Rozdział II
- Kwiecień, dwa tysiące piętnasty rok, Gdańsk - zaczęła wyuczoną kwestię. - Tu, w szkole podstawowej mieszczącej się za moimi plecami, uczy geografii Sławomir P. Cieszy się nieposzlakowaną opinią wśród innych nauczycieli, jego podopieczni mogą pochwalić się dobrymi wynikami, kilkoro z nich sięga po nagrody w ogólnopolskich olimpiadach geograficznych.
W tym miejscu w gotowym materiale miała pojawić się wypowiedź ówczesnego dyrektora placówki, oczywiście z zakrytą twarzą i nie pod nazwiskiem, jakby dotarcie do informacji, kto wówczas piastował to stanowisko, było rzeczą bardziej skomplikowaną niż otworzenie puszki z piwem.
Swoją drogą, Agata nie pogardziłaby zimnym browarkiem.
- Jakieś to nudne, nie sądzisz? - zwróciła się do stojącego obok mężczyzny.
Radek był w porządku, nic do niego nie miała, nie zmieniało to jednak faktu, że nie groziła im nagroda za najlepszy reportaż roku. Nawet Agata, która w kręceniu tego typu materiału brała udział po raz pierwszy, dostrzegała wtórność tego, co razem tworzyli.
Mężczyzna otarł pot z czoła. Cwaniak, ubrał się w krótkie spodenki i jasny T-shirt, podczas gdy ona stała przed kamerą w marynarce, pod którą cała się topiła.
- Ale że co? - spytał jakże elokwentnie.
- No, że gdzieś już coś podobnego widziałam - odparła Stec. - I to jakieś sto razy.
- No i co?
- Nuda, kolego.
Przestąpił z nogi na nogę. Producentka zdradziła jej, że Radek sprzeciwiał się udziałowi Agaty w nagrywaniu reportaży. Podobno nawet zagroził, że wycofa się z projektu i poszuka innego źródła finansowania, jak jednak widać, jego groźby niekoniecznie miały odzwierciedlenie w rzeczywistości.
- A czego oczekujesz? - zapytał zniecierpliwiony. - To nie kino akcji, tu nie ma miejsca na wodotryski.
- Ty jesteś naszym wodotryskiem - wtrącił stojący kilka metrów dalej Wojtek, ich nieoceniony dźwiękowiec.
On również miał na sobie krótkie spodenki i koszulkę, ale w przeciwieństwie do Radka prezentował się w nich apetycznie. Stec nie wiedziała, czy to zasługa trzymania statywu z mikrofonem, by dobrze zbierał dźwięk, ale jego bicepsy robiły wrażenie.
- Na razie jestem pototryskiem - odparła. - Serio, muszę paradować w taki upał w marynarce? Może machniemy dzisiaj sceny wewnątrz budynku, a plener dogramy, kiedy się trochę ochłodzi?
Kwaśna mina Radka mówiła więcej niż słowa. I tak mieli już spore opóźnienia. O dziwo, nie była to wina Agaty, lecz jednej z ofiar Sławomira P., bo w ostatniej chwili zrezygnowała z udziału w reportażu, przez co na wariata zmieniano cały scenariusz. Teraz każdy dzień był na wagę złota.
- W tamtych scenach będziesz w innej koszuli - stwierdził, opierając dłonie na chudych biodrach. - Niewiele nam już zostało. Podejdziemy teraz pod główne wejście i nagramy kolejną kwestię. Później zostanie nam scena na boisku szkolnym i na górce, z której rozpościera się widok na okolicę.
Nie chciała wyjść na skończoną marudę, machnęła więc ręką i ruszyła w stronę wejścia. Pomimo początkowego entuzjazmu marzyła o zakończeniu projektu. Godząc się na to, że zostanie twarzą serii kryminalnych reportaży, inaczej to sobie wyobrażała. Zamiast wygłaszania nudnych kwestii wolałaby uczestniczyć w śledztwie, rozwiązywać sprawy sprzed lat z podążającym za nią jak cień Wojtkiem. Jego jednego by nie wymieniła. Kto wie, być może w następnym projekcie nagrywałby, jak w towarzystwie uzbrojonych po zęby antyterrorystów Agata wyważa kopniakiem drzwi i krzyczy do bandziora: Gleba! (o ile to hasło nie zostało zastrzeżone przez detektywa z fryzurą a la garnek).
