Rozdział III
PAN RILEY UDZIELA RADY W SPRAWIE SZKOŁY TOMKA
Ten pan z wielkim białym fontaziem i w żabocie, popijający w miłym nastroju brandy z wodą wraz ze swoim przyjacielem Tulliverem, to pan Riley. Jest to mężczyzna o woskowej cerze, tłustych dłoniach i dużym, jak na licytatora i taksatora, wykształceniu; ma on też szczere, otwarte serce, które każe mu zachować wielką bonhommie w stosunku do prostych wiejskich ludzi o gościnnych obyczajach. O takich znajomych pan Riley mówi łaskawie jako o ludziach "starej szkoły".
Nastała chwila milczenia w rozmowie. Pan Tulliver, nie bez specjalnego powodu, powstrzymał się od powtórzenia po raz siódmy chłodnej odpowiedzi Rileya, która była dowodem, iż ów dżentelmen bije Dixa na głowę; nie stwierdził też po raz siódmy, że Wakem ma na zawsze przycięte skrzydełka, teraz, kiedy sprawa tamy została oddana do arbitrażu, i że nigdy nie byłoby najmniejszych dyskusji na temat wysokości wody, gdyby każdy zechciał pozostać tym, czym jest, i gdyby diabeł nie stworzył adwokatów. Pan Tulliver trzymał się na ogół bezpiecznych, tradycyjnych poglądów, ale w paru przypadkach zaufał wyłącznie własnemu rozumowi i doszedł do kilku nader wątpliwych wniosków, między innymi, że szczury, wołki zbożowe i adwokaci zostali stworzeni przez diabła. Nie było, niestety, nikogo, kto by go uświadomił, że jest to wybujały manicheizm, może bowiem wtedy młynarz zrozumiałby swój błąd. Dzisiaj jednak nie ulegało dla niego wątpliwości, że zatriumfował pierwiastek dobra: ta cała sprawa z siłą wodną to bardzo zawikłana historia, chociaż gdyby na nią patrzeć z jednego tylko punktu widzenia, wydawać by się mogło, że jest prosta i gładka jak sama woda. Ale choćby nie wiem jak dziwna i skomplikowana - nie pognębi Rileya. Pan Tulliver przygotował sobie mocniejszą niż dotąd mieszaninę brandy z wodą i, jak na człowieka, na którego koncie musiało zawsze leżeć parę setek, zaczął być nierozważnie szczery w swych zachwytach nad talentami gościa.
Ale tama była niełatwym do zmiany tematem rozmowy; można go przecież było zawsze podjąć w tym samym miejscu i dokładnie w tym samym stanie. Lecz, jak wiadomo, istniała jeszcze jedna sprawa, co do której pan Tulliver ogromnie potrzebował rady pana Rileya. To właśnie stanowiło ów specjalny powód, dla którego po ostatnim łyku pan Tulliver umilkł i zaczął trzeć kolano w sposób wyrażający zamyślenie. Nie był człowiekiem zdolnym do szybkich zmian i zwrotów. Dziwny jest ten świat - zwykł mawiać. Jak się powozi końmi zbyt szybko, można się rozbić na zakręcie. Pan Riley tymczasem nie okazywał niecierpliwości. Dlaczegóż miałby ją okazywać? Nawet Hotspur musiałby być cierpliwy, gdyby tak siedział, wsparłszy bambosze o kominek, zażywając tęgie niuchy tabaki i popijając na cudzy koszt brandy z wodą.
- Myślę i myślę ciągle o jednej sprawie - zaczął wreszcie pan Tulliver cichszym niż zazwyczaj głosem, odwracając się i spoglądając przeciągle na swego towarzysza.
- Aha - odparł pan Riley z umiarkowanym zainteresowaniem. Miał ciężkie woskowe powieki i wysoko sklepione łuki brwi, zawsze nieruchome. Ten zakrzepły wyraz twarzy i zwyczaj zażywania niucha tabaki przed udzieleniem interlokutorowi odpowiedzi sprawiał, iż pan Tulliver uważał licytatora za wyrocznię absolutną.
- To sprawa specjalna - ciągnął. - Chodzi mi o Tomka, mojego syna.
Madzia, która siedziała na niskim stołeczku koło komina, trzymając na kolanach wielką, otwartą księgę, na dźwięk tego imienia wstrząsnęła gęstwą czarnych włosów i szybko podniosła wzrok. Kiedy dziewczyna marzyła nad książką, niewiele było dźwięków zdolnych ją obudzić, lecz imię Tomka działało zawsze jak najostrzejszy gwizdek. Natychmiast miała się na baczności i spoglądała wokół błyszczącym wzrokiem jak skye terrier wietrzący nieszczęście, gotów rzucić się na każdego, kto groził Tomkowi.
- Widzisz pan, chciałbym go oddać do innej szkoły na Świętego Jana. Przestanie chodzić do akademii od Zwiastowania i przez kwartał puszczę go luzem, ale potem chcę go posłać do pierwszorzędnych nauczycieli, którzy go wykształcą jak należy.
- Cóż - odparł pan Riley. - Dobre wykształcenie to największy atut, jaki pan może mu dać. Co nie znaczy wcale - dodał grzecznie i znacząco - że człowiek nie może być świetnym młynarzem i farmerem, a poza tym bystrym i mądrym jegomościem, mimo iż nie otrzymał wielkiej pomocy od nauczyciela.
- Rozumie się - odparł pan Tulliver, mrugając i przekrzywiając nieco głowę - ale w tym właśnie cała rzecz. Nie chcę, żeby z Tomka był młynarz czy farmer. Nic w tym dobrego. Jak go na takiego wyprowadzę, to będzie tylko czekał, żeby mi wyciągnąć z rąk młyn i grunta, i ciągle gadał, że już na mnie czas odpocząć i pomyśleć o tamtym świecie. Nie, dosyć się napatrzyłem takich rzeczy między synem i ojcem. Póki na mnie czas nie przyjdzie, to się w piernaty nie położę. Dam Tomkowi wykształcenie i zaprzęgnę go do jakiejś roboty, żeby sobie sam uścielił gniazdko, zamiast mnie wypychać z mojego. Wystarczy, że je dostanie, jak umrę. Póki mam zęby zdrowe, chcę jeść befsztyki, a nie siekaninę.
Widoczne było, że pan Tulliver tę właśnie możliwość wziął sobie mocno do serca, a roznamiętnienie, które przydało jego mowie ognia i werwy, nie wygasło przez kilka minut jeszcze, lecz wyrażało się wyzywającym przekrzywieniem głowy w tę, to w tamtą stronę i wyrzucanym od czasu do czasu warkliwym pomrukiem: "Nie, nie!".
Te gniewne słowa do żywego dotknęły Madzię, która bacznie się im przysłuchiwała. Wynikało z nich, że dopuszcza się możliwość, iż Tomek jest zdolny wyrzucić ojca z domu i podłym postępowaniem doprowadzić rodzinę do jakiegoś tragicznego końca. To było nie do zniesienia, toteż Madzia poderwała się ze stołka, zapominając o książce, która z hukiem upadła na dywanik przed kominkiem, i wcisnąwszy się między ojcowskie kolana, odezwała się głosem pełnym łez i oburzenia:
- Ja wiem na pewno, tatusiu, że Tomek nigdy nie będzie dla ciebie niedobry, nigdy, nigdy...
Pani Tulliver nie było w pokoju, doglądała bowiem przygotowań do znakomitej kolacji, pan Tulliver zaś wzruszył się ogromnie, toteż nikt nie wyłajał Madzi za książkę, którą tymczasem pan Riley spokojnie podjął i zaczął oglądać. Młynarz śmiał się hałaśliwie, a jego twardą twarz rozjaśniło ciepłe uczucie, gdy poklepywał po plecach swoją małą córeczkę, potem zaś ujął jej dłonie i trzymał ją tak pomiędzy kolanami.
- Cóż to! Nie można powiedzieć o Tomku nic złego, hę? - zapytał, mrugając ku niej, potem zaś, zniżonym nieco głosem, jakby Madzia nie mogła go słyszeć, zwrócił się do Rileya:
- Wszystko rozumie, co się mówi. Powinieneś pan słyszeć, jak czyta - z miejsca, jakby to dawno znała. I ciągle siedzi z książką. Ale to niedobrze, niedobrze... - dodał smutnie, dławiąc w sobie tę niepotrzebną radość. - Kobieta nie powinna być za mądra, to się może tylko na złe dla niej obrócić. Ale powiadam panu - tu znowu radość wyraźnie wzięła górę nad złymi przeczuciami - powiadam panu, że czyta i rozumie wszystko, co stoi w książkach, lepiej niż niejeden dorosły!
Policzki Madzi zaczął pokrywać rumieniec triumfu i podniecenia; pan Riley z pewnością zacznie teraz odczuwać dla niej pewien szacunek, bo jasne było, że przedtem uważał ją za zupełne nic.
Taksator przerzucał kartki książki; nie mogła odczytać nic z tej twarzy o wysoko sklepionych brwiach. Nagle jednak spojrzał na nią i rzekł:
- Chodź tutaj i powiedz mi coś o tej książce. Znalazłem w niej parę obrazków, chciałbym wiedzieć, co one znaczą.
Policzki Madzi pokrył jeszcze ciemniejszy rumieniec: podeszła bez wahania do łokcia pana Rileya, odrzuciła z oczu czarną grzywę i ująwszy brzeg książki, zaczęła tłumaczyć.
- Powiem panu chętnie, co one znaczą. To straszny obrazek, prawda? Ale nie mogę się powstrzymać i ciągle na niego patrzę. Ta stara kobieta w wodzie to czarownica - wrzucili ją do rzeki, żeby zobaczyć, czy to czarownica, czy nie, i jeśli umie pływać, to jest czarownica, a jeśli się utopi na śmierć, wie pan, to jest niewinna, wcale nie czarownica, tylko biedna, stara głupia kobieta. Ale niech mi pan powie, co jej z tego przyjdzie, jeśli już będzie nieżywa? Chyba to, myślę, że pójdzie do nieba i Pan Bóg jej jakoś wynagrodzi. A ten straszny kowal, co tak się śmieje, wsparty pod boki... czy on nie okropny?... Powiem panu, kto to taki. To diabeł, naprawdę - tu Madzia podniosła nieco głos i mówiła dobitnie - a nie prawdziwy kowal; bo diabeł przybiera postać złych ludzi i chodzi po świecie, i zmusza innych, żeby robili złe rzeczy, i częściej przybiera postać złego człowieka niż inną, bo, wie pan, jeśliby ludzie zobaczyli, że to diabeł, taki ryczący, toby od niego uciekli, a on nie mógłby ich zmusić, żeby robili, co on chce.
Pan Tulliver przysłuchiwał się temu wykładowi skamieniały w zdumieniu.
- Cóż to za książkę wzięła ta smarkata! - wybuchnął wreszcie.
- To Historia Szatana Daniela Defoe, może nienajlepsza lektura dla małej dziewczynki - wyjaśnił pan Riley. - Jakże się ona znalazła między pańskimi książkami?
Madzia była spłoszona i nieco urażona.
- To jedna z tych, które kupiłem na wyprzedaży u Partridge'a - wyjaśniał pan Tulliver. - Wszystkie były tak samo oprawione - ładna oprawa, sam pan widzisz - i myślałem. że to bez wyjątku dobre książki. Znalazłem między nimi Jeremy'ego Taylora Pobożne życie i śmierć, czytam to często w niedzielę (młynarz miał poczucie pewnej zażyłości z owym wielkim pisarzem, ponieważ sam miał na imię Jeremy), a poza nią jest ich jeszcze kupa - przeważnie kazania, tak mi się zdaje. A że wszystkie mają takie same okładki, myślałem, że są, jakby to powiedzieć, tego samego gatunku. Ale widać teraz, że nie można sądzić po okładkach. Dziwny jest ten świat.
- Cóż - zaczął pan Riley górnym, pouczającym tonem, głaszcząc Madzię po głowie - radzę ci odłożyć Historię Szatana i znaleźć sobie jakąś ładniejszą książkę. Nie masz ładniejszych?
- O, mam! - Chęć udowodnienia, iż ma różnorodną lekturę, dodała Madzi sił. - Ja wiem, że to troszkę nieładnie czytać tę książkę, ale lubię w niej obrazki i wymyślam sobie do nich sama różne opowiadania, wie pan. Ale mam jeszcze Bajki Ezopa i książkę o kangurach i innych zwierzętach, i Wędrówkę pielgrzyma...
- Aaa, to bardzo ładna książka - pochwalił ją pan Riley. - Trudno o lepszą.
- Ale tam też jest dużo o diable - oświadczyła Madzia triumfalnie. - Pokażę panu jego rysunek, kiedy jest we własnej postaci i walczy z Chrześcijaninem.
Skoczyła błyskawicznie w kąt pokoju, wlazła na krzesło, wyciągnęła z malutkiej biblioteczki zniszczony stary egzemplarz Bunyana i otworzyła go natychmiast, nie próbując nawet szukać, na właściwym obrazku.
- O, tutaj jest - tłumaczyła, wracając szybko do pana Rileya. - Tomek pomalował mi go farbami, kiedy był w domu podczas ostatnich wakacji. - Ciało całe czarne, wie pan, a oczy czerwone jak ogień, bo on ma w środku sam ogień, który wyłazi przez oczy.
- Przestań już, przestań - rozkazał stanowczo pan Tulliver, który czuł się dosyć niezręcznie, słuchając tych swobodnych uwag o zewnętrznym wyglądzie istoty dość potężnej, by stwarzać adwokatów. - Zamknij tę książkę i żebym więcej nie słyszał nic podobnego. Myślałem już nieraz, że dzieciak więcej wyniesie z tego czytania złego niż dobrego. Idź i poszukaj matki.
Madzia, świadoma niełaski, zamknęła natychmiast książkę, ale, nie mając bynajmniej ochoty szukać matki, załatwiła sprawę kompromisowo, kryjąc się w ciemnym kątku za fotelem ojca i kołysząc swą lalkę, do której, w czasie nieobecności Tomka, odczuwała chwilami napływy czułości. Strojem lalki nie zajmowała się nigdy, lecz na woskowe policzki sypała tyle gorących pocałunków, że wyglądały starczo i niezdrowo.
- Słyszałeś pan kiedy coś podobnego? - zapytał pan Tulliver, gdy Madzia się wycofała. - Jaka szkoda, że to nie chłopak! Ta już dałaby sobie radę z adwokatami, nie ma co gadać. Zawsze mnie to zdumiewa - tu zniżył nieco głos - bo wybrałem sobie jej matkę dlatego, że nie była specjalnie mądra, ale za to ładna, z rodziny słynnej z dobrych gospodyń. Wybrałem ją z kilku sióstr, bo była, jakby to powiedzieć, nietęga na umyśle, a ja nie chciałem, żeby mnie kto uczył przy moim własnym kominku, co jest dobre, a co złe. Ale, widzisz pan, kiedy mężczyzna ma sam trochę oleju we łbie, nie wiadomo, na kogo on przejdzie, i taka miła, spokojna kobietka może panu rodzić głupich chłopaków i mądre dziewczyny, aż się człowiekowi zdaje, że świat stanął na głowie. Dziwne to rzeczy.
Powaga pana Rileya ustąpiła nieco, kiedy otrząsnął się po tęgim niuchu tabaki i rzekł:
- Ale pański syn to nie żaden głuptas! Widziałem go tutaj, kiedy byłem ostatnim razem; robił właśnie jakąś wędkę i całkiem dobrze dawał sobie z tym radę.
- Nie można powiedzieć, żeby był głupi. Zna się tam na rybach i ptakach, ma trochę zdrowego rozumu i potrafi podejść do każdej sprawy jak należy. Ale brak mu obrotnego języka, czyta słabo, nie lubi książek, pisze, jak mi mówią, z błędami, a przy obcych to już jest taki nieśmiały, że i pary z gęby nie puści, nie to, co ta smarkata. Chcę go więc posłać do szkoły, gdzie go nauczą ruszać piórem i językiem i zrobią z niego gładkiego chłopaka. Chcę, żeby mój syn był równy tym wszystkim, którzy mnie na początku bili swoim wykształceniem. Gdyby świat pozostał taki, jakim go Pan Bóg stworzył, to już ja bym wiedział, co robić - najlepszemu dałbym radę; ale wszystko jest teraz tak powykręcane, pozawijane w jakieś słowa bez sensu, że wcale nie przypomina tego, czym było na początku, a ja coraz częściej nie mogę się połapać, o co chodzi. Wszystko tak się zawikłało, że im człowiek jest normalniejszy, tym bardziej musi się dziwić.
Pan Tulliver nabrał w usta trunku, połknął go wolno i potrząsnął melancholijnie głową, świadom, iż dowiódł prawdy, że umysł w pełni zdrowy czuje się nieswojo na tym zwariowanym świecie...
- Ma pan zupełną słuszność - stwierdził pan Riley. - Lepiej wydać setkę czy nawet dwie na wykształcenie syna, niż zostawiać mu te pieniądze w spadku. Wiem, że sam postąpiłbym w ten sposób, gdybym miał syna, chociaż, Bóg mi świadkiem, że nie znalazłbym na to, jak pan, pieniędzy w banku. Mam za to w domu córek pod dostatkiem.
- Słyszałeś pan na pewno o jakiejś odpowiedniej dla Tomka szkole - współczucie na wiadomość o braku gotówki w domu pana Rileya nie odwróciło uwagi pana Tullivera od interesującej go sprawy.
Pan Riley zażył tabaki i przez chwilę trzymał młynarza w niepewności, pogrążony, jak się zdawało, w głębokim zamyśleniu.
- Wiem o pewnej nadarzającej się okazji dla kogoś, kto ma na to pieniądze, a pan je przecież ma. Żadnemu z moich przyjaciół nie radziłbym oddawać syna do regularnej szkoły, jeśli stać by go było na coś lepszego. Ale jeśliby kto chciał dać synowi naprawdę dobre wykształcenie i wychowanie u pierwszorzędnego nauczyciela, który dla chłopaka byłby jednocześnie towarzyszem, a przy tym nie byle jakim człowiekiem, to znam takiego. Nie każdemu wspominałbym o tym, bo nie każdy mógłby się tam dostać, nawet gdyby się bardzo starał, ale mówię o tym panu, między nami.
Nieruchomy, badawczy wzrok, jakim pan Tulliver wpatrywał się w wyroczną twarz swego przyjaciela, ożywił się nagle.
- No, no, posłuchajmy. - Poprawił się w fotelu, z zadowoloną miną człowieka, któremu ktoś chce zawierzyć ważne informacje.
- To jegomość, który skończył Oxford - zaczął pan Riley znacząco, po czym mocno zacisnął usta i patrzył, jaki efekt wywrze ta niesłychana wiadomość na młynarzu.
- Ach, pastor - odparł pan Tulliver z lekkim powątpiewaniem.
- Tak, człowiek z ukończonym fakultetem. Wydaje mi się, że biskup ma o nim bardzo wysokie mniemanie - no tak, przecież to biskup dał mu obecną prebendę.
- Aha - odparł pan Tulliver, dla którego oba te pojęcia, pochodzące z nieznanych mu sfer, były jednakowo niezwykłe. - Ale cóż on może mieć wspólnego z Tomkiem, wobec tego?
- Sprawa w tym, że on jest zamiłowany w naukach i pragnie kontynuować studia, a jako duchowny nie ma na to możliwości przy swych zajęciach duszpasterskich. Chce wobec tego wziąć do siebie jednego lub dwóch chłopców, by właściwie wypełnić swój czas. Chłopcy będą jak w rodzinie, to dla nich wymarzone, ciągle pod okiem Stellinga.
- Ale czy pan myśli, że będą tam dawać małemu podwójną porcję puddingu? - zapytała pani Tulliver, która właśnie wróciła do pokoju. - On lubi pudding jak nikt na świecie, a dla chłopca, który rośnie... okropność pomyśleć, że mu tam będą skąpić!
- A ile on za to policzy? - zapytał pan Tulliver, który czuł instynktownie, że usługi kogoś, kto ma skończony fakultet, będą bardzo kosztowne.
- Cóż, znam pewnego duchownego, który za młodszych uczni żąda sto pięćdziesiąt funtów, a nie można go nawet porównać ze Stellingiem, tym, o którym mówię. Wiem z dobrych źródeł, że ktoś na bardzo wybitnym stanowisku w Oxfordzie powiedział: "Stelling mógłby zajść ogromnie wysoko, gdyby tylko chciał. Ale on nie dba o uniwersyteckie zaszczyty. To człowiek cichy, nie żaden krzykacz".
- O, to lepiej, o wiele lepiej - mówił pan Tulliver - ale sto pięćdziesiąt funtów to niezwykła cena. Nie myślałem tyle płacić.
- Pozwól pan sobie powiedzieć, kochany panie, że jak na dobrą edukację to wcale nie jest drogo. Ale Stelling stawia bardzo umiarkowane warunki - to nie jest człowiek chciwy. Pewien jestem, że weźmie pańskiego syna za sto funtów, a na to poszedłby nie każdy pastor. Jeśli pan chce, napiszę do niego w pańskiej sprawie.
Pan Tulliver pocierał kolano i w zamyśleniu wpatrywał się w dywan.
- A może to stary kawaler? - podsunęła tymczasem jego żona. - Ja tam nie mam zaufania do gospodyń. Mój brat, ten, co umarł, miał kiedyś gospodynię, która wyciągnęła połowę pierza z najlepszej pierzyny, zapakowała i gdzieś wysłała. A ile płótna ukradła, to nie wiadomo, nazywała się Stott. Serce by mi pękło, gdybyśmy mieli wysyłać Tomka tam, gdzie rządzi gospodyni, a mam nadzieję, że i ty o tym nie myślisz, mój drogi.
- Jeśli o to idzie, może pani być spokojna - wyjaśnił Riley - bo Stelling jest żonaty z przemiłą kobietką. Każdy by sobie takiej życzył. To najlepsza dusza pod słońcem, znam dobrze jej rodzinę. Ma cerę bardzo podobną do pani i jasne, wijące się włosy. Pochodzi z dobrej rodziny z Mudport i jeśli idzie o uczniów jej męża, nie każdą ofertę przyjmie. Stelling to niecodzienny człowiek. Bardzo wybredny, jeśli idzie o ludzi, z którymi utrzymuje stosunki. Wydaje mi się jednak, że nie będzie miał zastrzeżeń co do pańskiego syna - chyba nie, przy moich rekomendacjach.
- Nie widzę, co też mógłby mieć przeciwko mojemu chłopcu - w głosie pani Tulliver znać było lekki odcień matczynej urazy. - Ładny chłopak z cerą jak brzoskwinia, aż popatrzeć miło.
- Myślę tylko o jednym - odezwał się młynarz po długich oględzinach dywanu, przekrzywiając głowę na bok i spoglądając na pana Rileya. - Czy pastor nie będzie za bardzo uczony na to, żeby zrobić z chłopaka człowieka interesu? W moim pojęciu wykształcenie pastora musi być trochę z innego świata. A ja nie tego chcę dla Tomka. Chcę, żeby znał liczby i pisał jak drukowane, żeby szybko umiał się we wszystkim połapać, rozumiał, o co innym chodzi, i potrafił wszystko owinąć w takie słowa, żeby się do nich prawnik nie mógł przyczepić. Dobra to rzecz - zakończył pan Tulliver, potrząsając głową - móc powiedzieć komuś, co się o nim myśli, i nie zapłacić za to.
- Och, drogi panie - westchnął Riley - ma pan zupełnie fałszywe mniemanie o duchowieństwie. Najlepsi nauczyciele to duchowni. Ogólnie biorąc, nauczyciele, którzy nie są w duchownym stanie, to nic dobrego.
- To by się zgadzało, jeśli chodzi o Jacobsa z akademii - przerwał mu pan Tulliver.
- Właśnie, tacy, którym się nie powiodło w innych zawodach, najczęściej. A duchowny staje się dżentelmenem przez swój zawód i wykształcenie. Poza tym posiada wiedzę, która da chłopcu właściwe fundamenty i pozwoli mu uczciwie pójść każdą drogą. Wielu jest duchownych, zwykłych moli książkowych, ale, niech mi pan wierzy - Stelling nie z takich. Ten człowiek ma oczy szeroko otwarte. Niech pan mu tylko da maleńkie wskazówki. Mówi pan teraz o cyfrach. Powinien pan powiedzieć Stellingowi: Chcę, żeby mój syn rachował pierwsza klasa. O resztę może się pan nie martwić.
Pan Riley przerwał na chwilę, a pan Tulliver, nieco już przekonany do pedagogicznych zdolności duchowieństwa, powtarzał w myślach swą przemowę do wyimaginowanego pana Stellinga: Chcę, żeby mój syn rachował pierwsza klasa.
- Zrozum pan, drogi panie - ciągnął Riley - że człowiek o tak znakomitym wykształceniu jak Stelling nie ma kłopotów z żadną gałęzią nauczania. Kiedy stolarz wie, jak się obchodzić z narzędziami, potrafi zrobić zarówno stołek, jak i okno.
- Co prawda, to prawda - odparł młynarz, teraz już zupełnie przekonany, że duchowny to najlepszy pedagog.
- Powiem panu, co dla pana zrobię - zaproponował Riley - a nie zrobiłbym tego dla każdego. Kiedy wrócę do Mudport, wstąpię do teścia Stellinga albo zostawię mu parę słów, że pan chce umieścić syna u jego zięcia. Pewny jestem, że Stelling panu odpisze i postawi swoje warunki.
- Ale przecież nam się nie spieszy - zaoponowała pani Tulliver. - Mam nadzieję, mój drogi, że nie wyślesz Tomka do nowej szkoły przed Świętym Janem. Do akademii poszedł na Zwiastowanie i sam widzisz, co z tego wyszło dobrego.
- Oj, moja Bessy, na Świętego Michała nigdy nie warz piwa ze złego słodu, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie - śmiał się młynarz, mrugając do pana Rileya, z oczywistą dumą człowieka, który ma żonę hożą i wyraźnie od niego głupszą. - Ale to prawda, nam się nie spieszy, masz w tym swoją rację, Bessy.
- Wydaje mi się, że nie należy zbyt długo zwlekać z tą sprawą - odparł spokojnie Riley. - Stelling może mieć inne propozycje, a wiem dobrze, że nie weźmie więcej niż dwóch, trzech uczniów. Na pańskim miejscu pogadałbym z nim zaraz. Nie musi pan wysyłać chłopca przed Świętym Janem, ale lepiej być ostrożnym i upewnić się, że nikt pana nie ubiegnie.
- Tak, w tym jest pewna racja - przyznał młynarz.
- Tatusiu - wtrąciła Madzia, która, niezauważona, prześliznęła się znowu do boku ojca i słuchała z rozchylonymi ustami. Lalkę trzymała do góry nogami, przyciskając mocno jej nosek do drewnianego fotela. - Tatusiu, czy Tomek ma jechać gdzieś daleko? Czy będziemy tam do niego jeździć?
- Nie wiem, moja mała - odparł czule ojciec. - Zapytaj pana Rileya, on wie.
Madzia obróciła się szybko i stanąwszy przed taksatorem, zapytała:
- Jak to daleko?
- O, bardzo daleko - odparł ów dżentelmen, pewien, że jeśli dzieci są grzeczne, trzeba do nich przemawiać w sposób żartobliwy. - Musisz sobie pożyczyć siedmiomilowe buty, jeśli chcesz tam dojść.
- To bzdura - odparła Madzia, wyniośle potrząsając głową i odwracając oczy, w których zabłysły łzy. Zaczynała nie cierpieć pana Rileya. Wyraźnie uważał ją za głuptasa, z którym się nie trzeba liczyć.
- Cicho, Madziu, wstydź się zadawać pytania i zawracać panu głowę - skarciła ją matka. - Chodź, siadaj tu na stołeczku i bądź cicho. Ale - dodała, czując, że i w niej narodził się niepokój - czy to tak daleko, że nie będę go mogła oprać i obcerować?
- Około piętnastu mil wszystkiego razem - uspokoił ją pan Riley. - Możecie państwo w jeden dzień obrócić tam i na powrót, zupełnie wygodnie. Albo też - Stelling jest miłym, gościnnym człowiekiem - rad was zatrzyma na noc.
- Wydaje mi się, że to za daleko na wożenie mu zmiany pościeli - zauważyła ze smutkiem pani Tulliver.
Podana kolacja we właściwym momencie odsunęła ten problem na później, uwalniając pana Rileya od kłopotu wynalezienia jakiegoś rozwiązania lub kompromisu, czego podjąłby się z całą pewnością. Jak bowiem zauważyliście na pewno, był to człowiek o ujmującym usposobieniu. Doprawdy, wierzcie mi, wziął na siebie kłopot rekomendowania Stellinga panu Tulliverowi bez najmniejszych nadziei na korzyści materialne, wbrew pewnym delikatnym wzmiankom, które mogły wprowadzić w błąd zbyt domyślnego obserwatora. Nie ma nic bardziej mylącego niż domyślność, która wpadła na fałszywy trop, zaś domyślność połączona z przekonaniem, że ludzie na ogół mówią i działają z określonych względów i dla określonych korzyści, z pewnością pójdzie na marne w tym pościgu za wyimaginowaną zwierzyną. Chciwość zdolna do intryg i przemyślna wynalazczość, na służbie samolubstwa, kwitną teraz tylko w świecie dramatopisarzy; wymagają one zbyt wielkiej sprawności umysłowej od naszych bliźnich, by można ich było o to posądzać. Przecież łatwo zatruć życie sąsiadom bez tak ogromnych wysiłków; można to zrobić za pomocą leniwej bierności i leniwego przymykania oczu na wszystko, za pomocą przyziemnych fałszerstw, dokonywanych właściwie bez przyczyny, i drobnych oszustw łagodzonych drobnymi ekstrawagancjami; za pomocą przemyślnych pochlebstw i niezręcznie improwizowanych insynuacji. Wszyscy żyjemy pośród naszych małych spraw, a w każdym razie większość z nas, obracając się w najbliższym kręgu bezpośrednich potrzeb, potrafi tylko chwytać kęsy, by zaspokoić pierwszy głód, a rzadko myśli o siewnym ziarnie na przyszłoroczne zbiory.
Pan Riley był człowiekiem interesu, nieobojętnym na własne korzyści, ale małe bodźce bardziej go pobudzały do działania niż dalekosiężne plany. Nie znał prywatnie wielebnego Waltera Stellinga, wprost przeciwnie; niewiele wiedział o ukończonym fakultecie i innych osiągnięciach pastora, nie tyle w każdym razie, ile musiałby wiedzieć, by tak go zachwalać panu Tulliverowi. Pan Riley wierzył jednak, iż pastor jest znakomitym znawcą klasyki, ponieważ tak powiedział Gadsby, a cioteczny brat Gadsby'ego prowadził w Oxfordzie ćwiczenia ze studentami. Opinia kuzyna Gadsby'ego była o wiele solidniejszą podstawą do pochlebnych przekonań o pastorze niż bezpośrednie obserwacje Rileya. Chociaż bowiem dżentelmen ten liznął trochę wiedzy klasycznej w znakomitej Szkole Mudporckiej i miał poczucie, iż ogólnie biorąc zna łacinę, trudno mu było pojąć cośkolwiek z jakiegoś łacińskiego tekstu. Niewątpliwie pozostał mu jeszcze subtelny smak młodzieńczych kontaktów z De Senectute 2 i czwartą księgą Eneidy, ale nie można już tego było nazywać smakiem klasycyzmu, lecz raczej czymś, co przydawało dodatkowej finezji i siły perswazji jego licytatorskim manierom. Poza tym Stelling skończył Oxford, a oxfordczycy byli zawsze - nie, nie, to absolwenci Cambridge byli zawsze znakomitymi matematykami. Ale człowiek z uniwersyteckim wykształceniem może uczyć wszystkiego, co mu się tylko podoba, zwłaszcza zaś taki człowiek jak Stelling, który podczas pewnej politycznej uroczystości wygłosił mowę na oficjalnym obiedzie w Mudport i tak dobrze wywiązał się z zadania, iż wszyscy mówili, że ten zięć Timpsona ma głowę na karku. Trudno zresztą przypuścić, by ktoś z mudportczyków, parafian św. Urszuli, nie skorzystał z okazji wyświadczenia przysługi zięciowi Timpsona, Timpson bowiem był jednym z najbardziej pożytecznych i wpływowych ludzi w parafii - prowadził wiele interesów, które potrafił oddać we właściwe ręce. Pan Riley lubił takich ludzi, bez względu na pieniądze, które, kierując się zdrowym rozsądkiem, mogli przerzucać z kieszeni osób mniej tego wartych do jego własnej. Z zadowoleniem oświadczy Timpsonowi po powrocie do domu: "Zdobyłem dobrego ucznia dla pańskiego zięcia". Timpson miał ogromną rodzinę, złożoną z samych córek, toteż pan Riley bardzo mu współczuł. Poza tym twarz Luizy Timpson, okolona złotymi lokami, wyglądała ku niemu zza lamperii ławki kościelnej w każdą niedzielę od piętnastu lat - jasne więc, że jej mąż musi być wychowawcą godnym polecenia. No i pan Riley nie słyszał też o żadnym innym nauczycielu, którego mógłby z jakichś powodów bardziej zachwalać, dlaczegóż więc nie miał polecić Stellinga? Pan Tulliver, przyjaciel taksatora, prosił go o wyrażenie swego zdania w tej sprawie, a jak przykro jest oświadczyć w przyjacielskiej rozmowie, że się nie ma żadnego zdania w ogóle. Głupotą zaś byłoby, jeśli się już jakieś zdanie wygłasza, robić to bez przekonania i poczucia głębokiej znajomości przedmiotu. Wypowiadając opinię, zaczyna się ją traktować jak swoją własność i, oczywiście, zaczyna się też ją lubić. Tak więc pan Riley, nie wiedząc z początku, co mógłby złego powiedzieć o Stellingu, i życząc mu jak najlepiej, jeśli w ogóle mu czegoś życzył, zaczął go chwalić, a kiedy go już raz pochwalił, zaczął odczuwać dlań uwielbienie, jako dla kogoś polecanego przez tak wysoką personę, i wzbudził w sobie tak gorący zapał dla tej sprawy, że gdyby pan Tulliver nie zgodził się posłać Tomka do pastora, pan Riley uważałby swego przyjaciela "ze starej szkoły" za ostatniego durnia.
Muszę wam powiedzieć, że surowo oceniacie pana Rileya, jeżeli macie mu za złe polecanie ludzi mało mu znanych. Dlaczegóż by trzydzieści lat temu taksator i licytator, który już prawie zapomniał swej szkolnej łaciny, miał okazywać delikatną skrupulatność, jeśli nawet dzisiaj, w następnym, wyższym okresie rozwoju moralności, nie zawsze mogą się nią poszczycić ludzie wykształceni?
A poza tym człowiek, którego zawsze przepełnia chęć świadczenia innym dobrych uczynków, nie może się powstrzymać od działania, a znowu nie można zawsze działać dobrze. Natura wyznacza czasami kwaterę nieznośnemu pasożytowi na zwierzęciu, w stosunku do którego nie ma nawet złej woli. I co wtedy? Podziwiamy jej troskę o pasożyta. Gdyby pan Riley powstrzymał się i nie zarekomendował pastora, nie mając odpowiednich podstaw ku temu, pozbawiłby pana Stellinga płatnego ucznia, co nie byłoby z korzyścią dla wielebnego dżentelmena. Zważcie również, że czystą złudą okazałyby się te miłe, mgliste, niewinne wizje satysfakcji, jaka musi płynąć na przykład z dobrych stosunków z Timpsonem, z faktu, iż udzielił porady, kiedy ktoś o nią prosił, że zaimponował przyjacielowi Tulliverowi, że powiedział coś, i to powiedział z przekonaniem - a to wszystko, wraz z innymi, nieokreślenie drobnymi dodatkami oraz ciepłym kominkiem i brandy z wodą, ukształtowało świadomość pana Rileya w tym właśnie przypadku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki