Moc Miłosierdzia - kard. Grzegorz Ryś

Kup ebooka

56.90 zł
45.52 zł (56,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2/125Miłość według Jezusa

"Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości (...). To jest moje przy­kazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego" (J 15,9-15).

To niezwykłe słowa Jezusa, bo przecież to niezwykłe doświadczenie - usłyszeć kogoś (Kogoś!), kto staje naprzeciw mnie i - patrząc mi w oczy - mówi dwukrotnie: "Kocham cię!". Wszyscy wiemy, że nic ważniejszego nie może wydarzyć się w naszym życiu. To nie jest zdanie, które można by zlekceważyć - wzruszyć ramionami - w żaden sposób nie odnieść się do niego.

"Umiłowałem was!" - mówi Jezus. Mówi to dwa razy - być może także dlatego, że ma na myśli dwa rodzaje miłości. Najpierw mówi, że kocha nas jak ojciec: "jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem". Chwilę potem, że kocha nas jak przyjaciel: "jesteście przyjaciółmi moimi", "nazwałem was przyjaciółmi".

To dwa różne doświadczenia: miłość ojca i miłość przyjaciela. Jezus mówi, że w miłość ojca wpisane są przykazania: ojciec - właśnie dlatego, że kocha - daje przykazania. Przekazuje zasady, wprowadza w świat wartości, opisuje prawa i obowiązki, wychowuje, uczy odróżniać dobro od zła. Miłość przyjaciela niczego nie nakazuje - raczej dzieli się swoimi przekonaniami, wszystkim, co ma i kim jest, w co wierzy ("oznajmiłem wam wszystko, co otrzymałem"). Miłość przyjaźni nie domaga się posłuszeństwa - liczy na wspólnotę wartości i celów. Miłość przyjaźni gotowa jest także - gdy trzeba - oddać życie!

Jezus jest dla nas jak ojciec - w tradycji Kościoła odnoszono nieraz do Niego tytuł pater familias, to znaczy "ojciec rodziny". Pismo nazywa Go "nowym Adamem", a więc Ojcem całej odnowionej ludzkości. Jest też naszym Przyjacielem. Jego przyjaźń wytrzymuje każdą próbę - nazywany jest w Ewangelii "Przyjacielem celników i grzeszników" (Mt 11,19; Łk 7,35). Dlatego gotów był iść do grobu swego przyjaciela Łazarza, wiedząc, że w ten sposób ryzykuje własne życie (zob. J 11,8).

Jednym z najpiękniejszych doświadczeń w naszym życiu jest to, gdy te dwie miłości schodzą się w jednej osobie - na przykład wtedy, gdy twój ojciec staje się twoim przyjacielem. Ufam, że masz takie doświadczenie. Ja mam... Przyjaźń ojca i syna / matki i córki jest darem niezwykłym - jest przepiękną relacją dwojga dojrzałych osób. Do takiej relacji zaprasza nas Jezus.

3/125Wierność

Drugi i trzeci rozdział Księgi Jeremiasza zawierają poruszającą mowę proroka do Jerozolimy. Otwiera ją wypowiedziane w imieniu Boga zdanie: "Pamiętam wierność twej młodości" (Jer 2,2).

Biblia Jerozolimska tłumaczy je nieco inaczej - w miejscu "wierności" odnajdujemy w jej wersji "wierną miłość" ("I remember your faithful love"). Intuicyjnie nawet wyczuwamy, że owa "wierna miłość" musi lepiej oddawać Boże pragnienia co do relacji z człowiekiem. Czy w spotkaniu z Bogiem, jakim jest wiara, może być w ogóle sensowna inna wierność niż ta, która wynika z miłości? Pewnie może, ale czy okaże się wystarczająca? Wystarczająco zdeterminowana i umotywowana, by stawić czoło każdej próbie?

Nie poprzestawajmy jednak wyłącznie na intuicji - sięgnijmy do tekstu oryginalnego. Znajdujemy w nim hebrajskie hesed. Słowo to ma wiele znaczeń; wśród nich również "wierność". Nierzadko jednak występuje w zwrocie hesed we'emet, w którym "wierność" oddana jest drugim ze słów, zaś hesed tłumaczone bywa zwykle jako "łaska" ("łaska i wierność"). Stąd już blisko do innych znaczeń hesed, takich jak "dobroć", "litość" i "miłosierdzie". W encyklice Dives in misericordia Jan Paweł II przytacza hesed jako najważniejsze starotestamentalne słowo opisujące miłosierdzie. Hesed to "miłość potężniejsza niż zdrada i łaska mocniejsza niż grzech" - nie można mieć "pretensji do hesed Boga na zasadzie sprawiedliwości" (punkt 4, przypis 52).

