2.
Koci, koci, łapci, pojedziem do babci. Babcia da nam sera, chociaż to hetera. Takie przyśpiewki układam, nucąc Felkowi do uszka, kiedy zasypia. Bo co - ciągle będę go fotografowała i kręciła filmiki dokumentujące pierwsze miesiące jego życia? Takie to już oklepane, że aż nudne. Wózek trzeba na balkon wystawić: dzisiaj słonecznie i ciepło, letnio. Przydałoby się pojechać z małym na spacer do parku albo nawet nad morze, jeśli zbyt mocno nie wieje, tylko że sama nie dam rady znieść wózka po tych krętych schodach. Jeszcze Felek wypadnie. Nie zaryzykuję, a Mati w pracy. Sąsiadów nie będę prosiła o pomoc, poradzimy sobie sami, tylko my dwoje, prawda, Felku? Ciekawe, co by odpowiedział. O czym on w ogóle myśli, patrząc na mnie z tapczanu? To dopiero jest frapujące. Jak taki niemowlak ocenia świat w pierwszym roku swojego życia, jak go widzi? Wszystko nowe. Co sobie myśli o mnie, swojej matce? Nigdy się tego nie dowiem. Tymczasem to dopiero byłaby bezcenna dla mnie informacja, ważniejsza niż fotografie i filmiki, które są zawsze spojrzeniem z zewnątrz, z mojej strony i moim okiem. Przecież nie mogę wejść do jego główki, zanurzyć się w jego wrażeniach i pomyśleć jego myślami. A może spróbować coś takiego uczynić? Jest przecież mój, przez dziewięć miesięcy żył i rozwijał się właśnie we mnie, był ze mną połączony. Był mną, można powiedzieć. I do teraz jest całkowicie ode mnie uzależniony, żyjemy w symbiozie. Ja to on, więc chyba mogę myśleć za niego, a mówić - to już bez dwóch zdań. Napiszę w jego imieniu dziennik; to dopiero będzie pamiątka! Wiele lepsza niż fotografie bobaska, których każdy ma na kopy i pyszni się nimi przed teściową oraz znajomymi. Owszem, lecz czego pamiątką będą moje wypociny? Moich fantazji i moich emocji - przecież nie Felka. Będę pisała o tym, jak, odczuwająca silną więź z dzieckiem, matka wyobraża sobie jego punkt widzenia, czyli będę pisała o sobie. O to mi chodzi? Nie - chcę, żeby to była jego narracja. I będzie! Tylko muszę się odważyć i zacząć.
W dawnych czasach, w dawnych wiekach przywędrował Piast z daleka...
Nie, basta, co za głupota! Poważne musi być to, co napiszę, gdyż Felek to ktoś poważny i prawdziwy, nie jakaś moja idiotyczna fantazja. On by tak głupio nie mówił. Czyli jak? Od czego zacząć? Tylko nie pisz, że urodził się w Kołobrzegu, bo on jeszcze nic nie wie o Kołobrzegu. O narodzinach na pewno wiele wie, lecz jak ująć jego doświadczenia? A o mnie co konkretnie wie? Można rozpocząć: "Rano przewinęła mnie mama..."? Nie zna słowa "przewinąć", nie ma pojęcia, co to poranek. Zgadza się, lecz jeżeli będę dopasowywała się do jego słownictwa, wówczas niczego nie napiszę oprócz "am" i "bam", ponieważ on jeszcze nie zna żadnych słów niezbędnych do nazywania świata. Czyli muszę pisać tak, jak gdyby znał język polski; nie mam innego wyjścia.
Wózek na balkon, ja do wózka. Nie lubię, jak on pachnie w słońcu. Jakoś dziwnie. Aż dusi w gardle. A mama gdzie? Co teraz robi? Nie widzę jej, może sobie poszła. I jeszcze wózek tak ustawiony, że słońce świeci mi prosto w oczy. Zapiszczałem, nadbiegła w te pędy mama, pomogła. Okręciła wózek na bok. Ulica, ktoś krzyczy albo śpiewa, i jeszcze mrucząc, sunie coś dziwnego. To chyba nazywają auto, o!
