Mózgi nie kłamią
KORYNA LEWANDOWSKA ANNA BEREŚ
Badania neuroobrazowe zadomowiły się na dobre w marketingu i polityce. I choć dają bezprecedensowy wgląd w myśli wyborców i konsumentów, nie tak łatwo je interpretować.
Kiedy w 2015 r. Francisco Olvera Ruiz, członek meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej, przyznał, że ugrupowanie korzysta ze wszystkich możliwych sposobów badania opinii publicznej - w tym neuromarketingu - zapewne nie spodziewał się reakcji, która miała nastąpić. W odpowiedzi na pytanie o ocenę skuteczności zwycięskiej kampanii wyborczej ówczesnego prezydenta Enrique'a Pe?a Nieto ujawnił, że "badania neuronaukowe okazały się być szczególnie wartościowe, gdyż pozwoliły (...) z większą precyzją i obiektywnością odkryć, co ludzie myślą, jak postrzegają i co czują". Wtedy rozpętała się burza.
Słowa te obiegły światowe media i przyniosły liczne zarzuty dotyczące braku uszanowania prywatności wyborców. Choć przedstawiciele Emotion Research Lab, jednej z firm analizujących dane na zlecenie meksykańskiej partii, zapewniali, że nie są w stanie czytać lub zmieniać ludzkich myśli, politycy zdecydowali się złożyć jeszcze jedną, dodatkową obietnicę: że już nigdy nie będą korzystać z pomiaru fal mózgowych, pobudzenia, ekspresji mimicznych czy tętna i poprzestaną na tradycyjnych sposobach badania opinii wyborców.
Lęki i fascynacje
Ta historia dobrze pokazuje to wszystko, co w ostatnim czasie dzieje się wokół neuromarketingu i pokrewnych dziedzin. Fascynację, silne społeczne emocje, lęk przed manipulacją i wykorzystywaniem informacji, o których nawet nie wiemy, że są pozyskiwane, czy wreszcie brak zrozumienia, czym neuromarketing w istocie jest. Dodajmy jeszcze co najmniej ambiwalentny stosunek środowiska akademickiego, wynikający z braku zaufania do rzetelności badań prowadzonych przez firmy neuromarketingowe, i mamy kompletny obraz. Ten brak zaufania zaowocował zresztą narodzinami neuronauki konsumenckiej, w założeniu różniącej się od neuromarketingu właśnie poziomem rzetelności i brakiem nastawienia na zastosowania komercyjne.
Badanie magnetoencefalograficzne (MEG)HANK MORGAN / BEW
Obie dyscypliny wykorzystują te same techniki pozwalające na wnioskowanie o zmianach w aktywności układu nerwowego w reakcji na dany produkt, reklamę, markę czy cenę. Często stosowany jest np. eye tracking, pozwalający na śledzenie, na czym osoby badane skupiają wzrok, lub elektroencefalografia (EEG), umożliwiająca pomiar bioelektrycznej aktywności mózgu. Ale najwięcej uwagi przyciągają badania wykorzystujące funkcjonalny rezonans magnetyczny (fMRI), który daje możliwość wnioskowania o najbardziej zaangażowanych w dane zadanie rejonach mózgu. Na gruncie neuromarketingu zdobyte informacje służą głównie do określenia potencjału instrumentów promocji, np. reklamy do wywołania polubienia, chęci posiadania czy wejścia w kontakt z danym produktem. Na gruncie neuronauki konsumenckiej ważniejsza jest z kolei wiedza dotycząca mechanizmów neuronalnych, które rządzą tymi wrażeniami i zachowaniami.
Badania neuronaukowe, choć są droższe, mają zasadniczą przewagę nad typowymi badaniami konsumenckimi opartymi jedynie na kwestionariuszach i wypowiedziach osób badanych - wykorzystują mierzalne wskaźniki fizjologiczne, na które nie mamy świadomego wpływu. Daje to szansę na wychwycenie potencjalnych rozbieżności między deklaracjami ("tak, chętnie dokonam zakupu") a zachowaniem (do zakupu jednak nie dochodzi). Co ważne, rozbieżności takie mogą, ale nie muszą być efektem celowego wprowadzania w błąd - osoby badane ujawniają swoje świadome przekonania, a te często są z różnych względów zafałszowane.
Pepsi czy coca-cola?
Dlatego jednym z pytań postawionych w słynnym badaniu dotyczącym preferencji względem coca-coli i pepsi było: czy naprawdę wiemy, co wolimy? Jak pokazały wyniki eksperymentu przeprowadzonego w 2004 r. przez Samuela McClure'a i współpracowników - niekoniecznie, a przynajmniej nie w każdych warunkach. Zarówno test deklarowanych preferencji, jak i test smaku (badani pili nieoznaczone napoje) nie ujawniły żadnych różnic między coca-colą i pepsi. Inaczej było, gdy pojawiała się nazwa napoju - tutaj coca-cola zdecydowanie wygrywała w teście smaku.
Wbrew intuicyjnemu założeniu, że najważniejsze jest to, co dzieje się z kubkami smakowymi, kluczowa okazała się marka, która w przypadku coca-coli mocniej aktywowała obszary mózgu zaangażowane w pamięć (badanie przeprowadzono przy użyciu fMRI). Według badaczy taki wynik wskazuje na przewagę informacji kulturowej (w tym reklamowej) nad sensoryczną.
Na gruncie neuronauki konsumenckiej możemy też zapytać, czy na pewno chcemy mieć to, co lubimy. Ma to swoje naukowe uzasadnienie - inne, choć sąsiadujące ze sobą rejony mózgu są związane z wrażeniem przyjemności i lubienia, a inne zaangażowane są w chęć posiadania. Różnice obserwuje się także na poziomie neuroprzekaźników - enkefalina to ważny sygnał przyjemności, dopamina - motywacji i dążenia. Badania neuronaukowe mogą więc być nastawione na wskazanie, które produkty - mimo że wywołują pozytywne emocje - niekoniecznie zdominują rynek.
Jeszcze innym aspektem podejmowania zakupowych decyzji zainteresowani byli Brian Knutson i współpracownicy. Naukowcy postawili pytanie: kiedy zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, że czegoś chcemy? Efekty ich pracy opublikowało w 2007 r. czasopismo "Neuron". Wyniki wskazywały, że to, jaka decyzja w kwestii zakupu danego produktu zostanie podjęta przez osoby badane, można przewidzieć na podstawie aktywności jądra półleżącego i kory wyspy już na etapie oglądania produktu i ceny, bez uwzględniania subiektywnych wrażeń osób badanych. Co więcej, według autorów eksperymentu aktywność w tych obszarach mózgu poprzedza wrażenie świadomego decydowania o chęci kupna bądź jej braku.
Lista przebojów
Czy opierając się na tej wiedzy warto zadawać pytanie o to, czy będziemy chcieć jakiegoś produktu, i szukać odpowiedzi z wykorzystaniem neuromarketingu? Rezultaty eksperymentu przeprowadzonego przez Gregory'ego Bernsa i Sarę Moore, opublikowanego w "Journal of Consumer Psychology" w 2012 r., mogą sugerować pozytywną odpowiedź. Metodę fMRI wykorzystano w celu oceny potencjału popularności utworów muzycznych. Przebadano grupę nastolatków podczas prezentowania im piosenek nieznanych artystów. Trzy lata później badacze powiązali aktywność w mózgowym układzie nagrody (w którym znajduje się jądro półleżące) grupy eksperymentalnej z późniejszą popularnością (i sprzedażą) utworu muzycznego u znacznie większego grona odbiorców. Naukowcy na tej podstawie założyli, że wyniki uzyskane w badaniach neuromarketingowych można generalizować na populację. Innymi słowy, mogą pomóc przewidywać, jak będą się kształtować gusta odbiorców.
Pragnienie posiadania to w kontekście marketingu prawdopodobnie najbardziej interesujące uczucie. Ale pozostaje pytanie, skąd wiemy, czego chcieć? I być może odpowiedź na nie jest najbardziej niepokojąca.
Eksperyment Mathiasa Pessiglionego i współpracowników wskazał, że dość łatwo uczymy się zależności między wyświetlanym na bardzo krótki czas (i percypowanym nieświadomie) abstrakcyjnym symbolem a uczuciem satysfakcji wynikającej z wygranej w prostej grze losowej. Korzystamy też z tak nabytej wiedzy - uczestnicy eksperymentu dość szybko zaczynali podejmować decyzje na podstawie wyuczonej zależności. Jednocześnie deklarowali, że ich wybory to kwestia przypadku i zgadywania. To zgrabnie tłumaczy, dlaczego dyskretnie umieszczone logo nabiera dużej mocy we właściwym, satysfakcjonującym kontekście.
Zakochani w iPhone'ach
Jakkolwiek ciekawe byłyby postawione pytania i uzyskane odpowiedzi, nijak się mają do "czytania myśli" czy bezpośredniego wpływania na nie. Czy pomagają odkryć, co na nasze myśli faktycznie wpływa? Być może do pewnego stopnia tak, ale wydaje się, że tę wiedzę przyniosły nam w większości tradycyjne badania konsumenckie i psychologiczne. Należy też pamiętać, że przedstawione wyjaśnienia to tak naprawdę interpretacje wyników analizy danych. Te z kolei dość często wcale nie są oczywiste, a zdarza się, że bywają przekłamane czy wręcz życzeniowe. Dobrym przykładem jest tutaj Martin Lindstrom, autor "Zakupologii. Prawdy i kłamstwa o tym, dlaczego kupujemy" i jedno z ważniejszych nazwisk w neuromarketingu. Dzięki niemu kilka lat temu media obiegła informacja o aktywności mózgu wskazującej, iż kochamy miłością prawdziwą nasze... iPhone'y. Skąd ten pomysł?
Jeśli ktoś wam zaproponuje ser w celu zwiększenia empatii, raczej mu nie wierzcie. Jeśli spróbuje sprzedać cudowne neuronowinki, bądźcie ostrożni.
Uczestnikom badań prowadzonych z wykorzystaniem rezonansu magnetycznego pokazano zdjęcia dzwoniących telefonów z jabłkiem. Zaobserwowano aktywację wyspy, rejonu mózgu często łączonego z przeżywaniem miłości, współczucia czy empatii. Problem w tym, że ten sam obszar jest też związany z wieloma innymi emocjami i uczuciami, w tym przeciwnymi do wcześniej wymienionych - np. z obrzydzeniem, bólem czy złością. Podążając zatem za logiką przedstawionego doniesienia, równie dobrze można by powiedzieć, że ludzie byli zdegustowani iPhone'em i odczuwali wstręt na jego widok. Jeżeli w ten sposób upraszcza się rezultaty badań, łatwo wybrać tę interpretację, która idealnie pasuje do wymyślonej historii - wymyślonej być może przez jakiś dział marketingu.
Zdarza się zresztą, że wyniki czysto naukowych, niezwiązanych z rynkiem konsumenckim badań są przekłamywane, by służyły marketingowym celom. Jakiś czas temu w brytyjskiej prasie zaczęły pojawiać się nagłówki wychwalające sery pod niebiosa, takie jak "Ser twoim najlepszym przyjacielem" czy "Kanapka z serem to wszystko, czego potrzebujesz, by podejmować dobre decyzje".
Wnioski na temat niezwykłości sera przedstawiono opierając się na wynikach badania, w którym manipulowano poziomem tryptofanu. Autorzy eksperymentu próbowali zrozumieć, w jaki sposób serotonina, jeden z neuroprzekaźników, wpływa na rozumienie sytuacji społecznych, zwłaszcza wtedy, gdy jesteśmy traktowani w krzywdzący i niesprawiedliwy sposób. Uczestnikom badań podawano napój ze zróżnicowaną zawartością tryptofanu - prekursora serotoniny. U osób, którym podano go mniej, zaobserwowano większą chęć odwetu, gdy byli traktowani niesprawiedliwie. I tyle. A gdzie ten ser? Po prostu tryptofan jest obecny w serach... tak jak i mięsie, słoneczniku, czekoladzie, mleku i wielu innych produktach spożywczych. Zapewne więc był to chwyt marketingowy mający na celu skojarzenie sera z podejmowaniem decyzji i emocjami, choć badanie nawet nie zmierzało w tym kierunku.
