Mnich - Juliusz Słowacki

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MNICH

Jeden z braciszków zakonu w klasztorze na górze Sinai w Arabii, trudniący się zwyczajem średnich wieków prze- pisywaniem dzieł starożytnych pisarzy, na ostatniéj karcie przepisanéj xięgi dodaje następujące słowa:

W samotnéj celi, w Sinaju klasztorze, Czekam posępny aż wiek mój przeminie. Modlę się patrząc na czerwone morze, Albo na skwarne Arabów pustynie.

Oto jest owoc pracy zakonnika,

Oto na białym xięgi pargaminie, Co się na klamry srebrzyste zamyka, Są dzieje Rzymian, są dumania Greków, Wskrzeszone myśli które się zatarły,

Wskrzeszona pamięć dawnych wielkich wieków,

Które bez pisma jak ludzie pomarły. Moja to praca nadal je zachowa, Pod mojém piórem wzrastały wyrazy. Różnie barwiłem początkowe słowa,

Po ścianach błyszczą święcone obrazy.

Purpurę, złoto, i drogie błękity, Łączyłem cudną malowidła sztuką. Xięga ta będzie dla wieków nauką, Xięgę tę pisał mnich w celi ukryty.

Oto została karta nieskalana,

Zapiszę na niéj zdarzenie klasztorne. Było to w Roku... Narodzenia Pana... W dniu gdyśmy zbójców odparli napady ; Gdy już ucichły modlitwy wieczorne,

Stałem przy łożu śmiertelném z gromnicą,

Brat jeden konał, posępny i blady, Tak pod spowiedzi mówił tajemnicą...

SPOWIEDŹ MNICHA.I.

W zakonnéj celi! pod habitem mnicha, Konam samotny... Włóż kamień pod głowę,

Niech na nim zasnę... Noc ciemna i cicha.

Myśl moja wyschła jak źródło stepowe, Ja sam jak palma usycham i więdnę. Niegdyś na czele pokolenia ludu, Ścigałem w piaskach z płócien miasta błędne.

Niegdyś szczęśliwy wśród nędzy i trudu,

Pogardy okiem patrzyłem na nędzę. A gdy mnie rospacz przyciśnie gwałtowna, Nie zwykłem jęków tłumić pod namiotem, Sam cierpiąc, drugim cierpienia oszczędzę,

I cisnę sztylet, stal jego hartowna,

Tak można było pisać na nim złotem, Jako ty piórem piszesz w swojéj xiędze.

II.

Marzyła dusza. Ileż razy w spieki, Ścigałem w stepach znikome obrazy;

Często myślałem że już niedaleki,

Odpocznę w cieniu kwiecistéj oazy, Płoche to było i marne złudzenie. Ale raz z wiatru zachodnim powiewem, Doszło mię dzikie, melodyjne pienie,

Wypuszczam konia i gonię za spiewem.

Spiew ten brzmiał w niebie, na ziemi, dokoła, Coraz doganiam wyraźniejsze tony; Wkrótce ujrzałem złoty krzyż kościoła, Tym smutnym spiewem brzmiały wasze dzwony.

Wchodzę, stanąłem przy ciemnym filarze,

Już nie pamiętam wrażenia téj chwili. W oczach się lśniły złociste ołtarze, Wyście spiewali i światła palili.

Ściana jak niebo gwiazdami okryta;

Każda kolumna jak palma stepowa,

A na jéj czole złoty liść roskwita, A pod jéj stopą skała marmurowa. Promień z barwionych bijąc szyb kościoła, Niósł z sobą obraz na szkle malowany,

A potém w dymie kadzideł zbłąkany,

W mglistych błękitach utworzył anioła; Nie znałem wówczas sztuki malowidła, Widziałem tylko że anioł nademną, Rostaczał złotem malowane skrzydła,

Spływał i patrzał w duszę moją ciemną...

W ten czas rzuciłem ojców moich wiarę...

III.

Ty mówisz mnichu że to dzieło cnoty? Ale Bóg ciężką zesłał na mnie karę, Dni moje gorzkie zatruły zgryzoty,

Wszyscy odbiegli, bracia się zaparli,

Sam ojciec przeklął... "Idź wyrodne dziecie! Idź w świat i zostań sam jeden na świecie!" Przeklął - i wszyscy przedemną pomarli.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.