- Pani Kapica, wystawiła pani dziecko na balkon?
- Dzień dobry, pani Górna. Jak pani widzi, ano wystawiłam.
- Dzień dobry; bo zapomniałam powiedzieć. Dziwię się, że pani z Felkiem na tym balkonie zamiast pójść na spacer. Tak ładnie dzisiaj. Jak malowanie.
- No ładnie, ładnie, tylko kto mi zniesie wózek? Sama nie dam rady.
- Ja bym pani pomogła. Przyjdę i pomogę.
- Dziękuję, ale pani ma swoją robotę, nie mogę pani wykorzystywać.
- Jakie tam wykorzystywanie? Bzdura! To aby chwilka. Skoczę na górę i raz-dwa, załatwione. A zamiatanie mi przecież nie ucieknie.
- Piesek pani ucieknie.
- Kto, Fala? Nie ucieknie. To mądry pies, ona aby tutaj łazi, po obejściu. Przyzwyczajona.
- No, kiedy pani tak mówi, to przygotuję Felka do wyjścia, sama się ogarnę i zaraz panią zawołam, kiedy pani taka dobra.
- Nie muszę być specjalnie dobra, pani Kapica. Zwyczajnie. Od czego człowiek ma dozorcę? Żeby pomagał, no nie?
Płacze, kiedy niesiemy wózek, aż mi się serce kraje, kiedy tego słucham, no ale co ja mam zrobić? Sama sobie przecież nie poradzę, a mały musi być codziennie na spacerze. Tak, dziecko musi być codziennie na spacerze, ja o tym wiem, pani Kapicowa, sama przecież wychowałam Janka. Ile się go nataszczyłam po tych schodach tam i nazad! Takie moje życie. A teraz sprzątaj i pomagaj. Sierakowski, ten nauczyciel z drugiego piętra, kiedy z nim wczoraj gadałam, powiada, że jak człowiek ma umierać, kiedy jeszcze tutaj nie żył? W jakiejś książce to jest napisane, Cudzoziemka czy jakoś tak. Ale jaka tam ze mnie cudzoziemka? Rodzice na początku lat sześćdziesiątych sprowadzili się tutaj, znaczy się do Kołobrzegu, i od tej pory tak sobie żyję. W swoim obejściu. Za granicą nigdy nie byłam. Znaczy się ja całkiem stąd, swoja. Nawet czynsz płacę trochę niższy, odkąd wzięłam dozorstwo. Zawsze jakaś ulga.
Akurat - ulga! Psu na budę takie gadanie, tyle jest warte. Rano, ledwie się budzę, wyłażę jak jakaś nocna mara. Zaraz leć na dół do apteki sprzątać, zanim otworzą, i tak już od paru lat, aż spłacę to, co Janek tam nakradł, tak się z nimi dogadałam, żeby nie narobili wielkiego halo. Policja niepotrzebna. A Janek, znaczy się syn, mój syn oczywiście, no bo czyj, siedzi teraz za kradzież, ale to już inna para kaloszy. Na plaży okradał ludzi, taki jest. Co na to poradzić? Stary chłop i bez własnego grosza przy duszy to nawet, powiem każdemu jawnie, nie wypada. A kraść wypada? Dlaczego nie? Byle tylko go nie złapali. Sama bym kradła, żeby się na wszystkich zemścić, pokazać gnojom, ile jestem warta. Bardzo by mnie to podniosło we własnych oczach. Janka sama wychowywałam, wszystko sama, bo Włodek, ojciec Janka znaczy się, aby mnie zbałamucił parę razy, jak przyjechał tutaj na wakacje, i potem szukaj wiatru w polu. Jak byłaś głupia, to szukaj wiatru w polu! Tylko bzika dostaniesz. Moja wina, że Jasiu miał takie życie, jakie miał, że dzisiaj kradnie.