Atrakcyjny przedrostek
Neuromarketing i neuronauka konsumencka zrobiły zawrotne medialne kariery. Po pierwsze uwielbiamy mózg, ten fascynujący organ, od którego wszystko zależy. To, co ma przedrostek "neuro", jest w modzie - mamy już neuroetykę, neuroteologię, neuroestetykę czy związane z poruszanymi tu tematami neuroekonomię i neuropolitykę.
Po drugie perspektywa, że w jakiś sposób można dowiedzieć się, czego chcemy, zanim sami to sobie uświadomimy, albo że w rzeczywistości chcemy czegoś innego, niż nam się wydaje, jest jak dobry horror - straszna i ekscytująca zarazem. Gdzieś u podstaw tej ekscytacji prawdopodobnie tkwi freudowska koncepcja podświadomości i strach przed nią, dodający nieco magicznej i mrocznej otoczki. Wreszcie: potencjalne zagrożenie manipulacją i wykorzystaniem wrażliwych danych także w kontekście politycznym sprawia, że neuromarketing to malownicze tło dla teorii spiskowych.
Tymczasem neuronauka konsumencka jest po prostu narzędziem poznania i może generować zarówno dobre rezultaty, np. w zakresie rozumienia mechanizmów zakupoholizmu czy innych zagrożeń związanych z byciem konsumentem, jak i złe, gdy ta sama wiedza zostanie wykorzystana do manipulacji kupującymi i wyborcami. Obecnie jednym z największych wyzwań neuromarketingu jest problem z interpretacją, a raczej z medialną nadinterpretacją wyników badań. Należałoby raczej ostrożnie formułować wnioski, zwłaszcza te, które mogą być przedmiotem zainteresowania opinii publicznej. Trudności z interpretacją wyników analiz (np. kwestia udziału tego samego obszaru mózgu w przetwarzaniu krańcowo różnych emocji) czy mała rozdzielczość czasowa fMRI (obrazy zmian aktywności uzyskiwane są co kilka sekund, a ileż przez te kilka sekund dzieje się w głowie!) to przykładowe problematyczne aspekty badań, które należy uwzględnić.
Co ważniejsze, mechanizmy działania mózgu wciąż w dużej mierze stanowią dla nas tajemnicę, a zatem wyciąganie skomplikowanych wniosków na temat zachowań konsumentów jedynie na podstawie map aktywności neuronalnej jest nadużyciem. Kiedyś z większą dozą pewności będziemy mogli stwierdzić, czy ktoś kłamie, czy jest zakochany, czy ma nas dość albo czy nami manipuluje jedynie na podstawie map aktywności mózgu. Ale jeszcze nie teraz. Teraz potrzebujemy więcej danych.
Dlatego jeśli ktoś wam zaproponuje ser w celu zwiększenia empatii, raczej mu nie wierzcie. Jeśli ktoś próbuje sprzedać wam cudowne neuronowinki, bądźcie ostrożni. Pytajcie, wątpcie, proście o dowody naukowe, szukajcie tego, co nie zostało otwarcie powiedziane, i zastanówcie się, dlaczego nie zostało. I pamiętajcie, odpowiedzi na zadane pytania nie powinny być proste, jasne ani krótkie, bo mózg i jego działanie nie są łatwe do zrozumienia.?
KORYNA LEWANDOWSKA, ANNA BEREŚ
Autorki obroniły prace doktorskie z psychologii, pracują w Zakładzie Neurokognitywistyki i Neuroergonomii Instytutu Psychologii Stosowanej UJ.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji pisma