Pomimo znużenia nie żałowała jednak swojej decyzji. Tak naprawdę nie miała wielu możliwości zarobkowych. W policji spaliła za sobą mosty. Przez jakiś czas rozważała otworzenie własnej agencji detektywistycznej, ale brakowało jej podstawowego atrybutu prywatnego detektywa - anonimowości. Jakoś nie wyobrażała sobie śledzenia obiektu, podczas gdy nieustannie zaczepiano ją na ulicy i pytano, czy to ona jest tą policjantką, która zastrzeliła swojego brata. Czasami Stec odnosiła wrażenie, że ludzie mylą jej życie z serialem kryminalnym. Swego czasu wystąpiła w kilku programach, w których opowiadała o głośnych sprawach: o mordercy z gdańskiej palmiarni w Oliwie i o zwłokach znalezionych w kaszubskim Czarnowie. Wszystkich przede wszystkim interesowały jej relacje z Arturem, ale na temat brata nie chciała publicznie się wypowiadać.
Z rozmyślań wyrwało ją pytanie Wojtka:
- Myślisz, że twój brat znał tego nauczyciela?
Ciężko westchnęła, kręcąc głową. Ciągle ten Artur i Artur. Ludzie mieli na jego punkcie fioła. Książki jego autorstwa prześcigały się w liczbie dodruków, przez rok powstało kilka poświęconych mu reportaży, coraz głośniej mówiło się też o pełnometrażowym filmie. Agata śmiała się, że żaden polski aktor nie udźwignąłby tej roli, jedynie Mads Mikkelsen dałby radę, ale sława Artura chyba jeszcze nie dotarła za ocean.
- Niewykluczone - odparła.
- Jakbym był jego pacjentem, to teraz miałbym pełne gacie - drążył Wojtek. - Przecież musiał robić jakieś zapiski z sesji, a skoro pracował tylko ze skrajnymi przypadkami, to policja powinna ich wszystkich dokładnie prześwietlić. - Przystanął nagle i spojrzał na Agatę wielkimi oczami. - Ty! - rzucił, wyraźnie podekscytowany. - A może byś przejrzała notatki Artura i spróbowała namierzyć kilku popaprańców z jego stajni?
Stec tylko kwaśno się uśmiechnęła. Oczywiście miała podobne pomysły. Praktycznie od razu po śmierci Artura przetrząsnęła jego dom i sprawdziła zawartość komputera. Znalazła mnóstwo materiałów z sesji, większość spisaną w formie równoważników zdań lub wręcz pojedynczych słów, z których trudno było coś wywnioskować. Niestety, Artur nie prowadził czegoś w rodzaju terminarza, w którym zapisywałby daty spotkań, nazwiska i numery telefonów, a nawet jeśli, to dobrze go gdzieś schował.
- Jednego nawet znam - odpowiedziała, gdy dotarli do głównego wejścia. - Gdy prowadziłam prywatne śledztwo przeciw Arturowi, dotarłam do mężczyzny, któremu opłacał usługi prawnicze. Bartosz Żygadło, pseudonim "Brzeszczot", nie pytaj dlaczego. Siedzi w więzieniu, za skrócenie wyroku zgodził się zeznawać w sądzie, ale, jak sam dobrze wiesz, nie okazało się to konieczne.
Wojtek spojrzał na nią podejrzliwie.
- Czyli znasz gościa, masz do niego kontakt i zamiast zrobić o nim materiał, wolisz dukać wykute na blachę formułki?
- Masz coś do mojej dykcji?
- Nie no, jest spoko, ale wiesz, o co mi chodzi. Masz w garści świetny temat.
Nie miała ochoty tłumaczyć, dlaczego nawet nie spróbowała nawiązać ponownie kontaktu z Żygadłą. Nie po to po śmierci brata spaliła jego rękopis, by teraz kultywować jego imię. Gdyby to od niej zależało, wymazałaby wszystkie występki Artura, nawet jeśli wiązałoby się to z odcięciem od regularnie spływających tantiem ze sprzedanych książek, dzięki którym tak naprawdę nie musiałaby pracować do końca życia.
- Miło się gada, ale lepiej wróćmy do nagrywania, bo zaraz rozmyje mi się cały podkład.
Stanęła w cieniu i czekała, aż ekipa rozstawi sprzęt. Nie było tego wiele, niemniej znalezienie odpowiedniego miejsca, światła czy skonfigurowanie dźwięku zawsze zabierało trochę czasu. By nie gapić się bezczynnie na kolegów, Stec powtarzała swój tekst:
- Piętnastego kwietnia dwa tysiące piętnastego roku, w środę, około godziny osiemnastej, dziesięcioletni Kacper nie może doczekać się na swoich rodziców. Jego koledzy z klasy od ponad godziny są już w domach, Kacper spędza czas w szkolnej świetlicy, grając samemu w gry planszowe. Opiekująca się dziećmi nauczycielka, Elwira Stępień, bezskutecznie próbuje skontaktować się z matką chłopca, by przypomnieć jej, że świetlica funkcjonuje do godziny szóstej po południu. Wtedy do pomieszczenia wchodzi Sławomir P.
Kolejna zmiana sceny, tym razem na kilka słów komentarza zdecydowała się rzeczona Elwira. Oczywiście niczego nie podejrzewała, uważała Sławomira za przykładnego nauczyciela i tak dalej, i tak dalej. W zasadzie żaden ze świadków nie powiedział niczego ciekawego, jakby wcześniej dostali teksty napisane przez Radka.
Gdyby to zależało od Agaty, tę scenę nakręciliby w świetlicy. Najlepiej, gdyby to była ta konkretna świetlica, ale jeśli dyrekcja szkoły nie wyraziłaby zgody, to zadowoliłaby się jakimkolwiek pomieszczeniem wyglądającym na miejsce, gdzie dzieci czekają na zapracowanych rodziców.
Gdyby to zależało od Agaty, wszystko wyglądałoby inaczej. Chyba nawet zmieniłaby dźwiękowca, nie zapowiadało się bowiem na to, by Wojtek odpuścił temat jej brata.
Z rozmyślań wyrwał ją zmierzający w jej stronę mężczyzna.
- Przepraszam! - zawołał, podnosząc rękę niczym uczeń zgłaszający się do odpowiedzi.
Stec otaksowała go wzrokiem. Szczupły, ubrany w spodnie dżinsowe i szarą koszulkę, nie wzbudził jej podejrzeń. Mógł pracować jako nauczyciel w owianej złą sławą szkole lub mieszkać gdzieś w okolicy. Na widok kamer zapewne chciał wtrącić kilka słów do reportażu.
Gorzej, jeśli mnie rozpoznał, pomyślała, zmuszając się do uśmiechu. Jeszcze nie przyzwyczaiła się do zaczepiania przez ludzi. Jedni ją podziwiali, inni wyzywali. Jakie by nie było ich zachowanie, czuła się niekomfortowo, zazwyczaj próbowała zbywać rozmówców półsłówkami.
- Nagrywacie materiał o Przesmyckim? - zapytał.
Agata odetchnęła z ulgą. Z dwojga złego wolała wysłuchać kolejnych wyssanych z palca rewelacji o Sławomirze P.
- Dzień dobry - odparła. - Zaraz zaczynamy, więc bardzo prosimy o niewchodzenie w kadr i niehałasowanie.
Mężczyzna spojrzał na nią podejrzliwie. Może to paranoja, ale Stec odniosła wrażenie, że właśnie ją rozpoznał.
- Jasne, to oczywiste - stwierdził, ale zamiast się wycofać, podszedł bliżej i wyciągnął dłoń w stronę Agaty. - Filip Stelmach, mój syn uczęszczał do tej szkoły, kiedy ten zboczeniec bawił się kosztem naszych dzieci.
- Agata... - W ostatniej chwili ugryzła się w język.
Uścisnęła dłoń mężczyzny. Miał mocny, zdecydowany chwyt.
- Po prostu Agata? - zapytał. - W sumie fajnie, możemy mówić sobie po imieniu. Filip. Tak jak wspomniałem...
Spojrzała przez ramię w stronę chłopaków. Jak na złość Radek z Wojtkiem byli zajęci dopinaniem szczegółów i nie wyglądało, żeby któryś miał wybawić ją z tarapatów.
- Bardzo przepraszam, ale naprawdę jesteśmy zajęci - powiedziała. - Jeśli ma pan jakieś informacje w sprawie, to proszę skontaktować się z naszym scenarzystą. - Z premedytacją wskazała palcem Radka. - Ja tu jestem tylko od czytania napisanych przez niego kwestii.
- A myślisz, że mógłbym do niego teraz zagadać? To dla mnie ważne. Mój syn zaginął ponad trzy tygodnie temu. Policja oczywiście ma to głęboko w dupie.
- Rozumiem, ale...
- Nie, nic nie rozumiesz! - podniósł nagle głos, czym zwrócił uwagę Radka i Wojtka. - Mój syn, Oskar, on chodził do tej szkoły i...
Stelmach uciekł wzrokiem w bok. Agata powtórzyła w myślach nazwiska wszystkich ofiar Sławomira P., ale nie kojarzyła żadnego Stelmacha. Pamięć nigdy nie była jej mocną stroną, w wydziale kryminalnym miała ludzi od spamiętywania dat, miejsc i personaliów, niemniej dałaby sobie rękę uciąć, że przygotowując się do nagrań, nie czytała o dziecku o tym nazwisku.
- Przepraszam, nie powinienem był ci przerywać ani mówić tak głośno - dodał po chwili mężczyzna. - Po prostu krew mnie zalewa, że mój syn zniknął, a oprócz mnie nikt go nie szuka.
Powiedz mu, że ci bardzo przykro i że chłopak na pewno się znajdzie, pomyślała, zerkając błagalnie w stronę kolegów. Nie angażuj się, nie zadawaj pytań i najważniejsze: nie zdradzaj swojej tożsamości. Nie chcesz się bawić w panią detektyw, nie chcesz zwracać na siebie uwagi policji ani mediów, chcesz względnie normalnie żyć i odciąć się od przeszłości.
- Rozumiem... - powtórzyła, wściekła na Wojtka i Radka, którzy wrócili do wcześniejszej dyskusji.
- Chodzi o to, że Oskar też miał styczność z tym człowiekiem - wypalił Stelmach. - Nie zgłosiliśmy tego, bo uznaliśmy, że to i tak już nic nie zmieni. Co to za różnica, czy Przesmycki będzie sądzony za jedno dziecko więcej? Chcieliśmy chronić Oskara.
- I teraz chciałbyś o tym opowiedzieć przed kamerą, żeby więcej osób zainteresowało się zniknięciem syna? - zapytała wprost.
- Dziwisz mi się? Muszę coś zrobić, chwytam się każdej szansy.
- Nie dziwię się. To znaczy, dziwię się, że milczałeś, gdy dowiedziałeś się, co ten skurwysyn zrobił twojemu synowi, ale nie mam dzieci, więc nie mam prawa się wypowiadać. Obawiam się jednak, że nie możemy ci pomóc. Nie jestem dziennikarką, nie tworzę materiałów do programów informacyjnych. Reportaż, który kręcimy, będzie miał premierę nie wcześniej niż za pół roku.
Stelmach przestąpił z nogi na nogę. Niezadowolenie malujące się na jego twarzy zdradzało, że nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Stec wielokrotnie miała do czynienia z furiatami, którzy potrafili momentalnie wpaść w szał i rzucić się na kogoś z pięściami; nie sądziła, by Filip był do tego zdolny, ale widziała w nim pierwsze objawy zniecierpliwienia i złości.
- Przecież te sprawy się łączą - powiedział, zaciskając obie pięści.
Nie chciała być brutalna, lecz jedynym połączeniem, jakie dostrzegała, były ewentualne zaburzenia psychiczne Oskara, które mogły podsunąć mu pomysł ucieczki z domu albo coś jeszcze gorszego. Chłopiec zapewne przeszedł przez piekło, a rodzice, zamiast mu pomóc i zapewnić wsparcie psychologiczne, udawali, że nic się nie stało, żeby go "chronić".
Gówno prawda, uznała. Chroniliście jedynie siebie.
- Naprawdę bardzo chciałabym pomóc, ale jak wspomniałam... - Urwała, gdy rozdzwonił się telefon Stelmacha.
Mężczyzna nerwowym ruchem wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Jego wcześniejsze zacietrzewienie rozpłynęło się w powietrzu, a na pobladłej twarzy pojawiła się niepewność.
- To policjant prowadzący śledztwo - powiedział, patrząc Stec prosto w oczy, jakby oczekiwał, że kobieta podpowie mu, co ma zrobić.
- Może Oskar się odnalazł? - zapytała.
- Może tak. - Skinął głową. - Może tak.
Jego niestabilność emocjonalna była aż nadto widoczna. W trakcie krótkiej rozmowy zdążył zaliczyć kilka skrajnych stanów, a teraz sprawiał wrażenie wystraszonego. O jego kondycji psychicznej najlepiej świadczył fakt, że dwa razy nie udało mu się prawidłowo przeciągnąć palcem po ekranie, by odebrać połączenie.
- Tak? - zapytał, odwracając się do Stec plecami.
Agata skorzystała z okazji i podeszła do chłopaków z ekipy. Nie chciała dłużej rozmawiać z tym człowiekiem, niech Radek weźmie na siebie tłumaczenia. Ona zawsze kiepsko radziła sobie w rozmowach z krewnymi ofiar, zdecydowanie wolała przesłuchiwać podejrzanych. Tam przynajmniej nie musiała zważać na ton ani słowa, nie dręczyły jej wyrzuty sumienia, a jak ktoś ją zdenerwował, to mogła go ukarać.
Szkoda, że te czasy bezpowrotnie minęły.
- Czego chciał? - zapytał Wojtek.
- Trzeba było podejść i zagadać - odparła.
- Wolałem wam nie przeszkadzać.
- W takim razie przeszła ci koło nosa okazja na nagranie przełomowego materiału o kolejnym nastolatku na gigancie.
Dźwiękowiec uśmiechnął się pod nosem, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo oboje usłyszeli serię wulgarnych okrzyków. Agata czuła, jak postanowienie o niewtrącaniu się pomału przestaje być aktualne. Ciekawość zawodowa w połączeniu z empatią kazały jej wrócić do Stelmacha i zaoferować pomoc. Najprawdopodobniej usłyszał właśnie wiadomość, której nigdy nie powinien usłyszeć żaden rodzic.
- Nie, kurwa, nie! To musi być jakaś pomyłka! - rzucił łamiącym się głosem do telefonu.
Już miała do niego podejść, gdy poczuła na ramieniu dłoń Wojtka.
- Ja się tym zajmę - zaproponował.
Agata odruchowo strąciła jego dłoń.
- I niby co zrobisz? - zapytała kpiąco.
- Przegonię go? Wszystko mamy gotowe, a typ drze japę i nie można nagrywać. Jeszcze chwila, a stracimy dobre oświetlenie.
- Ale ty wiesz, że gościa najprawdopodobniej właśnie wezwali na identyfikację ciała jego syna?
Mężczyzna wzruszył ramionami, jakby zupełnie go to nie obeszło.
- Aha - dodała, mierząc go wzrokiem. - I pomyśleć, że chciałam cię przelecieć. Daj mi pięć minut, potem zaczniemy nagrywać.
Gdyby nie okoliczności, rozśmieszyłoby ją zaskoczenie na twarzy dźwiękowca. Czuła na sobie jego wzrok, gdy ruszyła w stronę łkającego Stelmacha. Nie kłamała, naprawdę rozważała zaliczenie Wojtka, chciała się jednak z tym wstrzymać do zakończenia nagrań, by nie popsuć dobrej atmosfery na planie. Romanse w pracy rzadko dobrze się kończą, a ona nie zamierzała się z nim wiązać.
Odczekała, aż Filip skończy rozmowę, po czym stanęła naprzeciwko niego. Nie miała nic mądrego do powiedzenia, z doświadczenia wiedziała, że w takich sytuacjach lepiej wspólnie pomilczeć, niż mówić banały. Gdy ktoś traci syna, nie chce słyszeć, że komuś jest przykro, że trzeba żyć dalej, że zmarła osoba tego właśnie by sobie życzyła. Gdy ktoś traci syna, chce, żeby cały świat spłonął.
- Zajebię gnoja - rzucił nieoczekiwanie. - Zatłukę gołymi rękami.
Nie zdążyła zareagować, gdy odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę ulicy. Odprowadzając go wzrokiem, czuła, że powinna zareagować, zawołać go i upewnić się, że nie zrobi żadnej głupoty. Dawna Agata pewnie tak by zrobiła, nowej nie starczyło determinacji.
Tak będzie lepiej, pomyślała zrezygnowana. Nie mieszaj się, nie wychylaj się, to nie twoja sprawa. Przyjechałaś tu nagrać reportaż, nie jesteś już policjantką i nigdy już nią nie będziesz.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI