Młody Sherlock Holmes. Lodowe ostrze - Andrew Lane

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Słońce migotało na powierzchni wody, kłując Sherlocka w oczy sztyletami światła. Mrugał raz po raz i przymykał powieki, żeby uchronić źrenice przed blaskiem.

Niewielka łódka wiosłowa kołysała się łagodnie pośrodku jeziora. Dookoła we wszystkich kierunkach rozciągały się trawiaste zbocza, porośnięte tu i ówdzie krzakami i drzewami. Jezioro znajdowało się jakby na dnie zielonej wazy, której pokrywkę stanowiło bezchmurne, błękitne niebo.

Sherlock siedział na dziobie łodzi, zwrócony tyłem do kierunku ruchu. Amyus Crowe usadowił się na rufie, ta pod jego ciężarem zanurzała się w wodę, co powodowało, że dziób wznosił się do góry. W ręku mężczyzna trzymał bambusową wędkę. Z jej czubka zwisała cienka żyłka z przyczepionym na końcu pęczkiem piórek, który dryfował na powierzchni wody. Była to przynęta, która głodnym rybom miała wydawać się muchą.

Między nimi, na dnie łódki, stał pusty wiklinowy koszyk.

- Dlaczego zabrał pan tylko jedną wędkę? - zapytał z niezadowoleniem Sherlock.

- To nie jest dobry dzień na wędkowanie - odparł dobrodusznie Crowe, obserwując przynętę unoszącą się na wodzie - mimo że można by odnieść takie wrażenie. Nie. To jest lekcja umiejętności życiowych.

- Powinienem był się domyślić - mruknął Sherlock.

- Chociaż być może w ten sposób zdobędziemy też coś na kolację dla mnie i Virginii - przyznał Crowe. - Zawsze staram się realizować kilka celów jednocześnie.

- Więc ja mam tylko siedzieć? - zapytał Sherlock. - I patrzeć, jak łowi pan sobie ryby na kolację?

- Mniej więcej. - Crowe uśmiechnął się.

- A czy to długo potrwa?

- Cóż, to zależy.

- Od czego?

- Od tego, czy jestem dobrym wędkarzem, czy nie.

- A jakie trzeba mieć cechy, żeby być dobrym wędkarzem? - zapytał Sherlock. Wiedział, że plecie sznur na własną szyję, ale nie mógł się powstrzymać.

Zamiast odpowiedzieć, Crowe zaczął kręcić mosiężnym kołowrotkiem. Trzymając za jego kościaną rączkę, zręcznie zwijał żyłkę. Pierzasta przynęta wyskoczyła nad powierzchnię, ociekając migoczącymi kropelkami wody. Poderwał wędkę. Żyłka pofrunęła nad jego głową tak szybko, że przynęta aż zniknęła w pędzie. Znów machnął wędką, sztuczna mucha zatoczyła ósemkę na tle błękitnego nieba i z cichym pluskiem spadła na powierzchnię jeziora w innym miejscu. Crowe spojrzał na nią z lekkim uśmiechem.

- Jak wie każdy dobry wędkarz - powiedział - ryba reaguje inaczej w zależności od temperatury i pory roku. Na przykład wiosną wczesnym rankiem ryby w ogóle nie biorą. Woda jest zimna i nie nagrzewa się za bardzo, bo słońce jest nisko i jego promienie odbijają się od powierzchni, więc ryby są ospałe. Ponieważ to stworzenia zimnokrwiste, zależne od otoczenia, krew krąży w nich powoli. Ale wystarczy poczekać do przedpołudnia albo wczesnego popołudnia, a wszystko pomału się zmienia. Ryby zaczynają brać, bo słońce ogrzewa wodę, dzięki czemu są bardziej ruchliwe. Oczywiście wiatr przesuwa cieplejszą warstwę wody, owady i inny drobiazg, którym się żywią, więc wędkarz musi podążać za tym ruchem. Nie ma sensu łowić tam, gdzie woda jest wciąż zimna albo gdzie nie ma pokarmu. A wszystko to może się zmienić w zależności od pory roku.

- Czy mam robić notatki? - zapytał Sherlock.

- Masz głowę na karku, więc jej użyj. Zapamiętaj fakty. - Crowe prychnął i mówił dalej: - Zimą na przykład woda jest zimna, czasem nawet zamarznięta, i ryby nie ruszają się zbyt szybko. Żyją głównie dzięki zapasom tłuszczu, które zgromadziły jesienią. Zima to nie jest dobra pora na wędkowanie. A teraz powiedz, czego się jak na razie dowiedziałeś?

- No dobrze... - Sherlock szybko przebiegł myślą zapamiętane fakty. - Wiosną należy łowić późnym rankiem albo wczesnym popołudniem, a zimą lepiej pójść na targ i kupić coś od handlarza.

Crowe roześmiał się.

- Dobre podsumowanie faktów, ale pomyśl o tym, co za nimi się kryje. Jaka jest zasada, która je wyjaśnia?

Sherlock zastanowił się chwilę.

- Ważna jest temperatura wody, a ona zależy od tego, jak mocno grzeje słońce i czy świeci wprost na powierzchnię, czy też pod kątem. Wystarczy pomyśleć, gdzie jest słońce i gdzie nagrzało wodę, a tam będą ryby.

- Znakomicie.

Przynęta zadrgała lekko. Crowe pochylił się, wpatrując się w nią wyblakłymi niebieskimi oczami spod krzaczastych brwi.

- Każdy gatunek ryb woli nieco inną temperaturę - ciągnął cicho. - Dobry wędkarz umie połączyć tę wiedzę z tym, jaka jest pora roku, pora dnia i ogólne warunki nad jeziorem, żeby ustalić, jakie ryby będą w danej części zbiornika w określonej porze roku.

- To wszystko jest bardzo interesujące - powiedział ostrożnie Sherlock. - Ale wędkarstwo to chyba hobby nie dla mnie. Wygląda na to, że wymaga głównie siedzenia i czekania na to, co się stanie. Jeśli już mam siedzieć długi czas w jednym miejscu, wolę mieć w ręku książkę niż wędkę.

- Jak w prosty, nieskomplikowany sposób próbuję ci przekazać - odrzekł cierpliwie Crowe - chodzi tylko o to, że jeśli chcesz coś złapać, musisz podejść do tego systematycznie. Zapamiętaj zwyczaje swojej zwierzyny i to, jak się one zmieniają pod wpływem otoczenia i okoliczności. Dotyczy to tak samo ryb, jak i ludzi. Każdy człowiek ma swoje upodobania, ulubione miejsca oraz pory dnia i te preferencje mogą się zmieniać w zależności od tego, czy świeci słońce, czy pada deszcz, czy akurat jest głodny, czy najedzony. Musisz znać swoją zwierzynę, żeby przewidzieć, gdzie jej szukać. Wtedy możesz użyć przynęty, takiej jak te ładne piórka powiązane nitką, czegoś, czemu ofiara nie będzie mogła się oprzeć.

- Rozumiem - powiedział Sherlock. - Czy możemy już wracać?

- Jeszcze nie. Wciąż nie mam nic na kolację. - Crowe przebiegał wzrokiem powierzchnię jeziora, jakby się za czymś rozglądał. - Kiedy już znasz swoją zwierzynę i jej nawyki, musisz szukać oznak jej obecności. Bo przecież nie wyskoczy ci nagle przed nosem. Nie, będzie się czaić, będzie ostrożna, a ty będziesz musiał wypatrywać subtelnych sygnałów, że jest w pobliżu. - Wpatrzył się w wodę jakieś cztery metry od łódki. - Na przykład spójrz tam. - Skinął głową. - Co widzisz?

Sherlock popatrzył we wskazanym kierunku.

- Wodę?

- Co jeszcze?

Zmrużył oczy przed blaskiem słońca, próbując dostrzec to, co widział Crowe. Na chwilę woda w jednym miejscu zapadła się nieco, tworząc jakby odwrotność fali. Ale tylko na moment, potem wszystko było tak jak przedtem. Teraz, kiedy już wiedział, czego szuka, Sherlock znalazł więcej takich zagłębień, które pojawiały się i zaraz znikały, tak jakby powierzchnia wody uginała się lekko.

- Co to takiego?

- Nazywają to "wsysaniem" - odparł Crowe. - To się dzieje, kiedy ryba, w tym przypadku pstrąg, zawisa pyskiem do góry tuż pod powierzchnią wody w oczekiwaniu na larwy owadów. Gdy jakąś zobaczy, połyka wodę, a razem z nią larwę. Na powierzchni widać tylko małe zagłębienie, kiedy pstrąg wciąga wodę razem z larwą. A to, przyjacielu, mówi nam, gdzie jest pstrąg.

Przeciągnął wędkę, tak że przynęta przesunęła się po tafli jeziora, aż do miejsca, gdzie Sherlock widział pstrągi wsysające larwy. Przez chwilę nic się nie działo, a potem przynęta nagle się zanurzyła. Crowe zaczął kręcić kołowrotkiem ile sił. Z wody wystrzeliła srebrna fontanna z trzepoczącą się rybą. Pstrąg o nakrapianej na brązowo skórze zaczepił pyskiem o haczyk ukryty w przynęcie. Crowe zręcznie poderwał wędkę, a ryba wylądowała w łódce, rzucając się rozpaczliwie. Trzymając wędkę jedną ręką, tak żeby nie wpadła do wody, Crowe sięgnął za siebie i wydobył spod siedzenia drewnianą pałkę. Jeden szybki cios i pstrąg znieruchomiał.

- Czego więc nauczyliśmy się dzisiaj? - zapytał dobrodusznie, kiedy wyjął haczyk z rybiego pyska. - Poznaj zwyczaje swojej zwierzyny, dowiedz się, na jaką przynętę można ją zwabić i co wskazuje, że jest w pobliżu. Dzięki temu zwiększysz swoje szanse na udane polowanie.

- Ale czy kiedykolwiek będę miał okazję polować na kogoś lub na coś? - zapytał Sherlock, który rozumiał sens lekcji, ale nie do końca wiedział, w jaki sposób ma go dotyczyć. - Wiem, że w Ameryce był pan łowcą przestępców, ale wątpię, żebym kiedykolwiek miał zajmować się tym samym. Pewnie zostanę bankierem albo kimś takim. - Gdy wymawiał te słowa, czuł, jak narasta w nim przygnębienie. Nudna praca przy biurku była ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, ale sam nie wiedział, co innego mógłby robić.

- Och, w życiu jest mnóstwo rzeczy, na które warto zapolować - powiedział Crowe, wrzucając rybę do kosza, który przykrył wiklinową pokrywką. - Może wpadniesz na pomysł jakiegoś zyskownego interesu i będziesz chciał zdobyć odpowiednich inwestorów. Może w jakimś momencie zapragniesz znaleźć sobie żonę. Albo schwytać kogoś, kto będzie ci winien pieniądze. Powodów, żeby kogoś tropić, jest mnóstwo. Podstawowe zasady pozostają te same. - Zerkając na Sherlocka spod krzaczastych brwi, dodał: - Sądząc po twoich dotychczasowych doświadczeniach, może się zdarzyć, że w swoim życiu napotkasz jeszcze morderców i przestępców. - Wziął wędkę i znów zamachnął się nią tak, że przynęta zatoczyła ósemkę nad jego głową, po czym wpadła do wody. - A ostatecznie pozostają jeszcze jelenie, dziki i ryby.

Powiedziawszy to, znów usadowił się na rufie z na wpół przymkniętymi oczami. Przez następną godzinę Crowe oddawał się wędkowaniu, a Sherlock się przyglądał.

Kiedy złapał jeszcze dwie ryby, które kolejno dobił i wrzucił do koszyka, Amyus Crowe odłożył wędkę na dziób i się przeciągnął.

- Myślę, że czas wracać - oświadczył. - Chyba że chcesz sam spróbować?

- A co ja bym zrobił z rybą? - zapytał Sherlock. - W domu stryjostwa jest kucharka. Śniadanie, lunch i obiad pojawiają się na stole, a ja nie muszę się o to martwić.

- Ale ktoś musi złapać zwierzęta, żeby zrobić z nich jedzenie - powiedział Crowe. - Być może pewnego dnia znajdziesz się w takim położeniu, że będziesz musiał sam zatroszczyć się o to, skąd wziąć coś na ząb. - Uśmiechnął się. - A może chcesz zrobić niespodziankę uroczej pani Eglantine i przynieść na kolację tłustego pstrąga?

- Mógłbym go jej podrzucić do łóżka - mruknął Sherlock. - Może to by wystarczyło.

- Kuszące - rzekł rozbawiony Crowe. - Ale nie rób tego, lepiej nie.

Ujął wiosła i powoli popłynęli do brzegu. Przycumowawszy łódkę do słupa wbitego w ziemię, ruszyli z powrotem do domu Crowe'a.

Ścieżka wiodła stromym zboczem kotliny, w której znajdowało się jezioro. Crowe szedł przodem, niosąc koszyk. Choć był potężnej postury, kroczył zaskakująco cicho. Sherlock podążał za nim, teraz już nie tylko znudzony, lecz także zmęczony.

Dotarli do krawędzi zbocza, za którą teren przechodził w równinę. Crowe zatrzymał się, żeby Sherlock mógł go dogonić.

- Warto zapamiętać - powiedział, wskazując na błękitne jezioro. - Jeśli polujesz, niech cię nie kusi, żeby zatrzymywać się w miejscu takim jak to, by podziwiać widoki albo rozejrzeć się po okolicy. Pomyśl, jak musimy wyglądać z punktu widzenia zwierzęcia w lesie, wyraźni na tle nieba. Widać nas stąd na kilka mil.

Zanim Sherlock zdążył cokolwiek odrzec, Crowe ruszył dalej, brnąc przez poszycie. Sherlocka zaciekawiło, skąd jego nauczyciel wie, dokąd iść, skoro nie ma kompasu. Już chciał zapytać, ale zamiast tego postanowił, że sam do tego dojdzie. Crowe mógł się kierować tylko wyglądem otoczenia. Słońce wstało na wschodzie, a zajdzie na zachodzie, ale to nie na wiele się przyda w południe, kiedy ma się je dokładnie nad głową. A może? Sherlock zastanowił się przez chwilę i zdał sobie sprawę, że słońce ma się dokładnie nad głową tylko na równiku. W kraju na półkuli północnej, takim jak Anglia, punkt najbliższy równika jest daleko na południu, więc słońce znajduje się na południe od miejsca nad głową. Pewnie tym właśnie kieruje się Crowe.

- A mech rośnie zwykle bujniej po północnej stronie pni! - zawołał Crowe przez ramię. - Jest bardziej zacieniona, więc jest tam wilgotniej.

- Jak pan to robi? - odkrzyknął w odpowiedzi Sherlock.

- Co robię?

- Zgaduje pan czyjeś myśli i wtrąca się we właściwym momencie?

- A! - Crowe roześmiał się. - Tę sztuczkę wyjaśnię ci innym razem.

Gdy tak wędrowali przez las, Sherlock stracił poczucie czasu, ale w pewnym momencie Crowe zatrzymał się, przykucnął i odłożył koszyk.

- Co możemy wywnioskować z tych śladów?

Sherlock ukucnął obok niego. Na miękkiej ziemi pod drzewem zobaczył odciśnięte ślady racic w kształcie serca.

- Przeszedł tędy jeleń? - zaryzykował, starając się od razu wyciągnąć wnioski.

- W rzeczy samej, ale w którą stronę poszedł i ile miał lat?

Sherlock przyjrzał się uważnie tropom, próbując wyobrazić sobie wielkość zwierzęcia i stan jego zdrowia.

- W tym kierunku? - powiedział, wskazując na zaokrągloną część tropu.

- W odwrotnym - poprawił go Crowe. - Myślisz o kopytach końskich, w których zaokrąglona część jest z przodu. Tymczasem u jelenia to ostry koniec kopyta zawsze wskazuje kierunek, w którym szedł. I był to młody jeleń. Można to poznać po niewielkich owalnych kształtach za tropem. To odcisk tak zwanych raciczek.

Rozejrzał się.

- Spójrz tam - powiedział, kiwając głową. - Czy widzisz ten ślad wiodący prosto przez krzewy i trawę?

Sherlock musiał przyznać Crowe'owi rację - był tam ślad, mało widoczny, krzewy i trawy lekko rozchylały się na boki. Na oko miał jakieś pięć cali szerokości.

- Jelenie przez cały dzień przemieszczają się między miejscem, w którym nocują, a swoim ulubionym wodopojem, próbując znaleźć coś do jedzenia - powiedział Crowe, wciąż siedząc w kucki. - Kiedy znajdą bezpieczną drogę, trzymają się jej, chyba że je coś przepłoszy. Jaki z tego wniosek?

- Zwierzyna ma stałe zwyczaje, które zmienia tylko wtedy, gdy ktoś zakłóci jej spokój? - odparł ostrożnie Sherlock.

- Zupełnie słusznie. Zapamiętaj to. Jeśli szukasz człowieka, który lubi sobie wypić, sprawdzaj gospody. Jeśli szukasz kogoś, kogo ciągnie do hazardu, zaglądaj na wyścigi. Poza tym wszyscy muszą się jakoś przemieszczać, więc warto rozmawiać z woźnicami i konduktorami, może zapamiętali tego, kogo szukasz.

Wyprostował się, znów podniósł koszyk i ruszył między drzewa. Sherlock poszedł za nim, rozglądając się dookoła. Teraz, kiedy Crowe pokazał mu, na co ma zwracać uwagę, dostrzegał na ziemi różnego rodzaju tropy: jeleni różnych rozmiarów i najwyraźniej jeszcze innych zwierząt, może dzików, może borsuków albo lisów, a także ledwo widoczne ścieżki w poszyciu, tam gdzie przechodzące zwierzę zostawiło odchylone gałązki i trawy. To, co wcześniej było niewidoczne, nagle stało się oczywiste. Teraz zauważał wokół siebie dużo więcej szczegółów.

Po półgodzinie dotarli do bram dworu Holmesów.

- Tutaj się rozstaniemy - powiedział Crowe. - Spotkajmy się jutro. Chciałbym nauczyć cię jeszcze kilku rzeczy o polowaniu i tropieniu.

- Może wejdzie pan na chwilę? - zapytał Sherlock. - Poprosiłbym kucharkę, by zrobiła nam herbaty, a jedna ze służących mogłaby wypatroszyć ryby.

- To niezwykle uprzejme z twojej strony - zadudnił Crowe. - Chyba skorzystam z twej hojnej propozycji.

Żwirowym podjazdem przeszli razem na imponujący ganek dworu Holmesów. Tym razem Sherlock szedł pierwszy.

Bez pukania otworzył drzwi frontowe.

- Pani Eglantine! - zawołał śmiało.

Z cienia u stóp schodów wyłoniła się ciemna postać, która ruszyła w ich kierunku.

- Panicz Sherlock - zaszeleścił suchy jak jesienne liście głos ochmistrzyni. - Zdaje się, że traktuje pan ten dom raczej jak hotel niż jak dom pańskiej rodziny.

- A pani zachowuje się tak, jakby była pani członkiem rodziny, a nie częścią służby - odparł zimno, choć z drżeniem serca. - Pan Crowe wypije ze mną popołudniową herbatę. Proszę się tym zająć. - Stał, czekając, niepewny, czy pani Eglantine posłucha jego polecenia, czy może odprawi go ze zjadliwą uwagą. Miał poczucie, że ona sama nie jest pewna, co zrobić. Po chwili odwróciła się jednak bez słowa i wolnym krokiem skierowała się do kuchni.

Poczuł nagłą, niepohamowaną chęć, by posunąć się jeszcze dalej i dopiec kobiecie, która tak bardzo uprzykrzyła mu życie w ciągu ostatniego roku.

- Och - dodał, wskazując na wiklinowy koszyk stojący u stóp nauczyciela - pan Crowe złapał trochę ryb. Niech pani będzie tak dobra i każe komuś je wypatroszyć.

Pani Eglantine odwróciła się z miną, od której mogłoby skwaśnieć mleko, a owce przedwcześnie urodzić młode. Zacisnęła usta, próbując pohamować słowa, które miała zamiar wypowiedzieć.

- Oczywiście - wycedziła wreszcie przez zęby. - Przyślę kogoś po koszyk. Zechciałby pan zostawić go tutaj i udać się do salonu.

Na powrót zniknęła w cieniu.

- Powinieneś uważać na tę kobietę - rzekł Crowe. - Kiedy patrzy na ciebie, w oczach ma żądzę mordu.

- Nie pojmuję, dlaczego stryjostwo tolerują jej obecność - odparł Sherlock. - Ona wcale nie jest szczególnie dobrą ochmistrzynią. Reszta służby tak bardzo się jej boi, że ledwo może wykonywać swoje obowiązki. Pomywaczkom tak trzęsą się ręce, kiedy ona jest w pobliżu, że wciąż upuszczają talerze.

- To problem wart zbadania - zadumał się Crowe. - Jeśli tak jak mówisz, ona wcale nie jest dobrą ochmistrzynią, musi być jakiś inny ważny powód, dla którego się ją tu trzyma mimo jej kwaśnego usposobienia. Może twoi stryjostwo są jej coś dłużni, jej albo jej rodzinie, i w ten sposób spłacają ten dług. Albo może zna jakieś fakty, które twoi krewni woleliby utrzymać w tajemnicy, i ona szantażuje ich, żeby zachować ciepłą posadkę.

- Myślę, że Mycroft powinien coś wiedzieć - powiedział Sherlock, przypominając sobie list, który dostał od brata, kiedy po raz pierwszy przyjechał do dworu Holmesów. - Chyba mnie przed nią ostrzegał.

- Twój brat dużo wie - rzekł Crowe z uśmiechem. - A tego, czego nie wie, i tak wiedzieć nie warto.

- Był pan kiedyś jego nauczycielem, prawda? - zapytał Sherlock.

Crowe skinął głową.

- Czy także zabierał go pan na ryby?

Zazwyczaj spokojny Crowe wybuchnął śmiechem.

- Tylko raz - przyznał, chichocząc. - Twój brat i zajęcia w plenerze niezupełnie do siebie pasują. Po raz pierwszy i ostatni widziałem, jak ktoś usiłuje złapać rybę, ścigając ją w jej naturalnym środowisku.

- Zanurkował, żeby złapać rybę? - zapytał Sherlock, starając się to sobie wyobrazić.

- Wpadł do wody, gdy próbował ją schwytać. Kiedy go wyciągałem, powiedział mi, że już nigdy nie zejdzie z bezpiecznego stałego lądu, a jeśli ten ląd miałby być brukowanym chodnikiem, tym lepiej. - Urwał. - Ale jeśli go zapytasz, na pewno wciąż będzie pamiętał, jakie są zwyczaje wszystkich gatunków ryb w Europie. Może ma mgliste pojęcie o sportach, za to jego umysł jest ostry jak pudełko szpilek.

Sherlock roześmiał się.

- Chodźmy do salonu - powiedział. - Zaraz podadzą herbatę.

Salon był tuż obok hallu, we frontowej części domu. Sherlock wygodnie rozsiadł się w fotelu, Crowe natomiast spoczął na sofie, mogącej pomieścić jego potężne ciało. Lekko zaskrzypiała pod jego ciężarem. Sherlock sądził, że Crowe waży pewnie tyle samo co Mycroft Holmes, z tym że w przypadku nauczyciela na ten ciężar składały się mocne kości i mięśnie.

Ciche pukanie do drzwi oznajmiło im, że przyszła służąca z herbatą. Na srebrnej tacy stały dwie filiżanki na spodeczkach, imbryk, dzbanuszek mleka oraz talerz herbatników. Albo to pani Eglantine okazała niezwykłą hojność, albo też ktoś inny ze służby postanowił godnie przyjąć gościa.

Była tam także biała, wąska koperta.

- List do pana, sir - powiedziała służąca, nie patrząc Sherlockowi w oczy. Postawiła tacę na stoliku. - Czy życzą sobie panowie czegoś jeszcze?

- Nie, dziękuję.

Kiedy wyszła, Sherlock natychmiast sięgnął po kopertę.

- To jego pismo, a stempel jest z dzielnicy Westminster, gdzie ma biuro, mieszkanie i klub.

Oderwał woskową pieczęć i otworzył kopertę.

- Niech pan spojrzy! - powiedział, unosząc kartkę. - Napisał list na papeterii klubu Diogenes.

- Sprawdź stempel - mruknął Crowe. - Która jest na nim godzina?

- Wpół do czwartej, wczoraj po południu - odrzekł zaskoczony Sherlock. - Dlaczego pan pyta?

Crowe spojrzał spokojnie na Sherlocka.

- Popołudnie w zwykły dzień pracy, a on jest w klubie zamiast w biurze? Czy to nie niezwykłe zachowanie jak na twojego brata?

Sherlock zastanowił się przez chwilę.

- Kiedyś wspominał mi, że często chodzi na lunch do klubu - powiedział wreszcie. - Napisał ten list podczas lunchu i poprosił listonosza, żeby go wysłał. Poczta została zebrana wczesnym popołudniem, list trafił do sortowni około trzeciej i został ostemplowany pół godziny później. Nie ma w tym chyba nic podejrzanego, prawda?

Crowe uśmiechnął się.

- Ani trochę. Chciałem ci tylko zwrócić uwagę, że ze zwykłego listu można wywnioskować całe mnóstwo faktów. Gdyby stempel był z Salisbury, a nie z Westminsteru, byłoby to nietypowe i nasunęłoby kolejne pytania. Gdybyśmy wiedzieli, że twój brat nigdy nie odchodzi od biurka w ciągu dnia, nawet w porze lunchu, co, muszę przyznać, byłoby mało prawdopodobne, a jednak papeteria pochodziłaby z jego klubu, to także byłoby coś nadzwyczajnego. Można by się domyślać, że albo nie poszedł do pracy, albo wyszedł z niej wcześniej.

- Albo że wziął papeterię z klubu Diogenes i używa jej w biurze - zauważył Sherlock.

Crowe wyglądał na zbitego z tropu.

- Chyba zawsze musi być jakieś alternatywne wyjaśnienie - mruknął.

Sherlock szybko przebiegł wzrokiem list. Czuł, jak narasta w nim niemal gorączkowe podniecenie.

Kochany Sherlocku,

kreślę te słowa w pośpiechu, bo za chwilę podadzą mi mięso duszone z cynaderkami, a chciałbym oddać mu sprawiedliwość, zanim wrócę do biura.

Ufam, że jesteś w dobrym zdrowiu i że rozmaite skaleczenia, jakie zostały Ci po ostatnich przygodach, już się zagoiły. Mam też nadzieję, że stryj i stryjenka mają się dobrze i że pani Eglantine zanadto się nie naprzykrza.

Zapewne ucieszy Cię wiadomość, że udało się ustalić wszystko tak, abyś mógł nadal uczyć się w dworze Holmesów. To, że nie musisz już wracać do szkoły Deepdene, nie jest, mam nadzieję, zbytnim wstrząsem dla Ciebie.

Amyus Crowe nadal będzie wprowadzał Cię w bardziej praktyczne aspekty życia, stryj Sherrinford zaś zgodził się wziąć odpowiedzialność za Twoją edukację religijną i literacką. Pozostaje jedynie matematyka. Zastanowię się nad tym i dam Ci znać, kiedy podejmę decyzję. Celem jest oczywiście przygotowanie Cię do wstąpienia za kilka lat na uniwersytet. Na jakimś etapie możemy przedyskutować, czy wolałbyś Oxford, czy Cambridge.

Nawiasem mówiąc, dziś rano przyszedł list od naszego ojca. Musiał nadać go w Indiach, gdy tylko tam dotarł, ponieważ opisuje wszystko, co przydarzyło mu się podczas podróży. Jestem pewien, że wolałbyś sam przeczytać list, niż żebym to ja Ci o nim opowiadał, zapraszam Cię więc jutro na lunch (oczywiście w moim klubie).

Przekaż, proszę, zaproszenie panu Crowe'owi; chciałbym z nim omówić pewne szczegóły dotyczące Twojej edukacji. Jeśli o dziewiątej trzydzieści wsiądziesz do pociągu w Farnham, to przyjedziesz na stację Waterloo akurat w południe.

Czekam z niecierpliwością na nasze spotkanie i relację o wszystkim, co Ci się przydarzyło od czasu, gdy widzieliśmy się ostatnio.

Twój kochający brat

Mycroft

- Coś ciekawego? - zapytał Amyus Crowe.

- Jedziemy do Londynu - odparł Sherlock z szerokim uśmiechem.

ROZDZIAŁ 2

Tego popołudnia Sherlock wybrał się do Farnham, mimo że padał kapuśniaczek, na drodze były więc kałuże, a woda spływała mu za kołnierz, choć go postawił i starał się osłonić nim szyję. Jechał na koniu, którego "uwolnił" od barona Maupertuisa - koniu, któremu wciąż nie wymyślił imienia.

Nie rozumiał, dlaczego ludzie nadają zwierzętom imiona. Zwierząt przecież nie obchodzi, czy mają imiona, czy numery, albo czy w ogóle nie otrzymały żadnego miana. Imię sugeruje też taki poziom empatii czy równości, jaki w ogóle nie powinien mieć miejsca w tym przypadku. Zwierzęta to zwierzęta, a ludzie to ludzie.

Gdy jego koń, rozchlapując kałuże, truchtał w stronę miasta, Sherlock zaczął rozmyślać o dziwnej różnicy między zwierzętami pupilami a resztą. Jeśli możemy zjeść krowę w postaci wołowiny, dlaczego w takim razie nie możemy zjeść konia? Wydawałoby się, że nie ma żadnego logicznego powodu - o ile wiedział, konina nie jest trująca. I podobnie - skoro nie jada się kotów i psów, dlaczego w garnku lądują króliki? Nie miało to żadnego sensu. Ktoś w sposób arbitralny podzielił królestwo zwierząt na dwie części i zarządził: te po tej stronie można jeść ze smakiem, a te tutaj należy zabierać na spacery, głaskać i opiekować się nimi, i zrobić im pogrzeb, kiedy zdechną.

Podczas gdy woda wdzierała mu się w każdy zakamarek ubrania, zastanawiał się, czy w innych krajach obowiązują podobne nielogiczne zasady. Czy są takie miejsca, gdzie jada się konie i psy, za to na przykład krowy uważa się za święte? Gdyby tak było, oznaczałoby to, że wszystkie te zasady są subiektywne albo przypadkowe, ale jeśli we wszystkich krajach jest takie samo rozróżnienie, to może w ludziach jest coś, co sprawia, że uważają krowy za jedzenie, a konie za przyjaciół.

W zamyśleniu poklepał swojego wierzchowca po szyi. Czy mógłby go zjeść? Czy mógłby zasiąść nad talerzem soczystego steku, wiedząc, że kilka godzin wcześniej jechał na grzbiecie zwierzęcia, z którego ten stek pochodzi? Logicznie rzecz biorąc, nie widział przeciwwskazań, ale myśl ta wzbudziła w nim jednak lekką odrazę. Może gdyby umierał z głodu. Może gdyby utknął w zamieci i jedynym sposobem na przetrwanie byłoby ugotowanie i zjedzenie swojego konia. To by miało sens.

Kiedy kopyta stukały po bruku na przedmieściach Farnham, Sherlocka zaniepokoiło co innego. Skoro byłby gotów, być może, zjeść swojego konia, to dlaczego nie swoich przyjaciół? Gdyby utknął w zamieci razem z Mattym...?

Już na samą myśl o tym poczuł mdłości i szybko ją odepchnął, ale dręcząca wątpliwość pozostała. Z logicznego punktu widzenia między owadami a ludźmi jest pewne spektrum, jeśli chodzi o inteligencję i ogólny rozwój. Ryby i żaby są, jak się wydaje, bliższe owadom, a psy i koty bliższe ludziom. Czy nie o tym właśnie pisał pan Karol Darwin w wydanej niedawno książce O powstawaniu gatunków - na którą narzekał stryj Sherrinford przy obiedzie przed kilkoma tygodniami? Według Darwina ludzie to tylko jeden z gatunków zwierząt, nie ma w nich niczego specjalnego ani pochodzącego od Boga. Ale jeśli wykluczyć z dyskusji religię, jeśli uznać, że ludzie to tylko zwierzęta, które potrafią wytwarzać narzędzia i mówić, dlaczego nie wolno zjadać ludzi tak samo jak krów?

Zbyt wiele pytań, logika chyba na nic tu się nie zda. Logika mówiła mu, że jeśli jedno jest dopuszczalne, to drugie także, ale intuicja podpowiadała, że jednak jest różnica, są ograniczenia. Problem polegał na tym, że nie wiedział, skąd one się biorą ani jak ma o nich myśleć.

A wszystko to dlatego, że nie nadał imienia swojemu koniowi.

- Nazwę cię Filadelfia - mruknął, znów lekko klepiąc wierzchowca po szyi.

Uśmiechnął się. Jak to bywa z imionami, i z tym wiązało się mnóstwo wspomnień. Virginia - córka Amyusa Crowe'a - nazwała swojego konia Sandia, od łańcucha górskiego w Ameryce, więc chyba jemu wolno wybrać imię dla swojego wierzchowca pochodzące od nazwy amerykańskiego miasta. Pociąg, którym razem z Virginią i Mattym jechali parę miesięcy temu, gdy Matty został porwany przez agentów Duke'a Balthassara, należał do Linii Filadelfijskiej, więc to imię już zawsze będzie mu przypominać wszystko, co razem przeżyli. Na dodatek skrót od Filadelfia to Filly, a filly znaczy po angielsku "klaczka", więc był to także rodzaj żartu.

- Zatem Filadelfia - powiedział. Koń zarżał, tak jakby go zrozumiał i jakby spodobało mu się to imię. Ale to oczywiście tylko sobie wyobraził.

Teraz byli już w centrum miasta. Sherlock uwiązał Filadelfię niedaleko targu zbożowego i ruszył pod murowanymi kolumnadami w poszukiwaniu Matty'ego. Znał już jego zwyczaje i wiedział, gdzie można go znaleźć o danej porze dnia i nocy. Chłopiec najwyraźniej prowadził teraz spokojniejszy tryb życia. Zamiast popłynąć gdzieś dalej swoją barką, osiadł w Farnham, przynajmniej na razie. Sherlock skrycie miał nadzieję, że to z jego powodu - z powodu ich przyjaźni. Lubił Matty'ego i brakowałoby mu go, gdyby wyjechał.

Matty siedział nad rzeką, niby bezmyślnie gapiąc się na wodę, ale Sherlock wiedział, że czeka, aż pojawi się barka, którą zwykle przypływały skrzynie z rybami z wybrzeża ułożonymi na kruszonym lodzie. Matty odkrył, że jeśli któraś ze skrzyń spadnie i się rozbije, może podkraść jedną czy dwie ryby, zanim ktokolwiek zdąży zareagować. Sherlock zastanawiał się czasem, czy Matty specjalnie nie wchodzi pod nogi ludziom, którzy rozładowują barki, aby potykali się i upuszczali skrzynie, ale nigdy o to nie zapytał. Wolał nie wiedzieć.

- Serwus - przywitał go Matty. - Zastanawiałem się, czy dziś przyjdziesz.

- Jutro jadę do Londynu - odparł Sherlock. Miał zamiar najpierw pogawędzić z kumplem, dowiedzieć się, gdzie bywał i co porabiał, ale nie mógł się powstrzymać i nie pochwalić od razu. Nie był dobry w konwersacji. - Muszę pójść na stację i kupić bilety.

- No to powodzenia - mruknął Matty.

- Mógłbyś wybrać się ze mną - zaproponował Sherlock niepewnie, chociaż nie wiedział, czy zaproszenie Mycrofta mogłoby dotyczyć również Matty'ego.

- Na stację? Dzięki, już tam byłem.

- Do Londynu! - powiedział Sherlock w desperacji.

- Nie zaciągniesz mnie tam choćby wołami. - Matty potrząsnął głową. - Jeszcze nie zapomniałem, jak to było ostatnim razem. Kiedy ciebie i Ginnie porwał baron Maupertuis, musiałem wrócić z jej starym aż tu, do Farnham. Próbował mnie uczyć czytać! - wykrzyknął z pretensją. - Mówiłem mu, że nie chcę czytać, ale on wciąż mi powtarzał jakieś regułki. A potem, kiedy popłynęliśmy do Francji, żeby was znaleźć, ciągle nie dawał mi spokoju. Bez przerwy.

- Myślę, że on po prostu lubi uczyć - powiedział Sherlock. - A tylko ciebie miał pod ręką.

- W każdym razie drugi raz nie będę taki głupi.

- Widziałeś Virginię? - zapytał Sherlock.

- Od kilku dni nie.

- Pójdziesz ze mną jej poszukać?

Matty przewrócił oczami.

- Nie, wolałbym raczej coś zjeść.

- Mógłbym ci kupić pasztecik z mięsem - zaproponował Sherlock.

Matty'ego chyba kusiła ta propozycja, ale potrząsnął przecząco głową.

- Nie zawsze będziesz pod ręką - odparł. - Nie mogę liczyć na to, że ktoś mnie nakarmi. Powinienem radzić sobie sam, a to oznacza, że muszę stale trenować. Muszę być pewien, że potrafię zwędzić kalafiora albo szynkę tak, że nikt nie zauważy.

- W porządku - odrzekł cicho Sherlock. - To nie z litości, tylko z przyjaźni.

- Ale ja czuję, jakby to była litość - mruknął Matty. - A ja nie potrzebuję litości. Nigdy.

Sherlock klepnął się po udach.

- Rozumiem. - Rozejrzał się. - Idę na stację. Zobaczymy się później?

- To zależy od tego, kiedy trafi mi się obiad - odparł ponuro Matty.

Sherlock odszedł, sam nie wiedząc, dokąd właściwie idzie. Był niespokojny. Chciałby już być w drodze do Londynu, ale wiedział, że musi poczekać do następnego dnia. Mycroft umówił się z nim na konkretną godzinę.

Szedł chwilę High Street, mijając gospody, w których panował ożywiony gwar, mimo że było dopiero wczesne popołudnie, piekarnie, gdzie w witrynach piętrzyły się plecione chleby posypane ziarnem, sklepy warzywnicze, z narzędziami ogrodniczymi i ubraniami, od roboczych po odświętne. Przepychał się przez tłum miejscowych, którzy kupowali, sprzedawali albo po prostu stali bezczynnie i plotkowali.

- Sherlocku! - zawołał czyjś głos.

Odwrócił się zaskoczony. Przez chwilę nie wiedział, kim jest wysoki, szczupły mężczyzna o długich, czarnych włosach, uśmiechający się do niego z przeciwnej strony ulicy. A raczej wiedział, że go zna, tylko nie był pewien skąd. Przyjrzał się uważnie ubraniu i dłoniom mężczyzny, tak jak uczył go Amyus Crowe, szukając oznak, które wskazywałyby na jego zawód. Poza wytartym kawałkiem materiału na lewym ramieniu połatanej sztruksowej marynarki oraz odrobiną pomarańczowego pyłu za paznokciami nie dostrzegł jednak żadnych innych wskazówek.

Chyba że...

- Panie Stone! - wykrzyknął w chwili, gdy mózg podsunął mu informację, że ten mężczyzna to skrzypek i że raczej marnie mu się wiedzie, jak świadczyło jego ubranie.

Rufus Stone uśmiechnął się szerzej, odsłaniając złoty ząb, który Sherlock zapamiętał z rejsu do Nowego Jorku i z powrotem, kiedy to muzyk dla zabicia czasu uczył go grać na skrzypcach.

- Przecież ci mówiłem! - zawołał Stone, gdy ruszył w stronę Sherlocka, omijając przejeżdżające z łoskotem wozy oraz stosy końskiego nawozu. - Tylko pracodawcy zwracają się do mnie "panie Stone", a przez ostatnie miesiące było ich mniej niż zębów w kurzym dziobie.

- Co się z panem działo, od kiedy przybiliśmy do portu w Southampton? - zapytał Sherlock swobodnym tonem, tak żeby brzmiało to jak zwyczajne pytanie, pamiętał jednak, że po powrocie do Anglii skrzypek miał zamiar przyjechać do Farnham i zostać nauczycielem muzyki.

Stone skrzywił się.

- Muszę ci coś wyznać. Byłem gotów osiedlić się w tej okolicy, ale zamiast tego pojechałem na kilka tygodni do Salisbury. Dość wspomnieć, że był tam wakat w orkiestrze miejscowego teatru, pewna aktorka i szansa, by zerkać na jej cudną twarzyczkę przez cały wieczór, kiedy ja grałem, a ona dawała z siebie wszystko na scenie.

- Co się więc stało? - zapytał Sherlock.

- Oczywiście oddała serce odtwórcy głównej roli - odparł z nieszczęśliwą miną Stone. - Tak to jest z kobietami, gdy poczują się pewniej dzięki pełnym podziwu spojrzeniom adoratorów z kanału dla orkiestry. Później dowiedziałem się, że wszyscy inni też zatrudnili się ze względu na nią i zgadzali się na niższą niż zwykle gażę tylko po to, żeby móc do niej wzdychać. - Westchnął teatralnie. - Cóż. Człowiek uczy się przez całe życie. Czy myślisz, że w tej części Hampshire ktoś mógłby szukać dobrego nauczyciela gry na skrzypcach?

- Myślę, że tak - odparł Sherlock. - Jest tu w okolicy trochę dobrych szkół i kilka wielkich dworów.

- A ty? - zapytał Stone. - Czy ćwiczyłeś?

- Szukam tanich skrzypiec - przyznał Sherlock. - Właśnie, a gdzie jest pański instrument?

- Znalazłem sobie kwaterę niedaleko stąd. Cały mój niewielki dobytek wraz ze skrzypcami mam w pokoju. Co przypomina mi o tym, że gospodyni posłała mnie po sprawunki, a wolałbym nie mieć z nią na pieńku. Jeśli w ciągu godziny nie wrócę z kurczęciem, pewnie znów wyląduję na bruku. Powiedz, gdzie mam cię szukać, żebyśmy mogli podjąć nasze lekcje?

- Mieszkam w dworze Holmesów - powiedział Sherlock. - Musiałbym tylko porozmawiać o tym pomyśle z bratem i stryjem, ale myślę, że nie będą mieli nic przeciwko temu.

Stone uśmiechnął się i wyciągnął rękę.

- To wielka przyjemność odnowić naszą znajomość, panie Holmes - powiedział, gdy Sherlock uścisnął mu dłoń. Ręka muzyka była ciepła i sucha, uścisk niezbyt silny. Może uważał, żeby nie uszkodzić mu palców. - Do zobaczenia wkrótce.

Skrzypek odwrócił się i po chwili zniknął w tłumie.

Sherlock ucieszony nieoczekiwanym spotkaniem z Rufusem Stone'em, odwrócił się i poszedł po Filadelfię.

Dworzec kolejowy znajdował się na przedmieściach. O tej porze nie odjeżdżał żaden pociąg, więc stacja opustoszała. Sherlock zsiadł ze swego wierzchowca i podszedł do kasy biletowej.

- Poproszę dwa bilety do Londynu - powiedział do starszego jegomościa w okienku. - Na pociąg o dziewiątej trzydzieści jutro rano. Drugą klasą, jeden dorosły i jedno dziecko.

Kasjer uniósł brwi.

- Masz pieniądze na dwa bilety w drugiej klasie, tak? - zapytał nieprzyjemnym tonem. - Czy może zamierzasz mi powiedzieć, że zapłacisz jutro, gdy dostaniesz kieszonkowe?

Sherlock wysypał na kontuar garść monet. Mycroft przysyłał mu pieniądze za pomocą przekazów pocztowych, a ponieważ chłopiec nie wydawał dużo, zgromadził całkiem spore oszczędności. Jego brat nie powiedział, jak ma zapłacić za bilety, nie dołączył też do listu żadnej kwoty, Sherlock sądził więc, że Mycroft chce, aby wykorzystał swoje zaskórniaki. Kolejny mały krok w stronę dorosłych obowiązków.

- Dwa bilety - burknął kasjer. - Jeden dorosły, jedno dziecko. Druga klasa. - Przesunął w stronę Sherlocka dwa kartoniki i stosik monet. - Reszta.

- Dziękuję. - Sherlock włożył bilety do jednej kieszeni, a drobne do drugiej i odwrócił się, akurat by dostrzec jakąś postać w ciemnym ubraniu, która wychodziła na uliczkę biegnącą wzdłuż stacji. Wydawało mu się, że była to kobieta. Dreszcz przebiegł mu po plecach. Czyżby pani Eglantine go śledziła, sprawdzała, co robi? Czy upokorzył ją tak bardzo, że ma zamiar w jakiś sposób się zemścić? Poszedł szybko w stronę hotelu dworcowego i wyszedł na ulicę, a potem skręcił w alejkę, na wypadek gdyby ktoś tam na niego czekał, ale kiedy znalazł się już za rogiem budynku, alejka była pusta. Przyjrzał się murom, lecz nie było tu drzwi, przez które mógłby przejść ten ktoś. Najwyraźniej zniknął.

Czyżby tylko mu się zdawało? Czy ta postać to jedynie wytwór jego umysłu? A może jest prostsze rozwiązanie - może to jakaś kobieta z miasteczka postanowiła pójść na skróty, obchodząc hotel?

Sherlock ruszył alejką i pochylił się, żeby przyjrzeć się ziemi. Zobaczył odciśnięte w błocie ślady butów o szpiczastym nosku i niewielkich obcasach. Nic nie wskazywało na to, że były połatane czy dziurawe, co świadczyło o tym, że są albo nowe, albo dobrze utrzymane, albo jedno i drugie.

Poszedł alejką kilka jardów dalej i znów przyjrzał się ziemi, ale nie zobaczył nic więcej.

Pogrążony w myślach, dosiadł Filadelfii i pojechał do Amyusa Crowe'a, żeby dać mu bilet.

W domu najwyraźniej ktoś był. Koń Virginii pasł się na padoku. Sherlock czuł, jak poprawia mu się humor, gdy zbliżał się do otwartych drzwi.

Virginii nie było w saloniku, ale Amyus Crowe siedział w fotelu i przeglądał książkę. Gdy Sherlock wszedł, spojrzał na niego znad okularów o wąskich szkłach.

- Kupiłeś bilety?

- Tak - odrzekł. - Poza tym spotkałem Rufusa Stone'a - dodał. - Był w Farnham.

- Oczywiście. - Crowe wydął usta. - To dziwne, że pojawił się akurat tu, gdzie mieszkasz.

- Powiedziałem mu kiedyś, gdzie mieszkam, i zaproponowałem, że mógłby przyjechać do Farnham, aby uczyć gry na skrzypcach.

- Bardzo wspaniałomyślnie z twojej strony - odrzekł Crowe, przyglądając się Sherlockowi oczami barwy wyblakłego błękitu. - Rozumiem, że ty możesz na tym skorzystać, ale nie rozumiem, jaki interes miałby w tym pan Stone.

- Musi gdzieś mieszkać - zauważył Sherlock, zbity z tropu tym, że Crowe zupełnie nie ucieszył się na wieść o Rufusie. - I będzie lepiej dla niego, jeśli zamieszka tam, gdzie są ludzie, którzy chcieliby się uczyć gry na skrzypcach.

- Tak jak ty.

- Tak jak ja.

Crowe odłożył książkę na kolana i zdjął okulary.

- Muzyka to rozrywka, Sherlocku - rzekł życzliwie. - To nie jest sposób spędzania wolnego czasu stosowny dla kogoś, kto stara się zapełnić swój umysł przydatnymi rzeczami. Pomyśl tylko, ile miejsca w twoim mózgu zajmą nuty, których będziesz musiał się nauczyć, żeby zagrać jakiś wymyślny utwór. Lepiej wykorzystać tę przestrzeń, aby zapamiętać tropy zwierząt albo kształty ludzkich uszu, albo ślady, jakie na ich rękach czy ubraniu zostawia to, czym się zajmują na co dzień. A muzyka... Nie ma z niej pożytku, mój chłopcze.

- Nie zgadzam się - odparł Sherlock, nieco rozczarowany tym, że Amyus Crowe odrzuca coś, co jemu wydawało się coraz bardziej interesujące. Przypomniał sobie, o czym myślał, gdy jechał do miasta: o różnicy między ludźmi a zwierzętami, a może jej braku.

- Tak, mógłbym zapamiętać to wszystko, mógłbym nauczyć się wszystkiego o grzybach jadalnych i o tym, jak rozpoznać, czy ktoś ma udane małżeństwo po plamach na jego kapeluszu. Ale po co? Jaki jest tego cel? To zmieniłoby mnie tylko w rodzaj jakiegoś superdrapieżnika, który potrafi tropić swą ofiarę, idąc po niemal niewidocznych śladach. Ale w tym chyba powinien być jakiś sens? W życiu chodzi przecież o coś więcej niż tylko o to, żeby być zwierzęciem lepszego gatunku?

- A muzyka to coś, co odróżnia nas od zwierząt? - zapytał Crowe, patrząc na niego spokojnie.

- Jedna z wielu takich rzeczy.

Crowe wzruszył ramionami.

- Chyba nigdy nie miałem na nią zbyt wiele czasu. Dla mnie być człowiekiem oznacza dbać o swoją rodzinę oraz o siebie i pilnować, żeby ludzie wokół mnie troszczyli się o siebie nawzajem. Jeśli w ten sposób jestem tylko zwierzęciem, trudno, tym właśnie jestem.

- Ale czemu to wszystko służy? - zapytał Sherlock. - Jeśli nie ma niczego, dzięki czemu stawalibyśmy się... - szukał właściwego słowa - lepsi, po co w ogóle robić cokolwiek?

- Przetrwanie - odparł Crowe po prostu. - Żyjemy po to, żeby przetrwać.

- I to wszystko? - zapytał rozczarowany Sherlock. - Żyjemy po to, żeby żyć? Żyjemy, żeby przetrwać, i staramy się przetrwać, żeby żyć?

- Na to wychodzi - przyznał Crowe. - Z filozoficznego punktu widzenia to dość proste ujęcie, ale za to zwięzłe i w zasadzie trudno je podważyć. Zostaniesz, żeby coś zjeść, czy wracasz do swojej rodziny?

Sherlock powstrzymał się od wygłoszenia argumentów, które już zdążył zgromadzić, trochę rozczarowany, że Crowe tak raptownie zmienił temat, ale też zadowolony, że nie będą się spierać. Lubił swego nauczyciela i nie chciał, żeby pokłócili się o taki drobiazg jak lekcje muzyki.

- Czy Virginia jest w domu?

- Poszła po wodę dla Sandii. Jeśli chcesz, idź jej poszukać.

Kiedy Sherlock odwrócił się ku drzwiom, usłyszał dudniący głos Crowe'a:

- Być może zainteresuje cię fakt, że Rufus Stone to także nazwa wioski niedaleko Southampton. Może to tylko zbieg okoliczności... A może w jakimś momencie potrzebował nowego nazwiska, więc posłużył się nazwą, która błąkała mu się po głowie, bo widział ją gdzieś na drogowskazie. Tak tylko sobie myślę.

Sherlocka zaniepokoiła ta uwaga. Uznał też, że to dość małostkowe ze strony Amyusa Crowe'a, że mówi o tym akurat w tym momencie.

Virginię znalazł na zewnątrz. Przyniosła wiadro wody dla konia, który teraz pił łapczywie.

- Co twój ojciec ma przeciwko Rufusowi Stone'owi? - zapytał.

- Ciebie też miło widzieć. - Zerknęła na niego z ukosa. - Naprawdę chcesz mi powiedzieć, że nie wiesz?

- Naprawdę nie wiem - przyznał.

Potrząsnęła głową.

- Już to mówiłam, ale mogę powtórzyć: jak na tak bystrego chłopaka potrafisz czasem być naprawdę głupi.

- Ale to nie ma żadnego sensu! - zaprotestował. - Myślałem, że twój ojciec się ucieszy, że mam nowych znajomych i nowe zainteresowania.

Virginia stanęła naprzeciwko niego, opierając ręce na biodrach.

- Pozwól, że cię o coś zapytam. Gdyby twój ojciec był tu na miejscu, a nie w Indiach, co sądziłby o moim ojcu? Myślisz, że by się dogadali?

Sherlock zmarszczył brwi.

- Wątpię - powiedział wreszcie. - Po pierwsze, pochodzą z różnych warstw społecznych, a poza tym...

Umilkł, nie wiedząc, jak to ująć w słowa.

- Poza tym co? - ponagliła go.

- A poza tym twój ojciec właściwie robi to, co robiłby mój ojciec, gdyby tu był. - Sherlock czuł się dziwnie, gdy wypowiadał te słowa. - Uczyłby mnie różnych rzeczy. Zabierał na przechadzki. Dawał mi rady.

- Słusznie. Mój tato właściwie zastępuje ci ojca.

Uśmiechnął się do niej niepewnie.

- Nie przeszkadza ci to?

Virginia także się uśmiechnęła.

- Cieszę się, że się poznaliśmy. - Na chwilę odwróciła wzrok. - Masz rację, twój tato byłby zazdrosny, gdybyś spędzał czas z kimś, kto traktuje cię jak syna. Zwłaszcza jeśli ten ktoś uczy cię czegoś, czego on sam nie może cię nauczyć.

W głowie Sherlocka olśnienie rozbłysło niczym gwiazda.

- Więc twój ojciec jest zazdrosny o Rufusa Stone'a, ponieważ myśli, że Rufus traktuje mnie jak syna? - Ta myśl była tak wielka, tak przełomowa, że wydawała się zapełniać cały jego umysł. - Ale to głupstwo.

- Dlaczego?

- Bo Rufus wcale nie jest jak ojciec. On jest raczej jak starszy brat. Albo młody wujek, albo ktoś taki. A poza tym to, że uczę się u niego gry na skrzypcach, nie znaczy, że choć trochę mniej cenię sobie lekcje twojego ojca. To dwie zupełnie różne rzeczy. To po prostu... nielogiczne!

Patrzyła na niego, potrząsając głową.

- Uczucia nie są logiczne, Sherlocku. Nie przestrzegają żadnych zasad.

- W takim razie nie lubię uczuć - odparł buntowniczo. - Powodują tylko nieporozumienia i ludzie przez nie cierpią.

Jego słowa zawisły między nimi na dłuższą chwilę, wibrując jak uderzony dzwon.

- Niektóre uczucia są dobre - powiedziała łagodnie, po czym schyliła się, żeby podnieść wiadro. - W każdym razie ja tak sądzę, nawet jeśli ty sądzisz inaczej.

Odeszła w kierunku domu. Sherlock ukradkiem spoglądał za nią, póki nie zniknęła za węgłem. Czuł, że wydarzyło się między nimi coś ważnego, tylko nie wiedział dokładnie co.

Po chwili podszedł do swojego konia. Uświadomił sobie, że nawet nie wspomniał Virginii, że nazwał go Filadelfia. Może nie znał się za dobrze na uczuciach, ale chyba wystarczająco, żeby zdawać sobie sprawę, że nie powinien teraz wracać, aby jej to powiedzieć.

W drodze powrotnej do dworu Holmesów w głowie aż kręciło mu się od rozmyślań na temat Amyusa Crowe'a, Virginii, Rufusa Stone'a i ojca, który był teraz tak daleko. Nie podobały mu się te myśli. Były skomplikowane, dorosłe i nielogiczne. Za dużo w nich było uczuć.

Gdy wrócił, odszukał swojego stryja Sherrinforda, aby porozmawiać z nim o liście Mycrofta. Nie poprosił go o pozwolenie na wyjazd do Londynu, ale też nie powiedział, że pojedzie niezależnie od jego decyzji. Postawił go przed faktem dokonanym. Na szczęście stryj akurat był pochłonięty pisaniem jednego z kazań, które sprzedawał pastorom w całym kraju za kilka szylingów od sztuki, był więc gotów przystać na wszystko, pod warunkiem że zgadzało się to z życzeniem Mycrofta.

Kiedy się obudził następnego ranka, słońce wznosiło się nad lasem, a niebo było bez jednej chmurki. W jasnym świetle poranka zmartwienia poprzedniego dnia wydawały się błahe. Sherlock błyskawicznie się ubrał i zjadłszy pospiesznie śniadanie złożone z owsianki i grzanek, zapytał, czy jeden z wozów mógłby odwieźć go na stację. Takie rozwiązanie było lepsze, niż gdyby miał zostawić swojego konia uwiązanego przy dworcu w Farnham na długie godziny, które on spędzi w Londynie.

Amyus Crowe czekał na niego na peronie. W białym garniturze i białym kapeluszu wyglądał jak imponujący pomnik. Przywitał się z Sherlockiem.

- Chyba się nie dogadaliśmy wczoraj po południu - zadudnił. - Przykro mi, jeśli moje słowa zabrzmiały oschle i niemądrze.

- Nic się nie stało - uspokoił go Sherlock. - Jeśli jest pan o czymś przekonany, powinien pan to powiedzieć. Inaczej byłaby to hipokryzja.

Gdzieś z głębi piersi Crowe'a wydobył się głęboki pomruk.

- Matka Ginnie lubiła operę - powiedział cicho. - Zwłaszcza tego Niemca, jak mu tam, Wagnera. Odkąd umarła, nie jestem w stanie słuchać oper ani nawet czyjegoś śpiewu.

- Rozumiem - odrzekł cicho Sherlock.

- Zatem masz więcej rozumu ode mnie.

Na szczęście przyjazd pociągu przerwał tę coraz bardziej krępującą konwersację.

Siedzieli sami w czystym i porządnym przedziale, na wygodnych, wyściełanych siedzeniach. Kłęby pary z komina przepływały za oknem niczym chmury, przesłaniając migający za szybą krajobraz.

Tuż za Woking konduktor sprawdził im bilety. Kiedy wyszedł z przedziału i zasunął za sobą drzwi, Crowe zapytał:

- Co można wywnioskować z samego wyglądu tego człowieka?

Znając już sposób myślenia Crowe'a, Sherlock spodziewał się tego pytania.

- Miał świeżo wypastowane buty - powiedział. - I wyprasowaną koszulę. Albo ma służącą, albo żonę, albo jedno i drugie. A ponieważ konduktora chyba nie stać na to, by służąca prasowała mu koszule, zakładałbym, że raczej jest żonaty.

- Całkiem nieźle jak na razie - stwierdził Crowe.

- Żonę ma starszą od siebie - zaryzykował Sherlock.

- Skąd wiesz?

- Jest po trzydziestce, a jego kołnierzyk miał staroświecki krój. Przypominał mi ten, który nosi mój stryj. Nie wyglądał na zużyty, więc nosi go od niedawna. Wynika z tego, że ktoś, kto zajmuje się jego garderobą, woli raczej staromodny styl, więc jeśli to jego żona, musi być od niego starsza.

- Zapominasz o tym, że może też mieć młodszą od siebie żonę, która pochodzi ze staroświeckiej rodziny, chociaż takie rozwiązanie jest chyba mniej prawdopodobne - przyznał Crowe.

- I lekko niedowidzi na prawe oko - zakończył triumfalnie Sherlock.

Crowe przytaknął.

- W istocie. Co go zdradziło?

- Ogolił starannie lewą stronę twarzy, ale po prawej wciąż było widać zarost. Stąd wnioskuję, że na prawe oko widzi gorzej.

- Znakomicie. Jesteś coraz lepszym obserwatorem.

- Czy coś pominąłem? - zapytał Sherlock z uśmiechem.

Crowe wyprostował się na siedzeniu.

- Właściwie to wiele faktów. Ten człowiek już raz był żonaty, ale został wdowcem. Z obecną żoną nie ma dzieci, co ją unieszczęśliwia. I sądzę, że podkrada pieniądze swemu pracodawcy, ale co do tego już nie mam pewności.

Sherlock nie mógł powstrzymać śmiechu.

- Jak pan się tego wszystkiego domyślił?

- Praktyka - rzekł rozbawiony Crowe. - Oraz wrodzony talent. Kiedyś ty też będziesz tak umiał.

Sherlock potrząsnął głową.

- Wątpię w to - odparł ze śmiechem. - Naprawdę wątpię.