W Jeremiaszowym tekście najpiękniejsze jest to, że Bóg pamięta taką właśnie "wierną miłość" ze strony Izraela w czasach jego młodości, tzn. wyjścia z Egiptu i drogi przez pustynię.

Bóg pamięta, że tak był kochany przez ludzi - nie na zasadzie wymiennej sprawiedliwości; nie według logiki "daję, żebyś dał", ale bezinteresownie, z wiernością "mimo wszystko" - z miłosierdziem...

Stąpamy tu po kruchym lodzie... To oczywiste, że człowiek nie ma czego wybaczać Bogu. Jest jednak wcale nierzadkim (również naszym) doświadczeniem to, że łatwo oskarżamy Boga i obciążamy Go złem, które nie jest Jego winą (często jest naszą!); jest też prawdą, że człowiek może się okazać "niemiłosierny" wobec Boga. Najważniejsze jest jednak coś innego: Bóg zawsze (!) ma dla nas ten rodzaj wiernej miłości, jaką jest hesed. Z tekstu Jeremiasza wynika jednak, że wierzy również w taką samą miłość ze strony człowieka, a nawet więcej: że takiej miłości już nieraz od ludzi doświadczył.

4/125Narodzić się na nowo

Wspominam ostatnią katechezę na Światowych Dniach Młodzieży w Lizbonie, którą przeżywaliśmy w formie liturgii pokutnej. Biblijną kanwę dla niej stanowiły słowa zaczerpnięte z maryjnego Magnificat: "A Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie" (Łk 1,50).

Magnificat nie jest hymnem, który by powstał z teoretycznej czy poetyckiej refleksji na temat, kim jest Bóg. Jest on wybuchem uwielbienia w odpowiedzi na wydarzenie i doświadczenie. Maryja wychwala Boga, który zdumiewająco i potężnie objawił się właśnie w jej życiu i w życiu jej krewnej - Elżbiety. Objawił się jako... Miłosierdzie (to słowo pada jeszcze raz pod koniec hymnu: "ujął się za swoim sługą, Izraelem, pomny na swe miłosierdzie").

Miłosierdzie Boga w życiu Maryi i Elżbiety objawia się tak, że Bóg wypełnia ich łona nowym życiem. Właśnie tego chce dla nas Bóg za każdym razem, kiedy wychodzi ku nam w swoim miłosierdziu (a już szczególnie w doświadczeniu nawrócenia i sakramentu pokuty): chce, byśmy się odrodzili na nowo - jeszcze raz zaczęli od początku. Pan nie chce dla nas jakiejś kosmetycznej zmiany - delikatnego retuszu jednej czy drugiej grzesznej postawy - Bóg daje kompletnie nową szansę: nowe życie. To właśnie kryje się w najważniejszym hebrajskim/biblijnym słowie okreś­lającym "miłosierdzie": rachamim. Źródłowo pochodzi ono od hebrajskiego rechem, to znaczy "łono". Bóg gotów jest nieustannie poczynać nas na nowo w swoim łonie i ciągle na nowo rodzić. Nigdy się tym nie męczy i nigdy przy tym nie traci nadziei.

Niesłychanie przy tym ważne jest uświadomić sobie, że w obu przypadkach - Maryi i Elżbiety - naszą pierwszą reakcją na wydarzenie miłosierdzia (czyli poczęcia nowego życia) jest: "Niemożliwe!". Maryja poczyna Jezusa, pozostając dziewicą ("Nie znam męża") - to niemożliwe! Elżbieta natomiast poczyna Jana "w swej starości", będąc przez całe swoje długie życie "niepłodną" - i to jest niemożliwe! Takie jest właśnie nierzadko nasze podejście do Bożej propozycji miłosierdzia, do oferty rozpoczęcia życia na nowo - to niemożliwe!

