3
Uwielbiałam jazdę na rowerze, chociaż nie miałam zbyt często okazji wybierać się na dłuższe przejażdżki. Samej nie bardzo mi się chciało jeździć gdzieś dalej, a krążenie w kółko po podwórku było zbyt nudne, dlatego ucieszyłam się, gdy Anka i Marysia rzuciły hasło, by w sobotę jechać poza miasto. Rodzice nie mieli nic przeciwko, pogoda zapowiadała się naprawdę piękna, więc postanowiłyśmy wyruszyć z Rzeszowa do Borku Starego, a stamtąd skręcić na Obszary Kielnarowskie i przez Chmielnik dojechać do Zabratówki na Stawy Tarnawskie. Nie byłam pewna, czy damy radę, bo cała trasa liczyła przeszło dwadzieścia pięć kilometrów. Nie było jednak presji co do osiągnięcia celu, więc w każdej chwili mogłyśmy zawrócić. Dziewczyny miały zdecydowanie lepsze rowery od mojego, wyposażone w przerzutki, gdy tymczasem ja miałam zwyczajną miejską damkę, która pamiętała jeszcze czasy pierwszej komunii świętej. Rower świetnie się sprawdzał na płaskim terenie, po ulicach Rzeszowa, a nie na okolicznych wzniesieniach. Jednak oferta spędzenia aktywnego czasu była niezwykle kusząca. Nie wzięłam pod uwagę, że już po dziesięciu kilometrach siodełko będzie się niemal wrzynało w moje pośladki, dając uczucie nieznośnego pieczenia. Jeszcze trasa do Tyczyna, chociaż trochę niebezpieczna, bo prowadziła dosyć ruchliwą drogą, była przynajmniej płaska. Tylko gdzieniegdzie teren leciutko się wznosił, jednak nie na tyle, bym nie mogła bez przerzutek dać rady. Dobrze, że jechałyśmy tędy, a nie przez Malawę. Tam to dopiero była góra! Albo w Słocinie podjazd pod kapliczkę Świętego Rocha był wyzwaniem dla niejednego rowerzysty. Miałam okazję jechać tą trasą z tatą samochodem. Za to widoki z obydwóch miejsc były piękne! Pokochałam szczególnie okolice małej kaplicy pod wezwaniem świętej Marii Magdaleny.
Teraz jednak zamaszyście pedałowałam, zastanawiając się, w jaki sposób sobie ulżyć. Przecież nie mogłam powiedzieć dziewczynom, że chcę zawracać. Liczyłam, że do Zabratówki pewnie dojadę, ale później trzeba wrócić, a to mogło być ponad moje siły. Nie przypuszczałam, że moja kondycja jest taka kiepska.
Już wjechałyśmy w Chmielnik. Pierwsze dziesięć kilometrów miałyśmy za nami, droga popękana, z wybojami, za to mało uczęszczana, dawała nam bezpieczeństwo jazdy.
- Dziewczyny, zróbmy przerwę! - krzyknęłam za oddalającymi się koleżankami.
Niedaleko znajdował się mały, lokalny sklep, pod którym można było znaleźć nieco cienia. Czułam, jak moje uda się trzęsą, a do tyłka od strużek spływającego potu przykleiły mi się majtki wraz ze spodenkami, podobnie zresztą jak i koszulka. Mój rower nie miał bagażnika, więc całą drogę plecak z prowiantem był zawieszony na plecach, co niestety nie sprzyjało przepływowi powietrza.
- Jestem padnięta! - śmiałam się do dziewczyn. One też nie wyglądały najwyraźniej, prawdopodobnie również przeliczyły się ze swoimi siłami.
- Możemy kawałek prowadzić - zaproponowała Marysia.
Przy sklepie rosła płacząca wierzba. Jej gałązki delikatnie poruszały się w rytm nadawany przez wiatr. Temperatura w cieniu sięgała co najmniej trzydziestu stopni. Wieś, mimo zwyczajnego dnia pracy, była pogrążona w sennym niebycie. Nie to co miasto, które tętniło różnymi odgłosami. Tutaj, gdzieś z daleka, można było usłyszeć maszyny rolnicze, gdakanie kur albo ujadanie jakiegoś Burka biegającego luzem za ogrodzeniem. Na przydomowych pastwiskach pasły się łaciate krowy, od czasu do czasu rycząc w stronę domostw. Rzuciłam okiem na zegarek. No tak, pora dojenia. Wiedziałam o tym, bo miałam babcię na wsi i często jeździłam do niej na wakacje, kiedy byłam jeszcze w podstawówce. Niestety babcia dosyć wcześnie zmarła i moje wyjazdy na wieś szybko się skończyły. Jeszcze tylko od czasu do czasu wyprawiałam się z mamą do dziadka w odwiedziny, ale to już nie było to samo.
Przed sklepem stali miejscowi chłopcy. Umięśnieni, wysocy, z rozczochranymi włosami, na których widniał szary kurz. Chyba przerwali na chwilę pracę na pobliskiej budowie, bo mieli na sobie robocze ubrania, a w rękach trzymali po butelce z zimnym piwem. Nie lubiłam takiego towarzystwa, ale nie ja decydowałam o tym, kto i gdzie się znajduje.
Weszłyśmy do sklepu i po chwili z lodami w kubkach siedziałyśmy na przydrożnej fosie, czekając, aż zbyt mocno zmrożone lody nieco się roztopią.
Chłopcy rzucali na nas łapczywie wzrokiem. To znaczy bardziej na Marysię i Ankę, bo one były ode mnie zdecydowanie ładniejsze i przede wszystkim szczuplejsze. Tak uważałam. Zaczęli coś między sobą mówić, raz po raz wybuchając gromkim śmiechem, który na mój gust był nieco wymuszany. Jeden z nich, wysoki blondyn z bujną grzywką przeczesaną na prawą stronę, podszedł do nas.
- Skąd jedziecie? - Jego oczy dosłownie rozbierały Marysię z ubrania.
- Z Rzeszowa, a wy? - Anka uśmiechnęła się szeroko.
- Ano - odpowiedział, zakreślając łuk ręką - stąd. Robimy na budowie. - Podrapał się po głowie, najwidoczniej zawstydzony nieco swoim wyglądem. - A gdzie jedziecie?
- Do Zabratówki.
- To kawał drogi. - W uśmiechu pokazał rząd niezbyt równych zębów.
- Wiemy. - Do rozmowy włączyła się Marysia.
Pozostali chłopcy nabrali odwagi i też do nas podeszli. Czułam się wśród nich nieswojo, może dlatego, że prawie w ogóle nie zwracali na mnie uwagi, skupiając się tylko na moich koleżankach. Tak, jakbym nie istniała.
- Dziewczyny, jedziemy? Bo nawet do nocy w tym tempie nie damy rady - powiedziałam, wyrzucając kubek po lodach do śmietnika, nad którym brzęczały rozleniwione muchy i senne osy. Koleżankom była obojętna obecność chłopaków, wobec tego chętnie mi przytaknęły.
- Trzymajcie się - rzuciła Anka przez ramię do niezadowolonych z tego faktu rówieśników.
Ja oczywiście ruszyłam na końcu. Jeden z chłopaków w przypływie wątpliwego poczucia humoru krzyknął za mną:
- Gruba! To siodełko jest dla ciebie za małe!
Reszta zarechotała, a ja jeszcze mocniej poczułam moje pośladki wylewające się poza obręb siedziska.
Gula zaczęła mi rosnąć w gardle. Nie odwróciłam się i nie zatrzymałam, by im odpyskować. Poczucie wstydu nie pozwoliło mi na ciętą ripostę. Miałam tylko nadzieję, że koleżanki nie słyszały tego idiotycznego żartu.