Młyn nad Flossą - George Eliot

Kup ebooka

49.90 zł
42.91 zł (35,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

...Mia­steczko Mid­dle­march to jedna z naj­waż­niej­szych po­zy­cji w ka­no­nie kla­sycz­nej li­te­ra­tury an­giel­skiej. Geo­rge Eliot, jedna z naj­bar­dziej no­wo­cze­snych po­staci epoki wik­to­riań­skiej, eru­dytka, okrzyk­nięta z po­wodu wy­zwań, ja­kie rzu­ciła opi­nii pu­blicz­nej - an­giel­ską Geo­rge Sand, pod­nio­sła po­wieść do rangi dys­kursu fi­lo­zo­ficz­nego, a pa­sjo­nu­jący ro­mans umiej­sco­wiła w sfe­rze spo­łeczno-­mo­ral­nej.

Dzieją się w An­glii lat 20. XIX wieku rze­czy ważne, a mia­steczko Mid­dle­march, tak jak każde pro­win­cjo­nalne mia­steczko, jest tych wiel­kich prze­mian mi­ni­sce­ną, to­też hi­sto­ria to­czy się wraz z wąt­kiem ro­man­tycz­nym i kry­mi­nal­nym. Losy mia­steczka Mid­dle­march są hi­sto­rycz­nie i eko­no­micz­nie sple­cione z lo­sami oko­licz­nej spo­łecz­no­ści, miesz­kań­cami są­sied­nich dwo­rów i na­le­żą­cych do nich farm.

Na tak sze­roko za­ry­so­wa­nym tle ma­luje Geo­rge Eliot losy głów­nych bo­ha­te­rów: mło­dej, bo­ga­tej i szla­chet­nej Do­ro­tei Bro­oke, która szuka god­nego celu, by nadać sens swo­jemu ży­ciu, oraz Ter­tiusa Lyd­gate'a, le­ka­rza, który cel zna­lazł w pracy ba­daw­czej i prak­tyce me­dycz­nej, ale prze­szkodą w jego re­ali­za­cji staje się piękna ko­bieta. Oba te główne wątki mają liczne od­ga­łę­zie­nia, od­nogi i boczne pędy, ty­leż in­te­re­su­jące, co barwne i na­sy­cone cie­płym hu­mo­rem. Oglą­damy cały zło­żony świat pro­win­cjo­nal­nej An­glii - miesz­czan, kup­ców, le­ka­rzy, praw­ni­ków, a także far­me­rów, ba, na­wet na­jem­nych ro­bot­ni­ków rol­nych, któ­rych za­koń­czony około 1815 roku pro­ces gro­dze­nia otwar­tych pa­stwisk, uprzed­nio do­stęp­nych każ­demu, po­zba­wił moż­li­wo­ści pracy na wła­snej ziemi. Nie brak rów­nież przed­sta­wi­cieli Ko­ścioła i ty­po­wego dla ów­cze­snych zmian w hie­rar­chii spo­łecz­nej pro­cesu prze­obra­ża­nia się żar­li­wego kal­wiń­skiego dy­sy­denta w sza­cow­nego członka Ko­ścioła an­gli­kań­skiego. Ob­razu do­peł­nia piękna sce­ne­ria oko­lic Co­ven­try, pełne no­stal­gicz­nej tę­sk­noty opisy kra­jo­brazu środ­ko­wej An­glii, owego raju utra­co­nego szczę­śli­wego dzie­ciń­stwa pi­sarki...

Roz­dział III

PAN RI­LEY UDZIELA RADY W SPRA­WIE SZKOŁY TOMKA

Ten pan z wiel­kim bia­łym fon­ta­ziem i w ża­bo­cie, po­pi­ja­jący w mi­łym na­stroju brandy z wodą wraz ze swoim przy­ja­cie­lem Tul­li­ve­rem, to pan Ri­ley. Jest to męż­czy­zna o wo­sko­wej ce­rze, tłu­stych dło­niach i du­żym, jak na li­cy­ta­tora i tak­sa­tora, wy­kształ­ce­niu; ma on też szczere, otwarte serce, które każe mu za­cho­wać wielką bon­hom­mie w sto­sunku do pro­stych wiej­skich lu­dzi o go­ścin­nych oby­cza­jach. O ta­kich zna­jo­mych pan Ri­ley mówi ła­ska­wie jako o lu­dziach "sta­rej szkoły".

Na­stała chwila mil­cze­nia w roz­mo­wie. Pan Tul­li­ver, nie bez spe­cjal­nego po­wodu, po­wstrzy­mał się od po­wtó­rze­nia po raz siódmy chłod­nej od­po­wie­dzi Ri­leya, która była do­wo­dem, iż ów dżen­tel­men bije Dixa na głowę; nie stwier­dził też po raz siódmy, że Wa­kem ma na za­wsze przy­cięte skrzy­dełka, te­raz, kiedy sprawa tamy zo­stała od­dana do ar­bi­trażu, i że ni­gdy nie by­łoby naj­mniej­szych dys­ku­sji na te­mat wy­so­ko­ści wody, gdyby każdy ze­chciał po­zo­stać tym, czym jest, i gdyby dia­beł nie stwo­rzył ad­wo­ka­tów. Pan Tul­li­ver trzy­mał się na ogół bez­piecz­nych, tra­dy­cyj­nych po­glą­dów, ale w paru przy­pad­kach za­ufał wy­łącz­nie wła­snemu ro­zu­mowi i do­szedł do kilku na­der wąt­pli­wych wnio­sków, mię­dzy in­nymi, że szczury, wołki zbo­żowe i ad­wo­kaci zo­stali stwo­rzeni przez dia­bła. Nie było, nie­stety, ni­kogo, kto by go uświa­do­mił, że jest to wy­bu­jały ma­ni­che­izm, może bo­wiem wtedy mły­narz zro­zu­miałby swój błąd. Dzi­siaj jed­nak nie ule­gało dla niego wąt­pli­wo­ści, że za­trium­fo­wał pier­wia­stek do­bra: ta cała sprawa z siłą wodną to bar­dzo za­wi­kłana hi­sto­ria, cho­ciaż gdyby na nią pa­trzeć z jed­nego tylko punktu wi­dze­nia, wy­da­wać by się mo­gło, że jest pro­sta i gładka jak sama woda. Ale choćby nie wiem jak dziwna i skom­pli­ko­wana - nie po­gnębi Ri­leya. Pan Tul­li­ver przy­go­to­wał so­bie moc­niej­szą niż do­tąd mie­sza­ninę brandy z wodą i, jak na czło­wieka, na któ­rego kon­cie mu­siało za­wsze le­żeć parę se­tek, za­czął być nie­roz­waż­nie szczery w swych za­chwy­tach nad ta­len­tami go­ścia.

Ale tama była nie­ła­twym do zmiany te­ma­tem roz­mowy; można go prze­cież było za­wsze pod­jąć w tym sa­mym miej­scu i do­kład­nie w tym sa­mym sta­nie. Lecz, jak wia­domo, ist­niała jesz­cze jedna sprawa, co do któ­rej pan Tul­li­ver ogrom­nie po­trze­bo­wał rady pana Ri­leya. To wła­śnie sta­no­wiło ów spe­cjalny po­wód, dla któ­rego po ostat­nim łyku pan Tul­li­ver umilkł i za­czął trzeć ko­lano w spo­sób wy­ra­ża­jący za­my­śle­nie. Nie był czło­wie­kiem zdol­nym do szyb­kich zmian i zwro­tów. Dziwny jest ten świat - zwykł ma­wiać. Jak się po­wozi końmi zbyt szybko, można się roz­bić na za­krę­cie. Pan Ri­ley tym­cza­sem nie oka­zy­wał nie­cier­pli­wo­ści. Dla­cze­góż miałby ją oka­zy­wać? Na­wet Hot­spur mu­siałby być cier­pliwy, gdyby tak sie­dział, wsparł­szy bam­bo­sze o ko­mi­nek, za­ży­wa­jąc tę­gie niu­chy ta­baki i po­pi­ja­jąc na cu­dzy koszt brandy z wodą.

- My­ślę i my­ślę cią­gle o jed­nej spra­wie - za­czął wresz­cie pan Tul­li­ver cich­szym niż za­zwy­czaj gło­sem, od­wra­ca­jąc się i spo­glą­da­jąc prze­cią­gle na swego to­wa­rzy­sza.

- Aha - od­parł pan Ri­ley z umiar­ko­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem. Miał cięż­kie wo­skowe po­wieki i wy­soko skle­pione łuki brwi, za­wsze nie­ru­chome. Ten za­krze­pły wy­raz twa­rzy i zwy­czaj za­ży­wa­nia niu­cha ta­baki przed udzie­le­niem in­ter­lo­ku­to­rowi od­po­wie­dzi spra­wiał, iż pan Tul­li­ver uwa­żał li­cy­ta­tora za wy­rocz­nię ab­so­lutną.

- To sprawa spe­cjalna - cią­gnął. - Cho­dzi mi o Tomka, mo­jego syna.

Ma­dzia, która sie­działa na ni­skim sto­łeczku koło ko­mina, trzy­ma­jąc na ko­la­nach wielką, otwartą księgę, na dźwięk tego imie­nia wstrzą­snęła gę­stwą czar­nych wło­sów i szybko pod­nio­sła wzrok. Kiedy dziew­czyna ma­rzyła nad książką, nie­wiele było dźwię­ków zdol­nych ją obu­dzić, lecz imię Tomka dzia­łało za­wsze jak naj­ostrzej­szy gwiz­dek. Na­tych­miast miała się na bacz­no­ści i spo­glą­dała wo­kół błysz­czą­cym wzro­kiem jak skye ter­rier wie­trzący nie­szczę­ście, go­tów rzu­cić się na każ­dego, kto gro­ził Tom­kowi.

- Wi­dzisz pan, chciał­bym go od­dać do in­nej szkoły na Świę­tego Jana. Prze­sta­nie cho­dzić do aka­de­mii od Zwia­sto­wa­nia i przez kwar­tał pusz­czę go lu­zem, ale po­tem chcę go po­słać do pierw­szo­rzęd­nych na­uczy­cieli, któ­rzy go wy­kształcą jak na­leży.

- Cóż - od­parł pan Ri­ley. - Do­bre wy­kształ­ce­nie to naj­więk­szy atut, jaki pan może mu dać. Co nie zna­czy wcale - do­dał grzecz­nie i zna­cząco - że czło­wiek nie może być świet­nym mły­na­rzem i far­me­rem, a poza tym by­strym i mą­drym je­go­mo­ściem, mimo iż nie otrzy­mał wiel­kiej po­mocy od na­uczy­ciela.

- Ro­zu­mie się - od­parł pan Tul­li­ver, mru­ga­jąc i prze­krzy­wia­jąc nieco głowę - ale w tym wła­śnie cała rzecz. Nie chcę, żeby z Tomka był mły­narz czy far­mer. Nic w tym do­brego. Jak go na ta­kiego wy­pro­wa­dzę, to bę­dzie tylko cze­kał, żeby mi wy­cią­gnąć z rąk młyn i grunta, i cią­gle ga­dał, że już na mnie czas od­po­cząć i po­my­śleć o tam­tym świe­cie. Nie, do­syć się na­pa­trzy­łem ta­kich rze­czy mię­dzy sy­nem i oj­cem. Póki na mnie czas nie przyj­dzie, to się w pier­naty nie po­łożę. Dam Tom­kowi wy­kształ­ce­nie i za­przę­gnę go do ja­kiejś ro­boty, żeby so­bie sam uście­lił gniazdko, za­miast mnie wy­py­chać z mo­jego. Wy­star­czy, że je do­sta­nie, jak umrę. Póki mam zęby zdrowe, chcę jeść bef­sztyki, a nie sie­ka­ninę.

Wi­doczne było, że pan Tul­li­ver tę wła­śnie moż­li­wość wziął so­bie mocno do serca, a roz­na­mięt­nie­nie, które przy­dało jego mo­wie ognia i we­rwy, nie wy­ga­sło przez kilka mi­nut jesz­cze, lecz wy­ra­żało się wy­zy­wa­ją­cym prze­krzy­wie­niem głowy w tę, to w tamtą stronę i wy­rzu­ca­nym od czasu do czasu war­kli­wym po­mru­kiem: "Nie, nie!".

Te gniewne słowa do ży­wego do­tknęły Ma­dzię, która bacz­nie się im przy­słu­chi­wała. Wy­ni­kało z nich, że do­pusz­cza się moż­li­wość, iż To­mek jest zdolny wy­rzu­cić ojca z domu i pod­łym po­stę­po­wa­niem do­pro­wa­dzić ro­dzinę do ja­kie­goś tra­gicz­nego końca. To było nie do znie­sie­nia, to­też Ma­dzia po­de­rwała się ze stołka, za­po­mi­na­jąc o książce, która z hu­kiem upa­dła na dy­wa­nik przed ko­min­kiem, i wci­snąw­szy się mię­dzy oj­cow­skie ko­lana, ode­zwała się gło­sem peł­nym łez i obu­rze­nia:

- Ja wiem na pewno, ta­tu­siu, że To­mek ni­gdy nie bę­dzie dla cie­bie nie­do­bry, ni­gdy, ni­gdy...

Pani Tul­li­ver nie było w po­koju, do­glą­dała bo­wiem przy­go­to­wań do zna­ko­mi­tej ko­la­cji, pan Tul­li­ver zaś wzru­szył się ogrom­nie, to­też nikt nie wy­ła­jał Ma­dzi za książkę, którą tym­cza­sem pan Ri­ley spo­koj­nie pod­jął i za­czął oglą­dać. Mły­narz śmiał się ha­ła­śli­wie, a jego twardą twarz roz­ja­śniło cie­płe uczu­cie, gdy po­kle­py­wał po ple­cach swoją małą có­reczkę, po­tem zaś ujął jej dło­nie i trzy­mał ją tak po­mię­dzy ko­la­nami.

- Cóż to! Nie można po­wie­dzieć o Tomku nic złego, hę? - za­py­tał, mru­ga­jąc ku niej, po­tem zaś, zni­żo­nym nieco gło­sem, jakby Ma­dzia nie mo­gła go sły­szeć, zwró­cił się do Ri­leya:

- Wszystko ro­zu­mie, co się mówi. Po­wi­nie­neś pan sły­szeć, jak czyta - z miej­sca, jakby to dawno znała. I cią­gle sie­dzi z książką. Ale to nie­do­brze, nie­do­brze... - do­dał smut­nie, dła­wiąc w so­bie tę nie­po­trzebną ra­dość. - Ko­bieta nie po­winna być za mą­dra, to się może tylko na złe dla niej ob­ró­cić. Ale po­wia­dam panu - tu znowu ra­dość wy­raź­nie wzięła górę nad złymi prze­czu­ciami - po­wia­dam panu, że czyta i ro­zu­mie wszystko, co stoi w książ­kach, le­piej niż nie­je­den do­ro­sły!

Po­liczki Ma­dzi za­czął po­kry­wać ru­mie­niec triumfu i pod­nie­ce­nia; pan Ri­ley z pew­no­ścią za­cznie te­raz od­czu­wać dla niej pe­wien sza­cu­nek, bo ja­sne było, że przed­tem uwa­żał ją za zu­pełne nic.

Tak­sa­tor prze­rzu­cał kartki książki; nie mo­gła od­czy­tać nic z tej twa­rzy o wy­soko skle­pio­nych brwiach. Na­gle jed­nak spoj­rzał na nią i rzekł:

- Chodź tu­taj i po­wiedz mi coś o tej książce. Zna­la­złem w niej parę ob­raz­ków, chciał­bym wie­dzieć, co one zna­czą.

Po­liczki Ma­dzi po­krył jesz­cze ciem­niej­szy ru­mie­niec: po­de­szła bez wa­ha­nia do łok­cia pana Ri­leya, od­rzu­ciła z oczu czarną grzywę i ująw­szy brzeg książki, za­częła tłu­ma­czyć.

- Po­wiem panu chęt­nie, co one zna­czą. To straszny ob­ra­zek, prawda? Ale nie mogę się po­wstrzy­mać i cią­gle na niego pa­trzę. Ta stara ko­bieta w wo­dzie to cza­row­nica - wrzu­cili ją do rzeki, żeby zo­ba­czyć, czy to cza­row­nica, czy nie, i je­śli umie pły­wać, to jest cza­row­nica, a je­śli się utopi na śmierć, wie pan, to jest nie­winna, wcale nie cza­row­nica, tylko biedna, stara głu­pia ko­bieta. Ale niech mi pan po­wie, co jej z tego przyj­dzie, je­śli już bę­dzie nie­żywa? Chyba to, my­ślę, że pój­dzie do nieba i Pan Bóg jej ja­koś wy­na­gro­dzi. A ten straszny ko­wal, co tak się śmieje, wsparty pod boki... czy on nie okropny?... Po­wiem panu, kto to taki. To dia­beł, na­prawdę - tu Ma­dzia pod­nio­sła nieco głos i mó­wiła do­bit­nie - a nie praw­dziwy ko­wal; bo dia­beł przy­biera po­stać złych lu­dzi i cho­dzi po świe­cie, i zmu­sza in­nych, żeby ro­bili złe rze­czy, i czę­ściej przy­biera po­stać złego czło­wieka niż inną, bo, wie pan, je­śliby lu­dzie zo­ba­czyli, że to dia­beł, taki ry­czący, toby od niego ucie­kli, a on nie mógłby ich zmu­sić, żeby ro­bili, co on chce.

Pan Tul­li­ver przy­słu­chi­wał się temu wy­kła­dowi ska­mie­niały w zdu­mie­niu.

- Cóż to za książkę wzięła ta smar­kata! - wy­buch­nął wresz­cie.

- To Hi­sto­ria Sza­tana Da­niela De­foe, może nie­naj­lep­sza lek­tura dla ma­łej dziew­czynki - wy­ja­śnił pan Ri­ley. - Jakże się ona zna­la­zła mię­dzy pań­skimi książ­kami?

Ma­dzia była spło­szona i nieco ura­żona.

- To jedna z tych, które ku­pi­łem na wy­prze­daży u Par­tridge'a - wy­ja­śniał pan Tul­li­ver. - Wszyst­kie były tak samo opra­wione - ładna oprawa, sam pan wi­dzisz - i my­śla­łem. że to bez wy­jątku do­bre książki. Zna­la­złem mię­dzy nimi Je­remy'ego Tay­lora Po­bożne ży­cie i śmierć, czy­tam to czę­sto w nie­dzielę (mły­narz miał po­czu­cie pew­nej za­ży­ło­ści z owym wiel­kim pi­sa­rzem, po­nie­waż sam miał na imię Je­remy), a poza nią jest ich jesz­cze kupa - prze­waż­nie ka­za­nia, tak mi się zdaje. A że wszyst­kie mają ta­kie same okładki, my­śla­łem, że są, jakby to po­wie­dzieć, tego sa­mego ga­tunku. Ale wi­dać te­raz, że nie można są­dzić po okład­kach. Dziwny jest ten świat.

- Cóż - za­czął pan Ri­ley gór­nym, po­ucza­ją­cym to­nem, głasz­cząc Ma­dzię po gło­wie - ra­dzę ci odło­żyć Hi­sto­rię Sza­tana i zna­leźć so­bie ja­kąś ład­niej­szą książkę. Nie masz ład­niej­szych?

- O, mam! - Chęć udo­wod­nie­nia, iż ma róż­no­rodną lek­turę, do­dała Ma­dzi sił. - Ja wiem, że to troszkę nie­ład­nie czy­tać tę książkę, ale lu­bię w niej ob­razki i wy­my­ślam so­bie do nich sama różne opo­wia­da­nia, wie pan. Ale mam jesz­cze Bajki Ezopa i książkę o kan­gu­rach i in­nych zwie­rzę­tach, i Wę­drówkę piel­grzyma...

- Aaa, to bar­dzo ładna książka - po­chwa­lił ją pan Ri­ley. - Trudno o lep­szą.

- Ale tam też jest dużo o dia­ble - oświad­czyła Ma­dzia trium­fal­nie. - Po­każę panu jego ry­su­nek, kiedy jest we wła­snej po­staci i wal­czy z Chrze­ści­ja­ni­nem.

Sko­czyła bły­ska­wicz­nie w kąt po­koju, wla­zła na krze­sło, wy­cią­gnęła z ma­lut­kiej bi­blio­teczki znisz­czony stary eg­zem­plarz Bu­ny­ana i otwo­rzyła go na­tych­miast, nie pró­bu­jąc na­wet szu­kać, na wła­ści­wym ob­razku.

- O, tu­taj jest - tłu­ma­czyła, wra­ca­jąc szybko do pana Ri­leya. - To­mek po­ma­lo­wał mi go far­bami, kiedy był w domu pod­czas ostat­nich wa­ka­cji. - Ciało całe czarne, wie pan, a oczy czer­wone jak ogień, bo on ma w środku sam ogień, który wy­łazi przez oczy.

- Prze­stań już, prze­stań - roz­ka­zał sta­now­czo pan Tul­li­ver, który czuł się do­syć nie­zręcz­nie, słu­cha­jąc tych swo­bod­nych uwag o ze­wnętrz­nym wy­glą­dzie istoty dość po­tęż­nej, by stwa­rzać ad­wo­ka­tów. - Za­mknij tę książkę i że­bym wię­cej nie sły­szał nic po­dob­nego. My­śla­łem już nie­raz, że dzie­ciak wię­cej wy­nie­sie z tego czy­ta­nia złego niż do­brego. Idź i po­szu­kaj matki.

Ma­dzia, świa­doma nie­ła­ski, za­mknęła na­tych­miast książkę, ale, nie ma­jąc by­naj­mniej ochoty szu­kać matki, za­ła­twiła sprawę kom­pro­mi­sowo, kry­jąc się w ciem­nym kątku za fo­te­lem ojca i ko­ły­sząc swą lalkę, do któ­rej, w cza­sie nie­obec­no­ści Tomka, od­czu­wała chwi­lami na­pływy czu­ło­ści. Stro­jem lalki nie zaj­mo­wała się ni­gdy, lecz na wo­skowe po­liczki sy­pała tyle go­rą­cych po­ca­łun­ków, że wy­glą­dały star­czo i nie­zdrowo.

- Sły­sza­łeś pan kiedy coś po­dob­nego? - za­py­tał pan Tul­li­ver, gdy Ma­dzia się wy­co­fała. - Jaka szkoda, że to nie chło­pak! Ta już da­łaby so­bie radę z ad­wo­ka­tami, nie ma co ga­dać. Za­wsze mnie to zdu­miewa - tu zni­żył nieco głos - bo wy­bra­łem so­bie jej matkę dla­tego, że nie była spe­cjal­nie mą­dra, ale za to ładna, z ro­dziny słyn­nej z do­brych go­spo­dyń. Wy­bra­łem ją z kilku sióstr, bo była, jakby to po­wie­dzieć, nie­tęga na umy­śle, a ja nie chcia­łem, żeby mnie kto uczył przy moim wła­snym ko­minku, co jest do­bre, a co złe. Ale, wi­dzisz pan, kiedy męż­czy­zna ma sam tro­chę oleju we łbie, nie wia­domo, na kogo on przej­dzie, i taka miła, spo­kojna ko­bietka może panu ro­dzić głu­pich chło­pa­ków i mą­dre dziew­czyny, aż się czło­wie­kowi zdaje, że świat sta­nął na gło­wie. Dziwne to rze­czy.

Po­waga pana Ri­leya ustą­piła nieco, kiedy otrzą­snął się po tę­gim niu­chu ta­baki i rzekł:

- Ale pań­ski syn to nie ża­den głup­tas! Wi­dzia­łem go tu­taj, kiedy by­łem ostat­nim ra­zem; ro­bił wła­śnie ja­kąś wędkę i cał­kiem do­brze da­wał so­bie z tym radę.

- Nie można po­wie­dzieć, żeby był głupi. Zna się tam na ry­bach i pta­kach, ma tro­chę zdro­wego ro­zumu i po­trafi po­dejść do każ­dej sprawy jak na­leży. Ale brak mu ob­rot­nego ję­zyka, czyta słabo, nie lubi ksią­żek, pi­sze, jak mi mó­wią, z błę­dami, a przy ob­cych to już jest taki nie­śmiały, że i pary z gęby nie pu­ści, nie to, co ta smar­kata. Chcę go więc po­słać do szkoły, gdzie go na­uczą ru­szać pió­rem i ję­zy­kiem i zro­bią z niego gład­kiego chło­paka. Chcę, żeby mój syn był równy tym wszyst­kim, któ­rzy mnie na po­czątku bili swoim wy­kształ­ce­niem. Gdyby świat po­zo­stał taki, ja­kim go Pan Bóg stwo­rzył, to już ja bym wie­dział, co ro­bić - naj­lep­szemu dał­bym radę; ale wszystko jest te­raz tak po­wy­krę­cane, po­za­wi­jane w ja­kieś słowa bez sensu, że wcale nie przy­po­mina tego, czym było na po­czątku, a ja co­raz czę­ściej nie mogę się po­ła­pać, o co cho­dzi. Wszystko tak się za­wi­kłało, że im czło­wiek jest nor­mal­niej­szy, tym bar­dziej musi się dzi­wić.

Pan Tul­li­ver na­brał w usta trunku, po­łknął go wolno i po­trzą­snął me­lan­cho­lij­nie głową, świa­dom, iż do­wiódł prawdy, że umysł w pełni zdrowy czuje się nie­swojo na tym zwa­rio­wa­nym świe­cie...

- Ma pan zu­pełną słusz­ność - stwier­dził pan Ri­ley. - Le­piej wy­dać setkę czy na­wet dwie na wy­kształ­ce­nie syna, niż zo­sta­wiać mu te pie­nią­dze w spadku. Wiem, że sam po­stą­pił­bym w ten spo­sób, gdy­bym miał syna, cho­ciaż, Bóg mi świad­kiem, że nie zna­la­zł­bym na to, jak pan, pie­nię­dzy w banku. Mam za to w domu có­rek pod do­stat­kiem.

- Sły­sza­łeś pan na pewno o ja­kiejś od­po­wied­niej dla Tomka szkole - współ­czu­cie na wia­do­mość o braku go­tówki w domu pana Ri­leya nie od­wró­ciło uwagi pana Tul­li­vera od in­te­re­su­ją­cej go sprawy.

Pan Ri­ley za­żył ta­baki i przez chwilę trzy­mał mły­na­rza w nie­pew­no­ści, po­grą­żony, jak się zda­wało, w głę­bo­kim za­my­śle­niu.

- Wiem o pew­nej nada­rza­ją­cej się oka­zji dla ko­goś, kto ma na to pie­nią­dze, a pan je prze­cież ma. Żad­nemu z mo­ich przy­ja­ciół nie ra­dził­bym od­da­wać syna do re­gu­lar­nej szkoły, je­śli stać by go było na coś lep­szego. Ale je­śliby kto chciał dać sy­nowi na­prawdę do­bre wy­kształ­ce­nie i wy­cho­wa­nie u pierw­szo­rzęd­nego na­uczy­ciela, który dla chło­paka byłby jed­no­cze­śnie to­wa­rzy­szem, a przy tym nie byle ja­kim czło­wie­kiem, to znam ta­kiego. Nie każ­demu wspo­mi­nał­bym o tym, bo nie każdy mógłby się tam do­stać, na­wet gdyby się bar­dzo sta­rał, ale mó­wię o tym panu, mię­dzy nami.

Nie­ru­chomy, ba­daw­czy wzrok, ja­kim pan Tul­li­ver wpa­try­wał się w wy­roczną twarz swego przy­ja­ciela, oży­wił się na­gle.

- No, no, po­słu­chajmy. - Po­pra­wił się w fo­telu, z za­do­wo­loną miną czło­wieka, któ­remu ktoś chce za­wie­rzyć ważne in­for­ma­cje.

- To je­go­mość, który skoń­czył Oxford - za­czął pan Ri­ley zna­cząco, po czym mocno za­ci­snął usta i pa­trzył, jaki efekt wy­wrze ta nie­sły­chana wia­do­mość na mły­na­rzu.

- Ach, pa­stor - od­parł pan Tul­li­ver z lek­kim po­wąt­pie­wa­niem.

- Tak, czło­wiek z ukoń­czo­nym fa­kul­te­tem. Wy­daje mi się, że bi­skup ma o nim bar­dzo wy­so­kie mnie­ma­nie - no tak, prze­cież to bi­skup dał mu obecną pre­bendę.

- Aha - od­parł pan Tul­li­ver, dla któ­rego oba te po­ję­cia, po­cho­dzące z nie­zna­nych mu sfer, były jed­na­kowo nie­zwy­kłe. - Ale cóż on może mieć wspól­nego z Tom­kiem, wo­bec tego?

- Sprawa w tym, że on jest za­mi­ło­wany w na­ukach i pra­gnie kon­ty­nu­ować stu­dia, a jako du­chowny nie ma na to moż­li­wo­ści przy swych za­ję­ciach dusz­pa­ster­skich. Chce wo­bec tego wziąć do sie­bie jed­nego lub dwóch chłop­ców, by wła­ści­wie wy­peł­nić swój czas. Chłopcy będą jak w ro­dzi­nie, to dla nich wy­ma­rzone, cią­gle pod okiem Stel­linga.

- Ale czy pan my­śli, że będą tam da­wać ma­łemu po­dwójną por­cję pud­dingu? - za­py­tała pani Tul­li­ver, która wła­śnie wró­ciła do po­koju. - On lubi pud­ding jak nikt na świe­cie, a dla chłopca, który ro­śnie... okrop­ność po­my­śleć, że mu tam będą ską­pić!

- A ile on za to po­li­czy? - za­py­tał pan Tul­li­ver, który czuł in­stynk­tow­nie, że usługi ko­goś, kto ma skoń­czony fa­kul­tet, będą bar­dzo kosz­towne.

- Cóż, znam pew­nego du­chow­nego, który za młod­szych uczni żąda sto pięć­dzie­siąt fun­tów, a nie można go na­wet po­rów­nać ze Stel­lin­giem, tym, o któ­rym mó­wię. Wiem z do­brych źró­deł, że ktoś na bar­dzo wy­bit­nym sta­no­wi­sku w Oxfor­dzie po­wie­dział: "Stel­ling mógłby zajść ogrom­nie wy­soko, gdyby tylko chciał. Ale on nie dba o uni­wer­sy­tec­kie za­szczyty. To czło­wiek ci­chy, nie ża­den krzy­kacz".

- O, to le­piej, o wiele le­piej - mó­wił pan Tul­li­ver - ale sto pięć­dzie­siąt fun­tów to nie­zwy­kła cena. Nie my­śla­łem tyle pła­cić.

- Po­zwól pan so­bie po­wie­dzieć, ko­chany pa­nie, że jak na do­brą edu­ka­cję to wcale nie jest drogo. Ale Stel­ling sta­wia bar­dzo umiar­ko­wane wa­runki - to nie jest czło­wiek chciwy. Pe­wien je­stem, że weź­mie pań­skiego syna za sto fun­tów, a na to po­szedłby nie każdy pa­stor. Je­śli pan chce, na­pi­szę do niego w pań­skiej spra­wie.

Pan Tul­li­ver po­cie­rał ko­lano i w za­my­śle­niu wpa­try­wał się w dy­wan.

- A może to stary ka­wa­ler? - pod­su­nęła tym­cza­sem jego żona. - Ja tam nie mam za­ufa­nia do go­spo­dyń. Mój brat, ten, co umarł, miał kie­dyś go­spo­dy­nię, która wy­cią­gnęła po­łowę pie­rza z naj­lep­szej pie­rzyny, za­pa­ko­wała i gdzieś wy­słała. A ile płótna ukra­dła, to nie wia­domo, na­zy­wała się Stott. Serce by mi pę­kło, gdy­by­śmy mieli wy­sy­łać Tomka tam, gdzie rzą­dzi go­spo­dyni, a mam na­dzieję, że i ty o tym nie my­ślisz, mój drogi.

- Je­śli o to idzie, może pani być spo­kojna - wy­ja­śnił Ri­ley - bo Stel­ling jest żo­naty z prze­miłą ko­bietką. Każdy by so­bie ta­kiej ży­czył. To naj­lep­sza du­sza pod słoń­cem, znam do­brze jej ro­dzinę. Ma cerę bar­dzo po­dobną do pani i ja­sne, wi­jące się włosy. Po­cho­dzi z do­brej ro­dziny z Mud­port i je­śli idzie o uczniów jej męża, nie każdą ofertę przyj­mie. Stel­ling to nie­co­dzienny czło­wiek. Bar­dzo wy­bredny, je­śli idzie o lu­dzi, z któ­rymi utrzy­muje sto­sunki. Wy­daje mi się jed­nak, że nie bę­dzie miał za­strze­żeń co do pań­skiego syna - chyba nie, przy mo­ich re­ko­men­da­cjach.

- Nie wi­dzę, co też mógłby mieć prze­ciwko mo­jemu chłopcu - w gło­sie pani Tul­li­ver znać było lekki od­cień mat­czy­nej urazy. - Ładny chło­pak z cerą jak brzo­skwi­nia, aż po­pa­trzeć miło.

- My­ślę tylko o jed­nym - ode­zwał się mły­narz po dłu­gich oglę­dzi­nach dy­wanu, prze­krzy­wia­jąc głowę na bok i spo­glą­da­jąc na pana Ri­leya. - Czy pa­stor nie bę­dzie za bar­dzo uczony na to, żeby zro­bić z chło­paka czło­wieka in­te­resu? W moim po­ję­ciu wy­kształ­ce­nie pa­stora musi być tro­chę z in­nego świata. A ja nie tego chcę dla Tomka. Chcę, żeby znał liczby i pi­sał jak dru­ko­wane, żeby szybko umiał się we wszyst­kim po­ła­pać, ro­zu­miał, o co in­nym cho­dzi, i po­tra­fił wszystko owi­nąć w ta­kie słowa, żeby się do nich praw­nik nie mógł przy­cze­pić. Do­bra to rzecz - za­koń­czył pan Tul­li­ver, po­trzą­sa­jąc głową - móc po­wie­dzieć ko­muś, co się o nim my­śli, i nie za­pła­cić za to.

- Och, drogi pa­nie - wes­tchnął Ri­ley - ma pan zu­peł­nie fał­szywe mnie­ma­nie o du­cho­wień­stwie. Naj­lepsi na­uczy­ciele to du­chowni. Ogól­nie bio­rąc, na­uczy­ciele, któ­rzy nie są w du­chow­nym sta­nie, to nic do­brego.

- To by się zga­dzało, je­śli cho­dzi o Ja­cobsa z aka­de­mii - prze­rwał mu pan Tul­li­ver.

- Wła­śnie, tacy, któ­rym się nie po­wio­dło w in­nych za­wo­dach, naj­czę­ściej. A du­chowny staje się dżen­tel­me­nem przez swój za­wód i wy­kształ­ce­nie. Poza tym po­siada wie­dzę, która da chłopcu wła­ściwe fun­da­menty i po­zwoli mu uczci­wie pójść każdą drogą. Wielu jest du­chow­nych, zwy­kłych moli książ­ko­wych, ale, niech mi pan wie­rzy - Stel­ling nie z ta­kich. Ten czło­wiek ma oczy sze­roko otwarte. Niech pan mu tylko da ma­leń­kie wska­zówki. Mówi pan te­raz o cy­frach. Po­wi­nien pan po­wie­dzieć Stel­lin­gowi: Chcę, żeby mój syn ra­cho­wał pierw­sza klasa. O resztę może się pan nie mar­twić.

Pan Ri­ley prze­rwał na chwilę, a pan Tul­li­ver, nieco już prze­ko­nany do pe­da­go­gicz­nych zdol­no­ści du­cho­wień­stwa, po­wta­rzał w my­ślach swą prze­mowę do wy­ima­gi­no­wa­nego pana Stel­linga: Chcę, żeby mój syn ra­cho­wał pierw­sza klasa.

- Zro­zum pan, drogi pa­nie - cią­gnął Ri­ley - że czło­wiek o tak zna­ko­mi­tym wy­kształ­ce­niu jak Stel­ling nie ma kło­po­tów z żadną ga­łę­zią na­ucza­nia. Kiedy sto­larz wie, jak się ob­cho­dzić z na­rzę­dziami, po­trafi zro­bić za­równo sto­łek, jak i okno.

- Co prawda, to prawda - od­parł mły­narz, te­raz już zu­peł­nie prze­ko­nany, że du­chowny to naj­lep­szy pe­da­gog.

- Po­wiem panu, co dla pana zro­bię - za­pro­po­no­wał Ri­ley - a nie zro­bił­bym tego dla każ­dego. Kiedy wrócę do Mud­port, wstą­pię do te­ścia Stel­linga albo zo­sta­wię mu parę słów, że pan chce umie­ścić syna u jego zię­cia. Pewny je­stem, że Stel­ling panu od­pi­sze i po­stawi swoje wa­runki.

- Ale prze­cież nam się nie spie­szy - za­opo­no­wała pani Tul­li­ver. - Mam na­dzieję, mój drogi, że nie wy­ślesz Tomka do no­wej szkoły przed Świę­tym Ja­nem. Do aka­de­mii po­szedł na Zwia­sto­wa­nie i sam wi­dzisz, co z tego wy­szło do­brego.

- Oj, moja Bessy, na Świę­tego Mi­chała ni­gdy nie warz piwa ze złego słodu, bo nic do­brego z tego nie wyj­dzie - śmiał się mły­narz, mru­ga­jąc do pana Ri­leya, z oczy­wi­stą dumą czło­wieka, który ma żonę hożą i wy­raź­nie od niego głup­szą. - Ale to prawda, nam się nie spie­szy, masz w tym swoją ra­cję, Bessy.

- Wy­daje mi się, że nie na­leży zbyt długo zwle­kać z tą sprawą - od­parł spo­koj­nie Ri­ley. - Stel­ling może mieć inne pro­po­zy­cje, a wiem do­brze, że nie weź­mie wię­cej niż dwóch, trzech uczniów. Na pań­skim miej­scu po­ga­dał­bym z nim za­raz. Nie musi pan wy­sy­łać chłopca przed Świę­tym Ja­nem, ale le­piej być ostroż­nym i upew­nić się, że nikt pana nie ubie­gnie.

- Tak, w tym jest pewna ra­cja - przy­znał mły­narz.

- Ta­tu­siu - wtrą­ciła Ma­dzia, która, nie­zau­wa­żona, prze­śli­znęła się znowu do boku ojca i słu­chała z roz­chy­lo­nymi ustami. Lalkę trzy­mała do góry no­gami, przy­ci­ska­jąc mocno jej no­sek do drew­nia­nego fo­tela. - Ta­tu­siu, czy To­mek ma je­chać gdzieś da­leko? Czy bę­dziemy tam do niego jeź­dzić?

- Nie wiem, moja mała - od­parł czule oj­ciec. - Za­py­taj pana Ri­leya, on wie.

Ma­dzia ob­ró­ciła się szybko i sta­nąw­szy przed tak­sa­to­rem, za­py­tała:

- Jak to da­leko?

- O, bar­dzo da­leko - od­parł ów dżen­tel­men, pe­wien, że je­śli dzieci są grzeczne, trzeba do nich prze­ma­wiać w spo­sób żar­to­bliwy. - Mu­sisz so­bie po­ży­czyć sied­mio­mi­lowe buty, je­śli chcesz tam dojść.

- To bzdura - od­parła Ma­dzia, wy­nio­śle po­trzą­sa­jąc głową i od­wra­ca­jąc oczy, w któ­rych za­bły­sły łzy. Za­czy­nała nie cier­pieć pana Ri­leya. Wy­raź­nie uwa­żał ją za głup­tasa, z któ­rym się nie trzeba li­czyć.

- Ci­cho, Ma­dziu, wstydź się za­da­wać py­ta­nia i za­wra­cać panu głowę - skar­ciła ją matka. - Chodź, sia­daj tu na sto­łeczku i bądź ci­cho. Ale - do­dała, czu­jąc, że i w niej na­ro­dził się nie­po­kój - czy to tak da­leko, że nie będę go mo­gła oprać i ob­ce­ro­wać?

- Około pięt­na­stu mil wszyst­kiego ra­zem - uspo­koił ją pan Ri­ley. - Mo­że­cie pań­stwo w je­den dzień ob­ró­cić tam i na po­wrót, zu­peł­nie wy­god­nie. Albo też - Stel­ling jest mi­łym, go­ścin­nym czło­wie­kiem - rad was za­trzyma na noc.

- Wy­daje mi się, że to za da­leko na wo­że­nie mu zmiany po­ścieli - za­uwa­żyła ze smut­kiem pani Tul­li­ver.

Po­dana ko­la­cja we wła­ści­wym mo­men­cie od­su­nęła ten pro­blem na póź­niej, uwal­nia­jąc pana Ri­leya od kło­potu wy­na­le­zie­nia ja­kie­goś roz­wią­za­nia lub kom­pro­misu, czego pod­jąłby się z całą pew­no­ścią. Jak bo­wiem za­uwa­ży­li­ście na pewno, był to czło­wiek o uj­mu­ją­cym uspo­so­bie­niu. Do­prawdy, wierz­cie mi, wziął na sie­bie kło­pot re­ko­men­do­wa­nia Stel­linga panu Tul­li­ve­rowi bez naj­mniej­szych na­dziei na ko­rzy­ści ma­te­rialne, wbrew pew­nym de­li­kat­nym wzmian­kom, które mo­gły wpro­wa­dzić w błąd zbyt do­myśl­nego ob­ser­wa­tora. Nie ma nic bar­dziej my­lą­cego niż do­myśl­ność, która wpa­dła na fał­szywy trop, zaś do­myśl­ność po­łą­czona z prze­ko­na­niem, że lu­dzie na ogół mó­wią i dzia­łają z okre­ślo­nych wzglę­dów i dla okre­ślo­nych ko­rzy­ści, z pew­no­ścią pój­dzie na marne w tym po­ścigu za wy­ima­gi­no­waną zwie­rzyną. Chci­wość zdolna do in­tryg i prze­myślna wy­na­laz­czość, na służ­bie sa­mo­lub­stwa, kwitną te­raz tylko w świe­cie dra­ma­to­pi­sa­rzy; wy­ma­gają one zbyt wiel­kiej spraw­no­ści umy­sło­wej od na­szych bliź­nich, by można ich było o to po­są­dzać. Prze­cież ła­two za­truć ży­cie są­sia­dom bez tak ogrom­nych wy­sił­ków; można to zro­bić za po­mocą le­ni­wej bier­no­ści i le­ni­wego przy­my­ka­nia oczu na wszystko, za po­mocą przy­ziem­nych fał­szerstw, do­ko­ny­wa­nych wła­ści­wie bez przy­czyny, i drob­nych oszustw ła­go­dzo­nych drob­nymi eks­tra­wa­gan­cjami; za po­mocą prze­myśl­nych po­chlebstw i nie­zręcz­nie im­pro­wi­zo­wa­nych in­sy­nu­acji. Wszy­scy ży­jemy po­śród na­szych ma­łych spraw, a w każ­dym ra­zie więk­szość z nas, ob­ra­ca­jąc się w naj­bliż­szym kręgu bez­po­śred­nich po­trzeb, po­trafi tylko chwy­tać kęsy, by za­spo­koić pierw­szy głód, a rzadko my­śli o siew­nym ziar­nie na przy­szło­roczne zbiory.

Pan Ri­ley był czło­wie­kiem in­te­resu, nie­obo­jęt­nym na wła­sne ko­rzy­ści, ale małe bodźce bar­dziej go po­bu­dzały do dzia­ła­nia niż da­le­ko­siężne plany. Nie znał pry­wat­nie wie­leb­nego Wal­tera Stel­linga, wprost prze­ciw­nie; nie­wiele wie­dział o ukoń­czo­nym fa­kul­te­cie i in­nych osią­gnię­ciach pa­stora, nie tyle w każ­dym ra­zie, ile mu­siałby wie­dzieć, by tak go za­chwa­lać panu Tul­li­ve­rowi. Pan Ri­ley wie­rzył jed­nak, iż pa­stor jest zna­ko­mi­tym znawcą kla­syki, po­nie­waż tak po­wie­dział Gadsby, a cio­teczny brat Gadsby'ego pro­wa­dził w Oxfor­dzie ćwi­cze­nia ze stu­den­tami. Opi­nia ku­zyna Gadsby'ego była o wiele so­lid­niej­szą pod­stawą do po­chleb­nych prze­ko­nań o pa­sto­rze niż bez­po­śred­nie ob­ser­wa­cje Ri­leya. Cho­ciaż bo­wiem dżen­tel­men ten li­znął tro­chę wie­dzy kla­sycz­nej w zna­ko­mi­tej Szkole Mud­porc­kiej i miał po­czu­cie, iż ogól­nie bio­rąc zna ła­cinę, trudno mu było po­jąć coś­kol­wiek z ja­kie­goś ła­ciń­skiego tek­stu. Nie­wąt­pli­wie po­zo­stał mu jesz­cze sub­telny smak mło­dzień­czych kon­tak­tów z De Se­nec­tute 2 i czwartą księgą Ene­idy, ale nie można już tego było na­zy­wać sma­kiem kla­sy­cy­zmu, lecz ra­czej czymś, co przy­da­wało do­dat­ko­wej fi­ne­zji i siły per­swa­zji jego li­cy­ta­tor­skim ma­nie­rom. Poza tym Stel­ling skoń­czył Oxford, a oxford­czycy byli za­wsze - nie, nie, to ab­sol­wenci Cam­bridge byli za­wsze zna­ko­mi­tymi ma­te­ma­ty­kami. Ale czło­wiek z uni­wer­sy­tec­kim wy­kształ­ce­niem może uczyć wszyst­kiego, co mu się tylko po­doba, zwłasz­cza zaś taki czło­wiek jak Stel­ling, który pod­czas pew­nej po­li­tycz­nej uro­czy­sto­ści wy­gło­sił mowę na ofi­cjal­nym obie­dzie w Mud­port i tak do­brze wy­wią­zał się z za­da­nia, iż wszy­scy mó­wili, że ten zięć Timp­sona ma głowę na karku. Trudno zresztą przy­pu­ścić, by ktoś z mud­port­czy­ków, pa­ra­fian św. Ur­szuli, nie sko­rzy­stał z oka­zji wy­świad­cze­nia przy­sługi zię­ciowi Timp­sona, Timp­son bo­wiem był jed­nym z naj­bar­dziej po­ży­tecz­nych i wpły­wo­wych lu­dzi w pa­ra­fii - pro­wa­dził wiele in­te­re­sów, które po­tra­fił od­dać we wła­ściwe ręce. Pan Ri­ley lu­bił ta­kich lu­dzi, bez względu na pie­nią­dze, które, kie­ru­jąc się zdro­wym roz­sąd­kiem, mo­gli prze­rzu­cać z kie­szeni osób mniej tego war­tych do jego wła­snej. Z za­do­wo­le­niem oświad­czy Timp­so­nowi po po­wro­cie do domu: "Zdo­by­łem do­brego ucznia dla pań­skiego zię­cia". Timp­son miał ogromną ro­dzinę, zło­żoną z sa­mych có­rek, to­też pan Ri­ley bar­dzo mu współ­czuł. Poza tym twarz Lu­izy Timp­son, oko­lona zło­tymi lo­kami, wy­glą­dała ku niemu zza lam­pe­rii ławki ko­ściel­nej w każdą nie­dzielę od pięt­na­stu lat - ja­sne więc, że jej mąż musi być wy­cho­wawcą god­nym po­le­ce­nia. No i pan Ri­ley nie sły­szał też o żad­nym in­nym na­uczy­cielu, któ­rego mógłby z ja­kichś po­wo­dów bar­dziej za­chwa­lać, dla­cze­góż więc nie miał po­le­cić Stel­linga? Pan Tul­li­ver, przy­ja­ciel tak­sa­tora, pro­sił go o wy­ra­że­nie swego zda­nia w tej spra­wie, a jak przy­kro jest oświad­czyć w przy­ja­ciel­skiej roz­mo­wie, że się nie ma żad­nego zda­nia w ogóle. Głu­potą zaś by­łoby, je­śli się już ja­kieś zda­nie wy­gła­sza, ro­bić to bez prze­ko­na­nia i po­czu­cia głę­bo­kiej zna­jo­mo­ści przed­miotu. Wy­po­wia­da­jąc opi­nię, za­czyna się ją trak­to­wać jak swoją wła­sność i, oczy­wi­ście, za­czyna się też ją lu­bić. Tak więc pan Ri­ley, nie wie­dząc z po­czątku, co mógłby złego po­wie­dzieć o Stel­lingu, i ży­cząc mu jak naj­le­piej, je­śli w ogóle mu cze­goś ży­czył, za­czął go chwa­lić, a kiedy go już raz po­chwa­lił, za­czął od­czu­wać dlań uwiel­bie­nie, jako dla ko­goś po­le­ca­nego przez tak wy­soką per­sonę, i wzbu­dził w so­bie tak go­rący za­pał dla tej sprawy, że gdyby pan Tul­li­ver nie zgo­dził się po­słać Tomka do pa­stora, pan Ri­ley uwa­żałby swego przy­ja­ciela "ze sta­rej szkoły" za ostat­niego dur­nia.

Mu­szę wam po­wie­dzieć, że su­rowo oce­nia­cie pana Ri­leya, je­żeli ma­cie mu za złe po­le­ca­nie lu­dzi mało mu zna­nych. Dla­cze­góż by trzy­dzie­ści lat temu tak­sa­tor i li­cy­ta­tor, który już pra­wie za­po­mniał swej szkol­nej ła­ciny, miał oka­zy­wać de­li­katną skru­pu­lat­ność, je­śli na­wet dzi­siaj, w na­stęp­nym, wyż­szym okre­sie roz­woju mo­ral­no­ści, nie za­wsze mogą się nią po­szczy­cić lu­dzie wy­kształ­ceni?

A poza tym czło­wiek, któ­rego za­wsze prze­peł­nia chęć świad­cze­nia in­nym do­brych uczyn­ków, nie może się po­wstrzy­mać od dzia­ła­nia, a znowu nie można za­wsze dzia­łać do­brze. Na­tura wy­zna­cza cza­sami kwa­terę nie­zno­śnemu pa­so­ży­towi na zwie­rzę­ciu, w sto­sunku do któ­rego nie ma na­wet złej woli. I co wtedy? Po­dzi­wiamy jej tro­skę o pa­so­żyta. Gdyby pan Ri­ley po­wstrzy­mał się i nie za­re­ko­men­do­wał pa­stora, nie ma­jąc od­po­wied­nich pod­staw ku temu, po­zba­wiłby pana Stel­linga płat­nego ucznia, co nie by­łoby z ko­rzy­ścią dla wie­leb­nego dżen­tel­mena. Zważ­cie rów­nież, że czy­stą złudą oka­za­łyby się te miłe, mgli­ste, nie­winne wi­zje sa­tys­fak­cji, jaka musi pły­nąć na przy­kład z do­brych sto­sun­ków z Timp­so­nem, z faktu, iż udzie­lił po­rady, kiedy ktoś o nią pro­sił, że za­im­po­no­wał przy­ja­cie­lowi Tul­li­ve­rowi, że po­wie­dział coś, i to po­wie­dział z prze­ko­na­niem - a to wszystko, wraz z in­nymi, nie­okre­śle­nie drob­nymi do­dat­kami oraz cie­płym ko­min­kiem i brandy z wodą, ukształ­to­wało świa­do­mość pana Ri­leya w tym wła­śnie przy­padku.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział II

PAN TUL­LI­VER Z MŁYNA DO­RL­COTE OZNAJ­MIA SWOJĄ DE­CY­ZJĘ W SPRA­WIE TOMKA

- Idzie mi o to, zro­zum - mó­wił pan Tul­li­ver - idzie mi o to, żeby dać Tom­kowi wy­kształ­ce­nie jak się pa­trzy, które mu po­zwoli za­ro­bić na ka­wa­łek chleba. Dla­tego wła­śnie po­wie­dzia­łem w szkole, że mój syn prze­sta­nie tam cho­dzić od Zwia­sto­wa­nia. Chciał­bym go od tego lata od­dać do pierw­szo­rzęd­nych na­uczy­cieli. Gdy­bym my­ślał wy­pro­wa­dzić go na mły­na­rza czy go­spo­da­rza, na pewno by mu wy­star­czyły te dwa lata, boć prze­cie wię­cej mu już wbili do głowy niż mnie. Mój oj­ciec za całą szkołę dał mi do­brą ró­zgę i po­ka­zał, jak się czyta li­tery. Ale ja chciał­bym, żeby z Tomka był chło­piec wy­kształ­cony i żeby nie dał so­bie w ka­szę dmu­chać tym tam je­go­mo­ściom, co po­tra­fią pięk­nie ga­dać czy pi­sać z za­wi­ja­sami. Mógłby mi bar­dzo po­móc przy wszyst­kich pro­ce­sach, ar­bi­tra­żach i tak da­lej. Ale ani mi w gło­wie ro­bić z chło­paka ad­wo­kata - nie chciał­bym mieć syna ło­buza. Może so­bie być in­ży­nie­rem czy geo­me­trą, czy li­cy­ta­to­rem albo tak­sa­to­rem, jak Ri­ley. Wszystko to ładne za­wody, przy­no­szą czło­wie­kowi nie­zły za­ro­bek, a nie po­trze­bują żad­nych wkła­dów, chyba tylko grubą de­wizkę do ze­garka i kan­ce­la­ryjny sto­łek. Je­den dru­giemu równy, a ża­den nie gor­szy od prawa, wiem to na pewno, bo Ri­ley twardo pa­trzy w oczy ad­wo­ka­towi Wa­ke­mowi. On się go nie boi!

Pan Tul­li­ver zwra­cał się do żony, przy­stoj­nej blon­dynki w kar­bo­wa­nym wa­chla­rzy­ko­wa­tym cze­peczku (jakże to już dawno temu owe cze­peczki wy­szły z mody - pewno nie­długo znów za­cznie się je no­sić. W owym cza­sie, kiedy pani Tul­li­ver zbli­żała się do czter­dziestki, uwa­żane były w St. Ogg's za roz­koszną no­wość).

- Cóż, ko­cha­neczku, ty naj­le­piej znasz się na tych spra­wach; ja nie mam nic prze­ciwko temu, co mó­wisz. Ale może bym tak za­rżnęła parę ka­czek i za­pro­siła wu­jów i ciotki na obiad w przy­szłym ty­go­dniu, że­byś po­słu­chał, co sio­stra Glegg i sio­stra Pul­let mają do po­wie­dze­nia. Jest w kur­niku kilka ka­czek, które wprost pro­szą się o za­rżnię­cie.

- Mo­żesz so­bie tam wy­rżnąć wszy­stek drób, jaki masz w kur­niku, Bessy - oświad­czył wy­zy­wa­jąco pan Tul­li­ver - ale ja nie będę py­tał żad­nych wuj­ków i ciot­ków, co mam ro­bić z moim chło­pa­kiem.

- Boże święty! - pani Tul­li­ver była wstrzą­śnięta krewką wy­po­wie­dzią męża. - Jak­żeż tak można, ko­chanku! Za­wsze mó­wisz bez sza­cunku o mo­jej ro­dzi­nie, a sio­stra Glegg całą winę zrzuca na mnie, choć je­stem nie­winna jak ja­gnię. Nikt jesz­cze ode mnie nie sły­szał, że wu­jo­stwo, któ­rzy na ni­kogo nie po­trze­bują się oglą­dać z pie­niędzmi, to nie­szczę­ście dla mo­ich dzieci. Ale je­śli To­mek ma zmie­nić szkołę, chcia­ła­bym, żeby po­je­chał tam, gdzie­bym go mo­gła oprać i ob­szyć, boć prze­cież jak go da­lej wy­wie­ziesz, to można mu rów­nie do­brze dać per­kal za­miast płótna; i tak zżółk­nie po kilku pra­niach poza do­mem. A jakby można było po­sy­łać ku­fe­rek tam i z po­wro­tem, to­bym za­wsze do­ło­żyła chłopcu tro­chę cia­sta czy pasz­tetu, czy ja­błek; on już to zje, nie ma obawy, na­wet jakby mu tam nie wy­dzie­lali je­dze­nia. Bogu dzięki, moje dzieci po­tra­fią jeść, jak rzadko!

- No do­brze, do­brze, nie po­ślemy go da­lej, niż cho­dzi wóz ba­ga­żowy, je­śli tylko wszystko inne też bę­dzie pa­so­wało - od­parł pan Tul­li­ver - ale je­śli nie znaj­dziemy szkoły tak bli­sko, nie po­win­naś ro­bić wstrę­tów z tym pra­niem. To już ci mu­szę wy­po­mnieć, Bessy, że ty, jak zo­ba­czysz pa­tyk na dro­dze, za­raz mó­wisz, że nie mo­żesz przez niego prze­leźć! Nie da­łaś mi na­jąć do­brego fur­mana tylko dla­tego, że miał myszkę na gę­bie.

- Co znowu, ko­chanku - za­opo­no­wała pani Tul­li­ver, lekko zdu­miona. - Kie­dyż to mia­łam do ko­goś pre­ten­sję o myszkę? Nic mi to nie prze­szka­dza - wprost prze­ciw­nie - prze­cież mój brat, świeć Pa­nie nad jego du­szą, miał myszkę nad jedną brwią. Ale nie przy­po­mi­nam so­bie, że­byś kiedy chciał na­jąć fur­mana z myszką, ko­chanku! Jak przy­szedł John Gibbs, toć prze­cież nie miał na twa­rzy żad­nej tam myszki, tak samo jak i ty, i bar­dzo cię na­ma­wia­łam, że­byś go na­jął, no więc go na­ją­łeś i gdyby nie umarł na za­pa­le­nie płuc, pa­mię­tasz, kiedy to pła­ci­li­śmy dok­to­rowi Turn­bul­lowi za wi­zyty, toby na pewno do dzi­siaj u nas fur­ma­nił. Może zresztą miał tę myszkę gdzieś, gdzie nie było wi­dać, ale skąd ja mo­głam o tym wie­dzieć, ko­chanku?

- Nie, nie, Bessy, wcale mi nie szło o myszkę, mia­łem na my­śli coś in­nego, ale już mniej­sza o to - dziwne, co to wy­cho­dzi z ta­kiego ga­da­nia! Za­sta­na­wiam się te­raz tylko nad tym, jak zna­leźć od­po­wied­nią szkołę dla Tomka, że­bym znowu nie wpadł, tak jak z tą po­przed­nią, co to ją na­zy­wali aka­de­mią. Nie chcę mieć do czy­nie­nia z żadną aka­de­mią i jak po­ślę Tomka do szkoły, to nie do żad­nej aka­de­mii, tylko gdzieś, gdzie uczeń nie czy­ści przez cały czas bu­tów ro­dzi­nie pana na­uczy­ciela i nie obiera kar­to­fli. Trudno wy­brać chło­pa­kowi szkołę.

Pan Tul­li­ver prze­rwał na chwilę i za­to­pił ręce głę­boko w kie­sze­niach spodni, jakby się spo­dzie­wał zna­leźć tam ja­kąś wska­zówkę. Wi­docz­nie się nie za­wiódł, bo­wiem po­wie­dział na­gle:

- Wiem, co zro­bię. Po­ga­dam o tym z Ri­leyem. Przy­jeż­dża ju­tro na ar­bi­traż o tamę.

- Do­sko­nale, ko­chanku. Wy­ję­łam po­wle­cze­nie na naj­wy­god­niej­sze łóżko, a Ke­zia roz­wie­siła je koło pieca. To nie jest moja naj­lep­sza bie­li­zna po­ście­lowa, ale wy­star­czy dla każ­dego. Jak już mowa o na­szych naj­lep­szych prze­ście­ra­dłach z ho­len­der­skiego płótna, to mo­gła­bym mieć wy­rzuty su­mie­nia, że je ku­pi­łam, gdyby nie to, że wy­star­czą nam jesz­cze na po­chó­wek. Gdy­byś miał ju­tro umrzeć, ko­cha­neczku, to są go­towe, pięk­nie wy­ma­glo­wane i tak pachną la­wendą, że z przy­jem­no­ścią by się je ro­ze­słało, leżą w le­wym rogu tej du­żej dę­bo­wej skrzyni z bie­li­zną, co stoi pod ścianą; ni­komu zresztą nie dam ich wyj­mo­wać - sama się nimi zajmę.

Wy­ma­wia­jąc ostat­nie słowa, pani Tul­li­ver wy­cią­gnęła z kie­szeni pęk lśnią­cych klu­czy i, wy­braw­szy je­den, po­cie­rała go mię­dzy du­żym i wska­zu­ją­cym pal­cem, z ła­god­nym uśmie­chem pa­trząc w ja­sny ogień. Gdyby pan Tul­li­ver wy­ka­zy­wał w sto­sunku do swej mał­żonki pewne ce­chy prze­wraż­li­wie­nia, mógłby przy­pu­ścić, iż żona wy­cią­gnęła klucz, by le­piej móc so­bie wy­obra­zić chwilę, kiedy to on, pan Tul­li­ver, znaj­dzie się w sta­nie uspra­wie­dli­wia­ją­cym wy­ję­cie z ku­fra naj­lep­szych prze­ście­ra­deł z ho­len­der­skiego płótna. Na szczę­ście mły­narz był wraż­liwy tylko na punk­cie swych praw do ener­gii wod­nej, a poza tym przy­jął mę­żow­ski oby­czaj nie­zbyt pil­nego słu­cha­nia żony, to­też od ostat­niej wzmianki o Ri­leyu za­jął się bliż­szym ba­da­niem swych weł­nia­nych skar­pet.

- Wiesz, Bessy, to chyba do­bra myśl - ode­zwał się wresz­cie po krót­kiej prze­rwie. - Ri­ley na pewno bę­dzie wie­dział o ja­kiejś szkole; sam prze­cież dużo się kształ­cił i cią­gle jeź­dzi po świe­cie na ar­bi­traże i sza­cunki. Ju­tro wie­czo­rem, jak skoń­czymy z in­te­re­sami, bę­dziemy mieli dość czasu, żeby to ob­ga­dać. Chciał­bym, żeby To­mek zo­stał kimś ta­kim jak Ri­ley, wiesz - żeby po­tra­fił ga­dać, jak z książki, i znał dużo słów, co to nie­wiele zna­czą, ale ża­den sę­dzia nie może się do nich przy­cze­pić, no i żeby miał nie­zgor­sze po­ję­cie o in­te­re­sach.

- Cóż, ko­chanku - od­parła pani Tul­li­ver. - Nie mia­ła­bym nic prze­ciwko ta­kim na­ukom, je­śliby szło o to tylko, żeby chło­piec pięk­nie mó­wił, znał się na wszyst­kim, cho­dził zgar­biony i cze­sał się do góry. Ale ci męż­czyźni z wiel­kich miast, co po­tra­fią tak pięk­nie mó­wić, mają zwy­kle fał­szywe gorsy ko­szu­lowe i tak długo no­szą je­den i ten sam ża­bot, aż wy­gląda jak ścierka, a po­tem za­kry­wają go ser­wetką. Wiem, że tak robi Ri­ley. A poza tym, jak To­mek wy­je­dzie i za­mieszka w Mud­port jak Ri­ley, to bę­dzie miał dom z taką małą kuch­nią, że ani się ob­ró­cić, ni­gdy nie zo­ba­czy świe­żego jajka na śnia­da­nie i bę­dzie sy­piał gdzieś na trze­cim albo może i czwar­tym pię­trze, i spali się, nim zdąży zejść na dół.

- Co też tam! - za­pro­te­sto­wał pan Tul­li­ver. - Wcale nie my­śla­łem, żeby To­mek miał je­chać do Mud­port; chcia­łem, żeby so­bie za­ło­żył biuro w St. Ogg's, nie­da­leko, i żeby miesz­kał z nami. Ale - cią­gnął po chwili mil­cze­nia - boję się tylko, że nasz chło­piec nie bar­dzo się na­daje na ta­kiego uczo­nego je­go­mo­ścia. Wy­daje mi się, że on nie jest spe­cjal­nie po­jętny. Wro­dził się w two­ich, Bessy.

- Masz ra­cję - zgo­dziła się pani Tul­li­ver, przyj­mu­jąc ostat­nią wzmiankę za do­brą mo­netę. - Tak okrop­nie lubi słony ro­sół, to nie­sły­chane! Zu­peł­nie jak mój brat, a przed nim mój oj­ciec.

- Ale szkoda - opo­no­wał pan Tul­li­ver - że to nie dzie­wuszka, a chło­pak wro­dził się w ro­dzinę matki. Naj­gor­sza rzecz w tym ca­łym krzy­żo­wa­niu ga­tun­ków, że ni­gdy so­bie nie można z góry wy­kal­ku­lo­wać, co z tego wy­nik­nie. Na­sza mała, znowu, po­szła we mnie; jest dwa razy by­strzej­sza od Tomka. Boję się na­wet, że jest na babę za by­stra - cią­gnął mły­narz, ki­wa­jąc z po­wąt­pie­wa­niem głową z boku na bok. - Nic w tym złego, póki jest mała, ale za mą­dra ko­bieta to tak jak owca z dłu­gim ogo­nem - nie zdo­bę­dzie za to lep­szej ceny.

- Dużo w tym złego, ko­chanku, póki jest mała, bo to jest wła­śnie źró­dło wszyst­kich mo­ich kło­po­tów. Nie mam po­ję­cia, jak ją zmu­sić, żeby choć przez dwie go­dziny cho­dziła w czy­stym far­tuszku. A to mi przy­po­mina - cią­gnęła pani Tul­li­ver, wsta­jąc i pod­cho­dząc do okna - że nie wiem, gdzie się te­raz po­dziewa, a już pra­wie czas na her­batę. No tak, by­łam pewna - łazi so­bie nad brze­giem jak jaka dzi­ku­ska. Zo­ba­czysz, że kie­dyś wpad­nie do wody.

Pani Tul­li­ver mocno za­pu­kała w szybę, kiw­nęła ręką i po­trzą­snęła głową; nim wró­ciła na swoje krze­sło, po­wtó­rzyła tę czyn­ność kil­ka­krot­nie.

- Mó­wisz, ko­chanku, o by­stro­ści - oświad­czyła, usa­do­wiw­szy się z po­wro­tem na swoim miej­scu - a mnie się zdaje, że dziew­czyna cza­sem jest jakby przy­głu­pia. Kiedy ją po­ślę po coś na górę, to nie­raz za­po­mni, po co po­szła, siada na pod­ło­dze, w słońcu, splata włosy i śpiewa so­bie, jak jaka wa­riatka, a ja tym­cza­sem cze­kam na nią na dole. Tego już nie odzie­dzi­czyła, Bogu dzięki, po mo­ich, ani tej czar­nej skóry, przez którą wy­gląda jak Mu­latka. Nie lu­bię nic wy­ma­wiać Opatrz­no­ści, ale to ciężki krzyż mieć tylko jedną córkę i do tego ta­kiego cu­daka.

- Nie­do­rzecz­ność - opo­no­wał pan Tul­li­ver. - Dziew­czyna jak świeca, a na te czarne śli­pia każdy z przy­jem­no­ścią po­pa­trzy. Coś mi się nie wy­daje, żeby była głup­sza od in­nych dzieci - czy­tać po­trafi nie go­rzej niż sam pa­stor.

- Ale włosy jej się nie chcą krę­cić, cho­ciaż ro­bię z nimi, co mogę; a ona mi sza­leje, jak jej za­krę­cam pa­pi­loty, i ustać nie może, kiedy pró­buję uło­żyć jej loki rur­kami. Ile ja mam z nią ro­boty!

- To je ze­tnij, ze­tnij na krótko - śpiesz­nie pod­su­nął oj­ciec.

- Jak ty też mo­żesz mó­wić coś po­dob­nego! Taka duża dziew­czyna, dzie­więć lat, i taka wy­soka na swój wiek! Jak­żeby ona wy­glą­dała z krót­kimi wło­sami! Jej ku­zynka, Lucy, ma całą głowę w lo­kach i każdy wło­sek na swoim miej­scu, ani je­den nie od­staje. To ciężki do­pust dla mnie, żeby sio­stra De­ane miała ta­kie ładne dziecko. Pewna je­stem, że Lucy wię­cej ma ze mnie niż moja wła­sna córka. Ma­dziu, Ma­dziu! - cią­gnęła matka to­nem przy­mil­nego uty­ski­wa­nia, gdy ten nie­szczę­sny błąd na­tury wszedł do izby - na co się zda moje cią­głe po­wta­rza­nie, byś nie cho­dziła nad wodę. Wpad­niesz kie­dyś i uto­pisz się, a wtedy bę­dziesz ża­ło­wała, żeś nie słu­chała matki.

Kiedy Ma­dzia zdjęła kap­tu­rek, włosy jej smut­nie po­twier­dziły słusz­ność za­rzu­tów matki. Pani Tul­li­ver, w dą­że­niu, by córka jej miała kę­dzie­rzawą czu­prynkę, "jak dzieci in­nych", ucięła jej włosy nad czo­łem zbyt krótko, by je można było za­su­nąć za uszy, a że go­dzinę po zdję­ciu pa­pi­lo­tów po lo­kach i śladu nie było, Ma­dzia co chwilę pod­rzu­cała głową, by strzą­snąć ciemne, gę­ste ko­smyki z czar­nych, lśnią­cych oczu. Ru­chy te upo­dab­niały ją nie­zmier­nie do ma­łego sze­tlandz­kiego ku­cyka.

- O, mój Boże! Ma­dziu! Jak można tak rzu­cać kap­tu­rek! Bądź grzeczna, za­nieś go na górę, wy­szczot­kuj włosy, włóż czy­sty far­tu­szek i, na li­tość bo­ską, zmień pan­to­fle. A po­tem wróć tu­taj i przy­nieś swoją zszy­wankę, jak do­brze wy­cho­wana pa­nienka!

- Mamo - za­pro­te­sto­wała Ma­dzia to­nem, w któ­rym brzmiało lek­kie nie­za­do­wo­le­nie - ja nie chcę ro­bić mo­jej zszy­wanki.

- Co! Nie chcesz zro­bić pięk­nej, zszy­wa­nej kapy na łóżko dla cioci Glegg?

- To głu­pia ro­bota - od­parła Ma­dzia, po­trzą­sa­jąc grzywą - naj­pierw drzeć ma­te­riał na ka­wałki po to tylko, żeby go zszy­wać z po­wro­tem. A poza tym nie chcę nic ro­bić dla cioci Glegg - nie lu­bię jej.

Ma­dzia wy­szła, wlo­kąc za sobą kap­tu­rek za ta­siemkę, pan Tul­li­ver zaś ro­ze­śmiał się ha­ła­śli­wie.

- Dzi­wię ci się, mój drogi, że po­tra­fisz się z tego śmiać - oświad­czyła pani Tul­li­ver nieco bar­dziej zrzęd­nie. - Za­chę­casz ją do nie­grzecz­no­ści. A ciotki po­my­ślą, że to ja ją roz­pusz­czam.

Pani Tul­li­ver była osobą o tak zwa­nym po­god­nym uspo­so­bie­niu; ni­gdy nie pła­kała, bę­dąc dziec­kiem, chyba że po­czuła głód lub ukłuła się szpilką; od ko­ły­ski była zdrowa, do­rodna, pulchna, tę­pawa - krótko mó­wiąc naj­słod­sze, naj­mil­sze dziecko w ro­dzi­nie. Ale mleko i sło­dycz nie naj­le­piej się kon­ser­wują, a skwa­śniałe nieco, mogą się ludz­kiemu brzu­chowi dać we znaki. Za­sta­na­wia­łem się czę­sto, czy te wcze­sne Ma­donny Ra­fa­elow­skie o ja­snych, nieco głu­pa­wych twa­rzach za­cho­wują ten sam nie­zmą­cony spo­kój, kiedy ich silni du­chowo i fi­zycz­nie chłopcy wy­ro­sną na tyle, by ich nie można już było po­ka­zy­wać bez ubra­nia. Przy­pusz­czam, że za­czy­nają wtedy na nich gde­rać, a w miarę jak to gde­ra­nie od­nosi co­raz mniej­szy sku­tek, wy­daje mi się, że Ma­donny mu­szą te­try­czeć.

Roz­dział I

POD MŁY­NEM DO­RL­COTE

Po sze­ro­kiej rów­ni­nie, po­mię­dzy zie­lo­nymi brze­gami, pły­nie by­strym nur­tem ku mo­rzu roz­lewna w tym miej­scu Flossa, a czuły przy­pływ wy­biega na jej spo­tka­nie i zdu­sza pły­nące wody w gwał­tow­nym uści­sku. Ten wła­śnie po­tężny przy­pływ nie­sie ku mia­stu St. Ogg's czarne okręty ła­downe jo­dło­wymi, pach­ną­cymi de­skami, krą­głymi wo­rami na­sion ole­istych czy ciem­nym lśnie­niem wę­gla. Mię­dzy ni­skim, za­le­sio­nym wzgó­rzem i brze­giem rzeki uka­zują się stare, fa­li­ste, czer­wone da­chy i sze­ro­kie ściany szczy­towe skła­dów por­to­wych, za­bar­wia­jąc wodę de­li­katną ró­żową barwą w nie­sta­łych bla­skach lu­to­wego słońca. Na prawo i lewo cią­gną się, jak okiem się­gnąć, bujne pa­stwi­ska i łaty ciem­nej ziemi, go­to­wej na przy­ję­cie ziarna sze­ro­ko­list­nych zie­lo­nych zbóż lub też za­bar­wio­nych już de­li­kat­nym se­le­dy­no­wym ko­lo­rem mło­dych źdźbeł z je­sien­nego siewu. Jest jesz­cze kilka ze­szło­rocz­nych uli, co rzę­dem zło­tych kop­ców wy­nu­rzają się spoza ży­wo­pło­tów; a wszyst­kie ży­wo­płoty po­prze­sa­dzane są drze­wami. Wy­daje się, że maszty i ru­dawe ża­gle pły­ną­cych w dali okrę­tów wy­ra­stają spo­mię­dzy ga­łęzi roz­sia­dłego je­sionu. Tuż pod czer­wo­no­da­chym mia­stem wpływa do Flossy za­si­la­jąca jej wody by­stra rzeczka Rip­ple. Ja­każ uro­cza jest ta rze­czułka o ciem­nych, mie­nią­cych się fa­lach! To jakby żywy mój to­wa­rzysz, gdy tak wę­druję wzdłuż brzegu i słu­cham jej ni­skiego, ła­god­nego głosu, jak głosu ko­goś głu­chego i bar­dzo ko­cha­ją­cego. Pa­mię­tam te wierzby, za­nu­rza­jące dłu­gie ga­łę­zie w wo­dzie. Pa­mię­tam ka­mienny most.

A oto młyn Do­rl­cote. Mu­szę nań po­pa­trzeć i sta­nąć chwilę na mo­ście, choć nad­cią­gają groźne chmury i późne już po­po­łu­dnie. Przy­jemny jest ten wi­dok na­wet te­raz, w bez­li­to­sne ostat­nie dni lu­tego - może chłód i wil­goć do­dają czaru do­stat­niemu, schlud­nemu do­mowi, sta­remu jak te wiązy i kasz­tany, co chro­nią go przed pół­noc­nym wi­chrem. Woda w stru­mie­niu pod­cho­dzi wy­soko pod rzad­kie ło­ziny i pra­wie za­lewa tra­wia­ste brzegi łąki przed do­mem. Gdy spo­glą­dam na ten wez­brany stru­mień, na żywą trawę, na ja­sno­zie­lony pył, co wy­de­li­kat­nia za­rysy wiel­kich pni i ga­łęzi i prze­świ­tuje spo­pod na­gich, czer­wo­nych krze­wów, wów­czas za­czy­nam wprost ko­chać wil­goć i za­zdro­ścić bia­łym kacz­kom w ło­zi­nach, które za­nu­rzają łebki głę­boko w wodę, nie­po­mne na do­syć dziwne wra­że­nie, ja­kie ten wi­dok spra­wić może na such­szym świe­cie, tam, w gó­rze.

Szum by­strej wody i ło­skot do­cho­dzący od młyna ogłu­szają sen­nie, a wszystko to jesz­cze po­tę­guje wra­że­nie spo­koju - jakby wiel­kie za­słony dźwięku od­cięły słu­cha­cza od reszty świata. A te­raz znowu roz­lega się hur­kot wiel­kiego wozu z płó­cienną budą, wy­ła­do­wa­nego wor­kami ziarna. Po­czciwy fur­man roz­my­śla za­pewne nad swoim obia­dem, który o tak póź­nej po­rze wy­sechł chyba na wiór w pie­cyku; nie weź­mie jed­nak do ust ani kęsa, do­póki nie na­karmi koni - moc­nych, ule­głych, ła­god­no­okich zwie­rząt, które pa­trzą nań zza oku­la­rów ze spo­kojną wy­mówką. Po cóż to groźne strze­la­nie z bata?! Jakby ono było po­trzebne!!! Pa­trz­cie, jak na­prę­żają mię­śnie, cią­gnąc wóz pod górę, na most, z ener­gią, którą im daje po­czu­cie bli­sko­ści domu. Pa­trz­cie na ogromne, ob­ro­śnięte ku­dłami ko­pyta, co wbi­jają się w twardą zie­mię; pa­trz­cie na wy­trwałą siłę po­chy­lo­nych pod cięż­kim cho­mą­tem szyj, na mo­carne mu­skuły na­pię­tych za­dów. Przy­jem­nie by­łoby usły­szeć, jak rżą nad ciężko za­pra­co­wa­nym owsem, zo­ba­czyć, jak po­chy­lają spo­cone, uwol­nione już z uprzęży szyje i za­nu­rzają chciwe chrapy w błot­ni­stym sta­wie. Są już na mo­ście i szyb­ciej zbie­gają w dół, a łuk płó­cien­nej budy gi­nie mi z oczu na za­krę­cie za drze­wami.

Te­raz mogę znowu zwró­cić oczy na młyn i pa­trzeć, jak jego nie­stru­dzone koło wy­rzuca krysz­ta­łowe bry­zgi wody. Ta mała dziew­czynka rów­nież mu się przy­gląda; nie ru­szyła się ze swego miej­sca na brzegu, od­kąd sta­ną­łem na mo­ście. A dzi­waczny biały kun­del z brą­zo­wym uchem wciąż ska­cze i szczeka, jakby wy­gra­żał bez­sku­tecz­nie młyń­skiemu kołu; może jest za­zdro­sny o swoją to­wa­rzyszkę za­baw w bo­bro­wej cza­peczce, którą jakby urze­kły jego ru­chy. My­ślę so­bie, że już naj­wyż­szy czas, by mała po­szła do domu; po­wi­nien ją tam prze­cież cią­gnąć ja­sny ogień na ko­minku: czer­wony blask pło­mie­nia po­bły­skuje pod ciem­nie­jącą sza­ro­ścią nieba. I na mnie już czas w drogę, czas zdjąć ręce z zim­nego ka­mie­nia mo­stu...

Ach, na­prawdę ręce mi zdrę­twiały. Zdrę­twiały przy­ci­śnięte do po­rę­czy fo­tela... gdy śni­łem, że oto stoję na mo­ście przed mły­nem Do­rl­cote, ta­kim, ja­kim był w pewne lu­towe po­po­łu­dnie wiele, wiele lat temu. Nim mnie sen zmo­rzył, chcia­łem wam wła­śnie opo­wie­dzieć, o czym roz­ma­wiali pań­stwo Tul­li­ver, sie­dząc przy ja­snym ogniu w ba­wialni, na lewo od sieni, tego po­po­łu­dnia, o któ­rym ma­rzy­łem przed chwilą.