Czasami na to "niemożliwe" - tak jak w przypadku Maryi, która w chwili zwiastowania mogła mieć dwanaście (lub nieco więcej) lat - mówimy: za wcześnie. Jeszcze nie teraz. Może jutro, za rok, za dziesięć lat, teraz nie jestem jeszcze gotowy...

Może być także przeciwnie - jak w odniesieniu do Elżbiety - że to "niemożliwe" oznacza dla nas: już jest za późno. Zabrnąłem za daleko. Z miejsca, gdzie się znalazłem, już nie ma powrotu. Może dla innych jest jeszcze szansa urodzić się na nowo, ale dla mnie już z całą pewnością nie.

Bóg mówi: "Możliwe!" i dodaje: "Dzisiaj!".

Nie wiem, ilu młodych wyspowiadało się tego dnia w Liz­bonie: pół miliona? Milion? Wiem, że także dla tych, którzy tego nie uczynili, Bóg niezmiennie i niezmordowanie otwiera swe łono. Chce, by nie byli jedynie stworzeni, ale również (na nowo) zrodzeni - na wzór Jego Jedynego Syna.

5/125Autorytet

Czytając Ewangelię św. Jana zmagamy się razem z jej bohaterami z pytaniami o Jezusa. Kim On jest? Co oznaczają Jego czyny (uzdrowienie paralityka przy sadzawce Bethesda)? I słowa ("Ojciec mój działa aż do tej pory, i Ja działam")? Czy to oznacza, że jest równy Ojcu? Jest Bogiem? I ostatnie: Czy On jest Chrystusem/Mesjaszem? (zob. J 7,25-30).

Ale przecież...

Przecież wiemy, skąd On jest: z Galilei. Brrrr. Jak można w ogóle wychować się w Nazarecie? I dalej: Czy On się w ogóle gdziekolwiek uczył? Kto wie, jaką szkołę kończył? Kto zna Jego mistrzów? Jezus nie udaje, że nie słyszy pytań, które narastają wokół Niego; nie udaje też, że nie widzi - i nie czuje - zagęszczającej się wokół Niego atmosfery nienawiści ("usiłujecie Mnie zabić...").

W odpowiedzi wskazuje dwa źródła swojego autorytetu. Pierwszym jest Jego relacja z Ojcem: "Nie przyszedłem sam od siebie; prawdomówny jest Ten, który Mnie posłał, którego wy nie znacie. Ja Go znam, bo od Niego jestem i On Mnie posłał". Jezus jest w stałej, życiodajnej, a nieprzenikliwej dla zewnętrznych obserwatorów relacji z Ojcem. To pośrodku niej rodzi się Jego posłanie. Jako wydarzenie. I jako treść. Nie, Jego autorytet nie bierze się z miejsca urodzenia. Ani ze sławy szkoły, którą ukończył. Bierze się z intensywności relacji z Ojcem. To dzięki niej zna i rozumie działanie Boga, i może się w nie włączyć. I dzięki niej Jego słowo o Bogu nie jest wyuczoną "formułką" - ma w sobie siłę rzeczywistego i aktualnego świadectwa.

Drugie źródło autorytetu kryje się w zakończeniu sygnalizowanej wyżej perykopy: "Zamierzali więc Go pojmać, jednakże nikt nie podniósł na Niego ręki, ponieważ godzina Jego jeszcze nie nadeszła" (w. 30). To rodzaj Janowego refrenu, który będzie się coraz częściej powtarzał w jego Ewangelii - zdanie podkreślające wolność Jezusowej decyzji w odniesieniu do Krzyża. Zostanie "pojmany", uwięziony i ukrzyżowany, wtedy i tylko wtedy, gdy nadejdzie Jego Godzina. Tej zaś nikt nie jest w stanie przyspieszyć. I nie wydarzy się ona bez Jego zgody. Raz po raz przekonują się o tym Jego przeciwnicy - przekonani, że już Go dopadli, i że już teraz nie wypuszczą Go z rąk, że przyszedł Jego koniec. A On wymyka się z ich rąk, znika, oddala się itd. Po prostu nie mają nad Nim władzy. On odda życie wolnym aktem woli, nie zostanie Mu ono zabrane decyzją Jego wrogów.

A więc: intymna relacja z Ojcem; i chęć - zdolność - oddania życia za tych, do których został posłany. To są dwa źródła ­autorytetu Jezusa. To także wielkie skrutynium (sprawdzenie) dla tych, którzy się na Jego autorytet mają odwagę powoływać...

6/125Bogami jesteście

Żydom oburzonym, że "czyni sam siebie Bogiem" (J 10,33), Jezus mówi, by - zamiast Go kamienować za bluźnierstwo - odważyli się poszukać w samych sobie tego, co boskie. I przytacza słowa Psalmu 82: "Ja rzekłem: jesteście bogami" (Ps 82,6; dalszy ciąg tego wersetu brzmi: "i wszyscy - Synami Najwyższego"). Skoro Słowo mówi do nas wszystkich: Jesteście bogami i Synami Najwyższego, to rzeczywiście trudno oskarżać o bluźnierstwo Jezusa, gdy ogłasza: "Ja i Ojciec jedno jesteśmy" (J 10,30).

Odwołanie się do Psalmu 82 otwiera przed nami głębszy wymiar Jezusowej wypowiedzi. Czym bowiem w owym Psalmie wyraża się boskość obecna w człowieku? Otóż przejawia się ona zdolnością prawego osądu. Bóg jest prawym Sędzią. Ten, kto sądzi właściwie - jest jedno z Bogiem. Przeciwieństwem tego co boskie jest "sąd niegodziwy" i "trzymanie strony występnych" (Ps 82,2).

W jaki sposób sądzi Bóg? Na czym polega Jego sprawiedliwość? Otóż Bóg jest sprawiedliwy w sądzie, gdyż "ujmuje się za sierotą i uciśnionym" oraz broni praw "nieszczęśliwego i ubogiego", "z ręki występnych" wyzwala "uciśnionego i nędzarza" (zob. Ps 82,3-4).

Boża sprawiedliwość jest tożsama z miłosierdziem i jest ochroną tych, którzy są słabsi - cierpiący, uciemiężeni, zepchnięci na margines czy ostatnie miejsce. Bóg jest sprawiedliwy, gdyż stoi na straży ich praw powszechnie lekceważonych przez "możnych tego świata". Kto odnajduje w sobie takie rozumienie sprawiedliwości, kto wykonuje w świecie taką sprawiedliwość - odkrywa w sobie godność Bożego dziecka.

W ten sposób także Jezus objaśnia swoim interlokutorom "boskość" swoich czynów (gdyż ostatecznie to właśnie Jego czyny mają dowodzić Jego boskości; to refren Janowej Ewangelii: Wierzcie moim czynom - jeśli nie chcecie wierzyć moim słowom!). Zatem czyny Jezusa są boskie - są naprawdę "dziełami Ojca" - nie dlatego, że są "cudowne" i nadzwyczajne. Są boskie, ponieważ pokazują Bożą wrażliwość i Boży wybór - tych, którzy są słabi, ubodzy i cierpiący. Jezus dostrzega tych, których nikt inny nie widzi: sparaliżowanych (J 5), niewidomych od urodzenia (J 9) - wszystkich, którzy się "źle mają".

Taki jest Bóg. I tacy są wszyscy, którzy "z Boga się narodzili".

7/125Zwycięzcy

"A oni zwyciężyli dzięki krwi Baranka i dzięki słowu swojego świadectwa" - mówi o zbawionych "braciach" św. Jan w Apokalipsie (zob. Ap 12,11).

Zwyciężyli - najpierw i przede wszystkim - dzięki krwi Baranka. To sformułowanie wywołuje z naszej pamięci inne, zapisane przez św. Pawła w Liście do Rzymian: "Lecz we wszystkim tym odnosimy zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował" (zob. Rz 8,37).

Zło zwyciężają ci, którzy znają Baranka, który ich umiłował - umiłował ich aż po przelanie swojej krwi. Doświadczywszy tej miłości, nie dają się pobić złu - nie dają sobie narzucić ani działania, ani (tym bardziej) myślenia swoich prześladowców. Nie kapitulują przed złem i nie przyznają mu racji. Nie żałują czynionego dobra i nie wyzywają swojego odbicia w lustrze od frajerów i nieznających życia, przetrąconych idealistów. Krew Baranka, która z Niego spłynęła na nich - tak, że oczyściła nie tylko ich szaty (zob. Ap 7,14), ale również i dusze - krzyczy do nich głośniej niż krew Abla (Hbr 12,24). Nie woła o pomstę, lecz o miłosierdzie. Wiedzą, jak bardzo zostali umiłowani, i chcą kochać podobnie.

