Młyn nad Czarnym Potokiem Saga małopolska - Anna J. Szepielak


Reflow text when sidebars are open.
PROLOG
Pomarszczona szczupła dłoń, pokryta siatką niebieskich żyłek z wysiłkiem uniosła się z pościeli.
- Tam w szafie... - powiedziała cicho staruszka, wskazując palcem na dębowy mebel. - W takim metalowym pudełku.
Drżąca ręka opadła z powrotem na kołdrę. Oddech chorej był płytki. Mówiła z trudem, mrużąc oczy, jakby nie była pewna, czy obok niej siedzą córka i wnuczka, czy jakieś obce osoby.
- Tak, mamo? W szafie?
- Pudełko... Już czas...
- Samantho, podaj babci to, o co prosi. - Dojrzały głos z wyraźnym amerykańskim akcentem brzmiał spokojnie, jakby siedząca przy staruszce kobieta pogodziła się z tym, co miało nastąpić.
Samantha oderwała wzrok od naznaczonej bólem twarzy babki i posłusznie otworzyła wielką szafę. Drzwi zaskrzypiały. Stojąc na palcach, dziewczyna przez dłuższą chwilę szperała po półkach.
- Where is it? - mruknęła zniecierpliwiona. - A, tutaj.
Spomiędzy starannie ułożonych ręczników pachnących lawendą wyciągnęła stare kwadratowe pudełko po jakichś czekoladkach. Polski napis na pokrywce wyblakł, choć kiedyś musiał błyszczeć złotym kolorem.
- Otwórz - szepnęła staruszka.
Wnuczka ostrożnie podważyła pokrywkę, by nie złamać sobie długiego paznokcia. W środku leżała skórzana sakiewka i czarno-biała fotografia w srebrnej oprawce. Podała przedmioty matce siedzącej tuż obok wezgłowia łóżka.
- O to chodziło?
- Tak. Kasiu, to dla ciebie... a potem dla Sam, na pamiątkę. - Staruszka z trudem łapała powietrze. - Dostałam od matki, zanim... zanim uciekliśmy z Polski z twoim ojcem. - Wychudzona dłoń delikatnie dotykała przedmiotów, które podsunęła jej córka. - A to moja rodzina.
Zaintrygowana wnuczka podeszła bliżej. Pochyliła się nad położoną na kołdrze starą fotografią. Na tle jakiegoś gospodarstwa stał uśmiechnięty przystojny mężczyzna w garniturze. Obok niego na krześle w eleganckiej pozie siedziała kobieta w prostej, długiej do kostek sukni i letnim kapeluszu. U jej stóp dwie podrośnięte dziewczynki obejmowały z uśmiechem chłopca w marynarskim ubraniu.
- To pradziadek? - spytała.
- Mój ojciec Mikołaj i matka Zofia. - Twarz staruszki rozjaśnił blady uśmiech.
- A te dzieci?
- Ja z siostrą i bratem Jasiem... Jeszcze dziś się z nimi spotkam - szepnęła chora i zakaszlała.
Córka przytrzymała jej głowę, obtarła usta.
- Mamo, lekarz mówił, że trzeba odpoczywać - zaprotestowała bez przekonania.
- Nie, Kasiu, chcę na nich patrzeć. To jedyne zdjęcie... nas wszystkich. Ona też tu jest. Nie zgubcie.
- Jaka: ona, mamo?
- Dobrze, babciu - wtrąciła się Samantha. - Nie martw się, zeskanuję to. W komputerze na pewno nie zginie.
- Te wasze wynalazki... - Staruszka uśmiechnęła się leciutko. - Żałuję, że nie pisałam pamiętników. Już za późno na wyjaśnienia, a jest tyle spraw, o których nie wiecie. Coraz mniej czasu... - Wyciągnęła drżącą rękę po skórzaną sakiewkę, ale ta okazała się zbyt ciężka. - Rozwiąż.
Dziewczyna posłusznie wysypała zawartość woreczka na kołdrę. W świetle lampy zalśniło złoto i srebro.
- Oh my God! Co to jest?
Na pościeli tuż obok dłoni babki leżały łańcuszki, pierścionki i kolczyki. Skromna biżuteria, ozdobiona gdzieniegdzie bursztynem, małą perełką czy koralowym oczkiem, była wyraźnie staroświecka.
- To mój posag, pamiątki z Polski - szepnęła staruszka. - Nie sprzedałam, choć była bieda. Teraz należy do ciebie, Kasiu.
Mrużąc niedowidzące już oczy, dotknęła przedmiotów. Niezdarnie popychała je po kołdrze, jakby czegoś szukała.
- Gdzie to... Matka kazała zrobić dwie takie same... Dla mnie i dla mojej siostry, Marysi.
- Czego szukasz, mamo?
- Broszki. O, jest.
- Kamea! Jaka śliczna. - Oczarowana Samantha przyjrzała się delikatnemu reliefowi i ażurowym złotym zdobieniom broszki, którą odnalazła wśród biżuterii słabnąca dłoń babki.
- Kiedyś ją dostaniesz... Z matki na córkę... Strzeżcie jej. Dopóki jest w naszej rodzinie, nie zabraknie wam chleba. Tak powiedziała moja matka.
- To taki talizman?
- Nie. Matka pobłogosławiła ją... przed ikoną.
- Broszkę?
- Tak. To przecież wizerunek Matki Bożej - szeptała staruszka gasnącym głosem. - Mówiła, że córki odchodzą z domu, dlatego powinny zabrać ze sobą... Bo nasz Jaś miał zostać gospodarzem we młynie... Ale wszystko poszło nie tak... nie tak...
- Mamo, uspokój się, proszę. Ciebie to męczy.
Staruszka nie słuchała. Mimo że jej oddech stawał się coraz płytszy, ożywiła się nagle, jakby poczuła, że coś ją pogania.
- Otwórzcie, otwórzcie - poleciła nerwowo, podsuwając klejnot córce.
- Jak to: otwórzcie? Babciu?
- To taki medalion, schowek. Tam jest zameczek. Tylko nie wysyp zawartości.
Ostrożnie podważona broszka odskoczyła, ukazując lekko wklęsłe wnętrze. W środku znajdowała się odrobina szarawego proszku.
- Oh, grandma! Co to jest?
- Nie to, co myślisz - Kącik ust staruszki uniósł się w ironicznym uśmiechu, który natychmiast zgasł, zagłuszony męczącym kaszlem. - Daj spokój, Kasiu. Nie ma czasu. - Słabym ruchem odsunęła dłoń córki podtrzymującą przy jej ustach chusteczkę.
- Więc co to za proszek, babciu?
Nie znajdując sił na odpowiedź, staruszka spojrzała na córkę.
- To mąka, Samantho - odparła poważnym tonem Katarzyna, wpatrując się z bólem w twarz gasnącej matki. - Twoja babcia mówiła mi już kiedyś o tej broszce. To mąka z młyna dziadka Mikołaja, z Polski. Prawda, mamo?... Mamo?
Oddech staruszki stawał się coraz wolniejszy, a jej oczy utkwione były gdzieś w oddali.
- Zawsze myślałam, że tam wrócę... do domu... że się odnajdziemy... ale jakoś... jakoś... Tam zawsze pachniało chlebem...
- Grandma? Babciu!
* * *
- Stasiek! Okulary pana Władka już zrobione? - Korpulentna starsza kobieta wychyliła się zza lady w stronę zaplecza.
- A bo co? - usłyszała z głębi tubalny głos małżonka.
- Bo właśnie przyniósł pocztę, to by sobie od razu odebrał.
- A! To zaraz będą gotowe. Chwila!
Listonosz pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Poczekam, pani Kolińska. - Otarł rękawem spocone czoło. - Mam dla pani list, ale trzeba pokwitować.
- List? Pewnie coś z urzędu gminy.
- Nie, to zagraniczny.
- Zagraniczny? - Wzięła przesyłkę do ręki. - Z Ameryki. Stasiek! To z Ameryki!
Gdy z zaplecza wynurzyła się barczysta sylwetka właściciela zakładu optycznego, jego żona już niecierpliwie rozdzierała kopertę. Stanisław spokojnie pokwitował przesyłkę i załatwił sprawę okularów. Dopiero gdy zadowolony listonosz wyszedł, uchyliwszy czapkę na pożegnanie, mężczyzna zauważył, że jego żona wpatruje się z dziwną miną w list napisany na ozdobnej papeterii.
- Hela, co jest? - spytał zaniepokojony.
- Ciotka Kazimiera umarła - szepnęła oszołomiona. - Jej córka, ta Kaśka, pisze, że tydzień temu był pogrzeb.
- Wieczne odpoczywanie... - mruknął i przeżegnał się. - No i co? Czego od nas chcą?
- Słucham? No, właściwie niczego. Po prostu nas zawiadamiają.
- Aha. To trzeba będzie złożyć im kondolencje i dać na mszę za duszę starowinki. Pójdziemy po południu na majówkę, to się zajdzie do proboszcza i ustali co trzeba.
- Tak, tak, masz rację. Takie nieszczęście! Ciotka była dobrą kobietą.
- Ale wiekową. Twoja matka umarła dziesięć lat temu, a przecież Kazimiera była od niej starsza.
- Coś ty! Ciotka urodziła się dwa lata po mamie.
- To i tak miała prawie dziewięćdziesiąt lat. Piękny wiek. Tylko pozazdrościć.
- Masz rację, Stasiu - stwierdziła cicho Helena, wciąż wpatrując się w zapisane strony listu. - Po prostu przykro mi, że nigdy jej nie poznałam. Jedyna siostra mamy... Wyjechała jeszcze w czasie wojny, ale zawsze pisała, że marzy o powrocie do wolnej Polski. Tylko jakoś nigdy nie mogła się wybrać z tej piekielnej Ameryki.
- Tak to już jest.
- Ano tak. Jezus Maria! - Helena nagle rzuciła mu przestraszone spojrzenie. - A jeśli Kazimiera zostawiła testament?!
- To co?
- Nie rozumiesz? Przecież im się też należy ziemia po babce Zofii. Moja matka i ciotka Kazimiera jako siostry dziedziczyły po równo.
- No i co taki rejwach robisz? Nikt im przecież prawa do ziemi nie zabiera. Leżało tyle lat odłogiem i nikt się tym nie interesował, to poleży jeszcze trochę.
- Poleży albo i nie poleży. Założę się, że zaraz zaczną się jakieś kłopoty. A jak nam jeszcze będą wypominać te paczki, co nam ciotka po wojnie przysyłała z Chicago? - Helena odruchowo spojrzała przez szybę witryny, jakby się bała, że ktoś podsłuchuje. - Chyba nie każą nam tego oddać? No, wiesz... - szepnęła przejęta.
- Co ty pleciesz, kobieto? Kto by po tylu latach pamiętał o paczkach z Ameryki? - Wzruszył ramionami.
- Nie znasz ludzi? Każdy grosz wypomną, jak przyjdzie okazja. A przecież my tej Kaśki w ogóle nie znamy. Niby moja kuzynka, ale skąd wiesz, co to za człowiek? Może jest pazerna. Amerykanka! - parsknęła z irytacją. - Ciekawe, czy choć dobrze mówi po polsku. Zobaczysz, że jeszcze będą z tego duże problemy!
- Oj, nie kracz już, kobieto!
ROZDZIAŁ I
- Piekarnik elektryczny może jest nowocześniejszy od gazowego, ale... - Marta, z głową zanurzoną głęboko w mrocznych czeluściach, skrzywiła się rozczarowana. - To bez sensu - mruknęła do siebie. - Tak tego nie zrobię.
Ostrożnie wydostała się na zewnątrz i nagle drgnęła przestraszona.
- O rety! Co ty tu robisz, Uleńko?
Tuż obok kuchenki zobaczyła córkę. Pięcioletnia rozczochrana dziewczynka wpatrywała się w nią spokojnie dużymi błękitnymi oczyma.
- Złościsz się - stwierdziła krótko.
- Troszkę - odrzekła z wahaniem.
- Na tatusia?
- Nie tylko na tatusia. W każdym razie nie powinnaś się tym martwić, skarbie. To sprawy dorosłych.
Własne dziecko niezmiennie zaskakiwało ją przenikliwością, od kiedy tylko nauczyło się mówić. Chwilami było to dość uciążliwe.
- Oczywiście, mamusiu. Aniela mówi, że wszystko będzie dobrze, to się nie martwię.
- No proszę, Aniela zawsze wie lepiej - mruknęła Marta z przekąsem.
- Mogę ci pomóc, mamusiu?
- Najbardziej mi pomożesz, skrabie, jeśli się w końcu uczeszesz - westchnęła i pogładziła córkę po policzku. - Gdzie są twoje spinki?
- A dlaczego tam w środku nie ma lampki? - Dziewczynka szybko zmieniła temat i z poważną miną zajrzała do środka ciemnego piekarnika.
- Uleńko, słyszałaś, co powiedziałam?
- Ja ci przyniosę moją latarkę, mamusiu! - Dziecko zignorowało pytanie i pędem pobiegło do swojego pokoju. - Cześć, ciociu!
Marta odwróciła się zdziwiona. Dopiero teraz zauważyła, że w drzwiach kuchni stoi jej siostra.
- No ludzie! - sapnęła, patrząc na Grażynę. - Co wy dzisiaj tak wyskakujecie jak pajacyk z pudełka! Kiedy przyszłaś?
- Przed chwilą. Drzwi jak zwykle były otwarte. Kiedyś was okradną i nawet tego nie zauważysz!
Młoda kobieta w czerwonym zimowym płaszczu wkroczyła do kuchni, energicznie stukając po płytkach obcasami skórzanych kozaków.
- A niby z czego mają nas okraść? - burknęła Marta. - Z książek?
- Zresztą gdybym chciała czekać z tymi tobołami na klatce, aż mnie łaskawie wpuścisz do środka, ręce wyrwałyby mi się ze stawów - mówiła dalej Grażyna, nie słuchając siostry.
Z rozmachem postawiła na blacie stołu wielkie papierowe torby wypełnione produktami spożywczymi.
- Po co to wszystko?
- Musimy dzisiaj wypróbować parę przepisów. Zakładam, że znajdziesz dla mnie trochę czasu. Poza tym mam nowinę, a nawet dwie.
- No dobrze, ale czemu ostatnio kupujesz takie góry jedzenia?
- Nie zawracaj głowy! - Grażyna szybkim ruchem odgarnęła do tyłu długie czarne włosy, na których lśniły krople rozpuszczonego śniegu. - Przecież dziś już siedemnasty. Jak cię znam, w lodówce masz tylko światło. I ulubione parówki Uli. Swoją drogą, co to za dziwne dziecko... - Skrzywiła się i zaczęła rozpinać płaszcz. - Żeby dobrowolnie jadać takie świństwo. A co ty tu właściwie robisz? - Spojrzała podejrzliwie na siostrę.
Marta wciąż klęczała na podłodze tuż przed otwartym piekarnikiem. Wokół niej leżały różnokolorowe szmatki, ścierki i szczoteczki.
- Szorujesz, tak? - spytała napastliwie.
- Tylko sprzątam. Brudno było.
- Brudno, brudno! Może przyszłabyś do mnie posprzątać? Stefan wpadł właśnie na genialny pomysł, żeby przenieść plan zdjęciowy do mojego domu. Widz lubi autentyczność - sparodiowała niski głos kolegi z pracy. - Nienawidzę, jak mi się obcy ludzie plątają po mieszkaniu! Ale dobra wróżka powiedziała kochanemu Stefankowi, że dzięki temu oglądalność znowu wzrośnie. Nie znasz przypadkiem jakiegoś zabójcy dobrych wróżek?
- To dlatego ostatnio tak się zachwycał twoją nową kuchnią po remoncie - domyśliła się rozbawiona Marta. - Musisz mi ją w końcu pokazać, bo jak widzę, twój producent ma większe przywileje niż ja.
- Daj spokój! Wpadł tylko na herbatę. Myślałam, że podziwia moje zdolności dekoratorskie, tymczasem on już kombinował, jak tu pomieścić ekipę ze sprzętem na mojej pięknej kamiennej posadzce. - W zdenerwowaniu szarpnęła szalik, który zacisnął się na jej szyi. - Psiakrew!
- Po co te nerwy? Uwielbiasz swoją pracę, a teraz nie będziesz musiała nawet wychodzić z domu - zaśmiała się Marta.
- Dzięki za wsparcie! I nie zmieniaj tematu. Rozmawiałyśmy o twoich humorkach.
- Jakich humorkach? - Marta wzruszyła ramionami.
W tym momencie do kuchni wbiegła w podskokach Ula.
- Proszę, mamusiu. Z moją latarką możesz szorować dalej. Tylko się już nie złość.
- Widzisz, nawet dziecko zna cię na wylot! Zresztą nie wyprzesz się, corpus delicti mamy jak na dłoni. - Rozbawiona Grażyna machnęła ręką, wskazując plastikowe butelki z różnymi płynami, stojące na kuchennym blacie w równym szeregu jak żołnierze podczas musztry. - Po co ci tyle tego? Kiedyś się potrujecie chemicznymi oparami. Zobaczysz!
- Konserwator zabytków jest z zasady niewrażliwy na działanie chemicznych wyziewów - mruknęła rozdrażniona Marta, ale siostra jej nie słuchała.
- Koniecznie musisz sobie znaleźć jakąś pracę, bo inaczej zadręczysz siebie i to biedne dziecko. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie chcesz, żebym wkręciła cię do mojej ekipy.
- Bo to kompletnie nie dla mnie - westchnęła Marta, podnosząc się w końcu z klęczek i z krzywą miną rozcierając zdrętwiałe nogi. - Pomagam ci, bo jesteś moją siostrą. Czy to mało?
- No tak, ty i te twoje ambicje. Jeśli już musisz coś konserwować, to zrób kilka słoików korniszonów. Właśnie mi się skończyły.
- Bardzo śmieszne, Grażynka. Zamiast prowadzić program kulinarny, powinnaś występować w kabarecie.
Irytowała się, gdy siostra naśmiewała się z jej zawodu, który zresztą cała rodzina od początku uważała za kompletnie nieżyciowy. Grażyna skończyła dziennikarstwo i od razu wpadła w wir pracy, zaś Marta po wydziale konserwacji dzieł sztuki mogła jedynie pomarzyć o odpowiedniej posadzie. Po długich poszukiwaniach w akcie desperacji zrobiła kurs pedagogiczny i przepracowała rok w szkole podstawowej, ucząc plastyki. Kiedy wreszcie, ku własnemu zdziwieniu, odkryła, że sprawia jej to przyjemność, zaszła w ciążę. Z jednej strony cieszyła się na myśl o dziecku, z drugiej uważała, że jest na to za młoda. Chciała najpierw coś osiągnąć w życiu zawodowym, spełnić swoje marzenia. Tymczasem los zadecydował za nią.
Ponieważ jej mąż Adam niewiele wcześniej dostał stały etat w muzeum, wydało się im obojgu logiczne, że w tej sytuacji to Marta zajmie się dzieckiem po urodzeniu. Mijał jednak piąty rok, od kiedy siedziała w domu z córką, dlatego, mimo olbrzymich wyrzutów sumienia, Marta zaczynała czuć, że dusi się w ciasnym kręgu obiadków, spacerków, zabaw i ciągłych chorób słabowitej Uli.
Krótki epizod pracy na stażu w galerii obrazów tylko pogłębił jej zniechęcenie - znalezienie dobrej opiekunki dla córeczki graniczyło niemal z cudem, a na dodatek było tak kosztowne, że pochłaniało prawie całą jej pensję. Niezadowolony Adam w typowy dla siebie beztroski sposób oznajmił więc, że powinna znaleźć taką posadę, która albo spełni jej zawodowe aspiracje, albo przyniesie większy dochód niżnajniższa pensja krajowa. W innym przypadku całkowita dezorganizacja ich życia domowego była w jego oczach całkowicie pozbawiona sensu.
Choć nie spodobało się jej to, co usłyszała, Marta uległa presji męża "dla dobra dziecka" - jak jej wytłumaczył. Z każdym dniem czuła jednak coraz większy żal do niego, za brak wsparcia i zrozumienia. Adam uznał bowiem za oczywistość fakt, że dopóki dziecko jest małe, obowiązek opieki spoczywa na matce, a wszelkie próby dyskusji na ten temat zbywał wzruszeniem ramion.
Mimo że Marta starała się patrzeć w przyszłość z optymizmem, coraz bardziej przygnębiała ją myśl, że nie widzi przed sobą żadnych prespektyw, a opieka nad własnym dzieckiem staje się dla niej czymś w rodzaju męczącego obowiązku. Nie rozumiała i nie akceptowała swoich emocji, a to wewnętrzne rozdarcie każdego dnia wpychało ją w coraz większy dołek psychiczny. Ostatnią zatem rzeczą, jakiej w tej chwili potrzebowała, była zgryźliwa krytyka siostry osiągającej naprawdę imponujące zawodowe sukcesy. Natomiast zabiegana Grażyna, choć widziała pogarszający się z tygodnia na tydzień nastrój siostry, nie była świadoma wszystkich uczuć, które nią targały, dlatego starała się pomagać, motywując ją w nieco nietrafiony sposób.
- Czemu się tak denerwujesz? - spytała, wzruszając ramionami. - Skoro zabrałaś się do szorowania, to znaczy, że znowu coś się stało. Pokłóciłaś się z Adamem, tak?
Zniechęcona Marta westchnęła po cichu. "Że też musiała przyjść akurat dzisiaj!" - pomyślała.
Wiedziała, że Grażyna nie ustąpi i wcześniej czy później wydobędzie z niej opowieść o sprzeczce z mężem. Wolała jednak to opóźnić, bo choć kochała siostrę i była jej wdzięczna za pomoc, miała wrażenie, że Grażyna nie jest w stanie zrozumieć jej stanu ducha.
- Daj spokój, Grażynka - mruknęła. - Jeśli chcesz, możemy dzisiaj gotować, ale nie mam ochoty rozmawiać o swoich problemach.
- A więc jednak! Nic z tego. Poczekaj, tylko się rozbiorę, a ty ogarnij ten bałagan. - Grażyna zatrzymała się jeszcze w drzwiach i spojrzała pytająco na siostrzenicę. - A właściwie do czego wam to potrzebne? - spytała, bo dziewczynka grzecznie i w milczeniu stała obok matki, trzymając w ręku latarkę.
- Tam powinno być światełko, ciociu. Źle wyprodukowali - stwierdziło dziecko rezolutnie. - I mama nie może posprzątać.
- No widzisz! Nawet pięciolatka wie, że każdy piekarnik powinien mieć niezależne oświetlenie - stwierdziła zirytowana Marta. - To standard! Ale projektant tego badziewia nie miał o tym pojęcia. Jak mam wyczyścić plamy, których nie widzę?
Grażyna pokiwała z politowaniem głową.
- Oj, Marcyśka, czego ty wymagasz od przedpotopowego rupiecia?
- Nie mów do mnie Marcyśka! - syknęła ze złością.
Od dzieciństwa irytowało ją, gdy siostra przekręcała jej imię, a Grażyna robiła to z premedytacją, wtedy gdy uważała, że Marta mówi bzdury.
- Po pierwsze, normalni ludzie nie pucują maniacko sprzętów AGD, kiedy dopadnie ich chandra - kontynuowała Grażyna bez mrugnięcia okiem. - Po drugie, już dawno mówiłam, że musicie kupić nowy piekarnik, bo kiedyś spalisz całe mieszkanie, jak moja znajoma. Powinnaś wreszcie zmusić Adama, żeby bardziej zadbał o dom, zamiast siedzieć z nosem w książkach albo w kolejnej dziurze w ziemi. Gaśnicy domowej też pewnie jeszcze nie kupił? Ani czujnika dymu?
- Nie.
- Właśnie. A w domu macie dziecko, do cholery! To na czym chcecie oszczędzać? - rzuciła Grażyna, wychodząc do przedpokoju, by odwiesić w końcu swój płaszcz i zdjąć buty.
- Świetny plan: zmusić Adama i kupić piekarnik! - żachnęła się Marta, po czym bez entuzjazmu zaczęła zbierać butelki z płynami do czyszczenia. - "Kiedy tylko zapłacę rachunki za mieszkanie, prąd, opłacę angielski i wykupię lekarstwa dla Uli, natychmiast pobiegnę do sklepu wybrać nową kuchenkę. Ciekawe, jaki model sprzedadzą mi za czterdzieści złotych?" - pomyślała smętnie, a na głos dodała: - Mnie się żyć odechciewa, a ty mi każesz kupować nowe kuchenki.
- Musisz się wreszcie wziąć w garść! - krzyknęła Grażyna z głębi mieszkania. - Skąd ty się wzięłaś taka niewydarzona w naszej rodzinie? Wszyscy są rzutcy i przedsiębiorczy, tylko ty taka cicha owieczka. Chyba się nasza mama na kogoś zapatrzyła w ciąży z tobą czy co?
- No wybacz, że nie jestem genetycznie rzutka! - odkrzyknęła zdenerwowana Marta, tylko ze względu na dziecko powstrzymując się od przekleństwa. - Uleńko, idź się pobawić do siebie, kochanie. Muszę porozmawiać z ciocią. - Pogładziła córkę po głowie.
- Dobrze, mamusiu.
- Oj, nie marudź, Marcyśka! Zrób mi herbaty, bo zmarzłam, i porozmawiamy o twoich kłopotach. Także finansowych.
"Świetny plan! - pomyślała przygnębiona Marta, stawiając na gazie kolorowy pękaty czajnik. - Właśnie tego mi było dzisiaj potrzeba: rozmowy o pieniądzach i o Adamie. Na pewno mnie to podniesie na duchu".
Wyjęła z szafki pudełko z zieloną herbatą i z trzaskiem zamknęła drzwiczki.
* * *
- To co się właściwie stało? - spytała Grażyna, miarowo uderzając wielkim nożem w deskę do krojenia warzyw.
Pod wpływem jej sprawnych ruchów cebula zamieniała się w zgrabne cieniutkie krążki, których kolejne porcje wpadały do miski stojącej na kuchennym blacie. Przepasana kwiecistym fartuchem Marta stała przy kuchence i mieszała bulion drobiowy gotujący się w wielkim garnku. Słysząc pytanie, odłożyła łyżkę na talerzyk. Spojrzała na siostrę z kwaśną miną.
- Co się miało stać? - mruknęła, pociągając nosem, bo ostry zapach cebuli roznosił się po całym pomieszczeniu. - Jestem zmęczona monotonią, szarością i kompletnym brakiem perspektyw. Jak długo można czerpać satysfakcję z gotowania zup i sprzątania? Jak długo można liczyć każdą wydaną złotówkę?
- No wiesz, ja tam z gotowania mam całkiem niezłą zabawę.
- To podziękuj Panu Bogu, że tak ci się poszczęściło. Ja wciąż tkwię w tym samym miejscu. Od lat. Jestem tym potwornie zmęczona - wyznała Marta cicho. - Czasem mam wrażenie, jakby ktoś wyssał ze mnie całą życiową energię i jedyne, czego pragnę, to położyć się spać, żeby o niczym nie myśleć.
- Marcyśka, ale pitolisz! A dziecko?
- No właśnie, dziecko.
Marta nie wyobrażała sobie życia bez Uli, a jednak w ostatnich miesiącach ciągle dręczyły ją te same pytania: "Czy to już wszystko? Czy już nic więcej nie czeka jej w życiu, tylko wożenie córki na różne zajęcia, martwienie się o kolejne przeziębienia i gotowanie zdrowych obiadków? Czy ta rozczochrana istota, którą każdego ranka widzi w lustrze, to jeszcze ona, czy już ktoś obcy - nakręcony robocik bez uczuć?"
- Martuśka, przecież jesteś matką. - Grażyna spojrzała na siostrę z troską i pewnym niepokojem. - To najpiękniejsze zadanie na świecie: mądrze wychować dziecko.
- Tak - Marta westchnęła ciężko. - Wiem, ale czasem myślę, że jestem fatalną matką, bo ciągłe malowanie misiów, układanie klocków i spieranie plam z jej ubrań doprowadza mnie już do rozpaczy.
- No wiesz! - oburzyła się Grażyna. - Każdy na twoim miejscu potrzebowałby odmiany. Adam powinien bardziej o ciebie dbać... O was obie. W końcu Ula to jego córka. A poza tym... - zawahała się, niepewna tego, jak siostra odbierze to, co chciała powiedzieć. - Może powinnaś pogadać z jakimś lekarzem? Może masz depresję?
- Co? Aleś wymyśliła - burknęła Marta. - Depresja to poważna choroba, a ja po prostu mam wszystkiego dość.
- No nie wiem - Grażyna nie wydawała się przekonana. - Ale na pewno przydałaby ci się jakaś porządna praca. Jakby szef nawrzeszczał na ciebie parę razy, zaraz zatęskniłabyś za spokojem własnych czterech ścian.
- Spróbuj znaleźć porządną pracę dla konserwatora zabytków w tym kraju.
- Za dużo ostatnio narzekasz, siostra. Samo przecież człowiekowi nic z nieba nie spadnie.
Marta z irytacją zamieszała bulion.
- Wiesz co?! Mówisz jak rodzice! Powinnaś mnie wspierać, a nie prawić takie banalne kazania.
- No właśnie cię wspieram, nie widać? Kiedy jesteś zła, potrafisz wykrzesać z siebie mnóstwo energii.
- Dzięki!
- No nie obrażaj się, siostra. Powiesz mi w końcu, o co tym razem pokłóciłaś się z Adamem?
Marta zagryzła wargę. Nie chciała obarczać siostry swoimi problemami. W głębi ducha wstydziła się, że nie potrafi być tak przedsiębiorcza jak ona. Świat, który ją otaczał, który wyzierał z telewizyjnego ekranu, z kolorowych pisemek oraz billboardów, był światem sukcesu - światem uśmiechniętych przebojowych kobiet: umalowanych, szczupłych, z włosami prosto od fryzjera i w modnych ciuchach, które nigdy nie nosiły na sobie śladów plam po dziecięcych wybrykach spieranych raz po raz. Rzeczywistość Marty była natomiast jednostajna i pełna rozczarowań, zarówno osobistych, jak i zawodowych, a ona sama czuła się w tym wszystkim coraz bardziej zagubiona.
- Po prostu mam już dość tego, że jestem sama - westchnęła. - Adam mi w niczym nie pomaga.
- Nie chciałabym mówić: "A nie mówiłam?".
Gdy Marta bez słów wzruszyła na to ramionami, Grażyna pokiwała głową.
- No widzisz - skwitowała. - Dobrze wiedziałaś, jaki on jest. Spodziewałaś się, że będzie cię wyręczał w obowiązkach? - Odłożyła na deskę nóż oblepiony cebulą i spojrzała pytająco na siostrę.
- Nie wiem. W każdym razie nie tak wyobrażałam sobie swoje małżeństwo. Nie zrozum mnie źle - dodała Marta szybko. - Kocham Uleńkę nad życie. Umarłabym, gdyby coś się jej stało. A jednak ona nie jest już niemowlęciem. Gdyby Adam mi pomagał, mogłabym i ja coś osiągnąć w życiu. Tylko że...
- Co?
- Coraz trudniej nam się ostatnio porozumieć. Oddalamy się od siebie - wyznała niechętnie.
- No i co ja mam na to powiedzieć? - burknęła Grażyna, zła w duchu na szwagra. - Gdzie jest ten duży zielony rondel?
Marta wyjęła naczynie z szafki. W milczeniu patrzyła, jak siostra starannie zbiera plasterki cebuli, po czym wrzuca je na rozgrzaną oliwę. Tłuszcz zaskwierczał, a w powietrze uniósł się apetyczny zapach.
- Powiesz mi, o co się pokłóciliście?
- O nic szczególnego. Wkurzył mnie wczoraj. Wrócił późnym wieczorem taki rozradowany i uśmiechnięty od ucha do ucha. Pachniał winem i papierosami. Od progu krzyczał, że ma dla nas wielką niespodziankę - mówiła Marta cicho, by córeczka nie usłyszała jej z drugiego pokoju. - Nawet nie przysłał SMS-a, że nie będzie go na obiedzie. Do tego Ula źle się czuła po szczepieniu i cały dzień marudziła. A kiedy wreszcie zasnęła, on wpadł do domu i obudził ją swoim krzykiem. Byłam wykończona, ale oczywiście niczego nie zauważył. Zresztą nie pierwszy raz.
- Cały Adam. I co dalej?
- Dalej? Usiadł w kuchni, dorwał się do bigosu i z pełnymi ustami opowiadał, że spotkał kolegę ze studiów, dlatego tak się zasiedział w jakiejś knajpie. Wściekłam się. Od wieków nie byliśmy nigdzie razem, ale dla kolegi znalazł czas.
- Przyznasz, że to mu się raczej nie zdarza.
- Może. Ale miałam ciężki dzień i nie wytrzymałam.
- No tak. Już widzę, jak patrzy na ciebie tym swoim zdumionym spojrzeniem skrzywdzonego filozofa - parsknęła Grażyna.
Lubiła swojego szwagra, ale uważała, że kompletnie nie pasuje do Marty. Adam reprezentował typ roztargnionego naukowca. Był poczciwym, ale zupełnie nieżyciowym człowiekiem - choć kochał swoją rodzinę, nigdy nie interesował się tym, jak funkcjonuje jego dom. Nie miał pojęcia, kiedy płaci się rachunki ani ile kosztują zakupy. Każdego miesiąca przynosił do domu wydruk z pensją i wkładał go do szuflady. Od tej pory pieniądze właściwie przestawały dla niego istnieć. Gdyby płacono mu monetami z okresu rzymskiego, doskonale by się orientował, co można było za nie kupić, ale tych kilka cyfr na koncie i bezduszna plastikowa karta do bankomatu nie miały dla niego żadnego znaczenia. Czuł, że spełnia swój obowiązek jako głowa rodziny i nie interesowało go, w jaki sposób te wirtualne pieniądze zamieniają się w jedzenie, prąd czy gaz.
To samo dotyczyło życia rodzinnego. Kochał córkę, ale przez długi czas nie przestawał się dziwić, że dziecko, które potrafi już mówić i chodzić, nie jest w pełni samowystarczalne i często wymaga jego obecności i opieki. Konieczność pomocy Uli przy wiązaniu butów czy krojeniu kotleta nożem przyjmował z nieodmiennym zdumieniem, jakby za każdym razem odkrywał na nowo, że jego dziecko ma dopiero trzy lata, cztery, a potem pięć.
Nie miał także pojęcia o najprostszych domowych zajęciach. Grażyna zobaczyła go kiedyś stropionego przed zapełnioną pralką. Był szczerze zdezorientowany, a jednocześnie pełen dobrej woli, by spełnić prośbę żony i zrobić pranie. Tylko dzięki Grażynie biała koronkowa bluzka Marty nie została wtedy wyprana z kłębowiskiem czarnych męskich skarpet.
Gdy jednak chodziło o sprawy zawodowe, zmieniał się diametralnie. Nagle okazywało się, że choć nie umie kupić pieluch dla dziecka, to doskonale zna się nie tylko na starożytnych artefaktach, lecz także na wycenie badań i na księgowości związanej z wykopaliskami. Wszelkiego rodzaju przepisy, ustawy i regulaminy dotyczące ochrony zabytków, funkcjonowania muzeum czy BHP miał w małym palcu. Eksponaty muzealne traktował z taką samą delikatnością i ostrożnością, jak swoją maleńką córkę w dniu jej urodzin. Te cechy sprawiały, że był doskonałym pracownikiem i naukowcem, lecz jednocześnie kompletnie nieodpowiedzialnym ojcem i kiepskim mężem.
Dla kogoś patrzącego z boku ta dwoistość jego sposobu funkcjonowania w rzeczywistym świecie mogła wydawać się zabawna. Jednak Grażyna już na weselu siostry miała przeczucie, że to małżeństwo okaże się niełatwe. Według niej Adam i Marta byli po prostu zbyt do siebie podobni - oboje z głowami w chmurach, nieco zagubieni w brutalnej rzeczywistości kapitalizmu. Gdyby im tylko pozwolono, żyliby sztuką i historią - ona rozkochana w starych obrazach i rzeźbach, on śliniący się z zachwytu na widok kawałka obłupanego kamienia, który jedynie na podstawie jego słów można było uznać za narzędzie prehistorycznego człowieka. Każde z nich potrzebowało u swego boku silnego, twardo stąpającego po ziemi partnera. Tymczasem ani Marta, ani Adam nie umieli przepychać się przez życie, tak jak stanowcza i asertywna Grażyna, która bez trudu zdobywała kolejne szczeble kariery.
Choć były siostrami, diametralnie się od siebie różniły, nie tylko fizycznie. Drobna, jasnowłosa Marta była typową introwertyczką. Lubiła spokój i porządek, a w hałasie i tłumie obcych ludzi traciła głowę. Nie miał - a żadnych cech przywódczych, nie lubiła być w centrum uwagi. Odznaczała się jednak niezwykłą cierpliwością i precyzją przy wypełnianiu poleconych jej zadań, a do tego wykazywała się twórczym myśleniem i dużą dawką samodzielności, dlatego w szkole zawsze miała lepsze oceny. Wysoka, szczupła Grażyna sama określała siebie mianem przebojowej, choć w dzieciństwie nauczyciele mówili o niej po prostu "pyskata". Bez skrupułów potrafiła wykorzystać swoje umiejętności do zdobycia tego, czego właśnie zapragnęła. Choć była młodsza, całkowicie zdominowała ustępliwą Martę.
Jej filigranowa, łagodna siostra miała jednak tajemniczą broń - niezwykłą umiejętność wzbudzania we wszystkich instynktu opiekuńczego. To irytowało Grażynę, zwłaszcza w okresie nastoletniego buntu. Drażniło ją, że problemy Marty zawsze same się rozwiązują. Wystarczyło, że zrobiła minę zagubionej, bezradnej kobietki, a zaraz ktoś biegł jej na pomoc, wyjaśniał, załatwiał, dzwonił i z troską pytał, czy już teraz da sobie radę. Grażyna wszystko, co osiągnęła w życiu, zawdzięczała swojej determinacji i uporowi. Dzięki temu miała poczucie niezależności, ale jednocześnie za popełnione błędy mogła obwiniać wyłącznie siebie. Inaczej nie potrafiła. Nikt, nawet ona sama, nie był do końca świadomy, jaką cenę płaciła za to, że nie umiała prosić o pomoc.
Gdy siostra przedstawiła jej swojego narzeczonego, Grażyna się zdumiała. Roztargniony, elokwentny naukowiec imponował całej rodzinie, jednak w jej opinii nie nadawał się na męża tak samo, jak jej własny partner życiowy, z którym rozwiodła się po trzech latach tolerowania zdrad i przyjmowania obietnic bez pokrycia. Dość szybko okazało się, że miała rację w sprawie Adama.
Marta po przeprowadzce do Warszawy zamknęła się we własnym świecie, a sporą część winy za tę sytuację, w oczach Grażyny, ponosił właśnie Adam - wiecznie zapracowany, pochłonięty książkami, bez żadnego życia towarzyskiego, co jemu akurat nie przeszkadzało.
Delikatnie nagabywany w tej sprawie przez szwagierkę, dziwił się - nie rozumiał potrzeb żony siedzącej w domu przy dziecku. Tymczasem Marta, pozbawiona pomocnej dłoni, nie umiała lub nie chciała zadbać o swoje sprawy. Sił i energii życiowej wystarczało jej zaledwie na troszczenie się o wiecznie chorą córeczkę. Powoli wycofywała się ze swoich marzeń, a w ich miejsce przyszły rozgoryczenie i pesymizm.
Choć zmieniły się okoliczności życiowe, zachowanie siostry nadal drażniło Grażynę. Adam i Marta mieli jednak dziecko, dlatego robiła, co mogła, by wspierać ich w walce z szarą codziennością. Była także boleśnie świadoma tego, że jest to kolejny sposób, by nie zostać sam na sam z własnymi myślami. Kolejne dni od świtu aż do późnej nocy wypełniała zajęciami, a potem wyczerpana zasypiała kamiennym snem. Przynosiło jej to ulgę.
- A co to za niespodzianka? No ta, o której Adam chciał ci powiedzieć - spytała, przerywając mieszanie cebuli, która powoli nabierała pięknego złotego koloru.
- Nie wiem - przyznała Marta niechętnie. - Byłam tak zirytowana jego spóźnieniem, że rozmawialiśmy tylko o tym. A potem oczywiście się obraził i zamknął w gabinecie z jakąś książką. Rano wyszedł wcześnie, nawet nie zdążyliśmy sobie nic wyjaśnić.
- Ręce opadają! - westchnęła Grażyna i zajrzała do garnka z bulionem. - To jest gotowe. Spróbuj, czy dobrze doprawione i przecedzaj, bo cebula już się ładnie karmelizuje. Co tam jest dalej napisane?
Marta odłożyła sitko na blat i spojrzała na zadrukowaną kartkę z przepisem na zupę cebulową.
- Ząbek czosnku i wino - odparła.
- Czosnek gdzieś tu był. Obierzesz? Nie można potem zmyć tego zapachu, a ja mam spotkanie służbowe.
- Już ci kiedyś tłumaczyłam: sok z cytryny i sól. Daj mi to i otwórz wino.
- Rozumiem, że niczego konkretnego od Adama się nie dowiedziałaś - stwierdziła Grażyna , szukając korkociągu. - Naprawdę nie domyślasz się, o co mu chodziło?
- Ależ z ciebie piła! Nie, nie domyślam się. Skup się na rondlu, bo cebula ci się przypali.
- No już. Pospiesz się z tym czosnkiem. To już trzeba zalewać winem.
Po chwili nad garnkiem uniosła się aromatyczna para, która szybko rozwiała się w nagrzanym powietrzu kuchni.
- Ależ to pachnie! - Grażyna westchnęła, jakby z niechęcią. - Poczekamy, aż się zredukuje do połowy i dolejemy bulionu. Zajmij się grzankami, a ja posiekam tymianek.
Marta krzątała się wokół stołu. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko stukaniem noża o deskę oraz bulgotaniem potrawy. Raptem z pokoju dziecięcego dobiegły je odgłosy śpiewania. Grażyna uniosła głowę.
- Ula śpiewa po angielsku?
- Uczyli się ostatnio na zajęciach w Akademii Dziecięcej.
- Myślałam, że nie lubi tam chodzić. Chciałaś zrezygnować.
- Otrzymałam niespodziewane wsparcie w tej sprawie. - Marta uśmiechnęła się rozbawiona. - Teraz nie może się doczekać następnych zajęć.
- Czyje wsparcie?
- Wyobraź sobie, że Aniela mnie poparła. Podobno powiedziała Uli, że małe dziewczynki, które nie chodzą do przedszkola, muszą się bawić z innymi dziećmi, bo to jest dobre dla ich rozwoju.
Grażyna parsknęła śmiechem.
- Uleńka naprawdę użyła takiego sformułowania?
- Naprawdę. Potem dodała, że dla mnie to też jest dobre, bo powinnam spotykać inne mamy.
- Mam genialną siostrzenicę. Ciekawe, gdzie ona to usłyszała? Pewnie tatuś palnął przy niej coś takiego.
- Wątpię, żeby Adama zajmowały moje potrzeby. Już prędzej dowiedziała się tego z telewizji.
- A co z tą wymyśloną Anielą? Znowu się pojawiła? Myślałam, że Uli już przeszło.
- Też tak myślałam, ale najwyraźniej wszystko wróciło do normy.
- Do normy? Jesteście bardzo dziwną rodziną... Spróbuj tego. - Grażyna ostrożnie nabrała na łyżkę gorącej potrawy i podała siostrze do ust.
- Mmmm... pycha! Jak chcesz to podawać?
- Pamiętasz te żaroodporne miseczki, które ci kiedyś kupiłam? Przelejemy do nich zupę, posypiemy startym serem i zapieczemy w piekarniku. Grzanki na wierzch. Przypomnij mi, żebym zrobiła zdjęcia dla Stefana, zanim wszystko zostanie pożarte. Znów by się awanturował, że nie robię dokumentacji.
- A właśnie! Mówiłaś, że masz dla mnie dwie nowiny - przypomniała sobie Marta, przerywając krojenie chleba w małe kosteczki.
- No tak. Wyobraź sobie, że zaproponowano mi pisanie felietonów do magazynu dla kobiet. Takich, wiesz, z wydźwiękiem kulinarno-egzystencjalnym - zaśmiała się Grażyna, błyskając równiutkim białym uzębieniem.
- To gratuluję. Widzę, że poszerzasz swoje kompetencje.
- A dlaczego miałabym nie spróbować? Może akurat się okaże, że mam niezłe pióro.
- Może. Tylko czy ty nie bierzesz ostatnio na siebie za dużo obowiązków?
- Mam swoje pięć minut i muszę je wykorzystać.
- Nie będę ci przypominać, że zdrowie masz tylko jedno. - Marta ostrożnie spróbowała zupy i wyłączyła gaz. - To już jest gotowe.
Wyjmowała właśnie naczynia z szafki, gdy do kuchni weszła Ula. Stanęła przy matce, zadarła nieuczesaną głowę i powiedziała spokojnie:
- Mamo, nakarm mnie. Jestem głodna.
- Już kochanie. - Marta z poczuciem winy spojrzała na zegar. - Usiądź przy stole, zaraz będzie rosół. Czemu jeszcze się nie uczesałaś?
- A deserek?
- Deser będzie dopiero wtedy, kiedy się uczeszesz - stwierdziła stanowczo, nakładając dziecku makaron. - Chyba pójdziemy do fryzjera i obetniemy cię na krótko. Będziesz wreszcie dobrze wyglądała, a twoje śliczne loki może się przydadzą na peruki dla chorych po chemioterapii.
- O! I to jest super pomysł! - skomentowała Grażyna, ale dziewczynka pokręciła rozczochraną głową.
- Teraz nie możemy. Dopiero, jak bedę mieć siedem lat - oświadczyła poważnym tonem.
- Dlaczego? - spytała zaskoczona Grażyna.
- Jak to, ciociu, nie wiesz? Najpierw muszą być poszczyżynki. I dużo gości z prezentami. A potem będę chodzić z tatusiem do pracy, tak jak Siemowit chodził z panem Piastem. Bo będę już duża, a mamusie zajmują się tylko małymi dziećmi.
Za plecami dziewczynki Grażyna, patrząc na siostrę, spytała bezgłośnie: "Co?".
- Ona ma na myśli postrzyżyny - wyjaśniła Marta i podała córce łyżkę. - Dmuchaj, Uleńko, bo może być gorące. Adam czytał jej ostatnio różne historie na dobranoc - dodała. - Dwa tygodnie temu na urodziny kupił jej taką opasłą książkę z polskimi legendami. Pamiętasz? Takie ma pojęcie o dzieciach, że klękajcie narody! - Nie mogła się powstrzymać od złośliwości.
- Tak, ciociu. Tatuś kupił mi książeczkę. Cuuudną! - Dziewczynka uśmiechała się radośnie.
- Tylko zapomniał, że nie znasz jeszcze wszystkich liter - mruknęła Marta. - Jaki był zdziwiony, że musi czytać pięcioletniemu dziecku.
- Było fajnie, jak mi tatuś czytał.
- Wierzę, kochanie. Ale nie będzie żadnych postrzyżyn. To starosłowiański zwyczaj, a poza tym dotyczył tylko chłopców.
- A dlaczego?
- Ta uroczystość oznaczała, że chłopiec staje się mężczyzną i będzie się uczył od ojca, jak dbać o rodzinę.
- Widocznie ojciec Adama go tego nie nauczył - mruknęła złośliwie Grażyna, ale Marta zgromiła ją wzrokiem.
- Obcięcie włosów było takim symbolem przejścia chłopca w dorosłość, rozumiesz, skarbie? - tłumaczyła dalej.
- Yhym. - Dziecko wpakowało do buzi łyżkę pełną makaronu, rozchlapując zupę po stole. - A dziewczynki kiedy obcinały włoski?
- Najczęściej dopiero po...
- I jak ci smakuje rosołek? - wtrąciła się niespodziewanie Grażyna radosnym tonem.
- Pycha, ciociu!
Marta, która właśnie nacierała grzanki ciepłym czosnkiem, spojrzała pytająco na siostrę.
- Naprawdę chciałabyś, żeby się uparła nosić długie włosy aż do ślubu? - szepnęła Grażyna kpiąco na boku.
- A deserek? - zapytała głośno Ula, wracając do kwestii, która najbardziej ją interesowała.
- Wiesz co, koteczku? Mam świetny pomysł. Najpierw skończysz jeść, potem się pięknie uczeszemy, żeby zrobić mamie przyjemność, a później pomożesz mi przyrządzić pyszny serek czekoladowy, dobrze?
- Suuuper! - wykrzyknęła ucieszona dziewczynka, ścierając rękawem tłustą plamę z policzka.
Marta, która kończyła posypywanie startym serem rozlanej do miseczek zupy cebulowej, kątem oka zauważyła gest córki.
- Ulka! Tyle razy ci mówiłam, że usta wyciera się serwetką! Mam już dość odplamiania twoich ubrań.
- Przepraszam, mamusiu, ale nie ma tu serwetek na stoliku.
- Siostra wyluzuj trochę, co? - syknęła Grażyna. - Zaczynasz popadać w paranoję z tą czystością.
Marta przycisnęła dłoń do rozgrzanego czoła.
- Potwornie boli mnie głowa - stwierdziła słabo. - Muszę się na chwilę położyć. Dokończysz?
- Pewnie. Idź, odpocznij. Adam powinien niedługo wrócić, prawda? Zjemy razem i wtedy opowiem ci na spokojnie, co wymyślili nasi szanowni rodzice.
- Rodzice?
- Tak. To ta druga nowina, którą dla ciebie miałam. Szykuje się jakaś narada rodzinna. Zdaje się, że umarła ta mamy ciotka z Ameryki. Wiesz, ta słynna Kazimiera.
"Czasami ja też się czuję, jakbym była martwa"- pomyślała Marta, zmęczonym gestem zdjęła fartuch i szurając kapciami, zniknęła w przedpokoju.
* * *
- Widzisz, Adam znowu się spóźnia. - Marta skrzywiła się, patrząc na zegarek.
Ostrożnie wzięła od siostry gorącą miseczkę z zupą cebulową. Już pierwsza łyżka potrawy pozytywnie ją zaskoczyła.
- Mmm... - mruknęła z pełnymi ustami i uważniej przyjrzała się daniu, nad którym pracowały przez całe popołudnie. - Nie sądziłam, że wyjdzie takie dobre.
Lekko przypieczona serowa pierzynka dała się bez trudu przebić łyżką, odkrywając cudownie aksamitną, pachnącą gęstą zupę, którą Marta zagryzała chrupiącą grzanką. Dopiero gdy zaspokoiła pierwszy głód, rozejrzała się nieco przytomniej. Stwierdziła, że siostra nie tylko posprzątała cały bałagan, ale zdążyła nawet z reszty mięsa przygotować klopsiki drobiowe. Z zazdrością pomyślała, że sama chciałaby mieć tyle energii, by znajdować czas nie tylko na własne sprawy, ale jeszcze na pomaganie innym.
- Smakowało ci? - spytała Grażyna.
- Pewnie! Miałaś świetny pomysł.
- Chcesz dokładkę? Przecież nie musisz dbać o linię tak jak ja - mruknęła, podsuwając jej pachnące czosnkiem grzanki.
- Racja. Adama wcale nie obchodzi, jak wyglądam - odparła ponuro Marta, przysuwając sobie kolejną porcję. - Mogłabym założyć na siebie worek pokutny i też by nie zauważył. Czasem mam wrażenie, że ożenił się ze mną wyłącznie po to, by mieć codziennie dobrą wyżerkę.
- Marcyśka, co ty opowiadasz? Po prostu jest zapracowany.
- I dlatego zapomina o moim istnieniu? Jedyny pożytek z naszej sytuacji jest taki, że nie muszę być zazdrosna. Wszystkie kobiety, z jakimi ewentualnie mógłby mnie zdradzić, już nie żyją.
- Co?
- Przecież pasjonują go wyłącznie ludzie żyjący co najmniej tysiąc lat temu - stwierdziła Marta z pełnymi ustami. - Współcześni są dla niego jedynie kontekstem historycznym. Mogę być zupełnie spokojna o te jego stażystki i praktykantki - chciała jeszcze coś powiedzieć, ale ugryzła się w język i spłoszona zerknęła na siostrę.
Trochę za późno przypomniała sobie, że temat zdrady małżeńskiej wciąż musi być przykry dla Grażyny.
Jej siostra zdumiewająco spokojnie przebrnęła przez rozwód dwa lata temu, a potem ze zdwojoną energią wzięła się za pracę oraz remont starej willi - ostatniego wspólnego z mężem zakupu, który przypadł jej przy podziale majątku. Nie oznaczało to jednak, że zdrada męża jej nie bolała, dlatego zawstydzona Marta szybko zmieniła wątek.
- A ty już jadłaś? Bo nie zauważyłam.
- Owszem. Jadłam.
- Dziękuję ci za pomoc, Grażynko. - Marta uśmiechnęła się ciepło i popuściła pasek u spodni. - Nawet nie myślałam, że będę mieć dziś takie miłe popołudnie.
- Nie chwal dnia...
- Czemu?
- Bo chcę ci w końcu opowiedzieć o tym spotkaniu rodzinnym. Obiecałam mamie, że umówimy się z nią na Skypie w sobotę.
Marta poruszyła się niespokojnie na swoim krześle.
- No dobrze, ale o co chodzi? Rozumiem, że pogrzeb Kazimiery już dawno się odbył, więc co to za nagły popłoch w rodzinie?