Rozdział I
8 sierpnia 2019. Imieniny Jana
8 sierpnia 2019
Imieniny Jana
Czwartek, 8 sierpnia 2019 roku. Nietypowa data fetowania imienin Jana
nie dawała Rychterowi spokoju. Znał kilka terminów świętowania tego
popularnego imienia, ale żaden nie kojarzył mu się z sierpniem. Znał
nawet Święto Ogłoszenia Pokoju, obchodzone uroczyście właśnie 8 sierpnia
w Bawarii. Ale imieniny? Wspomnienia z Augsburga, dawnej stolicy
Szwabii, pielęgnował szczególnie starannie. Dwutygodniowy pobyt na koszt
rajców tego historycznego grodu, założonego przez Rzymian. Wspaniała
nagroda za zwycięstwo w konkursie literackim przed dwudziestu laty
zaowocowała kilkoma relacjami z tego największego i najlepiej
rozwiniętego niemieckiego landu. Maurycy Rychter, gość łódzkiego
ekscentrycznego przedsiębiorcy, zastanawiał się nad zbieżnością dat, by
stwierdzić: przypadkowa. Już jednak po chwili głośno zauważył:
- Zaraz, przecież imieniny sierpniowego Jana są jutro.
Przyjęcie w wigilię imienin? Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby
następny dzień był wolny od pracy. Maurycy Rychter grymasił nad datą
biesiadowania, gdyż rzadko kto organizuje huczne przyjęcie w dzień
powszedni. Taki sposób świętowania osadzony jest przede wszystkim w żydowskiej rachubie czasu. Czyżby solenizant Jan Rusiecki był wyznania
mojżeszowego? A jakie to ma znaczenie - reflektował się natychmiast.
Przez minutę, może dłużej, zgłębiał prawosławie, ale czwartek ani 8
sierpnia w tej kulturze z niczym szczególnym mu się nie skojarzyły.
Maurycy, odpuść, korzystaj z okazji. Zabaw się. Nie po to wystroiłeś się
w sportową czarną koszulę marki Rowm z deseniem liści dębu z widocznymi
żyłkami unerwienia, elegancką brązową marynarkę z kolekcji Daniela
Hechtera i beżowe lniane spodnie. Nie po to oglądałeś się wielokrotnie w lustrze i poprawiałeś kolorową poszetkę, żeby teraz zrejterować. Bogacze
mogą balować w każdy dzień tygodnia. Wielokulturowość jest w modzie, to
bardzo łódzkie - skonstatował, wchodząc do środka okazałej willi.
Właściciel budowli unikał nazwania jej pałacem. W pewnym sensie miał
rację. Wzniesiony pod koniec dziewiętnastego wieku obiekt z zewnątrz
można było identyfikować jako dużą fabrykancką willę lub pałacyk w neorenesansowym stylu, z dużym angielskim ogrodem, którego ogrodzenie
stanowił wysoki i gęsty żywopłot. Za rezydencjalnym charakterem obiektu
przemawiały geometrycznie poprowadzone aleje, tworzące pewnego rodzaju
labirynt ze ścianami z przyciętych, ale nie za gęsto posadzonych tui,
które nadawały ogrodowi tajemniczy urok. Wyjątek od tej kompozycji
stanowiły oryginalne trejaże z drewnianych słupków przypominających
pałacowe kolumny. Nieuważny spacerowicz potraktowałby je jako pergolę,
która wiodła do sekretnej altany, oddzielonej od pozostałej części
ogrodu nieco wyżej przyciętymi krzewami bukszpanu. Przeciwieństwem
ogrodu były przepyszne wnętrza i ich bogactwo utrzymane w stylu
eklektycznym z przewagą neorenesansu i neorokoka. Podkreślała to strojna
sztukateria na sufitach, a także witraże - prawdziwe dzieła sztuki. Na
uwagę zasługiwały wieloramienne kryształowe żyrandole oraz dopełniające
wystrój antyczne marmurowe kominki. To właśnie przepych budowli i wystawność stylowych mebli uprawniały Maurycego do nazywania rezydencji
solenizanta pałacykiem, a nawet pałacem. Dębowe drzwi wejściowe z kutą
klamką, którą naciskał Rychter, stanowiły demonstrację nie tylko statusu
materialnego właściciela, ale także jego znaczącej pozycji społecznej.
Balanga
Balanga
Impreza się rozwijała. Na pierwszy rzut oka było widać, że to raczej
balanga niż wykwintne przyjęcie. Pałacyk przeżywał renesans w sposób
niekoniecznie pożądany przez jego byłych właścicieli. Imieniny osiągnęły
apogeum. W dużym holu jedna z najbardziej znanych kapel w Łodzi
prześcigała się w biciu rekordów emitowania decybeli z nie mniej znanym
DJ-em. Gra na zmianę powalała nie tylko wrażliwych na hałas, ale także
nawet najbardziej wytrwałych tancerzy. Tylko wspomniany DJ zachowywał
stoicki spokój, stawiając sobie na elektronicznym cacuszku pasjansa.
Parkiet wypełniali panowie w przedziale wiekowym trzydzieści
pięć-pięćdziesiąt pięć lat oraz grupa stosunkowo młodych kobiet. Były to
głównie ich dzisiejsze partnerki, a także rozbrykane dziewczynki z lepszych łódzkich lokali, niedostępnych dla przeciętnego mieszkańca tego
niezbyt zamożnego przecież miasta. Panienki to głównie studentki
dorabiające sobie w restauracjach jako kelnerki. Zaproszono je w tak
zwanych celach edukacyjnych, przynajmniej tak oficjalnie brzmiało
uzasadnienie ich obecności wśród tej łódzkiej elity. Usługę
gastronomiczną bowiem świadczył jeden z najlepszych pięciogwiazdkowych
hoteli warszawskich. Boć Łódź - jak mówił dzisiejszy solenizant -
chociaż do niedawna drugie pod względem liczby mieszkańców miasto w Polsce, nie dorobiła się jeszcze hotelu pięciogwiazdkowego. Salę balową,
która zapewne na przekór zamierzeniom architekta obiektu stanowiła tego
wieczoru pomieszczenie jadalne z rozstawionymi wzdłuż ścian bufetami,
wypełniały damy. Ich niecodzienna afektacja była adekwatna do wieku. Im
starsza, tym większa. Mężowie tych zacnych pań tłoczyli się na
nieproporcjonalnie małym w stosunku do wielkości pałacu tarasie.
Popijali whisky, cytrynówkę tudzież czystą. Trzeba przyznać, że
zachowywali się godniej od kucharza - uznawanego za mistrza mistrzów w stołecznym mieście - jako że kłęby cygarowego dymu wypuszczali w wolną
od ścian przestrzeń. Bar - miejsce najbardziej oblegane przez
imieninowych gości - wyróżniał się niecodziennym wystrojem. Luksusowa
klasyka z akcentami przeniesionymi z Moulin Rouge, przeplatana wirtualną
technologią obrazu, zaskakiwała także efektami zapachowymi, doskonale
zsynchronizowanymi z ekranową akcją. Za długą barową ladą żurnalowe
barmanki i barmani uwijali się, by zadowolić życzenia klienteli.
Dwudziestojednoletnia Glengoyne whisky, Johnnie Walker Gold Label,
osiemnastoletni Bourbon Elijah Craig, uznany ostatnio w San Francisco za
najlepszy bourbon na świecie - wszystko to pito z lodem i coca-colą.
Nieliczne protesty i prośby o niekalanie smaku i aromatu tak
szlachetnych trunków zagłuszały okrzyki podziwu nad sprawnością
barmanów. Ci, żonglując butelkami z wirtuozerią godną cyrkowców,
dokładali liczne ingrediencje, tworzyli sztukę, niestety szybko
przemijającą. No może poza skutkami, doznawanymi przez kosztujących jej
jakość następnego dnia. Dorodne barmanki, zazdrosne o kilka młodych
ślicznych dziewcząt, zwabionych do baru przez ich kolorowe dzieła,
przykuwały uwagę klientów swobodnym wobec nich zachowaniem. Oni,
wystrojeni w ekstrawaganckie konfekcyjne gadżety, z lubością akceptowali
tę okazjonalną poufałość.
Wyróżniało się dwóch mężczyzn, ubranych w luksusowe T-shirty - cena
każdego z nich mogła sięgać nawet kilkuset dolarów. Byli oni klasycznymi
przykładami rodzimej odmiany playboya - bez szacunku dla upływającego
czasu. Zachowanie ich, dalekie nawet od luźnych norm towarzyskich,
zachęciło dwie młode dziewczyny do bliższej z nimi zażyłości, z wyraźną
nadzieją na przyszłość. Jeden z nich - w koszulce z artystycznym
wizerunkiem głowy Jezusa - utrzymywał, że jest mesjaszem miłości i prowadzi lekcje chodzenia po wodzie, którą to sztukę opanował dzięki
studiowaniu nauk pierwszego sztukmistrza. Nie było to śmieszne, ale
dziewczyny chichotały, skłaniając tym samym starzejącego się amanta do
dalszych popisów. Drugi, w sweterku z logo firmy Henri Lloyd, szczycił
się zarysowanym niebieską nicią na pół rozwiniętym żaglem. Na nim każdy
mógł odczytać wyraźny napis: "Zadzwoń do mnie, pomóż rozwinąć żagiel", a poniżej numer telefonu.
Trwała rotacja gości. Jedni wchodzili, witali się jowialnie i znikali
wśród tych, którym nie było spieszno do domu i którzy z radością i w nadmiarze korzystali z hojności gospodarza. Inni opuszczali gościnny
pałac, przytłoczeni jutrzejszymi obowiązkami lub zdegustowani panującą
tu pogardą dla reguł. Przyzwyczajeni do tradycyjnych norm, nie
akceptowali pewnych siebie, zblazowanych facetów o wielocyfrowych
kontach bankowych, jak też podstarzałych kobiet wdzięczących się niczym
nastolatki. Wchodzili i wychodzili także politycy, wysokiej rangi
urzędnicy, lekko spłoszeni swoją śmiałością. Przekrój społeczny nie
pozostawiał żadnych złudzeń. Wśród ludzi uważanych za śmietankę
towarzyską kręcili się osobnicy nieokreślonej profesji, a wśród członków
elitarnych salonów typy niedawno jeszcze zaliczane do marginesu
społecznego. Nie brakowało co prawda ludzi wielkiego biznesu, oczywiście
mierzonego skalą miasta, sław medycyny, nauki i sztuki, wszelkiej maści
lokalnych celebrytów, ale ciążyła im świadomość, z kim przebywają. Jedno
przypadkowe zdjęcie mogło zagrozić karierze lub ją zniszczyć. Świadomi
tego wybrańcy narodu i wybrańcy wybrańców ograniczali swój pobyt w pałacu do kilkudziesięciu minut. Ciekawość i pragnienie zyskania
sponsorów były jednak silniejsze od rozsądku. Łaknęli poklasku. Żadnych
widocznych ochroniarzy, ale i żadnego pstrykania aparatów, komórki
wygaszone. Żadnej inwigilacji. Żadnych zbędnych pytań. Wszyscy są równi.
Wszyscy mówią sobie po imieniu. Kto nie akceptuje tych zasad, może
wyjść, nikt tego nie zauważy. Nieobecni nie mają racji. Balanga trwa.
Kucharze wnoszą faszerowane prosię i młodego dzika. Przed chwilą
podawano sarnę i Bogu ducha winną owieczkę. Na bufetach wykwintny świat
ryb słodkowodnych, obok ostrygi i langusty w towarzystwie specjalnie
preparowanego tuńczyka.
Nowo przybyli korzystają z okazji, zachwalają smakowitość potraw,
wynoszą pod niebiosa gościnność gospodarza. Dziękują Bogu, że tacy
jeszcze są, dzięki nim nie zanika życie towarzyskie. Świat lepszych. W holu głównym, gdzie tańce, pięćdziesięcioletni ortopeda wykonuje salto.
Nie udało się. Staje więc dęba, głową do dołu, obsuwa się i niszczy
butami dwa płaty cennej tapety. "Gdyby się połamał, sam się wyleczy" -
komentuje z nieskrywaną ironią młody człowiek zbulwersowany zachowaniem
lekarza. Nikt się nie przejmuje. Dla gospodarza żaden kłopot, tapetę
wymienią na całej powierzchni ścian. Ostatnio wymieniano ją półtora roku
temu. Szmat czasu. Gospodarz zachwycony, bawi gości w niepowtarzalnym
stylu. Szaleje na parkiecie...
- Przydałby się konfesjonał.
Rychter przerwał pisanie.
- Co tobie? - zdziwiło się jego drugie ja.
- To jest zbyt dosłowne - odpowiedział. - Byłem jego gościem.
- I tak tego nie opublikujesz - sprzeciwiło się jego drugie ja.
- Uszanuj gospodarza, zaprosił cię - nie ustępowało pierwsze. - Liczyłeś
na jego sponsoring, nie odmówił.
- Widziałeś jego przyjęcie? Ile ci obiecywał? A ile szmalu wydał na tę
balangę? - kontratakowało drugie.
Pierwsze milczało, by po chwili mruknąć:
- Słyszałeś o piętnie bogatego?
- Ale, ale... Co to za wyskok z tym konfesjonałem? - zaatakowało ponownie
drugie ja.
Właśnie... konfesjonał...
- Nie bądź taki Głowacki. Przeczytanie Good night, Dżerzi jeszcze o niczym nie świadczy - włączyło się trzecie.
Czemu ma służyć ten poprany dialog? Niczemu - ironizował Rychter.
Opowiadania pisał od czasu do czasu, ot tak, dla siebie, dla higieny
psychicznej. Zapełniały mu szuflady lub tępiły ostrza niszczarki.
Imieniny Jana Rusieckiego, legendarnego "Jaśka", na które został
zaproszony po raz pierwszy, nie wywarły na nim szczególnego wrażenia.
Lukrowane, typowe dla nowobogackich, których przerosło szybkie
dorobienie się. Reymont opisałby je być może jako jedną ze scen
folklorystycznych Łodzi, wzbogacając tym samym jeden z rozdziałów Ziemi
obiecanej. Nie traktował tego wydarzenia jakoś szczególnie. Za mocno
przesadzone uważał reakcje znajomych na wieść o zaproszeniu go przez
Rusieckiego. Słowa ich zachęty do uczestniczenia w przyjęciu wydawały mu
się powiązane z enigmatycznym zjawiskiem namaszczenia.
Przeczytał ponownie wydrukowane kartki - miał zwyczaj drukowania
napisanego tekstu. Twierdził, że czytanie na ekranie komputera
zniekształca intencje piszącego, i z niechęcią potrząsnął głową.
Spojrzał na modliszkę, pożeracza dziesiątek nikomu niepotrzebnych
papierów, często pierwszego odbiorcę ludzkich emocji, ludzkich
przemyśleń lub ich niedostatku. Modliszką nazywał niszczarkę, urządzenie
niezbędne we współczesnym świecie pełnym inwigilacji, świecie
wypełnionym erzacem swobód obywatelskich, urojeniem indywidualnej
wolności...
- Nawet oka nie zmrużyłam - odezwała się Maria, wychylając się z jedynki.
Jedynką Rychter nazywał niewielki pokój z kanapą i biurkiem, który
kiedyś zajmowała córka. Jako spuścizna została po niej narożna kanapa i regały wypełnione nielicznymi książkami i bibelotami, które zostawiła
łaskawie, żeby przypominały mu jej zapach, tak przynajmniej utrzymywał
kąśliwie jedyny już lokator mieszkania, jej ojciec.
- O, o... - zareagował Maurycy, wzdrygając się, nie tyle zaskoczony jej
słowami, ile jej obecnością.
Zatopiony w pisaniu, zapomniał o Marii. Sam jej zaproponował nocleg,
wręcz zmusił ją, by z niego skorzystała. Przyjaźnili się od lat, ale
kontaktowali rzadko. Mąż Marii wyremontował niewielki dwór w okolicach
Rawy Mazowieckiej i tam się przeprowadzili. Uzdolniona skrzypaczka
koncertowała na przyjęciu u Rusieckiego. Jak się wyraziła, dla chleba, a to z powodu przejściowych kłopotów finansowych. Jej recital tak podobał
się imieninowej publice, że Rusiecki zaproponował Marii drugi występ za
podwójną cenę. Dla Marii była to nielicha gratka, ale nie chciała
przyjąć propozycji gospodarza - drugi występ miał się odbyć już po
godzinach odjazdu ostatniego autobusu, którym mogła się dostać do domu.
Z pomocą pospieszył właśnie Maurycy.
- Marysiu, dopiero pierwsza trzydzieści. Kładź się. Na stoliku nocnym
leży apap na noc. Weź tabletkę. Uspokoi cię i zaśniesz. Po śniadaniu
odwiozę cię na dworzec autobusowy - zareagował stanowczo.
- A ty? - zapytała Maria.
- Idę w twoje ślady - powiedział i udał ziewnięcie. Nie miał jeszcze
zamiaru się kłaść, chciał zanotować wszystko, co ważne. Wiedział, że
jutro połowa, a może nawet więcej z tego, czego nie zapisze, ucieknie z pamięci bezpowrotnie.
Wziął do ręki filiżankę z zimną już herbatą, lecz nie pił. Myśli
zaprzątały mu epizody z przyjęcia, a szczególnie relacja między trzema
mężczyznami - wszyscy powyżej pięćdziesiątki. Ci niczym obcy sobie
ludzie przystawali na chwilę obok siebie, ze wzrokiem skierowanym na
ogród, wypowiadali nic nieznaczące słowa i się rozchodzili. Raz tylko
stanęli obok siebie całą trójką. Postronny świadek tego zdarzenia
zeznałby w sądzie, że to było przypadkowe spotkanie, a wymiana zdań -
zdawkowa. Maurycy uważał inaczej. Był przekonany, że tych facetów coś
łączy i że ukrywają swoją znajomość. To go zaintrygowało. Węszysz,
ciągle wychodzi z ciebie dawny fach - strofował się w myślach.
Dziennikarzem już nie jesteś od kilku lat, przestań podejrzewać Bogu
ducha winnych ludzi.
Podniósł się i poszedł do łazienki. Niespełna pięćdziesięcioletni
Maurycy Rychter - do niedawna znany i ceniony dziennikarz, zajmujący się
głównie recenzowaniem wydarzeń kulturalnych - był właścicielem
niewielkiej firmy wydawniczej. Choć dawniej bawił się od czasu do czasu
w dziennikarstwo śledcze - za cichym przyzwoleniem naczelnego prowadził
swoje dochodzenia. Publikacje denerwowały wszystkich zainteresowanych, z policją łącznie. Ujawniał bowiem sprawy jeszcze toczące się w tajemnicy
przed społeczeństwem. Były to najczęściej afery korupcyjne lub
naruszenia prawa przez tak zwanych ludzi z miasta. Po jednej z większych
machlojek podatkowych, którą ujawnił Rychter, wysoki urzędnik państwowy
oraz wpływowy biznesmen łódzki trafili za kratki. Był to początek końca
jego kariery dziennikarskiej. Krótko po wyrokach naczelny wręczył mu
wypowiedzenie umowy o pracę ze słowami: "Maurycy, przepraszam, to nie
mój pomysł". Po kilku miesiącach podobny los spotkał naczelnego. Żadna
łódzka redakcja nie chciała zatrudnić cenionego do tej pory
dziennikarza. Z pomocą przyjaciół otworzył więc niewielką firmę
wydawniczą, a swoją pasję dziennikarską realizował w internecie. Jego
komentarze i doniesienia spędzały sen z oczu prominentnym osobom z miasta, bo skupiał uwagę głównie właśnie na nich.
Rano Maria przygotowała śniadanie, była to co prawda jajecznica na
resztkach jakiejś wędliny z niezbyt świeżym pieczywem, ale w zasobach
kuchennych trudno było coś więcej znaleźć. Odwiózł ją na dworzec i obiecał, że wpadnie do niej w któryś z wolnych weekendów.
9 sierpnia 2019. Anna
9 sierpnia 2019
Anna
Chwilę zwlekał z odjazdem. Zastanawiał się nad kolejnością realizacji
dzisiejszego harmonogramu. Chociaż zawsze miał kilka kalendarzy, nigdy
nic w nich nie zapisywał. Tę przywarę tłumaczył wrodzoną niechęcią do
porządku. Jego biurko zalegały sterty papierów, które walały się także
na podłodze. Zapisane na luźnych kartkach różnego rodzaju notatki rzadko
wyrzucał. Uważał, że kiedyś mogą się przydać. Nawet te już nieaktualne
leżały gdzieś obok fotela, pojemnik do ich gromadzenia uważał za zbędny
luksus. Niewielki pokój z regałami na książki, biurkiem i niezbędnym do
pracy sprzętem elektronicznym wypełniały przede wszystkim ustawione
wzdłuż ścian albumy, na albumach zalegały skoroszyty redakcyjnych
rękopisów i teczki z jego prozą. Bliscy znajomi przyznawali jednak, że w tym bezładzie potrzebne mu dokumenty wyszukiwał z niezwykłą łatwością.
Mimo wszystko od czasu do czasu zgadzał się na posprzątanie pokoju, a potem przez jakiś czas zrzędził, że wszystko ma poprzestawiane, a liczne
pamiątki przywiezione z podróży zagranicznych nie są tam, gdzie były, i że nie wie, skąd je przywiózł, bo to tak samo, jakby poprzestawiać
kontynenty na kuli ziemskiej. Rozkład dnia, a nawet tygodnia nosił w głowie. Nigdy lub prawie nigdy nie zdarzyło mu się zapomnieć o zobowiązaniach.
Rozpoczęty dzień niczym szczególnym się nie wyróżniał. Wizyta w drukarni, z którą kooperował, biuro i to wszystko. Już w drodze do
drukarni zmienił plan. Biuro nie ucieknie, odwiedzę Annę - pomyślał i się uśmiechnął. Annę znał od najmłodszych lat, jeszcze jako dzieci
pobrali się w kościele, składając w tajemnicy przed wszystkimi przysięgę
małżeńską. Uważali tę uroczystość za najważniejszą w ich życiu. Często
ją wspominali. Ciepły dzień sierpniowy, on w granatowym garniturze, ona
w jasnej sukience. Stali przed ołtarzem w pustym drewnianym kościółku w Mileszkach. Anna wybrała ten kościół, bo - jak twierdziła - dojazd do
niego zajmie im minimum trzy kwadranse. Maurycy będzie miał więc czas na
przemyślenie decyzji, bo ta będzie ostateczna i potem niech nigdy nie
waży się jej unieważnić. Elegancki ubiór jak na powszedni dzień tygodnia
wzbudził zainteresowanie pasażerów autobusu, ono jednak nie docierało do
nich, tak jak nie docierała konieczność późniejszych wyjaśnień rodzicom,
co miały oznaczać te stroje i ich kilkugodzinna nieobecność. Dodatkowym
powodem wyboru świątyni w Mileszkach był fakt, że jej historia sięgała
czternastego wieku. Po dołączeniu wsi do gminy łódzkiej drewniany
wiejski kościół zyskał status najstarszego parafialnego kościoła miasta.
Według Anny swą historyczną powagą zastąpić miał świadków ich ślubu. Już
w środku, stojąc przed ołtarzem, wypowiadali kolejno słowa przysięgi:
"Ja, Maurycy, biorę ciebie, Anno, za żonę i ślubuję ci miłość, wierność
i uczciwość małżeńską oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi
dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci". "Ja,
Anna, biorę ciebie, Maurycy, za męża..." - i zanim dokończyła, nie
wytrzymała i pocałowała Maurycego z miłością żony i kochanki. Był to ich
pierwszy prawdziwy pocałunek.
Uśmiechnął się do wspomnień, przypomniał sobie, jak chodził na śluby
nieznanych mu osób tylko po to, by zapisać dokładnie tekst przysięgi
małżeńskiej. W trakcie studiów sformalizowali ten związek, informując
księdza, że właściwie to oni od dawna są małżeństwem. Ksiądz pomimo to
udzielił im sakramentu, wyjaśniając, że sakrament uświęca nie tylko sam
akt zawarcia małżeństwa, ale całą małżeńską wspólnotę życia. Małżonkowie
otrzymują siłę pozwalającą im przetrwać, dopóki śmierć ich nie rozłączy.
Być razem na dobre i na złe. Nigdy nie mówił: "Pójdę na cmentarz", on
odwiedzał żonę, którą pożegnał pięć lat temu. Zmarła po ciężkiej
chorobie jajników. Podstępny rak pomimo okresowych badań u ginekologa
zaatakował Annę, nie dając jej szansy na powrót do zdrowia. Oboje byli
świadomi nadchodzącego końca, nigdy jednak nie ranili się rozpaczą,
zachowywali się tak, jakby utrata nadziei była im obca. Nie ma Anny, nie
ma świadka ich prawdziwych zaślubin. Kościół spłonął w ostatni dzień
sierpnia 2015 roku - odnotował bezwiednie w pamięci Maurycy.
Pobyt w drukarni nie trwał długo.
- Mówmy konkretnie, szkoda czasu na pierdoły - powiedział kierownik
zmiany.
Treściwa umowa zawarta z drukarnią wystarczająco gwarantowała rzetelność
kontraktu. Materiał do druku był już przygotowany i uzgodniony. Maurycy
obejrzał i zaakceptował próbkę papieru, co do której zleceniodawca miał
szczególne wymagania. Potwierdził sposób pakowania. Drukarnia przyjęła
na siebie dystrybucję według wskazanej specyfikacji. Maurycy był
wdzięczny, spieszył się do Anny.
Świeże kwiaty świadczyły o niedawnej obecności Pauliny. Otarł łzę
wzruszenia i zapalił duży otwarty znicz. Światło do nieba, jak mówił.
Usiadł na ławeczce i wpatrywał się w zdjęcie żony i napis: "Anna
Rychter, żyła lat 44". Zamyślony, machinalnie odpowiadał na powitania
cmentarnych znajomych. Chwilami wydawało mu się, że Anna siedzi obok.
Rozczarowany jej brakiem gniewnie podnosił wzrok ku górze. Na pewno wie
o Paulinie i cieszy się razem z nią. Agnostyk Rychter chciał wierzyć w łączność córki i matki. Chciał wierzyć, że przedwczoraj, kiedy wpadł do
córki na proszoną kolację, Anna też tam była. Uśmiechnął się do
wspomnienia - zięć zaproponował szklaneczkę whisky i nocleg. Odmówił,
ale po usłyszeniu nowiny, że Paulina jest w ciąży i zostanie dziadkiem,
przyjął zaproszenie. Przez cały czas pobytu u córki uśmiechał się i z lekkim niedowierzaniem spoglądał na jej brzuch. Jego kształt nie
wskazywał na stan odmienny.
Nie pojechał do biura, chciał być sam. Po drodze do domu zatrzymał się
przy lokalnych delikatesach, nazywanych przez większość tutejszych
mieszkańców Pierogarnią, gdzie kupił tuzin pierogów na późniejszy
posiłek. Znajoma ekspedientka zapytała: "Pani Agnieszka jeszcze nie
wróciła?". "Niestety jeszcze nie" - odpowiedział i kwaśno się
uśmiechnął. "O, to bez gospodyni jest panu ciężko, co?" - dopytywała się
niby to z troską. "Do widzenia" było jedyną jego odpowiedzią.
Rychter niepokoił się o swoją gospodynię. Oczekiwał jej niecierpliwie,
lecz Agnieszka nie dzwoniła i nie pojawiła się w miniony wtorek.
Niespodziewana rozłąka unaoczniła mu siłę więzi - to już nie był
formalny związek pracodawcy z pracownicą. Agnieszka była dla niego kimś
niezwykle bliskim. Połączeniem siostry, opiekunki i przyjaciółki,
wcielającej się niekiedy w rolę partnerki. Maurycy zauważył, że chociaż
nic ich nie łączyło, to sprawiało jej przyjemność troszczenie się o niego jak o męża, który ciągle wymaga szczególnej opieki żony. Przywykł
do tej postawy. Kilkunastodniowa rozłąka z Agą, jak chciała, by do niej
się zwracał, potwierdzała jej szczególną pozycję w jego domu.
Rozpakował zakupy, spojrzał na zegarek. Już po czwartej, pora obiadowa
minęła, połapał się z niedowierzaniem. Otworzył puszkę z fasolką po
bretońsku i przełożył do szklanej miseczki, by podgrzać w kuchence
mikrofalowej. Nie czuł głodu, jadł, nie zwracając uwagi na smak potrawy,
zagryzał suchą bułką. Zatopiony w myślach, odruchowo odsunął opróżnioną
miseczkę, podniósł się, podszedł do półki z książkami, zgromadzonymi
jeszcze przez żonę. Były to dzieła mało znanych, najczęściej łódzkich
amatorów, realizujących się w pasji tworzenia. Otworzył na chybił trafił
jedną z nich:
Niekiedy chcę zapomnieć życie wtedy tęsknię sobą wtedy tęsknię whisky
tęsknię myślą i słowem tęsknię miłością jeszcze nieznaną Wtedy jestem
obcym wiatrem zapomnianym bardem liściem rudym i bezdomnym cieniem
wyciem leśnej czeredy echem głuszy zakamarkiem bycia Wtedy jestem karmą
i okruchem woli dnia i woli nocy.
Czytał wiersz nieznanego mu autora, jego treść o tyle była mu bliska, że
w miarę ubywania whisky - po butelkę sięgnął w drodze po książkę -
ulegał nostalgii. Myślał o Annie. Przypominał sobie wieczory, kiedy
czytała mu te wiersze, komentowała ich treść. Niekiedy ujmowały ją tak
głęboko, że ułatwiała ich autorom radiowe debiuty. Znajdowała sponsorów
na publikacje zeszytów poetyckich lub niewielkich tomików. Może zna
odpowiedź ktoś - dostrzegł tytuł jednego z krótkich wierszy. Lekko
zaintrygowany przeczytał tekst:
Może zna odpowiedź ktoś skąd melodia, która towarzyszy twoim krokom w moich snach kto maluje twój rysunek w rozbudzonej bieli dnia może ty
podpowiesz gdzie ukryto prawdę znaków nocnych zjaw skąd przychodzi twoje
imię gdy wędruje po pokoju by zapomnieć o istnieniu pustych ścian.
Spojrzał na zdjęcie w srebrnej ozdobnej oprawie. Anna uśmiechała się do
niego jakby zachwycona jego autentycznym wzruszeniem. Maurycy bezwiednie
odpowiedział uśmiechem. Znowu Agnieszka. Rychter uzmysłowił sobie
zapobiegliwość gospodyni o stałe, w miarę widoczne miejsce na ramkę ze
zdjęciem żony. Zdjęcie w metalowym stojaku z uchylną nóżką stanowiło
jeden z trwałych elementów wyposażenia regału, stojącego tuż przy biurku
z komputerem.
Mimo już dość późnej pory wlał do niewielkiej szklanki odrobinę
smorodiny, doskonałej nalewki na owocach czarnej porzeczki, która stała
nietknięta od śmierci Anny. Pił i wpatrywał się w jej zdjęcie, jakby
towarzyszyła mu tego wieczoru. Nie udało mu się uchronić przed łzami,
spływały mu po twarzy. Otarł je i ciężko westchnął.
- Życie to jedno wielkie gówno - powiedział głośno i podszedł do
pianina. - Wielkie gówno - powtórzył, uderzając w klawisze.
Wygrywał mocnym akordem finał czegoś, czego nie chciał, co jednak było
faktem. Żegnał się współbrzmieniem dźwięków pełnych złości, ale i piękna. Przekraczał granicę możliwości instrumentu, wcielał się w wirtuoza, króla instrumentów, mistrza organów.
Oficyna wydawnicza
Oficyna wydawnicza
Peryferyjnie ulokowana oficyna wydawnicza w początkowym okresie
funkcjonowała przede wszystkim dzięki przyjaciołom i znajomym Maurycego
Rychtera. Bez ich pomocy nie miałaby szans na przetrwanie. Z czasem,
między innymi dzięki nazwisku właściciela, zyskała na znaczeniu.
Zatrudniał jedynie córkę Paulinę i dwoje dochodzących studentów. Edycje
o nieskomplikowanym cyklu drukarskim i stosunkowo niewielkich nakładach
drukował sam w popularnej technice druku cyfrowego. Maszynę drukarską
nabył okazyjnie od upadającej firmy poligraficznej. Prosta technologia,
oparta na bezpośrednim przesłaniu danych z komputera czy też z pośrednich nośników cyfrowych, zapewniała wyższą jakość i krótszy czas
druku niż przy technice stricte laserowej, niemniej tą metodą
przygotowywali głównie ulotki, wizytówki, broszury, katalogi, niekiedy
zeszyty literackie. Ograniczone możliwości produkcyjne przy wydaniach
bardziej skomplikowanych, o większych nakładach, zmuszały Rychtera do
kooperacji z dużymi drukarniami. Z nawiązaniem współpracy nie miał
większych problemów, znane nazwisko ułatwiało mu tego rodzaju kontakty.
Długotrwała choroba żony i jej śmierć zacieśniła więzi między ojcem i córką. Dopóki nie wyszła za mąż, zaczynali i kończyli dzień razem.
Wspierają się do dziś i nie mają przed sobą tajemnic. Zaufanie do siebie
zawsze stanowiło ich credo na życie we wszystkich jego odmianach. Do
rodzinnego klimatu dostosował się zięć, Robert Żukowski, w pewnym sensie
duma rodziny, bowiem krótko po zdaniu egzaminu sędziowskiego rozpoczął
samodzielną pracę w Sądzie Rejonowym.
Ostatnio sprawy zawodowe i osobiste wymykały się Maurycemu z rąk. Po
wyjeździe gospodyni na pogrzeb przyjaciółki czuł się jeszcze bardziej
samotny. Aga zaglądała do niego w każdy wtorek, niekiedy dodatkowo w sobotę przed południem, by doprowadzić mieszkanie Rychtera do ładu. Tak
przynajmniej wyrażał się o jej cyklicznych odwiedzinach. Przed znajomymi
nazywał ją gospodynią, bo faktycznie troszczyła się o niego, często
dzwoniła, pytając, czy nie potrzebuje jej pomocy. Ta czterdziestoletnia
kobieta zajmowała się sprzątaniem zawodowo. Dość wysoka, smukła szatynka
o piwnych oczach przypominała bardziej bizneswoman niż gospodynię.
Chociaż Rychter uważał, że kobiety zajmujące się biznesem są chłodne i zbyt konkretne, to Agnieszkę akceptował bez tego typu skojarzeń.
Rychter stronił od spotkań towarzyskich. Zaproszenie na imieniny Jaśka
przyjął z ciekawości. Słyszał bowiem co nieco o ekstrawagancjach na tego
typu przyjęciach nazywanych w tych sferach imprezami. Ich scenariusz
pisała kasa organizatora. Im większa, tym imprezka bardziej wystawna.
Jej uczestnicy mówili o niej "zajebista". W tych środowiskach, w których
mężczyźni w jego wieku wysławiali się często w slangu nastolatków, czuł
się staroświecki, jakby z innej epoki. Zatapiał się więc w literaturze,
czytał i pisał niekiedy do późnych godzin nocnych. Lubił grać na
pianinie. Zapominał wtedy o otoczeniu, o porażkach, których, jak
twierdził, był szczególnym adresatem. "Jestem w stanie ustawicznej
chandry" - oceniał swoje samopoczucie. Nie czynił jednak nic lub prawie
nic, by wyrwać się z apatii, z narastającego przygnębienia.
Jedna z prób, podjęta bardziej przez znajomych niż przez samego
Maurycego, skończyła się fiaskiem. Skorzystał z zaproszenia na wernisaż
znanej łódzkiej plastyczki, organizowany gdzieś na peryferiach miasta, w centrum sportu i rekreacji Stacja "Nowa Gdynia". Skąd ta nazwa? -
zastanawiał się Rychter. Czyżby z aspiracji miasta o nazwie Łódź do
bycia portem? Dla łodzian, którzy uważają, że ich miasto wzięło swą
nazwę od rzeki Łódki, mimo że to rzeka przyjęła nazwę od miasta,
hipoteza taka wydawała się prawdopodobna. Nazwa "Nowa Gdynia" sięgała
okresu przedwojennego. Na stawach w zalesionym obszarze peryferyjnej
Łodzi, a dokładniej przedmieścia Zgierza, zbudowano wypożyczalnię łódek
i kajaków. Przez wiele lat przystań ta cieszyła się u mieszkańców dużym
powodzeniem, starsi łodzianie twierdzą, że funkcjonowała jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Ponumerowane łodzie i kajaki za odpowiednią opłatą wypożyczano na godzinę lub dwie. Kiedy
upływał czas, na jaki łódź lub kajak zostały wypożyczone, przywoływano
do brzegu przez tubę odpowiedni numer. Można tylko przypuszczać, że
zabawa była przednia. Na wystawie artystki - był pewien, że także
samotniczki - dzieła pogłębiły tylko jego stan apatii. Zachwycając się
ich pięknem, widział w nich niepokój i alienację. Do tego jeszcze tytuł
Apokalipsa wymyślony na poczekaniu, wymuszony przez prowadzącą
galerię. Dominowały obrazy abstrakcyjne, witraże i figuratywna grafika.
Najbardziej zauważalne były dwa portrety dojrzałego mężczyzny, na
których jego twarz przedstawiona była na tle abstrakcyjnego ciemnego
pejzażu. Na obu można było dostrzec subtelnie zarysowaną mgłę. Twarz z portretu przypominała mu znajomego artystę. Nigdy niedocenionego. Czyżby
odszedł...? Rychter nie szukał odpowiedzi. "Piękne i smutne" - recenzował
wystawę pytającej go o wrażenia radiowej dziennikarce. I to spotkanie z Alicją - wystawowym moderatorem. Jaśniała na tle pozostałych kobiet
przybyłych na pokaz. Profesjonalnie kierowała rozmową z autorką wystawy,
przybliżała widowni jej sylwetkę, a jednocześnie prowadziła gości
wystawy przez meandry jej obrazów. Zadanie nie było łatwe. Dzieła
cechowała różnorodność tematyczna, a także różnoraka technika wykonania.
Niemniej Alicja umiejętnie scalała ten artystyczny chaos w interesującą
kompozycję, w jedno prawdziwie artystyczne wydarzenie.
Dwie równoległe ścieżki przekazu - osobowość artystki i jej twórczość -
wypełniły starannie wybrany obszar emocjonalnych doznań, adresowany do
zwiedzających. Alicja i jej zaproszenie. Obiad w tamtejszej restauracji
i wynajęty pokój hotelowy wypełniły dalszy ciąg pobytu w Stacji "Nowa
Gdynia". Ciepła i uległa, całkiem odmienna od tej, którą znał. Pili
wino. Czy rozmawiali? Nie, raczej żalili się. Słuchali siebie samych.
Tańczyli i się kochali. Wszystko przy pełnej świadomości chwili, chwili
bez przyszłości. Oboje korzystali z okazji, nastroju. Paradoksalnie
połączyło ich uczucie przygnębienia. Ich zachowanie wykraczało poza
zasięg norm, jakie sobie wyznaczali. Stawało się transcendentne.
Akceptowali ten stan, trywialnie upajali się własną bezwolnością.
Od czasu wystawy nie kontaktował się z Alicją. Ona także milczała.
Poznał ją w Zakopanem już po śmierci żony. Był schyłek lata i wyciągał
się na palach leżących wzdłuż Średniej Krokwi. Przyglądał się skokom
narciarskim oddawanym przez rozpędzonych zakopiańskich zawodników.
Długość skoków nie była zbyt imponująca, prawdopodobnie za przyczyną
sztucznej nawierzchni. Słońce dość mocno piekło, przymykał więc oczy,
obojętny na otoczenie. Niespodziewanie usłyszał tuż obok: "Może
śliwkę?". To była Alicja. "Śliwki z ręki kobiety oznaczają
podporządkowanie" - zauważył Maurycy. "Chętnie jednak dam się
zniewolić". Gadał głupstwa, niepasujące do niego. Tego dnia zjedli
wspólny obiad. Mieli o czym mówić, oboje mieszkali w tym samym mieście.
Jeszcze kilka dni spędzili na wspólnych wycieczkach i wspólnych
posiłkach. Potem kilkakrotnie spotkali się w Łodzi, nigdy jednak nie
łączyło ich nic więcej. O ich zbliżeniu w "Nowej Gdyni" chciał
zapomnieć. Jak przypuszczał, oboje uznali ostatnie wydarzenia za
pomyłkę, która pozostawi ślad w ich kontaktach. Jaki, tego nie wiedział.
10 sierpnia 2019. Listy bez nadawcy
10 sierpnia 2019
Listy bez nadawcy
Tej nocy budził się wielokrotnie, zasypiał z Anną, budził go jej szloch.
Złudzenia senne były tak silne, że odruchowo wyciągał rękę, by jej z czułością dotknąć. Rozczarowany rzeczywistością, swoje półsenne
retrospekcje przypisywał zdziwaczeniu starzejącego się mężczyzny. Jego
odrętwienie emocjonalne nasilało się, z niechęcią uświadamiał sobie
konieczność zmierzenia się z nadchodzącym nowym dniem. Plan zajęć miał
dość napięty, a w nim zaproszenie od znanego w środowisku wydawniczym
autora. Spotkanie miało się odbyć w jednej z restauracji Manufaktury.
Wcześniej, o jedenastej trzydzieści, też w Manufakturze umówił się z redaktorem warszawskiego miesięcznika. Naczelny zaproponował mu pisanie
do każdego numeru felietonów o ciekawych wydarzeniach w regionie. Dostał
także zaproszenie od rektora jednej z prywatnych wyższych szkół
łódzkich. Nie znał powodów, ale mógł się bez trudu domyśleć. Kryzys,
jaki narastał w szkolnictwie wyższym, w szczególności w uczelniach
niepublicznych, wymagał zdecydowanych przeciwdziałań. A wyautowany
dziennikarz doskonale nadawał się do prowadzenia zajęć na kierunku
dziennikarskim.
Przygotowanie do wyjścia zajęło mu około godziny. Ruchy wykonywał
automatycznie, przy jakimś psychicznym oddzieleniu od swojego ciała. Nie
był to powrót zapomnianych wspomnień, raczej reakcja na wewnętrzną
agresję, na utratę baśni, w której zdarzyło mu się być królewiczem. Do
Manufaktury podjechał od ulicy Jana Karskiego, na znajdującym się tam
placu bez większego trudu zaparkował auto. Powodem pozostawienia tam
samochodu była spora odległość od Rynku Głównego, centralnego miejsca
Manu - jak młodzież nazywała ten unikalny w Europie obiekt, potężne
centrum handlowe, rozrywkowe i usługowe, wielkie skupisko markowych
salonów konfekcyjnych, restauracji, miejsc rozrywki z nowoczesnym
kompleksem kinowym, teatrem, a nawet muzeami, w tym jednym z najwspanialszych w świecie - Muzeum Sztuki Współczesnej.
Postindustrialne skupisko budynków dawnego imperium bawełnianego Izraela
Kalmanowicza Poznańskiego po kilkuletniej zapaści dzięki staraniom
likwidatora fabryki i życzliwości prezydenta miasta ożyło. Jeszcze jako
dziennikarz Maurycy napisał kilka artykułów przybliżających czytelnikom
dramaturgię, jaka towarzyszyła powstaniu tej wielkiej łódzkiej
inwestycji. Miał świadomość, że narodziny Manufaktury współczesnej to
także wiele tajemnic nigdy nieujawnionych publicznie. Obiecywał sobie,
że kiedyś zajmie się tym całkiem na serio. Jego skłonność do ustalenia
faktów z tym związanych wzrosła po obejrzeniu prapremiery opery
Człowiek z Manufaktury, wystawionej przez Teatr Wielki w Łodzi.
"Trudna i wyjątkowa" - skomentował dzieło muzyczne poświęcone
wydarzeniom w Łodzi dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej.
Dużą odległością, jaką musiał pokonać z parkingu do miejsca spotkania,
Rychter rekompensował sobie brak ruchu. Wszędzie podjeżdżał autem, jak
sam żartował - od drzwi wyjściowych do drzwi wejściowych. Namiastka
ruchu pozwalała mu potem mówić lekarzowi, że stosuje się do jego
zaleceń, aby jak najwięcej chodzić. Drugi powód to Jan Karski, z którym
miał okazję kilkakrotnie spotkać się i dla którego żywił wielki
szacunek. Szacunek dla wielkiego Polaka. Podjeżdżając, spojrzał na
tabliczkę z nazwą ulicy - bezwiednie w myślach kłaniał się wielkiemu
łodzianinowi. Nie ukrywał tej słabości. Pasażerowie, których niekiedy
podwoził, uznawali tę oryginalność za tęsknotę za wygasającym duchem
heroizmu patriotycznego.
Zaplanowane spotkania przebiegały zgodnie ze scenariuszem. Zawarł ustną
umowę na wydrukowanie powieści w nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy.
- To duży nakład - ostrzegał Kanowieckiego, jej autora. - Musi pan
liczyć się z trudnościami w rozprowadzeniu książek. Nawet bardzo znani
autorzy drukują swoje dzieła w nakładzie dwóch, trzech tysięcy.
Kanowiecki jednak trwał przy swoim. Miał sponsora, który zobowiązał się
pokryć koszty publikacji, a w zamian miał dostać tysiąc egzemplarzy. We
wszystkich egzemplarzach miało się znaleźć podziękowanie dla majętnego
filantropa. Filantropa, bo tego typu podziękowania nie miały żadnego
znaczenia reklamowego. Zaliczka w wysokości pięćdziesięciu procent kwoty
umownej miała wpłynąć na rachunek bankowy firmy w ciągu tygodnia.
Maurycy Rychter zgodził się przyjąć propozycję prowadzenia wykładów i ćwiczeń w Akademii Zarządzania i Przedsiębiorczości. W sumie umowa
dotyczyła osiemdziesięciu godzin, za które miał otrzymać osiem tysięcy
złotych. Dla Rychtera taka kwota stanowiła poważne zasilenie budżetu. Za
szczególnie ważne Rychter uznał spotkanie z grafikiem, projektantem
okładek i ilustracji do wydawanych przez niego książek, broszur i katalogów. Salski od dłuższego czasu ubiegał się o etat w jednej z dużych firm wydawniczych. Tym razem szczęście mu dopisało, zatrudniono
go na pełny etat z miesięcznym wynagrodzeniem pięć tysięcy netto. Do
tego dochodziły opłaty ZUS i wszystkie inne bonusy związane z umową o pracę. Salski zobowiązał się popracować u Maurycego jeszcze miesiąc i wskazać godnego następcę.
Ciągle jakby nieobecny z niechęcią spoglądał na biurko, na którym
Weronika położyła bieżącą pocztę. Zwykle były to nieopłacone rachunki
lub ulotki reklamowe, ale w dzisiejszej dostrzegł dwie koperty, jakich
najczęściej używa się do przesyłania urzędowego powiadomienia lub
niewybrednej korespondencji. Sięgnął po leżącą bliżej. Zaadresowana
drukowanymi literami, bez nadawcy, wzbudziła w nim nieufność. Przez
chwilę zastanawiał się, czy ją w ogóle otwierać. Intuicja podpowiadała
mu: "Nie czytaj tego gówna, mało masz kłopotów?". Wziął do ręki drugą
kopertę. Też bez nadawcy, ale zaadresowana odręcznie nie wzbudzała już
takich oporów jak poprzednia. Starannie wypisane nazwisko i adres
odbiorcy wręcz zachęcały do jej otwarcia. Rozciął grzbiet koperty i wyjął kartkę. Zaczął czytać:
Szanowny Panie,
pisze do Pana zdesperowany ojciec piętnastoletniego chłopca, który
walczy o życie. To skutek zażycia substancji chemicznej zwanej potocznie
dopalaczem. Informacje o tak zwanych dopalaczach docierały do mnie, nie
sądziłem jednak, że będą dotyczyły mnie bezpośrednio. Dzisiaj trudno
wierzyć, że mogłem udawać, iż nie ma tego problemu. Piszę do Pana, bo
nie wierzę w skuteczne działania organów państwowych w walce z tą
parszywą plagą. Jak mogłem się przekonać, zagrożenia znane policji i prokuraturze bardzo często, w moim przekonaniu zbyt często, pozostają w dalszym ciągu zagrożeniami. Bezkarność skłania do udziału w przestępczej
działalności coraz większe grupy młodzieży i nie tylko. Mam na myśli
chociażby sprzedaż nowych narkotyków. Dotknięty nieszczęściem, chcę
przynajmniej w jakiejś cząstce przyczynić się do skutecznej walki z tym
procederem. Jestem człowiekiem zamożnym i postanowiłem część swojego
kapitału przeznaczyć na ten cel.
Szanowny Panie, obserwowałem Pana dokonania jako dziennikarza śledczego
i zadziwił mnie Pan swoimi osiągnięciami. Wiem, że od czasu do czasu
wraca Pan do dawnego zawodu, kiedy więc zobaczyłem Pana na przyjęciu u Jana Rusieckiego, postanowiłem zaproponować Panu współpracę w ujawnieniu
tego procederu w skali znacznie większej niż znalezienie sklepu, w którym mój syn nabył truciznę. Chodzi mi o ujawnienie źródeł tego
procederu i odpowiednie nagłośnienie. Jestem świadomy, że zmuszono Pana
do wycofania się z aktywnej działalności jako dziennikarza śledczego i rozstano się z Panem bez sentymentów. Wiem też, że nie dostał Pan żadnej
propozycji pracy w innej gazecie. Zdaję sobie sprawę, jak niebezpieczny
jest współudział w planowanym przeze mnie przedsięwzięciu, dlatego nie
będę rozczarowany, jeżeli odrzuci Pan moją propozycję, tym bardziej że
nie wie Pan, kto Mu ją składa. Dla naszego wspólnego bezpieczeństwa na
razie pozostanę anonimowy. Zapewniam pokrycie wszystkich kosztów, a także stosowną gratyfikację dla Pana. Zadzwonię jutro z telefonu z ukrytym numerem i zapytam, jaka jest Pana decyzja. Jeżeli usłyszę "tak",
natychmiast się ujawnię, jeżeli zaś odpowiedź będzie brzmiała "nie",
rozłączę się.
Podpisano: "Ojciec chłopca".
- Weroniko, bądź uprzejma i zaparz starszemu panu kawę - zwrócił się z prośbą do ładnej dziewczyny pochylonej nad jakąś kolorową paczką.
- Z przyjemnością - odpowiedziała lekko zaskoczona. Rychter słynął z tego, że sam sobie przygotowywał napar zmieszany ze spienionym
mleczkiem, uważał bowiem, że nikt inny nie zrobi lepszego cappuccino niż
on sam.
Naiwniak lub prowokator - z filiżanką kawy w ręku ocenił autora anonimu.
Jeżeli napisał prawdę, można łatwo ustalić jego dane osobowe. Chłopiec
walczy o życie. W ilu łódzkich szpitalach znajdują się oddziały
toksykologiczne? - zadał sobie pytanie. W dwóch lub trzech, przy czym
oddział toksykologii dziecięcej tylko w jednym. Nie zamierzał jednak nic
w tym kierunku uczynić. Miał zbyt dużo zajęć, by rozważać wątpliwej
jakości, do tego niebezpieczną propozycję. Traktował ją jako nieudany
żart.
Sięgnął po drugi list z wydrukowanym adresem firmy i jego nazwiskiem.
Otworzył kopertę i odczytał krótką treść:
Znowu węszysz, psie. Zapomnij o imprezce w pałacyku. Pomyśl o rodzinie.
Drugiego ostrzeżenia nie będzie.
Krwiste litery miały zapewne podkreślić jego charakter.
List trudno było potraktować jako żart. Kilkakrotnie był zastraszany
anonimami, a nawet przez telefon, nigdy jednak nie grożono jego
rodzinie.
- Coś przykrego? - zapytała Weronika.
- Dlaczego pytasz? - Rychter uchylił się od odpowiedzi.
- Spochmurniał pan okropnie... - szepnęła.
- Nic takiego, stare sprawy. Czy te broszury dla Gromansa są już na
ukończeniu? - Rychter celowo zmienił temat.
- W poniedziałek będą dostarczone, a fakturę wystawię jutro. Powinnam
mieć już wszystkie dane po zmianach w nakładzie i tekście. Mamy długi
weekend, w czwartek święto, a w piątek dał pan wolne - Weronika rzeczowo
odpowiedziała.
Blisko trzydziestotrzyletnia Weronika z tytułem inżyniera technologa
papiernika ciągle była studentką Instytutu Papiernictwa i Poligrafii
Politechniki Łódzkiej. Praktycznie ukończyła już studia, pozostał jej
tylko egzamin magisterski. Mogła go mieć już za sobą, ale z jakichś jej
tylko wiadomych przyczyn zwlekała ze sformalizowaniem sytuacji.
Zatrudniona na umowie o dzieło, już od ponad trzech lat związana była z wydawnictwem Rychtera. Rychter lubił ją, niejednokrotnie pół żartem, pół
serio mówił: "Gdzie ja znajdę taką odpowiedzialną i utalentowaną
dziewczynę? No i tak ładną?" - dodawał. Odpowiedź zawsze była taka sama:
"Przecież jeszcze nie odchodzę". Ale intuicyjnie czuł, że w lakonicznej
odpowiedzi Weroniki kryje się coś więcej niż gwarancja dalszej pracy w jego firmie.
Obserwował pracownicę jeszcze przez chwilę, a kiedy oddaliła się, wziął
telefon do ręki i wybrał numer podinspektora Olgierda Lorenca.
- Co tam, Maurycy? Córka urodziła ci wnuka? - zagadnął Lorenc pogodnie.
- Nie, na to przyjdzie jeszcze czas - odpowiedział bez pośpiechu
Rychter. - Mam dwa interesujące listy bez podpisu, chciałbym pogadać...
- No to wpadaj, zawiadomię dyżurnego. Ktoś cię wprowadzi albo sam zejdę,
tylko daj sygnał, że jesteś.
- Mniej więcej za godzinę będę, to zależy od trafficu - rzucił Rychter.
- Przyjeżdżaj, nie bądź taki Anglik. - Lorenc zakończył rozmowę.
Dochodziła dwudziesta, puste mieszkanie irytowało Maurycego. Kilka razy
brał telefon do ręki tylko po to, by po chwili rzucić go na stojącą obok
skórzaną sofę. Co się dzieje z Agą? Dzwonił do niej kilkakrotnie, zawsze
jednak słyszał ten sam komunikat: "Abonent chwilowo niedostępny".
Agnieszka pojechała pożegnać się - jak twierdziła - z ostatnią i jedyną
przyjaciółką, która zmarła nagle na ulicy, tuż przed swoim domem.
"Wracała z torbami pełnymi zakupów" - przejęta żalem opowiadała
Maurycemu. Według jej słów przyjaciółka następnego dnia miała obchodzić
czterdzieste czwarte urodziny. Agnieszka ze łzami w oczach wyznała
pracodawcy, że Ludomira przypominała jej o swym święcie wielokrotnie z nadzieją, że tym razem Agnieszka weźmie kilka dni wolnego i ją odwiedzi.
Właściwie co ja wiem o Agnieszce? - zastanawiał się Rychter. Nigdy jej o nic nie pytał, a i ona nie była skłonna do wtajemniczania go w swoje
życie. Poleciła ją koleżanka z dawnej redakcji. W krótkiej
charakterystyce stwierdziła: "Aga to firma rzetelna i odpowiedzialna.
Będziesz z niej zadowolony. Tylko się nie zakochaj, bo to atrakcyjna
kobieta i do tego samotna". Jak później ustalił, mąż Agnieszki, lekarz,
wyjechał do Stanów Zjednoczonych i już nie wrócił. Próbował ściągnąć ją
do siebie, ale ta zdecydowanie odmawiała. W ubiegłym roku ich syn Jacek
po zdaniu matury dołączył do ojca i tam podjął studia medyczne. To
wszystko, co wiedział o Agnieszce. Miał jeszcze tylko jej numer telefonu
komórkowego. Adresu mu nie podała.
Popołudniowa rozmowa z Lorencem była konkretna. Pierwsze pytanie, jakie
zadał podinspektor, dotyczyło imprezy u Rusieckiego:
- A tak w ogóle, to kto cię tam zaprosił?
- Zaproszenie znalazłem na biurku, koperta była zaadresowana do mnie, a zaproszenie było podpisane przez Jana Rusieckiego - odpowiedział zgodnie
z prawdą Rychter.
- Znasz osobiście Rusieckiego? Przyjaźnicie się? Pytam, bo przecież na
takie przyjęcia nie zaprasza się pierwszego lepszego - kontynuował
podinspektor.
- Olgierd, chyba przesadziłeś - bąknął Rychter zdeprymowany.
- Przepraszam za "pierwszego lepszego", ale jakoś nie widzę cię na
liście gości Rusieckiego.
- Czyli to prowokacja. Ktoś chciał, żebym tam się zjawił, i to się mu
udało - skonstatował z zawstydzeniem Maurycy.
- Więcej niż mniej - burknął wyraźnie zatroskany podinspektor.
Uwagi Lorenca powracały do Rychtera kilkakrotnie - smakowały gorzko.
Podinspektor uświadomił mu, jak łatwo uległ manipulacji i jak łatwo
można wystawić bliskich na niebezpieczeństwo. Maurycy zachodził w głowę,
kto i w jakim celu chce go wykorzystać. W myślach odnotował kilka
pobudek, dla których wciągnięto go do gry. Gry, której zasad nie znał,
tak jak nie znał jej uczestników i terenu, na jakim się toczy. Pierwsze,
co przyszło mu do głowy, to odwet, za któreś z ujawnionych przestępstw.
Drugie to wykorzystanie go w wewnętrznych porachunkach grup
przestępczych w celu pozbycia się konkurencji. Trzecia pobudka, którą
rozważał, to złośliwy żart kolegów dziennikarzy albo policjantów, którym
od czasu do czasu zachodził za skórę. Mogła to być też autentyczna
prośba o pomoc w odkryciu źródeł przestępstwa lub ujawnieniu przywódców
gangów odpowiedzialnych za te przestępstwa. Jeszcze kilka innych powodów
przychodziło mu do głowy, ale odrzucił je jako nic niewnoszące.
Chory chłopiec leżał w I Klinice Chorób Zawodowych i Toksykologii. Jego
stan zdrowia poprawił się, a rokowania były więcej niż optymistyczne.
Igor wybudził się ze śpiączki, ale proces leczenia mógł być jeszcze
długi. Ojciec chłopca, Sławomir Bartczak, zapewnił mu całodobową opiekę
pielęgniarki, nie zapomniał też o dwuosobowej prywatnej ochronie.
Wskazywałoby to na obawę przed zagrożeniem z zewnątrz. Rychter znał
Bartczaka przede wszystkim ze słyszenia i nagłówków gazet. Był to
człowiek niezwykle majętny, ale wartość jego majątku była trudna do
oszacowania. Bartczak okrył biznes tajemnicą, lokując wolne środki w inwestycjach zagranicznych. Jeszcze w poprzedniej formacji ustrojowej,
czyli - jak dzisiaj mówią politycy - za komuny, prowadził rozliczne
interesy. Zaczynał - podobnie jak wielu szanowanych dzisiaj biznesmenów
- jako cinkciarz. W hotelach od gości zagranicznych skupował obcą walutę
i sprzedawał Polakom spragnionym zakupów w Peweksie. Były to głównie
dolary lub marki Niemiec zachodnich - dwie najbardziej cenione waluty na
polskim nielegalnym rynku pieniężnym. Środki te nabywali także udający
się za żelazną kurtynę, państwo bowiem nie było zainteresowane podróżami
rodaków. Zakup dolarów, marek czy franków z oficjalnej kasy państwowej
graniczył z cudem. Komunistyczne władze bały się, że podróżnicy zbyt
dużo zobaczą, a to mogło grozić destrukcją partyjnego porządku. Rychter
przypomniał sobie, jak podczas wyjazdu grupy dziennikarzy do Danii pilot
wycieczki, którym był znany dyrektor oddziału Biura Podróży "Orbis",
gorliwie zabierał paszporty, aby podstemplować je na przejściu
granicznym, chociaż żaden pogranicznik ich nie żądał. Potem przechowywał
je długo w swojej torbie, zapewniając, że bezpieczniej będzie, jak on
się nimi zaopiekuje.
Maurycy uśmiechnął się do wspomnień. W Kopenhadze znalazł się w zastępstwie ojca - już wówczas nestora dziennikarstwa polskiego. Miał
ledwie ukończone osiemnaście lat. Uczestnicy wyjazdu zachodzili w głowę,
jak taki smarkacz, nawet nie adept dziennikarstwa, znalazł się w grupie
znanych żurnalistów. Pisywał co prawda do młodzieżowych wydawnictw, ale
te w mniemaniu większości dziennikarzy nie liczyły się jako publikatory.
Nawet nie próbował zaprzeczać - wyjazd rzeczywiście zawdzięczał ojcu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki