Mocarz - Mieczysław Zyner

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

8 sierpnia 2019. Imieniny Jana

8 sierp­nia 2019 Imie­niny Jana

Czwar­tek, 8 sierp­nia 2019 roku. Nie­ty­powa data feto­wa­nia imie­nin Jana nie dawała Rych­te­rowi spo­koju. Znał kilka ter­mi­nów świę­to­wa­nia tego popu­lar­nego imie­nia, ale żaden nie koja­rzył mu się z sierp­niem. Znał nawet Święto Ogło­sze­nia Pokoju, obcho­dzone uro­czy­ście wła­śnie 8 sierp­nia w Bawa­rii. Ale imie­niny? Wspo­mnie­nia z Augs­burga, daw­nej sto­licy Szwa­bii, pie­lę­gno­wał szcze­gól­nie sta­ran­nie. Dwu­ty­go­dniowy pobyt na koszt raj­ców tego histo­rycz­nego grodu, zało­żo­nego przez Rzy­mian. Wspa­niała nagroda za zwy­cię­stwo w kon­kur­sie lite­rac­kim przed dwu­dzie­stu laty zaowo­co­wała kil­koma rela­cjami z tego naj­więk­szego i naj­le­piej roz­wi­nię­tego nie­miec­kiego landu. Mau­rycy Rych­ter, gość łódz­kiego eks­cen­trycz­nego przed­się­biorcy, zasta­na­wiał się nad zbież­no­ścią dat, by stwier­dzić: przy­pad­kowa. Już jed­nak po chwili gło­śno zauwa­żył:

- Zaraz, prze­cież imie­niny sierp­nio­wego Jana są jutro.

Przy­ję­cie w wigi­lię imie­nin? Nie byłoby w tym nic dziw­nego, gdyby następny dzień był wolny od pracy. Mau­rycy Rych­ter gry­ma­sił nad datą bie­sia­do­wa­nia, gdyż rzadko kto orga­ni­zuje huczne przy­ję­cie w dzień powsze­dni. Taki spo­sób świę­to­wa­nia osa­dzony jest przede wszyst­kim w żydow­skiej rachu­bie czasu. Czyżby sole­ni­zant Jan Rusiecki był wyzna­nia moj­że­szo­wego? A jakie to ma zna­cze­nie - reflek­to­wał się natych­miast. Przez minutę, może dłu­żej, zgłę­biał pra­wo­sła­wie, ale czwar­tek ani 8 sierp­nia w tej kul­tu­rze z niczym szcze­gól­nym mu się nie sko­ja­rzyły.

Mau­rycy, odpuść, korzy­staj z oka­zji. Zabaw się. Nie po to wystro­iłeś się w spor­tową czarną koszulę marki Rowm z dese­niem liści dębu z widocz­nymi żył­kami uner­wie­nia, ele­gancką brą­zową mary­narkę z kolek­cji Daniela Hech­tera i beżowe lniane spodnie. Nie po to oglą­da­łeś się wie­lo­krot­nie w lustrze i popra­wia­łeś kolo­rową poszetkę, żeby teraz zrej­te­ro­wać. Boga­cze mogą balo­wać w każdy dzień tygo­dnia. Wie­lo­kul­tu­ro­wość jest w modzie, to bar­dzo łódz­kie - skon­sta­to­wał, wcho­dząc do środka oka­za­łej willi.

Wła­ści­ciel budowli uni­kał nazwa­nia jej pała­cem. W pew­nym sen­sie miał rację. Wznie­siony pod koniec dzie­więt­na­stego wieku obiekt z zewnątrz można było iden­ty­fi­ko­wać jako dużą fabry­kancką willę lub pała­cyk w neo­re­ne­san­so­wym stylu, z dużym angiel­skim ogro­dem, któ­rego ogro­dze­nie sta­no­wił wysoki i gęsty żywo­płot. Za rezy­den­cjal­nym cha­rak­te­rem obiektu prze­ma­wiały geo­me­trycz­nie popro­wa­dzone aleje, two­rzące pew­nego rodzaju labi­rynt ze ścia­nami z przy­cię­tych, ale nie za gęsto posa­dzo­nych tui, które nada­wały ogro­dowi tajem­ni­czy urok. Wyją­tek od tej kom­po­zy­cji sta­no­wiły ory­gi­nalne tre­jaże z drew­nia­nych słup­ków przy­po­mi­na­ją­cych pała­cowe kolumny. Nie­uważny spa­ce­ro­wicz potrak­to­wałby je jako per­golę, która wio­dła do sekret­nej altany, oddzie­lo­nej od pozo­sta­łej czę­ści ogrodu nieco wyżej przy­cię­tymi krze­wami buksz­panu. Prze­ci­wień­stwem ogrodu były prze­pyszne wnę­trza i ich bogac­two utrzy­mane w stylu eklek­tycz­nym z prze­wagą neo­re­ne­sansu i neo­ro­koka. Pod­kre­ślała to strojna sztu­ka­te­ria na sufi­tach, a także witraże - praw­dziwe dzieła sztuki. Na uwagę zasłu­gi­wały wie­lo­ra­mienne krysz­ta­łowe żyran­dole oraz dopeł­nia­jące wystrój antyczne mar­mu­rowe kominki. To wła­śnie prze­pych budowli i wystaw­ność sty­lo­wych mebli upraw­niały Mau­ry­cego do nazy­wa­nia rezy­den­cji sole­ni­zanta pała­cykiem, a nawet pała­cem. Dębowe drzwi wej­ściowe z kutą klamką, którą naci­skał Rych­ter, sta­no­wiły demon­stra­cję nie tylko sta­tusu mate­rial­nego wła­ści­ciela, ale także jego zna­czą­cej pozy­cji spo­łecz­nej.

Balanga

Balanga

Impreza się roz­wi­jała. Na pierw­szy rzut oka było widać, że to raczej balanga niż wykwintne przy­ję­cie. Pała­cyk prze­ży­wał rene­sans w spo­sób nie­ko­niecz­nie pożą­dany przez jego byłych wła­ści­cieli. Imie­niny osią­gnęły apo­geum. W dużym holu jedna z naj­bar­dziej zna­nych kapel w Łodzi prze­ści­gała się w biciu rekor­dów emi­to­wa­nia decy­beli z nie mniej zna­nym DJ-em. Gra na zmianę powa­lała nie tylko wraż­li­wych na hałas, ale także nawet naj­bar­dziej wytrwa­łych tan­ce­rzy. Tylko wspo­mniany DJ zacho­wy­wał sto­icki spo­kój, sta­wia­jąc sobie na elek­tro­nicz­nym cacuszku pasjansa. Par­kiet wypeł­niali pano­wie w prze­dziale wie­ko­wym trzy­dzie­ści pięć-pięć­dzie­siąt pięć lat oraz grupa sto­sun­kowo mło­dych kobiet. Były to głów­nie ich dzi­siej­sze part­nerki, a także roz­bry­kane dziew­czynki z lep­szych łódz­kich lokali, nie­do­stęp­nych dla prze­cięt­nego miesz­kańca tego nie­zbyt zamoż­nego prze­cież mia­sta. Panienki to głów­nie stu­dentki dora­bia­jące sobie w restau­ra­cjach jako kel­nerki. Zapro­szono je w tak zwa­nych celach edu­ka­cyj­nych, przy­naj­mniej tak ofi­cjal­nie brzmiało uza­sad­nie­nie ich obec­no­ści wśród tej łódz­kiej elity. Usługę gastro­no­miczną bowiem świad­czył jeden z najlep­szych pię­cio­gwiazd­ko­wych hoteli war­szaw­skich. Boć Łódź - jak mówił dzi­siej­szy sole­ni­zant - cho­ciaż do nie­dawna dru­gie pod wzglę­dem liczby miesz­kań­ców mia­sto w Pol­sce, nie doro­biła się jesz­cze hotelu pię­cio­gwiazd­ko­wego. Salę balową, która zapewne na prze­kór zamie­rze­niom archi­tekta obiektu sta­no­wiła tego wie­czoru pomiesz­cze­nie jadalne z roz­sta­wio­nymi wzdłuż ścian bufe­tami, wypeł­niały damy. Ich nie­co­dzienna afek­ta­cja była ade­kwatna do wieku. Im star­sza, tym więk­sza. Mężo­wie tych zacnych pań tło­czyli się na nie­pro­por­cjo­nal­nie małym w sto­sunku do wiel­ko­ści pałacu tara­sie. Popi­jali whi­sky, cytry­nówkę tudzież czy­stą. Trzeba przy­znać, że zacho­wy­wali się god­niej od kucha­rza - uzna­wa­nego za mistrza mistrzów w sto­łecz­nym mie­ście - jako że kłęby cyga­ro­wego dymu wypusz­czali w wolną od ścian prze­strzeń. Bar - miej­sce naj­bar­dziej oble­gane przez imie­ni­no­wych gości - wyróż­niał się nie­co­dzien­nym wystro­jem. Luk­su­sowa kla­syka z akcen­tami prze­nie­sio­nymi z Moulin Rouge, prze­pla­tana wir­tu­alną tech­no­lo­gią obrazu, zaska­ki­wała także efek­tami zapa­cho­wymi, dosko­nale zsyn­chro­ni­zo­wa­nymi z ekra­nową akcją. Za długą barową ladą żur­na­lowe bar­manki i bar­mani uwi­jali się, by zado­wo­lić życze­nia klien­teli. Dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia Glen­goyne whi­sky, John­nie Wal­ker Gold Label, osiem­na­sto­letni Bour­bon Eli­jah Craig, uznany ostat­nio w San Fran­ci­sco za naj­lep­szy bour­bon na świe­cie - wszystko to pito z lodem i coca-colą. Nie­liczne pro­te­sty i prośby o nie­ka­la­nie smaku i aro­matu tak szla­chet­nych trun­ków zagłu­szały okrzyki podziwu nad spraw­no­ścią bar­ma­nów. Ci, żon­glu­jąc butel­kami z wir­tu­oze­rią godną cyr­kow­ców, dokła­dali liczne ingre­dien­cje, two­rzyli sztukę, nie­stety szybko prze­mi­ja­jącą. No może poza skut­kami, dozna­wa­nymi przez kosz­tu­ją­cych jej jakość następ­nego dnia. Dorodne bar­manki, zazdro­sne o kilka mło­dych ślicz­nych dziew­cząt, zwa­bio­nych do baru przez ich kolo­rowe dzieła, przy­ku­wały uwagę klien­tów swo­bod­nym wobec nich zacho­wa­niem. Oni, wystro­jeni w eks­tra­wa­ganc­kie kon­fek­cyjne gadżety, z lubo­ścią akcep­to­wali tę oka­zjo­nalną poufa­łość.

