gra­fię.

Do dia­bła z zabez­pie­cza­niem dowo­dów.

Danny pospie­szył przez par­king w ich stronę, krzy­cząc coś o zagi­nio­nym samo­cho­dzie ojca Beacona, ale dla Tess to był tylko biały szum.

Zdję­cie z pola­ro­ida już wryło się w jej umysł, a Justin oglą­dał je razem z nią.

Pro­ste uję­cie zro­bione z przed­niego sie­dze­nia do tyłu - w kadrze nie jedno, ale dwójka dzieci, Julia i ciem­no­włosy chło­piec mniej wię­cej w tym samym wieku.

I oboje uśmie­chali się do obiek­tywu.

Przedtem

Chło­piec kolo­ro­wał tak zapal­czy­wie, że czarna kredka zła­mała mu się w dłoni na pół.

W przy­padku tego koloru to nie było nic nie­zwy­kłego.

Chło­piec pamię­tał, że ciem­ność wokół tych oczu była gęsta i tylko przy­ci­ska­jąc kredkę odpo­wied­nio mocno, można było odtwo­rzyć tak głę­boką, ciemną czerń.

Sie­dział na drew­nia­nej pod­ło­dze, się­gnął po kolejną czarną kredkę z pojem­nika sto­ją­cego obok i wró­cił do kolo­ro­wa­nia z furią i pośpie­chem - wła­śnie usły­szał, że matka idzie na górę.

Zro­bił coś złego i była wście­kła.

A kiedy była wście­kła, sta­wała się okrutna. Ale nie mógł sobie przy­po­mnieć, co zro­bił tym razem.

- Noah! - piskliwy głos matki zawo­łał go ze scho­dów za zamknię­tymi drzwiami sypialni. - Noah Nichols!

Z każ­dym jej kro­kiem jęczały stop­nie.

To spra­wiało, że z jego ser­cem działo się coś złego, było obrzmiałe i dud­niące.

Wyobra­ził sobie jej się­ga­jącą kolan baweł­nianą spód­nicę, grubą jak zasłona, sze­lesz­czącą przy każ­dym kroku, jej wiel­kie stopy upchnięte w cięż­kich butach.

Z całych sił doci­snął kredkę do papieru.

Musiało być ciem­niej.

Musiał to dobrze zro­bić.

Jej głos za drzwiami zbli­żał się coraz bar­dziej.

- Noah, idę do cie­bie. Ktoś tu był nie­grzecz­nym chłop­cem! Ktoś był nie­do­brzy­kiem!

Wyobra­ził sobie, jak schody zała­mują się pod jej cię­ża­rem, jak wpada do ciem­nej, zaku­rzo­nej dziury, spada do piw­nicy, w któ­rej spały wszyst­kie pająki, do piw­nicy z wężami i róż­nymi nędz­nymi kre­atu­rami, zapada się w ziemi z roba­kami, korze­niami i kośćmi dino­zau­rów. Wyobra­ził sobie, jak matka umiera tam na dole.

Roz­pa­da­jąc się w pył.

Na malut­kie dro­binki.

Kolo­ro­wał mocno, zła­mał kolejną czarną kredkę. Odrzu­cił ją na bok jak poprzed­nie, zado­wo­lony, że skoń­czył rysu­nek na czas. Skoń­czył wystar­cza­jąco.

- Noah! - Była tuż za drzwiami.

Co on takiego zro­bił?

Zdmuch­nął kred­kowy pył z rysunku, roz­sie­wa­jąc czarne okru­chy wśród dro­bi­nek kurzu, które uno­siły się w pro­mie­niach słońca wpa­da­ją­cego przez okno. Czarne resztki osia­dły na wybla­kłych deskach pod­łogi, mie­sza­jąc się z tymi w dzie­siąt­kach innych kolo­rów bar­wią­cymi drewno jak paleta farb. Tak sobie wyobra­żał tęczę, gdyby nagle roz­pa­dła się na miliardy maleń­kich kawał­ków.

Klamka zagrze­cho­tała.

- Noah, otwórz te drzwi, natych­miast! Natych­miast!

Nie powi­nien był zamy­kać drzwi. Przy­się­gła, że następ­nym razem, gdy je zamknie, ojciec weź­mie pasek, ten z grud­kami utwar­dzo­nego kleju w każ­dej z dziu­rek.

Ale chło­piec nie pamię­tał, żeby zamy­kał drzwi.

Spoj­rzał na kolo­rowy obra­zek w swo­ich dło­niach i prze­stra­szył się.

W pra­wym dol­nym rogu wid­niał pod­pis czer­woną kredką - Dean.

Klamka zatrzę­sła się, jakby zaraz miała odpaść.

- Chcesz do swo­jej arki, Noe? Wła­śnie tam chcesz tra­fić?

Sta­rał się nie patrzeć na drzwi szafy w kącie pokoju, małe jak dla hob­bita, teraz zbli­ża­jące się jak tunel.

Nad nimi sta­ran­nie nama­lo­wane słowa.

- Nie zamy­kaj mnie w arce - szep­nął do sie­bie.

Wstał i na mięk­kich kola­nach podrep­tał w stronę ściany, do któ­rej przy­kleił rysunki two­rzące już dość roz­le­głą płasz­czy­znę. Różne wer­sje oczu - były ich dzie­siątki - nary­so­wane po powro­cie z tego prze­ra­ża­ją­cego domu.

Drzwi sypialni zatrzę­sły się, a matka krzy­czała coś o powo­dzi i arce.

- NOAH!

Wziął kilka pine­zek z miseczki na pod­ło­dze i przy­piął nowy obra­zek obok innych, wiszą­cych tam jak gigan­tyczny kolaż, wszyst­kie pod­pi­sane imio­nami, któ­rych nie znał.

Zagi­nieni nasto­lat­ko­wie zna­le­zieni w Twi­sted Tree

Trwa­jące mie­siąc poszu­ki­wa­nia koń­czą się tra­ge­dią

Wczo­raj po połu­dniu, zaraz po godzi­nie 16.00, poszu­ki­wa­nia dwóch zagi­nio­nych nasto­lat­ków, Gri­shama Gra­hama i Jeremy'ego Sha­kesa, uczniów ostat­niej klasy szkoły śred­niej w Twi­sted Tree i gwiazd lokal­nej dru­żyny fut­bo­lo­wej, dobie­gły smut­nego i przy­gnę­bia­ją­cego końca. Po tym, gdy na scho­dach komi­sa­riatu poli­cji w Twi­sted Tree zosta­wiono ano­ni­mowy list, w któ­rym podano loka­li­za­cję zagi­nio­nych nasto­lat­ków, ciała obu chłop­ców zna­le­ziono zako­pane dwa­dzie­ścia jar­dów od opusz­czo­nej rezy­den­cji Craw­ley Man­sion, popu­lar­nego miej­sca spo­tkań nasto­lat­ków w Twi­sted Tree, rzut bere­tem od słyn­nych powy­krę­ca­nych drzew, które dały mia­stu nazwę. Obaj chłopcy zostali zna­le­zieni z podob­nymi ura­zami głowy powsta­łymi w wyniku cio­sów zada­nych tępym narzę­dziem, praw­do­po­dob­nie młot­kiem. Ciosy te oka­zały się śmier­telne. Pierw­sze donie­sie­nia o zagi­nię­ciu dwóch chłop­ców napły­nęły cztery tygo­dnie temu, w noc aresz­to­wa­nia Jeffa Prit­charda. Wła­dze badają obec­nie moż­liwy zwią­zek mię­dzy tymi dwiema spra­wami, ponie­waż Craw­ley Man­sion, ostat­nie miej­sce, w któ­rym widziano chłop­ców, znaj­duje się zale­d­wie nieco ponad kilo­metr przez las od "Domu Grozy" Prit­charda. Zarówno Gri­sham, jak i Jeremy mieli przed sobą obie­cu­jącą karierę...

Rozdział 1

Świa­tło na ganku było zapa­lone.

Za dzie­sięć dzie­wiąta, a jej córka czwar­to­kla­sistka wciąż jesz­cze nie spała - drobna syl­wetka dziew­czynki poja­wiła się w oknie salonu i znik­nęła, gdy tylko zatrzy­mali się przy kra­węż­niku. Cztery duże kro­ple desz­czu ude­rzyły w przed­nią szybę, a potem poja­wiła się rów­no­mierna, upo­rczywa mżawka.

Tess Cla­iborne zasty­gła na chwilę, zanim wysia­dła z nie­ozna­ko­wa­nego sedana swo­jego part­nera, który nie wyłą­czył sil­nika.

- Wszystko w porządku? - Danny Gomes bęb­nił kciu­kami o kie­row­nicę, co, jak dobrze wie­dział, dopro­wa­dzało Tess do szału. Nie dla­tego, że w ogóle to robił, ale dla­tego, że nie trzy­mał rytmu. Zero wyczu­cia tempa. Żad­nej wska­zówki, że cho­dzi o jakiś kon­kretny kawa­łek. A dla kogoś takiego jak Tess, kto uro­dził się z nie­usta­jącą potrzebą dotar­cia do sedna sprawy, jego bez­ładne bęb­nie­nie było jak dra­pa­nie paznok­ciami po tablicy. Ale aku­rat teraz nie miała prawa narze­kać. Aku­mu­la­tor w jej samocho­dzie się roz­ła­do­wał, nie miała czasu się z tym bawić, więc była wdzięczna za pod­wózkę.

- Tak, okej - odpo­wie­działa i znów spoj­rzała na teraz już puste okno. Szcze­rze mówiąc, nie była jesz­cze gotowa, by sta­nąć twa­rzą w twarz z wła­sną córką, i nie podo­bało jej się, jakie to żało­sne uczu­cie. Jeśli przed roz­sta­niem z Justi­nem były jesz­cze jakieś wąt­pli­wo­ści, to teraz się roz­wiały - ulu­biony rodzic wyko­pany na orbitę, a ona została sama z tym całym cha­osem.

Danny, jako naj­lep­szy przy­ja­ciel jej męża, siłą rze­czy trzy­mał stronę Justina. Tess spoj­rzała na Danny'ego.

Prze­stał bęb­nić.

Deszcz kaska­dami spły­wał po przed­niej szy­bie. Wygła­dziła białą bluzkę i nama­cała kaburę, w któ­rej trzy­mała swoją dzie­wiątkę.

- Włącz wycie­raczki. Pro­szę.

Włą­czył. Kaskady znik­nęły.

- Lepiej?

Przy­tak­nęła.

- Jutro roz­ma­wiam z praw­ni­kiem.

- Co? Tess, poważ­nie?

- Tak, Danny, poważ­nie. Masz z tym jakiś pro­blem?

- Nie, ale... Cho­lera, nie wiem. Może mam. To się chyba dzieje za szybko, wiesz? Co z tera­pią? Eliza dała ci ten numer, prawda?

- A co z nie­wtrą­ca­niem się w nie swoje sprawy?

Danny prze­su­nął się na sie­dze­niu, żeby zna­leźć się z nią twa­rzą w twarz. Miał na koszuli tro­chę pyłu z pra­żo­nej kuku­ry­dzy, którą się wcze­śniej raczył. Zabru­dze­nie znaj­do­wało się tuż nad brzu­chem, bo tam lubił wycie­rać ręce po zje­dze­niu cze­goś syp­kiego.

- A co z tym, że twoje sprawy są nasze, a nasze są twoje? Mówimy sobie wszystko? Czte­rech Jeźdź­ców i inne głu­poty?

- Tylko żar­to­wa­li­śmy - powie­działa Tess, przy­po­mi­na­jąc sobie noc, kiedy sie­dzieli we czwórkę przy ogni­sku i, już dość mocno pijani, poprzy­się­gli sobie różne rze­czy. Justin nawet pro­po­no­wał, żeby zawarli pakt krwi, jakby byli nasto­lat­kami. Tess zanu­rzyła w swo­jej wódce z toni­kiem papie­rek po lizaku Dum-Dum, po czym żuła go przez chwilę, a w końcu nazwała Justina idiotą i była to scena bar­dzo w ich kli­ma­cie.

Mogliby razem konie kraść. Dwie pary trzy­ma­jące ze sobą na dobre i złe. A teraz to wszystko poszło się pie­przyć z powodu jej męża.

Żeby cię cho­lera, Justin.

Odwró­ciła wzrok od part­nera, spoj­rzała znowu na dom, puste okno.

Nie potra­fiła stwier­dzić, na kogo Danny był bar­dziej wku­rzony - na Justina za zdradę czy na nią za to, że go wyrzu­ciła z domu. Do czego miała pełne prawo. Nawet żona Danny'ego, Eliza, która pra­co­wała w opiece spo­łecz­nej, a przy tym jakoś zna­la­zła czas, żeby porząd­nie wycho­wać piątkę dzieci razem z Dan­nym, nie miała zastrze­żeń. A może Danny był wku­rzony tak ogól­nie, bo ich świat został zabu­rzony.

Pra­co­wali jako detek­tywi w depar­ta­men­cie poli­cji w Mis­so­uli w Mon­ta­nie i fakt, że nie­mal prze­stali ze sobą roz­ma­wiać, nie uła­twiał im roboty. Ponadto nawyki jej part­nera stały się dla niej jesz­cze bar­dziej iry­tu­jące. Trzeba pod­kre­ślić, że Danny miał wielką skłon­ność do wygłu­pów, czym czę­sto dzia­łał jej na nerwy, zwa­żyw­szy, że ona była zawsze poważna.

Grzmot zawi­bro­wał na wscho­dzie powol­nym pomru­kiem. Tess poczuła się nie­swojo. Jej serce zaczęło szyb­ciej bić.

Nad­cho­dzi burza.

Danny podra­pał się po prze­rze­dzo­nych brą­zo­wa­wych wło­sach i wypu­ścił powie­trze jak roz­dymka, co robił zawsze, gdy się z czymś pogo­dził.

- Dasz sobie radę wie­czo­rem?

Tess ski­nęła głową.

- Tak. Będzie dobrze.

Jej fobia na punk­cie burz, pro­blem od cza­sów nasto­let­nich, kiedy jesz­cze uży­wała imie­nia Tessa, to nie jego pro­blem.

- O któ­rej to się ma stać?

- O pół­nocy. Czasu wschod­niego.

- Mam nadzieję, że to przy­nie­sie two­jemu tacie tro­chę spo­koju.

- Taaa... - powie­działa, myśląc o egze­ku­cji, która miała się odbyć po dru­giej stro­nie kraju za kilka godzin. - Mam nadzieję.

Patrzyła na deszcz, otwo­rzyła drzwi samo­chodu.

- Do zoba­cze­nia rano - rzu­ciła, wysia­da­jąc, i zamknęła drzwi, omi­nęła różowy rower Julii sto­jący na środku chod­nika i pospiesz­nie weszła do domu.

Tammy i Lin­coln Bel­ling­so­wie byli sąsia­dami, któ­rzy zostali regu­lar­nymi opie­ku­nami do dziecka, odkąd wyrzu­ciła Justina dwa tygo­dnie temu. Mieli czwórkę wła­snych dzieci, już doro­słych, które wypro­wa­dziły się jakiś czas temu, więc teraz chęt­nie zaj­mo­wali się Julią. Tess weszła do kuchni i zoba­czyła Tammy z rękami po łok­cie w mydli­nach w zle­wie, a Lin­colna przy stole gra­ją­cego z Julią w war­caby.

- No i kto tu jesz­cze nie śpi? - zapy­tała Tess.

Julia rzu­ciła matce poiry­to­wane spoj­rze­nie, które było stan­dar­dem od mie­sięcy, odkąd skoń­czyła dzie­więć lat, a zaczęło się poja­wiać jesz­cze czę­ściej od czasu odej­ścia Justina.

Lin­coln prze­su­nął pio­nek.

- To moja wina. Wcią­gnęła mnie w jesz­cze jedną par­tyjkę - powie­dział i pozbie­rał pionki, które prze­sko­czył. Julia zmarsz­czyła brwi, stu­diu­jąc plan­szę, jakby zasta­na­wiała się, jak mogła nie prze­wi­dzieć tego ruchu. - Nała­do­wa­łem aku­mu­la­tor two­jego samo­chodu - dodał Lin­coln.

- Nie musia­łeś tego robić, ale dzię­kuję.

- Robi się takie rze­czy dla sąsia­dów, Tess.

Wstał od stołu, potar­gał rude włosy Julii i podał żonie płaszcz prze­ciw­desz­czowy.

Tess obser­wo­wała, jak Julia zdej­muje pionki z sza­chow­nicy.

Tammy dotknęła ramie­nia Tess.

- Trzy­maj się. I zadzwoń, jeśli będziesz cze­goś potrze­bo­wać - powie­działa cichym gło­sem, po czym nie­mal wyszep­tała: - Odmó­wię modli­twę za two­jego ojca dziś wie­czo­rem.

- Są w domku na działce - powie­działa Tess. - Myślę, że potrze­bują tro­chę pry­wat­no­ści.

Tess odpro­wa­dziła sąsia­dów i zamknęła za nimi drzwi. Kiedy wró­ciła do kuchni, Julia miała już przy­go­to­waną sza­chow­nicę do kolej­nej par­tii.

- Nie dzi­siaj, kocha­nie. Powin­naś już spać. Jutro szkoła.

Julia gwał­tow­nie wstała, zrzu­ca­jąc sza­chow­nicę na pod­łogę, pionki poto­czyły się w różne strony.

- Tata by mi pozwo­lił! - wykrzy­czała i wybie­gła z pokoju.

Tess zawo­łała za nią, ale córka była już na kory­ta­rzu, za chwilę trza­snęła drzwiami sypialni.

Roz­legł się grzmot; serce Tess przy­spie­szyło. Wycią­gnęła szklankę z szafki, napeł­niła ją Old Samem na dwa palce, dorzu­ciła lód i piła, aż cie­pło uspo­ko­iło bicie jej serca. Pomy­ślała, że Julia rano posprząta war­caby. Popi­jała bour­bona. Nuta kar­melu przy­po­mniała jej Twi­sted Tree, jej rodzinne mia­sto w Ken­tucky, gdzie bour­bon był nie tylko napo­jem, ale wręcz sty­lem życia.

Wresz­cie zde­cy­do­wała, że nie chce zaczy­nać następ­nego dnia od kłótni, więc schy­liła się, by pozbie­rać czer­wone i czarne pionki roz­sy­pane po wyło­żo­nej kafel­kami pod­ło­dze.

Aż znów roz­legł się grzmot; zamiast dud­nie­nia gło­śne kla­ska­nie.

Tess drgnęła, po czym z iry­ta­cją kop­nęła leżące na pod­ło­dze pionki i wyszła z kuchni. Myślała o tym, że ona i Eliza zawsze muszą trzy­mać dys­cy­plinę, pod­czas gdy ich mężo­wie są towa­rzy­szami zabaw. Kobiety kochały swoje dzieci nie mniej niż męż­czyźni, ale to zawsze do Justina i Danny'ego dzieci pod­bie­gały, kiedy wra­cali z pracy. Justin, gdy tylko prze­kra­czał próg, upusz­czał teczkę w przed­po­koju, sym­bo­liczny spo­sób zosta­wia­nia pracy za drzwiami - czego ona ni­gdy nie była w sta­nie zro­bić - i stał tam jak posąg z rękami roz­cią­gnię­tymi na boki. Nazy­wał to Drze­wem Pandy. W któ­rym­kol­wiek miej­scu domu była Julia, natych­miast przy­bie­gała i wska­ki­wała na niego. Cza­sem przo­dem i wtedy było to kla­syczne przy­tu­le­nie, cza­sem bokiem. Ale bez względu na to, pod jakim kątem ska­kała, trzy­mała się ojca jak panda drzewa i stali tak nie­ru­chomo, jakby połą­czeni rze­pem, aż jedno z nich wypa­dało z roli i zaczy­nało się śmiać.

Tess zna­la­zła się przy drzwiach sypialni Julii, uśmie­cha­jąc się do wspo­mnień, tro­chę wbrew sobie. Pchnęła drzwi i zoba­czyła córkę leżącą na łóżku i uda­jącą, że śpi, z ramie­niem obej­mu­ją­cym nową lalkę, którą nazwała Dolly. Tess poszła do wła­snej sypialni i sta­rała się igno­ro­wać zapach wody koloń­skiej Justina, którą dziś rano nostal­gicz­nie psik­nęła kilka razy w powie­trze. Żało­sne. Jakoś wciąż się utrzy­my­wał, jak to bywa ze wspo­mnie­niami. Rzu­ciła torebkę na pod­łogę, zzuła bale­riny, zdjęła kaburę i zamknęła pisto­let w środ­ko­wej szu­fla­dzie komody. Roze­brała się do biu­sto­no­sza i maj­tek, odwró­ciła się bokiem, żeby zoba­czyć swój pro­fil w lustrze toa­letki. W wieku trzy­dzie­stu trzech lat na­dal miała wyspor­to­waną, wyrzeź­bioną syl­wetkę. Eliza żar­to­wała z nią na ten temat, bo sama, po piątce dzieci, tro­chę przy­tyła - jak mówiła, stała się bar­dziej krą­gła i bar­dziej ponętna, doda­jąc, że Danny jako dobry mąż łaska­wie przy­tył razem z nią. Żar­to­wali, że Tess i Justin na­dal są w for­mie, ponie­waż mieli tylko jedno dziecko, a w domy­śle poja­wiała się suge­stia, że dawno powinni mieć kolejne.

Suge­ro­wali, że jedno to łatwi­zna, cho­ciaż wcale tak nie było.

Tess posy­łała im wtedy wymu­szony uśmiech, ale w głębi duszy bolało ją to za każ­dym razem, gdy o tym wspo­mi­nali. Nie dla­tego, że nie mogła, ale raczej dla­tego, że nie chciała, a cała ich czte­ro­oso­bowa banda dobrze wie­działa, że Justin od lat pra­gnął kolej­nego dziecka.

Tess odwró­ciła się od lustra i zro­biła to, co zawsze, kiedy wkra­dało się poczu­cie winy - pomy­ślała, jak trudno było przy pierw­szym. Trudny poród. Pro­blemy, jakie miała z kar­mie­niem pier­sią. Depre­sja popo­ro­dowa, która doskwie­rała jej przez pra­wie rok. Nie­prze­spane noce. Cią­gły płacz dziecka z kolką.

Julia była trud­nym nie­mow­lę­ciem.

Danny i Eliza naj­wy­raź­niej nie prze­szli przez nic podob­nego z żad­nym ze swo­jej piątki albo jeśli prze­szli, to ni­gdy się do tego nie przy­znali.

Eliza po pro­stu wyda­wała się w tym lep­sza. W macie­rzyń­stwie.

A wszystko to stało się bar­dziej widoczne dla Tess, odkąd zmu­siła Justina do odej­ścia.

Krzy­czała na niego dwa tygo­dnie temu, bo nie mogła wtedy na niego patrzeć. A teraz, tutaj, upi­nała swoje się­ga­jące ramion brą­zowe włosy w kok i wło­żyła jeden z T-shir­tów Justina, bo stare nawyki trudno wyple­nić.

Zaczy­nała za nim tęsk­nić.

Jej obrączka ślubna leżała na komo­dzie, deszcz ude­rzał o dach, roz­le­wał się po ryn­nach, które trzeba było wyczy­ścić.

Pro­blem na jutro.

Za oknem bły­snęło. Jesz­cze wię­cej grzmo­tów, tym razem gło­śniej­szych. Dokoń­czyła drinka i z impe­tem odsta­wiła szklankę na komodę, wciąż ziry­to­wana tym, w jaki spo­sób Julia wybie­gła z kuchni.

Ale jutro szkoła i musiała iść spać.

Justina nie było w domu i Tess zasta­na­wiała się, czy ma wszystko, co trzeba, by grać obie role, dobrego i złego poli­cjanta.

Drzwi do jej sypialni skrzyp­nęły.

Julia stała w progu z Dolly w jed­nej ręce i postrzę­pio­nym różo­wym kocy­kiem w dru­giej. - Mamo, naj­pierw poja­wia się bły­ska­wica czy grzmot?

Nie­bie­skie oczy Julii przy­po­mi­nały jej Justina. Córeczkę tatu­sia.

Do dia­bła z nim.

Na doda­tek córka odzie­dzi­czyła jej lęki.

W tym momen­cie zabra­kło prądu. Tess zmu­siła się, by uda­wać spo­kój.

- Mam przy­nieść świece?

Julia przy­tak­nęła.

- A ja przy­niosę papier.

***

Gar­de­roba ide­al­nie tłu­miła hałas burzy.

Byłoby zupeł­nie ciemno, gdyby nie blask świec - to był pomysł Justina z daw­nych lat, by odwró­cić myśli od burzy poprzez two­rze­nie, powiedzmy, sztuki. Ale to pierw­sza burza, pod­czas któ­rej były tylko we dwie. Julia prze­chy­liła świeczkę, chlu­snęła żół­tym woskiem na papier, uzu­peł­nia­jąc kształt, który już wysechł.

Patrzyła na niego z ukosa.

- Wygląda tro­chę jak kwiat - zde­cy­do­wała i spoj­rzała na kartkę swo­jej matki. Czer­wona plama roz­ma­zana na środku. - Czy to słoń?

- Może i tak. To rze­czy­wi­ście wygląda jak trąba - powie­działa Tess i dodała jesz­cze dwie kro­ple, by utwo­rzyć nogę i wydłu­żyć trąbę.

Cza­sami zamiast kapać woskiem, ryso­wały obrazki, które miały utwo­rzyć słowa, jak w kalam­bu­rach, ale takich ryso­wa­nych; kolejny pomysł Justina, który Julii bar­dzo się spodo­bał. Tej nocy po pro­stu kapały woskiem, ale na ster­cie kar­tek leżał obra­zek, który zro­bili pod­czas ostat­niej burzy, przed­sta­wia­jący cho­inkę i cia­steczko, a mię­dzy nimi znak plus. Cia­steczko świą­teczne. Bar­dzo pro­sty rebus, ale Tess bar­dziej lubiła wosk. Przy wosku nie musiała myśleć.

Julia pochy­liła się do przodu i wlała jedną kro­plę żół­tego wosku w to, co mogło być głową czer­wo­nego sło­nia Tess.

- No i już. Teraz może widzieć - stwier­dziła, po czym zdmuch­nęła świecę i poło­żyła się na pod­ło­dze, jej włosy roz­ło­żyły się na poduszce jak dzika trawa. Zamknęła oczy, gdy roz­legł się odle­gły grzmot. - Pamię­tasz, jak Danny pró­bo­wał zro­bić Drzewo Pandy z całą piątką swo­ich dzieci?

W ciem­no­ści Tess odpo­wie­działa:

- Tak, pamię­tam.

Potem jej córka zapy­tała:

- Kiedy wróci tatuś?

W gar­dle Tess utwo­rzyła się gula. Wola­łaby poroz­ma­wiać o burzy.

- Nie wiem.

Julia na tym poprze­stała, a Tess poczuła ulgę.

Kilka minut póź­niej córka cicho chra­pała.

Tess patrzyła, jak śpi, patrzyła, jak chu­dziutka klatka pier­siowa unosi się i opada z led­wie sły­szal­nym dźwię­kiem. Zro­biło jej się cie­plej na sercu.

Spraw­dziła tele­fon; zapo­mniała wcze­śniej wyłą­czyć wibra­cję. Justin wysłał SMS-a dzie­sięć minut temu.

Jak się trzy­masz? Świece są w sza­fie. Papier też. Poroz­ma­wiamy wkrótce?

Nie odpo­wie­działa. Poło­żyła tele­fon ekra­nem do dołu na pod­ło­dze i w gar­de­ro­bie znów zro­biło się ciemno. Była dzie­siąta. Zasta­na­wiała się, jak sobie radzą jej rodzice w domku. Oczyma duszy widziała ojca w fotelu, słu­cha­ją­cego radia, cze­ka­ją­cego na wie­ści, że to się stało.

Pół­noc w Ken­tucky.

Egze­ku­cja.

Rozdział 2

- Oko za oko! - krzy­czała kobieta w koszulce z anty­abor­cyj­nym hasłem przed sta­no­wym zakła­dem peni­ten­cjar­nym w Eddy­ville w Ken­tucky. Niskie chmury wisiały nad wię­zie­niem jak fio­le­towy cze­pek. - Zasłu­guje na śmierć!

Linie zostały nama­lo­wane na par­kingu dosłow­nie kilka godzin temu, białą farbą, więc teraz pro­te­stu­jący prze­ciwko karze śmierci krzy­czeli na jej zwo­len­ni­ków oddzie­leni pasem ziemi niczy­jej. Obie strony trzy­mały trans­pa­renty i rwały się do boju, pod­czas gdy poli­cyjne oddziały pre­wen­cji sta­rały się nad nimi pano­wać.

USMA­ŻYĆ OJCA CISZĘ!

ZABI­JA­NIE NI­GDY NIE JEST W PORZĄDKU!

ZNIEŚĆ KARĘ ŚMIERCI!

Za kilka minut czło­wiek zosta­nie uśmier­cony przez pora­że­nie prą­dem, co było nie­gdyś naj­pow­szech­niej sto­so­waną metodą egze­ku­cji w USA. Jeff Prit­chard, były woźny szkoły para­fial­nej, przez lata prze­bie­rał się za księ­dza, gdy zabi­jał swoje ofiary, które uwa­żał za wyrzut­ków spo­łe­czeń­stwa. Przez sie­dem­na­ście lat, wyczer­pu­jąc wszyst­kie znane sądom ape­la­cje, Prit­chard nie powie­dział ani słowa.

Nie był księ­dzem, ni­gdy nim nie był, ale zdję­cia z jego aresz­to­wa­nia w Twi­sted Tree, na któ­rych widać go było ubra­nego w ukra­dzione szaty kapłań­skie, migały we wszyst­kich wia­do­mo­ściach i inter­ne­cie. Tak mocno zako­rze­niły się w umy­słach opi­nii publicz­nej, że ludzie przy­jęli to jako fakt. Kiedy zauwa­żono, że kon­se­kwent­nie mil­czy, odma­wia­jąc jakich­kol­wiek wypo­wie­dzi, któ­raś gazeta nazwała go Ojcem Ciszą.

Ekipy repor­te­rów z całego kraju tło­czyły się w lasach wokół wię­zie­nia, pró­bu­jąc się dostać jak naj­bli­żej bram z kutego żelaza. Bły­skały fle­sze apa­ra­tów. Wielu ludzi trzy­mało świece. Różne sekty reli­gijne krzy­czały na sie­bie nawza­jem, oce­nia­jąc moralne aspekty tego, co miało się wyda­rzyć; inni byli wście­kli, że tak długo to wszystko trwało.

- Znieść karę śmierci! - krzy­czał męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze.

- Zrób­cie to dla dzieci! - krzy­czała kobieta z lokami.

- Usma­żyć Ojca Ciszę!

Było to nagry­wane z każ­dego moż­li­wego kąta i każ­dym spo­so­bem - tele­fo­nami, kame­rami na sta­ty­wie i iPa­dami, atmos­fera robiła się nie­bez­piecz­nie bli­ska zamie­szek.

Ale wewnątrz murów wię­zie­nia pro­ce­dura egze­ku­cji toczyła się swoim ryt­mem.

I pano­wała tam cisza.

***

Naczel­nik podą­żył za czte­rema straż­ni­kami wię­zien­nymi, któ­rzy pro­wa­dzili Jeffa Prit­charda do sali egze­ku­cyj­nej na końcu bloku nr 3.

Jak dotąd wszystko prze­bie­gało zgod­nie z pla­nem.

Pew­nej wil­got­nej nocy w maju 1911 roku osiem­na­sto­letni chło­piec o imie­niu James Buck­ner zapi­sał się w histo­rii jako pierw­sza ofiara krze­sła elek­trycz­nego w Ken­tucky, a cze­ka­jąc na śmierć, został ochrzczony, odro­dził się w wie­rze i spę­dził ostat­nie godziny na czy­ta­niu Biblii.

Jeff Prit­chard nie uczest­ni­czył w żad­nym z przed­eg­ze­ku­cyj­nych zwy­cza­jów. Odmó­wił kape­lana, odmó­wił ostat­niego posiłku. Ska­zani na śmierć współ­więź­nio­wie szep­tali słowa poże­gna­nia, gdy prze­cho­dził obok nich, a miał do przej­ścia kawał drogi. W odpo­wie­dzi kiwał głową, ale jego oczy nie odry­wały się od czar­nych drzwi na końcu kory­ta­rza.

Sala stra­ceń, gdzie stał Stary Skwier­czak, była ste­rylna i zimna, nie­uży­wana od ponad trzy­dzie­stu lat, bo stan Ken­tucky prze­sta­wił się z krze­sła elek­trycz­nego na zastrzyki śmierci pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku. Ale nowy guber­na­tor, Clin­ton Bul­l­sworth, był sta­ro­mod­nym twar­dzie­lem, który pod­czas kam­pa­nii wybor­czej dekla­ro­wał, że pra­gnie zała­twić Jeffa Prit­charda na gorąco.

Bul­l­sworth wie­dział, że śmier­telny zastrzyk ma naj­wyż­szy wskaź­nik nie­uda­nych egze­ku­cji i z Jef­fem Prit­char­dem nie zamie­rzał ryzy­ko­wać. Prawda była taka - i można było usły­szeć, jak to mówił w vira­lo­wym fil­miku na Tik­Toku - że chciał zoba­czyć, jak ten czło­wiek skwier­czy. Krze­słu elek­trycz­nemu przy­wró­cono dawną świet­ność, Stary Skwier­czak znów był gotowy do dzia­ła­nia.

Media obser­wo­wały z sąsied­niego pomiesz­cze­nia przez pan­cerne szyby, jak straż­nicy poma­gali Prit­char­dowi zająć miej­sce na krze­śle. Po zapię­ciu pierw­szego pasa naczel­nik sta­nął twa­rzą w innym kie­runku. Po dru­giej stro­nie szkła sie­dzieli człon­ko­wie rodzin ofiar. Kat. Praw­nik Prit­charda, Bar­rett Ste­vens. Sze­ryf, lekarz wię­zienny, kape­lan. Jedy­nymi oso­bami, które odrzu­ciły zapro­sze­nie, byli detek­tywi, któ­rzy zła­pali Prit­charda pra­wie dwie dekady temu.

Prit­chard uni­kał kon­taktu wzro­ko­wego z rodzi­nami, ale ski­nął głową w stronę swo­jego praw­nika, który w reak­cji odsu­nął się od szyby. Straż­nicy zaci­snęli paski wokół ramion Prit­charda i popra­wili elek­trody na jego łyd­kach i nad­garst­kach. Prze­cią­gnęli gruby skó­rzany pas przez klatkę pier­siową męż­czy­zny i zarzu­cili skó­rzaną maskę z dru­tami na jego dłu­gie włosy. Przez otwory widać było tylko usta i nos.

Naczel­nik ski­nął głową, a straż­nicy opu­ścili pomiesz­cze­nie szyb­ciej, niż to robili pod­czas prób.

- Jef­fie Prit­char­dzie, sły­szysz mnie?

Prit­chard przy­tak­nął.

- Zosta­łeś osą­dzony przez ławę przy­się­głych zło­żoną z rów­nych tobie i ska­zany na śmierć przez pora­że­nie prą­dem. Jeśli masz jakieś ostat­nie słowa przed egze­ku­cją, wypo­wiedz je teraz.

Przez lata spę­dzone w celi śmierci męż­czy­zna sie­dzący na krze­śle ni­gdy nie powie­dział ani słowa naczel­ni­kowi, poli­cji, dorad­com czy repor­te­rom. Odrzu­cił psy­cho­lo­gów, NBC, ABC, CNN, Fox i Bar­barę Wal­ters.

Ale teraz jego usta się poru­szyły i wyszep­tał coś, czego naczel­nik nie mógł zro­zu­mieć, ale straż­nik sto­jący obok zbladł.

Okrą­gły zegar na ścia­nie wska­zy­wał pół­noc.

Naczel­nik dał znak katu, a następ­nie dołą­czył do niego w bocz­nym pomiesz­cze­niu. Po włą­cze­niu prądu o napię­ciu tysiąca pię­ciu­set wol­tów usły­szano cichy jęk, a potem gło­śny trzask, gdy prąd wdarł się do ciała Prit­charda.

Rozdział 3

Gdy burza minęła, Tess zdmuch­nęła świece, otwo­rzyła drzwi gar­de­roby i pod­nio­sła Julię z pokry­tej wykła­dziną pod­łogi.

Była już pra­wie na kory­ta­rzu, gdy Julia mruk­nęła:

- Śpię w twoim łóżku.

To nie była prośba czy pyta­nie, tylko stwier­dze­nie. Justin zawsze powta­rzał, że dzieci w łóżku to naj­lep­sza anty­kon­cep­cja, ale jego tu nie było, a Tess rów­nież nie miała ochoty spać sama.

Uło­żyła Julię po stro­nie Justina i patrzyła, jak córka znów zasy­pia. Tess powie­działa sobie wcze­śniej tego dnia, że dziś wie­czo­rem nie włą­czy tele­wi­zora. Jej ojciec posta­no­wił to samo i oboje z matką ucie­kli do chatki w Lesie Naro­do­wym Lolo, żeby być z dala od medial­nego szumu. Nie było tak źle jak w dniach tuż po aresz­to­wa­niu Prit­charda, ale trzy tygo­dnie temu lokalne media zaczęły dzwo­nić, pro­sząc o wywiady i oświad­cze­nia, a ojciec przy­sta­wał na to, dopóki matka nie poło­żyła temu kresu i nie zażą­dała, by wyje­chali z mia­sta.

Ale Tess wąt­piła, by ojciec, odzna­czony były detek­tyw, który wraz ze swoim part­ne­rem, Bur­tem Lobel­lem, aresz­to­wał Jeffa Prit­charda, sie­dział teraz zupeł­nie bier­nie. Praw­do­po­dob­nie nie spał i oglą­dał CNN.

Tak jak się uma­wiali, że nie zro­bią.

Ale Betsy zawsze mawiała, że Tess tę swoją szczerą nie­ustę­pli­wość bez wąt­pie­nia ma po Lelan­dzie, i jeśli chcieli coś zro­bić, to robili i już. W kuchni Tess przy­go­to­wała sobie bour­bona z lodem, wró­ciła do sypialni i włą­czyła tele­wi­zor.

Piękna kobieta z mikro­fo­nem roz­ma­wiała z dobrze ubra­nym męż­czy­zną w stu­diu CNN.

...i wresz­cie kon­tro­wer­sje się skoń­czyły, gdy po pół­nocy Jeff Prit­chard został pora­żony prą­dem w wię­zie­niu sta­no­wym w Eddy­ville w sta­nie Ken­tucky. Jako jeden z naj­bar­dziej tajem­ni­czych seryj­nych mor­der­ców, któ­rych...

Wyłą­czyła tele­wi­zor i rzu­ciła pilota na łóżko. Serce jej mocno waliło. Jeff Prit­chard. Ojciec Cisza. Nie­ważne, jak go nazy­wano, nie żył.

Nie­ważne, jak głę­boko go pocho­wają, i tak będzie za płytko.

Roz­wa­żała, czy zadzwo­nić do ojca. Zostaw go w spo­koju. Ma się dobrze. Praw­do­po­dob­nie pije Old Sama, tak jak ona. A jed­nak wysłała mu SMS-a:

No cóż, już po wszyst­kim. Jak się macie z mamą?

Klik­nęła "wyślij" i cze­kała, wąt­piąc, czy odpi­sze - nie był fanem SMS-ów. Przy­tknęła nos do kra­wę­dzi szklanki, poczuła kar­me­lowe i wani­liowe nuty, które przy­po­mi­nały jej dom, i wypiła solidny łyk bour­bona, by pogrze­bać wszel­kie wspo­mnie­nia, które pró­bo­wały wypły­nąć na powierzch­nię.

Pogrze­bane wspo­mnie­nia z nasto­let­nich cza­sów, wspo­mnie­nia, które Justin, zawo­dowy psy­cho­log, zbyt czę­sto pró­bo­wał odko­py­wać przez dzie­sięć lat mał­żeń­stwa. Jej dzie­ciń­stwo było dobre, dopóki nie prze­stało takie być. Ale znu­dziły jej się jego pyta­nia. Nie była jego pacjentką. Była jego żoną. I po pew­nym cza­sie poczuła, że nawet w tym nie jest dobra.

Zadzwo­nił tele­fon.

Uśmiech­nęła się, gdy zauwa­żyła, że jej ręka lekko drży, gdy odbie­rała.

- Tatuś?

- Twarda pani detek­tyw wciąż nazywa swo­jego sta­ruszka tatu­siem?

Tess odcze­kała chwilę, zanim się ode­zwała.

- Naresz­cie nie żyje.

- Zała­twiony na amen - powie­dział.

- Jak się czu­jesz?

- Ofi­cjal­nie?

- Tak.

- Ulżyło.

- A nie­ofi­cjal­nie?

- Ulżyło.

- Tyle to mogłeś mi napi­sać w SMS-ie.

- Wtedy nie usły­szał­bym two­jego głosu w środku nocy, kocha­nie.

Drże­nie w jego gło­sie nie umknęło jej uwa­dze. Jak­kol­wiek by się sta­rał, jej ojciec nie był dobrym akto­rem - nosił swoje emo­cje na wierz­chu - a tele­fon nie pomógł mu zama­sko­wać nie­po­koju.

Coś ukrywa.

- Mama w łóżku?

- Przy­go­to­wuje kąpiel. Ma swój spo­sób na relaks.

Lód brzęk­nął w szklance, gdy ojciec wziął łyk.

- A ja mam swój - dodał.

Zro­biła to samo i ten łyk wszedł jej dużo łagod­niej niż poprzed­nie.

Teraz, gdy usły­szała lód w szkle, zdała sobie sprawę, że ojciec brzmiał jak wsta­wiony. Ale kto mógłby go za to winić w tę noc?

- Ktoś się odzy­wał?

Pauza. Kolejny łyk.

- Burt zadzwo­nił. Roz­ma­wia­li­śmy krótko. On też się ukrywa, przy­naj­mniej w tę noc.

Burt i jej ojciec wspól­nie popro­wa­dzili szarżę na dom Prit­charda w noc jego aresz­to­wa­nia. Roz­ma­wiali z Bur­tem regu­lar­nie przez kilka lat po tym, jak rodzina Tess prze­pro­wa­dziła się do Mon­tany, a ostat­nio tylko od czasu do czasu. Ale przy­naj­mniej utrzy­my­wali kon­takt. Tess wie­działa, że nie­kiedy roz­mowy ze sta­rym part­ne­rem smucą ojca, i teraz żało­wała, że wywo­łała ten temat. Zawsze myślała, że Burt czuł się zra­niony, gdy jego wie­lo­letni part­ner nagle odszedł ze służby, mie­siąc lub dwa po aresz­to­wa­niu Jeffa Prit­charda.

Tess była świeżo upie­czoną nasto­latką, gdy nagle musiała zacząć wal­czyć o utrzy­ma­nie się w gro­nie zna­jo­mych, z czym ni­gdy wcze­śniej nie było pro­blemu. Rodzice powie­dzieli, że prze­pro­wadzka była spo­wo­do­wana nie­zdro­wym zain­te­re­so­wa­niem, jakie mimo­wol­nie przy­cią­gała ich rodzina. Trzeba było uciec od tego cyrku, cho­ciaż kiedy prze­pro­wa­dzali się na zachód, medialny szum już nie­mal ustał. Nie cał­ko­wi­cie, ale pra­wie. Repor­te­rzy już ich nie ści­gali; ojciec i Burt nie poja­wiali się w wia­do­mo­ściach co wie­czór. Ale jej rodzina wolała dmu­chać na zimne i wypro­wa­dzić się ze sły­ną­cego z gorzelni mia­sta, które zawsze kochali, dopóki nie odko­pano tak wiele zła i strach nie wypełzł na powierzch­nię.

Tess czuła to wtedy, tak jak teraz - w pew­nym sen­sie prze­pro­wa­dzili się przez nią.

Ta potrzeba chro­nie­nia jej.

Ale przed czym? Co takiego zro­biła? To były wspo­mnie­nia, które gdzieś prze­pa­dły - te, o któ­rych Justin wie­dział, że gdzieś tam się cho­wają - z czasu, kiedy aresz­to­wano Jeffa Prit­charda.

"Nie trzeba mnie napra­wiać, Justin!" - krzyk­nęła kie­dyś do niego, nie mogąc przy­znać przed samą sobą, że jej gniew przy­naj­mniej czę­ściowo wyni­kał z faktu, że mąż się nie mylił.

- Rzeka dzi­siaj wez­brała - powie­dział ojciec, przy­wra­ca­jąc ją do teraź­niej­szo­ści.

Rzeka Pat­tee wiła się za ich chatą w Lolo. Ojciec lubił sie­dzieć na ganku z tyłu domu i pić poranną czarną kawę, słu­cha­jąc pły­ną­cej wody.

- Wszystko w porządku, tato?

Długa pauza.

- Nic takiego, czego by wcze­śniej nie widzieli. Egze­ku­cja jak egze­ku­cja. - Wypił kolejny łyk. - Tak mi donie­śli naoczni świad­ko­wie. Potrzeba było trzech strza­łów prą­dem, żeby ode­słać dra­nia z powro­tem do pie­kła.

Tess miała trud­no­ści z przy­po­mnie­niem sobie ojca sprzed tego aresz­to­wa­nia - na pewno kie­dyś czę­ściej się uśmie­chał - ale mama powie­działa, że to, co zoba­czył w tym domu, zmie­niło go na dobre. Zaczął wię­cej pić i mniej spać, a kiedy uda­wało mu się zamknąć oczy, budziły go kosz­mary. Trwało to latami, z cza­sem osła­bło, ale ni­gdy nie ustą­piło. Mama powie­działa, że znów miał kosz­mar w zeszłym tygo­dniu.

Tess pozwo­liła ojcu mówić, ponie­waż rzadko to robił.

- Guber­na­tor zwy­mio­to­wał, a potem naczel­nik na niego nasko­czył. Pokłó­cili się na oczach wszyst­kich. Ni­gdy wię­cej nie powinni budzić Sta­rego Skwier­czaka.

Kolejny drink.

- I ten smród. Przez tele­fon ten mój gość... Powie­dział, że myślał, że ni­gdy nie pozbę­dzie się tego smrodu.

Lód brzęk­nął w pustej szklance. Tess poczuła mdło­ści - ta roz­mowa nie słu­żyła żad­nemu z nich.

- Co powiesz na to, żeby­śmy poga­dali jutro? Przy­jadę z Julią do was do domku. Może pizza u Tony'ego?

- Ja chęt­nie. Twoja mama też. - Zro­bił pauzę. - Jak tam Justin?

- Justin jak to Justin.

Miała nadzieję, że taka odpo­wiedź wystar­czy, bo nie była gotowa zaofe­ro­wać dłuż­szej. Justin i Leland zawsze dobrze się doga­dy­wali - Justin doga­dy­wał się ze wszyst­kimi. Od pierw­szego dnia nawią­zali więź jak naj­lepsi kum­ple z brac­twa. Leland jako ojciec, któ­rego Justin ni­gdy nie miał. Tak, jej ojciec był wku­rzony, kiedy usły­szał, co zro­bił Justin, ale wku­rzony nie­wy­star­cza­jąco, jak na gust Tess. Powta­rzał jej nie­raz, żeby pamię­tała, że nie wyszła za mąż za swoją robotę. Że spę­dza zbyt dużo czasu w pracy, a za mało z rodziną. Jakby pono­siła część winy za romans męża.

Już miała powie­dzieć dobra­noc, gdy ojciec dodał:

- To była naj­lep­sza rzecz dla nas wszyst­kich.

Na początku pomy­ślała, że mówi o roman­sie Justina, ale zdała sobie sprawę, że wró­cił do wcze­śniej­szego wątku.

- Co było naj­lep­sze?

- Że się tu prze­pro­wa­dzi­li­śmy.

I tyle. Nie wyja­śnił dla­czego, a ona nie zapy­tała. Wię­cej mate­riału do roz­mowy na jutro, gdy słońce zaświeci, a butelka bour­bona znów będzie pełna.

- Kocham cię, tato.

- Ja też cię kocham, sło­neczko.

Miała się roz­łą­czyć, gdy jesz­cze się ode­zwał.

- Tessa?

- Tak?

Nic. Toczył jakiś wewnętrzny spór, coś w sobie dusił. Prze­stań mnie chro­nić. Ale powie­dział tylko:

- Dobra­noc.

Zakoń­czyła roz­mowę.

Dopiła bour­bona.

Nie spała przez całą noc.

Przedtem

Z nagra­nej roz­mowy detek­tywa Lelanda Pat­ter­sona z Tod­dem Black­stone'em (eme­ry­to­wa­nym wete­ry­na­rzem z Bow­ling Green w sta­nie Ken­tucky).

Black­stone: Jest pan pewien, że to on? Zabił tych wszyst­kich ludzi, jak gadają? Łącz­nie z dziećmi?

Detek­tyw Pat­ter­son: To on. To Jeff Prit­chard. Co do tego nie mamy wąt­pli­wo­ści.

Black­stone: No dobrze, niech mnie pan źle nie zro­zu­mie. Możemy sobie poroz­ma­wiać. Ale co to ma teraz za zna­cze­nie?

Detek­tyw Pat­ter­son: Ma takie, dok­to­rze, że śledz­two, przy­naj­mniej w moim poję­ciu, nie koń­czy się na tym "kto". Nie zaznam spo­koju, dopóki nie dowiem się "dla­czego".

Black­stone (odchy­la­jąc się na krze­śle): A on nie chce mówić.

Detek­tyw Pat­ter­son: Nie chce mówić.

Black­stone: Więc ta cała farsa z Ojcem Ciszą to prawda?

Detek­tyw Pat­ter­son: Poza tym, że nie jest księ­dzem, to tak, mil­czał w inte­re­su­ją­cych nas kwe­stiach. Ale powie­dziano mi, że miał pan z nim kon­takt, gdy był chłop­cem. W pań­skiej kli­nice?

Black­stone (kiwa głową, na chwilę zamyka oczy): Tak, wtedy po raz pierw­szy. I ostatni, bym powie­dział. Jeff miał dzie­więć lat. Bada­łem wła­śnie uro­czego kociaka, miał na imię Raga­muf­fin, jeśli dobrze pamię­tam. Ten dzień wrył mi się w pamięć z wielu powo­dów, detek­ty­wie. Na pewno nie chce pan cze­goś do picia?

Detek­tyw Pat­ter­son: Nie, dzię­kuję bar­dzo. Pro­szę kon­ty­nu­ować.

Black­stone (popi­ja­jąc kawę): Spoj­rza­łem przez okno, zoba­czy­łem chłopca cią­gną­cego stary wózek Radio Flyer. Kla­syczny czer­wony, zaku­rzony pyłem z bocz­nych dróg. Wiózł na nim psa, od razu było widać, że ran­nego. Skoń­czy­łem bada­nie kota i wysze­dłem chłopcu na spo­tka­nie.

Detek­tyw Pat­ter­son: Znał go pan?

Black­stone: Nie, nie­zu­peł­nie. Ni­gdy wcze­śniej się nie spo­tka­li­śmy.

Detek­tyw Pat­ter­son: Ale wie­dział pan, kim on jest?

Black­stone: Tak. Był mini­stran­tem w kościele. I widy­wa­łem go, jak cho­dził bocz­nymi dro­gami wokół mia­sta, cią­gnąc zakupy tym samym radio fly­erem.

Detek­tyw Pat­ter­son: Sam?

Black­stone: Tak, i dla­tego z początku nie zdzi­wi­łem się, że przy­szedł sam do mojej kli­niki. Chło­piec wyda­wał się bar­dzo nie­za­leżny. Rodzice nie przej­mo­wali się nim zbyt mocno. (Jesz­cze jeden łyk kawy). Przy­wiózł doro­słego gol­den retrie­vera potrą­co­nego tego ranka przez samo­chód. Biedny pies był cały we krwi, trząsł się na wózku, przy­kryty przez chłopca kocem. Trzeba go było uśpić, a kiedy powie­dzia­łem o tym Jef­fowi, ski­nął głową ze łzami w oczach. Spo­dzie­wał się tego. I powie­dział mi, że dla­tego go przy­wiózł. By skró­cić jego cier­pie­nie.

Detek­tyw Pat­ter­son: A rodzice?

Black­stone: Zapy­ta­łem, gdzie są. Odparł, że powie­dzieli, że to nie ich pies i nie ich pro­blem. Widzi pan, chło­piec przy­gar­nął psa jakoś rok wcze­śniej i umowa była taka, że pies może zostać, jeśli chło­piec sam się nim zaj­mie. Więc zro­bił, co mógł.

Detek­tyw Pat­ter­son: Poli­czy­łem to i owo. Stary dom Jeffa...

Black­stone: Wtedy jesz­cze nie był spa­lony.

Detek­tyw Pat­ter­son: Ale to było sześć kilo­me­trów od miej­sca, gdzie kie­dyś miał pan kli­nikę.

Black­stone: Tak, cią­gnął tego psa sześć kilo­me­trów. I tulił go, czule, kiedy usy­pia­łem biedne psi­sko. Był w tym wszyst­kim sam. A potem nale­gał, że odwie­zie mar­twego psa z powro­tem. Zaofe­ro­wa­łem, że go tutaj skre­muję. Wyja­śni­łem, że się tym zajmę. Wszystko za darmo, ale on nale­gał, że zabie­rze psa do domu i sam go pochowa. A ja pamię­tam, jakby to było wczo­raj, że chło­piec gła­skał uśpio­nego psa i cicho mu śpie­wał do ucha.

Detek­tyw Pat­ter­son: Pamięta pan, co śpie­wał?

Black­stone: Tę koły­sankę dla dzieci. Good Night, Sleep Tight. A co, wie pan coś o tym?

Detek­tyw Pat­ter­son: Śpie­wał to samo swoim ofia­rom, więc tak, sły­sza­łem o tym.

Black­stone: Cho­lera, to czyni to wszystko jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­cym.

Detek­tyw Pat­ter­son: Prze­pra­szam, dok­to­rze, ale czy kie­dy­kol­wiek póź­niej widy­wał pan Jeffa Prit­charda?

Black­stone: Tak. Przy­jeż­dżał jesz­cze sześć razy w ciągu następ­nych czte­rech lat. Za każ­dym razem cią­gnąc ranne zwie­rzęta w tym radio fly­erze. Za każ­dym razem pytał, czy można je ura­to­wać. Wszyst­kie były bli­skie śmierci, zbłą­kane kun­dle, które, jak mówił, zna­lazł. Wędrowcy. Ranni wędrowcy, tak je nazy­wał.

Detek­tyw Pat­ter­son: A pan je usy­piał?

Black­stone: Oczy­wi­ście. Nie ma nic gor­szego niż cier­piące zwie­rzę. To jego słowa. Oczy­wi­ście się zga­dza­łem.

Detek­tyw Pat­ter­son: Prze­pra­szam, że spy­tam bez ogró­dek, ale czy ni­gdy nie pomy­ślał pan, żeby zadzwo­nić do jego rodzi­ców? Albo nawet odpro­wa­dzić go do domu?

Black­stone: Tak. I jedno, i dru­gie. Przez tele­fon jego ojciec był obo­jętny. Twier­dził, że chło­pak po pro­stu ma swoje dzi­wac­twa. Jest tro­chę eks­cen­tryczny. Ale oni wie­dzieli, co robi, i mu nie prze­szka­dzali. Ale to... To mi nie wystar­czyło, detek­ty­wie. Więc pew­nego dnia posze­dłem za nim do domu. Z daleka obser­wo­wa­łem, jak zako­py­wał jakieś zwie­rzę.

Detek­tyw Pat­ter­son: I?

Black­stone: Obok domu, w pobliżu lasu, który gra­ni­czył z ich pose­sją, chło­pak miał wła­sny cmen­tarz dla zwie­rząt. I tam było pocho­wa­nych wię­cej niż tylko tych sie­dem psów. Widzi pan, on każdy mały kop­czyk ozna­czył krzy­żem z paty­ków.

Detek­tyw Pat­ter­son: Odwró­co­nym krzy­żem?

Black­stone: Nie, te wyda­wały się nor­malne.

Detek­tyw Pat­ter­son: Ile ich było? Dok­to­rze?

Black­stone: Przy­naj­mniej dwa tuziny. (Patrzy na mnie pro­sto). Powi­nie­nem był się domy­ślić, detek­ty­wie.

Detek­tyw Pat­ter­son: Jeśli spoj­rzeć z dystansu, wiele osób powinno było się domy­ślić wielu rze­czy. Ale nie­stety czasu cof­nąć się nie da. I jedyna rzecz, która z doświad­cze­nia wydaje mi się nie­pod­wa­żalną prawdą, to fakt, że ten cały dystans ni­gdy do niczego się nie przy­daje.

Rozdział 6

Podob­nie jak przez ostat­nie dwa tygo­dnie, kiedy Tess odwo­ziła Julię, poranny korek wił się zde­rzak w zde­rzak wokół budynku szkoły, poru­sza­jąc się jak zimna melasa. Tess spoj­rzała na zega­rek; siłą woli sta­rała się zmu­sić sznur samo­cho­dów do bar­dziej żwa­wych ruchów. Przy­po­mniała sobie, jak pierw­szego dnia, kiedy to ona wio­zła córkę do szkoły, a nie Justin, Julia nie­ustan­nie wygła­szała komen­ta­rze. "Tata nie jechał tędy". "Tata skrę­cał w tę ulicę". "Tata opusz­cza szyby. Cza­sami pusz­cza gło­śno muzykę, a nasz samo­chód tań­czy, kiedy inne stają. Nauczy­ciele uwa­żają to za zabawne".

Oczy­wi­ście, że tak uwa­żają - pomy­ślała.

Julia, owi­nięta w nie­bie­ski płasz­czyk prze­ciw­desz­czowy i żująca cia­steczko Pop-Tarts, odpięła pas bez­pie­czeń­stwa i otwo­rzyła drzwi.

- Julia, jesz­cze nie doje­cha­ły­śmy na par­king.

Córka wska­zała gro­madkę dzieci prze­cho­dzą­cych obok sznura samo­cho­dów.

- One idą.

Bo cho­dzą do szkoły na pie­chotę - pomy­ślała Tess. - A ty nie. A potem wes­tchnęła. Wybie­raj, o co warto wal­czyć. Żeby Justin udzie­lił jej tej zło­tej rady raz, ale nie, to były dzie­siątki razy.

- No to idź - powie­działa. - Idź z nimi. Ale trzy­maj się bli­sko nich i uwa­żaj na samo­chody.

Julia prze­wró­ciła oczami, po czym zatrza­snęła za sobą drzwi, zanim Tess zdą­żyła się z nią poże­gnać. Różowy ple­cak pod­ska­ki­wał na jej ramio­nach, gdy goniła inne dzieci, a potem skrę­ciła z nimi za róg w stronę głów­nego wej­ścia. Gdy Julia znik­nęła jej z oczu, Tess wypro­wa­dziła samo­chód z korka i ruszyła w prze­ciw­nym kie­runku.

Ktoś zatrą­bił.

Tess poma­chała.

Dzie­sięć minut póź­niej dotarła na poste­ru­nek poli­cji. Zaczy­nało mżyć.

Pospiesz­nie weszła do holu, gdzie Marla Wolfe, dys­po­zy­torka, popi­jała kawę z popla­mio­nego szminką sty­ro­pia­no­wego kubka i ski­nęła głową w stronę biura Tess.

- Masz towa­rzy­stwo. Przy­je­chał jakieś dzie­sięć minut temu - oznaj­miła.

Tess głę­boko wcią­gnęła powie­trze i otwo­rzyła drzwi do swo­jego biura. Sta­rała się spra­wiać wra­że­nie, że wszystko ma pod kon­trolą.

Justin miał na sobie białą koszulę z guzi­kami na koł­nie­rzyku, dokład­nie w tym samym stylu jak ta, którą nosił, gdy poznali się na stu­diach. Wła­śnie taką nie­mal zerwała mu z piersi, guziki i w ogóle, po trzech rand­kach. Teraz sie­dział zre­lak­so­wany w fotelu naprze­ciwko jej biurka. Brą­zowe, krę­cone, ale przy­strzy­żone włosy. Oku­lary w rogo­wej opra­wie i twe­edowy płaszcz. Nie­bie­skie dżinsy i moka­syny. Pro­to­typ wykła­dowcy col­lege'u. Młody Indiana Jones.

Nie wstał, gdy weszła, ale powie­dział:

- Dzień dobry.

Tess powie­siła płaszcz i pode­szła do biurka.

- Justin, co ty tu robisz?

- Jestem kon­sul­tan­tem psy­chia­trycz­nym tego wydziału. Pra­cuję tu, w pew­nym sen­sie.

- Mam na myśli tutaj. W moim biu­rze, Justin. Co robisz w moim biu­rze?

- Tylko spraw­dzam, co u cie­bie, Tess. Wczo­raj wie­czo­rem dostało ci się z dwóch stron.

- Dwóch stron?

- Burza? Jeff Prit­chard... Jego egze­ku­cja?

- Prze­ży­łam. - Tess ode­tchnęła głę­boko, wpa­tru­jąc się w okno.

- Nic nie wypły­nęło na powierzch­nię? - zapy­tał Justin.

- Nie, Justin... Jezu. Prze­stań. Nie dzi­siaj.

- A twoi rodzice?

- Mają się dobrze. Roz­ma­wia­łam z tatą wczo­raj wie­czo­rem. Cie­szymy się, że to już koniec.

Tess sie­działa przy biurku i nagle jej fru­stra­cja, uraza, gniew na Justina wzro­sły, gorące i silne, i musiała powstrzy­mać się od wyła­do­wa­nia się na nim za to, że tam sie­dział, za ist­nie­nie, za to, że znisz­czył ich mał­żeń­stwo, więc nie był z nią wczo­raj w nocy, wła­śnie tej ze wszyst­kich innych nocy.

Wzięła głę­boki wdech, mach­nęła ręką.

- Po pro­stu sobie idź. Pro­szę. Poroz­ma­wiamy póź­niej.

Wpa­try­wała się w naj­nud­niej­sze miej­sce na biurku, aż drzwi się zamknęły, a następ­nie prze­kie­ro­wała swoją fru­stra­cję na pracę. Według Justina jej poświę­ce­nie się pracy było czę­ścią pro­blemu. Pozwo­liła, aby jej ambi­cje zosta­nia sław­nym detek­ty­wem, takim jak jej ojciec, prze­sło­niły rze­czy­wi­stość. Czę­sto była zdy­stan­so­waną żoną, nie­an­ga­żu­jącą się matką. Zbyt wiele nocy spę­dzo­nych w biu­rze, a nie w łóżku.

Zbyt wiele nocy w tra­sie.

Wycho­wała się na CSI, Poli­cjan­tach z Miami i powtór­kach Napi­sała: Mor­der­stwo, ale w wieku trzy­na­stu lat, po tym jak rodzina prze­pro­wa­dziła się na zachód, jej zain­te­re­so­wa­nia roz­ryw­kowe dzięki nowej przy­ja­ciółce z sąsiedz­twa stały się mrocz­niej­sze. Powieść Mil­cze­nie owiec była jak jej Biblia, film Sie­dem naj­chęt­niej oglą­da­nym fil­mem. Zawsze chciała pójść w ślady ojca. Bła­gała, żeby zabie­rał ją do pracy. Roz­wią­zy­wała wyima­gi­no­wane sprawy, sie­dząc obok niego, pod­czas gdy on przy swoim biurku zaj­mo­wał się praw­dzi­wymi, a ta jej jazda tylko się nasi­liła po prze­pro­wadzce na zachód, kiedy począt­kowo nikogo nie znała i czę­sto się nudziła. W liceum cho­dziła na zaję­cia z kry­mi­no­lo­gii i kry­mi­na­li­styki. Ukoń­czyła Uni­wer­sy­tet Sta­nowy w Mon­ta­nie i wkrótce po tym, jak jej ojciec prze­szedł na eme­ry­turę, pod­jęła pracę w poli­cji w Mis­so­uli. Po dwóch latach została skie­ro­wana na czte­ro­mie­sięczne szko­le­nie docho­dze­niowe w Rocky Moun­tain Infor­ma­tion Network w Ari­zo­nie. Została peł­no­praw­nym detek­ty­wem do spraw zabójstw i marzyła o tym, by pew­nego dnia zająć się sprawą for­matu tej Ojca Ciszy.

Uwa­żaj, o czym marzysz - powie­dział jej ojciec.

Przez dzie­sięć minut Tess prze­glą­dała akta doty­czące wzno­wio­nej sprawy napadu, w któ­rym zastrze­lono kasjera w banku. Ona i Danny mieli to zakoń­czyć tego popo­łu­dnia. No to gdzie jest Danny? Mieli spo­tka­nie za pięć minut, a on zwy­kle przy­cho­dził wcze­śniej, żeby po pro­stu poga­wę­dzić lub, jak to nazy­wał, "popier­dzie­lić". Dzień zaczął powoli zmie­rzać do nor­mal­no­ści. Ale jej ojciec zawsze powta­rzał, że w ich zawo­dzie nor­mal­ność ni­gdy nie trwa długo. W oka­mgnie­niu ciemna chmura może prze­sło­nić słońce. W jed­nej chwili ktoś żyje, a w dru­giej nie.

I wtedy odbie­ramy tele­fon, kocha­nie.

Tess nagle poczuła mdło­ści, jakby zja­dła coś nie­świe­żego, cho­ciaż nic nie jadła przez cały pora­nek.

A potem ktoś zapu­kał. Nie Danny, który rzadko pukał - to Marla wsu­nęła głowę do gabi­netu.

- Tess, linia pierw­sza. Podobno to pilne.

Pod­nio­sła słu­chawkę, mdło­ści zmie­niły się w prze­ra­że­nie.

- Detek­tyw Tess Cla­iborne.

- Ups - powie­dział głos.

- Co? Kto mówi?

- Prze­pra­szam - powie­dział męż­czy­zna. - My...

- Co?

I wtedy głos wykrzyk­nął:

- Zro­bi­łem złe rze­czy!

Tess ści­snęła słu­chawkę.

- O czym ty mówisz, czło­wieku? Kim jesteś?

- Oboje nie żyją.

Tess zesztyw­niała.

- Kto mówi?

- Jestem Wyrzut­kiem - powie­dział, nie z dumą, bar­dziej z rezy­gna­cją, szcze­rze. - Prze­pra­szam. Nie zawra­caj sobie głowy namie­rza­niem. Jestem w domku w Lesie Naro­do­wym Lolo. Pat­tee Canyon Drive. Oboje widzą teraz ciem­ność.

- Kto?! - krzyk­nęła, cho­ciaż już wie­działa.

Mamo... Tato...

- Prze­pra­szam - powtó­rzył głos.

Połą­cze­nie zostało prze­rwane.