Nie powinnam tego tak brać do siebie, wiem, bo to stary koń, po trzydziestce, ale zawsze co matka to matka. A tę aptekę tak głupio jakoś nazwali: Pod Różą Wiatrów. Cholera wie, co to znaczy. Kołobrzeg podobno miasto róż, tak kiedyś gadali, w gazetach pisali, a wieje tutaj tęgo, nie powiem, bo ile się człowiek nazamiata tych papierzysk i kurzu, szkoda słów. Ci, którzy do apteki przyłażą i tutaj na tej ławce się rozsiadają, to papierochy kurzą, papierki po cukierkach rozrzucają, jak gdyby nie mogli do śmietnika, a śmietnik przecież tuż pod nosem, ledwie zejdą po stopniach z apteki, już mają kubły, ale gdzie tam, nie chce im się, wolą wyciepnąć na ścieżkę albo na trawnik, bo tak łatwiej, a ty, człowieku, sprzątaj do usranej śmierci, musisz się mitrężyć, od tego jesteś. No, pomogę czasami znieść wózek, jak teraz Kapicowej, czemu nie. To nawet lubię, zawsze rozprostuje się grzbiet, pogada trochę, pożartuje, to nawet miłe, ale jak z naprzeciwka, z sanatorium znaczy się, dzieciaki przylatują, to pędzę precz to tałatajstwo, bo zawsze bałaganu narobią, ostatnio krzaki przy ulicy mi połamali. Ale latem, jak tu wczasowicze nazjeżdżają, samochody na trawniku porozstawiają, to ich dzieciaki jeszcze gorsze od tych ze Słoneczka, całkiem bez nadzoru, dla niczego nie mają szacunku. Jak szarańcza, jak taka istna szarańcza, powiadam wam. Nawet Fali nie zostawią w spokoju, potargają, za ogon pociągną i takie tam ich żarciki. A potem: proszę panią, dlaczego ten pies tak szczeka? Skaranie boskie...
Pani Górna, lecę do Caritasu na Kasprowicza[4], to może sprawunki jakieś pani zrobić w tym kiosku przy kładce?... Nie, nie, dziękuję pani za dobre serce, pani Mygowa, ale muszę skoczyć potem do miasta, na Łopuskiego do ZUS-u i też jeszcze na pocztę list do Janka wysłać, to sama sobie wszystko pozałatwiam. Idę od tej baby. Gadatliwe utrapienie. Zaraz o Bogu będzie mi nawijała, co za przyjemność tego słuchać? Ale za dobre chęci z serca dziękuję, pani Myga. Dzisiaj to taka rzadkość, że ktoś tobie chce pomóc, białą kredą na czarnym kominie to trzeba zapisać, tak zawsze mówię.
Chce być człowiek miły, to się baba wykręca. Nie to nie. Ale muszę jej nadskakiwać, żeby piwnicę nam wysprzątała i pokoje przed długim weekendem, bo może goście przyjadą, Andrzej już dał ogłoszenie w internecie, a my tak zwykle się urządzamy, że jak wynajmujemy pokoje, to sami przenosimy się na dół, do piwnicy. Zawsze jesteśmy na miejscu, wszystko mamy tutaj na oku, nikt nas nie oszuka, a goście wolą całe mieszkanie mieć do swojej dyspozycji, więc trzeba im je dać. Tak lepiej, nie siedzimy na kupie i oni też są swobodni. Swobodnie chleją, to chciałaś powiedzieć? Niekoniecznie; młodzi, to pewno się tam swobodnie ciupciają. Bezeceństwo? A nie wynająć - również grzech: w części uzdrowiskowej dom, dwa kroki do morza, więc wszyscy tutaj się starają o gości. Pieniądz piechotą nie chodzi, czyli po prostu grzech nie wynajmować. Rozrzutność. Musiałabym się z tego spowiadać, a teraz właśnie lecę do spowiedzi i jak co rano na mszę, od tego zaczynam każdy boży dzionek. Jak człowiek hoży, to dzień jest boży, tak moja mama zawsze mówiła i od wiosny do jesieni latała na plażę się kąpać. Ja już tego nie robię, zdrowie zbyt cenne, po prawdzie boję się zimna, ale pomodlić się, pochwalić Pana Boga przed ołtarzem jak najbardziej lubię. Jędrek to chyba nawet o tym nie wie, on już zasuwa w robocie. Niedaleko ma, aby po sąsiedzku, bo tutaj w Niwie jest konserwatorem. Trawniki też skosi; tak mu się ładnie udało robotę podłapać, jak tę Niwę otwierali. A ja co - taka świątobliwa jestem, że na mszę rano latam? Nie, święta to już na pewno nie jestem; nawet nie wiem, czy rzeczywiście można o mnie powiedzieć, żem pobożna. W Pana Boga wierzę, nie będę się zarzekać, a skoro istnieje, to głupotą byłoby z Nim nie trzymać. Oględnie się wyrażając, warto Go mieć zawsze po swojej stronie, każdy to powie. Poprosisz o coś i może ci da; co szkodzi sprawdzić? Czyli z czystego wyrachowania klepię pacierze przed ołtarzem? No, z wyrachowania może nie, wstyd tak powiedzieć, ale ze strachu. Taka siła jak Bóg zawsze może człowiekowi zaszkodzić; lepiej Mu się nie narażać. A przymilać się do Niego, odgrywać pobożnisię wypada? Co to komu szkodzi, się pytam. Zawsze mam pretekst, żeby wylecieć na trochę z domu, pogadać z jakąś kumą po drodze. Andrzej się ze mnie śmieje, że jestem babą na cztery nogi kutą, ale przecież ja nie mam czterech nóg. Pies ma cztery łapy, chociażby Fala pani Górnej, a ja tylko dwie nóżki, więc w tym gadaniu Jędrusia wielka przesada. On tak lubi sobie ze mnie poszydzić, pokazać swoją przewagę, nawyrzekać na baby, już się do tego przyzwyczaiłam, niech mu będzie, jak mu to do szczęścia potrzebne, niech mu będzie, moja strata. Za to kiedy czegoś potrzebuje, na przykład zwykły guzik mu przyszyć, wtenczas łasi się i komplementami obłaskawia. Stwarza atmosferę. Prawidłowo, tak właśnie ma być. W najważniejszych sprawach kobieta rządzi, a man prosi, prezenty jej znosi. No, z tymi prezentami to przesadzam, dawno już nie dostałam od niego prezentu. Od żadnego mężczyzny dawno nie dostałam prezentu. Na Gwiazdkę, na imieniny i urodziny to tak, bo się należy, ale poza tym to w ogóle nic. Posucha. Ksiądz tylko: ciało Chrystusa, ciało Chrystusa, i opłatek ci pod pysk podsuwa, ale taki tam i prezent ta cała jego komunia! W komunii z Chrystusem sama jestem albo i nie jestem, ksiądz nie ma nic do tego. Nawet nasz ksiądz proboszcz.
- Mamo, daj mi stówę, proszę.
- Na co ci?
- Książkę chcę kupić.
- Nie wstyd ci tak, Darku, naprzykrzać się matce o pieniądze?
- Czego mam się wstydzić, kiedy idę do mamy?
- Choćby tego, że sam tak mało zarabiasz. Nawet na książki ci nie wystarcza.
- Oddaję ci co miesiąc pieniądze, to ich nie mam. Przecież wiesz.
- I zaraz je z mojej kieszeni wyciągasz na różne duperele.
- W porządku! Skoro stówa to dla ciebie taki problem, więcej nie przyjdę.
- Och, nie obrażaj się już, dziecko! Książka kosztuje aż sto złotych?
- Jakieś sześć dych. Patrzyłem ostatnio w księgarni na Giełdowej. Powieść Austera 4321 kosztuje dokładnie pięćdziesiąt dziewięć złotych dziewięćdziesiąt groszy.
- Dużo.
- No dużo, dużo. Co na to poradzę? Nie ja ustalam ceny. Książki są drogie, a powieść Austera to spore tomiszcze, z dziewięćset stron będzie.
- A ty koniecznie musisz ją przeczytać?
- Chcę[5].
Nie powiem przecież, że zamierzam zobaczyć, jak Auster prowadzi narrację, bo sam planuję coś napisać, różne momenty w historii Kołobrzegu albo o życiu Żydów w naszym mieście, coś w ten deseń. Skrzętnie ukrywam, że zbieram się do pisania, bo by się ze mnie śmiali, a ojciec to już pierwszy.
- Tak, chcę przeczytać Austera, mamo. Mówię przecież wyraźnie.
- To sobie pożycz z biblioteki.
- I czekaj co najmniej pół roku, bo to nowa książka. Zanim ją zakupią, zaksięgują, opracują, umieszczą w katalogu, długo potrwa.
- Dzisiaj Dzień Bibliotekarza. Może się pospieszą.
- Bardzo wątpię. Sami wezmą tę powieść do czytania; w pierwszej kolejności. Zresztą lubię mieć własne książki. Przecież wiesz.
- Jeśli lubisz, zacznij na nie zarabiać. Jedyna rada, synek.
Taka właśnie jest rozmowa z mamą; tak wygląda. Zaraz usłyszę, że moja praca w muzeum do niczego. Nie warto było kończyć studiów, żeby tyrać za dwa tysiące. Gdyby nie mama, w ogóle gdyby nie zapobiegliwi rodzice, którzy od maja do września wynajmują pokoje, z głodu bym umarł w tym swoim muzeum.
MIASTO GOTOWE DO SEZONU
"Gazeta Kołobrzeska", 15 czerwca 2018
Wywiesiłam na balkonie płachtę, że tutaj czekamy na letników; z ulicy dobrze ją widać, lecz żeby Darek tak kogoś zachęcił, zaciągnął do nas!... Stropił się i powiedział cicho: ja nie bardzo się do tego nadaję, mamo. Jeśli nie potrafisz nic zdziałać, to nie zabieraj głosu. Do dziadka również tak mówiłaś, póki żył. Ty dziadka lepiej nie przywołuj. Też lepszy miglanc. Aby zawrócił ci w głowie paplaniną o początkach Kołobrzegu. Przez niego trafiłeś do muzeum, żebyś wiedział. Fatalny los, synek, fatalny. Nie ma tutaj nawet o czym gadać.
[4] Tylko tak się mówi dla skrótu, że do Caritasu, bo od razu wszyscy tutaj wiedzą, o co chodzi, ale pełna nazwa, oficjalna, to kaplica Aniołów Stróżów, i ta boczna uliczka, która do niej prowadzi, też się nazywa Aniołów Stróżów. Tam rzeczywiście jest punkt Caritasu, w tej kaplicy, dary się zanosi, odbiera, no ale to przede wszystkim kościółek, na mszę blisko, żeby skoczyć rano, tak na jednej nodze. Nie trzeba zaraz lecieć do Świętego Marcina prawie pod molo albo, nie daj Boże, gdzieś aż za kładkę, do katedry, bo to mordęga by była i utrapienie. Komu by się chciało zasuwać tak daleko, ja się pytam.
[5] Długo będę czytał, z przerwami, odpoczywając. Trzeba odzipnąć, gdyż to nie jakiś tekst naukowy, dokument albo czasopismo. Wtenczas lektura płynie mi raz-dwa, ciurkiem, nawet o niej nie myślę. Jednak w przypadku powieści bądź dramatu stąpam uważnie, pomalutku, skupiając się na każdej stronie. Często przerywam, muszę odłożyć książkę na półkę, przetrawić to, co przeczytałem, odnieść się do tego w duchu, przemyśleć każdy epizod, przeżyć go po prostu. Być z tymi postaciami, być w nich, w samym środku wydarzeń, ponieważ stały się moją egzystencją, wstrząsnęły mną, zmieniły ździebko, a na coś takiego trzeba przecież czasu, wiadomo. To nawet nie same myśli mnie trapią, często uczucia. Ponieważ nie mam innych, nie mam prawdziwej miłości, to dlatego.