Wyróż­niało się dwóch męż­czyzn, ubra­nych w luk­su­sowe T-shirty - cena każ­dego z nich mogła się­gać nawet kil­ku­set dola­rów. Byli oni kla­sycz­nymi przy­kła­dami rodzi­mej odmiany play­boya - bez sza­cunku dla upły­wa­ją­cego czasu. Zacho­wa­nie ich, dale­kie nawet od luź­nych norm towa­rzy­skich, zachę­ciło dwie młode dziew­czyny do bliż­szej z nimi zaży­ło­ści, z wyraźną nadzieją na przy­szłość. Jeden z nich - w koszulce z arty­stycz­nym wize­run­kiem głowy Jezusa - utrzy­my­wał, że jest mesja­szem miło­ści i pro­wa­dzi lek­cje cho­dze­nia po wodzie, którą to sztukę opa­no­wał dzięki stu­dio­wa­niu nauk pierw­szego sztuk­mi­strza. Nie było to śmieszne, ale dziew­czyny chi­cho­tały, skła­nia­jąc tym samym sta­rze­ją­cego się amanta do dal­szych popi­sów. Drugi, w swe­terku z logo firmy Henri Lloyd, szczy­cił się zary­so­wa­nym nie­bie­ską nicią na pół roz­wi­nię­tym żaglem. Na nim każdy mógł odczy­tać wyraźny napis: "Zadzwoń do mnie, pomóż roz­wi­nąć żagiel", a poni­żej numer tele­fonu.

Trwała rota­cja gości. Jedni wcho­dzili, witali się jowial­nie i zni­kali wśród tych, któ­rym nie było spieszno do domu i któ­rzy z rado­ścią i w nad­mia­rze korzy­stali z hoj­no­ści gospo­da­rza. Inni opusz­czali gościnny pałac, przy­tło­czeni jutrzej­szymi obo­wiąz­kami lub zde­gu­sto­wani panu­jącą tu pogardą dla reguł. Przy­zwy­cza­jeni do tra­dy­cyj­nych norm, nie akcep­to­wali pew­nych sie­bie, zbla­zo­wa­nych face­tów o wie­lo­cy­fro­wych kon­tach ban­ko­wych, jak też pod­sta­rza­łych kobiet wdzię­czą­cych się niczym nasto­latki. Wcho­dzili i wycho­dzili także poli­tycy, wyso­kiej rangi urzęd­nicy, lekko spło­szeni swoją śmia­ło­ścią. Prze­krój spo­łeczny nie pozo­sta­wiał żad­nych złu­dzeń. Wśród ludzi uwa­ża­nych za śmie­tankę towa­rzy­ską krę­cili się osob­nicy nie­okre­ślo­nej pro­fe­sji, a wśród człon­ków eli­tar­nych salo­nów typy nie­dawno jesz­cze zali­czane do mar­gi­nesu spo­łecz­nego. Nie bra­ko­wało co prawda ludzi wiel­kiego biz­nesu, oczy­wi­ście mie­rzo­nego skalą mia­sta, sław medy­cyny, nauki i sztuki, wszel­kiej maści lokal­nych cele­bry­tów, ale cią­żyła im świa­do­mość, z kim prze­by­wają. Jedno przy­pad­kowe zdję­cie mogło zagro­zić karie­rze lub ją znisz­czyć. Świa­domi tego wybrańcy narodu i wybrańcy wybrań­ców ogra­ni­czali swój pobyt w pałacu do kil­ku­dzie­się­ciu minut. Cie­ka­wość i pra­gnie­nie zyska­nia spon­so­rów były jed­nak sil­niej­sze od roz­sądku. Łak­nęli pokla­sku. Żad­nych widocz­nych ochro­nia­rzy, ale i żad­nego pstry­ka­nia apa­ra­tów, komórki wyga­szone. Żad­nej inwi­gi­la­cji. Żad­nych zbęd­nych pytań. Wszy­scy są równi. Wszy­scy mówią sobie po imie­niu. Kto nie akcep­tuje tych zasad, może wyjść, nikt tego nie zauważy. Nie­obecni nie mają racji. Balanga trwa.

Kucha­rze wno­szą fasze­ro­wane pro­się i mło­dego dzika. Przed chwilą poda­wano sarnę i Bogu ducha winną owieczkę. Na bufe­tach wykwintny świat ryb słod­ko­wod­nych, obok ostrygi i lan­gu­sty w towa­rzy­stwie spe­cjal­nie pre­pa­ro­wa­nego tuń­czyka.

Nowo przy­byli korzy­stają z oka­zji, zachwa­lają sma­ko­wi­tość potraw, wyno­szą pod nie­biosa gościn­ność gospo­da­rza. Dzię­kują Bogu, że tacy jesz­cze są, dzięki nim nie zanika życie towa­rzy­skie. Świat lep­szych. W holu głów­nym, gdzie tańce, pięć­dzie­się­cio­letni orto­peda wyko­nuje salto. Nie udało się. Staje więc dęba, głową do dołu, obsuwa się i nisz­czy butami dwa płaty cen­nej tapety. "Gdyby się poła­mał, sam się wyle­czy" - komen­tuje z nie­skry­waną iro­nią młody czło­wiek zbul­wer­so­wany zacho­wa­niem leka­rza. Nikt się nie przej­muje. Dla gospo­da­rza żaden kło­pot, tapetę wymie­nią na całej powierzchni ścian. Ostat­nio wymie­niano ją pół­tora roku temu. Szmat czasu. Gospo­darz zachwy­cony, bawi gości w nie­po­wta­rzal­nym stylu. Sza­leje na par­kie­cie...

- Przy­dałby się kon­fe­sjo­nał.

Rych­ter prze­rwał pisa­nie.

- Co tobie? - zdzi­wiło się jego dru­gie ja.

- To jest zbyt dosłowne - odpo­wie­dział. - Byłem jego gościem.

- I tak tego nie opu­bli­ku­jesz - sprze­ci­wiło się jego dru­gie ja.

- Usza­nuj gospo­da­rza, zapro­sił cię - nie ustę­po­wało pierw­sze. - Liczy­łeś na jego spon­so­ring, nie odmó­wił.

- Widzia­łeś jego przy­ję­cie? Ile ci obie­cy­wał? A ile szmalu wydał na tę balangę? - kontr­ata­ko­wało dru­gie.

Pierw­sze mil­czało, by po chwili mruk­nąć:

- Sły­sza­łeś o pięt­nie boga­tego?

- Ale, ale... Co to za wyskok z tym kon­fe­sjo­na­łem? - zaata­ko­wało ponow­nie dru­gie ja.

Wła­śnie... kon­fe­sjo­nał...

- Nie bądź taki Gło­wacki. Prze­czy­ta­nie Good night, Dże­rzi jesz­cze o niczym nie świad­czy - włą­czyło się trze­cie.

Czemu ma słu­żyć ten poprany dia­log? Niczemu - iro­ni­zo­wał Rych­ter. Opo­wia­da­nia pisał od czasu do czasu, ot tak, dla sie­bie, dla higieny psy­chicz­nej. Zapeł­niały mu szu­flady lub tępiły ostrza nisz­czarki. Imie­niny Jana Rusiec­kiego, legen­dar­nego "Jaśka", na które został zapro­szony po raz pierw­szy, nie wywarły na nim szcze­gól­nego wra­że­nia. Lukro­wane, typowe dla nowo­bo­gac­kich, któ­rych prze­ro­sło szyb­kie doro­bie­nie się. Rey­mont opi­sałby je być może jako jedną ze scen folk­lo­ry­stycz­nych Łodzi, wzbo­ga­ca­jąc tym samym jeden z roz­dzia­łów Ziemi obie­ca­nej. Nie trak­to­wał tego wyda­rze­nia jakoś szcze­gól­nie. Za mocno prze­sa­dzone uwa­żał reak­cje zna­jo­mych na wieść o zapro­sze­niu go przez Rusiec­kiego. Słowa ich zachęty do uczest­ni­cze­nia w przy­ję­ciu wyda­wały mu się powią­zane z enig­ma­tycz­nym zja­wi­skiem namasz­cze­nia.

Prze­czy­tał ponow­nie wydru­ko­wane kartki - miał zwy­czaj dru­ko­wa­nia napi­sa­nego tek­stu. Twier­dził, że czy­ta­nie na ekra­nie kom­pu­tera znie­kształca inten­cje piszą­cego, i z nie­chę­cią potrzą­snął głową. Spoj­rzał na modliszkę, poże­ra­cza dzie­sią­tek nikomu nie­po­trzeb­nych papie­rów, czę­sto pierw­szego odbiorcę ludz­kich emo­cji, ludz­kich prze­my­śleń lub ich nie­do­statku. Modliszką nazy­wał nisz­czarkę, urzą­dze­nie nie­zbędne we współ­cze­snym świe­cie peł­nym inwi­gi­la­cji, świe­cie wypeł­nio­nym erza­cem swo­bód oby­wa­tel­skich, uro­je­niem indy­wi­du­al­nej wol­no­ści...

- Nawet oka nie zmru­ży­łam - ode­zwała się Maria, wychy­la­jąc się z jedynki.

Jedynką Rych­ter nazy­wał nie­wielki pokój z kanapą i biur­kiem, który kie­dyś zaj­mo­wała córka. Jako spu­ści­zna została po niej narożna kanapa i regały wypeł­nione nie­licz­nymi książ­kami i bibe­lo­tami, które zosta­wiła łaska­wie, żeby przy­po­mi­nały mu jej zapach, tak przy­naj­mniej utrzy­my­wał kąśli­wie jedyny już loka­tor miesz­ka­nia, jej ojciec.

- O, o... - zare­ago­wał Mau­rycy, wzdry­ga­jąc się, nie tyle zasko­czony jej sło­wami, ile jej obec­no­ścią.

Zato­piony w pisa­niu, zapo­mniał o Marii. Sam jej zapro­po­no­wał noc­leg, wręcz zmu­sił ją, by z niego sko­rzy­stała. Przy­jaź­nili się od lat, ale kon­tak­to­wali rzadko. Mąż Marii wyre­mon­to­wał nie­wielki dwór w oko­li­cach Rawy Mazo­wiec­kiej i tam się prze­pro­wa­dzili. Uzdol­niona skrzy­paczka kon­cer­to­wała na przy­ję­ciu u Rusiec­kiego. Jak się wyra­ziła, dla chleba, a to z powodu przej­ścio­wych kło­po­tów finan­so­wych. Jej reci­tal tak podo­bał się imie­ni­no­wej publice, że Rusiecki zapro­po­no­wał Marii drugi występ za podwójną cenę. Dla Marii była to nie­li­cha gratka, ale nie chciała przy­jąć pro­po­zy­cji gospo­da­rza - drugi występ miał się odbyć już po godzi­nach odjazdu ostat­niego auto­busu, któ­rym mogła się dostać do domu. Z pomocą pospie­szył wła­śnie Mau­rycy.

- Mary­siu, dopiero pierw­sza trzy­dzie­ści. Kładź się. Na sto­liku noc­nym leży apap na noc. Weź tabletkę. Uspo­koi cię i zaśniesz. Po śnia­da­niu odwiozę cię na dwo­rzec auto­bu­sowy - zare­ago­wał sta­now­czo.

- A ty? - zapy­tała Maria.

- Idę w twoje ślady - powie­dział i udał ziew­nię­cie. Nie miał jesz­cze zamiaru się kłaść, chciał zano­to­wać wszystko, co ważne. Wie­dział, że jutro połowa, a może nawet wię­cej z tego, czego nie zapi­sze, uciek­nie z pamięci bez­pow­rot­nie.

Wziął do ręki fili­żankę z zimną już her­batą, lecz nie pił. Myśli zaprzą­tały mu epi­zody z przy­ję­cia, a szcze­gól­nie rela­cja mię­dzy trzema męż­czy­znami - wszy­scy powy­żej pięć­dzie­siątki. Ci niczym obcy sobie ludzie przy­sta­wali na chwilę obok sie­bie, ze wzro­kiem skie­ro­wa­nym na ogród, wypo­wia­dali nic nie­zna­czące słowa i się roz­cho­dzili. Raz tylko sta­nęli obok sie­bie całą trójką. Postronny świa­dek tego zda­rze­nia zeznałby w sądzie, że to było przy­pad­kowe spo­tka­nie, a wymiana zdań - zdaw­kowa. Mau­rycy uwa­żał ina­czej. Był prze­ko­nany, że tych face­tów coś łączy i że ukry­wają swoją zna­jo­mość. To go zain­try­go­wało. Węszysz, cią­gle wycho­dzi z cie­bie dawny fach - stro­fo­wał się w myślach. Dzien­ni­ka­rzem już nie jesteś od kilku lat, prze­stań podej­rze­wać Bogu ducha win­nych ludzi.

Pod­niósł się i poszedł do łazienki. Nie­spełna pięć­dzie­się­cio­letni Mau­rycy Rych­ter - do nie­dawna znany i ceniony dzien­ni­karz, zaj­mu­jący się głów­nie recen­zo­wa­niem wyda­rzeń kul­tu­ral­nych - był wła­ści­cie­lem nie­wiel­kiej firmy wydaw­ni­czej. Choć daw­niej bawił się od czasu do czasu w dzien­ni­kar­stwo śled­cze - za cichym przy­zwo­le­niem naczel­nego pro­wa­dził swoje docho­dze­nia. Publi­ka­cje dener­wo­wały wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych, z poli­cją łącz­nie. Ujaw­niał bowiem sprawy jesz­cze toczące się w tajem­nicy przed spo­łe­czeń­stwem. Były to naj­czę­ściej afery korup­cyjne lub naru­sze­nia prawa przez tak zwa­nych ludzi z mia­sta. Po jed­nej z więk­szych machlo­jek podat­ko­wych, którą ujaw­nił Rych­ter, wysoki urzęd­nik pań­stwowy oraz wpły­wowy biz­nes­men łódzki tra­fili za kratki. Był to począ­tek końca jego kariery dzien­ni­kar­skiej. Krótko po wyro­kach naczelny wrę­czył mu wypo­wie­dze­nie umowy o pracę ze sło­wami: "Mau­rycy, prze­pra­szam, to nie mój pomysł". Po kilku mie­sią­cach podobny los spo­tkał naczel­nego. Żadna łódzka redak­cja nie chciała zatrud­nić cenio­nego do tej pory dzien­ni­karza. Z pomocą przy­ja­ciół otwo­rzył więc nie­wielką firmę wydaw­ni­czą, a swoją pasję dzien­ni­kar­ską reali­zo­wał w inter­ne­cie. Jego komen­ta­rze i donie­sie­nia spę­dzały sen z oczu pro­mi­nent­nym oso­bom z mia­sta, bo sku­piał uwagę głów­nie wła­śnie na nich.

Rano Maria przy­go­to­wała śnia­da­nie, była to co prawda jajecz­nica na reszt­kach jakiejś wędliny z nie­zbyt świe­żym pie­czy­wem, ale w zaso­bach kuchen­nych trudno było coś wię­cej zna­leźć. Odwiózł ją na dwo­rzec i obie­cał, że wpad­nie do niej w któ­ryś z wol­nych week­en­dów.

9 sierpnia 2019. Anna

9 sierp­nia 2019 Anna

Chwilę zwle­kał z odjaz­dem. Zasta­na­wiał się nad kolej­no­ścią reali­za­cji dzi­siej­szego har­mo­no­gramu. Cho­ciaż zawsze miał kilka kalen­da­rzy, ni­gdy nic w nich nie zapi­sy­wał. Tę przy­warę tłu­ma­czył wro­dzoną nie­chę­cią do porządku. Jego biurko zale­gały sterty papie­rów, które walały się także na pod­ło­dze. Zapi­sane na luź­nych kart­kach róż­nego rodzaju notatki rzadko wyrzu­cał. Uwa­żał, że kie­dyś mogą się przy­dać. Nawet te już nie­ak­tu­alne leżały gdzieś obok fotela, pojem­nik do ich gro­ma­dze­nia uwa­żał za zbędny luk­sus. Nie­wielki pokój z rega­łami na książki, biur­kiem i nie­zbęd­nym do pracy sprzę­tem elek­tro­nicz­nym wypeł­niały przede wszyst­kim usta­wione wzdłuż ścian albumy, na albu­mach zale­gały sko­ro­szyty redak­cyj­nych ręko­pi­sów i teczki z jego prozą. Bli­scy zna­jomi przy­zna­wali jed­nak, że w tym bez­ła­dzie potrzebne mu doku­menty wyszu­ki­wał z nie­zwy­kłą łatwo­ścią. Mimo wszystko od czasu do czasu zga­dzał się na posprzą­ta­nie pokoju, a potem przez jakiś czas zrzę­dził, że wszystko ma poprze­sta­wiane, a liczne pamiątki przy­wie­zione z podróży zagra­nicz­nych nie są tam, gdzie były, i że nie wie, skąd je przy­wiózł, bo to tak samo, jakby poprze­sta­wiać kon­ty­nenty na kuli ziem­skiej. Roz­kład dnia, a nawet tygo­dnia nosił w gło­wie. Ni­gdy lub pra­wie ni­gdy nie zda­rzyło mu się zapo­mnieć o zobo­wią­za­niach.

Roz­po­częty dzień niczym szcze­gól­nym się nie wyróż­niał. Wizyta w dru­karni, z którą koope­ro­wał, biuro i to wszystko. Już w dro­dze do dru­karni zmie­nił plan. Biuro nie uciek­nie, odwie­dzę Annę - pomy­ślał i się uśmiech­nął. Annę znał od naj­młod­szych lat, jesz­cze jako dzieci pobrali się w kościele, skła­da­jąc w tajem­nicy przed wszyst­kimi przy­sięgę mał­żeń­ską. Uwa­żali tę uro­czy­stość za naj­waż­niej­szą w ich życiu. Czę­sto ją wspo­mi­nali. Cie­pły dzień sierp­niowy, on w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze, ona w jasnej sukience. Stali przed ołta­rzem w pustym drew­nia­nym kościółku w Milesz­kach. Anna wybrała ten kościół, bo - jak twier­dziła - dojazd do niego zaj­mie im mini­mum trzy kwa­dranse. Mau­rycy będzie miał więc czas na prze­my­śle­nie decy­zji, bo ta będzie osta­teczna i potem niech ni­gdy nie waży się jej unie­waż­nić. Ele­gancki ubiór jak na powsze­dni dzień tygo­dnia wzbu­dził zain­te­re­so­wa­nie pasa­że­rów auto­busu, ono jed­nak nie docie­rało do nich, tak jak nie docie­rała koniecz­ność póź­niej­szych wyja­śnień rodzi­com, co miały ozna­czać te stroje i ich kil­ku­go­dzinna nie­obec­ność. Dodat­ko­wym powo­dem wyboru świą­tyni w Milesz­kach był fakt, że jej histo­ria się­gała czter­na­stego wieku. Po dołą­cze­niu wsi do gminy łódz­kiej drew­niany wiej­ski kościół zyskał sta­tus naj­star­szego para­fial­nego kościoła mia­sta. Według Anny swą histo­ryczną powagą zastą­pić miał świad­ków ich ślubu. Już w środku, sto­jąc przed ołta­rzem, wypo­wia­dali kolejno słowa przy­sięgi: "Ja, Mau­rycy, biorę cie­bie, Anno, za żonę i ślu­buję ci miłość, wier­ność i uczci­wość mał­żeń­ską oraz to, że cię nie opusz­czę aż do śmierci. Tak mi dopo­móż Panie Boże Wszech­mo­gący w Trójcy Jedyny i Wszy­scy Święci". "Ja, Anna, biorę cie­bie, Mau­rycy, za męża..." - i zanim dokoń­czyła, nie wytrzy­mała i poca­ło­wała Mau­ry­cego z miło­ścią żony i kochanki. Był to ich pierw­szy praw­dziwy poca­łu­nek.

Uśmiech­nął się do wspo­mnień, przy­po­mniał sobie, jak cho­dził na śluby nie­zna­nych mu osób tylko po to, by zapi­sać dokład­nie tekst przy­sięgi mał­żeń­skiej. W trak­cie stu­diów sfor­ma­li­zo­wali ten zwią­zek, infor­mu­jąc księ­dza, że wła­ści­wie to oni od dawna są mał­żeń­stwem. Ksiądz pomimo to udzie­lił im sakra­mentu, wyja­śnia­jąc, że sakra­ment uświęca nie tylko sam akt zawar­cia mał­żeń­stwa, ale całą mał­żeń­ską wspól­notę życia. Mał­żon­ko­wie otrzy­mują siłę pozwa­la­jącą im prze­trwać, dopóki śmierć ich nie roz­łą­czy. Być razem na dobre i na złe. Ni­gdy nie mówił: "Pójdę na cmen­tarz", on odwie­dzał żonę, którą poże­gnał pięć lat temu. Zmarła po cięż­kiej cho­ro­bie jaj­ni­ków. Pod­stępny rak pomimo okre­so­wych badań u gine­ko­loga zaata­ko­wał Annę, nie dając jej szansy na powrót do zdro­wia. Oboje byli świa­domi nad­cho­dzą­cego końca, ni­gdy jed­nak nie ranili się roz­pa­czą, zacho­wy­wali się tak, jakby utrata nadziei była im obca. Nie ma Anny, nie ma świadka ich praw­dzi­wych zaślu­bin. Kościół spło­nął w ostatni dzień sierp­nia 2015 roku - odno­to­wał bez­wied­nie w pamięci Mau­rycy.

Pobyt w dru­karni nie trwał długo.

- Mówmy kon­kret­nie, szkoda czasu na pier­doły - powie­dział kie­row­nik zmiany.

Tre­ściwa umowa zawarta z dru­kar­nią wystar­cza­jąco gwa­ran­to­wała rze­tel­ność kon­traktu. Mate­riał do druku był już przy­go­to­wany i uzgod­niony. Mau­rycy obej­rzał i zaak­cep­to­wał próbkę papieru, co do któ­rej zle­ce­nio­dawca miał szcze­gólne wyma­ga­nia. Potwier­dził spo­sób pako­wa­nia. Dru­kar­nia przy­jęła na sie­bie dys­try­bu­cję według wska­za­nej spe­cy­fi­ka­cji. Mau­rycy był wdzięczny, spie­szył się do Anny.

Świeże kwiaty świad­czyły o nie­daw­nej obec­no­ści Pau­liny. Otarł łzę wzru­sze­nia i zapa­lił duży otwarty znicz. Świa­tło do nieba, jak mówił. Usiadł na ławeczce i wpa­try­wał się w zdję­cie żony i napis: "Anna Rych­ter, żyła lat 44". Zamy­ślony, machi­nal­nie odpo­wia­dał na powi­ta­nia cmen­tar­nych zna­jo­mych. Chwi­lami wyda­wało mu się, że Anna sie­dzi obok. Roz­cza­ro­wany jej bra­kiem gniew­nie pod­no­sił wzrok ku górze. Na pewno wie o Pau­li­nie i cie­szy się razem z nią. Agno­styk Rych­ter chciał wie­rzyć w łącz­ność córki i matki. Chciał wie­rzyć, że przed­wczo­raj, kiedy wpadł do córki na pro­szoną kola­cję, Anna też tam była. Uśmiech­nął się do wspo­mnie­nia - zięć zapro­po­no­wał szkla­neczkę whi­sky i noc­leg. Odmó­wił, ale po usły­sze­niu nowiny, że Pau­lina jest w ciąży i zosta­nie dziad­kiem, przy­jął zapro­sze­nie. Przez cały czas pobytu u córki uśmie­chał się i z lek­kim nie­do­wie­rza­niem spo­glą­dał na jej brzuch. Jego kształt nie wska­zy­wał na stan odmienny.

Nie poje­chał do biura, chciał być sam. Po dro­dze do domu zatrzy­mał się przy lokal­nych deli­ka­te­sach, nazy­wa­nych przez więk­szość tutej­szych miesz­kań­ców Pie­ro­gar­nią, gdzie kupił tuzin pie­ro­gów na póź­niej­szy posi­łek. Zna­joma eks­pe­dientka zapy­tała: "Pani Agnieszka jesz­cze nie wró­ciła?". "Nie­stety jesz­cze nie" - odpo­wie­dział i kwa­śno się uśmiech­nął. "O, to bez gospo­dyni jest panu ciężko, co?" - dopy­ty­wała się niby to z tro­ską. "Do widze­nia" było jedyną jego odpo­wie­dzią.

Rych­ter nie­po­koił się o swoją gospo­dy­nię. Ocze­ki­wał jej nie­cier­pli­wie, lecz Agnieszka nie dzwo­niła i nie poja­wiła się w miniony wto­rek. Nie­spo­dzie­wana roz­łąka una­ocz­niła mu siłę więzi - to już nie był for­malny zwią­zek pra­co­dawcy z pra­cow­nicą. Agnieszka była dla niego kimś nie­zwy­kle bli­skim. Połą­cze­niem sio­stry, opie­kunki i przy­ja­ciółki, wcie­la­ją­cej się nie­kiedy w rolę part­nerki. Mau­rycy zauwa­żył, że cho­ciaż nic ich nie łączyło, to spra­wiało jej przy­jem­ność trosz­cze­nie się o niego jak o męża, który cią­gle wymaga szcze­gól­nej opieki żony. Przy­wykł do tej postawy. Kil­ku­na­sto­dniowa roz­łąka z Agą, jak chciała, by do niej się zwra­cał, potwier­dzała jej szcze­gólną pozy­cję w jego domu.

Roz­pa­ko­wał zakupy, spoj­rzał na zega­rek. Już po czwar­tej, pora obia­dowa minęła, poła­pał się z nie­do­wie­rza­niem. Otwo­rzył puszkę z fasolką po bre­toń­sku i prze­ło­żył do szkla­nej miseczki, by pod­grzać w kuchence mikro­fa­lo­wej. Nie czuł głodu, jadł, nie zwra­ca­jąc uwagi na smak potrawy, zagry­zał suchą bułką. Zato­piony w myślach, odru­chowo odsu­nął opróż­nioną miseczkę, pod­niósł się, pod­szedł do półki z książ­kami, zgro­ma­dzo­nymi jesz­cze przez żonę. Były to dzieła mało zna­nych, naj­czę­ściej łódz­kich ama­to­rów, reali­zu­ją­cych się w pasji two­rze­nia. Otwo­rzył na chy­bił tra­fił jedną z nich:

Nie­kiedy chcę zapo­mnieć życie wtedy tęsk­nię sobą wtedy tęsk­nię whi­sky tęsk­nię myślą i sło­wem tęsk­nię miło­ścią jesz­cze nie­znaną Wtedy jestem obcym wia­trem zapo­mnia­nym bar­dem liściem rudym i bez­dom­nym cie­niem wyciem leśnej cze­redy echem głu­szy zaka­mar­kiem bycia Wtedy jestem karmą i okru­chem woli dnia i woli nocy.

Czy­tał wiersz nie­zna­nego mu autora, jego treść o tyle była mu bli­ska, że w miarę uby­wa­nia whi­sky - po butelkę się­gnął w dro­dze po książkę - ule­gał nostal­gii. Myślał o Annie. Przy­po­mi­nał sobie wie­czory, kiedy czy­tała mu te wier­sze, komen­to­wała ich treść. Nie­kiedy ujmo­wały ją tak głę­boko, że uła­twiała ich auto­rom radiowe debiuty. Znaj­do­wała spon­so­rów na publi­ka­cje zeszy­tów poetyc­kich lub nie­wiel­kich tomi­ków. Może zna odpo­wiedź ktoś - dostrzegł tytuł jed­nego z krót­kich wier­szy. Lekko zain­try­go­wany prze­czy­tał tekst:

Może zna odpo­wiedź ktoś skąd melo­dia, która towa­rzy­szy twoim kro­kom w moich snach kto maluje twój rysu­nek w roz­bu­dzo­nej bieli dnia może ty pod­po­wiesz gdzie ukryto prawdę zna­ków noc­nych zjaw skąd przy­cho­dzi twoje imię gdy wędruje po pokoju by zapo­mnieć o ist­nie­niu pustych ścian.

Spoj­rzał na zdję­cie w srebr­nej ozdob­nej opra­wie. Anna uśmie­chała się do niego jakby zachwy­cona jego auten­tycz­nym wzru­sze­niem. Mau­rycy bez­wied­nie odpo­wie­dział uśmie­chem. Znowu Agnieszka. Rych­ter uzmy­sło­wił sobie zapo­bie­gli­wość gospo­dyni o stałe, w miarę widoczne miej­sce na ramkę ze zdję­ciem żony. Zdję­cie w meta­lo­wym sto­jaku z uchylną nóżką sta­no­wiło jeden z trwa­łych ele­men­tów wypo­sa­że­nia regału, sto­ją­cego tuż przy biurku z kom­pu­te­rem.

Mimo już dość póź­nej pory wlał do nie­wiel­kiej szklanki odro­binę smo­ro­diny, dosko­na­łej nalewki na owo­cach czar­nej porzeczki, która stała nie­tknięta od śmierci Anny. Pił i wpa­try­wał się w jej zdję­cie, jakby towa­rzy­szyła mu tego wie­czoru. Nie udało mu się uchro­nić przed łzami, spły­wały mu po twa­rzy. Otarł je i ciężko wes­tchnął.

- Życie to jedno wiel­kie gówno - powie­dział gło­śno i pod­szedł do pia­nina. - Wiel­kie gówno - powtó­rzył, ude­rza­jąc w kla­wi­sze.

Wygry­wał moc­nym akor­dem finał cze­goś, czego nie chciał, co jed­nak było fak­tem. Żegnał się współ­brz­mie­niem dźwię­ków peł­nych zło­ści, ale i piękna. Prze­kra­czał gra­nicę moż­li­wo­ści instru­mentu, wcie­lał się w wir­tu­oza, króla instru­men­tów, mistrza orga­nów.

Oficyna wydawnicza

Ofi­cyna wydaw­ni­cza

Pery­fe­ryj­nie ulo­ko­wana ofi­cyna wydaw­ni­cza w począt­ko­wym okre­sie funk­cjo­no­wała przede wszyst­kim dzięki przy­ja­cio­łom i zna­jo­mym Mau­ry­cego Rych­tera. Bez ich pomocy nie mia­łaby szans na prze­trwa­nie. Z cza­sem, mię­dzy innymi dzięki nazwi­sku wła­ści­ciela, zyskała na zna­cze­niu. Zatrud­niał jedy­nie córkę Pau­linę i dwoje docho­dzą­cych stu­den­tów. Edy­cje o nie­skom­pli­ko­wa­nym cyklu dru­kar­skim i sto­sun­kowo nie­wiel­kich nakła­dach dru­ko­wał sam w popu­lar­nej tech­nice druku cyfro­wego. Maszynę dru­kar­ską nabył oka­zyj­nie od upa­da­ją­cej firmy poli­gra­ficz­nej. Pro­sta tech­no­lo­gia, oparta na bez­po­śred­nim prze­sła­niu danych z kom­pu­tera czy też z pośred­nich nośni­ków cyfro­wych, zapew­niała wyż­szą jakość i krót­szy czas druku niż przy tech­nice stricte lase­ro­wej, nie­mniej tą metodą przy­go­to­wy­wali głów­nie ulotki, wizy­tówki, bro­szury, kata­logi, nie­kiedy zeszyty lite­rac­kie. Ogra­ni­czone moż­li­wo­ści pro­duk­cyjne przy wyda­niach bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych, o więk­szych nakła­dach, zmu­szały Rych­tera do koope­ra­cji z dużymi dru­kar­niami. Z nawią­za­niem współ­pracy nie miał więk­szych pro­ble­mów, znane nazwi­sko uła­twiało mu tego rodzaju kon­takty.

Dłu­go­trwała cho­roba żony i jej śmierć zacie­śniła więzi mię­dzy ojcem i córką. Dopóki nie wyszła za mąż, zaczy­nali i koń­czyli dzień razem. Wspie­rają się do dziś i nie mają przed sobą tajem­nic. Zaufa­nie do sie­bie zawsze sta­no­wiło ich credo na życie we wszyst­kich jego odmia­nach. Do rodzin­nego kli­matu dosto­so­wał się zięć, Robert Żukow­ski, w pew­nym sen­sie duma rodziny, bowiem krótko po zda­niu egza­minu sędziow­skiego roz­po­czął samo­dzielną pracę w Sądzie Rejo­no­wym.

Ostat­nio sprawy zawo­dowe i oso­bi­ste wymy­kały się Mau­ry­cemu z rąk. Po wyjeź­dzie gospo­dyni na pogrzeb przy­ja­ciółki czuł się jesz­cze bar­dziej samotny. Aga zaglą­dała do niego w każdy wto­rek, nie­kiedy dodat­kowo w sobotę przed połu­dniem, by dopro­wa­dzić miesz­ka­nie Rych­tera do ładu. Tak przy­naj­mniej wyra­żał się o jej cyklicz­nych odwie­dzi­nach. Przed zna­jo­mymi nazy­wał ją gospo­dynią, bo fak­tycz­nie trosz­czyła się o niego, czę­sto dzwo­niła, pyta­jąc, czy nie potrze­buje jej pomocy. Ta czter­dzie­sto­let­nia kobieta zaj­mo­wała się sprzą­ta­niem zawo­dowo. Dość wysoka, smu­kła sza­tynka o piw­nych oczach przy­po­mi­nała bar­dziej biz­ne­swo­man niż gospo­dynię. Cho­ciaż Rych­ter uwa­żał, że kobiety zaj­mu­jące się biz­ne­sem są chłodne i zbyt kon­kretne, to Agnieszkę akcep­to­wał bez tego typu sko­ja­rzeń.

Rych­ter stro­nił od spo­tkań towa­rzy­skich. Zapro­sze­nie na imie­niny Jaśka przy­jął z cie­ka­wo­ści. Sły­szał bowiem co nieco o eks­tra­wa­gan­cjach na tego typu przy­ję­ciach nazy­wa­nych w tych sfe­rach impre­zami. Ich sce­na­riusz pisała kasa orga­ni­za­tora. Im więk­sza, tym imprezka bar­dziej wystawna. Jej uczest­nicy mówili o niej "zaje­bi­sta". W tych śro­do­wi­skach, w któ­rych męż­czyźni w jego wieku wysła­wiali się czę­sto w slangu nasto­lat­ków, czuł się sta­ro­świecki, jakby z innej epoki. Zata­piał się więc w lite­ra­tu­rze, czy­tał i pisał nie­kiedy do póź­nych godzin noc­nych. Lubił grać na pia­ni­nie. Zapo­mi­nał wtedy o oto­cze­niu, o poraż­kach, któ­rych, jak twier­dził, był szcze­gól­nym adre­sa­tem. "Jestem w sta­nie usta­wicz­nej chan­dry" - oce­niał swoje samo­po­czu­cie. Nie czy­nił jed­nak nic lub pra­wie nic, by wyrwać się z apa­tii, z nara­sta­ją­cego przy­gnę­bie­nia.

Jedna z prób, pod­jęta bar­dziej przez zna­jo­mych niż przez samego Mau­ry­cego, skoń­czyła się fia­skiem. Sko­rzy­stał z zapro­sze­nia na wer­ni­saż zna­nej łódz­kiej pla­styczki, orga­ni­zo­wany gdzieś na pery­fe­riach mia­sta, w cen­trum sportu i rekre­acji Sta­cja "Nowa Gdy­nia". Skąd ta nazwa? - zasta­na­wiał się Rych­ter. Czyżby z aspi­ra­cji mia­sta o nazwie Łódź do bycia por­tem? Dla łodzian, któ­rzy uwa­żają, że ich mia­sto wzięło swą nazwę od rzeki Łódki, mimo że to rzeka przy­jęła nazwę od mia­sta, hipo­teza taka wyda­wała się praw­do­po­dobna. Nazwa "Nowa Gdy­nia" się­gała okresu przed­wo­jen­nego. Na sta­wach w zale­sio­nym obsza­rze pery­fe­ryj­nej Łodzi, a dokład­niej przed­mie­ścia Zgie­rza, zbu­do­wano wypo­ży­czal­nię łódek i kaja­ków. Przez wiele lat przy­stań ta cie­szyła się u miesz­kań­ców dużym powo­dze­niem, starsi łodzia­nie twier­dzą, że funk­cjo­no­wała jesz­cze w poło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku. Ponu­me­ro­wane łodzie i kajaki za odpo­wied­nią opłatą wypo­ży­czano na godzinę lub dwie. Kiedy upły­wał czas, na jaki łódź lub kajak zostały wypo­ży­czone, przy­wo­ły­wano do brzegu przez tubę odpo­wiedni numer. Można tylko przy­pusz­czać, że zabawa była przed­nia. Na wysta­wie artystki - był pewien, że także samot­niczki - dzieła pogłę­biły tylko jego stan apa­tii. Zachwy­ca­jąc się ich pięk­nem, widział w nich nie­po­kój i alie­na­cję. Do tego jesz­cze tytuł Apo­ka­lipsa wymy­ślony na pocze­ka­niu, wymu­szony przez pro­wa­dzącą gale­rię. Domi­no­wały obrazy abs­trak­cyjne, witraże i figu­ra­tywna gra­fika. Naj­bar­dziej zauwa­żalne były dwa por­trety doj­rza­łego męż­czy­zny, na któ­rych jego twarz przed­sta­wiona była na tle abs­trak­cyjnego ciem­nego pej­zażu. Na obu można było dostrzec sub­tel­nie zary­so­waną mgłę. Twarz z por­tretu przy­po­mi­nała mu zna­jo­mego arty­stę. Ni­gdy nie­do­ce­nio­nego. Czyżby odszedł...? Rych­ter nie szu­kał odpo­wie­dzi. "Piękne i smutne" - recen­zo­wał wystawę pyta­ją­cej go o wra­że­nia radio­wej dzien­ni­karce. I to spo­tka­nie z Ali­cją - wysta­wo­wym mode­ra­to­rem. Jaśniała na tle pozo­sta­łych kobiet przy­by­łych na pokaz. Pro­fe­sjo­nal­nie kie­ro­wała roz­mową z autorką wystawy, przy­bli­żała widowni jej syl­wetkę, a jed­no­cze­śnie pro­wa­dziła gości wystawy przez mean­dry jej obra­zów. Zada­nie nie było łatwe. Dzieła cecho­wała róż­no­rod­ność tema­tyczna, a także róż­no­raka tech­nika wyko­na­nia. Nie­mniej Ali­cja umie­jęt­nie sca­lała ten arty­styczny chaos w inte­re­su­jącą kom­po­zy­cję, w jedno praw­dzi­wie arty­styczne wyda­rze­nie.

Dwie rów­no­le­głe ścieżki prze­kazu - oso­bo­wość artystki i jej twór­czość - wypeł­niły sta­ran­nie wybrany obszar emo­cjo­nal­nych doznań, adre­so­wany do zwie­dza­ją­cych. Ali­cja i jej zapro­sze­nie. Obiad w tam­tej­szej restau­ra­cji i wyna­jęty pokój hote­lowy wypeł­niły dal­szy ciąg pobytu w Sta­cji "Nowa Gdy­nia". Cie­pła i ule­gła, cał­kiem odmienna od tej, którą znał. Pili wino. Czy roz­ma­wiali? Nie, raczej żalili się. Słu­chali sie­bie samych. Tań­czyli i się kochali. Wszystko przy peł­nej świa­do­mo­ści chwili, chwili bez przy­szło­ści. Oboje korzy­stali z oka­zji, nastroju. Para­dok­sal­nie połą­czyło ich uczu­cie przy­gnę­bie­nia. Ich zacho­wa­nie wykra­czało poza zasięg norm, jakie sobie wyzna­czali. Sta­wało się trans­cen­dentne. Akcep­to­wali ten stan, try­wial­nie upa­jali się wła­sną bez­wol­no­ścią.

Od czasu wystawy nie kon­tak­to­wał się z Ali­cją. Ona także mil­czała. Poznał ją w Zako­pa­nem już po śmierci żony. Był schy­łek lata i wycią­gał się na palach leżą­cych wzdłuż Śred­niej Kro­kwi. Przy­glą­dał się sko­kom nar­ciar­skim odda­wa­nym przez roz­pę­dzo­nych zako­piań­skich zawod­ni­ków. Dłu­gość sko­ków nie była zbyt impo­nu­jąca, praw­do­po­dob­nie za przy­czyną sztucz­nej nawierzchni. Słońce dość mocno pie­kło, przy­my­kał więc oczy, obo­jętny na oto­cze­nie. Nie­spo­dzie­wa­nie usły­szał tuż obok: "Może śliwkę?". To była Ali­cja. "Śliwki z ręki kobiety ozna­czają pod­po­rząd­ko­wa­nie" - zauwa­żył Mau­rycy. "Chęt­nie jed­nak dam się znie­wo­lić". Gadał głup­stwa, nie­pa­su­jące do niego. Tego dnia zje­dli wspólny obiad. Mieli o czym mówić, oboje miesz­kali w tym samym mie­ście. Jesz­cze kilka dni spę­dzili na wspól­nych wyciecz­kach i wspól­nych posił­kach. Potem kil­ka­krot­nie spo­tkali się w Łodzi, ni­gdy jed­nak nie łączyło ich nic wię­cej. O ich zbli­że­niu w "Nowej Gdyni" chciał zapo­mnieć. Jak przy­pusz­czał, oboje uznali ostat­nie wyda­rze­nia za pomyłkę, która pozo­stawi ślad w ich kon­tak­tach. Jaki, tego nie wie­dział.

10 sierpnia 2019. Listy bez nadawcy

10 sierp­nia 2019 Listy bez nadawcy

Tej nocy budził się wie­lo­krot­nie, zasy­piał z Anną, budził go jej szloch. Złu­dze­nia senne były tak silne, że odru­chowo wycią­gał rękę, by jej z czu­ło­ścią dotknąć. Roz­cza­ro­wany rze­czy­wi­sto­ścią, swoje pół­senne retro­spek­cje przy­pi­sy­wał zdzi­wa­cze­niu sta­rze­ją­cego się męż­czy­zny. Jego odrę­twie­nie emo­cjo­nalne nasi­lało się, z nie­chę­cią uświa­da­miał sobie koniecz­ność zmie­rze­nia się z nad­cho­dzą­cym nowym dniem. Plan zajęć miał dość napięty, a w nim zapro­sze­nie od zna­nego w śro­do­wi­sku wydaw­ni­czym autora. Spo­tka­nie miało się odbyć w jed­nej z restau­ra­cji Manu­fak­tury. Wcze­śniej, o jede­na­stej trzy­dzie­ści, też w Manu­fak­tu­rze umó­wił się z redak­to­rem war­szaw­skiego mie­sięcz­nika. Naczelny zapro­po­no­wał mu pisa­nie do każ­dego numeru felie­to­nów o cie­ka­wych wyda­rze­niach w regio­nie. Dostał także zapro­sze­nie od rek­tora jed­nej z pry­wat­nych wyż­szych szkół łódz­kich. Nie znał powo­dów, ale mógł się bez trudu domy­śleć. Kry­zys, jaki nara­stał w szkol­nic­twie wyż­szym, w szcze­gól­no­ści w uczel­niach nie­pu­blicz­nych, wyma­gał zde­cy­do­wa­nych prze­ciw­dzia­łań. A wyau­to­wany dzien­ni­karz dosko­nale nada­wał się do pro­wa­dze­nia zajęć na kie­runku dzien­ni­kar­skim.

Przy­go­to­wa­nie do wyj­ścia zajęło mu około godziny. Ruchy wyko­ny­wał auto­ma­tycz­nie, przy jakimś psy­chicz­nym oddzie­le­niu od swo­jego ciała. Nie był to powrót zapo­mnia­nych wspo­mnień, raczej reak­cja na wewnętrzną agre­sję, na utratę baśni, w któ­rej zda­rzyło mu się być kró­le­wi­czem. Do Manu­fak­tury pod­je­chał od ulicy Jana Kar­skiego, na znaj­du­ją­cym się tam placu bez więk­szego trudu zapar­ko­wał auto. Powo­dem pozo­sta­wie­nia tam samo­chodu była spora odle­głość od Rynku Głów­nego, cen­tral­nego miej­sca Manu - jak mło­dzież nazy­wała ten uni­kalny w Euro­pie obiekt, potężne cen­trum han­dlowe, roz­ryw­kowe i usłu­gowe, wiel­kie sku­pi­sko mar­ko­wych salo­nów kon­fek­cyj­nych, restau­ra­cji, miejsc roz­rywki z nowo­cze­snym kom­plek­sem kino­wym, teatrem, a nawet muze­ami, w tym jed­nym z naj­wspa­nial­szych w świe­cie - Muzeum Sztuki Współ­cze­snej. Post­in­du­strialne sku­pi­sko budyn­ków daw­nego impe­rium baweł­nia­nego Izra­ela Kal­ma­no­wi­cza Poznań­skiego po kil­ku­let­niej zapa­ści dzięki sta­ra­niom likwi­da­tora fabryki i życz­li­wo­ści pre­zy­denta mia­sta ożyło. Jesz­cze jako dzien­ni­karz Mau­rycy napi­sał kilka arty­ku­łów przy­bli­ża­ją­cych czy­tel­ni­kom dra­ma­tur­gię, jaka towa­rzy­szyła powsta­niu tej wiel­kiej łódz­kiej inwe­sty­cji. Miał świa­do­mość, że naro­dziny Manu­fak­tury współ­cze­snej to także wiele tajem­nic ni­gdy nie­ujaw­nio­nych publicz­nie. Obie­cy­wał sobie, że kie­dyś zaj­mie się tym cał­kiem na serio. Jego skłon­ność do usta­le­nia fak­tów z tym zwią­za­nych wzro­sła po obej­rze­niu pra­pre­miery opery Czło­wiek z Manu­fak­tury, wysta­wio­nej przez Teatr Wielki w Łodzi. "Trudna i wyjąt­kowa" - sko­men­to­wał dzieło muzyczne poświę­cone wyda­rze­niom w Łodzi dzie­więt­na­sto- i dwu­dzie­sto­wiecz­nej.

Dużą odle­gło­ścią, jaką musiał poko­nać z par­kingu do miej­sca spo­tka­nia, Rych­ter rekom­pen­so­wał sobie brak ruchu. Wszę­dzie pod­jeż­dżał autem, jak sam żar­to­wał - od drzwi wyj­ścio­wych do drzwi wej­ścio­wych. Namiastka ruchu pozwa­lała mu potem mówić leka­rzowi, że sto­suje się do jego zale­ceń, aby jak naj­wię­cej cho­dzić. Drugi powód to Jan Kar­ski, z któ­rym miał oka­zję kil­ka­krot­nie spo­tkać się i dla któ­rego żywił wielki sza­cu­nek. Sza­cu­nek dla wiel­kiego Polaka. Pod­jeż­dża­jąc, spoj­rzał na tabliczkę z nazwą ulicy - bez­wied­nie w myślach kła­niał się wiel­kiemu łodzia­ni­nowi. Nie ukry­wał tej sła­bo­ści. Pasa­że­ro­wie, któ­rych nie­kiedy pod­wo­ził, uzna­wali tę ory­gi­nal­ność za tęsk­notę za wyga­sa­ją­cym duchem hero­izmu patrio­tycz­nego.

Zapla­no­wane spo­tka­nia prze­bie­gały zgod­nie ze sce­na­riu­szem. Zawarł ustną umowę na wydru­ko­wa­nie powie­ści w nakła­dzie pię­ciu tysięcy egzem­pla­rzy.

- To duży nakład - ostrze­gał Kano­wiec­kiego, jej autora. - Musi pan liczyć się z trud­no­ściami w roz­pro­wa­dze­niu ksią­żek. Nawet bar­dzo znani auto­rzy dru­kują swoje dzieła w nakła­dzie dwóch, trzech tysięcy.

Kano­wiecki jed­nak trwał przy swoim. Miał spon­sora, który zobo­wią­zał się pokryć koszty publi­ka­cji, a w zamian miał dostać tysiąc egzem­pla­rzy. We wszyst­kich egzem­pla­rzach miało się zna­leźć podzię­ko­wa­nie dla majęt­nego filan­tropa. Filan­tropa, bo tego typu podzię­ko­wa­nia nie miały żad­nego zna­cze­nia rekla­mo­wego. Zaliczka w wyso­ko­ści pięć­dzie­się­ciu pro­cent kwoty umow­nej miała wpły­nąć na rachu­nek ban­kowy firmy w ciągu tygo­dnia. Mau­rycy Rych­ter zgo­dził się przy­jąć pro­po­zy­cję pro­wa­dze­nia wykła­dów i ćwi­czeń w Aka­de­mii Zarzą­dza­nia i Przed­się­bior­czo­ści. W sumie umowa doty­czyła osiem­dzie­się­ciu godzin, za które miał otrzy­mać osiem tysięcy zło­tych. Dla Rych­tera taka kwota sta­no­wiła poważne zasi­le­nie budżetu. Za szcze­gól­nie ważne Rych­ter uznał spo­tka­nie z gra­fi­kiem, pro­jek­tan­tem okła­dek i ilu­stra­cji do wyda­wa­nych przez niego ksią­żek, bro­szur i kata­lo­gów. Sal­ski od dłuż­szego czasu ubie­gał się o etat w jed­nej z dużych firm wydaw­ni­czych. Tym razem szczę­ście mu dopi­sało, zatrud­niono go na pełny etat z mie­sięcz­nym wyna­gro­dze­niem pięć tysięcy netto. Do tego docho­dziły opłaty ZUS i wszyst­kie inne bonusy zwią­zane z umową o pracę. Sal­ski zobo­wią­zał się popra­co­wać u Mau­ry­cego jesz­cze mie­siąc i wska­zać god­nego następcę.

Cią­gle jakby nie­obecny z nie­chę­cią spo­glą­dał na biurko, na któ­rym Wero­nika poło­żyła bie­żącą pocztę. Zwy­kle były to nie­opła­cone rachunki lub ulotki rekla­mowe, ale w dzi­siej­szej dostrzegł dwie koperty, jakich naj­czę­ściej używa się do prze­sy­ła­nia urzę­do­wego powia­do­mie­nia lub nie­wy­bred­nej kore­spon­den­cji. Się­gnął po leżącą bli­żej. Zaadre­so­wana dru­ko­wa­nymi lite­rami, bez nadawcy, wzbu­dziła w nim nie­uf­ność. Przez chwilę zasta­na­wiał się, czy ją w ogóle otwie­rać. Intu­icja pod­po­wia­dała mu: "Nie czy­taj tego gówna, mało masz kło­po­tów?". Wziął do ręki drugą kopertę. Też bez nadawcy, ale zaadre­so­wana odręcz­nie nie wzbu­dzała już takich opo­rów jak poprzed­nia. Sta­ran­nie wypi­sane nazwi­sko i adres odbiorcy wręcz zachę­cały do jej otwar­cia. Roz­ciął grzbiet koperty i wyjął kartkę. Zaczął czy­tać:

Sza­nowny Panie,

pisze do Pana zde­spe­ro­wany ojciec pięt­na­sto­let­niego chłopca, który wal­czy o życie. To sku­tek zaży­cia sub­stan­cji che­micz­nej zwa­nej potocz­nie dopa­la­czem. Infor­ma­cje o tak zwa­nych dopa­la­czach docie­rały do mnie, nie sądzi­łem jed­nak, że będą doty­czyły mnie bez­po­śred­nio. Dzi­siaj trudno wie­rzyć, że mogłem uda­wać, iż nie ma tego pro­blemu. Piszę do Pana, bo nie wie­rzę w sku­teczne dzia­ła­nia orga­nów pań­stwo­wych w walce z tą par­szywą plagą. Jak mogłem się prze­ko­nać, zagro­że­nia znane poli­cji i pro­ku­ra­tu­rze bar­dzo czę­sto, w moim prze­ko­na­niu zbyt czę­sto, pozo­stają w dal­szym ciągu zagro­że­niami. Bez­kar­ność skła­nia do udziału w prze­stęp­czej dzia­łal­no­ści coraz więk­sze grupy mło­dzieży i nie tylko. Mam na myśli cho­ciażby sprze­daż nowych nar­ko­ty­ków. Dotknięty nie­szczę­ściem, chcę przy­naj­mniej w jakiejś czą­stce przy­czy­nić się do sku­tecznej walki z tym pro­ce­de­rem. Jestem czło­wie­kiem zamoż­nym i posta­no­wi­łem część swo­jego kapi­tału prze­zna­czyć na ten cel.

Sza­nowny Panie, obser­wo­wa­łem Pana doko­na­nia jako dzien­ni­ka­rza śled­czego i zadzi­wił mnie Pan swo­imi osią­gnię­ciami. Wiem, że od czasu do czasu wraca Pan do daw­nego zawodu, kiedy więc zoba­czy­łem Pana na przy­ję­ciu u Jana Rusiec­kiego, posta­no­wi­łem zapro­po­no­wać Panu współ­pracę w ujaw­nie­niu tego pro­ce­deru w skali znacz­nie więk­szej niż zna­le­zie­nie sklepu, w któ­rym mój syn nabył tru­ci­znę. Cho­dzi mi o ujaw­nie­nie źró­deł tego pro­ce­deru i odpo­wied­nie nagło­śnie­nie. Jestem świa­domy, że zmu­szono Pana do wyco­fa­nia się z aktyw­nej dzia­łal­no­ści jako dzien­ni­ka­rza śled­czego i roz­stano się z Panem bez sen­ty­men­tów. Wiem też, że nie dostał Pan żad­nej pro­po­zy­cji pracy w innej gaze­cie. Zdaję sobie sprawę, jak nie­bez­pieczny jest współ­udział w pla­no­wa­nym przeze mnie przed­się­wzię­ciu, dla­tego nie będę roz­cza­ro­wany, jeżeli odrzuci Pan moją pro­po­zy­cję, tym bar­dziej że nie wie Pan, kto Mu ją składa. Dla naszego wspól­nego bez­pie­czeń­stwa na razie pozo­stanę ano­ni­mowy. Zapew­niam pokry­cie wszyst­kich kosz­tów, a także sto­sowną gra­ty­fi­ka­cję dla Pana. Zadzwo­nię jutro z tele­fonu z ukry­tym nume­rem i zapy­tam, jaka jest Pana decy­zja. Jeżeli usły­szę "tak", natych­miast się ujaw­nię, jeżeli zaś odpo­wiedź będzie brzmiała "nie", roz­łą­czę się.

Pod­pi­sano: "Ojciec chłopca".

- Wero­niko, bądź uprzejma i zaparz star­szemu panu kawę - zwró­cił się z prośbą do ład­nej dziew­czyny pochy­lo­nej nad jakąś kolo­rową paczką.

- Z przy­jem­no­ścią - odpo­wie­działa lekko zasko­czona. Rych­ter sły­nął z tego, że sam sobie przy­go­to­wy­wał napar zmie­szany ze spie­nio­nym mlecz­kiem, uwa­żał bowiem, że nikt inny nie zrobi lep­szego cap­puc­cino niż on sam.

Naiw­niak lub pro­wo­ka­tor - z fili­żanką kawy w ręku oce­nił autora ano­nimu. Jeżeli napi­sał prawdę, można łatwo usta­lić jego dane oso­bowe. Chło­piec wal­czy o życie. W ilu łódz­kich szpi­ta­lach znaj­dują się oddziały tok­sy­ko­lo­giczne? - zadał sobie pyta­nie. W dwóch lub trzech, przy czym oddział tok­sy­ko­lo­gii dzie­cię­cej tylko w jed­nym. Nie zamie­rzał jed­nak nic w tym kie­runku uczy­nić. Miał zbyt dużo zajęć, by roz­wa­żać wąt­pli­wej jako­ści, do tego nie­bez­pieczną pro­po­zy­cję. Trak­to­wał ją jako nie­udany żart.

Się­gnął po drugi list z wydru­ko­wa­nym adre­sem firmy i jego nazwi­skiem. Otwo­rzył kopertę i odczy­tał krótką treść:

Znowu węszysz, psie. Zapo­mnij o imprezce w pała­cyku. Pomyśl o rodzi­nie. Dru­giego ostrze­że­nia nie będzie.

Krwi­ste litery miały zapewne pod­kre­ślić jego cha­rak­ter.

List trudno było potrak­to­wać jako żart. Kil­ka­krot­nie był zastra­szany ano­ni­mami, a nawet przez tele­fon, ni­gdy jed­nak nie gro­żono jego rodzi­nie.

- Coś przy­krego? - zapy­tała Wero­nika.

- Dla­czego pytasz? - Rych­ter uchy­lił się od odpo­wie­dzi.

- Spo­chmur­niał pan okrop­nie... - szep­nęła.

- Nic takiego, stare sprawy. Czy te bro­szury dla Gro­mansa są już na ukoń­cze­niu? - Rych­ter celowo zmie­nił temat.

- W ponie­dzia­łek będą dostar­czone, a fak­turę wysta­wię jutro. Powin­nam mieć już wszyst­kie dane po zmia­nach w nakła­dzie i tek­ście. Mamy długi week­end, w czwar­tek święto, a w pią­tek dał pan wolne - Wero­nika rze­czowo odpo­wie­działa.

Bli­sko trzy­dzie­sto­trzy­let­nia Wero­nika z tytu­łem inży­niera tech­no­loga papier­nika cią­gle była stu­dentką Insty­tutu Papier­nic­twa i Poli­gra­fii Poli­tech­niki Łódz­kiej. Prak­tycz­nie ukoń­czyła już stu­dia, pozo­stał jej tylko egza­min magi­ster­ski. Mogła go mieć już za sobą, ale z jakichś jej tylko wia­do­mych przy­czyn zwle­kała ze sfor­ma­li­zo­wa­niem sytu­acji. Zatrud­niona na umo­wie o dzieło, już od ponad trzech lat zwią­zana była z wydaw­nic­twem Rych­tera. Rych­ter lubił ją, nie­jed­no­krot­nie pół żar­tem, pół serio mówił: "Gdzie ja znajdę taką odpo­wie­dzialną i uta­len­to­waną dziew­czynę? No i tak ładną?" - doda­wał. Odpo­wiedź zawsze była taka sama: "Prze­cież jesz­cze nie odcho­dzę". Ale intu­icyj­nie czuł, że w lako­nicz­nej odpo­wie­dzi Wero­niki kryje się coś wię­cej niż gwa­ran­cja dal­szej pracy w jego fir­mie.

Obser­wo­wał pra­cow­nicę jesz­cze przez chwilę, a kiedy odda­liła się, wziął tele­fon do ręki i wybrał numer pod­in­spek­tora Olgierda Lorenca.

- Co tam, Mau­rycy? Córka uro­dziła ci wnuka? - zagad­nął Lorenc pogod­nie.

- Nie, na to przyj­dzie jesz­cze czas - odpo­wie­dział bez pośpie­chu Rych­ter. - Mam dwa inte­re­su­jące listy bez pod­pisu, chciał­bym poga­dać...

- No to wpa­daj, zawia­do­mię dyżur­nego. Ktoś cię wpro­wa­dzi albo sam zejdę, tylko daj sygnał, że jesteś.

- Mniej wię­cej za godzinę będę, to zależy od traf­ficu - rzu­cił Rych­ter.

- Przy­jeż­dżaj, nie bądź taki Anglik. - Lorenc zakoń­czył roz­mowę.

Docho­dziła dwu­dzie­sta, puste miesz­ka­nie iry­to­wało Mau­ry­cego. Kilka razy brał tele­fon do ręki tylko po to, by po chwili rzu­cić go na sto­jącą obok skó­rzaną sofę. Co się dzieje z Agą? Dzwo­nił do niej kil­ka­krot­nie, zawsze jed­nak sły­szał ten sam komu­ni­kat: "Abo­nent chwi­lowo nie­do­stępny". Agnieszka poje­chała poże­gnać się - jak twier­dziła - z ostat­nią i jedyną przy­ja­ciółką, która zmarła nagle na ulicy, tuż przed swoim domem. "Wra­cała z tor­bami peł­nymi zaku­pów" - prze­jęta żalem opo­wia­dała Mau­ry­cemu. Według jej słów przy­ja­ciółka następ­nego dnia miała obcho­dzić czter­dzie­ste czwarte uro­dziny. Agnieszka ze łzami w oczach wyznała pra­co­dawcy, że Ludo­mira przy­po­mi­nała jej o swym świę­cie wie­lo­krot­nie z nadzieją, że tym razem Agnieszka weź­mie kilka dni wol­nego i ją odwie­dzi.

Wła­ści­wie co ja wiem o Agnieszce? - zasta­na­wiał się Rych­ter. Ni­gdy jej o nic nie pytał, a i ona nie była skłonna do wta­jem­ni­cza­nia go w swoje życie. Pole­ciła ją kole­żanka z daw­nej redak­cji. W krót­kiej cha­rak­te­ry­styce stwier­dziła: "Aga to firma rze­telna i odpo­wie­dzialna. Będziesz z niej zado­wo­lony. Tylko się nie zako­chaj, bo to atrak­cyjna kobieta i do tego samotna". Jak póź­niej usta­lił, mąż Agnieszki, lekarz, wyje­chał do Sta­nów Zjed­no­czo­nych i już nie wró­cił. Pró­bo­wał ścią­gnąć ją do sie­bie, ale ta zde­cy­do­wa­nie odma­wiała. W ubie­głym roku ich syn Jacek po zda­niu matury dołą­czył do ojca i tam pod­jął stu­dia medyczne. To wszystko, co wie­dział o Agnieszce. Miał jesz­cze tylko jej numer tele­fonu komór­ko­wego. Adresu mu nie podała.

Popo­łu­dniowa roz­mowa z Loren­cem była kon­kretna. Pierw­sze pyta­nie, jakie zadał pod­in­spek­tor, doty­czyło imprezy u Rusiec­kiego:

- A tak w ogóle, to kto cię tam zapro­sił?

- Zapro­sze­nie zna­la­złem na biurku, koperta była zaadre­so­wana do mnie, a zapro­sze­nie było pod­pi­sane przez Jana Rusiec­kiego - odpo­wie­dział zgod­nie z prawdą Rych­ter.

- Znasz oso­bi­ście Rusiec­kiego? Przy­jaź­ni­cie się? Pytam, bo prze­cież na takie przy­ję­cia nie zapra­sza się pierw­szego lep­szego - kon­ty­nu­ował pod­in­spek­tor.

- Olgierd, chyba prze­sa­dzi­łeś - bąk­nął Rych­ter zde­pry­mo­wany.

- Prze­pra­szam za "pierw­szego lep­szego", ale jakoś nie widzę cię na liście gości Rusiec­kiego.

- Czyli to pro­wo­ka­cja. Ktoś chciał, żebym tam się zja­wił, i to się mu udało - skon­sta­to­wał z zawsty­dze­niem Mau­rycy.

- Wię­cej niż mniej - burk­nął wyraź­nie zatro­skany pod­in­spek­tor.

Uwagi Lorenca powra­cały do Rych­tera kil­ka­krot­nie - sma­ko­wały gorzko. Pod­in­spek­tor uświa­do­mił mu, jak łatwo uległ mani­pu­la­cji i jak łatwo można wysta­wić bli­skich na nie­bez­pie­czeń­stwo. Mau­rycy zacho­dził w głowę, kto i w jakim celu chce go wyko­rzy­stać. W myślach odno­to­wał kilka pobu­dek, dla któ­rych wcią­gnięto go do gry. Gry, któ­rej zasad nie znał, tak jak nie znał jej uczest­ni­ków i terenu, na jakim się toczy. Pierw­sze, co przy­szło mu do głowy, to odwet, za któ­reś z ujaw­nio­nych prze­stępstw. Dru­gie to wyko­rzy­sta­nie go w wewnętrz­nych pora­chun­kach grup prze­stęp­czych w celu pozby­cia się kon­ku­ren­cji. Trze­cia pobudka, którą roz­wa­żał, to zło­śliwy żart kole­gów dzien­ni­ka­rzy albo poli­cjan­tów, któ­rym od czasu do czasu zacho­dził za skórę. Mogła to być też auten­tyczna prośba o pomoc w odkry­ciu źró­deł prze­stępstwa lub ujaw­nie­niu przy­wód­ców gan­gów odpo­wie­dzial­nych za te prze­stępstwa. Jesz­cze kilka innych powo­dów przy­cho­dziło mu do głowy, ale odrzu­cił je jako nic nie­wno­szące.

Chory chło­piec leżał w I Kli­nice Cho­rób Zawo­do­wych i Tok­sy­ko­lo­gii. Jego stan zdro­wia popra­wił się, a roko­wa­nia były wię­cej niż opty­mi­styczne. Igor wybu­dził się ze śpiączki, ale pro­ces lecze­nia mógł być jesz­cze długi. Ojciec chłopca, Sła­wo­mir Bart­czak, zapew­nił mu cało­do­bową opiekę pie­lę­gniarki, nie zapo­mniał też o dwu­oso­bo­wej pry­wat­nej ochro­nie. Wska­zy­wa­łoby to na obawę przed zagro­że­niem z zewnątrz. Rych­ter znał Bart­czaka przede wszyst­kim ze sły­sze­nia i nagłów­ków gazet. Był to czło­wiek nie­zwy­kle majętny, ale war­tość jego majątku była trudna do osza­co­wa­nia. Bart­czak okrył biz­nes tajem­nicą, loku­jąc wolne środki w inwe­sty­cjach zagra­nicz­nych. Jesz­cze w poprzed­niej for­ma­cji ustro­jo­wej, czyli - jak dzi­siaj mówią poli­tycy - za komuny, pro­wa­dził roz­liczne inte­resy. Zaczy­nał - podob­nie jak wielu sza­no­wa­nych dzi­siaj biz­nesmenów - jako cink­ciarz. W hote­lach od gości zagra­nicz­nych sku­po­wał obcą walutę i sprze­da­wał Pola­kom spra­gnio­nym zaku­pów w Pewek­sie. Były to głów­nie dolary lub marki Nie­miec zachod­nich - dwie naj­bar­dziej cenione waluty na pol­skim nie­le­gal­nym rynku pie­nięż­nym. Środki te naby­wali także uda­jący się za żela­zną kur­tynę, pań­stwo bowiem nie było zain­te­re­so­wane podró­żami roda­ków. Zakup dola­rów, marek czy fran­ków z ofi­cjal­nej kasy pań­stwowej gra­ni­czył z cudem. Komu­ni­styczne wła­dze bały się, że podróż­nicy zbyt dużo zoba­czą, a to mogło gro­zić destruk­cją par­tyj­nego porządku. Rych­ter przy­po­mniał sobie, jak pod­czas wyjazdu grupy dzien­ni­ka­rzy do Danii pilot wycieczki, któ­rym był znany dyrek­tor oddziału Biura Podróży "Orbis", gor­li­wie zabie­rał pasz­porty, aby pod­stem­plo­wać je na przej­ściu gra­nicz­nym, cho­ciaż żaden pogra­nicz­nik ich nie żądał. Potem prze­cho­wy­wał je długo w swo­jej tor­bie, zapew­nia­jąc, że bez­piecz­niej będzie, jak on się nimi zaopie­kuje.

Mau­rycy uśmiech­nął się do wspo­mnień. W Kopen­ha­dze zna­lazł się w zastęp­stwie ojca - już wów­czas nestora dzien­ni­kar­stwa pol­skiego. Miał led­wie ukoń­czone osiem­na­ście lat. Uczest­nicy wyjazdu zacho­dzili w głowę, jak taki smar­kacz, nawet nie adept dzien­ni­kar­stwa, zna­lazł się w gru­pie zna­nych żur­na­li­stów. Pisy­wał co prawda do mło­dzie­żo­wych wydaw­nictw, ale te w mnie­ma­niu więk­szo­ści dzien­ni­ka­rzy nie liczyły się jako publi­ka­tory. Nawet nie pró­bo­wał zaprze­czać - wyjazd rze­czy­wi­ście zawdzię­czał ojcu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki