Mniej więcej - Malgorzata Matwij

Reflow text when sidebars are open.
DIETA CUD
Pewna dama proszę pana
Czytając babskie gazety
Odchudzać się zaczęła
Stosując cudowne diety
Rano szklaneczka wody
I mały listek sałaty
W południe ziarenek kilka
Jedzonych powoli na raty
Wieczorem kawałek tofu
I kilka kiełków pietruszki
Godzina marszobiegu
I intensywne brzuszki
Pośladki łydki ramiona
Ćwiczyła tak bez wytchnienia
Stroniła od tłuszczu i cukru
Ogólnie - od jedzenia
Szarlotka tylko wegańska
Okazjonalnie do kawy
Herbata tylko zielona
No czasem z syropem z agawy
I gdy patrzyła w lustro
Rozczarowana wielce
To potem tydzień cały
Żyła na smoothie w butelce
Przestała się umawiać
By grafik był zachowany
Mówiła tylko o diecie
Rysując kolejne plany
Po nocach obliczała
Ile kalorii zjadła
Aż kiedyś z wyczerpania
Zemdlała i upadła
I pomyślała wtedy
O wszystkich rarytasach
Co jadła z przyjaciółmi
W przeddietetycznych czasach
I przypomniała sobie
Te różnorodne smaki
Mięsa sery i szynki
Lody ciasta i snacki
I tak leżąc na ziemi
Wychudzona i "modna"
Ocknęła się krzycząc głośno
- Jestem cholernie głodna
Bo ta dama proszę pana
Stosując cudowne diety
Zjadła swój rozum najpierw
I zdrowy rozsądek niestety
Beata Świszcz
Od Autorki
Drodzy Czytelnicy, oddaję w Wasze ręce książkę, która nie jest kolejnym poradnikiem, nie jest też próbą obnażenia prawdy, ale szczerą do bólu rzeczywistością o tym, co kryje się w głowie i sercu "grubasa". Sama fabuła jest fikcją literacką. Urszula i jej rodzina są wytworem mojej wyobraźni, jednak emocje towarzyszące głównej bohaterce w dużej mierze są także moimi.
Z nadwagą zmagam się od dziecka. W moim życiu był moment, w którym wskazówka wagi, podobnie jak u bohaterki, zbliżyła się nieubłaganie do trzycyfrowej liczby. Przez lata nieustannie się odchudzałam - i wiele wskazuje na to, że już do końca życia będę musiała dbać o każdy kilogram. W 2016 roku podjęłam decyzję, by ostatecznie zawalczyć o siebie i pójść na przysłowiową całość. W ciągu roku schudłam 35 kilogramów, osiągając wymarzoną wagę, ale tylko ja wiem, ile kosztowało mnie to poświęcenia i wyrzeczeń.
Często słyszę głosy krytyki wobec osób otyłych - bez względu na to, ile kilogramów mają w nadmiarze. Tymczasem otyłość jest chorobą, z którą niezwykle trudno wygrać. Nie można całkowicie odstawić jedzenia, tak jak odstawia się alkohol czy inne używki. Nie należy jednak się poddawać, bo otyłość to cichy zabójca. Prędzej czy później może przykuć człowieka do łóżka lub wózka inwalidzkiego. Może zniszczyć życie nie tylko osoby chorej, lecz także - pośrednio, a nawet bezpośrednio - jej najbliższych.
Ta książka to szczera opowieść o codzienności człowieka podejmującego walkę z podstępnym wrogiem.
Jednocześnie pragnę podziękować mojej rodzinie za wyrozumiałość, wsparcie i pełną akceptację moich dietetycznych wariacji, Panu Jackowi, wieloletniemu dietetykowi, za jego cierpliwość i wyrozumiałość oraz ciągłe budowanie i podsycanie motywacji. Dziękuję też mojej grupie wsparcia, w szczególności Eli i Ewie za nieustające, wspólne szukanie wyjścia z kryzysowych sytuacji, i Oldze za pozytywne trzymanie kciuków.
1
Zawsze z wielką niecierpliwością wyczekiwałam wizyty u cioci Gieni. Gdy tylko wujek Marian mnie dostrzegał, z teatralnym gestem padał do moich stóp i chwytał mnie za małe, pulchne rączki, by je z uwielbieniem całować.
- Witam moją księżniczkę Uleńkę! - piał z zachwytu, a ja chichotałam, próbując wyrwać się z jego objęć.
- Marian, daj jej spokój! - karciła go ciocia, ale wujek nie wypuszczał mnie ze swoich objęć, aż moje małe rączki były całkowicie dopieszczone, po najmniejszy paluszek.
W końcu ciocia zdzieliła go ścierką po głowie.
- Przecież onieśmielasz dziecko!
Wujek poderwał się z kolan i podstawił mi olbrzymi, czerwony fotel ozdobiony pięknymi, złotymi guzikami. Nie był zbyt wygodny, zapadałam się w nim głęboko, ale dzięki niemu czułam się jak prawdziwa księżniczka.
Mój paź-wujek wyciągnął z olbrzymiej szuflady w starej komodzie, stojącej w samym centrum dużego pokoju, czekoladę Studentską. To nie był byle jaki smakołyk - orzechy, rodzynki i galaretka nadawały jej wyjątkowego charakteru, a sama czekolada dosłownie rozpływała się w ustach.
Mama usiadła naprzeciwko przy okrągłym stole i patrzyła na mnie z miłością, jednocześnie kręcąc głową z dezaprobatą dla swojego kuzyna.
- Ty mi jej tak nie rozpieszczaj, bo potem w domu nie wytrzymam.
- Księżniczki są po to, by je rozpieszczać - odpowiedział Marian, przysuwając mi szklankę. Już chciał nalać soku bananowo-malinowego, ale powstrzymał go mój cichy głosik.
- Wujku, nie chcę tej szklanki.
Popatrzył na mnie zdezorientowany. Szklanka miała namalowane piękne, czerwone maki i wyglądała naprawdę zachwycająco. Tylko jeden szczegół psuł jej urok, lecz to działo się jedynie w mojej wyobraźni. Bardzo grube szkło, z którego ją zrobiono, i szerokie na przynajmniej ze dwa milimetry brzegi napawały mnie przerażeniem. Byłam przekonana, że jeśli będę piła z takich szklanek, to też będę taka gruba, ale o tym nie mogłam nikomu powiedzieć.
- A jaką chcesz szklankę?
Zeskoczyłam z fotela i pobiegłam do kuchni. Nie dosięgałam do kredensu, więc wujaszek uchwycił mnie pod pachy i pomógł wdrapać się na blat, z którego mogłam sięgnąć do półki ze szklankami i kubkami. Rzuciłam na nie okiem i zaklaskałam z zachwytu. W najdalszym kącie szafki stała ta wymarzona, jedyna, moja ulubiona szklaneczka. Wręcz czarodziejska. Jej ścianki były tak cienkie i kruche, że sprawiały wrażenie, iż pod dotknięciem niewłaściwych dłoni rozlecą się w pył. Wąskie brzegi naczynia dawały mi nadzieję, że pijąc z niej, będę wiecznie szczupła.
2
Siedziałam pod gabinetem doktor Rogozińskiej i bawiłam się jednym z moich długich, brązowych warkoczy, które mama zaplotła mi dzisiaj rano. Na jego końcu była zawiązana czerwona kokardka z szerokiej, płóciennej tasiemki. Raz po raz patrzyłam spod grzywki, która nieznośnie spadała mi na oczy, to na mamę, to na inne dzieci siedzące grzecznie w kolejce. Moje nogi dyndały z zielonej ławeczki ustawionej tuż pod oknem, oddzielonej wielkimi, równie zielonymi paprociami, których łodyżki bujnie się rozrosły, przesłaniając niemal cały widok rozciągający się na zewnątrz. W domu mieliśmy podobną roślinę. Stała tuż koło okna na drewnianym, wysokim kwietniku, na który w trakcie zabawy musiałam bardzo uważać, by jej przypadkiem nie strącić.
Kiedy mama poderwała się z ławki po wyjściu z gabinetu rudego, mocno piegowatego chłopaka z tak samo rudą i piegowatą rodzicielką, zeskoczyłam zgrabnie ze swojego miejsca i jako pierwsza weszłam do gabinetu mojej ulubionej pani doktor.
- Dzień dobry - zaszczebiotałam.
Pani Rogozińska uśmiechnęła się i kazała mamie mnie rozebrać. Standardowe ważenie, mierzenie, zaglądnięcie w gałki oczne, gardło, zbadanie migdałków, pochylenie się w przód, plus stanięcie na wagę zaowocowało ostatecznym werdyktem, że jestem okazem zdrowia, tylko pasuje mnie nieco wyszczuplić. Nie miałam pojęcia, co to oznacza. Usłyszałam jedynie westchnięcie mamy, która nie miała zamiaru sprzeczać się z medykiem.
Nie byłam zbyt wymagającym dzieckiem, bo nie pamiętam, bym się zdziwiła, kiedy mama po raz pierwszy zmniejszyła mi porcję obiadową. Jedyne co to po zjedzeniu odczuwałam dziwną pustkę w żołądku, który domagał się kolejnych dostaw ziemniaczków utaplanych w gęstym, zawiesistym sosie zrobionym z zasmażki i podprawionym wiejską śmietaną. Kiedy weszłam do kuchni, by odstawić talerz, poczułam na sobie spojrzenie, w którym czaił się matczyny ból, że musi dziecku odmówić jedzenia, gdy tymczasem jak zwykle ugotowała więcej, by chętnym zapewnić poobiednią dokładkę.
Moja dieta trwała całe trzy dni, po których rodzicielka skapitulowała, widząc moje wielkie, błagające w ciszy oczy i smutną minę w trakcie wkładania talerza do zlewu. A może gwoździem do trumny było wylizywanie przeze mnie, niczym kotek miseczkę, talerza? Tak czy inaczej, niedysponująca ani dostateczną wiedzą, ani środkami finansowymi na kupno lepszych produktów niż ziemniaki i mielone, moja mama ostatecznie ogłosiła:
- Do nosa z tym odchudzaniem! Niech się doktorka sama głodzi!
Nie powiem, by mnie to zasmuciło. Od tego czasu mój brzuszek znowu był pełny, a ja szczęśliwa.
3
Uwielbiałam jazdę na rowerze, chociaż nie miałam zbyt często okazji wybierać się na dłuższe przejażdżki. Samej nie bardzo mi się chciało jeździć gdzieś dalej, a krążenie w kółko po podwórku było zbyt nudne, dlatego ucieszyłam się, gdy Anka i Marysia rzuciły hasło, by w sobotę jechać poza miasto. Rodzice nie mieli nic przeciwko, pogoda zapowiadała się naprawdę piękna, więc postanowiłyśmy wyruszyć z Rzeszowa do Borku Starego, a stamtąd skręcić na Obszary Kielnarowskie i przez Chmielnik dojechać do Zabratówki na Stawy Tarnawskie. Nie byłam pewna, czy damy radę, bo cała trasa liczyła przeszło dwadzieścia pięć kilometrów. Nie było jednak presji co do osiągnięcia celu, więc w każdej chwili mogłyśmy zawrócić. Dziewczyny miały zdecydowanie lepsze rowery od mojego, wyposażone w przerzutki, gdy tymczasem ja miałam zwyczajną miejską damkę, która pamiętała jeszcze czasy pierwszej komunii świętej. Rower świetnie się sprawdzał na płaskim terenie, po ulicach Rzeszowa, a nie na okolicznych wzniesieniach. Jednak oferta spędzenia aktywnego czasu była niezwykle kusząca. Nie wzięłam pod uwagę, że już po dziesięciu kilometrach siodełko będzie się niemal wrzynało w moje pośladki, dając uczucie nieznośnego pieczenia. Jeszcze trasa do Tyczyna, chociaż trochę niebezpieczna, bo prowadziła dosyć ruchliwą drogą, była przynajmniej płaska. Tylko gdzieniegdzie teren leciutko się wznosił, jednak nie na tyle, bym nie mogła bez przerzutek dać rady. Dobrze, że jechałyśmy tędy, a nie przez Malawę. Tam to dopiero była góra! Albo w Słocinie podjazd pod kapliczkę Świętego Rocha był wyzwaniem dla niejednego rowerzysty. Miałam okazję jechać tą trasą z tatą samochodem. Za to widoki z obydwóch miejsc były piękne! Pokochałam szczególnie okolice małej kaplicy pod wezwaniem świętej Marii Magdaleny.
Teraz jednak zamaszyście pedałowałam, zastanawiając się, w jaki sposób sobie ulżyć. Przecież nie mogłam powiedzieć dziewczynom, że chcę zawracać. Liczyłam, że do Zabratówki pewnie dojadę, ale później trzeba wrócić, a to mogło być ponad moje siły. Nie przypuszczałam, że moja kondycja jest taka kiepska.
Już wjechałyśmy w Chmielnik. Pierwsze dziesięć kilometrów miałyśmy za nami, droga popękana, z wybojami, za to mało uczęszczana, dawała nam bezpieczeństwo jazdy.
- Dziewczyny, zróbmy przerwę! - krzyknęłam za oddalającymi się koleżankami.
Niedaleko znajdował się mały, lokalny sklep, pod którym można było znaleźć nieco cienia. Czułam, jak moje uda się trzęsą, a do tyłka od strużek spływającego potu przykleiły mi się majtki wraz ze spodenkami, podobnie zresztą jak i koszulka. Mój rower nie miał bagażnika, więc całą drogę plecak z prowiantem był zawieszony na plecach, co niestety nie sprzyjało przepływowi powietrza.
- Jestem padnięta! - śmiałam się do dziewczyn. One też nie wyglądały najwyraźniej, prawdopodobnie również przeliczyły się ze swoimi siłami.
- Możemy kawałek prowadzić - zaproponowała Marysia.
Przy sklepie rosła płacząca wierzba. Jej gałązki delikatnie poruszały się w rytm nadawany przez wiatr. Temperatura w cieniu sięgała co najmniej trzydziestu stopni. Wieś, mimo zwyczajnego dnia pracy, była pogrążona w sennym niebycie. Nie to co miasto, które tętniło różnymi odgłosami. Tutaj, gdzieś z daleka, można było usłyszeć maszyny rolnicze, gdakanie kur albo ujadanie jakiegoś Burka biegającego luzem za ogrodzeniem. Na przydomowych pastwiskach pasły się łaciate krowy, od czasu do czasu rycząc w stronę domostw. Rzuciłam okiem na zegarek. No tak, pora dojenia. Wiedziałam o tym, bo miałam babcię na wsi i często jeździłam do niej na wakacje, kiedy byłam jeszcze w podstawówce. Niestety babcia dosyć wcześnie zmarła i moje wyjazdy na wieś szybko się skończyły. Jeszcze tylko od czasu do czasu wyprawiałam się z mamą do dziadka w odwiedziny, ale to już nie było to samo.
Przed sklepem stali miejscowi chłopcy. Umięśnieni, wysocy, z rozczochranymi włosami, na których widniał szary kurz. Chyba przerwali na chwilę pracę na pobliskiej budowie, bo mieli na sobie robocze ubrania, a w rękach trzymali po butelce z zimnym piwem. Nie lubiłam takiego towarzystwa, ale nie ja decydowałam o tym, kto i gdzie się znajduje.
Weszłyśmy do sklepu i po chwili z lodami w kubkach siedziałyśmy na przydrożnej fosie, czekając, aż zbyt mocno zmrożone lody nieco się roztopią.
Chłopcy rzucali na nas łapczywie wzrokiem. To znaczy bardziej na Marysię i Ankę, bo one były ode mnie zdecydowanie ładniejsze i przede wszystkim szczuplejsze. Tak uważałam. Zaczęli coś między sobą mówić, raz po raz wybuchając gromkim śmiechem, który na mój gust był nieco wymuszany. Jeden z nich, wysoki blondyn z bujną grzywką przeczesaną na prawą stronę, podszedł do nas.
- Skąd jedziecie? - Jego oczy dosłownie rozbierały Marysię z ubrania.
- Z Rzeszowa, a wy? - Anka uśmiechnęła się szeroko.
- Ano - odpowiedział, zakreślając łuk ręką - stąd. Robimy na budowie. - Podrapał się po głowie, najwidoczniej zawstydzony nieco swoim wyglądem. - A gdzie jedziecie?
- Do Zabratówki.
- To kawał drogi. - W uśmiechu pokazał rząd niezbyt równych zębów.
- Wiemy. - Do rozmowy włączyła się Marysia.
Pozostali chłopcy nabrali odwagi i też do nas podeszli. Czułam się wśród nich nieswojo, może dlatego, że prawie w ogóle nie zwracali na mnie uwagi, skupiając się tylko na moich koleżankach. Tak, jakbym nie istniała.
- Dziewczyny, jedziemy? Bo nawet do nocy w tym tempie nie damy rady - powiedziałam, wyrzucając kubek po lodach do śmietnika, nad którym brzęczały rozleniwione muchy i senne osy. Koleżankom była obojętna obecność chłopaków, wobec tego chętnie mi przytaknęły.
- Trzymajcie się - rzuciła Anka przez ramię do niezadowolonych z tego faktu rówieśników.
Ja oczywiście ruszyłam na końcu. Jeden z chłopaków w przypływie wątpliwego poczucia humoru krzyknął za mną:
- Gruba! To siodełko jest dla ciebie za małe!
Reszta zarechotała, a ja jeszcze mocniej poczułam moje pośladki wylewające się poza obręb siedziska.
Gula zaczęła mi rosnąć w gardle. Nie odwróciłam się i nie zatrzymałam, by im odpyskować. Poczucie wstydu nie pozwoliło mi na ciętą ripostę. Miałam tylko nadzieję, że koleżanki nie słyszały tego idiotycznego żartu.
4
Krzątałam się, jak mogłam, by zdążyć z kolacją dla rodziny. Tuż pod nogami cierpliwie dreptał nasz czworonożny pupil, Dywan, który oczekiwał na spadające okruchy. Piekło mnie w klatce piersiowej i szczypało w gardle, ale miałam nadzieję, że leki, które przed chwilą zażyłam, szybko pomogą. Na dodatek czułam się dziwnie pełna i w sumie nie miałam ochoty, by cokolwiek zjeść, tylko że jak to tak nie usiąść z rodziną do wspólnego posiłku?
- Co będziecie jeść na kolację? - krzyknęłam z głębi kuchni do dzieci siedzących w pokojach.
- Racuszki, mamusiu - odpowiedziała Amelka.
- A ja to bym tortillę z kurczakiem zjadł. - Krzysiek, starszy od Amelki o trzy lata, wychylił się z pokoju.
Piotr lada moment powinien wrócić z siłowni. Uprzedził, że będzie późno, ale najwidoczniej ćwiczenia wymagały poświęcenia więcej czasu. Nigdy nie zrozumiem tych zawodów w prześciganiu się, który więcej udźwignie. Ot, męska rywalizacja.
Mąż bardzo dbał o swoją sylwetkę. Takiego go poznałam w ostatniej klasie liceum, kiedy poszłam na międzyszkolny mecz koszykówki. Ten wysoki, barczysty chłopak od razu rzucił mi się w oczy. Ja również grałam w kosza, ale tylko od czasu do czasu, natomiast byłam zagorzałą fanką szkolnego koła sportowego. Nie opuszczałam żadnych rozgrywek, z podziwem patrząc, jak raz za razem moi ulubieńcy robili wrzuty do kosza. Co prawda nie byli tej klasy co rozgrywający w NBA zawodnicy, wyczyniający cuda na boisku. Tym drugim nikt nie mógł dorównać, ale i tak lubiłam lokalnych zawodników, świst sportowych butów po parkiecie i atmosferę wyczekiwania na zwycięzców. Westchnęłam na wspomnienie tamtych lat i choć może nie były tak odległe, to jednak poczułam jakiś sentyment.
Pół godziny później zapach racuchów roznosił się po całym mieszkaniu, a ja odkładałam na inny półmisek wrapy przeznaczone dla Piotra.
Już nakrywałam do stołu, gdy drzwi do mieszkania otworzyły się i wszedł mój mężczyzna, umęczony jak koń po westernie.
- Co za zapachy! - Przywitał nas uśmiechem od progu. - Kochanie, w sobotę jadę z chłopakami na narty. - I nim zdążyłam coś powiedzieć, zniknął w łazience.
Zatrzymałam się w pół kroku. Coś mnie zakłuło pod sercem.
- Piotr! Mieliśmy w sobotę jechać do kina! - krzyknęłam do męża, który już puszczał wodę pod prysznicem. Prawdopodobnie mnie nie słyszał.
Kiedy zasiedliśmy przy stole, zapytałam raz jeszcze, czy pamięta, że mieliśmy wspólne plany.
- Kochanie, kino nie ucieknie, a to jest naprawdę okazja! - Był bardzo przejęty. Co najmniej jakby miał jechać do Chin.
- A my? - W tym momencie miałam na myśli bardziej siebie niż dzieci.
- Ty na narty się nie nadajesz, Uluś, sama zobacz, jak wyglądasz. Mogę Krzysia zabrać, ewentualnie Amelkę, ale to bardziej męska wyprawa. Nikt z nas nie bierze rodziny.
Poczułam, jakbym dostała w twarz. Piotr powiedział to tak lekko i z uśmiechem, że nawet przez myśl mi nie przeszło, że zrobił to złośliwie. On po prostu zauważył to, czemu ja sama przed sobą zaprzeczałam. Byłam gruba.
- Kolację zjem później, teraz jestem padnięty. - Obserwowałam, jak Piotr powolnym ruchem odsuwa talerz z tortillą i wstaje od stołu, do którego dopiero co zasiadł. Patrzyłam i nie miałam pojęcia, co mam robić. W moich uszach cały czas dźwięczały słowa, że ja na narty się nie nadaję...
Mąż poszedł do swojego pokoju i zamknął za sobą drzwi, co wykorzystały dzieciaki, szybko uciekając i zostawiając mnie samą z bałaganem i zbolałym sercem. Nasypałam na talerzyk cukier puder i w niekontrolowanym odruchu wyciągnęłam Nutellę, której pokaźna część wylądowała na racuchach. Wpatrzona w pustą przestrzeń przed sobą, zaczęłam pałaszować. A co mi tam! I tak jestem gruba i nie pojadę na te cholerne narty!
5
Wiedziałem, że sprawię jej tym przykrość, ale nie mogłem inaczej. Cały czas byłem rozdarty pomiędzy tym, by spędzać czas z Ulą i dziećmi, a rzeczywistością, w której moja kobieta nie nadawała się do niczego. No, może niezupełnie do niczego, bo to brzmiało zbyt ogólnie, ale stała się ospała i niechętna, by brać udział w różnych formach aktywności. Tęskniłem za czasami, gdy bez zbędnego przygotowywania się po prostu braliśmy plecaki i jechaliśmy przed siebie, by później móc wędrować po szczytach Bieszczad, a wieczorem zmęczeni liczyć dystans, który pokonaliśmy. Biliśmy własne rekordy i to dawało nam szczęście. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy na świat przyszły dzieciaki, i to nie dlatego, że one były jakoś specjalnie absorbujące, ale dlatego, że nagle Ulka odpuściła. Kilogramy, które początkowo wpadały zupełnie nieproszone, zdawały się nie wpływać na jej życie, na nasze życie, ale każdy kolejny rok coraz bardziej zamykał ją w jej własnej skorupie. Stopniowo unikała wysiłku fizycznego, tłumacząc wszystko brakiem czasu. Fakt, dzieci wymagały więcej poświęcenia z jej strony, ale to nie mogło być usprawiedliwieniem dla jej najzwyklejszego w świecie lenistwa. I ten nieposkromiony apetyt na słodkie!
Przecież doskonale wiedziałem, że ma pochowane czekoladki i ciasteczka w różnych miejscach w kuchni. Ostatnio natknąłem się na nadgryziony batonik w dolnej szufladzie naszej komody, w której trzymała swoje sezonowe ubrania. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, by robić z siebie takiego głupka i chować słodycze przed Ulką. Bo przecież nie robiła tego przed sobą samą? Chociaż z drugiej strony nigdy nie wiadomo, co w otłuszczonym mózgu się dzieje.
Tak czy inaczej w tej chwili jej otyłość zaczynała mnie dobijać. I to może niekoniecznie z powodu jej wyglądu, ale w naszym życiu zmieniło się bardzo, ale to bardzo wiele.
Ten wyjazd z chłopakami od dawna był moim marzeniem. Planowaliśmy to od co najmniej dwóch lat, ale zawsze któremuś coś wypadało i termin wyjazdu odwlekał się w nieskończoność. Ustaliliśmy po wielkich trudach, że nie bierzemy swoich połówek, bo to ma być męski wypad. Jedyne co to ewentualnie, z naciskiem na to ostatnie, możemy zabrać swoich synów. Mój Krzysiu był bardzo energiczny i nie miałem najmniejszych wątpliwości co do jego jazdy na nartach. Wiedziałem, że nie będzie mi zawadzał, ale prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że tym razem chłopak mi odpuści. Nie wypadało się cieszyć, kiedy powiedział, że ma inne plany. Amelka nie była zwolenniczką zimowego szaleństwa. Zupełnie nie mogłem zrozumieć dlaczego, ale, jak się okazało, w tym momencie było mi to na rękę. Problem stanowiła moja żona. I to dosłownie problem. Jej waga i ostatnio zauważalne dolegliwości nie sprzyjały uprawianiu tak intensywnego sportu, jakim było narciarstwo. Gdyby się uparła i chciała ze mną jechać, miałbym poważny kłopot. Na pewno by nie uczestniczyła w stokowych szaleństwach, a wieczorami oczekiwałaby, wynudzona całodziennym siedzeniem w ośrodku, bym się nią zajmował. Tego nie dało się pogodzić! Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem ogromny bunt i chociaż to nie było fair w stosunku do Urszuli, postawiłem wszystko na jedną kartę, komunikując ostateczną decyzję dotyczącą wyjazdu bez wcześniejszego ustalenia.
Przyznaję, o kinie zapomniałem! Jednak teraz nie mogłem się już wycofać. Uciekłem do łazienki, nie chcąc patrzeć na jej gasnące oczy i minę mówiącą więcej, niż chciałem usłyszeć. Puściłem wodę z prysznica, starając się zagłuszyć ponure odgłosy rodzącego się wyrzutu sumienia.
Długo stałem pod strugami ciepłej wody, tak naprawdę bojąc się wyjść, by nie usłyszeć cierpkich słów od Ulki, ale kiedy już nabrałem odwagi i zasiadłem przy stole, jej mina odebrała mi cały apetyt. To było ponad moje siły, więc co miałem zrobić? Umknąłem do pokoju, jednak sumienie zaczęło dawać o sobie znać. Wyszedłem cicho, by spróbować to jeszcze przegadać z żoną, ale Ulka zajadała coś w kuchni odwrócona tyłem do mnie.
Już miałem zwrócić jej uwagę, że nie powinna, ale ostatecznie machnąłem tylko ręką i już na dobre poszedłem do swojego pokoju. Wiedziałem, że przemawianie jej do rozsądku to jak walenie głową w mur.