Romek Zdun urodził się wiosną tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku w tak zwanej kamienicy Essowej na Staszica. Zanim dwadzieścia lat później stanął przed wielkim, przykrytym taflą szkła biurkiem Skalskiego, odbierając swój pierwszy zawodowy przydział, zdążył doświadczyć trzech epok i jednej śmierci.
Ale po kolei.
Pierwszą epokę, stalinowską, przeżył w błogiej nieświadomości. Gdy Wielki Chorąży Pokoju oddał ducha kremlowskim lekarzom i historii, Romek miał dwa latka. Drugie tyle mu przybyło, nim z impetem ruszyły lody politycznej odwilży. Raczkując w powyciąganych rajtuzach po mieszkaniu przy Staszica, widywało się otumanione trutką myszy znikające niemrawo w dziurach podłogowych desek, to owszem, jak najbardziej, ale nie miało się bladego pojęcia o lokatorach z sąsiedztwa niknących bezpowrotnie w czeluściach ubeckich pobied lub wołg. Jeśli przez nieuwagę nie przygrzmociło się czołem w klamkę, świat wydawał się dobry z natury.
Któregoś słonecznego popołudnia, wytykając rączkę między szczebelkami ganku, malutki Romeczek pomachał z góry nieznajomemu panu z posiniaczoną twarzą, wychodzącemu przez podwórko studnię w asyście dwóch innych panów z podniesionymi na sztorc kołnierzami. Wszyscy trzej odmachali mu jakby nigdy nic. Może odrobinę desperacko, zaciskając usta w ponurą bliznę, ale było miło.
Epoka gomułkowska nastała, gdy Romek ganiał z kolegami po zakamarkach kamienicy Essowej. Służyły one za kryjówki dla bohaterskich partyzantów lub miejsca zasadzek na szkopów, ubijanych bezlitośnie z krzywych patyków i wytkniętych palców. Wbrew nieudolnym staraniom matki - gdyż ojciec zajmował się głównie apokaliptycznym piciem - przez parę pierwszych lat "za Gomułki" Romek robił, co mógł, żeby zejść na złą drogę.
Razem z kumplami, dajmy na to, wyciągali przez okienka piwnic zapasy zapobiegliwie szykowane na zimę przez gospodynie. Zarzucali na słoiki zmyślne pętle z drutu i szpagatu. Nie wiadomo, czyj to był patent, ale sprawdzał się bez pudła. Z wilczym apetytem wyjadali palcami konfitury i pikle w parkowych zaroślach. Albo tłukli się do krwi z chłopakami z Hajmatu, nie łamiąc sobie głowy nad niejasnymi powodami wzajemnej wrogości. Byle się działo, byle krew nie krzepła w żyłach jak u staruszków obsiadających ławki na rynku niczym znudzone wróble. Albo podprowadzali zostawiony przed sklepikiem rower, a potem ścigali się po wale na czas, skandowany chóralnie, bo zegarka nikt nie miał, po czym porzucali zbędnego grata. Zatrzymanie roweru na wsiegda nie kalkulowało się w takim małym mieście. Tu każdy poznawał z daleka, co jest czyje. Byłyby baty.
Tymczasem do Romka docierała stopniowo stara prawda, że jeśli człowiek nie da się złapać, świat stoi przed nim otworem. A on był zwinny, umiał szybko przebierać nogami i niczego się nie bał.
Przestał się wałęsać z zielonym gilem u nosa, poszedł do szkoły i odniósł znaczący sukces, kradnąc plażowiczowi nad Pową radziecki zegarek marki Pobieda. Zagrzebał go w piasku na wydmie, wieczorem odkopał bez ryzyka, w piątek spieniężył na targowisku u przyjezdnego sprzedawcy gumek i sprężyn do weków. W czerwcu wraz z kolegą spalił w pokoju nauczycielskim dziennik lekcyjny i wyparł się tego w żywe oczy, a w sierpniu, pierwszy z całej paczki, wybrał się na jabłka do sadu Michalaka, który miał najostrzejsze psy w mieście. Wrócił z dwoma siatkami dorodnych papierówek. Aż chciało się fruwać ze szczęścia - gdy nastąpił koniec świata.
Zimą matka Romka, sprzątaczka w podstawówce na nowym osiedlu, dostała od zakładu opiekuńczego przydział na mieszkanie. Kopalniane - w oddawanych do użytku blokach przy Energetyka.
Nieliczne graty przewieźli furmanką najętą za ćwiartkę czystej. Droga wydawała się Romkowi długa jak za morze, a nie na drugi brzeg skutej lodem Warty. Zwłaszcza że wiodła jak gdyby donikąd. W beznadziejną dal. Całun śniegu spowijał uliczkę Energetyka, która na dobrą sprawę jeszcze nie istniała, spowijał drewniany warzywniak u jej wylotu, przedwojenną willę na drugim końcu oraz parę ceglanych bloków w stanie surowym. Także jedyną tutejszą atrakcję, czyli kolejowe tory za betonowym płotem, po których z łoskotem pełzły towarowe i osobowe pociągi. Bliżej rozciągało się pasmo zaniedbanego parku, a może zagajnik w środku miasta. Wyglądał jak ponura parodia wielkiego parku w starym Koninie, pełnego altan, mostków na stawie, tęczowych pawi, śnieżnobiałych łabędzi, rudych wiewiórek. Tamten był wyspą skarbów, terenami łowieckimi Apaczów, dżunglą afrykańskich ludożerców, czym tylko się chciało, a ten tutaj zdawał się do bólu nijaki. Pusty i smętny.
Dopiero wiosną, gdy śnieg stopniał z dnia na dzień, do Romka dotarło z rozpaczliwą jasnością, na jaką pustynię go wygnano. Na jaką nędzną wegetację skazano jego obiecujące życie. W starym Koninie, z którego się wynieśli, spod tającego śniegu co roku ukazywała się, jak z zachwytem powiadano, "przyroda" - ogrody, błonia, klomby. Pachniało nią powietrze, pachniały nią coraz cieplejsze noce za otwartym oknem. Tu nie. Tu spod śniegu wyłoniła się przeraźliwa nicość. Ceglane pryzmy, rusztowania, samochodowe koleiny, królestwo jałowości i nudy, od niedawnej zimowej pustki różniące się tylko burą barwą wszechobecnego błota. A cuchnęło dookoła odmarzającą ziemią, wszędzie ziemią i ziemią, jak na cmentarzu.
Potem było już tylko gorzej.
Mama Romka, która na jesieni miała mu urodzić brata, spadła z drabiny, myjąc okna. Przeleżała w szpitalu dobry tydzień. Gdy wróciła wymizerowana i przybita, oznajmiła Romkowi, że brata nie będzie. Nigdy! Na nic się zdały prośby, obietnice, że poprawi stopień ze sprawowania, nie szło jej przekonać. Pojął, że pozostanie sam jak palec na tym bezlitosnym osiedlu.
Tak, bezlitosnym. Nie zdążył się tu jeszcze zapoznać z nowymi kolegami, a już dorobił się wrogów. Większość z nich stanowili chłopacy, których rodziny wcześniej zasiedliły bloki. Ci nie byli najgorsi. Bywało, że z nudów napluli Romkowi na głowę, gdy przechodził pod oknami, albo pobili się z nim na pięści, ale bez zawziętości. Jakby czekali, aż wystarczająco zasiedzi się na nowym miejscu, żeby dało się go uznać za swojaka.
Gorzej z tymi, których nuda przyganiała z okolicznych wiosek. W starym Koninie baliby się pokazać, ale tę okolicę wciąż traktowali jak ziemię niczyją. Pogwizdując, przeklinając, paradując rządkiem z rękami w kieszeniach i nie ustępując z drogi miejscowym dzieciakom, dawali do zrozumienia, że jeśli zechcą tu rządzić, nikt im nie przeszkodzi. Silni, bezlitośni, mimo swoich jedenastu czy dwunastu lat zaprawieni w świniobiciach i młockach, urządzali raban, gdy tylko ich licho przyniosło.
Etne, petne, w dupę cię wetknę,
Kołkiem zabiję, dratwą zaszyję,
A ty w mojej dupie siedź!...
Pozostawiony samemu sobie Romek nauczył się, że ta wyliczanka zwiastuje niebezpieczeństwo. Rozbrzmiewała wrzaskliwie zza płotu, zza śmietnika, zza bloku, i jak jej echo wypadali z ukrycia tamci. To był ich okrzyk wojenny. Zaczynała się okrutna zabawa. Gonitwy, próby osaczenia, wyzwiska. Przeważnie udawało mu się zmylić pogonie. Czasem dosięgały go ciskane cegłówki, a sińce po nich ukrywał przed matką. Nie ulitowałaby się nad nim. Spytałaby, po co zaczynał. Grzecznym chłopcom nie przytrafiają się złe przygody - wyrzekałaby. A to bajka, jedna z bajek, jakimi dorośli karmią dzieciaki.
Najbardziej bał się herszta wsiowych, na którego wołano Szmaja. Jawił się w jego oczach jako czyste zło. Wcielony diabeł. Prawda, że sam Romek nie był harcerzykiem o umytych uszach i obciętych paznokciach, ale to co innego. On schodził na złą drogę, ponieważ była ciekawsza. A Szmaja w chudym ciele o białej skórze nosił podłą duszę.
Wyglądał przerażająco. Jego oczy, jakby wypełnione wodą, patrzyły z nienawistną drwiną. Podgoloną czaszkę zdobiła ulizana, przycięta w skos grzywka, biała, podobna do starczej siwizny. A zajęcza warga nadawała ustom Szmai nieludzki wygląd. Jeśli dołożyć do tego agresywną, zwierzęcą mimikę - była to twarz, której widok mroził Romkowi krew w żyłach. Zwłaszcza że Szmaja był od niego wyższy o głowę, co najmniej o rok starszy i bez wątpienia silniejszy. Trochę wolniej tylko biegał, dzięki czemu Romek nie był zupełnie bez szans.
Ale wiadomo, że jeśli się nie jest tancerką z baletu, do udanego życia nie wystarczą same zwinne nogi.
Dopadli go w październikowe południe, gdy wracał do domu po lekcjach. Nie wdeptywał w podejrzane rewiry, nie zbaczał, gdzie nie trzeba, zamierzał wdrapać się na komin kotłowni przy Alejach, żeby zerknąć, co nowego w okolicy, ale i z tego zrezygnował. Wybrał obiad. Nie jadł od dużej przerwy, w czasie której wymusił gryza na pierwszaku. Kęs kajzerki z twarożkiem.
Jesień była ciepła. Romek nawet kurtki nie włożył na bluzę z granatowej podszewki. Z fasonem przerzucił przez ramię oba paski tornistra, w środku grzechotał piórnik. Widział już swój blok u wylotu Górniczej, gdy wyrosło przed nim trzech tamtych. Ostrzyżone do gołej skóry głowy, przykrótkie spodnie, rozklapane buty ze strzępami sznurowadeł. Spluwając pod nogi przez szczerby w zębach, czekali na dobrą zabawę.
Niewiele myśląc, Romek skręcił biegiem w Kotłową, między bloki. Tornister na jego ramieniu grzechotał na trwogę. Na rogu Kolejowej i Dworcowej, w labiryncie drewnianych płotów, przysiadły zmurszałe przedwojenne domki, gąszcz ceglanych ruder, wśród których łatwo było zmylić trop. Ale źle wybrał. Za trzypiętrowym blokiem wymalowanym na buraczkowy róż, w zaciszu grodzonych siatką lokatorskich grządek, zaczaiła się reszta wsiowych. Pułapka.
- Etne, petne, w dupę cię wetknę! - zaintonował na powitanie sam Szmaja, wystrojony w prujący się sweter z wełny.
- Kołkiem zabiję, dratwą zaszyję! - zawtórowała mu reszta.
Romek zawrócił na pięcie, ale za nim stali rzędem trzej, którzy go gonili. Blokowali przesmyk w szczycie bloku, jedyną drogę odwrotu.
- A ty w mojej dupie sieeeedź! - dołączyli chórem.
Nie uległ bez walki. Szarpnął się tu, tam, odbił się od wrażych pięści, zawisł oburącz na siatce ogródka, żeby przeleźć na drugą stronę.
W ostatniej chwili któryś z napastników chwycił go za biały kołnierzyk przy bluzie. Ścisnął w brudnej łapie, szarpnął. Podciągnięty do krtani górny guzik omal nie udusił Romka. Ale nagle trzasnęło przeciągle - i kołnierzyk oddzielił się od szkolnego stroju jak odpruty nożem.
Na ten odgłos mięśnie odmówiły Romkowi posłuszeństwa. Bez oporu dał się ściągnąć na dół. Bo jak wrócić do domu bez kołnierzyka? Mama sprawi mu lanie, narobi płaczu, że nie nastarcza na ciągłe wydatki. I nie kupi nowego, bo za co? A jeśli Romek pójdzie do szkoły bez kołnierzyka - szkoda gadać! Wystąp na apelu, Zdun, zgłoś się do kierownika, napisz sto razy w zeszycie, jak powinien wyglądać wzorowy uczeń, Zdun, i przy okazji pokaż ręce, Zdun, czy umyte!
Zacisnął małe pięści.
- Oddawaj! - mruknął groźnie do chuligana. - Nie twoje!
- Może twoje? - odpowiedział mu głupkowaty śmiech. - Chyba kiedyś!
Otoczyli go wianuszkiem, było ich ze dwunastu. Negocjacje nie wchodziły w grę, wróg został złapany. Na dalszą metę zwykle nie planowali. Głowili się teraz na poczekaniu, co ciekawego zrobić z Romkiem. Szturchali go spiczastymi łokciami albo wykręcali mu rękę na plecy.
Jeden Szmaja umiał coś wymyślić. Śmiało podążał za swoimi najgorszymi instynktami. Wyrwał z ręki kompana biały kołnierzyk Romka, nastroszony poszarpanymi nitkami, i z mściwą satysfakcją przytknął do niego wyjętą z kieszeni zapalniczkę, samoróbkę z łuski pocisku do mauzera.
Strzelił niebieskawy benzynowy płomień.
Trzymany za ramiona Romek nie był w stanie walczyć o swoje. Stylonowy kołnierzyk nie zajął się co prawda żywym ogniem, ale sztuczne włókna poskręcały się w żarze, poczerniały i poszedł od nich mdlący swąd. Szmaja rozdeptał butem coś, co przypominało już czarny kawałek papy.
Zrozpaczony Romek poczuł chłód na gołej szyi, jakby jesienny wiatr okręcił się wokół niej na podobieństwo wisielczej pętli.
To był dopiero początek. Szmaja lubił się pastwić i nad żywymi ludźmi, i nad martwymi przedmiotami. Odwrócił do góry dnem tornister Romka i wytrząsnął na ziemię jego zawartość.
Pierwsza wpadła mu w oko gwiazda szeryfa. Plastikowa, z wytłoczonym napisem SHERIFF, pomalowana srebrną farbą. Nie była własnością Romka, ale jej nie ukradł. Leżała sobie na szkolnym boisku. Umył ją w wodzie z szarym mydłem i nosił ukrytą w tornistrze, żeby prawowity właściciel nie wypatrzył skarbu. Czasem przymierzał ją w domu przed lustrem. Była piękna, mimo że od pucowania na mokro z jej krawędzi zeszło sreberko. Wyglądała jak prawdziwa gwiazda na piersi amerykańskiego stróża prawa. Romek nie dziwił się, że Szmaja zwrócił na nią uwagę.
Choć z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że wszystko, co zwróci uwagę tamtego, jest już stracone. Miał rację. Po sprawdzeniu gwiazdy w zębach, jak kowboje na westernach sprawdzają złote monety, chuligan rozgniótł ją butem. Chrzęst miażdżonego plastiku rozległ się w duszy Romka jeszcze boleśniej niż trzask obrywanego materiału.
Raz po raz lżąc bezbronną ofiarę, Szmaja rozpoczął dzieło zniszczenia.
Jedną po drugiej rozdeptał pałeczki plasteliny, połamał kredki i obsadkę pióra, zniszczył podręczniki szkolne, na które nie dalej niż dwa miesiące temu poszła kupa pieniędzy. Romka nikt już nie musiał trzymać siłą. Zastygł ze zgrozy, widząc, jak jego dręczyciel drze szesnastokartkowe zeszyty na pół, znów na pół, składa razem i drze. Nie do wiary, jaką miał krzepę w rękach. Poszarpał twarde okładki podręczników, zeszyty do ćwiczeń, książeczki z kolorowym papierem do wyklejania, blok rysunkowy.
Strzępy upchnął w Romkowym tornistrze, który już nie grzechotał zawadiacko, tylko żałośnie szeleścił. Sięgnął po frontową zapalniczkę z łuski.
- Będzie się fajczyć po byku! - zapewnił. - Zobaczyta! Gówno zostanie! Jeszcze mu łachy potniemy, niech leci przez miasto goły!
Na potwierdzenie wyciągnął z kieszeni składany kozik. Napinając szkolną bluzę Romka, przejechał wbitym w nią ostrzem od góry do dołu. Wyjrzał biały podkoszulek z zacerowaną dziurą.
- Kalesony też nosi, maminsynek! - zawyrokował Szmaja. - Miastowe noszą kalesony z trokami jak proszalne dziady!
Rozcięta nogawka spodni zafurkotała niczym sukienka. Kalesonów pod nią nie było, na gołej nodze krwawiła rysa po ostrzu. Szmaja roześmiał się pogardliwie, reszta mu zawtórowała.
- Nawet na kalesony nie ma, szmaciarz. Będzie mniej do cięcia!
Z lakierowanej tektury tornistra buchał czarny, smrodliwy dym. Targające zmaltretowanym Romkiem emocje zlały się w jedno wszechogarniające uczucie piekącej nienawiści. Ale co mógł poradzić?
Nikt dorosły nie kręcił się przy śmietniku na tyłach bloku. Ani śladu po szlifierzu noży oferującym usługi pod oknami, po Cygankach, które wałęsały się tu niekiedy, żeby wróżyć za parę groszy. A wołać o pomoc - nie po męsku!
Tornister zamienił się w kłąb dymu. Smród bił pod niebo. Ktoś na piętrze bloku zamknął z trzaskiem okno, ale nie wyjrzał. Uznał, że widać robotnicy smołują dachy, jak zwykle, albo że to wiatr przyniósł swąd tlących się za miastem torfowisk.
Romek trzymał się dzielnie, nie prosił o litość, tylko dwie piekące łzy pociekły mu bezradnie po policzkach.
Niektórzy chłopcy Szmai też stracili rezon na widok dokonującego się kataklizmu. To nie przelewki. Gliny potrafiły lać pałami za byle co, zwłaszcza nieletniego. Gumą przez pięty, aż przez dwa dni się kulało. A jeśli wlepią starym mandat, ci się wściekną. Podwójne manto!
- Gnojek nas wyda! - odezwał się któryś. - Bydzie kiepsko!
- Gówno się go boję! - prychnął po chojracku Szmaja. - Chyba że ty!
- Akurat mam czego! Ale naskarży ze strachu. Że nie on sfajczył tornister, tylko my. Nauczycielka poleci na milicję i się dowiedzą!
- Jak się dowiedzą, ćwoku? Nie widziała nas.
- Od niego. Jeszcze mu każą nas rozpoznać, przekonasz się!
Szmaja przykucnął bokiem do ognia, pochylił głowę i od buzujących płomieni przypalił wygrzebany z kieszeni niedopałek. Z fasonem, bez zapalniczki. Wypuścił dym przez nos.
- Dupą trzęsiesz? On też nas nie rozpozna!
- Już w to wierzę! Zamknie gały na twoją prośbę, nie? Dużo pomoże, że mu pogrozisz.
Szmaja jeszcze raz wyciągnął z kieszeni składany kozik.
- To mu gały wydłubiemy! Ciekawe, jak na ślepaka rozpozna!
Powiało grozą.
- Rach, ciach! Minuta i po strachu! - orzekł ze znawstwem Szmaja.
Ktoś zarechotał, ale umilkł. Słychać było trzaskanie ognia.
Romkowi kolana zmiękły jak wata. Niemożliwe! Tak znienacka, z niczego - i taka straszna rzecz? Miałby więcej nie zobaczyć łach nad Wartą, nie skoczyć na główkę na zalewie pod żelaznym mostem, nie wypatrywać owoców na dzikich czereśniach wzdłuż drogi do Morzysławia? Jedyne, co zapamięta, to pokraczne, podobne do siebie pudełka nowych bloków?
- Bieremy się! - rozkazał Szmaja. - Który chętny?
Patrzyli pod nogi, milcząc. Szmaja szyderczo wykrzywił zajęczą wargę.
- Nie umieta, co? Strach wam? No to patrzta, jak się robi!
Splunął w dłoń, przeszmelcował ostrze o brudną nogawkę spodni.
- Trzymajta dobrze, bo go zemgli i padnie mi pod majchrem jak kawka! - zadysponował przewidująco.
Czyjeś ręce chwyciły Romka pod pachy.
Dotarło do niego z przerażającą pewnością, że tamten się nie cofnie. Wydłubie mu oczy. Stać go na to. Przypomniał sobie ślepego, oszalałego z bólu kota, którego uczniowie znaleźli w krzakach za boiskiem. Mówiło się, że okaleczył go Szmaja - i że to nie był jego pierwszy raz. Do tej pory Romek nie chciał w to wierzyć. A teraz wyobraził sobie, że jutro jego samego uczniowie znajdą zakrwawionego w krzakach za boiskiem. Nie trafi na ślepo do domu i będzie tam miauczał zwinięty w kłębek jak ten kot.
Szmaja ujął go pod brodę twardą, kościstą dłonią.
- Robisz w gacie? - zapytał obojętnie.
Trzymający Romka chuligani ledwie czubki palców wsuwali pod jego pachy. Cofnęli się lękliwie. Boją się, że krew ich obryzga! - pomyślał w popłochu, zanim uświadomił sobie, że odzyskał swobodę ruchów. Tylko jego policzki ściskały jak imadło paluchy Szmai. Odginały mu twarz ku górze. Romek bał się szarpać, żeby nie nadziać się na kozik, którego w tej pozycji nie widział.
Widział pogodne jesienne niebo nad sobą.
Zeszlifowane na osełce ostrze zobaczył w ostatniej chwili. Zezował w lewo, a pojawiło się z prawej. Zapomniał w panice, że Szmaja jest mańkutem.
Zarazem kątem oka ujrzał, że jego prześladowca stoi przed nim na szeroko rozstawionych nogach. Gieroj! Wierzy w swoją przewagę. Nie spodziewa się zagrożenia ze strony załzawionej ofiary.
Romek bez zastanowienia kopnął go kolanem w krocze. Z całej siły, jaką dał mu strach. A gdy tamten z jękiem zgiął się wpół, poprawił mu ciężkim butem z zelowaną podeszwą.
Nigdy nie sądził, że odważy się na taki czyn. Skulony chuligan padł przed nim na kolana, jak podcięty kosą.
Zanim reszta bandy otrząsnęła się z zaskoczenia, Romek smyrgnął między nimi wzdłuż piwnicznych okienek. Znikał za narożnikiem bloku, gdy usłyszał za plecami wrzask upokorzonego Szmai.
- Łapta gnoja! Czego stoita!
Tupot butów runął w ślad za Romkiem.
A on pędził, jakby dostał skrzydeł. Jakby zastąpiły mu je furkoczące poły rozciętej bluzy. Wzdłuż parkanu szkolnego boiska skręcił ku placom budowy. Tylko migały pod nim ażurowe cienie sterczących w niebo dźwigów, potworów o żelaznych cielskach, z jęzorem haka zwisającym ze spiczastego pyska.
Za skośną kratownicą ogrodzenia, pachnącego sośniną i smołą, kręcili się murarze, jechała do góry wyciągarka, łomotały na stelażach pochylone bębny betoniarek.
- Zjeżdżaj stąd, gówniarzu! Jak ci coś na łeb spadnie, to cię rodzona matka nie pozna! - warknął zza płotu drągal w kufajce.
Romek umknął mu z oczu za barakowóz, na którego stopniach trzech znudzonych robotników grało w tysiąca z "dziadkiem". Z szerokim zamachem, znad głowy, łupali sfatygowanymi kartami, aż podnosił się kurz.
Przy następnym bloku nie było murarzy. Ceglana pałuba z kwadratowymi dziurami okien sterczała w pajęczynie rusztowań. Romek zanurkował w dziurę pod płotem. Kryjąc się za pryzmami pustaków, uwiesił się na belce szalunku i wlazł na podest.
Stamtąd zobaczył ich znowu. Nie zrezygnowali.
Pościg prowadził Szmaja. Co chwila utykał, łapiąc się za pachwinę, jego biała gęba poczerwieniała od wściekłości. Komenderował, wskazywał kierunek. Tędy, tamtędy!... Uciekinier się nie wymiga. Nie jemu, Szmai!
Z wysokości pierwszej kondygnacji Romek widział ich jak na dłoni.
Małe, ruchliwe, kąśliwe pchły! Siedział w kucki cicho jak trusia. Może nie zauważą. Może pobiegną dalej. Wdychał wszechobecną woń wapna. Przy każdym poruszeniu z desek wzbijał się duszący pył.
I ten pył go zgubił.
Najpierw wiercił w nozdrzach. Wystarczyło potrzeć nos wierzchem dłoni, żeby powstrzymać kichanie. Ale w końcu lgnący do wszystkiego proszek załaskotał w gardle i Romek wybuchnął głośnym kaszlem.
Puste pudło budynku wzmocniło odgłos niczym wielki rezonator.
- Widzę go! - wrzasnął z dołu piskliwy głos. - Tam się schował!
Jakby trąbka zagrała do boju!
Już!
Chuligani Szmai leźli na rusztowanie jak pająki. Ze wszystkich stron.
Romek mógł uciekać jedynie do góry, a na wysokości drugiej kondygnacji i ta droga mu się skończy ła. Nie dało się już wrócić, za wielu prześladowców pięło się jego śladem. Jedni po rusztowaniach, inni środkiem budowanego bloku. Nie wylano tam jeszcze schodów, ale platformy pięter łączyły oparte skosem drabiny.
Romek przebiegł po dudniących deskach na skraj najwyższego rusztowania i zatrzymał się bezradnie.
Głosy tamtych rozbrzmiewały coraz bliżej. Dyszeli, klęli go w żywy kamień, grozili i zachęcali się nawzajem. Pod sobą widział zakurzone rumowisko. Drewniane nosidła, beton zjeżony żelaznymi drutami, niezabezpieczony dół do gaszenia wapna. Opodal pochylała się gliniana chałupa, pozostałość gospodarstwa zabranego pod nowe osiedle.
Wieńczyła ją pociemniała strzecha ze słomy.
Wysoka, spadzista.
Byłaby w stanie wyhamować upadek, gdyby do niej doskoczył. Zsunąłby się jak po zjeżdżalni po stromym spadzistym dachu. Na koniec skok na dół i w nogi. Skakał z wyższych miejsc niż ta rudera. Wystarczy dobry rozbieg...
Pierwszy z goniących wylazł przez otwór okienny w pobliżu Romka. Piegowaty mikrus w spodniach na szelkach. Zbliżał się po chybotliwych deskach, nawołując pozostałych.
- Tu się chowa, gnojek! Mam go!
Nie było na co czekać.
Romek cofnął się dla rozpędu. Hop-siup! Jeśli strzecha się pod nim nie zapadnie, mogą go w tyłek pocałować!
Teraz pędem!
Ale na samym skraju rusztowania poplątał mu się krok.
Źle umocowana deska ugięła się sprężyście pod jego nogą, odbiła jak katapulta. Romek poczuł, że traci równowagę, raz i drugi machnął rękami, rozpaczliwie szukając oparcia - ale go nie znalazł.
Obijając się o deski kolejnych podestów jak szmaciana kukiełka, poleciał w dół.
- Spierdolił się! - dobiegł go przeszywający wrzask mikrusa.
Nic więcej nie usłyszał. Runął na pryzmę cegieł, w tuman kurzu, który pochłonął go jak burzowa chmura.
Znad rusztowań wychyliły się chłopięce głowy. Niżej, wyżej.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.