Młody Sherlock Holmes. Czerwona pijawka - Andrew Lane

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 2

Sherlock ze spuszczoną głową wszedł przez okno do biblioteki. Czuł gorąco, zakłopotanie, i, co dziwne, złość; chociaż nie był pewien, czy jest zły na Mycrofta, że przyłapał go na podsłuchiwaniu, czy na siebie, że dał się złapać.

- Skąd wiedziałeś, że tu jestem? - zapytał.

- Po pierwsze - odrzekł Mycroft zupełnie beznamiętnie - spodziewałem się, że tam będziesz. Jesteś młodym człowiekiem z nadmiernie rozwiniętym zmysłem ciekawości, a ostatnie wydarzenia świadczą o tym, że nie masz zbyt wiele respektu dla zasad przyjętych w społeczeństwie. Po drugie, przez uchylone okno wpadał lekki wietrzyk. Kiedy stanąłeś w pobliżu, chociaż nie było cię widać ani twój cień nie padał na okna, zatrzymałeś ten powiew. Gdy ustał na dłużej niż kilka sekund, domyśliłem się, że coś go blokuje. Oczywistym kandydatem byłeś ty.

- Gniewasz się? - zapytał Sherlock.

- Ani trochę - odparł Mycroft.

- Twój brat gniewałby się raczej wtedy - powiedział pogodnie Amyus Crowe - gdybyś przez nieuwagę pozwolił, by twój cień przesłonił okna.

- Byłby to dowód - zgodził się Mycroft - godnego pożałowania braku znajomości prostej geometrii, a także nieumiejętności przewidywania skutków własnych działań.

- Drażnisz się ze mną - zarzucił mu Sherlock.

- Tylko odrobinę - przyznał Mycroft. - I z najlepszymi zamiarami. - Urwał. - Ile słyszałeś z naszej rozmowy?

Sherlock wzruszył ramionami.

- Coś o człowieku, który przyjechał z Ameryki do Anglii, i twoim zdaniem jest niebezpieczny. I coś o rodzinie o nazwisku Pinkerton.

Mycroft zerknął przez pokój na Crowe'a i uniósł brew. Crowe uśmiechnął się lekko.

- To nie jest rodzina - powiedział - chociaż czasem może się tak wydawać. Narodowa Agencja Detektywistyczna Pinkertona to spółka detektywów, zapewniających też obstawę prywatnym osobom. Założył ją Allan Pinkerton w Chicago mniej więcej dwanaście lat temu, kiedy zdał sobie sprawę, że w Stanach powstaje coraz więcej linii kolejowych, ale przewoźnicy nie mają sposobu, by się uchronić przed rabunkiem, sabotażem albo działaniami związków zawodowych. Allan najmuje swoich ludzi jako kogoś w rodzaju superpolicji.

- Całkowicie niezależnej od regulacji i przepisów władz - mruknął Mycroft. - Wie pan, jak na kraj, który szczyci się, że został zbudowany na demokratycznych zasadach, macie skłonność do tworzenia niezliczonych niezależnych agencji.

- Mówi pan o nim Allan - zdał sobie sprawę Sherlock. - Zna go pan?

- Al Pinkerton i ja znamy się od dawna - przyznał Crowe. - Byłem z nim siedem lat temu, kiedy razem potajemnie eskortowaliśmy prezydenta Lincolna przez Baltimore na uroczystość zaprzysiężenia. Południowcy zawiązali spisek, żeby zabić Lincolna w mieście, ale wynajęto ludzi Pinkertona, by go chronić i przeprowadzić żywego. Od tamtej pory niekiedy doradzam Alowi. Nigdy właściwie nie byłem u niego zatrudniony na stałe, ale od czasu do czasu płaci mi za konsultację.

- Prezydent Lincoln? - Umysł Sherlocka pracował gorączkowo. - Ale czy on nie...

- W końcu go dopadli. - Twarz Crowe'a była nieruchoma i ciężka jak kawałek rzeźbionego granitu. - Trzy lata po spisku w Baltimore ktoś strzelał do niego w Waszyngtonie. Jego koń wierzgnął, a prezydentowi spadł kapelusz. Kiedy potem go odszukano, okazało się, że jest w nim dziura po kuli. Minęła go o włos. - Westchnął. - A rok później, zaledwie trzy lata temu, był w Waszyngtonie w teatrze na sztuce Our American Cousin, kiedy człowiek o nazwisku John Wilkes Booth strzelił mu w tył głowy, zeskoczył na scenę i uciekł.

- Pana tam nie było - rzekł łagodnie Mycroft. - Nie mógł pan nic zrobić.

- Powinienem był tam być - odparł Crowe równie miękko. - I tak samo Al Pinkerton. Bogiem a prawdą, jedynym człowiekiem, który chronił wtedy prezydenta, był pijany policjant o nazwisku John Frederick Parker. Nawet nie było go na miejscu, kiedy zastrzelono Lincolna. Siedział naprzeciwko teatru w Star Tavern i żłopał piwo.

- Pamiętam, jak czytałem o tym w gazecie ojca - powiedział Sherlock, przerywając ciężkie milczenie, które zapadło w pokoju. - I pamiętam, że ojciec o tym wspominał, ale nigdy do końca nie zrozumiałem, dlaczego prezydent Lincoln został zamordowany.

- To jest problem z obecnymi szkołami - burknął Mycroft. - Historia Anglii urywa się w nich mniej więcej sto lat temu, a historii powszechnej w ogóle się nie uwzględnia. - Zerknął na Crowe'a, lecz Amerykanin najwyraźniej nie miał ochoty kontynuować rozmowy o tej sprawie. - Wiesz chyba o amerykańskiej wojnie secesyjnej? - zapytał Sherlocka.

- Tylko z artykułów w "The Times".

- Najprościej rzecz ujmując, jedenaście stanów w południowej części kraju ogłosiło niepodległość i stworzyło Skonfederowane Stany Ameryki. - Prychnął. - To tak, jakby Dorset, Devon i Hampshire nagle postanowiły stworzyć odrębne państwo i odłączyły się od Wielkiej Brytanii.

- Albo tak, jakby Irlandia uznała, że chce się uniezależnić od władzy brytyjskiej - mruknął Crowe.

- To zupełnie co innego - odparł ostro Mycroft. Spojrzał znów na Sherlocka i mówił dalej: - Przez pewien czas było dwóch prezydentów amerykańskich: Abraham Lincoln na Północy i Jefferson Davis na Południu.

- Dlaczego chcieli niepodległości? - zapytał Sherlock.

- A dlaczego jakikolwiek kraj pragnie niepodległości? - odpowiedział pytaniem Mycroft. - Ponieważ nie chce słuchać rozkazów. W tym przypadku istniała jeszcze różnica poglądów politycznych. Południowe stany popierały ideę niewolnictwa, podczas gdy jednym z głównych haseł kampanii Lincolna było wyzwolenie niewolników.

- To nie takie proste - zauważył Crowe.

- Nigdy nie jest proste - zgodził się Mycroft - ale na razie wystarczy. Wojna zaczęła się 12 kwietnia 1861 roku i przez następne cztery lata sześćset dwadzieścia tysięcy Amerykanów zginęło w bratobójczych walkach, czasem dosłownie brat przeciw bratu i ojciec przeciwko synowi. - Wzdrygnął się, a w pokoju pociemniało przez chwilę, gdy chmura przysłoniła słońce. - Stopniowo - kontynuował - Północ, znana jako Unia Stanów, podkopała siłę militarną Południa, czyli konfederatów. Najważniejszy generał Konfederacji - Robert Lee - poddał się 9 kwietnia 1865 roku. Bezpośrednim skutkiem tej wiadomości był zamach Johna Wilkesa Bootha na prezydenta Lincolna pięć dni później. Stanowił on część większego spisku - jego uczestnicy mieli zabić sekretarza stanu i wiceprezydenta - ale drugiemu zamachowcowi się nie udało, a trzeciego opuściła odwaga i uciekł. Ostatni generał Konfederacji poddał się 23 czerwca 1865 roku, a ostatni oddział, załoga CSS1 "Shenandoah", 2 listopada 1865 roku. - Mycroft uśmiechnął się, coś sobie przypomniawszy. - Paradoksalnie, skapitulowali w Liverpoolu, w Anglii, po tym, jak przepłynęli przez Atlantyk, żeby uniknąć poddania się wojskom Północy. Pojechałem tam jako przedstawiciel rządu brytyjskiego. I to był koniec wojny secesyjnej.

- Niezupełnie - wtrącił Crowe. - Na Południu wciąż są ludzie, którzy chcą niepodległości. Wielu wciąż za tym agituje.

- Co każe nam wrócić do teraźniejszości - Mycroft zwrócił się do Sherlocka. - Współspiskowców Bootha schwytano i powieszono w lipcu 1865 roku. Sam Booth uciekł. Dwanaście dni później został rzekomo złapany i zastrzelony przez żołnierzy Unii.

- Rzekomo? - zapytał Sherlock, słysząc, że jego brat powiedział to z lekkim naciskiem.

Mycroft zerknął na Crowe'a.

- W ciągu ostatnich trzech lat pojawiały się doniesienia, że Booth wymknął się swoim prześladowcom i że był też inny spiskowiec, podobny do Bootha, i to jego zastrzelono. Podobno Booth zmienił nazwisko na John St. Helen i w obawie o własne życie zbiegł z Ameryki. Z zawodu jest aktorem.

- I sądzisz, że teraz przebywa tutaj? - zapytał Sherlock. - W Anglii?

Mycroft skinął głową.

- Wczoraj dostałem telegram z Agencji Pinkertona. Jej zwiadowcy słyszeli, że człowiek o nazwisku John St. Helen, z wyglądu pasujący do opisu Johna Wilkesa Bootha, przypłynął statkiem z Japonii do Wielkiej Brytanii. Poprosili, bym zawiadomił pana Crowe'a, który, jak wiedzą, jest w kraju. - Zerknął na Amerykanina. - Allan Pinkerton uważa, że Booth przypłynął do Anglii na pokładzie CSS "Shenandoah" trzy lata temu, został na jakiś czas, po czym znów wyjechał. Teraz według nich wrócił.

- Jak, zdaje się, wspomniałem pewien czas temu - powiedział Crowe do Sherlocka - poproszono mnie, abym przyjechał tutaj, żeby wytropić ludzi, którzy zbiegli z Ameryki, ponieważ popełnili straszliwe zbrodnie podczas wojny secesyjnej. Nie chodzi o zabijanie żołnierzy przez żołnierzy, tylko o masakry cywili, podpalanie miast, wszelkiego rodzaju nikczemności. Ponieważ jestem tutaj, to zrozumiałe, że Allan Pinkerton chce, żebym sprawdził tego Johna St. Helen.

- Czy nie obrazi się pan, jeśli zapytam - zwrócił się Sherlock do Crowe'a - po której stronie był pan podczas wojny domowej? Powiedział mi pan, że pochodzi z Albuquerque. Odszukałem to miasto na mapie w bibliotece stryja. Albuquerque leży w Teksasie, a to jeden ze stanów na południu. Prawda?

- Zgadza się - przyznał Crowe. - Teksas podczas wojny należał do Konfederacji. Ale to, że urodziłem się w Teksasie, nie znaczy, że automatycznie popieram wszystko, co robili konfederaci. Człowiek ma prawo podejmować własne decyzje, oparte na wyższych zasadach moralnych. - Skrzywił się mimowolnie. - Uważam niewolnictwo za coś... odrażającego. Nie wierzę, żeby jeden człowiek miał być gorszy od drugiego z powodu koloru skóry. Może być gorszy pod innymi względami, na przykład zdolności rozumowania, ale nie z powodu czegoś, co nie jest od niego zależne, tak jak kolor skóry.

- Oczywiście, członkowie Konfederacji dowodziliby - wtrącił się gładko Mycroft - że kolor skóry człowieka wskazuje na to, czy potrafi myśleć logicznie, czy nie.

- Jeśli chcę przekonać się o czyjejś inteligencji, to z nim rozmawiam - prychnął Crowe. - Kolor skóry nie ma tu nic do rzeczy. Jedni z najbardziej inteligentnych ludzi, z jakimi rozmawiałem, byli czarni, a niektórzy najgłupsi - biali.

- Więc przeszedł pan na stronę Unii? - zapytał Sherlock, nie mogąc się doczekać dalszego ciągu fascynującej i nieoczekiwanej historii Crowe'a.

Crowe zerknął na Mycrofta, który potrząsnął lekko głową.

- Powiedzmy, że zostałem w Konfederacji, ale pracowałem dla Unii.

- Jako szpieg? - wykrztusił Sherlock.

- Agent - poprawił łagodnie Mycroft.

- Czy to nie jest... nieetyczne?

- Nie wdawajmy się w dyskusję o etyce, bo spędzimy tu cały dzień. Uznajmy po prostu, że rządy zawsze korzystają z agentów.

Coś, co wcześniej powiedział Mycroft, wreszcie przesączyło się przez umysł Sherlocka i wywołało reakcję.

- Mówiłeś, że Agencja Pinkertona poprosiła cię, abyś przekazał panu Crowe'owi wiadomość o Johnie St. Helen. To znaczy - poczuł nagłe wzburzenie - że nie przyjechałeś tu, by zobaczyć się ze mną. Przyjechałeś do niego.

- Przyjechałem zobaczyć was obu - odrzekł łagodnie Mycroft. - Jedną z charakterystycznych cech świata dorosłych jest to, że decyzje rzadko podejmuje się na podstawie jednego czynnika. Dorośli robią różne rzeczy z wielu powodów jednocześnie, Sherlocku. Życie nie jest takie proste.

- A powinno! - zawołał Sherlock buntowniczo. - Coś jest albo dobre, albo złe.

Mycroft uśmiechnął się.

- Nawet nie próbuj dostać się do służb dyplomatycznych - przestrzegł brata.

Crowe przestąpił z nogi na nogę. Wydawało się, że czuje się nie w porządku wobec Sherlocka.

- Gdzie mieszka ten cały St. Helen? - zapytał.

Mycroft wyjął kartkę z kieszeni surduta i sprawdził.

- Najwyraźniej wynajął dom w Godalming przy Guildford Road. Dom nazywa się - znów zerknął na kartkę - "Shenandoah", co może być wskazówką, ale też czystym przypadkiem. - Urwał. - Co pan zamierza?

- Sprawdzić to - powiedział Crowe. - Dlatego tu jestem. Oczywiście muszę dokładnie przemyśleć, jak to zrobić. Takiego wielkiego Amerykanina jak ja łatwo zauważyć.

- Niech więc pan działa ostrożnie - ostrzegł Mycroft - i nie próbuje sam wymierzać sprawiedliwości. W tym kraju obowiązuje prawo, a nie chciałbym zobaczyć pana powieszonego za morderstwo. - Prychnął. - Nie lubię ironii. Źle mi wpływa na trawienie.

- Mógłbym pomóc - odezwał się raptem Sherlock, zdziwiony własnymi słowami. Myśl jakby przeszła z jego mózgu prosto do ust, omijając rozum.

Obaj mężczyźni spojrzeli na niego zaskoczeni.

- W żadnym wypadku - powiedział surowo Mycroft.

- Absolutnie - rzucił ostro Crowe, niemal jednocześnie.

- Ale mogę po prostu pojechać do Godalming i popytać - upierał się Sherlock. - Nikt nie zwróci na mnie uwagi. Czy nie dowiodłem przy sprawie barona Maupertuisa, że potrafię robić takie rzeczy?

- To było co innego - stwierdził Mycroft. - Wplątałeś się w to przez przypadek, a największe niebezpieczeństwo pojawiło się wtedy, kiedy pan Crowe próbował cię z tego wyplątać. - Urwał i zastanowił się. - Ojciec nigdy by mi nie wybaczył, gdybym pozwolił, żeby stała ci się jakaś krzywda, Sherlocku - powiedział ciszej.

Sherlock poczuł się urażony takim opisem swoich działań przeciwko baronowi Maupertuisowi, relacja ta jego zdaniem pomijała albo wypaczała wiele ważnych szczegółów, ale się nie odzywał. Nie było sensu kłócić się o coś, co należało już do przeszłości, skoro przed sobą mieli dużo ważniejsze zadanie.

- Nie zrobię nic, co mogłoby zwrócić na mnie uwagę - zaprotestował. - Nie rozumiem, dlaczego miałoby to być niebezpieczne.

- Jeśli John St. Helen to rzeczywiście John Wilkes Booth, to jest bezsprzecznie mordercą i zbiegiem - oświadczył Crowe - którego, jeśli wróci - albo jeśli zostanie dostarczony - do USA, czeka stryczek. Jest niczym osaczone zwierzę. Jeśli uzna, że coś mu grozi, zatrze ślady i znów zniknie, a ja będę musiał go szukać. Bardzo bym nie chciał, żebyś ty był jednym z tych śladów.

- Jest coś jeszcze - mruknął Mycroft. Zerknął na Crowe'a. - Nie wiem, jak dużo Agencja Pinkertona przekazała panu na temat sytuacji, ale wydaje się coraz bardziej pewne, że Booth i jego współpracownicy byli częścią czegoś większego.

- Oczywiście, że tak - zadudnił Crowe. - To się nazywa wojna domowa.

- Miałem na myśli - odparł dobitnie Mycroft - że to nie oni wpadli na pomysł zamordowania prezydenta Lincolna; ktoś nimi kierował, i ten ktoś wciąż przebywa na wolności. Jeśli Booth naprawdę pojawił się tutaj, w Anglii, to możliwe, że wybiera się z powrotem do Ameryki, a jeśli tak jest w istocie, to można zapytać dlaczego. Jaki ma cel?

Crowe uśmiechnął się.

- Jeśli zmierza do Ameryki, moje zadanie będzie dużo łatwiejsze. Muszę jedynie dać znać, żeby aresztowano go, gdy tylko zejdzie na ląd.

- Ale czy nie lepiej byłoby najpierw ustalić, jakie ma zamiary? Zatrzymanie go niekoniecznie udaremni spisek.

- Jeśli jest jakiś - zauważył Crowe, potrząsając głową.

Sherlock czuł, jakby wpadł w sam środek dyskusji filozoficznej. Wiedział tylko, że nauczyciel, do którego zdążył przywyknąć, stoi przed problemem, z powodu którego będzie musiał wrócić do swojego rodzinnego kraju lub ścigać tego człowieka po całym świecie. Gdyby Sherlock mógł jakoś rozwiązać ten problem, toby to zrobił. Tylko nie powiedziałby o niczym Mycroftowi.

- Mogę już iść? - zapytał.

Mycroft machnął ręką przyzwalająco.

- Idź, przejdź się po okolicy albo co tam chcesz. My porozmawiamy jeszcze chwilę.

- Przyjdź do mnie jutro rano - odezwał się Crowe, nawet nie patrząc na Sherlocka. - Na dalszy ciąg lekcji.

Sherlock wymknął się na zewnątrz, podczas gdy oni zaczęli rozmowę o zawiłościach umów o ekstradycji między poszczególnymi stanami na poziomie federalnym a rządem brytyjskim.

Na zewnątrz słońce wciąż wisiało ciężko na niebie. Sherlock czuł zapach palonego drewna i odległą słodkawą woń browarów w Farnham.

Godalming chyba nie leży zbyt daleko? Wiodła z niego Guildford Road, co znaczyło, że jest niedaleko Guildford, a Guildford było gdzieś blisko Farnham.

Matthew Arnatt na pewno będzie wiedział.

Matthew - albo, jak wolał, Matty - był chłopcem, którego Sherlock zdążył całkiem dobrze poznać w ciągu ostatniego miesiąca czy dwóch. Mieszkał sam, na barce, przepływał z miasta do miasta kanałami, kradł jedzenie, jeśli musiał, i starał się uniknąć zamknięcia w domu poprawczym. Zatrzymał się w Farnham na dłużej niż zwykle, chociaż ani Sherlock, ani on nie mówił o tym, dlaczego to zrobił.

Jeśli Sherlock miał wyruszyć do Godalming, żeby obejrzeć dom o nazwie "Shenandoah" i poobserwować człowieka, który był albo i nie był Johnem Wilkesem Boothem, wolał mieć Matty'ego u boku. Matty już kilka razy uratował mu życie. Sherlock mu ufał.

Obszedł dom, minął kuchnię i dotarł do stajni. Konie, które on i Matty zabrali baronowi Maupertuisowi kilka tygodni temu, stały tam sobie, z zadowoleniem jedząc siano z worka. Gdy gigantyczny spisek barona legł w gruzach, Sherlock nie bardzo wiedział, co zrobić z końmi, więc poprosił stajennych, żeby się nimi zajęli, i wsunął im ukradkiem szylinga. Poza tym chyba nikt nie zauważył, że w majątku przybyły dwa dodatkowe wierzchowce. I oczywiście mógł teraz wybierać się na przejażdżki z Virginią. Dawała mu lekcje jazdy, a jego cieszyło, że potrafi jeździć jak należy.

Sherlock osiodłał swojego konia, a następnie wyjechał truchtem na otwartą przestrzeń, prowadząc za sobą drugiego wierzchowca. Z dwoma końmi jechało się wolniej, ale i tak w pół godziny dotarł do Farnham, a potem do miejsca nad rzeką, gdzie stała przycumowana barka Matty'ego.

Chłopak siedział na daszku, patrząc na rzekę. Aż podskoczył na widok Sherlocka.

- Masz konie - zauważył.

- Wiem - odrzekł Sherlock. - Twoja spostrzegawczość jest zdumiewająca.

- Odczep się! - powiedział spokojnie Matty. - Spostrzegłem, że chcesz, żebyśmy dokądś razem pojechali. Jeśli to prawda, nie musisz być taki złośliwy.

- Jasne - odparł Sherlock. - Przepraszam. Czasem nie mogę się powstrzymać.

- A więc co się dzieje?

- Pomyślałem, że może chciałbyś się ze mną przejechać do Godalming - wyjaśnił Sherlock.

Matty zmrużył oczy.

- A po co miałbym to robić?

- Powiem ci po drodze - obiecał Sherlock.

Droga do Godalming wiodła wznoszącym się stopniowo, bardzo długim zboczem. Wzgórze było właściwie początkiem grzbietu, który ciągnął się aż po horyzont. Po jego obu stronach rozpościerał się wiejski krajobraz, niknący w oddali w dymie.

Matty zerknął przez ramię na Sherlocka.

- Pojedziemy jakiś czas Hog's Back, a potem zjedziemy na dół przez Gomshall. Zajmie nam to około godziny. Chcesz jechać dalej czy zatrzymamy się na chwilę?

- Możemy przez minutę czy dwie pooglądać widoki - powiedział Sherlock. - Niech konie trochę odetchną.

- Koniom nic nie jest - zauważył Matty. - Chyba nie boli cię tyłek od siodła, co?

Dalej jechało się łatwiej, przez pola i rozległe pastwiska, gdzie pasły się razem owce, kozy i świnie. Kiedy dotarli na skraj Godalming, przejechali przez most nad wąską rzeką, obrośniętą zielonym sitowiem wysokości człowieka. Tuż za mostem droga skręcała w lewo.

- To chyba jest Guildford Road - wskazał Matty. - Którędy chcesz jechać?

- Na razie nie wjeżdżajmy do miasta - odparł Sherlock. - Mam przeczucie, że miejsce, którego szukam, znajduje się bardziej na uboczu.

Ruszyli dalej, teraz zwolnili, żeby Sherlock mógł przyjrzeć się budynkom po drodze. Matty rozglądał się beztrosko, nie pytając, co właściwie tu robią.

Wiele domów nie miało nazw albo były mniejsze, niż Sherlock się spodziewał. Ostatecznie nie ma sensu nazywać domu "Shenandoah", jeśli jest to obskurna rudera, prawda? Nazwa, na dodatek taka wzniosła, sugerowała coś większego, solidniejszego2. Przed kilkoma budynkami dzieci bawiły się drewnianymi bączkami albo skórzaną piłką. Jedno czy dwoje pomachało im, gdy przejeżdżali truchtem.

W końcu znaleźli dom nieco oddalony od innych, nie na osobnej posesji, ale oddzielony zakrętem drogi i zagajnikiem. Sherlock widział z traktu drewnianą tablicę nad wejściem. Widniało na niej długie słowo, które chyba zaczynało się na "S". A może nie. Jedna ściana budynku była obrośnięta pnączami kwitnącej na purpurowo glicynii, czepiającymi się wszelkich otworów czy występów, jakie mogły znaleźć.

- Czy to ten? - zapytał Matty. - Podejdziemy i zapukamy?

- Nie - odrzekł Sherlock. - Jedź, aż go miniemy, a potem się zatrzymaj.

Dom od frontu pobielono, na oknach tkwiły okiennice. Przejeżdżając, Sherlock spostrzegł, że ogród jest dobrze utrzymany. Najwyraźniej ktoś tu mieszkał.

Minąwszy budynek, chłopcy zatrzymali konie.

- To jasne, że oglądasz ten dom - powiedział Matty - i nie chcesz, żeby gość, który tu mieszka, to zauważył. O co chodzi?

- Później ci powiem - obiecał Sherlock. - Muszę znaleźć się bliżej drzwi frontowych. Masz jakiś pomysł?

- Podejść i zapukać?

- Bardzo śmieszne. - Rozejrzał się. Ale nie nasunął mu się żaden koncept. - Możesz podjechać z powrotem do tych dzieciaków, które bawiły się piłką? - Wyjął z kieszeni garść monet. - Daj im parę pensów i zapytaj, czy możemy na chwilę pożyczyć piłkę. Powiedz, że potem ją oddamy.

Matty spojrzał na niego dziwnie.

- Jechaliśmy tak daleko po to, żeby grać w piłkę?

- Po prostu zrób to, bardzo cię proszę.

Matty westchnął i wziął monety, po czym odjechał truchtem, zerkając przez ramię i cmokając z powątpiewaniem.

Sherlock zsiadł i czekał cierpliwie. Przywiązał konia, podszedł na skraj zagajnika i patrzył na dom. Nie było widać żadnego ruchu. Czy to był "Shenandoah", czy coś innego, na przykład "Summerisle" albo "Strangeways"?

Wydawało mu się, że upłynęły całe wieki, kiedy wreszcie wrócił Matty. Pod pachą niósł piłkę.

- Do kitu - powiedział. - Ta piłka to kapeć.

- Nieważne. Przejdźmy się z powrotem drogą, rzucając piłkę do siebie. Kiedy dotrzemy do domu, ten, który będzie miał piłkę, rzuci, ale celowo nie trafi, żeby upadła możliwie blisko drzwi frontowych.

- Żeby ten drugi mógł po nią pobiec. Okej, dobra.

- Tak żebym ja mógł po nią pobiec. Muszę zobaczyć, co jest napisane na tej tablicy, a ty przecież nie umiesz czytać. W każdym razie nie za dobrze.

Ruszyli drogą, rzucając do siebie piłkę. Raz czy dwa Matty upuścił ją na ziemię i kopnął do Sherlocka.

Kiedy znaleźli się najbliżej domu, tam, skąd prowadziła ścieżka do drzwi frontowych, Matty ustawił się tak, żeby być po przeciwnej stronie drogi. Zamachnął się i rzucił piłkę wysoko nad głową Sherlocka. Poszybowała do ogrodu, odbiła się raz, po czym potoczyła ku drzwiom wejściowym.

Sherlock wykonał pokaz irytacji, rozkładając szeroko ręce i wzruszając ramionami, a następnie odwrócił się i podbiegł ścieżką do drzwi. Kiedy pochylił się, by sięgnąć po piłkę, jednocześnie zerknął w górę na tablicę przy wejściu.

"Shenandoah".

To ten dom. Teraz musiał tylko wymyślić ich następny krok. Czy lepiej zostać i obserwować budynek przez pewien czas, żeby móc opisać Mycroftowi i Amyusowi Crowe'owi jego mieszkańca, czy może odważyć się i wślizgnąć do środka, jeśli nikogo nie było w domu?

Nie miał jednak czasu na podjęcie decyzji, ponieważ drzwi otworzyły się szeroko i z mrocznego wnętrza wyłonił się jakiś mężczyzna. Był chudy, o spiczastej, szpakowatej brodzie, ale Sherlock zamarł z przerażenia na widok lewej połowy jego twarzy. W którymś momencie jego życia została strasznie poparzona, skóra była czerwona i gruzłowata, w miejscu oczodołu ziała czarna dziura pozbawiona gałki ocznej.

- Ty szczekliwy kundlu! - warknął mężczyzna. Złapał Sherlocka za włosy i zanim ten zdążył pisnąć, wciągnął go do domu.

PROLOG

Kiedy James Hillager po raz pierwszy zobaczył gigantyczną pijawkę, myślał, że ma halucynacje.

W dżungli na Borneo było gorąco i wilgotno niczym w tureckiej łaźni. Ubranie miał zupełnie przemoczone, a wilgoć w powietrzu powodowała, że pot nie parował: kapał mu z palców i nosa albo spływał po ciele, gromadząc się tam, gdzie tkanina dotykała skóry. W butach miał tyle wody, że chlupotała przy każdym kroku. Jeśli tak dalej pójdzie, materiał przegnije w ciągu kilku tygodni. Nigdy jeszcze nie czuł się tak udręczony i nieszczęśliwy jak teraz.

Od upału kręciło mu się w głowie, z tych właśnie powodów - i dlatego, że był odwodniony i od wielu dni marnie się odżywiał - pomyślał, że ma zwidy. Od pewnego czasu w koronach drzew słyszał jakieś głosy: szepczące głosy, które rozmawiały o nim, naigrawając się z niego. Część jego umysłu mówiła mu, że to tylko szelest wiatru w listowiu, ale inna część miała ochotę wrzasnąć do nich, żeby się zamknęły. A potem je zastrzelić, jeśli nie posłuchają.

Widział już wcześniej zwierzęta, które wprawiały go w osłupienie. Może były rzeczywiste, a może też były zwidami. Widział małpy o wielkich bulwiastych nosach, żaby wielkości kciuka, w kolorze jaskrawopomarańczowym, czerwonym albo niebieskim, coś, co wyglądało dokładnie jak dorosły słoń, tyle że sięgało mu do ramion, i podobne do świni stworzenie o ciemnej sierści i długim, spiczastym, elastycznym pysku. Ile spośród nich było prawdziwych, a ile stanowiło wytwór jego rozgorączkowanego umysłu?

Obok niego Will Gimson zatrzymał się i pochylił, z rękami na kolanach, biorąc wielkie hausty wilgotnego powietrza.

- Muszę stanąć na minutkę - wydyszał. - Ledwo idę.

Hillager wykorzystał to, żeby otrzeć czoło chusteczką, i tak bardziej mokrą niż jego twarz. Może ma halucynacje, ponieważ dopadła go jakaś tropikalna gorączka. W tych lasach na Borneo szerzyły się dziwne choroby. Słyszał o ludziach, którzy tygodniami błąkali się po dżungli, a gdy wracali, wrzody pokrywały ich twarze albo ciało dosłownie odchodziło od kości.

Rozejrzał się nerwowo. Nawet te drzewa zdawały się z niego kpić. Z ich poskręcanych i sękatych pni wyrastały, niczym pasożyty, mniejsze rośliny i pnącza. Rosły tak gęsto, że przesłaniały niebo, a na dół dochodziło tylko rozproszone, zielonkawe światło.

Mimo gorąca dygotał. Nie byłoby go w tym strasznym miejscu, gdyby nie to, że swojego pracodawcy bał się jeszcze bardziej.

- Wracajmy już. - Nie chciał tu być ani chwili dłużej. Pragnął tylko dostać się z powrotem do portu, załadować klatki ze schwytanymi zwierzętami i wrócić do cywilizacji. - To nie tutaj. Złapaliśmy już dość zwierząt, żeby go zadowolić. On nawet nie zauważy.

- Zauważy ani chybi - odparł Gimson ponuro. - Zależy mu właśnie na tym jednym stworzeniu.

Hillager już miał zacząć się z nim sprzeczać, kiedy Gimson dodał:

- Czekaj! Chyba je widzę!

Hillager podszedł do kolegi. Ten wciąż stał pochylony, ale patrzył na korzenie jednego z drzew.

- Spójrz - powiedział, wskazując ręką.

Hillager podążył wzrokiem za jego palcem. Tam, w sadzawce między dwoma korzeniami, znajdowało się coś, co wyglądało jak wielki czerwony skrzep krwi rozmiaru jego dłoni. Połyskiwało w słabym świetle słońca.

- Jesteś pewien? - zapytał.

- Duke twierdził, że to tak właśnie będzie wyglądać. Dokładnie tak.

- Więc co robimy?

Zamiast odpowiedzieć, Gimson wyciągnął rękę i ujął to coś w palce. Podniósł. Zwisało bezwładnie. Hillager patrzył zafascynowany.

- Tak - oznajmił Gimson, odwracając to i przyglądając się bacznie. - Zobacz: tu jest otwór gębowy albo przyssawka, czy jak to się tam zwie. Trzy zęby umieszczone na krawędzi. Na drugim końcu też ma przyssawkę. Właśnie tak się trzyma - przyczepia się oboma końcami.

- I wysysa krew - dodał posępnie Hillager.

- I wysysa krew każdego zwierzęcia, które przechodzi na tyle wolno, że zdąży się przyczepić - wyjaśnił Gimson. - Te małe słonie, te stworzenia ze spiczastym pyskiem podobne do tapira - cokolwiek.

Pijawka tymczasem na ich oczach zmieniała kształt, robiła się coraz cieńsza i dłuższa. Kiedy Gimson ją podniósł, była niemal okrągła, ale teraz przypominała raczej grubą dżdżownicę. Wciąż zaciskał palce na mniej więcej jednej trzeciej długości od głowy - jeśli kawałek z otworem gębowym można nazwać głową.

- Co on z nimi robi? - zapytał Hillager. - Dlaczego wysyła po nie ludzi tak daleko?

- Mówi, że słyszy, jak wołają do niego - odparł Gimson. - A jeśli chodzi o to, co z nimi robi - naprawdę wolałbyś nie wiedzieć. - Pochylił się nad stworzeniem, by przyjrzeć mu się uważnie. Pijawka wiła się na oślep w jego stronę, czując w pobliżu ciepłą krew.

- Chyba jest głodna.

- Skąd wiesz?

- Szuka czegoś, do czego mogłaby się przyssać.

- Może powinniśmy ją zostawić? - zaproponował Hillager. - I poszukać jutro innej?

Miał nadzieję, że Gimson się nie zgodzi, bo naprawdę nie chciał być ani chwili dłużej w tej dżungli.

- To pierwsza, jaką widzieliśmy od tygodni - przypomniał mu Gimson. - Nie wiadomo, kiedy znajdziemy następną. Nie, musimy wziąć tę. Musimy dowieźć ją do domu.

- Ale czy przeżyje podróż?

Gimson wzruszył ramionami.

- Pewnie tak - jeśli ją przedtem nakarmimy.

- Okej. - Hillager się rozejrzał. - Co proponujesz? Małpę? Jedno z tych stworzeń podobnych do świni?

Gimson nie odpowiedział.

Hillager odwrócił się i zobaczył, że towarzysz wpatruje się w niego z osobliwym wyrazem twarzy. Jego mina wyrażała współczucie, ale głównie niesmak.

- Proponuję - oświadczył Gimson - żebyś podwinął rękaw.

- Oszalałeś? - wyszeptał Hillager.

- Nie, ja jestem tropicielem i przewodnikiem - wyjaśnił Gimson. - A ty myślałeś, że jaką rolę odgrywasz w tej ekspedycji? No już, podwijaj. To paskudztwo potrzebuje krwi, i to szybko.

Wiedząc, jak zareagowałby Duke, gdyby się dowiedział, że pozwolił pijawce umrzeć, zamiast ją nakarmić, Hillager zaczął powoli podwijać rękaw.

ROZDZIAŁ 1

- Myślałeś kiedyś o mrówkach? - zapytał Amyus Crowe.

Sherlock potrząsnął głową.

- Poza tym, że na piknikach obłażą kanapki z dżemem, chyba nigdy się nad nimi nie zastanawiałem.

Spacerowali obaj po wiejskiej okolicy w hrabstwie Surrey. Żar słońca ciążył na karku Sherlocka jak cegła. W powietrzu unosił się niemal obezwładniający aromat kwiatów i świeżo skoszonej trawy.

Wzdrygnął się, gdy pszczoła zabrzęczała mu przy uchu. Nie miał specjalnie określonego stosunku do mrówek, ale pszczoły wciąż go przerażały.

Crowe roześmiał się.

- Co jest z tymi Brytyjczykami i kanapkami z dżemem? - zapytał, wciąż się śmiejąc. - Przysięgam, że w żadnym innym kraju nie ma takiej kuchni jak dla niemowlaków. Puddingi na parze, kanapki z dżemem - z okrojoną skórką, oczywiście - i warzywa gotowane tak długo, że zmieniają się w papkę prawie bez smaku. Jedzenie, do którego nie potrzeba zębów.

Sherlock poczuł ukłucie irytacji.

- A co jest takiego wspaniałego w amerykańskim jedzeniu? - zapytał, zmieniając pozycję na murze, na którym siedział. Przed nim teren opadał w stronę rzeki płynącej w oddali.

- Steki - odparł krótko Crowe.

Opierał się o mur, który sięgał mu do piersi. Kwadratowy podbródek ułożył na skrzyżowanych ramionach, a szerokoskrzydły kapelusz chronił jego oczy przed słońcem. Jak zwykle miał na sobie jasny lniany garnitur.

- Wielkie steki pieczone nad ogniem. Porządnie upieczone, tak żeby były chrupiące z brzegu, a nie tylko przesunięte nad świecą, jak u Francuzów. I nie zalane jakimś śmietanowym sosem z brandy, co także robią Francuzi. Nie trzeba wielkiej filozofii, żeby właściwie przyrządzić i podać stek, więc dlaczego nikt poza Stanami nie potrafi tego zrobić? - westchnął, a dobry humor, którym wcześniej wręcz tryskał, nagle wyparował, odsłaniając nieoczekiwanie głęboki smutek.

- Tęskni pan za Ameryką? - zapytał Sherlock.

- Za długo już mnie tam nie ma. I wiem, że Virginii też brakuje starego kraju.

Sherlock miał przed oczami obraz córki Crowe'a, Virginii, która jedzie na swoim ogierze Sandii, a jej miedziane włosy płyną za nią jak płomień.

- Kiedy chce pan wrócić? - zapytał z nadzieją, że nie nastąpi to zbyt szybko. Przywiązał się do nich obojga. Cieszył się, że pojawili się w jego życiu, od kiedy musiał zamieszkać u stryjostwa.

- Gdy moja praca tutaj się zakończy. - Szeroki uśmiech przeciął pobrużdżoną, wysmaganą wiatrem twarz Crowe'a, mężczyzna od razu odzyskał humor. - I kiedy uznam, że spełniłem obowiązek wobec twojego brata i nauczyłem cię wszystkiego, co wiem. A teraz porozmawiajmy o mrówkach.

Sherlock westchnął, zgadzając się na kolejną spontaniczną lekcję. Wysoki Amerykanin potrafił wybrać sobie dowolny element otoczenia, czy to na dworze, w mieście, czy w czyimś domu, i wykorzystać go jako pretekst do postawienia pytania, problemu albo zagadki logicznej. Zaczynało to Sherlocka irytować.

Crowe wyprostował się i obejrzał za siebie.

- Chyba gdzieś tu widziałem te stworzonka - oznajmił, podchodząc do kopczyka suchej ziemi, spiętrzonego niczym miniaturowe wzgórze na podłożu porośniętym trawą. Sherlock nie dał się nabrać. Crowe zapewne zauważył mrówki, kiedy tu szli, i zapamiętał jako materiał do następnej lekcji.

Chłopiec zeskoczył z muru i podszedł do miejsca, gdzie stał Crowe.

- Mrowisko - powiedział bez zapału. Małe czarne owady kręciły się bez celu wokół kopczyka ziemi.

- Istotnie. Widoczny dowód na to, że pod spodem jest całe mnóstwo tunelików, które te stworzonka cierpliwie wykopały. Gdzieś w głębi na pewno można znaleźć tysiące białych jajeczek, zniesionych przez królową mrówek, która spędza życie pod ziemią, nigdy nie widząc światła.

Crowe pochylił się i skinął na Sherlocka, żeby także spojrzał.

- Przyjrzyj się, jak one chodzą - polecił. - Co jest w tym zastanawiającego?

Sherlock obserwował je przez chwilę. Każda mrówka szła w inną stronę, a wszystkie wydawały się bez widocznej przyczyny co chwilę zmieniać kierunek.

- Poruszają się przypadkowo - stwierdził. - Albo reagują na coś, czego nie widzimy.

- Raczej to pierwsze wyjaśnienie - powiedział Crowe. - Nazywa się to krokiem pijaka i to dobry sposób, żeby szybko sprawdzić teren, jeśli się czegoś szuka. Większość ludzi przeszukujących jakiś obszar będzie chodzić po linii prostej, przecinając go w różnych kierunkach, albo podzieli go na kwadraty i będzie je po kolei sprawdzać. Te techniki zazwyczaj odnoszą skutek, ale szanse na znalezienie czegoś szybko rosną, jeśli przeszukuje się teren w taki przypadkowy sposób. Mówi się na to "krok pijaka", bo tak chodzi człowiek opity whisky: nogi sobie, a głowa sobie. - Sięgnął do kieszeni marynarki i coś z niej wyjął. - Ale wracając do mrówek, popatrz tylko, co robią, kiedy znajdą coś interesującego.

Pokazał Sherlockowi, co trzyma w ręku. Był to gliniany garnczek przykryty woskowanym papierem obwiązanym sznurkiem.

- Miód - wyjaśnił, zanim chłopiec zdążył zapytać. - Kupiłem na targu. - Zdjął sznurek i papier. - Przepraszam, jeśli budzi niemiłe wspomnienia.

- Proszę się nie martwić - powiedział Sherlock. Schylił się i ukląkł obok Crowe'a. - Czy mogę zapytać, dlaczego chodzi pan ze słoikiem miodu w kieszeni?

- Nigdy nie wiadomo, co się może przydać - oświadczył z uśmiechem Crowe. - Albo może zaplanowałem to wszystko z wyprzedzeniem. Sam zdecyduj.

Sherlock tylko się uśmiechnął i potrząsnął głową.

- Miód to głównie cukier, ale też całe mnóstwo innych składników - ciągnął Crowe. - Mrówki uwielbiają cukier. Zanoszą go do gniazda, żeby nakarmić królową i larwy, wylęgające się z jajek.

Crowe zanurzył palec w miodzie, który, jak zauważył Sherlock, w gorącym porannym słońcu zrobił się płynny. Mężczyzna nabrał wielką, błyszczącą kroplę i pozwolił jej spaść. Wylądowała na kępie trawy i zawisła na chwilę, źdźbła przygięły się aż do ziemi i leżały tam jak lśniące splątane pasma.

- Zobaczmy teraz, co zrobią.

Sherlock przyglądał się, jak mrówki nadal chodzą tu i tam, niektóre wspinały się na źdźbła trawy i przez moment zwisały z nich głową w dół, a inne buszowały wśród grudek ziemi. Po chwili jedna z mrówek natknęła się na smużkę miodu. Zatrzymała się w pół drogi. Najpierw Sherlock myślał, że się przylepiła, ale ona przeszła wzdłuż smugi, następnie z powrotem, i pochyliła łepek, jakby piła.

- Zbiera tyle, ile może unieść - powiedział Crowe swobodnie. - Teraz pójdzie do mrowiska.

I rzeczywiście, mrówka zaczęła wracać po własnych śladach, ale zamiast zmierzać prosto do mrowiska, nadal chodziła w tę i z powrotem. Trwało to kilka minut i Sherlock niemal ją zgubił kilka razy, kiedy przechodziła przez ścieżkę innej grupy mrówek, ale w końcu dotarła do kopczyka ziemi i znikła w otworze.

- I co teraz? - zapytał Sherlock.

- Spójrz na miód - odparł Crowe.

Miód zdążyło już odkryć dziesięć, może piętnaście mrówek, i wszystkie go próbowały. Dołączały do nich następne, a niektóre z kolei odchodziły i zmierzały mniej więcej w kierunku mrowiska.

- Co zauważyłeś? - zapytał Crowe.

Sherlock pochylił głowę, żeby się przyjrzeć.

- Dotarcie do mrowiska wyraźnie zajmuje im coraz mniej czasu - rzekł z namysłem.

Po kilku minutach utworzyły się dwa równoległe rządki mrówek chodzących między miodem a mrowiskiem. Zamiast krążenia na oślep pojawił się ruch w wybranym kierunku.

- Dobrze - powiedział z aprobatą Crowe. - Teraz zróbmy mały eksperyment.

Sięgnął do kieszeni i wydobył kawałek papieru wielkości swojej dłoni. Położył go na ziemi w połowie drogi między mrowiskiem a miodem. Mrówki przeszły przez papier w stronę mrowiska, jakby w ogóle go nie zauważyły.

- Jak się porozumiewają? - zapytał Sherlock. - W jaki sposób mrówki, które znalazły miód, mówią innym w mrowisku, gdzie jest?

- Nie komunikują się - odparł Crowe. - Fakt, że wracają z miodem, to sygnał, że gdzieś znajduje się jedzenie, ale one nie potrafią mówić ani czytać w swoich myślach, ani też wskazywać kierunku swoimi tycimi nóżkami. Dzieje się tu coś dużo ciekawszego. Pokażę ci.

Crowe zręcznie obrócił kawałek papieru o dziewięćdziesiąt stopni. Mrówki, które były już na papierze, zeszły z krawędzi i wydawały się zagubione, chodząc bez celu dookoła, ale Sherlock patrzył zafascynowany, jak te, które dopiero weszły na papier, maszerują do połowy, po czym skręcają i wracają pod kątem prostym do swojej poprzedniej trasy, aż docierają do krawędzi, później schodzą i ruszają dalej.

- Idą po ścieżce - wykrztusił. - Po ścieżce, której my nie widzimy, ale one tak. Pierwsze kilka mrówek w jakiś sposób wyznaczyło tę ścieżkę, reszta nią poszła, a kiedy pan odwrócił papier, nadal nią szły, nie wiedząc, że teraz prowadzi gdzie indziej.

- Właśnie - potwierdził zadowolony Crowe. - Najprawdopodobniej to jakaś substancja chemiczna. Kiedy mrówka niesie jedzenie, zostawia za sobą chemiczny ślad. Wyobraź sobie coś jak kawałek materiału pokryty czymś o mocnym zapachu, takim jak anyżek, przyczepiony do jednego z odnóży. Inne mrówki, niczym psy, chętnie pójdą za anyżkowym śladem. Z powodu efektu "kroku pijaka" pierwsza mrówka obejdzie cały teren dookoła, zanim znajdzie mrowisko. Coraz więcej mrówek trafi na miód i niektóre będą szły do mrowiska dłuższą drogą, a inne krótszą. Im więcej mrówek pójdzie za nimi, tym wyraźniej krótsze ścieżki zostaną zaznaczone przez tę substancję, ponieważ są lepsze i mrówki mogą szybciej wrócić, a dłuższe ścieżki, te wiodące okrężną drogą, zanikną, gdyż nie okazały się równie dobre. W końcu utworzy się niemal prosta trasa. Można to udowodnić, robiąc coś takiego jak z tym papierem. Mrówki wciąż idą prostym szlakiem, chociaż teraz oddala je od mrowiska, ale w końcu znajdą właściwą drogę.

- Nieprawdopodobne - stwierdził Sherlock. - Nie miałem pojęcia. To nie... inteligencja, bo to instynktowne, a one się nie porozumiewają, ale wygląda, jakby były inteligentne.

- Niekiedy - zauważył Crowe - grupa jest mniej inteligentna niż jednostka. Pomyśl o ludziach: pojedynczo bywają bystrzy, ale gdy znajdą się w tłumie, mogą wszcząć zamieszki, zwłaszcza jeśli jakieś wydarzenie zadziała jak zapalnik. A niekiedy grupa zachowuje się bardziej inteligentnie niż jednostka, tak jak te mrówki albo rój pszczół.

Wyprostował się, otrzepując spodnie z ziemi i trawy.

- Instynkt podpowiada mi - powiedział - że zbliża się pora lunchu. Myślisz, że u twoich stryjostwa znajdzie się miejsce przy stole dla zbłąkanego Amerykanina?

- Oczywiście - odparł Sherlock. - Chociaż nie jestem pewien, co na to powie ochmistrzyni, pani Eglantine.

- Zdaj się na mnie. Mam niespożyte zasoby wdzięku, z których mogę czerpać w każdej chwili.

Poszli z powrotem przez pola i kępy drzew, gdzie Crowe po drodze wskazywał Sherlockowi jadalne grzyby, przypominając to, czego nauczył go przez kilkoma tygodniami. Teraz już chłopiec był pewny, że umiałby przetrwać w głuszy, żywiąc się tym, co znajdzie, i się nie zatruć.

W pół godziny doszli do dworu Holmesów: dużego i raczej nieprzystępnego domostwa stojącego na kilku akrach otwartej przestrzeni. Sherlock widział na górze okienko swojej sypialni: izdebki o nieregularnym kształcie, tuż pod spadzistym dachem. Nie była wygodna i nigdy nie spieszyło mu się do niej wieczorem.

Przed drzwiami frontowymi stał powóz; woźnica leniwie pstrykał biczem, podczas gdy koń przeżuwał siano z torby zawieszonej na łbie.

- Goście? - zapytał Crowe.

- Stryj Sherrinford i stryjenka Anna nie wspominali, że spodziewają się kogoś na lunchu - powiedział Sherlock, zastanawiając się, kto mógł przyjechać.

- Cóż, niebawem się dowiemy - zauważył Crowe. - To strata energii szukać odpowiedzi na jakieś pytanie, kiedy za chwilę dostanie się ją na tacy.

Doszli do schodów prowadzących do frontowego wejścia. Sherlock podbiegł do półotwartych drzwi, a Crowe statecznie kroczył za nim.

W mrocznym hallu słońce wpadające przez wysokie okna tworzyło skośne filary światła z wirującymi drobinkami kurzu. Olejne obrazy zapełniające ściany były prawie niewidoczne w półmroku. Letni upał wydawał się niemal namacalny.

- Powiem komuś, że pan tu jest - powiedział Sherlock do Crowe'a.

- Nie trzeba - mruknął Crowe. - Ktoś już wie. - Skinął głową w stronę cienia pod schodami.

Wynurzyła się stamtąd jakaś postać; czerń sukni i włosów równoważyła tylko bladość cery.

- Panie Crowe - odezwała się ochmistrzyni - nie sądzę, byśmy pana oczekiwali.

- Dwór Holmesów słynie ze swej gościnności - rzekł z powagą Crowe. - A także z wiktuałów, jakimi częstuje przejeżdżających podróżnych. A poza tym, jakże mógłbym odmówić sobie przyjemności ponownego ujrzenia pani, pani Eglantine?

Prychnęła; wąskie wargi zacisnęły się pod spiczastym, cienkim nosem.

- Jestem pewna, że wiele kobiet ulega pańskiemu kolonialnemu czarowi, panie Crowe - odparła. - Ale ja do nich nie należę.

- Pan Crowe zostanie na lunch - oświadczył stanowczo Sherlock, ale poczuł drżenie w sercu, kiedy spoczęło na nim ostre jak szpilka spojrzenie pani Eglantine.

- O tym zadecydują twoi stryjostwo - odrzekła. - A nie ty.

- W takim razie ja im o tym powiem - oznajmił. - Nie pani. - Odwrócił się do Crowe'a. - Proszę tu poczekać, a ja się rozejrzę.

Kiedy znów się odwrócił, pani Eglantine zdążyła napowrót zniknąć w półmroku.

- W tej kobiecie jest coś dziwnego - mruknął Crowe. - Nie zachowuje się jak służąca, tylko czasem tak, jakby była członkiem rodziny. Jakby to ona tu wszystkim rządziła.

- Nie wiem, dlaczego moi stryjostwo pozwalają jej na to - powiedział Sherlock. - Ja bym nie pozwolił.

Podszedł do drzwi salonu i zerknął do środka. Służące krzątały się przy kredensach pod ścianą, przygotowując półmiski z zimnym mięsem, rybą, serem, ryżem, piklami i pieczywem, żeby członkowie rodziny mogli przyjść i coś przegryźć, bo tak zwykle jadano lunch u Holmesów, ale nie było ani śladu stryjenki czy stryja. Sherlock wrócił więc do hallu i zawahał się przez chwilę, zanim podszedł do drzwi biblioteki i zapukał.

- Tak? - odezwał się z wnętrza głos nawykły do wygłaszania kazań i mów, które właściciel owego głosu, stryj Sherlocka, Sherrinford Holmes, pisał przez większość życia. - Proszę wejść!

Sherlock nacisnął klamkę.

- Jest tu pan Crowe - powiedział, gdy drzwi otworzyły się, ukazując jego stryja siedzącego przy biurku. Miał na sobie czarny surdut o staroświeckim kroju, a jego imponująca biblijna broda opadała mu na pierś, ścieląc się na leżącej przed nim bibułkowej podkładce. - Zastanawiałem się, czy mógłby zostać na lunch.

- Chętnie skorzystam z okazji, żeby porozmawiać z panem Crowe'em - stwierdził Sherrinford Holmes, ale uwagę Sherlocka odwrócił mężczyzna w długim surducie o wysokim kołnierzyku, którego sylwetka odznaczała się na tle wysokiego okna.

- Mycroft!

Brat Sherlocka skinął z powagą głową, ale w jego oczach pojawił się błysk, którego nie potrafił zamaskować.

- Sherlocku - powiedział - dobrze wyglądasz. Pobyt na wsi wyraźnie ci służy.

- Kiedy przyjechałeś?

- Przed godziną. Przyjechałem z Waterloo i wziąłem powóz na stacji.

- Na długo zostaniesz?

Mycroft wzruszył ramionami; nieznaczny ruch jego potężnej postaci.

- Nie zatrzymam się na noc, ale chciałem sprawdzić, czy robisz postępy. Miałem też nadzieję zobaczyć się z panem Crowe'em. Cieszę się, że jest tutaj.

- Twój brat i ja dokończymy rozmowę - rzekł Sherrinford - a potem zobaczymy się w jadalni.

Sherlock odprawiony w ten sposób zamknął za sobą drzwi biblioteki. Twarz rozciągnęła mu się w uśmiechu. Mycroft jest tutaj! Dzień stał się nagle jeszcze bardziej słoneczny niż przedtem.

- Czyżbym słyszał głos twego brata? - zadudnił Amyus Crowe z drugiej strony hallu.

- To jego powóz stoi na dworze. Powiedział, że chce z panem porozmawiać.

Crowe z powagą skinął głową.

- Zastanawiam się dlaczego - odezwał się cicho.

- Stryj Sherrinford zgodził się, by został pan na lunch. Spotkamy się z nimi w jadalni.

- To mi wygląda na spisek - oświadczył Crowe głośniej, ale zatroskana mina przeczyła niefrasobliwości w jego głosie.

Sherlock ruszył przodem do jadalni. Była tam już pani Eglantine, stała pod ścianą w cieniu między dwoma oknami. Sherlock nie zauważył, jak mijała go w hallu. Przez chwilę rozważał, czy ona nie jest duchem, który potrafi przenikać przez ściany, ale szybko uznał, że to głupia myśl. Duchy przecież nie istnieją.

Ignorując panią Eglantine, podszedł do kredensu i wziął talerz, by nałożyć sobie plastry mięsa i kawałki łososia. Crowe poszedł za nim i zaczął od drugiego końca kredensu.

Sherlock czuł się wciąż oszołomiony nagłym pojawieniem się starszego brata. Mycroft mieszkał i pracował w Londynie, stolicy Imperium. Był urzędnikiem państwowym pracującym dla rządu i chociaż często umniejszał swoją pozycję, mówiąc, że jest tylko skromnym gryzipiórkiem, Sherlock żywił od jakiegoś czasu przekonanie, że Mycroft jest dużo ważniejszy, niż to ujawnia. Kiedy Sherlock mieszkał w domu - to znaczy z ojcem i matką, zanim wysłano go do stryjostwa - Mycroft czasem przyjeżdżał z Londynu na kilka dni. Sherlock zauważył wtedy, że codziennie pojawia się człowiek w powozie, który przywozi czerwoną skrzynkę. Oddawał ją tylko Mycroftowi do rąk własnych, a ten w zamian wręczał mu kopertę, zawierającą, jak przypuszczał Sherlock, listy i notatki służbowe, wynikające z zawartości pudełka z poprzedniego dnia. Jakiekolwiek zajmował stanowisko, władze musiały codziennie być z nim w kontakcie.

Z ustami pełnymi jedzenia usłyszał, że otwierają się drzwi do biblioteki. Kilka chwil później w jadalni pojawiła się wysoka, przygarbiona postać Sherrinforda Holmesa.

- Ach, br?ma the?n - oświadczył po grecku na widok kredensów. Zerkając ku Sherlockowi, powiedział: - Możesz skorzystać z biblioteki, mój psykh?s iatreion, żeby się spotkać z bratem. - Następnie odwrócił się do Crowe'a i dodał: - Mycroft prosił specjalnie, żeby pan do nich dołączył.

Sherlock odsunął talerz i pospieszył do biblioteki. Crowe ruszył za nim; choć szedł wolno, jego długie nogi szybko pokonywały odległość.

Mycroft stał w tej samej pozycji przy wysokim oknie. Uśmiechnął się do Sherlocka, po czym zbliżył się i zmierzwił mu czuprynę. Uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy spojrzał na Crowe'a, ale uścisnął Amerykaninowi dłoń.

- Najpierw to, co najważniejsze - powiedział. - Po drobiazgowym śledztwie przeprowadzonym przez policję nie trafiliśmy na ślad barona Maupertuisa. Przypuszczalnie uciekł do Francji. Dobra wiadomość jest taka, że żaden brytyjski żołnierz - ani nikt inny - nie zginął od użądlenia pszczół.

- Wątpliwe, czy plan Maupertuisa miał szanse powodzenia - rzekł z powagą Crowe. - Podejrzewam, że baron był niezrównoważony. Ale lepiej było tego nie sprawdzać.

- A rząd jest odpowiednio wdzięczny - dodał Mycroft.

- Mycrofcie, a co z ojcem? - wykrztusił Sherlock.

Jego brat skinął głową.

- Statek, którym płynie, właśnie zbliża się do Indii. Prawdopodobnie za tydzień ojciec zejdzie ze swym pułkiem na ląd, ale zapewne nie dostaniemy od niego ani od nikogo innego wiadomości przez miesiąc lub dwa - szybkość komunikacji z tym odległym kontynentem jest, jaka jest. Jeśli czegokolwiek się dowiem, od razu ci przekażę.

- A mama?

- Jak wiesz, z jej zdrowiem nie jest najlepiej. Teraz jej stan wydaje się stabilny, ale przyda jej się odpoczynek. Wiem od lekarza, że śpi szesnaście albo osiemnaście godzin na dobę. - Westchnął. - Ona potrzebuje czasu, Sherlocku. Czasu i ochrony przed jakimkolwiek wysiłkiem psychicznym czy fizycznym.

- Rozumiem. - Sherlock urwał, próbując zapanować nad głosem. - Więc zostanę tutaj przez resztę wakacji?

- Nie jestem pewien - powiedział Mycroft - czy szkoła dla chłopców w Deepdene rzeczywiście ci służy.

- Moja łacina jest coraz lepsza - odparł Sherlock szybko, po czym skarcił sam siebie w myślach. Powinien zgodzić się z bratem, a nie zaprzeczać.

- Bez wątpienia - rzekł sucho Mycroft - ale są inne rzeczy oprócz łaciny, które chłopiec powinien poznać.

- Greka? - nie mógł się powstrzymać Sherlock.

Mycroft uśmiechnął się mimo woli.

- Widzę, że twój cięty dowcip cię nie opuszcza. Nie, choć znajomość łaciny i greki jest niezwykle ważna w coraz bardziej skomplikowanym świecie, w jakim żyjemy, myślę, że lepiej ci zrobi indywidualny, dopasowany do twoich potrzeb styl nauki. Zastanawiam się nad zabraniem cię z Deepdene, tak żebyś mógł uczyć się tutaj, w dworze Holmesów.

- Nie wróciłbym do szkoły? - Sherlock starał się znaleźć w sobie jakąś oznakę, że się tym przejął, ale nic nie poczuł. Nie zostawił tam przyjaciół, a w najlepszych momentach co najwyżej się nudził, a nie był szczęśliwy. W Deepdene nie miał czego szukać.

- Musimy pomyśleć z wyprzedzeniem o twoich studiach - ciągnął Mycroft. - Oczywiście w Cambridge. Albo Oksfordzie. Myślę, że twoje szanse wzrosną, jeśli skupimy się na wybranych przedmiotach nieco bardziej, niż byłoby to możliwe w Deepdene. - Znów się uśmiechnął. - Jesteś wyjątkowym chłopcem, i tak powinieneś być traktowany. Niczego nie obiecuję, ale przed końcem wakacji dam ci znać, jakie poczyniłem kroki.

- Czy będzie nadmierną śmiałością z mojej strony, jeśli zapytam, czy będę miał do odegrania skromną rolę w edukacji tego młodzieńca? - zadudnił Amyus Crowe.

- Tak - powiedział Mycroft z lekkim skrzywieniem ust. - Dotychczas bardzo skutecznie nie pozwolił mu pan zboczyć na manowce.

- On jest z rodu Holmesów - zauważył Crowe. - Można nim kierować, ale nie da się go do niczego zmusić. Pan był taki sam.

- Owszem - rzekł po prostu Mycroft. - Taki właśnie byłem.

Zanim Sherlock zdążył zapytać o tak zaskakujący fakt, że Crowe uczył także Mycrofta, ten poprosił:

- Byłbyś tak miły i pozwolił nam porozmawiać na osobności? Mamy pewne sprawy do omówienia.

- Czy... zobaczymy się jeszcze, zanim wyjedziesz?

- Oczywiście. Zostanę aż do wieczora. Możesz oprowadzić mnie po domu, jeśli chcesz.

- Możemy przejść się po majątku - zaproponował Sherlock.

Mycroft wzdrygnął się.

- Chyba nie - powiedział. - Raczej nie jestem stosownie ubrany na przechadzki.

- Ale tylko wokół domu - zaprotestował Sherlock. - Nie po lesie!

- Jeśli nie widzę sufitu nad głową i nie czuję pod stopami posadzki albo trotuaru, to jest przechadzka - oświadczył stanowczo Mycroft. - A teraz, panie Crowe, przystąpmy do rzeczy.

Sherlock niechętnie opuścił bibliotekę i zamknął za sobą drzwi. Sądząc po głosach dochodzących z jadalni, stryjenka także przyszła na lunch. Nie miał ochoty wysłuchiwać jej nieustającej paplaniny, więc wyszedł na dwór. Pałętał się przy bocznej ścianie budynku, z rękami w kieszeniach, kopiąc kamyki. Słońce świeciło mu niemal dokładnie nad głową, czuł cienką warstwę potu na czole i między łopatkami.

Przed sobą miał wysokie okna biblioteki. Otwarte okna.

Słyszał dźwięki docierające ze środka.

Wewnętrzny głosik mówił mu, że to prywatna rozmowa, z której wyraźnie go wykluczono, ale inny, bardziej kusicielski, podpowiadał, że Mycroft i Amyus Crowe rozmawiają o nim.

Przysunął się bliżej, idąc wzdłuż kamiennego gzymsu biegnącego wokół domu.

- Czy są pewni? - spytał Crowe.

- Pracował pan już dla Pinkertonów - odparł Mycroft. - Ich źródła wywiadowcze są zwykle bardzo dokładne, nawet tak daleko od Stanów Zjednoczonych.

- Ale to, że on przyjechał tutaj...

- Myślę, że Ameryka okazała się dla niego zbyt niebezpieczna.

- To duży kraj - zauważył Crowe.

- Ale w znacznej części niecywilizowany - odparł Mycroft.

Crowe nie był przekonany.

- Spodziewałbym się, że przejdzie przez granicę z Meksykiem.

- Ale najwyraźniej tego nie zrobił - Mycroft mówił stanowczym tonem. - Niech pan spojrzy na to w ten sposób: wysłano pana do Anglii, żeby ścigał pan zwolenników Południa z wojny secesyjnej, na których głowy wyznaczono cenę. Jaki miałby lepszy powód, żeby tu przyjechać, niż ten, że oni tu są?

- Logiczne - przyznał Crowe. - Czy podejrzewa pan spisek?

Mycroft zawahał się.

- Spisek to chyba na razie za mocne słowo. Przypuszczam, że wszyscy zmierzali do tego kraju, ponieważ jest cywilizowany, ludzie mówią tym samym językiem i wydaje się bezpieczny. Ale wystarczy trochę czasu i może zawiązać się spisek. Tylu podejrzanych ludzi, którzy nie mają nic do roboty poza dyskusjami... Musimy zdławić to w zarodku.

Sherlock był oszołomiony. O czym oni, u diabła, mówią? Zaczął podsłuchiwać zbyt późno, żeby pojąć sens rozmowy.

- Och, Sherlocku! - zawołał jego brat z wnętrza biblioteki. - Skoro i tak podsłuchujesz, możesz do nas dołączyć.