Dlatego też zwyciężają "dzięki słowu swojego świadectwa". Nie ma mocniejszego ludzkiego "słowa" niż "słowo świadec­twa" - tym bardziej że mamy tutaj w greckim tekście słowo martyria, które może oznaczać (i w naszym tekście zapewne oznacza) męczeństwo.

Tak, męczeństwo to bez wątpienia najmocniejsze słowo ucznia. Kto wie, może nawet jest tak, że bez "słowa świadectwa" tak naprawdę jestem niemy? Nawet jeśli z moich ust (albo spod mego pióra) wylewają się wodospady słów. Bez "słowa świadectwa" są one jedynie dobrze wyuczoną i gładko wydeklamowaną lekcją.

Także i w tym przypadku dobrze jest nieco poszerzyć perspektywę i sięgnąć do słowa pogłębiającego rozumienie. W Pierwszym Liście św. Jana czytamy: "Napisałem do was, młodzi, że jesteście mocni, i że słowo Boże trwa w was, i że zwyciężyliście złego" (1 J 2,14). Tak więc świadectwo zwyciężające złego zdolni są złożyć ci, w których trwa Słowo Boga. To Jemu ostatecznie - a nie swoim poglądom - dajemy świadectwo. I to Jego mocą zwyciężamy. To Słowo Boga - nie my - jest mocne.

8/125Łukaszowy Dobry Pasterz

"Jezus opowiedział (...) następującą przypowieść: Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła. Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia" (Łk 15,3-7).

Dobrze jest - dla wydobycia specyficznej wrażliwości św. Łukasza - zestawić ten tekst z jego równoległym zapisem u św. Mateusza (zob. Mt 18,12-14). Przy porównaniu uderzają słuchacza dwie istotne różnice. Po pierwsze, w wersji Mateuszowej czytamy: "Jeśli kto posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich". Owca gubi się "sama" - w łacińskim tłumaczeniu św. Hieronima mamy tu nawet słowo erraverit una, co można by przetłumaczyć "pobłądziła". Łukasz zapisał (zapamiętał) inaczej: to pasterz zgubił owcę! Tak właśnie tłumaczy Hieronim: ­perdiderit unam. Użyte przez Łukasza greckie słowo (apóllymi) jest nawet jeszcze mocniejsze i może oznaczać: "stracić, zgubić, zniszczyć całkowicie".

Nawet jeśli owca "sama" się gdzieś zapodziała, Łukaszowy pasterz nie zamierza zwalniać się z odpowiedzialności. Czuje się współwinny (?) zaistniałej sytuacji: zgubił ją! Nie zauważył, nie zareagował, gdy została z tyłu. Nie poświęcił jej dość uwagi. A może nawet to jakiś jego gest, krzyk, zachowanie ją przestraszyły? Z tym większym niepokojem i determinacją jej poszukuje! I tym większa jest jego radość, gdy ją znajdzie. Jakże cenny jest ów Łukaszowy zapis - szczególnie w sytuacjach, gdy mamy pokusę wzruszyć ramionami nad odchodzącymi z Kościoła: "Ich wybór!"; "Ich sprawa". Bez najmniejszej ochoty poszukania w sobie choćby części odpowiedzialności. Zaniedbania. Odepchnięcia. Danego zgorszenia.

Różnica druga: u Mateusza z powrotu owcy do stada cieszy się jedynie sam pasterz: "cieszy się nią bardziej niż dziewięć­dziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały" (Mt 18,13). Łukaszowy pasterz nie potrafi cieszyć się sam - zwołuje przyjaciół i bliskich, i wzywa do wspólnej radości: "Cieszcie się ze mną!".

To już nie tylko pytanie o los grzesznika i o możliwość jego powrotu do Kościoła. To również - a może nawet przede wszystkim - pytanie o Kościół, o jego model i o to, czy potrafi się on cieszyć owcami, które wracają? Czy - nie daj Bóg - nie chce być raczej sekciarską grupką "doskonałych", której radości dostarcza jedynie poczucie własnej "sprawiedliwości", odcinającej się od "celników i grzeszników" - z przekonaniem, że Pan powinien uczynić to samo?