Mniejszy cud - Magdalena Salik

Reflow text when sidebars are open.
Robert Halen był nieplanowanym dzieckiem, owocem przypadkowego spotkania dwojga beztroskich ludzi. Jego matka, mimo skończonych trzydziestu sześciu lat, nie zamierzała zachodzić w ciążę. Ojciec także nie myślał o zakładaniu rodziny.
- Dora, przykro mi, że narobiłem kłopotu.
- Pawełku, to żaden kłopot, naprawdę.
Pulchna, niezbyt ładna blondynka i siwiejący szatyn siedzieli w kawiarnianym ogródku. Wąska uliczka przyciągała bielą niedawno tynkowanych ścian. W powietrzu unosiła się orzeźwiająca wilgoć, czuć było pobliski port i morze.
Na plecionym stoliku, obok doniczki z bazylią i lawendą, leżał smartfon. Paweł Halen sięgnął po niego, dotknął ekranu. Wyświetliło się ostatnie zdjęcie, jakie oglądali. Test ciążowy, dwie kreski.
- Jezu, przykro mi, daję słowo.
- No co robić - tak wyszło!
Informatyk patrzył na zdjęcie. Jak to możliwe, zapytał sam siebie, że po własnej imprezie urodzinowej nie miał w domu ani jednej prezerwatywy? To przekraczało wszelkie granice niefrasobliwości. A teraz... Jakoś nie mógł uwierzyć w "żaden kłopot" i "tak wyszło". Cokolwiek ta dziewczyna mówi, na pewno czegoś od niego oczekuje.
Paweł poskubał brodę. Średniego wzrostu, skłonny do otyłości mężczyzna miał wypisane na twarzy troskę i szczere wyrzuty sumienia.
Życiowe credo Halena składało się z trzech punktów: zero zobowiązań, nie przemęczać się, otaczać się przyjaciółmi. Nie kusiły go wyzwania. Zaraz po skończeniu studiów informatycznych zdecydował, że będzie pracował jak najmniej; tylko tyle, by starczyło do pierwszego. Czas mijał - Paweł trzymał się swojego planu. Żył z dnia na dzień, bez liczenia lat, bez trosk.
Na imprezę z okazji jego czterdziestych urodzin jeden ze znajomych przyprowadził Dorę. Energiczna dziewczyna, łatwo wybuchająca zaraźliwym śmiechem, od razu spodobała się informatykowi. Spotkali się kilka razy, miesiąc później odebrał wiadomość z dołączonym zdjęciem.
- Spóźniał mi się i spóźniał, ale najpierw w ogóle o tym nie pomyślałam. Dopiero dzisiaj coś mnie tknęło - hej, a może to to? W aptece miałam ochotę powiedzieć, że test kupuję dla córki.
Paweł uśmiechnął się słabo.
- Policzyłam i wychodzi mi, że to z twoich urodzin! Z pierwszego razu! Ale numer!
Ale numer, powtórzył w myślach Halen. Zerknął na Dorę - co on właściwie o niej wie? Do nadmorskiej metropolii przyjechała po maturze. Trochę studiowała, trochę pracowała, ale większość czasu poświęcała na realizowanie swoich pasji. Najpierw była to fotografia, potem grafika komputerowa, następnie blogi o projektowaniu. W wieku trzydziestu trzech lat zajęła się czymś, co miało stać się jej zawodem - modowym dizajnem.
Tego dnia miała na sobie T-shirt z rozszerzającymi się rękawami, wymyślnym, abstrakcyjnym wzorem i opadającym na plecy kapturem. Pawłowi podobał się ten strój.
- To twoje?
- Uhm... - Jednym haustem wypiła pół szklanki latte. - Dobre, co?
- Tak. - Przerwał na chwilę. - Dora, posłuchaj. Jeśli nie chcesz urodzić, nie ma problemu. Jeśli chcesz - też nie ma. Dołożę się do wszystkiego, od początku aż do...
- Pawełku, nie sądzisz chyba, że dlatego ci to przysłałam? Ależ skąd! Po prostu chciałam, żebyś wiedział. Bo w sumie to fajne, nie sądzisz? Nigdy się do tego nie przymierzałam - Dora odrzuciła włosy na plecy - ale pomyśl, przecież to takie fajne!
Paweł się rozpogodził. Już dwa razy znajdował się w podobnej sytuacji i jeszcze nie zdarzyło się, by rozmowa przebiegała równie bezproblemowo.
- A więc?
- No, raz się żyje! Urodzę!
W ciągu następnych miesięcy Halen powoli przyzwyczajał się do myśli, że zostanie ojcem. Zaczęło się od tego, że towarzyszył Dorze podczas wizyt lekarskich. Obserwowanie rozwijającego się płodu niespodziewanie bardzo mu się spodobało. Super, myślał, przeznaczając oddzielny dysk na filmiki z badań ultrasonograficznych. Jego dziecko i na dodatek chłopak. Naprawdę super.
Dobremu humorowi informatyka dorównywała pogoda ducha projektantki. Będzie dobrze, myślała sobie Dora, jakoś się donosi, urodzi, wychowa. Nie zrobiło na niej wrażenia nawet to, że Paweł nie zdążył na jej cesarkę. Ojciec dziecka? Spóźniony, oczywiście! Kochanie, on jeszcze nigdy nie był nigdzie na czas. Ale dlaczego macie tu takie brzydkie fartuchy? Jak zechcecie, zaprojektuję wam ładniejsze!
Gdy w dniu narodzin pierworodnego Paweł Halen dotarł wreszcie do szpitala, dowiedział się, że może już tylko czekać pod porodówką. Nie przejął się tym, wręcz przeciwnie, był w doskonałym humorze. Kręcąc się po szpitalnym korytarzu, z całego serca cieszył się na bliską już chwilę, kiedy po raz pierwszy poczuje na przedramieniu ciężar pierworodnego. Z przyjemnością wyobrażał sobie czerwoną główkę dziecka, zaciśnięte w piąstki drobne dłonie, pierwszy donośny i zdrowy wrzask. Dora miała rację - to będzie rewelacyjne!
Podekscytowany nie zwrócił uwagi na zawieszony na ścianie korytarza wyświetlacz ani nadzwyczajny serwis informacyjny, powtarzany tego dnia godzina po godzinie.
- Według ekspertów to naukowa sensacja stulecia. Fizycy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley odkryli matematyczne prawo rządzące zdarzeniami losowymi. Jest to prawo powiększającego się chaosu - entropii.
Paweł zerknął na telewizor. W studiu naprzeciwko blond piękności siedział szczupły okularnik. Tytuły naukowe przed jego nazwiskiem zajmowały połowę szerokości ekranu.
- Entropia to zjawisko dobrze nam znane - powiedział. - Od dawna wiedzieliśmy, że jest miarą nieporządku. Teraz ustaliliśmy, że wpływa na zdarzenia, które dotychczas uważaliśmy za losowe. Odpowiada zarówno za te szczęśliwe, jak i te nieszczęśliwe. Drobne jak stłuczenie filiżanki oraz wielkie, na przykład klęski żywiołowe.
- Za katastrofy samolotów?
- Też. Ale również za każde poczęcie oraz za wszystkie mutacje genetyczne, te dobre dla nas, i te częstsze - złe...
Paweł poczuł dotknięcie. Obok niego stała, uśmiechając się, pielęgniarka.
Robert, dziecko zdarzenia losowego, właśnie się urodził.
*
Wspomnienie z dzieciństwa: stojące w przedpokoju walizki. Przeogromne. Można je objąć rękami, mocować się z zamkiem. Gdy uda się go poruszyć, słychać przyjemny chrzęst.
- Robert, zostaw to! Rob!
Kroki i nagle podrywa się z ziemi. Wrzeszczy z radości, tak że aż brakuje mu tchu. Ojciec podnosi go wysoko nad głowę, Robert zapamiętuje wesołe oczy, trzęsącą się brodę. Matka podchodzi do nich i podskakując, próbuje go dosięgnąć. Śmieje się.
Czy ojciec wprowadza się, czy wyprowadza? To bez znaczenia. Ilekroć walizki stoją w przedpokoju, w mieszkaniu Dory panuje radosny harmider. Rodzice tak samo żartują, żegnając się lub witając. Z nim ojciec nie żegna się nigdy.
Paweł pierwszy raz zamieszkał z Dorą, gdy ich syn miał rok. Potem to pojawiał się, to znikał. Mimo wrodzonej dobroduszności miał staroświeckie zasady: w jego pojęciu nowy związek wymagał nowego lokum. Przenosił się więc do swoich aktualnych dziewczyn, a gdy uczucie wygasało - wracał.
Matka jego syna szczerze mu się dziwiła. Ależ Pawełku, mówiła, po co robić sobie kłopot, skoro ja mam wolne całe piętro? Dołożylibyście się do czynszu - i już!
Robert nie przywiązywał wagi do okresowych zniknięć Pawła. Przyzwyczaił się, że choć ojciec często zmienia miejsce zamieszkania, z nim widuje się regularnie. Przyzwyczaił się też, że zarówno Paweł, jak i Dora traktują swoich mniej lub bardziej przelotnych kochanków od razu jako członków rodziny. Rob przejął od nich ten obyczaj. Okazało się, że tak samo jak rodzice łatwo przekracza emocjonalne granice, jakie trzeba pokonać, żeby się z kimś zbliżyć. Nigdy nie rozumiał dzielenia ludzi na obcych i swoich - dla niego wszyscy byli swoi.
Rósł wesoły i pełen energii, od małego zwracał uwagę inteligencją i dobrym humorem. Wychowywać go? Nie ma po co, uznał Paweł. Gdy chłopak opowiadał mu o jakimś swoim dziecinnym problemie, ojciec nie dawał mu rad ani nie prawił morałów. Pytał jedynie: I co zamierzasz z tym zrobić? Rob marszczył czoło i sam znajdował rozwiązanie.
Dora również nie zaprzątała sobie głowy wychowywaniem jedynaka. Z natury nie przywiązywała wielkiej wagi do spraw, które spędzają ludziom sen z powiek - przyszłości, kariery, kredytów. Mieszkanie od zawsze wynajmowała i nie próbowała nawet układać wymyślnej strategii, dzięki której po latach wyrzeczeń zostałaby właścicielką nieruchomości. Miała nieregularne dochody i zazwyczaj nie umiałaby powiedzieć, z czego będzie z synem żyła za pół roku. Tak się jednak zawsze składało, że gdy te sześć miesięcy mijało, robiła nowy projekt i finansowe niebezpieczeństwo zostawało zażegnane. Dora polegała na życiu, a ono odpłacało jej za ufność i nigdy nie zawodziło.
Dopiero z czasem pojawiła się sprawa, którą się przejęła. Tą sprawą była ona - entropia.
*
Listopadowy wieczór, jakiś miesiąc po dwunastych urodzinach Roberta. Walizki Pawła stoją rozpakowane w szafie. Informatyk półleży na sofie, pracuje na wygiętym tablecie, opartym na kolanach. Na zagiętej części wyświetla się klawiatura. Halen muska ją palcami - pisze błyskawicznie, linijki kodu jedna po drugiej pojawiają się na ekranie.
Robert wyciąga się na dywanie. Mocno zbudowany, niewysoki, o jasnych, gęstych włosach, ma już widoczną nadwagę. Naśladując Pawła, wpatruje się w tablet. Zapamiętuje tę chwilę i to, co następuje później: wzburzenie matki, łagodny, jak zawsze uspokajający głos ojca.
Drzwi trzasnęły i do mieszkania jak burza wpadła Dora.
- Nie uwierzysz! - Ogromna torebka z brzęczącą zawartością uderzyła o szklany blat stolika, na wykładzinie wylądowały szalik i kurtka. - Pawełku, co ja widziałam w metrze! Zdumiewające!
Halen odłożył komputer. Dora, oddychając głośno, usiadła na podłodze przy stoliku i odrzuciła na plecy włosy. Zaczęła grzebać w torebce.
- Ja naprawdę wszystko rozumiem, tę całą entropię, ale żeby wymyślić coś takiego? W metrze, w automacie z batonami widziałam nowy produkt, najtańszy ze wszystkiego... Mieszanki odżywcze, dobrze mówię? Tak to się nazywa? Wysłałam fotkę Eli, odpisała, że to się stosuje od dawna - wyjęła spinkę i upięła włosy w kok - w żywieniu do... do... No, jak to się nazywa? Dojelitowym!
Usłyszawszy to, Robert zaczął wodzić palcami po ekranie w takim tempie, w jakim wcześniej robił to Paweł.
- Czytałem. - Starszy Halen się przeciągnął. - Trzeba ograniczyć spożycie nieprzetworzonej żywności, więc rząd zdecydował się dofinansowywać wszystkie łatwo przyswajalne produkty. Oczywiście wytworzone z zachowaniem bezpieczeństwa entropicznego. To rozsądne - pomyśl, w ten sposób chaos będzie rósł wolniej.
- Ale to nienaturalne! Mieszanki odżywcze? Miesięczne przydziały entropiczne? Pawełku, rozmawiałam już o tym z Adamem, wiesz, tym, co zajmuje się raportami edukacyjnymi dla rządu, i on twierdzi...
Robert szybko znalazł to, czego szukał.
"Stosowane niegdyś w żywieniu dojelitowym preparaty monomeryczne zawierają głównie niewymagające trawienia białka w formie aminokwasów, dwu- lub trójpeptydów".
Niewymagające trawienia. Antyentropiczne dwupeptydy.
Stuknięcie palców - i przed oczami chłopca pojawił się kolejny odnośnik.
- To jeszcze nie koniec! Popatrz, kupiłam sobie dzisiaj lakier z nowej serii - i popatrz tylko! - Dora znów zaczęła grzebać w torebce, ale jak na złość przedmiot, którego szukała, wymykał jej się z rąk. - Zaraz, gdzie on jest... No, gdzie on jest? Ach, dość tego. - Odwróciła torebkę i wysypała całą zawartość na stół.
- Mamo, zrobisz mi T-shirt z dwupeptydem? - Od dnia, gdy zaczął chodzić do szkoły, Robert był zafascynowany biologią i chemią. - Mamo, popatrz!
- Co? Dobrze, wyślij mi to.
- Tylko zrób inaczej węgiel, a inaczej wodór!
- Jest. - Spod stosu chusteczek Dora wyłowiła flakonik z jaskrawożółtym lakierem. - Pawełku, spójrz na oznaczenie!
Na jednej ze ścianek flakonu widniała odcinająca się wyraźnie zielona nalepka z dużymi czarnymi literami - 0,2% eN.
- Kupując to, wykorzystasz dwa promile miesięcznego przydziału entropii - rozszyfrował znak Paweł.
- Ale przecież tych przydziałów jeszcze nie wprowadzili! Dopiero się to rozważa!
- Widocznie niektórzy producenci już się przygotowują.
- Paweł - Dora znieruchomiała - powiedz mi, o co tu chodzi. Jak to będzie?
- Nie ma się czym przejmować. Z normami entropii będzie tak jak z normami dwutlenku węgla - wytwarzając jakąkolwiek rzecz, staramy się ograniczać emisję CO2, prawda? I to samo dotyczy chaosu, chodzi o to, żeby mieszać jak najmniej. - Paweł uśmiechnął się. - Te przydziały są po to, żeby zwiększyć świadomość społeczną. Powinniśmy pamiętać, że chaos nam szkodzi, i zarówno podczas produkcji, jak i konsumpcji mieć to na uwadze.
Dora pokręciła głową. Nie wyglądała na przekonaną.
- Nie tylko szkodzi. Przecież zdarzają się i dobre rzeczy.
- Dora, chętnie zrezygnuję z wygranej w totka, byle zmniejszyć ryzyko zachorowania na raka. A ty nie?
*
Robert po raz pierwszy usłyszał o chaosie w przedszkolu. Od tej pory, jak wszystkim dzieciom, opowiadano mu o nim regularnie, na różnych etapach edukacji.
Pewnego dnia cała siódemka uczniów czwartej klasy została posadzona na dywanie. Mieli oglądać film. Gdy nauczyciel bloku przyrodniczego przygasił światło i odpalił plik z nagraniem, na wyświetlaczu pojawił się aneks kuchenny. Przed lekko uchylonymi drzwiami lodówki stała dziewczynka, ubrana w dżinsy i koszulkę polo. Robert, siedzący najbliżej ekranu, pomyślał, że jego mama projektuje ładniejsze.
Dziewczynka wyjęła z lodówki butelkę z mlekiem. Następnie odkręciła zakrętkę i zbliżyła się do dymiącej filiżanki stojącej na kuchennym blacie. Kamera pokazała wnętrze filiżanki - w środku znajdowała się czarna jak smoła ciecz. Dziewczynka przechyliła butelkę. Płyny zmieszały się, podzieliły czernią i bielą. Powstało kakao z mlekiem.
Film się zatrzymał. Nauczyciel zmniejszył obrazek i przesunął w lewy dolny róg pulpitu.
- Co ona robiła? Ktoś wie?
Robert podniósł rękę. Wiedział, jak zawsze.
- Zwiększyła entropię.
- W jaki sposób?
- Zmieszała mleko i kakao.
- Co z tego?
- No, tego się już nie da odmieszać.
Dwóch kolegów zachichotało. Robert poczuł się dumny. Lubił, gdy udawały mu się żarty.
- Tak. Dobrze, Rob. Doszło do wymieszania się dwóch substancji i entropia wzrosła. Inaczej mówiąc, zwiększył się chaos. Patrzmy dalej.
Obraz znów wypełnił wielocalowy ekran. Kamera się oddaliła - teraz widać było już nie jedną kuchnię, ale cały budynek o przezroczystych ścianach. Znajdowało się w nim kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset kuchni. W każdej co rano mieszkańcy przygotowywali sobie kakao i kawę. Dodatkowo gotowali, piekli, podgrzewali tosty i wykonywali wiele innych czynności, które doprowadzały do powiększania się chaosu.
Nad budynkiem pojawiła się nagle pulsująca bombka. Na razie była niewielka i czarna. Kamera wróciła do pierwszej kuchni i powtórzyła się sekwencja z kakao. Gdy płyny się wymieszały, rozległo się piknięcie - bombka podskoczyła, zwiększyła się, a lont zaczął się tlić. Potem obraz przeniósł się do sąsiedniego mieszkania, gdzie mężczyzna przygotowywał sobie kawę. Pik! - bombka zawieszona nad budynkiem znowu spuchła. Kamera oddaliła się od budynku, piknięcia słychać było coraz częściej. Bombka z czarnej zrobiła się czerwona i wielka jak słońce.
I wtedy kamera znalazła się na poziomie ulicy, tuż obok krawężnika. Widać było tylko ciągnące się w dal pasy i czerwony blask bijący z góry, gdzieś zza ekranu. Na filmie pojawiła się psia noga, jedna, potem kolejne. Razem z nogami psa widzowie pokonywali przejście szybkim truchtem. Nagle zawył klakson, rozległ się pisk hamulców, później huk.
Kamera powoli się wznosiła. Najpierw objęła psa, który już na chodniku przypadł do ziemi. W miarę jak obraz się podnosił, przed oczami widzów pojawiał się tylny błotnik, klapa bagażnika, wreszcie dach i zwinięty w harmonijkę przód samochodu, który rozbił się na ulicznej latarni.
Zapanowała cisza. Bombka wisząca nad budynkiem zniknęła.
Ekran przyciemnił się i zaczęły pojawiać się na nim litery.
"Pies przypadkowo wpadł pod koła auta, powodując wypadek. Prawda czy fałsz?".
Litery znikły na ułamek sekundy. Zastąpił je napis znacznie większy, tak duży, że zajmował cały ekran.
"To nie był przypadek".
Zmiana napisu.
"Zwiększanie chaosu powoduje nieszczęścia".
I znów zmiana, zebranie informacji. "Zdarzenia losowe nie istnieją. Zwiększanie entropii powoduje nieszczęścia".
Koniec filmu. Nauczyciel zapalił światło.
- Powiedzmy wszyscy głośno: przypadek nie istnieje.
Robert Halen, najbystrzejszy uczeń w szkole, powtórzył to zdanie razem z innymi.
Na genetycznej loterii matka Marka Dowsona wylosowała fatalny zestaw cech. Była inteligentna i zarazem nieśmiała - połączenie, które utrudniało jej życie od wieku przedszkolnego aż do sześćdziesiątki.
Te dwie cechy zaważyły na charakterze Anny. Inteligencja pozwalała jej trzeźwo oceniać rzeczywistość, nieśmiałość kwestionowała jednak wyroki rozsądku i wprowadzała do nich błędne korekty. Annie od najmłodszych lat zdawało się, że zbyt nisko ocenia innych ludzi, siebie zaś - za wysoko. I choć była grzeczna, pracowita i ładna, miała się jedynie za dość grzeczną, dość pracowitą i dość ładną.
Urodziła się na przedmieściach metropolii, na niewielkim osiedlu, gdzie jej rodzice prowadzili minidelikatesy. By je otworzyć, do kredytu hipotecznego dołożyli kilkucyfrową pożyczkę. Ich dzieci, syn i córka, rosły na zapleczu sklepu, wśród nieustannych dyskusji, z czego w tym miesiącu zrezygnować, by związać koniec z końcem. Dopiero gdy Anna miała siedemnaście lat, hipoteka została spłacona. Niedługo potem na pobliskim placu, dotychczas pustym, wyrosło nowe osiedle, dzięki czemu zwiększyła się klientela delikatesów. Sytuacja finansowa rodziny poprawiła się, w domu zaczęto przebąkiwać o możliwości zapłacenia za któreś z dzieci czesnego. Nim Anna zdążyła pokonać nieśmiałość, starszy brat objawił natychmiastową chęć studiowania. Siostra się nie odezwała. Odsunęła ambicje rozwijania się na bliżej nieokreśloną przyszłość i po szkole średniej zaczęła pomagać rodzicom w sklepie.
Minęło kilka lat. Brat skończył studia, potem przez rok szukał pracy na miarę swojego świeżo zdobytego wykształcenia. Przez ten czas żył na koszt rodziców. Gdy po dwunastu miesiącach nic nie znalazł, niespodziewanie ożenił się i wrócił na przedmieścia. Jego żona również nie miała żadnego źródła utrzymania, zamieszkali więc z Anną i ich rodzicami. Pięć osób w trzypokojowym mieszkaniu o powierzchni sześćdziesięciu metrów kwadratowych i podobnej wielkości sklepie wytrzymywało ze sobą z trudem. Po paru miesiącach, gdy okazało się, że liczba ta ma powiększyć się do sześciu, w Annie coś się przełamało. Nagle poczuła, że wbrew temu, co zawsze o sobie sądziła, nie brakuje jej odwagi, by wreszcie rozpocząć swoje życie. Wraz z koleżanką ze szkoły średniej, która właśnie kończyła studia, wynajęła pokój blisko centrum i zaczęła pracować w sklepie, bardzo podobnym do rodzinnego. Wieczorami i w weekendy uczyła się na kursach pielęgniarskich - inteligencja podpowiedziała jej, że powinna zdobyć praktyczny i przydatny zawód asystentki osób starszych.
Wybór okazał się słuszny. Po trzech latach, kiedy zdobyła wszystkie potrzebne uprawnienia, z marszu mogła porzucić sklep. Od razu zatrudnił ją miejski ośrodek pomocy seniorom. Spokojna, opanowana, a przy tym mądra dziewczyna radziła sobie dobrze w obranym zawodzie. Umiała pomagać, utrzymując emocjonalny dystans i okazując swoim podopiecznym szacunek. Wzbudzała zaufanie - sama małomówna, potrafiła godzinami słuchać. Spostrzegła ze zdumieniem, że nie wstydzi się tych funkcji ludzkiego organizmu, o których na co dzień się milczy, i nawet na samym początku pracy nie denerwowała się, gdy miała zmienić swoim klientom pieluchy. Jednak zawsze, bez wyjątku, czuła wypieki, gdy pragnący okazać życzliwość starszy człowiek wypytywał o jej życie osobiste.
W miarę upływu czasu te pytania pojawiały się coraz częściej. Anna zbywała je milczeniem. Była wysoką, szczupłą brunetką o ciemnych oczach i regularnych, klasycznych rysach, lecz jej uroda pozostawała mało widoczna. Jako nastolatka nie chichotała, nie krygowała się, nie plotła głupstw, krótko mówiąc, nie nauczyła się przyciągać uwagi chłopców. Później było podobnie: milcząca, na pozór wycofana, gubiła się w każdej grupie, w jakiej się znalazła. Nie interesowała się modą, miała mało koleżanek i jeszcze mniej kolegów.
Żyło jej się dobrze - do trzydziestego roku życia. Wtedy po raz pierwszy poczuła, że czegoś jej brakuje. Uczciwa ze sobą, od razu wiedziała czego.
Rozmyślania o tym, że pragnie zostać matką, zajęły Annie kolejne dwa lata. W dniu trzydziestych drugich urodzin poczuła to samo, co osiem lat wcześniej kazało jej wyprowadzić się z rodzinnego domu - praktyczną odwagę. Musiała coś zrobić, więc zrobiła to, co wydawało jej się najprostsze. Zarejestrowała się na internetowym portalu dla singli i po kilku nieudanych randkach zaczęła się regularnie spotykać z pierwszym mężczyzną, który podał o sobie prawdziwe informacje. Był to Adrian Dowson, młodszy od niej o cztery lata robotnik z podmiejskiej piekarni.
Ojciec Marka znalazł się na tym portalu tylko z jednego powodu - by udowodnić sobie i paru kumplom, że tego typu strony to oszustwo. Był przekonany, że jeśli dzięki portalowi dla samotnych z kimś się umówi, to najwyżej z kobietą z agencji, której po wszystkim trzeba będzie zapłacić. Rejestrując się, przyszło mu do głowy, że mógłby podać fałszywe dane. Nawet próbował to zrobić, ale poczuł się bezradny wobec pustych, podświetlonych rubryk, wobec migającego niecierpliwie kursora... Dowson nie umiał zmyślać. Olać to, pomyślał. Przecież i tak wszystko o mnie wiedzą.
Adrian, z dobrą pamięcią, choć niezbyt zdolny, nie skończył szkoły średniej. Nie uważał, żeby matura była mu do czegokolwiek potrzebna. Od dzieciństwa widział wokół siebie ludzi, którzy mimo wyższego wykształcenia nie mieli z czego żyć i wysnuł z tego wniosek, że nie ma po co się uczyć. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że usprawiedliwił w ten sposób swoje umysłowe lenistwo i pozbawił się możliwości zdobycia ogólnej wiedzy o świecie. Adrianowi wydawało się, że jest wprost przeciwnie - że to właśnie on dobrze wie, o co w tym wszystkim chodzi. Według niego internet stanowił narzędzie sterowania naiwnymi, znajdujące się w rękach "onych". Oni wiedzieli, co napisać, by uwierzyły w to tłumy; oni umieli ukryć prawdę, zamącić ludziom w głowach, podsunąć fałszywe wnioski.
Mimo że przyszedł na randkę z Anną wyposażony w uprzedzenia, trzy różnego rodzaju kondomy oraz gotówkę wystarczającą na zapłacenie za usługę i pokój w hotelu, spotkanie wypadło nadspodziewanie dobrze. Na początku co prawda uznał, że Anna stawia dopiero pierwsze kroki w zawodzie prostytutki, nie powiedział jednak tego głośno, tylko dał sobie czas, żeby uważnie jej się przyjrzeć. Zdumiał się, spostrzegając, że to zupełnie zwykła osoba, niezbyt bystra, która nie ma żadnej wiedzy o świecie i która tylko przez naiwność zarejestrowała się na portalu dla kurew. Dokonawszy tego odkrycia, Adrian poczuł zainteresowanie - zapragnął wyjaśnić tej dziewczynie, jak naprawdę wygląda rzeczywistość, i z zadowoleniem spostrzegł, że słucha go uważnie i w milczeniu.
- Myślisz, że dlaczego mówią o tym dopiero teraz? - Wyciągnął się na krześle w niewielkim bistrze w centrum. - O entropii wiedziano od dawna. Odkryli ją, gdy zaczęli budować samochody i samoloty, tylko trzymali to w tajemnicy. Rozumiesz? W ten sposób mogli pozbywać się niewygodnych ludzi, wsadzając ich na pokład samolotu, który miał ulec katastrofie.
- To dlaczego teraz nagle zostało to ujawnione?
- Za dużo ludzi się dowiedziało.
Anna nic nie odpowiedziała. Mężczyzna, z którym się spotkała, szatyn o niezbyt inteligentnej twarzy, wydawał się silny i zdrowy. Miał pracę, której nigdy nie zmienił, co uznała za prognostyk stabilności życiowej. W typowy dla siebie sposób stłumiła głos rozsądku, który podpowiadał jej, że zasługuje na więcej. Jeśli w wieku trzydziestu dwóch lat chce mieć dziecko, a najlepiej dzieci, to nie czas na wybrzydzanie, doszła do wniosku.
Mark urodził się rok później, a po następnych dwóch latach na świat przyszła jego siostra Zofia, nazywana Zo. Rodzina Dowsonów wynajęła dwupokojowe mieszkanie blisko centrum. Ponieważ w tym okresie obydwoje dobrze zarabiali, matka Marka kilkakrotnie proponowała wzięcie kredytu na własne M4. Adrian zawsze był przeciw, programowo nie ufał bankom. Dowsonowie odkładali więc pieniądze - w tych samych bankach, od których ojciec Marka nie chciał nic wziąć - na trzech różnych kontach, co miało zmniejszyć ryzyko zostania oszukanym.
Mark zapamiętał z dzieciństwa ojca przed telewizorem. Po powrocie z pracy, o osiemnastej każdego dnia, Adrian siadał przed niebieskim ekranem i oglądał programy sportowe. Mając sześć czy siedem lat, Mark chętnie przysiadał się do ojca, opierał głowę o jego ramię i słuchał objaśnień, kto gra z kim i o co. Adrian zasypywał syna dokładnymi danymi dotyczącymi drużyn i piłkarzy, wartości zawieranych kontraktów, znaczenia poszczególnych klubów.
Chłopiec lubił takie porządkowanie świata. Jeszcze bardziej podobało mu się, że wszyscy gracze na boisku, dwudziestu dwóch obcych sobie mężczyzn, stosują się ściśle do ustalonych reguł. W szkole, do której właśnie zaczął chodzić, było odwrotnie - na boisku każdy chciał robić co innego i każdy pragnął narzucić swoje zasady innym. Mark tego nie cierpiał; od małego nie znosił chaosu.
*
Wspólne oglądanie telewizji z ojcem szybko się skończyło. Pewnego dnia, widząc zainteresowanie syna, Adrian nie omieszkał wprowadzić go w niedostępną dla naiwnych część widowiska. Mark dowiedział się, że wyniki meczów są z góry ustalone, sędziowie oszukują, a piłkarze sprzedają się w zamian za drogie samochody. Piłka wypadła na aut? Jasna sprawa, przecież te same mikroprocesory, które pozwalają dokładnie określić jej położenie, sterują też jej ruchem. Najlepszy gracz pośliznął się tuż przed polem karnym? Wina butów, specjalnie dzisiaj dali im takie ze spreparowaną podeszwą, żeby łatwo było upaść. Albo zmienili trawę, to da się zrobić w każdej chwili!
Mark nie uwierzył w to wszystko; nie wiedział dlaczego, ale nie uwierzył, i już. Nie umiał sobie tego wytłumaczyć, lecz był pewien, że ojciec się myli.
W miarę jak rósł, jego stosunki z Adrianem układały się coraz gorzej.
Gdy skończył dwanaście lat, a Zo dziesięć, na kontach Dowsonów uzbierała się już połowa kwoty potrzebnej na zakup trzypokojowego mieszkania. Był to dobry czas dla nabywców nieruchomości - narzucone odgórnie przepisy entropiczne, skłaniające obywateli do minimalizowania wzrostu chaosu przez świadomą konsumpcję, wywołały kryzys gospodarczy. Ceny mieszkań spadły. Anna zorientowała się, że mają już nie pół, ale dwie trzecie wartości wymarzonego lokum.
- Adrian, to naprawdę niewielka suma. Oboje pracujemy, popatrz, wszystko policzyłam. Spłacimy to w ciągu zaledwie ośmiu lat. Pomyśl - tylko osiem lat! Inni, większość, muszą męczyć się z ratami cały życie. To świetny moment, nikt nie kupuje. Jeszcze coś utargujemy.
Starszy Dowson zgodził się niechętnie.
Pół roku później okazało się, że tym razem Adrian słusznie bał się ryzyka. Ledwie mieszkanie zostało wykończone, piekarnia, w której pracował, zbankrutowała.
- Osiem lat kredytu! I co teraz? No powiedz! Co teraz?
- Już tylko siedem i pół.
Utratę pracy, dość zwykłe zdarzenie, starszy Dowson potraktował jako ostateczne potwierdzenie tego, w co wierzył od wczesnej młodości. Nie miał wpływu na nic - ani na swój los, ani los najbliższych. Darował sobie szukanie nowego zatrudnienia, głęboko przekonany, że i tak nic nie znajdzie. Anna wysłuchała jego argumentów, po czym zgodziła się z nim, że faktycznie, może lepiej będzie, jak zostanie przez pewien czas w domu. Sama zarabiała na tyle dużo, by utrzymać całą czwórkę i spłacać kredyt; wiedziała też, że jej mąż, w gruncie rzeczy porządny mężczyzna o stabilnym charakterze, znalazł się w takim momencie życia, że najlepiej będzie czuł się przy rodzinie. Na tym etapie ich związku to ona była już stroną dominującą, Adrian nie wiedział więc, że przez chwilę żona rozważała znalezienie mu pracy, i nigdy nie przyszło mu do głowy, że gdyby to zrobiła, on podjąłby ją mimo narzekań. Na początku małżeństwa domyślał się intelektualnej wyższości Anny, ale ponieważ nigdy nie dała mu tego odczuć, przywykł nie zwracać na to uwagi i z czasem po prostu zapomniał, że ma mądrą żonę.
Mark odczuł mocno zmianę sytuacji rodzinnej. Na początku swego pobytu w domu ojciec uparł się, że będzie odprowadzał go do szkoły. Dwunastolatek instynktownie nie miał na to ochoty. W tym wypadku matka wzięła stronę Adriana, większość kolegów Marka do szkoły nadal przywozili rodzice i nie było powodu, dla którego nie miałby spędzać więcej czasu z ojcem. Przez parę tygodni trwał więc męczący rytuał wspólnego wychodzenia z domu. Mark najbardziej nie lubił momentu, gdy na ulicy, ledwie przecznicę za ich blokiem, ojciec sięgał do kieszeni i wyciągał papierosa.
- Tutaj nie wolno palić - powiedział, gdy starszy Dowson zrobił to za pierwszym razem.
- Co? A gdzie niby wolno, jak matka nie pozwala mi w mieszkaniu?
- Ale to niedozwolone.
Adrian się skrzywił. Nie odpowiedział. Przeszli kilkanaście kroków, nim Mark zdecydował się sięgnąć po ostateczny argument.
- Jak policja nas złapie, dostaniesz mandat.
Ojciec wzruszył ramionami.
Od tej pory Mark denerwował się przed każdym porannym wyjściem z domu. Wiedział, że ojciec będzie palił, i wiedział również, że prędzej czy później spotkają na swojej drodze policjanta. Wyobrażał sobie, co wtedy nastąpi: pouczenie, drwiące uwagi (Jak można nie wiedzieć, że nie wolno palić na ulicy?), sprawdzanie numeru identyfikacji osobistej w bazie i wystawienie elektronicznego mandatu. W szczególnie przygnębiających momentach zdawało mu się, że policjanci i do niego będą mieli pretensję (Już prawie dorosły, a nie wiesz, że to nielegalne? A jeśli wiesz, dlaczego nie powiedziałeś ojcu?). Krótko mówiąc, szykował się na głębokie upokorzenie. I upokorzenie faktycznie nastąpiło, prawie dokładnie tak, jak to sobie wyobrażał. Któregoś dnia spotkali strażników miejskich, którzy zwrócili ojcu uwagę i dali mu upomnienie. Mark był czerwony ze wstydu; przejął się tak bardzo, że nie spostrzegł, że zarówno Adrian, jak i przedstawiciele władz traktują całą sprawę rutynowo.
Wieczorem, gdy Anna przyszła położyć syna spać, chłopak się rozpłakał. Powiedział, że chce chodzić do szkoły sam, zawsze sam - długo trwało, zanim udało się wydobyć z niego dlaczego. Anna wysłuchała opowieści o papierosach w skupieniu. Przytuliła syna, pomyślała chwilę, po czym stwierdziła, że on, Mark, nie powinien mieć do siebie żadnych pretensji, ponieważ zrobił wszystko, co mógł. Potwierdziła również, że jego ojciec nie powinien palić na ulicy i że to, co go spotkało, spotkało go zasłużenie. Ojciec nigdy już nie złamie przy nim przepisów, obiecała, i uczyniła to z tak spokojną pewnością, iż Mark odniósł kojące wrażenie, że świat uporządkował się, odzyskał znajome kształty.
Następnego dnia, tak jak obiecała matka, w czasie drogi do szkoły starszy Dowson nie sięgnął do kieszeni z papierosem. Nie powiedział nic na ten temat, a syn również tego nie skomentował. Jakiś tydzień czy dwa tygodnie później Adrian przestał go odprowadzać.
*
Mark, planowane dziecko ostrożnych ludzi, dowiedział się o entropii tak samo jak Robert - w przedszkolu. Później słyszał o niej wielokrotnie na różnych etapach edukacji. Informacja, że to chaos powoduje nieszczęścia, odpowiadała jego najgłębszym przeczuciom.
Robert uczy się świetnie. A właściwie nawet nie tyle się uczy, ile wchłania wiedzę. Na lekcjach nie musi podejmować żadnego wysiłku, jego umysł automatycznie porządkuje i zapamiętuje nowe informacje. Biologia, chemia, fizyka - przedmioty, które przejmują grozą jego rówieśników, jemu same wchodzą do głowy. W trymestr opanowuje materiał z biologii z całego roku i zostaje przeniesiony o klasę wyżej. Powtarza się to jeszcze dwukrotnie.
Z powodzeniem startuje w konkursach. Z chemii i biologii jest nie do pokonania. Chętnie pomaga mniej zdolnym kolegom, jeszcze chętniej - koleżankom. Może przebierać między kandydatami na przyjaciół. Zwariowany, skłonny do szaleństw, już w wieku czternastu lat próbuje papierosów, alkoholu, seksu.
Najbardziej podoba mu się to trzecie.
W tym samym roku, w którym Robert po raz pierwszy rozebrał się - ochoczo! - przed dziewczyną, w jego życiu zaszła znacznie poważniejsza zmiana. Między jego rodzicami doszło do czegoś, co w każdym innym związku nazwano by decydującą rozmową. Paweł doszedł wreszcie do wniosku, że nie ma sensu pakować walizek za każdym razem, gdy któreś miało akurat ochotę spać z kimś innym. Został z rodziną na stałe.
Gdy Robert z okrągłego, grubego chłopca zamienił się w krępego, pucołowatego blondyna, starszy Halen nie zrezygnował ze swojej ryzykownej taktyki wychowawczej, ograniczającej się do wytrwałej obecności przy pierworodnym. Nadal bardziej był, niż kształtował. Raz tylko, przy okazji zrozumianego dosłownie żartu, ze zdumieniem spostrzegł, że gdyby chciał, mógłby wywrzeć na syna ogromny wpływ.
Sprawa, o której niespełna siedemnastolatek opowiedział ojcu, wydała się Pawłowi dziwnie znajoma. Pewnego wieczoru, kiedy byli w mieszkaniu sami, Robert przysiadł na sofie i pierwszy raz w życiu zerknął na niego nieśmiało.
- Co jest? - Ojciec podniósł wzrok znad komputera.
- Jakieś dwa miesiące temu - zaczął syn niepewnie - koleżanka poprosiła mnie po szkole o pomoc z jednym doświadczeniem. I właśnie dzisiaj powiedziała mi - tu zawahał się, odsuwając z czoła jasną grzywkę - powiedziała mi, że chyba, nie, nie chyba - poprawił się bohatersko. - Że jest w ciąży.
Zrobił pauzę. Nerwowym ruchem poprawił noszone od niedawna okulary.
- Czy w związku z tym...
Paweł wysłuchał prośby, uśmiechnął się pobłażliwie.
- Dobrze. Pożyczę ci, ile potrzebujesz. Ale pod jednym warunkiem - oddasz mi dwa razy tyle.
To miał być dowcip, z typu tych rozluźniających. Jedynak roześmiał się i wyglądało, że zrozumiał żart.
Tego roku lipiec i sierpień Robert spędził na smażeniu hamburgerów. We wrześniu zwrócił ojcu pożyczkę - wraz ze stuprocentowymi odsetkami. Paweł w pierwszej chwili chciał zaprotestować, ale jeden rzut oka wystarczył mu, by spostrzec, jak bardzo syn jest dumny z tego, że sprostał jego źle odczytanym wymaganiom. Paweł zasugerował więc tylko, że nie będzie tych pieniędzy za szybko wydawał... Robert zaśmiał się, maskując zawstydzenie. Po tym wszystkim zaszła w nim zmiana: zawsze, absolutnie zawsze przestrzegał zasad bezpiecznego seksu i zrobił się bardzo odpowiedzialny w sprawach finansowych.
Jakiś miesiąc przed dziewiętnastymi urodzinami syna Paweł, wówczas w wieku określanym jako pięćdziesiąt plus, otworzył drzwi wejściowe i przepuścił przed sobą wysoką dwudziestoparolatkę. Dora powitała ich w przedpokoju.
- Cześć. - Nie czekając, aż dziewczyna, nieco wystraszona, poruszy się, podeszła do niej i cmoknęła ją w policzek. - Jesteś Mira, tak? Kochanie, ależ to jest śliczne. - Z uznaniem obejrzała letnią sukienkę w geometryczny wzór. - Skąd to masz? Wejdźcie, Rob oczywiście nie jest gotowy. Pawełku, mówiłam mu, żeby się pospieszył...
Z łazienki dobiegał szum prysznica.
- Pierwszy kwadrans to i tak reklamy. - Film, który mieli obejrzeć, zaczynał się za pół godziny, ale Paweł nie przejął się spóźnieniem syna. Sam nie pamiętał, kiedy ostatni raz znalazł się w sali kinowej przed zgaszeniem świateł. - Dora, nie pójdziesz z nami?
- Pawełku, jesteś kochany, ale naprawdę nie mogę! Mam coś strasznie pilnego, muszę to oddać przed północą! Wejdźcie, siadajcie. Robert!
Drzwi trzasnęły i do przedpokoju wyskoczył średniego wzrostu grubokościsty blondyn. W dłoni trzymał ręcznik. Skołtunione, gęste włosy woda zlepiła mu w strąki, mokre pasma zasłaniały uszy i kleiły się do niskiego czoła. Krople błyszczały na szerokim podbródku Roberta, krótkich, mocnych rękach i nogach, lekko wydatnym brzuchu. Jeśli nie liczyć zaparowanych szkieł na nosie, chłopak był nagi.
- Cześć! O, przepraszam. - Uśmiechnął się szeroko i za sekundę jego kroki zadudniły na schodach prowadzących na antresolę.
Dora się roześmiała. Mira spojrzała na Pawła, ale informatyk też wydawał się rozbawiony. Pociągnął ją za sobą do wnętrza mieszkania.
- On to zrobił specjalnie.
- Napijesz się czegoś? - Mówiąc to, Dora już podawała Mirze plastikowy kubek. - Paweł mówił, że jesteś psycholożką? Gdzie się poznaliście?
- Dopiero kończę studia, ostatni rok. Na razie zajmuję się stylizacją fryzur.
- To jej dzieło. - Paweł powiódł rękami po krótko obciętych, wybielonych włosach, które miał postawione na jeża.
- Super. - Dora kucnęła obok niej i wskazała na swoje warkocze. - A co byś mnie poradziła?
Nim Mira zdecydowała się odpowiedzieć, znów rozległ się hałas i do salonu wpadł młodszy Halen. Z szerokim uśmiechem wyciągnął rękę do Miry.
- Cześć, Robert.
Był już ubrany, miał na sobie zaprojektowane przez matkę szerokie spodnie za kolana ze sztucznych włókien i białą koszulkę ze świecącym nadrukiem. Nadruk przedstawiał gęstą sieć, utkaną z grubych ogniw łańcucha. Pod spodem widniał napis: "Entropia = nowy totalitaryzm".
- To twoje? - zapytał Paweł Dorę.
- Tak. Niestety, to już ostatni, zakazują krótkoseryjnych nadruków.
- Jak to zakazują?
- No, właściwie nie zakazują, ale normy entropiczne są tak wyśrubowane, że ten interes lada chwila zniknie.
- Ja się z tym nie zgadzam. - Robert wskazał na koszulkę. Przysiadł na brzegu sofy, tuż obok Miry. Odsunął wilgotne włosy z czoła i prędko, mocując się z materiałem, wkładał skarpetki. - To znaczy wzór jest super, ale treść... Dora uważa, że nowe przepisy entropiczne to zamach na naszą wolność.
Od jakichś dwóch lat mówił rodzicom po imieniu.
- Przecież to oczywiste! - Dora aż się podniosła z kucek. - Co to za pomysły - połączenie entropii z bezpieczeństwem publicznym i izolator za jego naruszenie? I to bez sądu, automatycznie na podstawie wyliczeń komputera? Przecież to pachnie powrotem do jakiegoś dwudziestowiecznego reżimu! I jeszcze organizują nowe jednostki policyjne, jakby było mało tych, które już są!
- Tobie to nie przeszkadza? - Paweł spojrzał z ciekawością na syna.
- Oczywiście, że nie. Po pierwsze, to tylko zmiana, jak każda inna. Po drugie, korzyści są niewspółmierne. Wzrost średniej długości życia. Mniej zachorowań na wszystko, co ma bardziej zróżnicowaną etiologię niż choroby wywoływane przez patogeny.
Słysząc ten język, Mira uniosła brwi.
- Rob będzie lekarzem - wyjaśniła Dora. - Już rok temu zdobył stypendium. I tak jak Pawełek jest opętany wiarą w ten idiotyczny system. Korzyści z entropii? A co z kosztami? Co ze stratami, jakie ponosimy, łącząc entropię jedynie z tragediami i wszelką zarazą?
- Nie lekarzem, tylko projektantem terapii - poprawił ją Robert. - Naukowcem. I jeśli o mnie chodzi, wolę ograniczać ryzyko. - Nagle przechylił się tak, że dotknął barkiem ramienia Miry. - Jak ci się podoba Paweł? - Spojrzał jej z bliska w oczy. - Widziałaś mnie w przedpokoju, więc powiedz, jak sądzisz, odziedziczyłem po nim... możliwości?
W jego stronę poleciała poduszka. Robert zdążył się uchylić.
Dora się śmiała. Na chwilę zapomniała o tym, co ostatnio stanowiło sens jej życia - zwalczaniu, jak to nazywała, entropicznego szaleństwa.
- Mira, kochanie, dobra wiadomość! Jeśli jeszcze nie wiesz, to bądź spokojna - oczywiście, że odziedziczył!
Paweł, jak reszta jego rodziny, zaczął się śmiać.
- Masz stypendium? - Przyszła psycholożka wyłowiła z tego wszystkiego coś, co ją interesowało. - Pełne?
- Nie, skoro to to samo miasto, nie dali mi akademika. Ale i tak się wyprowadzam.
Dora i Paweł przestali się śmiać, spojrzeli na siebie. To była dla nich nowina.
- Wynajmę pokój przy uniwerku. - Robert poderwał się na nogi. - Dora, zawsze mówiłaś, że dobrze jest się wynieść z domu przed dwudziestką... Idziemy?
- Nawet bardzo dobrze! Ale... - Dora zerknęła na Pawła. - Ale...
- Ja za to nie płacę - zauważył starszy Halen.
- Właśnie! Ja też nie! Rob, możesz robić, co zechcesz, o ile cię na to stać.
- Jasne! - Wszyscy przeszli do przedpokoju, Robert, siedząc na podłodze, wkładał buty. - Od września znalazłem pracę. W kampusie.
- Pracę? Jaką?
- Będę mistrzem zmywaka w jednym z barów... Przynajmniej tak mi obiecali. A jak nie, jak coś nie wyjdzie - dodał, nieświadomy, że właśnie zaczął kusić los - to przecież zawsze mogę znaleźć coś innego, prawda?
Mark uczy się dobrze. Jest pracowity, rozumie, że wykształcenie poszerza horyzonty. Nie ma ukierunkowanych zdolności, radzi sobie ze wszystkim. Zawsze plasuje się w górnych trzydziestu procentach klasy. Wcześnie spostrzega, że każdym przedmiotem rządzą jakieś zasady - nawet te najbardziej ulotne jak literatura, muzyka czy plastyka w warunkach szkolnych zostają wtłoczone w sztywne ramy reguł.
Jeśli coś wyróżnia go wśród rówieśników, to uroda. Jego siostra Zofia, niezbyt ładna ciemnooka szatynka, wdała się w ojca. On ma więcej szczęścia, dziedziczy wygląd po matce. Gdy kończy szesnaście lat, przerasta Adriana i dorównuje wzrostem Annie. Rok później jest wyższy także od niej. Jako nastolatek wydaje się niemal wychudzony, a wrażenie to potęgują długie kończyny i wąska klatka piersiowa. Ma bardzo ciemne, prawie czarne włosy, brązowe oczy, ostry nos i regularne rysy twarzy. Wydatne kości policzkowe, zarysowana po męsku szczęka, spokojny uśmiech powodują, że w każdej grupie rówieśników zwraca na siebie uwagę. I choć nie jest, jak matka, nieśmiały, niezbyt mu to odpowiada, strzyże się więc bardzo krótko, licząc, że dzięki temu mniej rzuca się w oczy.
Przypomina matkę nie tylko z wyglądu. Jak Anna jest skrupulatny i opanowany. Woli obserwować otoczenie, niż być uczestnikiem wydarzeń. Ma mały krąg przyjaciół i nawet w nim nie odgrywa roli duszy towarzystwa.
Do pierwszego razu dochodzi z inicjatywy jego dziewczyny, Nory. Są ze sobą całe trzy miesiące i Nora chce się upewnić, czy jej przystojny chłopak nie kryje przypadkiem jakichś niespodzianek. Mark najpierw jest ledwo żywy z nerwów, potem - szczęśliwy. Przychodzi mu do głowy, zupełnie serio, że kiedyś się z tą dziewczyną ożeni.
Z pojawieniem się pierwszej miłości zbiegł się w życiu Marka okres nastoletniego buntu. Zaczęło go drażnić, i to maksymalnie, jedno z rodziców.
- Nie rozumiem, czemu ona nadal z nim jest - zwierzał się pewnego wieczoru stłumionym głosem Norze. - On od pięciu czy sześciu lat nie ma pracy. I nigdy jej nie szukał. W ogóle nie rozmawiają ze sobą, dziennie wymieniają cztery, góra pięć zdań. Więc nie rozumiem - po co to?
- Pewnie chodzi o ciebie i Zo.
- Kiedyś może tak, ale teraz... - Mark wyciągnął się na plecach. - Przecież jesteśmy już dorośli. I oboje widzimy, że ona się z nim męczy. Na pewno się z nim męczy.
Bunt Marka skończył się tak, jak się zaczął - nagle i niespodziewanie.
Do zakończenia przedostatniego roku nauki w szkole średniej brakowało miesiąca, gdy pewnego wieczoru matka poprosiła jego i Zofię do salonu. Na jej znak ojciec, ponury i milczący, wyłączył telewizor. Anna odczekała chwilę, po czym spokojnie zakomunikowała dzieciom, że jest chora. To poważna choroba, zaznaczyła od razu, rak. Nie ma jednak powodu do niepokoju. Udało się wykryć go w pierwszym stadium; według lekarzy z ogromnym, ponaddziewięćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem wyzdrowieje. Czekają ją jednak operacja i droga terapia. Leczenie może potrwać od pół roku nawet do roku. I w tym okresie, Anna przeszła do meritum, nie będzie mogła pracować.
Marka ścisnęło w gardle, gdy słuchał matki. Chciał wyjść i jednocześnie zostać, milczeć, wykrzyczeć przeprosiny za swoje zachowanie w ostatnich tygodniach. Widok siostry, która się rozpłakała i którą Anna przytuliła, pomógł mu się opanować - popatrzył na ojca i w miejscu niedojrzałego buntu pojawił się niemal dorosły gniew. Ojciec, zamiast zerkać ukradkiem na czarny ekran, powinien odwrócić się teraz do nich i oznajmić, że on się wszystkim zajmie...
Adrian, widząc spojrzenie syna, faktycznie się do nich odwrócił. Powiedział jednak zupełnie co innego, niż oczekiwał Mark.
- A dzięki entropii ludzie mieli nie chorować na raka! Widzicie? Ten cały system jest tylko dla niektórych. Reszta, tacy jak my, nadal ma tak samo!
Anna zignorowała uwagę męża.
- Zaciągnęłam drugą pożyczkę pod hipotekę. - Dzieci były na tyle dojrzałe, że nie trzeba było mydlić im oczu używaną jeszcze niedawno liczbą mnogą. - Pomogą nam trochę dziadkowie, więc powinniśmy poradzić sobie bez kłopotu. Musimy jednak zrezygnować z pewnych rzeczy. Waszych zajęć dodatkowych. - Popatrzyła na Marka i Zo. - Wszystkich, przykro mi. I musimy bardzo oszczędzać.
Umilkła - nadszedł czas na pytania. Córka, dopiero teraz autentycznie przerażona, zapytała, czy nie można by zostawić jej chociaż godziny jazdy konnej tygodniowo... Mark wstał, wyszedł, zamknął się w swoim pokoju.
Dwa tygodnie później, niedługo przed wakacjami, wrócił do domu dopiero po zmroku. Anna była zaniepokojona; telefon syna nie odpowiadał, co w połączeniu z jego ostatnimi nastoletnimi niepokojami i z reakcją na wiadomość o jej chorobie, stanowiło sygnały wymagające najwyższej uwagi.
- Mark, chcę z tobą porozmawiać.
W kuchni, do której przeszli, czekał już Adrian. Miał swój zwykły, skrzywiony wyraz twarzy.
Mark popatrzył Annie w oczy.
- Przepraszam. Wyłączyłem telefon przed rozmową, a potem o nim zapomniałem. Zrobili mi wdrożenie... Znalazłem pracę.
Ojciec aż prychnął.
- Ty?
- W porcie. - Mark nadal patrzył tylko na matkę. - W jednej z przetwórni ryb. Zostanę w niej tak długo, jak długo... będzie trzeba.
Anna przyglądała mu się uważnie.
- Za rok masz maturę.
- Zrobię ją wieczorowo.
Spodziewał się, że zaprotestuje, a gdy tego nie zrobiła, pojął, że jego podejrzenia były słuszne - ich sytuacji finansowa wyglądała znacznie gorzej, niż to przedstawiła.
Ojciec wyglądał na zdenerwowanego. Od dawna nie przepadał za synem. Mark był dla niego za wysoki i za cichy. Adrian instynktownie wyczuwał, że chłopak nie wierzy w to wszystko, o czym on był przekonany, że w myślach ośmiela się go krytykować, a kto wie, może nawet z niego drwi. Wydaje mu się, że pozjadał wszystkie rozumy, a jest głupi jak wszyscy - tak najczęściej myślał o Marku.
Teraz odniósł wyjątkowo nieprzyjemne wrażenie, że chłopak się nad niego wynosi. Że ta przetwórnia jest specjalnie po to, by pokazać mu, by udowodnić...
- Myślisz, że jak zarobisz parę groszy, coś zmienisz? - rzucił nagle ze złością. - Głupi jesteś! Będziesz żył w gównianym świecie! Już teraz żyjesz w gównianym świecie!
Unikając ostrego spojrzenia żony, wyszedł.
Anna odczekała chwilę. Potem podeszła do syna, objęła go. Spojrzała mu w oczy z uśmiechem - dopiero wtedy Mark złapał się na tym, że znów oddycha.
*
W tym momencie wydawało się bardzo prawdopodobne, że Robert i Mark poznają się, zanim którykolwiek z nich skończy dwadzieścia lat. Gdyby doszło do tego w roku, w którym Robert rozpoczął studia, a Mark uczył się nocami do matury, chaos mógłby nieprzerwanie wzrastać. Parłby w stronę nieskończoności, a potem nagle spadałby na łeb na szyję w tych nieregularnych wyładowaniach, które - wbrew prawdom z papierowych podręczników - nie były tylko statystyczną fluktuacją entropii.
*
- Cześć - powiedziałby Robert. - Z pierwszej zmiany, tak? Dźgasz czy układasz filety?
Mark przyjrzałby mu się uważnie.
- Dźgam - odpowiedziałby po chwili. I zapytałby: - To ty jesteś tym słynnym studentem medycyny z popołudni?
Gdy nadeszła jesień, początek studiów i przeprowadzka, Robert Halen po raz pierwszy przekonał się, że wyobrażenie, jakie dotychczas miał o życiu, nie do końca odpowiada rzeczywistości.
Wraz z nowym rokiem akademickim władze kampusu podniosły czynsze za wynajem lokali użytkowych. Działające przy uniwersytecie firmy kateringowe musiały zacisnąć pasa. Od kilku lat, a dokładnie od wprowadzenia miesięcznych przydziałów entropicznych, gastronomia, zawsze uznawana za ryzykowny interes, stała się interesem nieprzewidywalnym. Nawet w miejscu takim jak kampus akademicki, gdzie nie należało się martwić o brak klientów, utrzymanie lokalu - i siebie z lokalu - wymagało elastyczności, wróżbiarskiej zdolności przewidywania, twardych decyzji.
Gdy na tydzień przed rozpoczęciem pierwszych uniwersyteckich kursów Robert stawił się do pracy, zamiast szumu wody i śmiechu nowych kolegów usłyszał szorstkie przeprosiny. Przypomnij, jak się nazywasz? Robert? Rob, przykro mi. Dobrze ci z oczu patrzy, ale ci dranie z rady kampusu... Nie słyszałeś, co tu się dzieje? To, co miałeś dostać za robotę, idzie na zwiększony czynsz za wynajem. W tym roku nie dam rady nikogo zatrudnić. Myślisz, że mnie to cieszy? Oni - ruch ręką za siebie, w kierunku metalowych drzwi prowadzących do kuchni - będą musieli wziąć na siebie dodatkowe obowiązki, a nie zapłacę im za to ani grosza więcej. Zostaw do siebie kontakt. Jeśli coś się zwolni, do ciebie pierwszego zadzwonię.
Na zewnątrz świeciło słońce. Dzień był ciepły, klony i lipy, posadzone w równych rzędach wzdłuż chodników, dopiero zaczynały żółknąć. Robert chwilę rozglądał się bezradnie po pustawych uliczkach, jakby czekał na kogoś, kto odpowie mu na pytanie: czy entropia odpowiada również za tego rodzaju przypadki? Stracił pracę, zanim ją zaczął - jak widać, chaos może być złośliwy.
Potarł ręką czoło. Nie potrzebuje pseudofilozofii, tylko szybkiej analizy sytuacji. Tydzień temu przeprowadził się do mieszkania studenckiego. Wynajął oddzielny pokój - była to droższa opcja, na którą zdecydował się powodowany w połowie młodzieńczym optymizmem, a w połowie fantazjami erotycznymi, jakie jego wyobraźnia wiązała z życiem studenta. Robert wyobrażał sobie, jak przyjemnie będzie pomagać ambitnym koleżankom, proponując wspólną naukę anatomii w ciasnym pokoiku... W głowie roił mu się jeszcze podryw w laboratorium i bibliotece oraz rycerskie oferty skierowane do znajomych znajomych, które nie miały gdzie przenocować.
Temu całemu dość mizernemu wachlarzowi podniecających planów towarzyszyła realna ocena swoich szans. Halen wiedział już od swoich dotychczasowych dziewczyn, że ma ujmujący uśmiech, fajne włosy i że w fazie realizacji bez udziwnień robi, co trzeba i gdzie trzeba. Jednak te atuty, wobec konkurencji, z jaką miał się teraz zetknąć, słusznie uznał za niewystarczające. Jeśli jego marzenia miały się spełnić, własny pokój był nie tyle pożądany, ile konieczny.
Szybki rachunek - za trzy tygodnie skończą mu się pieniądze, jakie pożyczył od Pawła. Na stypendium naukowe ma szanse dopiero po pierwszym roku. O powrocie do Dory nie może być mowy: matka wyprowadziła się z domu, gdy była w jego wieku, i zawsze umiała się sama utrzymać. On też musi sprostać wyzwaniu. Kredyt studencki? Za wcześnie, pomyśli o tym, gdy sytuacja stanie się podbramkowa. Wniosek: trzeba szybko, natychmiast, znaleźć inną pracę.
Robert energicznie zabrał się do realizacji tego planu. Jeszcze tego samego dnia dwukrotnie ogłosił na wszystkich serwisach społecznościowych, że szuka czegoś na popołudnia albo w weekendy. Obszedł bary w kampusie, dokładnie przestudiował internetowe tablice ogłoszeń wszystkich wydziałów. Następnego dnia rozszerzył kampanię, wypuścił się poza kampus i zaczął zataczać wokół niego coraz szersze koła. Dzień mijał za dniem - za każdym progiem, który Robert przekraczał, czy było to małe rodzinne bistro, tani bar dla studentów czy też restauracja międzynarodowej sieci, okazywało się, że od dwóch miesięcy, w najlepszym razie od miesiąca, mają komplet.
Sprawdził inne możliwości zarobkowania - sprzedaż outdoorową, różnej maści call center, esemesownie. Położone najczęściej na przedmieściach oszklone hangary oferowały stanowiska, które ludzie porzucali po paru tygodniach lub miesiącach pracy. Roberta nie odstraszyła niepokojąco wysoka rotacja, nie był jednak w stanie spełnić wymogu zaangażowania się na minimum osiem godzin dziennie. Parę razy próbował negocjować, ale był na straconej pozycji, skoro chętnych do pracy w pełnym wymiarze godzin nie brakowało.
Korepetycje? Gdyby był na czwartym, piątym roku, miałby szanse coś złapać. A tak - wolne żarty! Wobec tłumu nauczycieli akademickich i ze szkół średnich, wobec powodzi kursów doszkalających, szkół wieczorowych, różnego typu akademii, on, student pierwszego roku, choćby nie wiadomo jak błyskotliwy, nie mógł liczyć, że znajdzie coś od ręki.
Po dziesięciu dniach, które Halen spędził nie w salach wykładowych, ale wędrując po mieście, sytuacja zrobiła się krytyczna. Robert, który od czasu przygody z nieplanowanym ojcostwem miał awersję do długów, zadzwonił do banku. Dowiedział się, że jako student medycyny jest witany z otwartymi ramionami, ale kredyt dostanie dopiero po ukończeniu dwudziestego pierwszego roku życia. Za to gdyby chciał otworzyć u nich konto...
Kolejny apel wrzucony do sieci został zredagowany w bardziej rozpaczliwym tonie. Szczere emocje, które udało się Robertowi zawrzeć w kilkudziesięciu bitach, społeczność pobłogosławiła lasem uniesionych kciuków. "Rob, a szukałeś w porcie?" - podpowiedział jeden ze znajomych. - "Tam zawsze coś jest, tylko śmierdzi jak w...". Halen uznał podpowiedź za dobrą; znajdował się już na tym etapie, kiedy perspektywę półtoragodzinnego dojazdu w jedną stronę bezrobotny traktuje jako drobną dokuczliwość.
I wtedy wreszcie mu się udało. W pierwszej przetwórni ryb, do której trafił, odpowiedział skromnym uśmiechem na baczne spojrzenia ochroniarza, przypadkowo spotkanego robotnika, wreszcie menedżera. Tak, będzie pracował na drugą zmianę. Tak, jest dyspozycyjny, może przychodzić na godzinę lub na pięć. Oczywiście, rozumie, że wszystko zależy od wielkości połowów - w jeden tydzień będzie kupa roboty, w następny wcale. Nie, nie nawala, nigdy. Stawka mu odpowiada, ubezpieczenia nie potrzebuje.
- Zanim cię sprawdzę, musisz wiedzieć jeszcze o jednym - uprzedził szef zmiany. - Na czas pracy opuszczamy osłony entropiczne, tak żeby cały ten syf zostawał w środku. Tak więc wszyscy są bardziej podatni... Jak chcesz spróbować, musisz podpisać, że się zgadzasz i że rozumiesz konsekwencje. - Podał mu tablet.
Robert podpisał, z uśmiechem myśląc, gdzie ma konsekwencje.
- Okej. Wróć o szesnastej. Zobaczymy, czy się nadasz.
Nadał się - bardzo przydały się odziedziczone po Dorze zdolności manualne i wrodzona umiejętność koncentracji. Pierwszego dnia przetestowano go na większości stanowisk. Za każdym razem potrzebował nie więcej niż kwadransa, by zorientować się, jaka sekwencja ruchów zapewni najbardziej ekonomiczny sposób wykonania danej czynności. Obserwował innych i naśladował, aż nabrał wprawy.
Praca w przetwórni ryb spowodowała, że pierwszy rok studiów Roberta nie był tak beztroski jak tych spośród jego kolegów, którzy nie musieli zarabiać na swoje utrzymanie. Nie chodziło przy tym o to, że niekiedy musiał wymykać się z zajęć, by zdążyć do portu, ani o to, że dopiero gdy wracał z roboty, mógł usiąść do nauki. Odkrycie, jakiego dokonał Robert, było innego rodzaju. Po kilku tygodniach nad płynącą w bezlitosnym tempie rzeką filetów zaświtało mu w głowie, że z powodów, których strach dociekać, on ma strasznie łatwo w życiu. Zdążył już poznać swoich współpracowników i bez zdziwienia stwierdził, że jest wśród nich najmłodszy. Zaskoczenie wzbudziło co innego - prawie dla wszystkich praca w przetwórni stanowiła zajęcie dodatkowe, które podejmowano po godzinach, by dorobić do podstawowej pensji. W pierwszej chwili Robert nie mógł zrozumieć, dlaczego komuś chce się tyle pracować, ale na szczęście coś powstrzymało go od wypowiadania tej złotej myśli głośno. Szybko odkrył, że nie ma tu żadnej zagadki. Czynsz, elektryczność, komunikacja miejska, internet, przedszkole i szkoła dla dzieci, opłaty za leczenie... Do Halena dotarło, że żyje w drogim mieście i że istnieje pewna kategoria prac, których wykonywanie nie pozwala utrzymać siebie i rodziny.
Gdy uświadomił to sobie, w pierwszej chwili ucieszył się, że dla niego, przyszłego naukowca, potyczka z rybami to jedynie odskocznia do lepszego jutra. Ledwie jednak usłyszał tę myśl, zrobiło mu się za siebie wstyd. Ależ jest głupi! Żenujący imbecyl! Przecież to nie jego zasługa, że ma takie a nie inne zdolności. To przypadek, genetyczny fart zdecydował, że on pokiereszuje ryby jeszcze parę miesięcy, a potem - adios, można będzie o całym tym epizodzie zapomnieć albo, jeszcze lepiej, zamienić go w klasyczną anegdotę o trudnych początkach życiowych. Ale - Robert na ułamek sekundy podniósł oczy znad taśmy - dla Ala, Mira, dla Lucy, pana Pilskiego przetwórnia ryb to żadne początki, żadne oświetlone blaskiem jasnej przyszłości preludium. To codzienność, real.
Przez parę pierwszych tygodni w przetwórni Halen zachowywał się tak jak zawsze w nowym otoczeniu - dużo żartował, zadawał pytania, uważnie słuchał. Później, z porywem serca, który dotychczas wzbudzał w nim jedynie Paweł, zaczął lgnąć do nowo poznanych ludzi. Szczególne wrażenie wywierali na nim mężczyźni. Nie było w nich niczego wyjątkowego - trochę pili, trochę emocjonowali się sportem i grami komputerowymi, często narzekali na psią robotę, czasem na kobiety - ale Robertowi, z rozbudzoną młodzieńczą wyobraźnią, wydawali się romantyczni i męscy. Któregoś dnia, gdy przebierał się w szatni po zakończonej zmianie, zaproponowano mu, jako młodemu, skoczenie po flaszkę. Robert popędził z ochotą pod wskazany adres; jego uwagi nie uszło, że kupił pokątnie nielegalny alkohol. Konsumpcja w zaułku zyskała posmak przygody, bimber wypalał gardło i mieszał w głowie lepiej niż dziewczyna.
Wkrótce Robert odkrył, że lubi się włóczyć nocami po porcie. Fascynowały go spelunki, do których trafiał po wypłacie razem z nowymi znajomymi. Z zachwytem przyjmował fakt, że w tych dobrze wyciszonych, dostępnych tylko dla wybranych miejscach kolejny zamówiony kieliszek nie obciąża entropicznego konta. Raz czy dwa wziął udział w bójce, kompromitując się przy tym, ponieważ nigdy jeszcze nie walczył wręcz. Nowi przyjaciele udzielili mu cennych rad i następnym razem sprawił się lepiej. Jak na dziewiętnastolatka przystało, był sprawny i silny, nie brakowało mu też brawury. W ogóle odwaga życiowa Roberta w tym okresie wystrzeliła. Odkrył, że w ciągu jednej nocy opanowuje materiał do kolokwium, nad którym inni studenci ślęczą tydzień. Że może wystartować - hej, dlaczego nie? - do starszej od niego o osiem lat asystentki wykładowcy. Że na rozbity nos najlepszym lekarstwem jest zdrowy, długi śmiech.
Po kilku miesiącach cieszył się już powszechną sympatią, zarówno na uniwersytecie, jak i w porcie. Wybaczano mu, że wszędzie i zawsze się spóźniał: "A, pan Halen - witał go profesor neurologii kwadrans po rozpoczęciu wykładu. - Jak zawsze w pośpiechu. Czy zanim pan usiądzie, mógłbym prosić o wymienienie na jednym oddechu wszystkich monoamin w kolejności syntezowania?". Robert wciągał do płuc powietrze, wymieniał, po czym wśród śmiechu i niegłośnych wiwatów w aurze bohatera padał na pierwsze wolne miejsce. W pracy przyznał się, że studiuje, a ponieważ umiał ułożyć sobie stosunki z ludźmi, deklaracja ta nie wzbudziła zawiści. Wręcz przeciwnie, stał się kimś w rodzaju maskotki, złotego dziecka przetwórni ryb. Jego sukcesy cieszyły wszystkich, pokazywano go sobie palcami, gdy tego nie widział.
Po pierwszym semestrze okazało się, że jest trzeci na roku - oczekiwane stypendium naukowe zaczynało nabierać realnych kształtów. Halen postanowił, że na koniec roku będzie pierwszy. Wymagało to jeszcze oszczędniejszego gospodarowania zasobem, którego zaczynało mu brakować: snem. Robert zawziął się, studiował, pracował, bawił się, uczył, niejednokrotnie przez kilka dni z rzędu śpiąc jedynie w czasie dojazdów do portu. Szaleńcze tempo, jakie sobie narzucił, sprawiało, że doby zlewały mu się w jeden kolorowy ciąg. Czas mijał niezauważony, jesień skleiła się z zimą, która płynnie przelała się w wiosnę. Robert schudł. Rzadko teraz odwiedzał Dorę, wpadał czasami w weekend, najczęściej po to, by po szybkim zjedzeniu czegokolwiek paść na parę godzin na łóżko. Dora była tym najpierw zdziwiona, a potem zaniepokojona. Po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że hiperaktywny syn wymaga jakiejś rodzicielskiej interwencji. O konsultację został poproszony Paweł, który przyjrzawszy się uważnie jedynakowi, nie powiedział ani słowa. Uznał, że nie ma po co. Robert, jedyny raz w życiu niemal szczupły, był zdrowy jak koń i wydawał się jak nigdy szczęśliwy.
Tak, życie było piękne. Życie było chaosem.
*
I wtedy właśnie mało brakowało, a by się spotkali. To spotkanie wisiało w powietrzu, gęstym od rybiego odoru. Zadecydowały sekundy, błysk pamięci.
*
- To ty jesteś tym słynnym studentem medycyny z popołudni?
- Słynnym? - Robert by się zaśmiał. - Chyba z odporności na smród. Albo z mistrzostwa w filetowaniu czerniaków. A ty co wolisz - czerniaki czy dorsze?
- Czerniaki. Są lżejsze.
- Jasne! Przy dorszach łapy odpadają!
* * *
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji