Oberża pod Wielorybnikiem
Po wejściu do przedsionka poczułem się jak na wiekowej łajbie. Na ścianie wisiał stary, mętny, pociemniały i zawilgocony obraz. Był niewyraźny, ale jak zmrużyło się oczy, można było dopatrzyć się na nim wieloryba atakującego jakiś statek podczas sztormu.
Oberża była ciemna, sufit niski, z krokwiami. Minąłem długi stół zastawiony szklanymi witrynami pełnymi zakurzonych antyków. Były tam też rozklekotane półki pełne starych butelek.
Kiedy wszedłem do środka, odszukałem oberżystę i powiedziałem mu, że potrzebuję pokoju. Odparł, że nie mają już wolnych miejsc, wszystkie łóżka są zajęte.
- Ale chwileczkę - rzekł nagle, stukając się w czoło. - Nie miałbyś nic przeciwko temu, żeby spać pod jednym przykryciem z pewnym harpunnikiem? Przecież marzy ci się wielorybnictwo, więc lepiej przyzwyczajaj się do takich rzeczy.
Odparłem, że nigdy nie lubiłem dzielić z nikim łóżka, ale w tak mroźną noc wolę zadowolić się połówką cudzej kołdry, byle chodziło o przyzwoitego człeka, niż błąkać się po obcym miasteczku.
- Tak też przypuszczałem. Dobrze więc, siadaj. Głodnyś? Zjesz kolację? Niedługo będzie gotowa.
Usiadłem z innymi gośćmi na drewnianej ławie i czekałem na posiłek.
Wreszcie wezwano nas do jadalni. Zimno w niej było jak na Islandii, w piecu nie płonął najmniejszy nawet ogień - oberżysta powiedział, że go na to nie stać. Jedyne oświetlenie zapewniały dwie łojowe świece. Pozapinaliśmy się wszyscy pod szyje i skostniałymi palcami podnieśliśmy do ust kubki z bardzo gorącą herbatą. Posiłek był syty: podano nie tylko mięso z ziemniakami, ale nawet pierożki. Wielkie nieba! Pierożki na kolację! Jeden młody człowiek w zielonym płaszczu zaczął je pochłaniać w doprawdy odpychający sposób.
- Panie - szepnąłem do oberżysty - to chyba nie jest ten harpunnik, prawda?
- O, nie - odparł tamten z szerokim, kpiącym uśmiechem. - Harpunnik nigdy nie jada pierożków. On żywi się wyłącznie stekami. Byle były krwiste.
- A gdzie on jest? - spytałem na to. - Gdzieś tutaj?
- Zjawi się niedługo - odparł oberżysta z cichym śmiechem.
Nic nie mogłem na to poradzić: zaczynałem nabierać podejrzliwości w stosunku do owego nieznanego mi jeszcze osobnika.
Nagle usłyszałem tupanie morskich buciorów dobiegające sprzed wejścia do oberży. Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wparowała dzika zgraja marynarzy opatulonych w kosmate płaszcze. Głowy mieli osłonięte znoszonymi wełnianymi czapkami, a brody zesztywniałe od sopelków lodu. Ale żaden z nich nie był moim harpunnikiem.
Nikt nie lubi dzielić się łóżkiem z kimś innym. Każdy podczas snu woli mieć prywatność. A gdy w dodatku chodzi o obcego człowieka, w obcej gospodzie, w obcym mieście, taki pomysł budzi jeszcze większy sprzeciw. Wreszcie zatem uznałem, że wolę spać na ławie.
Ława była jednak o dobre kilkanaście cali za wąska, poza tym było mi na niej bardzo zimno. Tak więc na powrót zmieniłem zdanie. Jeśli harpunnik nie będzie wyglądał nazbyt podejrzanie, przenocuję razem z nim. Zapytałem oberżystę, co to za jeden, na co odpowiedział, że ów harpunnik pochodzi z południowego Pacyfiku i może być nawet kanibalem!
- To musi być niebezpieczny człek - rzekłem nieufnie, lecz oberżysta wzruszył ramionami.
- Grunt, że płaci na czas. - Po czym dodał, że robi się późno i żebym lepiej kładł się spać. A harpunnik wróci później.
Weszliśmy na górę, gdzie pokazał mi mały pokoik z dużym łożem. Powiedział, żebym się rozgościł, po czym wyszedł. Rozejrzałem się i w jednym kącie na podłodze zobaczyłem leżący hamak, a obok niego płócienną sakwę z odzieniem mojego współlokatora. Na półeczce nad kominkiem leżała torebka z haczykami z rybiej ości, obok zaś stał wysoki harpun. Zobaczyłem też coś, co wyglądało mi na płaszcz przeciwdeszczowy. Robiło się już późno, a ja byłem przemarznięty do cna, toteż wszedłem do łóżka i zdmuchnąłem świecę.
Nie spałem dobrze. Po pewnym czasie usłyszałem kroki na korytarzu i drzwi się otworzyły. To był on! Nieznajomy wszedł do pokoju ze świecą w dłoni i nawet nie spoglądając na łóżko, postawił ją na podłodze.
Odwrócił się - co za widok! Cała jego twarz była pokryta tatuażami. Zdjął cylinder i zobaczyłem, że jest łysy, nie licząc małego koczka zakręconego na samym czubku głowy. Ściągnął koszulę - ramiona także miał całe w tatuażach. Ogarnęła mnie ochota, żeby czmychnąć za drzwi, a choćby nawet przez okno!
Obcy odłożył kilka drobiazgów - nie wiem, co to było - po czym zgasił świeczkę i wskoczył do łóżka. Krzyknąłem. Nie mogłem się powstrzymać! Tamten wyciągnął rękę, zdumiony moją obecnością. Przetoczyłem się pod ścianę i poprosiłem go - kimkolwiek był - żeby się uspokoił, a ja tymczasem wstanę i na powrót zapalę lampę.
- Ktoś ty? - zapytał nieznajomy. - Mów albo zginiesz!
Krzyknąłem po oberżystę, a gdy ten zjawił się ze światłem, wyskoczyłem z łóżka i podbiegłem do niego.
- Spokojnie - rzekł z szerokim uśmiechem. - Przy Queequegu włos ci z głowy nie spadnie.
- Kładź się z powrotem - rzekł Queequeg, kiwając na mnie ręką. Teraz nagle wydał mi się łagodny i życzliwy. Stałem przez chwilę, przyglądając mu się. Pomimo tatuaży wyglądał na czystego i urodziwego człeka.
"I o co ja się tak gorączkowałem? - pomyślałem. - Przecież to tak samo ludzka istota jak ja. I ma tyle samo powodów, żeby się mnie lękać, ile ja, żeby bać się jego".
Queequeg przetoczył się na bok, jakby chcąc powiedzieć, że nawet mnie nie dotknie.
- Dobranoc - rzekłem wreszcie do oberżysty. - Może już pan iść.
Po czym położyłem się do łóżka i spałem jak nigdy w życiu.